Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kita-pon Maniac station "un-live" broadcast. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kita-pon Maniac station "un-live" broadcast. Pokaż wszystkie posty

Opowiadanie autorskie & Kita-pon Maniac station "un-live" broadcast vol.3

"Kita-pon Maniac station "un-live" brodcast"
Jej, muszę przyznać, że jestem zdziwiona. Spodziewałam się, że będę musiała się jakoś straszliwie tłumaczyć z „Deracine”, a tu proszę… bardzo pozytywny odzew O.O Zaskoczyło mnie też to, że dużo osób ma podobne odczucia, co do tego zespołu. Nie chcę się jednak rozwodzić nad tym czy to czegoś dowodzi, czy nie, bo… bo w gruncie rzeczy już to zrobiłam xD



Porwałam się na „wspaniały”, długi wywód, dlaczego napisałam coś takiego, wytłumaczyłam się tak z takich bardziej prywatnych powodów, bo w gruncie rzeczy, kiedy piszę, to nigdy nie staram się przedstawić mojej „wizji” sławnych muzyków, których postaci używam, ale swój punkt widzenia. Jedyne, co pozwolę sobie powtórzyć z tego długiego wywodu to, to że nie próbuję wmówić nikomu, że tak właśnie wygląda od tej rzeczywistej strony The GazettE czy jakikolwiek inny zespół. Nie miałam na celu ich obrażenia ani nic z tych rzeczy. Po prostu pisząc to, miałam doła, więc… stąd taki „uroczy” nastrój w opowiadaniu ^^’’ Dużo rozważań dotyczyło muzyki, bo sama zaczęłam z nią pracę w studiu i przeżyłam kilka rozczarowań i stąd ta cała paplanina… Niemniej, nie umiem pisać tak do końca smutnych opowiadań, dlatego musiał pojawić się tam chociażby minimalny pozytywny aspekt (tak, mrzonki Kity-pon o happy endzie w każdej sytuacji muszą znaleźć swoje ujście C’’: ).
Pojawiły się też życzenia kontynuowania tego oneshota jako serię (nadmienię, że początkowo to miała być seria -.-'') czy po prostu dopisanie chociażby drugiej części, która mogłaby odpowiedzieć na pytania, jakie stawiała pierwsza, ale… No ja wiem, że jestem mistrzem świata i okolic i tylko ja potrafię napisać oneshota w częściach (jak to było z oneshotem MiA x Tsuzuku… Tak, ja naprawdę wiem, że ONEshot powinien być  jednopartówką…), ale… nie będzie następnej części. Ten tekst specjalnie został napisany tak, żeby nie wyjaśniać wszystkiego dosłownie (tak jak to jest zazwyczaj w moich ficzkach). Nie rozpaczajcie jednak, moi kochani (tak, teraz zostałam już dobitnie uświadomiona w tym, że mam też kilku czytelników płci męskiej), Kita-pon ma fazę na takie opowiadania (z powodu trawiącego mnie doła :’’D), więc podobne teksty jeszcze się pojawią. Przeżywam po raz kolejny swoistą fazę na Ruksona, więc następny (przynajmniej jeden, jak nie dwa) shot będą również z nim. Napisałam też już równie specyficzny oneshot z Hizumi x Zero… także tak, jeśli komuś przypadło do gustu „Deracine”, radzę trzymać rękę na pulsie, bo podobne rzeczy jeszcze się pojawią (/.-)’’
W tym moim „wspaniałym” wywodzie porwałam się także na prawdziwą odę do anonima, który jest autorem tych komentarzy (znaczy… mnie się wydaje, że to pisała jedna osoba – jeśli nie, to proszę mnie w tym uświadomić xD):



Były łzy, długie gadanie, co, po co, skąd i dlaczego, ale… ostatecznie jednak postanowiłam tego nie publikować – gównie dlatego, że nie chcę zabierać tyle cennego czasu moich czytelników na takie pierdoły xD Poza tym niezależnie od tego, jak bardzo próbuję zaprzeczać temu w realnym życiu, to jestem strasznie emocjonalną osobą (a przede wszystkim emocjonalną kaleką ^^’’, co zresztą można zauważyć dzięki temu blogowi). Odwołując się do jednego z powższych komentarzy, tak, lubię uciekać – to moje osobliwe hobby xp Z tej racji pozwolę sobie uciec od tego tematu również C’’: Preferuję raczej wyrażanie się w mniej bezpośredni sposób - dlatego też, jak już zapowiedziałam, pojawią się podobne teksty do "Dracine", w których będę zawierać swoje "mądrości" xp
 Suma summarum mogę przedstawić sam siebie w formie graficznej w dwóch wersjach:



Może to też nie tak, że zaraz nienawidzę ludzi, ale czasami naprawdę mam wrażenie, że jestem jakąś obcą formą życia na tej planecie xD A kota niestety nie mam… ale sierść już tak (nie ja sama, rzecz jasna). Wygląda na to, że poprzedni lokatorzy domu, w którym teraz mieszkam mieli kota, bo wszędzie wciąż znajduję jego sierść =.=’’

A tak btw. to intryguje mnie ta liczba:
Może mi to ktoś wytłumaczyć? O.o'' Czy to oznacza, że ta seria cieszy się takim zainteresowaniem? @.@


No i długo się zastanawiałam czy wstawić to autorskie opowiadanie, które nigdy wcześniej nie ujrzało światła dziennego, czy też nie. Jest to dla mnie naprawdę osobisty tekst i tak rozmyślałam… i rozmyślałam… aż w końcu stwierdziłam, że nie ma chyba co dłużej rozmyślać, bo się rozmyślę xp Jakoś ten pierwszy komentarz anonima sprawił, że zrodziła się we mnie taka naprawdę mocna wręcz potrzeba opublikowania tego…

Uwaga: Pisane trochę innym językiem niż zwykle, przez co nie wszystkim może się to spodobać.

