Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crena Ketsueki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crena Ketsueki. Pokaż wszystkie posty

"Książę z bajki" cz.11

Zdaje się, że miałam jeszcze raz sprawdzić ten rozdział, ale cóż... jest jak jest, gdyż moje pulsujące, zapchane zatoki uniemożliwiają mi sprawne funkcjonowanie, a przydałoby się coś w końcu wstawić ^^''

PRZYPOMINAM, ŻE JEST TO SWOISTY "TEST" - JEŚLI POD TYM WPISEM NIE BĘDZIE NALEŻYTEGO ODZEWU, TAK JAK POD POPRZEDNIMI, STARYMI OPOWIADANIAMI, ZAWIESZAM JE (na amen) I BIORĘ SIĘ ZA SYSTEMATYCZNE PISANIE NOWYCH RZECZY!

Więc jest to taki deal "use it or lose it" - jeśli nie będzie zainteresowania to nie będę więcej kontynuować "Księcia z bajki" oraz "Uważaj, czego pragniesz" (aka. "Bóg, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia").

“Książę z bajki” cz.11

Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Kilka miesięcy jakby wycięto z mojego życia i tak oto obudziłem się pod koniec października. Wiosna i lato dawno przeminęły, a ja nie zwróciłem na to nawet najmniejszej uwagi będąc zaaferowanym przez rewelacje życia codziennego. Właściwie to zapewne dalej trwałbym w letargu w najlepsze, gdyby nie widmo zbliżających się imprez Halloweenowych i kłótnie chłopaków o to, kto w tym roku za kogo się przebierze, kto komu ukradł pomysł, gdzie będziemy pić i tak dalej. Powiedziałbym, że podobny rytuał stał się już coroczną rutyną, gdyby oczywiście ktoś interesował się moją opinią i mnie o nią zapytał. Tak się jednak składało, że nikogo nie trawiła wwiercająca się w mózg ciekawość dotycząca tego, co też mogło skrywać się w moim czerepie. Z tej racji właśnie milczałem, dobitnie boleśnie zdając sobie sprawę, że każde nieroztropnie wypowiedziane przeze mnie słowo mogło zostać użyte przeciwko mnie.
- A ty za kogo przebierzesz się w tym roku? - zapytał ktoś, kto był na tyle łaskaw, aby przypomnieć sobie o mojej egzystencji. Ja jednak okazałem się być skończonym chamem i nawet nie zanotowałem tożsamości rozmówcy. Też jak zwykle zresztą.
W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. W tym roku jakoś wyjątkowo nie miałem ochoty ani robić z siebie pajaca w wymyślnych ciuszkach, ani bawić się z innymi pijąc na umór, mimo iż na ogół lubiłem Halloween i nawet nazywałem je swoim własnym świętem - w końcu koszmarny ze mnie dupek, przerażający ignorant i diabelny buc, nie? No właśnie. A w Halloween świętowało wszystko, co koszmarne, przerażające i diabelne. Rzec zatem można, że to takie moje drugie urodziny, osobliwa Wigilia i Gwiazdka w jednym. Takie combo.
Pomimo tego, że była już jesień, świat nie stracił nic z tego uroku, którym zachwycałem się, kiedy rośliny dopiero budziły się do życia. W tym roku mogliśmy cieszyć się wyjątkowo piękną jesienią. Niebo wciąż było niebieskie i bezkresne. Jedynie gdzieniegdzie wisiały pojedyncze, ciemne obłoki, jednak nie zapowiadało się na to, żeby te mogły okazać się jakimś zagrożeniem dla wysoko wiszącego, złotego talerza słońca, które wciąż dość mocno przygrzewało. Wiatr był silny, ale przyjemny - i właściwie tylko on utwierdzał mnie w przekonaniu, że naprawdę zastała mnie już jesień, że wiosna odeszła. Wszędzie dookoła wciąż było tyle życie, że aż zwyczajnie nie chciało się wierzyć, że pora wiosenna przeminęła.Tym razem wyjątkowo nawet kolorowe liście na drzewach wcale nie kojarzyły mi się z ulotnością życia i jego kruchością, brakiem, lecz wręcz przeciwnie. Ich barwy były tak wyraziste i głębokie w ostrych promieniach słońca jak jeszcze nigdy przedtem.
Przez cały ten czas, w którym moja świadomość postanowiła zrobić sobie wakacje, spotykałem się z Creną. Widywałem się z nim przynajmniej kilka razy w tygodniu. Dużo słuchałem, zdarzało się też, że czasem coś wtrąciłem, choć wciąż uparcie wystrzegałem się chlapania na prawo i lewo tego, co mi ślina na język przyniosła i gryzłem go, kiedy orientowałem się, że palnąłem za dużo. Niemniej jednak, chcąc, nie chcąc powoli otwierałem się przed nim. Raz towarzyszyło mi przy tym przeświadczenie, że robiłem dobrze, innym razem, myślałem, że popełniam ogromny błąd, którego później będę sromotnie żałował. Ostatecznie wciąż starałem się trzymać na wodzy, gdyż ufanie innym nigdy nie przychodziło mi łatwo, jednak nie dało się ukryć, że chłopak powoli i uparcie wyciągał ze mnie kolejne opinie i przemyślenia, którymi nie dzieliłem się z innymi nigdy wcześniej. Zmieniał mnie. Systematycznie budował we mnie zaufanie do swojej osoby.
Może moja nieufność i swoisty wstręt do ludzi mógł być dla niektórych czymś dziwnym, ale mnie było z tym dobrze. Wiedziałem, że prawdopodobnie tylko i wyłącznie dzięki takiemu usposobieniu udało mi się uniknąć wielu rozczarowań w życiu. Z drugiej strony jednak zdawałem sobie sprawę, że mogłem zabrnąć w tym trochę za daleko, przez co powoli zakrawałem na osobę niepełnosprawną w aspekcie socjalnym.
Wokalista Bird as Omen był jedyną osobą, która w jakiś sposób przywiązywała wagę do tego, co myślałem i mówiłem i pytała mnie o moje zdanie, które ewidentnie nie pozostawało mu obojętne… i czasem zwyczajnie z tego powodu nie mogłem się pohamować. Pokusa wypowiedzenia pewnych, szczególnie tych niewygodnych, drażniących myśli była zbyt wielka, żeby cały czas milczeć niczym posąg. Poza tym, niezależnie od tego, co myśleli o mnie inni czy tego, jaki wizerunek próbowałem wykreować sam sobie, ja też byłem jedynie człowiekiem, więc miałem swoje słabości, którym od czasu do czasu ulegałem. Tak jak wszyscy popełniałem czasem błędy lub traciłem nad sobą panowanie, dawałem się ponieść emocjom i chwili. A później nie pozostawało mi już nic innego, jak tylko pokornie błagać wszelkie istoty wyższe, żeby te moje uchybienia nie przyniosły przesadnie katastrofalnych skutków.

***

Gdybym bez żadnych konsekwencji mógł wyeliminować jedną, dowolną rzecz z tego świata, to zdecydowanie byłyby to gołębie. Nienawidziłem szczerze i z całego serca tej szarej, srającej zarazy szerzącej się w mieście. Z początku myślałem o eksterminacji idiotów, którzy je dokarmiali i zwabiali do przylatywania do skupisk ludzkich, ale później zrozumiałem, że dużo lepiej byłoby obrać taktykę, która pozwalała pozbyć się głównej przyczyny niżby leczyć wyłącznie objawy.
Tak, w chwili, kiedy mógłbym prosić o dowolną rzecz na świecie - o pokój na ziemi, zażegnanie głodu i ubóstwa, zatarcie różnic społecznościowych, o cudowny lek na wszystkie możliwe choroby, oświecenie lub chociażby o prywatną wyspę z willą z basenem i ładnym widoczkiem - ja poprosiłbym właśnie o unicestwienie gołębi. Dokładnie. O nic więcej. O nic innego. W dodatku poprosiłbym o to ładnie. Nawet bym się wysilił.
- Od dłuższego czasu wpatrujesz się nienawistnym spojrzeniem w tego gołębia. Zaczynam się martwić. Co ty kombinujesz? - zapytał zaalarmowany Crena
- Masową rzeź jego gatunku - mruknąłem, wskazując palcem ptaka, który spojrzał na mnie bezrozumnie okrągłymi oczami i przekrzywił ciekawsko główkę. Chłopak ledwo powstrzymał się od strzelenia klasycznego “face-palm” na moje słowa. W ostateczności tylko westchnął ciężko.
- Serio? - sapnął, choć ku mojemu zdziwieniu jego kąciki ust zadrżały i powędrowały ku górze w hamowanym uśmiechu. Najwidoczniej go bawiłem, podczas gdy ja pozostawałem całkowicie poważny. Śmiertelnie poważny.
- Serio - odparłem niezrażony, na co Ketsueki zachichotał niczym mała dziewczynka. - Co? - spojrzałem na niego z niezrozumieniem. Nie widziałem nic zabawnego w moich krwawych planach, dlatego nie rozumiałem jego reakcji.
- Może i inni z jakiejś racji mają cię za księcia Mordoru, ale masz swój urok, wiesz? - zaśmiał się.
- Ta, urok to ja mogę na ciebie rzucić, jak ty chcesz - prychnąłem. - Najlepiej jakiś czarnomagiczny. Na takich znam się najlepiej. Jakąś klątwę. Ponoć jestem w te klocki całkiem niezły. Chciałbyś się może o tym przekonać? - zapytałem znudzony, podpierając brodę na dłoni zaciśniętej w pięść.
- Możesz udawać, że nie obchodzi cię to, co inni o tobie myślą, ale ja widzę, że ich opinia bardzo cię dotyka - zauważył. Poruszyłem się niespokojnie na swoim siedzeniu usłyszawszy to niewygodne dla mnie stwierdzenie. - W sumie nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ja cię tam lubię. Uważam, że dobry z ciebie gość… znaczy, przyznaję też, że potrafisz być czasem dość gruboskórny, ślepy i masz zakuty łeb, ale w gruncie rzeczy jesteś pocieszny - wyznał.
- Ty weź się zdecyduj czy prawisz mi komplementy, czy mnie obrażasz, co? - spojrzałem na niego nieprzychylnie. Muzyk westchnął ciężko raz jeszcze.
- O tym właśnie mówię… - przewrócił oczyma. Podniosłem jedną brew czekając aż ten rozwinie swoją myśl, jednak ten tylko machnął lekceważąco ręką i postanowił ugryźć temat z innej strony. - Dla mnie nie jesteś księciem Mordoru, a księciem z bajki - wyszczerzył się szeroko i poklepał mnie pokrzepiająco po ramieniu.
- A czy ty przypadkiem nie miałeś jeszcze niedawno jakiegoś innego księcia z bajki, do którego wzdychałeś? - zapytałem, przypominając sobie o tym, jak ten wspominał mi o chłopaku, z którym niezbyt mu się układało w ostatnim czasie.
- No zakuty łeb jak nic… - westchnął ponownie. - Czasami mam wrażenie, że nic do ciebie nie dociera - pokręcił głową z dezaprobatą. - Marudzisz, że ludzie nie są ze sobą szczerzy, że nie interesują się sobą wzajemnie… a nie pomyślałeś, że nie wszyscy potrafią czytać między wierszami? - założył ręce na piersi. - Ty, dla przykładu, jesteś w tym beznadziejny - skwitował. - Nie przeszło ci przez myśl, że może nie wszyscy są jak jeden mąż skończonymi ignorantami, ale ci po prostu nie potrafią dopatrzyć się pewnych rzeczy? - spojrzał na mnie wymownie, może nawet z lekka krytycznie. - Nie o wszystkim mówimy przecież wprost, prawda? Są pewne delikatne tematy, które wolelibyśmy obejść, a najlepiej przemilczeć lub które wymagają specjalnego traktowania. Czasem boimy się mówić o czymś otwarcie, innym razem mamy nadzieję na to, że ta druga osoba zna nas na tyle dobrze, aby zorientować się, że nie jesteśmy z nią do końca szczerzy z jakiegoś konkretnego powodu; aby zorientować się, o co tak naprawdę nam chodzi. Problem polega jednak na tym, że nikt nie jest mentalistą. Wszyscy wymagają, a znacznie mniej dają z siebie. Stąd właśnie biorą się wszelkie nieścisłości, nieporozumienia często odczytywane jako “brak wystarczającego zainteresowania” i błędne interpretacje prowadzące do kłótni lub ogólnego pogorszenia się relacji - stwierdził pewny siebie.
- Czyli… do czego właściwie pijesz? - pogubiłem się w tym jego przeciągającym się wywodzie i w tym, jak miał się on do mojej skromnej osoby.
- Do niczego - sapnął, wywracając oczyma. - Ale następnym razem przynajmniej postaraj się dopatrzeć jakiegoś drugiego, ukrytego dna w czyiś słowach zanim weźmiesz wszystko od razu “na chłopski rozum” tak, jak to zostało ci podane, co? - spojrzał na mnie z politowaniem. - Nie bierz wszystkiego tak, jak ci to prezentują inni, bo ci czasem nie mają odwagi, żeby stanąć twarzą w twarz z prawdą, a tym bardziej, żeby zaprezentować ją innym w pełnej krasie. A prawda jest tym, co cię interesuje, mam rację? - upewnił się.
- Tak… - przytaknąłem niemrawo. Chciałem go jeszcze o coś zapytać, ale ten podniósł się z miejsca po obrzuceniu spojrzeniem zegara naściennego.
- Muszę już iść - poinformował mnie. - Umówiłem się z chłopakami z zespołu - wytłumaczył się. - Na razie - pożegnał się z dziwnie mdłą ekspresją, zupełnie niepodobną do tego roześmianego dzieciaka, za którego go miałem.
- Aha… - wydusiłem z siebie z trudem. - To tak… N-na razie… - wydukałem, rozmyślając nad tym, co ten mi powiedział. 
Trzeba było przyznać, że brunet zostawił mnie z niezłym mętlikiem w głowie. To się nazywa efektowne wyjście - nawet dużo bardziej efektowne od kopnięcia z półobrotu w drzwi, które mogłyby się później zamknąć za nim z hukiem.

