Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mini-seria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mini-seria. Pokaż wszystkie posty

Mini-seria "Interesy z diabłem" cz.2 Luvia (Canival) x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth)

W niedługim czasie planuję pewne ogłoszenia, więc stay tuned! W międzyczasie możecie jednak przeczytać coś nowego i powiedzieć mi, co o tym myślicie C:

Tytuł: “Interesy z diabłem” cz.2
Paring: Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE) x Luvia (Canival / Hiz) (+gościnnie pojawia się Nihit)
Typ: mini-seria
Gatunek: fantasy
Beta: -

Następnego dnia na śniadanie zjedliśmy resztki wczorajszej pizzy - tak, my zjedliśmy, gdyż Kai postanowił zostać i właściwie to wyglądało na to, że całkiem szybko poczuł się u mnie bardzo swobodnie. Bez problemu znalazł, gdzie w szafie trzymałem ręczniki, zgarnął jeden dla siebie, a następnie bezceremonialnie wparował do łazienki, w której zamknął się na co najmniej dobre pół godziny. W swej łaskawości poinformował mnie, że pozwolił sobie użyć mojego szamponu i żelu pod prysznic, i właściwie to przydałoby się, żebym zaopatrzył się w nowy… tak samo jak i dezodorant oraz pastę do zębów. Przezornie i dla własnego spokoju postanowiłem nie pytać czy użyczył sobie także mojej szczoteczki do zębów. Odpowiedź była dość oczywista, a ja wolałem po prostu o tym nie myśleć, gdyż jakoś powątpiewałem, żeby mężczyzna mógł nosić w wewnętrznej kieszeni swojej skórzanej kurtki zapasową szczoteczkę tuż obok wielkich okularów przeciwsłonecznych.
- Więc, jakie plany na dziś? - zainteresował się brunet wyciągając z zimnej pizzy oliwki długim szponem i odkładając je na brzeg talerza. 
Póki co nie dorobiłem się jeszcze mikrofalówki, więc w chwili obecnej musieliśmy zadowolić się posiłkiem bez podgrzewania.
- Właściwie… - zająknąłem się. - Nie wiem - wzruszyłem ramionami, po czym westchnąłem ciężko. - Zdałem sobie sprawę, że byłem zaślepiony swoją rutynową codziennością do tego stopnia, że w pierwszym momencie chyba nawet nie dotarło do mnie, że tak właściwie… umieram - wydusiłem z siebie ostatnie słowo z trudem. - W takiej sytuacji nie ma sensu, żebym przejmował się dłużej tymi samymi pierdołami, które zawracały mi głowę na co dzień - rozłożyłem ręce.
- No… - mruknął mój rozmówca z pełnymi ustami. - Właściwie to na twoim miejscu odpuściłbym sobie szkołę i inne takie. Jakby nie patrzeć, nie zostało ci zbyt wiele czasu, więc powinieneś skupić się na tym, co dla ciebie naprawdę ważne… a jeśli nie ma nic, co mogłoby ci się takowe wydawać w tej chwili, bo wszystko wygląda dla ciebie bezsensownie, to przynajmniej mógłbyś spróbować dobrze się bawić - poradził. - Cały czas jesteś smutny i myśl o tym, że umrzesz przygnębia cię - zauważył. - Ta sytuacja nie musi być jednak znowu aż taka patowa. Spójrz na to z innej strony. Możesz właściwie robić, co chcesz i nikt nie może cię za to karać. W końcu zanim ktoś zmusi cię do stanięcia twarzą w twarz z konsekwencjami twoich czynów, ty zapewne zdążysz już kopnąć w kalendarz - rzucił luźno. - No i nie zapominaj, że masz mnie u swojego boku - wyszczerzył się szeroko, zachęcająco. - A to znacząco zmienia twoją sytuację. Może nie jestem na twoje każde skinięcie palcem, ale mógłbym ci przecież pomóc, gdybyś miał w planach coś interesującego, nie? - jego zielone oczy roziskrzyły się, a mnie przeszedł nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Ekscytacja demona wywoływała u mnie pewne obawy. - Nie musisz spędzić swoich ostatnich tygodni w atmosferze przeciągającej się w czasie, własnej stypy - sięgnął po kolejny kawałek pizzy.
- Brzmi niegłupio… - przyznałem. - Tylko muszę przyznać, że obecnie cierpię na niedostatek kasy, więc ciężko mi zaplanować nawet następny posiłek, a co dopiero “coś interesującego”… - wyznałem.
- Skarbie, przejmujesz się takimi błahostkami? - przewrócił oczyma. - Od czego masz mnie? - podniósł się z siedzenia i chwycił kilka ulotek reklamujących okoliczne take away’e, które znalazłem dzisiaj rano w skrzynce na listy. Podarł je na mniejsze kawałki, przetasował niczym karty mrucząc przy tym coś niezrozumiale do siebie pod nosem. - Patrz, teraz będzie sztuczka - parsknął śmiechem i zgniótł papier w dłoni. Gdy z powrotem rozluźnił palce na jego dłoni leżało kilkanaście banknotów o grubym nominale. Zdziwiony wytrzeszczyłem na niego oczy w niedowierzaniu. - Dziecinada - machnął lekceważąco ręką, po czym położył pieniądze na stole i przesunął je w moim kierunku. - Myślisz, że jak ja sobie radzę na Ziemi? - zapytał, spoglądając na mnie z politowaniem. - Że od wieków trzymam konto oszczędnościowe z wielką sumą w jednym banku? Że inwestuję w nieruchomości albo gram na giełdzie? Że wymykam się pracować w spożywczaku, jak nie patrzysz? - zaśmiał się w głos. - Mogę dać ci tego, ile chcesz - założył ręce na piersi i odchylił się niebezpiecznie na krześle, tak, że tylko jego dwie tylne nogi dotykały podłogi. - Pieniądze tak naprawdę nie mają żadnej wartości - wzruszył ramionami. - To wy, ludzie, nadajecie im jakąś pseudo-wartość i chcecie wierzyć, że te papierowe zwitki znaczą coś we Wszechświecie - pokręcił z politowaniem głową. - Są rzeczy wartościowe, których z całą pewnością nie mogę ci dać, takich jak, na przykład, życie wieczne; są też takie, nad którymi musiałbym się nieźle namęczyć i możliwe, a nawet bardzo możliwe, że zwyczajnie nie chciałoby mi się tego robić, ale jeśli zamierzasz prosić o takie banalne rzeczy, to się nie krępuj - wyszczerzył się krzywo. - Mogę dać ci większość dóbr ziemskich bez żadnego problemu czy wysiłku - oznajmił.
- O-och… - wydusiłem z siebie zaskoczony. - To… no dobra - pokiwałem głową. - Jak będę miał jakieś prośby, to zgłoszę się z nimi do ciebie - obiecałem. Przez moment między nami panowała cisza. - Czy inni ludzie mogą cię zobaczyć? - zapytałem zmieniając temat, gdyż ten wydawał się być wyczerpany.
- A czy ja ci wyglądam na ducha? - sarknął. - Nie no, mogę narzucić na siebie prześcieradło, jeśli masz dzięki temu poczuć się lepiej. Potraktuję to jako twoją ostatnią wolę - zaśmiał się, jednak szybko zamilkł pod naciskiem mojego miażdżącego spojrzenia. - Wspominałem ci przecież, że większość demonów to zakrywa - wskazał na odwrócony krzyż na swoim czole - żeby łatwiej wtopić się w ludzkie społeczeństwo, nie? - przypomniał mi. - A więc to oznacza, że ludzie mogą widzieć demony. Zdziwiłbyś się, ile mijasz ich na swojej drodze do szkoły czy do pracy każdego dnia i nawet nie jesteś tego świadom. Możliwe, że paru z nich nawet uczęszcza z tobą do jednej szkoły lub klasy, pracuje z tobą lub są twoimi klientami - przeczesał palcami włosy, odgarniając je do tyłu.
- Anioły też tak spacerują między ludźmi? - dopytywałem.
- Rzadziej, choć też się zdarza - przyznał. - W gruncie rzeczy te białe gołąbki to domownicy. Wychodzą z Królestwa tylko wtedy, kiedy mają coś do załatwienia, a po skończonej robocie od razu wracają do domu - westchnął. - Sztywniaki… - skwitował.
Chciałem kontynuować “przesłuchanie” demona, żeby wywiedzieć się jak najwięcej, jednak w tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi, który mi przerwał. Zdziwiony podniosłem się z krzesła. Nie zamawiałem żadnej paczki czy chociażby kolejnej pizzy, a i sąsiedzi nie mieli w zwyczaju przychodzić do mnie po prośbie po szklankę cukru. W takich chwilach naprawdę żałowałem, że nie miałem w drzwiach frontowych wizjera... 
Kiedy otworzyłem już ów drzwi tym razem zacząłem nie tylko żałować, ale zwyczajnie przeklinać fakt, że nie posiadałem tego cholernego wizjera. W innym wypadku mógłbym po cichu zakraść się do drzwi i udawać, że mnie nie ma, gdyby niezapowiedziani goście nie byli przeze mnie mile widziani. Na całe moje nieszczęście nie byłem w stanie przeprowadzić tejże jakże ekscytującej i niebezpiecznej akcji godnej agenta 007, toteż nie miałem możliwości wymigania się od kłopotów. Bo niezapowiedziani goście, jak łatwo się domyślić, nie byli oczywiście przeze mnie mile widziani. Ani trochę.
Planowałem oddzwonić dziś do matki, żeby ta nie wpadła na genialny pomysł składania mi osobistej wizyty w celu zweryfikowania sytuacji na froncie, jednak ta mnie uprzedziła. I tak oto w przejściu mojego mieszkania stała moja rodzicielka wyglądająca niczym chmura burzowa gotowa w każdej chwili potraktować mnie wyładowaniem elektrycznym błyskawicy oraz mój ojciec, który tak jak zwykle dobitnie starał się ignorować fakt mojego istnienia i ostentacyjnie odwrócił głowę, wpatrując się gdzieś w dal korytarza.
- Luvia! - krzyknęła matka. - Co się z tobą, do cholery jasnej, dzieje, dzieciaku?! - wcisnęła się do środka siłą, przeciskając się między mną a framugą drzwi, nie czekając na moje zaproszenie. - Przecież zawsze byłeś dobrym uczniem! Co to za wagary, mój panie?! - bez chwili zastanowienia wparowała do mojej miniaturowej kuchni, gdzie mieścił się równie miniaturowy stolik z dwoma krzesłami będący imitacją jadalni. 
Rodzicielka zapewne zamierzała przeprowadzić ze mną “poważną rozmowę przy stole” - postrach młodszej młodzieży - jednak zatrzymała się w pół kroku wpatrując się z niedowierzaniem w półnagiego bruneta, który cały czas siedział na swoim miejscu i nijak nie zareagował na jej nagłe i głośne pojawienie się w moim azylu. Nie drgnął przy tym nawet o milimetr. Spokojnie popijał resztki swojej kawy i bez zainteresowania przeglądał jeden z wiekowych magazynów, który zalegał na blacie stołu.
- Yo - rzucił w przywitaniu nie odrywając wzroku od czytanego tekstu.
- Kto to jest? - kobieta bezpardonowo wskazała demona palcem.
- Widzisz, mówiłem ci, że na darmo tłukliśmy się przez całe miasto! - sapnął poirytowany ojciec. - Głupek znalazł sobie “kochasia”, a ten tak mu zawrócił w głowie, że przez niego przestał nawet chodzić do szkoły. No doprawdy, postawa godna pochwały! - przewrócił oczyma, a we mnie aż zagotowało się ze złości na te słowa.
W jednej chwili jakbym doznał olśnienia. Miałem żal do rodziców o to, jak mnie potraktowali. Nie potrafili zaakceptować tego, kim i jaki byłem. Nie dostałem zbyt wiele wsparcia z ich strony w życiu. Mimo wszystko zdawałem sobie sprawę, że matka wciąż w jakiś sposób się o mnie martwiła i przynajmniej od czasu do czasu dzwoniła, upewniając się, że wszystko ze mną w porządku. Zdarzało się także, że wysyłała mi pieniądze, często nawet mnie o tym nie uprzedzając. Nie musiałem też o nie prosić. Od tak po prostu od czasu do czasu udzielała mi jakiegoś wsparcia finansowego. Swego czasu nawet dość ostro pokłóciła się o to z ojcem. W wyniku ów kłótni rodzice zdecydowali się prowadzić oddzielne konta bankowe, mimo iż wcześniej mieli jedno, wspólne. Dzięki temu ojciec nie miał wglądu do finansów matki i nie mógł robić jej awantur o to, że ta znów “daje mi pieniądze za nic”, jak to zwykł określać. Często słyszałem też, że była to przyczyna, dla której wciąż nie wróciłem do “normalności” - ponieważ wciąż miałem jako-takie wsparcie ze strony rodzicielki. W jego mniemaniu, gdybym naprawdę został pozostawiony sam sobie na pastwę losu, szybko “naprostowałbym się” i odechciałoby mi się jakiś “głupstw i dziwactw”.