Oni nie rozumieją. Nic. Nawet nie próbują. Są ciemni i zatwardziali – aż dziw, że zastał nas XXIw., a takich jak oni nie wypleniła ani żadna choroba, ani ich własna oziębłość, którą się cechowali. Dziwne też, że mimo iż tacy chłodni w obejściu, to jeszcze się nie pozabijali. Nie widzieli w drugim człowieku nic. Tylko przedmiot. Czasem podmiot. Nic więcej.
Czasem zdawało mi się, że pochodzimy z innego świata – ja i oni. Kim są ci oni? Oczywiście oni wszyscy. Po prostu wszyscy. Cała reszta populacji mojej rasy zamieszkująca ten glob. Wydawało mi się, że oni są tak niewzruszeni, tak twardzi, tak różni ode mnie – powiedziałbym, że zostaliśmy ulepieni z innej gliny, ale to złe określenie. Wychodziło na to, że tylko ja zostałem tu ulepiony z gliny, podczas gdy oni zostali stworzeni z jakiegoś bardzo ciężkiego i wytrzymałego stopu metali. Odlani z jednej formy, identyczni. To dlatego potrafili się do siebie dopasowywać, mimo swojej oziębłości lubili swoje wzajemne towarzystwo i dobrze się w nim czuli – byli jak identycznie wycięte puzzle, które łączyły się tylko w jednej płaszczyźnie, tworząc nieskończenie długi sznur, którym ciasno oplatali glob z każdej strony. Gdybym miał obstawiać materiał, z którego zostali stworzeni, byłby to brąz. Ja byłem z gliny – w mojej „świeżości”, to znaczy młodości, byłem plastycznym tworem, który zmieniał swój kształt pod każdym nawet najdelikatniejszym naciskiem rąk artysty, ale po dłuższym czasie chyba wymsknąłem się z tych rąk, samoistnie obracając się na kole garncarskim, powoli przyjmując swoją spaczoną formę, z której znacie mnie dzisiaj; w dalszym etapie, „wypalania”, zostałem ugruntowany w mojej formie, której już nie mogę zmienić. Jedyne, co teraz można ze mną zrobić to zniszczyć, pobić, rozbić na kawałki. Nie jestem tak odporny na uszkodzenia jak inni. Glina po wypaleniu jest krucha. Co więcej podczas tego zabiegu pojawiają się na niej rysy i drobne pęknięcia, przez co traci swoją idealnie gładką powierzchnię, którą przecież wyroby z metalu ostatecznie zachowują. Glina jest delikatna, więc trzeba na nią uważać.
Ja jestem kruchy.
Ja jestem delikatny, więc na mnie trzeba uważać.

