Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Kopciuszek gubiący bluzki". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Kopciuszek gubiący bluzki". Pokaż wszystkie posty

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.7

I | II | III | IV | V | IV |



[Ruki]
Uruha wyszedł, kiedy zacząłem całować się z Reitą. Aoi zrobił ze mnie niewyżytego zboczeńca i chciałem się zaspokoić, a skoro i Rei miał ochotę na seks, którego odmówił mu Uru, to na otarcie łez chyba może wziąć i mnie, nie? Po chwili uświadomiłem sobie, że zacząłem myśleć jak typowy zboczeniec- wejść, przelecieć coś lub kogoś, wyjść. W tym momencie basista odepchnął mnie.
-Przestań…- szepnął i… zarumienił się? Boże, jeszcze nigdy w życiu nie widziałem rumieniącego się Reity dlatego stanąłem jak wryty i przyglądałem mu się. Musiałem zapamiętać ten widok, bo coś podpowiadało mi, że szybko tego ponownie nie zobaczę.
-Aaa…- mruknąłem tępo.- Ja to nie Uruha, sorry- wzruszyłem ramionami i chciałem odejść.
Nagle coś zakuło mnie w serce. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nikt mnie nie chce… Aoi, Reita- nikt. A przez te moje humorki i szukania swojej „true love” Gazetto może przestać istnieć. Zrobiło mi się jeszcze smutniej, bo przecież od początku wkładaliśmy w ten zespół całe nasze zaangażowanie i ostatnie pieniądze. Teraz doszedł do nas Uruha i muzyka lepiej brzmi z gitarą prowadzącą, więc wszystko powinno być już dobrze. Powinniśmy znaleźć dobrego menagera, wytwórnię, podpisać kontrakt- powinno być jak w bajce… ale tak nie jest… nie jest tak przeze mnie…
 Po chwili dotarło do mnie coś jeszcze- to ja jestem źródłem wszystkich nieszczęść; smutku Aoia- gdybym nie wpierdolił się do jego życia prywatnego z butami może nie było tak źle. Chłopak z pewnością by cierpiał, ale mniej i bynajmniej może kiedyś jego zabieganie o Kouyou zostałoby wynagrodzone w postaci randki czy pocałunku? A tak przeze mnie Yuu nie ma już szans, bo odpuścił sobie…
 Jestem winny płaczu Uruhy. Gdybym na jego oczach nie zaczął lizać się z Reitą z pewnością poradziłby sobie lepiej ze słowami blondyna. Może by się wściekł, może go uderzył, ale z pewnością byłoby mu łatwiej- przynajmniej nie miałby podstaw do myślenia, że Akira zdradza go ze mną lub jest mną bardziej zainteresowany niż nim, co oczywiście było jedną wielką bzdurą.
Rumieniec i spłoszony wzrok basisty jest również moją sprawką. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby od tak sobie go pocałować. W końcu nie wszyscy są takimi kurwami, jak ja…
Niespodziewanie poczułem stalowy uścisk na swoim nadgarstku. Odwróciłem się i spojrzałem zaskoczony na blondyna. Nie chciał żebym odszedł? Dlaczego?
-To nie tak jak myślisz…
-Nie jest tak, że chciałeś przelecieć Uruhę, a mnie nie chcesz?
-Posłuchaj… To jest skomplikowana sprawa…- mruknął.- Ja go wcale nie chciałem przelecieć. Wiedziałem, że Aoi kocha się w nim- w końcu to było widać jak na dłoni- i chciałem mu jakoś pomóc, ale nie wiedziałem jak. Nieważne co bym zrobił, Uru i tak to się podobało i zauważałem, że z każdym dniem chciał być coraz bliżej mnie. Ja go lubię, ale nie kocham. Chcę być jego przyjacielem, nie kochankiem. W delikatny sposób próbowałem mu to uświadomić, ale on zdawał się to ignorować, więc postanowiłem potraktować go dość brutalnie. Wiem, że teraz się do mnie zrazi i może nawet nie będzie chciał mnie znać, ale wiem też, że z pewnością poszedł teraz do Yuu…
-Skąd ta pewność?- zaciekawiłem się.
-A do kogo innego mógłby pójść?
-Do swojego domu, rzucić się na łóżko i w samotności się wypłakać?
-A jak tobie jest źle i niedobrze to tak robisz czy idziesz do Yuu?
-Ja to inna sprawa…- burknąłem.
-Wcale nie. Wszyscy chodzą do Aoia, kiedy mają jakiś problem. Zresztą Kouyou dobrze wie, że Yuu się w nim zakochał, a co za tym idzie ma stuprocentową gwarancję, że go nie odtrąci, wysłucha i pocieszy. Mam tylko nadzieję, że Shiro wykorzysta to na swoją korzyść i spróbuje coś zrobić. No i może Uruha w końcu zrozumie, że nie patrzył na tego faceta, co trzeba…
Zatkało mnie. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że Reita okaże się taki dobroduszny i będzie w stanie poświęcić przyjaźń z Uru dla szczęścia Aoia… To było takie… słodkie. Chciałbym, żeby ktoś kiedyś okazał się taki dobry względem mnie. Popatrzyłem na blondyna z zachwytem. Szczerze, zawsze myślałem, że to on jest „ten zły i niedobry”, a tu proszę… ludzie jednak lubią zaskakiwać.
-Dobry z ciebie przyjaciel- podsumowałem.
-I nie chodzi o to, że nie chcę cie przelecieć- kontynuował.- Tylko o to, że wiem jak to się skończy. Chcesz powtarzać historię z Yuu? Chyba dobrze pamiętasz, jak to się skończyło, prawda?
-Prawda- przyznałem ponuro.- Ale zaraz, zaraz…- dopiero teraz trafiły do mnie jego wcześniejsze słowa. „I nie chodzi o to, że nie chcę cię przelecieć…”- To w końcu chcesz mnie przerżnąć czy nie, bo się już pogubiłem…- pokręciłem głową.
-Takanori…- westchnął.- Życie to nie tylko seks. Liczy się coś poza nim.
-No… teoretycznie wiem- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo bynajmniej w praktyce ta wiedza u mnie nie znalazła zastosowania.- Czyli chcesz, ale nie chcesz mnie przelecieć?
-Ruki…- speszył się i znów się zarumienił.- Ja wiem, że ty ostatnio dużo przeszedłeś i… i zapewnie nie będziesz chciał tego słuchać…- spuścił głowę.- ale ty… ty dla mnie znaczysz coś więcej i ja nie chcę żeby to się skończyło na jednej wspólnej nocy… Wiem, że ty do mnie nic nie czujesz, ale…- zamilkł, kiedy zobaczył moje szeroko otwarte oczy ze zdziwienia. Wpatrywałem się w niego tak, jakby był duchem.
-Żartujesz?- zapytałem słabym głosem, czując jak do oczu napływają mi łzy, a gula w gardle uniemożliwiająca mi mowę rośnie.
-N… Nie- pokręcił głową.
-Nie wierzę ci…- po moim policzku spłynęła jedna łza.
-Takanori ja cię naprawdę kocha…
-Zamknij się!- wrzasnąłem i rozpłakałem się na dobre.- Myślisz, że to jest śmieszne?! Że fajnie jest grać sobie na cudzych uczuciach?! Jesteś podły!- uderzyłem go w twarz z taką siłą, że chłopak mało nie przewrócił się.
-Kiedy ja nie żartuję- złapał się za obolałe miejsce.
-No oczywiście!- piekące strumienie spływały po mojej twarzy. Nawet niebo buntowało się razem ze mną, gdyż na dworze rozpętała się burza.- Jak możesz?! Dobrze wiesz, że zakochałem się w Yuu i nic z tego nie wyszło, a ty mi jeszcze takie szopki odstawiasz?! Myślisz, że jestem aż tak tępy żeby w to uwierzyć?!
-Ale ja cię kocham! Naprawdę! Uwierz!- bronił się.
-Nienawidzę cię!- krzyknąłem i osunąłem się na kolana. Zakryłem twarz dłońmi i zacząłem głośno szlochać.
-Mogłem ci tego nie mówić…- szepnął sam do siebie.
-Masz zajebiste poczucie humoru…- chlipnąłem.
-To nie jest żaden pierdolony żart!- przykucnął przy mnie.- Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył, że z ciebie nie drwię?- zapytał już ciszej i spokojniej.
-Wyjść stąd… Wyjdź stąd!- siorbnąłem nosem.
-Nie potrafię…- odciągnął moje dłonie od twarzy.- Nie mogę po prostu stąd wyjść, kiedy ty płaczesz. Tak samo nie potrafię patrzeć na ciebie, kiedy jesteś w takim stanie. Ale nie mogę cię opuścić- szepnął i przytulił mnie mocno, a ja nie wiedząc czemu wtuliłem się w niego. Reita gładził mnie uspakajająco po włosach i oparł brodę na moim ramieniu.
-I tak ci nie wierzę…- syknąłem cicho, spoglądając w górę na jego twarz.
Blondyn przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzą, po czym zaniechał odzywania się i przybliżył twarz do mojej. Moje serce przyśpieszyło, a mięśnie spięły się wywołując straszny ból. W każdej chwili byłem gotowy do ucieczki, kiedy pocałował mnie. Delikatnie i bardzo zmysłowo. Mój oddech stał się płytszy. Przez moment nie wiedziałem, co zrobić, ale w końcu oddałem pieszczotę. Sam nie wiem dlaczego- zupełnie jakby ktoś inny sterował moim ciałem. Serce wrzeszczało tak, podpowiadało mi, że dobrze robię, natomiast rozum mówił stanowcze nie, twierdząc, że Akira tylko mnie zrani i zostawi.
Ująłem twarz chłopaka w dłonie i wsunąłem język między jego uchylone usta, przejeżdżając językiem po wnętrzu jego policzków, podniebieniu i zębach. Odpowiedział mi tym samym i objął w pasie, przyciągając do siebie jeszcze mocniej. Czułem ciepło bijące od jego ciała i nagle rozum przestał się liczyć. Całkowicie oddałem się chwili, rozkoszując się nią. Rei miał lekko spierzchnięte usta, ale całował wybornie. Objąłem go nogami w pasie, tym samym wpychając się na jego kolana. Jego ręce powędrowały na moje pośladki, na co zareagowałem cichym westchnieniem.
-Teraz wierzysz?- zapytał z delikatnym uśmiechem, kiedy się od siebie odsunęliśmy by nabrać powietrza.
Kiwnąłem głową w odpowiedzi. Chłopak musnął mój policzek, a ja przysunąłem się do niego i polizałem go za uchem, szepcząc:
-Kochaj się ze mną…- przygryzłem płatek jego ucha.
-Ale… Takanori, na pewno tego chcesz?- zapytał z obawą.
-Mhm…- mruknąłem i zacząłem jeździć dłonią po jego umięśnionym udzie.- Weź mnie, jeżeli mnie kochasz…- uśmiechnąłem się figlarnie. Blondyn chciał mnie wziąć na ręce i chyba zanieść do sypialni, ale nie pozwoliłem mu na to.- Tutaj- wyszczerzyłem się.- Rżnij mnie tutaj…
Położyłem się na podłodze. Byliśmy u niego w mieszkaniu w przedpokoju. Akira usiadł na mnie okrakiem i zaczął się o mnie ocierać. Jęknąłem z zachwytem i sam zacząłem poruszać biodrami.
-Mmm…- mruczałem.- Dobrze mi…
-Jeszcze nawet nie zacząłem- uśmiechnął się i wsunął dłonie pod moją koszulkę.
Jego gorące ręce dotykały mojego brzucha i torsu. Czułem, że już się podniecam. Zachłysnąłem się powietrzem i odrzuciłem głowę do tyłu, kiedy chłopak zerwał ze mnie górną część garderoby, po czym przyssał się do mojej szyi.
-Mhm… Właśnie tak- szeptałem, kierując jego dłonie niżej na moje podbrzusze. Sam zacząłem rozpinać jego koszulę.
Kiedy Reiemu znudziła się moja szyja i zabawa w pozostawianie na niej malinek, wrócił do moich ust. Całował mnie zachłannie. Zdjąłem jego koszulę i spojrzałem na jego tors. Był idealny, tak samo jak całe jego ciało. Chłopak zsunął ze mnie spodnie, a ja przygryzłem jego dolną wargę. Westchnął zadowolony. Chwyciłem jego dłoń i wsunąłem ją pod materiał swoich bokserek i jęknąłem głośno czując jego zwinne palce na swoim członku. Onanizował mnie, podczas gdy ja nadal bawiłem się z jego rozporkiem. Gdy w końcu udało mi się go rozpiąć i pozbawić go spodni, on odwdzięczył mi się zerwaniem ze mnie bielizny. Spojrzał na moją erekcję i uśmiechnął się, przyspieszając ruchy ręki.
-Akira!- krzyknąłem, wypychając biodra w jego stronę.
Blondyn zachichotał i ściągnął swoje bokserki.
-Na pewno nie chcesz iść do sypialni? Tu będzie ci niewygodnie…- mruknął.- Zresztą mam tam kilka zabawek, jeśli chcesz…- uśmiechnął się złowieszczo.
Dotknąłem jego penisa, na co on odpowiedział mi mruknięciem.
-Kiedy indziej, skarbie- musnąłem palcem jego żołądź.- Kiedy indziej… Chcę cię tu i teraz- również uśmiechnąłem się i rozłożyłem przed nim nogi, po czym objąłem go nimi w pasie.- Tylko proszę… daruj sobie gry wstępne… Chcę cię poczuć w sobie… mocno…
-Nie mamy niczego do nawilżenia, kotku…- zauważył.
-Powiedziałem bez gier wstępnych- wyszczerzyłem się, widząc jego zdziwioną minę.- I bez przygotowania- dodałem.- Weźmiesz mnie wreszcie czy mam się sam zaspokoić?- mruknąłem uwodzącym głosem i zacząłem się dotykać, pojękując cicho.
-Będzie boleć- powiedział, odpychając moją dłoń od mojego przyrodzenia i całując jej wnętrze.
-Nie szkodzi- uśmiech nie schodził mi z twarzy.
-Jak sobie życzysz…- szepnął i zaczął napierać ja moje wnętrze.
Jęknąłem głośno, kiedy wszedł we mnie do połowy. Zatrzymał się.
-Jest dobrze- próbowałem go przekonać.- Dalej…- wysapałem, obejmując go rękami za szyję.
Gdy wszedł we mnie do końca krzyknąłem. Bolało jak cholera, ale jednocześnie sprawiało mi to radość. Niewyobrażalną… Większą nawet niż wtedy, kiedy kochałem się z Yuu, choć wtedy myślałem, że już lepiej mi być nie może. A jednak. Świadomość, że uprawiasz seks z kimś kogo kochasz potęguje wszystkie doznania. Reita odczekał aż przyzwyczaję się do uczucia wypełnienia, po czym zaczął się powoli poruszać. Jęczałem i wzdychałem głośno, wbijając paznokcie w jego plecy.
-Aach… Szybciej! Akira, mocniej! Jeszcze! Jeszcze!- pospieszałem go.- AAA! ACH! Tak, tak!- krzyknąłem, kiedy trafił w moją prostatę.
Było strasznie gorąco. Miałem wrażenie, że zaraz nasze ciała zapalą się jasnym płomieniem. Było mi tak dobrze, że już nic mi nie przeszkadzało- ani twarda podłoga, ani mój rozmazany makijaż, ani świadomość, że zaraz ktoś mógł tutaj wejść; w końcu byliśmy w przedpokoju.
Doszedłem pierwszy brudząc jego i swój brzuch. Blondyn doszedł chwile po mnie, rozlewając się w mnie i zalewając falą gorąca. Wyszedł ze mnie i położył się obok, po czym przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Ułożyłem głowę na jego torsie i regulowałem oddech. W tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka telefonu basisty. Chłopak przeklną pod nosem i wygrzebał komórkę z kieszeni spodni, które leżały przy szafie.
-Moshi, moshi- wysapał.
-Co ty, biegasz?- na całe szczęście Kai mówił tak głośno, że nawet ja mogłem go usłyszeć.
-Mniej więcej- zaśmiał się, spoglądając na mnie i całując w czoło. Uśmiechnąłem się.
-Ok., nie wnikam. Przypominam, że zaraz jest próba. Aoi zadzwonił i powiedział, że już dobrze się czuje. Uruha jest jego lekarstwem, jak to powiedział… A wiesz może, gdzie jest Ruki? Nie mogę się do niego dodzwonić.
-Jest u mnie- odpowiedział mój kochanek.
-Aa… To ja już chyba wiem czemu ty taki zasapany… Nie żebym coś tam do was miał, ale zbierajcie się, co?
***
Przyjechałem na próbę razem z Reitą. O dziwo zdążyliśmy nawet przed przyjazdem lidera. Udaliśmy się do sali, w której zazwyczaj mieliśmy próby.  Weszliśmy do środka, gdzie czekali już Uruha i Aoi. Uru siedział czarnowłosemu na kolanach i całowali się. Gdy nas tylko zobaczyli, a raczej mnie, odskoczyli od siebie, jak oparzeni, przez co Kouyou wylądował na podłodze.
-Em… My… Znaczy Ruki… no wiesz…- zaczął dukać Yuu.
Miło było, że nie chciał mnie urazić i chciał się wytłumaczyć. Uniosłem do góry dłoń, której palce splotłem z dłonią mojego ukochanego. Akira uśmiechnął się i ucałował krawędź mojej ręki, na co ja uśmiechnąłem się promieniście.
-Znaczy, że wszystko w porządku?- zapytał nieśmiało Uruha.
-W jak najlepszym- odpowiedziałem równocześnie z moim blondynem. Byłem dumny z tego, że mogłem go tak nazwać.
Reita usiadł na kanapie koło Shiro, ciągnąc mnie za sobą. Usiadłem mu na kolanach. Aoi pomógł wstać swojemu szatynowi z podłogi, który również wdrapał się na kolana swojemu kochankowi.
-Więc nie musimy sobie nic tłumaczyć?- zapytał czarnowłosy.
-Oczywiście, że nie- uśmiechnąłem się szerzej i pocałowałem Akirę.
Kouyou również pocałował swojego ukochanego. W tym samym momencie do pomieszczenia wszedł Kai.
-I co? Jakieś tu sex party urządzacie i nawet mnie nie zaprosicie? Foch!- udał, że się obraża i założył ręce na piersi, po czym wszyscy razem wesoło się roześmieliśmy .
Tak… Już nic nie trzeba sobie wyjaśniać…