Do niego miałem dużo więcej żalu. Zawsze był przeciwko mnie. Poniżał mnie. Traktował jak śmiecia. Bolało mnie to, kiedy inne dzieciaki w szkole opowiadały o wakacjach spędzonych z rodzicami za granicą, o tym, że tata wziął ich na mecz, a mama na zakupy. Nie zrozummy się jednak źle, problem nie leżał w dobrach materialnych. Nie dbałem o to, ile w istocie wydawali na mnie pieniędzy. Nie chodziło o to, żeby wydali na mnie fortunę. Wystarczyłoby trochę zainteresowania, ciepła i ludzkiego podejścia. Tylko tyle od nich chciałem…
Ojca zapamiętałem jako typowego nieudacznika wykonującego banalnie prostą robotę, którą można byłoby nauczyć małpę. Pracował od ósmej do szesnastej, potem wracał do domu i cały wieczór leżał przed telewizorem z piwem. Bo przecież był zmęczony. Całe weekendy spędzał identycznie. Był obrzydliwy. Nie potrafił nawet po sobie posprzątać, chociażby odnieść brudnego talerza do zlewu, nie wspominając już o tym, żeby go umyć. Wszystko musiałem robić ja lub matka. Mało tego, on nawet nie miał szacunku do cudzej pracy. Nigdy nie dziękował za posiłek, nie pochwalił, że smaczny. Za to potrafił rozpętać prawdziwe piekło, dlatego że obiad nie był gotowy na czas - to znaczy, kiedy on był głodny. Nikt nie był tu mentalistą, ale jego to nie obchodziło. Wszyscy zawsze musieli podporządkować się jego woli - woli zapijaczonego, leniwego, wiecznie zmęczonego, niewdzięcznego kunura wylegującego się w swoim barłogu przed telewizorem. I on miał czelność nazywać się “prawdziwym mężczyzną”? W czym niby ja byłem od niego gorszy? Miałem dużo lepsze oceny niż on w jego wieku. Byłem ambitny, chciałem studiować. Byłem zaradny i samodzielny, mieszkałem sam, potrafiłem efektownie rozdzielić swój czas między nauką i pracą dorywczą. Potrafiłem gotować, prać, prasować, sprzątać, znałem się na majsterkowaniu na tyle, na ile musiałem, a więc potrafiłem sam naprawić cieknący kran czy niedomykające się okno. Miałem pasję i była nią muzyka. Od lat grałem na perkusji, gdyż gra na tym właśnie instrumencie pozwalała mi wyzbyć się negatywnych myśli i emocji. Używałem zwrotów grzecznościowych, potrafiłem powiedzieć “proszę” i “dziękuję”. Może nie socjalizowałem się z innymi za bardzo, ale z pewnością nie robiłem wielkiego problemu z tego, kiedy ktoś poprosił mnie o jakąś przysługę - nawet jeśli była to osoba, którą niekoniecznie lubiłem. W czym zatem byłem gorszy od niego? Czy fakt posiadania paru kolczyków czy tatuaży sprawiał, że mogłem zostać sklasyfikowany jako “gorszy egzemplarz”? Czy moja orientacja seksualna sprawiała, że byłem kimś mniej wartym?
Zacisnąłem szczęki ze złości. Miałem już tego serdecznie dość. Może to już nadszedł wreszcie ten najwyższy czas, żeby zrobić z tą sytuacją porządek? Może to już najwyższy czas, żeby przestać potulnie kłaść po sobie uszy, udawać, że nie dosłyszałem lub że mnie to nie obchodzi i nie dotyka. Bo prawdą było, że wszystkie jego obelgi i krzywe spojrzenia mnie dotykały i bolały. Krzywdziły. Zostawiały ślady na moim sercu i duszy.
Sam demon poradził mi, żebym w końcu zaczął aspirować po coś więcej. W końcu miałem go u boku, a ponad to i tak właściwie byłem już martwy. Miejsce w Piekle miałem już zagwarantowane. Mogłem zatem przestać się powstrzymywać. Koniec z wciskaniem hamulców do oporu.
Wtem poczułem na ramieniu mocno zaciskającą się dłoń mężczyzny. Nawet nie zauważyłem, kiedy ten wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie. Spojrzałem na niego, na co ten w odpowiedzi pokręcił przecząco głową i wbił we mnie poważne spojrzenie zielonych oczu, które przecież tak nie pasowało do tego roześmianego, kolokwialnego i zwariowanego demona.
- Będziesz tego żałował - przestrzegł przyciszonym głosem. - Będziesz się obwiniał - pokręcił głową raz jeszcze. - Wiem, o czym myślisz i rozumiem cię, jednak to nie jest rozwiązanie - zapewnił. Wpatrywał się tak we mnie, póki nie westchnąłem ciężko, spuszczając wzrok i dając mu tym samym do zrozumienia, że tym razem odpuszczę. - Nazywam się Kai - przedstawił się już głośno i omiótł srogim spojrzeniem moich rodziców. Widziałem, jak ci wzdrygnęli się po wpływem przeszywającego, bazyliszkowego spojrzenia mojego towarzysza. - Zgadza się, jestem nowym chłopakiem Luvii - wyszczerzył się szeroko i na pokaz objął mnie ręką na wysokości ramion, przyciągając do swojego nagiego torsu. Zdziwiony mało nie przewróciłem się przez jego nagłe szarpnięcie. - Na pańskim miejscu zważałbym jednak na słowa - syknął do mojego ojca. - Luvia źle zniósł rozstanie z Haruyą - wspomniał mojego byłego. - Poza tym fakt, że jesteśmy razem nijak ma się do jego nieobecności w szkole. Luvia jest chory. Ma zapalenie płuc - wyjaśnił. - W ostatnim czasie czuł się naprawdę źle, dlatego nie pozwoliłem mu iść do szkoły, mimo iż ten i tak upierał się, że musi - przewrócił teatralnie oczyma. - Większość dni przesypiał, a ja budziłem go właściwie tylko po to, żeby przypomnieć mu o lekach i wmusić w niego coś do jedzenia, żeby całkowicie nie opadł z sił. Nie odbierałem jego telefonu, mimo iż ten dzwonił wiele razy, gdyż nie mam w zwyczaju odbierać cudzych połączeń. Nie jestem aż tak wścibski i wydaje mi się, że to, kto, z kim i o czym rozmawia to prywatna sprawa tej osoby - rozłożył ręce, jakby podkreślając, że powiedział wszystko, co miał do powiedzenia na ten temat. 
Brunet szybko sklecił historyjkę, która brzmiała całkiem wiarygodnie nawet w moich uszach. Nie wiedząc, co jeszcze mógłbym dodać zwyczajnie pokiwałem głową, tym samym pokazując, że zgadzałem się z jego wersją wydarzeń.
- To wy… mieszkacie razem? - zapytała moja matka.
- Nie - tym razem to ja zabrałem głos. - Kai zatrzymał się u mnie na kilka ostatnich dni, żeby się mną zająć - odparłem.
Na twarzy demona zauważyłem rozczarowanie. Widziałem tę dziką chęć przytaknięcia mojej rodzicielce i wtrącenia coś o naszym wyimaginowanym, wybujałym pożyciu seksualnym. Już widziałem, że coś głupiego ciśnie mu się na usta, ale na szczęście w porę udało mi się interweniować, dzięki czemu prawdopodobnie zaoszczędziłem sobie masy kłopotów.
- Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś chory? - dopytywała kobieta. - W dodatku na zapalenie płuc! Przecież to nie przelewki! - w jej oczach zalśniła autentyczna obawa o moje zdrowie. 
Widząc to zrobiło mi się przykro. Jak niby miałem powiedzieć jej o tym, że umieram? Że to prawdopodobnie ostatni raz, kiedy się widzimy? Bo przecież doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że następnym razem zapewne nie będę miał na tyle odwagi, żeby stanąć przed nią, spojrzeć jej w twarz i oświadczyć, że jej syn jest już właściwie jedną nogą w grobie.
- Nieważne… - mruknąłem, machając lekceważąco ręką. - Już usprawiedliwiłem swoje nieobecności w szkole - rzuciłem od niechcenia, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok.
Ojciec nie odezwał się już ani słowem, ale wpatrywał się w Kaia zdenerwowany. Bał się go. Wszystko w jego postawie - od sztywnej sylwetki, po napiętą żyłkę na skroni - mówiło mi w nim, że ten się go obawiał. Zastanawiałem się czy długowłosy nie odwalił jakiegoś swojego hokus-pokus w przerwie na reklamy, kiedy nie skupiałem na nim całej swojej uwagi, żeby dać wyrodnemu rodzicowi chociaż mała nauczkę.
Po niedługim czasie rodzice znów znaleźli się w pobliżu drzwi frontowych. Matka odesłała ojca do samochodu, nakazując poczekać mu na nią, a sama chciała się jeszcze ze mną pożegnać.
- Dbaj o siebie, Luvia - odezwała się miękko. - Nie chcę, żeby stało ci się coś złego - posłała mi smutne spojrzenie, po czym zaczęła szukać czegoś w swojej torebce. - Nie mam przy sobie zbyt wiele, ale dam ci chociaż tyle. Żebyś miał przynajmniej na leki - wyciągnęła portfel. - Wieczorem zrobię ci przelew na konto, żebyś miał trochę więcej…
- Nie potrzebuję pieniędzy - przerwałem jej. 
Dobrze wiedziałem, że w domu się nie przelewało i że dając mi pieniądze, sama musiała sobie czegoś odmówić. Teraz, mając przy sobie bruneta, nie musiałem wspomagać się jej darowiznami. Nie chciałem sprawiać jej więcej kłopotów niż było to konieczne.
- Ale…
- W porządku - uniosłem obie dłonie w uspokajającym geście. - Poradzę sobie - zapewniłem. Kai ciekawsko wychylił się zza mojego ramienia. Zapewne szukał wzrokiem mojego nieobecnego już ojca.
- No dobrze… - skapitulowała, widząc moją minę. 
Mimo to i tak byłem pewien, że wieczorem, kiedy sprawdzę stan swojego konta, pojawi się na nim jakaś suma od rodzicielki trawionej przez wyrzuty sumienia. Doceniałem jej gest, choć prawdą było, że pewnych rzeczy nie dało się kupić i pewnych problemów nie dało zażegnać się przy pomocy pieniędzy. 
- Dziękuję ci za to, że opiekujesz się moim synem - zwróciła się do mężczyzny, który zdawał się być zbity z tropu słysząc te słowa.
- Ee…- zająknął się. - Nie ma za co? - bardziej zapytał niż stwierdził.
- Do zobaczenia - pożegnała się, na co ja odpowiedziałem jej jedynie skinieniem głowy. 
Widziałem, że chciała mnie przytulić, jednak ja nie miałem ochoty dawać jej tej satysfakcji. Starałem się nie być zawistny, ale wciąż towarzyszyło mi poczucie krzywdy. Mimo iż ona z tej dwójki ponosiła zdecydowanie mniejszą winę, to wciąż jednak pozostawała winną i nie zamierzałem od tak puścić jej tego wszystkiego w niepamięć. Starała się, ale dobrymi chęciami to jest Piekło wybrukowane… a przynajmniej tak mówią. O tym, co w istocie składa się na nawierzchnię ulic i deptaków w Piekle miałem przekonać się dopiero za jakiś czas, jednak fakt ten nijak nie zmieniał tego, że same starania to czasami wciąż niewystarczająco.
Nawet będąc bliskim śmierci wciąż pozostawałem strasznie zawzięty i pamiętliwy… Cholera, z takim nastawieniem to raczej nie miałbym mimo wszystko zbyt wielkich szans na dostanie się do Nieba, co? Może to i jednak lepiej, że pójdę do Piekła? Może to właśnie miejsce, do którego powinienem się udać i które było mi przeznaczone?
Zamknąłem w końcu drzwi i odwróciłem się przodem do mojego towarzysza, który wyglądał, jakby oberwał zdechłą rybą po pysku i nie wiedział, co tak naprawdę się zadziało.
- Wszystko w porządku? - zapytałem kontrolnie.
- Ach, tak… - przeciągnął się i zafrasowany podrapał się po głowie. - Tylko… tylko to właściwie pierwszy raz, kiedy jakiś śmiertelnik dziękuje mi za opiekę nad jego dzieckiem… - wyznał.
- Cóż… - założyłem ręce za głowę, wracając do kuchni. - Właściwie to jest ci, za co dziękować - uśmiechnąłem się delikatnie. - Dbasz o mnie - stwierdziłem niezaprzeczalny fakt. - I jestem ci za to wdzięczny. Sam potrafię ci za to podziękować. Nie myśl, że nie usłyszałbyś tego ode mnie personalnie prędzej czy później - wzruszyłem ramionami. - Doceniam twoją pomoc - zapewniłem.
Brunet zamrugał kilkakrotnie wpatrując się we mnie tak, jakby zobaczył mnie dopiero po raz pierwszy. W ostateczności uśmiechnął się jednak i odetchnął głęboko, dosiadając się do mnie do stołu i kończąc swoją niedojedzoną pizzę.
- Dobrze wiedzieć… - odezwał się cicho, a jego rysy twarzy jakoś nagle złagodniały, tak samo jak i spojrzenie jego niemożliwie intensywnie zielonych oczu.
Przyglądałem mu się tak znad własnego kubka z wystygniętą już kawą jeszcze przez chwilę. Zdawało się, że nie tylko on był mistrzem czytania z cudzej mimiki. Kai bezbłędnie odczytał, że na samym początku naszego spotkania chciałem zrobić ojcu krzywdę wykorzystując przy tym jego zdolności, żeby wziąć odwet za to, jak ten mnie traktował. Teraz ja w ten sam sposób mogłem dopatrzeć się ulgi malującej się na jego twarzy, która w gruncie rzeczy wskazywała na to, że demon był… samotny i czuł się niedoceniony.

