Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Hayakki-yokō”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Hayakki-yokō”. Pokaż wszystkie posty

„Hayakki-yokō” cz.3

„Hayakki-yokō” cz.3

Czas mijał. Ze wszystkich zgromadzonych zdawało się, że zbyt dobrze nie bawiłem się tylko ja i niższe rangą demony w rolach sług. W głowie wciąż rozbrzmiewały mi słowa Shoyi – wnioskując po tym wszystkim można powiedzieć było, iż w zasadzie siedziałem na tykającej bombie. Wsłuchiwałem się w każde owo pojedyncze tyknięcie, które odmierzało upływający czas, tym samym nieubłaganie zbliżając mnie do tego smutnego momentu, w którym przyjdzie pożegnać mi się z moim własnym żywotem. Było to pewnym, że nie uda mi się dotrwać do końca nocnej parady demonów…
Żegnaj, okrutny świecie… albo właściwie jeszcze nie, gdyż przecież nikt póki co nie zamierzał skrócić mnie o głowę.
Jeszcze.
Biesiadna atmosfera była zdecydowanie jedną z tych milszych i spokojniejszych – w zasadzie, gdybym jeszcze cały czas nie musiał martwić się o własne życie, to mógłbym powiedzieć, że ta nasiadówka nie była znowu aż taka zła. Trochę drętwa dla człowieka, który w większej mierze nie rozumiał, o czym rozprawiają i z czego śmieją się demoniczne bóstwa, ale ujdzie w tłoku. Niemniej nawet ta chwilowa sielanka musiała zostać przez coś zakłócona.
Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie. Nie było ono wywołane przez niższe rangą demony bawiące się na drugim końcu pagody, przez ich niewysublimowane, czasem brutalne poczucie humoru i godne pożałowania maniery przy stole. Wiele dziwadeł podniosło się ze swoich miejsc i zaczęło biegać, nawołując się i wrzeszcząc coś do siebie nawzajem. Niewiele rozumiałem z ich burkliwych, zachrypniętych głosów i pisków, z całej tej kakofonii, którą wywołali. Co więcej zdawało mi się, że niektóre stwory nie posługują się ludzkim językiem, toteż nie było szans, jakobym mógł zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło.
Spojrzałem na bliżej siedzące mi towarzystwo. Z ich min wywnioskowałem, że coś poszło nie tak, gdyż nikt nie zdradzał przesadnego zadowolenia. Wszystkich nagle jakby dopadł stres, gdyż ich wyrazy twarzy stężały, ściągając się w pełnym skupieniu.
Chwilę potem przez całe to zgromadzenie przebił się młody chłopak. Z szeptów i urywanych komentarzy, jakie udało mi się zasłyszeć, dowiedziałem się, iż był to Nurakami (japoński bóg błyskawic od aut.), który robił za posłańca księcia Kengamine. O tym drugim nie udało mi się wywiedzieć jednak nic.
- Moi państwo – bóg błyskawic zgiął się w ukłonie – mam zaszczyt zapowiedzieć wizytę samego Kegamine-sama – odezwał się uroczyście.
- Kiedy możemy spodziewać się jego wysokości? – Sōtangitsune odezwał się niskim głosem.
- Za kilka chwil – oświadczył z uśmiechem posłaniec.
Przyglądałem się jak twarz sławnego lisa z Kioto w jednej chwili przyjmuje kolor kartki papieru, a w jego oczach odmalowała się nuta strachu. Chciałoby się rzec, iż przyszła kryska na Matyska, za to jak wcześniej sam doprowadził mnie do podobnego, może „nieco” gorszego stanu, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, że jego reakcja wcale nie wróżyła niczego dobrego. Już sam gospodarz Hayakki-yokō był dla mnie poważnym zagrożeniem, potężnym demonicznym bogiem, z którym nie mogłem się równać… a tu proszę, do „kompletu” pojawia się jeszcze ktoś silniejszy, ktoś, kto przeraża nawet samego lisa.
Czyżby w rzeczywistości zbliżał się wielkimi krokami czas, w którym będę zmuszony pożegnać się ze swoją głową?
Obawiałem się tego nieproszonego gościa. Zachodziłem w głowę, kim może być, przy czym, nie ukrywam, zacząłem już panikować. Zastanawiałem się czy ten przydomek „księcia” mógł być nieco mylący… a co jeśli to tak naprawdę jakaś nieokrzesana bestia? Albo nawet jeśli będzie to już jakaś rozumna forma życia podobna do demonicznych bogów, to czy nie będzie maniakalnym rzeźnikiem pozbawionym skrupułów? Bądź co bądź, ci, którzy stoją u najwyższej władzy, zawsze mają najbardziej nierówno pod sufitem…
Kierując się za tłumem, wyszedłem z budynku. Stanąłem na podwórzu, rozglądając się za wyczekiwanym gościem, jednak nigdzie go nie było. Serce waliło mi jak młotem. Byłem ciasno otoczony przez wszelkiej maści dziwaczne i przerażające kreatury, podczas oczekiwania na kolejną, jeszcze gorszą. Miałem wrażenie, że żołądek podjeżdża mi z tego wszystkiego do gardła. Siłą woli próbowałem powstrzymać odruch wymiotny. Co jak co, ale gdyby moja treść żołądkowa wylądowała na plecach Suzaku, za którym się skrywałem, nie poprawiłoby to mojej i tak już opłakanej sytuacji.
Nagle coś zaczęło się dziać. Z początku nie umiałem określić dokładnie co. Powietrze jakby stężało i zostało naładowane ładunkami elektrycznymi. Chmury na niebie zaczęły krążyć, tworząc wir. Zerwał się silny wiatr. W końcu z centrum owego wiru wychyliła się pierwsza błyskawica, a zaraz za nią kolejne. Próbowałem pojąć moim ludzkim umysłem tę anomalię pogodową, jednak w kolejnej chwili zrozumiałem, że nie warto, gdyż i tak jest to niemożliwe. W pewnym momencie pojedyncze błyski zebrały się jakby razem i uderzyły w ziemię w zmasowanym ataku. Rozległ się dudniący grzmot. Fala uderzeniowa zmiotła mnie z nóg – podobnie jak i większość innych demonów. Powoli z powrotem zacząłem gramolić się na nogi, windując do pozycji stojącej. Jednocześnie przy tym przecierałem pięściami oczy, do których wpadł piach niesiony przez wiatr i falę uderzeniową. W powietrzu dało się czuć swąd spalenizny. Co więcej w miejscu, w którym uderzyła błyskawica stał teraz mężczyzna. Ubrany był w białe, odświętne kimono, od którego materiału tak drastycznie wręcz odcinały się jego czarne, długie, sięgające poniżej pasa włosy. W dłoni trzymał złożony wachlarz, który przytykał do prawego policzka niby w geście zamyślenia. Głowę okrytą miał jasną chustą, która luźno zwisała z jego ramion, niemal ciągnąc się za nim po ziemi niczym welon. Jednocześnie owo okrycie skrywało po części jego twarz, sprawiając, że jego postać była bardziej tajemnicza.
A teraz może skupię się na samym miejscu, w którym zjawił się oczekiwany gość, gdyż było ono dość interesujące i niecodzienne. Otóż właśnie, jakby nigdy nic, stał pośrodku jeziora, w którym miałem już nieprzyjemność zażyć kąpieli. On jednak nie wyglądał na przerażonego; może dlatego, że taka kelpia, która próbowała zrobić sobie z mojej nogi kolację, była przy nim marną płotką niestanowiącą żadnego zagrożenia, a może dlatego, że właśnie owa kelpia unosiła się  martwa na powierzchni skrwawionej wody. Wyglądało na to, że została rażona piorunem – nawet jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej otoczenie wodne przekazało ładunki, przez co usmażyła się żywcem. Chciałoby się powiedzieć, że dobrze jej tak, bo w gruncie rzeczy nie było mi żal tego konio-podobnego stwora, jednak nie bardzo miałem czas na bycie zawistnym. Skupiłem się na nowej postaci, obawiając się, że podobnie mogłaby potraktować i mnie. Miałem także nikłą nadzieję, że Taitatsumaru nie wpadnie więcej na pomysł, aby dla otrzeźwienia wrzucić mnie z powrotem do jeziorka.
- Witaj, o czcigodny książę Kengamine – przywitał się niewzruszony gospodarz uroczystości, który nie ruszył się ze swojego miejsca ani o milimetr. – Czymże zasłużyłem sobie na twą niespodziewaną wizytę?
Książę w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się delikatnie, przez co wyglądał jeszcze piękniej – bo trzeba było przyznać, że jego uroda była niespotykana; właściwie jak wszystkich demonów wyższej rangi, jak już zdążyłem się zorientować. Niemniej w demonicznych bóstwach jawnie tkwiło coś złego do szpiku kości, podczas gdy w nowoprzybyłym tego nie odnotowałem. Powiedziałbym, że właśnie zobaczyłem anioła, gdyby nie ten drobny fakt, iż był to książę pomiotów szatańskich.
Dostrzegłem Shoyę, który pojawił się właśnie obok mnie. Postanowiłem skorzystać z jego obecności i wypytać go o tę niezwykłą osobę z bardzo efektownym wejściem.
- Kto to jest? – zapytałem, jednak nim zdążyłem dać upust swojemu słowotokowi i zaspokoić moją żądzę wiedzy, chłopak zatkał mi usta dłonią i odciągnął w tył, kierując do tej części świątyni, gdzie wcześniej mnie opatrywał. Jak zauważyłem wszystkie mniej znaczące kreatury również zaczęły się rozpierzchać, pozostawiając na podwórzu jedynie demonicznych bogów z księciem sam na sam.
Szatyn zaciągnął mnie do jednego z pomieszczeń i zamknął za nami przesuwane drzwi. Odetchnął ciężko, siadając niedaleko wejścia niczym strażnik.
- Spadkobierca Smoka – odparł lakonicznie, biorąc głęboki wdech. – Nie zbliżaj się do niego – warknął. – To niebezpieczny typ – przestrzegł. – To zupełnie inna liga niż Sōtangitsune i jego banda! – zacisnął drżące dłonie w pięści. – Nawet oni nie są dla niego przeszkodą, żadnym przeciwnikiem… - pokręcił zrezygnowany głową. – Książę Kengamine to reinkarnacja smoka… - zaczął tłumaczyć. – Przynajmniej tak mówią – wzruszył ramionami. – Właściwie to nikt nie jest tego pewien, ale nie można też tego nijak zweryfikować; w końcu nikt nie jest na tyle głupi, żeby się narażać. W każdym razie… mówią, że jego ukochana ma smoczych przodków. Niestety, w rodzie Smoka jest tak, że wszystko dziedziczy mężczyzna. Kobieta jest z grubsza zwykłym człowiekiem, niczym nie wyróżnia się od podobnych jej ludzi; dopiero jej wybranek oraz dzieci płci męskiej zyskują prawdziwą moc Smoka. Można powiedzieć, że w niej jako-tako jest ona ukryta – poprawił rękawy stroju w nerwowym geście. – Kiedy książę Kegamine związał się z ową kobietą, przejął całą moc, stając się spadkobiercą Smoka. Przejął nie tylko jego zdolności, ale także majątek, pozycję i interesy; stał się nową głową rodziny. Co więcej jego ukochana niedomaga. Boryka się z jakąś chorobą; ponoć od dziecka nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Niemniej była jedynym potomkiem Starego Smoka. Ze względu na jej stan z pewnością nie odziedziczyła pełni mocy od ojca, przez co cały jej ród, następne pokolenia będą słabsze od swoich przodków. Ponad to kobieta z rodu Smoka może obdarzyć swojego wybranka tylko częścią swojej własnej mocy, więc nie wiadomo, jak to jest naprawdę z Księciem Kengamine… niemniej nie zmienia to faktu, że jest potężny – zaznaczył. – Także…
-Rozumiem; zejść mu z drogi, tak? – wtrąciłem.
- Najlepiej – przytaknął. – Co więcej Smoki są agresywne, więc lepiej w ogóle nie pokazywać im się na oczy.
- Co masz na myśli, mówiąc „agresywne”? – dopytywałem. Obawiałem się, że moje domniemania odnoście rzeźnika w roli księcia mogły okazać się całkiem prawdziwe.
- Atakowanie ludzi bez powodu nie jest tolerowane pośród demonów… ale są i tacy, którzy idą za głosem własnych przyjemności, gdziekolwiek się znajdą – westchnął ciężko. – Nie podoba mi się wrzucanie nas do jednego wora, jednak… Smoki są jednymi z najsilniejszych demonicznych rodów, toteż nie da się uniknąć wystawiania oceny ogółowi rasy demonów za ich poczynania – rozłożył bezradnie ręce.
- Rozumiem… - mruknąłem.
Zwróciłem wzrok w stronę rozsuniętych drzwi prowadzących na werandę. Ze wzgórza rozciągał się widok na miasto. W oddali widać było oświetlone ulice, rozwieszone papierowe lampiony, małe kramy z jedzeniem i budki z pamiątkami stojące po bokach alejek…
Chwila… czy to już właśnie nadszedł czas letniego festiwalu?
Nagle trafiło do mnie jedno ze wspomnień, które jak do tej pory trwało gdzieś zapomniane w odmętach mojej podświadomości. Zaskoczyło mnie to, jakie było wyraźne i klarowne.
Przypomniałem sobie, że jako dzieciak też kiedyś chodziłem na letnie festiwale. Na jeden z nich wybrałem się z dziadkiem, którego słowa odbiły mi się teraz od ścianek czaszki: „Wy, dzieci, nie powinniście chodzić nigdzie same, bo może być to niebezpiecznie. Ludzie nie są jedynymi, którzy przychodzą na ten festiwal. Jest to również czas, gdy odsyłane są dusze zmarłych – te, które z różnych przyczyn nie mogą odejść, zostają, przemieniając się w demony. Dobrze by było, gdyby żadne z was nie natrafiło na takiego potwora, prawda?”.
Zacząłem zastanawiać się czy dziadek wiedział… czy przekomarzał się jedynie z małym wnuczkiem, próbując go nastraszyć, aby ten nie wracał po nocy do domu, czy może rzeczywiście wiedział o istnieniu tych przerażających kreatur? Niestety nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nie pamiętałem zbyt wiele odnośnie własnego dziadka, gdyż ten zmarł, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Moja wiedza odnośnie jego osoby bazowała na opowiadaniach rodziców, którzy zawsze kreowali go w moich oczach jako starszego pana z pociągiem do alkoholu.
Ja… muszę przyznać, że, przynajmniej w ostatnim czasie, też nie szczędziłem sobie napojów wyskokowych. Czy gdybym w dodatku miał już własną rodzinę i zacząłbym im opowiadać o demonach, które spotkałem, uznaliby, że wdałem się we własnego dziadka? Mama często powtarzała, że jej ojciec lubił opowiadać mi niestworzone bajki, których ja słuchałem jak zaczarowany. Prowadzał mnie do lasu, pokazując nieistniejące rzeczy, w które ja tak bardzo chciałem uwierzyć, iż za każdym razem na jego pytanie odpowiadałem, że owszem, widzę te stworki. Było to śmieszne, ale do czasu, kiedy dziadek umiał się kontrolować i nie próbował także wmówić swoich bujd dorosłym – tak przynajmniej słyszałem od rodzicielki. Czy ludzie, jego najbliższa rodzina, zaszufladkowała go jako dziwaka nadużywającego napojów procentowych tylko dlatego, że nie potrafili dostrzec tego, co on? Czy to w ogóle możliwe, że widział to samo, co ja miałem tę nieprzyjemność oglądać teraz?
- Masz – odezwałem się, wyrywając się z wiru własnych myśli. – To klucze do mojego mieszkania. Kiedy to wszystko się skończy… no nie wiem, może będziesz mógł je wynająć? – wzruszyłem ramionami. – W końcu jak nie będę płacił czynszu, to wywalą stamtąd moje rzeczy, więc… w zasadzie to nie wiem. Nie wiem nawet czy miałbyś ochotę przejmować moje mieszkanie w taki sposób… Może od razu spiszemy umowę kupna-sprzedaży albo coś? – zaproponowałem, gubiąc się we własnym wywodzie.
- Aż tak jesteś zrezygnowany? – hanyo przysiadł się do mnie; tak blisko, że nasze ramiona się stykały. – Może nie będzie aż tak źle… - próbował mnie pocieszyć.
- Sam powiedziałeś, że najpewniej stracę głowę – westchnąłem ciężko.
- Cóż… jeśli teraz się poddasz, to z pewnością tak będzie – otaksował mnie uważnym spojrzeniem. – Wiesz… moim zdaniem nigdy nie jest za późno, aby wciąż spróbować o coś zawalczyć; co więcej nigdy nie jest to tak do końca bezsensowne, nawet jeśli z grubsza mogłoby się to takowe wydawać – uśmiechnął się delikatnie.
- Czemu próbujesz mnie pokrzepić? – spojrzałem na niego umęczony. – Czemu wciąż się mną opiekujesz?
- W końcu jesteśmy sąsiadami, nie? – zaśmiał się. – Taka sąsiedzka pomoc, można powiedzieć – uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby.
- Doprawdy? – parsknąłem. – Czy w takim razie w ramach rewanżu, jeśli uda mi się przeżyć, w dobrym tonie byłoby, abym odwdzięczył ci się użyczając ci szklanki cukru? – spojrzałem na niego rozbawiony. – Pomoc sąsiedzka sprowadza się do drobnych rzeczy, a nie do notorycznego ratowania życia i zdrowia – zauważyłem.
- A więc chcesz, żebym zostawił cię sam sobie? – uniósł brwi w pytającym  geście.
- Nie! – zaoponowałem ostro. – Znaczy… Nie, jeśli mógłbyś tego nie robić… to raczej prosiłbym, abyś się na to nie porywał – zakończyłem wymuszonym uśmiechem.
- Nie zrobię czegoś podobnego, nie bój się – szturchnął mnie w ramię. – Bądź co bądź ja też w pewnym stopniu jestem człowiekiem, więc… - zawahał się. – Nie wiem jak to nazwać… Czuję między nami jakąś taką więź, która nakazuje mi cię chronić… - wyznał w końcu z trudem nieco zawstydzony. – Nawet jeśli z grubsza wydawałoby się być to bezsensowne – zaznaczył, nawiązując do poprzedniego tematu.
- Miło wiedzieć, że nie tylko ja czuję tą dziwną „więź” między nami – przyznałem przyciszonym głosem. – Już zaczynałem myśleć, że to coś nienormalnego… - zaśmiałem się pod nosem, mimo iż do śmiechu wcale mi nie było. Shoya spojrzał na mnie przelotnie. Jego wyraz twarzy przepełniała mieszanka niedowierzania i pobłażania. – No co? – zdziwiłem się.
- Nic – wzruszył ramionami. – Tylko… Jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że człowiek może czuć „więź” – ledwo powstrzymał się od parsknięcia. Niemniej pozwolił sobie za to na wywrócenie oczyma.
- O co ci chodzi? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Nie zrozum mnie źle; nie chciałem cię obrazić – uniósł dłonie w obronnym geście. – Mimo wszystko faktem jest, że ludzie to… niewdzięczne istoty – wydusił z krzywym grymasem. – Ludzie nie pojmują znaczenia słowa „więź” – westchnął. – Prawdopodobnie nie jesteś w stanie czuć tego, co ja, więc ciężko jest mi to wytłumaczyć w jakiś jasny i klarowny dla ciebie sposób – rozłożył ręce. – Niemniej ludzkie więzi są zupełnie inne od tych, które łączą dwa demony. Możliwe, że wynika to z tego, iż życie przeciętnego śmiertelnika jest znacznie krótsze, ale tym razem naprawdę nie chodzi o to, aby szukać kolejnych usprawiedliwień dla twojej rasy – prychnął. – W moich oczach innych ludzie co chwila schodzą się i rozchodzą, nierozważnie bawią się życiem, psując sobie przy tym krew. Demony natomiast są bardziej stałe w swoich uczuciach; zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Co więcej cechują się silniejszym instynktem, który nakazuje im chronić swoich bliskich niezależenie od rozmiarów zagrożenia czy szkód, jakie mogliby w skutek takowego działania ponieść – wyjaśnił.
- Zdaje się, że nie masz zbyt pochlebnego zdania o ludziach… - zauważyłem.
- Zgadza się.
- A jednak jesteś jednym z nich… w jakimś stopniu – dodałem szybko.
- Nie da się ukryć – przytaknął.
- Jest jakiś konkretny powód, dla którego nie lubisz mojego gatunku? – dociekałem.
- Nazwijmy to traumą z przeszłości – mruknął pod nosem.
- Powiesz mi o tym coś więcej? – chłopak przysunął się do mnie, po czym prychnął.
- Typowy człowiek – pstryknął mnie w czoło. – Ciekawski aż do bólu – fuknął. – Nie interesuj się sprawami, które ciebie nie dotyczą – pouczył mnie.
- W takim razie jak mam stworzyć jakąś prawdziwą, zażyłą więź skoro wciąż właściwie nic nie wiem o drugiej osobie, z którą chcę ją zbudować? – spojrzałem na niego wymownie.
- Takie więzi buduje się z czasem – zagrzmiał niczym mentor.
- Może nie zostało mi go już wystarczająco… - mruknąłem. Hanyo sapnął ciężko, nie mogąc znaleźć już żadnej riposty na to stwierdzenie. – Czy demony na Nocnej Paradzie kiedyś śpią? – zacząłem znienacka nowy temat.
- Jesteś zmęczony? – zapytał.
- Szczerze, to jak nigdy przedtem – wyznałem.
- Cóż… każdy musi kiedyś zregenerować siły, więc, owszem, demony mają pewien dość krótki okres, w którym udają się na spoczynek – zgodził się. – Wtedy także trzeźwieją… w pewnym stopniu – wywrócił oczyma. – W tym czasie słudzy także przygotowują się do kolejnej części parady – wyznał.
- Następnej części? – zdziwiłem się. – To ta nasiadówka dzieli się na jakieś części? Co będzie na następnej? – przestraszyłem się.
- Z grubsza to, co mogłeś już zobaczyć – pół-demon wzruszył ramionami. – Po prostu przygotowywane są nowe posiłki, trunki, sprzątana jest pagoda – wyliczał na palcach. – Niemniej postaram się zorganizować ci jakieś miejsce w części dla służących – obiecał.
- Dziękuję – spojrzałem na niego z wdzięcznością.