Ja piszę.
A oni mówią, że marnuję czas. Że niepotrzebnie przesiaduję przed komputerem, psując sobie wzrok po nocach. Że nie dorosłem, że wciąż jestem smarkaczem, któremu tylko gry w głowie. Że jestem antyspołeczny i prowadzę życie w Internecie, nie potrafiąc odezwać się do ludzi w rzeczywistym świecie – choć może co do tego ostatniego mają rację. Związki międzyludzkie już chyba na zawsze pozostaną dla mnie czarną magią, której nigdy nie będę w stanie opanować. Ale co ja zrobię? Nie można być dobrym we wszystkim.
Choć mnie zadowoliłoby już to, gdybym był dobry w jednej rzeczy. Staram się, co prawda, włożyć całe moje serce w to, co piszę, ale wciąż widzę, że to nie to. Oni nie rozumieją, że ja robię coś więcej niż po prostu bezmyślne stukanie w klawiaturę. Nie zapisuję przypadkowych słów, które potem tworzą przypadkowe zdania o przypadkowym sensie lub jego braku. Robię coś więcej. Przynajmniej się staram.
Spotyka mnie dużo krytyki. Ale oni tacy są. Krytykują wszystko, zawsze i wszędzie. Można powiedzieć, że takie mamy czasy, ale przecież to nie wina czasów tylko ich. Tak więc, jak już pisałem, ja dla nich marnuję czas. Izoluję się. Jestem odludkiem przed komputerem. Ale czy to moja wina, że pisanie na klawiaturze jest wygodniejsze? Nie lubię zbytnio pisać ręcznie, mimo iż kiedy próbowałem, oni patrzeli na mnie nieco łaskawiej. Wtedy mówili, żeby mi nie przeszkadzać, bo coś tworzę – a kiedy znów siadałem do komputera, zaczynali krytykować. Nie lubię pisać ręcznie, bo właściwie to nie szczycę się żadnym pięknym pismem i czasem ciężko jest mi rozczytać nawet samego siebie. Co więcej ręcznie piszę dużo wolniej, przez co ucieka mi zbyt dużo pomysłów i treści. Tekst staje się „serem”. Jest podziurawiony, brakuje w nim pewnych części, przez co nie tworzy spójnej całości. Poza tym łatwiej nanosi się poprawki na komputerze. A ja lubię poprawiać stare błędy. Lubię poprawiać sam siebie. Niestety, kartka ma ograniczoną wielkość, przez co mogę nanieść tylko kilka poprawek, których rozczytanie i tak graniczy z cudem. No i ręka – nie tylko zbyt powolna, ale także po dość krótkim czasie się męczy. Odbija się nie tylko na charakterze pisma, które staje się coraz bardziej niedbałe, ale także na tym, że jej ruchy wciąż tylko zwalniają i zwalniają, a pierdyliard pomysłów na godzinę przebiega mi przez umysł. Z czasem zaczynam się tylko oglądać za ich rozmytymi postaciami; wiesz, to tak jak z osobami poznanymi po pijaku. Niby twarz wydaje się znajoma, coś kojarzysz, gdzieś coś świta, ale wciąż nie jesteś pewien. No i głupio tak podejść i zapytać się czy się znamy, szczególnie jeśli nie pamiętasz finału tego wieczoru. Tym bardziej niezręcznie zapytać o imię, kiedy choćby teoretycznie ta osoba mogła już dać ci swój numer telefonu i czeka na to, aż zadzwonisz do niej, żeby się umówić… Nawet te nieznajome imiona i numery telefonu w komórce nic ci nie pomagają, gdyż jest ich tak wiele, że ciężko już któryś z nich zidentyfikować z daną osobą. Można co prawda na upartego dążyć do prawdy, ale po co? To dość niezręczny temat, którego, jeśli nie musisz, lepiej nie poruszać i dać mu zaginąć gdzieś w mroku przeszłości.
Ale ja i tak piszę.
Bo to lubię. Może nawet kocham. Możliwe nawet, że to moja jedyna miłość w życiu. Odwzajemniona? Nie wiem, nie jestem do końca pewien.
W każdym razie są też tacy, którzy czytają to, co piszę i znają powód, dla którego zarywam większość nocy. Respektują to? Wątpię. Raczej interesują ich jedynie efekty, które potem komentują. Komentarz też jest pewną formą krytyki, choć może być ona negatywna lub pozytywna.
Ale czytają. W zasadzie jestem im za to wdzięczny, bo gdyby nie oni, z pewnością już dawno przestałbym się tym parać. Z początku byli dla mnie ogromnym wsparciem, gdyż motywowali mnie, nawet gdy robiłem okropne błędy. Nie zwyzywali i nie zniechęcili mnie na starcie, co teraz, z perspektywy czasu, jest dla mnie wielką radością. Niemniej, wszystko co pisali, co było dla mnie ogromnym szczęściem w tamtym okresie, to stricte techniczne rzeczy. Zero w tym duszy. Radość moja była motywowana tym, że uzyskiwałem jakikolwiek odzew w zamian za publikowanie mojej twórczości.
Znów minęło trochę czasu – bo w końcu czas płynie nieustannie, nieważne jak bardzo chcielibyśmy go zatrzymać.
Wtedy pojawiły się komentarze z nieprzychylną krytyką. W zasadzie to była tylko kwestia tego mijającego czasu, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Z czasem też opatrywałem się z tymi technicznymi sprawami, łapiąc się na tym, że nie każda krytyka jest adekwatna. Właściwie w większości oni piszą totalne głupoty. Motywujące teksty zaczęły stopniowo znikać, mimo iż moje prace stawały się coraz lepsze – wiedziałem o tym. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Zazdrość? Ale czy oni mogą czuć zazdrość? Twory zimne jak stal mogą czuć coś podobnego jak zazdrość? Przecież to uczucie, a oni są oschli. Nie powinni czegoś takiego czuć. Chęć na przekór zrobienia na złość? Może… Chociaż też nie jestem pewien. Nawet jeśli któraś z rozważanych przeze mnie opcji jest słuszna, to dlaczego ujawniają tę swoją bardziej ludzką część jedynie za pomocą łączy internetowych? W życiu codziennym są niczym maszyny. Oczywiście, można powiedzieć, że związek maszyn, jakimi są oni, z maszynami, jakimi są komputery, to niemal intymna więź, w której się wyrażają. Stąd też biorą się te uczucia i emocje, ukryte za technicznymi, krytycznymi wypowiedziami, ale jest też prostsza i krótsza odpowiedź. Bo tak jest łatwiej. Bo kiedy nie masz przed sobą jednego z nich czy mnie, to wszystko jest łatwiejsze. A oni już tacy są, że zawsze idą na łatwiznę. Ale tego akurat nie mam im za złe. Tę cechę akurat mamy wspólną. Też mam tak w zwyczaju.
Ale co z tego wszystkiego? No to, że w miarę jedzenia apetyt rośnie. Chciałem czegoś więcej niż odzewu, niż pustej liczby. Chciałem, żeby ktoś dostrzegł moje uczucia i serce włożone w tę pracę; żeby to ktoś docenił. Zidentyfikował. Powiedział, że to rozumie. Nazwał to jakoś i mi wytłumaczył, bo z czasem zacząłem rozumieć, że pogubiłem się sam w sobie i zdaje się, że nawet pokłóciłem się sam ze sobą. Chciałem, żeby ktoś mi pomógł.
Żeby ktoś mnie zrozumiał.
Dużo o tym myślałem. W ogóle dużo myślę. Spędzam od groma czasu na rozmyślaniach. Myślę, że niesprawiedliwe. Wydaje mi się, że oni takich przemyśleń nie mają, ich takie problemy nie dotykają. Kiedyś próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Mówili, że to normalne w tym wieku, że mi przejdzie. Wszyscy tak mają, mówili. Ale mnie się, cholera, zdaje, że jednak nie wszyscy. Odstaję od rówieśników – poza tym nie tylko od nich. Zdaje się, że odstaję od całej rasy. Jestem inny, a moje problemy ich przerastają; weszły na taki poziom, którego oni nie są w stanie sobie wyobrazić. Czasem czuję, że cały świat wali mi się na głowę.
Więc zamilkłem, skoro nie chcieli mnie słuchać. Wtedy oni zaczęli mi wytykać, że jestem małomówny, że się zamykam, że stukam w klawiaturę jeszcze więcej. Ale co innego mogłem zrobić? Jak nie mogłem mówić, to pisałem. Musiałem jakoś wyładować te emocje, inaczej oszalałbym.
A może już jestem szalony?