***

- Mógłbyś nauczyć mnie jakiś zaklęć? - zapytałem znienacka.
- Co? - zdziwił się długowłosy, windując się z pozycji leżącej na łokciach. - A po co ci magia? Co chcesz zrobić? - spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Po prostu pomyślałem, że to ciekawe. Mógłbym przynajmniej spróbować czegoś nowego - zauważyłem. Mężczyzna wciąż spoglądał na mnie nieprzekonany.
- Złotko, mogę ci tu walnąć jakiś lektorat na temat magii i jej zastosowania, ale jakoś wątpię, żebyś się w tym połapał - pokręcił głową. - A jeśli miałbym zacząć od podstaw to prawdopodobnie potrzebowałbyś całego drugiego życia, żeby nauczyć się czarować - założył ręce na piersi. - W gruncie rzeczy wciąż nie zdajesz sobie sprawy z wielu nawet najbardziej fundamentalnych spraw, a ponad to jako człowiek nie masz za bardzo magicznego potencjału, co oznacza, że nauka zaklęć przychodziłaby ci opornie - wyznał z ciężkim westchnięciem. - Zdaj się w tej kwestii na mnie, dobra? - rzucił mi kontrolne spojrzenie, aby upewnić się czy zastosuję się do jego polecenia.
- To może w takim razie trochę mnie oświecisz? - zaproponowałem. - Opowiesz mi co nieco o Piekle, skoro i tak mam tam wylądować? - zapytałem.
- No tyle to akurat mogę dla ciebie zrobić… - mruknął, przekręcając się na brzuch. - W skrócie rzecz ujmując, nie masz się, czego obawiać. Wizja Piekła, jaką ty zapewne znasz z filmów i książek, jest czystą fikcją. Nikt nie będzie cię tam przypalał ogniem ani się nad tobą znęcał w żaden inny sposób - obiecał. - W gruncie rzeczy Piekło to taka rozległa kraina… - zamyślił się, starając się dobrać jak najodpowiedniejsze słowa, żeby dobrze mi to wszystko zobrazować. - Taki rozległy kraj jakby… Są tam miasta, są góry, rzeki, puszcze, pustkowia, na które lepiej się nie zapuszczać… Jest handel, są sklepy, targi, można wynająć mieszkanie, znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nie różni się to wszystko znowu aż tak bardzo od tego, co znasz, choć po mojej stronie niebo jest zawsze pomarańczowo-czerwone. To właściwie główna różnica - wzruszył ramionami.
- To znaczy, że po śmierci będę wiódł życie całkiem podobne do tego obecnego? - upewniłem się.
- Mniej więcej - zgodził się. - Szybko się przyzwyczaisz - zapewnił.
- A czym mogą zajmować się ludzie strąceni do Piekła? - dociekałem. - Panuje tam jakaś hierarchia? W sensie, że demony są wyżej niż potępieni ludzie? - dopytywałem.
- Kwiatuszku, po śmierci ty też staniesz się demonem - uśmiechnął się pobłażliwie. - Tak to właśnie działa - rozłożył ręce. - Z początku w Piekle mieliśmy taki układ, jak w Niebie; to znaczy, że dusze były traktowane inaczej niżby rodowici mieszkańcy Czeluści, ale jako, że brakuje nam rąk do pracy w końcu ktoś mądry tam w Zarządzie (Hizumi x’’D sorry, nie mogłam się powstrzymać od aut.) stwierdził, że wszystkie ludzkie dusze z miejsca będziemy przemieniać w demony… bo w sumie tak jest bardziej opłacalnie - wyjaśnił. - Widzisz, biznes wszędzie króluje. Nawet w Zaświatach - wyszczerzył się cierpko.
- To co dzieje się z duszami w Niebie? - zasypywałem go gradem pytań.
- A plączą się tam gdzieś bez sensu po bezkresnych ogrodach, słuchają szumu fontann, wygrzewają się na słoneczku i śpiewają hymny pochwalne - machnął ręką. - Tak przynajmniej słyszałem. Głową za to nie poręczę, bo w końcu nie mam tam wstępu, nigdy tam nie byłem i nie wiedziałem tego na własne oczy - wzruszył ramionami.
- Czy jako demon będę zajmował się tym samym, co ty? Będę targował się o dusze innych ludzi?
- Będziesz robił, co ci się będzie podobało, skarbie - podparł głowę na dłoni, wpatrując się we mnie spod półprzymkniętych powiek. - Jak ci się coś przywidzi, to otworzysz sklep albo bibliotekę, albo zostaniesz uczniem jakiegoś maga i po pewnym czasie otworzysz swoją własną magiczną praktykę. Możesz pracować w piekarnii, możesz aplikować o jakąś rolę w Bezpiece Pandemonium i wybrać czy interesuje cię bardziej praca za biurkiem, czy w “terenie”, czyli czy podoba ci się to, co robię ja, czy wolałbyś raczej robotę papierkową. Opcji jest wiele, właściwie ogranicza cię tylko twoja własna wyobraźnia. Biznes można zrobić na wszystkim. Grunt tylko, żeby wstrzelić się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu i umieć obrócić zapotrzebowanie innych na swoją korzyść - stwierdził.
- Więc nie wszystkie demony są upadłymi aniołami i nie wszystkie mają styczność z ludzkimi duszami?
- Nie, nie wszystkie. Niektórzy zajmują się przemytem pewnych dóbr z Ziemi do Otchłani i częściej spotykają się z wciąż żywymi ludźmi niżby umarlakami. Wielu z nich wciąż udaje ludzi i wykorzystuje swoje znajomości nawiązane za życia - odpowiedział.
- A ty? Jak to jest z tobą? Byłeś kiedyś człowiekiem? I dlaczego wybrałeś właśnie taką robotę?
- Byłem człowiekiem… - przyznał cicho i spuścił wzrok na podłogę, jakby mówienie o tym było dla niego bolesne. - A robię to, co robię, bo to lubię. Moja praca jest dość męcząca, ale daje mi także dużo swobody. No i można się czasem uśmiać, dowiedzieć czegoś interesującego, spotkać kogoś, kto może w przyszłości okazać się dla ciebie przydatny - wyliczał na palcach. - Ta robota ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów, ale to tylko moja opinia. Ty zajmiesz się tym, czym będziesz miał ochotę się zajmować.
Zapadła między nami chwila ciszy. I wtem doznałem olśnienia. Drugiego tego samego dnia. 
- Skoro demony często udają zwykłych ludzi, to czy mógłbym udawać… jakbym w ogóle nie umarł? Mógłbym pójść na studia, nie mówić prawdy rodzicom? - wytrzeszczyłem na niego oczy oczekując odpowiedzi w napięciu.
- W zasadzie… mógłbyś prowadzić takie podwójne życie - zgodził się. - Pamiętaj tylko jednak, że w Piekle nie ma znowu aż takiej wolnej amerykanki. Bezpieka nakłada na wszystkich coś w rodzaju pańszczyzny, to znaczy minimalnej ilości godzin, którą musisz odrobić w Czeluści - wyjaśnił. - Wiem, trochę komuna, ale cóż… grunt, że działa - wzruszył ramionami. - Ponad to pamiętaj, że jak pójdziesz na studia i nie będziesz nigdzie pracował, a będziesz szastał kasą na prawo i lewo, bo będziesz mógł ją sobie zrobić z dowolnego śmiecia, to ludzie zaczną coś podejrzewać i zaraz przypną ci łatkę tego, co to albo zajmuje się świeceniem gołą dupą pod latarnią, albo rozprowadzaniem narkotyków - przestrzegł. 
- Ale mógłbym spróbować, tak? - podekscytowany skoczyłem na równe nogi.
- No mógłbyś, mógł - potwierdził. - Chociaż nie widzę w tym za bardzo sensu. Po co chcesz udawać zwykłego człowieka? Co jest w twoim życiu takiego pasjonującego, że nie możesz się od tego odciąć? - prychnął.
Nie wiedziałem. Nie umiałem odpowiedzieć na jego pytanie, ale nie przeszkadzało mi to. Jego odpowiedź wprawiła mnie w wyjątkowo dobry nastrój, nawet jeśli sam naprawdę nie miałem pojęcia, dlaczego byłem tak podekscytowany na myśl o kontynuowaniu mojego ziemskiego życia. Może zwyczajnie podświadomie czułem, że to za szybko, żebym rozstawał się z tym padołem łez? A może bałem się zmian i tego, że nie odnajdę się w nowej, tak odmiennej rzeczywistości, dlatego wolałem pozostać przy tym, co było mi już dobrze znane?
- A właśnie - w tej małej euforii, w która popadłem przypomniałem sobie o jeszcze jednym, bardzo ważnym pytaniu, które chciałem zadać mojemu towarzyszowi. - Czy po mojej śmierci będziemy mogli się spotkać?
- Proponujesz mi randkę? - spojrzał na mnie z zaskoczony.
- Nie! - zamachałem rękami w powietrzu. - Po prostu… pomyślałem, że miło byłoby zobaczyć jakąś znajomą twarz w tej zupełnie nowej dla mnie sytuacji… - wyznałem.
- A, o to ci chodzi… - mruknął. - No dobra - zgodził się. - Tylko jak trafisz już do Bezpieki, to pamiętaj, że jak zapytają cię o przydział, to powiedz, że chcesz trafić do Pandemonium. To duże miasto. Można powiedzieć, że coś na kształt stolicy Piekła. Łatwiej tam o pracę i myślę, że na samym początku łatwiej będzie ci się tam zadomowić niżby na jakiś peryferiach - poradził. - Poza tym sam tam mieszkam, więc będziemy mogli się spotkać bez większego problemu - zaznaczył.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się do niego w podziękowaniu. Demon odpowiedział mi tym samym gestem.
- Nawet cię polubiłem, dzieciaku… - mruknął, po czym pogładził mnie delikatnie po głowie.
Ja też go polubiłem. Nie dało się ukryć, że Kai stawał mi się z czasem coraz bliższy. Właściwie to póki co był chyba najbliższą mi istotą, gdyż nigdy wcześniej nie miałem przyjaciela ani nikogo, kto by mnie tak wspierał czy się mną opiekował. Musiałem przyznać, że diabeł w istocie nie był taki straszny, jak go malowali… Zaraz po tym, jak brunet ucałował moją dłoń, kiedy przystałem z nim do kontraktu, bałem się, że ten zgotuje mi prawdziwy horror, że będzie okrutny, nienasycony krwią lub chociażby wredny i niemiły, a tu proszę… okazało się, że długowłosy zachowywał się jak potulny baranek, a ja sam czułem się w jego obecności tak dobrze, jak przy nikim innym.

