Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Bóg chcąc nas ukarać spełnia nasze marzenia". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Bóg chcąc nas ukarać spełnia nasze marzenia". Pokaż wszystkie posty

"Uważaj, czego pragniesz" cz.7

Ten rozdział powstał w bólu i znoju ^^'' Mam nadzieję, że docenicie ten gest z mojej strony i uraczycie mnie jakimiś komentarzami, tym bardziej, że wiele osób domagało się kontynuacji tej serii C'':

Krótkie streszczenie poprzednich wydarzeń: Kouyou nie jest zadowolony z życia, jakie prowadzi jako chłopak. Uważa, że bycie dziewczyną ma wiele zalet i jakimś cudem akurat w dzień, w którym przynosi rodzicielce kolejną naganę za podrobione zwolnienie z zajęć wychowania fizycznego, dostaje to, czego chce. Następnego dnia budzi się jako Kiyoko i nikt nie pamięta jego poprzedniego "wcielenia" z wyjątkiem jego najlepszego przyjaciela, Rukiego. Takanori oraz uwięziony w damskim ciele Takashima zaczynają panikować, a Uruha z czasem odkrywa coraz więcej minusów przynależenia do płci pięknej. Największym z nim okazuje się jednak fakt, że jego przyjaciel najwidoczniej przestraszył się jego dziwnej przemiany, w szczególności, kiedy zorientował się, że Kiyoko może żywić do niego jakieś cieplejsze uczucia wykraczające poza stopę przyjacielską. Po drodze napatocza się kapitan drużyny koszykarskiej, Aoi, który widocznie jest zainteresowany Uruhą. Jego kuzynka, Yui, chodząca do klasy z Takashimą, próbuje pomóc mu w zdobyciu jego serca, jednak ten jest wyjątkowo oporny. Z czasem Yuu orientuje się, że jego działania są nieefektywne ze względu na blondyna pojawiającego się na horyzoncie, w którego zapatrzona jest jego wybranka serca. Niemniej, to nie zraża go do dalszych prób, a wraz z tym, jak Matsumoto staje się tylko coraz bardziej mglistym wspomnieniem, Shiroyama staje się położonemu w bardzo nietypowej sytuacji chłopakowi coraz bliższy, jednocześnie odkrywając jego sekrety...

"Uważaj, czego pragniesz" cz.7
(aka. "Bóg, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia")