***

Wciąż rozmyślałem nad tym, co powiedział mi Crena dzisiaj rano. Zgodnie z jego radą próbowałem znaleźć jakiś ukryty, nie tak oczywisty sens w jego słowach. Niestety, bezskutecznie i póki co bezefektywnie. Jedyną możliwością, jaka nasuwała mi się na myśl, było przypuszczenie, że ten wcale nie był jednak z nikim w związku i mówiąc o swoim “ukochanym”, mówił tak naprawdę o mnie. Sam pytał mnie, co ma zrobić, żeby otworzyć mi oczy. To wyjaśnienie brzmiało jednak co najmniej naciąganie, żeby nie powiedzieć głupio i infantylnie nawet w moich własnych uszach. Jak jakiś przerysowany scenariusz mangi albo anime. Chciał wzbudzić we mnie zazdrość wyimaginowanym chłopakiem? Nie. To brzmiało bezsensownie. Ketsueki może i był w jakiś stopniu zdziecinniały, ale nie zachowałby się jak jakiś smarkacz z podstawówki, prawda? Przynajmniej nie do tego stopnia… Przynajmniej taką miałem nadzieję...
Siedziałem zamyślany na kanapie we własnym salonie. Koło mnie niczym honorowy gość miejsce zajmowała laurka narysowana przez Setsuko. Raz za razem wracałem spojrzeniem do rysunku przedstawiającego naszą dwójkę na pierwszym planie oraz różowy zamek wraz z tęczową fosą w tle. Naprawdę nie miałem najmniejszego pojęcia, dlaczego ta mała tak mnie polubiła i zawsze cieszyła się na mój widok. Chociaż jakby z drugiej strony, jakby wziąć to na chłopski rozum, to przecież za każdym razem, kiedy ze mną zostawała, kupowałem jej coś słodkiego, więc byłem zwyczajnie dobrą, wydajną krową mleczną. Smarkula doiła ze mnie, ile wlezie, a ja nie oponowałem. Nie karciłem ani nie prawiłem jej morałów, bo w końcu nie byłem jej rodzicem tylko jakimś "wujkiem" od siedmiu boleści, jakąś częścią mglistej w pojęciu dziecka, "pseudo" rodziny, siódmą wodą po kisielu. Nie dało się ukryć, że dzieci były jednymi z najlepszych socjologów i przy tym najgorszymi materialistami, jaki ten świat widział i nosił na swoim grzbiecie. 
Te kurduple przymilały się wyłącznie do osób, od których w danej chwili mogły uzyskać to, czego chciały, a w dodatku robiły to w oczywisty, niewyszukany i łatwy do przejrzenia sposób. W większej mierze było to uwarunkowane ich wiekiem i brakiem doświadczenia w sztukach manipulacji innymi, jednak pewną rolę w tym wszystkim odgrywał też fakt, iż one zwyczajnie nie musiały się z tym kryć. Były akceptowane w pełni takie, jakie były - wraz ze swoją skłonnością do stronienia do pewnych osób, do kierowania się w swojej codzienności czysto materialnymi korzyściami, jakimi była nowa zabawka czy słodki deser. To było dla mnie swoiste, przełomowe odkrycie. Dzieci miały opinię słodkich i niewinnych, wiele osób marzyło o ich posiadaniu i ubiegało się o nie, podczas gdy w istocie były to skurczone wersje najgorszych sukinkotów, jakich mogłeś spotkać na swojej drodze. Były bezczelne, to znaczy szczere niezależnie od sytuacji, chytre, samolubne, zaborcze, zmieniały zdanie na zawołanie, zdradzieckie i wystarczyło jedno "nie", żeby odwróciły się od ciebie plecami. A mimo to my wybaczaliśmy im tą postawę, ich absolutny brak skruchy za prezentowaną, wspomnianą postawę, a nawet więcej! Kochaliśmy je za nią! Pozwalaliśmy im być takimi, jakie te chciały być i godziliśmy się na wszelkie niewygody, jakie się z tym wiązały - chociażby tak prozaiczne, jak kieszenie opróżnione ze wszystkich drobnych. Dopiero później, z czasem zaczynaliśmy wymagać od nich coraz więcej, zaczynaliśmy je ograniczać i oczekiwaliśmy, że te w ostateczności wpasują się w skomplikowany, pełen niejasnych, niepisanych zasad świat dorosłych. Tylko dlaczego? Po jaką cholerę? Nie mogliśmy od początku do końca pozwolić sobie na wygodę bycia tym, kim i w jaki sposób chcieliśmy być? Dlaczego celowo utrudnialiśmy sobie własne życie? 
A dlaczego by tak nie odwrócić całej tej sytuacji? Dlaczego od razu nie narzucić dziecku tego, kim i jakie ma być, żeby te z czasem przywykło do narzuconego odgórnie scenariusza, mając czas na zaadaptowanie go, pogodzenie się z nim, a nawet uwierzenie w to, że ten był drogą życiową, którą ono samo sobie wybrało? Wydawało mi się, że dzięki takiemu podejściu moglibyśmy uniknąć wielu przypadków depresji, nerwicy i innych chorób wywołanych poczuciem ograniczenia, niemożliwości wyrażenia samego siebie, bycia zmuszonym do udawania kogoś innego, do zasłaniania się maskami, kiedy graliśmy na kartach naszej codzienności niczym na deskach najlepszego teatru.
A czym tak naprawdę różniły się dzieci od dorosłych? Dlaczego to, co uchodziło płazem Satsuko, nie było już akceptowane w moim wykonaniu? W gruncie rzeczy różniliśmy się tylko wzrostem. Bo przecież oboje mieliśmy dwie ręce, dwie nogi i głowę na karku. Głowę, którą potrafiliśmy czasem dość ostro kombinować, kiedy chcieliśmy dopiąć swego.
Po co w takim razie było mi rosnąć? Było zostać wiecznym kurduplem o wyglądzie uroczego trzylatka. No i wyszło mi teraz bokiem wciskane przez babcię mleko. "Pij, bo nie urośniesz!" - powtarzała. To piłem. I urosłem. Dorosłem. I z wielką chęcią zawróciłbym ten proces.
Było jednak także inne wytłumaczenie powodu, dla którego córka Daichiego mogła lubić ze mną przebywać. Wpatrując się tak w ten dość mocno abstrakcyjny rysunek zdałem sobie sprawę, że sam tak naprawdę zachowywałem się trochę jak dzieciak. Bynajmniej nie mówię tu jednak teraz o tych negatywnych cechach, o których wspomniałem już wcześniej. Bo owszem, byłem zaborczy, często się boczyłem i miałem muchy w nosie, ale gdyby tak pokopać w tym temacie trochę głębiej i spróbować dopatrzeć się przyczyny, dla której tak często chodziłem z pianą na twarzy... to mogliśmy napotkać pewien ciekawy i może niekoniecznie znowu tak oczywisty fakt traktujący o tym, że byłem idealistą. Nigdy się jeszcze do tego nie przyznałem przed żadną osobą trzecią, a nawet samym sobą, ale taka była prawda. W mojej głowie miałem pewne wyobrażenie wyidealizowanego świata, mojej małej idylli, którą koniecznie chciałem ożywić i sprowadzić ją na Ziemię niczym oświecenie i wieczną łaskę bytów wyższych. Irytowałem się, kiedy ktoś zachowywał się lub działał w sposób, który niszczył i podważał moje snute w podświadomości z wielką precyzją, niemal bez użycia woli sny. 
W gruncie rzeczy chciałem dla wszystkich jak najlepiej, ale nie każdy potrafił to docenić. Mało tego, nie każdy chciał dla samego siebie to, co najlepsze. Niektórzy mieli jakieś niezrozumiałe dla mnie skłonności masochistyczne lub zwyczajnie lubowali się w graniu ofiary pokrzywdzonej przez los, żeby zdobyć zainteresowanie lub ewentualne wsparcie innych, którzy przecież stawali w obronie słabszych. W takich chwilach byłem bezsilny, bo niezależnie od tego, jak bardzo bym się nie starał, pomóc osobie, która mojej pomocy nie chciała, była niemożliwa. Moje wysiłki pozostawały bezskuteczne tak długo, póki ów osoba z własnej woli nie zdecydowała się sięgnąć po moją wyciągniętą dłoń.
Snując te swoje fantastyczne mrzonki przypominałem dziecko śniące po nocach o ujarzmianiu smoków, pływaniu w morzu z syrenkami i czy co tam jeszcze. Byłem niepoprawnym marzycielem zamkniętym w twardej skorupie łatwo popadającego w furię buca. Bo koniec końców ja też musiałem się jakoś bronić, prawda? Fakt, iż z wielką chęcią zabawiłbym się w zbawiciela tego świata, nie oznaczał, że wszyscy inni też byli tak szlachetni jak ja. Na tej planecie żyły też prawdziwe gnidy, które czerpały radość z czynienia drugiemu człowiekowi krzywdy. W takim wypadku musiałem schować serce, które nosiłem wyciągnięte na dłoni, jeśli nie chciałem pisać się na kłopoty i pewne nieprzyjemności na własne życzenie.
Kolejną sprawą był fakt, iż niezależnie od tego, jakimi wspaniałymi mocami mogącymi uzdrowić nasze społeczeństwo, dysponowałem w mojej głowie, w rzeczywistości wciąż pozostawałem nikim innym jak tylko człowiekiem. Małą, słabą jednostką, która w pojedynkę nie mogła zdziałać zbyt wiele. Która popełniała błędy, myliła się i czasem nieumyślnie sama kogoś raniła, nawet pomimo tych szczerozłotych chęci pomocy, jakie nosiłem zawsze ze sobą i w sobie. Dlatego właśnie mogłem także się zrazić. Mogłem mieć dość bycia odrzucanym raz za razem, kiedy wyciągałem do kogoś tę pomocną dłoń, a ów osoba ostentacyjnie odwracała wzrok i mnie ignorowała. Zniechęciłem się. To chyba stąd wzięła się ta moja ostatnia awersja do ludzi. Zdaje się, że trochę zgorzkniałem przez taki obrót sytuacji.
Zaskakujące, do czego w konkluzji może dojść człowiek, wpatrując się gryzmoły trzylatki. Z bezmyślnego gapienia się w kawałek papieru przejść do głębokich rozmyślań na temat własnego jestestwa, charakteru, zacząć odkrywać siebie i dojść do wniosku... że sam się w tym wszystkim pogubiłem. Pozwoliłem sobie wmówić innym, że byłem zarozumiałym gburem, tracąc przy tym poczucie własnej wartości i świadomość, kim byłem tak naprawdę. Nieomal zatraciłem własną osobę na rzecz tego, co słyszałem na swój własny temat. Po tylu latach walki z wiatrakami byłem bliski poddania się presji wywieranej przez społeczeństwo i prawie uwierzyłem w to, w co otaczający mnie ludzie chcieli, żebym uwierzył. Omal porzuciłem własne idee i wartości na rzecz ich idei i wartości, które miałem zaabsorbować i zaadoptować do własnego stylu życia i myślenia.
Całe szczęście udało mi się obudzić rychło w czas. Otworzyłem oczy i wcisnąłem hamulec wagonika kopalnianego, którym jak do tej pory wesoło i beztrosko podróżowałem z zawrotną prędkością torami w stronę urwiska. Wyglądało na to, że ledwo udało mi się wyhamować.
Kiedy myślałem o tym, jak mało brakowało do tego, żeby doszło do tragedii, aż nie mogłem powstrzymać głębokiego westchnienia ulgi, które samo wyrywało mi się z piersi. Bo w tym wszystkim najgorsza była świadomość, że to była droga tylko w jedną stronę. Jak już raz zlecisz z urwiska, to raczej twoje szanse na powrót na górę są nikłe. No chyba, że ktoś będzie na tyle miły, żeby wyłowić twoje zdewastowane zwłoki i położyć je w pobliżu krawędzi urwiska jako znak ostrzegawczy dla innych...
Mogłem nie lubić dzieci, mogłem im zazdrościć i stronić od nich, ale jednego nie mogłem zaprzeczyć. Byłem dłużnikiem Setsuko. Bo to właśnie jej laurka skłoniła mnie do rozmyślań. Bezsprzecznie musiałem jej za to podziękować w formie jakiegoś wymyślnego deseru lub czegoś innego, co mogłoby przynieść na jej pyzatą buźkę uśmiech - w jakiś awangardowy sposób, który pasowałby do naszych awangardowych charakterów. Awangardowej, młodej malarki i nieco starszego już, mniej udolnego pisarza tworzącego we własnej głowie scenariusze, a nawet fabuły całych książek, ich postacie i wszechświaty na własne potrzeby.
Idąc dalej tropem tych rozmyślań, zdałem sobie sprawę, że z pewnością nie byłem ani pierwszym, ani jedynym, który znajdował się w podobnej sytuacji. Ludzie przecież byli tak różni i niezbadani jak czarne dziury. Niby mogliśmy starać się podejść jak najbliżej do innego człowieka, ale w gruncie rzeczy było to niebezpieczne zadanie, a ponad to i tak w większej mierze wciąż mogliśmy opierać się tylko na własnych założeniach i domysłach. Zbliżenie się do kogoś groziło ryzykiem zacieśnienia więzi, wzrostu wymagań i oczekiwań oraz ewentualnym rozczarowaniem w wypadku niespełnienia ów wymagań i oczekiwań. Mogliśmy oszukiwać się, że znamy kogoś na wylot, jednak prawdą było, że wszyscy przecież nosiliśmy w sobie jakąś niezbadaną, mroczną głębię, którą ciężko było zrozumieć, objąć rozumiem, a tym bardziej spenetrować. Z pewnością mogliśmy mówić tylko o sobie, choć i nawet nie zawsze, bo przecież, kiedy zaczynaliśmy się nad sobą zastanawiać tak głęboko jak ja w tej właśnie chwili, mogliśmy odkryć w sobie pewne cechy lub przekonania, o które nie posądzalibyśmy się wcześniej. Uważając, że znamy drugiego człowieka, byliśmy tak naprawdę ignorantami i narcyzami, wierzącymi we własną nieomylność. Bo koniec końców każdy z nas musiał czasem przemilczeć, zdusić i przełknąć pewne palące i drażniące przełyk niczym żółć słowa, które aż same cisnęły się na usta. Każdy z nas w pewnych momentach zakładał maskę i udawał kogoś innego, prawda? To zdarzało się nawet najbardziej bezczelnym ludziom od czasu do czasu. W końcu mówienie prawdy i tylko prawdy nie było zawsze najlepszym sposobem na ubicie dobrego biznesu. Czasem trzeba było ugiąć ten hardy kark.
Nawet, kiedy darzyliśmy kogoś bezgranicznym zaufaniem, nasz przyjaciel nie miał zazwyczaj okazji w pełni poznać naszego charakteru, gdyż nie trwał przecież przy nas dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie obserwował uważnie, bez mrugnięcia okiem każdej naszej pojedynczej reakcji i nie rozmyślał nad tym czy była ona prawdziwa, czy też nie. W pewnych momentach, kiedy wychodziło z nas to, co ukryte, to, czym na ogół nie popisywaliśmy się przed innymi, zwyczajnie odpuszczaliśmy, nawet jeśli w pierwszej chwili mogło to być coś, czym chcielibyśmy podzielić się z ów przyjacielem, żeby zdjąć ten ciężar z własnych barków,. Bywało też tak, że zwyczajnie zapominaliśmy. Machaliśmy lekceważąco ręką i po prostu dawaliśmy za wygraną, chcąc dać męczącej nas sprawie spokój, chcąc od niej odpocząć i trochę się zrelaksować. Nie ujawnialiśmy przed innymi wszystkich swoich twarzy z osobna. Zawsze pozostawało w nas, w środku coś, co było ukryte, coś niezbadanego i owianego swoistą tajemnicą. W takim wypadku wychodziło na to, że mogliśmy wcale nie zdawać sobie sprawy z tego, jaka i kim była osoba, którą uważaliśmy za przyjaciela lub zwyczajnie za kogoś bliskiego.
Jaki ten świat skomplikowany...
Nie ma do niego przypadkiem jakiejś instrukcji? Albo czy przynajmniej każdy z nas nie powinien dostawać takowej na samym początku? Jeśli nie, to przynajmniej jakiś "samouczek" by się przydał albo coś, tak jak to było w grach, kiedy program w telegraficznym skrócie opisywał ci, do czego służą poszczególne przyciski i co oznaczają poszczególne tryby.