THE END

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.6

I | II | III | IV | V |



Uruha bez słowa wyszedł, trzaskając drzwiami. Westchnąłem ciężko.
-Brawo… zbłaźniłeś się…- mruknąłem sam do siebie.
Patrzyłem w ścianę, jak cielę na malowane wrota, a w mojej głowie szumiała czarna pustka. Zero. Zero złości, rozpaczy, gniewu, furii, oburzenia, zawiedzenia, czy przykrości. Zero.
Dopiero po jakimś czasie, wpadłem na genialny pomysł posprzątania w mieszkaniu. Rozejrzałem się wokół siebie.
-Miałeś rację… Przydałoby się posprzątać…- szepnąłem i podniosłem się z kanapy.
Tak naprawdę postanowiłem się czymś zająć, aby uniknąć myślenia. Kiedy szatyna nie było w pobliżu, mogłem oddać się tej przyjemnej pustce i lekkości w mojej głowie. Ktoś powie, że to śmieszne, bo przecież pustka nie jest przyjemna, ale akurat TA pustka była dobra. Pozwalała odetchnąć, wykonywać ciału odpowiednie czynności, nie męcząc mózgu; zupełnie jakby impulsy były wysyłane z jakiegoś innego miejsca, jakby w tym czasie głowa nie była potrzebna reszcie ciała.
Kiedy mieszkanie lśniło, zaparzyłem herbatę. Dałem sobie spokój z pomysłem utopienia jeża z mojego gardła w lodowatej wodzie. Nie wiem dlaczego, ale zrobiłem dwie herbaty, mimo że Uru już dawno wyszedł. Usiadłem na kuchennym blacie i spojrzałem na drugi kubek z parującym napojem. Przyglądałem się herbacie, jakbym zobaczył ją po raz pierwszy w życiu, kiedy nagle usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Nadal o niczym nie myśląc, odstawiłem swój kubek i zsunąłem się z blatu wędrując do przedpokoju. Otworzyłem drzwi, a w nich stał… Kouyou! Cały ociekał wodą, był zgarbiony i trząsł się z zimna. Płakał, a jego makijaż rozmazał się i zostawił czarne smugi na bladych policzkach. Widocznie byłem tak zajęty sprzątaniem, że nawet nie usłyszałem, kiedy rozpętała się burza.
W tym momencie przez moją głowę przebiegły miliony, jeśli nie miliardy, myśli. Głosy wrzeszczały i przekrzykiwały się, starając się zwrócić na siebie moją uwagę. I nagle wszystko ucichło, a jeden bardzo głęboki i opanowany, tak dobrze mi znany głos przemówił: „Kolory wiosny… Można oszaleć od ich mnogości. (…) Kogoś może zasmucić oglądanie piękna rozpadu, ktoś inny roześmieje się twierdząc, że to samotność. Kolory wiosny rozkwitły po raz trzeci, powoli wstrzymując mój oddech… (…)” Przez chwilę zastanawiałem się skąd znam te słowa, po czym olśniło mnie, że jest to początek jednej z piosenek Gazetto. Spojrzałem na twarz Uruhy, która nadal wyrażała to samo- bezbrzeżną rozpacz i uświadomiłem sobie, że moje rozmyślania trwały zaledwie kilka nanosekund.
-Ja… Ja cię prze… przepraszam… Wiem, że nie… nie powiniene…m do ciebie przy… przychodzić, ale...- wydukał chłopak, spuszczając głowę, a mokra grzywka przykleiła się do jego czoła.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwałem mu podchodząc do niego i mocno przytulając. Szatyn był zaskoczony, ale po chwili wtulił się we mnie i zaczął jeszcze bardziej płakać. Wciągnąłem go do mieszkania i zamknąłem za nami drzwi. Cały czas przytulałem go i uspakajająco głaskałem po głowie. W końcu Uruha się ode mnie odkleił.
-Ja… Ja przepraszam. Cały jesteś przeze mnie mokry- wyszeptał, a ja spojrzałem na swoją bluzkę.
-Reita?- zapytałem, choć zabrzmiało to jak stwierdzenie. Nie obchodziło mnie teraz, w jakim stanie są moje ciuchy.
Szatyn w odpowiedzi jeszcze raz wybuchnął płaczem. Ponownie go przytuliłem.
-Co się stało?- szepnąłem wprost do jego ucha.
-Bo… Bo on powiedział, że… że nic mi nie… nie może dać i jedyne, co… co może zrobić to… to mnie przelecieć, bo mu o to tylko chodziło…- zaczął dławić się własnymi łzami, na co ja mocniej go objąłem.- Spo… Spojrzałem na niego… zdziwiony, a wtedy… wtedy przyszedł Ruki i powie… powiedział, że jeśli ja nie… nie skorzystam, to on z chęcią i… i zaczął się z nim całować…- ukrył twarz w moich włosach.- Gdy… Gdybym cię posłuchał, to by do tego… nie doszło… Przepraszam…!- szepnął.- Nie… Nie powinienem był cię tak po… potraktować…- wychlipał.
-Ciii… Już dobrze- uspakajałem go.
-Ostrzegałeś mnie, ale… ale cię nie posłuchałem… i cię tak po… potraktowałem- siorbnął nosem.- I ja… ja przepraszam… i że tu przyszedłem, ale… ale…
-Ciii…- przerwałem mu.- Nie przejmuj się. Nic się nie stało.
Staliśmy tak jeszcze kilka dobrych chwil, po czym Uru odsunął się ode mnie.
-Przepraszam…- chlipnął.
-Wiem- pogłaskałem go po mokrych włosach.- Nie masz za co przepraszać- uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
Przeszliśmy do salonu. Kouyou usiadł na podłodze i oparł się plecami o sofę. Usiadłem obok niego i objąłem go. Chłopak chyba wybrał podłogę, żeby nie zamoczyć kanapy. Czemu on zawsze myślał nie o tym, o czym powinien? Ułożył głowę na moim ramieniu. Mimowolnie pogłaskałem go po policzku.
-Nie wiem… Jeśli cię to pocieszy, powiem ci, że Reita zawsze taki był i nigdy nie angażował się w związki- mruknąłem.
-Wiesz… W sumie chyba dobrze się stało, bo… bo zdałem sobie z czegoś sprawę…
-Z czego?
-Jak bardzo namieszałeś w moim życiu- uśmiechnął się przez łzy.- I, że zapatrzyłem się nie na tego faceta, co trzeba- dodał ciszej, a ja spojrzałem na niego zaskoczony.
Niespodziewanie przysunął się bliżej mnie, tak, że nasze twarze dzieliło zaledwie kilka milimetrów. Spojrzałem w jego piękne, ciemne oczy, wokół których powstała czarna obwódka od rozmazanego cienia do powiek. Uruha uśmiechnął się nieznacznie i splótł nasze dłonie. Spojrzał na nasze złączone palce, a drugą ręką pogładził wierzch mojej dłoni. Robił to tak delikatnie i z taką czułością, że przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Mimowolnie również się uśmiechnąłem. Uru widząc moją reakcję, jeszcze bardziej się do mnie zbliżył i zetknął się ze mną czołem, po czym przymknął powieki. Zrobiłem to samo. Poczułem się tak błogo… tak lekko… Nagle poczułem jego usta na swoich. W pierwszym momencie wystraszyłem się i ze zdziwieniem otworzyłem oczy, ale nie przerwałem pocałunku. Gdy zrozumiałem, co robi, zacząłem oddawać pieszczotę, na powrót zamykając oczy. Jego skóra była zimna, ale wargi gorące. Całowaliśmy się namiętnie i bardzo leniwie. Polizałem jego dolną wargę, a on uchylił usta. Wsunąłem język do środka, przesuwając nim po jego podniebieniu. Chłopak mruknął zadowolony. Wplotłem palce w jego mokre włosy.
W pewnym momencie poczułem, jak jego ręka wsuwa się pod moją koszulkę. Przerwałem pocałunek i spojrzałem na niego zaskoczony. Kouyou momentalnie cofnął dłoń.
-Zrobiłem coś nie tak?- zapytał cichutko.
-Nie, nie, ale… Nie pospieszyłeś się za bardzo?
-Och…- speszył się.- Przepraszam. Teraz pewnie czujesz do mnie niesmak… W sumie się nie dziwię… Najpierw cię odrzucam, idę do kogoś innego, a potem wracam do ciebie z płaczem, licząc, że może jeszcze nie przeszła ci na mnie ochota… Wiem, to głupie- pokręcił głową i podniósł się.
-Nie, Kouyou, ja cię kocham- złapałem go za rękę i zmusiłem, żeby ponownie usiadł. Zamrugałem kilkakrotnie, kiedy trafiły do mnie jego słowa.- Ty chcesz się po prostu ze mną przespać?
-NIE!- krzyknął.- Znaczy… tak, tylko źle się wyraziłem. Wróciłem do ciebie z płaczem, licząc, że może coś jeszcze do mnie czujesz i mnie nie przekreśliłeś, choć tak naprawdę powinieneś był zrobić to już dawno… Bo ja, dopiero teraz się do tego przyznałem przed samym sobą… ale… ja jeszcze nie umiem tego nazwać. Nie wiem, czy to jest miłość, czy tylko pożądanie, bo… gdy jesteś blisko mnie…- ściszył głos i przejechał dłonią po moim biodrze.- Nie mogę się opanować…- przesunął dłonią po moim udzie, a następnie szybko zabrał rękę.- Przepraszam! Ja… ja…
Nie pozwoliłem mu dokończyć, gdyż przyciągnąłem go do kolejnego pocałunku. Był zdezorientowany, co ja wykorzystałem i wziąłem go na ręce. Okazał się cięższy, niż sobie wyobrażałem, ale godziny spędzone na siłowni w końcu się na coś przydały. Zaniosłem go do sypialni i delikatnie położyłem na łóżku, po czym usiadłem na nim okrakiem, uśmiechając się figlarnie. W jednym momencie cała melancholia ze mnie uleciała, a zastąpiło ją dzikie podniecenie i nienasycenie Uruhą.
-Skoro ty masz na mnie ochotę… ja na ciebie…- przesunąłem dłonią po wewnętrznej stronie jego uda, zatrzymując się niebezpiecznie blisko jego krocza.- To w sumie, dlaczego by nie?- poszerzyłem uśmiech, na co chłopak odpowiedział mi tym samym gestem i rozłożył przede mną nogi.
-Weź mnie…- szepnął mi do ucha.
Znów się całowaliśmy, jednocześnie zdejmując z siebie ubrania. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy.
***
Obudziłem się, kiedy Uru nie było już w łóżku. Usiadłem i przeciągnąłem się leniwie ziewając. Zauważyłem, że światło w łazience jest zapalone, co dało mi podstawy do myślenia, że mój ukochany bierze prysznic. Uśmiechnąłem się pod nosem i znalazłem swoje bokserki wśród porozrzucanych po całej sypialni ubrań. Wszedłem do łazienki spoglądając na szatyna, który był jedynie przepasany białym ręcznikiem i przecierał dłonią zaparowane lustro.
-O matko boska, obojętnie, z którego kościoła…- szepnął sam do siebie widząc swój rozmazany makijaż.
Wywróciłem oczyma, uśmiechając się i przyglądając, jak mój kochanek bierze płatki kosmetyczne i płyn do demakijażu, doprowadzając się do naturalnego wyglądu. Podszedłem do niego i objąłem go od tyłu, przytulając się do jego pleców. Aż podskoczył ze strachu.
-O… Yuu… Przepraszam, że wziąłem twój…
-Przestań- uciszyłem go.- Możesz brać wszystkie moje rzeczy bez pytania- pauza.- I przestań mnie w końcu za wszystko przepraszać- mruknąłem, mocniej się do niego przytulając i zaciągając się jego zapachem.- Kocham cię…
-Wiesz…- odwrócił się do mnie przodem i założył mi ręce na szyję.- Przyglądałem ci się, kiedy spałeś, i rozmyślałem nad wszystkim, co stało się wczoraj. Doszedłem do pewnego wniosku…- powiedział smutno.
-Jakiego?- zmartwiłem się, że to nie będzie miła wiadomość.
-Też cię kocham!- wykrzyknął uradowany i pocałował mnie.
-Matko…- odetchnąłem z ulgą.- Bałem się, że zaraz powiesz, że wolisz… Em… kogoś innego…
-Chciałeś powiedzieć, Reitę?
-Nie no, przecież nie użyłem imienia…
-Przecież słyszałem. Nie pytam, co powiedziałeś, tylko, co chciałeś powiedzieć- zauważył. Przez chwilę milczałem.- Aoi?
-Może…- bąknąłem. Uruha widząc moją kwaśną minę zaraz mnie pocałował.
-Ale tak nie jest- uśmiechnął się.- Kocham tylko ciebie- przytulił się do mnie mocniej, a ja zaraz rozpromieniłem się.- Byłeś boski w nocy- szepnął mi na ucho.- Nie miałem siły ci tego wczoraj powiedzieć- zachichotał.
-Ty też byłeś wspaniały- pogładziłem go po plecach i nagle znów spoważniałem.
-Co się stało?- Uru zauważył mój stężony wyraz twarzy.
-Sprawę Reity mamy załatwioną, tak?
-No tak- kiwnął głową.- A co?
-Właśnie… A co z Rukim?