***

Demony służebne uwijały się z pracą, podczas gdy ich przełożeni nadal dyskutowali ze wcieleniem Smoka na zewnątrz. Sprzątali pagodę, w szczególności tę część, gdzie urzędowały niższe rangą demony, jak mniemałem, dla księcia Kengamine. Zgadywałem, że ten jak każdy wyżej postawiony od innych osobnik nie skorzystałby z okazji umoszczenia swego zacnego siedzenia na porozrzucanych resztkach jedzenia…
Błyskawicznie zostały usunięte wszelkie nieczystości, w tym również drobiny rozbitej porcelany. Byłem pełen podziwu dla demonicznej służby, która potrafiła działać tak szybko i efektownie. W półmroku panującym w pagodzie ja wielu rzeczy nawet nie dostrzegałem; z tej racji powoli zaczynałem sobie uświadamiać, iż całkiem możliwe jest to, że nawet nasze organy wewnętrzne są inaczej zbudowane. W końcu u ludzi nie często widywało się zielone, rozmyte oczy bez źrenicy na tle pożółkłych białek – fakt, iż nasze oczy różniły się od siebie wyglądem mógł również świadczyć o tym, iż cechowały się one zupełnie innymi właściwościami i budową.
Kolejne ohaguro-bettari donosiły pięknie pachnących potraw z kuchni. Chwilę potem niższe rangą kreatury zostały gdzieś odprawione, aby nie przeszkadzały. Starałem się być użyteczny i sumiennie wypełniać każde powierzone mi zadanie, jednak zdawałem sobie sprawę, że nie było szans, abym do końca tego stulecia załapał się na listę osób, które mogłoby zostać uhonorowane orderem wzorowego służącego. Starałem się, a i owszem, jednak pomimo moich szczerych chęci ktoś zazwyczaj musiał kończyć po mnie zadanie, gdyż nie zostało ono wykonane w stu procentach poprawnie. Z czasem poirytowane moim brakiem skrupulatności demony, które posiadały jedynie usta rozciągnięte w sczerniałym uśmiechu zaczynały wzdychać cierpiętniczo – a z racji ich stanu uzębienia ich oddech nie należał do najświeższych… do tego stopnia, iż niemal wzięło mnie na torsje, kiedy stanąłem zbyt blisko jednego z nich.
W drugiej części świątyni zostały rozłożone futony. Każde demoniczne bóstwo mogło nacieszyć się oddzielnym pokojem, a i dla wcielenia Smoka udało się wygospodarować jeden. W każdej sypialni czekał już najbliższy, najbardziej zaufany służący danego bóstwa wraz z misą ciepłej wody, drogocennym, misternie zdobionym grzebieniem z kości (miałem nadzieję, że słonia a nie człowieka…) oraz jedwabnym strojem do snu. Wydawało mi się to być absurdem, ale każdy jeden z tych służących musiał bezruchu tkwić przy swoim panu przez cały czas, kiedy ten spał, aby czuwać nad jego bezpieczeństwem lub ewentualnie służyć mu tak jak zwykle, gdyby ten obudził się zbyt wcześnie, aby napić się wody. W tym czasie poddanemu nie można było spać, jeść, pić czy choćby wyjść na moment z sypialni, nie wspominając już o korzystaniu z łazienki. Było to dla mnie głupie i niepojęte, ale jak widać hierarchiczny podział społeczeństwa zbierał swoje żniwa absurdu i wyzysku nie tylko wśród zwykłych śmiertelników.
Wśród tego całego zamieszania dowiedziałem się jednak czegoś ciekawego; mianowicie: ponoć byłem tu gościem „specjalnym”. Nie widziałem, czym ta „specjalność” miała się objawiać, ale w każdym razie nie byłem (ponoć) traktowany jako zwykłe popychadło niższej rangi czy demon służebny. Bądź co bądź pozwolono zasiąść mi do jednego stołu razem z demonicznymi bożkami. Zostałem potraktowany jako ich bezpośredni gość, dlatego też jako osoba, która chociażby teoretycznie miała coś znaczyć, zostałem oddelegowany do poinformowania demonicznych bóstw o tym, iż przygotowania zostały zakończone. W chwili, kiedy do pagody wniesiono kadzidła z boskim zielem, aby zabić nieprzyjemny zapach, a które wcześniej tak źle na mnie podziałały, Shoya wciągnął mnie do kuchni.
- Czy to konieczne? – zacząłem jęczeć.
- Ależ jak najbardziej – odparł chłodno. – Ale nie bój się. To tylko krótka formalność. Cały czas będziesz stał u mojego boku, więc nic nie powinno się wydarzyć. Po tym będziesz mógł już się położyć i odpocząć – obiecał.
- No… dobra… - przytaknąłem w końcu, posyłając szatynowi słaby uśmiech, na co ten odpowiedział mi skinieniem głowy. Ta, zupełnie tak jakby moje zdanie się tutaj liczyło…
Niemniej byłem bardzo wdzięczny hanyo za to, iż próbował mnie podbudować psychicznie, że był dla mnie wsparciem, a ponad to starał się stworzyć mi warunki do tego, abym mógł wypocząć. Z początku był dla mnie jednym z tak licznych, otaczających mnie demonów, który dolewał mi sake, jednak nasze relacje szybko się zmieniły. Zaczynałem myśleć, iż pół-demon naprawdę życzyłby sobie, abym wyszedł z Hayakki-yokō w jednym kawałku. Zdawało mi się, iż zamierzał dołożyć do tego wszelkich starań – dlatego właśnie ja również nie mogłem go zawieźć i musiałem się postarać zachować życie. To nie tak, żebym jakoś nagle zaczął naiwnie wierzyć, iż w istocie było to możliwe, abym opuścił Nocną Paradę demonów żywy, ale zwyczajnie nie chciałem, aby jego trud poszedł na marne… tak zupełnie.
W istocie chyba prawdą było, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Wyglądało na to, iż podświadomie zaczęło mnie do niego ciągnąć, gdyż trwając u jego boku czułem się dużo bezpieczniej. Z chęcią nie odstępowałbym go na krok, jednak zdawałem sobie sprawę, że tym samym byłbym dla niego jeszcze bardziej uciążliwy. Przeze mnie mógłby nie podołać obowiązkom, które spoczywały na nim jako na głównym służącym świątyni Sōtangitsune, przez co, jak zgadywałem, mógłby się znaleźć w niemałych tarapatach. Co więcej, nie byłem już dzieckiem, a on nie był moją matką. Czasem musiałem wykazać się samodzielnością – nawet jeśli w istocie była to dla mnie w obecnej sytuacji jedna z najgorszych możliwości.
Z tego wszystkiego musiałem przyznać w końcu, iż… zaufałem mu. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałem się przed tym bronić, zaufałem mu. Shoya był pół-demonem, wysłannikiem słynnego lisa z Kioto, nieznajomym – miał mnóstwo powodów, aby mnie oszukać, wyrolować, zrobić ze mnie głupca, jednak ostatecznie cały czas mi pomagał. Nie wiedziałem czy była to tylko jego zwodnicza gra, czy wcześniej obrał sobie za cel zdobycie mojego zaufania, aby potem móc mnie wykorzystać w jakiś sposób, ale… zaufałem mu, do cholery! Był jedyną postacią w całym tym wariatkowie, której mogłem zwierzyć się z moich obaw, liczyć na pomoc w razie kłopotów oraz pocieszające, choć zdawkowe słowo. Jak go tu nie obdarzyć zaufaniem w takiej sytuacji? Był jedynym pozytywnym charakterem. Chciałem mu ufać i chciałem, żeby wszystko, co robił i mówił było szczere; chciałem skończyć ten koszmar razem z nim.
Wyrwałem się z moich rozmyślań dopiero na podwórzu, a to i tak za sprawą mocnego szarpnięcia za ramię przez szatyna. Gdyby nie jego reakcja, uderzyłbym w osobę stojącą przede mną.
A przede mną stał właśnie niewysoki, starszy mężczyzna o zupełnie już siwych włosach, poznaczonej bruzdami głębokich zmarszczek twarzy oraz dużych, okrągłych okularach na nosie. Staruszek spojrzał na mnie nieprzychylnie i sapnął z pogardą, krzyżując na piersi chude ramiona. Co najdziwniejsze w tym wszystkim wyglądał zupełnie jak zwykły człowiek – żadnych śladów niepokojących „dodatków”, takich jak małpi ogon czy druga twarz z tyłu głowy lub też „ubytków” takich jak brakujące oko, ręka… głowa.
- To pan Izumi Kyōka (tak naprawdę jest to japoński powieściopisarz, który napisał m.in. „Staw Demonów” kabuki od aut.) – podwładny Sōtangitsune przedstawił mi mężczyznę. – Jest opiekunem Yasha Ga Ike, czyli stawu demonów, z którym już się zapoznałeś – rzucił dość kąśliwie. – Pan Kyōka będzie nam towarzyszył.
Spojrzałem na niego z oburzeniem, rozkładając bezradnie ręce oraz ściągając brwi. Może nie wypadało mi wyrażać się przy opiekunie tego cholernego, zmutowanego zwierzyńca w postaci oczka wodnego, ale mój przekaz niewerbalny był jasny, toteż nie wątpiłem, żeby mój towarzysz mógł go błędnie zinterpretować. Bo przecież to nie była moja wina, że zostałem wrzucony do tego stawu, prawda?! Następnym razem pół-demon powinien zaaplikować Taitasumaru leki na uspokojenie razem z herbatą, a nie czepiać się niewinnych ludzi, którzy zostali ujarani czymś, o podejrzanej nazwie „boskiego ziela” bez ich wiedzy, a przede wszystkim pozwolenia…
Staruszek fuknął raz jeszcze, co zwróciło moją uwagę i zmusiło mnie do skupienia spojrzenia na nim. Izumi był widocznie wytrącony z równowagi; wręcz kipiał złością. Z tego powodu postanowiłem iść dwa kroki za nim, żeby nie oberwać, gdyby w końcu coś w nim pękło, zwalniając samonakręcającą się maszynę destrukcji.
- Najpierw mi ktoś wrzuca brudnego człowieka do mojego stawu! – warknął mężczyzna, wygrażając pięścią niebu i aż trzęsąc się ze złości. – A teraz mi jeszcze kelpie usmażyli! – ryknął. – Moja mała, kochana kelpia! Co ona komu takiego zrobiła, żeby zasłużyć sobie na taki okropny los?! – irytował się. Już chciałem się wciąć, przypominając, iż próbowała mnie utopić i pożreć żywcem, a kiedy nie udało jej się to, to przynajmniej próbowała odgryźć mi nogę, przez co wciąż kulałem, ale ostatecznie postanowiłem jednak przemilczeć tę kwestię. Nie było sensu wykłócać się o to z opiekunem Yasha Ga Ike, kiedy widać było, iż ten w istocie darzył tę kreaturę miłością najczystszej wody. – Sprawca zapłaci mi za to! – zagrzmiał, odgrażając się.
Wywrzaskiwał kolejne pogróżki, zupełnie nie zważając na to, iż z każdym krokiem zbliżaliśmy się do grupy demonicznych bóstwo oraz księcia Kengamine. Kyōka był zaślepiony furią, niemalże brnął przed siebie w amoku. Przez cały ten cyrk, jaki odstawił, z pewnością musieliśmy wyglądać komicznie – ja z Shoyą idący ramię w ramię w absolutnej ciszy oraz skaczący i wyjący niczym ranna łania dziadeczek, który pchał się przed nami. Jego czoło było już całe zroszone kroplami potu, a policzki czerwone, jednak to go nie spowalniało. Dało czuć się od niego wojownicze nastawienie oraz chęć walki z byle kim, kto tylko nawinąłby się pod rękę, aby rozładować kumulujące się w nim emocje.
Nagle staruszek zatrzymał się jak wyryty w podłoże. Obrócił się na pięcie, stając twarzą w twarz z wcieleniem Smoka. Momentalnie zbladł, wszystkie kolory opuścił jego twarz, przez co stał się niemalże tak blady jak i sam długowłosy brunet, który stał przed nim. Kengamine jak zwykle uśmiechał się delikatnie, jednak jego spojrzenie czarnych, bezdennych oczu było ostre niczym brzytwa.
- Więc rozumiem, że chce się pan ze mną mierzyć, panie Izumi? – zapytał śpiewnym głosem.
- Pa-pan… Książę! – staruszek wykrzyknął jakby rażony piorunem. – To… to książę…? Klepię…? A-ale dlaczego? – wydusił z siebie z trudem.
Najpotężniejszy z demonicznych bóstw zaśmiał się pod nosem i rozłożył wachlarz w dłoni, którym przysłonił większą część twarzy. Zaczął się nim delikatnie wachlować jakby ospałym ruchem dłoni.
- Cóż… Zawsze ktoś ginie; taka kolej rzeczy, nieprawdaż? – westchnął teatralnie. Wcielenie Smoka lustrowało wszystkich uważnym spojrzeniem, jednak zdawało mi się, iż do mnie powracał aż nazbyt często, zatrzymywał wzrok na mojej osobie nieco dłużej… choć możliwe też, że to po prostu mi się wydawało, gdyż byłem zmrożony strachem. Ponad to mojej uwadze nie umknęło, iż Sōtangitsune wciąż był bardzo spięty, co nie wróżyło nic dobrego i dodatkowo wzmagało moje obawy i złe przeczucia. – Poza tym nigdy nie lubiłem tej szkarady… Denerwowała mnie… - mruknął pod nosem, ledwo powstrzymując się od prychnięcia.
- Ach, tak panie… Twe słowo rozkazem – Kyōka ugiął się w pokornym ukłonie, mimo iż mogłem się założyć, że miał łzy w oczach. – W końcu to twój staw panie, więc możesz robić z nim, co zechcesz. Jam tylko twój sługa i opiekun twych dóbr – pokiwał głową, jakby próbując sam siebie przekonać do tych słów.
- Dokładnie – uśmiech bruneta przybrał jadowity wyraz. – Jednak nie musisz przypominać mi, kto tu sprawuje prawowitą władzę – tym razem książę posłał wymowne spojrzenie lisowi. Ten pozostał niewzruszony, jednak w istocie doskonale zdawałem sobie sprawę, iż był wściekły.
Z jakiś powodów w jednej chwili nagle zachciało mi się śmiać. Zagryzłem wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Byłem przerażony postacią spadkobiercy Smoka, ale z drugiej strony… wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, nie? Z jakiś względów przeszło mi przez myśl, iż skoro on też nie cierpiał tej przeklętej kelpii, to może jednak nie dzieli nas aż tak wiele – może nie taki diabeł straszny, jak go malują?... albo on sam próbuje się wykreować? W tej chwili to wszystko zdawało się mieć dla mnie jakąś pokrętną logikę i sens.
- Shoya, coś się stało? – Sōtangitsune odezwał się w końcu.
- Przygotowania do spoczynku już zakończone, mój panie – hanyo ugiął się w ukłonie, na co ja szybko poszedłem w jego ślady.
- Świetnie – głowa nocnej parady demonów skwitowała krótko. – Możecie obaj odejść – zezwolił.
Zgodnie z pozwoleniem odwróciliśmy się i z powrotem zamierzaliśmy skierować się do tylnego wejścia od kuchni. Nim jednak zdążyłem postąpić krok przed siebie, poczułem na ramieniu jakby muśnięcie lodowatej dłoni. Odwróciłem się, aby zająć wcześniejsze miejsce opiekuna Yasha Ga Ike i stanąć twarzą w twarz z Kengamine. Nagle wszystkie moje mięśnie spięły się, a oczy wytrzeszczyły. Przerażony spojrzałem na jego nieskazitelną twarzy, na której wciąż malował się ten niezmienny spokój i pozorna bezinteresowność. Widać chciał coś powiedzieć, jednak w tym samym momencie nad naszymi głowami rozległo się donośnie krakanie. Książę spojrzał w górę, na czarne ptaszysko, które mnie prześladowało i skrzywił się. Tym razem pozwolił sobie na pogardliwe prychnięcie. W efekcie, dzięki interwencji wrony (jak głupio by to nie brzmiało), wcielenie Smoka ruszyło za resztą demonicznych bóstw, zostawiając mnie w spokoju. Jeszcze przez długą chwilę osłupiały stałem w miejscu, czując jak serce boleśnie łomotało mi o żebra ze strachu. Kiedy w końcu odwróciłem się przodem do hanyo, ten spojrzał na mnie ostro, po czym bez słowa ruszył przed siebie zdecydowanie szybciej niż wcześniej.
Cholera, co się stało?! Albo właściwie nie stało…?