"Książę z bajki" cz.10

No... ten, tego... Kto się wkurzy, jeśli otwarcie przyznam się, że na moim komputerze ostatnia data edytacji tego pliku widnieje jako 14 KWIETNIA tego roku, a ja najzwyczajniej w świecie zapomniałam, że napisałam tę część? >.<'' Huh, how is life...


Na potrzeby tego rozdziału musiałam dokarmić swój mózg cukrami prostymi, przez co wchłonęłam niepojętą ilość krówek i mało nie wyszło mi to bokiem (albo raczej nie bokiem; nieco inną częścią ciała, ale tego już nie będę opisywała), więc proszę, uszanujcie moje poświęcenie dla tej serii x’’D

„Książę z bajki” cz.10

- Hm… - mruknąłem, wypuszczając szary obłok dymu z płuc. – Skoro jest tak źle, to powinieneś dać temu odejść – wyraziłem swoją opinię.
- Serio tak uważasz? Po prostu powinienem odpuścić? – upewnił się, że dobrze zrozumiał.
W ostatnim czasie spotykałem się z Creną coraz częściej. Oczywiście fakt ten wiązał się z tym, iż chłopak za każdym razem usilnie próbował wyciągnąć ze mnie jakieś informacje „tajne/poufne”, aby, jak twierdził, lepiej mnie zrozumieć. Ponad to, był także święcie przekonany, że w ten sposób w końcu zmusi mnie do otworzenia się nieco bardziej na ludzi. Dzięki temu z kolei miało mi się udać wreszcie zrzucić z siebie ciążące mi od lat problemy i miało mi to pozwolić stać się pogodniejszym, inaczej spojrzeć na świat… Ta, scenariusz przypominał nieco ten pisany przez Setsuko, choć akurat Ketsueki nie uwzględnił w swoim tworze różowego pałacu z tęczową fosą, jednorożca i naszego ślubu… a w każdym razie nie przyznał się do tego otwarcie – w końcu nie wiadomo, co tam naskrobał w didaskaliach, nie?
Suma summarum zacząłem spędzać z nim dużo czasu, przez co brunet mógł realizować swój przesłodzony plan działania. Już mu nawet nie wypominałem, że moja przemiana z księcia Mordoru w pląsającą radośnie po łące rusałkę jest tak prawdopodobna jak to, że Święty Mikołaj coroczną akcję roznoszenia prezentów używa tylko jako przykrywkę do rozpowszechniania sprzedaży narkotyków na skalę światową, ale cóż… Powiedzmy, że zdążyłem już przywyknąć do myśli, że do tego chłopaka trafia naprawdę niewiele logicznych argumentów. Postanowiłem dać mu wolną rękę, pozwalając robić to, na co miał ochotę. Najwyżej później spotka go jedynie rozczarowanie, kiedy w końcu uświadomi sobie, że tacy ludzie jak ja są niereformowalni.
Jako że jednak nasza relacja miała ludzki wydźwięk, a nie totalnie sztuczny tak jak, na przykład, sesje u psychologa, rozmowa nie kręciła się tylko wokół mojej osoby. Wokalista otwierał się przede mną i opowiadał historie ze swojego życia, pytał o rady – tak jak właśnie w tej chwili – choć przychodziło mu to znacznie łatwiej niż mnie. Z grubsza można było stwierdzić, że zachowywaliśmy się, jakbyśmy byli przyjaciółmi.
- A co, jeśli on ma po prostu jakiś gorszy okres? – znów podjął temat. – Może znów się zmieni w osobę, w której się zakochałem? – zapytał z nadzieją. – Czy nie powinienem mu pomóc, zamiast odwracać się do niego plecami? Może on właśnie potrzebuje i czeka na tę pomoc? – przejęty zaczął żywo gestykulować rękami. – Czy to byłoby w porządku z mojej strony, żebym w takiej chwili zostawił go sobie samemu i po prostu odszedł? – dopytywał.
- Słuchaj – westchnąłem, odchylając się na oparcie parkowej ławki. – Problem związków polega na tym, że my, jako ludzie, nigdy do końca nie jesteśmy szczerzy. Na początku zawsze udajemy. Zawsze – podkreśliłem, tym samym nie dając mu dojść do słowa, gdyż już widziałem, jak otwierał usta, żeby zaprzeczyć. – W jakimś stopniu – wzruszyłem ramionami. – Szczerzymy się jak głupi, udając, że bawią nas nieśmieszne żarty, że smakuje nam dziwnie wyglądająca potrawa zaserwowana na obiad u nowopoznanej osoby… Na początku staramy pokazać się z jak najlepszej strony. I wtedy bang! – klasnąłem w dłonie. – Ktoś taki jak ty zakochuje się – przewróciłem oczyma. – Zakochuje się w osobie, której nie zna lub która nawet nie istnieje. Z czasem dopiero zaczynają wychodzić ukryte wady tego drugiego człowieka i okazuje się, że książę wcale nie jest księciem, a księżniczka księżniczką – prychnąłem. – Lista wad, która wcześniej była ukryta zmienia to, w jaki sposób zapatrujesz się na daną osobę i wydaje ci się, że ona się zmieniła – przedstawiłem swój punkt widzenia. – Ale niekoniecznie musi tak być. Jasne, ludzie mogą się zmienić, jednak to nie zawsze tutaj leży problem – pokręciłem głową. – Czasem ci ludzie po prostu przestają udawać – wziąłem głębszy oddech. Crena wpatrywał się we mnie zszokowany. – Jeśli jest ci źle w tym związku, to moim zdaniem powinieneś go zakończyć – oświadczyłem oschle. – Możesz siedzieć na tyłku i nic nie robić, czekając aż ten twój ukochany znów „wróci” do tej jego „wersji”, w której się zakochałeś, ale tak samo prawdopodobne jak to, że to zrobi, jest to, że tego nie zrobi – zgasiłem niedopałek na poręczy ławki i odrzuciłem go gdzieś za siebie. – Jasne, kochasz go, więc zerwanie nie przyjdzie ci łatwo. Będzie ci przykro, trochę wypijesz, pożalisz się, ale w końcu ci przejdzie. Niektórzy mówią, że czasem nawet należy zostawić osobę, na której ci zależy. Ponoć w ten sposób ta może zdać sobie sprawę z tego, co straciła, docenić to jeszcze raz i wrócić na klęczkach z bukietem róż, czekoladkami i najszczerszymi słowami przeprosin oraz mocną obietnicą poprawy. Nie wiem czy życie faktycznie tak działa, bo póki co to widziałem podobny scenariusz tylko w amerykańskich serialach, ale zawsze możesz podnieść się na duchu choćby i tą marną nadzieją, jeśli będzie ci naprawdę źle z tym, co zrobiłeś – rozłożyłem ręce. – A nawet jeśli to nie zadziała, to przynajmniej odzyskasz swoją wolność, żeby znów móc ją oddać w cudze ręce. Następnym razem jednak będziesz już wiedział, czego unikać. Radosne początki nowego związku wzmogą produkcję endorfiny i zapomnisz o byłym – zakończyłem obojętnie.
Tak, Ketsueki miał problemy sercowe. Skarżył mi się na swojego chłopaka, który, jego zdaniem, zmienił się nie do poznania, przez co ten nie mógł już znaleźć w nim tej osoby, w której się zakochał. Zdziwieni, że brunet miał kogoś? Cóż, przyznam szczerze, że ja też się zdziwiłem. Właściwie to nie na żarty. Nie ruszyło mnie to jednak za bardzo w żaden inny sposób. Nie czułem się przez to dotknięty czy zdradzony. Przyjąłem to bez zbędnych rewelacji. W moim własnym mniemaniu to właśnie ten chłopak miał prędzej powody do oburzania się niżby ja, gdyż, jakby nie patrzeć, wokalista Bird as Omen przespał się ze mną. To trochę burzyło w moich oczach obraz zakochanego do szaleństwa muzyka, który gotów był na poświęcenia dla swojej drugiej połówki. Z jednej strony niby nie chce go opuścić nawet, kiedy im się nie układa i zarzeka się, jak on to go rzewnie kocha, a z drugiej jednak go zdradza. Nie pasowało mi to do siebie. Albo wóz, albo przewóz. Dla mnie to były dwie kompletnie wykluczające się sprawy, ale cóż… jak już ustaliliśmy wcześniej, ja pojmowałem naszą rzeczywistość w nieco inny sposób. Postawa Creny uświadamiała mnie tylko w przekonaniu, że ludzie potrafią być naprawdę dziwni i ja chyba już nigdy ani ich nie zrozumiem, ani się do nich nie dopasuję…
Zresztą to i tak nie moja sprawa, więc nie muszę się tym przejmować…
No właśnie, niby nie musiałem, a jednak z jakiś powodów chciałem to zrozumieć i nie mogłem powstrzymać się od prób znalezienia rozwiązania na własną rękę. Może faktycznie było tak, jak to założyłem na samym początku, a więc brunet, idąc ze mną do łóżka, nie traktował tego jako zdrady, ale jako „pracę”. Może był cwańszy niż mogłem to przewidzieć… Zaproponował mi wspólną noc, żeby mieć jakiś pretekst do zbliżenia się do mnie. Potem udawał radosną wróżkę z krainy elfów i kolejną ofiarę mojego okropnego usposobienia, zranioną duszyczkę, którą trzeba było przygarnąć i pocieszyć. W ten sposób wzbudził współczucie i zaufanie u pozostałych członków mojego zespołu. U mnie ruszył poczucie winy, przez co ostatecznie poszedłem w jego sprawie do własnego menagera, żeby dać mu szansę nagarnia video do pierwszego singla jego zespołu. Udawał duże, rozemocjonowane dziecko, przez co nawet nie połapałem się, że to on pociągał za sznurki, a nie ja. Mój zespół już się wybił, mieliśmy sławę i rozgłos, a ja byłem typowym samcem alfa, który był zbyt tępy i zbyt pewny siebie, żeby dopuścić do siebie myśl, że chociaż raz to nie wszyscy inni podporządkowują się jego woli, ale tym razem to właśnie on jest tym, który tańczy, jak mu zagrano. Byłem idealnym kandydatem na kozła ofiarnego, na przepustkę do świata sławy i luksusu dla początkującego muzyka…
Spojrzałem na towarzyszącego mi chłopaka. Siedział pochylony w rozkroku, opierając przedramiona na kolanach. Miał zatroskaną minę i nieobecne spojrzenie. Wyglądał jakby naprawdę się martwił. Może faktycznie kogoś kochał, a teraz odczuwał wyrzuty sumienia w związku z tym, na co się porwał? Może jeszcze jakaś część jego człowieczeństwa nie obumarła? A może zwyczajnie udawał?... Jakby się tak nad tym zastanowić to, to miało głębszy sens… Z pewnością nie mógł przewidzieć, że zamiast od razu dać mu to, czego chce, będę próbował odwieść go od pomysłu pchania się w przemysł muzyczny. Musiał się nieźle za mną nachodzić, żeby osiągnąć swój cel, ale ostatecznie dałem mu wszystko, czego potrzebował. W chwili, kiedy już myślał, że jednak wybrał sobie zbyt upartego imbecyla, ja postanowiłem złożyć broń i ugiąć hardy kark, bez słowa załatwiając mu nagranie. To było całkiem sprytne…
Pytanie tylko czego teraz ode mnie chciał? Czemu teraz nie odwrócił się i nie odszedł? Może chciał dalej grać dobrego dzieciaka. Może jego gra aktorska wybiegała nieco dalej – nie polegała tylko na tym, aby odwalić show i iść do domu. Chciał zostawić po sobie dobre wrażenie, żeby później móc wrócić do ręki, która już raz go wykarmiła. Może chciał, żebym zapoznał go z innymi, sławniejszymi od niego muzykami, żeby mógł ugruntować swoją pozycję, znaleźć znajomości i kontakty. Może…
Wytłumaczenie to było dobre jak każde z tysiąca innych, które przychodziły mi do głowy. Mimo tych wszystkich pięknych słów i gestów ze strony bruneta, ja wciąż nie mogłem pogodzić się z faktem, że ludzie na tym świecie potrafili być od tak po prostu dobrzy. Wciąż pozostawałem chorobliwie podejrzliwy. W myślach, już tak przezornie, wyzywałem się od łatwowiernych idiotów.
- No… nie wiem… - mruknął w końcu.
- Zrobisz, co będziesz uważał za słuszne – wzruszyłem ramionami. – W końcu to twoje życie. Ja tylko powiedziałem ci, co sam o tym myślę – skwitowałem, na co Ketsueki spojrzał na mnie jakoś tak przeraźliwie, z tak autentycznym bólem, że aż się wzdrygnąłem.
Czy coś podobnego można byłoby udawać?...
- A co… Co gdybym jednak zdecydował się z nim zostać? – zapytał niemrawo. – Myślisz, że mógłby to docenić? – spojrzał na mnie niczym zbity szczeniak.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Nie znam gościa – odwróciłem wzrok nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia. – Ciężko jest mówić o ludziach w ogólnikach. Wszyscy jesteśmy inni – przypomniałem mu.
- No właśnie o to chodzi, że go znasz… - burknął pod nosem, przez co wnioskowałem, że zapewne miałem nie usłyszeć tego komentarza.
- Jeśli z nim zostaniesz na przekór wszystkiemu zapewne będziesz cierpiał – udałem, że nie dosłyszałem jego wypowiedzi, jednak w mojej głowie zaczęła się kolejna gonitwa myśli, z kim też to brunet mógł się związać, skoro znałem tę osobę… Nie mieliśmy raczej wspólnych znajomych. Chociaż jakby nie patrzeć w ostatnim czasie mocno zbliżył się do siebie z Cazquim…
- Jestem silny psychicznie. Może udałoby mi się to przetrwać – argumentował.
- Jasne – parsknąłem rozbawiony jego stwierdzeniem.
- No co? – obruszył się, spoglądając na mnie z niemą urazą.
- Nic – machnąłem lekceważąco ręką, nie mogąc przestać się głupkowato śmiać.
- Bawi cię to? – naburmuszył się. – Kpisz ze mnie? Uważasz, że jestem słaby?
- Tego nie powiedziałem – zaoponowałem.
- Ale pomyślałeś – założył ręce na piersi.
- Nie wiesz, co pomyślałem – spuściłem z tonu. – Nie próbuj zgadywać, bo i tak ci się nie uda, a możesz jedynie wyciągnąć błędne wnioski – pouczyłem go.
- Więc o co ci chodzi? – nie dawał za wygraną. – To takie śmieszne, że ktoś wierzy w siebie? – podniósł nonszalancko jedną brew.
- Właśnie – sięgnąłem po następnego papierosa. – Ty tylko wierzysz, że jesteś silny psychicznie – odezwałem się już poważnie. – Siła psychiczna nie jest czymś, co można zmierzyć. Nie można też tego przetestować w obiektywny sposób. Siłę fizyczną można łatwiej sprawdzić. Możemy pójść na siłownię i przekonać się, kto potrafi podnieść więcej ciężaru, szybciej przebiec dany dystans, przebiec większy dystans… ale na siłę psychiczną nie ma miarodajnej skali – odpaliłem używkę. – Nie możesz twierdzić, że jesteś silniejszy psychicznie w porównaniu do kogoś, bo nie wiesz, jaki bagaż doświadczeń ciągnie za sobą dana osoba. Bierze się to stąd, że ludzie nie mają w zwyczaju mówić o wielu rzeczach wprost. Szczerzymy się i suszymy pełne garnitury uzębienia, bo tak „wypada”, bo to jest w „dobrym tonie”. Często pomijamy to, co nas boli. Dlatego właśnie możesz znać kogoś latami i zorientować się, że właściwie nie wiesz kompletnie nic o tej osobie. Poza tym zostaje jeszcze kwestia różnego postrzegania tych samych rzeczy. Ludzie są różni i różnie radzą sobie z różnymi problemami, różnie na nie reagują. To, co może ciebie bardzo dotykać, mnie może właściwie nie obejść. To, co mnie zepchnie na skraj wytrzymałości dla ciebie może okazać się czymś mniej bolesnym. Z tej racji nie możesz też powiedzieć, że problemy innych są prozaiczne w porównaniu do twoich. Nie możesz tak powiedzieć, bo po prostu w tych słowach nie ma obiektywizmu. Jedyne, co możesz robić to wierzyć, że jesteś silny lub słaby, że twoje problemy są bardziej dotkliwie niż innych lub nie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a punkt zaczepienia od twoich przekonań i rzeczy, w które chcesz wierzyć – z jakimś niezdrowym zainteresowaniem wpatrywałem się w tlącego się papierosa.
- Więc co? Mam nie wierzyć w siebie? – zapytał z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Nie – zaprzeczyłem. – Nie ma nic złego w wierze w siebie. W zasadzie to dobra rzecz. Daje ci powód i motywację do działania. Chodzi mi jedynie o to, że nie możesz stwierdzać jak faktu, że jesteś silny psychicznie lub że wycierpiałeś w życiu więcej niż inni. Bo wiara nie jest czymś jednoznacznym i oczywistym, co można potwierdzić jak badania naukowe – uśmiechnąłem się krzywo sam do siebie. – Wiara jest po prostu… wiarą. Opiera się na twoich pragnieniach – wzruszyłem ramionami.
- Nie spodziewałem się po tobie takiego kazania… - przyznał zdziwiony. – Muszę powiedzieć, że dziś rozgadałeś się jak nigdy – zauważył. – Zazwyczaj zbywałeś mnie półsłówkami – spojrzał na mnie z lekką przyganą.
- Nie spodziewałeś się, że mogę porwać się na podobną mowę, bo jestem ksenofobicznym bucem, któremu myślenie idzie, jak krew z nosa; powoli i boleśnie? – zapytałem jadowicie.
- Nie – odparł bez cienia kpiny. – Bo uważałem, że nie lubisz dzielić się z innymi swoimi przemyśleniami i bronisz się przed tym tak, jak to tylko możliwe – wyznał. – Bo w sumie tak próbowałeś mi wmówić… - uśmiechnął się niewesoło półgębkiem. – Teraz jednak wiem, że jest trochę inaczej niż próbowałeś mi wbić do głowy – poklepał mnie po ramieniu i wstał, odchodząc bez słowa pożegnania.