CDN

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.5

I | II | III | IV |



Miałem dziwnie złe wrażenie, że Uruha świetnie dogaduje się z Reitą… W przeciwieństwie do mnie i Rukiego. Wokalista chodził jak struty i obijał się o wszystkie ściany. Unikał mojego wzroku, tak samo jak całej mojej osoby. Przystaliśmy na układ, że kiedy tylko jeden z nas ma ochotę się pogzić, daje drugiemu znak w postaci przejechania dłonią po linii szczęki i oblizaniu ust. Zwykle to ja zaczynałem- Takanori był chętny w każdych okolicznościach i gotów w każdym miejscu rozłożyć przede mną nogi tylko po to, żeby mnie zaspokoić. Wiedziałem, że to złe, ale nie umiałem tego przerwać. Matsumoto był… zastępstwem… Tak, to dobre określenie. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma- pomyślałem kiedyś, dając blondynowi znak, że mam ochotę. Tak, jak się spodziewałem, praktycznie przestaliśmy się do siebie odzywać. Nie byliśmy już przyjaciółmi… Mimo, iż wiedziałem, że tak to się skończy, było mi smutno. W końcu Ruki był moim NAJLEPSZYM przyjacielem i znałem go od wielu, wielu lat. Głupio się czułem, że zatraciliśmy naszą wieloletnią przyjaźń w takim bagnie… w bagnie, w którym gniją nasze okruchy moralności i przyzwoitości- Boże, przecież ja go posuwałem na ulicy w ciemnym zaułku! Przecież to nienormalnie, ale wtedy mnie to nie obchodziło. W ogóle przestało mnie cokolwiek interesować, miałem wszystkiego dość, nawet gry na gitarze, co ostatnio oświadczyłem wychodząc z sali, gdzie odbywały się nasze próby, kiedy Kai przedłużył spotkanie o pół godziny. Wszyscy wtedy spojrzeli na mnie jak na kosmitę. Dobrze widzieli, że kocham muzykę i jest nieodłączną częścią mojego życia. Zacząłem grać na gitarze, kiedy byłem jeszcze dzieckiem- zawsze sprawiało mi to radość. Potrafiłem godzinami ćwiczyć jedną, durną melodyjkę bez wytchnienia, nie przerywając nawet wtedy, kiedy moje palce były już całkiem nabrzmiałe i popuchnięte, a nieraz nawet porozcinane od strun instrumentu. Nigdy nie miałem dość gry, a teraz?... Melodramat…
Ruki wparował do mojego mieszkania, jak zwykle nie siląc się na pukanie, czy coś w tym stylu. Wszedł do salonu, w którym akurat siedziałem i spojrzał na mnie wyczekująco, po czym zaczął kierować się w stronę łóżka. Był jeszcze bardziej blady i przygaszony niż zawsze- zauważyłem to przyglądając się ciemnym cieniom malującymi się pod jego zmęczonymi oczami.
-Po co przyszedłeś?- spytałem, a raczej warknąłem.
-Wysłałeś mi sms’a, pamiętasz? Miałeś ochotę- powiedział głosem absolutnie wypranym z jakichkolwiek emocji.
-A… Tak, racja- mruknąłem i podążyłem za nim.
Taka jak zawsze rozebrał się do bielizny i położył na moim łóżku szeroko rozkładając nogi. Również pozbyłem się ubrań i usiadłem na nim okrakiem, po czym pocałowałem. Pocałunek także był pozbawiony jakiś głębszych treści. Całowaliśmy się… z przyzwyczajenia… albo dlatego, żeby zachować jakieś ostatki normalności… albo po prostu było nam tak wygodniej, sam nie wiem… W tym momencie zdałem sobie sprawę, że obaj jesteśmy jak puste skorupy, jak słomiane kukły pozbawione wszelkich uczuć i ludzkich odruchów. To mnie obrzydzało- w Rukim, we mnie… ale nie umiałem przestać…
Dotykałem go delikatnie, samymi opuszkami palców. Wokalista westchnął i zacisnął powieki… bynajmniej nie z przyjemności. Spod jego powiek wypłynęło kilka łez. Nie umknęło to mojej uwadze. Zaciąłem się i przestałem pieścić jego ciało. Zdziwiony blondyn niepewnie otworzył zaszklone, zaczerwienione oczy.
-Dlaczego przestałeś?- zapytał.
-Dlaczego płaczesz?
Chłopak przez chwilę milczał.
-Nie twój interes. Zerżnij mnie, bo chcę wrócić do domu jeszcze przed zapadnięciem mroku- wydusił z siebie.
-Co się stało?- drążyłem.
-Nic.
-Co się stało?- powtórzyłem pytanie.
-Nic.
Deja vu.
-Co się stało?- zapytałem, tym razem dorzucając nutkę zatroskania.
-No przecież mówię, że nic!- warknął, po czym wybuchnął płaczem.
Odruchowo go przytuliłem, zmuszając tym samym, żeby wywindował się do pozycji siedzącej. Blondyn ukrył twarz w zagłębieniu mojej szyi, a jego srebrne łzy spływały po moim ciele delikatnie je łaskocząc. Głaskałem go po głowie w milczeniu, czekając aż się uspokoi.
-Bo… Bo ja już… ju… już tak nie mogę- wychlipał.- Myśla… Myślałem, że dam sobie… sobie radę z tym… a… ale mnie to prze… przerosło. Ja wiem… wiem, że myślisz o nim…
Od razu domyśliłem się, że chodzi mu o Uruhę. Westchnąłem ciężko i spojrzałem na niego przygaszonym wzrokiem.
-Masz rację- odpowiedziałem zgodnie z prawdę. Wiedziałem, że okłamywanie go nie ma sensu.- Wybacz, ale na żadne pocieszenie z mojej strony nie możesz liczyć…- dodałem ciszej.
-Wiem… Ostatnio dużo o tym myślałem…- zadrżał.
-I?
-Podjąłem decyzję. Yuu, ja tak już nie mogę… My… Myślałem, że jestem silniejszy, ale… To wszystko nie ma sensu… dlatego odchodzę z zespołu- oznajmił chłodno.- Wiem, że może wydać ci się to śmieszne: rzucać zespół z prywatnych powodów… Wybacz- szepnął i wyrwał się z moich objęć, po czym zaczął się ubierać.
Ocknąłem się, kiedy blondyn był już w pełni ubrany i stał w drzwiach do sypialni. Odwrócił się, żeby spojrzeć na mnie ostatni raz, a ja zerwałem się z łóżka nadal będąc w samych bokserkach. Złapałem go za rękę.
-Zaczekaj- powiedziałem, a następnie kichnąłem. Poczułem, że jakiś nadaktywny jeż dostał się do mojego gardła, co mnie nie pocieszyło.