- Nareszcie jesteś! - usłyszałem podniesiony głos rodzicielki, kiedy tylko przekroczyłem próg domu i nie zdążyłem nawet poinformować o swoim powrocie pozostałych domowników donośnym krzykiem. - Tata powiedział, że poszłaś uczyć się z koleżanką do biblioteki, ale na miłość pańską, ileż można spędzać czasu poza domem? - matka posłała mi zmartwione spojrzenie.
Po tym, jak kobieta zaciągnęła mnie siłą do ginekologa, będąc święcie przekonana, że zacząłem sypiać z Takanorim, przezornie wolałem nie mówić jej o żadnych spotkaniach z płcią przeciwną - bo prawdą było, że dzisiejsze popołudnie spędziłem na randce z Aoim. Wolałem przemilczeć tę kwestię i poinformować drugiego rodzica o późniejszym powrocie do domu, wykręcając się jakąś tanią wymówką... tak przezornie. Bo przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?
Na usta cisnęła mi się burkliwa odpowiedź: "Długo.", bo w istocie nie spieszyło mi się jakoś specjalnie do domu, jednak całe szczęście udało mi się opanować i ugryźć w język, zanim chlapnąłem coś głupiego, czego później mógłbym srogo żałować.
Nawet ojciec, który zazwyczaj pracował od rana do nocy, przez to tak naprawdę nie miałem zbyt wiele okazji, żeby się z nim widzieć, był już w domu, co świadczyło o tym, że moje spotkanie z brunetem faktycznie trochę przeciągnęło się w czasie. Nie żałowałem jednak tego, w jaki sposób spędziłem dzisiejsze popołudnie. Nie rozpatrywałem go w kategoriach czasu straconego. Ani trochę. Właściwie to nawet nie pamiętałem, kiedy ostatnio czułem się tak dobrze przy drugiej osobie - tak swobodnie, beztrosko, bezpiecznie...
Tata siedział przy stole w jadalni i czytał gazetę po dopiero co skończonym posiłku, o czym świadczyły wciąż stojące przed nim brudne naczynia. Ojciec rzucił mi znudzone spojrzenie znad lektury, które niby w żaden sposób nie wyrażało dezaprobaty względem mojego późniejszego powrotu, jednak jego mina mówiła mi, że już mnie rozgryzł. Wiedział, że wcale nie poszedłem się uczyć tylko zasłaniałem się zakuwaniem jako wymówką. Dał mi to jasno do zrozumienia szybkim, chłodnym spojrzeniem, jednak nie skomentował w żaden sposób mojej postawy ani nie wyglądało na to, żeby zamierzał wyciągnąć wobec mnie żadnych, późniejszych konsekwencji. Ot po prostu domyślił się mojego małego kłamstewka. Niemniej, sam fakt, iż zostałem tak szybko zdemaskowany dowodził tego, że byłem słabym kłamcą... albo zwyczajnie nasze męskie jaźnie i podświadomości wciąż umiały się ze sobą jakoś podprogowo porozumiewać i działały na jednych falach, nawet jeśli moja męska jaźń była uwięziona w kobiecym ciele, i z tej racji mężczyzna szybko domyślił się prawdy.
- Daj jej spokój - fuknął rodzic, który wyglądał na równie poirytowanego przesadną troską matki w ostatnich dniach jak i ja sam. - Przecież uprzedziła, że wróci później i powiedziała, gdzie będzie. Poza tym dziewczyna też musi mieć jakiś znajomych - stanął po mojej stronie, za co miałem wielką ochotę podejść do niego i wyściskać, wymownie zajmując miejsce za jego plecami, pokazując tym samym kobiecie, że stanowiliśmy dla niej opozycję.
- No tak, ale... - rodzicielka chciała kontynuować, jednak jej małżonek nie dał dojść jej do słowa.
- Mówię ci przecież, żebyś dała spokój. Nie możesz zamykać Kiyoko w domu niczym ptaka w złotej klatce! - prychnął. - Ona też musi od czasu do czasu wyjść i spotkać się z przyjaciółmi - upierał się przy swoim.
- Właśnie! - w końcu nie wytrzymałem i włączyłem się do rozmowy. - Bo tak się jakoś złożyło, że po ostatniej twojej aferze jednego, a właściwie to jedynego przyjaciela, jakiego miałem, już straciłem... - spojrzałem na matkę z urazą.
- Pokłóciliście się z Takanorim? - zdziwiła się.
- Nie, on mnie unika - wyjaśniłem. - Zwiewa na mój widok, jakbym roznosiła trąd - westchnąłem ciężko, jednak postanowiłem nie brnąć w ten temat zbyt daleko, gdyż na twarzy rodzicielki mogłem dopatrzeć się prawdziwej skruchy. 
Dobra, co się stało, to się nie odstanie. Chowanie wiecznej urazy nie pozwoli mi zawrócić czasu ani tym bardziej Matsumoto, który zdawał się zacząć ode mnie stronić wcale nie z powodu mojej nagłej i niewyjaśnionej zmiany płci ani też tego, że moja matka mogła wziąć nas za parę, podobnie jak i większa część szkoły, ale zwyczajnie faktu, iż zapewne domyślił się, że zaczął mi się podobać w sposób, w jaki chłopcy podobają się dziewczynom. Musiałem w końcu zakopać wspomnienia o tym moim małym, traumatycznym piekle, które prawdopodobnie już na zawsze pozostanie skazą na mojej pamięci i psychice, zgotowanym mi przez własną matkę. Musiałem nauczyć się z tym jakoś żyć i być ponad to.
- Ale teraz tyle mówi się o tym, że samotne podróże dla dziewcząt są takie niebezpieczne! A co, jakby cię ktoś zaczepił? Albo wciągnął do jakiegoś ciemnego zaułka? - ściągnęła brwi zmartwiona, na co ja ledwo powstrzymałem się od teatralnego wywrócenia oczyma. - Obiecaj mi tylko, że będziesz ostrożna - poprosiła.
- Będę - zgodziłem się, po czym chwyciłem ponownie swoją torbę, która uprzednio zostawiłem na podłodze, kiedy zdejmowałem buty i kurtkę, i ruszyłem do swojego pokoju.
Rzuciłem torbę z książkami na łóżko i zamknąłem drzwi nogą, gdyż zamierzałem się przebrać. Zrzuciłem spódnicę i zacząłem rozpinać guziki koszuli wchodzącej w skład mundurka szkolnego, kiedy nagle zatrzymałem się przed lustrem. Obrzuciłem uważnym, krytycznym spojrzeniem swoje odbicie. Po jaką cholerę ktoś niby miałby mnie zaczepiać? Że niby mógłbym wpaść komuś w oko? Miałem za małe oczy, za duże usta, krótką szyję... Rozchyliłem poły koszuli, żeby przyjrzeć się własnemu ciału. No tak, widocznie ciągłe wymigiwanie się od zajęć sportowych, wahania hormonalne oraz pocieszanie się znacznie przekraczającymi normę ilościami czekolady nie wpływały zbawczo na moją sylwetkę. Przydałoby mi się trochę zgubić. Skrzywiłem się, zastanawiając się, jak mogłem doprowadzić się do takiego stanu. W ostatnim czasie przez rozchwianie emocjonalne faktycznie nie przywiązywałem zbytniej uwagi do tego, co i ile jadłem. Jeśli byłem smutny, to zwyczajnie zagłuszałem swoje emocje czymś słodkim, co teraz wyszło mi bokiem - dosłownie, bo teraz dodatkowy wałek tłuszczu kładł się na moim biodrze, a przecież mógłbym przysiąc, że wcześniej go tam nie było! Sapnąłem ciężko niezadowolony sam z siebie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Mimo wszystko wziąć się za jakieś ćwiczenia i dietę. 
Niestety, jako kobieta miałem wolniejszy metabolizm, który był dodatkowo spowalniany przez hormony, estrogen i progesteron, i ich wahania, które sprzyjały odkładaniu się tkanki tłuszczowej. Dla odmiany, testosteron w ciele mężczyzny przyspieszał proces spalaniu tłuszczu, podobnie jak i kortyzol, hormon stresu. Z tej racji nigdy wcześniej, aż do teraz nie musiałem zawracać sobie głowy swoją wagą oraz tym, jak wyglądałem bez ubrań. Jako chłopak nigdy nie miałem problemów z wagą czy wyglądem, nawet jeśli nie byłem typem sportowca. Teraz jednak byłem dziewczyną i jakby tego wszystkiego wciąż było mało i niewystarczająco, kortyzol wywierał na mnie zupełnie odwrotne działanie niż wcześniej. Dodatkowo ułatwiał odkładaniu się kolejnych wałeczków w różnych częściach mojego ciała, nie wspominając już o tym, że zostałem także pozbawiony zasobów zbawczego testosteronu, przez co przybrało mi się tu i ówdzie.
Teraz skończyło się to, co dobre i trzeba było stanąć oko w oko z brutalną rzeczywistością. I coś na nią zaradzić. Bo przecież wiosenna przerwa już tuż, tuż, a co jeśli klasa zorganizuje wyjazd na plażę? Albo jeśli wybierzemy się tam z rodziną? Jak ja się pokażę jako taki pączek w stroju kąpielowym?
Odwróciłem się, oglądając dokładnie każdy kawałek mojego ciała, kiedy nagle moją uwagę zwróciło... o mój ty smutku, czy to właśnie celulit zaczął mi się odkładać na tyłach ud?! No jeszcze tylko tego brakowało mi do pełni szczęścia! Nie ma co, niemal z każdym kolejnym dniem utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że bycie dziewczyną wcale nie było ani takie łatwe, ani takie przyjemne, jak to pierwotnie zakładałem. To była jakaś porażka. Cholerna, sromotna porażka. Chciałem już swoje stare ciało z powrotem.
Szczerze załamany przebrałem się w jakieś luźne ciuchy, które mogły ukryć moje zdecydowanie zbyt "krągłe" kształty. Zaraz po tym zakradłem się do łazienki, gdzie dopadłem wagi, chcąc mieć świadomość tego, jak katastrofa, jakiej dopatrzyłem się w lusterku, prezentowała się w liczbach.
No to, to już przechodziło wszelkie, ludzkie pojęcie! Jeszcze nigdy w życiu tyle nie ważyłem! I ja miałem uwierzyć, że ktoś niby mógłby się zainteresować takim spaślakiem, jak ja? Że niby ktoś mógłby się zacząć do mnie zalecać w metrze albo zaciągnąć mnie za jakiś ciemny załom muru ze sprośnymi intencjami? I co jeszcze? Może jeszcze mam uwierzyć w to, że świnie latały po niebie? Pff, dobre sobie!... 
No, dobra... ale w takim razie pozostawało pytanie, czego też mógł dopatrzyć się we mnie kapitan szkolnej drużyny koszykarskiej i nie dość, że chciał się ze mną umawiać, to w dodatku był w tym taki nieustępliwy i zaciekły. Co on we mnie widział? A może miał zwyczajnie jakąś wadę wzroku i uciekały mu jakieś szczegóły? Z drugiej strony, gdyby ta teoria była jednak prawdziwa, prawdopodobnie kiepsko by mu szło z celowaniem piłką do kosza, toteż z całą pewnością nie zostałby kapitanem drużyny koszykarskiej, prawda?
Niezależnie od tego, co widział lub czego chciał dopatrzyć się we mnie Shiroyama, postanowiłem wziąć się za siebie. Chociażby dlatego, że sam nie byłem zadowolony z tego, jak wyglądałem. Jeżeli zamierzałem poczynić jakieś zmiany odnośnie mojego trybu i stylu życia oraz diety, musiałem być w tym stosunkowo dyskretny, żeby matka znów się nie przyczepiła. Jeszcze gotowa byłaby bezpodstawnie zarzucić mi, że się głodzę albo zacząć kłaść mi do głowy takie dyrdymały jak to, że mając "trochę więcej" na sobie mogłem czuć się bezpieczniej podróżując w pojedynkę. Niby w jakiś sposób była to prawda, jednak ja wciąż nie uważałem się za wystarczająco urodziwego i atrakcyjnego, żeby ktokolwiek mógł zacząć mnie zagadywać w miejscu publicznym, żeby nie mówić już o tym, że ów osoba mogłaby posunąć się dalej, do jakiś bardziej radykalnych zagrywek, które przecież były bardzo źle postrzegane przez większość społeczeństwa. Poza tym, koniec końców ponoć mieszkaliśmy w najbezpieczniejszym kraju na świecie, prawda? No właśnie. To o czymś świadczyło. Nie było się, czego obawiać. O jakiś porwaniach czy gwałtach słyszało się sporadycznie, a to i tak zawsze były wiadomości dotyczące jakiś dalekich, postronnych osób trzecich. Nigdy nie spotkałem w cztery oczy żadnej osoby, która mogłaby mieć podobne przejścia za sobą, przez co w mojej własnej opinii zagrożenia czekające na niewinne, słodkie i bezbronne panienki podróżujące na własną rękę były zwyczajnie rozdmuchane przez media. I przez moją matkę. Takie rzeczy nie działy się przecież na porządku dziennym, prawda?

*** 

- I jak było na randce z Yuu-kun? - zapytała podekscytowana kuzynka chłopaka, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczami.
- Bardzo miło - przyznałem zgodnie z prawdą, uśmiechając się do własnych wspomnień. - A czy... czy on ci o czymś wspominał? Albo mówił czy mu się podobało? - zapytałem nieco zawstydzony.
- No właśnie nic mi, głupek jeden, nie powiedział! - naburmuszyła się. - Powiedział, że to wasza sprawa i że mam się nie wtrącać, ale przez cały wieczór szczerzył się jak głupi do sera do siebie, więc myślę, że jemu tez się podobało - wyjaśniła, uspakajając mnie trochę. - No właśnie... umówiliście się już na następne spotkanie? - zapytała ciekawsko.
- Nie, jeszcze nie - mruknąłem. - Ale będziemy mieć przecież jeszcze okazję spotkać się i przedyskutować to w szkole, prawda? - próbowałem uspokoić tym pomysłem zarówno ją, jak i siebie. Brunetka w odpowiedzi pokiwała mi głową, przyznając mi rację. - A właśnie, Yui... - zająknąłem się zakłopotany. - Słyszałaś może o jakiś dobrych i skutecznych dietach? - zapytałem przyciszonym głosem, żeby inni nas nie usłyszeli.
- Co? - zdziwiła się. - Ach, nie... - westchnęła. - Nigdy nie interesowałam się takimi rzeczami - wyznała. - A co? Po co ci dieta? Chcesz się odchudzać? - spojrzała na mnie jak na kosmitę.
- Noo... - przyznałem niechętnie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. - Wydaje mi się, że to by mi nie zaszkodziło. Przydałoby mi się zrzucić parę kilo. W ostatnim czasie pozwalałam sobie na trochę zbyt wiele - cmoknąłem niezadowolony sam z siebie.
- Ach, rozumiem... - dziewczyna wyszczerzyła się cwaniacko, spoglądając na mnie z miną, jakby była pewna, że już mnie rozszyfrowała.
- Co takiego niby rozumiesz? - ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Widzę, że w takim razie naprawdę zależy ci na tym, żeby zrobić na Yuu dobre wrażenie, skoro już po pierwszej randce z nim zaczynasz myśleć o dietach i takich sprawach - parsknęła śmiechem.
- To wcale nie przez niego ani nie dla niego! - naburmuszyłem się, zakładając ręce na piersi. - Robię to sama dla siebie! Żeby lepiej wyglądać! Żeby być zdrowsza! - wyliczałem na palcach.
- Jasne, tak sobie wmawiaj - zaśmiała się brunetka. - Więc rozumiem, że nie zamierzasz ominąć dzisiejszych zajęć sportowych? - spojrzała na mnie z ukosa.
- Cóż... na to wygląda - sapnąłem ciężko.

