Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Śmiech". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Śmiech". Pokaż wszystkie posty

Smiech cz.7

I | II | III | IV | V | VI |



W końcu nadszedł piątek i próba. Ponownie zawitałem w progach szklanego, wielkiego budynku PS Company. Westchnąłem i uśmiechnąłem się pod nosem- dawno mnie tu nie było… Wjechałem windą na odpowiednie piętro i skierowałem się do sali, w której zwykle graliśmy. Wszyscy już czekali. Kai bawił się pałeczkami, wygrywając rytm na plecach Aoia, który stroił swoją gitarę. Uru siedział na krześle pod ścianą i przygrywał coś na akustyku, z tego co zdążyłem się zorientować była to piosenka „The Social Riot Machines”. Sakamoto nerwowo krążył po pokoju- widocznie się stresował. Pobladł i miętosił w rękach jakąś kartkę, zgaduję, że z tekstem piosenki.
-Ohayo- rzuciłem, zdejmując kurtkę.
-Zaczynamy?- zapytał Kai, przestając grać na gitarzyście.
-Hai- odpowiedzieliśmy wszyscy razem.
-Zacznijmy od czegoś łatwego. W końcu Sakamoto musi się oswoić z… całokształtem, a my musimy wrócić do formy. Może „Pledge”?- zaproponował lider.
-Nie. Nie mam ochoty znów się smucić. Zagrajmy coś żywszego- powiedziałem, wyjmując bas z futerału.
-„Zetsu”?- rzucił Aoi.
Przypomniałem sobie tekst piosenki. „Mam nadzieję, że nie będziesz moją dwunastą ofiarą…”. Odsunąłem od siebie wszelkie złe myśli, które skojarzyły mi się z tym wersem.
-Może być- odpowiedziałem i zaczęliśmy grać.
Nasz nowy wokalista miał trochę grubszy głos od Taki, jednak zdawał mi się, że nawet bardziej pasuje do takich „ostrych” piosenek typu „LEECH” czy „Before I deacy”. W krótkim czasie Sakamoto przyzwyczaił się do naszego stylu grania i zaklimatyzował się. Miałem wrażenie, że z każdym kolejnym taktem czuje się coraz swobodniej i coraz lepiej mu idzie. Śpiewał rzeczywiście z serca, z pasją, a nie dlatego, że ktoś mu kazał. Nie odwalał tak zwanej „pańszczyzny”, widać, że zależało mu i chciał pokazać się z jak najlepszej strony, co trzeba przyznać wyszło mu.
-Saka-kun, jesteś świetny!- wyszczerzył się Uruha i poklepał go przyjacielsko po plecach.
-Rzeczywiście, nie myślałem, że od razu pójdzie ci tak dobrze- Aoi stanął obok nowego wokalisty.
-No to chyba decyzja podjęta- Kai wyszedł zza perkusji z wielkim bananem na twarzy.
-To znaczy?- zapytał przestraszony chłopak.
-Witamy w The GazettE!- wszyscy uśmiechnęliśmy się do niego życzliwie.- Następna próba w poniedziałek, o tej samej godzinie- dorzucił lider.- Nie spóźnij się- puścił mu oczko i zaczął pakować swoje rzeczy.
***
-Reita!- usłyszałem za sobą czyjś głos.
Odwróciłem się i ujrzałem za sobą biegnącego tlenionego blondyna. Chłopak przystanął przy mnie i złapał głębszy oddech.
-Mógłbyś mnie podwieźć?- zapytał, dysząc.
-Jasne- pokiwałem głową i uśmiechnąłem się samymi kącikami ust.- Masz naprawdę dobry wokal- kontynuowałem rozmowę.- Aż dziwię się, że wcześniej się nie wybiłeś…
-Wiesz… Już opowiadałem ci dlaczego, zawsze się tak działo. Ale dzięki- uśmiechnął się szeroko.
-Masz zaskakująco podobny głos do Takanoriego…- mruknąłem ledwo słyszalnie. Zdawało się, że Sakamoto tego nie zauważył, gdyż nie zareagował.- Grasz na czymś?
-Hai. Gitara elektryczna i akustyczna, skrzypce, pianino, perkusja i umiem dodatkowo miksować. Kiedyś pracowałem w klubie nocnym, jako DJ.
-Wow- spojrzałem na niego z podziwem.- Zapewne długo ci zajęło ci opanowanie tych wszystkich instrumentów, co?
-Nie bardzo- odpowiedział szczerze.- Jak pewnie wiesz Ruki wychowywał się z ojcem, który wymagał, aby jego syn dobrze się uczył, przez co Taka wiele czasu spędzał nad książkami. Ja natomiast nie. Rzadko pojawiałem się w szkole. Często uciekałem z domu z gitarą i wędrowałem po całym mieście, grając na peronach i ulicach, zarabiając. Gdy jeszcze matka mieszkała ze mną i moim ojcem była to dla mnie rozrywka, ale gdy matka znów wróciła do ojca Takanoriego, stało to się moim jedynym sposobem na zarabianie pieniędzy. Ojciec pił i często nie miałem, co jeść, więc wolałem uciec i zarobić te kilka drobniaków choćby na wodę czy kawałek chleba- zaśmiał się gorzko.- Jestem samoukiem. Od zawsze pasjonowała mnie muzyka i postanowiłem w to brnąć- wzruszył ramionami-… bo co innego mogłem zrobić- spuścił głowę.
-Wychowywałeś się oddzielenie z Takanorim?- zapytałem, przerywając jego monolog.
-Hai, choć widywaliśmy się od czasu do czasu. Czasem matka zapraszała mnie do ich mieszkania, jednak nie lubiłem tam chodzić. Czułem się wtedy taki biedny i głupi w porównaniu do Rukiego. Zdarzyło się, że widywaliśmy się na moich czy jego urodzinach albo na pogrzebach kogoś z rodziny. Matka starała się jednocześnie dbać i o mnie i o Takę, jednak było to ciężkie zadanie, gdyż opiekę nade mną przejął ojciec, który chyba w ogóle nie wiedział o tym. W każdym razie matka starała się, a Takanori był wyrozumiały i mimo że często zapewniał mnie o tym, że lubi spędzać ze mną czas, ja mu nie wierzyłem. To od niego zawsze dostawałem na urodziny kolejne instrumenty, na których uczyłem się grać, wiec można powiedzieć, że to jego zasługa, że umiem grać.
-A co z perkusją? Też ci ją kupił i łaziłeś z nią wszędzie?- spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
-Iie. Na perkusji to Ruki uczył mnie grać. Wtedy przychodziłem do niego do domu- odpowiedział.
-Twoje życie…- zacząłem, ale nie wiedziałem, jak skończyć.-… jest i było z pewnością ciekawe, ale zdaje mi się, że w większości przepełnione samotnością, prawda?
-Hai. Kto by chciał dziecko z ulicy? Wielokrotnie matka i Ruki namawiali mnie, żebym u nich zamieszkał, jednak ja po dwóch, trzech dniach uciekałem… Nie czułem się tam zbyt dobrze, pomimo że wszyscy dbali o mnie i miałem wszystkiego pod dostatkiem. Cały czas miałem wrażenie, że komuś wadzę…
Doszliśmy do mojego samochodu. Otworzyłem drzwi i zajęliśmy miejsca. Odpaliłem silnik i włączyliśmy się do ruchu. Skierowałem się w stronę, gdzie znajdował się hotel, w którym obecnie mieszkałem.
-Och… Sorry, zapomniałem ci powiedzieć, ale ja mieszkam tam- wskazał przeciwny kierunek, niż ten, w którym obecnie zmierzaliśmy.
-Nic nie szkodzi- odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od jezdni.
-Nani o*?- zapytał, zdziwiony.
-Nic nie szkodzi, bo jedziemy do mnie- uśmiechnąłem się do niego.- Wydajesz mi się ciekawą osobą, chciałbym cię lepiej poznać- położyłem dłoń na jego kolanie, na co chłopak zadrżał.
Momentalnie cofnąłem dłoń. Przypomniała mi się scena, kiedy dopiero poznawałem się z Rukim.
Znaliśmy się zaledwie tydzień, a on już zaczynał mnie intrygować. Poprosił mnie, abym go podwiózł do domu, a ja pomyślałem, że to świetna okazja, której nie mogę zmarnować.
-Ee… Rei, mówiłem, ze mieszkam tam- wskazał palcem w innym kierunku, niż zmierzaliśmy.
-Mhm- mruknąłem i skręciłem na parking.
Zatrzymałem auto. Maleństwo spojrzało na mnie zdziwione.
-Nie rozumiem…- pokręcił głową.
-Jesteśmy pod moim blokiem- oświadczyłem i położyłem rękę na jego kolanie, którą następnie pomału przesuwałem ku górze.- Wydajesz mi się ciekawą osobą, chciałbym cię lepiej poznać- uśmiechnąłem się i zatrzymałem dłoń na jego wewnętrznej stronie uda.
Chłopak był zszokowany moim zachowaniem, jednak nic nie powiedział.
-No dobra- kiwnął niepewnie głową.- Ale później mnie odwieziesz? Bo od ciebie do mojego mieszkania mam spory kawał drogi- jęknął.
-Myślę, że nie będziesz już później chciał wracać do domu- zaśmiałem się.
-Doshite**?- zapytał podejrzliwie.
-Dlatego- mruknąłem i musnąłem jego usta.
Czerwonowłosy (bo Ruki miał wtedy jeszcze czerwone włosy) pogłębił pocałunek. Nie spodziewałem się tego, jednak była to bardzo przyjemna niespodzianka. Z wielką rozkoszą smakowałem jego ust. W momencie, kiedy najmniej mogłem się tego spodziewać Takanori pociągnął mnie na tylnie siedzenie i usadził mnie okrakiem na swoich biodrach.
-Daruj sobie te zaproszenia do środka- zaśmiał się, a ja odpowiedziałem mu szerokim uśmiechem.
-Jak chcesz- pocałowałem go namiętnie i zacząłem leniwie rozpinać jego rozporek.”
Sakamoto siedział u mniej już z dobre dwie godziny. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się, popijając piwo. Naprawdę, ten chłopak coraz bardziej mnie intrygował, może dlatego, że coraz lepiej go poznawałem, a może dlatego, że stawałem się coraz bardziej pijany. Siedzieliśmy u mnie w salinie, na kanapie. Przybliżyłem się do niego i objąłem jedną ręką.
-Co myślisz o tym, że twój przyrodni brat był biseksualny?- zapytałem prosto z mostu.
-Myślę, że był rozsądny- zaśmiał się.
-Doshite?- zaskoczył mnie, jednak uśmiechnąłem się, gdyż to była już reakcja odruchowa, nad którą nie panowałem.
-Bo spróbował w życiu wszystkiego- szepnął głębokim głosem.
-Chcesz mnie uwieść?- zapytałem, uśmiechając się zawadiacko.
-Możliwe- mruknął i usiadł mi na kolanach.
-Też jesteś Bi?- zapytałem, oblizując się.
-Kobiety mnie nie interesują. Jestem homo- przyznał i pocałował mnie delikatnie.
Od razu pogłębiłem pocałunek, wypychając język do jego ust. Rozsiadłem się wygodnie i rozstawiłem nogi, obejmując go w pasie. Sakamoto splótł ręce na moim karku. Całowaliśmy się namiętnie i… soczyście, o ile można to tak nazwać. Zacząłem się o niego ocierać, co dawało widoczny efekt w spodniach blondyna. Miałem wyrzuty sumienia, ze robię źle, że zdradzam Takanoriego- moją jedyną prawdziwą miłość, jednak odepchnąłem od siebie te myśli, tłumacząc się sam przed sobą, że to wszystko przez alkohol. Z resztą, ja też musze się zaspokajać… Tylko dlaczego z jego przyrodnim bratem? Nie może to być Uruha, Aoi, Kai albo jakieś siedem miliardów innych ludzi żyjących na tym świecie?
Zacząłem go rozbierać. Powoli. Najpierw pozbyłem się jego bluzki. Spojrzałem na jego tors i uśmiechnąłem się. Przejechałem dłonią wzdłuż jego mostka, zahaczając o sutki, przez co wokalista westchnął cicho. Po chwili i ja zostałem pozbawiony górnej części garderoby. Chłopak od razu po zdjęciu ze mnie koszulki zaczął dobierać się do moich spodni.
-Coś ty taki niecierpliwy?- zaśmiałem się.
-Oj proszę…- jęknął błagalnie, ocierając się o mnie.- Mam na ciebie ochotę…- wyszeptał mi do ucha, następnie je liżąc.
-Spokojnie- uśmiechnąłem się i znów złączyłem nasze usta.
