Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Monsters". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Monsters". Pokaż wszystkie posty

"Monsters" cz.15


OBOWIĄZKOWO PRZECZYTAJ PRZED ROZPOCZĘCIEM CZĘŚCI WŁAŚCIWEJ:
Boże, hańba mi! Spalić mnie na stosie, skazać na łamanie kości kołem… Jak ja tak mogłam? Jak?! Tyle czasu od ostatniej części „Monsters”! Faktem jest, że przez ten czas zastanawiałam się od czasu do czasu nad tą serią, jednak nie miałam żadnego konkretnego pomysłu, a wolałam nie pisać z przymusu, bo wtedy rozdział wyszedłby pożal-się-boże… Nie, wcale się nie tłumaczę, nie! Chciałam jedynie sama przeprosić za ten karygodny czyn, którego się dopuściłam – bo zawsze karcę autorów, którzy wstawiają części opowiadań raz na kilka miesięcy, bo potem czytelnicy nic nie pamiętają.
Aby odświeżyć sobie pamięć przeczytałam część czternastą i szczerze powiedziawszy nie wiem dlaczego, ale pod koniec zaczęłam płakać i to chyba to zmusiło mnie do napisania takiego długiego wywodu. Czuję się potwornie, że na tak długi czas uśmierciłam tę historię, jednak wskrzeszę ją! Obiecuję!
KONIEC CZĘŚCI OBOWIĄZKOWEJ.

„Monsters” cz.15



Moje ciało stopniowo robiło się coraz cięższe, jednak wciąż miałem dobry nastrój. Ostatni raz zaciągnąłem się zapachem ukochanego i z uśmiechem na ustach zdawałoby się, że zamknąłem oczy tylko na chwilkę…

            Kiedy otworzyłem oczy… cóż, nie było zbyt wielkiej różnicy niż wtedy, kiedy miałem je zamknięte. Przez moment leżałem i próbowałem zrozumieć, co się stało i dlaczego tak słabo widzę. Ponad to nie rozpoznawałem miejsca, w którym się znajdowałem. Pamiętam spotkanie z Aimer, ale wtedy spotkaliśmy się niemal nad samą zatoką, a potem przyszedł Zero i… właśnie Zero!
Poczułem ciepły oddech na karku i w tej chwili wszystko jakby nabrało sensu. Najwidoczniej musiałem stracić przytomność. Obudziłem się dopiero w środku nocy, o czym uświadomił mnie cyfrowy zegarek stojący na szafce nocnej. Obróciłem się delikatnie w objęciach kochanka i spojrzałem na jego śliczną twarz. W miękkim, nikłym świetle dochodzącym jedynie spomiędzy wąskiej szpary między zasłonami wyglądał tak spokojnie… Przesunąłem kciukiem po jego policzku, po czym złożyłem na nim delikatny pocałunek i wyswobodziłem się z jego objęć. Chłopak mruknął coś przez sen. Ściągnął brwi, przez co miałem wrażenie, iż jej niezadowolony z tego, że go opuściłem. Uśmiechnąłem się pod nosem na tę myśl i przeczesałem palcami jego włosy w czułym geście. Szatyn natychmiast uspokoił się, odetchnął głęboko, a jego mina znów zdradzała jedynie stoicki spokój.
Wstałem dość chwiejnie i wyszedłem z sypialni, cicho zamykając za sobą drzwi.


Zazwyczaj słowo „pobudka” kojarzy się z czymś nieprzyjemnym, jednak jeśli to błogie uczucie bezpieczeństwa, ciepła i rozleniwienia ma towarzyszyć mi podczas każdego przebudzenia, to mogę się nawet porwać się na tak masochistyczny krok, jakim jest zezwolenie na kilkunastokrotne budzenie mnie w środku nocy tylko po to, aby poczuć się właśnie tak jak w tej chwili; w tej wspaniałej chwili.
Przeciągnąłem się, mając wciąż zamknięte oczy i mruknąłem sennie pod nosem. Światło dzienne usilnie próbowało wedrzeć się pod moje powieki i choć wiedziałem, że widok, jaki zastanę po ich rozchyleniu będzie cudowny, to słodkie lenistwo było silniejsze i kazało mi jeszcze chwilkę poleżeć.
- Dzień dobry, śpiący królewiczu – usłyszałem nad sobą miękki głos ukochanego.
Rozanielony mruknąłem raz jeszcze, po czym instynktownie zadarłem głowę do góry. Oczekiwałem pocałunku, który został złożony na moich ustach chwilę później. Niestety, nie był to jakiś długi, pasjonujący pocałunek, a jedynie zwykły całus, niemniej, przyjemny. Oblizałem dolną wargę, po czym ją zagryzłem i uśmiechnąłem się do siebie, by dopiero po tym w końcu otworzyć oczy. Początkowo mrużyłem je, gdyż panująca w sypialni jasność oślepiła mnie, jednak od razu rozpoznałem tuż przed sobą ten delikatny uśmieszek, za którym Zero zawsze skrywał swoje prawdziwe uczucia.
- Dzień dobry – odpowiedziałem zachrypniętym od snu głosem, po czym za karę uszczypnąłem go w policzek tak mocno, aż został na nim czerwony ślad, a chłopak jęknął żałośnie.
- Za co to?! – naburmuszył się.
- Za ten uśmiech… Nie znoszę go…
- Nie lubisz, kiedy się uśmiecham? – zdziwił się.
- Nie w ten sposób – w ramach rekompensaty pogładziłem go po policzku, który przed chwilą zmaltretowałem. – Znów się martwisz, a ja nie rozumiem dlaczego. Przecież jestem z tobą, nigdzie ci nie ucieknę, mamy zespół, jako-tako ustabilizowaną sytuację finansową, mieszkanie… czego ty byś jeszcze chciał?  - spojrzałem na niego wyzywająco.
- Żebyś przestał mi mdleć w ramionach – spojrzał na mnie ganiąco. – To już nie pierwszy raz, Yoshi-chan – znów uśmiechnął się w ten sposób, za co ponownie go uszczypnąłem. – Au! – zawył.
- Nic mi nie jest – wywindowałem się do siadu. – Biorąc pod uwagę, w jak krótkim czasie moje życie zostało wywrócone do góry nogami to i tak musisz przyznać, że trzymałem się całkiem nieźle… pod względem fizycznym… - dodałem znacząco.
- Taa… - mruknął. – Mam nadzieję, że więcej takich stanów depresyjnych i desperackich zachowań nie będę miał nieprzyjemności doświadczyć z twojej strony – znów chciał się uśmiechnąć, jednak zaraz przybrał neutralny wyraz twarzy, kiedy tylko zauważył, że podnoszę dłoń do jego twarzy.
- Ech… - westchnąłem ciężko. Usiadłem do Shimizu plecami w siadzie skrzyżnym, podczas gdy on leżąc na boku i podpierając głowę na ręku wbijał nieprzyjemne spojrzenie w mój kark, co czułem jako lodowate dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. – Czy ty zawsze musisz wszystko skopać? – spojrzałem na niego z wyrzutem. – Taki ładny, romantyczny poranek… a ty? A ty jak zawsze od rana tylko marudzisz… - wywróciłem oczyma.
- Martwię się o ciebie – również podniósł się do siadu i objął mnie od tyłu. – Czy to źle, że chcę dla ciebie jak najlepiej? – ułożył głowę na moim ramieniu.
- Oczywiście, że dobrze – odchyliłem głowę na jego bark. – Ale czy musimy dbając o siebie być wiecznie smutni? Po tych wszystkich łzach i wrzaskach chyba przyszedł w końcu czas na uśmiech, co? – próbowałem dostrzec jego twarz, jednak skutecznie skrywał się za zasłoną z włosów. – Ale taki… normalny… Wiesz, w sensie nie ten twój wymuszony… - zaznaczyłem. Michi podniósł głowę i spojrzał mi w oczy.
- W takim razie postaram się, aby mój uśmiech już nigdy nie wydawał ci się złamany* – w głębokim uśmiechu wyszczerzył zęby.
- No nie! – zmierzyłem go ostrym spojrzeniem i przybrałem obrażoną minę. – Czytałeś moje teksty! – odpowiedział mi jedynie wzruszeniem ramion, po czym jeszcze raz sięgnął moich ust.
- Było nie wychodzić w środku nocy i nie gryzmolić albo przynajmniej nie zostawiać notatek na środku stołu – wytknął mi język.
Basista usadził mnie między swoimi nogami. Oparłem się o jego tors, a głowę odchyliłem na jego bark. Całowaliśmy się niespiesznie. Szatyn jedną ręką odszukał w pościeli moją dłoń, na której ją zaciskałem. Drugą gładził moją wyciągniętą szyję, co sprawiało, że od czasu do czasu z mojego gardła wydobywały się głębokie mruknięcia aprobaty. Ja natomiast drugą wolną dłoń położyłem na jego udzie i powoli nią przesuwałem, co chłopakowi widocznie odpowiadało, bo uśmiechał się nawet podczas pocałunków.
Rozkoszując się ustami ukochanego zatracałem się w ich smaku i przestawałem myśleć racjonalnie. Obróciłem się w objęciach Zero przodem do niego, aby następnie popchnąć go na poduszki i zawisnąć nad nim. Opierałem dłonie na wysokości jego skroni po obu stronach jego głowy i mierzyłem go spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek. Delikatny uśmiech figurował na moich ustach, co nadawało mojej minie cwaniackiego wyrazu. Powoli ugiąłem ręce w łokciach, kładąc się na nim. Ułożyłem się na szatynie, przygniatając go własnym ciężarem. Shimizu nie protestował, co bardzo mnie cieszyło, bo przyjemnie było poczuć, że między naszymi niemalże nagimi ciałami, osłoniętymi jedynie bielizną (Michi musiał mnie najwyraźniej rozebrać do snu), nie było żadnej wolnej przestrzeni. Jego gorąca, delikatna skóra przyjemnie pieściła moją samym swoim dotykiem, świadomością, że bezpośrednio przylega do mojej. Ująłem jego twarz w dłonie i ponownie złączyłem nasze wargi. Basista zaplótł dłonie na moich lędźwiach, jednak nie pozostały tam długo, gdyż zaraz zsunęły się w dół. Szatyn zaczął ugniatać moje pośladki, a ja mruknąłem wprost w jego rozchylone usta, okazując w ten sposób moje zadowolenie. Delikatnie pociągnąłem zębami za jego dolną wargę, by zaraz potem pozwolić mu przejąć kontrolę nad pocałunkiem i spleść nasze języki w erotycznym tańcu. Shimizu przesunął palcem (wciąż przez materiał bokserek) po mojej kości ogonowej, przez co przeszły mnie przyjemne dreszcze. Wygiąłem się niczym kot, na co mój ukochany zachichotał.