Czego znów nie pojmowałem i co znów mi umknęło?

„Hayakki-yokō” cz.2 i bardzo ważne informacje

Przed przeczytaniem:
Mam bardzo ważną informację, a właściwie to zapytanie - od dłuższego czasu korzystam z aplikacji Wattpad - czy ktoś ją kojarzy? Jeśli nie to wyjaśnię, że jest to aplikacja dla "początkujących pisarzy", gdzie po prostu można umieszczać swoje wypociny; coś w rodzaju alternatywy dla bloga. Jest to o tyle fajne, że prawdopodobieństwo znalezienia danego tekstu dzięki tej aplikacji jest dużo większa niż na blogu. Fajną rzeczą jest też to, że można to czytać jak książę na telefonie czy komputerze (ale najpierw oczywiście na telefon trzeba ją pobrać), a kiedy kończymy czytać i wychodzimy z apki, ta sama zapisuje, gdzie skończyliśmy, wkłada "zakładkę", tak, że kiedy ponownie wchodzimy w dany tekst możemy kontynuować czytanie tam, gdzie skończyliśmy. Myślę, że przede wszystkim byłoby to dobre do czytania moich mega-shotów, które "połknąć" na raz jest dość trudno, z czego sama zdaję sobie sprawę. Dziś mnie natchnęło, aby zacząć tam publikować - a co wy o tym myślicie? Z jednej strony myślę, że jest to duże udogodnienie, bo tak samo teksty można dodawać rozdziałami, a i można czytać w trybie offline, ale z drugiej obawiam się, że to zmniejszy aktywność czytających na blogu; więc co o tym sądzicie? Oczywiście jeśli będzie dużo głosów "na tak", zacznę tam udostępniać swoje "dzieła".
Dobra, a teraz bez dalszych wstępów:

- Witaj, człowieku – przywitał się uprzejmie. – Dziś dostąpił cię ten niesamowity zaszczyt spędzenia wieczoru w naszym towarzystwie – zatoczył dłonią koło, wskazując swoich towarzyszy, wśród których mieścił się, między innymi, duch węża z Okinawy, jak dotąd jedyny, którego miałem okazję „poznać”. – To prawdziwe wyróżnienie, zgodzisz się ze mną, prawda? Nie jesteś takim głupcem, aby je odrzucić, racja? – uśmiechnął się pobłażliwie. – Nazywam się Sōtangitsune, tak, to ja jestem właśnie tym osławionym lisem z Kioto – powiedział nieskromnie, śmiejąc się pod nosem. – Jestem także głową tej ceremonii, więc lepiej się pilnuj, – szepnął mi na ucho – bo to ode mnie zależy czy wyjdziesz z tej imprezy żywy – obdarzył mnie obrzydliwym, obłąkańczym uśmiechem.
W co ja się wpakowałem?
Shoya, ratuj! – załkałem w myślach.