Rozłożyłem się. Lekarz stwierdził, że zachorowałem na anginę. Jak mogłem tego wcześniej nie dostrzec? To pewnie przez ten seks z Rukim w ciemnym zaułku, albo w chłodni na zapleczu sklepu spożywczego za rogiem… albo… dobra, nieważne… Nie będę przywoływał kolejnych nieprzyzwoitych wspomnień.
Doktor przepisał mi antybiotyk i kazał stawić się na kontrolę za tydzień, którą oczywiście olałem. Tak samo zresztą, jak leki. Z niezadowoleniem stwierdziłem, że zapasy w lodówce się kończą, choć i tak zawsze były bardzo skąpe, przyzwyczaiłem się do jadania w barach. Wyciągnąłem butelkę zimnej wody i upiłem z gwintu kilka dużych łyków, po czym skrzywiłem się, gdyż jeżowi w gardle bynajmniej nie spodobał się mój nowy pomysł pozbycia się go; mianowicie: chciałem go utopić. Kolczatek odgryzł się za to, wbijając nieznośne igiełki w podrażnione tkanki.
Dzwonek do drzwi.
-Yuu, wiem, że tam jesteś! Otwieraj!- wydarł się… Uruha?
W zaskakująco szybkim tempie dopadłem drzwi i otworzyłem je drugiemu gitarzyście.
-Co ty tu robisz?- wychrypiałem. Chyba rozdrażniłem jeża tą lodowatą wodą, bo teraz nawet mówić mi nie pozwalał.
-Przyszedłem zobaczyć, jak sobie radzisz- uśmiechnął się i wepchnął do mojego mieszkania.- Aoi… ja wiem, że jesteś chory i nic ci się nie chce, ale mógłbyś tu trochę ogarnąć- mruknął niezadowolony widzący wszechobecny syf.
-Jak Ruki?- zapytałem znienacka.
-Siedzi w domu z Reitą. Nie wiem dlaczego, ale ze mną nie chciał rozmawiać…- wzruszył ramionami.- Może za krótko się znamy i uznał, że nie może powierzyć mi swoich tajemnic?- oj, chyba nie…- W każdym razie Akira robi co może, żeby podnieść go na duchu.
-Z marnymi efektami?- zgadłem.
-Mhm- przytaknął.- W sumie, to nawet mi go żal…
-Rukiego?
-Nie, Reity. Raz przyszedł go odwiedzić i już tam tak został- skrzywił się.
-Mieliście jakieś wspólne plany?- od jutra zostanę mentalistą.
-Tak- pokiwał głową.- Chcieliśmy wyskoczyć do kina, a potem na jakąś kolację…- rozmarzył się, a ja poczułem jak wzbiera we mnie gniew.- Akira to fajny chłopak…- mruknął do siebie.
-Pff!- prychnąłem przechodząc obok niego i siadając na kanapie, uprzednio zwalając z niej wszystkie śmieci na podłogę. Chwyciłem pilota i włączyłem telewizor, udając, że interesują mnie wiadomości.
-Co to miało być?- zaśmiał się.- Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że jesteś zazdrosny- uśmiechnął się szeroko, a ja zmierzyłem go morderczym spojrzeniem.
-Może już sobie idź, co?- zaproponowałem mało subtelnie.
-Wyganiasz mnie?- zdziwił się.
Wypraszam mój obiekt westchnień z własnego mieszkania… chyba naprawdę byłem chory. Przyłożyłem sobie rękę do czoła- rozpalone. I wszystko jasne…
-Jeżeli chcesz mi truć o Reicie, to tak- odpowiedziałem nieprzyjemnie.
Szatyn spojrzał na mnie z ukosa, marszcząc brwi. Zrobił zatroskaną minę.
-Yuu, czy ty się dobrze czujesz?
-Tak, świetnie- mruknąłem, podciągając kolana pod brodę.
Nie ma to jak stary, przepocony dres i rozciągnięta koszulka, podczas gdy twój idealny partner stoi naprzeciw ciebie i wygląda jak seksbomba. Taa… Skrzywiłem się przeczesując dłonią nieuczesane, niesforne włosy i przetarłem nieumalowane oczy.
-Co się dzieje?- zapytał.
-A co chcesz żeby się działo?- naprawdę byłem w stanie rozpętać trzecią wojnę światową, jak i pogodzić wszystkich ludzi na świecie, jeśli by sobie tego zażyczył. Bo to był on- Uruha. I mógł żądać ode mnie wszystkiego, a ja bym to wszystko zrobił i jeszcze pewnie dziękowałbym mu, że był łaskaw się do mnie odezwać. A teraz on sam przychodzi do mnie i się martwi, a ja nie umiem tego docenić. Jestem wyprany ze wszelkich emocji. Jedyne, co potrafiłem, to spanie. Na szczęście nie piłem- nie miałem na to siły.
-Widzę, że to będzie długa rozmowa…- mruknął i skierował się do kuchni.- Chcesz herbaty?
-Bynajmniej, nie mamy o czym rozmawiać- burknąłem.
Kouyou odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Już chciał powiedzieć coś w stylu „Co proszę?”, gdy nagle jego wzrok przykuła prostokątna, biała karteczka z czerwoną pieczątką i pochyłym, nieczytelnym pismem lekarza.
-Nie wykupiłeś leków?!- ryknął na mnie wracając do salonu. W mojej głowie rozpoczął się sztorm, a myśli szykowały się do abordażu, kiedy usłyszałem jego wrzask.
-Nie krzycz proszę…- rozmasowałem obolałem skronie.
-Dlaczego nie wykupiłeś leków?!- chyba nie interesowało go to, że łeb pękał mi w szwach.
-Po co?- wzruszyłem ramionami.- Póki jestem chory, Ruki odwleka rozmowę ze mną, a co się z tym wiąże, odejście z zespołu- wyznałem posępnie.- Staram się jak mogę odwlec wrzaski Reity i Kaia… no może i twoje, że zniszczyłem Gaztto.
Uru stanął jak wryty i spojrzał na mnie jak na kompletnego kretyna. Przysiadł obok, przy czym przez przypadek usiadł na jednej z pustych puszek po piwie. Aluminium szczęknęło pod ciężarem jego boskiego, sprężystego, prawego pośladka, choć zdawało mi się, że ten odgłos przepełniony jest rozkoszą… jakby puszka się ze mnie naśmiewała, że nie mogę znaleźć się na jej miejscu… odwala mi- pięknie!
-Posłuchaj… Nie możesz chorować w nieskończoność. Prędzej czy później będzie trzeba spojrzeć prawdzie w oczy …
-To ja zdecydowanie wolę później- przerwałem mu, wywracając oczyma.
-A tak w ogóle, to o co wy się pokłóciliście? Przecież jesteście najlepszymi przyjaciółmi…
-Nieważne…
-Boże, czemu wszyscy traktują mnie jak trędowatego?! Najpierw Ruki, potem Kai… Czy tylko Reita jest w stanie się do mnie normalnie odzywać?!
-Przestań!- krzyknąłem na niego, nie zwracając uwagi na jeża.- Tylko Reita i Reita, Akira i Akira! Mam w dupie tego twojego boskiego Reitę! Jeśli tak ci go brakuje, to proszę, leć do niego! Wybacz, że nie jestem taki jak on!
-A co ty się go tak uczepiłeś, co?! Najpierw kłócisz się z Rukim, teraz chcesz i ze mną?!
-Ooo… Tak, broń swojego kochasia!- zaśmiałem się gorzko.
Kouyou przez chwilę milczał.
-A nawet jeśli mi się podoba, to co?- burknął.
-Nic…- syknąłem.
-Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedyś przedstawiałeś mnie jako swojego przyjaciela. Właśnie widzę, jak traktujesz przyjaciół! Co cię ugryzło?! Co się, do kurwy nędzy, stało?!
-Chcesz wiedzieć co się stało?- zapytałem już cichym, normalnym głosem ze stoickim spokojem i gorzkim uśmiechem.
-Proszę bardzo, oświeć mnie!
Przełknąłem głośno ślinę.
-Kocham cię…- szepnąłem.- To się stało. Słyszysz? KOCHAM CIĘ!!!- wrzasnąłem na cały budynek, a jeżyk zatrząsł się z przestrachu i nawet nie śmiał mnie dźgnąć choćby jednym kolcem.- Odkąd pierwszy raz cię zobaczyłem, nie mogę przestać o tobie myśleć…- ściszyłem głos do szeptu.- Zakochałem się w tobie bez pamięci…- wyznałem.- Ale ty wolisz Akirę…- po chwili pożałowałem tego, co przed chwilą powiedziałem.

CDN

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.4

I | II | III |



Uruha przyszedł do mnie o dziewiątej, tak jak się umawialiśmy, o czym ja oczywiście zapomniałem, dlatego otworzyłem mu drzwi będąc ubrany jedynie w ręcznik przewiązany dookoła bioder, na co chłopak zareagował soczystym rumieńcem. Kazałem mu usiąść i poczekać w salonie, podczas gdy ja latałem w tą i w tamtą, szukając jakiś czystych ciuchów, suszarki, tuszu do rzęs… Wyszliśmy dwadzieścia po dziesiątej, ta… już sobie wyobrażałem ten morderczy wzrok naszego nowego lidera… W sumie Kai był lepszy- on tylko próbował zabić mnie wzrokiem, Ruki się nie krępował i od razu skakał mi do gardła… dosłownie skakał, bo nie mógł dosięgnąć szyi, ale to szczegół.
Tak więc, przyjechałem z Uru na próbę. O dziwo, nikt nawet krzywo na mnie nie spojrzał, gdyż całą uwagę towarzystwa pochłonął Kouyou. Kai, Reita i Ruki wypytywali szatyna o różne rzeczy- perkusista o formalności (ile masz lat, jak się nazywasz, skąd pochodzisz), basista o muzykę (ile lat grasz na gitarze, jakie są twoje ulubione zespoły), a Ruki… blondyn gadał, co mu ślina na język przyniosła (jakiej jesteś orientacji, czy spałeś kiedyś z chłopakiem. Tu muszę przyznać, że mój uczeń się zawiesił i nie wiedział, co odpowiedzieć. Ukradkiem spojrzał na mnie, co spowodowało triumfalny banan wokalisty).
W końcu zaczęliśmy grać. Najpierw bez Uruhy- chcieliśmy mu pokazać, jaką muzykę tworzymy. Wykonaliśmy kilka naszych popisowych numerów, przy których każdy starał się jak mógł, a szczególnie basista… Jego zachowanie mi się nie spodobało… i to bardzo. Za dobrze go znałem, żeby myśleć, że to moja chora zazdrość. On coś knuł i ja o tym wiedziałem. Reita zawsze był typem stojącym „po ciemnej stronie mocy” i rzadko kiedy jego myśli były czyste. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że ma pokojowe zamiary względem szatyna…
Uru pochwalił nas i przyznał, że interesuje się muzyką rockową. Akira podał mu nuty do piosenek, które przed chwilą wykonaliśmy i zaczął z nim coś omawiać. Śmiali się przy tym i najwidoczniej dobrze bawili, a mnie bolało to, że Kouyou czuł się o wiele swobodniej w towarzystwie wyższego blondyna niż moim. Przy mnie zawsze się rumienił i uciekał wzrokiem. Tylko czasami mogłem z nim normalnie porozmawiać, w dodatku na tematy tak mi odległe, że prawie w ogóle nie mogłem się wypowiadać, a najlepiej było, kiedy po prostu milczałem…
-Zazdrosny?- Ruki przysiadł się do mnie i wyjął mi papierosa z ust, po czym zaciągnął się nim.
-Daj spokój…- burknąłem pod nosem, odwracając wzrok.
-Ej, przecież widzę- zaśmiał się… gorzko?- Jesteście parą?
-Ta… W snach… Co gorsza tylko moich- prychnąłem i wyjąłem z paczki jeszcze jednego szluga.
-Hm… Może musisz go sobie odpuścić?- mruknął.
-Co?- zdziwiłem się.- To ty zawsze motywujesz mnie do działania, robisz mi pięciogodzinne wykłady, że jak się poddam, to mnie osobiście wykastrujesz, a teraz mówisz, że mam go sobie odpuścić? To do ciebie niepodobne…- zauważyłem.
-Podobno, co siedem lat charakter się zmienia…- uśmiechnął się krzywo.
-Ale ja cię nie znam jeszcze siedmiu lat... I zakazuję ci się zmieniać!
-Ludzie mówią, że kiedy człowiek się zakocha, zmienia się- wzruszył ramionami.
-Ruki… coś ty ćpał?- przeraziłem się.- Od kiedy tak szczebiotasz o miłości, co? Może jeszcze zaczniesz gadać do lampy?!
-Yuu, idioto- trzepnął mnie w ramię. Zdziwiłem się, bo bardzo rzadko zwracał się do mnie po imieniu.- To już nie mogę się zakochać?
-Nie no… teoretycznie możesz- wzruszyłem ramionami. 
-A co do Uruhy- kontynuował- radzę ci, skończ z nim. Narobisz się po uszy, a potem będziesz cierpiał, zobaczysz, zawsze tak jest. Rozejrzyj się wokół, może znajdziesz kogoś bardziej przystępnego…- uśmiechnął się jak zawodowy cwaniak.
-Że niby Kai?- zdziwiłem się.
-Błagam cię…- wywrócił oczyma, po czym znacznie przybliżył się do mnie i splótł nasze dłonie. Spojrzałem na niego z przestrachem.- Może jest ktoś, kogo powinieneś uważać za kogoś więcej niż przyjaciela?