- Przyjemnie było, prawda? – Michi spojrzał na mnie znacząco.
Chciałem od razu mu odpowiedzieć, ale nie pozwolił mi na to mój wciąż przyspieszony oddech, nad którym nie mogłem zapanować. Ciężko dyszałem, uparcie próbując zapanować nad sobą. Muzyk również oddychał ciężko, jednak nie aż tak jak ja. Uśmiechał się szeroko; widocznie był z siebie zadowolony.
Przyjemnie? Też mi coś!… Szczerze to ledwo czułem nogi… No i kręgosłup mnie napieprzał…
- Ja… - wziąłem głęboki wdech. – Ja cię… zamorduję… - syknąłem. – Tylko zaśnij… Tylko zaśnij… - warknąłem ciszej do siebie.
- Oj daj spokój, Hizu – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
- Ruchu? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – Toć przecież ty urządziłeś mi maraton z przeszkodami! – odgarnąłem z czoła mokre od potu włosy.
Wreszcie udało mi się zsunąć buty. Kopnięciem posłałem je pod ścianę, uprzednio jeszcze mierząc je nienawistnym spojrzeniem, zupełnie tak, jakby to one były źródłem wszelkiego zła, a nie Michi. Tak, mój kochany chłopak w ramach troski o moje samopoczucie postanowił zadbać o moje zdrowie, a więc od dziś miałem się zdrowo i regularnie odżywiać oraz zacząć się ruszać, bo obiecał mi, że jeśli następnym razem zemdleję, to nie będzie tachał mnie taki kawał drogi do domu (nawet jeśli by się to zdarzyło to i tak wiedziałem, że przyniósłby mnie choćby i paręnaście kilometrów, jeśli byłaby taka potrzeba, ale cii… Musiałem dać mu się wygadać i poudawać przez chwilę, jakiż to jestem przejęty jego okrucieństwem i bezdusznością względem mojej szanownej osoby).
- Piękny poranek, miło, przyjemnie… - mruczałem pod nosem. – Ty naprawdę potrafisz wszystko skopać, wiesz? – fuknąłem. – Czy ten dzień nie mógł być przyjemny, aż do samego wieczora? – spojrzałem na niego z wyrzutem. – Moglibyśmy przecież zostać w domu i… - podszedłem do niego i dotknąłem palcem wskazującym jego mostka, robiąc przy tym zalotną minę. - …i może zrobić przy okazji coś niecenzuralnego? – oblizałem lubieżnie usta. Shimizu złapał mnie za nadgarstek i odpowiedział mi podobnym uśmiechem.
- Teraz możemy zrobić coś niecenzuralnego – chciał mnie pocałować, jednak ja szybko się od niego odsunąłem, wyrywając rękę z jego uścisku.
- Ha, ha; nieśmieszne – burknąłem.
- Co znowu? – podniósł jedną brew. Na jego twarzy malowało się niezrozumienie.
- Teraz to sobie możesz pomarzyć – wytknąłem mu język.
- Obraziłeś się? – wywrócił oczyma.
- Jestem zmęczony – założyłem ręce na piersi. – A ja nie wyobrażam sobie, żeby… hm… jakby to nazwać?... nasz drugi pierwszy raz miał być szybkim numerkiem – spojrzałem na niego karcąco.
- „Drugi pierwszy raz”? – roześmiał się. – Fajna nazwa – oparł się ramieniem o ścianę. – Chociaż jakby nie patrzeć, cieszę się, że będę miał okazję drugi raz cię rozdziewiczyć – przesunął językiem po zębach w wulgarnym geście, a ja w tym momencie się speszyłem. Zarumieniłem się i wyminąłem go, kierując się do łazienki.
Szczerze powiedziawszy, to tą gadaniną jedynie chciałem mu… hm… narobić smaku na własną osobę i jednocześnie sprawić, że mógłby jedynie obejść się tym smakiem? Coś w ten deseń… Mam nadzieję, że jeśli jeszcze kiedykolwiek wpadnie na tak durny pomysł, aby wyciągnąć mnie na biegi, jogging czy jakimkolwiek innym, diabelskim słowem to określi, jeszcze jedno takie zagranie wystarczy. Najpierw trochę ułudy, obietnica seksu, a potem i tak wykręcę się stałą wymówką, że to on jest tym złym i niedobrym człowiekiem, który chciał mnie zmusić do uprawiania sportu, za co strzelę focha na pięć minut, Zero zrozumie, że z przyjemności nici i poprzestaniemy na pocałunkach. Taa… plan spanikowanej dziewicy, która jednocześnie chce stracić swoje dziewictwo, ale się boi. Zresztą… ze mną to już w ogóle była zakręcona sprawa, bo przecież „dziewicą” byłem jedynie w sensie psychicznym, gdyż w sensie fizycznym już dawno temu kochaliśmy się z Michim… jednak ja przez amnezję nie pamiętam tego – a od tamtej pory nie oddawałem się nikomu… Kuźwa, o czym ja w ogóle myślę? Zresztą… mniejsza o to…
Zrzuciłem z siebie przepocone ubrania. Zimne kafelki przyjemnie chłodziły moje stopy; dodatkowym luksusem stała się lodowata woda, którą odkręciłem, kiedy już wszedłem pod prysznic. Oparłem się plecami o ścianę i pozwoliłem, aby woda spływała po mojej rozgrzanej twarzy i dalej po niemniej gorącym ciele. Zamknąłem oczy i ledwo powstrzymałem się od westchnienia ulgi. Ta, biegi naprawdę nie są moją dziedziną sportu…
Ogłuszony szumem wody, która oprócz oczu zalewała mi także uszy, nie usłyszałem, kiedy drzwi do łazienki zostały otwarte. Zorientowałem się, że Shimizu wszedł dopiero, kiedy odczułem, że woda przyjmuje jeszcze niższą temperaturę, tym razem zbyt niską jak dla mnie. Zakręciłem wodę i przez mleczne szkło kabiny prysznicowej dostrzegłem rozmazaną postać basisty, który paradował bez koszulki w samych dresach, nachylającą się nad umywalką. Przez to, że odkręcił wodę, ta, w której ja się kąpałem stała się zbyt zimna, jednak nie to zmartwiło mnie najbardziej.
- Michi? – odezwałem się łagodnie. – Mogę się dowiedzieć, co ty robisz, kochanie?
- Myję twarz – odparł, nie rozumiejąc mojego pytania właściwego.
- A mogę się dowiedzieć, dlaczego właśnie teraz?
- A ileż można czekać, aż skończysz się kąpać? – byłem pewny, że przewrócił oczyma. Westchnąłem.
- Rzuć mi ręcznik – poprosiłem.
- Sam go sobie weź – odpowiedział niewzruszony. – Co ja służący jestem, czy jak?
- Michi… - westchnąłem tym razem łagodniej.
Chłopak zastygł w bezruchu. Byłem pewien, że wpatruje się we mnie przez nieprzezroczyste szkło, a jego nachalne spojrzenie, które jakby chciało mnie siłą wyciągnąć zza dzielącej nas przeszkody, peszyło mnie.
- Aa… - mruknął. – Rozumiem.
- Co „rozumiesz”? – zapytałem, sięgając jedocześnie po ręcznik, który przerzucił przez górną krawędź drzwi kabiny prysznicowej.
- Rozumiem, że moja cnotka nic się nie zmieniła – zachichotał. – Szczerze powiedziawszy, to zastanawiałem się, skąd nagle u ciebie tyle wulgarności… Teraz rozumiem; obiecywałeś mi gruszki na wierzbie! Tymi kuszącymi gadkami chciałeś mnie odciągnąć od pomysłu treningów, zrobić nadzieję na chwilę przyjemności, a potem jakoś zgrabnie się od tego wywinąć, prawda? – uśmiechnął się cwaniacko pod nosem.
Bez słowa owinąłem się ręcznikiem w pasie i wyszedłem spod prysznica. Zero taksował mnie rozbawionym spojrzeniem, podczas gdy ja, choć wściekle próbowałem temu zaprzeczyć, czułem, że się rumienię. Kiedy chciałem po prostu koło niego szybko przemknąć, ten objął mnie w pasie i mocno do siebie przyciągnął, więżąc w swoich objęciach. Spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się ciepło, niewymuszenie; w ten sposób, który kochałem najbardziej i który, niemniej, teraz mnie peszył.
- Jesteś słodki, wiesz? – cmoknął mnie w policzek. – Ale pamiętaj, że przede mną nie musisz się niczego wstydzić – przeczesał palcami moje mokre włosy.
- Wiem… - mruknąłem cicho pod nosem.
Shimizu znów chciał coś powiedzieć, ale zagłuszył go dzwonek jego własnego telefonu, który zaczął dziko wibrować w stojącej wodzie na umywalce. Ekran rozświetlił się, ukazując zdjęcie rudzielca w głupiej pozycji z jeszcze głupszą miną, kiedy ewidentnie nie był w stanie trzeźwości, a nad nim widniały duże białe znaki układające się w jego przezwisko: „Karyu”. Tego, czego zawsze odmawiałem Matsumurze było wyczucie czasu, gdyż chłopak miał tę wkurzającą tendencję do pojawiania się lub dzwonienia w najbardziej nieodpowiednim momencie – teraz niemniej rzewnie mu dziękowałem i układałem pieśni pochwalne pod jego adresem w duchu za to, że nie dał się dłużej pastwić Zero nade mną.
- Jeśli nie masz dobrego powodu by dzwoni… - zaczął groźnie szatyn, jednak nagle urwał w połowie słowa. – Co? Teraz?! – uniósł wysoko brwi. – Zaraz będziemy! – wykrzyknął i rozłączył się. – Hizu, no co tak stoisz! Ubieraj się! Jedziemy w tej chwili do studia! – ponaglał mnie.