„Hayakki-yokō” cz.2

Sōtangitsune położył dłoń na moim ramieniu. Dotyk lisa był taki ciepły i kojący… W ogóle nie wzbudzał we mnie niepokoju czy obrzydzenia, żeby nie rzec, że działał na mnie uspakajająco… a przecież to demon, a uściślając, to demoniczne bóstwo! Ale cóż… jak wiadomo, człowieka zawsze ciągnęło go złego… było bardziej kuszące, atrakcyjne…
Skupiając się jedynie na jego dłoni spoczywającej na moim ramieniu, przez moment nawet zapomniałem się bać. Niestety strach szybko powrócił, kiedy głowa parady odsunęła się ode mnie i sięgnęła po kolejną czarkę sake.
Przesunąłem spojrzeniem po zebranych. Wszyscy uważnie mi się przyglądali, wbijając we mnie ciekawskie i ponaglające spojrzenia, zupełnie tak jakby był zwierzęciem w cyrku, od którego oczekuje się pokazu szaleńczo trudnych, wytrenowanych sztuczek, jakimi miałbym zabawiać widzów – ja jednak nie do końca wiedziałem, czego widownia demonicznych bóstw mogłaby ode mnie chcieć. Miałem odwalić przed nimi jakiś teatrzyk? Może mieli jakieś utarte stereotypy dotyczące ludzi i czekali na to aż potwierdzę je swoim zachowaniem? Po ich dumnych minach i grymasach twarzy zdradzających pyszałkowatość i samouwielbienie wnioskowałem, że nawet jeśli czegoś ode mnie oczekiwali, to i tak z góry zostałem zdegradowany do tej gorszej grupy – w żadnym razie nie wyglądało na to, aby uważali mnie za równego sobie.
Spojrzałem na mężczyznę o szkarłatnych włosach; z całego tego zbiorowiska on spoglądał na mnie chyba najmniej przychylnie. O ile na twarzach innych demonicznych bóstw oprócz grymasów, które mogły zdradzać jakieś sadystyczne zapędy czy rządzę niepohamowanego uwielbienia, malowało się również zainteresowanie, o tyle on wyglądał na rozeźlonego, może nieco znudzonego – ale przede wszystkim wyczuwałem, że w żadnym razie nie mógł mieć co do mnie dobrych zamiarów.
- Doprawdy – prychnął ten, któremu się przyglądałem – za nic nie masz gustu, Sōtangitsune – skrzywił się jeszcze bardziej. – Żeby sprowadzać człowieka na nocną paradę demonów jako atrakcję! – fuknął oburzony. – Co za nietakt… - przewrócił oczyma.
Osławiony lis z Kioto nie wyglądał, jakby chciał tłumaczyć jednemu z gości, że nie zostałem zaproszony ani nawet zaciągnięty tu siłą, a po prostu wprosiłem się, nie wiedząc w co się pakuję. W dodatku otumaniony oparami boskiego ziela, wyczerpany po tym, jak jubokko wyssał ze mnie energię, nie skorzystałem nawet z możliwości ucieczki, kiedy jeszcze ją miałem. Choć w sumie… w zasadzie to przecież próbowałem odejść, ale wtedy właśnie na mojej drodze pojawiły się pierwsze ayakashi, które mi to uniemożliwiły.
Może jakimś przebiegłym intrygantem nie byłem, a więc bardzo możliwe, że nie umiałem przejrzeć ich do końca, ale zdawało mi się, że nie dla wszystkich hayakki-yokō było znowu taką zwykłą paradą. Mniejsze stworzenia, które również w o wiele mniejszym stopniu przypominały ludzi, bawiły się na drugim końcu stołu pijąc i jedząc; nie wyglądało na to, żeby przejmowały się czymś innym niż zabawą, nawet jeśli w moich oczach wyglądała ona dość brutalnie. Tutaj, gdzie zasiadła siódemka demonicznych bóstw, mieściła się prawdziwa arena polityczna. Nie miała ona jakiegoś formalnego wydźwięku, gdyż w końcu nikt z nikim nie podpisywał żadnych układów ani rozejmów, ale to, jak mi się zdawało, tylko jeszcze pogarszało sytuację. Prywatny charakter spotkania stwarzał możliwości do pozyskania osobistych popleczników i sojuszników, co z kolei stwarzało wielkie możliwości – jakie dokładnie? Mogłem się tego, póki co, tylko domyślać…
Mimo iż wszyscy, tak samo jak niższe rangą demony, pili i jedli, po tej stronie stołu dawało się wyczuć napięcie. Wszyscy byli skupieni i uważni. Ważyli dokładnie każde słowo przed jego wypowiedzeniem, analizowali drugie dno wypowiedzi innych – z tego właśnie powodu postanowiłem się nie odzywać, mimo iż miałem ogromną ochotę wykrzyczeć w twarz temu chudemu, szpakowatemu bożkowi, że moja obecność w tym miejscu jest jednym wielkim nieporozumieniem, a potem uciec daleko stąd, gdzie pieprz rośnie… albo w zasadzie to jeszcze dalej. Podejrzewałem, że gdybym tylko wypowiedział słowo na ten temat, mógłbym w znaczący sposób narazić się Sōtangitsune; w końcu był głową parady, a co to za gospodarz, który pozwala, żeby po jego terenie wałęsały się jakieś przybłędy i to w dodatku innej rasy? Bądź co bądź, jeśli istniałaby taka możliwość, wolałbym raczej stać z nim po jednej stronie – w końcu dobitnie zaznaczył, że to od niego zależy czy wyjdę stąd żywy, prawda?
W ogóle zamierzałem się nie odzywać, jeśli nikt by mnie do tego nie zmusił. Mój genialny, obmyślony na szybko i w nerwach plan zakładał, aby siedzieć przy tym stole jak kołek i nie robić w zasadzie nic. Czekać aż nadejdzie ten zbawienny świt i cała ta impreza zakończy się.
- Och, Suzaku – lis uśmiechnął się przesłodko – zawsze byłeś taki gderliwy… - pokręcił głową z dezaprobatą. – Czy kiedyś uda mi się sprostać wygórowanym oczekiwaniom szkarłatnego ptaka południa? – jego uśmiech był przesłodzony tak bardzo, że niemal od samego patrzenia czułem jak próchnica zaczyna zżerać mi zęby, ale jednocześnie za tą maską czaiło się czyste wyrachowanie i oziębłość.
- Jak śmiesz!... – oburzył się szpakowaty mężczyzna. – Co to za awangardowy pomysł, żeby przyprowadzać człowieka na paradę demonów? Chyba z samej nazwy można wywnioskować, że parada demonów jest przeznaczona dla demonów – prychnął. – Ale przyznaj, mój drogi, - nagle głos czerwonowłosego stał się miększy, bardziej jadowity. Na jego twarzy zagościł obrzydliwy uśmieszek – że zawsze miałeś jaką słabość do ludzi, prawda? – wyszczerzył krótkie, jakby spiłowane trójkątnie zęby. – Zawsze otaczałeś się ludzkimi kobietami, często przebywałeś w świecie ludzi… nawet mianowałeś głównym opiekunem swojej najwspanialszej świątyni hanyo! – zaśmiał się gardłowo. – Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby ten mieszaniec był twoim dzieciakiem! – drgnąłem, kiedy w tak bezczelny sposób obrażał Shoyę. W końcu to był mój… no, może jeszcze nie przyjaciel, ale w każdym razie jakaś pozytywna postać w tym zbiorowisku potworów. W tej chwili spoglądałem na niego wręcz z uwielbieniem, niczym na świętego. – A teraz człowiek na hayakki-yokō… Czy ty nie masz żadnego poszanowania dla tradycji? – fuknął. – Założę się, że gdybyś miał wybrać czy dalej chciałbyś być ayakashi, czy człowiekiem, bez wahania stałbyś się jednym ze śmiertelników – posłał mu pobłażliwe spojrzenie.
- Racz pamiętać, że jesteś w mojej świątyni, na moim terenie – burknął szatyn, który tym razem nie skrywał się za maską uśmiechu. – Radzę ci o tym pamiętać, szkarłatny ptaku południa, bo, jak mi się zdaje, zapomniałeś się nieco – skarcił go.
- Grozisz mi tak otwarcie podczas parady?! – chuderlawy mężczyzna uniósł się w gniewie.
- Tak samo jak ty bezczelnie potrafisz na niej kpić ze mnie i obrażać mnie we własnym domu – odparł niewzruszonym tonem lis. – Wiem, że podczas hayakki-yokō teoretycznie wszystkie spory zostają zawieszone, ale… - zawiesił znacząco głos – …ale gdybym wypomniał ci, co ostatnio zrobiłaś w Naraka-Loka (hinduskie piekło; najniższy z sześciu światów zamieszkany przez istoty ukończone, posiadające ciało i wrodzoną wrogość od aut.), które przecież jest moją prowincją – uśmiech znów wpłynął na jego usta – znalazłbym idealny powód do tego, aby cię stracić jeszcze dzisiejszej nocy – zakończył, triumfalnie wychylając zawartość czarki, podczas gdy szkarłatny ptak południa skulił się w sobie i z urażoną miną z powrotem opadł na swoje siedzisko, nie odzywając się już.
- Oj, chłopcy – zaczęła miękko jedyna kobieta zasiadająca po tej stronie stołu. – Czy wy zawsze musicie kłócić się jak małe atōikozō (duchy podążające za ludźmi; ponoć są to duchy zmarłych dzieci od aut.)? – pokręciła głową rozbawiona.
- Wybacz mi to dziecinne zachowanie, najmilsza Kishin (demoniczny bóg od aut.) – Sōtangitsune skinął jej głową w wyrazie przeprosin, podczas gdy Suzaku wciąż siedział naburmuszony niczym rozkapryszony bachor. – A wy, moi drodzy goście, co sądzicie o atrakcji, jaką wam dzisiaj zaserwowałem? – zapytał gospodarz.
- Interesująca – odezwał się postawny, białowłosy mężczyzna.
- Zjedzmy go! – wykrzyknął radośnie jeden z ryżych dzieciaków, który usługiwał barczystemu mężczyźnie z blizną przecinającą niemal całą twarz.
- Zamilcz! – huknął owy mężczyzna, ganiąc małego duszka. Nie to, żebym obawiał się dzieciaka o płonącej czuprynie, ale muszę przyznać, że jego słowa zaniepokoiły się, gdyż bałem się, że ktoś może jednak spełnić jego życzenie… - Co za problematyczna hitodama (duch, kula ognia pojawiająca się, kiedy ktoś umiera od aut.) – sapnął poirytowany brunet.
- Och, Taimatsumaru (tengu w otoczeniu demonów ognia od aut.) – Kishin odezwała się z  delikatną przyganą w głosie. – Przecież to jeszcze maluch. Wszystkie małe ayakashi są porywcze – pogłaskała malca po głowie, przesuwając palcami między płomieniami skaczącymi po jego czaszce – i takie urocze – rozczuliła się. Mężczyzna prychnął. – Wy, tengu, (demon z kruczymi skrzydłami od aut.) zawsze jesteście tacy nieczuli – wywróciła oczyma.
- Za to ty jesteś zbyt uległa – odparował brunet. – Podstawa to odpowiednie wychowanie i subordynacja – stawiał twardo na swoim. – Przez takie twoje podejście w Manushya-Loka (piąty z hinduskich światów; świat ludzi – ten, w którym istnieje nasza cywilizacja, ale także świat dusz zmarłych oraz cywilizacji żyjących w innych światach od aut.), nad którą, rzekomo, sprawujesz pieczę, dzieją się takie rzeczy… - dodał burkliwie.
- Przepraszam bardzo, ale niby jakie rzeczy?! – oburzyła się kobieta.
- Takie – tengu wskazał palcem na mnie.
- Toć to człowiek jest! – wykrzyknęła poirytowana blondynka. – Co chcesz od niego?!
- Jest słaby i przerażony – skwitował. – Bezużyteczny.
- Nic dziwnego, że się boi – czarnooka prychnęła. – W końcu jest pierwszym człowiekiem na hayakki-yokō! Myślisz, że twoje żołnierskie wychowanie coś by zmieniło? Uważasz, że gdybym wprowadziła w Manushya-Loka terror, jaki panuje u ciebie w Asura-Loka (czwarty z hinduskich światów – świat upadłych bóstw i aniołów, nefilim, tytanów, złych duchów i demonów; świat demonicznej i podstępnej agresji od aut.) to człowiek postawiony w zupełnie nowej sytuacji wiedziałby, jak ma się zachować? – fuknęła.
- Może nie zmieniłoby to jego braku wiedzy, ale przynajmniej umiałby nie okazywać strachu.
- I to coś zmienia?! – kobieta ledwo powstrzymała się od zerwania się z miejsca, przez co jej złote kimono zaszeleściło. Jej czarne oczy stały się głębokie i przepastne niczym studnie bez dna; trudno było wytrzymać jej spojrzenie, jednak Taimatsumaru potrafił niezachwianie spoglądać w jej piękną, choć teraz ściągniętą w gniewnym wyrazie twarz.
- Oczywiście; w takim wypadku mógłby prezentować się godnie, a nie drżeć niczym przerażone zwierzę rzeźne – mężczyzna z blizną przemawiał wciąż tym samym, wypranym ze wszelkich emocji tonem głosu, co zdawało się jeszcze bardziej irytować Kishin.
Nim kłótnia ta osiągnęła swój punkt kulminacyjny lub nim rozpoczęła się następna, wtem pojawiło się kilka ohaguro-bettari (demon bez twarzy ze sczerniałym uśmiechem od aut.) z tacami, które, jak zdążyłem zauważyć, pełniły tu role podobną do kelnerek. Na ich czele stał Shoya, do którego z wielką chęcią podbiegłbym i przytulił się, gdybym tylko mógł się ruszyć. Hanyo skłonił się niezbyt nisko, a następnie zajął miejsce tuż za Sōtangitsune, a więc także i swoim przełożonym, jeśli mogłem go tak określić. Demony bez twarzy w tym czasie częstowały wszystkich czajem. Co dziwne, ja również zostałem obdarowany niewielkim, wciąż ciepłym naczyniem. Spojrzałem niepewnie na jego zawartość – bursztynowy płyn nie wyglądał jakoś nad wyraz niespotykanie, jednak i tak postanowiłem być przezorny. Nie podejrzewałem, żeby picie ani jedzenie czegokolwiek zaserwowanego przez samego szefa kuchni szesnastu buddyjskich piekieł wyszło mi na zdrowie.
- Pij – ponaglał mnie białowłosy mężczyzna.
- Spokojnie, Byakko (biały tygrys zachodu od aut.) – odezwał się lis. – Nie stresuj naszego gościa; w końcu ma nam zapewnić rozrywkę na całą noc – uśmiechnął się do mnie paskudnie. – Nie chcemy, żeby opuścił nasze towarzystwo z pewnych względów zbyt szybko, prawda?
Spojrzałem spanikowany na półdemona. Shoya skinął jedynie głową, a ja, nie mogąc nic innego zrobić w tej chwili, postanowiłem mu zaufać i upiłem łyk ciepłego naparu.
Właściwie siedzieliśmy niedaleko siebie razem z szatynem, ale nie mogliśmy prowadzić swobodnej rozmowy. Wśród gromady demonicznych bóstw wybuchła kolejna kłótnia, ale już nawet za bardzo nie słuchałem, o co w niej chodzi. Przyglądałem się chłopakowi, jakby wyczekując tylko, aż pośle mi jakiś ukryty znak, który mógłby być zapowiedzią mojej wolności, szansą na ucieczkę, jednak nic podobnego się nie działo. Ohaguro-bettari przysiadły się do każdego z wyższych rangą ayakashi i usługiwały im, dolewając alkoholu lub czaju. Sam Shoya zajął miejsce przy Sōtangitsune tylko po to, żeby pełnić podobną funkcję. W zasadzie zdawało się, że hanyo w pełnym wymiarze ignorował moje błagalne spojrzenia i niemal płaczliwy wyraz twarzy, zupełnie tak jakbym nic dla niego nie znaczył, jakby w ten sposób próbował uciąć wszelkie powiązania ze mną, po tym jak wcześniej mnie wyratował; i to w dodatku dwukrotnie.
Wtem olśniło mnie, że wtedy, kiedy szatyn mi pomagał, w pobliży zawsze znajdywała się ta przeklęta wrona – a może wcale nie była ona znowu taka przeklęta? Shoya mówił, że wyratował mnie z opresji tylko dlatego, że to ona mu kazała… Kurde, jak on ją nazwał? Yatagiri? Yatagaru?... Yatagarasu! – przypomniałem sobie. Podwładny sławnego lisa z Koto uparcie w kółko powtarzał, że jedynie wykonuje polecenia Yatagarasu… ale właściwie czym ona była? Czy to możliwe, że to ptaszysko również było jakimś ayakashi? Ale w takim razie dlaczego mnie chroniło? No i dlaczego miało taką… zwykłą formę? Jakby nie patrzeć w tym mrowiu demonów, które zebrało się na paradzie, nikt nie miał dokładnie określonej postaci – zdarzały się jakieś atrybuty zwierzęce w połączeniu z ludzkim ciałem, widywałem istoty wyglądające jakby żywcem wyciągnięte z horroru – jakieś bezkształtne lub z kolei o tak skomplikowanej fizjonomii, że żeby zorientować się, co jest czym w tym poskręcanym i jakby pozlepianym z resztek ciele, musiałbym się naprawdę długo przyglądać i mocno zasępić… no i może jeszcze powstrzymać odruch wymiotny…
Nie było mi zimno, ale napój i tak przyjemnie mnie rozgrzał. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że wypiłem już wszystko, by zaraz potem z jeszcze większym zdziwieniem przyglądać się jak hanyo ponownie napełnia moją czarkę i znów kiwa do mnie głową w zachęcającym geście.
Wraz z kolejnymi czarkami moje ciało stawało się coraz bardziej ociężałe i wiotkie… choć przeszło mi przez myśl, że to może znów wina oparów boskiego ziela, gdyż, jak zdążyłem zauważyć, parę dziwnych istot tliło długie fajki, z których unosił się zielonkawy obłok dymu. Głowa znów zaczęła opadać mi na pierś.
- Wstań! – ktoś huknął, co zmusiło mnie do skupienia uwagi z powrotem na otoczeniu.
Wyrwany z wiru własnych myśli zdumiony spojrzałem na Taimatsumaru, który ledwo hamując gniew, wstał i spoglądał na mnie ostro. Wywnioskowałem, że ta komenda była kierowana do mnie. Zamierzałem ją wykonać; próbowałem się podnieść, ale kiepsko mi to szło. Znów czułem jak myśli mi się plączą i kołtunią, a czas zaczyna zamierać w miejscu.
Tengu nie powtarzał się dwa razy. Zirytowany moją niegramotnością, sięgnął przez szerokość stołu i złapał mnie za poły ubrania, podnosząc bez problemu jedną ręką. Siłą wyciągnął mnie z pagody, by już na podwórzu rozłożyć ogromne czarne skrzydła, które, jak do tej pory, złożone bezczynnie tkwiły na jego plecach niczym dodatek, swoista yukata do prostego kimona. Wzbił się razem ze mną w powietrze. Nie leciał wysoko, ale to i tak już przyprawiło mnie o palpitacje serca. Kurczowo, przezornie starałem się trzymać jego ręki, w której ściskał materiał mojego ubrania, aby nie spaść, ale to i tak niewiele mi dało, kiedy ayakashi w końcu i tak mnie puścił, zrzucając wprost do okrągłego jeziorka.
Lodowate krwistoczerwone wody zamknęły się nad moją głową. Przerażony od razu starałem się wypłynąć. Z ulgą zaczerpnąłem powietrza, kaszląc i plując dziwnie gęstą wodą, która miała niespotykany metaliczny smak. Niemniej woda i szok, który właśnie przeżyłem, zdawały się zmyć ze mnie otumanienie i senność, która zawładnęła mną w pagodzie.
Jezioro nie było wielkie, więc nie panikowałem, mimo iż znajdowałem się na jego środku. Zamierzałem dopłynąć do brzegu, kiedy niespodziewanie poczułem coś twardego pod stopami. Zdziwiony stwierdziłem, że nie może być to grunt, gdyż zbiornik wodny nie może być aż tak płytki, a poza tym, jeszcze chwilę temu przecież nie czułem tego „gruntu”, swobodnie machając nogami w toni wodnej.
Moment po tym z wody wyjrzał wielki koński łeb z sitowiem zamiast grzywy. Przegniła skóra odchodziła od poczerniałych kości płatami, roztaczając przy tym obrzydliwy fetor. Ślepe, wywrócone oczy spojrzały na mnie niewidzącym, obłąkańczym spojrzeniem. Wielkie zęby zostały odsłonięte przez nabrzmiałe wargi, chrapy rozszerzyły się, kiedy koń sapnął ciężko, wypuszczając krwawe bąbelki.
Co to znowu, do cholery, jest?!
O miłosierna Kannon, ratuj!