*** 

Może to było trochę głupie z mojej strony, ale jeśli chciałem szybko uzyskać pewne rezultaty, musiałem się trochę poświęcić i pchnąć się w stronę nieco bardziej radykalnych rozwiązań niżby tych zdroworozsądkowych. W tym wypadku zdecydowałem się w ogóle zrezygnować z lunchu. Byłem wykończony po zajęciach wychowania fizycznego. Nie ćwiczyłem już od tak dawna, że moja kondycja była absolutnie zerowa. Dodatkowo fakt, że postanowiłem zrezygnować z całego, jednego posiłku przekładał się na to, że nie miałem zbyt wiele energii. Byłem głodny, jednak postanowiłem to zignorować, poświęcając się dla celów wyższych. Żeby uniknąć wszelkich pokus i nie wystawiać się na niepotrzebne próby siły charakteru i stalowej siły woli postanowiłem ominąć stołówkę szerokim łukiem. Podczas długiej przerwy udałem się zatem na dach budynku. 
Dziś na zewnątrz było wyjątkowo ładnie i słonecznie, choć wciąż dość chłodno, dlatego zdecydowałem się zabrać ze sobą kurtkę. Postanowiłem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza przed kolejnymi godzinami spędzonymi na siedzeniu sztywno w ławce. Ponad to, fakt, iż zdecydowałem się ominąć kantynę, do której skierowały się wszelkie tłumy, pozwalał mi trochę odpocząć. Całkiem przyjemnie było przechadzać się niemal całkowicie wyludnionymi korytarzami, a już tym bardziej cieszyć się ciszą i spokojem na dachu liceum, na którym zaszyły się zaledwie dwie grupki przyjaciół dzielących się bento.
Przysiadłem pod jedną ze ścian wejścia prowadzącego z powrotem do betonowych trzewi budynku, wystawiając twarz do słońca. Porywisty wiatr szarpał moimi wciąż mokrymi od potu włosami, jednak ten nie okazał się zbyt szorstki w obyciu. Był przyjemny i niósł ze sobą ten charakterystyczny, wciskający delikatny uśmiech na usta zapach powoli zbliżającej się wiosny. To dobrze, bo miałem już serdecznie dość szarugi i słoty jesieni i zimy.
Zacząłem już przysypiać na słońcu, kiedy nagle do rzeczywistości przywrócił mnie odgłos krztuszenia się lub kaszlu. Zaalarmowany otworzyłem z powrotem oczy i rozejrzałem się dookoła tylko po to, żeby dojrzeć w odległości kilku metrów Rukiego, który najwyraźniej jakoś feralnie zaciągnął się swoim papierosem i teraz zginał się w pół, zanosząc się kaszlem, od którego aż załzawiły mu oczy.
- W prządku? - zapytałem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do niego. Chłopak tylko wyciągnął rękę w uspakajającym geście i wyprostował się. Uderzył się jeszcze kilka razy pięścią w pierś, przełykając z trudem i ocierając łzy, które spłynęły mu po twarzy rękawem marynarki. - Coś się stało? - zaniepokoiłem się.
- Nie, wszystko w porządku - machnął lekceważąco ręką. Spojrzałem na niego podejrzliwie, nie będąc przekonanym, co do jego prawdomówności. - Słyszałem, że w końcu dałaś się namówić, żeby wyjść z tym całym Shiroyamą... - burknął, chcąc zmienić temat, żebym dał mu już spokój.
- Ach, tak... zgadza się - przytaknąłem, jednak nie zamierzałem zagłębiać się w żadne szczegóły, gdyż wydawało mi się, że Takanori wcale nie byłby zadowolony, gdyby musiał wysłuchiwać przedłużającej się opowieści o mojej randce.
- Wciąż nie rozumiem, co ci się w nim podoba... - prychnął, przewracając oczyma, na co ja tylko wzruszyłem ramionami. 
Właściwie to chciałem mu powiedzieć, że przede wszystkim w brunecie podobało mi się to, że ten cały czas był blisko i uczepił się mnie jak rzep psiego ogona, co początkowo było dość uciążliwe, ale potem... potem, jak Matsumoto właściwie zostawił mnie na własną rękę samego, Aoi stał się dla mnie wielką pomocą i wsparciem. Chciałem zarzucić stojącemu przede mną chłopakowi, że moja obecna sytuacja go przerosła, że się przestraszył i wycofał... ale cóż, najwyraźniej wyglądało na to, że dochodziłem do wprawy, jeśli chodziło o gryzienie się w język w odpowiednim momencie, zanim powiedziałem zdecydowanie za dużo. Lepiej, żeby moje pewne myśli nigdy nie ujrzały światła dziennego i pozostały w ciemnicy mojego umysłu.
- A ty znalazłeś już sobie kogoś? - zapytałem, chcąc podtrzymać jakoś rozmowę i przy okazji skierować ją na jakieś inne tory niżby temat kapitana drużyny koszykarskiej, gdyż to nie mogłoby się dobrze skończyć.
- Ja? - blondyn spojrzał na mnie zdziwiony oczami wielkimi jak spodki wchodzące w zestaw do herbaty. - Ja... nie... przecież wiesz, że nie... - wydukał, speszony spuszczając spojrzenie na ziemię, na która następnie rzucił niedopałek i przydeptał go nogą.
- Wydaje mi się, że, odkąd nie spędzamy już ze sobą tyle czasu, plotki o tym, jakoby mielibyśmy być parą ucichły, więc nie myślę, żeby mógł to być dla ciebie jakiś problem - rzuciłem dość luźno. Chłopak na te słowa aż cofnął się o krok, zupełnie tak, jakbym go uderzył i spojrzał na mnie dziwnie. - Mam przez to na myśli... no wiesz, możesz umawiać się, z kim chcesz - rozłożyłem ręce, tym samym chcąc dać mu do zrozumienia i próbując przekonać go, że jego wcześniejsze przeświadczenie o tym, jakobym mógł obdarzyć go jakimiś głębszymi uczuciami, było błędne, nawet jeśli w istocie było ono bardzo adekwatne i na miejscu. 
Nie mogłem mu jednak tego powiedzieć. Nie mogłem mu wyznać prawdy, nawet jeśli w przeszłości Taka był jedyną osobą, przed którą nie miałem żadnych tajemnic, przed którą nic nie kryłem i której zawsze wszystko mogłem powiedzieć, bo... no właśnie, bo co? Bo wiedziałem, że ten nie będzie mnie osądzał. Nie wyciągnie żadnych konsekwencji wobec mnie, niezależnie od tego, na co się porwałem. Bo ten słuchał, czasem stroił sobie ze mnie żarty, wspierał. I tyle. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Musiałem udawać i grać najlepiej jak potrafiłem. 
Nie nie było, po co dłużej się oszukiwać. Jeśli nie chciałem być raniony w nieskończoność, to prawdopodobnie musiałem zapomnieć o moich uczuciach żywionych do Rukiego i skupić się na Yuu lub kimkolwiek innym. Koniec końców Takanori mocno mnie rozczarował. Uciekł i zostawił mnie samego sobie, kiedy ja go potrzebowałem. To bolało. Miałem go za przyjaciela, a ten odwrócił się ode mnie jakby nigdy nic, kiedy zaczęło robić się gorąco i pod górkę. Wciąż miałem mu to trochę za złe, tym bardziej, że ten nie wyrażał swoją postawą żadnej skruchy lub chęci zrekompensowania mi swojej winy, jednak zmuszony byłem przełknąć swój gniew i żal. 
- Chyba powinieneś powoli zacząć myśleć o tych sprawach, prawda? - zauważyłem. - Masz już przynajmniej kogoś, kto ci się podoba? - dociekałem.
- Cóż... nie... - przyznał cicho.
- Rozchmurz się - szturchnąłem go, uśmiechając się na pocieszenie. - Wystarczy się tylko trochę rozejrzeć! Dookoła jest wiele ładnych i miłych dziewczyn! - zapewniłem go. Akurat w momencie, kiedy chciałem dodać coś jeszcze, odezwał się mój telefon. - Halo? - odebrałem bez uprzedniego patrzenia na wyświetlacz, kto też do mnie dzwonił.
- Gdzieś ty się zaszyła, co? Szukam cię po całej szkole, a ty wsiąknęłaś jak kamień w wodę! - rozpoznałem głos bruneta po drugiej stronie. Już same brzmienie jego głosu w słuchawce wprawiało mnie w dobry nastrój. 
- Jestem na dachu szkoły - wyznałem. - A gdzie ty jesteś? Może zdążymy się jeszcze spotkać przed końcem przerwy...
- Jestem na głównym hallu.
- Już schodzę - zapewniłem, po czym nie czekając, rozłączyłem się. - Muszę już iść - rzuciłem przepraszające spojrzenie Matsumoto.
- Znowu Aoi, tak? - fuknął, przewracając oczyma.
- Tak - przytaknąłem i wcale nie czując się winny skierowałem się w stronę schodów. 
Przyjemnie było choć raz być tym, który odchodzi, a nie tym, który ogląda czyjeś plecy. Może to nie było zbyt miłe zagranie z mojej strony, jednak blondyn musiał w końcu zrozumieć, że nie byłem wiecznie do jego dyspozycji, niezależnie od tego, co by się stało. Jeżeli on nie traktował mnie poważnie i z należytym szacunkiem, to ja nie zamierzałem traktować go w żaden inny sposób. Choć raz chciałem dać mu posmakować tego, czym ten karmił mnie przez ostatnich kilka tygodni i wiedziałem, że udało mi się osiągnąć zamierzony cel przez jego krzywą, marsową minę. Nie mniej mi tego za złe, Taka! Odpłacam się tylko pięknym za nadobne!