***

Dni mijały szybko, a ja wciąż nie potrafiłem przestać przejmować się mało istotnymi sprawami. Wciąż chodziłem do pracy i do szkoły zachowując pozory, choć nieco częściej niż zazwyczaj zdarzało mi się zerwać z lekcji lub poinformować któregoś z moich współpracowników o nagłej chorobie, która zwaliła mnie z nóg lub wizycie u dentysty, o której zapomniałem na śmierć. Sam jednak czułem się coraz lepiej - zarówno dzięki antybiotykowi, który tym razem brałem już regularnie za sprawą nieustających przypomnień Kaia oraz dzięki jego specyfikom, po które skakał raz na jakiś czas do Piekła, kiedy nie miałem dla niego czasu, a demon sam nudził się w moim mieszkaniu. Po moich godzinach pracy lub nauki coraz częściej razem gdzieś wychodziliśmy. Zazwyczaj najpierw szliśmy gdzieś coś zjeść, gdyż skoro pieniądze nie były już dłużej dla mnie problemem nie kłopotałem się gotowaniem w dom i szorowaniem garów. Po posiłku różnie spędzaliśmy nasz wspólny, wolny czas. Czasem po prostu spacerowaliśmy po plaży, rozmawiając, raz nawet wyszliśmy do kina, a kiedy napomknąłem brunetowi o moich niespełnionych marzeniach o wyprowadzce do Australii, ten otworzył swój pentagram i przeniósł nas na kilka godzin na inny kontynent. Z początku byłem zachwycony wizją szybkiego i darmowego podróżowania w ten sposób, jednak długowłosy zaznaczył, że w gruncie rzeczy nie powinien zabierać mnie na pasażera, gdyż jako człowiek źle znosiłem demoniczne środki transportu. Przekonałem się o tym dopiero w nocy, kiedy mój żołądek siłą próbował utorować sobie drogę do mojego gardła, kiedy dostałem gorączki, torsji i mój wzrok zaczął szwankować. Przestraszyłem się wtedy nie na żarty, gdyż w pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, że tracę wzrok, że to już nadszedł mój czas i umieram, jednak Kai wytłumaczył mi, że to w sumie standardowe objawy dla człowieka zatrutego piekielnymi wyziewami, choć przyznał także, że nie spodziewał się, że moja reakcja okaże się tak silna. Domyślał się tylko, że moje objawy były tak bardzo nasilone ze względu na to, że mój organizm wciąż był osłabiony, a ponad to jakaś część mnie była już martwa i tak właściwie utrzymywałem się przy życiu tylko i wyłącznie dzięki magii demona.
Brunet spędził całą noc ze mną w łazience, trzymając mi włosy, kiedy nachylałem się nad muszlą klozetową i podając mi szklankę z wodą. Siedział tak ze mną na podłodze i nic nie mówił, nie narzekał, nie skarżył się, nie wywracał oczami i nie wzdychał ciężko, mimo iż wcale nawet nie został poproszony o pomoc, którą świadczył z własnej, nieprzymuszonej woli. W gruncie rzeczy zachowywałem się tak, jakbym grubo przesadził z alkoholem, więc mój towarzysz mógł stwierdzić, że tym razem mój przypadek nie jest wystarczająco interesujący, żeby przykuć jego uwagę, jednak mimo to ten wciąż przy mnie trwał. Nawet w tak obrzydliwej sytuacji wciąż się nie wycofał i właściwie to nawet wydawał mu się mój stan za bardzo nie przeszkadzać. Ględził jak zwykle jak najęty, opowiadał historie, które sam przeżył lub które tylko zasłyszał, biadolił od rzeczy, czyli pozostawał męczący jak zawsze. Mimo wszystko musiałem przyznać, że w jakimś stopniu byłem mu wdzięczny za to gadulstwo, gdyż wydawało mi się, że kiedy starałem się skupić na jego słowach, mój żołądek uspokajał się. Kiedy nie rozmyślałem nad swoim tragicznym samopoczuciem, wyglądało na to, że szybciej dochodziłem do siebie.
- Nie idziesz dzisiaj do szkoły - oświadczył, kiedy nad ranem w końcu udało mi się wypełznąć z łazienki i położyć do łóżka.
- Nie, nie idę - zgodziłem się. Byłem zbyt osłabiony, żeby męczyć się w tym piekle na ziemi.
- W ogóle powinieneś odpuścić sobie szkołę - przysiadł na krawędzi mojego łóżka jak to już miał w zwyczaju. - Zaczynasz cuchnąć - poinformował mnie bezpardonowo. - Wnioskuję po tym, że w twoim ciele zaczęły się już procesy gnilne. Wiesz, bądź co bądź jesteś teraz takim trochę zombie… ożywionymi zwłokami - rozłożył bezradnie ręce. - To oznacza, że twój czas się zbliża… - rzucił mi kontrolne spojrzenie.
- Nie powiedziałeś mi, że będę gnić od środka! - oburzyłem się.
- A czego się spodziewałeś? - prychnął. - Nie jestem Stwórcą! Moja magia to tylko ułamek, w dodatku kaleki ułamek Jego mocy! Co raz zdechło, pozostanie już martwe - wzruszył ramionami. - Mogę próbować jakoś stawiać się i przeciwdziałać Jego woli, ale w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy Mu podporządkowani, więc to taka trochę walka z wiatrakami. Coś w stylu “na złość matce odmrożę uszy” - wyjaśnił z obojętną miną.
- Możesz przynajmniej coś zrobić z tym smrodem? - zapytałem. - Tak, żeby przynajmniej inni nie połapali się, że gniję albo nie pomyśleli, że nie myłem się od przynajmniej miesiąca? - spojrzałem na niego błagalnie. Mężczyzna poklepał się po kieszeniach spodni w poszukiwaniu czegoś. Kiedy wreszcie znalazł to, czego szukał, cisnął we mnie jakiś małym przedmiotem zanim zdążyłem zorientować się, czym ten w istocie był. - Miętówki? Serio? - sapnąłem ciężko. - Dzięki - sarknąłem. - Bardzo pomocne - przewróciłem oczyma.
- Lepsze niż nic - argumentował demon. - Poza tym nie zaszkodzi - dodał, na co ja odpowiedziałem mu krzywym spojrzeniem. Czyżby było ze mną już aż tak źle? W końcu mówi się, że własnego smrodu się nie czuje, więc wychodziło na to, że faktycznie mogłem capić jak przeterminowana mielonka i nawet nie być tego świadom. - Jeśli cię to pocieszy to mnie to nie przeszkadza - odezwał się, ponownie skupiając moją uwagę na sobie. Zdziwiony uniosłem jedną brew, niemo nakazując mu kontynuować. - Mam słaby węch. Właściwie to prawie wcale nie mam powonienia - przyznał, wymownie wskazując na swój lekko spłaszczony nos.
- No co się dziwisz, jak po upadku z Nieba wszystkie strącone anioły koncertowo wyłożyły się na twarz i zaryły w błoto - prychnął znajomy już mi głos, który jednak włączył się do rozmowy znienacka, przez co aż podskoczyłem przestraszony. 
Obejrzałem się za siebie, żeby móc się przyjrzeć zszokowany niezapowiedzianemu gościowi, który pojawił się w absolutnej ciszy dosłownie znikąd, a w chwili obecnej stał w kącie pokoju z marsową miną i rękami założonymi na piersi.
- Nihit? - zamrugałem kilkakrotnie w niedowierzaniu. - Co ty tu robisz? - zapytałem, kiedy brunet warczał groźnie na bruneta niezadowolony z jego przytyku; całkiem ostrego i wrednego zwrotu musiałem przyznać, który jakoś średnio pasował mi do aniołka, który jeszcze nie tak dawno temu podnosił lament za każdym razem, kiedy tylko śmiałem odwrócić się w stronę mojego towarzysza, z którym ostatecznie podpisałem pakt.
- Jestem twoim stróżem - odezwał się dość chłodno ubrany na biało mężczyzna. - Niezależnie od tego, co byś zrobił, nie zmienisz tego faktu. Póki tli się w tobie chociażby ostatnia iskierka życia jestem zobligowany do doglądania cię i upewniania się, że wszystko z tobą w porządku - wyjaśnił.
- Och… - wyrwało mi się. - To… miłe - przyznałem zdumiony jego postawą. - Mam na myśli to, że nie skreśliłeś mnie i postanowiłeś się mną zainteresować, nawet jeśli sprzedałem swoją duszę diabłu - sprostowałem.
- Póki jesteś przynajmniej jeszcze w jakimś stopniu żywy twoja dusza wciąż znajduje się w twoim ciele, a więc Kai nie może jej posiąść - kontynuował. - Tak długo, jak nie wpadnie ona w jego brudne łapska, sprawuję nad tobą opiekę.
Doceniałem jego gest. Jego zainteresowanie było naprawdę miłe. Właściwie to i tak byłem już stracony i to w dodatku na własne życzenie, więc Nihit mógłby się na mnie wypiąć i machnąć na mnie lekceważąco ręką, ale mimo wszystko ten postanowił sprawdzić, co się ze mną dzieje. To wydawałoby się niby nic… a jednak coś. W końcu musiał zadać sobie trochę trudu, żeby zejść na Ziemię, za którą, jak twierdził demon, skrzydlaci nie przepadali. Ponad to, jako outsider, który zawsze skrywał się gdzieś w zacienionym kącie pomieszczenia i który nie skupiał na sobie żadnego zainteresowania - no chyba że tego niezdrowego wynikającego z mojego wyglądu - potrafiłem docenić nawet taką “małą” rzecz, nad którą wielu z pewnością nawet by się nie pochyliło i nie pomyślałoby, żeby za nią podziękować.
- Teraz ci się zebrało, kurczaczku - prychnął brunet. - Teraz to już musztarda po obiedzie, wiesz? Nie no, trzeba ci przyznać, że wyczucie czasu to ty masz super, nie? - prychnął i zaśmiał się prześmiewczo. - Skoro tak dbasz o naszego kochanego Luvię, to powiedz mi, zlepku nuggetsów, gdzie się podziewałeś, kiedy z tym faktycznie nie działo się najlepiej? - wytknął mu, uśmiechając się przy tym krzywo, złośliwie. - Gdzie byłeś, kiedy Luvia umierał na zapalenie płuc? Dlaczego nie pomogłeś mu na czas? Gdzie wygrzewałeś swoje skrzydełka na słodko, kiedy rodzice właściwie wyrzucili własnego syna z domu przez brak tolerancji i akceptacji? - na pokaz przygarnął mnie do siebie. - Spóźniłeś się - syknął. - Teraz Luvia jest już w dobrych rękach i wychodzi na prostą - stwierdził, unosząc wysoko i dumnie głowę, będąc pewnym swego.
- Luvia umiera - blondyn ledwo powstrzymywał się od zgrzytania zębami ze złości.
- A co jest niby takiego strasznego w śmierci? - długowłosy przewrócił oczyma. - Wszyscy z jakiejś racji boją się śmierci, a przecież nie da się jej uniknąć. Jest naturalną kolejnością rzeczy - wzruszył ramionami. - Poza tym Luvia umiera tylko w ludzkim świecie, z którym ładnie zaczął się już żegnać; z którym miał szansę się pożegnać i rozstać w spokoju dzięki dodatkowemu czasowi, jaki dla niego uszczknąłem - zauważył. - Dzięki mnie Luvia wie też już, że Piekło nie jest takim złym miejscem i nie jest przerażony jego wizją. Prawdę mówiąc, to już nawet umówiliśmy się na kolację, kiedy ten zakończy wizytę w Bezpiece - wyszczerzył się szeroko, bezczelnie. - Więc widzisz, gołąbku, niby to ja tu robię za tego złego, a jednak koniec końców twoja bierność krzywdzi go bardziej niżby moja demoniczna interwencja - gdyby Kai był pawiem, stroszyłby teraz dumnie swój pawi ogon przed aniołem, który wyglądał, jakby był o krok od przylutowania brunetowi w twarz.
Nihit w ogóle jakoś się… zmienił. Kiedy widziałem go ostatnim razem był ucieleśnieniem definicji słowa “anioł” - bojaźliwy, spowity w biele, namawiający do dobra, nieskazitelny, czujący wstręt i odrazę do zła i grzechu - a teraz co? Wyglądało na to, że wyostrzył mu się słownik, a poza tym wyglądał, jakby nie dopisywał mu humor, co mogło być przyczyną tego, że na podłodze mogła pojawić się w krótkim czasie krew… lub zęby… albo jedno i drugie.
- Dobrze wiesz, że nie mogę tak dobitnie interweniować w życie śmiertelnika. Ty też nie powinieneś tego robić - przypomniał mu. - Sprawuję jedynie opiekę nad jego duszą. Nie mogę mu mówić, co ma robić, a czego nie - burknął.
- Widzisz, taka jest między nami zasadnicza różnica - Kai wyszczerzył się paskudnie i objął mnie mocniej. - Ja nie muszę się nikogo słuchać. Sam o sobie stanowię, gdyż mam wolną wolę podobnie jak i ludzie. Nie jestem ograniczony przez wolę Pana tak jak ty - prychnął pogardliwie. - Sam decyduję o tym, co powinienem, a co nie. A w ostatnim czasie tak się jakoś złożyło, że stwierdziłem, iż powinienem pomóc temu pokiereszowanemu przez życie chłopakowi i zrobić dla niego tyle, ile mi zostało w chwili obecnej; a więc przynajmniej przedłużyć jego czas na Ziemi - zacietrzewił się.
- Nie kłam w żywe oczy, bo twoje kłamstwa są zbyt oczywiste, demonie - sapnął blondyn. - Nie chciałeś mu pomóc, tylko chciałeś jego duszy. W końcu za każdą sprowadzoną do Piekła duszę dostajesz premię! - wypomniał mu. - Poza tym niby jak chciałeś mu pomóc? Sprowadzając na niego wieczne potępienie? - sarknął.
- Nie, każąc mu śpiewać hymny pochwalne aż do nadejścia Końca Ostatecznego - odgryzł się brunet.
- Lepsze hymny niż znak bestii na czole i zostanie strąconym do nicości w chwili, kiedy ten Koniec Ostateczny wreszcie nadejdzie - argumentował.
- Uuu… - zawył Kai. - Czyżby ktoś tu się nie mógł doczekać fajerwerków Apokalipsy? - spojrzał zdziwiony na swojego rozmówcę.
- Wiesz, czasami, kiedy myślę, że dzięki Ostatecznej Zagładzie zniknęłyby takie zakały jak ty, wtedy tak, naprawdę nie mogę się już doczekać nadejścia Końca - wyznał cierpko. Po minie mężczyzny siedzącego obok mnie mogłem wywnioskować, że sam nie spodziewał usłyszeć się takiej ostrej odpowiedzi, gdyż na jego twarzy odmalowało się czyste zdumienie. - Swoją drogą, tak mi wypominasz niedbałość, a jednak ty nawet pomimo posiadaniu przywileju wolnej woli też jakoś nie wstawiłeś się za Luvią, kiedy ten był w ciężkiej sytuacji - zauważył.
- My, tam na Dole, mamy braki w personelu - niezrażony długowłosy rozłożył bezradnie ręce. - W związku z tym żaden demon nie jest “przypisany” do człowieka, tak jak jest to ze stróżami. Gdyby u nas wprowadzili taką politykę, jak tam u was, na Górze, to chyba musiałbym “strzec” z… - zamyślił się na moment. - ...grubo ponad tysiąc śmiertelników na raz - westchnął ciężko. - Tak się jakoś złożyło, że kiedy Luvia nie miewał się najlepiej nie było mnie akurat w pobliżu, więc nie mogłem mu pomóc - wykaraskał się z potrzasku. - Poza tym, ty tak na chwilę czy planujesz na dłużej się wprowadzić? - zapytał kwaśno.
- Kończy mi się już przepustka, więc muszę niedługo wracać, ale to jeszcze nie koniec - zaznaczył. - Luvia, nie spoufalaj się z nim - polecił, posyłając mi zimne spojrzenie, od którego aż przeszły mnie dreszcze. 
Czułem się zagubiony w tej sytuacji… Swoją drogą, jak niby miałem nie spoufalać się z istotą, która spędzała ze mną niemal cały swój czas, poświęcała mi całą swoją uwagę i dzięki której wciąż byłem żywy?... w jakimś stopniu?... Może uczucia robiły ze mnie głupka, ale zapatrywałem się na bruneta jak na przyjaciela i nie mogłem, a przede wszystkim nie chciałem tego zmieniać. Poczucie bliskości drugiej osoby u boku było po prostu… przyjemne. Uspakajające. Do tego stopnia, że nawet wizja rychłej śmierci nie wydawała się już być taka straszna. Nie chciałem go stracić z czysto “moralnych” pobudek, z racji, że ten przez konwencję został sklasyfikowany jako ten zły. Poza tym nie dało się ukryć, że w istocie póki co nie zaznałem żadnej krzywdy czy szkody za sprawą demona. Ten był mi pomocny, był moim opiekunem.
Słowa anioła wzbudziły we mnie ciekawość, ale przy tym także zaniepokoiły mnie. “...to jeszcze nie koniec” - jak miałem to interpretować? Czy sam nie przyznał, że niejako miał związane ręce przez regulamin obowiązujący tam na Górze? Faktycznie coś planował czy to była tylko czcza gadanina? Nie byłem pewien, jednak uścisk Kaia, który nagle znacząco wzmocnił się na moim ramieniu podpowiadał mi, że blondyn mógł nie rzucać słów na wiatr. 
Czyżby zatem wychodziło, że ten opierzony kurczak nie był znowu aż taki święty, za jakiego chciał uchodzić?