Błądziłem rękami po jego brzuchu i torsie, a po jakimś czasie zdjąłem z niego spodnie. Sakamoto był już naprawdę podniecony, co widać było nawet przez materiał bokserek. W sumie, sam lepszy nie byłem… Chłopak wręcz zdarł ze mnie moją dolną część garderoby wraz z bielizną i zsunął się z moich kolan na podłogę. Rozstawiłem przed nim nogi, a on bez zbędnych gier wstępnych wziął moją nabrzmiałą męskość do ust. Od razu nadał szybkie i dobitne tempo. Jęknąłem przeciągle, ale niezbyt głośno, co nie zadowoliło go. Lizał, ssał i gryzł, stymulując moje jądra. Zacząłem głośniej jęczeć, co sprawiło, że był w już o wiele lepszym humorze. Nakręcał się, i dobrze o tym wiedziałem. Doszedłem w jego ustach, a blondyn wszystko przełknął, oblizując się wulgarnie. Znów usiadł na moich kolanach, a ja pozbawiłem go ostatniej części ubrania. Przewaliłem go na brzuch i zawisłem nad nim, całując jego kark i plecy. Już rozglądałem się za czymś do nawilżenia, kiedy on zorientował się o co mi chodzi i zaczął się cofać, próbując nabić się na mojego członka.
-Oj dalej… Nie baw się tak ze mną- westchnął podniecony.- Rżnij mnie…- powiedział proszącym tonem głosu.
-Ale będzie bolało- ostrzegłem go.
-I to właśnie kocham w tym najbardziej- zaśmiał się.
-Masochista- stwierdziłem z rezygnacją i uśmiechem na ustach.
-My devil on the Bed- zaśmiał się ponownie.
-Raczej my devil on the sofa- poprawiłem go, gdyż nadal znajdowaliśmy się w salonie.
Chciał coś jeszcze dodać, ale mu nie pozwoliłem, zatykając mu usta swoimi własnymi. Zacząłem napierać na jego wejście. Jęknął wprost do moich ust. Krzyknął, gdy w niego wszedłem. Dwie łzy spłynęły po jego policzkach, które od razu zlizałem. Chwilę poczekałem aż przyzwyczai się do mojej obecności, ale on był bardzo niecierpliwy i pomimo bólu i dyskomfortu zaczął poruczać biodrami, nabijając się na mnie. Złapałem go jedną ręką w pasie i unieruchomiłem go, gdyż wolałem sam to zrobić. Zacząłem się w nim poruszać. Całowałem jego plecy i kark. Moje ruchy stawały się coraz szybsze i bardziej energiczne. Z każdą upływającą chwilą traciłem nad sobą kontrolę, oddając się zwierzęcemu pożądaniu. Sakamoto krzyczał i jęczał z przyjemności, jaką mu dawałem.
-Tak! Mmm… Właśnie tak!- jęczał.
***
Obudziłem się, przez rażące mnie promienie słoneczne. Spojrzałem na śpiącego obok mnie chłopaka i stwierdziłem, że… Ruki?! Ja mam jakieś zwidy…
Zerwałem się z miejsca i podnosząc się do pozycji siedzącej, spojrzałem na niego… Słodko spał, tak jakby nic nigdy się nie wydarzyło. Miał lekko rozczochrane włosy… czerwone? Przecież już dawno nie farbował włosów na taki kolor… Chłopak chyba czując na sobie mój wzrok otworzył oczy i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się i również podniósł do siadu. Leniwie przeciągnął się, po czym przytulił się do mnie i musnął moje usta.
-Byłeś boski…- szepnął mi do ucha. W tym momencie zorientowałem się, że znajduję się w swojej sypialni… Teleport?- W aucie było trochę ciasno, ale ty jak zawsze ze wszystkim sobie poradziłeś- obdarzył mnie jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i pocałował mnie w policzek.
-W aucie?- zdziwiłem się.
-Hai. Nie pamiętasz? Aż tak cię zamroczyło po…- objął mnie rękami w pasie i usiadł na mnie okrakiem. Poczułem, że obaj byliśmy nadzy, co było przyczyną moich rumieńców na twarzy. Taka zachichotał.- …tej upojnej nocy?- dokończył pytanie.
-Najwyraźniej- mruknąłem niewyraźnie.
Nic z tego nie rozumiałem. Czyżbym był szalony? Znów trafię do tego pieprzonego szpitala?
Przez kilka kolejnych miesięcy, a nawet lat życie toczyło się swoim normalnym, a może i chorym rytmem. Codziennie budziłem się z myślą, że to wszystko to sen. Komponowałem piosenki, które miały powstać dopiero za trzy, pięć, a nawet dziesięć lat… To nie normalne- Przecież Takanori nie żyje… Jego już nie ma, więc dlaczego teraz obejmuje go czule, leżąc koło niego i oglądając razem film? Im częściej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej miałem wrażenie, że to wszystko to jakaś chora iluzja. I jeszcze to dobijające wrażenie, że wiem, co zaraz się wydarzy, co kto zaraz powie- to było nie do zniesienia. Miałem wrażenie, jakbym na nowo przeżywał swoje wspomnienia- jakbym oglądał projekcję filmową na podstawie własnego życia.
-Akira!- zaszczebiotał wokalista radośnie, stojąc w przedpokoju.
-Tak wiem, powinienem zapytać się, co robisz tu o tak późnej porze, ty odpowiesz, że masz coś dla mnie, ja powinienem zgadywać, co to jest, a ty powiesz, że dzisiejszego wieczoru jesteś do mojej dyspozycji i zrobisz wszystko, na co będę miał ochotę. A poza tym kupiłeś mi nową gitarę, która stoi w futerale owiniętym czerwoną wstążką przed drzwiami mieszkania. Wiem, Ruki, o wszystkim wiem- westchnąłem.
-Ale… Skąd?- posmutniał, tym że nie zrobił mi niespodzianki. Przypomniało mi się, jak bardzo cieszyłem się tego dnia z nowego basu, jak i wydarzeń, które miały miejsca owej nocy… - Który z tych debili ci powiedział?!- warknął.- Ale … choć mogłeś udawać, że…
-Nikt mi o tym nie powiedział- przerwałem mu.- Takanori… Już ci mówiłem… Ja cały czas żyję w przekonaniu, że to wszystko już się zdarzyło… Ja wiem, co się stanie, wiem co zrobisz i powiesz…
-Nie chcę tego słuchać!- teraz to on z kolei mi przerwał.- Mówiłem ci, musisz się leczyć! Reita, nie poznaję cię! Co się z tobą dzieje?!- chwila przerwy i kilka łez.- Jeśli wiesz, co zaraz zrobię to powinieneś mnie powstrzymać, prawda?- zapytał i odczekał chwilę, a gdy ja nie poruszyłem się, ani nawet nie odezwałem, wyszedł, trzaskając drzwiami.
-Za co?- westchnąłem i przeszedłem do łazienki.
Miałem dość. Nie miałem ochoty biec i przepraszać czerwonowłosego za moje zachowanie- zwyczajnie brakowało mi sił. Dlaczego nic nie jest takie jak powinno? Pogubiłem się we własnym życiu, więc postanowiłem skończyć z tym raz na zawsze. Ty razem na dobre. Usiadłem na podłodze i z wcześniej przygotowaną żyletką w jednej ręce, zacząłem kreślić wzory na drugiej. Nigdy nie powiedziałbym, że do tego dojdzie- do tego, że popełnię samobójstwo. Zawsze uważałem, że do takiego kroku posuwają się jedynie ludzie zdesperowani, słaby, nie umiejący zapanować nad własnym życiem… Zawsze uważałem, że mam nad wszystkim kontrolę, że jestem ponad wszystko, że nigdy nie stracę panowania nad tym wszystkim… Wydawało mi się… aż do dzisiaj. Kilka wąskich strumyczków spłynęło po mojej ręce i krew niemalże leniwie skapywała na podłogę, znacząc ją czerwonymi plamami. Obraz powoli zniekształcał się i stawał się coraz bardziej niewyraźny. Powieki stawały się coraz cięższe. Już nie miałem siły z nim walczyć, więc dałem za wygraną. Tej jeden jedyny raz w życiu odpuściłem… i umarłem.
***
Obudziłem się w szpitalu. Obok mojego łóżka siedzieli kolejno: Ruki, Aoi, Uruha i Kai. Wszyscy mieli zmartwione miny. Zaraz… Przecież w czasie, kiedy podcinałem sobie żyły był rok 2002, więc jeszcze nie znałem Kaia… W takim razie, co on tu robi? Spojrzałem na Takę- miał brązowe włosy. Wyglądał też na o wiele starszego, tak jak i pozostali członkowie zespołu. Zamrugałem, żeby przekonać się czy to nie jest kolejna iluzja. Zauważył to Aoi, który momentalnie poderwał się z krzesła, na którym siedział.
-On żyje!- zawołał.
Wszyscy spojrzeli się po sobie, a następnie wbili we mnie wzrok, po czym rzucili się na mnie, każdy chcąc przytulić mnie do siebie. W końcu reszta odsunęła się, tylko Ruki tulił moją głowę do swojego torsu.
-Nigdy więcej mnie tak nie strasz- wyszeptał, a po jego policzkach spłynęły łzy.
Zmarszczyłem brwi, ponownie nic nie rozumiejąc… Co tu się do kurwy nędzy dzieje? Najpierw Ruki oszalał, potem włamałem się do niego do szpitala, odbyła się rozprawa sądowa, zamknęli mnie w psychiatryku, obaj wyzdrowieliśmy i wyszliśmy, okazało się, że Taka ćpa i mierzył do nas z pistoletu, którym przez przypadek go zabiłem, pogrzeb, mieszkałem u Aoia, potem się wyprowadziłem, bo Yuu chciał zamieszkać z Kouyou, poznałem Sakamoto, próba, zaprosiłem przyrodniego brata Takanoriego do siebie i pieprzyłem się z nim, kiedy się obudziłem zobaczyłem Rukiego i cofnąłem się do roku 2002, tam żyłem swoimi wspomnieniami przez kilka lat, popełniłem samobójstwo i… jestem w szpitalu w roku 2012? Jak to się stało? A właściwie czy coś się stało, a jeśli tak to co?
-Czemu tu jestem?- zapytałem słabym głosem, chwytając Takę za rękę.
-Nic nie pamiętasz?- zapytał, a ja pokręciłem głową.- Miałeś wypadek samochodowy. Byłeś nieprzytomny przez tydzień- wyjaśnił.
Po chwili do sali, w której się znajdowaliśmy się, wszedł lekarz.
-O widzę, że pan Suzuki wrócił do żywych- zaśmiał się pod nosem. Podszedł do mnie i zaświecił mi czymś po oczach. Jeszcze nie wiem, co się ze mną dzieje i po co tu jestem, a ten już mnie ogłupia tym światełkiem?- Źrenice reagują prawidłowo. Może mieć pan problemy z pamięcią krótkotrwałą, ale to po jakimś czasie powinno minąć- ostrzegł mnie.- Mogą też pana nachodzić jakieś dziwne wspomnienia lub mózg może sobie generować jakieś nowe obrazy i sytuacje, ale to wszystko minie po jakimś czasie. Miał pan wstrząs mózgu, więc to normalne objawy. Powinien pan dużo wypoczywać i pić, gdyż stracił pan dużo krwi. Wrócę za jakieś trzy godziny. Jeśli pana stan nie pogorszy się przez kolejne dwadzieścia cztery godziny myślę, że nie będzie sensu dalej pana tu trzymać i wypiszemy pana do domu- powiedział, sprawdził jeszcze coś i zapisał na karcie, mieszczącej się przy łóżku, po czym wyszedł.
-Czyli to już rzeczywistość- odetchnąłem z ulgą i opadłem na poduszkę, odklejając się od Rukiego.
-Co? Jaka rzeczywistość?- zdziwił się Uruha.
-Właśnie?- dodał Takanori.
-To… długa historia- zacząłem się głośno śmiać.
Śmiałem się z tego, że to już koniec. Śmiałem się, bo znów odnalazłem się w swoim życiu. Śmiałem się, bo mój ukochany żyje. Śmiałem się, bo wyszyto już będzie dobrze. Śmiałem się, bo byłem szczęśliwy.
Nagle przyciągnąłem do siebie Rukiego i mocno go pocałowałem. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony.
-Myślałem, że nie lubisz okazywać swoich uczuć… publicznie- zarumienił się.
-Ostatnio zaniedbywałem cię… Przepraszam- uśmiechnąłem się i znów go pocałowałem.
Śmiałem się, bo uświadomiłem sobie fakt, że musiałem przejść aż przez tyle wspomnień i jakiś nowych historii, które sam sobie wymyśliłem, żeby zrozumieć, że muszę bardziej dbać i troszczyć się o Rukiego. Śmiałem się, bo to był już koniec i jedyne, co mi zostało to śmiech. Śmiałem się, bo od nowa zakochałem się w Takanorim.