Poza tym uważam, że nic w życiu nie osiągnąłem. Mam te swoje naście lat i jestem nikim. Nic nie zrobiłem w swoim życiu. Napisałem parę tekstów, ale to tyle. Ale nawet one nie są jakieś górnolotne, warte uwagi, skoro oni nie są w stanie zrozumieć, o co w nich chodzi. Mówi się, że artysta zawsze pozostanie niezrozumianym, ale ja nie chcę być kimś takim. Chcę mieć kogoś, kto mnie zrozumie. Niektórzy mówią, że całe życie jeszcze przede mną, inni, że już wszystko stracone. Nie wiem, komu wierzyć. Sam myślę, że jestem gdzieś pośrodku. Między startem a końcem. Czyli w zasadzie gdzie? Trudno jednoznacznie stwierdzić. W zasadzie to można powiedzieć, że codziennie budzę się z inną koncepcją i poczuciem mojego życiowego miejsca. Ale gdzieś jestem, to jest fakt, którego nigdy nie podważałem, który jest pewny, jasny i klarowny – chociaż jedna stała w moim życiu; a to już coś.
W ostatnim czasie dużo rzeczy mnie denerwuje. Może to dlatego, że nie mam za bardzo warunków i motywacji do pisania – to drugie boli bardziej. Każdy czasem potrzebuje uwarunkowanej motywacji; bo w końcu nie wykluczone, że jestem Jezusem XXI w., tylko muszę w to jeszcze uwierzyć i zapuścić brodę. Z tym pierwszym będzie gorzej, bo z natury jestem osobą, którą ciężko do czegoś przekonać. Potrzebuję wielu dowodów i mnóstwa czasu, żeby w coś uwierzyć. Muszę to dobrze przemyśleć – niestety u mnie ten proces jest czasochłonny. Zbyt dużo myślę. Chciałbym czasem zredukować u mnie ten precedens do minimum, tak jak to wygląda u nich. Ograniczyć się jedynie do podstawowych czynności, nie zawracać sobie głowy jakimiś sprawami natury egzystencjonalnej czy transcendentnej. Zamknąć oczy i po prostu o tym zapomnieć.
Jednakowoż nie twierdzę, że ten świat jest szary, zły i ponury. Właściwie to wciąż nie mam wyrobionego o nim zdania. Myślę, że to wciąż za szybko, abym mógł określić, co o nim sądzę – cóż za ironia. Nie próbuję skrytykować świata, podczas gdy on krytykuje mnie; uważam, że wciąż jestem za młody, aby wydawać o nim opinie, ale w tym samym czasie katuję sam siebie tym, że jeszcze niczego w życiu nie osiągnąłem. Może to przez tą presję, którą oni wywierają? Może jestem hipokrytą? A może zwyczajnie wymagam od siebie zbyt wiele? Czasami myślę, że tak właśnie jest, czasami, że zupełnie odwrotnie – że powinienem wymagać od siebie więcej, brnąć do przodu, niezależnie od sytuacji. Niestety, nie jestem takim metalowym taranem, który może sforsować wszystkie mury – jestem kruchą gliną, która jeśli uderzy w przeszkodę z dużą siłą, roztrzaska się. I co tu zrobić?
Czasem przepełnia mnie wiara, że jeszcze znajdę kogoś, kto mnie zrozumie i mój świat w tym jednym momencie nagle stanie się piękny; czasem z kolei myślę, że takiej osoby nie ma na tym świecie, a ja marzę o gruszkach na wierzbie.
Co jest prawdą, a co kłamstwem?
Nie wiem.
Z każdym stawianym sobie pytaniem, na które nie umiem znaleźć odpowiedzi, utwierdzam się w przekonaniu, że tak naprawdę to mało wiem. Czy chcę wiedzieć więcej? Tego też nie wiem. Szczerze, trochę się boję, ale wiem, że nie mogę zatrzymać się w miejscu. Muszę iść do przodu. Może nie jestem taranem, ale powoli mogę przynajmniej starać się stawiać moje chwiejne kroki ku przyszłości – nawet jeśli czasem czuję, że cały świat jest przeciwko mnie. Bo jedno wiem na pewno: stojąc w miejscu z pewnością nie spotkam tej mojej osoby. Mam nadzieję, że będę obierać dobre drogi w życiu i w końcu ją znajdę.
Tak, dziś jest dzień, w którym wierzę. Nie przepełnia mnie wiara po brzegi, jak to się nieraz dzieje, ale nie jestem całkiem zrezygnowany. Nie dziś.
Właściwie to mam pewną osobę, którą podziwiam. Mieszka na drugim końcu Uniwersum, nie wiem dokładnie gdzie. Wątpię, żebym kiedykolwiek mógł się z nią porozumieć, gdyż dzieli nas bariera językowa, ale próbuję opanować jej język. Może to właśnie ta osoba, którą podziwiam jest zarazem tą moją osobą, która mnie zrozumie? Chciałbym, żeby tak było, choć w zasadzie słabo w to wierzę – i to się nie zmienia. Dzielą nas lata świetlne. Pochodzimy z różnych epok. Myślę, że powinienem szukać gdzieś bliżej, choć trochę dalej nie zaszkodzi się rozejrzeć. Właściwie to nawet nie wiem czy zdążę dotrzeć do tej osoby. W porównaniu do mnie, zostało jej o wiele mniej czasu, a ja, jak już wspomniałem wcześniej, potrzebuję dużo czasu na rozmyślania. Niemniej będę próbował. Może nigdy mi się to nie uda, ale jeśli nadarzy się choćby minimalna szansa na zbliżenie do tej osoby, która mi zaimponowała, to ją wykorzystam do cna i dam z siebie wszystko. Bo ona też pisała. I zdaje mi się, że ja widziałem więcej w tych tekstach niż techniczne aspekty. Poruszyły mnie emocje zawarte w tych słowach, które przecież nie były przypadkowymi słowami ułożonymi w przypadkowych zdaniach o przypadkowym sensie lub jego braku. Może jestem jedynym na świecie, który przyswoił ten przekaz – jeśli tak, czuję się wyróżniony. Nigdy nie będę miał szansy tego zweryfikować, ale i tak czuję się nieco podbudowany. Może to właśnie to jest moja motywacja? Będę kontynuował moje pisanie tak jak osoba, którą podziwiam. Może moje teksty też trafią kiedyś do jednej jedynej istoty w całym Uniwersum, która je zrozumie; może nawet ją do czegoś zainspirują. Jeśli tak, wtedy będę mógł umrzeć szczęśliwy. Niestety, tego też nigdy nie będę miał okazji zweryfikować, więc nie zostaje mi nic innego jak wiara. Potrzebuję trochę czasu, żeby się z tym oswoić, bo, tak jak już wspomniałem, nie jestem łatwowierny. Muszę spędzić swoje na rozmyślaniu. Nie próbuję walczyć z własną naturą. Taki po prostu jestem. Tak po prostu musi być.
Musi.
Dużo tych „może” w moim wywodzie. Dobrze by było kiedyś je wyeliminować, choć pewnie to też nie jest możliwe, gdyż nigdy niczego nie można być tak do końca pewnym, a tym bardziej nie można być pewnym wszystkiego… ale mogę o tym pomyśleć. Przynajmniej pomyśleć. To jest coś, w czym jestem naprawdę dobry i czego żadna, nawet najostrzejsza krytyka mi nie zabierze. W końcu znalazłem chociaż jedną rzecz, w której jestem naprawdę dobry. Teraz jestem naprawdę szczęśliwy. Chyba znalazłem w końcu motywację.
Oni nie są ważni.
Ważna jest jednostka.
Ja znalazłem kogoś, kogo podziwiam – mam nadzieję, że kiedyś i ja stanę się dla ktoś autorytetem. Mam nadzieję, że ktoś mnie zrozumie, nawet jeśli ja tego kogoś nigdy w życiu nie spotkam. W końcu wciąż mam wiarę. Wierzę w to.
Ta wiara naprawdę dodaje sił. Myśl o tym, że ktoś może tak tęsknie wpatrywać się w moją postać i moje twory, tak jak ja robię to w przypadku osoby, którą podziwiam, jest naprawdę motywująca. Cieszy mnie ona, nawet jeśli nie ma żadnego racjonalnego powodu. Bo wiara nie musi być racjonalna. Jest wiarą.
Nie wszystko można w życiu mieć, ale warto próbować. Może kiedyś spotkam tę osobę i powie mi ona, kim jestem; a może jednak umrę w niewiedzy. Oba te wyjścia są dobre, choć to pierwsze brzmi trochę bardziej zachęcająco. Niemniej i tak jestem szczęśliwy.
Znalazłem w sobie wiarę i motywację.
Sam.
Myślę, że osiągnąłem w życiu całkiem sporo – tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę mój młody wiek.
Nie muszę być jak oni; nawet nie próbuję. Bo inny to nie zawsze oznacza gorszy.