*** 

Siedziałem właśnie we własnym pokoju z niemniej skrzywioną miną niż mój zdradziecki przyjaciel tego popołudnia. Pomimo zamkniętych drzwi wciąż dolatywały mnie smakowite zamachy dochodzące z kuchni na parterze, co nie poprawiało mi humoru w żaden sposób. Byłem niesamowicie głodny, jednak podjąłem mocne postanowienie poprawy i zamierzałem wytrwać w swojej diecie. Próbowałem dodatkowo motywować się, myśląc o tych wszystkich szczupłych, pięknych gwiazdach, którym chciałem dorównać, jednak głód był okropny. Zarezerwował dla siebie znaczącą część moich zdolności umysłowych, skutecznie ograniczając moją produktywność do... niemalże zupełnego zera. Huh, i jak ja mogłem kiedykolwiek myśleć, że bycie dziewczyną może być w jakikolwiek sposób proste i przyjemne?
To było jak wieczne, niekończące się katusze...
Siedząc tak na materacu mogłem kątem oka dostrzec własne odbicie w lustrze. Z braku laku i chęci odwrócenia własnej uwagi od donośnego burczenia w brzuchu skupiłem się na właśnie na nim - tym razem nie zamierzałem jednak wytykać sobie żadnych, choć niezaprzeczalnie tak licznych niedociągnięć i niedoskonałości w moim wyglądzie. Wciąż nie przyzwyczaiłem się jeszcze do oglądania dziewczęcej twarzy i sylwetki za każdym razem, kiedy przechodziłem koło jakiejś witryny sklepowej lub właśnie lustra. To po prostu... było w jakiś sposób złe... niepoprawne. A przynajmniej w moim odczuciu. Bo przecież byłem chłopakiem. Wiedziałem to. Moja mentalność nie zmieniła się ani trochę, a jednak mimo wszystko wciąż pozostawałem zamknięty, uwięziony w kobiecym ciele.
Przyjrzałem się sobie dokładnie. Miałem nieprzyjemne wrażenie, jakbym, zamiast spoglądać w zwierciadło, natknął się na wyjątkowo upierdliwego babsztyla, który uparł się, żeby skrupulatnie kopiować każdy mój ruch czy najmniejszy gest. Bo, kiedy ja podnosiłem rękę, ona robiła to samo. Kiedy ja marszczyłem czoło, ona mnie papugowała. W jakiś sposób wciąż nie mogłem przyzwyczaić się i przyjąć do wiadomości sytuacji, w której przyszło mi się znaleźć. Starałem się o tym zbyt wiele nie myśleć, jednak faktem pozostawało, że po powierzchni mojej podświadomości wciąż pływało jedno pytanie: "Kiedy to szaleństwo wreszcie się skończy?".
Do tej pory jako chłopak byłem dość zniewieściały, pragnąłem stać się kobietą no i oto za sprawą przewrotności losu lub złośliwości jakiś istot wyższych dostałem to, czego chciałem. Jako mężczyzna miałem długie włosy, malowałem się, malowałem paznokcie, farbowałem i spędzałem całkiem niemało czasu na układaniu włosów, interesowałem się modą, stroniłem od sportów i wszelakich wysiłków fizycznych, lubowałem się w tandetnych romansach... Robiłem wszystkie te rzeczy, którym ogół społeczeństwa przykleił łatkę "niemęskich". Czy wystarczyło zatem odwrócić cały ten proces, żebym odzyskał swoje dawne ciało?
Chwyciłem za własne włosy i zawinąłem je wokół palców, próbując wyobrazić sobie, jak mógłbym wyglądać, gdybym ściął je co najmniej do ramion albo i jeszcze krócej. W końcu krótkie obcięcie było "chłopięce", prawda? 
Może tak, może nie, ale jeśli nawet, to ja jakoś nie widziałem siebie w krótkich włosach. Lubiłem je w takiej długości, w jakiej były. W końcu musiałem długo czekać, żeby te w końcu tak urosły. Nie zamierzałem poświęcić tego orgomu cierpliwości i kroci wydanych na specyfiki pielęgnacyjne ze względu na jakiś przelotny kaprys i pomysł, który przypadkiem wpadł mi do głowy.
Może byłoby zatem lepiej, gdybym wziął się za własną szafę? Gdybym zaczął nosić się bardziej "męsko"? Niemniej, mój styl w najkrótszy i najbardziej pobieżny sposób można było określić jako rockowy - a z tego, co mi się wydawało, ten nie posiadał dalszych odnóg, które mogłyby sprecyzować, co było typowo "kobiece", a co "męskie" w czarnych skórach i srebrnych ozdobach, prawda?
Więc co mi pozostawało? Zachowywanie się jak tomboy i liczenie na najlepsze - w tym wypadku na to, że mój plan jakimś cudem jednak wypali? No cóż, obiecałem sobie, że wezmę się trochę za sport, więc przynajmniej tyle w tym wszystkim dobrego...
Westchnąłem ciężko, mając tego wszystkiego już po dziurki w nosie. W chwilach takich jak ta, to znaczy, kiedy nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, zazwyczaj sięgałem po gitarę i tym razem nie było inaczej. Zacząłem improwizować, nie mając ochoty ćwiczyć żadnych konkretnych utworów. Tkwiłem w głębokim przekonaniu, że gdybym wziął się za covery, zapewne nic by z tego nie wyszło, gdyż nie mógłbym się skupić ani na nutach, ani na wymagających chwytach i szybkich przejściach. Nie mając prawie żadnej energii dostarczonej z jedzenia czułem się w jakiś sposób... spowolniony. Nie tylko moje reakcje oraz refleks na tym wszystkim ucierpiały, ale także... moje procesy myślenia. Czułem się jak przestarzały model komputera, który z całych sił starał się odtworzyć nowoczesną, wymagającą pod względem graficznym i prędkości przetwarzania danych grę, jednak kiepsko mi to szło. CPU osadzone w mojej czaszce przegrzewało się, przez co niemal czułem swąd spalenizny i wcale wielce bym się nie zdziwił, gdyby z moich uszu zaczęły wytaczać się właśnie kłęby siwego dymu. Niewystarczająca ilość pamięci RAM sprawiała, że pewne procesy i pliki musiały zostać przeniesione do pamięci stałej i wędrowały tak w tą i z powrotem, przez co w rezultacie co chwila zacinałem się i traciłem wątek, orientując się, że nawet nie pamiętałem już, o czym tak właściwie myślałem. Nie mogłem się skupić i skoncentrować. Pięknie. Przypatrzcie się uważnie, drodzy widzowie, oto pierwszy w historii ludzkości przypadek, kiedy możemy zauważyć zjawisko nazwane "paging" u żywej, niezmechanizowanej istoty!
Moje rozmyślania zostały ponownie przerwane, tym razem za sprawą mojego telefonu. Znudzonym spojrzeniem obrzuciłem wyświetlacz, spodziewając się kolejnej wiadomości od Yui, ewentualnie Yuu, toteż zdziwiłem się, kiedy zorientowałem się, że właśnie dzwonił do mnie Tanabe.
- Halo? - odezwałem się niemrawo.
- Cześć, Kiyoko - przywitał się gospodarz klasy. - Wiesz, właściwie to dzwonię do ciebie z pewną sprawą, więc pozwolisz, że od razu przejdę do sedna sprawy, co? - rzucił bez owijania w bawełnę, na co ja przytaknąłem mu głową, mimo iż ten nie mógł tego zobaczyć. Chłopak nie czekał i od razu kontynuował. - W szkole będzie organizowany dzień otwarty i oprócz tego, że każda klasa musi przygotować coś specjalnego na tę okazję, na początku, zaraz po powitaniu odbędzie się mały pokaz muzyczny. Z tej racji nauczyciele szukają uczniów, którzy grają na jakiś instrumentach. Zdaje mi się, że ty grasz na gitarze, prawda? - upewnił się.
- No niby tak... - przyznałem z ociąganiem. Nie widziało mi się występować przez tłumem zasmarkanych gimnazjalistów i ich rodzicami... Poza tym w ogóle nie byłem raczej osobą, która pchała się na deski sceny, jeśli rozchodziło się o jakieś wystąpienia publiczne. - Ale nie rozumiem... Po co dzwonisz z tym do mnie? Czy uczniowie z klubu muzycznego nie powinni się tym przypadkiem zająć? - zauważyłem.
- Byłoby miło, gdyby ktoś z nich faktycznie mógłby zainteresować się tematem - prychnął. - Problem polega jednak na tym, że to nasz rocznik jest odpowiedzialny za pomyślny przebieg dni otwartych, a tak się jakoś złożyło, że wśród nas nie ma zbyt wielu muzyków - westchnął ciężko. - Więc jak, myślisz, że mogłabyś pomóc? Mogłabyś się dzięki temu zerwać bezkarnie z kilku lekcji, a ja daję ci moje słowo, że to przedstawienie dla dobra mojego, twojego, jak i całego ogółu zostanie zredukowane do rozmiarów nieuniknionego zła koniecznego - zapewnił.
Właściwie to branie sobie na głowę tych dni otwartych było mi potrzebne jak druga dziura w dupie. Miałem wystarczająco własnych obowiązków i umiałem skutecznie wypełnić wszelkie możliwe chwile wolnego czasu, jednak faktycznie widmo pominięcia kilku lekcji sprawiało, że musiałem zastanowić się i przekalkulować wszystkie "za" i "przeciw" raz jeszcze. Co jak co, ale trzeba było przyznać, że Yutaka był bardzo bezpośrednim gościem i potrafił odpowiednio dobierać argumenty, kiedy faktycznie mu na czymś zależało... lub kiedy był do czegoś zwyczajnie zmuszony, lub zobowiązany ze względu na pełnioną funkcję.
- No dobra - zgodziłem się.
- No i świetnie! - usłyszałem jak ucieszony klasnął w dłonie. - Takich ludzi właśnie potrzebujemy! Którzy nie gadają, nie wymigują się, a biorą się do roboty! - sapnął. Jego słowa naprowadziły mnie na trop, że zapewne nie byłem pierwszą osobą, do której dzwonił w tej sprawie i wyglądało na to, że większość moich poprzedników zostawiła chłopaka z negatywną odpowiedzią... co w jego szczególnym wypadku równało się z zostawieniem go z ręką w nocniku. - Dzięki wielkie i sorry za zawracanie ci głowy o tak późnej porze! Dam ci jutro znać, jak mniej więcej będą wyglądać próby, kiedy skompletuję już grupę! - obiecał.
- W porządku. W takim razie do jutra - pożegnałem się.
Przewodniczący klasy odpowiedział mi tym samym i rozłączył się. Musiałem przyznać, że nie znałem się zbyt dobrze z Tanabe, jednak wyglądał na bardzo pracowitego, zorganizowanego i w gruncie rzeczy całkiem fajnego gościa. Lubiłem w nim jego bezpośredniość. Życzyłbym sobie, żeby więcej ludzi potrafiło w tak jasny i precyzyjny sposób określić, czego ode mnie oczekiwali, tak jak potrafił to zrobić Yutaka. Życzyłbym też sobie, żebym to ja sam potrafił w dokładnie ten sam sposób sprecyzować, czego oczekiwałem od innych i samego siebie.
No, to w takim razie nie pozostawało mi już nic innego jak tylko czekanie na nadejście następnego dnia, żeby przekonać się o tym, co ten mógł ze sobą przynieść i jak oraz czym zaowocują podjęte przeze mnie już dziś decyzje... to znaczy, jak bardzo będę pluć sobie w brodę i przeklinać własną głupotę.
...a może nie? Może nie będzie znowu aż tak źle?