Wróciłem do domu około godziny dwudziestej. Po próbie szlajałem się po mieście, próbując zrozumieć, co miał na myśli Ruki. Wszystko układało się w jedną całość- te jego odwiedziny w środku nocy i pakowanie mi się do łóżka, dzwonienie o każdej porze dnia i nocy, porady, chęć bycia blisko mnie… Nie, nie, NIE! To nie może tak być! Ruki to przyjaciel, powtarzaj Yuu, Ruki to przyjaciel i nikt więcej, Ruki to przyjaciel… No nie! Przecież dobrze wiem, że chciał mi dać do zrozumienia, że się we mnie zakochał! Ale ja… ja też go kocham, tylko że jak brata. Takanori jest moim przyjacielem, moją podporą życiową, ale gdybyśmy byli razem… mój sens życia ległby w gruzach. Nie mogłem w to uwierzyć… nie chciałem w to wierzyć…
Wziąłem szybki, zimny prysznic i rzuciłem się na łóżko. W tym momencie rozległ się dźwięk mojego telefonu. Na początku udawałem, że go nie słyszę, jednak melodyjka zaczynała wżerać mi się w mózg i w końcu odebrałem.
-Moshi, moshi- mruknąłem nawet nie patrząc, kto dzwoni.
-Cześć Yuu- usłyszałem głos, którego tak bardzo teraz nie chciałem słyszeć.- Dzwonię, aby cię poinformować, że już wchodzę do twojego bloku i dać ci tym samym znać, że zabawa w „nie ma mnie w domu” jest bezsensowna- rzucił beztrosko wokalista, po czym rozłączył się. Po chwili usłyszałem pukanie do drzwi, a w następnym momencie blondyn pojawił się w mojej sypialni.- Cześć- przywitał się i pocałował mnie w policzek.
-Ruki, przestań!- niemalże krzyknąłem.- Proszę cię, nie rób tak…- dodałem już ciszej.
-Wiem, że próbujesz sobie wbić do głowy, że to ja jestem ten zły i niedobry, a Uruha jest twoim zbawieniem, jednak… Spójrz prawdzie w oczy, Yuu- powiedział twardo, przysiadając na krawędzi mojego łóżka.- On cię nie chce. Nie wiem, do czego doszło między wami i szczerze mnie to nie obchodzi. On się tobą nie interesuje… w przeciwieństwie do mnie. Więc albo przyjmiesz to, co ja ci oferuję, albo będziesz tak leżał do usranej śmierci i rozwodził się nad swoim nieszczęśliwym losem. Co wybierasz?- spojrzałem na niego zaskoczony. Jego mowa była tak cholernie… prawdziwa… Kurwa, on miał rację! Do moich oczu napłynęły łzy.- Nie każę ci żebyś teraz wmawiał sobie, że coś czujesz do mnie, nie, to bez sensu. Ja cię kocham, ty mnie nie- sprawa jest prosta, tylko… pozwól mi być blisko ciebie. Tylko tyle chcę, nic więcej. Nie musisz pamiętać o żadnych rocznicach, imieninach, urodzinach czy jeszcze głupszych sprawach… Dla ciebie to będzie wygodne, bo bez zobowiązań, a dla mnie korzystne, bo będę blisko ciebie- wzruszył ramionami.- Twoja decyzja…
-Takanori- popatrzyłem mu prosto w oczy.- Czy ty siebie słyszysz? Mówisz, że moja miłość do Kouyou jest bez sensu… nie, to twoje pieprzenie jest bez sensu! Rozumiem, że chcesz żebym traktował cię jak zwykłą kurwę, nigdy nie pokochał, zniszczył naszą przyjaźń, a ty wtedy będziesz cały czas smutny, bo tak naprawdę nie osiągniesz tego, co chciałeś! Będziesz sobie wmawiał, że jest dobrze, choć tak naprawdę cały ten chory układ doprowadzi i mnie i ciebie do alkoholizmu, albo jeszcze gorzej, a nasze życie zmienimy w wyścig czyją trumnę zamkną szybciej. W ten sposób tylko pogrążysz nas jeszcze bardziej… Pogrążysz nasze dwie nieszczęśliwe miłości… Tego właśnie chcesz? Odpowiedz, tego właśnie chcesz?!- krzyknąłem na niego. Widziałem, jak Matsumoto ledwo powstrzymuje się od wybuchnięcia płaczem. Pierwszy raz w życiu widziałem go w takim stanie…
-Twoja decyzja…- szepnął, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.
Odwróciłem wzrok i zagryzłem wargi. Ruki widząc moją reakcję wstał i już chciał skierować się do wyjścia, kiedy złapałem go za rękę.
-Czekaj…- podszedłem do niego i objąłem w pasie, a następnie czule pocałowałem w usta… O ile można mówić o czułym pocałunku z kimś, kogo się nie kocha…- Tak samo, jak ty nie chcę być sam- szepnąłem, gdy już odsunęliśmy się od siebie.
-Nie boję się samotności. Chcę być z tobą… i nie ważne, ile by to miało mnie kosztować…- odpowiedział ledwo słyszalnie i wziął głęboki wdech, uspakajając się z lekka.- Pójdę już…
-No chyba nie…- uśmiechnąłem się przebiegle i pchnąłem go na łóżko, moszcząc się na jego biodrach.
-Chcesz… już? Teraz TO… zrobić?- jąkał się, kiedy rozpinałem jego kurtkę.- Zresztą nie mam nic do gadania…- oddał mi się całkowicie.
-Właśnie- mruknąłem, przysysając się do skóry jego szyi.
Podczas stosunku z wokalistą cały czas myślałem o Uru… Nie mogłem się powstrzymać, odgonić tych myśli od siebie. Wracały wspomnienia z pamiętnego wieczoru, kiedy go… zgwałciłem, bo jak inaczej to nazwać? Doprowadziłem do aktu nierządu bez jego zgody?
Kiedy osiągnąłem spełnienie, przez przypadek wyszeptałem imię Kouyou, za co dostałem w twarz od blondyna.
-Bez zobowiązań, nie znaczy, że możesz myśleć o kimś innym pieprząc się ze mną!- warknął.
-Wybacz, Kurewno Śnieżko- sapnąłem, wychodząc z niego i opadając na miejsce obok.
-Mimo wszystko byłeś nienajgorszy…
-Nawzajem…

CDN

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.3

I | II |



Wyszedłem z jego mieszkania i skierowałem się z powrotem do siebie. Szczerze, to nawet lubiłem dawać korepetycje i patrzeć na te uśmiechnięte buźki dzieci, ale teraz miałem ochotę zabić tego szczeniaka, który musiał przyjść akurat dziś. Niezbyt zadowolony z tego, że musiałem opuścić Uruhę, wszedłem do mojego bloku i nawet nie zdążyłem dojść pod odpowiednie drzwi, kiedy rzuciła się na mnie trójka dzieci.
-Dzień dobry, sensei- uśmiechały się radośnie, tuląc do moich nóg.
-No nie wiem, czy taki dobry…- burknąłem pod nosem, wkładając klucz do zamka.
Lekcja trwała chyba już z tydzień! Dzieciaki w tempie galopującego żółwia uczyły się grać najprostsze utwory. Może ich wolna nauka była spowodowana tym, że gitary, które ze sobą przynosiły były większe od nich? W dodatku jeden z moich uczniów zapomniał dzisiaj swojego instrumentu, więc musiałem pożyczyć mu akustyka, co później okazało się wielkim błędem. Przez uchylone okno do mieszkania wleciała pszczoła- mały chłopiec, któremu użyczyłem gitary miał uczulenie na ich jad i panicznie zaczął odganiać od siebie owada. Żeby jeszcze robił to rękami… ale on zaczął wymachiwać moim akustykiem, czego efektem był złamany gryf i roztrzaskane pudło rezonansowe. Chyba zacznę uczyć tylko nastolatki…
Dzieciak zaczął płakać, choć jeszcze nie zdążyłem nawet się odezwać, czy poruszyć. Spojrzałem na połamany instrument i wzruszyłem ramionami.
-Nie płacz. Nic się nie stało- przykucnąłem koło malca.
No bo cóż innego mogłem zrobić? Gdybym na niego nawrzeszczał, zapewne dostałby jeszcze zawału, a jego matka nękałaby mnie do końca moich dni, czego wolałem uniknąć, gdyż więcej miała wspólnego z Mikem Tysonem niż z Claudią Shiffer. Resztę korepetycji poświęciłem na uspakajaniu niezdary, po czym pożegnałem dzieci i odprowadziłem je wzrokiem do samych drzwi. Spojrzałem z wyrzutem na moją wysłużoną gitarę. Szkoda mi jej było, ale cóż… Rad nie rad będę musiał odwiedzić Uruhę w sklepie muzycznym- uśmiechnąłem się pod nosem i cała ta sytuacja już nie wydawała mi się taka zła. Wziąłem truchło gitary i postawiłem je przy śmietniku, by pamiętać o wyrzuceniu go.

Następnego dnia pofatygowałem się do sklepu muzycznego. Już z daleka rozpoznałem tak dobrze znaną mi postać Kouyou. Wszedłem do środka z wielkim bananem na twarzy. Uru spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie.
-Cześć- przywitałem się podchodząc do niego.
-Hej- odpowiedział.- Co cię do mnie sprowadza?
-Rozwalona gitara- westchnąłem.- Wczoraj na korepetycjach uczeń doszczętnie połamał mojego akustyka i zostały z niego same drzazgi- no, może trochę przesadziłem, ale po co miał o tym wiedzieć?
-Mhm… Rozumiem- mruknął jakby trochę zawiedziony. Myślał, że po co tu przyszedłem? Tak sobie pogadać?- Zaraz, zaraz… Dajesz korki z gry na gitarze?
-Tak. Przecież ci mówiłem- zauważyłem ciągnąc go w stronę, gdzie znajdował się dział z gitarami.
-Kiedy?- zdziwił się.
-W barze.
-Tak, mów mi, kiedy jestem pijany- puknął mnie w czoło palcem.- Ja nawet nie pamiętam, jak się tam znalazłem!- zaśmiał się, a ja mu zawtórowałem.- Dużo masz uczniów?
-Grupkę dzieci, która wczoraj przyszła- zacząłem wyliczać.- Dwóch nastolatków, rodzeństwo, bardo dobrze grają i jednego dorosłego faceta, jakiś nudziarz, który chce umocnić, albo stworzyć więź między nim a synem.
-Acha- mruknął i ściągnął jedną z gitar podając mi ją.
-Ty też grasz na gitarze, prawda?- zapytałem.
-Daj spokój… Pewnie te dzieciaki grają lepiej ode mnie- wywrócił oczyma.- Kiedyś szukałem właśnie takich prywatnych korepetycji, ale jak mi rzucili ceną, to nogi się pode mną ugięły- pokręcił głową i odłożył instrument, który mu oddałem krzywiąc się.
-Ja mogę cię poduczyć- zaoferowałem się.
-Cena?
-Za darmo!- dźgnąłem go między żebra.- Jeszcze miałbym żądać od ciebie pieniędzy po tym, co zrobiłem?- dodałem ciszej, a chłopak przez chwilę milczał.
-Dzięki…- uśmiechnął się.- Ale ja nie mogę dać ci gitary za darmo. Wiesz… to nie mój sklep- rozłożył bezradnie ręce.
-Wiem. Przecież nie oczekuję tego od ciebie- uśmiechnąłem się i wziąłem do rąk kolejnego akustyka.
***
W końcu wybrałem sobie odpowiednią gitarę i umówiłem się z Uru, że przyjdzie do mnie jeszcze dzisiejszego wieczora, bo jutro uczyłem rodzeństwo, a pojutrze dziwnego ojca. Zapisałem szatynowi swój adres, po czym cmoknąłem go w policzek i rzuciwszy krótkie „Do zobaczenia” wyszedłem ze sklepu cały w skowronkach. Nie mogłem doczekać się wieczoru, który, na całe szczęście, szybko nadszedł.
Około dwudziestej usłyszałem pukanie do drzwi. Hamując się, żeby przypadkiem nie zacząć skakać z radości, otworzyłem drzwi mojemu nowemu uczniowi.
-Jak fajnie, że mieszkasz tak blisko mojego sklepu- uśmiechnął się, kiedy przepuściłem go w drzwiach.- Ledwo go zamknąłem i już jestem u ciebie. Szczerze, to myślałem, że to gdzieś na drugim końcu miasta…
-No widzisz, jak masz ze mną dobrze- zaśmiałem się, a zaraz przed oczami staną mi obraz Uruhy leżącego pode mną i krzyczącego: „Ach… Tak, tak! Mocniej, mocniej Yuu! Szybciej!”. Tsa… Przeszedł mnie dreszcz podniecenia, co starałem się zamaskować.
Zaproponowałem mu coś do picia, ale odmówił. Przeszliśmy do salonu, gdzie usiedliśmy na kanapie, a ja podałem szatynowi swoją nowiutką gitarę. Pomińmy fakt, że była nadludzko droga i pewnie za jakieś dwa dni nie będę miał z czego żyć, bo wszystko na nią wydałem… Na stoliku rozłożyłem kilka kartek z nutami, z którymi Uru zapoznał się.
-Em… No nie wiem, czy mi wyjdzie…- bąknął.
-Jestem od tego, żeby ci pomagać, więc pomyłki są nawet wskazane- zaśmiałem się.
Kouyou uśmiechnął się niezbyt przekonany, po czym zaczął wygrywać kolejne akordy. Grał tak, jakby sam to napisał. Co prawda były to jakieś durne, proste ćwiczenie, jednak zaskoczył mnie swoją perfekcją. Z łatwością dociskał odpowiednie struny i przesuwał dłonią po gryfie. Gdy skończył, od razu zamieniłem kartki. Dałem mu coś o wiele trudniejszego- pierwszą lepszą piosenkę Luna Sea, którą znalazłem między papierami.
-Aoi… To jest za trudne…- westchnął.- Nie zagram tego!
-Zagrasz, zagrasz- poklepałem go po przyjacielsku po plecach.
Chłopak przez chwilę wahał się, jednak w końcu zaczął grać. Grał z wielką pasją, zupełnie tak, jakby od tego zależało jego życie. Zauroczyłem się jego grą… no i nim samym też, ale to szczegół. Przyglądałem się, jak jego szczupłe, długie palce pieszczą kolejne struny i znów zrobiło mi się gorąco, kiedy wyobraziłem sobie, że równie dobrze mogłyby tak pieścić i mnie.
-Świetnie grasz!- wykrzyknąłem, kiedy skończył.- I nie waż mi się nawet wciskać kitu, że nie mam racji, bo mam! Jesteś zawodowcem!- uśmiechnąłem się do niego szeroko i pocałowałem w policzek. Chłopak oblał się rumieńcem.
-Wcale nie…
-Nie bądź taki skromny! Jesteś świetny!- wstałem z kanapy i powędrowałem do sąsiedniego pokoju. Przełożyłem pasek elektryka przez ramię i zacząłem pchać nogą wzmacniacz do salonu. Następnie podałem gitarę szatynowi i podpiąłem ją do wzmacniacza, który włączyłem do gniazdka.- I właśnie dlatego, że jesteś taki dobry, będziesz ćwiczył na tym- wyszczerzyłem się, a chłopak niepewnie popatrzył na gitarę, którą wcisnąłem mu z w ręce.
-No nie wiem…
-Grunt, że ja wiem!- podałem mu inne kartki. Uruha zaczął grać. Przy drugim refrenie nawet się uśmiechnął. Widać X Japan przypadli mu do gustu. Również się uśmiechnąłem i wpatryłem w niego, jak w obrazek. W pewnym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Uru przestał grać.- Nie przerywaj sobie, graj dalej, zaraz wrócę- poinformowałem go i oddaliłem się rozmyślając, jaką widowiskową śmierć zafunduję temu, kto raczył przyjść do mnie w takiej chwili.
Otworzyłem drzwi, a moim oczom ukazał się Ruki.
-Kto gra, jeśli ty jesteś tutaj?- zapytał.
-Tak, też miło mi cię widzieć. Tak, tak wszystko w porządku, możesz wejść- przepuściłem go w drzwiach.
-Więc dowiem się, kto tak gra?
-Mój… yyy... przyjaciel, Uruha… znaczy Kouyou- odpowiedziałem i przeszedłem z blondynem do salonu. Gdy szatyn spostrzegł Takę zmieszał się i przestał grać.- To jest Ruki- przedstawiłem go.- Mój przyjaciel, który, nie wiem po co, przyszedł zatruwać mi dupę- spojrzałem na niego z mordem w oczach.
Blondyn uważnie spojrzał na mnie i na zarumienionego Uru, po czym uśmiechnął się.
-Aaa… Już wiem jakimi jesteście przyjaciółmi- zaśmiał się i przysiadł do mojego ucznia, który zrobił się wręcz bordowy.- Świetnie grasz- pochwalił go.
-Dzięki…- wydusił z siebie szatyn i zebrał kartki ze stołu, po czym ułożył je na brzegu i odłożył gitarę wstając.- Dzięki Aoi za lekcję… Ja może już pójdę…- szepnął i chciał już wyjść, ale Ruki go zatrzymał.
-Ej, czekaj. Jeżeli przerwałem wam jakąś namiętną chwilę, czy coś, to sorry- usprawiedliwił się, a ja zgrzytnąłem zębami. Wokalista spojrzał na mnie z przestrachem, a Uruha zarumienił się jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe.- Dobra, już się zamykam. Albo nie, powiem coś jeszcze- boże, czy on musiał tyle gadać?- Yuu, przydałby nam się jeszcze jeden gitarzysta, nie?- blondyn uśmiechnął się, a ja zaraz zrozumiałem, o co mu chodzi.
-Racja- przytaknąłem, a mój wyraz twarzy momentalnie się zmienił.
-Wiesz…- zaczął Ruki, wstając i podchodząc bliżej Uruhy, puszczając jego nadgarstek.- Naprawdę świetnie grasz… Szczerze myślałem, że to grał Aoi, a on jest starym wirtuozem, wiesz, obchodzi się z gitarą od dziewiątego roku życia…
-Szóstego- poprawiłem go.
-Nieważne- mruknął wokalista.- W każdym razie, nie wiem, czy Aoi raczył ci wspomnieć, że mamy zespół. Nazywa się Gazetto. Mamy perkusistę i lidera Kai’a (pozwoliłam sobie pominąć Yune od aut.), basistę Reitę, wokalistę w mojej osobie i gitarzystę w osobie Aoi’a, jednak jest jedynym gitarzystą… Nie chciałbyś może przyjść na jakąś naszą próbę? Jeśli spodobałaby ci się muzyka, którą tworzymy, mógłbyś do nas dołączyć. Naprawdę świetnie grasz… Więc jak?
Uruha spojrzał na mnie, nie wiedząc, czy może ufać Rukiemu. Kiwnąłem głową, dając mu znak, że ma się zgodzić.
-No dobrze…- mruknął szatyn.- Kiedy i gdzie odbędzie się ta próba?
-Aoi ci wszystko wyjaśni- wyszczerzył się blondyn.- Prawda, Aoi?
-Tak, tak… Tylko… Na którą mamy próbę?- zapytałem.
Takanori podszedł do mnie i trzasnął w łeb.
-Na dziesiątą, deklu!- wrzasnął na mnie.- Do zobaczenia Uruha- zaśmiał się uroczo do mojego ucznia i wyszedł z mieszkania.
Tak, Ruki lubił wchodzić i wychodzić bez powodu z mojego mieszkania. On był dziwny… Ostatnio o drugiej w nocy przyszedł do mnie pod pretekstem, że mu się nudzi… Powoli zaczynałem się go bać…
-Próba jest w sobotę o dziesiątej. Jeśli nie masz żadnych planów na weekend, to przyjdź do mnie na dziewiątą, ok?- zapytałem, a chłopak niepewnie kiwnął głową.- Nie bój się- uśmiechnąłem się do niego.- Grasz lepiej ode mnie, na pewno świetnie ci pójdzie- starałem się go pocieszyć.
-Skoro tak mówisz…