- Dalej nie mogę w to uwierzyć… - powtarzał z uporem Yoshitaka, pochylając się nad swoim kuflem z piwem i wpatrując się w nie tak intensywnie, jakby zaraz miał w nim znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania.
- Powtarzasz to już siedemdziesiąty drugi raz podczas tej godziny – mruknąłem jakoś dziwnie wyprany z wszelkich emocji.
- Serio?! Liczyłeś to?! – odezwał się Tsu „nieco” za głośno tuż przy moich uchu, przez co mało nie dostałem zawału, a mój słuch został trwale przytępiony. Nasz perkusista „nieco” już za dużo wypił, dlatego miał „nieco” problemów z intonacją… „nieco”…
- Tak, serio – wywróciłem oczyma i odepchnąłem Tsukasę od siebie, zrzucając go na ramię gitarzysty. – Zero… - jęknąłem. – Odezwij się, proszę – przysunąłem się do niego bliżej i ująłem pod rękę. – Odkąd wyszliśmy ze studia słowem się nie odezwałeś… - spojrzałem na niego nieco zmartwiony.
Michi wyglądał jakby był w ciężkim szoku. Basista wciąż trzymał wysoko uniesione brwi i miał szeroko otwarte oczy, jakby jego twarz zastygła w wiecznym wyrazie bezbrzeżnego zdziwienia. Od dłuższego czasu stukał paznokciami w ściankę pustej już szklanki, na której dnie pozostała jedynie kolorowa „kałuża” po drinku, którego w siebie wlał.
- Yoshi… - odezwał się drżącym głosem. – Ja też wciąż nie mogę uwierzyć, że podpisaliśmy kontrakt z Delicious Deli Records… Wiesz… zdaje mi się, że jesteś w najlepszym stanie z naszej czwórki, toteż mam do ciebie prośbę, skarbie… - spojrzał na mnie prosząco. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zwitek pieniędzy. – Proszę, pójdź do baru i weź nam coś mocnego… albo nie. Weź od razu całą butelkę whisky. Najlepszą i najdroższą jaką mają. Cena teraz nie gra roli. Nieważne, że zapłacimy dużo więcej niż w sklepie – uprzedził, zanim zdążyłem się odezwać i wtrącić, że to zbędne marnowanie pieniędzy. – Trzeba to oblać czymś dobrym… Ale cholera… Za nic to wciąż nie może do mnie dotrzeć… - mruknął ciszej do siebie.
Spojrzałem na ukochanego niepewnie, ale przyjąłem pieniądze i spełniłem jego prośbę – bo cóż innego mogłem zrobić?

kilka lat później

- Pamiętacie, jak podpisaliśmy nasz pierwszy kontrakt? – zagadnął rudzielec.
- To było dziwne… - mruknął Zero.
- Racja – przytaknąłem. – Z początku nasze oblewanie tego wyglądało jak stypa – zaśmiałem się na to wspomnienie. – Dopiero po kilku głębszych poszliśmy w „tango” – zaśmiałem się głośniej i klepnąłem basistę w ramię.
- To nasze „tango” trochę później nas kosztowało – przypomniał Karyu. – Trochę nas… poniosło z tej radości – próbował stłumić uśmiech.
Wypominaliśmy jeden drugiemu, co w ten wieczór odwaliliśmy śmiejąc się z siebie nawzajem i docinając. Jedynym, który milczał niczym zaklęty był Kenji, który jedynie uśmiechał się nikle pod nosem i przenosił zdezorientowane spojrzenie po wszystkich muzykach po kolei, co oczywiście nie umknęło mojej uwadze.
- Tsuśku – zagadnąłem – nic z tego nie pamiętasz?
- Noo… - przeciągnął. – Tak jakby… - przyznał z oporem, na co Matsumura wybuchnął gromkim śmiechem.
- Boś zaczął świętować wcześniej niż nasza trójka – spojrzał z politowaniem na kochanka. – Kilka lat temu to myśmy cię holowali pijanego do łóżka, to teraz w ramach rekompensaty my się spijemy, a ty będziesz się nami zajmował! – klasnął w dłonie i zaśmiał się jeszcze głośniej.
- Co?! – oczy perkusisty zrobiły się wielkie niczym spodki od filiżanek. – To nie fair! Trzech na jednego?! – wydawał się być przerażony myślą sprawowania opieki nad trzema nachlanymi facetami.
- Sprawiedliwości musi stać się zadość! – zawołał entuzjastycznie Shimizu i uniósł szklankę z alkoholem w górę, a ja z Yoshitaką zawtórowaliśmy mu.
- Nie ma mowy! Ej no, chłopaki… - jęknął Oota, którego sprzeciw został ostentacyjnie zignorowany.
- Pomyślelibyście, że kiedyś zdobędziemy taką sławę? Sword Records to już nasza trzecia wytwórnia… - odezwałem się na wpół rozmarzony, na wpół zanurzony we wspomnieniach.
- Tyle wytwórni… a ile to już kontraktów? – zaśmiał się Matsumura.
- Kto by to liczył? – szatyn wzruszył ramionami. Przysunął się do mnie i cmoknął mnie w policzek. – Grunt, że mamy siebie i nasze D’espairsRay! – zakrzyknął.
- Za D’espairsRay! – wznieśliśmy wspólnie toast.