A bunch of shit ~pleas read~ & Kita-pon Maniac Station „un-live” broadcast

Akai Haruki: Jeśli chodzi o moje „wariactwa”… Widzisz, jaka jestem zdolna? (samouwielbienie niczym Yuuki, który zamieszczał swoje zdjęcia na twitterze z dopiskiem „widzicie, jaki jestem olśniewający?”) xD Ja mam takich „wariacji” więcej, a więc przyznam się szczerze i bez bicia, że zachowuję się tak na co dzień… Ludzie mnie przez to nienawidzą, może się boją… ^^’’ A co do gry „your boyfriend (…)” (nie chce mi się dalej pisać – Kita, kretynie, było wymyślić krótszą nazwę…), spokojnie, doczekasz się, jak tylko znajdę dłuższą chwilę czasu
Alex Shinigami: Ja cię kocham – tak, to było wyznanie miłosne xp Znajdę Cię i po prostu wytulam xD W końcu ktoś zrozumiał moje spaczone poczucie humoru Podziwiam Cię @.@ A co do trójkącików… Huh… Nie obiecuję, bo nie wiem, jak się za to zabrać. Poza tym ja jestem głupia, ale nie wiem czy na tyle zboczona xp Nawet ciężko jest mi to sobie tak wyobrazić… Chyba musiałabym oglądać więcej gejowskiego porno, bo nie mam za bardzo pojęcia o gejowskim seksie (w końcu nigdy nie będzie dane mi go spróbować) (/.-)’’ Co do Yuukiego też się z tobą zgodzę – ach, te jego prowokacje i te spodenko-majtki, bo to już przecież normalnymi spodniami nazwać nie można xD Ten człowiek jest naprawdę specyficzny, jeśli chodzi o upodobania xp Szkoda, że nigdy nie będę dane mi go poznać… Huh, myślę, że jego poduszka-świnka i moja poduszka-gniecioch, jak ją nazywam, dogadałyby się – ludzie z dziwnymi upodobaniami, łączmy się!
Nemesis Morte: Kto powiedział, że to koniec „Closer to Ideal”? To z pewnością nie jest koniec! xD Będzie jeszcze z kilka dobrych części, bo tak właściwie to końcu wciąż ani widu, ani słychu, mimo iż od części ósmej minął ponad rok… Hańba mi! O losie, tak to jest jak ciągle odkłada się coś na później…
xMidziak: Moje serce krwawi… Kiedyś byłaś tu takim stałym bywalcem, a teraz mnie opuściłaś… Smutno mi z tego powodu ;_; Gosh, czy ja czymś serio zrażam do siebie ludzi, a nawet czytelników (których przecież w gruncie rzeczy nie znam tak twarzą w twarz i nie są skazani na katusze w mojej obecności)? Smutno mi w gruncie rzeczy z tego powodu, że z Twojego komentarza wynika, iż ostatni raz odwiedzałaś mojego bloga ponad rok temu (/.-)’’
Lady Kira: Ja to myślę, że Sienkiewicz to niedługo wstanie z grobu, żeby mi… echem… zrobić coś złego xp Chyba robię się już nudna, kiedy w kółko powtarzam, że Cię kocham i w ogóle wielka czekolada i buziaki dla ciebie za wytrwałość w czytaniu moich wypocin i motywację, którą zawsze mi dajesz Gdybym jeszcze mieszkała w Polsce, to po prostu moim priorytetem byłoby spotkanie się z Tobą xD A może wybierasz się do UK? xp No i oczywiście otrzymujesz „taryfę życzeń” w zamian za skomentowanie 11. części „Nowego Świata” jako jedna z niewielu osób.
Yūko: Masz u mnie specjalne chody za to, że jako jedna z niewielu osób skomentowałaś ostatni wpis, czyli 11. część „Nowego Świata”. Bawię się teraz we wróżkę; proszę bardzo, jestem do twojej dyspozycji, a więc jeśli masz jakieś życzenia to słucham (i oczywiście postaram się je spełnić)
Sumire Suri: Ciebie też dotyczy to, co napisałam już wyżej. W zamian za skomentowanie ostatniej notki jako jedna z bardzo niewielu czytelników, masz u mnie specjalną taryfę (nazwijmy to „abonamentem przywilejów”), przez co postaram się w miarę moich możliwości spełnić wszelkie Twoje zachcianki i życzenia
Aoi Konoe: Cieszę się, że znów zaczęłaś się udzielać (na swoim i moim) blogu; co do „Nowego Świata” to mogę Ci obiecać, że jeszcze dużo tam zamierzam namieszać – mam już napisane dwie kolejne części, więc wiem, że będzie się tam działo dużo różnych rzeczy, które mogą zaważyć na tym, kogo czytelnik sobie upodoba xp Poza tym w końcu zbliżam się do zamknięcia tego „męskiego haremu” i do wybierania ulubionej postaci, klarowania każdego charakteru, więc bądź czujna ;] Oczywiście Ty również zaliczasz się do tej szczęśliwej piątki na „festiwal złotej rybki a’la Kita-pon” w ramach rewanżu za skomentowanie ostatniego posta
Yuna.miko: Już Cię nie nazywam Rukisiową Kotałką, bo przeczytałam, że tego nie lubisz a szkoda, bo mnie bardziej ten nick przypadł do gustu ^^’’ Tobie również dziękuję za skomentowanie ostatniej notki, za co piszesz się (czy chcesz, czy nie xp) na dzień cudów by Kita-pon xD Nie, dobra, z tymi cudami przesadziłam, ale wiesz jak jest Po porostu jestem wdzięczna Co do Nowego Świata to tak jak już wspomniałam wyżej przy komentarzu do Aoi Konoe jestem bliska zamknięcia haremu Alexa xD Poza tym to opowiadanie właśnie tak wyglądało w mojej głowie do samego początku, aby czytelnik był nieco zagubiony, przytłoczony ilością pojawiających się osobistości, ale przy tym mógł znaleźć sobie ulubioną postać, z którą mógłby powiązać głównego bohatera; dla każdego coś dobrego, że tak powiem no prawie xp
Dobra, a teraz informacje, jeśli komuś nie chciało się czytać tego „wywiadu” ze mną:
Po pierwsze nawiedziła nas fala gorąca, a więc od razu odnotowałam spadek zainteresowania moimi „pracami” oraz spadek wydajności mojego myślenia. Między innymi świadczy o tym to, iż kiedyś napisałam, że po przeprowadzce do Anglii będę miała więcej czasu… Serio? Gdzie ja miałam wtedy głowę?! Jestem tu od blisko dwóch tygodni i codziennie wstaję o siódmej rano, a wracam do domu po godzinie dwudziestej (i nie, nie chodzę jeszcze do szkoły ani nie pracuję; wciąż załatwiam jakieś formalności, dokupuję niezbędnego sprzętu jak odkurzacz ect.)… Nie wiem, jak to wszystko się potoczy, ale musicie się też nastawić na to, że będę musiała swego czasu przeżyć swój „kryzys”, kiedy będę tęskniła za naszym krajem kwitnącej cebuli, gdyż… z tego jak rozmawiałam z osobami, które wyprowadziły się ze swojej ojczyzny, zawsze tak jest – różnica polega tylko na tym, ile taki czas trwa i kiedy przypada. Ja póki co za bardzo nie mam czasu tęsknić, ale zapewniam, że kiedyś w końcu zacznę emować… Mam nadzieję jednak, że ten czas nie będzie trwał długo i nie da wam się we znaki. Poza tym nie mam biurka – a to oznacza dla mnie horror! Jestem akurat takim człowiekiem, który potrzebuje porządnego miejsca do pracy; nie umiem zbytnio pisać na łóżku (a w moim obecnym domu w ogóle jest mało mebli – jednym z głównych jest właśnie łóżko). Mogłabym co prawda pisać na blacie kuchennym, ale przy nim muszę stać, co po dłuższym czasie jest uciążliwe, gdyż po pierwsze jest bardzo niewymiarowy i niski (a mam 1,60m wzrostu, więc do dryblasów nie należę) no i nie da się do nie go przysunąć krzesła, gdyż w takim wypadku zmiażdżyłabym sobie nogi. Chciałam kupić biurko, ale ja naprawdę nie potrafię zadowolić się taką sklejką obciągniętą czymś, co ma jedynie imitować drewno, gdyż to mnie irytuje, a ponad to rozpada, gdyż biurko to naprawdę twór wielofunkcyjny (szczególnie dla mnie). Widziałam jedno takie, które mi się podobało, ale kosztowało ponad prawie funtów, ponad to doliczmy sobie koszty transportu (około 10 funtów – samochodu nie mam) i krzesło (jakieś kolejne 100, bo też takie porządniejsze mi się spodobało), no i mamy zgon i głodówkę na najbliższe kilka miesięcy u Kity-pon ;_; Całe szczęście udało mi się naskrobać dość dużo między urwaniem głowy podczas pakowania jeszcze w Polsce a załatwianiem formalności przez Internet, więc mam jeszcze całkiem sporo do opublikowania, ale tak po prostu uprzedzam, że moje zapasy mogą kiedyś znaleźć się na wykończeniu – oczywiście będę starała się do tego nie dopuścić, ale wolę zawczasu zaznaczyć i poinformować, żeby potem nie było zaskoczenia…
A teraz głównie siedzę i dostawiam przecinki, próbuję wyeliminować powtórzenia…
Ponad to w ramach „kary” za niskie zainteresowanie poprzednimi notkami, nie wstawiam nic stricte do „poczytania”. Niemniej widzę też jakieś korzyści z tej sytuacji; następnym razem zamierzam wstawić shota całkowicie autorskiego z wymyślonymi przeze mnie postaciami, który jest dość specyficzny i dotyczy dla mnie ważnego tematu – dużo osób prosiło mnie kiedyś, abym napisała coś niezwiązanego ze sceną visal-kei, a więc proszę, o to i będzie coś takiego. Niemniej boję się trochę reakcji czytelników, gdyż jest to naprawdę… inne niż to, co pisałam do tej pory, więc może małe grono, które zainteresuje się tym na początku nie będzie dla mnie aż tak ostre ani nie znajdę wśród niego jakiś hejterów, którzy skutecznie zniechęcą mnie do brnięcia dalej w tym temacie. Cóż, przyznam szczerze, że naprawdę obawiam się tego, jak to przyjmniecie…
Po… po kolejne to skoro już się tak rozwlekam, to przyznam się, że czuję się jak żul, bo pisząc to piję cydrowe piwo, które serio smakuje bardziej jak zepsuty, gazowany sok jabłkowy. Powtórka jak w klubie podczas koncertu… Pamiętajcie, nigdy nie kupujcie Desperados i Stowford Press… Szkoda kasy – akcja jak z Hiro w „Książę z bajki” ^^’’
Poza tym mam cukierka na suficie. Mieszkam w takim wynajętym domu, gdzie w sypialni mam sufit w plamach po cukierkach, a jeden wciąż wisi i nie mogę go odkleić. Tak, jestem wciąż trzeźwa; ale skarżę się na to wszystkim xp Po prostu bardzo chcę, żeby świat się o tym dowiedział xD
Dobra, a tak wracając do bardziej przyziemnych spraw, to mam dla was kolejną propozycję – doszłam w końcu do wniosku, że Kita-pon Maniac Station „un-live” broadcast nabrał0 nieco charakteru niczym „Zapytaj Beczkę”, gdyż głównie odpowiadam i komentuję Wasze komentarze. Chcąc nadać nowego znaczenia temu… przedsięwzięciu (czy jak to inaczej by nie nazwać) proponuję, abyście także zadawały mi pytania (mogą być wszelkiej natury; odpowiem na wszystko – byle nie były gimbusiarskie, coś w stylu „Czy robisz kupę?”) C: Tak, żeby rozwiać wszelkie niepewności i rozjaśnić niejasności. A więc co o tym myślicie; jak podoba wam się taki pomysł?
Ponad to myślałam także o założeniu oddzielnego bloga, którego nawet nazwę już obmyśliłam (w obecnym zamyśle brzmiałaby ona „Yaoistka na emigracji”), ale nie jestem pewna tego. Chciałabym tam pisać o różnych pierdołach, żeby nie zaśmiecać „Tainted World”, ale szczerze to nie wiem czy ktoś chciałby to czytać, a ja bez czytelników usycham niczym kwiatek w doniczce, dlatego bez was długo bym nie pociągnęła – dlatego też właśnie pytam was o zdanie… Z drugiej strony mam też to moje Kita-pon Maniac Station „un-live” broadcast, więc… cholera, muszę w końcu przestać wymyślać tak diabelsko długie nazwy…