*Nani o?- co?
**Doshite?- dlaczego

THE END

Smiech cz.6

I | II | III | IV | V |



Gdy wstałem Aoia już nie było. Wygramoliłem się z łóżka i skierowałem do kuchni, z której dochodziły dziwne odgłosy- uznałem, że ich źródło to zapewne „gotujący” Yuu. Nie myliłem się. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem Uruhę siedzącego na blacie kuchennym, który podjadał jakieś warzywa, które kroił czarnowłosy.
-Yuu… proszę cię- jękną Kouyou.- Nie chcę mieszkać w tym wielkim mieszkaniu sam. Przecież wiesz, że kupiłem go dla nas obojga. Gdyby nie to nie użyłbym określenia „wspólne mieszkanie” dając ci do niego klucze- zauważył.
-Wiem, ale co ja zrobię z Reitą? Mam go wyrzucić? Przecież on sprzedał swoje mieszkanie! Ma zamieszkać z nami, jak jakiś pies? Uruha, przecież widzisz, że nie ma z tej sytuacji zadawalającego cię wyjścia- odpowiedział mu starszy.
Już chciałem wyjść, ale powstrzymałem się, po wysłuchaniu wypowiedzi Aoia. Byłem dla nich ciężarem? Chcieli razem zamieszkać? Obserwowałem ich, ukryty za ścianą.
-O matko…- westchnął Takashima.- A ty, co? Matka Teresa z Kalkuty? Nie możesz go wcisnąć jakiemuś innemu znajomemu? Czy Reita zna tylko ciebie? Czy choćby Kai nie może go przygarnąć?- zapytał, podjadając krojonego przez Aoia ogórka.
-Ale, jak to zabrzmi? Jak mam mu to powiedzieć? „Reita, wiesz, chciałbym się wprowadzić do Uruhy, więc dobrze by było gdybyś się wyprowadził. Nie wiem, może zapytaj się Kaia czy ci nie pozwoli u siebie mieszkać?”
-No na przykład- wyższy kiwnął głową.- Jak ty mu tego nie powiesz, to ja to zrobię!- zagroził.
-I rozwalisz The GazettE?!- oburzył się niższy.
-Przecież dobrze wiesz, że tego zespołu już nie ma…- powiedział cicho Kou.- A propo… Dostałem pewną propozycję…
-Jaką?
-D’espairsRay planują reaktywację, jednak ich gitarzysta, Karyu, gra już w innym zespole. Chcieliby obsadzić mnie na tym miejscu i… niedługo rozpoczynamy nagrywanie nowej płyty…
-ZGODZIŁEŚ SIĘ??!!- wrzasnął Shiroyama.- Jak mogłeś?!
-Oj daj spokój! Zrobiłbyś to samo na moim miejscu! Gazetto już nie istnieje, a ja kocham muzykę i przez to, że Ruki przedawkował narkotyki, nie skończę z nią. Z resztą przydałoby się jeszcze jakoś zarabiać- przecież nie pójdę na emeryturę w wieku trzydziestu jeden lat!
Chwila ciszy, konsternacji…
-Może masz racje… Przepraszam, że uniosłem głos- westchnął Yuu.
W tym momencie wyszedłem ze swojej zacienionej kryjówki.
-To nie musi zaraz być koniec Gazetto, przecież możemy przyjąć innego wokalistę- powiedziałem spokojnie.
Obaj mężczyźni spojrzeli na mnie zszokowani.
-Już pogodziłeś się,… z tą stratą? Na pewno tego chcesz?- zapytał Uruha.
-Hai- pokiwałem głową.- W końcu masz rację, nie możemy iść na emeryturę- trzeba się czymś zająć w życiu- odpowiedziałem, siadając koło Uru na blacie.
-Okay, to ja idę szukać wokalisty- powiedział Takashima i skierował się do wyjścia.- Sayonara- rzucił i zniknął za drzwiami.
-Wszystko słyszałeś?- zapytał Aoi, wbijając wzrok w deskę do krojenia.
-Hai. Nie martw się, nie obraziłem się. Rozumiem jego i twoją frustrację, wiem, że jestem dla was uciążliwy. Wyprowadzę się, a ty będziesz mógł zamieszkać z Kouyou.
-Co? Nie, Reita, daj spokój, nie musisz tego robić…
-Nie muszę, ale chcę- przerwałem mu.- Nie jestem małym dzieckiem i mogę mieszkać sam. Z resztą i tak wystarczająco utrudniłem ci życie- powiedziałem i zjadłem plasterek ogórka, po czym zsunąłem się z blatu, z zamiarem skierowania się do sypialni i spakowania swoich rzeczy.
-Ale gdzie zamieszkasz? Przecież sprzedałeś mieszkanie!- krzyknął.
-Może wynajmę pokój w hotelu, a potem rozejrzę się za kupnem nowego, mniejszego mieszkania… Jeszcze nie wiem- odpowiedziałem i ruszyłem nie uraczając go żadną konkretną informacją.
***
Byłem już spakowany i miałem zamiar opuścić mieszkanie Aoia, gdy ten zjawił się w przedpokoju i złapał mnie za rękę.
-Jeśli nie chcesz nie idź- widać martwił się o mnie.
-Chcę. Spokojnie, poradzę sobie- uśmiechnąłem się blado.
-Rei… Ech… Czy to… znaczy twoja decyzja ma coś wspólnego z wczorajszym… pocałunkiem?- zapytał cicho i puścił mój nadgarstek.
-Nie- ponownie zmusiłem się do uśmiechu.- To przecież było tak po przyjacielsku- pocałowałem go w policzek i wyszedłem.
-Acha- usłyszałem jeszcze, zanim zamknąłem drzwi.
***
Zameldowałem się w pierwszym lepszym hotelu i zostawiłem torbę w swoim pokoju, po czym od razu wyszedłem. Było już po osiemnastej, ściemniało się, było dość zimno, mimo to postanowiłem się przejść piechotą na cmentarz. Uświadomiłem sobie, że od czasu pogrzebu nie odwiedzałem grobu Takanoriego. Rodzina postawiła mu piękny pomnik z czarnego i białego marmuru z metalowymi, pozłacanymi melizmatami (ozdobnikami od aut.). Sam grób był obszerny i zajmował dużo miejsca, a wokół niego zasadzono kilka kępek nieśmiertelników i małych, przyciętych jałowców. Znajdowało się tu wiele wiązanek, wieńców i ziele zniczów, zbitych niemalże w wielkie gromady, które śmiesznie przypominały skupiska grzybów- przy tym wszystkim mój mały, czerwony znicz w kształcie serca wyglądał mizernie, jednak nie przejmowałem się tym. Zapaliłem go i postawiłem tuż przy płycie, na której zostało wypisane imię, nazwisko oraz data śmierci i uradzenia blondyna. Wyprostowałem się i spojrzałem na pomnik jeszcze raz, dokładnie omiotłem go wzrokiem. Raptownie zawiał zimny wiatr, który przeszył mnie do szpiku kości.
-Brakuje mi cię…- szepnąłem do pustki przede mną.
Stałem tak z dobre pół godziny, kiedy ktoś mnie zaczepił.
-To ty jesteś Reita?- zapytał jakiś chłopak.
Był mniej więcej mojego wzrostu, no może trochę niższy. Miał utleniane blond włosy, sięgające mniej więcej do ramion i kolczyk w brwi. Był drobnej postawy, a jego policzki wydały mi się zapadłe. Miał duże, brązowe oczy podkreślone czarną kredką i mały nosek, lekko zadarty. Całości dopełniały duże, ładnie wykrojone usta. Był ubrany cały na czarno.
-Tak, a co?- zapytałem mało przyjemnie, gdyż nie cieszył mnie fakt, że ktoś przeszkadza mi w takiej chwili.
-Jestem Sakamoto, przyrodni brat Takanoriego- przedstawił się, wyciągając rękę, której ja nawet nie uścisnąłem.- Em… Mój brat dużo mi o tobie opowiadał…
-Doprawdy?- żachnąłem, znudzony. Naprawdę nie miałem ochoty na rozmowę z kimkolwiek.
-Heh, widzę, że nie jesteś w nastroju, więc od razu przejdę do rzeczy- no nareszcie!- Znam się również od dłuższego czasu z Uruhą, który zadecydował, że… będę waszym nowym wokalistą- wbił wzrok w ziemię.
Zamurowało mnie. Przeanalizowałem jeszcze raz wszystko, co powiedział.
-Co, powiedziałeś?!
-Że będę waszym nowym wokalistą… Mnie też się ten pomysł nie podoba, ale…
-Nie, nie wcześniej, co powiedziałeś- przerwałem mu.
-Przedstawiłem się.
-No i co dalej powiedziałeś?- niecierpliwiłem się.
-Że jestem przyrodnim bratem Takanoriego- odpowiedział, patrząc na mnie zdziwiony.
-Kurwa…- szepnąłem. Nawet nie wiedziałem, że Taka ma przyrodniego brata! Czego jeszcze dowiem się po jego śmierci?
Minęło trochę czasu. Sakamoto przestępował z nogi na nogę, widocznie ta cisza między nami była dla niego bardzo nie wygodna. Przypomniał mi się moment, jak poznałem się z Takanorim. Był wtedy taki zawstydzony i nieśmiały- tak samo jak jego przyrodni brat.
-Macie wspólną matkę?- zapytałem w końcu.
-Hai- kiwnął głową.
Pamiętałem również, jak po raz pierwszy zobaczyłem jego matkę. Była bardziej przestraszona niż ja. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem do tego wspomnienia. Już wiedziałem, po kim to mieli…
-Ile masz lat?- kontynuowałem.
-Dwadzieścia pięć- odpowiedział, znów wbijając wzrok w ziemię.
-Więc mówiłeś, że masz zostać naszym nowym wokalistą, tak?- ciągnąłem go za język.
-Hai. Niezbyt podoba mi się ten pomysł, ale Uruha razem z Aoi i Kaim stwierdzili, że tak będzie najlepiej… dla ciebie…- dopowiedział.
-Dla mnie?- zdziwiłem się, po chwili jednak zrozumiałem, o co chodziło reszcie chłopaków.- Aa…- mruknąłem, kiwając głową. –A więc mój drogi… Sakamoto, tak?- kiwnął głową.- Śpiewałeś już w j.rock’owym zespole?
-W kilku, ale gdy już zaczęliśmy się wybijać ze strefy „śpiewania do kotleta”, że tak to ujmę, któremuś z członów odwalało na punkcie pieniędzy i dziewczyn i wszystko się kończyło, gdyż nigdy nie umieliśmy znaleźć jego zastępcy- westchnął.- Nigdy nie odniosłem i nie odniosę takiego sukcesu, jak Takanori… zawodowo ani uczuciowo- popatrzył na mnie, wypowiadając ostatnie słowo. Poczułem się dziwnie, jednak nie odezwałem się niepotrzebnie.- Zawsze mu zazdrościłem… I nawet teraz, po głębszym zastanowieniu, nadal mu zazdroszczę…- prychnąłem.
-Czego teraz mu zazdrościsz? Robaków?
-Tych wszystkich ludzi, którzy o nim teraz tak ciepło myślą, tych tysięcy fanek, które teraz po nim płaczą, takiego zespołu i przyjaciół… ciebie- takiego oddanego kochanka… Ja nigdy nie miałem i nie będę miał czegoś podobnego- znów westchnął.
-Tak, możesz mu też pozazdrościć tych dwóch metrów ziemi, którymi jest przysypany- powiedziałem z ironią i żalem w głosie.
-Heh, widać, że jesteś nie wierzący… Ja wierzę, że istnieje coś więcej niż widzimy. Wierzę, że jest już w lepszym świecie…
-Straciłem wiarę, kiedy Bóg zabił mojego ukochanego- szepnąłem łamiącym się głosem. Wiatr znów wzmógł się.- Gdyby istniał, nie pozwoliłby, żeby doszło do takiej tragedii…- powstrzymywałem się, aby nie wybuchnąć płaczem.
-Może przejdźmy w inne miejsce- zaproponował.- Cmentarz chyba nie jest zbyt odpowiedni…
-Masz rację- przytaknąłem.- Zaprosiłbym cię do siebie, ale chwilowo nie posiadam mieszkania…
***
Zatrzymaliśmy się w jakiejś kafejce, którą znaleźliśmy po drodze, idąc z cmentarza w stronę centrum, gdzie znajdował się hotel, w którym się ulokowałem. Sakamoto wydawał mi się bardzo miły i uprzejmy. Był skryty, jednak potrafił się śmiać i dobrze czułem się w jego towarzystwie… może dlatego, że był przyrodnim bratem Takanoriego i czułem się w jego obecności podobnie, jak w towarzystwie z blondynem, jednak może po prostu go polubiłem, co ciężko było mi wbić do głowy, gdyż po śmierci Taka-chan świat wydawał mi się okrutny i zły- pełen ludzi, z którymi nie warto, a nawet nie powinno się zadawać.
Sakamoto poinformował mnie, ze pierwsza próba odpędzie się w piątek. Oświadczyłem, że z chęcią się stawię i posłucham zdolności wokalnych tlenionego blondyna.
Tak minął mi wieczór. Wróciłem do hotelu i wziąłem długi, gorący prysznic. Przeszedłem do sypialni i przebrałem się w odpowiednik piżamy. Położyłem się na łóżku, nie zamykając oczu i odetchnąłem głęboko. Następnie wyjąłem zdjęcie Takanoriego z walizki i przyjrzałem mu się dokładnie. Był wtedy taki szczęśliwy…
-Ile jeszcze rzeczy trzymałeś przede mną w tajemnicy?- zapytałem, a odpowiedziała mi pustka głuchym echem.