"Uważaj, czego pragniesz" cz.6

Aoi (…) czekał aż ponownie zacznę kontynuować i zwierzać mu się ze swojego problemu, ale ja nie zamierzałem robić nic podobnego. Chcąc zorientować się, ile czasu zostało jeszcze do dzwonka, wyciągnąłem telefon z kieszeni. (…) przez przypadek zamiast w skrzynkę odbiorczą, wszedłem w galerię zdjęć, dotykając sąsiadującej ikonki. Ta, dotykowe telefony mają swoje wady…
Nieczęsto przeglądałem zdjęcia zapisane na telefonie (…) na jednym [ze zdjęć] zostałem uchwycony razem z Rukim. Blondyn spoglądał na mnie urażony, robiąc przy tym śmieszną minę, podczas gdy ja naśmiewałem się z niego; ale co najważniejsze, na zdjęciu figurowałem wciąż jako chłopak!
Yuu zajrzał mi przez ramię. (…)
- Ten chłopak… jest bardzo podobny do ciebie… To twój brat? – zapytał, wskazując mnie w moim „poprzednim” ciele.
(…) - Nie – przygryzłem wargę. – To ja sam – wyznałem w końcu.

„Uważaj, czego pragniesz” cz.6
Tytuł alternatywny: „Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia”