mini-seria "Interesy z diabłem" Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE) x Luvia (Canival / Hiz)

Miałam opublikować to już wcześniej, ale obowiązki odciągają mnie od pisania T_T Mimo wszystko uważam, że tym razem wyjątkowo gładko poszło mi pisanie tego rozdziału, więc mimo wszystko nie jest najgorzej C;
Jak wam się podoba moja nowa kreacja Kai? ♥

Tytuł: "Interesy z diabłem"
Paring: Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE) x Luvia (Canival / Hiz) (+ gościnnie występuje Nihit)
Typ: mini-seria (zakładam ok. 3 części)
Gatunek: fantasy
Beta: -


Czy masz czasem takie nieodparte, wwiercające się poczucie, że wszystko, ale to absolutnie wszystko, czego byś się nie podjął, idzie źle? Że wszystko, czego się dotkniesz, zamiast zamieniać się w złoto, zamienia się w obrzydliwie ciepłą, cuchnącą kloakę, która przelatuje ci między palcami? I że mimo wszystko próbujesz złapać, i zatrzymać ów bezkształtną masę pomimo swojej niechęci i odruchu wymiotnego, która ta w tobie wzbudza?
To fajnie.
Nie, wcale nie jestem sarkastyczny. Ani nie próbuję być wredny. Właściwie to naprawdę cieszę się, że masz chociażby względne pojęcie o tym statnie, gdyż dzięki temu mamy ze sobą coś wspólnego i łatwiej będzie ci zrozumieć mnie oraz sytuację, w której przyszło mi się znaleźć.
W ostatnim czasie naprawdę wiele rzeczy poszło nie po mojej myśli. Nie dostałem pracy dorywczej, o którą się ubiegałem. Wyniki z egzaminów okazały się być znacznie niższe niż mógłbym sobie tego życzyć. Przez to z kolei moje szanse na dostanie się na wybrany przeze mnie uniwersytet malały. Musiałem pożegnać się z wizją studiowania w jednej ze szkół znajdujących się w czołówce rankingu uczelni wyższych, gdyż te najlepsze placówki ustalały wcześniejszy deadline dla napływających podań, który ja już oczywiście przegapiłem. Nie tyle nawet z własnej winy, co z winy mojego, psia mać, wychowawcy, który nie był łaskaw zająć się moją aplikacją na czas i nie wystawił mi referencji.
Swego czasu rozważałem możliwość studiowania za granicą, ale w tej kwestii teraz też mogłem się już tylko ugryźć w dupę, bo było po ptakach. Jakbym wciąż miał mało problemów na tle “zawodowym”, coś musiało spieprzyć się także na moim bardziej “prywatnym” poletku. Mianowicie, rzucił mnie chłopak - chłopak, z którym umawiałem się już od kilku lat, z którym planowałem wspólną przyszłość, nawet gdyby nie udało mi się dostać na żaden uniwersytet. Ten obiecał wyprowadzić się ze mną, jeśli ostatecznie zostałbym gdzieś przyjęty, a w razie mojego fiasku mieliśmy wziąć wspólnie kredyt i kupić te dwa mieszkania, które od dłuższego czasu mieliśmy na oku i na które już jakiś czas temu udało nam się odłożyć depozyt. Planowaliśmy wynająć ów mieszkania, spłacać raty kredytu dzięki czynszom płaconym przez wynajmujących, podczas gdy sami mieliśmy wyprowadzić się przynajmniej na jakiś czas do jakiegoś ładnego i słonecznego miejsca… może do Australii? Brzmiało naprawdę kusząco…
Wszystko to jednak szlag trafił, kiedy ten obwieścił mi krótko i zwięźle, przez sms’a, że nie chce się już więcej ze mną spotykać. Nie wyjaśnił przy tym nawet tego, czym była umotywowana jego nagła decyzji. Aby dopełnić obrazu tragedii dodam także, że moje kontakty z rodzicami, którzy nigdy nie mogli zaakceptować faktu mojej odmiennej orientacji seksualnej, dodatkowo się pogorszyły. W ostatnim czasie niemal non-stop się kłóciliśmy, co doprowadziło do tego, że w pewnym momencie zacząłem ignorować telefony od matki, będąc przekonanym, że ta wydzwaniała tylko po to, żeby znowu mnie zwymyślać. Ojciec całe szczęście nigdy nie dzwonił. Był zbyt “dumny”, żeby wybrać numer syna, który okazał się być wielkim rozczarowaniem i nie był “prawdziwym mężczyzną”.
W wirze tego niekończącego się nieszczęścia jakimś cudem udało mi się zaliczyć teoretyczną część egzaminu na prawo jazdy. Z tą praktyczną poszło mi już jednak nieco gorzej. Oblałem, co wiązało się z tym, że musiałem zapłacić za ponowne podejście, a w chwili obecnej naprawdę nie śmierdziałem groszem. Czynsz za moje śmiesznie małe mieszkanko wzrósł w przeciwieństwie do mojego śmiesznie niskiego wynagrodzenia, jakie otrzymywałem jako kelner w kafejce na pół etatu. Szukałem czegoś lepiej płatnego, jednak, jak już wspomniałem, moje starania spełzły na niczym. Zmuszony byłem do radzenia sobie samodzielnie, gdyż moi rodzice odmówili mi wszelkiej pomocy finansowej, będąc przekonanymi, że zwyczajnie “poprzewracało mi się we łbie od tego dobrobytu” i że “wrócę do normalności po tym, jak zaznam trochę trudu prawdziwego życia”. Cóż, pomylili się. Podobny stan rzeczy utrzymywał się już od dłuższego czasu i nic nie wskazywało na to, żeby w przyszłości miało się coś zmienić pod tym względem.
Złapałem doła, jak jeszcze chyba nigdy w życiu. Właściwie to naprzemiennie tylko zgrzytałem zębami ze złości albo płakałem w poduszkę jak małe dziecko. Wiedziałem, że moja postawa była godna pożałowania, ale nie mogłem zapanować nad targającymi mną emocjami. Stałem się jeszcze bardziej wyalienowany, mimo iż wcześniej byłem już dość mocno wycofany ze społeczeństwa. Stałem się niemal skrajnym introwertykiem, unikałem ludzi. Nie lubiłem ich towarzystwa. Denerwowała mnie nawet sama świadomość tego, że ci znajdywali się gdzieś w pobliżu. Z tego powodu nie mogłem nawet za bardzo wypocząć we własnym mieszkaniu, gdyż wciąż słyszałem odgłosy pary zza jednej ze ścian, która okazywała sobie wzajemnie swoją miłość w sposób fizyczny lub hałas towarzyszący imprezom studenckim zza drugiej ze ścian. Jednym i drugim zazdrościłem. Zazdrościłem im tej miłości, tej drugiej osoby, którą mogli obdarzyć uczuciem. Zazdrościłem im tego grona znajomych i przyjaciół, tego, że dostali się już na jakąś uczelnię i mieli za sobą całe to papierowe piekło, z którego ja wciąż nie mogłem się wyplątać.
Byłem… samotny.
Cholernie samotny.
I smutny.
Potrzebowałem z kimś porozmawiać, do kogoś się przytulić, zaufać komuś. Niestety, pech chciał, że nauczony przez życie stałem się bardzo podejrzliwy i zwykłem trzymać język za zębami. Bo ludzie nie lubili słuchać, kiedy coś szło źle. Nie pytali: “Jak leci?” po to, aby faktycznie słuchać przedłużających się historii z twojego życia. Oczekiwali jedynie zdawkowej odpowiedzi: “Dobrze.” i pytania zwrotnego o dokładnie to samo. Pusta grzeczność.
Oni zawsze dostawali ode mnie to, czego chcieli. Szkoda, że nie była to transakcja wiązana działająca w dwie strony, gdyż ja z kolei nie dostawałem praktycznie nigdy tego, czego pragnąłem od nich. Oni zawsze słyszeli padające z moich ust: “Dobrze.”, niezależnie od tego, jaka była prawda, jak bardzo nieprawdziwe były to słowa, jak źle działo się w moim życiu, jak bardzo mnie to bolało i wreszcie, jak wiele mnie to kosztowało. Nikt nigdy nie wypytywał dalej. Nie dociekał, nie szukał prawdy. Zadowalali się prostym i oczywistym kłamstwem.
Wygodnickie świnie.
Swoistą wisienką na torcie tego przekrzywionego tortu, który tylko czekał, aby w końcu położyć się z plaskiem na podłodze, była moja choroba. Zaczęło się niewinnie, od grypy i gorączki. Z początku ignorowałem katar i ból gardła, a przynajmniej starałem się, wmawiając sobie, że w końcu “samo przyszło, samo przejdzie”. Ponad to mówiło się, że katar leczony trwa siedem dni, podczas gdy nieleczony tydzień, więc nie widziałem sensu w inwestowanie ostatnich zaskórniaków w leki, których największą dzielącą je różnicą był kolor opakowania.
Oczywiście okazałem się być w błędzie, gdyż kiedy w końcu znalazłem się w takim stanie, iż sam uznałem, że to najwyższy czas, aby odwiedzić lekarza, zostałem zdiagnozowany z zapaleniem płuc. Został przepisany mi antybiotyk, który wykupiłem z wielkim bólem serca. I tak oto dogorywałem już od przedłużającego się w nieskończoność czasu w łóżku. Nie chodziłem ani do szkoły, ani do pracy, gdyż miałem nie lada problem wygrzebać się spod pierzyny, żeby wyjść do toalety, a co dopiero na zewnątrz i ruszyć w betonową dżunglę. Dni upływały mi szybko, gdyż znaczną ich część zwyczajnie przesypiałem. Pomimo tego, ile spałem, wciąż nie miałem się lepiej. Nie jadłem, gdyż nie miałem siły na eskapady do mojej miniaturowej kuchni, w której i tak wiał tylko halny. Nie miałem też sił na gotowanie, a właściwie nie odczuwałem nawet za bardzo głodu, więc nie przejmowałem się takimi trywialnymi rzeczami jak jedzenie.
Z trudem przewróciłem się na drugi bok, jęcząc przy tym cicho. Byłem tak zachrypnięty, że ledwo dało się mnie słyszeć. Przykryłem się szczelniej kołdrą, chroniąc się przed wścibskimi, wręcz nachalnymi dłońmi zimna, które zawsze wsuwały się pod pierzynę, kiedy tylko straciłem na moment czujność, kiedy między mną a przykryciem powstała jakaś niechciana szczelina. Było mi słabo. Bolała mnie głowa, a ciemność rozlewająca się pod moimi powiekami zdawała się bujać niczym spokojna tafla wody na jeziorze. Odnosiłem przez to nieprzyjemne wrażenie podobne do choroby morskiej, gdyż mój ściśnięty żołądek fikał koziołki, a w głowie mieszało mi się zupełnie tak, jakby ciemna woda chlupała sobie radośnie między moimi uszami w przestrzeni międzyczaszkowej, w miejscu, w którym, dałbym sobie rękę uciąć!, kiedyś znajdywał się mózg.
Wtem niespodziewanie poczułem, jakby ktoś pogładził mnie po głowie. Zdumiony i zaalarmowany zarazem zmusiłem się do podniesienia żelaznej kurtyny powiek, co było nie lada wyczynem w moim obecnym stanie. W pierwszym momencie światło dnia dochodzące mnie zza niezasłoniętych okien oślepiło i zakuło mnie boleśnie w oczy. Potrzebowałem chwili, żeby mój obraz wyostrzył się.
Ze zdziwieniem dostrzegłem przede mną średniego wzrostu, szczupłego blondyna o niemal białych włosach. Bardzo drobne, wąskie usta stanowiące malinową kreskę na alabastrowym płótnie jego twarzy były wygięte niemal w idealny kształt litery “U”, jakby narysowało je dziecko. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że cienkie usta delikatnie rozciągnięte pod równie cienkim i prostym, niczym narysowanym od linijki nosem, układały się tak zapewne w grymasie, który miał zostać odczytany jako przyjazny uśmiech. Intensywnie zielone oczy spoglądały na mnie spokojnie, litościwie z ciemnej oprawy długich rzęs. Nieznajomy ubrany był w białe spodnie oraz biały golf, a na jego nieskazitelnym, jasnym ubraniu odznaczał się jedynie prosty naszyjnik, który był czarny, gruby rzemyk z zawieszką w postaci połyskującego kryształu w kształcie wypukłego rombu. Blondyn przykucnął tuż przy moim łóżku i gładził mnie po skołtunionych, z pewnością dalekich od świeżości włosach.
- Spokojnie, nie bój się… - zaczął miękkim głosem, jednak ja nie zamierzałem pozwolić mu kontynuować.
Momentalnie zerwałem się do siadu pomimo obezwładniającej migreny oraz lodowatych objęć temperatury panującej w pokoju, które ścisnęły mnie tak, jakby mogły się za mną stęsknić.
- Kim jesteś i jak żeś tu wlazł?! - wydusiłem z siebie tak schrypnięty, że aż przypominałem wokalistę heavy metalowego zespołu podczas koncertu.
- Spokojnie… - powtórzył. Uniósł przeraźliwie blade dłonie w pokojowym geście.
- Żadne “spokojnie”! Dzwonię na policję! - oznajmiłem bez namysłu rozglądając się po materacu w poszukiwaniu telefonu. Wtem dobiegł mnie zduszony śmiech z przeciwległego kąta pomieszczenia.
- Czekaj, czekaj… Niech no sobie przypomnę... jak to szło? “Zostaw to mnie. Mam wprawę. Jestem profesjonalistą.”? - drugi nieznajomy wybuchnął gromkim śmiechem, na co blondyn naburmuszył się.