Koń zarżał i zanurkował, jakimś dziwnym trafem, ciągnąc mnie ze sobą na dno. Jakim cudem?! Przecież nie miał kończyn, którymi mógłby mnie przytrzymać, a i ja nie uczepiłem się go! Co tu się dzieje?!
Próbowałem się wyrwać, szamotałem się, jednak moje nogi, jakby przywarły do grzbietu tej przerażającej istoty. Woda z czasem robiła się coraz ciemniejsza, a jasnoczerwona plama tafli zdawała się być coraz mniejsza, aż w końcu przybrała wielkość szkiełka zegarkowego. Kończyło mi się powietrze. Czułem jak płuca coraz bardziej domagają się tlenu. Machałem rękami, jakby to miało mi coś pomóc, ale cielsko konia było zbyt ciężkie, więc nie mogłem ponownie się wynurzyć. I nagle…
Niemal całe powietrze uleciało z moich płuc, kiedy wydałem z siebie niemy okrzyk pod wodą. Przeszywający ból rozchodził się z miejsca tuż nad kostką lewej nogi.
Kurwa, ta zgniła cholera mnie użarła!
Całe szczęście to dało mi też jakieś możliwości manewru. Poczułem, że mogę na powrót poruszać uszkodzoną nogą. Kończyna nie była już nieruchomo przytwierdzona do grzbietu wodnego demona. Niemniej nie powiedziałbym, żebym raczej się cieszył. Dookoła mnie unosiła się woda zabarwiona moją własną krwią, a ponad to dolna kończyna tak bardzo bolała, iż niemal całkiem zdrętwiała – ale nie poddałem się, przecież nie mogłem.
Zmusiłem się do nadludzkiego wysiłku i kopnąłem w pysk stwora z całą siłą, jaką udało mi się wykrzesać. Odbiłem się stopami od wierzchu gnijącego konia i zacząłem płynąć w górę. Woda była gęsta, przez co musiałem włożyć dużo siły w to, aby się w niej poruszać, ale byłem lżejszy i miałem, że tak to nazwijmy, lepiej przystosowane kończyny do pływania, przez co wynurzyłem się szybciej niż ta paskuda. Desperacko zaczerpnąłem tchu. Powietrze wydało mi się być wspaniałe, wręcz słodkie jak nigdy dotąd. Rozpaczliwie rzuciłem się do szybkiego kraulu, starając się dotrzeć do brzegu. Niestety koń w końcu mnie dogonił, jednak i tym razem udało mi się ochronić przed nim celnym kopniakiem, który tym razem idealnie spadł na jego nos. Demon wodny zawył, wierzgając, co dało mi kolejnych kilka sekund przewagi – kilka sekund, które mogło zaważyć o moim życiu lub śmierci.
W końcu poczułem grunt. Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę…
Coś pociągnęło mnie w tył – tym razem jednak obyło się bez eksplozji czerwonych fajerwerk bólu przed oczami. Stwór tym razem zdołał mnie złapać tylko za rozciętą nogawkę.
Cholera! Było tak blisko! W zasadzie już byłem na brzegu – woda sięgała mi jedynie do wysokości biodra, a przecież niemal pełzłem już na czworaka!...
Nagle pojawił się długi kij.
Kij, oheblowana tyczka, która służyła najczęściej w dojo do ćwiczeń, nim uczniowie dostali do ręki swoje pierwsze miecze.
Owy kij niczym grzmot spadł na koński łeb, roztrzaskując go nieomal na miazgę.
Spojrzałem w górę, aby ujrzeć nikogo innego jak Shoyę. Chłopak wyszarpnął swoją prymitywną broń z czaszki przerażającej istoty, która powoli zaczęła się cofać w głąb jeziora. Wbił ją w grząski piasek dna zbiornika wodnego i wyciągnął w moim kierunku rękę w geście pomocy.
- Kelpia (brytyjski i irlandzki demon wodny od aut.) – oświadczył. – Zmiennokształtny demon wodny, który występuje najczęściej pod postacią konia. Kiedy go dosiądziesz, nurkuje i zabija swoje ofiary na dnie zbiornika, który zamieszkuje. Zazwyczaj pozwala wypłynąć ludzkim wnętrznością na powierzchnię wody, znacząc swój teren – wyjaśnił jakby cytował encyklopedię. Z obrzydzeniem zauważyłem dopiero w tym momencie, że na powierzchni wody w istocie pływają jakieś szczątki…
Coś co wyglądało jak ochłap gnijącego mięsa zatrzymało się przy mojej dłoni, jaką wciąż trzymałem w wodzie, której poziom mógł zakryć jedynie moje palce. Poderwałem się niczym oparzony, starając się oddalić jak najmocniej od tego przeklętego jeziora. Zerwałem się na nogi, czego zaraz oczywiście pożałowałem. Ledwo wstałem, już z powrotem znalazłem się na ziemi.
- Ugryzł cię? – zapytał. W odpowiedzi jedynie pokiwałem głową, gdyż nie mogłem wydusić z siebie ani słowa.
W oddali przy wejściu do pagody dojrzałem postać Sōtangitsune. Zdziwiło mnie, że głowa parady pozwoliła udzielić mi pomocy swojemu podwładnemu. Coś mi się zdawało, że Suzaku mógł mieć rację, jeśli chodzi o sprawę darzenia sympatią ludzi przez osławionego lisa… Niemniej byłem mu dozgonnie wdzięczny; właściwie w tej chwili byłem mu tak cholernie wdzięczny, iż byłem gotów paść mu do nóg i po stokroć dziękować za jego wspaniałomyślność i uczynność.
Po odgłosach, jakie doszły nas z budynku, mogłem wywnioskować, że rozpoczęła się kolejna wrzawa. Z urywanych słów, które udało mi się wychwycić, zrozumiałem, iż znów to ja byłem przedmiotem sporu.
- Opatrzę cię – zaoferował szatyn, pomagając mi się podnieść i przewieszając sobie moją rękę przez ramiona, aby odciążyć moją uszkodzoną nogę.
Zaprowadził mnie do pustego pomieszczenia w świątyni, które mieściło się w przeciwnym skrzydle niż to, gdzie znajdywała się pagoda. Usadził mnie na podłodze, a sam wyszedł bez słowa. Drżałem z zimna i silnych emocji, które wciąż mną targały. Nerwowo drapałem paznokciami chropowatą powierzchnię mat tatami, modląc się w duchu, żeby chłopak szybko wrócił, gdyż cały czas byłem zdjęty strachem, iż zaraz coś przerwie te papierowe drzwi i do pomieszczenia wleci kolejny demon, który będzie czyhał na moje życie. Jednego wieczora już trzy razy dybano na moje życie – chyba trochę za dużo jak na jeden raz, co?
Shoya na szczęście w istocie wrócił szybko. Niósł ze sobą niewielkich rozmiarów drewniane pudełko, w którym, jak się okazało, znajdywały się medykamenty i opatrunki. Hanyo wciąż bez słowa podwinął rozerwaną nogawkę moich spodni i osuszył delikatnie zranione miejsce, by następnie oczyścić je gazą nasączoną jakimś specyfikiem o ostrym zapachu. Drgnąłem mocniej, kiedy ją przyłożył. Bolało jak cholera. Zagryzłem wargi, żeby nie jęknąć z bólu ani tym bardziej nie rozpłakać się, gdyż miałem na to wielką ochotę. Byłem u kresu sił wytrzymałości. Miałem ochotę wyć do tego cholernego ogromnego, czerwonego księżyca i rozpłakać się jak małe dziecko. Dlaczego to wszystko musiało się przytrafić akurat mnie?
Półdemon, jak się zdawało, miał wprawę w robieniu opatrunków, gdyż szybko sobie z tym poradził. Może nie był zbyt miły, lecz nie umknęło jego uwadze to, w jakim stanie się znajdywałem. Widząc to, westchnął ciężko.
- To właśnie dlatego nalegałem, żebyś odszedł, kiedy jeszcze mogłeś to zrobić – klapnął ciężko na podłodze obok mnie. – Chciałem ci tego oszczędzić…
- Dziękuję… - szepnąłem cicho, pozwalając sobie oprzeć się o jego ramię. – Za wszystko…
- Jeszcze nie dziękuj – pokręcił głową. – Nie wiadomo czy będziesz miał za co; pamiętaj, że noc jeszcze się nie skończyła, a więc wciąż musisz walczyć o życie – spojrzał na mnie surowo. – Jeśli dożyjesz poranka, wtedy dopiero będziemy mogli rzucić się sobie w objęcia i dopiero wtedy będziesz mógł mi podziękować – rzucił dość kwaśno.
Może brzmiało to mało optymistycznie, ale wiedziałem, że taka była prawda. Noc się nie skończyła. Ta cholerna parada wciąż z powodzeniem trwała.
Wyprostowałem się z trudem. Płacz mi w niczym nie pomoże – powtarzałem uparcie w myślach. Wziąłem głębszy wdech, przełykając łzy. Musiałem wziąć się w garść. Musiałem stać się bardziej uważny. Nie mogłem wciąż bez końca polegać na Shoyi.
- Och… - wyrwało mi się, kiedy spojrzałem na jego czarną yutakę, która, w chwili obecnej, była w nieładzie, cała pognieciona i poznaczona ciemniejszymi plamami. – Przemoczyłem cię… - zauważyłem ze smutkiem. Jego tradycyjnemu ubiorowi ubył nieco elegancji przez stan, w jakim obecnie się znajdywał.
- Daj spokój – machnął lekceważąco ręką. – Są ważniejsze sprawy – obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. – Wiesz, że musimy tam wrócić? – zapytał dość niepewnie. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową, gdyż poczułem, że gardło znów ściska mi się ze strachu i rośnie w nim gula, kiedy znów zaczęło zbierać mi się na płacz. Za cholerę nie chciałem tam wracać; ale niestety nie było innego wyjścia. Na moment przymknąłem powieki, próbując odzyskać rezon.
Chyba w końcu udało mi się opanować drżenie, mimo iż w rzeczywistości w środku cały dygotałem ze strachu. Kiedy wcześniej szatyn mówił o tym, że znajdywałem się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, o tym, że jestem tu jedynie zabawką… nie dowierzałem mu, szczerze powiedziawszy. Wpierw otumaniony oparami boskiego ziela tkwiłem gdzieś w swoim świecie, nie przejmując się zbytnio otoczeniem. W mojej głowie zrodziło się przeświadczenie, że to, co widzę, nie jest rzeczywiste, realne – to tak, jakbym przeniósł się do świata snu, tak, jakbym w istocie był częścią rozgrywających się tu wydarzeń, ale jednocześnie nie pasował do nich. To tak jakbym był pionkiem zapożyczonym z innej gry planszowej – przecież w istocie nie należałem do tego światka. Gra zaraz się skończy i ktoś grzecznie odstawi mnie na moją planszę, zabierze stąd. Nic nie może mi się tu stać, bo przecież nie jestem stąd. To wszystko jest nierealnym, chwilowym złudzeniem. Ono zaraz się skończy, a ja nawet zbyt dobrze nie będę pamiętał tej krainy wiecznego strachu… Całe szczęście doszedłem nieco do siebie, po tym jak obudziłem się w składziku razem z duchem węża z Okinawy. Sen okazał się zbawienny, jednak wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co działo się wokół mnie – w to, co działo się ze mną. Dziwne stwory, legendarne demony? Nawet nie próbowałem tego pojąć. Po prostu przyjąłem to do wiadomości, nie szukając żadnego logicznego wyjaśnienia. Ot po prostu są – a ja wśród nich. Miałem po prostu czekać, aż nadejdzie świt, tak jak powiedział Shoya, a wtedy będę mógł wrócić do domu. Ciepły prysznic i łóżko, które tam na mnie czekają wszystko mi wynagrodzą i pozwolą zapomnieć. Wstanę późnym południem, święcie przekonany, że to był tylko dziwny, realistyczny sen.
I tyle.
Ale w końcu się przebudziłem.
Zdaje się, że woda rzeczywiście mnie otrzeźwiła. Przestałem się łudzić, wmawiać sobie, że to wszystko to pijackie majaki… To była rzeczywistość – w końcu to do mnie dobitnie dotarło; mało tego, śmiertelnie niebezpieczna rzeczywistość, w której nie byłem nawet zabawką, a zwykłym popychadłem, może czyjąś przekąską. Znalazłem się w świecie, w którym musiałem walczyć o swoje życie. Czułem, jak zimne macki cienia śmierci i strachu nieustannie przesuwały się po moim ciele, upominając się o mnie.
O dobry Buddo Amido, ratuj!
Nie… Budda tu nic nie pomorze… - zdałem sobie sprawę. Znajdywał się wśród mrowia demonów, siedziałem przy jednym stole z demonicznymi bóstwami… Jak tu niby Budda miałby coś zdziałać? Musiałem w końcu przestać rozpaczliwie zwracać się do bytów wyższych, którym przecież jeszcze całkiem niedawno zarzucałem niesprawiedliwość, a nawet domniemałem, że nie istnieją – żadne z nich mi teraz nie pomorze. Byłem zdany sam na siebie; sam musiałem wyratować własną skórę… no, może miałem jeszcze hanyo do pomocy…
- Czy ta noc nie ciągnie się zbyt długo? – zadałem pytanie drżącym głosem.
- To nie jest zwykła noc – wyjaśnił półdemon. – Czy myślisz, że zjeżdżałyby tu wszystkie ayakashi z kraju, a Sōtangitsune urządzałby tak ogromną paradę tylko na marne kilka godzin? – spojrzał na mnie z przyganą, po czym rozsunął papierowe drzwi, z których roztaczał się widok na miasto. – Tu czas nie płynie tak, jak tam na dole – wskazał palcem na ludzi, którzy przechadzali się tuż pod górą, na której znajdywała się świątynia i absolutnie nie zwracali uwagi na krzyki, piski, łomoty i bełkotliwe śpiewy dochodzące z pagody. Wtem przypomniałem sobie, że kiedy wspinałem się na wzniesienie, również niczego nie zauważyłem, mimo iż parada już trwała. – Hayakki-yokō rządzi się swoimi własnymi prawami. Jednym z nich jest wymuszanie cyklicznego zawracania czasu. Jeśli księżyc będzie zdawał się już zanikać, a niebo rozjaśniać, to o niczym nie świadczy. Nie sugeruj się tym. Słońce dopiero wstanie, kiedy zakończy się parada, a o tym zarządzi nikt inny jak Sōtangitsune – rozłożył bezradnie ręce. – W jednej chwili może się zdawać, że już nadchodzi świt, a zaraz potem znów zapanuje ciemna noc; i tak w kółko. Na tym właśnie polega cykliczne zawracanie czasu – szczęka opadła mi niemal do samej ziemi.
- To znaczy, że… że… - jąkałem się, nie mogąc złożyć żadnego składnego zdania. – Ile w „ludzkim” pojmowaniu czasu może trwać ta parada? – zapytałem, mimo iż bardzo bałem się usłyszeć odpowiedzi.
- No cóż… - Shoya westchnął. – Nie ma jakiejś ściśle określonej reguły… - wzruszył ramionami. – Może przeciągać się w czasie… - widocznie próbował złagodzić brzmienie tych złych dla mnie nowin, jednak i tak zadrżałem ze strachu.
- To znaczy? – dociekałem.
- Kiedyś trwała nawet blisko pół roku… - mruknął cicho, rozglądając się wymijająco po ścianach, aby nie patrzeć mi w oczy.
- Ile?! – ryknąłem przerażony, będąc pewnym, że nie dożyję jej końca.
- Spokojnie, to miało miejsce chyba jeszcze w epoce Heian (okres w historii Japoni trwający od 794 do 1185 roku od aut.), jeśli się nie mylę… - zamyślił się.
- Jeszcze mi powiedz, że pamiętasz te czasy, a sam z własnej, nieprzymuszonej woli zaraz wrócę do tej kelpii… - załamałem się.
- Oczywiście, że nie! – zawołał. – Jestem jedynie półdemonem; nie jestem tak długowieczny jak ci wysoko postawieni ayakashi – zaprotestował. – Moje życie będzie trwać dłużej niż ludzkie, ale nie będzie też tak długie jak demoniczne – sprostował. – O tej sytuacji po prostu kiedyś zasłyszałem…
- A więc ile ty masz lat? – dopytywałem, ale nie dostałem już odpowiedzi. Chłopak uśmiechnął się do mnie przepraszająco i pokręcił głową, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że mam się przestać tym interesować. – No dobrze… - odpuściłem łatwo. – W takim razie ile przeciętnie trwa nocna parada demonów?
- Ostatnia trwała około dwóch tygodni ludzkich – odparł już rzeczowo.
- A… ile trwa już ta?
- To dopiero pierwszy dzień, jeśli przeliczać na ludzkie godziny – spojrzał na mnie niepewnie, zapewne obawiając się mojej reakcji.
Cudnie.
Rewelacyjnie.
Czy mogę sobie przynajmniej wybrać trumnę?
O ile w ogóle będzie w niej co składać…
Pokiwałem głową ze zrozumieniem, gdyż nic innego nie mogłem zrobić. W zasadzie to mogłem wyć, płakać, krzyczeć lub zaśmiać się obłąkańczo, ale to przecież w niczym by nie pomogło. Mogłem też błagać szatyna, aby pomógł mi stąd uciec, ale jak już zrozumiałem, nijak nie mógł tego zrobić, a ponad to, gdyby ktoś zauważył moje zniknięcie, zapewne to on byłby pierwszym podejrzanym – w końcu w jakimś stopniu też był człowiekiem, więc niby dlaczego nie miałby się nade mną zlitować? Coś w nim drgnęło w porównaniu do demonów, dla których byłem jedynie rozrywką – a jak się wydawało, ayakashi zdawali sobie sprawę z tej „słabości” hanyo do gatunku ludzkiego, dlatego, między innymi, Suzaku tak bardzo nim gardził.
Nie, to zbyt duże niebezpieczeństwo dla niego. Nie chciałem ściągać mu na głowę kolejnych problemów – już i tak wystarczająco mu ich przysporzyłem.
- Chodźmy – niemal wyszeptałem. – Nie ma sensu odwlekać to, co nieuniknione – dodałem obojętnie.
Podwładny lisa z Kioto spojrzał na mnie zszokowany – niemniej zdziwienie malowało się na jego twarzy tylko przez krótką chwilę. Zaraz potem pokiwał głową i spojrzał na mnie jakoś bardziej przychylnie. Uniósł lekko brwi, jakby w uznaniu, a delikatny uśmieszek, który wpłynął na jego usta przypominał mi wyraz twarzy dumnego rodzica, który właśnie obserwuje jak jego dziecko z nieporadnej ciamajdy staje się dojrzałym mężczyzną, który przestał lamentować niczym mała dziewczyna, przyjmując w końcu to, co daje mu los, tak jak powinien.
Ja jednak tak szczęśliwy nie byłem.
Weszliśmy z powrotem do pagody, gdzie dalej trwała nocna parada demonów. Zająłem swoje poprzednie miejsce bez słowa, podobnie jak i szatyn, który pierwsze co, to złapał za buteleczkę sake i nalał jej do czarki swojego zwierzchnika.
- Och, nareszcie jesteś – głowa parady spojrzała na mnie mętnym wzrokiem. Uważniej przyjrzał się mojej rozranionej nodze, która bolała jak cholera, kiedy zmuszałem się do tradycyjnego siadu. – Wybacz mi porywczość jednego z moich gości – potraktował ganiącym spojrzeniem rosłego tengu. – Wszak tobie też należy się szacunek, gdyż niemniej ty również należysz do grona moich gości, człowieku – posłał mi przesłodzony uśmiech. Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo.
Skinąłem głową, nie siląc się na żadną inną odpowiedź. Kishin posłała mi zmartwione spojrzenie, jednak nie powiem, żebym ucieszył się z tego – nawet nie chciałem się domyślać, w jaki sposób ayakashi mogą okazywać sobie wzajemnie troskę. Po prostu zamierzałem tu wysiedzieć tak długo, jak tylko będę mógł, a potem… a potem to już się zobaczy. Przestałem marzyć o powrocie do domu. W tej chwili wizja ta stała się dla mnie tak odległa i nierealna, iż na samo wspomnienie krętego rządka brudnych kubków po kawie, które zalegały na moim biurku czy klawiaturze laptopa tak artystycznie zabrudzonej popiołem z papierosów, aż ściskało mnie w żołądku z tęsknoty i żalu. Cóż, musiałem się z tym pożegnać…
Znów wybuchła burzliwa rozmowa. Tym razem przysłuchiwałem się jej, przesuwałem spojrzeniem po zebranych, którzy kolejno zabierali głos, aby Taimatsumaru znowu nie przeszło przez myśl, aby mnie „otrzeźwić”.
Tym razem byłem jednak aż nadto trzeźwy i przytomny.