*dokładnie to chodziło mi o fragment: „Twój uśmiech wydawał się złamany… To to, co zobaczyłem pierwsze…”, który pochodzi z piosenki „Yami ni furu kiseki”.

(po tak długim oczekiwaniu na ostatnią część)
THE END


KOLEJNA LEKTURA OBOWIĄZKOWA:
To teraz jeszcze walne PS.’a:
;_;
Tak, płakusiam sobie, bo D’espów już nie ma; no właściwie to niby są, ale tylko w sercach fanów, Hizumiego, Karyu i Tsuśka, a Zero-zdrajca opowiedział się za TMH4N’S, za co ma wpierdol. Uwielbiałam Zero, dlatego kiedy przeczytałam, że na pytanie czy jest za reaktywacją D’espairsRay odpowiedział, iż jest tak „niekoniecznie”, gdyż woli skupić się na obecnym zespole, miałam ochotę iść z buta do Tokio, znaleźć go (nie wiem jakim cudem, tego mój genialny plan już nie przewidywał) i spalić mu mieszkanie, a najlepiej od razu zaszantażować go, ale cóż… mogę sobie o tym tylko pisać, myśleć, ewentualnie pogadać o tym ze ścianą (tak, rozmawiam z przedmiotami nieożywionymi) no i przede wszystkim mieć nadzieję, że kiedyś może zrobią jakąś reaktywację, chociażby na jeden występ… Długo się zastanawiałam nad tą „blokadą”, która mnie dopadła jeśli chodzi o to opowiadanie, ale w końcu doszłam do wniosku, że to chyba wina tej wypowiedzi Zero. Strasznie się wtedy do niego uprzedziłam, a jak łatwo się domyślić ciężko jest pisać o kimś, kto jest jednym z głównych bohaterów, a jednocześnie patrzy się na niego nieco krzywo. Z tegoż samego powodu, jak pewnie zauważyłyście, od dłuższego czasu nie pisałam już nic z D’espami, ale to jeszcze może się zmienić, gdyż D’espairsRay to mój ukochany zespół (jeśli chodzi o yaoi też).
Idę płakusiać dalej.
Skończyłam „Monstersy”… Moje życie straciło sens ;_;
Idę pociąć się masłem… (/.-)’’

KONIEC KOŃCÓW.

OSTATNIE POŻEGNANIE Z „MONSTERS”.

Monsters cz.14

Matko, to już czternasta część~! @.@


Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak minęła mi droga na lotnisko, lot czy w końcu podróż taksówką z powrotem do mieszkania Zero. Wiem tylko, że raz chyba zasnąłem w samolocie i cały czas ściskałem palce basisty, który gładził nimi wnętrze mojej dłoni. Ten drobny gest dawał mi poczucie bezpieczeństwa, nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo było mi to potrzebne w tamtej chwili. Co jakiś czas także sprawdzałem czy telefon jest na swoim miejscu w kieszeni – wcale nie bałem się, że ktoś mi go ukradł, ale po prostu chciałem mieć pewność, że jeśli ta kobieta zadzwoni lub odpowie na moją wiadomość, nie przegapię tego. Robiłem tak nawet podczas lotu, mimo iż wtedy komórka była wyłączona. Owszem, chciałem zakończyć wszelki kontakt z „matką”, która mnie okłamywała przez te wszystkie lata, jednak myślałem, że przynajmniej pokwapi się o jakąś odpowiedź…
Z amoku ocknąłem się dopiero, kiedy moja dłoń automatycznie sama przesunęła się po kieszeni, a Michi westchnął ciężko. Zorientował się, czego oczekuję, już dawno. W sumie nie trudno było się domyślić…
Aby mnie rozproszyć Shimizu rzucił nasze torby w kąt, a następnie popchnął mnie na ścianę, po czym naparł na mnie ciężarem swojego ciała. Czułem jego oszołamiający zapach, a mój wzrok utknął w delikatnym uśmiechu, który figurował na jego pięknych ustach. Przesunął dłonią po moim policzku, a następnie gładził mnie po szyi i dekolcie. Jego dłoń zsunęła się przez mój tors i zatrzymała się na brzuchu, by z kolei przesunąć na biodro. Objął mnie mocno i pocałował z pasją. Nie opierałem się; jakbym mógł! Splotłem ręce na jego karku, rozchylając wargi, pozwalając, aby pogłębił pocałunek. Całował mnie gorąco i namiętnie, a ja nie pozostawałem mu dłużny. Złapałem jego dolną wargę zębami i delikatnie pociągnąłem, na co on się uśmiechnął głębiej, a następnie złapał mnie za tyłek i podniósł, biorąc na ręce. Spojrzałem na niego zaskoczony, na co on jedynie zachichotał.
- Cieszę się, że znów kontaktujesz z rzeczywistością – powiedział rozbawiony.
- Jeśli tak ma wyglądać moja rzeczywistość to kontaktowanie z nią to dla mnie czysta przyjemność – posłałem mu ciepły uśmiech, choć nie byłem do końca pewny czy to, co mówiłem było prawdą. Fakt, teraz było naprawdę przyjemnie, jednak to tylko chwila namiętności i zapomnienia w niekończącej się stagnacji rzeczywistości, z którą radziłem sobie coraz gorzej…
Szatyn zaniósł mnie do sypialni i rzucił na łóżko, po czym zawisł nade mną i ponownie mnie pocałował. Znów objąłem go za szyję, tym razem zakładając jeszcze nogę na jego biodro. Przesuwałem dłońmi po jego plecach, starając się nie myśleć o niczym i oddać chwili. Zero skutecznie mi w tym pomagał, tłumiąc nieprzyjemne myśli salwą gorących pocałunków.
Nagle zrobił coś, czego się nie spodziewałem. Wsunął dłoń pod moją bluzkę i zaczął dotykać mojego brzucha i podbrzusza. Nie zastopowałem go, gdyż wiedziałem, że kiedyś będziemy musieli postąpić krok dalej w naszym związku, a poza tym to było naprawdę przyjemne. Ciche westchnienie, które z siebie wydałem zatonęło w jego ustach. Czując się nieco pewniej, również wsunąłem dłonie pod jego koszulkę, wciąż gładząc jego plecy. Dotyk jego ciepłej, aksamitnej skóry był dla mnie niczym lek na najgorsze obawy i lęki. Zsunąłem dłonie na jego klatkę piersiową. Pod palcami czułem jego szczupłe ramiona, obojczyki, mostek oraz płaski brzuch, a w mojej głowie świetlistymi kreskami rysowała się mapa tego cudownego ciała. Uśmiechnąłem się sam do siebie pod nosem, oddając kolejne pocałunki. W końcu jednak nie wytrzymałem i stanowczo szarpnąłem za materiał jego górnej części garderoby. Chłopak pomógł mi nieco i wspólnie pozbyliśmy się jego bluzki. Spojrzałem na niego zadowolony, orientując się, że wygląda zupełnie tak, jak to sobie wyobraziłem… a może jedynie naniosłem pewne poprawki na mapie jego ciała, którą gdzieś głęboko w podświadomości miałem zakopaną jako wspomnienie sprzed wypadku?
Możliwe…
Uśmiechnąłem się szeroko i przesunąłem ręką po jego torsie. Michi posłał mi zawadiacki uśmieszek, po czym przyciągnął mnie do siebie, windując do siadu. Zerwał ubranie również ze mnie. Znów wylądowałem pod nim, z tą małą różnicą, że szatyn tym razem całował moją szyję. Schodził z pocałunkami coraz niżej, obdarzając ich salwą mój tors. Zatrzymał się przy sutkach. Jeden z nich drażnił i podszczypywał dłonią, a wokół drugiego zatoczył językiem koło. Przeszedł mnie elektryzujący dreszcz, a z moich ust wydobył się cichy jęk. Oblałem się rumieńcem i zatkałem sobie usta dłonią, jednak Zero zaraz odwiódł moją rękę patrząc na mnie z naganą i jednocześnie rozbawieniem. Zacisnąłem dłonie na jego ramionach, wyginając się, kiedy Michi drażnił językiem mój sutek. Zdawał się być tym zachęcony, gdyż wzmocnił natężenie pieszczoty. Zadrżałem z przyjemności i ponownie jęknąłem. Zrobiło mi się strasznie gorąco, świat zawirował mi przed oczyma, a otaczająca nas ciemność zamigotała. Ulicą, przy której mieścił się blok Shimizu przejechał samochód, a światła jego reflektorów wpadły do sypialni przez niezasłonięte okna. Na ścianie widziałem przez moment nasz spleciony cień i uśmiechnąłem się. Wplotłem palce w jego włosy i odchyliłem głowę do tyłu, kiedy poczułem zęby na skórze.
Kiedy ta zabawa już się mu znudziła spojrzał na mnie z cwaniackim wyrazem twarzy. Wyglądał niemalże przebiegle, doskonale wiedział jak mnie zmanipulować, aby do tego doszło, a ja nie byłem za to na niego zły. Wręcz przeciwnie; wdzięczny. Ciepło, które teraz wręcz rozsadzało moje ciało było naprawdę miłą odmianą, gdyż zazwyczaj spowijał mnie chłód.
Szatyn wyglądał naprawdę ponętnie. Nie mogłem oderwać od niego wzroku, nawet kiedy straciłem z nim już kontakt wzrokowy, gdyż chłopak na powrót zajął się moim ciałem. Całował mnie po brzuchu, aż dotarł do pępka, w który wsunął język. Mruknąłem, przymykając oczy i oczekując pocałunku, który został złożony na moich ustach chwilę później. Michi musnął moje wargi, po czym wtulił twarz w zagłębienie mojej szyi, zaciągając się moim zapachem. Zrobił mi malinkę sporych rozmiarów tuż nad obojczykiem, po czym ponownie się podniósł i spojrzał mi w twarz.
- Zobaczysz, kiedyś cię do tego nakłonię – zaśmiał się cicho.
- Z pewnością – wzruszyłem ramionami, uśmiechając się i przewalając go.
Shimizu położył się na plecach, a ja ułożyłem głowę na jego torsie, wsłuchując się w rytmiczne bicie jego serca. Chłopak gładził mnie po głownie i karku, przez co po chwili powieki zaczęły mi ciążyć.
Tej nocy nie doszło do niczego więcej między nami. Zdziwieni? Od początku wiedziałem, że to skończy się jedynie niewinną zabawą; byłem tego pewien, że basista nie szarpnie się tak szybko na „głęboką wodę”, nie chcąc mnie wystraszyć. Nie chciał mnie skrzywdzić.