W pierwszym momencie dostrzegłem tylko kaskadę długich, czarnych włosów, które zwisały aż do podłogi, kiedy zaśmiewający się typ giął się w pasie, wspierając dłonie na własnych kolanach. Chwilę później ten odgarnął je z powrotem do tyłu odsłaniając przede mną swoją twarz i wyprostował się z trudem. Kolejnym nieproszonym gościem okazał się być wysoki, szczupły, choć już nie tak chorobliwie chudy mężczyzna o popielatej cerze, na której wyraźnie odznaczały się czarne malunki układające się w lustrzane odbicie kanciastej litery “j” pod obojgiem jego oczu oraz odwróconym krzyżem wiszącym tuż nad oczami, pomiędzy jego brwiami. Same oczy miał zielone tak jak i jego towarzysz, jednak zupełnie inne - dużo bardziej wyraziste w swojej barwie, jaśniejsze, żywsze i lśniące niczym klejnoty, przez co przypominały mi dwie kulki nefrytu osadzone w jego oczodołach. Pod małym, delikatnie spłaszczonym nosem widniała czarna, wąska kreska ust, która rozciągała się szeroko na blade, chude policzki ukazując przy tym białe, długie, wąskie zęby, z których każdy jeden zakończony był w szpic. Jego uśmiechowi znacznie bliżej było do wilczego niżby do ludzkiego. Było w tym coś niepokojącego. Nawet bardzo.
Pod dolną wargą nieznajomego bruneta lśniła oleiście czarna kulka kolczyka. Podobne refleksy dochodziły z jego uszu o nienaturalnym, spiczastym kształcie, w których tkwiło po kilka, a nawet kilkanaście kolejnych, metalowych ozdób. Mężczyzna nosił kilka bransoletek na obu nadgarstkach, kilka masywnych pierścieni oraz naszyjnik w postaci sporych rozmiarów krzyża zwisającego gdzieś w okolicach jego mostka na grubym, czarnym sznurku. Ubrany był w skórzaną kurtkę, spod której wystawała naga pierś i brzuch przyozdobione w niektórych miejscach tatuażami. Do kompletu nosił skórzane spodnie podtrzymywane przez pasek o masywnej, obłej sprzączce.
Nie mogłem poszczycić się kilometrową listą znajomych, toteż mogłem mieć pewność, że ci dwaj dziwacy z pewnością się na niej nie mieścili. Z równie wielkim przekonaniem mogłem odhaczyć pomysł, że to jakiś nietypowy żart tego nielicznego grona, które odzywało się do mnie od święta nieco częściej niż tylko wtedy, kiedy było do tego zmuszone lub mogło dzięki temu coś zyskać i które w chwili obecnej postanowiło zaszaleć z wyglądem. Co tu się, do cholery jasnej, wyprawiało?! Kim byli i co robili ci modele specjalnej troski w moim domu?!
- Nie pomagasz, Kai - syknął blondyn.
- No pewnie, że nie - prychnął rzekomy Kai. - W końcu nie jestem tu od pomagania. Od wyciągania pomocnej dłoni to ty tu jesteś, aniołku - przewrócił oczyma. - Moja demoniczna natura nakazuje mi raczej przeszkadzać i utrudniać… w zasadzie wszystko, co się da - parsknął.
- Czego chcecie? - odezwałem się ponownie, mimo iż moje zdarte gardło zdecydowanie nie było z tego powodu zadowolone.
- Pomóc ci - zapewnił ubrany na biało nieznajomy, chwytając mnie za dłoń, pogłębiając uśmiech i totalnie ignorując swojego towarzysza.
- Jakbyś chciał chłopakowi pomóc to podałbyś mu numery na loterię na przyszły tydzień i znalazłbyś mu jakąś dzierlatkę na pocieszenie złamanego serduszka - fuknął, zakładając ręce na piersi.
- “Dzierlatkę”? - warknął blondyn. - Kai, idioto, czy ty w ogóle czytałeś akta?! - zirytował się. - Przecież on jest… - zająknął się i spojrzał na mnie niepewnie. Cud, że jeszcze nie cofnął dłoni. - No wiesz… - zafrasował się.
- Woli chłopców? - domyślił się brunet. - Jakby mnie to robiło jakąkolwiek różnicę - wzruszył ramionami i bezpardonowo klapnął na krawędzi mojego łóżka, usadawiając się w moich nogach. - A tak swoją drogą to akta czytałem! - uniósł palec wskazujący w górę, jakby podkreślał bardzo ważną dla niego rzecz. - ..tylko nie miałem tej przyjemności ich skończyć… - przyznał z miną nie zdradzającą ani krzty zawstydzenia czy skruchy. - Jakoś tak wyszło, że pod kotłem zaczęło przygasać i musiałem dołożyć do ognia… no a że chwyciłem pierwsze lepsze papiery leżące na stole, które nawinęły mi się pod rękę… - westchnął, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok.
- Spaliłeś akta?! - Pan Spokojny nie przypominał samego siebie sprzed kilku chwil już ani trochę i zerwał się na równe nogi, piorunując spojrzeniem swojego rozmówcę.
- Przypadki chodzą po ludziach - skwitował, rozkładając bezradnie ręce. - I, jak widać, nie tylko po nich… - wzruszył ramionami, po czym rozparł się wygodnie i w końcu łaskawie raczył zwrócić uwagę na mnie. - Hej - pomachał mi z szerokim uśmiechem. - Sorry za tę całą niepotrzebną szopkę z Nihitem - machnął ręką na blondyna. - Odwołaj gliny, a obiecuję, że zaraz wszystko ci tu wyjaśnimy - pokiwał głową, jakby zgadzając się z własnymi słowami. - To jak? Wolisz teatralne lamenty Pana Opierzonego - skinął głową w stronę drugiego chłopaka - czy mam ci to wszystko zwyczajnie wyjaśnić, kawa na ławę? - zapytał. Oburzony Nihit chciał się wtrącić, ale ja go ubiegłem.
- Kawa na ławę - zadecydowałem, orientując się, że brunet faktycznie może być bardziej bezpośredni, co oszczędziłoby mi słuchania zbędnych, kwiecistych poematów, z których w moim obecnym stanie i tak z pewnością zbyt wiele bym nie wysupłał.
- I słusznie! - zawołał entuzjastycznie w odpowiedzi. - No, to stawiając sprawę jasno… - zrobił efektowną pauzę. - Umarłeś - wzruszył ramionami, a ja spojrzałem na niego jak na osobę niespełna rozumu. - Dokładniej rzecz ujmując to jeszcze nie umarłeś, ale umierasz. Właściwie jesteś już jedną nogą w grobie, dlatego przyszliśmy targować się o twoją duszę - uśmiechnął się promiennie na koniec swojego wywodu.
- C-co? - wydusiłem z siebie z trudem. Chyba ktoś ma tu nierówno pod sufitem… - Niby jak? - podniosłem jedną brew w niedowierzaniu.
- No normalnie - kontynuował niezrażony. - Póki jeszcze jesteś w miarę na chodzie przedstawimy ci wizję Piekła i Nieba i w zależności od twojego wyboru oraz uczynków dokonanych za życia osądzimy twoją duszę - założył nogę na nogę.
- Mógłbyś być nieco bardziej taktowny, wiesz? - prychnął blondyn. - Nie bój się - zaczął mnie uspokajać. - Jesteśmy tu, żeby ci pomóc dokonać jak najlepszych decyzji - zapewnił i również przysiadł na krawędzi mojego materaca, po czym przygarnął mnie do siebie niczym miłosierna matka.
- Ale chwila, moment!... - wyrwałem się z objęć tego, który z tej dwójki zdawał się uchodzić za anioła. - Że niby jak umarłem? - nie mogłem i przede wszystkim nie chciałem się w tym wszystkim połapać.
- No na zapalenie płuc - odezwał się Kai tonem, jakby mówił o najoczywistszej rzeczy na świecie. - Ha, widzisz! - wytknął Nihita. - Tyle jeszcze pamiętam, więc to dowód, że czytałem akta! - wykrzyknął dumny z siebie, na co ten drugi jedynie wywrócił oczyma i sapnął ciężko.
- Na zapalenie płuc? - powtórzyłem zdziwiony. - Przecież nie żyjemy już w średniowieczu! To niemożliwe! - argumentowałem.
- Jak się nie bierze regularnie antybiotyku i mieszka się w nieogrzewanym mieszkaniu, to tak jest - demon rozłożył bezradnie ręce. Wytrzeszczyłem na niego oczy w niedowierzaniu. - Nie płaciłeś za ogrzewanie, to ci je odcięli - wyjaśnił.
- Cudownie… - mruknąłem, pozwalając sobie z powrotem opaść ciężko na nieświeże poduszki.
Najwyraźniej dostałem tak wysokiej gorączki, że miałem omamy - mało tego, ucinałem sobie z nimi jakieś dysputy! Oj, nie jest ze mną dobrze, nie jest… Może to już czas, żeby zadzwonić po pogotowie, żeby zabrano mnie do szpitala? Może tam pod opieką lekarzy i pielęgniarek szybciej doszedłbym w końcu do siebie?
- Dobra, to zacznijmy może od tego czy lubisz śpiewać hymny pochwalne? - zapytał znienacka długowłosy. W odpowiedzi spojrzałem na niego pobłażliwie, ale kiedy ten nie ustępywał pokręciłem w końcu przecząco głową. - No i cudnie! Jeden-zero dla mnie, Nihit! - wytknął czarny język blondynowi. - W Niebie musiałbyś śpiewać je codziennie przynajmniej trzy razy na dobę. Od święta nawet częściej - wyjaśnił widząc niezrozumienie malujące się na mojej twarzy.
- Ale wybierając Piekło staniesz się potępieńcem! - wzniósł lament anioł, spoglądając zawistnie na drugiego mężczyznę.
- A co to niby znaczy? - burknąłem.
- Że będziesz miał takie cacko na stałe - wskazał na własne czoło, gdzie malował się odwrócony krzyż. - Ale jak ci to przeszkadza, to możesz zakryć to jakimś podkładem, korektorem czy czym tam chcesz… - machnął lekceważąco ręką. - Co prawda jest to rozwiązanie czasowe, ale póki co wystarczająco dobre, żeby pozwolić demonom wcielić się do ludzkiego społeczeństwa bez podejrzeń - dodał.
- “...wcielić się demonom do ludzkiego społeczeństwa…” - powtórzyłem. - Co?! - zamrugałem kilkakrotnie skonsternowany. - Dlaczego wy tu w ogóle jesteście, kiedy jeszcze żyję? Czy takie osądy nad czyjąś duszą nie powinny mieć miejsca, kiedy ta osoba będzie już martwa?... tak całkowicie? - dopytywałem.
- Kiedy umrzesz, twoja dusza uleci i nie będziemy mogli się już z tobą skontaktować - wyjaśnił Nihit.
- Jak już tak oficjalnie kopniesz w kalendarz, to zbyt wiele z ciebie nie wyciągniemy… no chyba, że organy na transplantację... - wzruszył ramionami brunet, po czym ułożył się wygodnie w moich nogach w pozycji półleżącej.
- Kai! - skarcił go blondyn.
- Obecny! - zaśmiał się demon. - A ty tak w ogóle skłaniasz się bardziej w którąkolwiek ze stron? - dopytywał mężczyzna ubrany w skóry.
- Nie chcę umierać! - zaskrzeczałem, a do oczu napłynęły mi łzy.
- No jasne, że nie chcesz. Z jakiejś racji nikt tego nie chce - westchnął ciężko brunet. - Ech, dlaczego zawsze musimy dojść do tego stereotypowego, sztampowego momentu, który przyprawia mnie tylko o niestrawność? - przewrócił oczyma.
- Na litość Pańską, Kai, uspokój się! - Nihit ledwo powstrzymał się od zdzielenia towarzysza po łbie. - Przecież wiesz, że to dla Luvii ciężki moment! - obruszył się, a ja spojrzałem na niego wdzięcznością.
- A dla mnie to niby nie jest ciężki moment? - prychnął w odpowiedzi. - W przeciwieństwie do ciebie, księżniczko, ja mam do obrobienia podobnych delikwentów przynajmniej dwunastu w tygodniu. Nie wspominając już o tym, że pracuję siedem dni w tygodniu, a nie trzy tak jak ty - zaczął się skarżyć. - Poza tym, gdybym chciał być wyjątkowo wredny, mógłbym przyczepić się do tego, że ostatnio wziąłeś sobie nawet chorobowe… - wypomniał mu.
- A co? Miałem przyjść do klient chory? - spojrzał na rozmówcę jak na idiotę. - Żeby go zarazić?
- Wiesz, jakoś wątpię, żeby któremukolwiek z nich to przeszkadzało. W końcu w większej mierze i tak są już martwi. Nie da się pogorszyć ich stanu - bezdusznie wzruszył ramionami.
Nie podobało mi się, co tu się wyrabiało. Nie przypadła mi do gustu wizja mojej własnej śmierci sama w sobie, ale to jeszcze nie wszystko. Nie byłem zadowolony także z tego, jak ci się do mnie odnosili. Anioł z demonem prowadzili między sobą jakieś utarczki słowne zamiast skupić się na mnie, na mojej duszy, wyjaśnić mi, co tak właściwie się dzieje i co stanie się ze mną w najbliższej przyszłości. Wydawało mi się, że ci powinni próbować przeciągnąć mnie na swoją stronę, podczas gdy przynajmniej póki co Kai zadowalał się irytowaniem blondyna, który na chwilę obecną bardziej przypominał zwykłego nerwusa niżby posłańca z Krainy Po Drugiej Stronie Tęczy.
Odchrząknąłem znacząco z powrotem skupiając ich uwagę na sobie. Zaraz jednak pożałowałem porwania się na właśnie taki a nie inny krok, gdyż moje gardło stanęło w płomieniach bólu, jakby ktoś wetknął mi pochodnię do ust.