- Co proszę? – Shiroyama spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. – Ty? – podniósł jedną brew. – W sensie, że to… miała być jakaś charakteryzacja czy jak? – zgadywał.
- I tu właśnie zaczyna się nasz problem – westchnąłem. – Już mi nie wierzysz, a to dopiero początek historii… - jęknąłem.
- Skoro nie chcesz mi nic powiedzieć, to chyba logiczne, że nie chcę uwierzyć, bo nie mam w co – rozłożył bezradnie ramiona. – To może pominiesz ten „niewiarygodny” wstęp tej historii i zaczniesz od środka, abym i ja chociaż w jakimś stopniu mógł zrozumieć, z czym przyszło ci się zmagać? – zaproponował.
- To bez sensu… - pokręciłem głową.
- Cóż… – brunet ledwo powstrzymywał się od wywrócenia oczyma. – Próbowałem być pomocny, ale skoro nie chcesz powiedzieć mi, o co chodzi, to nie będę naciskał – wzruszył ramionami. – Niemniej jeśli jest coś, na co mógłbym ci się przydać, to nie krępuj się i… - szykował się już do wstania ze swojego miejsca, kiedy nagle zatrzymałem go, zamykając w uścisku jego nadgarstek.
- W sumie... – zawahałem się. – Jest jedna rzecz, o którą chciałabym cię spytać – wydusiłem z trudem. – Co właściwie myślisz o przyjaźni damsko-męskiej? – wypaliłem szybko na jednym tchu.
- Przyjaźń damsko-męska? – powtórzył Yuu, zamyślając się na moment. – Szczerze powiedziawszy to moje zdanie na ten temat uległo zmianie, odkąd zobaczyłem, jak zachowujecie się wzajemnie wobec siebie z Takanorim… - urwał, widząc, że posmutniałem. – Chyba powoli zaczynam rozumieć… Cała ta sprawa kręci się wokół Rukiego, prawda? – upewnił się, na co ja niepewnie skinąłem głową. – Pokłóciliście się? – dociekał.
- Nie… Znaczy nie do końca… Nie myślę, żebyśmy się pokłócili… - plątałem się we własnych tłumaczeniach. – Tu chodzi raczej o to, że ludzie patrząc na nas, źle interpretują łączące nas więzi – próbowałem jakoś ładnie opisać sytuację, w której znalazłem się razem z Matsumoto. – Myślą, że jesteśmy parą…
- A ty chciałabyś, żebyście wciąż zostali tylko przyjaciółmi – wywnioskował, ponownie siadając na swoim miejscu. – Niestety jednak jest to niemożliwe, gdyż Taka-kun zakochał się w tobie, mam rację? – spojrzał na mnie badawczo.
- No… nie – wyznałem, spuszczając wzrok i rumieniąc się obficie. Kapitan szkolnej drużyny koszykarskiej drgnął, wyłapując mój przekaz podprogowy.
- A więc to ty się w nim zakochałaś – westchnął ciężko. – A więc klasyczna sytuacja… W takim razie wasza dwójka nie była wyjątkiem od tego… - skrzywił się, uciekając gdzieś spojrzeniem.
- „Klasyczna sytuacja”? – zdziwiłem się.
- No tak – wzruszył ramionami raz jeszcze. – W gruncie rzeczy stosunki damsko-męski dzielą się na, nazwijmy je tak, trzy grupy…
- A, jasne, rozumiem – przerwałem mu. – Matsumoto już mnie w tym uświadomił – poinformowałem go.
- Więc on chce, żebyście pozostali jedynie przyjaciółmi, podczas gdy ty chciałabyś, abyście stali się dla siebie kimś więcej, tak? – spojrzał na mnie umęczony.
- No… tak… - wydukałem, czując jak pieką mnie policzki.
- W takim razie znaleźliście się w trudnej sytuacji – skwitował.
W tym momencie rozbrzmiał dzwonek na lekcje. Oboje podnieśliśmy się ze swoich miejsc i ruszyliśmy w swoich kierunkach, nie zamieniając już ze sobą ani słowa. No to świetnie mi pomógł, nie ma co… Aż parsknąłem w duchu na tę myśl. Yuu obiecał mi pomóc w moim problemie, ale ostatecznie jego działania ograniczyły się tylko do tego, aby wyciągnąć ze mnie wszystkie informacje, pesząc mnie przy tym nieprzeciętnie. Doprawdy, widziałem w nim zadatki na psychologa!
Nim jednak zdążyłem dotrzeć skrzywiony pod salę lekcyjną, przypomniałem sobie o jednej, bardzo istotniej rzeczy. Zdałem sobie sprawę, iż brunet chciał się wcześniej ze mną umówić, ale musieliśmy przełożyć nasze spotkanie ze względu na nasze wspólne obowiązki. Fakt, iż chciał pójść ze mną na randkę, dowodził tego, że w jakiś sposób się mną interesował – a ja teraz zwierzyłem się mu z tego, że podoba mi się Ruki! Cholera, musiał przez to poczuć się strasznie! Nawet nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak ja bym się poczuł, gdyby przyszedł do mnie Takanori, oświadczając, że podoba mu się jakaś inna dziewczyna. Prawdopodobnie pękłoby mi serce…
Teraz przynajmniej jednak znałem powód, dla którego Aoi zareagował w taki a nie inny sposób…
Ech, nie ma co, ja to jestem zdolny! Może powinienem zacząć pisać jakieś poradniki, coś w stylu: „Jak spartolić życie swoje i innych w mniej niż dwadzieścia cztery godziny”. Cóż, po dłuższym zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, iż powinienem popracować nad nazwą, gdyż była bardzo długa (Kita-pon mistrzem wymyślania kilometrowych tytułów xD od aut.). Reszta jednak idealnie trzymała się kupy…

***

Z czasem można powiedzieć, że oddalałem się od wszystkich. Matsumoto nie towarzyszył mi już w drodze do szkoły, nie odwiedzał mnie, a mnie samemu było głupio do niego iść. W gruncie rzeczy nawet i tak nie miałem, co mu powiedzieć. Załóżmy, że otworzyłby mi drzwi, stanęlibyśmy twarzą w twarz… i co dalej? Miałbym rzucić mu się na szyję z jakimś desperackim wyznaniem miłosnym, typu: „Kochaj mnie!”. Przecież nie mogłem go do tego zmusić…
Niemniej bolało mnie to, iż w ostatnim czasie nie widywaliśmy się prawie wcale. Taka przewijał się szkolnymi korytarzami niczym duch. Nie mogłem go złapać podczas przerwy, nawet jeśli czekałem na niego pod klasą, w której powinien mieć zaraz lekcje. Czasem tylko zdarzyło się, iż udało mi się dostrzec jego blond czuprynę, kiedy przeciskał się w tłumie na schodach prowadzących na stację metra lub kiedy mijał już bramę wyjściową szkoły, podczas gdy ja dopiero co wyszedłem z budynku i nie miałem szans na dogonienie go.
Kapitan szkolnego klubu koszykarskiego również zaczął mnie unikać. W sumie, co się dziwić? Nie przysiadał się już do mnie podczas przerw obiadowych, nie zagadywał w metrze. Nawet Yui pytała się czy przypadkiem nie pokłóciłem się z jej kuzynem, gdyż ten przestał o mnie wypytywać, kiedy wcześniej miał to w zwyczaju robić jak szalony.
A więc za jedynego towarzysza robiła mi brunetka. Dziewczyna nawijała jak najęta bez żadnego konkretnego tematu chyba tylko po to, aby wypełnić ciszę, która pojawiała się, kiedy ta zamilkła. Ja odzywałem się rzadko, a nawet jeśli już to najczęściej komunikowałem się z nią za pomocą monosylab i głębokich pomruków. Stałem się nieco apatyczny. Myślami byłem gdzieś daleko, toteż nie za bardzo interesowały mnie kolejne sprawy, o których tak radośnie szczebiotała Yui.
I tak oto rozpoczął się efekt domina. Z tego wszystkiego nie mogłem skupić się na lekcjach, przez co dużo więcej czasu musiałem spędzać na naukę w domu. Ta jednak szła mi jak krew z nosa – boleśnie i powoli. W rezultacie moje oceny spadły. Z tego z kolei powodu moja matka zaczęła dociekać, co jest ze mną nie tak. Nie umknęło również jej uwadze, iż w ostatnim czasie byłem dość flegmatyczny i nie wykazywałem niczym większego zainteresowania. Rodzicielka próbowała ze mną rozmawiać, jednak ja za każdym razem odsyłałem ją z kwitkiem. Naruszyła moje zaufanie całą tą akcją z ginekologiem i posądzaniem mnie o sypianie z Takanorim. Bo jakie niby miałem gwarancje, że po wyznaniu jej, że zakochałem się w tym chłopaku, znowu nie odwali jakiś dziwnych scen? Jeśli chodziło o mamę, to wolałem przemilczeć wszelkie kwestie, jakie wiązały się ze związkami – zarówno w aspekcie psychicznym, jak i w aspekcie fizycznym.
Moja nieuwaga poskutkowała w końcu tym, że podczas rozgrzewki z piłkami do koszykówki na wychowaniu fizycznym oberwałem jedną z takowych piłek w nos. Przewróciłem się, przez co uderzyłem się jeszcze w głowę. Najgorsze jednak nadeszło później. Kiedy już z trudem wywindowałem się do pozycji siedzącej, poczułem spływające z nosa ciepło, które szybko dosięgło górnej wargi. Przyłożyłem rękę do twarzy, orientując się, że była to krew.
W zaistniałym wypadku zostałem wysłany do pielęgniarki. Yui chciała mnie odeskortować, ale ja zapewniłem, że dotrę do gabinetu o własnych siłach – tak też się stało. Zapukałem w białe drzwi oznaczone dodatkowo czerwonym krzyżykiem, jednak nie usłyszałem przyzwolenia na wejście ani żadnej innej odpowiedzi. Zdziwiony pozwoliłem uchylić sobie drzwi i zajrzeć do środka.
- R-Ruki? – wydusiłem z trudem, spoglądając na chłopaka, który siedział na jednym z łóżek i bawił się telefonem. Blondyn spojrzał na mnie równie mocno zdziwiony, co i ja na niego.
- Kiyoko? Ty krwawisz! – poderwał się na równe nogi i wprowadził mnie do gabinetu, ciągnąc za rękę. Usadził mnie na plastikowym krześle przed biurkiem pielęgniarki. – Co ci się stało? – zmartwił się, zaczynając krzątać się po pomieszczeniu zupełnie tak, jakby to on tu urzędował.
- W-f – odparłem lakonicznie. – Gdzie pielęgniarka? – zainteresowałem się.
- Powiedziała, że musi wyjść na chwilę – wzruszył ramionami, po czym wrócił do mnie po chwili z gazą.
Niczym zawodowy lekarz z wprawą i wyczuciem wytarł moją twarz z krwi, nie pozwalając mi zrobić nic samemu. Kazał mi się pochylić w rozkroku, po czym podał mi kolejne gazy, które już sam przykładałem sobie do nosa. Matsumoto zorganizował także skądś niewielki ręcznik, który zwilżył zimną wodą i położył mi na karku. Następnie klęknął przede mną na jednym kolanie, przyglądając mi się z dołu spojrzeniem pełnym politowania.
- Dlaczego ty zawsze musisz być taka kłopotliwa? – westchnął. – Nie jesteś wcale dziewczęca – wytknął mi, na co zaśmiałem się krótko.
- A tobie co się stało? – zapytałem.
- Udawałem, że głowa mnie boli – machnął lekceważąco rękę. – Po prostu nie chciało mi się siedzieć na historii – wzruszył ramionami. – Em, Kiyoko…? – zafrasował się.
- Tak? – zapytałem z nadzieją.
I właśnie w tym najgorszym momencie, kiedy Takanori był już bliski wypowiedzenia swojego pytania, drzwi otworzyły się, a w ich progu stanęła pielęgniarka. Kobieta widząc mnie, wręcz zbladła i złapała się za głowę, lamentując głośno:
- Człowiek tylko na moment wyjdzie do łazienki, a poszkodowani już ustawiają się w kolejce! – zawołała.
Podeszła do mnie, przejmując nade mną opiekę oraz przyglądając mi się uważnie, aby móc ocenić „zniszczenia”. Tym samym Taka został zmuszony do wycofania się, z czego byłem niezmiernie niezadowolony. Chłopak westchnął ciężko, po czym skierował się w stronę wyjścia.
- Już mi lepiej – rzucił. – Dziękuję i przepraszam za problem – mruknął, wychodząc z gabinetu.
Cholera, przecież on naprawdę nienawidził historii… Czy naprawdę wolał już siedzieć całą godzinę na znienawidzonym przedmiocie niżby spędzić chwilę ze mną?