CDN

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.2

I |



Następnego dnia wybrałem się do miejsca pracy Uruhy. Dlaczego następnego dnia? Uznałem, że chuchanie alkoholem i pytanie się o jednego z pracowników było niezbyt wskazane- a poza tym Kouyou widząc mnie zaledwie po kilku godzinach mógłby pomyśleć, że jestem nachalny, czego dałem mu już namiastkę w nocy. Z resztą nie myślałem, żeby Uruha pojawił się w pracy tego samego dnia…
Wszedłem do sklepu muzycznego i rozejrzałem się. Nigdzie nie zauważyłem Uruhy.
-Przepraszam, czy pracuje tu Kouyou?- zapytałem jedną z dziewczyn, która tutaj pracowała.
-Kto?- zapytała, nie rozumiejąc.
-Kouyou, taki wysoki brunet- zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć o kogo mi chodzi.- Uruha…
-A Uruha!- wykrzyknęła.- Nie, on tu już nie pracuje. Dziś rano zadzwonił i powiedział, że rzuca tą robotę, gdyż może mieć przez to jakiś nieproszonych gości- wzruszyła ramionami, a mi zrobiło się smutno, gdyż dobrze wiedziałem, że to o mnie tutaj chodzi.
-Acha- przytaknąłem.- A nie wie pani gdzie on mieszka?
-Wiem, ale nie mogę udostępnić panu tej informacji. To byłoby naruszenie…
-Błagam! Nich pani mi powie, gdzie on mieszka!- jęknąłem żałośnie, przerywając jej.
-Nie- odpowiedziała twardo. Wiedziałem, że już nie ma szans na dyskusję.
Staliśmy tak w ciszy mierząc się wzrokiem aż w końcu mnie olśniło. Yuu, ty kurwo- skarciłem się w myślach, wzdychając, jednak wiedziałem, że nie ma innego wyjścia.
-Więc może mi pani doradzi jakąś gitarę akustyczną?- zapytałem kuszącym głosem.
Kobieta skinęła głową, lekko zdziwiona zmianą mojego zachowania. Przeszliśmy do miejsca, gdzie znajdowały się gitary. Zaznaczę, że seksownie kręciłem przy tym dupą. Już chciała coś powiedzieć, gdy ja popchnąłem ją w stronę otwartych drzwi, prowadzących do pseudo magazynu. Przyparłem ją do ściany i namiętnie pocałowałem, przy czym przy użyciu nadludzkiej siły powstrzymywałem odruch wymiotny. Po chwili oderwałem się od niej.
-Więc gdzie on mieszka?- zapytałem.
***
Spojrzałem na mały, szary blok, w którym najprawdopodobniej mieszkał Kouyou. Westchnąłem z rezygnacją i wszedłem do środka. Oczywiście nie było tutaj windy, więc na najwyższe piętro musiałem wspinać się po schodach (dobrze, że nie po drabinie xD od aut.). Gdy w końcu dotarłem na odpowiednie piętro, oparłem się o ścianę i łapczywie łapałem powietrze. Miałem ostrą kolkę. Moja forma leżała całkowicie i wołała o pomstę do nieba. Gdy w końcu uspokoiłem oddech, podszedłem do drzwi z cyfrą czterdzieści dwa i zapukałem. Cisza. Zapukałem drugi raz. Cisza. I trzeci. Cisza.
W końcu nacisnąłem klamkę, która otworzyła drzwi. Wszedłem do środka i spostrzegłem Uruhę, leżącego w salonie ze słuchawkami w uszach i laptopem przed nosem. Mieszkanko było małe i skromnie urządzone jednak bardzo przyjemne. Cichutko zamknąłem drzwi i przeszedłem do pokoju, gdzie leżał Uru. Był do mnie odwrócony tyłem, dlatego też nie widział mnie. Przez długą chwilę wpatrywałem się w jego plecy i nie wiedziałem, co zrobić. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że kompletnie nie mam żadnego planu, co mu powiedzieć, co zrobić, jak go przekonać… Mam tak po prostu go szturchnąć? Na to wygląda… Dotknąłem delikatnie jego ramienia. Chłopak wystraszył się i spadł z hukiem na podłogę, ciągnąc ze sobą laptopa. Wyjął słuchawki i spojrzał na mnie zaskoczony.
-Co ty do kurwy nędzy robisz?!- krzyknął.
-Ja… Znaczy…- zacząłem się jąkać.
-Co? Co znaczy? A wypierdalaj mi stąd!- poczerwieniał ze złości.- Nie chcę cię widzieć!- wstał i zaczął mnie pchać w stronę wyjścia.
W tym momencie to jego przyparłem do ściany i pocałowałem, wpychając język do jego ust. O dziwo brunet oddał pieszczotę. Nie spodziewałem się tego, jednak była to przyjemna niespodzianka. Całowałem go zmysłowo, smakując jego słodkich ust i obejmując go w pasie. Tym razem nie musiałem powstrzymywać żadnego odruchu wymiotnego, gdyż żadnego nie miałem. Przeszedł mnie dreszcz przyjemności. Mocnie przywarłem do niego, zmniejszając dystans między nami, który i tak był już minimalny, jeśli nie zerowy. Otarłem się o niego, na co Uru jęknął wprost w moje usta. Było to takie… ekscytujące- sam nie wiem dlaczego. Czułem się tak niezdarnie, tak bardzo nie na swoim miejscu. Zupełnie jakbym zaraz miał zrobić to po raz pierwszy w życiu. Jakbym nie wiedział, co mam zrobić, jak się zachować… Zupełnie, jakbym cofnął się w czasie. Ponownie się o niego otarłem, a Kou westchnął z podniecenia. Zszedłem z pocałunkami na jego szczękę, a następnie na szyję, którą całowałem dokładnie centymetr po centymetrze- może nawet z przesadną dokładnością. Wsunąłem ręce pod jego koszulę, a chłopakiem wstrząsnęły dreszcze. Byłem już przy obojczykach, kiedy odepchnął mnie i mocno uderzył w twarz.
-Nie dam ci się drugi raz wykorzystać- syknął.
Był rozpalony i wściekły, choć w jego oczach, gdzieś na dnie, odnalazłem nutkę nienasycenia. Wbiłem wzrok w podłogę. Przez chwilę milczeliśmy, aż w końcu brunet odezwał się.
-Wyjdź stąd- rozkazał.
-Nie, Kouyou proszę cię, wysłuchaj mnie…- zacząłem, jednak on mi przerwał.
-Nie mam ci nic do powiedzenia, tak samo jak ty mi- warknął.- Wyjdź stąd zanim moja cierpliwość się skończy.
-Nigdzie nie idę- powiedziałem twardo.- Musisz mnie wysłuchać. Wiem, że jesteś wściekły i masz, o co, jednak daj mi się wytłumaczyć! Możesz iść z tym nawet na policję, do sądu, gdzie chcesz, ale daj mi tę szansę- powiedziałem błagalnie, a moje oczy zaszkliły się.
-Powiedziałem wyjdź!- krzyknął i zamachnął się, żeby ponownie mnie uderzyć.
Szybko zamknąłem oczy, czekając na uderzenie. Poczułem, jak po moich policzkach płyną kolejne łzy. Cios nie nadszedł. Zdezorientowany otworzyłem oczy. Uruha stał naprzeciw mnie i wpatrywał się we mnie osłupiały. Po chwili jednak podszedł do mnie i… mocno przytulił! Wtuliłem twarz w jego ramię i próbowałem się uspokoić, jednak to nie było takie proste. Ten zapach, dotyk… on doprowadzał mnie do szału! Wczepiłem się w niego mocniej i zacząłem głośno szlochać.
-Ja… Ja naprawdę nie chciałem… Wy… Wybacz mi, ale, ale to… Ja nie… nie mogłem inaczej… Przepraszam- wychlipałem, między kolejnymi nawałnicami płaczu.
Brunet nie odpowiadał, jedynie głaskał mnie uspakajająco po plecach. Zamoczyłem mu całą bluzkę swoimi łzami. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem w takiej sytuacji… tak dziwnej, pokręconej i nieodpowiedniej. Czy to wszystko jest snem? Przecież ten normalny Yuu nie dałby się wrobić w coś podobnego. Czy to spawka tego chłopaka, czy to przez to jak na mnie działa?
-Uruha?
-Hm?- zapytał, nadal mnie głaszcząc.
-Przepraszam- siorbnąłem głośno nosem.
-Wiem- odpowiedział.
-Jesteś zły- powiedziałem z wyrzutem.
-Nie jestem- zaprzeczył.
-Jesteś!- jego dłoń zatrzymała się na moich plecach.
-Nie jestem, ale zaraz mogę się zdenerwować- zagroził, a ja umilkłem. Znów wrócił do głaskania mnie po plecach. Wtuliłem się w niego mocniej.- Nigdzie nie wniosę oskarżenia- powiedział po chwili.
-Arigato*- chlipnąłem.
-Doitashimashite**- drugą rękę wplótł w moje włosy i zaczął się nimi bawić.
Staliśmy tak jeszcze długą chwilę, dopóki nie uspokoiłem się całkowicie. Było mi tak dobrze, że nie chciałem się od niego odrywać, ale wiedziałem, że w końcu nadejdzie ta pora, kiedy będę zmuszony to zrobić.
 -Co teraz?- zapytałem.
- No możemy tutaj tak stać do usranej śmierci, albo wypijemy coś i obejrzymy film, co wolisz?
-Możemy jeszcze chwilę tak postać?- chlipnąłem nosem.
-Hai- odpowiedział i zaczął masować skórę mojej głowy, a ja przymknąłem oczy.
-Ja naprawdę nie chciałem- szepnąłem.
-Wiem- mruknął.- Nogi mnie już trochę bolą- jęknął.
-Szczerze, to mnie też- przyznałem.
-Napijesz się czegoś?- zapytał, puszczając mnie.
-Iie- pokręciłem głową.
W ciszy przeszliśmy do salonu, gdzie usiedliśmy. Kouyou podniósł laptopa z podłogi i wyłączył go. Włączył telewizję. Przez chwilę patrzyliśmy tępo w migające obrazki jakiejś bajki.
-Nie rozumiem… Ja zrobiłem ci coś takiego, a ty od tak zapominasz o tym i udajesz, że nic się nie stało?- spojrzałem na niego.
-Nom- kiwnął głową.
-To nie logiczne! Powinieneś wrzeszczeć i rzucać we mnie czym popadnie, a nie przytulać mnie i zapraszać do siebie- popatrzyłem na niego jak na idiotę.- Przecież ludzie się tak nie zachowują!
-Więc sugerujesz, że nie jestem człowiekiem?- zapytał, teraz to on patrząc się na mnie, jak na debila.
-Dlaczego się nie wściekasz?- zapytałem cicho.
-Już mi przeszło- poprawił się na kanapie, co wyraźnie sprawiało mu ból.
-Uruha…- spojrzałem na niego wymownie.- Nie kłam…
Długo wpatrywał się we mnie, po czym przysunął się i położył mi rękę na kolanie. Moje serce gwałtownie przyspieszyło. Chłopak delikatnie musną moje usta, a ja poczułem, ze wielkie rumieńce, niczym kwiaty wykwitły na moich policzkach. Brunet uśmiechnął się pod nosem i jeszcze raz mnie pocałował, tym razem trochę bardziej pewnie.
-Sam nie wiem… Nie umiem się na ciebie gniewać- powiedział, uśmiechając się lekko, choć w jego uśmiechu nadal nie było tego szczęścia.
-A wrócisz do pracy?- zapytałem z nadzieją. Przecież nie pozwolę, żeby przeze mnie nie miał pieniędzy!
-Już chyba wiem, skąd znałeś mój adres- zaśmiał się cicho.- Wrócę, wrócę- powtórzył.
Uśmiechnąłem się do niego blado i spojrzałem w jego piękne, czekoladowe tęczówki.
-Jesteś aniołem- mruknąłem mu do ucha i pocałowałem go w policzek, po czym podniosłem się.
-Już idziesz?- zapytał.
-Hai, zaraz mam korepetycje- powiedziałem i ruszyłem do drzwi.- Mata Ne***!
-Sayonara****!