CDN

Smiech cz.5

I | II | III | IV |


Minęło kilka tygodni. Ruki czuł się coraz lepiej, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że wrócił do poprzedniego stanu zdrowia. Z każdym dniem robił się również coraz bardziej zboczony. Praktycznie cały czas, gdy tylko byliśmy sami tulił się do mnie i szeptał, jak bardzo chciałby się ze mną kochać.
Dzisiaj wypuścili nas- obu. Wyszliśmy ze szpitala na parking i czekaliśmy na Uruhę, który miał po nas przyjechać.
-Nawet nie wiedziałem, jak bardzo stęskniłem się choćby za wiatrem- powiedział, idąc pod wiatr.
Uśmiechnąłem go i objąłem go jednym ręką. Po chwili na podjeździe zjawił się Uru w swoim aucie. Wsiedliśmy, zajmując tyły.
-Ohayo!- przywitaliśmy się z gitarzystą.
-Ohayo!- odwrócił się i spojrzał na nas z uśmiechem.- Dobrze znów was widzieć na wolności- zaśmiał się i ruszył, włączając się do ruchu.
***
Następnego dnia stwierdziliśmy, że zrobiliśmy sobie zbyt dużą przerwę w grze i koniecznie musimy robić próbę- znaczy Ruki tak postanowił, choć ja byłem temu przeciwny, gdyż bałem się o ukochanego, jednak jak on się uprze, to z nim nie wygrasz. W końcu jedynie westchnąłem i przytaknąłem, po czym pocałowałem go w policzek.
-Tu- wskazał na swoje usta i zrobił minę al a „kaczucha”. Spełniłem jego prośbę i pocałowałem go lekko.- Tylko tyle?- oburzył się.
-Chodź- pociągnąłem go w stronę budynku PS Company.- Chłopaki już pewnie na nas czekają.
Wjechaliśmy na odpowiednie piętro i skierowaliśmy się do sali, w której miała odbyć się próba. Tak, jak przewidywałem, w środku czekało na nas całe Gazetto. Wszyscy powitali nas ciepłymi uśmiechami i zaczęli nas ściskać. Kai na początku coś marudził, że przez nas media nie dadzą nam żyć, jednak po chwili również uśmiechnął i rzucił się na nas obu, przytulając mocno.
-Stęskniłem się za wami- powiedział i poddusił nas „przyjacielsko”.
Spojrzałem na Uruhę. Siedział w fotelu i jako jedynie się nie ruszył. Obserwował Rukiego z wielką precyzją. Gdy najniższy z nas udał się do naszej prowizorycznej kuchni, by zrobić sobie kawę, gitarzysta do niego podszedł. Najwyraźniej czekał na moment aż Taka będzie sam. Nie żebym zaraz poczuł zazdrość, ale… coś mi nie pasowało. Uruha taki nie był- gdy miał do kogoś sprawę mówił to głośno i wyraźnie, przy świadkach. Nigdy nie bawił się w takie podchody. Zajrzałem do „kuchni” i usłyszałem ostatnie słowa wypowiedziane przez Rukiego.
-Oddaj mi to- syknął wściekle.- Jeśli coś mi powiesz, porozmawiamy inaczej- szarpnął starszego za koszulę. W tym momencie spostrzegł mnie.- O… Reita? Ohayo skarbie- uśmiechnął się do mnie promieniście i puścił gitarzystę.
-Co tu się dzieje?- zapytałem.
-Nic, kotku- odpowiedział wokalista słodko.
Uruha nie odpowiedział. Wbił we mnie wzrok, by za chwilę opuścić go na podłogę. Miał zaciśnięte wargi i cały pobladł. Wyglądał na przestraszonego.
-Kouyou, co tu się dzieje?- powtórzyłem.
-Nic- powiedział niemalże niesłyszalnie.
-Co masz mu oddać? O co chodzi?- zapytałem, spoglądając na niego lodowatym wzrokiem.- Gadaj, do diabła!- wkurzyłem się. Wtedy zauważyłem, że brunet trzyma coś w dłoni. Jakieś małe opakowanie z białym proszkiem.- Co to jest?- podszedłem do niego i zabrałem mu owe opakowanie z rąk.
Wyraz twarzy blondyna momentalnie się zmienił. Z promienistego uśmiechu przeszedł w zabójczo poważną minę. W jego oczach zapłonęły ogniki… złości?
-Oddaj to- syknął.
-Co to jest?!- zapytałem ponownie, a w tym samym czasie Takanori wyjął zza pleców broń. – Ruki, odbiło ci?!- wrzasnąłem, gdy wycelował lufę w moją stronę.
-Oddaj to- zażądał. Oddałem mu małe opakowanie.- Stań koło niego- rozkazał Kouyou, który od razu wykonał polecenie.- Uwierz Rei, z resztą ty też Uruha, nie chcę żeby to się tak skończyło- uśmiechnął się maniakalnie, tak jak wtedy, gdy znalazłem go całego okaleczonego w kuchni.
-Ej, zaczynamy tą próbę?- zapytał uśmiechnięty lider, wchodząc do „kuchni” razem z Aoim. Obaj stanęli jak wryci.
-Takanori, spokojnie- zaczął Yuu dyplomatycznie.- Odłóż broń. Porozmawiajmy- próbował go uspokoić, jednak z marnym skutkiem.
-Nie mamy o czym- blondyn pokręcił głową.- Wszyscy pod ścianę- wydał rozkaz. Bezzwłocznie wypełniliśmy go.- Naprawdę chciałem żeby nikt się o tym nie dowiedział, jednak… nie dajecie mi wyboru- zaśmiał się, a po jego policzkach popłynęły łzy. I kto tu do cholery powinien płakać?!
-Takanori…- zacząłem ostrożnie.- Co jest w tej paczce?- nie odpowiedział.- Odezwij się! Jeśli chcesz mnie, nas zabić to przynajmniej chcę wiedzieć, co jest dla ciebie tak ważne!- krzyknąłem i również po mojej twarzy popłynęły potoki łez.
-Heh… Chcesz wiedzieć? Proszę bardzo- narkotyki! I co? Łatwiej ci teraz pogodzić się z myślą, że cię zastrzelę?!- śmiał się histerycznie, jednocześnie płacząc.- Naprawdę cię kochałem…- szepnął.
Miałem mętlik w głowie. Myślałem, że to ja jestem potworem, że to przeze mnie zwariował, a on po prostu się naćpał! Serce ponownie pękło w mojej piersi. Jak on mógł zrobić mi coś takiego?! Chciałem żeby już wszystko było dobrze, a on- on wybrał jakąś pierdoloną zamiast miłości i przyjaciół?! Czy mu padło na mózg?!
-Nie… Ty mnie nie kochałeś… nigdy- szepnąłem równie cicho, jak on.- Gdybyś mnie kochał, nie celowałbyś we mnie pistoletem..
-A co? Wolałbyś zginąć od kuli z rewolweru? Co masz do mojego magnum? Wybacz, ale dziś rano szybko się pakowałem i nie miałem zbytnio czasu rozważać nad tym kogo i jaką bronią pozbawię dzisiaj życia- zaśmiał się.
-Więc chcesz nas zabić za trochę rozdrobnionego szkła i środka do udrożniania rur?- wypalił Aoi.
-Na to wygląda- uśmiechnął się w ten okropny sposób. I pomyśleć, że moim ostatnim wspomnieniem będzie jego uśmiech.
-Ale czemu chcesz nas zabić? Ćpaj, jak chcesz, a nas oszczędź!- zawołał Kai.
-Zamknąć się!- Ruki się wkurzył.- To nie jakieś pieprzone debaty! Tak będzie mi łatwiej- pokręcił głową i odblokował magnum.
-Takanori…- szepnąłem bezgłośnie.- Jeśli uważasz, że mnie kochasz, przynajmniej powinieneś się ze mną pożegnać- powiedziałem drżącymi od płaczu ustami.
Młodszy przez chwilę się wahał. Spuścił wzrok, po czym znów podniósł go na mnie.
-Chodź tu- powiedział.
Podszedłem do niego wolnym krokiem i przytuliłem się do niego płacząc w jego ramię. Nie opuścił broni. Pocałowałem go. Oddał pieszczotę, choć nawet nie zamknął oczu- obserwował pozostałych, obawiając się, że mogą zrobić coś, co mogłoby pokrzyżować jego plany.
-Wybacz- szepnąłem mu do ucha i jednym szybkim ruchem wykręciłem mu rękę. Krzyknął i puścił broń, którą ja złapałem w locie. Wymierzyłem w niego.- Uspokój się- powiedziałem cicho.
Chłopak rzucił się na mnie i chciał wyrwać mi pistolet z ręki. Przewalił mnie na podłogę. Szamotaliśmy się, walcząc o życie. Wiedziałem, że jeśli dostanie broń z pewnością będą to moje ostatnie chwile w życiu. Niestety, przez przypadek, gdy się biliśmy nacisnąłem na spust. Magnum było odblokowane i… wstrzeliło… Krew trysnęła z klatki piersiowej blondyna i ochlapała mi twarz. Nieruchome ciało mojego ukochanego zwaliło się na mnie. Zacząłem łkać. Przewaliłem go na plecy i rozpaczliwie próbowałem w jakiś sposób reanimować go i zatamować krwotok, jednak kałuża krwi pod nim cały czas się powiększała.
-Akira… On… nie żyje- Uruha przytknął dwa palce do szyi wokalisty.
Zacząłem rzewnie płakać i wziąłem martwe ciało w objęcia, tuląc je do siebie. Kula przeszła na wylot- poczułem to pod palcami. Byłem umazany jego krwią. Dotknąłem jego zimnych, martwych ust barwiąc je szkarłatem.
Do pomieszczenie wpadła policja. Pewnie ktoś usłyszał huk wystrzały i zawiadomił ich. Dwóch mężczyzn odciągnęło mnie od ciała, które złożyli w czarnym worku. Wiedziałem, ze to przeżycie odbije się na mojej psychice. Nie dochodziła do mnie świadomość, tego co stało się przed chwilą, a może lata temu?
Poczułem, jak koło mnie kuca Aoi i obejmuje mnie jedną ręką, przygarniając do siebie. Wtuliłem się w niego i rozryczałem się jeszcze bardziej, brudząc go krwią.

Podczas pogrzebu trumna była otwarta, dlatego też nie wszedłem do kapliczki, w której odbywała się msza żałobna. Zjawiłem się jedynie w momencie, gdy wkładali już trumnę do grobu. Rzuciłem jeszcze na zamknięte już wieko czerwoną różę… szkarłatny kwiat, który już zawsze będzie mi się kojarzył z moją martwą miłością. Pamiętam, jak Takanori kochał te kwiaty. Mimo iż ludzie uważają je za przereklamowane, on je uwielbiał. Czasem kupowałem mu je bez powodu- to był jedyny wyraz mojego uczucia, wtedy gdy nie zwracałem na niego uwagi. Często kupowałem mu wielki bukiet róż, gdy zrobiłem coś źle, gdy go zraniłem… Już nie będę miał okazji zrobić krzywdy…
Nie płakałem na pogrzebie- nie miałem już łez.
Zamiast tradycyjnego marszu żałobnego, podczas chowania trumny, zagrano „People Error”, którą grałem przez cały czas grania stypy. Grałem na pianinie nawet, gdy wszyscy już wyszli. Ta melodia po prostu łagodziła ból.
Koło mnie usiadł Yuu. Dosunął sobie krzesło i bez słowa również zaczął grać tą samą melodię, oktawę wyżej. W pewnym momencie zaprzestałem gry i spojrzałem na niego. Shiroyama bez słowa przytulił mnie, a ja wczepiłem się w niego jak małe dziecko.
-Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne chwile- szepnął przyciszonym, drżącym głosem, co świadczyło, że również płakał.- Mi też będzie go brakować… Nam wszystkim- pogłaskał mnie po głowie i pocałował w policzek.
Spojrzałem na niego. Był ubrany cały na czarno… z jednym wyjątkiem. Miał rubinowy krawat. Odwiązałem go i wyrzuciłem do śmietnika, który znajdował się niedaleko drzwi.
-Nie noś żadnych ubrań w takim kolorze- poprosiłem go, a on jedynie skinął głową i znów mnie przytulił.
***
Minęło trochę czasu. Przez jakieś dwa tygodnie po pogrzebie nieustannie grałem piosenki, które skomponował Takanori. Już nigdy nie nazwę go Rukim- to nie był jakiś tam wokalista, jakiegoś tam zespołu. To nie był jakiś tam celebryta, sławny, bogaty facet. To był Takanori Matsumoto- moja chora miłość.
Jak już wspomniałem minęło trochę czasu. Rodzina blondyna sprzedała jego mieszkanie, tak samo jak i ja moje. Zamieszkałem z Yuu. Sam mi to zaproponował. Potrzebowałem czyjejś bliskości i wsparcia. Gdybym był teraz sam… zapewnie wróciłbym do szpitala psychiatrycznego. Starszy pomógł mi się pozbierać i na nowo nauczył mnie śmiać się- no może przesadziłem. Jak na razie nauczył mnie odwzajemniać uśmiechy, jednak nieprzerwanie ze mną pracował nad tym, abym znów potrafił cieszyć się życiem. Aoi wykazywał się dużą cierpliwością i wytrwałością, co do mojej osoby, za o bardzo byłem mu wdzięczny. Zastosował się do mojej prośby i wyrzucił wszystkie czerwone ubrania i rzeczy, nie patrząc na to, że wydał na nie dużo pieniędzy. Byłem mu bardzo wdzięczy i postanowiłem mu to jakoś okazać.
-Yuu?- zapytałem.
-Hm?- mruknął zaspany.
-Śpisz?- zapytałem głupio.
-No teraz już nie- otworzył oczy i spojrzał na mnie.- Znów miałeś koszmary?- zapytał troskliwie i objął mnie jedną ręką, a drugą się podpierając. Przykryłem nas obu szczelniej kołdrą.
-Nie. Chciałem ci jakoś podziękować.
-Za co?- zdziwił się.
-Jak to za co? Za…- nie wiedziałem jak to ująć.- Za to, że byłeś… i jesteś nadal- położyłem głowę na jego poduszce i wpatrywałem się w jego twarz. Uśmiechnął się.
-Dla mnie największym i najlepszym prezentem będzie twój uśmiech- powiedział, a ja delikatnie uniosłem kąciki ust.- Ale taki spontaniczny… Nie wymuszony- powiedział i pogłaskał mnie po głowie, po czym położył się obok.
Przez to, że leżałem na jego poduszce nasze twarze były bardzo blisko siebie. Dzieliła nas jedynie milimetrowa przerwa.
-Dobranoc- odezwał się czarnowłosy i zamknął oczy.
-Yuu?- zapytałem po chwili.
-Hm?- znów otworzył oczy.
-Wiesz… Może nie uśmiechnę się jeszcze, tak jakbyś sobie tego życzył, jednak… mogę zrobić coś innego- powiedziałem i spojrzałem na niego. Aoi podniósł jedną brew czekając na ciąg dalszy.
Przybliżyłem się do niego i pocałowałem go w usta. Chłopak o dziwo szybko oddał pocałunek. Uchyliłem usta, a on wsunął język do środka. Nie był to zachłanny ani brutalny pocałunek- jedynie delikatny i czuły. Odsunęliśmy się do siebie, gdy skończyło na się powietrze.
-Dobranoc- szepnąłem.