***

Tego dnia wyjątkowo nie musiałem robić nic. Tak jakoś wypadło. Masa miał wizytę u dentysty, Dai zajmował się Setsuko, Natsu odwiedzała siostra, Cazqui oddawał się radości zakupów w galerii handlowej, a ja… Cóż, ja dopiero wygrzebywałem się z łóżka, jeśli mam być szczery. Był to dla mnie fenomen, gdyż przywykłem do wstawania bladym świtem, a nawet jeszcze wcześniej, zanim świt w ogóle jeszcze pomyślał o tym, żeby rozjaśnić nocne niebo. Na całe moje szczęście nadchodziła jednak wiosna, a wraz z nią robiło się widno coraz szybciej – toteż za tą sprawą, kiedy odsłoniłem żaluzje o godzinie dziewiątej, oślepiająca jasność za oknem niemal mnie odrzuciła, wprawiając w osłupienie i niemy zachwyt. Błękit nieba w jednej chwili wydał mi się czymś niepomiernie pięknym, godnym pisania pieśni pochwalnych i opiewania w zachwyty. Przez dłuższą chwilę po prostu stałem w oknie, opierając się o jego futrynę i zachwycałem się pięknem bijącym z niewielkiego parku mieszczącym się przed moim blokiem, który głównie był użytkowany przez członków wspólnoty mieszkaniowej posiadających czteronożnych pupilów, a może raczej przez właśnie owe zwierzaki, które traktowały go jako publiczny, zbiorowy wychodek. Tak, wiem. Brzmi świetnie. Niemniej, taka właśnie była prawda. Więc prawdą było, że w gruncie rzeczy nie było czym się zachwycać. Ale ja wciąż tam stałem. I się gapiłem. Zachwycałem. Zupełnie jakby było czym.
Zauważyłem także, że na przydrożnym pasku zieleni pojawiły się pierwsze niewyraźne z racji dzielących mnie od nich odległości, biało-żółte kropki stokrotek i innych kwiatów polnych, których nazwać nie potrafiłem, gdyż ich nazwy nigdy nie uczepiły się mojego umysłu wystarczająco mocno, żeby pozostać w nim na dłużej. Nakrapiany dywan trawy wyglądał jak skóra ogromnego gada z innego, bajkowego świata, a nie jak naturalna przeszkoda, która tylko brudziła ci buty, kiedy chciałeś przejść z jednej strony chodnika na drugą – czyli tym, czym był w istocie. Wszystko nagle nabrało barw i życia, i tylko ja poczułem się jak martwy lub przynajmniej obumierający przedmiot zamknięty w pudełkowym mieszkaniu. Zapragnąłem stać się częścią tego żywego przedstawienia, a właściwie to improwizacji natury, która właśnie rozgrywała się na moich oczach.
Żeby być dokładnym, to przecież podobne sceny miały miejsce non-stop na niemal każdym moim kroku. Dlaczego zatem wcześniej pozostawałem na nie ślepy i nie potrafiłem ich dostrzec? Dlaczego pozostawałem obojętny na ich przejmujące piękno i jakąś niewytłumaczalną radość i siłę, którą nagle mnie natchnęły?
Z jednej strony czułem przymus, żeby zjednoczyć się z tym wszystkim, co widziałem przed sobą jak najszybciej – coś wręcz rwało się we mnie i jakby próbowało wyskoczyć z krępującego je ciała i skóry – jednak pomimo tego do kuchni udało mi się dotrzeć powoli i bezpiecznie. Zaparzyłem sobie dzbanek mocnej, czarnej kawy, a następnie sięgnąłem po głęboko ukryte na czarną godzinę słodycze w najniższej szufladzie kredensu. Nagimanstykowałem się przy tym, więc przy okazji mogłem także odhaczyć poranne ćwiczenia. W towarzystwie kawy i słodyczy wyszedłem na balkon, gdzie na zewnętrznej części parapetu czekała już na mnie paczka papierosów i zapalniczka. Usiadłem na krześle ogrodowym (mimo iż, co śmieszne, ogrodu samego w sobie nie posiadałem) i nalałem sobie aromatycznego, mocnego napoju. Odpaliłem używkę i zaciągnąłem się, a następnie sięgnąłem po najbliższego łakocia. Nie musiałem głowić się nad wyborem, gdyż cała ta kopa cukrów prostych mogła zostać łatwo sklasyfikowana jako rzeczy, za które dałbym się pokroić. Niezależnie od tego, na co padłby wybór i tak byłbym ukontentowany.
A walić tą dietę, liczenie kalorii, białka, węglowodanów, cukrów i tłuszczy – tych nasyconych i tych nie – a kurczak niech udławi się tym ryżem, na który nie mogłem już patrzeć od dłuższego czasu!
Niech to wszystko idzie do diabła!
Kiedy wyszedłem na balkon wszystko to, co widziałem przez okno stało się jeszcze bardziej realne. Stało się tak za sprawą tego, iż teraz nie dzieliła mnie już żadna bariera, nawet tak banalna jak witryna okienna, od obserwowanego przeze mnie świata zewnętrznego. Odgłosy i zapachy nie były już dłużej tłumione. Teraz mogłem już czerpać w nieograniczony sposób wszystkimi pięcioma zmysłami z tego, co miało miejsce przede mną i dookoła mnie. Mogłem się tym delektować i brać w tym czynny udział.
Albo po prostu siedzieć w samych gaciach na balkonie, palić papierosa, pić kawę i zażerać się słodyczami na śniadanie niczym główna bohaterka jakiegoś dennego serialu młodzieżowego, która została odrzucona przez miłość swojego życia. W wieku lat trzynastu. Lub przynajmniej coś koło tego. A aż wstyd się przyznać, ale trzeba było powiedzieć, że ja niechlubnie liczyłem już sobie nieco więcej wiosen…
Odrzuciłem kolejny papierek do popielniczki i przymknąłem na moment powieki, wystawiając twarz ku słońcu. Przyjemne ciepło rozpełzało się po mojej skórze, kreując doznanie podobne do delikatnego masażu oraz napełniając mnie spokojem.
W powietrzu niosły się odgłosy miasta. Klaksony samochodowe, warkot silników, kakofonia ludzkich głosów, muzyka dochodząca z trzewi przeróżnych sklepów, syreny ambulansu… Nie mam pojęcia, jak to wszystko kiedyś mogło mnie nie obchodzić, a może nawet irytować. Przecież to wszystko było jedynie dowodem na to, że byłem otoczony przez wykwitające zewsząd i z każdej strony życie.
W powietrzu unosiły się także spaliny samochodowe, które mieszały się z przyjemnym, świeżym zapachem prania wywieszanym przez moją sąsiadkę, aromatami dochodzącymi z ulicznych kramów z jedzeniem, perfumerii, tytoniową nutą sączącą się szarym obłokiem z mojego papierosa i słodką wonią kwitnących kwiatów, roślinności budzącej się do życia. Zapach życia. Wszędzie. Nawet w publicznym, zbiorowym wychodku dla zwierzaków przed moim blokiem. Dokładnie wszędzie.
Więc wszędzie było właśnie owo życie. I to dzisiaj wydało mi się być nadzwyczaj piękne. Piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Ludzie często mówią, że pogoda ma ogromny wpływ na nasz humor. Póki co byłem święcie przekonany, iż była to jedynie wymówka osób słabych, które nie potrafiły dojść ze sobą do ładu i próbowały obarczyć winą za swoje niepowodzenia innych – nawet jeśli pod tym terminem kryć się miały podmioty nieosobowe lub nawet te nieożywione. Teraz jednak zdałem sobie sprawę, że faktycznie wystarczy zaledwie kilka promieni słonecznych z samego rana, żeby człowiek poczuł się w jednej chwili zupełnie inną osobą. To przecież było tak niewiele, a mogło zmienić tak wiele.
Choć jakby się tak jednak nad tym zastanowić trochę głębiej i sięgnąć wspomnieniami do ostatnich wydarzeń… czy faktycznie miałem prawo kogoś krytykować? Czy przypadkiem sam nie zaliczałem się już do tej niesławnej grupy ludzi, którzy nie radzili sobie sami ze sobą?
Cóż… prawdopodobnie tak.
Ale czy mi to przeszkadza?
Sięgnąłem po kolejnego słodycza, rozkoszując się pustymi kaloriami i cukrami prostymi na języku i podniebieniu.
Nie, ani trochę mi to nie przeszkadza.
Koniec końców przynajmniej dzięki temu, że byłem właśnie taki, a nie inny, mogłem szukać banalnych rozwiązań i zasłaniać się nimi, próbując uciekać od odpowiedzialności za własne czyny i decyzje.
Jeżeli bycie słabym mogło pozwolić mi zachować tę radość czerpaną z tak prozaicznych rzeczy jak blask słońca czy widok kwitnących roślin, wtedy tak, naprawdę chciałem pozostać słabym. Bo jaki sens miałoby bycie silnym? Czy nie lepiej czasami było zejść jeden stopień niżej, ale cieszyć się prostotą, spokojem i małymi rzeczami niemal na każdym kroku, zamiast doszukiwać się prawie że cudów, żeby przywołać na twarz chociażby cień uśmiechu?
Ano właśnie.
Sięgnąłem po kolejnego cukierka, nagle ze zgrozą odkrywając jakże szokujący fakt, że foliowa torebka ze słodyczami była już pusta i teraz mogła jedynie smętnie powiewać na wietrze, przyciśnięta popielniczką. No i masz ci los. W tym epicentrum rozkwitu życia coś musi też zawsze zostać poświęcone; coś musi zginąć. W tym wypadku była to moja dieta, mocne postanowienia i łakocie na czarną godzinę. W takim razie nie pozostawało mi nic innego jak przymusowe, jeszcze bliższe zintegrowanie się z tym piejącym w życie światem za sprawą eskapady do osiedlowego po zapas cukrów prostych w razie „W”.
Zadziwiające jak w jednej chwili problemy całego świata i ból egzystencjonalny mogą przestać cię dotyczyć w jednej, krótkiej chwili, kiedy napchasz sobie żołądek słodyczami. I znowu; tak niewiele mogło zmienić tak wiele.

***

Siedziałem na ławce z nogami wyciągniętymi przed siebie, rozkoszując się promieniami słonecznymi ogrzewającymi moją twarz, słodkim zapachem kwitnących drzew i krzewów unoszącym się w powietrzu oraz kolejną drobną przekąską, na którą sobie pozwoliłem. Rozglądałem się przy tym dookoła i chłonąłem całe otoczenie. Powiew wiatru niosący ze sobą swąd spalin oraz odgłosy ruchliwej ulicy. Błękitne niebo upstrzone puchatymi, białymi obłokami. Nawet pieska zastygłego w napiętej pozie podczas wykonywania wiadomej czynności. Czemu było się jednak dziwić? W końcu niejako wybrałem się do publicznego, zwierzęcego wychodka, więc dziwnym by było doczekać się innych widoków, prawda?