*Arigato- dziękuję
**Doitashimashite- proszę (nie ma za co) (proszę podając coś- dozo)
***Mata Ne- na razie
****Sayonara- do zobaczenia/ do widzenia

CDN

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.1


Paring: Aoi x Uruha

Wszedłem do mojego ulubionego klubu i od razu zająłem swoje stałe miejsce przy barze. Przywitałem się z barmanem i zamówiłem drinka. Rozejrzałem się dookoła i zlustrowałem wzrokiem ludzi tańczących na parkiecie. Szukałem kogoś. Ale nie na jedną noc- na dłużej. Miałem już dość samotności. Nie miałem wymagań, co do tego czy ma to być kobieta czy mężczyzna- grunt, że ma mnie porwać. Mam na nią/jego spojrzeć i pomyśleć: „Tak! Właśnie takiej osoby szukałem!”. Ale nikt taki jak na razie się nie pojawił. Dostałem swojego drinka i upiłem łyk alkoholu ze szklanki. Po niedługim czasie obok mnie zjawił się Kai.
-Chcesz się zabawić dzisiaj?- zachichotał.- Jeśli tak, to wiesz…- oblizał wyzywająco usta i uśmiechnął się znacząco.
-Kai, proszę cię…- spojrzałem na niego z dezaprobatą.- Nie bawi mnie już takie materialne podejście do wszystkich…- wyznałem.
-Szukasz kogoś na stałe?- zdziwił się.
-Na to wygląda- wyjąłem paczkę papierosów i poczęstowałem kolegę, po czym sam odpaliłem jednego peta.
-Szok- Kai zaciągnął się dymem.- Ale wiesz… Słabe miejsce wybrałeś na szukanie jakiegoś obiektu westchnień. Tu nie przychodzą osoby z charakterem, tylko ładną dupą. Równie dobrze mógłbyś szukać w burdelu- żachnął.
-Może i masz racje- wypuściłem szary obłoczek.- Ale chcę żeby mnie coś tknęło. To ma być… takie spontaniczne. Tutaj jest dużo ludzi, więc chyba ktoś się tu dla mnie znajdzie- zaśmiałem się gorzko.
-No to powodzenia- mruknął.- Ale jakbyś zmienił zdanie, to wiesz, gdzie mnie szukać- powiedział i pocałował mnie w policzek, następnie ode mnie odchodząc.
Siedziałem tak z dobre trzy godziny, kolejno domawiając alkohol, który po pewnym czasie dawał mi się już we znaki. W tym momencie obok zjawił się jakiś chłopak. Anielska twarzyczka i świetne ciuchy- wyglądał w nich nieziemsko. Stwierdziłem, że musiał je sam uszyć, gdyż wyglądały, jakby były przeznaczone tylko i wyłącznie dla niego. Były luźnie, jednak opinały go w odpowiednich miejscach. Miał dwukolorowe włosy- na górze ciemny brąz, a spod spodu wychodziły blond końcówki. Usiadł koło mnie i zamówił piwo. Kiedy opróżnił butelkę, postawiłem mu mocnego drinka. Barman podał mu szklaneczkę z czerwono zabarwionym alkoholem i coś powiedział, po czym wskazał na mnie. Chłopak zdziwiony spojrzał na mnie, a ja jedynie uniosłem szklankę w geście toastu. Brunet przez chwilę się wahał, jednak po chwili przytknął naczynie do ust i upił odrobinę płynu. Przysunąłem się do niego.
-Jestem Yuu, ale wszyscy mówią na mnie Aoi- uśmiechnąłem się do niego i wyciągnąłem rękę.
-Uruha- uścisnął moją dłoń.
-Śliczny? W istocie, pasuje do ciebie to przezwisko- zachichotałem, a chłopak spojrzał na mnie podejrzliwie.- Jesteś sam?- próbowałem kontynuować rozmowę, czego on mi w żadnym razie nie ułatwiał.
-Hai*- odpowiedział.- Ty chyba też, co?
-Hai- kiwnąłem głową. Spojrzałem na jego pustą już szklaneczkę. Ten to ma spust!- Coś szybko ci poszło- zauważyłem.- Próbujesz zapić smutki?- zaciekawiłem się.
-Aż tak widać?- zaśmiał się gorzko.- Dziewczyna mnie rzuciła- wyznał.
-Oj, przykro mi- położyłem dłoń na jego ramieniu.- W takim razie była głupia, że zostawiła takiego przystojniaka- zachichotałem. Uruha spojrzał na mnie zdegustowany.
-E… Dzięki… chyba- mruknął i zamówił jeszcze jednego drinka.
Już wyjął pieniądze z kieszeni i chciał zapłacić, gdy go ubiegłem i dałem barmanowi duży napiwek.
-Co ty robisz?- zapytał, patrząc na mnie jak na wariata.
-Stawiam ci drinka, nie widać?- zaśmiałem się. Coś mi się zdawało, że go nie interesują faceci. Musiałem to zmienić, jednak nie chciałem, żeby to była tylko jedna noc. Musiałem tak go podejść, żeby chciał ze mną zostać, a w tym najlepszy jest alkohol i pieniądze.
-Nie musisz- burknął. Czyżby się obraził? Facet, ja tu wydaję na ciebie kasę, a ty się dąsasz?
-Ale chcę- posłałem mu najpiękniejszy uśmieszek, na jaki udało mi się zdobyć. Brunet mimowolnie odwzajemnił gest.- Chciałbym się o tobie czegoś dowiedzieć- zacząłem.
-Niby dlaczego?- zapytał niepewnie. Aoi, zwolnij, stąpasz po cienkim lodzie. On zaraz może się zmyć, jeśli czegoś nie wymyślę!
-Zainteresowałeś mnie- oparłem głowę na dłoniach i przyjrzałem się mu dokładniej. Taaak, o wiele lepszy niż Kai…- pomyślałem i zachichotałem.- Jak masz naprawdę na imię?
-Kouyou, ale nie lubię, gdy ktoś się tak do mnie zwraca- powiedział upijając łyk alkoholu.
-A gdybym mówił do ciebie Kou-chan?
Chłopak zakrztusił się napojem. Wytrzeszczył oczy i spojrzał na mnie zszokowany.
-Że co proszę?!
-Myślę, że taki zwrot jest bardzo miły. Nie musisz zaraz odbierać tego w sensie miłosnym czy coś w tym stylu- uśmiechnąłem się, ukazując przy tym zęby.- Ile masz lat?
-Czy to jakieś przesłuchanie?- spojrzał na mnie dziwnie.
-Uch…- westchnąłem, wywracając oczyma.- Nie chcesz rozmawiać, to nie- wzruszyłem ramionami. Zaczynało mnie to irytować. Ile można robić dobrą minę do złej gry? Choć trochę mógłby wykazać się zainteresowaniem…
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, znaczy względnej ciszy, bo wszędzie znajdowały się głośniki,  z których leciała głośna muzyka.
-Dwadzieścia trzy- odpowiedział w końcu.
-Czyli chcesz kontynuować rozmowę?- znów uśmiechnąłem się.
-Tak. Tak samemu siedzieć i chlać to żadna przyjemność- poklepał się po kieszeniach i wyjął paczkę papierosów.- Szlag! Skończyły mi się szlugi!- warknął sam do siebie.
Wyjąłem swoją paczkę i poczęstowałem go. Chłopak przyjął fajkę i odpalił ją.
-Dzięki- w końcu się uśmiechnął.- Ale następną kolejkę ja ci stawiam- zaśmiałem się.
-Jak chcesz- również zapaliłem papierosa.
-Malboro Menthol?- spojrzał na papierosa.- Palę identyczne- roześmiał się. Posłałem mu uśmiech.- A ty, ile masz lat?- wreszcie zainteresował się mną.
-Dwadzieścia cztery- odpowiedziałem, zaciągając się dymem.- Mieszkasz gdzieś w okolicy?
-Hai- kiwnął głową.- Ty zapewne też- potwierdziłem, przytakując.- Często tu przychodzisz?
-Od czasu do czasu, kiedy mam wolne. A ty?
-Jestem tutaj pierwszy raz- zawołał barmana i zamówił nam po drinku. Tym razem nie przeszkodziłem mu w płatności.- Pracujesz?
-Iie**. Na razie utrzymuję się z dawania korepetycji.
-Chcesz zostać nauczycielem?- przygryzł dolną wargę.
-Iie. Uczę grać na gitarze. Chciałbym kiedyś grać zawodowo, a może nawet założyć zespół- rozmarzyłem się.- A ty? Co byś chciał robić lub już robisz?
-Pracuję w sklepie muzycznym i również gram na gitarze- uśmiechnął się.- Tak, jak ty myślę o zawodowej grze.
-Fajnie. Może kiedyś razem zagramy?- zaśmiałem się.
-Może kiedyś wpadnę do ciebie na korepetycje?- również się zaśmiał.
-A zapraszam- uśmiechnąłem się szeroko.- Mogę wiedzieć, gdzie znajduje się sklep, w którym pracujesz?
-Na rogu tej ulicy, na której znajduje się ten klub- odpowiedział.
-Mhm- mruknąłem.
Już wiedziałem, ze go zainteresowałem i nie odejdzie tak łatwo, choćby ze względu na to ile wypił. Przysunąłem się do niego jeszcze trochę i położyłem rękę na jego kolanie. Nieznacznie przesunąłem nią w górę. Chłopak zadrżał.
-Może kiedyś cię tam odwiedzę- powiedziałem i znów zjechałem na jego kolano.
-Może- mruknął, a na jego twarzy już nie pojawił się uśmiech.
Obejrzałem się za siebie i spojrzałem na tańczących ludzi. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pociągnąłem go za rękę w stronę parkietu. Obaj byliśmy nieźle wstawieni i gibaliśmy się na wszystkie strony. Kiedy wstałem, zakręciło mi się w głowie.
-Gdzie ty mnie ciągniesz?- zdziwił się.
-Chodź potańczyć- posłałem mu szeroki uśmiech.
Chłopak spojrzał na mnie dziwnie, ale widocznie alkohol zrobił swoje, bo nie sprzeciwił się. Zaczęliśmy ruszać się w rytm muzyki. Nasza koordynacja była już osłabiona, ale mimo to nieźle się bawiliśmy. Co jakiś czas celowo się o niego ocierałem. W końcu piosenka się skończyła i puścili jakiś wolny kawałek. Wszyscy do siebie przylegli i zaczęli się obściskiwać. Uruha chciał zejść z parkietu, ale złapałem go za rękę i przyciągnąłem go do siebie. Objąłem go za szyję i splotłem dłonie na jego karku.
-Co… Co ty robisz?- spojrzał na mnie jak na debila.
-Tańczę z tobą- zaśmiałem się i objąłem się jego ramionami w pasie.
-Prze… Przestań- zaczerwienił się.- To takie… żenujące- spuścił głowę i chciał mnie odepchnąć, jednak ja tylko mocniej się do niego przytuliłem.
-Dlaczego tam uważasz?
-Bo… No rozejrzyj się!- zrobiłem, co kazał i spojrzałem na niego, ściągając brwi w niezrozumieniu.- No wokół nas… no wiesz…
-Iie. Wakarimasen***- spojrzałem na niego wyczekująco.
-No bo… Wszyscy tańczą… Tu są same… „normalne” pary…- szepnął mi do ucha.
-A my to co? Nienormalni?- zaśmiałem się.
-Ale ludzie się gapię- znów spłonął rumieńcem.
-A niech się gapią! Co ci to przeszkadza?- spojrzałem na niego i musnąłem jego wargi.- Mam pomysł… Zabawimy się?
-C.. Co?!
-O Jezu,….- wywróciłem oczyma.- Chodziło mi o to, czy powkurzamy ludzi?- sprostowałem.
-Ale jak?- zdziwił się.