CDN

Smiech cz.4

I | II | III |



Przez kilka kolejnych dni próbowałem się do niego zbliżyć podczas przerw na posiłek, jednak lekarz, który uprzednio pozwał mnie do sądu, zakazał mi się z nim spotykać, gdyż, jak to określił, dewastuje go moralnie i przeze mnie może mu się jedynie pogorszyć. Ten mężczyzna nie był do mnie przyjaźnie nastawiony, co objawiał nawet w prywatnych sesjach, które u niego miałem zawsze we wtorki. Leżąc na kozetce u niego w gabinecie, miałem wrażenie, że tak naprawdę to on próbuje mi wmówić, że jestem psychiczny. Czułem się z tym dziwnie- przecież to nie jakiś pieprzony film! Lekarz powinien mnie leczyć i chcieć dla mnie, jak najlepiej, a nie wmawiać mi chorobę i wzmacniać moje poczucie winy- już wystarczająco byłem przybity. Przez kolejne cztery dni od kąt mało nie zabiłem swojego współlokatora i zbliżyłem się do Rukiego, chłopakowi się pogorszyło. Dostawał dziwnych skurczy mięśni szkieletowych, nad którymi nie panował, przez co często się przewracał i wszystko leciało mu z rąk. Z tego powodu znów wrócił na wózek inwalidzki i większość czynności wykonywała za niego pielęgniarka, lub przynajmniej pomagała mu w znaczącym stopniu. Na pewnym spotkaniu ze złym lekarzem, jak go zwykłem określać, chciałem mu powiedzieć, że to moja obecność sprawiała, że czuł się lepiej- on mnie potrzebował i zakazując mi spotykać się z nim, szkodzi Rukiemu, jednak jak zwykle zły lekarz mnie nie słuchał i dalej głosił swoje kazanie, którego ja nawet nie raczyłem wysłuchać. Przestałem po słowach: „Panie Suzuki…”. Oczywiście nie zważałbym na jego zakaz, gdyby nie to, że cały personel medyczny uważnie mnie obserwował i sprawdzał, co chwila czy zbytnio nie zbliżyłem się do blondyna.  Oprócz skurczy mięśni Takanori miewał jakby zaniki w pamięci. Na przykład opowiadał jakąś historię aż nagle przerywał i milczał. Rozglądał się dookoła i pytał, gdzie się znajduje, gdyż nic nie pamięta.
Na szczęście przenieśli go z izolatki do normalnego pokoju. Dzielił go z jakąś nastolatką, która pochodziła z patologicznej rodziny. Była ona na tyle miła, że udzieliła mi informacji o tym, że Ruki wołał mnie przez sen. Często budził się w nocy z krzykiem, cały spocony i przerażony- miał koszmary o tym, jak zostajemy brutalnie rozdzieleni- podobno opowiadał jej o tym. Mówiła też o tym, że Taka jest bardzo nieufny w stosunku do lekarzy, więcej mówił swojej współlokatorce niż lekarzom- wspomniała, że często ich okłamuje.
Leżałem na swoim łóżku i patrzyłem się tępo w sufit. Spojrzałem na cyfrowy zegarek, stojący na szafce obok łóżka. 01;23. Pięknie- nie mogłem zasnąć. Cały czas zastanawiałem się, jak mogłem się do niego zbliżyć. No przecież nie wywołam pożaru! A może… Wróć! Stop, Reita, spokojnie… Musisz wymyślić coś sensownego. Zostałem głównym podejrzanym w sprawie przesłodzonej herbaty, więc muszę być bardziej ostrożny. Na tyle ten facet z depresją poporodową jest na tyle głupi, że myśli, iż jestem miły i przyjazny, dlatego też wybronił mnie… ale następnym razem może nie pójść tak łatwo. Rozważałem wszelkie możliwości- od zadzwonienia do Uruhy i Aoia, żeby wpadli tu w kominiarkach i udali, że robią napad- nie, to nie wchodzi w grę. Na korytarzu znajdował się tylko jeden telefon, a wszystkie rozmowy były na nim nagrywane. Podkreślę fakt, że nie wszyscy mieli do niego dostęp, dlatego też nie chciałem stracić możliwości dzwonienia, gdyż może on mi się jeszcze kiedyś przydać. Od przebrania się za tą nastolatkę i udawania jej, podczas, gdy ona miałaby udawać mnie- kurwa, Reita to, to już jest kompletne dno! Użyj mózgu! Od poproszenia Kaia, żeby przyszedł na odwiedziny, podczas których miałby mi dać racę dymną, którą rzuciłbym podczas przerwy obiadowej i w dymie, kiedy nikt by mnie nie widział po prostu podbiegłbym do Rukiego, wziął na ręce i uciekł z tego przeklętego szpitala- nie. Na dworze mają kamery, a poza tym na pewno zawiadomiliby policję, że dwaj psychopaci są na wolności, przez co szybko zostalibyśmy znalezieni. Takanori znów trafiłby do izolatki, a ja do więzienia. Odpada. Do włamania się do kuchni i dodania do obiadu arszeniku (trucizna, z resztą bardzo silna- stosuje się ją do zabijania owadów od aut.) i otruciu wszystkich pacjentów i personelu medycznego, który również stołował się w szpitalu. Każdy z tych pomysłów wydawał mi się nierealny i zbyt trudny do zrealizowania. W pewnym momencie wpadłem na inny pomysł- tak genialny w swojej prostocie, że aż głupi. Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło- że też wcześniej na to nie wpadłem!
***
Nastał dzień. Wszyscy zeszli się na stołówkę, gdzie wydawane było śniadanie. Przysiadłem się do dziewczyny, która dzieliła pokój z Rukim. Omówiłem z nią mój plan, na który ona zgodziła się bezwarunkowo. Między zajęciami po śniadaniu, a przed obiadem mieliśmy jeszcze jedną półgodzinną przerwę. Podczas niej dziewczyna podeszła do pielęgniarki, która siedziała przy Takanorim. Usiadłem na krześle nieopodal, aby słyszeć ich rozmowę.
-Chciałabym zmienić pokój- oświadczyła dziewczyna.
-Dlaczego?- zdziwiła się pielęgniarka.
-Bo on mnie dotyka!- zapłakała, wskazując palcem na blondyna, siedzącego na wózku.
-Co?!!- zawołał zdziwiony Ruki.
Pielęgniarka spojrzała na nich oboje badawczym wzrokiem.
-To prawda?!- zapytała Takę, który nic nie rozumiał.
-Nie!
-On kłamie!- zawyła dziewczyna.
-Gdzie byś chciała się przenieść?- zapytała badawczo siostra oddziałowa.
-Jak najdalej! Może… Do pokoju dwadzieścia dwa,…- wymieniła numer mojego pokoju.
-Ja nie podejmuję takich decyzji. Obydwoje proszę stawić się w gabinecie waszego lekarza prowadzącego- oświadczyła i wstała, po czym zaczęła pchać wózek wraz z chłopakiem, na nim siedzącym w stronę owego gabinetu.
***
Coś długo stamtąd nie wychodzili. Obawiałem się, że coś poszło nie tak. Miałem tylko nadzieję, że dziewczyna nie puściła pary z ust, że to był mój genialny pomysł.
Było już po godzinie osiemnastej. Właśnie jadłem kolację, lub udawałem, że jem, gdyż ze stresu mój żołądek skurczył się do rekordowych rozmiarów, kiedy podeszła do mnie pielęgniarka.
-Pan Suzuki?- zapytała miękkim głosem.
-Tak- powiedziałem, odkładając plastikowy kubek z herbatą, którą właśnie piłem.
-Proszę się przenieść do pokoju czterdzieści osiem. Musimy pana przekwaterować.
Ledwo powstrzymałem się od uśmiechu.
-Dobrze- kiwnąłem głowę i wstałem  od stołu.
Skierowaliśmy się do mojego pokoju, gdzie zacząłem się pakować. Pielęgniarka stała i z uwagą przyglądała się każdemu mojemu ruchowi. Czyżby zły lekarz kazał jej mnie obserwować?
-Nie interesuje pana dlaczego musi pan zmienić pokój?- zainteresowała się.
-Szczerze to nie. Mój lekarz prowadzący (zły lekarz) nauczył mnie nie zadawać pytań, a jedynie wykonywać polecenia- skłamałem i zapiąłem zamek od torby.
Wyszliśmy na korytarz. Podążyłem za nią pod mój nowy pokój. Weszliśmy do środka. Na łóżku leżał Ruki, który udawał nadal, że jest obrażony.
-Panie Matsumoto- odezwała się.- w razie jakich problemów- w tym momencie spojrzała na mnie.- proszę wszystkie uwagi zgłaszać do swojego lekarza prowadzącego, dobrze?
Ruki prychnął i kiwnął głową, nawet nie zaszczycając jej swoim spojrzeniem. Odczekał aż kobieta wyjdzie z pokoju, po czym wstał i rzucił mi się na szyję.
-Zrobiłeś to specjalnie!- krzyknął uradowany.
-Oczywiście- mruknąłem i pocałowałem go namiętnie.
Objąłem go w pasie, mocniej przyciągając do siebie. Takanori rozchylił wargi, z czego ja skorzystałem i wsunąłem język do jego usta. Moja ręką „przypadkiem” zjechała z jego pleców na pośladki. Zacisnąłem palce, a Ruki pisnął mi prosto w usta.
-Najchętniej wziąłbym cię tutaj- uśmiechnąłem się.
-No to na co czekasz?- zaśmiał się.
-Ruki, przecież dobrze wiesz, że nie możemy… Nie tutaj…- popatrzyłem mu w oczy.
-Oj tam, oj tam- wywrócił oczyma.
Nagle ugięły się pod nim nogi. Dobrze, że mocno go trzymałem, bo inaczej upadłby na podłogę. Przestraszyłem się.
-To tylko skurcz- syknął.
-Bardzo boli?- zapytałem troskliwie, układając go z powrotem na łóżku.
-Troszkę- skrzywił się.- Gdy jesteś blisko, nawet ból jest bardziej znośny- zmusił się do uśmiechu.
-Lekarz mówił, że masz jakąś chorobę, przez którą odczuwasz ból jako przyjemność…- wspomniałem.
-Przestań…- znów wywrócił oczyma.- On tam się nadaje- zaśmiał się.- Dobrze, że jesteś ze mną- pogłaskał mnie wierzchem dłoni po policzku, a ja nie wytrzymałem i po moich policzkach popłynęły łzy- tym razem szczęścia.
-I już nigdy nie opuszczę. Wybacz mi… proszę- wyszeptałem i znów wpiłem się w jego ciepłe, wilgotne wargi.