***

Po obfitym śniadaniu, na które składały się dwie pizze (tak to się pisze? O.o’’ od aut.), gdyż w lodówce po tak długiej nieobecności niewiele było produktów zdatnych do spożycia, zajęliśmy się tymi wszystkimi czynnościami, przez które trzeba przebrnąć po wyjeździe – pranie, zakupy, wyrzucanie przeterminowanej żywności, sprzątanie… Żaden z tych obowiązków nie należał do moich hobby, więc nie tryskałem energią i werwą, jednak muszę przyznać, że razem z moim chłopakiem pracowało się znacznie lepiej niż samemu. Zaczepki takie jak ocieranie się dłoni, całusy w policzek oraz klepnięcia w tyłek były naprawdę przyjemnymi przerywnikami.
Kiedy się ze wszystkim uporaliśmy na zewnątrz zaczynało się już robić szaro, ale biorąc poprawkę na porę roku, mogłem zgadywać, że dochodziła godzina szesnasta.
- Zapomniałem czegoś ze sklepu – oświadczyłem ukochanemu, który opadł na kanapę z westchnieniem, rozmasowując dłonie i nadgarstki.
- Niby czego? – podniósł jedną brew, wyczuwając, że kłamię.
- Czegoś – mruknąłem wymijająco, uśmiechając się pod nosem.
- Czego? – powtórzył. – Przyznaj, chcesz ode mnie uciec! – założył ręce na piersi i zrobił obrażoną minę, co widziałem u niego… chyba pierwszy raz.
- Przecież wiesz, że nie – pokręciłem głową z politowaniem  i podszedłem do niego. Nachyliłem się nad szatynem i pocałowałem go w czoło. – Kochanie… - spojrzał na mnie z kwaśną miną. – Obiecuję, że jak wrócę to zrobię ci masaż – próbowałem go przekupić.
- Dlaczego próbowałeś mnie okłamać? – zapytał z wyrzutem. – A teraz próbujesz mnie przekupić!
- Bo chcę iść sam.
- Dlaczego? – dociekał. Nie odpowiedziałem i spojrzałem na niego wymownie. – Nie lubię, kiedy masz przede mną jakieś tajemnice. Im dłużej ze sobą przebywamy, na powrót uczę się coraz lepiej odgadywać twoje myśli i uczucia, więc wiem, że nie mówisz mi jeszcze o wielu istotnych rzeczach… - przerwałem mu pocałunkiem, widząc, że dopiero się rozkręca.
- Kocham cię – szepnąłem mu na ucho. – Po prostu chcę się przejść – spojrzałem mu w oczy. Prychnął.
- A nie możesz ze mną? – założył także nogę na nogę.
- Chcę ułożyć myśli.
- Więc ja cię rozpraszam? – zaciął usta, jednak nie był zły, a bardziej niepocieszony.
- Oczywiście – uśmiechnąłem się szerzej i usiadłem okrakiem na jego kolanach. – Cały czas mnie rozpraszasz… - przesunąłem dłońmi po jego ramionach, a następnie delikatnie zacząłem masować jego kark. Ledwo powstrzymał mruknięcie.
- A tak w gwoli ścisłości, czym cię rozpraszam? – wciąż udawał obrażonego, jednak jego maska powoli opadała.
- Swoją osobą – zaśmiałem się. – Kiedy jestem przy tobie nie potrafię się na niczym innym skupić – zamilkłem na chwilę. – Potrzebuję jeszcze chwili dla siebie… - powiedziałem znacznie ciszej.
- Ale nie znasz okolicy – wciąż ripostował. Objął mnie w pasie, przyciągając, czym wyraźnie zaznaczył, że nie ma już ochoty dłużej bawić się w obrażonego księcia, jednocześnie podkreślając, że chce mieć mnie przy sobie.
- Znam – skłamałem. – Poprzednio kiedy zniknąłeś, szukałem cię i wałęsałem się tu, i tam. „Wycieczka krajoznawcza” do Enyii też poszerzyła moje horyzonty – uśmiechnąłem się dla potwierdzenia swoich słów. Chłopak w końcu skapitulował i mnie puścił, ponownie wzdychając. – Dziękuję – cmoknąłem go jeszcze raz, po czym wstałem i skierowałem się do przedpokoju.
- Tylko wróć szybko, bo zadzwonię na policję! – krzyknął za mną niczym nadopiekuńcza matka, na co ponownie się zaśmiałem.
Ubrałem buty i kurtkę, po czym wyszedłem z mieszkania. Zjechałem na parter, by następnie opuścić budynek.
Dałem ponieść się błędnemu krokowi. Brnąłem przed siebie, a mróz szczypał mnie w policzki i nos, ale nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie, dawało chwilę wytchnienia odwracając uwagę od nieprzyjemnych rozmyślań. Wiatr chłostał mnie niemiłosiernie, czułam jak jest silny, jak powoli spycha mnie w bok. Śniegu było naprawdę dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że jeszcze niecały dzień temu znajdowałem się w Ameryce, gdzie ulice Nowego Yorku były pokryte ledwie cienką warstewką białego puchu.
Wiatr przybrał na sile. Podniosłem zaczerwienioną twarz, którą jak do tej pory trzymałem spuszczoną, naciągając niemal na same oczy kaptur, aby chronić się przed zimnem, do którego niezbyt byłem przyzwyczajony. Zorientowałem się, że musiałem znajdować się niedaleko portu. Stałem właśnie na brzegu jednej z dość cienkich rzeczek uwięzionych w betonowym korycie. Po drugiej stronie stały stare, wysokie, teraz bezlistne i nagie sakury, a na łokciach ich gałęzi spoczywał śnieg. Ciemne konary drzew niemal brutalnie odcinały się od białej, wszechobecnej pokrywy, przez co wyglądały niczym las Weirm Edgara Allana Poe. Dość… przerażająco, rzekłbym.