Ale mnie to nie przeszkadzało.
Ponownie popadłem w stan niewzruszonej oazy spokoju. Człowiek najedzony to człowiek spokojny. Albo przynajmniej spokojniejszy. Może co najwyżej trawiony przez lekkie wyrzuty sumienia. Ale co po tym komu? Jutro idę na siłownię. Nie ma, czym się przejmować.
No właśnie. Nie ma, czym się przejmować.
Chłonąc całe to otoczenie odniosłem silne wrażenie, że w ten właśnie sposób myśleli ludzie. W ogólniku. Bo wszak nie dało się ukryć, że zwierzęta same się nie wyprowadzały i ktoś musiał je pilnować – zatem ludzie również byli częścią składową kontemplowanego przeze mnie otoczenia. Elementem, który ciężko było pominąć lub zwyczajnie pozostać na niego ślepym.
Obserwowani przeze mnie ludzie nie przejmowali się. Sobą wzajemnie. Pozostawali ślepi na innych przedstawicieli tej samej rasy i gatunku, nawet jeśli mnie wydawało się to praktycznie niemożliwe do wykonania. Wiadomo jednak, opinie mogły być podzielone. W końcu opinie z natury same w sobie były subiektywne, więc moja ocena może i nie była jakiś wyznacznikiem złożoności tego zadania. Niemniej jednak nie zmieniało to faktu, iż nie mogłem wyjść z podziwu dla tego, z jakim powodzeniem udawało im się wzajemnie ignorować i pozostawać biernym względem innych. Nie przejmować się. Właściwie to niczym.
Oczywiście można było założyć, że jakimś dziwnym przypadkiem akurat trafiłem na grupę osób, które wyjątkowo nie przejmowały się faktem istnienia innych podmiotów ożywionych na tym samym padole łez w tej samej rzeczywistości, wymiarze i czasie, niezależnie od złożoności ogółu Wszechświata, drgań strun, membran materii i cząstek czy czego tam jeszcze tylko… ale prawdą było, że ta wybiórcza grupa ludzi była zaledwie statystycznym wzorcem wykrojonym z ogółu społeczeństwa. Na podobnych grupach przeprowadza się przecież eksperymenty, na podstawie których wyciąga się generalizujące wnioski w odniesieniu do ogółu. Więc ja również miałem prawo generalizować. Niezależnie od tego, jakim zbitkiem indywiduów były moje „króliki doświadczalne”, miałem prawo generalizować. Owe eksperymenty często przeprowadzało się na podstawie obserwacji. A ja właśnie obserwowałem. Nie trzeba było w końcu być wielkim uczonym, żeby rozejrzeć się, przyjrzeć się bardziej interesującym przypadkom i zachowaniom, i wyciągnąć z tego wszystkiego jakieś konkluzje. Zanotować. Podzielić się z innymi rezultatami, jeśli uznasz to za stosowne. Ja póki co nie zamierzałem jednak upubliczniać moich „badań” ani ich efektów końcowych, jednakowoż nie oznaczało to, iż zamierzałem je zbagatelizować.
Ludzie nie przejmowali się sobą nawzajem. Starali się unikać spojrzeń nieznajomych, schodzić sobie wzajemnie z drogi. Szli ze spojrzeniami utkwionymi w drodze lub odległym punkcie, do którego się kierowali, lub też, co było najpopularniejszym wariantem, w ekrany telefonów. Nie patrzyli na siebie. Nie zaczynali spontanicznych rozmów. Przemykali koło siebie, jakby starali się zniknąć z pola widzenia tej drugiej osoby tak szybko, jak to tylko było możliwe.
Ale to wciąż nic. Mało ważne. Ciekawie robiło się dopiero, kiedy dochodziło już do jakiś konfrontacji międzyludzkich. Ludzie znów jedynie z rzadka na siebie spoglądali. Rozmawiali krótko, o rzeczach błahych i mało zobowiązujących. Po zaledwie kilku zdaniach coś zazwyczaj szło nie tak. Pojawiała się pionowa zmarszczka niezadowolenia między brwiami, jeden z kącików ust wędrował ku dołowi, szczęki zaciskały się. Rozmowa się kończyła. Nie mieli cierpliwości, żeby ze sobą rozmawiać. Najlepiej widoczne było to, kiedy jedna ze stron jasno dawała do zrozumienia, że coś jest nie tak. Wyraz twarzy zdradzający smutek lub długoterminowe zmęczenie, zahaczające o chorobę. Oczywiście padały standardowe pytania: „Co z tobą?”, „Wszystko w porządku?”, „Co ci jest?”. Nikt jednak nie czekał z napięciem na odpowiedź. To było pytanie zadane niemal z przymusu. Taki kanon kulturalny, który należało kontynuować, bo tak nauczyła mama. Niezależnie od podanej odpowiedzi, zainteresowanie z czasem tylko spadało, żeby nie powiedzieć obrazowo, że leciało na łeb, na szyję. Dlaczego? Bo nie było widać oznak świadczących o poprawie. Jedno proste pytanie to stanowczo za mało, żeby okazać wystarczającą ilość uwagi i troski, żeby podnieść kogoś na duchu i go wesprzeć. My jednak nie mieliśmy wystarczająco cierpliwości, żeby bawić się w drążenie w temacie, delikatne krążenie wokół problemu. Przyzwyczajeni do obcowania z technologią niżby z innymi przedstawicielami tego samego gatunku zaczęliśmy oczekiwać wymiernych rezultatów w określonym czasie. Szybko. Najlepiej natychmiast. Tak samo, jak irytowaliśmy się, kiedy jakaś strona internetowa ładowała się zbyt długo, irytowaliśmy się również kiedy pomimo poświęconego czasu drugiej osobie, tej się nie polepszało, żeby już nie wspominać o tym, że ta z wdzięczności nie padała nam do stóp. A przecież powinna. W końcu poświęciłem ci caluśkie dwie sekundy mojego wolnego czasu i ogólnie czasu, jaki został mi dany na tym świecie; czasu, jaki został przeznaczony na moją egzystencję. Zadałem pytanie. Zapytałem, w czym tkwił problem. Podobnie jak i kliknąłem na link. Kliknąłem, prawda? Kliknąłem. Więc dlaczego, do cholery, ładowanie tej strony zajmuje tak długo?! Przecież to niedopuszczalne! Żyjemy w XXIw.! W dobie rewolucji technologicznej i postępu naukowego! W świecie, w którym ludzie niemal kompletnie zaprzepaścili swoje zachowania socjalne na rzecz przywiązania do gadżetów i urządzeń, z którymi nieraz łączyła nas silniejsza więź niżby z osobami dookoła.
Za dobry przykład mógłby mi tu posłużyć Cazqui. Gitarzysta mojego zespołu spędzał mnóstwo czasu przed komputerem, składając ścieżki dźwiękowe, projektując okładki nowych płyt lub po prostu próbując znaleźć jakąś rozrywkę. W ogólnym pojęciu nie było w tym nic złego. Nierzadko zdarzało mu się gadać do laptopa czy telefonu. Bywało też, że wydarł się na jedno z urządzeń, kiedy te nie spełniało jego wymogów. Kiedy, dla przykładu, właśnie ta nieszczęsna strona ładowała się zbyt długo. A co z relacjami międzyludzkimi? No z tym to już bywało różnie… Nierzadko zdarzało mu się kontaktować z jednym z członków zespołu przez internetowe komunikatory, nawet jeśli osoba, do której właśnie pisał wiadomość siedziała od niego zaledwie parę metrów dalej. Ale w sumie, co ja się wymądrzam? W końcu to ja tu miałem opinię i nosiłem tytuł Władcy Mordoru, do którego nijak nie dało się dotrzeć, prawda? To ponoć ja tu byłem tym, z którym utrzymywanie kontaktu było katorżniczym zadaniem łamiącym wszelką pozostałą wiarę w ludzkość w nieszczęśliwym delikwencie, który z jakiś nieznanych przyczyn w odruchu masochistycznym postanowił się do mnie zbliżyć.
A przecież ludzie nie byli jednak maszynami. Nie mieli przełączników i przycisków, za których pomocą moglibyśmy nimi sterować. No, przynajmniej na razie…
Przenosiliśmy nasze szorstkie obycie, które zmuszeni byli znosić nasi najlepsi przyjaciele, to znaczy elektroniczne gadżety, na innych ludzi, oczekując, że ci będą zachowywać się tak samo niezawodnie jak telefony, tablety, laptopy i inne… Zapominaliśmy, że ci jednak mieli uczucia. Czasami chcieli, żeby ktoś się nimi zainteresował i spędził więcej niż dwie sekundy nad ich problemem. Żeby dopytywał. Żeby zwyczajnie okazał trochę zaangażowania. Czy to coś złego? Cóż, mnie wydawało się, że nie. Uważałem to nawet za coś naturalnego, ale co ja tam mogę w końcu o tym wiedzieć. Jako istota reprezentująca siły mroku na Ziemi prawdopodobnie nie powinienem mieć w tej kwestii prawa głosu.
Zamykamy się w sobie. Nie mamy cierpliwości do innych. Poświęcamy więcej uwagi przedmiotom nieożywionym niżby innym ludziom. A mimo to wciąż mamy w hipokrytycznym odruchu czelność wymagać lub przynajmniej życzyć sobie, żeby ktoś zainteresował się nami i naszymi problemami i pragnieniami w ludzki sposób. Mając na uwadze to, że jesteśmy osobą, a nie przedmiotem. Bez przycisków. Bez guzików. Sami nie potrafimy okazać tej swojej bardziej ludzkiej strony innym, a jednak wymagaliśmy tego od innych.
To było… smutne.
Jeszcze smutniejszym wydało mi się to, kiedy zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie jestem jedną z nielicznych osób, które to zauważyły i którym to przeszkadzało. Bo niezależnie od tego, jaką wartością zła byłem w istocie lub za jaką wartość zła byłem powszechnie uważany, wraz z tymi wszystkimi moimi wadami, które były mi wypominane na każdym kroku, wciąż starałem się pozostać człowiekiem i dostrzec człowieka w człowieku stojącym naprzeciwko mnie lub przechodzącym obok. Jasne, czasem miewałem gorsze okresy, w których moje wysiłki wydawały mi się bezsensowne i mogłem wydawać się niemniej szorstki niż reszta społeczeństwa, która prawdopodobnie posiadała już metalowe serca i zamknięty obwód utkany z kabli i przedwodów zamiast układu krwionośnego. Ale przynajmniej się starałem.
Choć same starania w dzisiejszych czasach to było znacznie za mało, żeby zostać docenionym.