- Nie przeszkadzam? - syknąłem poirytowany. - Może wyjdziecie i wrócicie, kiedy już skończycie swoje porachunki? - zaproponowałem. - Albo jeszcze lepiej, wyjdziecie i już w ogóle nie wrócicie? - założyłem ręce na piersi.
- Och, Luvia, wybacz… - Nihit pokajał się.
- No sorry, książątko - demon ziewnął rozdzierająco. - Mama cię nie nauczyła, że nie można być zawsze w centrum uwagi? - wyszczerzył się krzywo, za co w rewanżu został spiorunowany przeze mnie morderczym spojrzeniem. - No okej, niech ci będzie; moja wina, moja wielka wina - rzucił sarkastycznie, uderzając się pięścią w pierś. - Lubię tę robotę, ale czasami bywa ona męcząca. Szczególnie, kiedy raz za razem powtarzasz ten sam scenariusz - usprawiedliwił się. - Poza tym mamy braki w szeregach po naszej stronie - kontynuował. - Jak się pewnie domyślasz, z jakiejś racji więcej ludzi wybiera Niebo i jakoś tak wyszło, że w Piekle to została nas już niemal garstka… - westchnął.
- Chwila… To znaczy, że Niebo można sobie “od tak po prostu” wybrać? - zdziwiłem się. - Jeśli po prostu powiem, że chcę tam pójść to… tyle? To będzie załatwione? - spojrzałem z nadzieją na anioła.
- Nie do końca… - przyznał blondyn. - Oczywiście uwzględnimy twój wybór w aplikacji pośmiertnej, ale to jeszcze nie kończy sprawy.
- Czego jeszcze ode mnie potrzebujesz? - zapytałem.
- Ej, ja też tu jestem! - wtrącił się brunet. - Niebo nie jest jedyną opcją! Poza tym sam przyznałeś, że nie jesteś fanem hymnów pochwalnych! - zauważył. - No i to nie tak, że w Piekle będziesz cierpiał wieczne katusze - zaznaczył.
- Nie? - zdziwiłem się. - To co się tam robi? - zainteresowałem się.
- Nie słuchaj go! - Nihit ujął moją twarz w dłonie i zmusił mnie, żebym spojrzał na niego. - Nie możesz pragnąć potępienia! To jest złe! Sprzeczne z Boskim planem stworzenia człowieka! - lamentował. - Tylko prawdziwi zwyrodnialcy, degeneraci i ci, którzy sobie na to zasłużyli trafiają po śmierci do Piekła! - zawołał.
- Grabisz sobie, opierzony kurczaku, oj grabisz… - warknął niskim głosem demon. - Zważaj na słowa albo zaraz mogę pomylić cię z kurą na rosół - burknął.
- Nie strasz, nie strasz, bo… - anioł odchrząknął znacząco, nie chcąc kończyć. - Nie możesz iść do Piekła - zwrócił się z powrotem do mnie. - Pan stworzył wszystkie istoty dobrymi. Stworzył je na Swoje podobieństwo. Te, które stały się złe, wyrzekły się Jego imienia - przemówił wzniośle.
- Ty, gołąbku - ponownie wtrącił się wciąż nabzdyczony brunet - a ty mu tak gadasz, a sam nawet nie wiesz czy mu tam przypadkiem gruszek na wierzbie nie obiecujesz - zauważył. - Nawet nie sprawdziłeś jeszcze listy jego uczynków, więc nie wiesz czy z miejsca nie zostanie odrzucony przez komisję - mruknął.
- Jaką komisję? - dopytywałem.
- Widzisz, skarbie - demon przysunął się do mnie, odciągając mnie od blondyna - my jesteśmy w tej wielkiej grze tylko pionkami - wzruszył ramionami. - Wypełniamy kwity, podbijamy papiery pieczątkami, ale decyzje podejmowane są bez naszego udziału - wyjaśnił. - Każdy z nas ma swój formularz do wypełnienia - wyciągnął zza pazuchy pomięty kawałek papieru. - No wiesz, standardowo, imię, nazwisko, wyznanie, czas zgonu… - machnął ręką. - To, co nas jednak najbardziej interesuje to, to gdzie chcesz trafić po śmierci i czego dokonałeś za życia. Jeśli aplikujesz do Nieba, to twój formularz jest rozpatrywany przez Niebieski Urząd, gdzie te przerośnięte kurczaki będą debatować nad tym czy byłeś wystarczająco dobrym człowiekiem, aby pójść do Raju. Mają tam jakieś swoje zasady czy coś… a przynajmniej tak kiedyś słyszałem - wyszczerzył się złośliwie do Nihita, który zmrużył groźnie oczy. - Jeśli twoje podanie zostanie rozpatrzone pozytywnie, to trafisz tam, gdzie chcesz. Jeśli nie…
- Trafię do Piekła? - przerwałem mu.
- Nie, złotko - pokręcił głową. - Tu nie ma tak pięknie. To nie tak, że wszyscy mają gwarantowane miejsce w Piekle. My też mamy swoją biurokrację - westchnął. - Twoje podanie może zostać wysłane za moim względnym przyzwoleniem do Bezpieki Pandemonium - tłumaczył. - Tam też ktoś wyżej postawiony ode mnie będzie dumał nad tym czy nadajesz się do Piekła, czy też nie.
- To do Piekła można się nie dostać? - zapytałem zszokowany.
- Zdziwiłbyś się, ile wniosków zmuszeni jesteśmy odrzucić - westchnął ponownie. - Od święta zdarza się, że ktoś wybiera Piekło, ale jego najgorszym występkiem było zabicie muchy, toteż uchodzi za “nazbyt świętego” w naszym systemie i wtedy jesteśmy zobligowani wysłać aplikację do Niebieskiego Urzędu, niezależnie od tego, co my, demony, czy nawet sam człowiek o tym sądzi. Znacznie częściej zdarza się jednak, że trafiamy na takiego delikwenta, który tyle nawywijał za życia, że Bezpieka nie chce mieć z nim nic wspólnego. Wiesz… w gruncie rzeczy nikt nie chciałby brać odpowiedzialności za psychicznie chorych, seryjnych morderców i gwałcicieli… - mruknął.
- Co dzieje się z tymi, którzy nie dostaną się ani do Nieba, ani do Piekła? - dociekałem.
- Nie zdarza się to zbyt często i nie musisz się obawiać o to, że skończysz w ten właśnie sposób, gdyż ten wariant dotyczy głównie prawdziwych szaleńców i okrutników - wyznał Kai. - Ostatecznie lądują jednak oni na Brunatnych Łanach. To takie odbicie lustrzane Błękitnych Łanów… odbicie krzywego zwierciadła - wyjaśnił. - To miejsce dla niereformowalnych śmieci. W gruncie rzeczy bezkresna pustka - rozłożył bezradnie ręce. - Zesłani tam skazani są na wieczną i bezcelową tułaczkę aż do końca istnienia Wszechczasów - pogładził mnie po głowie jakby w pocieszającym geście.
- To może weźmy się już za formalności, co? - zaproponował anioł, któremu widocznie nie podobała się moja bliskość z brunetem.
Blondyn, w przeciwieństwie do demona, wyjął elegancko złożony skrawek papieru z kieszeni. Jeden przez drugiego wypytywali mnie o formalności takie jak imię, adres zamieszkania, imiona rodziców, wiek, wzrost, waga… uch, było tego od groma! W chwili, kiedy myślałem, że zaraz zapytają o mój numer buta, ci zamilkli. Zaciekawiony zerknąłem przez ramię Nihitowi, żeby zorientować się, że ten wypełniał właśnie rubryczkę zatytułowaną “przyczyna zgonu” i wpisywał w niej “zapalenie płuc”. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Jak w XXIw. żyjąc w cywilizowanym kraju można było kopnąć w kalendarz przez zapalenie płuc?
Zerkając tak ponad jego ramieniem dopatrzyłem się także dość obszernego pola, w którym anioł mógł wyrazić swoją opinię na mój temat. Domniemałem, że jego “referencje” mogły zaważyć na tym czy moja aplikacja zostałaby rozpatrzona pozytywnie, czy też nie.
- Powiedział, że nie lubi śpiewać hymnów pochwalnych, więc jeden dla mnie… - mruknął Kai stawiając na kartce pionową kreskę, zupełnie jakby liczył punkty zebrane w grze.
- Lubisz zapach siarki? - zapytał znienacka anioł.
- Nie... - przyznałem zgodnie z prawdą.
- Więc jeden dla mnie - Nihit uśmiechnął się z wyższością, stawiając identyczną pionową kreskę na swojej kartce. Brunet przewrócił na to oczyma.
- Wszyscy ludzie muszą przez to przechodzić? - zainteresowałem się.
- Nie, nie wszyscy - odparł demon. - Niektórzy już za życia zostają naznaczeni jako święci przez anioły i idą od razu do Nieba. Na podobnej zasadzie ci, którzy związali się paktem z demonem od razu idą do Piekła - wyjaśnił. W odpowiedzi pokiwałem ze zrozumieniem głową.
- A ty, Luvia, chciałbyś iść do Nieba, tak? - upewnił się anioł zanim wypełnił kolejną rubrykę.
Zawahałem się. Wiem, że każdy inny lub przynajmniej znaczna większość ludzi odpowiedziałaby na podobne pytanie twierdząco, jednak problem polegał na tym, że ja wcale nie widziałem samego siebie pośród stadka aniołków z aureolami w ostrych, złotych promieniach słońca…
- Ha, jednak stoi po mojej stronie! Zuch chłopak! - zawołał szczerze uradowany brunet widząc niepewność malującą się na mojej twarzy.
Blondyn spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Już chciał zacząć krzyczeć, że przecież nie wolno mi iść do Piekła, jednak widząc brak przekonania w moim spojrzeniu zaraz spuścił z tonu i uspokoił się. Wcale nie chciałem być potępionym. Właściwie… to ja nie chciałem być nikim. Chciałem zostać tu, gdzie byłem - na Ziemi. Chciałem pozostać człowiekiem. Żywym. W końcu wciąż byłem jeszcze młody - zdecydowanie zbyt młody, żeby umierać!
Kai przestał cieszyć się jak głupi. Zrozumiał, że wciąż byłem najzwyczajniej w świecie zagubiony i nie potrafiłem podjąć decyzji.
- A… nie dałoby się jeszcze tego jakoś odroczyć w czasie? - zapytałem z nadzieją.
- Niestety twój czas zbliża się wielkimi krokami… - zaczął ostrożnie blondyn. - Możliwe, że za godzinę lub dwie będzie już za późno...
- No wybacz stary, ale komu biją w dzwon, temu… - zaczął brunet, ale nie skończył nagle urywając. - Chociaż z drugiej strony… - zamyślił się na moment, przykładając palec do brody.
- Co takiego? - zapytałem szybko.
- No jakby nie patrzeć, jeszcze nie jesteś martwy… umierasz, ale wciąż jeszcze tli się w tobie jakiś płomyczek życia - uśmiechnął się. - Dlatego właśnie mógłbyś przystąpić do paktu ze mną - zaproponował.
- O nie, co ty wygadujesz, Kai! Nie ściągaj go na złą drogę! - zbulwersował się anioł, ale ja uciszyłem go machnięciem ręki.
- Jaką umowę? - dopytywałem. - Mógłbyś wydłużyć moje życie? - zapytałem wpatrując się w niego roziskrzonymi oczami.
- Mógłbym - odparł pewnie. - Niestety, nie mogę dać ci pożyć dużo dłużej - rozłożył ręce. - Nie mogę odraczać twojej śmierci w nieskończoność. Nie mam za wiele w tej kwestii do powiedzenia, bo o tym, kto, jak i kiedy umiera decyduje sama Jasność - wzruszył ramionami. - Rozumiesz? Z Szefem nie wygrasz… - westchnął wskazując wymownie sufit. - Ale mogę zaoferować ci przynajmniej kilka tygodni życia, jeśli podpiszesz ze mną kontrakt - zaproponował. - Co ty na to?
- Luvia, jeśli będziesz pertraktował z demonem, zostaniesz po śmierci z miejsca strącony do Piekła i nie będziesz mógł wejść do Nieba! - zawołał przerażony Nihit. - Nie rób tego!
Kilka tygodni życia? To nie za dużo… wciąż jednak lepsze niż nic. W końcu w moim życiu działo się tak dużo! Miałem tak wiele spraw do posortowania, których nie chciałem zostawiać samych sobie! Nie wspominając już o niespełnionych marzeniach i snach, które zmuszony byłbym przekreślić, gdybym umarł tu i teraz… Ale czy gotów byłem poświęcić dla tych kilku tygodni w ludzkiej skórze swoje życie pośmiertne? Czy gotów byłbym pójść do Piekła?
- Tik-tak, czas ucieka, a to oferta objęta czasową promocją - mruknął brunet, kiedy ja na szybko kalkulowałem wszystkie “za” i “przeciw”.
- N-no dobrze, demonie… - zdecydowałem się w końcu i wyciągnąłem w jego kierunku lekko drżącą dłoń. - Zgadzam się. Nie chcę jeszcze umierać. Daj mi te kilka tygodni życia - westchnąłem ciężko.
- Wedle życzenia - Kai uścisnął moją dłoń, uśmiechnął się szelmowsko, a następnie ucałował jej grzbiet. - Wedle życzenia… - zachichotał, a mnie serce zabiło mocniej w piersi ze stresu. Czyżbym na pewno dokonał właściwego wyboru?
Przynajmniej dzięki temu kołataniu się w klatce żeber byłem pewny tego, że nie umarłem. Wciąż byłem żywy, nawet jeśli oznaczało to, że anioł spoglądał teraz na mnie szczerze rozczarowany, wręcz z jakąś odrazą i wstrętem. Nawet jeśli miało to oznaczać, że dalsza część mojego życia miała być kontrolowana przez demona...