Ciekawe, co będzie dalej… choć w sumie za bardzo mnie to nie interesowało i w gruncie rzeczy wolałbym się tego nie dowiadywać, nie przekonywać o tym na własnej skórze – ale jak widać w tym miejscu nikt nie pytał mnie o zdanie, a więc mogłem jedynie grzecznie czekać na samoistny rozwój wydarzeń.

Mini-seria Shoya x Yo-ka (DIAURA) "Hayakki-yokō"

Siedem to wciąż nie dziesięć... Podobnie jak i cztery to nie pięć, ale już nie czepiajmy się tego, że nie potrafię policzyć tlenów na kartkówce z chemii... cii... gdybym tylko umiała liczyć do pięciu, ech...
Dobra, już nie narzekam; macie tu zgodnie z zapowiedzią wyczekiwane "cuś" z paringiem Shoya x Yo-ka (DIAURA). Mam nadzieję, że się spodoba. Naprodukowałam aż 11 stron, więc liczę na adekwatnej długości komentarze, bo poprzednie były bardzo... opiniotwórcze, że tak powiem. No i niech jeszcze raz ktoś mi powie, że nie umie pisać komentarzy to urwę łepetynę...


Tytuł: "Hayakki-yokō"
Paring: Shoya x Yo-ka (DIAURA)
Typ: mini-seria (?)
Gatunek: (na życzenie) fantasy
Beta: -

Nigdy nie możesz być pewnym, jak potoczy się twój los – jeśli wykażesz się zbyt wielką pychą, bądź pewien, że zostaniesz odpowiednio ukarany przez siły wyższe.
Brzmi okropnie, co? Jak bajanie podpitego kaznodziei, który zamierzał zbawiać świat, a skończył na dręczeniu dzieci z pobliskiego podwórka, nie? Cóż, życie nie zawsze bywa różowe… Miałem okazję przekonać się o tym na własnej skórze, kiedy cała siódemka bogów szczęścia odwróciła się do mnie plecami, żeby nie powiedzieć, że wypięła się na mnie dupą. Bezpośredni jestem, prawda? Potrafię nawrzucać nawet nieistniejącym personom, którym rzekomo przypisuje się owe karzące lub wynagradzające siły wyższe – mówiąc krócej, staczam się.
Ale po kolei! Nim zacznę swój pełen żalu do świata wywód, wypadałoby się przedstawić. Yasuhiko Kawamura (personalia wymyślone od au.), witam… czy może przedstawię się jako Yo-ka, gdyż pod tym pseudonimem jestem bardziej znany. Teraz zapewne zapytanie czy to „ten” Yo-ka… no cóż, samolubnie przyznam, że znam tylko jedną osobę, która używałaby takiego pseudonimu – i jestem nią właśnie ja. Tak, naprawdę, „ten” Yo-ka, młody pisarz powieści „z dreszczykiem”, japońskie wcielenie Kinga, człowiek, którego chociaż jedną książkę na półce ma każdy Japończyk… a przynajmniej tak twierdziły gazety…
Więc teraz przydałoby się pokrótce streścić mój problem… Cóż może nękać kogoś takiego jak ja – niemalże celebrytę, który ma pracę lżejszą od leżenia? Otóż okazuje się, że nawet tacy ludzie nie są zupełnie beztroscy, gdyż zdawało się, że nim moja kariera pisarska rozpoczęła się na dobre, zaraz przyjdzie jej zgasnąć. Czarno widziałem swoją przyszłość jako autora książek, gdyż wychodziło na to, że wypaliłem się zawodowo… w wieku dwudziestu ośmiu lat (obecny, realny wiek Yo-ki od aut.)… Zabijcie mnie…
Termin gonił za terminem, a ja na deadline potrafiłem oddać jedynie kilka marnych rozdziałów, z których każdy jeden wydawał się być wyrwany z innej historii, przez co teksty nie układały się w spójną całość. Nawet mój edytor w wysublimowany i uprzejmy sposób dał mi do zrozumienia, że mógłbym postarać się bardziej.
A ja chciałbym się postarać! Naprawdę! Przysięgam! Próbowałem i dawałem z siebie wszystko!... ale to, że nic z tego nie wychodziło, to już zupełnie inna sprawa.
- Cholera! – wrzasnąłem, kiedy przez przypadek szturchnąłem łokciem kręty rządek, w jakim ustawione były puste kubki po kawie na moim biurku, przez co ten, który stał tuż przy samej krawędzi, spadł i rozbił się, a drugi wylądował na moich kolanach, znacząc moje jasne spodnie resztkami obrzydliwie zimnego, niedopitego napoju. – Tu już drugie spodnie dzisiaj! – irytowałem się. – I trzeci zbity kubek… - dodałem, wzdychając ciężko.
Ewidentnie nic nie szło po mojej myśli.
Sięgnąłem ze złością po tlącego się papierosa, który radośnie toczył się po klawiaturze mojego laptopa, znacząc swoją ścieżkę siwym popiołem. Ekran komputera z dumą prezentował pustą kartkę kolejnego, nowego dokumentu Microsoft Word. Zaciągnąłem się głęboko, z żalem wypuszczając z płuc drażniący dym.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że muszę opuścić moje mieszkanie choćby na chwilę – albo w przeciwnym wypadku dostanę nagłego ataku kurwicy.
Westchnąłem, próbując się uspokoić.
Przebrałem się raz jeszcze, po czym pakując do kieszeni jedynie zapas papierosów oraz klucze, wyszedłem, trzaskając własnymi drzwiami. Przekręciłem klucz w zamku, kątem oka dostrzegając nowego lokatora, który musiał się wprowadzić do tego mieszkania obok, które od miesięcy stało puste. Kultura wymagała, abym powitał go, ale w tej chwili nie było mnie stać nawet na zwykłe „dzień dobry”. Byłem wściekły i nie chciałem ryzykować zainicjowania znajomości z nowym sąsiadem, która w jednej chwili mogłaby się przerodzić w bezbrzeżną nienawiść aż po grób. Serio, nie potrzebowałem i nie prosiłem się o to.
Nie przyglądałem mu się zbyt uważnie, gdyż nie miałem do tego zbytniej możliwości. Obserwowałem go tylko przez tę krótką chwilę podczas zamykania mieszkania – potem zwyczajnie odszedłem w swoim kierunku bez słowa. Niemniej przez ten moment udało mi się zauważyć w nim pewne charakterystyczne cechy. Nowy lokator był dość wysoki i miał długie, jasnobrązowe włosy, gdzieniegdzie przetykane blond pasmami. Miał przenikliwe, zimne spojrzenie, a jego niebieskie oczy ukryte w cieniu długiej grzywki wydawały się być fluorescencyjne.
Pewnie kolorowe soczewki…
Miał kształtne usta, w których dolnej wardze tkwił kolczyk. Mimo iż tak ładnie wykrojone, o tak pięknym kolorze, wydawały się być rozciągnięte w niezadowolonym grymasie. Może on też miał dzisiaj gorszy dzień?
Nie rozmyślając długo o chłopaku, dopadłem windy, nim ta zdążyła zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Pokrzepiony chociażby tym małym zwycięstwem z przedmiotem nieożywionym (a jakże złośliwym), wyszedłem z budynku, ruszając na długi spacer…
…no i może nie tylko spacer.