Próbując walczyć ze złem kultywowanym przez całą resztę globu sam wyszedłem na tego złego, co w ostateczności doprowadziło mnie do niezłej nerwicy, może nawet choleryzmu. Ale co zrobisz? Antagoniści zazwyczaj nie mieli zbyt dobrej opinii wśród społeczeństwa.

"Książę z bajki" cz.10

„Książę z bajki” cz.9

Kopnięcie.
Lewy prosty.
Prawy od dołu.
Uskok.
Nie ma ludzi „bez serca”. W jakimś stopniu wszyscy o coś dbamy i wszystkim nam na czymś zależy. Wydaje się to być rzeczą oczywistą, ale kierowani przez emocje ludzie często zapominają o oczywistych rzeczach. Z tej racji w pewnym momencie mojego życia mnie również został przypisany podobny przydomek, mimo iż nawet nie wiedziałem, dlaczego tak się stało ani kto tak właściwie to zrobił.
Lewy prosty.
Jeszcze raz.
Prawy z góry.
Czasem wydaje mi się, że ludzie nazywani w podobny sposób cierpią jeszcze bardziej niż wszyscy inni. No bo jednak coś musi być na rzeczy, skoro nie okazywali swoich uczuć i emocji tak jak cała reszta świata, prawda? Niestety, zamiast pomocy czy zainteresowania zostawali zarzuceni gradem obelg i bolesnych słów, które tylko jeszcze bardziej odwodziły ich od pomysłu zakładającego otworzenie się przed jakąkolwiek osobą postronną.
Tak było ze mną.
Kolano.
Prawy prosty.
Lewy od dołu.
Wszyscy dzielimy te same uczucia i emocje. Wszyscy czujemy radość, smutek, złość… Dlaczego więc ludzie postrzegali mnie jako osobę „bez serca” tylko ze względu na to, że mnie częściej przychodziło zmierzyć się z tymi dwoma ostatnimi uczuciami? Czy to była moja wina? Albo przynajmniej tylko i wyłącznie moja wina? Nie bardzo wiedziałem, jak cały ten system działał, ale nawet nowopoznane osoby zaledwie po kilku spojrzeniach potrafiły z kretesem stwierdzić, iż bliżej mi było do bestii niżby człowieka. Bliżej mi do potwora – do rodzaju nijakiego niżby jakiegokolwiek innego.
A to bolało.
Niestety, tylko w bajkach bestia mogła znaleźć sobie piękną księżniczkę i na końcu zamienić się w urodziwego księcia. W prawdziwym życiu potwór był szczuty przez ludzi aż oddalał się od ich siedliska, zaszywał się w najodleglejszej części lasu i wsłuchiwał się w straszne opowieści o samym diable mieszkającym w owym lesie, którymi matki i babki straszyły dzieci, podczas gdy on tylko siedział. Siedział i nic nie robił. Może czasem zdarzyło mu się westchnąć. Albo poczuć smutnym. Lub samotnym.
Następne kopnięcie wyprowadziło z równowagi sapiącego jak parowóz młodzika, który nosił dumny tytuł „asystenta trenera”. Chłopaczek odrzucił od siebie ochraniacz, w który uderzałem już od dłuższego czasu i z trudem wywindował się do pozycji siedzącej. Wyciągnąłem do niego rękę w geście pomocy, jednak ten tylko wyniośle uniósł głowę i sam dźwignął się na rozchwiane, drżące nogi.
Ale koniec końców i tak wyjdzie, że to ja jestem ten zły i niedobry, nie? Bo przecież dałem chłopakowi wycisk, za dużo od niego wymagałem, a to przecież dopiero stażysta… O tym, że wyciągnąłem do niego pomocną dłoń to już nikt nie będzie pamiętał, a nawet jeśli, to nikt nie raczy o tym wspomnieć, nie? W końcu nikt nie liczy zalet bestii. W tym wypadku wszyscy potrafią dostrzec tylko i wyłącznie wady.
Wywróciłem oczyma i ściągnąłem rękawiczki, które chroniły moje dłonie przed otarciami. Gestem ręki odprawiłem asystenta trenera i odrzuciłem ochraniacz na swoje miejsce. Rozejrzałem się po sali w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zwrócić moją uwagę. Co by tu jeszcze zrobić?... To wszystko jeszcze wciąż za mało. Może sztanga?
Jakoś podczas edukacji w szkole średniej odkryłem, że sport był niezłym sposobem na wyładowanie złości. Od tamtej pory stałem się regularnym bywalcem siłowni. Może to kogoś zdziwi, ale nawet kiedy boksowałem worek lub ćwiczyłem z trenerem, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyobrazić sobie, jakobym po prostu uderzał kogoś, kto mnie zdenerwował, kogo nie lubiłem… Nie tak to działało. Przynajmniej w moim wypadku. Ćwiczenia wymagały skupienia, a więc pozwalały oderwać się od nieprzyjemnych myśli. Ból fizyczny uwalniał od bólu psychicznego. Zmęczenie po treningu nie pozwalało na roztrząsanie przeszłości i pieklenie się w nieskończoność. Wyrzut endorfiny towarzyszący świadomości, iż podczas danej sesji udało mi się zrobić więcej i szybciej, odwracał uwagę od problemów dnia codziennego.
W ostatnim czasie musiałem przyznać, że nieco się opuściłem, gdyż ze względu na koczującą w moim mieszkaniu matkę byłem niejako uziemiony – zupełnie tak jakbym wrócił do lat nastoletnich, kiedy otrzymywałem szlabany. Teraz jednak zrehabilitowałem się i w końcu wróciłem na siłownię, co obecnie mogłem nazwać wręcz zbawczą decyzją, nawet jeśli rwanie w plecach podczas wykonywania martwego ciągu było praktycznie nie do zniesienia.
Położyłem się na drewnianym parkiecie, wlepiając ślepe spojrzenie w podwieszany sufit. Ostatni raz wypchnąłem sztangę biodrami i opadłem z głuchym hukiem na podłogę. Dyszałem ciężko, próbując uregulować oddech. Tak, czasem dobrze było o niczym nie myśleć…