***

Właśnie czekałem na metro na odpowiedniej platformie, jednocześnie wsłuchując się w smutne akordy melancholijnej piosenki, która leciała w moich słuchawkach. Czułem się naprawdę zawiedziony postawą Matsumoto… Myślałem, że byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, niemalże braćmi… a teraz on postanowił odsunąć się ode mnie w tym tak trudnym dla mnie okresie. To naprawdę bolało… tym bardziej, że tyle nagłych i nieplanowanych zmian miało miejsce w ostatnim czasie. Ruki był jedynym, z którym mogłem na ten temat porozmawiać, gdyż tylko i wyłącznie on wiedział o tym, że wcześniej byłem chłopakiem, jednak nie wyglądało na to, jakoby ten chciał mieć ze mną jeszcze coś wspólnego. Opuścił mnie, zostawiając samego sobie, kiedy ja naprawdę potrzebowałem wygadać się komuś zaufanemu i usłyszeć kilka ciepłych słów wsparcia. Chociażby takie trywialne: „Wszystko będzie dobrze.”… Chciałem usłyszeć, że Takanori zostanie przy mnie, że będzie blisko i że zawsze będę mógł zgłosić się do niego w potrzebie lub problemie… Co ja gadam, do diaska?! Tak naprawdę chciałem usłyszeć, że będzie blisko głównie dlatego, że to stwarzałoby dla mnie jakieś możliwości do zbliżenia się do niego w „ten” sposób. Chciałem, żeby był cały czas był obok mnie, ponieważ zadurzyłem się w nim. Chciałem, żeby on poczuł do mnie to samo…
Tymczasem on jednak, na przekór moim pragnieniom, wciąż tylko oddalał się ode mnie. Prawdopodobnie uznał mnie za jakiś wybryk natury, który znienacka zmienia płci, dlatego nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Cóż, no nie powiem… Było to dziwne, ale… Cholera jasna, a co, jeśli on zorientował się, że zaczął mi się podobać?! Nie znałem się zbyt dobrze na relacjach damsko-męskich, ale moje siostry twierdziły, że to bardzo łatwe do rozpoznania, kiedy komuś podoba się jakaś druga osoba. No to pięknie… Nie dość, że jego przyjaciel zamienił się w dziwadło, to jeszcze w dodatku zaczął interesować się nim w sposób, w który kategorycznie nie powinien był tego robić – tak, suma summarum, miał całkiem mocne powody do tego, aby zacząć mnie unikać…
Zacząłem zastanawiać się, co by się stało, gdybym któregoś dnia znów wrócił do swojego poprzedniego ciała. Czy gdybym znów stał się chłopakiem, Taka ponownie zechciałby się ze mną zadawać? Czy wszystko wróciłoby do starego porządku rzeczy, czy może nasze relacje zostały już skutecznie ostudzone na zawsze? Czy dzięki ponownej zmianie płci znów zmieniłby się mój tok myślenia na bardziej „męski”, przez co Ruki przestałby mi się podobać? Czy znów moglibyśmy być po prostu przyjaciółmi? No i co najważniejsze, czy on pamiętałby, że kiedyś byłem dziewczyną, czy jego pamięć na ten temat zostałaby skasowana, tak jak to było w przypadku innych?
Nim jednak zdążyłem znaleźć odpowiedź na którekolwiek z tych pytań, ktoś mnie zaczepił. Czując pukanie w ramię, wyciągnąłem słuchawki z uszu i odwróciłem się. Za mną stał nikt inny jak Yuu.
- Hej – przywitał się z pogodnym uśmiechem. Wyglądało na to, że poranną, dość niezręczną sytuację postanowił puścić w niepamięć. – Jak tam? – zagaił.
- Nienajgorzej – odpowiedziałem mu wymuszonym uśmieszkiem. – A u ciebie? – starałem się podtrzymać rozmowę z czystej kurtuazji.
- Całkiem dobrze – odparł. – Ale może być lepiej – dodał.
- Co przez to rozumiesz? – zdziwiłem się.
- Byłoby świetnie, gdyby w końcu udało nam się wyjść gdzieś wspólnie – wymownie przybliżył się do mnie. – W ostatnim czasie musieliśmy odłożyć nasze spotkanie, toteż pomyślałem, że może warto byłoby ci przypomnieć, iż wciąż jestem zainteresowany – zaśmiał się serdecznie. Może to dziwne, ale w jakiś sposób zdawało mi się, że chłopak mówił o tym wszystkim trochę zbyt głośno… - A jak z tobą? – zainteresował się.
- Tak, jasne…
- Świetnie – przerwał mi. Zadowolony wyszczerzył się, ukazując mi cały garnitur swoich zębów oraz klaszcząc w dłonie. – W takim razie co powiesz na… teraz?
- „Teraz”? – powtórzyłem skołowany. – Chwila, chcesz powiedzieć, żebyśmy wyszli gdzieś razem właśnie teraz? – spojrzałem na niego zszokowany.
- Pewnie – przytaknął. – Czemu by nie? – wzruszył ramionami i zaśmiał się raz jeszcze. – Skończyłaś już lekcje, prawda? – upewnił się, na co ja skinąłem mu głową. – Masz już jakieś plany na dzisiaj? – dociekał.
- No… nie – przyznałem zgodnie z prawdą.
- Więc myślę, że nie byłoby to wielkim problemem, gdybyś dała znać rodzicom, że wrócisz dziś do domu trochę później, prawda? – spojrzał na mnie niczym zbity pies, przez co po prostu nie mogłem mu odmówić.
- W sumie… no dobrze – zgodziłem się w końcu.
- Dziękuję – brunet uśmiechnął się powalająco, po czym objął mnie w pasie i cmoknął w policzek.
Czułem, jak nieznośne ciepło pełźnie po moich policzkach, przez co domyślałem się, że się zarumieniłem. Utwierdziło mnie w tym również to, że Shiro zaśmiał się już któryś raz z rzędu tego dnia. Aoi jakoś dziwnie rozglądał się po tłumie, który oczekiwał przyjazdu metra, zupełnie tak jakby kogoś w nim szukał. W tym samym czasie ja wyciągnąłem telefon i wysłałem wiadomość do taty, że idę z KOLEŻANKĄ do biblioteki, aby się pouczyć. Tym razem wolałem nie ryzykować – po pierwsze wolałem poinformować ojca o moich późniejszym powrocie, po drugie zdecydowałem się trochę nagiąć fakty, żeby po powrocie do domu matka nie odstawiła mi znowu żadnych cyrków tylko i wyłącznie z tego powodu, że spotkałem się z chłopakiem.
W tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że… zostałem zaproszony na randkę. To była moja pierwsza randka w życiu. Stresowałem się nieco, jednak zdawałem sobie sprawę, iż nawet gdybym posiadał jakieś „doświadczenie” w tych sprawach jako chłopak, na nic mogłoby mi się to zdać, gdyż teraz znajdywałem się w zupełnie innym położeniu, na zupełnie innej pozycji.
Wszystkie moje rozmyślania zostały przerwane przez nadjeżdżające metro, do którego następnie wsiedliśmy.