CDN

Smiech cz.3

I | II |



Znów podążyłem za lekarzem. Ponownie przeszliśmy przez długi korytarz, aż dotarliśmy do wielkich betonowych schodów. Wspięliśmy się na pierwsze piętro. Znaleźliśmy się na kolejnym korytarzu, jednak ten zagracony był rozmaitymi stolikami i siedziskami. Zapewne było to miejsce, gdzie chorzy mieli spotykać się z rodziną i bliskimi. Przeszliśmy przez ciężkie, szklane drzwi i kolejny korytarz ukazał się moim oczom. Im dalej szliśmy tym moje odczucie, że znajduję się w jakimś labiryncie natężało się. Skręciliśmy w prawo i doszliśmy do końca korytarza. Znajdowało się tutaj troje drzwi. Obok nich umieszczone były okna, przez które w każdej chwili można było zobaczyć, co robi chory. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że nie są to jakieś zwykłe, prywatne pokoje, tylko… izolatki… Od sufitu po podłogę wyłożone były białą gąbką. Nie było w nich okien. Jedynym źródłem światła był blask żarówki wpadający przez okienko z korytarza. Mężczyzna zastukał w szybę i chwilę odczekał.
-Może śpi- wzruszył ramionami obojętnie.
Spojrzałem na wielkie, białe drzwi z wieloma zamkami. Przypominały te, które zazwyczaj prowadzą do chłodni albo kostnicy. Wzdrygnąłem się i złapałem za głowę, następnie zasłaniając sobie dłonią oczy. Nie mogłem w to uwierzyć. Próbowałem sobie wmówić, że to jakiś zły sen, że to wszystko zaraz się skończy, że zaraz otworzę oczy i obudzę się w łóżku razem z Rukim, którego będę mógł przytulić, pocałować i obdarowywać moją miłością do końca życia.
-A… Nie mogę tam wejść?- zapytałem, powstrzymując się od łez. Gula w gardle sprawiała, że prawie nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
-Niestety nie- odpowiedział chłodno facet w biłabym kitlu.
-Nie można go wyprowadzić? Tylko na chwilę…- moje oczy stały się szkliste, jednak uporczywie walczyłem, aby nie uronić choć jednej łzy.
-Nie.
-Błagam… Obiecał pan, że będę mógł go zobaczyć…
-Myślałem, ż podejdzie do szyby. Nie mogę pana tam wpuścić. Wstęp ma tam jedynie personel medyczny.
W tym momencie do drugiej izolatki wszedł jakiś pielęgniarz. Spojrzałem na drzwi naprzeciwko i olśniło mnie.
-No trudno…- udałem, że się poddaję.- Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?
-Na końcu korytarza.
-Dziękuję. Może pan już zająć się swoimi sprawami. Sam wrócę do wyjścia.
-Czy aby na pewno? Ten budynek jest dość skomplikowany…
-Poradzę sobie- zmusiłem się do sztucznego uśmiechu.- Mam dobrą pamięć i orientacje w terenie.
-W takim razie, dobrze- odpowiedział i wyszedł drzwiami, którymi uprzednio weszliśmy.
Odczekałem aż lekarz zniknie z mojego pola widzenia i rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie było- dobrze. Wszedłem do pokoju naprzeciw drugiej izolatki, do której wszedł pielęgniarz. Na drzwiach, które otworzyłem widniała plakietka „Pomieszczenie służbowe. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. W duchu modliłem się, żeby ten pielęgniarz za szybko nie wrócił. Podszedłem do jednej z szaf i wyciągnąłem pierwsze lepsze przebranie. Zarzuciłem na siebie jakiś zielony fartuch i zmieniłem buty. Moje modły jednak nie zostały wysłuchane i młody facet wrócił do pomieszczenia, w którym obecnie przebywałem.
-O… Witam doktorze Lee- powiedział zaskoczony.- Z całym szacunkiem, ale czy nie ma pan dziś dnia wolnego?
-Ee… Nie, nie. Juto mam wolne- skłamałem. Lekko zmieniłem głos, aby wydawał się bardziej zachrypnięty i grubszy.
-Czy jest pan przeziębiony?- na całe nieszczęście gościu chciał kontynuować rozmowę.
-To jedynie chrypa- próbowałem odwrócić twarz, tak aby mnie nie rozpoznał. Udawałem, że coś mi spadło na podłogę.
-Pomóc panu? Czegoś pan szuka?
-Nie, dziękuję. Z pewnością masz wiele spraw do załatwienia. Wracaj do swoich obowiązków- machnąłem na niego ręką, po chwili przypominając sobie, że mam na czarno pomalowane paznokcie. Kto widział lekarza z czarnymi paznokciami? (faceta od aut.)
-Dobrze- mruknął niepewnie i wyszedł z pokoju.
Posiedziałem tam jeszcze chwilę, dając czas młokosowi na odejście. Po tym czasie wystawiłem głowę za drzwi i nikogo nie widząc nikogo, wyszedłem. Skierowałem się do izolatki, pod którą zatrzymałem się razem z prawdziwym lekarzem. Otworzyłem zatrzaski i pchnąłem drzwi. Wszedłem do środka.
-Takanori?- zapytałem cicho.
Zauważyłem jedynie zarys jego postaci i świecące, wręcz żarzące się w ciemności oczy. Podszedłem do niego i przykucnąłem przy nim.
-Nie… Ha, ha, ha! I co z tego?! Tak! La, la ,la!- zaczął się drzeć. Zatkałem mu usta dłonią.
-Nie wrzeszcz- upomniałem go.- To ja Akira. Przyszedłem do ciebie- pogłaskałem go po głowie.
Chciałem złapać go za rękę, ale zamiast jego dłoni poczułem jedynie mocno opięty materiał. Zmusiłem go, aby przesunął się w stronę światła padającego z korytarza. Miał na sobie kaftan bezpieczeństwa- w izolatce? Co on mógł sobie jeszcze tutaj zrobić? Czy był aż tak szalony?
-Akira…- wybełkotał.- Zostałeś lekarzem?- zrobił głupią minę i zaczął się głośno śmiać. Znów zatkałem mu usta dłonią.
-Nie. To tylko przebranie żebym mógł się z tobą zobaczyć. Jeśli chcesz żebym tutaj był musisz być cicho, jasne?
-Jak słońce na niebie wieczorową porą- zachichotał.
Położył się na wznak i zaczął wierzgać nogami. Westchnąłem ubolewając. Łzy znów zawitały do moich oczu. Przytuliłem go mocno i ukryłem twarz w zagłębieniu jego szyi. Tym razem nie powstrzymałem się i wybuchnąłem płaczem. Jak mogłem dopuścić do czegoś takiego? Jedną ręką go przytulałem, a drugą głaskałem po głowie, wplatając palce w jego włosy, szeptając zapewnienia, że będzie dobrze- tak naprawdę było one bardziej skierowane do mnie niż do niego, gdyż Ruki w takim stanie zbyt wiele nie rozumiał z tego, co mówię.
-Widzisz mnie w ogóle?- zapytałem, kiedy uspokoiłem się na tyle, żeby wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.
-Jakoś takoś…- zachichotał.- Jesteś rozmazany i wirujesz… ale to szczegół…- odchylił głowę i zaczął zachłystywać się powietrzem, przez co mało nie udławił się własną śliną. Zmusiłem go, aby znów ułożył się normalnie.
-Rozumiesz, co do ciebie mówię?
-No… Nie… W połowie… Śmiech!- znów zaczął się śmiać, przy czym się opluł. Wierzchem dłoni wytarłem jego brodę.
Usłyszałem zbliżające się kroki. Moje serce zaczęło walić jak młot. Żołądek wywracał mi się do góry nogami, a śniadanie podjechało mi do przełyku.
-Zapewne doktor Lee tam jest- usłyszałem głos pielęgniarza.
-Ale Lee nie pracuje w środy!- i groźny ton lekarza, który wcześniej mnie tu przyprowadził.
W tym momencie weszli do izolatki, a czas jakby stanął w miejscu.
-Co pan tutaj robi?!- wrzasnął wściekły lekarz.
***
Rozprawa sądowa. Szpital wniósł oskarżenie do sądu o podszywanie się pod lekarza i napastowanie chorego. Z tym drugim się nie zgadzałem, jednak jako oskarżony nie miałem nic do powiedzenia. Mój prawnik dzielnie walczył i próbował postawić mnie w jasnym świetle, jednak nie było to proste zadanie.
-Dziękuję. Co na to oskarżyciel?- zapytał wysoki sąd.
Prawnik zajął miejsce obok mnie, a oskarżyciel wstał i zaczął wygłaszać swoją mowę. Szczerze, niezbyt interesowało mnie, co gada. Chciałem po prostu zobaczyć Rukiego… I tyle…
-Jesteśmy w dupie- powiedział Szpetem adwokat.
-Co ty? Poważnie? – zapytałem ironicznie, podnosząc jedną brew i robiąc głupią minę.
Minęło dużo czasu. Rozprawa chyliła się ku końcowi.
-Ogłaszam, że oskarżony jest winny i nakazuję wypłacenia wysokiego odszkodowania w postaci puli pieniężnej dla szpitala- oznajmił sąd. Lekarz, który mnie pozwał uśmiechnął się i przybił piątkę z oskarżycielem.
-Co?!- poderwałem się z miejsca.- Jak to?!
-Panie Suzuki, proszę usiąść, bo nałożę karę za nieodpowiednie zachowanie- sędzia ostrzegł mnie.
-Nie, nie usiądę! Wiesz, jak to jest? Wiesz, jak to jest zabić człowieka?- ryknąłem na całą salę.
-Co?- zdziwił się sędzia.
-Pytam się czy wysoki sąd zabił kiedyś człowieka?- powtórzyłem.
-No nie,…- odpowiedział.
-A ja tak! Zabiłem go! Uśmierciłem psychicznie! Co z tego, że jego ciało nadal funkcjonuje, skoro nie może go używać?! Co z tego, że kocham go nad życie i chcę być choć raz przy nim, kiedy tego potrzebuje!- po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.- Ja go chciałem po prostu zobaczyć… Choć raz zrobić coś dobrego dla niego… Jeden jedyny raz w życiu być blisko… To wszystko moja wina, to przeze mnie się tam znalazł…- ledwo mogłem mówić. W tej chwili dostałem kolejnego olśnienia.- Nie żądam uniewinnienia… Moje zachowanie chyba jest jednoznaczne…- wyszeptałem.
-To znaczy?- drążył sędzia.
-Jestem niepoczytalny….- uśmiechnąłem się pod nosem.
***
Wróciłem do domu i pakowałem swoje rzeczy do torby. Sędzia wydał wyrok, o który prosiłem- zamknął mnie w tym samym szpitalu, w którym przebywał Ruki. W pewnym momencie usłyszałem trzask, a po chwili do mojej sypialni wparował wściekły Kai, który również był obecny na sprawie sądowej.
-Coś ty najlepszego zrobił, do kurwy nędzy?!- ryknął i rzucił we mnie gazetą.
Podniosłem szmatławiec i spojrzałem na okładkę, na której widział wielki napis „Reita z The GazettE w sądzie: przyznaje się do uczucia do Rukiego i zostaje uznany za niepoczytalnego! Tylko u nas zdjęcia i sprawozdanie ze rozprawy sądowej!”. Nie odpowiedziałem, dalej pakowałem ciuchy do torby nie zważając na lidera.
-Odpowiesz mi wreszcie?!- warknął.
-Musiałem to zrobić- mruknąłem cicho i zapiąłem zamek torby.
-I zniszczyć The GazettE?! Media rozszarpią nas na strzępy! Nie dość, że wydało się, że Ruki jest psychiczny, to teraz i ty wyrobiłeś sobie taką opinię! Jesteśmy skończeni!- dramatyzował, choć wiedziałem, że ma rację.
-Musiałem to zrobić- powtórzyłem.- Kocham Rukiego i musiałem to zrobić- powiedziałem i wyminąłem perkusistę w drzwiach, następnie kierując się w stronę windy.
***
Nie zamknęli Mie w izolatce, jak Takę. Dostałem prywatny pokój, bez żadnego okienka w drzwiach, które wychodziło na korytarz, który dzieliłem z jakimś facetem, który miał głęboką depresję… poporodową. Tak w ogóle to uważał, że jest kobietą, ale mniejsza z tym…
Od czasu do czasu widywałem Rukiego, jak przywozili go na wózku inwalidzkim do stołówki podczas wydawania posiłków i leków. Był blady, mizerny i zawsze w kaftanie bezpieczeństwa. Za każdym razem, gdy go widziałem serce ponownie łamało mi się na pół.
Byłem tu już drugi tydzień i nie zbliżyłem się do mojego ukochanego nawet o krok. Musiałem coś wymyślić… Moją jedyną szansą były godzinne przerwy między terapiami grupowymi i prywatnymi audiencjami u psychiatrów na posiłek. Niestety podczas tych przerw zawsze kręciło się tu wiele pielęgniarek i pielęgniarzy. Wybrałem porę obiadową. Na szczęście byłem w na tyle dobrej sytuacji, że do posiłku nawet dawali mi kawę.  Wykorzystałem to, że facet, z którym mieszkam nie mógł jeść zbyt dużo cukru, gdyż później mu odwalało.
Wziąłem tackę i talerz i ustawiłem się w kolejce po jedzenie. Nałożyłem cokolwiek, nie patrząc na to, co biorę i wziąłem kawę, a do niej sześć opakowań cukru. Przysiadłem się do faceta, z którym dzieliłem pokój. W tym momencie wprowadzili na salę Rukiego. Serce zabiło mi mocniej i postanowiłem zrealizować mój plan. Niby niechcący zrzuciłem widelec swojemu współlokatorowi.
-Oj, przepraszam- zrobiłem zatroskaną minę.
-Nic się nie stało- uśmiechnął się i schylił po sztuciec.
W tym momencie wsypałem mu do herbaty te sześć opakowań cukru, które wcześniej zdążyłem już otworzyć. Znów „przypadkiem” kopnąłem nogą widelec, tak, że facet musiał się pod niego schylić jeszcze bardziej, co dało mi czas na mieszanie i rozpuszczenie się cukru.
-Naprawdę bardzo przepraszam. Dziś jestem jakiś nieobecny- wzruszyłem ramionami, kiedy już się podniósł.
-Spokojnie. Każdemu się zdarza- uśmiechnął się ponownie i upił łyk herbaty.- Jakaś dobra ta herbatka- zaśmiał się i upił drugi łyk.
-Pij, pij. Na zdrowie- zaśmiałem się wrednie. Jestem potworem…
Facet wszystko wypił i najpierw zaczął się pluć, a potem wrzeszczeć, aż w końcu dostał jakiegoś dziwnego ataku drgawkowego. Szybko odskoczyłem, niby przerażony, a cały personel medyczny znajdujący się na sali rzucił mi się na pomoc. W rekordowym tempie znalazłem się przy Rukim. Zdawałem sobie sprawę, że nie mam dużo czasu.
-Takanori, skarbie, to ja Akira- potrząsnąłem nim delikatnie. Jęknął niewyraźnie w odpowiedzi. Jego stan ewidentnie się pogorszył od naszego ostatniego spotkania.- Ruki błagam, powiedz coś!- Nie zrobił tego.- Kocham cię nad życie- wyszeptałem mu do ucha i mocno pocałowałem.- Przepraszam cię za wszystko, za to, że byłem egoistom i za to, że tu jesteś przeze mnie. Kocham cię i wróć do mnie, błagam!- znów słone krople potoczyły się po mojej twarzy.
Blondyn jakby ocknął się z letargu. Spojrzał na mnie zaskoczony, a potem zreflektował się- jego spojrzenie nabrało przytomnego wyrazu, a mina stała się bardziej rozumna.
-Włamałem się do szpitala i udawałem lekarza, za co zostałem oskarżony i zesłany tutaj w ramach wyroku sądowego. Teraz mało nie zabiłem swojego współlokatora, żeby do ciebie podejść- powiedziałem na jednym tchu i znów go pocałowałem.- Kocham cię, słońce- szepnąłem i szybko od niego odskoczyłem, gdyż lekarze już skończyli akcję z przedawkowanym cukrem.
Wróciłem na swoje miejsce i dokończyłem posiłek, a Ruki cały czas wodził za mną wzrokiem. Jakaś pielęgniarka wróciła do niego i zaczęła go karmić. On powiedział coś do niej i spojrzał bystro, a ta przestraszyła się i pobiegła po lekarza. Taka zadziwił i jego swoimi kazaniami, co poskutkowało, że w trzy dni później zdjęli mu kaftan bezpieczeństwa. Sam jadł, jednak nadal przebywał w izolatce i miał pewne odpływy, przez co w pewnych momentach nie wiedział, co się z nim działo. Stopniowo, w zastraszająco szybkim tempie, wracał do siebie- jak określili to lekarze- choć przed nim jeszcze długa droga do opuszczenia szpitalnych murów. Pomyślałem, że jeśli jedno moje zbliżenie tak na niego podziałało… co będzie jeśli nie odpuszczę i uparcie będę dążył, aby się z nim móc spotkać?

CDN

Smiech cz.2

I |



Pogotowie zabrało Rukiego, jednak nie mogłem z nim jechać. Z daleka patrzyłem, jak ograniczają jego ruchy kaftanem bezpieczeństwa- nigdy nie pomyślałbym, że może dojść do czegoś takiego… W pewnym momencie doszła do mnie pewna myśl: Jak powiem o tym reszcie zespołu? Przecież nie wyjdę ot tak do studia i nie powie czegoś w stylu „Musimy zrobić przerwę, bo Ruki oszalał i został masochistą”… A może to będzie najlepsze rozwiązanie?
Zostałem w mieszkaniu Takanoriego. Sam zacząłem odchodzić od zmysłów. Bałem się o niego- nie wiedziałem, co się z nim dzieje. Miałem wyrzuty sumienia, jak mogłem nie zauważyć, że on zaczyna szaleć?
Położyłem się na jego łóżku i przycisnąłem twarz do poduszki. „Zawsze rozpoznam cię po tej szmacie na ryju”- przypomniały mi się jego słowa. Na chwilę podniosłem się, zerwałem z nosa chustkę i odrzuciłem ją od siebie, następnie znów opadając na poduszkę, wdychając zapach ukochanego. Przekręciłem się i ze zdziwieniem stwierdziłem, że coś pode mną wydało jakiś dziwny dźwięk. Jakby coś pękło albo zostało zgniecione. Ponownie podniosłem się i podniosłem przykrycie, na którym leżałem. Zobaczyłem kilka kartek w nieładzie, porozrzucanych po materacu. Zebrałem je i poukładałem według numeracji stron, która znajdowała się u dołu każdej z kartek. Białe arkusze papieru zostały starannie zapisane przez Rukiego- od razu rozpoznałem jego charakter pisma. Usiadłem „po turecku” i zacząłem czytać.
„28.05.2012
Czuję się coraz gorzej. Nie wiem ile jeszcze to zniosę- te krzyki w mojej głowie stają się coraz głośniejsze i zmuszają mnie do coraz obrzydliwszych i okrutnych rzeczy. Nie mogę się powstrzymać. Coś nakazuje mi wypełniać ich wszystkie rozkazy… Głowa pęka mi od ich wrzasków… Od pewnego czasu ból przestał być bólem. Stał się czystą formą rozkoszy- czy ja szaleję?

31.05.2012
Od kilku dni mam dziwne wrażenie, że świat wiruje. Wirują ludzie, przedmioty… wszystko… tylko nie ja. Czy nawet w swoich halucynacjach muszę być odludkiem? Czy choć raz nie mogę wtopić się w tłum i udawać zwykłego człowieka? Najwidoczniej nie… Czy Bóg o mnie zapomniał? Ach, zapomniałem- ja nigdy go nie obchodziłem.

03.06.2012
Zabawne… Wszystko jest takie zabawne… A najbardziej ból! To takie śmieszne! Dziś rozciąłem sobie nogę widelcem- tak widelcem. Właściwie to rozerwałem sobie udo, a nie rozciąłem je- jakieś to zabawne! Zrobiłem to histerycznie się śmiejąc! Czy użyłem określenia „histerycznie”? Czy to oznacza, że jestem świadomy tego, że jestem szaleńcem?