Czekam na Wasz odzew!

Kita-pon Maniac station "un-live" broadcast - "wywiad" z Kitą-pon

Ohayo! Dziś ku połechtaniu swojego ego i podkreśleniu swojego skrajnego egocentryzmu przeprowadzę „wywiad” sama ze sobą, odpowiadając, mam nadzieję, dość wyczerpująco na wasze pytania, aby nikt nie czuł się pokrzywdzony (zażalenia proszę pisać w komentarzach, jeśli takowe by się pojawiły) oraz utwierdzeniu Was w tym, że pisanie komentarzy ma sens, bo rzeczywiście je czytam i biorę sobie wasze opnie do serca.
Szczerze powiedziawszy notka ta ma zachęcić Was do czytania moich czasem niezbyt optymistycznych wywodów, które mogą wydawać się komuś zbędne, ale to właśnie w nich zawieram najczęściej odpowiedzi na Wasze pytania – nie odpowiadam pod komentarzami, gdyż to zafałszowuje ich faktyczną ilość.
Ważne rzeczy, że tak powiem, do informacji ogólnej, czyli do często powtarzających się pytań, będę zaznaczała kursywą, więc proszę, zwróćcie na nie szczególną uwagę.
A więc, zacznijmy "wywiad" z Kitą-pon!
Jedziemy z tymi odpowiedziami:
Kulushka: Ilość demonów w „Hayakki-yokō” miała być specjalnie przytłaczająca, aby czytelnik poczuł się podobnie jak i główny bohater – osaczony przez dziwne stwory, których nie bardzo od siebie odróżnia i nie wie, czym one są w istocie.
A co do opowiadań „autorskich” – cóż, szczerze powiedziawszy piszę nie tylko z gwiazdami j-rocka, mam swoje własne opowiadania, ale ich nie publikuję. Utrzymuje je głównie w klimatach fantasy/horroru. Z doświadczenia wiem (gdyż już wcześniej próbowałam i znam trochę swoją szanowną osobę), że jednak nie ma zbytniego sensu ich publikować, gdyż wypromowanie bloga o takich treściach trwa, a ja nie myślę, żebym była na tyle uparta i zacietrzewiona w tym, aby pisać w takich klimatach tak regularnie jak bloga yaoi i w dodatku wciąż wymyślać nowe historie. Muszę przyznać też, że wciąż opłakuję mojego sformatowanego pendrive, na którym było multum takich opowiadań, a w tym jedno ponad 100-stronicowe, którego końca nie było jeszcze ani widu, ani słychu. Chyba po prostu brak mi motywacji i świeżości pomysłu… Nigdy nie uważałam, żebym była na tyle kreatywna, aby wymyślić coś takiego… Choć szczerze powiedziawszy to zaczęłam nowy twór nie-fanfickowy, który intryguje nawet mnie swoją niezrozumiałością i nieklarownością pomysłu xD Po prostu nie mam jeszcze na niego jasnej wizji xp W każdym razie jeszcze zobaczymy, co z tego wyjdzie… Nie to, że coś, ale myślę też, że zbyt wiele rzeczy ma na mnie wpływ, od których nie potrafię się odciąć, aby pisać, nazwijmy to tak, „całkiem samodzielnie”. A to jakaś książka mnie zainspiruje, wiersz, tekst piosenki, jakaś postać – sama zdaję sobie z tego sprawę, że za bardzo się na tym wzoruję i opieram się na schemacie, „szkielecie”, który stworzył już ktoś inny… Jestem za mało „samodzielna” – może też dlatego tak bardzo podziwiam osoby, które umiały się nauczyć tej „samodzielności”. W gruncie rzeczy, jeśli chodzi o świat „pisarki”, wciąż jestem smarkatym dzieciakiem, które zbyt wiele czerpie z innych, a za mało samo myśli – mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni, ale słowem nie mogę za to poręczyć, kiedy i czy w ogóle to się stanie. Może moja jakaś przemiana nastąpi po przeprowadzce do Anglii, gdzie będę miała znacznie więcej czasu na pisanie, choć przyznam, że pierwsze miesiące tam będą dla mnie zapewne trudne pod względem organizacji czegokolwiek, będę zagubiona i skołowana, co też może odbić się na moich „tekstach”…
Gall Anonim: Coś z Meto, powiadasz? Cóż, szczerze powiedziawszy to raczej nie nastawiałabym się na Twoim miejscu na wiele. Prawda jest taka, że Meto lubię z Mejibray najmniej. Nie to, że go nie lubię, ale po prostu… oczywiście nie mam nic przeciwko niemu, wykorzystuję go jako postać do kolejnych fanficków, ale nie robię z niego raczej głównego bohatera. Po prostu w pewnych zespołach jest postać, która do jakiegokolwiek by to paringu pasuje mi jak świni siodło – w D’espairsRay jest to Karyu, w Nocturnal Bloodlust Cazqui, w Mejibray Meto… Nie pasuje mi on na główną postać. Nie umiałabym raczej napisać nic z jego perspektywy, gdyż zwyczajnie go nie ogarniam… Jako figura jest rewelacyjny, ale kiedy próbuję umieścić go w jakiejś życiowej sytuacji, tym bardziej dopasować do niego jakąś historię miłosną, to czuję się, jakbym skakała po trampolinie, drąc się, że jestem astronautą – głupio, z każdej strony źle i niedobrze. Coś wiecznie mi nie pasuje do niego. Nie mówię, że nie napiszę nigdy nic z Meto, ale raczej nie nastawiałabym się na wiele. Pewnego dnia może dobry Budda mnie oświeci i w swojej łasce ześle mi jakiś wspaniały pomysł, ale to raczej bardzo mało prawdopodobne – niemniej, niewykluczone. Nie mówię nie ani tak.
Maria Hosu: Moje serce krwawi ;_; Jesteś jedną z moich czytelniczek, które często się wypowiadały, co było dla mnie motywujące, wiem też, że nie czytasz mojego bloga od wczoraj… a teraz tak mnie shejtowałaś… (właściwie jak to się pisze?... T.T) Nie no, dobra, wiem, że to nie był taki typowy hejt (nie, prawda?), a i przyjmuję twoje skargi, choć moje serce płacze i krwawi przy tym x.x’’ Pisałaś, że rzygać ci się chce ze śmiechu czytając „Księcia z bajki”… cóż, wnioskuję, że to chyba niezbyt dobrze, bo choć czarny to czarny humor, ale do wymiotów raczej nie powinien wywoływać (if ju noł łot aj min ;p); no cóż, szczerze powiedziawszy to Hiro w tej serii jest bardzo dobrym odwzorowaniem mnie, więc może dlatego tak sobie teraz płakusiam. Oczywiście nie zachowuję się tak dokładnie, ale to jest mój czarny humor, moja głupia postawa człowieka stawiającego się wszystkim i wszystkiemu… Choć po chwili zastanowienia może i nie odwzorowuje mnie w stu procentach, gdyż bardziej opisuje tę „gorszą” stronę mojego „ja”, ale faktem jest, że w charakterze wokalisty NB w tym opowiadaniu jest naprawdę dużo ze mnie (nie chcecie się ze mną zadawać…). Drugim takim opowiadaniem, które raczej opisuje moje bardziej „nostalgiczne ja”, które ujawnia się podczas doła czy zbyt dogłębnego i długiego rozmyślania na temat problemów egzystencjonalnych, takich jak, co to też może zrobić serek, który zalega od kilku dni na lodówce (ktoś to jeszcze pamięta?) jest „Closer to Ideal”. Jeśli w proporcjach 45:55 w stosunkach Hiro („Książę z bajki”) – Hizumi („Closer to Ideal”) wymieszacie te dwie postacie, to właśnie otrzymacie mój charakter… Tak, paskudny ze mnie typ x.x’’…