***


Było już naprawdę późno. Księżyc już dawno zaczął swe panowanie, górując nad horyzontem niczym władca absolutny. Dziś wydawał mi się być o wiele większy niż zwykle, zupełnie tak, jakby był na wyciągnięcie ręki… taki krwawy, taki piękny…
Byłem już nieco wstawiony, kiedy moje nogi same wybrały sobie drogę, jaka kierowała na szczyt wzgórza, na którym z kolei znajdowała się jedna z tak licznych w tej okolicy świątyń shinto. Był to ładny chram; zadbany i czysty, często odwiedzany przez wiernych – choć może niekoniecznie o tej porze oraz stanie, do jakiego się doprowadziłem… Czarne, wywijane dachy lśniły oleiście w czerwonej poświacie księżyca, przez co wyglądały, jakby spływały krwią. Uśmiechnąłem się do siebie pijacko – dobra sceneria do kolejnej akcji z moich książek.
Szczerze powiedziawszy nie była to byle jaka kapliczka a świątynia z prawdziwego zdarzenia. Samotna, na szczycie góry, którą potocznie zwano „wzgórzem, od którego kłuje w piersi” (naprawdę jest taka górka i znajduje się ona w Tokio, ale mniejsza z tym; tutaj jesteśmy w mojej krainie, więc… no wiecie, moja przeistoczona rzeczywistość od aut.), która w rzeczywistości wymusiła na mnie uraczenie zimnego, nocnego powietrza moim oddechem o zapachu śliwkowego wina poprzez ciężkie dyszenie z wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, aby się na nią wdrapać. Właściwie to nawet nie wiem skąd miałem tyle motywacji, aby już na początku drogi nie poddać się i nie zawrócić. Może to znowu przez tę wronę? Cholerne ptaszysko od dłuższego czasu umiłowało sobie przesiadywanie na gałęzi drzewa, które znajdywało się tuż pod oknem mojej sypialni. Paciorkowate, ciekawskie oczy wpatrywały się we mnie zawsze tak intensywnie, aż przechodziły mnie ciarki. Teraz nie było inaczej; wrona jak zwykle mi towarzyszyła. Ciężko było ją wypatrzeć na tle lasu, który porastał wzgórze, a obecnie zatopiony był w nocnych cieniach, ale te błyszczące ślepia poznałbym nawet w grobie.
Wielki czerwono-biały kompleks świątynny wznosił się tuż nad brzegiem okrągłego niczym moneta jeziora. Zazwyczaj w nocy tafla wody przybierała srebrny kolor, odbijając światło księżyca, przez co naprawdę wyglądała jak wielki srebrny pieniążek, jednak dzisiaj jego łuna była krwistoczerwona, a więc i wody jeziorka wyglądały niczym niezakrzepła krew. Kuszące, doprawdy kuszące…
Do głównego budynku chramu wiodły murowane schodki, na których klapnąłem ciężko. Oparłem przedramiona na kolanach, zwieszając głowę i próbując uspokoić oddech. Z każdym wdechem rześkiego powietrza czułem jak trzeźwieję… cholera, i na co było wydawać tyle kasy w barze, żeby się upić, kiedy po tej wycieczce w domu z powrotem będę musiał się „dobić”?
Przez dłuższą chwilę bezcelowo przypatrywałem się w czerwonym, drewnianym filarom zwieńczonym u obu końców misternymi złoceniami, to dziwnym, fikuśnym również drewnianym twarzom o wyrazach, które mogłyby jednocześnie mówić wszystko i nic, mieszkającym w miejscach, w których belki nośne dachu spotykały się ze ścianą. Wpatrywałbym się w nie tępo dalej, gdyby nagle coś z wielką gracją nie osiadło na moim ramieniu.
Wrona.
Znowu ta przeklęta wrona!
- Czego ty tak właściwie ode mnie chcesz, co? – zapytałem burkliwie ptaka. – Przyczepiłaś się do mnie jak rzep do psiego ogona, wiesz? – wywróciłem oczyma, na co ptaszysko odpowiedziało mi głośnym krakaniem. – Można prosić o pół tonu ciszej? – warknąłem. – Ktoś tu już zaczyna trzeźwieć… - mruknąłem bardziej do siebie, gdyż pulsujący ból głowy, który zaczął rozsadzać mi czaszkę, z czasem tylko narastał, a wrzaski wrony nie były dobrym lekarstwem, które mogłoby go uśmierzyć.
Chwilę potem usłyszałem odgłos lekkich, pospiesznych kroków. Zdziwiony, że ktoś jeszcze zawitał tu o takiej porze, odwróciłem się, aby ujrzeć postać, która właśnie stanęła w progu głównego wejścia do świątyni.
- Yatagarasu! – zawołał zdziwiony.
Był to ten nowy lokator. Co prawda wyglądał zupełnie inaczej, ale i tak go poznałem. Długie włosy miał spięte szpilami kanzashi w misterną, choć z pewnością nie tradycyjną fryzurę. Tuż przy twarzy miał pozostawione dwa pasma włosów sięgające linii szczęki, a resztę spiętą w coś, co nazwałbym ignorancko artystycznym nieładem, choć niezaprzeczalnie nawet ja, osoba, która na fryzjerstwie nie znała się wcale, potrafiłem dostrzec jakąś zaskakującą harmonię w tym, w jaki sposób ułożone zostały kolejne pasma.
Ubrany był w czarne kimono oraz czerwoną yutakę, które odpowiadały jego makijażowi. Górna powieka została przyprószona czarnym cieniem, podczas gdy dolna czerwonym. Szczególnie owa czerwień nadawała jego twarzy jakiś szczególnie drapieżny i bezlitosny wyraz. Dookoła, wszędzie wśród tej wszechobecnej czerwieni i czerni nocy tylko jego oczy pozostawały wciąż niebieskie i lśniące, tak drastycznie kontrastujące z otoczeniem, iż jego spojrzenie wręcz sprawiało mi fizyczny ból.
- Co proszę? – zapytałem skonsternowany.
Chłopak wyciągnął przedramię, a ptak wzbił się w powietrze i przesiadł się z mojego ramienia na jego rękę osłoniętą kosztownymi materiałami tradycyjnego ubioru. Przyjrzał się uważnie ptakowi, jakby w jego czarnych ślepiach miał znaleźć odpowiedzi na wszelkie dręczące go pytania.
- Co ty tu robisz? – ściągnął groźnie brwi. – To nie miejsce dla ludzi…
Stan, w który wprowadziły mnie te słowa można bardzo obrazowo określić jako zawiecha.
- Ee… - zająknąłem się. – Nie miejsce dla ludzi, powiadasz? – podniosłem jedną brew w pobłażliwym grymasie. – A w takim razie ty, to kto jesteś, że pozwolę sobie zapytać? Ufoludek? – prychnąłem. Chłopak zaciął usta w gniewnym grymasie. – Przerwałem jakiś zlot fanów „Star Wars” czy jak?
- Właśnie trwa Hayakki-yokō (nocna parada demonów od aut.) – odparł zwięźle.
- Co? – zdziwiłem się, po czym parsknąłem śmiechem. – Co ty mi próbujesz wmówić, hę? Przecież w takie bajki nawet dzieci nie wierzą! – fuknąłem. – To jest tak kretyński zabobon, że nie idzie tego nawet w żadnej książce fantasy wykorzystać! – uśmiechnąłem się z politowaniem.
Cóż, taka prawda. W moich książkach wzorowałem się trendami, motywami czy nieraz nawet kulturą Zachodu – wszystko z Zachodu. W mojej rodzimej kulturze nie potrafiłem znaleźć nic interesującego, co mogłoby ująć czytelnika. Ot stek bzdur, które nawet nie mają ładu i składu, przecząc sobie wzajemnie.
Ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy chłopaka, jednak cienie na niej wydłużyły się i pogłębiły na tyle, iż ukazywały jego właściciela w sposób, który mógłby świadczyć o tym, jakoby właśnie wpadł w furię i tylko siłą woli jeszcze powstrzymywał się przed przerobieniem mnie na ochłap zakrwawionego mięsa.
- Odejdź stąd, jeśli nie masz poszanowania dla tradycji – warknął groźnie.
- Tradycji? Jakiej znowu tradycji? – prychnąłem. - Hayakki-yokō to tylko bajka, która miała wystraszyć dzieciaki, żeby te nie latały po nocy same, gdzie im się podoba! – przewróciłem oczyma. – Zresztą… niech ci będzie. Jeśli mam tu spotkać więcej takich nawiedzonych patriotów jak ty, to rzeczywiście będzie lepiej, jeśli będę się już zbierał – skwitowałem i zszedłem dość chwiejnie po schodkach.
Kierowałem się w stronę schodów prowadzących z powrotem na jedną z głównych ulic, kiedy niespodziewanie zza jednego z drzew rosnącego na środku traktu wychyliła się piękna kobieta ubrana również w tradycyjny strój. Chwila… byłem pewien, że wcześniej nie było tu tego drzewa… W końcu zauważyłbym takie ogromne drzewo na środku drogi wiodącej do świątyni, nie?
Kobieta uśmiechnęła się do mnie zalotnie, zasłaniając rozciągnięte usta dłonią w kokieteryjnym geście, która z kolei skryta była w materiale długiego rękawa. Spoglądała na mnie ciekawsko, przywołując do siebie gestem ręki.
- Witaj – przywitała się grzecznie. – Czy nie zechciałbyś zostać ze mną na moment? – zachichotała uroczo i położyła mi dłoń na ramieniu.
Pierwsze co cisnęło mi się na usta to „nie”, ale pod wpływem jej ciepłego i kojącego dotyku moje zdanie uległo momentalnej zmianie. Usadziła mnie pod drzewem, zabawiając rozmową. Z czasem przestał docierać do mnie sens wypowiadanych przez nią słów, a ręka, którą nieprzerwanie trzymała na moim ramieniu, zdawała mi się ciążyć, jakby był to kamień sporych rozmiarów a nie drobna kobieca dłoń.
Z letargu i senności, jakie mnie ogarnęły, wyrwało mnie donośne krakanie. Z trudem podniosłem opadającą mi na pierś głowę, aby ujrzeć przed sobą ponownie mojego nowego sąsiada, który wciąż trzymał na przedramieniu czarnego ptaka. Wrona w tym momencie wydawała się jakby oburzona, rozwarła skrzydła, machając nimi wściekle i wbijając ostre spojrzenie rozumnych paciorkowatych oczu w moją towarzyszkę.
- Wystarczy już – syknął szatyn, a kobieta zawarczała niczym wściekłe zwierzę… Nie wiem dlaczego, ale patrząc na nią przyszło mi na myśl porównanie do lisa…
Chłopak wyrwał mnie z jej objęć i wywindował do pozycji stojącej. Trzymał mnie mocno za poły ubrania, gdyż nagle stałem się na tyle zmęczony, iż z trudem przychodziło mi nawet ustanie w miejscu o własnych siłach.
Nim się obejrzałem ponownie, zarówno kobieta jak i drzewo, zniknęli.
- Co… Co się stało? – zapytałem cicho.
- Miałeś tę wątpliwą przyjemność poznać tamamo no mae oraz jubokko – oznajmił.
- Co takiego? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Jubokko to drzewo żywiące się energią ludzi, a tamamo no mae to zły dziewięcioogoniasty lis pojawiający się pod postacią kurtyzany. Wabi ludzi, by potem ich zabić. Jubokko ułatwia jej zadanie, gdyż wysysając energię z człowieka, sprawia, że ten szybko staje się bierny i daje wyprowadzić się w pole – wyjaśnił.
- Nie… Nie wierzę… - pokręciłem głową, na co szatyn jedynie ciężko westchnął. – Jak ci w ogóle na imię? – zainteresowałem się.
- Shoya – odparł jak zwykle zwięźle i rzeczowo.
- Shoya – powtórzyłem. – Shoya, ja… - zacząłem, a następnie osunąłem się na jego tors. Wrona z wrzaskiem wzbiła się w powietrze, przysiadając dopiero na pobliskiej gałęzi wysokiego krzewu przyciętego tak, aby formował idealną kulę. – Słabo mi… - wyznałem. Chłopak podtrzymał mnie mocno.
- Widocznie jubokko wyssał z ciebie sporo energii – wywnioskował. – Trochę odpoczniesz i będziesz w stanie wrócić do domu o własnych siłach – zapewnił. – Byle tylko to stało się szybko, bo inaczej znów możesz wpaść w tarapaty – mruknął ciszej. – Niestety ja nie mogę opuścić Hayakki-yokō, więc musisz poczekać aż dojdziesz do siebie.
- Jasne… - mruknąłem, niewiele rozumiejąc z jego szybkich wyjaśnień.
Wtem coś huknęło, coś pisnęło i załoskotało. Rozległ się dźwięk bitej porcelany i pijacki śmiech, głośne tupanie. Chwilę potem zza rogu świątyni wyjrzał nawalony w sztok otyły mężczyzna z burzą rudych włosów sterczących na wszystkie strony tego świata oraz skołtunioną brodą, na której połyskiwały krople alkoholu. Jego czerwona, nalana twarz poznaczona była bruzdami zmarszczek i blizn. Ubrany był w marynistycznym stylu, w sprane łachy, które przesiąknięte były zapachem soli morskiej, potu i rumu. Szczerzył się w głębokim uśmiechu, ukazując światu braki w swoim uzębieniu i susząc, miejscami, niemal całkiem gołe dziąsła.
- Shoya! – ryknął zachrypniętym głosem. – Gdzie jesteś, psubracie! Cholerny dzieciak!
- Tutaj jestem, czcigodny Shōjō (japoński ryży duch mórz lubujący trunki od aut.) – chłopak skłonił się, jednocześnie nadal mnie podtrzymując. – Czyżbyś czegoś potrzebował, panie? – zapytał uprzejmie.
- Shoya, złociuchny! – krzyknął radośnie. – Każ no tym cholernym kuchisake-onna (japoński demon-kobieta o ustach rozciągniętych na całą twarz od aut.) i ohaguro-bettari (japoński demon bez twarzy, posiadający jedynie usta, które ma wiecznie rozciągnięte w uśmiechu, ukazującym sczerniałe zęby od aut.), żeby przyniosły w końcu te trunki! Obijają się, cholery jedne! A żeby je zaraza! – splunął ze złością. – Zrób że z nimi tam porządek, złociuchny!
- Jak pan każe, – skinął głową – jednak pozwoli czcigodny, że najpierw… - spojrzał wymownie na mnie.
- Daj no tu mnie tego szura lądowego! – wykrzyknął, przerywając szatynowi i przejmując mnie z jego rąk. – Już żeś się schlał, chłopaczyno? – szturchnął mnie.
- Czcigodny, to człowiek – wtrącił się chłopak, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. – Miał tę nieprzyjemność spotkać jubokko i…
- To durne zielsko?! – ryknął ryży duch. – Je też niech zaraza pochłonie! – splunął ponownie. – Choć no tu biedaku, zaraz cię na nogi postawię! – zaczął mnie ciągnąć w swoją stronę, a ja nawet się nie opierałem; jeśli miał mnie puścić szybciej, jeśli dojdziemy już tam gdzie chciał, to byłem w stanie pójść nawet i do piekła, byleby tylko nie czuć już tego obrzydliwego fetoru.
- Czcigodny pozwoli, że powtórzę się, ale to człowiek! – Shoya zaoponował ostro. – Nie może go czcigodny wprowadzić na Hayakki-yokō! – ale „czcigodny” już go nie słuchał.
- Chodź, dzieciaku – pociągnął mnie mocniej. – Opowiem ci historię, jak pokonałem kiedyś Abura-sumashi (duch żyjący w przełęczy w prefekturze Kumamoto od aut.). Wiesz jakie to bydlę wielkie było?! Fala tsunami to przy nim nic! Całą przełęcz zajmował, sukinsyn! – i dalej kontynuował, niezrażony tym, że nawet mu nie potakiwałem, gdyż naprawdę mało rozumiałem z tej pijackiej opowieści.
Nim się zorientowałem znaleźliśmy się w pięknej pagodzie, na której środku został ustawiony długi, niski stół zastawiony wykwintnymi potrawami i trunkami. W środku panował półmrok, który rozjaśniał jedynie czerwony blask księżyca wpadający przez rozsunięte papierowe drzwi. Ściany ozdabiały malowidła z symbolami klanów, pod którymi misternie ktoś wykaligrafował imiona wszystkich głów rodów. Ściany zdobiły formy podobne do pilastrów, które spływały czerwienią i pojedynczymi kroplami złota, przez co wyglądały jakby zalewały się połyskującymi łzami. W pomieszczeniu było duszno od kadzidła, zapachu potraw przemieszanego z medyczną wonią ziół i alkoholu.
U szczytu stołu po przeciwnym końcu do tego, przy którym ja się zatrzymałem, widać było, że zasiadła śmietanka towarzyska. Drobny mężczyzna o surowej, suchej twarzy, szkarłatnych włosach i ostrym spojrzeniu bawił się w towarzystwie dwóch kyūketsuki (japoński wampir od aut.), które szczerzyły swoje długie kły w nieszczerych uśmiechach. Również szczupły, lecz już zdecydowanie lepiej zbudowany mężczyzna o brązowych włosach, żółtych ślepiach i przenikliwym spojrzeniu spojrzał na mnie ciekawsko znad czarki sake. Miał smukłą, pociągłą twarz i delikatne dłonie; na pierwszy rzut oka widać było, że był wysoki, nawet pomimo tego, że się nieco garbił. Uśmiech, który mi posłał – przenikliwy i w jakiś dziwny sposób niezdrowy – wzbudzał we mnie pewną dozę niepokoju. Kolejny był barczysty brunet o zaciętej twarzy, którą przecinała długa blizna od prawego oka aż po lewy policzek. Siedział wśród kilku ryżych dzieciaków, które mu usługiwały, psocąc przy tym niemiłosiernie, jednak za chwilę odzyskiwały rezon i pokornie kuliły się w sobie pod ciężkim niczym grobowe wieko wzrokiem mężczyzny. Następny był białowłosy mężczyzna, również postawny, dumnie wyprostowany. Biła od niego pewność siebie i niezachwianie. Mówił głośno, a ton miał władczy, nieznoszący sprzeciwów. Obok niego siedział niski chłopak, właściwie jeszcze nie mężczyzna. Długie czarne włosy opadały na jego ramiona i plecy kaskadami. Kręcił się w miejscu niespokojnie, jednak nie była to wina stresu, lecz podekscytowania. Obracał coś w palcach, to znów znalazł sobie nową zabawkę, wił się niczym wąż na własnym siedzisku. Jego przenikliwie zielone oczy patrzyły bystro i czujnie, a usta były rozciągnięte w obrzydliwym półuśmieszku. Ostatnią z „elit” była kobieta o blond włosach, która zajmowała miejsce pośród mężczyzn i zachowywała się niemal tak jak oni. Piła, jadła, nie usługiwała nikomu. Z pozoru wydawała się przyjazna i opanowana, jednak jej czarne oczy zdradzały, że potrafi być istnie okrutna, jeśli tylko ma ku temu okazję, aby skierować przeciwko komuś swój gniew.
Nikt za bardzo nie zwrócił na mnie uwagi… no może poza szatynem popijającym alkohol, który rzucił mi przelotne spojrzenie i szybko stracił mną zainteresowanie. Zająłem pierwsze wolne miejsce, gdyż wciąż byłem słaby i kręciło mi się w głowie. Shōjō dołączył do śmietanki towarzyskiej, również przestając się mną interesować, kiedy zobaczył uroczą azukibabaa (japoński duch kobiety myjącej fasolę, pożerający ludzi od aut.). Ciężkie powietrze przesycone tyloma zapachami tylko utrudniało mi dojście do siebie. Czułem się nieswojo, dziwnie, ale nie rozmyślałem za bardzo o sytuacji, w której się znalazłem. Nie przeszkadzało mi za bardzo akanobei (humanoid, któremu wypada jedno oko od aut.), który kręcił się gdzieś za moimi plecami ani akashita (stworzenie na czarnej chmurze od aut.) kłębiące się gdzieś pod sufitem. Nie zwracałem uwagi na akateko (czerwona ręka zwisająca z drzewa od aut.), która zwisała z powały ani nawet nuppeppo (kawałek poruszającego się gnijącego mięsa ludzkiego od aut.), który wędrował z uporem maniaka przez kolejne potrawy ślizgając się na plamach powstałych z rozlanego sosu czy napoju. Ograniczyłem swój świat do mojej osoby i próbowałem zwalczyć w sobie odruch wymiotny.
Nagle ktoś mnie zaczepił. Odwróciłem się, aby ujrzeć za sobą ludzką twarz, która nagle rozciągnęła się do niewiarygodnych rozmiarów za sprawą wciąż rozwierających się szczęk. Sparaliżowany spoglądałem niemalże w przełyk stwora, nie mogąc się ruszyć z miejsca, kiedy niespodziewanie zamiast paskudnej paszczy przed twarzą pojawiła mi się stopa obuta w sandały zori. Zdziwiony spojrzałem na jej właściciela, którym okazał się być Shoya, który właśnie powalił stwora serdecznym kopniakiem. Dziwna istota zatrzymała się na papierowym parawanie, który rozdarła, ale na to nikt również nie zwrócił jakiejś szczególnej uwagi.
- Nic ci nie jest? – zapytał bez cienia emocji w głosie czy na twarzy.
- N…nie… - wydukałem z trudem.
- To był yubikajiri; demon pożerający głowy… ludzkie, rzecz jasna – dodał dla uściślenia.
- A… Aha… - pokiwałem głową ze zrozumieniem, ciesząc się, że jeszcze ją zachowałem. – A to? – wskazałem palcem na czarną postać, która pokracznie bujając się na nogach, jakie jakby odmawiały jej posłuszeństwa, próbowała nieść tacę, z której wszystko systematycznie spadało z brzdękiem lądując na podłodze.
- Nuribotoke; sczerniałe zwłoki ze zwisającymi oczyma – wyjaśnił.
- Mhm… - przytaknąłem raz jeszcze, gdyż cóż innego mogłem zrobić?
- Chodź, zabiorę cię stąd – złapał mnie za rękę i nie czekając na moją reakcję, niemal siłą wyprowadził mnie w pagody, prowadząc nad brzeg jeziora. – Tu będziesz bezpieczniejszy, ale pamiętaj, że nie całkiem bezpieczny. Myślisz, że dasz już radę wrócić do domu?
- Shoya… - niemalże jęknąłem, wciąż mając problem ze zrozumieniem wypowiadanych tak szybko słów. – Właściwie… Dlaczego mi pomagasz? – zapytałem.
- Ona mi każe – wskazał na wronę, która jakby na potwierdzenie zakrakała z wysokości pobliskiego drzewa.
- Ptak ci każe? – spojrzałem na niego jak na idiotę.
- To Yatagarasu! – warknął, irytując się. Powiedział to tak, jakby miało mi to coś wyjaśnić… Niemniej, w tym stanie postanowiłem nie wnikać już w to, co miał na myśli.
- Aa… - mruknąłem mało inteligentnie. – A tak właściwie… czym oni są? – wskazałem wymownie w stronę pagody, z której chłopak dopiero co mnie wyprowadził.
- Ayakashi (ogół japońskich demonów od aut.) – warknął. – Mówiłem ci, że to nie jest miejsce dla ludzi!
- Przecież chciałem odejść! – podniosłem ręce w obronnym geście. – Tylko mi nie wyszło… jak wszystko w ostatnim czasie… - mruknąłem do siebie rozbawiony sam nie wiem czym. – Ale… Chwila… Ty też jesteś ayakashi? Przecież jesteś normalny… - uszczypnąłem go w policzek, żeby się o tym dobitnie przekonać. Jako że kawałek jego skóry nie został mi w palcach, stwierdziłem, że wszystko jest w porządku. Szatyn westchnął ciężko, poirytowany moim zachowaniem.
- I co ona w tobie widzi, co? – prychnął. – Jestem hanyo, czyli pół-demonem – wyjaśnił.
- Mhm… - pokiwałem głową na znak zrozumienia. – To jak jesteś tylko pół, to mógłbyś zerwać się z połowy tej imprezy i mnie odeskortować do domu, bo znając moje szczęście, to zaraz gdzieś padnę na twarz? – uśmiechnąłem się krzywo.
Shoya przewrócił oczyma i spojrzał nienawistnie na ptaszysko, które zakrakało raz jeszcze, a ja osunąłem się na chłopaka i zdaje się, że zasnąłem.