***

- Ile ty jesz! – wykrzyknął oburzony Daichi. – Czy ty masz czarną dziurę zamiast żołądka? – prychnął rozgniewany. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. – Przy takiej ilości kalorii powinieneś przypominać zawodnika sumo! – wycelował we mnie oskarżycielsko palcem.
Ano tak, gitarzysta nigdy nie był przesadnym zwolennikiem wysiłku fizycznego, dlatego też od dłuższego już czasu liczył kalorie i odmawiał sobie wielu rzeczy, podczas gdy ja najzwyczajniej w świecie obżerałem się na jego oczach. No jak ja mogłem być tak okrutny? A pomyślał ktoś może o tym, że po prostu byłem głodny po treningu? Nie, bo po co? Przecież Dai i jego dieta opierająca się na listku sałaty i dwóch plasterkach ogórka dziennie była ważniejsza. Bo przecież on należał do tej uprzywilejowanej grupy ludzi „akceptowalnych”, podczas gdy ja zdecydowanie byłem „bestią”. Bezmózgą kreaturą, której teraz akurat włączył się tryb odkurzacza. Biedny muzyk musiał na to wszystko patrzeć i się denerwować. Skoro już chciałem się tak karygodnie obżerać, to przynajmniej powinienem się gdzież tym schować, prawda?
Powołuję się na miłość do moich dwóch kotów, więcej nie idę z nimi na obiad…
- Serio, Hiro, może powinieneś zacząć zastanawiać się nad tym, co jesz – podsunął Cazqui. – Wiesz, póki jesteś młody i masz jeszcze szybki metabolizm, to wszystko jest w porządku, ale potem będzie już tylko gorzej…
Oho, zaczyna się! Najpierw radzenie, a potem czarnowidztwo! Cholera, jak ja kocham ten świat i ludzi… A niby to ja tu jestem tym negatywnym bohaterem, nie?
- Rozważę to – mruknąłem, sięgając po napój.
Odłożyłem pałeczki, jednocześnie tłumiąc ziewnięcie. Po sytym posiłku zachciało mi się spać. Chłopcy dyskutowali o czymś zawzięcie, Daichi wciąż prawił mi jakieś wytyczne odnośnie mojej diety, a ja sobie z tego nic nie robiłem. Zastanawiałem się czy gdybym się uparł, to udałoby mi się zrobić jeszcze jedną serię pompek…
- Jesteś bez serca! – fuknął rozsierdzony gitarzysta.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – zaśmiałem się gardłowo.
Z jakiej racji on mógł powiedzieć, że ja jestem bez serca i nikt nie zwrócił mu przy tym najmniejszej uwagi? Gdybym ja porwał się na coś podobnego w rewanżu, nie zdziwiłbym się, gdyby Dai rozpłakałby się, a reszta zespołu w ramach kary postanowiłaby przerobić mnie na mielone. Bo w sumie dlaczego nie, prawda? Coraz częściej łapałem się na myśleniu, że tym światem rządziło mnóstwo zasad, których nie pojmowałem. Najbardziej jednak dręczył mnie fakt, iż nie każda z owych reguł działała w dwie strony, przez co czasem zdarzało mi się łamać dobry ton i wychodzić na bydlaka. Co dziwne jednak, z czasem, im starszy się stawałem, zamiast pojmować coraz więcej, ja rozumiałem z tego wszystkiego coraz mniej. Czasami wydawało mi się, że nie pasuję do otaczającej mnie rzeczywistości tak bardzo, że to aż ciężko opisać. Wyróżniałem się jak skarpetki pośród masy wspaniałych, bożonarodzeniowych i noworocznych prezentów. Sam mój widok rozczarowywał i sprawiał, że ludzie krzywili się. Może to właśnie dlatego traktowali mnie w taki, a nie inny sposób…? Ale czy to moja wina, że przyszło mi być zwykłą parą skarpet zamiast nowym laptopem czy biletem na dwutygodniowe, opłacone z góry wakacje na Karaibach? Serio, gdybym tylko mógł, to bym się zmienił… gdybym tylko wiedział jak…
Niemniej, nie da się ukryć, że nie znajdywałem się w jakiejś naprawdę podbramkowej sytuacji. Jakby nie patrzeć, dookoła mnie było mnóstwo osób, które borykały się z większymi problemami, które miały ciężej w życiu ode mnie. Przykładem takiej osoby mogłaby być choćby moja matka – wdowa z dwójką synów, którym robiła za oboje rodziców. Jakby tego mało, przynajmniej jeden z jej synów (tak, o mnie chodzi) wyrósł na godnego pożałowania dupka, za co, rzecz jasna, moja rodzicielka srogo się obwiniała. W jej własnym mniemaniu poniosła klęskę wychowawczą. To głównie z tego powodu zdecydowała się przyjechać do Tokio po telefonie od Cazquiego. Drugi syn, mój brat, może już był nieco lepszym materiałem, który także bardziej przypominał istotę ludzką, jednak z kolei jego żona była totalną porażką. Matka nie znosiła swojej synowej i z wielką chęcią z pewnością by ją zamordowała, gdyby tylko mogła… a ja w sumie z chęcią pomógłbym jej w tym zadaniu…
No, ale nie rozwodząc się dłużej nad problemem mojej rodziny samym w sobie oraz przechodząc do sedna, chciałem powiedzieć tylko, że nie miałem znowu aż tak źle. Właściwie to prowadziłem życie, jakiego wielu z pewnością mogłoby mi pozazdrościć. Niestety, moim głównym problemem był fakt, iż byłem pesymistą, który nie potrafił przejść obojętnie wobec żadnego problemu. Problemy pojawiają się na drodze każdego człowieka i nie ma w tym nic dziwnego. Jest pewien typ ludzi, którzy mają w sobie tą siłę, żeby być ponad to, co ich boli. Ja byłem ich zupełnym przeciwieństwem. Jakby na przekór sam sobie drapałem i dłubałem w każdym, nawet najmniejszym zadrapaniu, nie pozwalając zagoić się ranom powstałym po ciosach życia. W ten oto sposób zamiast z niewielkim skrzepem musiałem borykać się z niechcącą zabliźnić się, ropiejącą raną. Na własne życzenie. Od po prostu taki byłem. Czy to się nazywa masochizm?
A może zwyczajnie słabość, co?...
W takich chwilach zdawało mi się, że niechęć, która biła do mnie od innych nie była znowu taka nieuzasadniona. Może nie byłem święty, ale nie byłem też najgorszym sukinsynem na świece – niestety, zwyczajnie byłem słaby. Czy było to aż tak łatwe do zauważenia i to właśnie z tego powodu ludzie byli tak dla mnie nieprzychylni? A jeśli tak, to jak to zmienić? Siłę fizyczną można nabyć przez bywanie na siłowni. Ale jak zdobyć tę psychiczną? Są na to jakieś ćwiczenia? Zajęcia grupowe czy magiczne przyrządy? Może powinienem zacząć oglądać telezakupy, żeby się o tym przekonać…
- Hiro – odezwał się Masa, wyrywając mnie tym samym z letargu – napój… - mruknął, a ja dopiero zorientowałem się, że szklanka, która cały czas trzymałem w ręku przechyliła się, przez co na podłodze powstała już sporych rozmiarów kałuża.
Ups…
Wiedziałem, żeby nie zamyślać się w miejscu publicznym…

***

Obudził mnie powiew zimnego powietrza. Rozejrzałem się zaspany w poszukiwaniu jego źródła, którym okazało się być uchylone okno. Chciałem podnieść się z kanapy, na której najwyraźniej zasnąłem, jednak lewa ręka, na której chciałem się podeprzeć była zdrętwiała do tego stopnia, iż nie mogłem nawet nią ruszyć. Chwilę potem zorientowałem się, że nie tylko była ona zdrętwiała, ale właściwie to została unieruchomiona.
Na moim przedramieniu leżała Setsuko, która opatuliła się połami mojej rozpiętej bluzy niczym kocem. Wtuliła małą twarzyczkę w mój tors, owiewając moją skórę ciepłym oddechem oraz niemal muskając ją wciąż lepkimi, po najwidoczniej niedawno jedzonych słodyczach, ustami. Niewielkie piąstki zaciskały się na mojej koszulce. Jakoś dziwnie rozczulony wpatrywałem się w pogrążoną we śnie, rozanieloną dziewczynkę. Ta, dzieci chyba jednak nie były takie złe jak myślałem… W każdym razie z czasem powoli zaczynałem rozumieć tę chęć poświęcenia się dla drugiej osoby, którą zazwyczaj pałali rodzice do dzieci. To po prostu… naturalne, że chcesz chronić taką małą, drobną i niewinną istotkę…
Zamarłem w dość niewygodnej pozycji, żeby nie obudzić małej. Nie mogłem się jednak powstrzymać, żeby nie wyciągnąć drugiej, wolnej ręki i nie pogłaskać jej po głowie. Słysząc jej rytmiczny, głęboki oddech czułem się spokojny jak jeszcze nigdy wcześniej. Cała jej postawa zdradzała, że dziewczynka czuła się bezpiecznie w moim towarzystwie. Ta świadomość wywołała u mnie uśmiech na ustach.
Zacząłem analizować całą sytuację, w której się znaleźliśmy. Po obiedzie z zespołem rozbolała mnie głowa, dlatego postanowiłem na moment się położyć i przymknąć oczy… przy czym wyszło na to, że zasnąłem, tym samym bezczelnie obijając się w pracy. Setsuko musiała zakraść się do mnie po cichutku i wtulić we mnie, kiedy mocno już spałem. Ale co ona robiła w studiu? Daichi przyprowadził córkę do naszego miejsca pracy tylko raz, ten pamiętny raz, kiedy przedszkole na jego osiedlu było zamknięte, przez co przyszło mi wtedy bawić się w wujka po raz pierwszy. Nigdy wcześniej ani później jej nie przyprowadzał – głównie dlatego, że studio nagraniowe nie było odpowiednim miejscem dla dzieci, a poza tym mała przecież jako-tako nie miała tu prawa wstępu. Co to się stało, że ta mała, różowa księżniczka ponownie znalazła się w moich objęciach?
Nim zdążyłem chociażby zacząć zgadywać, wtem drzwi otworzyły się z hukiem. Wystraszony drgnąłem, a dziewczynka aż podskoczyła ze strachu, zaciskając spocone dłonie na moim podkoszulku jeszcze mocniej. Chwilę potem rozpłakała się rzewnie.
W progu drzwi stał Daichi w obstawie dwóch ochroniarzy budynku. Muzyk dyszał ciężko i miał zaróżowione policzki.
- Tu jest! – krzyknął, zupełnie nie zwracając uwagi na płacz przestraszonej latorośli. – Znalazłem ją!
- Czego się drzesz, idioto?! – warknąłem na niego, przygarniając do siebie dziecko. – Nie widzisz, co narobiłeś? – syknąłem.
- Setsuko! – krzyczał rozemocjonowany gitarzysta, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co do niego mówiłem. – Postawiłem całe studio do góry nogami, żeby cię znaleźć! Nie możesz tak uciekać! – zganił ją, na co ta rozpłakała się jeszcze głośniej. – Czy ty chcesz, żebym z twoją matką zawału dostał?!
- Ucisz się wreszcie! – potraktowałem go morderczym spojrzeniem. – Nie widzisz, że tylko pogarszasz sytuację? – fuknąłem, gładząc uspakajająco małą po włosach i plecach.  Wywindowałem się z nią do pozycji siedzącej, sadzając ją sobie na kolanach. Pozwoliłem, żeby dziewczynka wtuliła się w mój bark i moczyła moje ubranie krokodylimi łzami. – Teraz jesteś z siebie zadowolony? – prychnąłem.
- Nie udzielaj się – burknął. – Nie ty jesteś jej ojcem – wypomniał mi. – Poza tym, co ty sobie myślałeś? Siedziałeś tu nic nie robiąc, a mnie stąd mało nogami do przodu nie wywieźli! – lamentował.
- To było pilnować dziecka – „zauważyłem”. W Daim aż zagotowało się ze złości na te słowa.
- Kiedy ta zwiała! – wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. – Umówiłem się z jej matką, że ta przyjedzie po małą na parking pod studiem, żeby ją ode mnie odebrać, ale kiedy tylko rozpiąłem jej pasy, ta poszła w długą! – sapał ciężko z nerwów. – Wbiegła do budynku i nie mogłem jej znaleźć! Kazałem wszystkim jej szukać! Już myślałem, że stało się coś złego! – wyjaśnił.
Setsuko cały czas pochlipywała, wycierając łzy o moją koszulkę. Demonstracyjnie odwróciła głowę w drugą stronę, tak, żeby nie patrzeć na ojca.
- To prawda? – zapytałem spokojnie. Dziewczynka nie odpowiedziała tylko mocno zacisnęła oczy, krzywiąc się w płaczliwym grymasie. – Setsuko… - westchnąłem. – Napędziłaś tacie stracha – starałem się przemawiać łagodnie, żeby dodatkowo nie pogorszyć jej stanu. – Tata zaczął krzyczeć, bo się przestraszył, a nie dlatego, że jest zły – próbowałem ją jakoś uspokoić. Dziecko niepewnie rzuciło okiem na rodzica, który cały czas ściągał brwi w gniewnym wyrazie. Na ten widok z powrotem odwróciło spojrzenie. – Brawo, Daichi – warknąłem do chłopaka, który na mój przytyk jedynie przewrócił oczyma i założył ręce na piersi. – No już, nie płacz – odsunąłem ją nieco od siebie i otarłem łzy z jej pyzatych policzków. – Dlaczego uciekłaś od taty? – zapytałem.
- Bo… bo ja n-nie chcę… być z tatą!... – wydusiła z siebie z trudem, na co oczy gitarzysty rozszerzyły się w zdumieniu. – Ani z mamą! – dodała.
- Dlaczego? – dociekałem, sam będąc niemniej zdziwionym niż chłopak.
- Bo… oni… oni nie mają czasu! – wykrzyknęła. – I nie zajmują się mną! Cały czas pracują! A ja muszę oglądać bajki! – zawyła żałośnie. – A ja nie chcę! Chcę być z wujkiem! Wujek się ze mną bawi! – znów rozpłakała się na dobre, ukrywając twarz w moim torsie. W odpowiedzi bez słowa jedynie objąłem ją ciaśniej.