06.06.2012
Akira ignoruje mnie na każdym kroku. Tak jak z resztą od kilku tygodni… A może lat… dekad?... albo minut? Straciłem orientację w czasie. Czuję się taki… pusty… samotny… ból, który jest szczęściem ukaja i stłumia te krzyki w mojej głowie, które każą mi go zostawić. Nie, przecież nie mogę go opuścić. On jest dla mnie, jak narkotyk. Uzależniłem się od niego, tak samo jak od bólu. Prędzej oszaleję niż zostawię Akirę. A może już jestem szalony?
Ostatni wpis mną wstrząsną. Był napisany zaledwie wczoraj. Czyli… to ja byłem przyczyną jego zachowania? To wszystko moja wina? Odłożyłem kartki na szafkę nocną i wróciłem do wspomnień sprzed niecałych dwóch tygodni. Rzeczywiście odtrącałem go od siebie i jedynie wykorzystywałem seksualnie, jednak… czy zdążył oszaleć zaledwie przez czternaście dni. Otworzyłem szufladę szafki nocnej w celu przeszukania jej. Może znajdę coś równie interesującego. Znalazłem gruby skoroszyt, formatu A4. Otworzyłem go na samym początku.
„31.12.2010
Reita znów mnie nie zauważa. Nawet dziś, w sylwestra. Szczerze, myślałem, że choć dziś zwróci na mnie uwagę, gdyż w ostatnim czasie bardzo o niego zabiegałem. Mimo iż byliśmy razem dopiero trzy miesiące, chciałem żeby okazał mi trochę więcej miłości niż jedynie buziak w policzek lub złapanie na rękę. I ta jego mina cierpiętnika- to boli. Czasami myślę, że on jest ze mną jedynie z litości. A może tak właśnie jest? Nie zniósłbym tej myśli! On mnie kocha… Musi… Prawda?”
Przewróciłem kilka kolejnych stron. Kolejne notki stawały się coraz krótsze i bardziej zwięzłe. Zatrzymałem się na jednej z nich, w której Taka zawarł wyjaśnienie dlaczego nie rozpisuje się.
„14.03.2012
Ból głowy staje się coraz silniejszy. Na początku myślałem, że jest to jedynie spowodowane depresją zimową, albo przesileniem wiosennym czy czymś w tym rodzaju, ale migreny w pewnym momencie odbierały mi władzę w rękach lub w nogach, dlatego też nie rozpisywałem się ostatnio. Zacząłem regularnie odwiedzać lekarza. Stwierdził, że mam jakieś drobne zakrzepy wędrujące krwi w mózgu, jednak są one niegroźne i nie powinny wywoływać bólów głowy. Powiedział też, że jeśli zacznę się trochę ruszać po zimie i będę pracował umysłowo, wszystko powinno wrócić do normy. Przede wszystkim powinienem spędzać dużo czasu na Świerzym powietrzu- co prawda ciężko o nie w Tokio, jednak cóż… Chciałem o tym porozmawiać z Akirą, jednak on jak zawsze nie miał dla mnie czasu, gdyż znów miał jakieś ważne zadanie, o którym nawet śnił ze mną rozmawiać. Ostatnio widuję go jedynie na próbach. Zdaje mi się, że reszta Gazetto spotyka się z nim częściej niż ja. Czy on się mnie wstydzi? A może brzydzi?”
Wstrząsnęło mną. Jak mógł tak pomyśleć? No tak, moje zachowanie pozostawiało wiele do życzenia, a Ruki, jako że był bardzo uczuciowy i empatyczny mógł to tak odebrać. Zrobiło mi się głupio. Jak mogłem się tak zachowywać? Przecież to nieludzkie! A on to wszystko dzielnie znosił, tłumiąc w sobie wszelkie uczucia… Jestem potworem, nie człowiekiem…
Nawet nie wiedziałem, że Ruki pisze pamiętnik… Nie wiem podstawowych rzeczy o swoim ukochanym… Brawo Reita, jedynie pozazdrościć…
***
Minęła noc. Już o szóstej rano byłem na nogach. Szybko ubrałem się i zjadłem, następnie wyszedłem z mieszkania Rukiego, zamykając je na klucz. Zamek stęknął leniwie, kiedy przekręcałem w nim klucz- widać, że Taka nie był zwolennikiem używania czegoś takiego jak ten skomplikowany mechanizm obronny, zwany pod pospolitą nazwą zamka w drzwiach.
Zjechałem na podziemny parking i doszedłem na miejsce, gdzie stał samochód Rukiego. Mam nadzieję, że nie pogniewa się jeśli je sobie na trochę pożyczę. Wsiadłem do auta i przekręciłem kluczyk w stacyjce, który uprzednio wziąłem ze sobą, wychodząc z mieszkania. Wyjechałem na ulicę. Nawet o tak wczesnej porze ruch był bardzo wzmożony. Wszyscy, którzy zaczynali pracę o siódmej, wyjechali już do pracy- sporo było tu takich osób…
Od razu utknąłem w korku. Nerwowo uderzałem palcami w kierownicę. Co prawda miałem jeszcze dużo czasu, jednak… bałem się, że się spóźnię… że już nie zdążę go zobaczyć… W jednej chwili, gdy o tym pomyślałem, moje oczy stały się szklane. Szybko odsunąłem od siebie te myśli i skupiłem się na drodze.
Minęły dwie godziny zanim dojechałem na obrzeża miasta. Zatrzymałem się pod wielkim molochem z kratami w oknach- był to zakład psychiatryczny, do którego przetransportowali. Posępnie spojrzałem na biały budynek i westchnąłem.
-Przepraszam…- szepnąłem i wysiadłem z auta, kierując się w stronę wejścia.
W  środku szpital był jeszcze obrzydliwszy i bardziej przygnębiający niż na zewnątrz. Popękane kafelki na podłodze, odchodząca od ścian tapeta… milusio…
Podszedłem do recepcji lub jej odpowiednika. Za wielkim obdrapanym biurkiem siedziała młoda kobieta w pielęgniarskim czepku i białym fartuchu.
-Przepraszam, w której sali znajduje się pan Takanori Matsumoto?- zapytałem słabym głosem. Zrobiło mi się słabo, nogi stały się jak z waty.
-Pan wybaczy, ale pan Matsumoto nie może przyjmować gości- powiedziała grobowym tonem głosu, który odbił się echem w długim, pustym korytarzu.
-Aż tak jest z nim źle?- zmartwiłem się.
-Źle to mało powiedziane- odparła bez ogródek.- Powiedzmy sobie szczerze, pracuję tu od pięciu lat i nigdy nie widziałam pacjenta w tak opłakanym stanie. Nawet weterani wojenni po jakiś traumach nie zachowywali się tak jak on.
-Siostro!- ni stąd, ni z owąd na korytarzu pojawił się lekarz.- Trochę dyscypliny!- upomniał ją.- Przepraszam czy pan jest kimś z rodziny pana Matsumoto?
-Nie… Ale byłem mu bardzo bliski...- powiedziałem łamiącym się głosem.-… chyba…
Lekarz skinął głową. Był to mężczyzna w średnim wieku z przyprószonymi siwizną włosami i zmęczonym wyrazem twarzy. Głębokie zmarszczki rysowały się wokół jego oczy i ust.
-Czy chociaż mogę wiedzieć, co się z nim dzieje?- zapytałem.
-Ależ naturalnie. Przejdźmy do mojego gabinetu- zaproponował.
Przeszliśmy długim korytarzem i zatrzymaliśmy się pod białymi drzwiami, które wyglądały, jakby napadło na nie jakieś dzikie zwierzę. Weszliśmy do środka. Znajdowało się tutaj duże drewniane biurko, dwa fotele dla gości i krzesło obrotowe za biurkiem, które z pewnością było przeznaczone dla lekarza. Obok masywnego biurka stały dwa wielkie regały zawalone książkami od góry do dołu. Po przeciwnej stronie stała wysoka lampa, której słaby, żółty blask było jedynym źródłem światła. Na podłodze i ścianach znajdowały się drewniane panele, które na pierwszy rzut oka miały identyczny kolor. Pokoik był mały, przez co wszystko było upchnięte do granic możliwości. Lekarz zasiadł na swoim krześle za biurkiem, a ja nie czekając na zaproszenie, zająłem miejsce na fotelu.
-Pan Matsumoto istotnie nie jest w za ciekawym stanie, jak to dość drastycznie ujęła siostra w recepcji- zaczął.- Jest bardzo poraniony i dajemy mu małe szanse na przeżycie, gdyż stracił bardzo dużo krwi. W karetce, w drodze do szpitala jakimś cudem wyswobodził się z kaftana bezpieczeństwa i dotkliwie pobił jednego z sanitariuszy. Po drodze również rozciął sobie skalpelem przedramię, histerycznie się przy tym śmiejąc i krzycząc coś o jakimś Reicie i szmacie na twarzy. Czy może pan się domyślać, o co mu chodziło?
Odruchowo dotknąłem nosa. No tak, zostawiłem przepaskę u Rukiego. Kiwnąłem nieznacznie głową.
-Chyba mogę się domyślać…- powiedziałem cicho.- Co dokładnie mówił?
-Typowy bełkot szaleńca. Nic wartościowego- mężczyzna naprzeciwko mnie wzruszył ramionami.
-Proszę przytoczyć. Sam ocenię, czy było to coś wartościowego czy też nie- mój ton głosu stał się ostrzejszy i mniej przyjemny.
-Wspominał coś o związku. O tym, że nie posłucha głosów w swojej głowie, że się nie podda. Bełkotał o rozkosznym bólu.
Wstrzymałem oddech. On był szalony z… z miłości… z miłości do mnie! To wszystko przeze mnie- to przeze mnie tutaj się znalazł, a on ma jeszcze czelność mnie kochać?! Powinien mnie znienawidzić!
-Acha- mruknąłem, spuszczając głowę. Poczułem, jak łzy napływają mi do oczu.
-Sądzimy, że pan Matsumoto cierpi na algolagmię- oświadczył pod dłuższym czasie.
-Co to takiego?- zapytałem.
-Choroba umysłu, przez którą ból odczuwa się jako przyjemność- wyjaśnił.
-Czy mogę się z nim zobaczyć?
-Nie…
-Proszę!- przerwałem mu.- Muszę go zobaczyć!- po mojej twarzy zaczęły płynąć słone łzy.- Błagam…- wyszeptałem, niemalże jedynie poruszając wargami.
Lekarz przez chwilę milczał jakby w zadumie. Jakby zastanawiał się czy moje łzy są prawdziwe.
-No dobrze, ale to jedyny taki wypadek- ostrzegł mnie i wstał z krzesła, gestem ręki zachęcając mnie, abym zrobił to samo.

CDN

Dzien, jak co dzien cz.9 & Smiech cz.1

I | II | III | IV | V | VI | VII | VIII |



Z rana obudziłem się kompletnie skołowany. W głowie mi huczało, nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Po chwili zorientowałem się, że jestem w łóżku… z kimś. Odwróciłem głowę w stronę tego kogoś. A no tak, to Uruha. Uśmiechnąłem się do niego i wtuliłem w jego ciepły tors. Chłopak mruknął coś, chyba przez sen, jednak nie zrozumiałem go. Nie przejmując się tym, zaciągnąłem się jego zapachem. Trwaliśmy tak chyba z dobre dziesięć minut, aż w końcu poczułem, jak coś głaszcze mnie po głowie. Z niechęcią ponownie otworzyłem oczy i stwierdziłem, że owe coś to ręka Uru. Podniosłem się na łokciach i pokonując mroczki, spojrzałem na szatyna, który nadal nie ruszając się przyglądał się mi z uśmiechem. W jego oczach czaiły się te iskierki radości, których od tak dawna nie widziałem. Po chwili dotarły do mnie wszystkie wspomnienia- to było uczucie, tak jakbym zderzył się z pędzącą ciężarówką. Moje kłamstwo, Die, plan Reity, Saga, wakacje, Tajlandia, Anglik, spotkanie z Uruhą w drogerii- reszta była jakby zamazana. Uświadomiłem sobie, że wcale nie jest tak pięknie, jak mi się wydawało na początku, po przebudzeniu. Nie jesteśmy w jednym z naszych mieszkań, tuląc się do siebie w łóżku i żyjąc wręcz bajkowo- doszły do mnie te wszystkie złe emocje, które w ostatnim czasie stały się pasmem mojego nędznego żywota. Od razu posmutniałem i wbiłem wzrok w poduszkę.
-Pytałem, czy dobrze spałeś- powiedział Uruha, przysuwając się do mnie i całując w policzek.
Nie odpowiedziałem. Jedynie skinąłem głową. Z trudem z powrotem przeniosłem na niego wzrok, na jego słodki uśmiech, który był moim sensem życia. Odwzajemniłem słabo ten gest.
-Czemu tak sposępniałeś?- zaniepokoił się i chwycił mnie za brodę  i zmuszając, abym spojrzał mu w oczy.
-Kou-chan…- szepnąłem, a po moim policzku spłynęła pojedyncza łza.- Przepraszam…- wyszeptałem i wręcz rzuciłem się na niego, wtulając twarz w jego miękkie włosy.
Takashima ogłupiał, jednak odruchowo przytulił mnie. Wbrew pozorom nie zacząłem szlochać. Było mi tak ciężko- tak głupio, jak mogłem zrobić coś podobnego? Uruha zaczął mnie głaskać uspakajająco. Poczułem, jak jego wilgotne, gorące usta przywarły do mojego obojczyka. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Zachłysnąłem się powietrzem i przymknąłem powieki. Uru położył się na mnie. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jesteśmy nadzy. Co myśmy wczoraj robili? Kolacja… Dalej- czarna pustka w mojej głowie.
-Za co przepraszasz?- zapytał, układając głowę na mojej klatce piersiowej.
-Za to co ci zrobiłem- powiedziałem słabym głosem.
-Przecież to nie twoja wina. To ojciec cię do tego zmusił- do tego związku. A tak w ogóle, to co się stało z tą twoją dziewczyną?
-No i właśnie tu mamy problem…- kolejna łza spłynęła po mojej twarzy, kreśląc swoją wędrówkę srebrnym szlakiem, by zaraz zniknąć w pościeli.
Mocniej objąłem Uruhę i modliłem się, żeby, jeśli Bóg istnieje, w tej jedynej chwili zlitował się nade mną…