***

Zimny, jakby oślizgły dotyk na mojej twarzy przywrócił mnie do rzeczywistości. Niepewnie uchyliłem powieki. Pierwsze co zobaczyłem to czarna, rozmazana plama, z której powoli zaczęły wyłaniać się kształty podobne do ludzkich. Minęła dość długa chwila nim rozbudziłem się na tyle, aby ujrzeć nad sobą długowłosego bruneta, którego, jak mi się wydawało, widziałem już wcześniej przy stole w pagodzie.
Chłopak wyszczerzył się do mnie, ukazując nieco spiczaste zęby. Miał wręcz chorobliwie bladą cerę poprzecinaną siną siatką drobnych naczyń krwionośnych. Jego oczy były intensywnie zielone, a białka chorobliwie pożółkłe, jak przy zatruciu pokarmowym wywołanym przez grzyby. Nie był brzydki, wręcz przeciwnie – powiedziałbym, że cechował się rysami twarzy o klasycznej urodzie, które przecież uchodziły za kanon piękna. Niemniej urody w znacznym stopniu odbierał mu jego chorobliwy wygląd – przypominał mi nieco topielca, którego znaleziono dopiero po kilku dniach… co prawda jego skóra nie była obrzmiała, ale usta sine, a włosy miały dziwny, matowy blask, nie miały objętości, przez co wyglądały jakby były przez cały czas mokre; niemalże przyklejały się do jego całego ciała, szczelnie je obejmując. Szczególnie upodobały sobie wicie się chaotycznie po jego twarzy, ale nie wydawało się, jakby miało to być dla niego problemem, gdyż nic z tym nie robił.
Tym, co przesuwało się po mojej twarzy, okazał się być jego palec. Wzdrygnąłem się. Jego dotyk był naprawdę nieprzyjemny…
- …budził… - mruknął pod nosem, odrywając dłoń od mojego policzka. – Człowiek sssię obudził… - powtórzył kilka razy pod rząd, sycząc przy tym niczym wąż, po czym zachichotał niczym mała dziewczynka i wlepił we mnie ciekawskie, jakby również mokre, spojrzenie.
- Kim jesteś? – wydusiłem po dłuższej chwili, windując się z trudem do siadu.
- Akamataa – przedstawił się. – A ty człeku, jak sssię zwiesisz? – zapytał wyraźnie zainteresowany.
- Ja… Em… Yo-ka… Tak mi mówią… - wybełkotałem nieskładnie, sam będąc zaskoczonym tym, jak trudno było mi ułożyć choćby proste zdanie.
Moje myśli były splątane, skołtunione. Miałem problem, żeby nadążyć za tym, co się dzieje, zupełnie tak jakby mój umysł przeszedł na jakieś wolniejsze obroty. Czułem się otumaniony i dziwnie bezsilny.
Rozejrzałem się dookoła. Znajdowałem się w jakimś małym pomieszczeniu, które, jak mi się zdawało, pełniło rolę składziku, gdyż pod ścianami stały poustawiane na sobie ciężkie skrzynie, a także nieużywane o tej porze drzwi zimowe (w tradycyjnych japońskich domach wymieniało się przesuwane drzwi na „zimowe” i „letnie”, które oczywiście różniły się grubością od aut.) oraz podniszczone parawany, które zapewne czekały, aż ktoś je odnowi. Nie było tu nawet okna, przez co było tu ciemno. Powietrze było ciężkie, gęste, zatęchłe. Musiała unosić się w nim masa kurzu, gdyż czułem, jak ten drapie mnie w gardle.
- Yo-kaa… - przeciągnął długowłosy, dźgając mnie palcem między łopatki, kiedy udało mi się już wywindować do siadu. – Miękkie… - mruknął. – Ciepłe… - przylgnął całą dłonią do moich pleców.
Spojrzałem na niego zaskoczony, ściągając brwi w niezrozumieniu, ale nim zdążyłem cokolwiek zrobić, drzwi nagle się rozsunęły, a w nich stanął nikt inny jak Shoya, którego oblicze zdawało się być bardziej pochmurne niż sugestywny wyraz twarzy samego Susano (japoński bóg burz i błyskawic od aut.).
- Akamataa! – zagrzmiał. – Zostaw go! – warknął. – No już, idź mi stąd! – pieklił się. – Suzaku-san cię szuka, więc leć do niego nim ten zadziobie nam całe towarzystwo!
- Zadziobie…? – powtórzyłem zdziwiony, na co szatyn odpowiedział mi miażdżącym spojrzeniem.
Brunet podniósł się z niechęcią i wymaszerował chwiejnym krokiem ze składziku. Jego nieelegancki chód nie był jednak wynikiem przedobrzenia z alkoholem. Zdawało się, że jego kończyny są tak wiotkie, iż z trudem utrzymywały w pionie jego wątłe ciało, zupełnie tak jakby wcale nie były do tego przyzwyczajone.
- A ty – szarpnął mnie za poły ubrania – nie myśl sobie, że jestem twoją cholerną niańką! – prychnął oburzony. – Skoro już się obudziłeś, to tym razem z pewnością będziesz już w stanie wrócić do domu o własnych siłach!
- Kim on jest? – zadałem pytanie, które kłębiło mi się w głowie, ignorując wywód chłopaka.
- Kto? – zapytał zbity z tropu hanyo.
- No ten cały Akamataa…
- To sławny duch węża z Okinawy i… a zresztą po co ja ci to tłumaczę?! – fuknął. – Won mi stąd do domu, zarazo jedna! – wściekł się, wyciągając mnie z ciemnego pomieszczenia do o wiele lepiej oświetlonego, choć ani trochę bardziej przyjaznego korytarza. Spojrzałem na niego zagubiony. O co mu właściwie chodziło? – Czego ty jeszcze nie rozumiesz, co? Trafiłeś na Hayakki-yakō, nocną paradę demonów! Nie jesteś tu zwykłym nieporoszonym gościem, a atrakcją, zabawką! Przez to, że Shōjō zaciągnął cię do głównej pagody, wszyscy są podnieceni wiadomością o pojawieniu się człowieka! Wiesz, co to dla ciebie oznacza? Niebezpieczeństwo! Cholerne niebezpieczeństwo! Znajdujesz się wśród ayakashi, gdybyś już zapomniał, więc nie stój mi tu jak kołek bezczynnie, tylko uciekaj stąd, póki możesz! – wrzasnął, a ja nadal potrafiłem jedynie tępo wpatrywać się w niego. – O doba Amaterasu (japońska bogini słońca, opiekunka domu cesarskiego i główne bóstwo shinto od aut.), czemuż wystawiasz moje zszargane nerwy na tak trudną próbę? – westchnął ciężko. – Nie dość, że jubokko wyssał z ciebie energię, to z pewnością jeszcze nawdychałeś się oparów boskiego ziela w pagodzie, przez co… twoja percepcja oraz zdolność analizowania i wyciągania wniosków została znacząco upośledzona – ładnie to ujął.
- Uwierz, też chciałbym wrócić do domu… Shoya… Wiem, że zrobiłeś już dla mnie wiele, ale czy naprawdę nie mógłbyś się wyrwać na chwilę, żeby mnie odprowadzić? Przecież mieszkamy obok siebie i…
- Czy do ciebie dociera to, co powiedziałem? – znów się zirytował. – Nie mogę! Nie mogę opuścić Hayakki-yakō przed jego zakończeniem! Żaden z demonów nie może! – pokręcił głową. – Parada zakończy się dopiero o wschodzie słońca… ale jeśli zamierzasz tylko liczyć na mnie, to do tego czasu możesz być już martwy – zastrzegł. Wcale nie wyglądał, jakby było mu do śmiechu. – Mam inne obowiązki niż niańczenie człowieka, którego upodobała sobie Yatagarasu! – wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji i poirytowania. – Tak naprawdę to nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie – rzucił zimno. – Ale jako główny opiekun tej świątyni nie życzę sobie krwawych śladów krwi na matach tatami… ciężko je się spiera… - wywrócił oczyma. – Pomogłem ci tylko dlatego, że chciała tego Yatagarasu, ot co. Zrobiłem to, co zrobić musiałem, – rozłożył ręce – ale w żadnym razie nie zamierzam wstawiać się za tobą w jakimś szczególnym napadnie miłosierdzia, więc idź już, póki masz ku temu okazję – zaciął usta w wąską, bladą linię.
- Ale… on nie był zły… chyba… - przypomniało mi się.
- Kto znowu nie był zły? – szatyn wyraźnie tracił do mnie cierpliwość.
- Akamataa… - mruknąłem. – Dopuściłeś go przecież do mnie…
- To wąż! – prychnął. – Pełza gdzie chce; nie ma możliwości, żeby go upilnować! Prędzej czy później zawsze znajdzie to, czego będzie szukał… - syknął. – A jako że znalazł ciebie, to tym bardziej znaczy, że powinieneś się zwijać… w trybie natychmiastowym – dodał dobitnie.
Wtem nagle rozsunęły się kolejne drzwi, w których progu tym razem pojawił się mnich w tradycyjnym pomarańczowym stroju. Skłonił się kurtuazyjnie, przemawiając tubalnym głosem z wciąż opuszczoną ku podłodze twarzą.
- Nasza czcigodna siódemka nalega na spotkanie, Yo-ka-san – spojrzał na mnie znacząco.
- Nie… - zaczął Shoya, jednak nie było dane mu skończyć.
- Z całym szacunkiem, Shoya-sama, ale chyba wiesz, że nie należy kwestionować zdania demonicznych bóstw – w jego oczach płonął żywy ogień… dosłownie! Jego oczodoły zdawały się być pustymi wnękami, w których płonęły miniaturowe pochodnie.
- Abura-bō… (ognista zjawa z prefektury Shiga przyjmująca postać mnicha od aut.) - szepnął ze zgrozą chłopak. – Wiesz co to oznacza?
- Oczywiście – zgodził się. – Yo-ka-san, proszę za mną. Nie chcemy, aby demoniczne bóstwa musiały czekać, prawda? To mogłoby doprowadzić ich do szału – posłał mi jednoznaczny uśmiech.
Nim zorientowałem się, co się dzieje, już byłem prowadzony z powrotem do pagody, w której odbywała się uczta. Tym razem, kiedy przekroczyłem jej próg, spotkałem się z nie lada ożywieniem. Przesunąłem wzrokiem po zebranych i dopiero jakby w tym momencie uświadomiłem sobie to, co Shoya próbował mi wbić do głowy przez cały ten czas.
Znajdywałem się wśród ayakashi na nocnej paradzie demonów – wśród żywych trupów i upiorów, które powinny pojawiać się jedynie w dawno zapomnianych legendach i bajkach… a jednak są żywe w każdym znaczeniu tego słowa, a ja tkwiłem niczym kij wbity w mrowisko w ich zbiorowisku. Dziwne, przerażające karykatury o nienaturalnie powyginanych kończynach (nieraz nawet tych dodatkowych), zdolne do rzeczy, które jeszcze chwilę temu zaliczyłbym do czystej fikcji, niebezpieczne i krwiożercze… zabójcze… a wśród nich ja – pisarz powieści z dreszczykiem.
O dobry Buddo Amido, ratuj!
Spiąłem się, a serce skoczyło mi do gardła. Mięśnie spięły się, będąc gotowymi do zerwania się do ucieczki w każdej chwili, tak mocno, aż sprawiło mi to ból. Krew uderzyła mi do głowy, przez co słyszałem jej szum w uszach i czułem łomot w skroniach, który rozsadzał mi czaszkę. Oddech przyspieszył.
O dobra Amaterasu, ratuj!
Nie chcę umierać!
Znów poczułem ten nieco słodkawy, otumaniający zapach… czy to o tym mówił Shoya? Czy to właśnie to było tym „boskim zielem”, o którym wspomniał? Momentalnie na powrót poczułem, jak myśli, które dopiero co pod wpływem strachu i stresu wyprostowały się, na powrót się kłębią i kołtunią. Co to było? Jakiś rodzaj narkotyku?
Tym razem zostałem usadzony w grupie, którą wcześniej w myślach nazwałem „elitą”. Jak mniemałem, to właśnie oni byli tymi demonicznymi bóstwami, o których wspomniał mnich.
O dobra Saraswati (indyjska bogini muzyki, sztuki i wiedzy; indyjski odpowiednik japońskiej Benzaiten od aut.) i wszystkie inne przychylne bóstwa, ratujcie!
Szatyn, który wcześniej obdarzył mnie spojrzeniem znad czarki sake uśmiechnął się kąśliwie na mój widok, przysuwając się do mnie znacząco.
- Witaj, człowieku – przywitał się uprzejmie. – Dziś dostąpił cię ten niesamowity zaszczyt spędzenia wieczoru w naszym towarzystwie – zatoczył dłonią koło, wskazując swoich towarzyszy, wśród których mieścił się, między innymi, duch węża z Okinawy, jak dotąd jedyny, którego miałem okazję „poznać”. – To prawdziwe wyróżnienie, zgodzisz się ze mną, prawda? Nie jesteś takim głupcem, aby je odrzucić, racja? – uśmiechnął się pobłażliwie. – Nazywam się Sōtangitsune, tak, to ja jestem właśnie tym osławionym lisem z Kioto – powiedział nieskromnie, śmiejąc się pod nosem. – Jestem także głową tej ceremonii, więc lepiej się pilnuj, – szepnął mi na ucho – bo to ode mnie zależy czy wyjdziesz z tej imprezy żywy – obdarzył mnie obrzydliwym, obłąkańczym uśmiechem.
W co ja się wpakowałem?

Shoya, ratuj! – załkałem w myślach.