Cieszę się, że podobał Ci się wygląd Shoyi opisany w „Hayakki-yokō”, choć mentalistą nie jestem i nie wiem, o jaki Ci dokładnie chodziło. Możemy mieć tylko nadzieję, że nasze wyobrażenia były w jakimś stopniu podobne. Ale co więcej o tym opowiadaniu - tytuł kolejnym japońskim gównem, powiadasz? Och, nie, myślę, że nikogo nie uraziłaś, tylko sobie jeszcze troszkę popłakusiałam – ale tak to jest, jak jest się Polką, mieszka się w Anglii (dobra, za niecały miesiąc mam wylot, no), a myślami jest się cały czas w Japonii. No nie da się ukryć, że jestem maniakiem. Ale za to co do wampirów to możemy sobie podać ręce, bo też ich nie lubię, choć już inne twory jak demony są już bliskie mojemu krwawiącemu i płakusiającemu sercu. Cóż, nie stąpam tak twardo po ziemi jak ty – raczej jestem typem, który tylko powierzchniowo zdaje się być do bólu racjonalistą, gdyż na ogół raczej uciekam od przyziemnego świata, kreując swoje własne. Lubię bawić się w boga i władcę absolutnego, rysując słowem swoje własne wszechświaty, ustanawiając prawa i porządki, tworzyć postacie i nadawać im pozornemu istnieniu sens lub go odbierając.
Płakusiam sobie dalej. No, dobra, może trochę przesadziłam z tym dramatyzmem. Niemniej naprawdę nie lubię rozczarowywać ludzi, więc mam nadzieję, że nie rozczarowałam cię aż tak bardzo. Bądź co bądź, w mniejszym lub większym stopniu staram się spełniać wasze życzenia.
(PS. Sama za Yo-ką jako wokalistą również nie przepadam, ale do yaoiców nadaje się on idealnie – ciii, nikt nie widział tego dopisku! Bo coś czuję, że mogłoby mi się za to oberwać…)
Lady Kira: W ogóle to muszę Ci podziękować za te wszystkie lata (bo to już będzie w latach, nie?) czytania, aktywnego komentowania i motywacji Co do „Hayakki-yokō” to… ten rozdział miał 13 stron xD Był jednym z najdłuższych, jaki napisałam w ostatnim czasie xp A ty mówisz, że krótko… cóż, następnym razem postaram się bardziej!
A co do „Closer to Ideal”, na które czekasz (i Dziewczyna Znikąd też) to… doczekasz się, obiecuję. Wstawię to, choć pewnie większość tego nie przeczyta – ale wstawię ze względu głównie na Ciebie i moją powinność wobec Hizumiego, który jest tam tak wspaniale depresyjny jak i ja C: Nie mogę mu tego zrobić i tego nie zakończyć, mimo iż wiem, że obydwoje długo już na to czekacie, za co naprawdę bardzo przepraszam *kłania się w pas*
Liv: Cieszę się, że „Hayakki-yokō”  tak bardzo przypadło Ci do gustu c; Szczerze powiedziawszy to jestem fanem nie tylko kultury czy muzyki japońskiej, ale właśnie, między innymi, legend i religii. Interesuję się też filozofią, przez co w mojej głowie powstaje wiele podobnych światów do tego, który wybrałam jako „scenę” dla tej serii, jednak tak szybko jak się pojawiają, tak szybko także często znikają. Przyznam się też, że początkowo „Hayakki-yokō” miało być takim sobie opowiadaniem, które miało zalegać w czeluściach mojego dysku „bo tak” i miało się głównie skupiać na postaci hanyo, naszego półdemona, ale jako że tak dużo osób chciało yaoi-fantasy, a przy tym w pewnym momencie się zacięłam i nie wiedziałam jak to „zwykłe”, nie-yaoicowate opowiadanie kontynuować, toteż postanowiłam namieszać tam trochę J
A co do „Księcia z bajki” to mogę cię z góry zapewnić, że Crena i Hiro nigdy nie będą gruchającymi wesoło gołąbkami – to jest po prostu niemożliwe, więc nie musisz się o to martwić. Aby stała się jakaś podobna anarchia w tym opowiadaniu, ktoś chyba musiałby mnie naćpać albo nagle musiałabym się zmienić w Tęczowego Kucyka Pony, zmieniając swoją osobowość i charakter, ale tego jednak w najbliższym czasie się nie spodziewam xD
Akai World: Ty zbereźnico jedna, ty! xD Tylko jej seksy w głowie, no… xp Cóż, szczerze powiedziawszy to nie pasowały mi tam sceny +18 akurat w tym momencie w „Księciu z bajki” – ale spokojnie, spokojnie. Kita-pon niczym dobra, choć może nieco sadystyczna wróżka spełnia życzenia! Ale wszystko po kolei! Kiedy nadejdzie odpowiedni czas, wszystko się wydarzy i potoczy tak, jak potoczyć się ma xp Nic więcej nie zdradzę ;D
Alex Shinigami: Co ja Ci mogę powiedzieć, co wyjaśnić, jak Ty wszystko wiesz, co? Ty to taka dobra dusza i, ot co, dostaniesz ode mnie jeszcze ten soczek, sama Ci poleję, a nawet z Tobą wypiję, jak mi pozwolisz, tylko powiedz, w jakich odległych krainach zamieszkujesz (a może wcale nie tak dalekich od Gdańska, co?). Cóż, Tobie to ja mogę tylko podziękować za czytanie i komentowanie. Zdaje mi się, że mamy podobne gusta, więc, że tak zabłysnę znajomościami języków obcych i moimi „nieprzeciętnymi” zdolnościami lingwistycznymi, fivety-fivety się rozumiemy C; Mam nadzieję, że mnie nie opuścisz i uda mi się Cię nie rozczarować w najbliższym (i bardziej odległym też) czasie :D
Rukisiowa Kotałka: Cóż, z Tobą też czuję czerwoną nić połączenia (jak to śpiewał Yuuki w „Anemone” xD), więc chciałam Ci głównie też podziękować, podobnie jak i Alex Shinigami. Pamiętam o Twoich „mało-mało znanych” zespołach, jak to sama określiłaś, i paringach, które zaproponowałaś – Kyouki x Roku (Grieva), Koyomi (Kuroyuri to Kage) x Yo-ka (DIAURA) – ja to wszystko pamiętam i mam pięknie wynotowane w moim „Wenowym zeszyciku”, bo takowy sobie założyłam; między innymi po to, żeby pamiętać. Tak, kiedy mnie nagle Wen najdzie, żeby szybko zapisać i nie zapomnieć, gdyż moja pamięć jest dobra, ale krótka i bardzo wybiórcza… Cóż zrobić, SKS, SKS…

Mam nadzieję, że na razie tyle starczy. Do napisania czegoś podobnego zainspirował mnie filmik (a właściwie jego trzy części) D'espairsRay Maniac station live broadcast (11.09.2009), gdzie Despy odpowiadali na pytania fanów podczas audycji radiowej.

A – i żeby nie było paniki – dzisiaj wieczorem wstawię notkę „do poczytania”, tzn. jakieś opoko, więc bądźcie spokojne ;)