Wystarczyło, żebym się wychylił, a spomiędzy bloków, które stały tuż nad rzeczką wyłaniał się obraz Zatoki Tokijskiej i jej spokojnych, ospale falujących, ciemnych wód.
Przez chwilę rozglądałem się w niemym zachwycie przyprószonym smakiem jakiejś dziwnej i niezrozumiałej obawy, kiedy nagle uświadomiłem sobie, że kompletnie nie wiem, gdzie jestem ani tym bardziej, jak mam wrócić do mieszkania Shimizu. Cóż, wcześniej jakoś nie przerażała mnie wizja zagubienia się; bo wcześniej miałem przy sobie Zero. Przy nim czułem się bezpiecznie, a teraz to uczucie pękło jak bańka mydlana.
- Tokio to wielkie miasto. Nie bój się, że się zgubisz; nie myśl o tym, bo inaczej to naprawdę to się stanie. Zamiast „zgubiłem się”, pomyśl „znalazłem się w nieznanym mi miejscu”. Zgubić można długopis; człowiek dochodzi po prostu do miejsca, w którym wcześniej nie był. Ja się nie gubię, ja po prostu odkrywam nowe piękne miejsca w tym mieście – usłyszałem za sobą delikatny kobiecy głos.
Odwróciłem się i spojrzałem na szczupłą dziewczynę po dwudziestce w fioletowej, pikowanej kurtce, ciemnych spodniach i wysokich kozakach z futerkiem, przez co początkowo skojarzyła mi się z zaprzęgiem reniferów Świętego Mikołaja… naprawdę nie wiem dlaczego…
Kilka brązowych pasm włosów wysunęło jej się spod czapki. Wiatr bawił się nimi, a jej widocznie to nie przeszkadzało. Uśmiechała się delikatnie i wpatrywała we mnie uporczywie dużymi, również brązowymi oczyma.
- Aż tak widać moją nieporadność? – zaśmiałem się, choć sam nie wiem dlaczego. Chyba z własnej głupoty…
- Nie, po prostu się za dużo rozglądasz – odparła, wzruszając ramionami. – Osoba, która znałaby to otoczenie przeszłaby obok nie zwracając uwagi na to, co jest obok. Nazywam to syndromem znieczulenia na codzienne piękno. Człowiek chce otaczać się pięknymi rzeczami, jednocześnie wciąż nowymi, aby przykuwały jego uwagę.
- Słusznie… - mruknąłem. – W sumie… Jak się nazywasz?
- Mów mi Aimer.
- Pseudonim? – zdziwiłem się.
- Artystyczny – dopowiedziała z uśmiechem.
Spojrzała w niebo, które szybko robiło się coraz ciemniejsze. Niektóre latarnie uliczne już się zapaliły, rzucając złoty blask światła oraz jednocześnie długie, czarne cienie na śnieg. Pogłębiła uśmiech, znów zwracając uwagę na mnie.
- A ty jak masz na imię?
- Hizumi.
- Pseudonim?
- Artystyczny – odparłem i oboje się zaśmialiśmy.
- Słyszałam kiedyś, że jeśli dwoje artystów się spotka, to zawsze razem coś stworzą i ich spotkanie będzie dla nich natchnieniem. Chyba jest w tym trochę prawdy, nie uważasz? – kiwnąłem głową. – W każdym razie miło było cię spotkać, Hizumi – pomachała mi na odchodne i odwróciła w swoją stronę. Odchodząc zaczęła śpiewać, a jej głos rozniósł się dookoła niczym magiczne zaklęcie, która sprawiło, że przez chwilę miałem rażenie, iż w całym mieście jesteśmy tylko my dwoje. Tokio wydawało się być teraz takie wyludnione… A może po prostu nie zwracałem uwagi na ludzi, którzy przemijali koło mnie jak cienie?
- „Gdy czuję delikatny uścisk twojej dłoni, wiem, że przetrwam te bezsenne noce.
Sama twoja obecność pomagała mi się szczerze uśmiechnąć pomimo wszelkich ran.
Proszę cię jedynie o odwagę, bym mogła stanąć na nogach o własnych siłach.
Nie usłyszysz słów kłębiących się w mojej głowie i nie zmieni tego czas.
Samotnie spaceruję ulicami tego zimnego miasta.
Zapomniałam już która droga prowadzi do domu.
W tę niekończącą się noc mam tylko jedno życzenie:
Na tym bezgwiezdnym niebie pragnę ujrzeć promień światła.
Zostawiłam za sobą przeszłość i wiem, że już nigdy do niej nie wrócę.
Jutro nadejdzie dzień pełen słońca, w którym się odrodzę.
Zawsze byłeś u mojego boku i z uśmiechem opatrywałeś moje rany.
Twoje uczucia się poza moim zasięgiem i nie zmieni tego czas.
Drżę z zimna i samotności.
I choć blask tej przyćmionej gwiazdy wydaje się być tak odległy, jutro też nastanie noc i odrodzi się na tym niebie.
Próżno szukam śladów naszego spotkania wśród gwiezdnego pyłu.
Przedzieram się przez tłum, lecz nie potrafię już ich dostrzec.
Pod światłem księżyca uronię morze łez, tęskniąc za przeszłością.
Wiem jednak, że to pożegnanie zwiastuje lepsze jutro.
Jestem jedynie drobną konstelacją, dlatego pragnę podziękować ci za to, że mnie dostrzegłeś.”
(~Aimer – Rokutosei no Yoru)