[Ruki]
Reita od kilku dni był bardzo nerwowy. Wszystko go wkurzało i nikt nie mógł z nim pogadać- nawet ja! Nie wiedziałem, co się z nim dzieje, nie poznawałem go. Wszędzie chodził z telefonem, kurczowo ściskając go w dłoni, jednak gdy próbowałem się do niego dodzwonić, nigdy nie odbierał. Bolało mnie jego zachowanie.
Było już po dwudziestej czwartej, a Reita dopiero wrócił do domu. Obawiałem się najgorszego… Siedziałem na łóżku w jego pokoju. Sam. W ciemności. Tępo wpatrywałem się w ścianę. Rei wszedł do sypialni, w której przebywałem i spojrzał na mnie zaskoczony.
-Co ty tu robisz?- burknął.
-Siedzę- odpowiedziałem cicho, nie przenosząc na niego wzroku.
-To widzę. Nie rób ze mnie idioty- warknął groźnie.- Po co tu przylazłeś?- słyszałem, jak zaczyna zgrzytać zębami.
Blondyn zapalił światło, które mnie oślepiło. Zmrużyłem oczy, jednak nie oderwałem wzroku od ściany. Była pusta. Biała. Tak, jak ja. Identyfikowałem się z nią. Czy oszalałem?
-Dowiem się wreszcie, po co tu przyszedłeś?- basista spojrzał na mnie wyczekująco.
Może i zaczynałem szaleć, ale…
-Już wychodzę- powiedziałem i wstałem z łóżka.
Zacząłem kierować się w stronę wyjścia, jednak Reita mocno złapał mnie za ramię. Skrzywiłem się z bólu.
-Odpowiedz- zażądał.
-Już nic- spojrzałem na niego pustym wzrokiem.
Czułem się tak… dziwnie… Tak lekko… pusto. Tak, jakbym zaraz miał odlecieć, jednak jedyną rzeczą, która uniemożliwiała mi to było moje ciało, które jak balast, przytwierdzało mnie do podłoża, po którym stąpałem.
-Jesteś irytujący!- krzyknął, wywracając oczami.- Czy chociaż ty możesz mnie nie denerwować?! No powiedz, czy tak dużo wymagam?!
Zamachnął się i uderzył mnie. Z otwartej dłoni. Cofnąłem się kilka kroków do tyłu i zatoczyłem się do tyłu. Ugięły się pode mną nogi. Upadłem na podłogę, przy czym jeszcze mocno uderzyłem głową o podłogę.
-Takanori!- wrzasnął Akira, podbiegając do mnie.
Chyba chciał mnie dotknąć, ale odtrąciłem jego ręce. Próbowałem się podnieść, ale nic to nie dało. Ponownie znalazłem się na podłodze. Poczułem, jak zbiera mi się na wymioty- torsje. Świat lekko zawirował, ale tym razem udało mi się dźwignąć z podłogi. Bez słowa wyszedłem z mieszkania Suzukiego. Coś do mnie mówił, ale nic nie rozumiałem. Słyszałem jedynie niewyraźny bełkot. Znalazłem się na ulicy. Jakiś człowiek szturchnął mnie. Uniósł dłonie, jakby w geście zapewnienia i wybełkotał coś, następnie odchodząc. Poszedłem dalej. Miałem wrażenie, że wszystko dzieje się tak szybko. Zdawało mi się, że tylko ja stoję w miejscu, podczas gdy wszyscy inni poruszają się z zawrotną prędkością. Ludzie przepychali się, biegnąc i poganiając się nawzajem. Co dziwne wszyscy bełkotali… Nie rozumiałem ani jednego słowa… Słyszałem jedynie szmer, szum, warczenie… Jakby wokół mnie znajdowały się same psy ze wścieklizną, a nie ludzie. Przeszedłem kolejne dwieście metrów, gdy nagle mój wzrok zaczął się stopniowo pogarszać. Wszystko stawało się niewyraźne, jakby znajdowało się za jakąś gęstą, nieprzebytą mgłą, przez którą nie mogłem się przebić. Znów dopadły mnie torsje. Starałem się iść przed siebie, jednak stawało się to coraz trudniejsze. Coraz mniej widziałem, a moje nogi zdawały się być z ołowiu. Źle się czułem… tak źle…
Na szczęście nie mieszkałem daleko i drogę znałem na pamięć, dlatego też wolno idąc, jedną ręką dotykając muru i witryn sklepowych dotarłem pod swój blok. W każdym razie tak mi się zdawało… Wszedłem do budynku i skierowałem się do małego oświetlonego pokoiku, który zapewne był windą. Znalazłem panel sterowania i odliczyłem po guzikach do ośmiu. Gdy dźwig ponownie zatrzymał się, wysiadłem i zaczepiłem jednego z ludzi, którzy stali na korytarzu. Zapytałem go czy znajduję się w budynku, w którym mieszkam i czy jestem na ósmym piętrze. Postać przede mną wybełkotała coś i skinęła głową, co przyjąłem za zgodną odpowiedź. Poprosiłem tą osobę, aby zaprowadziła mnie pod mieszkanie numer czterdzieści dwa. Zrobiła to i zostawiła mnie pod drzwiami. Na szczęście nigdy ich nie zamykałem, więc nie miałem większego problemu z wejściem do środka. Po zarysach, poznałem swoje mieszkanie. Zdjąłem buty w przedpokoju, przy czym uderzyłem nogą o kąt szafy. W tym momencie poczułem się odrobinę lepiej. W momencie, gdy rozkoszny ból rozszedł się po moim ciele. Rozkoszny? Czy naprawdę użyłem tego określenia?
Po omacku, trzymając się ściany przeszedłem do kuchni, która była połączona z przedpokojem. Otwierałem każdą z szuflad, po kolei, aż w końcu znalazłem tą, w której znajdowały się sztućce. Skaleczyłem się o coś- uznałem, że to musi być nóż. Uśmiechnąłem się pod nosem i wyjąłem coś, co w moim mniemaniu było nożem. Usiadłem na podłodze. Od jakiegoś czasu ból łagodził wszystkie negatywne emocje… Znów chciałem się ich pozbyć… Nie, nie byłem taki infantylny… Nie ciąłem się, o nie- robiłem coś znacznie gorszego. Wbiłem nóż w dłoń, aż ostrze przeszło na wylot i … zacząłem się śmiać- histerycznie śmiać. Torsje ustały. Co prawda wzrok nie polepszył się, ale czułem się znacznie lepiej. Położyłem się na podłodze, śmiejąc się do łez i patrząc, jak niewyraźna plama krwi pode mną z każdą chwilą powiększa się…

[Aoi]
Uruha podniósł się i spojrzał na mnie tępo. Podniósł jedną brew i wybuchnął śmiechem.
-I to był ten powód? Tego bałeś mi się powiedzieć?- rżał, turlając się po łóżku.
-Nom- mruknąłem, speszony jego zachowaniem.
Szczerze, myślałem, że się zdenerwuje, że mnie uderzy i wyjdzie, że już nigdy więcej nie będzie chciał mnie zobaczyć, a on… śmieje się? Uru w końcu trochę się opanował i otarł łzy śmiechu (co warto podkreślić) wierzchem dłoni. Rzucił się na mnie i przewalił mnie, przez co znów leżałem pod nim. Kouyou pocałował mnie mocno i zaczął się o mnie ocierać.
-A..aaach… Nie jesteś zły?- wyjęczałem.
-Nie- mruknął i znów się zaśmiał.- Jesteś groteskowy- zachichotał i dał mi buziaka w policzek.- Pamiętasz?- zapytał.
-Co?- zdziwiłem się.
-Miała być powtórka, po dzisiejszej nocy- uśmiechnął się szeroko i obślinił trzy palce.
Rozłożyłem szerzej nogi i ułożyłem się tak, aby mógł wygodnie usiąść na mnie okrakiem.
-No to zaczynaj- uśmiechnąłem się.
Uruha wbił jeden palec…

[Reita]
Zżerały mnie wyrzuty sumienia. Wyładowałem całą moją złość na Rukim- a przecież on nic nie był winien! Od tygodnia czekałem na wiadomość od Aoia, czy nasz plan się powiódł, ale to nie jest żadne usprawiedliwienie.
Od jakiegoś czasu Taka zaczął się dziwnie zachowywać. Godzinami siedział w ciemności i wpatrywał się w ścianę. Niepokoiło mnie to, ale byłem na tyle samolubny i „zajęty” sprawą Yuu, że „nie miałem czasu”. Teraz, leząc w łóżku, sam, usiłując zasnąć na wszelkie znane mi sposoby, doszła do mnie myśl, że z nim może dziać się coś niedobrego. W dodatku uderzyłem go… Tak bardzo czułem się winny.  Nie mogąc dłużej znieść tego uczucia, ubrałem się i wyszedłem z mieszkania, nawet go nie zamykając. Pobiegłem w stronę, gdzie mieszkał Ruki. Po krótkiej przebieżce byłem na miejscu. Wjechałem na ósme piętro i wszedłem do jego mieszkania. Od razu go spostrzegłem. Siedział w kuchni. Kolana miał podkulone pod samą brodę, palił papierosa. Dotknąłem jego kolana. Drgnął i spojrzał na mnie zaszklonymi, nieobecnymi, zamglonymi oczami.
-Kim jesteś?- zapytał.
-To ja… Akira!- wystraszyłem się. Czy on mnie naprawdę nie poznawał czy jedynie udawał?
- Nie rozumiem, co mówisz… Nie widzę cię- zaśmiał się i zgasił papierosa o swoje nagie udo.
-Co ty robisz?!- wrzasnąłem i spojrzałem na oparzenie.
Miał ich znacznie więcej. Znacznie więcej niedopałków leżało wokół niego. Śmiał się. Dopiero w tym momencie zauważyłem wielką ranę, a właściwie dziurę w jego dłoni, na której widać było, dopiero niedawno zakrzepła krew. Na jego łydce mieściła się podobnych rozmiarów wyrwa, z której nadal sączyła się krew. Obok niego leżał zakrwawiony nóż kuchenny.
-Kto ci to zrobił?!- krzyknąłem przerażony.
-Co tam bełkoczesz?- zaśmiał się. Bujał się, jakby był pijany, jednak nie śmierdziało od niego alkoholem.- Nic nie rozumiem!- zaczął się histerycznie śmiać.
Czy on oszalał?
Na jego ciele widniało wiele ran i zadrapań. Zmartwiło mnie to.
Wyciągnął swoją chudą rączkę w moją stronę i przejechał opuszkiem palca po mojej twarzy, drapiąc mnie przy tym długim tipsem.
-Akira…- zaśmiał się.- Zawsze poznam cię po tej szmacie na ryju- zachichotał i odnalazł po omacku nóż. Zaczął nim groźnie obracać, raniąc sobie przy tym dłonie.
-Co się z tobą stało, Takanori?- zapytałem, wyrywając mu nuż z rąk.
-Chciałem cię zapytać o to samo- zaśmiał się gorzko.
-Rozumiesz, co do ciebie mówię?!- zirytowałem się. Więc to tylko przedstawienie?!
Znów zbliżył rękę do mojej twarzy.
-Oko, oko, nos, usta- zachichotał. Przejechał zakrwawionym palcem po mojej dolnej wardze, po czym odepchnął mnie, tak że usiadłem na podłodze.- Zostaw mnie. Chcę się bawić… sam- wybełkotał nieprzytomnie.
Już wiedziałem, że to nie żadne przedstawienie. Wyjąłem telefon i zadzwoniłem na pogotowie…

[Uruha]
Aoi leżał jeszcze długo, regulując oddech.
-Jeszcze raz- jęknął.
-Yuu… Może trochę zwolnij… Piąty raz pod rząd? Jutro nie będziesz mógł chodzić- zauważyłem.
-Nie obchodzi mnie to- rozłożył nogi i przyciągnął mnie do siebie.- Chcę cię w sobie poczuć- mruknął odchylając głowę i przymykając oczy.
Zacząłem całować go po szyi, jednak nie zjeżdżałem niżej.
-Nie- odpowiedziałem stanowczo.
-Proszę…- jęknął żałośnie.- Błagam… Nie odmawiaj mi tej przyjemności…- zachłysnął się powietrzem.
-Od kiedy ty tak bardzo lubisz być uke?- zaciekawiłem się.- Zawsze wolałeś być seme.
-Od dziś- powiedział, przytulając się do mnie.- Proszę…
-Nie- powtórzyłem i skierowałem się w stronę łazienki.- Idę się wykąpać- oświadczyłem i zamknąłem za sobą drzwi.
***
Wyszedłem z łazienki. Aoi nadal leżał w łóżku i nadal był nie ubrany. Ja będąc jedynie obwiązany ręcznikiem, również nie mogłem wypowiadać się na temat ubioru, jednak…
-I co? Nie możesz się ruszyć?- zaśmiałem się.
-Boli…- syknął i spojrzał na mnie uśmiechając się.
-Boli, a się uśmiechasz?- podszedłem do niego i pocałowałem go w czoło.
-Bo się cieszę na twój widok…- mruknął i przyciągnął mnie, całując w usta.
-Mam coś dla ciebie- mruknąłem.
-Co?- zaciekawił się czarnowłosy.
Zadzwoniłem mu kluczami przed samym nosem.
-Do czego te klucze?- zapytał zdezorientowany.     
-Do naszego nowego, wspólnego mieszkania- uśmiechnąłem się subtelnie. – To dla ciebie- podałem mu i znów ruszyłem do łazienki, po drodze biorące ze sobą czyste ciuchy.
-Kouyou, otwieraj!!!!- Aoi zaczął dobijać się do drzwi łazienki.
Posłusznie spełniłem jego życzenie.
-Co się stało?- zapytałem.
-Tak, tak, tak! Po stokroć tak! Zgadzam się!!!- rzucił mi się na szyję.
-Ale co skarbie? Na co się zgadzasz?
 Yuu pokazał mi klucze i „kółeczko”, na którym były one wszystkie zawieszone. W istocie był to pierścionek zaręczynowy.
-A więc znalazłeś- uśmiechnąłem się.
-To było słodkie- pocałował mnie.
Całowaliśmy się długo i namiętnie aż zabrakło nam tchu i musieliśmy przerwać ten pocałunek.
-Ciekawe, co robi reszta zespołu, nie?- zapytał.
-Ano- kiwnąłem głową, uśmiechając się.

KONIEC
CDN