***

Ta nagła zmiana nastroju i nastawienia u Shiroyamy była dla mnie dość zagadkowa. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że rano musiałem go zranić, a teraz ten, jakby nigdy nic, zaprosił mnie na rankę, mimo iż wyznałem mu, że interesuje mnie ktoś inny. Z jednej strony wydawało się być to trochę nielogiczne, ale z drugiej… cóż, nie mogłem nie docenić jego uporu, który w pewnym sensie ocierał się nieco o masochizm. Zdawało się, że niezależnie od tego, co powiedziałem wcześniej, brunet będzie próbował zainteresować mnie swoją osobą do czasu, aż w końcu zapomnę o Takanorim. Podjął się bardzo trudnego zadania… ale dzięki temu też bardzo u mnie zapunktował. W ten sposób okazał mi przecież, jak bardzo mu na mnie zależy. Czy tego właśnie nie oczekiwały zawsze dziewczyny od swoich chłopaków – nieustannego zabiegania o nie, prezentowania na każdym kroku, jak bardzo mu na niej zależy? Yuu zachował się niemalże jak książę z bajki w moim mniemaniu. Zdawałem sobie sprawę, że podjęcie się takiego wyzwania z pewnością kosztowało go wiele nerwów i początkowo wymuszonych uśmiechów, dlatego nie zamierzałem pozostać na to obojętnym. Obiecałem sobie dołożyć wszelkich starań, aby odwrócić wzrok od Matsumoto i skierować go na kapitana drużyny koszykarskiej. On przynajmniej szczerze się mną interesował. Nie zwiał w chwili, kiedy go potrzebowałem. Pomimo tego, że go zraniłem, został przy mnie. Nie mogłem pozostać bierny wobec tego wszystkiego.
Przechadzaliśmy się właśnie deptakiem tuż nad zatoką. Słońce już zachodziło, barwiąc niebo na złocistopomarańczowy kolor. Płynne złoto nad naszymi głowami było bezchmurne i piękne jak chyba nigdy dotąd. Porywisty, choć niezbyt zimny wiatr targał moimi włosami. Chłopak przezornie pożyczył mi swoją kurtkę, którą ja zarzuciłem jedynie na ramiona, opatulając się nią. Pozwalałem, aby Aoi luźno obejmował mnie w pasie, podczas gdy ja dwoma rękami przytrzymywałem poły jego kurtki. Wciąż byłem nieco skrępowany, kiedy myślałem o tym, aby go przytulić, gdyż było to dopiero nasze pierwsze spotkanie, ale fakt, iż on obejmował mnie był bardzo przyjemny. Szedłem wtulony w jego bok, opierając głowę na jego ramieniu. Na jego ustach błąkał się delikatny, już niewymuszony, niegasnący uśmieszek.
Wiatr wzbijał fale na morzu, które z pluskiem roztrzaskiwały się o brzeg. Drobiny piasku skrzyły się w ostatnich promieniach słońca zupełnie tak jakby były czymś wyjątkowym, niezwykłym. Pyłem startych kamieni szlachetnych, miniaturowymi diamentami. Wszystko wyglądało tak niezwykle i cudownie, zachwycająco. Czułem się zupełnie tak, jakbym zobaczył to wszystko dopiero po raz pierwszy. Byłem w tym miejscu już nie raz i nie dwa, ale zdawało się, że dopiero teraz odkryłem jego prawdziwe piękno. Urzekały mnie zwykłe, codzienne rzeczy, które przecież były tak standardowe, tak bardzo na swoim miejscu, z których korzystałem na co dzień… Będąc przy Shiro, spoglądałem na otaczające mnie rzeczy w zupełnie odmienny sposób.
Jak na księcia z bajki przystało, ten zadbał o to, abym spędził ten czas z nim bajkowo. Jak za sprawą magicznej różdżki nagle przeniósł nas z tak dobrze znanego mi betonowego terrarium miasta do scenerii, na tle której pokazać nie powstydziłby się Kopciuszek czy Śpiąca Królewna.
Wtem nagle przypomniały mi się niegdysiejsze słowa Rukiego: „Co ty w nim widzisz, co?” – zapytał, krzywiąc się na widok Yuu. Cóż… zdawało się, że z czasem odkrywałem coraz więcej rzeczy, które ułatwiały mi wpatrywanie się w niego jak obrazek.
Może przerwa od Taki naprawdę wyjdzie mi na dobre?
Brunet był szarmancki, zabawny, miły, przystojny… tak, mogłam trafić dużo gorzej, nie? Wyglądało na to, że moje zadanie, jakie sobie wyznaczyłem, było dużo prostsze od niego. Ja musiałem się tylko w nim zakochać, podczas gdy on musiał przełknąć swój ból, zastąpić nieprzyjemny grymas uśmiech i utrzymać zainteresowanie moją osobą. Byłem mu naprawdę wdzięczny za to, że się tego podjął. Byłem z tego powodu naprawdę szczęśliwy. Czując jego rękę na swojej talii oraz bijące od niego ciepło mogłem w końcu uśmiechnąć się naprawdę szczerze. Smutek, żal i złość, które górowały nade mną przez ostatnie kilka dni, sprawiając, że stałem się własnym cieniem, nagle wyparowały. Czułem się odprężony, wręcz zrelaksowany, zupełnie tak jakby Aoi ściągnął z moich barków ogromny ciężar.
Niestety nasze spotkanie kończyło się już na dziś. Właśnie kierowaliśmy się z powrotem do stacji metra.
- Yuu?… - zacząłem dość cicho.
- Słucham? – spojrzał na mnie tymi błyszczącymi, prawie czarnymi oczami, pod których naciskiem poczułem, że znów się lekko rumienię.
- Przepraszam za dzisiejszy poranek… - mruknąłem cicho.
- Nie masz, za co przepraszać – odpowiedział chłopak raźno.
Przygryzłem policzek od wewnętrznej strony. Mógł się z tym nie obnosić, mógł udawać, że nic się nie stało, ale ja i tak wiedziałem swoje, przez co czułem się nieco głupio… i niewdzięcznie.
- Yuu?... – zagadnąłem raz jeszcze, kiedy już wsiedliśmy do wagonu.
- Tak? – spojrzał na mnie cierpliwie.
Przez moment się wahałem, jednak ostatecznie zdecydowałem się urzeczywistnić moje plany. Przybliżyłem się do niego dość znacznie, opierając dłonie na jego ramionach. Stanąłem na palcach, gdyż koszykarz był ode mnie dużo wyższy i szybko cmoknąłem go w policzek.
- Dziękuję z-za… za wszystko… za cały dzisiejszy dzień – uśmiechnąłem się do niego zarumieniony.
Shiro wpatrywał się przez chwilę we mnie zdumiony, ale zaraz potem uśmiechnął się szeroko, a jego rysy twarzy złagodniały w wyrazie pełnej satysfakcji. Nim zdążył jednak coś powiedzieć, ja już od niego odskoczyłem, gdyż drzwi metra otworzyły się. To była stacja, na której wysiadałem. Obróciłem się jeszcze przez ramię i pomachałem mu na odchodne, na co od jedynie uśmiechnął się szerzej, wpatrując się we mnie roześmiany.
O dobra Kannon…
Nawet kiedy metro już odjechało, a ja kierowałem się wraz z tłumem do wyjścia na powierzchnię, czułem jak moje serce bije jak szalone, a w skroniach pulsuje krew. Ręce mi nieco drżały, a policzki piekły, ale byłem z siebie zadowolony. Uśmiech wciąż cisnął mi się na usta.
To był naprawdę udany dzień.