***

- Myślę, że musisz porozmawiać ze swoją byłą – wyraziłem swoją opinię. – Nie chcę za bardzo się wtrącać czy cię pouczać, ale wygląda na to, że małej mocno doskwiera fakt, iż nie jesteście już razem – zauważyłem, wskazując brodą na dziewczynkę, która znów zasnęła; tym razem wyczerpana po długim płaczu.
- Może masz rację… - westchnął muzyk. – Hiro… - zająknął się widocznie zmieszany. Oderwałem spojrzenie od trzylatki, przenosząc je na jej ojca.
- Hm? – mruknąłem przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i zakładając ręce na piersi.
- Właściwie… to jestem winny ci podziękowania… i przeprosiny – przyznał, drapiąc się po karku w nieporadnym geście. – Wiem, że sprawiłem ci dużo kłopotów z Setsuko, ale ona naprawdę się do ciebie przywiązała…
- Nawet jeśli zastanawiasz się, jak to w ogóle możliwe, bo mnie przecież nawet bakterie i wirusy się nie czepiają – prychnąłem, przerywając mu i przewracając oczyma.
Zaśmiałem się, choć jak zwykle w takich sytuacjach, nie było mi do śmiechu. Niby w jakiś sposób żartowałem sam z siebie, jednak każde podobne stwierdzenie padające z moich własnych ust było dla mnie niemalże tożsame ze smagnięciem bata. Sam zadawałem sobie rany, którym potem na domiar złego nie pozwalałem się zagoić…
Daichi nie zaśmiał się. Jemu również jakoś nie było do śmiechu. Nie puścił nawet tej uwagi mimo uszu tylko skarcił mnie spojrzeniem. Wbił we mnie morderczy wzrok, zupełnie tak jakbym obraził jego latorośl czy jego samego, a nie… siebie samego.
- Przestań – burknął. – Mówię poważnie – zagryzł wewnętrzną stronę policzka. – Przepraszam za wszelkie kłopoty i dziękuję za twoją pomoc – powiedział patrząc mi prosto w oczy. – Naprawdę bardzo mi pomogłeś – usilnie starał się utrzymać ze mną kontakt wzrokowy, co w pewnym stopniu było przejawem odwagi z jego strony.
- Nie masz, za co mi dziękować – machnąłem lekceważąco ręką. – Nic nie zrobiłem – wzruszyłem ramionami.
- No właśnie o to chodzi, że zrobiłeś – argumentował. – Setsuko nie chce zostawać z nikim innym niż z tobą. Mówi, że nie lubi Masy i Natsu, a Caza się boi… - mruknął nieco zmieszany. – Nawet prywatna opiekunka, którą opłacamy na spółę z moją byłą, jej nie odpowiada. Chętnie zostaje jedynie w przedszkolu i z tobą – wyznał. – Słuchaj… - niemal jęknął. – Wiem, że jestem upierdliwy jak wrzód na dupie i cały czas zawracam ci głowę, ale… ale chyba bez twojej pomocy się nie obędę – w końcu spuścił wzrok, uważnie lustrując czubki swoich butów. – Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem beznadziejnym ojcem… - próbowałem zaprzeczyć, jednak gitarzysta ubiegł mnie i nie pozwolił mi się wciąć. – Nie, Hiro, serio, wiem, jak jest… Cóż, nie jest tajemnicą, że po prostu wpadliśmy z moją dziewczyną. Oboje jesteśmy za młodzi na dzieci i nie znamy się na ich wychowywaniu – rozłożył bezradnie ręce. – Jakby tego było mało ja w końcu miałem dość, doprowadziłem do którejś z rzędu kłótni i wyszedłem z trzaskiem drzwi, zostawiając ją z dzieckiem samą. Jasne, zabieram raz na jakiś czas Setsuko, kupuję jej ubrania, zabawki… ale to nie do tego sprowadza się rola rodzica – pokręcił głową z dezaprobatą dla samego siebie. – Ani ja nie jestem dobrym ojcem, ani ona dobrą matką – westchnął. – Nie potrafimy stworzyć naszej córce rodzinnej atmosfery, w której czułaby się dobrze. Potrafimy jej tylko zapewnić dobra materialne, bo to jest prostsze zadanie – cmoknął z niezadowoleniem. – Ty tymczasem dajesz jej coś, czego my nie potrafimy. Ona po prostu do ciebie lgnie – uśmiechnął się delikatnie pod nosem. – Dajesz jej to ciepło i poczucie bezpieczeństwa, którego szuka każde dziecko… którego szukamy my wszyscy – dodał nieco ciszej. – Hiro, zrozum, ona ma dopiero trzy lata, a już ode mnie zwiewa! A co będzie, kiedy będzie miała trzynaście? Albo siedemnaście? Nie chcę stale przesiadywać na komisariacie, martwiąc się czy tym razem też przyprowadzą ją w jednym kawałku lub czy w ogóle ją znajdą… - na jego twarzy malował się ucisk żalu i troski.
- Myślę, że trochę przesadzasz – próbowałem przerwać jego samonakręcający się, depresyjny monolog. – Może trochę ci nie wyszło z tą dziewczyną, ale chyba jeszcze nie jest za późno, żeby spróbować odratować waszą relację, prawda? – uśmiechnąłem się lekko na zachętę. – Poza tym Setsuko to jeszcze małe dziecko. Ani wy nie zdążyliście go jeszcze skrzywdzić, ani jej przywiązanie do mnie o niczym nie świadczy – rozłożyłem ręce. – To, że przyszła do mnie nie oznacza, że cię nie kocha, że zrobiłeś coś źle albo że stawia mnie ponad tobą – próbowałem przemówić mu do rozsądku. – Ja jestem tylko „pseudo-wujkiem”, podczas gdy ty jesteś ojcem – wycelowałem w niego palcem. – Jestem tylko przypadkową osobą, która wmieszała się w jej niedługie życie. Pewnie zniknę z niego tak samo jak i się pojawiłem – wzruszyłem ramionami. – Ale ty zostaniesz. Myślę, że nawet ona to rozumie. Jakby nie patrzeć, ojciec w życiu córki zawsze jest mężczyzną stawianym na piedestale – szturchnąłem go w bok. – Nie musisz się obawiać. To jeszcze nie jest ten czas, w którym już ją tracisz – zaśmiałem się.
- Taa, potem znajdzie sobie chłopaka, męża i to on będzie na piedestale… - mruknął niezadowolony.
- Ale to wciąż odległa przyszłość – przypomniałem mu. – Poza tym ty jesteś pierwszym facetem, który pojawił się w jej życiu – zauważyłem. – Nie masz żadnych powodów do czucia się zdetronizowanym – parsknąłem.
- Do czasu – fuknął, choć nie umknęło mojej uwadze, iż brunet odzyskał już nieco humoru. – Ja już teraz muszę wysłuchiwać o waszym ślubie – westchnął. – Wiesz, jak ona potrafi to wszystko barwnie opisać? Aż czasami jak cię widzę to mam ci ochotę nawrzucać i najlepiej jeszcze przywalić – wyszczerzył się zaczepnie.
- Co? – wydusiłem z siebie zdziwiony.
- No, szykuj się – gitarzysta zaśmiał się. – Po hucznym weselu zamieszkasz w różowym zamku z tęczową fosą – przestrzegł, po czym parsknął śmiechem.
- Nie przyznawałem się do tego otwarcie, ale zawsze o tym marzyłem – odpowiedziałem, również się śmiejąc. – Widzisz, kobiety to jednak mają jakiś taki szósty zmysł czy coś w tym rodzaju… podświadomie wyczuwają, czego tak naprawdę pragniesz – pokręciłem głowa z niedowierzaniem.
- Chcesz powiedzieć, że między tobą a moją córką wywiązała się tak silna więź, że już niemal komunikujecie się telepatycznie? – spojrzał na mnie z ukosa.
- To się nazywa miłość, „tato” – parsknąłem i zaniosłem się śmiechem. Aż zgiąłem się w pół nie mogąc nabrać tchu, podczas gdy Dai znów miażdżył mnie spojrzeniem.
- Nie pozwalaj sobie za dużo… - warknął.

***

- Nieprawda! – oburzyła się dziewczynka wciąż lekko sepleniąc. – Wujek Hilo jest mój!
- Ale on nie może zostać twoim mężem, kiedy jest już wujkiem – argumentował Crena.
- Może! – kłóciła się zaciekle. – Wujek, powiedz mu coś! – jęknęła płaczliwie, wskazując palcem na bruneta.
- Weź się nie kłóć, co? – spojrzałem z politowaniem na Ketsuekiego, który irytował dziecko od samego rana.
- Ja jej tu wykładam podstawy, na których opiera się nasza rzeczywistość – burknął chłopak, zakładając ręce na piersi.
- Nieprawda! – Setsuko ponownie krzyknęła. – Nieprawda! Prawda, że to nieprawda, wujku Hilo? To nieprawda, co on mówi, prawda? – spojrzała na mnie wielkimi oczami.
- Prawda – mruknąłem, po czym sięgnąłem po swoją kawę, nie chcąc kontynuować tej rozmowy, która prowadziła do nikąd.
- A wiesz, że żeby się z kimś ożenić to trzeba tę osobę mocno kochać? – kontynuował początkujący muzyk, za co miałem ochotę złapać go za kark i walić jego głową raz za razem o blat stołu, dopóki głupi pomysł podpuszczania trzylatki nie wypadnie mu z tej pustej mózgownicy.
- Ale ja kocham wujka! – wykrzyknęła i uśmiechnęła się szeroko.
- A on ciebie?
- Wujek też mnie kocha! – dziewczynka aż stanęła nogami na krześle. – Prawda, wujku? Kochasz mnie, prawda? – uwiesiła mi się na szyi.
- Prawda, prawda – mruknąłem, delikatnie gładząc ją po plecach. – Setsuko – odezwałem się, nim Crena zdążył wyjechać z kolejnym, genialnym tekstem – masz tu pieniążek – wcisnąłem jej w dłoń monetę. – Idź do automatu i wybierz sobie coś słodkiego – poleciłem.
Może nie było to zbyt dydaktyczne zagranie, jednak chciałem chociażby na chwilę odseparować od siebie tę dwójkę. Ucieszona latorośl Daichiego zeskoczyła z krzesła z furkotem halek różowej sukienki i radośnie skierowała się skocznym krokiem do stojącej nieopodal maszyny ze słodkościami. Trzylatka była już mistrzynią w jej obsługiwaniu…
- Czy tobie jest gorzej? – warknąłem na bruneta. – Przecież to dopiero dziecko, a ty się z nią kłócisz o jakieś pierdoły! – spojrzałem na niego ostro. – Ponoć jesteś starszy, więc bądź też mądrzejszy – poleciłem. – Daj jej spokój. Przecież za tydzień i tak nie będzie wiele z tego pamiętała… - zauważyłem.
- Serio lubisz tego dzieciaka, co? – wokalista wyszczerzył się zaczepnie. – Bronisz jej jak na prawdziwego księcia przystało – zaśmiał się.
- Po prostu walczę z ludzką głupotą, której nie toleruję – skwitowałem kwaśno. Niezrażony chłopak nie zwrócił jednak zbytniej uwagi na tą pośrednią obelgę.
- Załatwić ci miecz, żebyś mógł występować w pełnym rynsztunku podczas walki? – zachichotał. – No chyba, że zamierzasz używać tego, którym zostałeś obdarzony naturalnie… – parsknął śmiechem.
- No bardzo śmieszne – przewróciłem oczyma. – Żarty rodem z podstawówki. Masz świetne poczucie humoru – rzuciłem sarkastycznie. – Ty się chyba nie czujesz dzisiaj najlepiej, co? – uniosłem jedną brew w nonszalanckim geście.
- W istocie, niekoniecznie – przyznał, odchylając się na krześle. – Szczerze powiedziawszy to jestem trochę zazdrosny – rozłożył ręce. – Do mnie taką jawną miłością nie pałasz jak do tej małej – uśmiechnął się półgębkiem. – Co więcej, gdybym to ja zaproponowałbym ci małżeństwo, to pewnie byś mnie wyśmiał – cały czas szczerzył się jak głupi, mając ze mnie niezły ubaw.
- Cóż, może dlatego, że nie jesteś trzyletnią dziewczynką? – westchnąłem cierpiętniczo.
- A więc gustujesz w dużo młodszych, tak? – parsknął.
- Przymknij się! – kopnąłem go pod stołem, na co muzyk syknął. – Wygadujesz jakieś idiotyzmy i jesteś przy tym obrzydliwy! Weź się opanuj! – skarciłem go.
- To zostań przynajmniej moim boyguardem, jeśli możesz okupować tylko jedno stanowisko księcia! – przyłożył grzbiet dłoni do czoła w teatralnym geście.
- Zaczynasz mi poważnie działaś na nerwy… - warknąłem ostrzegawczo.
- No już, nie denerwuj się! – uniósł ręce w obronnym geście. – Nie chciałem cię rozzłościć – zapewnił i nieco spuścił z tonu. – Niemniej, nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo opiekuńczy się stałeś względem tej małej – wyznał. W odpowiedzi spojrzałem na niego zdziwiony. – Naprawdę o nią dbasz. Ciężko tego nie zauważyć – Ketsueki uśmiechnął się ciepło. – Rozmawiałem na ten temat z Daichim… Aż dziw bierze, że mimo tego, iż sam raczej nie zaznałeś zbyt wiele domowego ciepła, co mogę wywnioskować chociażby z twoich obecnych relacji z matką, to sam z takim powodzeniem dajesz jej wszystko to, czego sam nie miałeś – sięgnął przez stół po moją dłoń. – Traktujesz ją jak prawdziwą, małą księżniczkę. Udajesz przy tym niewzruszonego i niezainteresowanego, bo taki już jest twój styl i maska, którą przywdziałeś, ale w gruncie rzeczy troszczysz się o nią jak o największy skarb. Dajesz jej tyle ciepła, że mała nawet w wieku trzech lat jest gotowa zwiać od własnych rodziców dla ciebie – zachichotał. – Hiro, jesteś naprawdę dobrą osobą… - powiedział z jakimś ciepłym błyskiem w oku.
Nie mogłem znaleźć słów, aby mu odpowiedzieć. Szczerze powiedziawszy to nawet nie myślałem o tym w ten sposób… Czy to było możliwe? Czy naprawdę chciałem otoczyć to dziecko ciepłem, którego sam nie zaznałem? Ale z drugiej strony, skąd niby mógłbym wiedzieć, jak to zrobić? Jak mógłbym dać jej coś, czego sam nigdy nie dostałem? Czy to nie trąci lekkim paradoksem? Chociaż, jakby nie patrzeć, mówimy przecież o ludzkich uczuciach… W tej kwestii prawa fizyki niekoniecznie zawsze mają zastosowanie.
Wtem obok mnie znów pojawiła się Setsuko. Dziewczynka odtrąciła dłoń bruneta, spoglądając na niego spod byka. Z trzaskiem położyła na blacie stołu miniaturową tabliczkę czekolady. Zręcznie otworzyła opakowanie i poczęstowała mnie. W odpowiedzi na pytanie czy Crena również może się poczęstować jedynie wystawiła mu język i wtuliła się w moje ramię, zagarniając słodkości dla naszej dwójki. Chłopak znów się naburmuszył, a zaborcza trzylatka ani myślała poluźnić uścisk małych kleszczy tuż nad moim łokciem, przez co miałem wrażenie, że po pewnym czasie krew przestała mi dopływać do lewego przedramienia. Zaśmiałem się, obserwując tę dwójkę. Byli naprawdę komiczni. Kiedy tak na nich spoglądałem czułem spokój i radość. Nieprzyjemne uczucie ucisku i ciężarku w klatce piersiowej wydawało się już być dawno zapomnianym, nic nieznaczącym wspomnieniem. Czułem się wręcz błogo.

Mogłoby już tak zostać na zawsze…