Słowa tej piosenki uderzyły we mnie z siłą rozpędzonej ciężarówki. Ledwo utrzymałem się na słabnących nogach, kiedy doszedłem do wniosku, że ta piosenka jest kwintesencją moich myśli, zachowania, wyborów, tego, co już zrobiłem i tego, co muszę jeszcze zrobić.
Prawda jest taka, że będę nieco tęsknił za spokojną przeszłością, kiedy byłem wszystkiego nieświadomy, jednak faktem jest również, że ani chwili nie wątpiłem w to, że przyszłość z Michim jest o wiele bardziej świetlista, lepsza. Wciąż toczę wojnę sam ze sobą, z własnymi myślami, budując mur wokół samego siebie; utrudniając tym samym dostęp do siebie szatynowi – biada mojej głupocie! Chcę ujrzeć ten promień światła na tym bezgwiezdnym niebie – chcę! Chcę w końcu się cieszyć!... jednak największą przeszkodą do tego, jestem dla siebie ja sam.
Idiota.
Jednak tym, co najbardziej do mnie trafiło to to, że nie podziękowałem Shimizu. Przecież „jestem jedynie drobną konstelacją” podobną do miliona innych – basista już dawno mógł ze mnie zrezygnować i być z kimś innym. Ale on wciąż tkwi przy moim boku, „opatrując moje rany”; zrezygnował ze szczęścia z kimś innym, by cierpieć wraz ze mną. Z pewnością zdawał sobie sprawę, że nie będzie ze mną tak łatwo, a mimo to ze mnie nie skreślił – w przeciwieństwie do tych, których kiedyś uważałem za przyjaciół. Znosił wszystkie moje humory, wybuchy, lamenty…
Niewdzięcznik.
Po mojej twarzy popłynęły łzy; sam nie wiem kiedy. Stałem sztywno analizując wszystko jeszcze raz. Podniosłem dłoń do twarzy, aby obetrzeć ją z łez, kiedy nagle poczułem na policzku ciepłe opuszki palców. Ktoś mnie zwyczajnie uprzedził. Podniosłem wzrok i spojrzałem na zmartwionego szatyna, który stał przede mną. Zmaterializował się niczym duch!; w każdym razie, w jak najlepszym momencie!
Przytuliłem się do niego, obejmując go rękami za szyję. Shimizu był spięty, gotowy znów stać się dla mnie oparciem i pozwolić wypłakać mi się w swoje ramię, kiedy ja niespodziewanie wybuchłem niekontrolowanym śmiechem.
Szczęściarz.
Cholerny ze mnie szczęściarz.
- Dziękuję – szepnąłem mu do ucha, owiewając je ciepłym oddechem. – Dziękuję ci za to, że przy mnie jesteś, zawsze, kiedy cię potrzebuję. Dziękuję, że mnie dostrzegłeś i… przepraszam za to, że wciąż cię ranię – pocałowałem go w zimny policzek, po czym ułożyłem głowę na jego barku, zwracając twarz w jego stronę. Ukryty za zasłoną jego włosów byłem dla niego niewidoczny, jednak ja mogłem obserwować profil jego twarzy. Zdawało się, że początkowo był zdziwiony, jednak zaraz potem uśmiechnął się ciepło, a jego mina zdradzała, że poczuł ulgę. – „W trakcie tej nieskończonej podróży, zawsze, gdy chce się nam już zawrócić, obydwoje głęboko wzdychaliśmy na to pragnienie.
Niby niebo bliżej celu, a znów nam ucieka, lecz teraz żadne z nas nie ma zamiaru porzucić go ani na chwilę.
Nasze serca łączy więź silniejsza niż stal i z pewnością nierozerwalna.
Miejsce, do którego tak dążyliśmy przez wiele lat… Zostaniemy tam na dłuższy czas.
Ciepło wypełnione miłością.
Nie mogę pozwolić tym wspomnieniom, aby zniknęły. (…)
Zbłąkane (marzenia) życzenia (spełnij je)
Wszystkie głoszą w swej pieśni:
Nie odwracamy wzroku od rzeczywistości, bo mamy odwagę stawić jej czoła.
Smutek oraz złość obrócimy w siłę.
Przeznaczenie jest po naszej stronie.
Ponad nami jest niebo;
Rozświetlony jasno świat.
W miejscu, w którym pozostaniemy na dłuższy czas; mając prawdę na wyciągnięcie ręki.”
(~Chemistry – Period)
- szeptałem mu na ucho słowa, które przychodziły mi na myśl.
Moje ciało stopniowo robiło się coraz cięższe, jednak wciąż miałem dobry nastrój. Ostatni raz zaciągnąłem się zapachem ukochanego i z uśmiechem na ustach zdawałoby się, że zamknąłem oczy tylko na chwilkę…



Monsters cz.13

Huh, zapomniałam, że jeszcze tego nie wstawiłam... =.='' Mam nadzieję, że się nie gniewacie... x.x
W każdym razie dziś naprawdę krótko, bo zaledwie 4 strony, jednak jest to wprowadzenie do znacznie dłuższego rozdziału, za który już się biorę i jeśli będzie odpowiadająca mi liczba komentarzy, to z pewnością wstawię ją już niebawem.

A tak btw. Podoba wam się nowe tło? Mam nadzieję, że teraz będzie się wam łatwiej czytało.


Kolejne dni po prostu mi mijały – nie przywiązywałem do nich zbyt wielkiej uwagi. Byłem pochłonięty przez własne rozterki i przemyślenia. Kilkakrotnie Zero próbował zrozumieć, co jest przyczyną takiego mojego samopoczucia, namawiał mnie nawet do tego, abym po prostu mu o tym powiedział i przestał katować sam siebie, jednak nie posłuchałem go. Nie chciałem znów obarczać go swoimi problemami.
Westchnąłem ciężko, opierając głowę o ścianę i oddychając głęboko nocnym, chłodnym powietrzem.
- Stałeś się wentylującymi zwłokami – Tsukasa usiadł koło mnie i spojrzał w niebo, na którym pierwszy raz od dłuższego czasu było widać tyle gwiazd. Noc była jasna, gdyż pełnia księżyca rozświetlała ją, a jej srebrna poświata otulał wszystko swoim miękkim blaskiem; przyjemny efekt psuły jedynie latarnie uliczne o chorobliwie żółtym, sztucznym świetle.
- Co? – spojrzałem na niego zdziwiony.
- Nic tylko siedzisz na tym balkonie. Nie jesz, nie odzywasz się praktycznie, rzadko kiedy ruszysz się stąd… Wentylujesz tu na tym przeciągu jak zwłoki – rozłożył ręce.
- To było… bezpośrednie – mruknąłem niezbyt zadowolony z tego, że perkusista nazwał mnie zwłokami.
- Ale prawdziwe – pokiwał głową, jakby na potwierdzenie, że zgadza się ze swoimi słowami. – Zero się martwi – zmienił temat. – Może z nim w końcu pogadasz? – zaproponował.
- Nie – odparłem krótko.
- Dlaczego?
- Bo nie! – warknąłem.
- A, rozumiem. Nie ma to jak dobre argumenty – prychnął, wywracając oczyma.
- Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć.
- Fakt, ale wypadałoby, żebyś wytłumaczył się przed Shimizu – zauważył. Zgrzytnąłem zębami. – Ej! Bo ci plomby powypadają – przestrzegł prześmiewczo. – Jeśli nie masz na bilet powrotny to zgaduję, że na dentystę też.
- Przyszedłeś czepiać się mnie, moich problemów czy moich zębów, bo w końcu zgłupiałem – powiedziałem nieprzyjemnie.
- Mogę czepiać się tego wszystkiego na raz – uśmiechnął się, cicho śmiejąc pod nosem, widząc zdenerwowanie malujące się na mojej twarzy. – W każdym razie przyszedłem ci powiedzieć, że zachowujesz się, jak nastolatka, która właśnie dostała pierwszego okresu. „Ojej, ile ja mam problemów!” – krzyknął przesłodzonym głosikiem. – Hiroshi, do ciężkiej cholery, ile ty masz lat?! – szturchnął mnie w ramię. – Weź się w garść! Nie chcę znów wyjść na tego złego i niedobrego, nie chcę też się z tobą kłócić, dlatego uwzględniam, że nie naskakuję na ciebie tak jak wcześniej, a jedynie… motywuję? Coś w ten deseń… - zamilkł na chwilę, po czym ponownie podjął. – Każdy ma swoje utrapienia. W każdym wieku. Nawet przedszkolaki mają problemy – a bo to literek nie umieją pisać, bo kolega zabrał zabawkę… Wiem, że nie można porównywać tego z problemami ludzi dorosłych, gdzie pojawiają się kredyty, praca, perypetie miłosne i tak dalej… Po prostu próbuję ci uświadomić, że każdy boryka się ze swoimi problemami. Są ludzie, którzy wyglądają na beztroskich, prawda? Ale to tylko maska. Ten, który śmieje się najgłośniej, często cicho łka po nocach… W sumie… Właśnie na tym polega życie; na wyznaczaniu sobie celów i pokonywaniu przeszkód, które uniemożliwiają nam osiągnięcie go. Nieudacznik to człowiek, który nie radzi sobie z własnymi problemami; człowiek sukcesu to taka osoba, która właśnie sobie z nimi radzi.
- Okrężną drogą sugerujesz, że jestem nieudacznikiem? – spojrzałem na niego z nieprzyjazną miną.
- Nie. Przestrzegam cię, żebyś właśnie nim się nie stał – wstał i oparł się o barierkę przedramionami. – Poproszenie kogoś o pomoc nie jest świadectwem słabości czy przyznaniem się do bycia nieudacznikiem…
- Ale nie można też naużywać pomocy innych, a ja…
- A ty jeszcze nie nadużyłeś jej; wierz mi na słowo! – przerwał mi. – Twój parszywy humor odbija się na całym naszym zespole. Wszyscy się martwią; nawet Karyu! – krzyknął.
- Co ja? – rudzielec wystawił głowę zza drzwi balkonowych.
- Idź stąd! – krzyknąłem z Tsu w tym samym momencie.
- Najpierw cię wołają potem wyganiają… Weź tu takich zrozum… - mruczał do siebie lider, wracając z powrotem do pokoju.
Perkusista posłał mi długie i nachalne spojrzenie, pod którego naciskiem spuściłem głowę. Ten wzrok mówił więcej niż wszystkie słowa, które do mnie skierował. W końcu skapitulowałem, westchnąłem i przytaknąłem.
- Zrozumiałem – przyznałem cicho.
- Mam nadzieję – odpowiedział chłopak i zostawił mnie samego, abym doszedł do łady z własnymi myślami.