-Właśnie tak- mocniej objąłem go za szyję i otarłem się o niego. Ledwo powstrzymałem się od jęku. Ten chłopak tak na mnie działał…
Jego ręce położyłem na swoich pośladkach, a sam znów musnąłem jego wargi, po czym nie widząc sprzeciwu pocałowałem  go mocniej. Brunet odepchnął mnie.
-Ej… Przecież to tylko żarty- szepnąłem mu do ucha.- Zobacz jak się wszyscy gapią- zachichotałem i pocałowałem go w policzek.
-Tylko żarty?- spojrzał na mnie ze znakiem zapytania w oczach, a ja kiwnąłem głową.- No dobra…- szepnął, nadal nie przekonany i pocałował mnie niezdarnie.
Całowałem go delikatnie i zmysłowo. Na początku chyba przeszkadzał mu mój kolczyk, jednak po chwili zaczął się nim bawić, na co ja uśmiechnąłem się samymi kącikami ust i zacząłem lizać jego dolną wargę. Uruha, chyba odruchowo, uchylił usta, z czego ja z przyjemnością skorzystałem i wtargnąłem do środka. Chłopak był w szoku. Zatrzymał się w miejscy, nie wiedział co ma zrobić, a ja nie przestawałem. Podobało mi się, a w dodatku dopiero się rozkręcałem. Moje ręce zjechały z jego karku na tyłek. Zacisnąłem palce na jego prawym pośladku. Odskoczył ode mnie. Spojrzałem na niego z politowaniem, a on już wiedząc, o co mi chodzi, wrócił do mnie i znów zaczęliśmy się całować. Jedną rękę dalej trzymałem na jego pośladku, a drugą wsunąłem pod jego bluzkę. Zacząłem głaskać jego plecy, na co Uru zadrżał. Poczułem, jak oddala się ode mnie, jednak w trybie natychmiastowym znów się przysunął, przy czym nawet nie przerwał pocałunku. Ponownie uśmiechnąłem się kącikami ust. Oderwaliśmy się od siebie, kiedy zabrakło nam powietrza. W tym momencie chwyciłem go za rękę i pociągnąłem pod zaciemnioną ścianę, gdzie znajdowały się cztery kanapy, ustawione w okrąg. Mieliśmy na tyle szczęścia, że nikogo tam nie było. Popchnąłem go na jedną z nich i usiadłem na nim okrakiem.
-Co.. Co ty robisz?! Aoi, przesadzasz!- spanikował.- Po co mnie tu zaciągnąłeś?
-Bo tutaj nikt nie będzie nas widział. Przez gapiów się denerwujesz- powiedziałem spokojnie.
-Chciałeś porobić sobie z ludzi bekę, okej, ale na chuj mnie tu zaciągnąłeś, skoro tu nie ma ludzi?!
-Właśnie po to- powiedziałem i zatkałem mu usta swoim językiem.
Pocałowałem go mocno i brutalnie, może zbyt brutalnie. Chłopak próbował mnie zepchnąć ze swoich kolan, ale nie udało mu się to. Podparłem się rękami po obu stronach jego głowy, na oparciu kanapy. Zacząłem się o niego ocierać i wręcz z niedowierzaniem poczułem coś twardego, co wbijało mi się w brzuch. Nie zaprzestając pocałunku, spojrzałem w dół i zobaczyłem wypukłość na jego spodniach. O tak, to mi się bardzo podobało. Uśmiechnąłem się i znów zamknąłem oczy. Znów zabrakło nam tchu i oderwaliśmy się od siebie.
-No nie mów, że ci się nie podobało- zaśmiałem się, a chłopak spłonął rumieńcem.- Nie wstydź się- uśmiechnąłem się i złapałem go za podbródek, po czym zmusiłem go, żeby na mnie spojrzał. Złożyłem motyli pocałunek na jego słodkich ustach.- Wiesz, co? Mam kolejny genialny pomysł- pogłaskałem go wierzchem dłoni po policzku.
-Ee… Jaki?- zapytał, trochę przestraszony.
-Ale znów musimy zmienić miejsce- pociągnąłem go i wyszliśmy z jednej z sali klubu, w której obecnie była impreza.
Doszliśmy do schodów, po których szybko wbiegłem, ciągnąc go za rękę. Kiedy znaleźliśmy się na pierwszym piętrze, przeszliśmy długim korytarzem i stanęliśmy pod pokojem czternaście. Wyjąłem klucz i otworzyłem drzwi. Wepchnąłem chłopaka w środka. Już wcześniej wynająłem pokój, właśnie na taki wypadek lub gdybym po prostu się zachlał i nie mógł trafić do domu. Zamknąłem drzwi na klucz i wrzuciłem go do wazonu, stojącego na stoliku tuż koło drzwi. Brzdęk, i klucz znalazł się na dnie. Podszedłem do bruneta i popchnąłem go na łóżko, po czym znów usiadłem na nim okrakiem.
-Co… Coś ty znowu wymyślił? Aoi?- spytał przerażony, spoglądając w moje zamglone oczy.
-Spokojnie, będzie fajnie- zapewniłem go i uśmiechnąłem się, po czym znów go pocałowałem.
Kouyou odepchnął mnie mocno, tak że omal nie spadłem z łóżka.
-Przestań!- krzyknął.- Nie chcę!
Już nie zważałem na to, co mówił. Nie obchodziło mnie to. Alkohol uderzył mi do głowy, zawładnęło mną pożądanie. Zmusiłem go, żeby się położył i wpiłem się w jego wargi. Próbował mnie odepchnąć, ale tym razem tak łatwo się nie dałem. Jednym sprawnym ruchem pozbawiłem go koszulki, po czym chwyciłem jego ręce i przyszpiliłem jego nadgarstki do materaca nad jego głową.
-Ładny tors- szepnąłem i zacząłem go całować, po szyi, po czym zjechałem na klatkę piersiową i brzuch.
-Przestań!- krzyknął i zaczął się wyrywać, jednak w niczym mu to nie pomogło.
Jedną ręką nadal trzymałem jego skrępowane ręce, a drugą zacząłem rozpinać jego spodnie.
-Zostaw mnie ty zboczeńcu!- wrzasnął i próbował się oswobodzić.
Zsunąłem z niego spodnie i odrzuciłem je w najdalszy kąt pokoju. Szybko pozbyłem się swojej koszuli i spodni, po czym zacząłem całować go po idealnie płaskim brzuchu, cały czas zjeżdżając niżej.
-Przestań… Proszę…- szepnął.- Błagam… Zostaw mnie- po jego policzku popłynęła jedna łza, by potem kilka następnych poszło w jej ślady.
Spojrzałem na niego, rozczulając się. Scałowałem jego łzy i musnąłem jego wargi. Zetknąłem się z nim czołem. Spojrzałem w jego ciemnobrązowe oczęta.
-Nie mogę- szepnąłem.- Ale obiecuję, że nie pożałujesz- pocałowałem go w czubek nosa.- Radzę ci się tak nie wiercić, to nie będzie tak bolało- powiedziałem i wróciłem go składania pocałunków na jego brzuchu.
Po chwili pozbawiłem go bielizny, przez co musiałem puścić jego ręce. Wtedy zaczął wierzgać i próbować się czymś zakryć, jednak mocno złapałem go w biodrach i unieruchomiłem go. Ucałowałem jego członka, po czym wziąłem go do ust. Zacząłem leniwie, naprzemiennie ssać i lizać. Chłopak wydał z siebie głośny jęk. Przestał się wyrywać. Zacząłem szybko poruszać głową. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Brunet krzyknął głośno, obwieszczając w ten sposób swój orgazm i doszedł w moich ustach. Przełknąłem wszystko i oblizałem się. Znów złożyłem pocałunek na jego ustach, co dziwne oddał go. Uśmiechnąłem się do niego uspakajająco i przewróciłem go na brzuch.
-Będzie mniej boleć- szepnąłem mu do ucha i zacząłem całować jego kark i plecy.
Odpowiednio zwilżyłem trzy palce i zmusiłem go, aby wypiął się w moją stronę. Chłopak podpierał się na łokciach i oddychał nerwowo. Po jego policzkach nadal płynęły łzy. Wbiłem w niego pierwszy palec. O dziwo jedynie westchnął.
-Kochałeś się już z mężczyzną?- zapytałem zaskoczony.
-… I… Iie…- wychlipał.
-Nie płacz- pocałowałem go w kark i zacząłem poruszać palcem, po czym dodałem drugi. Jęknął głośno.- Będę starał się być delikatny, jednak trochę będzie bolało- przyznałem i zacząłem go przygotowywać na swoje wtargnięcie.
Dodałem trzeci palec, przy którym krzyknął z bólu. Szeptałem mu uspakajające słówka i rozciągałem go. W końcu, gdy uznałem, że jest już odpowiednio przygotowany, wyjąłem palcem, co spotkało się z jego z cichym westchnieniem ulgi.
-To nie koniec- powiedziałem i zacząłem napierać penisem na jego wejście. Uruha zacisnął mięśnie.- Nie spinaj się tak. To będzie przyjemne- starałem się go uspokoić, jednak marnie mi to szło, gdyż on cały czas się denerwował i płakał, przez co, co jakiś czas krztusił się własnymi łzami.
Wbiłem się w niego. Wrzasnął, a potoki łez na jego twarzy wezbrały. Chwilę odczekałem aż przyzwyczai się do mojej obecności.
-No dalej… Chcę… Chcę mieć to już… za sobą- wyjąkał, a ja nie poruszałem się w nim.- Pieprz mnie!- krzyknął przez łzy.
Spełniłem jego rozkaz. Zacząłem się w nim poruszać. Kouyou jęczał głośno, sapał, wzdychał i nawet pokrzykiwał. Wiedziałem, jak pierwszy raz misi być dla niego bolesny. Ręką onanizowałem go, chcąc dać mu jak najwięcej przyjemności. Szukałem jego czułego miejsca, a gdy w nie trafiłem krzyknął  iw ugiął się w łuk dochodząc w moją zaciśniętą dłoń. Czując, jak jego mięśnie zaciskają się na moim członku rozlałem się w nim z przeciągniętym jękiem. Wyszedłem z niego i położyłem się obok. Oblizałem palce z jego nasienia. Obaj regulowaliśmy oddechy. Uru spojrzał na mnie szklistymi oczami, po czym zamknął je i zasnął. Przykryłem nas kołdrą i również odpłynąłem w słodką krainę snów.

Obudziłem się, przez padające promienie słońca na moją twarz. Otworzyłem oczy i spostrzegłem, ze Uruha już nie śpi. Przyglądał mi się. Jego twarz była wykrzywiona grymasem bólu… nie tylko fizycznego…
-Chociaż jak śpisz wyglądasz niewinnie- powiedział i zmusił się, aby podnieść się do siadu.
Zaczął się ubierać. Przez chwilę go obserwowałem.
-Nie idź- wyszeptałem.- Przeprasza…
-Nie odzywaj się!- warknął i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Załamałem się. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Jak mogłem zrobić coś podobnego? Przecież go zgwałciłem! On tego nie chciał! Sam również zacząłem się ubierać i w tym momencie spostrzegłem, że pomylił się i ubrał moją koszulę, zostawiając tutaj swoją bluzkę. Ubrałem ją, bo nic innego nie miałem. Zatęskniłem za moim Kopciuszkiem, gubiącym bluzki. Chciałem zobaczyć go i wszystko mu wyjaśnić… W tym momencie zorientowałem się, że przecież wiem, gdzie pracuje! Może jeszcze nie wszystko stracone?

CDN