***

- Mówiłem ci, żeby nie grać „Going on”! – awanturował się Zero. – Było posłuchać się Hizumiego i wystawić „In Vain”!
- To wszystko wina tego parszywego wokalisty od siedmiu boleści! – darł się Karyu. – Nie zaśpiewał „Going on” wystarczająco dobrze! To jest żywa piosenka!
- Artysta śpiewa zgodnie z jego uczuciami – mruknąłem niechętnie.
- Co nie zmienia faktu, że dla zarobku mógłbyś wykrzesać z siebie trochę energii! – syknął wściekły Yoshitaka.
- Ej no, nie gadaj; Hiroshi skakał po scenie i nie można powiedzieć, że się oszczędzał. Tylko… Dobra, Yoshida trochę niezbyt postarał się przy wyciąganiu tej piosenki, jednak ty też nie jesteś święty, Matsumura! – odezwał się perkusista. – Narzuciłeś nam „Going on”, mimo iż żaden z nas nie miał ochoty ani przesadnie werwy do tej piosenki. To ty ją wymyśliłeś!
- Zresztą… Co to za zestawienie? „Infection” i „Going on”? – prychnął basista.
- Ta piosenka miała was rozbudzić i trochę rozweselić, bo ostatnio snujecie się wszyscy jak cienie! – wybuchnął rudzielec.
Tym razem wszystko mieliśmy dopięte na ostatni guzik – napisałem dwie piosenki, jednak Karyu w ostatniej chwili przedstawił nam swoją i uparł się, aby zaprezentować ją na konkursie. Zrobił to w dobrej wierze, aby tchnąć trochę życia w nasz zespół, mimo to nie wyszło.
Nie udało się.
Nie przeszliśmy dalej.
Mieliśmy opuścić pokój przed rozpoczęciem się kolejnej doby hotelowej – czyli mieliśmy się wynieść przed godziną dwunastą następnego dnia. Wcześniej za każdym razem improwizowaliśmy – zarówno z założeniem D’espairsRay jak i z pierwszym występem – i wtedy udało się, a teraz kiedy teoretycznie wszystko powinno pójść jak po maśle, wszystko się zawaliło. Może to właśnie improwizacja była nieodłączną częścią image naszego zespołu? Może to właśnie dzięki tym wszystkim niedociągnięciom i niedopowiedzeniom byliśmy tak oryginalni, i na swój sposób piękni?
Znów zamyśliłem się, przez co nawet nie zauważyłem, kiedy podszedł do mnie Michi, który najwyraźniej skończył już kłócić się z gitarzystą.
- Pomóc ci się spakować? – zaproponował z cieniem delikatnego uśmiechu na ustach.
- Dzięki – odpowiedziałem mu tym samym gestem.
Przyglądałem się, jak szatyn zwinnie i szybko składa moje bluzki w kostkę i układa je w torbie, aż nagle coś mnie tknęło. Drgnąłem, co najwyraźniej zauważył Tsukasa, gdyż on również zaniechał pakowania rzeczy do walizki i spojrzał na mnie.
- A no właśnie… - zaczął perkusista, a wszyscy już wiedzieli, o co chodzi.
- Hiroshi? – basista położył dłoń na moim ramieniu.
- Ile udało nam się zainkasować? – zapytałem lidera.
- Dziewięćset dolarów.
- Wystarczy na lot do Albany, ale nie do Tokio… - zauważyłem cicho. – Wyboru za mnie dokonał chyba budżet – wzruszyłem ramionami niby obojętnie, jednak każdy z nich doskonale wiedział, że ta kwestia wcale nie była mi obojętna.
- Wcale nie – zaprzeczył mój chłopak. – Zyskaliśmy dziewięćset dolców, masz jeszcze trochę swoich oszczędności; resztę dołożę ja – zaoferował wielkodusznie.
Już chciałem zaprzeczyć, jednak karcący wzrok Ooty i gest jaki wykonał – przyłożył sobie palec do gardła niczym nóż i udał, że je sobie podrzyna – zaraz mnie uciszyły. Zamiast się odzywać po prostu przysunąłem się do Shimizu i pocałowałem go w policzek. Chłopak uśmiechnął się i objął mnie w pasie, po czym odwrócił do mnie twarz i ewidentnie czekał na coś więcej. Musnąłem delikatnie jego ciepłe wargi.
- Nie stracę cię już więcej – szepnął mi do ucha. – Nie pozwolę, żeby znów mi cię zabrano.
- Dziękuję – uśmiechnąłem się i ponownie go pocałowałem.
Objąłem szatyna za szyję, a on mocno przyciągnął mnie do siebie, przytrzymując mnie za plecy, jakby bał się, że zaraz od niego odejdę. Z początku muskaliśmy swoje usta, jednak po chwili Michi polizał moją dolną wargę, a ja nie chcąc pozostać mu dłużnym, rozchyliłem je. Chciał wsunąć język do moich ust, jednak przeszkodził mu w tym…
- Koniec kiziania się! – zarządził Matsumura, odciągając nas od siebie. – Wiem, że przez kilkanaście dni dzieliliśmy razem pokój i nie mogliśmy liczyć na choćby odrobinę prywatności, jesteście niewyżyci i spragnieni siebie… bla, bla, bla… ale na litość boską, nie róbcie tego publicznie! A przynajmniej ograniczcie się dopóki jestem trzeźwy! – zaczął lamentować. Kenji zaśmiał się pod nosem.
- Tak, jemu również brakuje seksu – odpowiedział na wymowne spojrzenie szatyna.

***

Siedziałem na łóżku i nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Wpatrywałem się tępo w telefon, który trzymałem w ręce mając absolutną pustkę w głowie. Wciąż byłem niepewny. Nie wiedziałem czy robiłem dobrze, jednak… jakby nie patrzeć zawsze istnieje możliwość, która pozwoliłaby mi zawrócić. Co prawda, gdybym wycofał się z wyjazdu do Japonii lub w trakcie pobytu w Tokio zechciałbym wrócić z pewnością zniszczyłbym swoje relacje z Zero, jednak… to nie zmienia faktu, że wrócić mogłem. Wszystko było okupione jakąś ceną – nawet jeśli nie była ona materialna. Z pewnością była ona wysoka, ale… istniała możliwość wycofania się.
Obawy to ludzka rzecz i nigdy się ich nie wyzbędę – wiedziałem to już jako dziecko.
Kiedyś czytałem biografię Bruce Dickinson’a (wokalista Iron Maiden od aut.) i pamiętam nazwę jednego z rozdziałów mieszczącego się w tej książce: „Nasz bohater staje przed propozycją nie do odrzucenia, jednak jako że jest porządnym facetem to przez chwilę się namyśla” (mam tą biografię i jest to oryginalny tytuł jednego z rozdziałów; rzecz jasna tak został przetłumaczony ten tytuł przez tłumacza, gdyż posiadam polską, nie angielską wersję biografii od aut). Może trochę to komiczne, jednak… czy to możliwe, że ja również jestem takim bohaterem?
Westchnąłem, po czym wziąłem głęboki oddech i w końcu przełamałem się.

„Szanowna kobieto, która podawałaś się za Akemi Yoshidę, moją matkę, informuję Cię, że nie mam zamiaru wracać do „domu”.
Zaczynam nowe życie… a bynajmniej tak mi się wydaje. Mam nadzieję, że mi się to uda, jak również, że nie będziesz mi tego utrudniać.
Z poważaniem,
Yoshida Hiroshi.”

Zdziwieni? Zwyczajnie napisałem sms’a. Nie miałem ochoty z nią rozmawiać, gdyż wiedziałem, że próbowałaby mnie odwieść od tego pomysłu. Wciąż czułem się zraniony. Zresztą… nie miałem nawet ochoty wypowiadać tych słów; uznałem, że wystarczy jeśli je napiszę. Zresztą… jeszcze tego brakowało, żeby Tsukasa albo, nie daj Boże, Zero to usłyszał. Nie potrzebowałem kolejnych komplikacji.

To był moment, w którym miałem wyjść na prostą i nie zamierzałem go sobie utrudniać.