***


- Cukiereczku - usłyszałem nad sobą przesłodzony głos Kaia, który postanowił obudzić mnie w bardzo brutalny sposób, co równało się z tym, że bezceremonialnie przysiadł sobie na moich żebrach pozbawiając mnie przy tym niemal oddechu - ja nie po to pozwoliłem ci machnąć tą parafkę na byczej skórze pod naszym kontraktem, żebyś ty teraz przesypiał mi cały ten czas, który dla ciebie uszczknąłem - burknął.
- Złaź! - wydusiłem z siebie skrzekliwie, próbując się pod nim przekręcić i tym samym zrzucić go z siebie. Brunet był jednak zwinny i nie dał mi się tak łatwo wyrolować. Moje wiercenie się wymusiło na nim tylko zmianę pozycji, przez co ten teraz siedział na moich biodrach okrakiem, kiedy przewróciłem się na plecy. Musiałem przyznać, że była to dość dwuznaczna pozycja, jednak mój towarzysz nijak się tym nie przejął i siedział sobie na mnie w najlepsze w spokoju.
- Dlaczego wciąż jestem chory? - zapytałem, chcąc skupić swoje myśli na czymś innym niż ciężar ciała mężczyzny w wiadomym miejscu.
- Kontrakt nie obejmował twojego ozdrowienia - wzruszył ramionami. - Czy ja ci wyglądam na pielęgniarkę? - prychnął, kiedy skarciłem go spojrzeniem. - Jestem demonem. Moja działka to raczej trucie i zabijanie niżby uzdrawianie i przywracanie do żywych. Jesteś moim królikiem doświadczalnym w tej dziedzinie - przyznał. - Jak chciałeś sprawdzone usługi, w dodatku full-service to było ugadać się z Nihitem - przewrócił oczyma.
- Co za szkoda, że nie wspomniałeś o tym rychło w czas… - zaciąłem usta w wąską kreskę niezadowolony.
- I tak w sumie nie miałoby to sensu - wzruszył ramionami. - Anioły zawiązują pakty z ludźmi rzadziej niż rzadko. Poza tym tylko wysoko usytuowani w hierarchii aniołowie cieszący się pewną dozą niezależności w swoich osądach i podejmowaniu decyzji mogą prawnie porwać się na taką rozpustę. Nihit w gruncie rzeczy jest odgórnie sterowanym robotem z białymi skrzydełkami. Dostaje rozkazy z Góry i nie ma nic do gadania. Nie musi też myśleć. Ma tylko wykonywać polecenia. Dlatego właśnie nie poszedłby ci na rękę, tak jak ja i nie paktowałby z tobą. W innym wypadku złamałby regulamin. A chyba sam już wiesz, że to właśnie Góra zachwyca się hasłami typu: “ład, zorganizowanie, porządek”, toteż zbyt wielu rebeliantów tam nie uświadczysz, nie? - uśmiechnął się głupkowato.
- W sumie… tak… - zgodziłem się opornie. Kiedy przemyślałem to wszystko jeszcze raz, jego słowa faktycznie nabierały sensu.
- Masz - rzucił we mnie opakowaniem z antybiotykiem. - Lepiej, żebyś tym razem brał to cholerstwo regularnie, bo nie chciałbym widzieć cię martwego przedwcześnie - zaznaczył. - Poza tym alternatywą do białych tabletek są moje wywary, za których smak oraz skutki uboczne nie mogę poręczyć… - zamyślił się na moment. - ...w ogóle to nie mogę poręczyć za ich jakiekolwiek działanie i nie byłbym nawet pewien czy te mogłyby cię wyleczyć, bo, tak jak wspomniałem, dupa ze mnie a nie znachor - westchnął ciężko.
- Nigdy nie interesowałeś się medycyną? - zainteresowałem się. - Nawet dla potrzeb własnych? - zdziwiłem się.
- Jak widać na obrazku załączonym obok - wskazał na siebie palcem, po czym rozłożył ręce.
- To znaczy, że demony nie chorują? - dociekałem.
- Chorujemy… - mruknął. - Ale nie w takim sensie jak ludzie. Mnie nie może zwalić z nóg grypa czy inna choroba. Demony głównie “chorują” przez niestrawność, otrucie, uroki, zaklęcia, klątwy albo wyeksponowanie na szkodliwe czynniki… - wyliczał na palcach.
- “Szkodliwe czynniki”? - powtórzyłem. - Masz na myśli krzyże i wodę święconą? - zgadywałem.
- I tak, i nie - przekrzywił dziwacznie głowę. - Tani szajs z Ziemi nie zrobi mi krzywdy - wzruszył ramionami - ale przedmioty pochodzące prosto z Królestwa, przesiąknięte energią Pana lub naznaczone Jego Słowem to już inna para kaloszy - wyznał. - W ten sam sposób aniołom szkodzi wszystko, co pochodzi z Piekła i co się z nim wiąże. Gdyby, dla przykładu, Nihit stał koło mojego pentagramu, którego używam do przejść, zapewne z miejsca padłby jak długi, gdyż powaliłby go wyziewy z Czeluści - wyjaśnił. - Poza tym te kurczaki pochodzą z zamkniętej hodowli, więc jak tylko wyściubią nos poza Bramy to zaraz chorują i wszystko im szkodzi. Pamiętasz, jak wspomniałem, że twój aniołek musiał ostatnio nawet wziąć chorobowe, nie? - zapytał, na co ja odpowiedziałem mu kiwnięciem głowy. - No właśnie… Takie to delikatne się teraz porobiło… - pokręcił z dezaprobatą głową. - Takim jak on to nawet przebywanie na Ziemi szkodzi, bo twierdzą, że za dużo zakorzeniło się tu zła - wzruszył ramionami. - Mnie tam z kolei pasuje taki układ - wyszczerzył się krzywo, dumnie. - Dla odmiany ja jestem jednak bardziej wytrzymały. Gdyby padło na mnie Niebiańskie Światło towarzyszące przejściu Nihita mógłbym dostać co najwyżej bólu głowy i zostać oślepiony - machnął lekceważąco ręką. - Ale nawet, żeby uniknąć takich drobnych nieprzyjemności zawsze noszę ze sobą to - wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki parę okularów przeciwsłonecznych i wsunął je na nos.
Wciąż czułem się fatalnie, ale musiałem przyznać, że w jakiś sposób brunet rozbawił mnie tym przeciągającym się wywodem. Wyglądało na to, że był niezłą gadułą, ale w gruncie rzeczy nie przeszkadzało mi to. W końcu mogłem się poczuć, jakbym miał jakiegoś bliższego znajomego. Poza tym dzięki niemu mogłem wywiedzieć się wiele interesujących rzeczy. No i koniec końców musiałem przyznać, że wyglądał całkiem nieźle w tych okularach…
Kai zaplótł dziś warkocz ze swoich długich włosów, które nie spływały już w nieładzie na jego ramiona. Zmiana fryzury również mu pasowała. Bez chwili pomyślunku sięgnąłem po ów warkocz i przeciągnąłem po nim dłonią aż do jego końca. Jego włosy były gładkie, miękkie i przyjemne w dotyku.
Demon spojrzał na mnie znad swoich ciemnych szkieł będąc pewnym, że takim zachowaniem próbowałem zwrócić na siebie jego uwagę, kiedy ten popadł nieco w samozachwyt, ale to nie była prawda. W zasadzie nie chciałem od niego niczego. Nie miałem nic do powiedzenia, nie miałem nawet żadnego pytania do zadania. Zwyczajnie wpatrywałem się w niego wręcz otumaniony, zachwycony. Było w nim coś… magnetycznego… ujmującego… coś, co sprawiało, że ciężko było mi odwrócić od niego wzrok.
Mój towarzysz, widząc moje niezdrowe zafascynowanie jego osobą, przypomniał mi o lekach raz jeszcze, po czym w końcu był łaskaw zejść ze mnie. Z trudem dźwignąłem się do pozycji siedzącej i wziąłem dwie tabletki antybiotyku. Mężczyzna podał mi najwyraźniej wcześniej przyniesioną ze sobą szklankę wody, za którą podziękowałem mu skinieniem głowy.
- Więc jak? - zapytał stojąc już na nogach. - Jaki plan na pierwszy dzień po wywinięciu się śmierci? - zapytał entuzjastycznie. - Co masz tak pilnego i ważnego do zrobienia, że nie możesz pozwolić sobie przez to nawet kopnąć jeszcze w kalendarz? - zainteresował się.
- Właściwie… chyba potrzebuję jeszcze trochę dojść do siebie - wyznałem. Naprawdę czułem się źle. - Nie myślę, żebym w takim stanie mógł latać po mieście… - mruknąłem, na co Kai zamrugał kilkakrotnie w niedowierzaniu.
- Serio? - podniósł jedną brew. - Myślałem, że będziesz tu walczył przez wszelkie trudy, znoje i gorączki, żeby desperacko dopiąć swego, bo w końcu nie mogłem dać ci zbyt wiele czasu, a ty zwyczajnie… chcesz wylegiwać się w łóżku? - nie mógł uwierzyć.
- To nie tak, że nie zamierzam robić nic - postawiłem sprawę jasno - ale wolę odpuścić sobie jeden dzień niżby mdleć na środku chodnika albo w metrze - skrzywiłem się na tę myśl. - Po prostu… jestem jeszcze osłabiony - wyznałem, ustawiając budzik w telefonie z przypomnieniem, aby wziąć kolejną dawkę leku za kilka godzin. - Dzisiaj jeszcze będę dochodził do siebie, ale jutro… jutro definitywnie zacznę już coś robić - obiecałem i z powrotem położyłem się do łóżka.
Brunet nie skomentował mojej postawy. W odpowiedzi usłyszałem jedynie westchnięcie, jednak nie analizowałem go przesadnie. Nie wiedziałem czy było ono pełne wzgardy, poirytowania, czy jeszcze czegoś innego. W zasadzie to na chwilę obecną nawet mnie to za bardzo nie obchodziło. Oczy same mi się zamykały. Chciałem spać. Musiałem wypocząć, jeśli od jutra faktycznie miałem w ekspresowym tempie posortować wszystkie sprawy w moim życiu, które wymagały mojej uwagi.


***


Zerwałem się przestraszony, obudzony melodią własnego budzika. Wymacałem telefon pod poduszką i wcisnąłem przycisk drzemki. Dobrze, że w ogóle ustawiłem ten budzik, żeby wziąć leki, bo pewnie znów bym o tym zapomniał i jeszcze wyszłoby, że wróciłbym do punktu wyjścia, marnując szansę, jaką dał mi demon.
Opadłem z powrotem na poduszkę i przymknąłem na moment ciążące powieki, obiecując sobie, że jeszcze chwila i już wezmę ten przeklęty antybiotyk. W mojej głowie zionęła absolutna pustka, która nakazywała mi odpocząć jeszcze trochę i zregenerować siły…
- Luvia - usłyszałem nad sobą mocny, stanowczy głos. - Luvia. Luvia! Obudź się! - ktoś szarpnął moim ramieniem. Niechętnie eksperymentalnie uchyliłem jedno oko. Ów osobą był oczywiście nikt inny jak Kai. - Od pół godziny wciskasz tę drzemkę! - zirytował się. - Ponieś się w końcu i weź leki - nakazał.
W odpowiedzi mruknąłem jedynie coś niezrozumiale, gdyż moja świadomość odpływała już do błogiej krainy snów, wyślizgując się z objęć mojego umysłu niczym obślizgły wąż. Zniecierpliwiony mężczyzna w końcu chwycił mnie pod pachami i siłą wywindował mnie do siadu, opierając mnie plecami o ramę mojego łóżka. Przysiadł na skraju materaca i wcisnął mi w jedną rękę tabletki, a w drugą szklankę wody.
- Weź to - polecił. Półprzytomny obrzuciłem nieprzytomnym spojrzeniem antybiotyk w mojej garści. - Ty naprawdę jesteś ledwo żywy… - westchnął. - Bardziej niż mógłbym się nawet tego spodziewać po osobie, która dopiero co uniknęła śmierci… - cmoknął z niezadowoleniem. - Na jutro przygotuję ci jakieś wywary wzmacniające - obiecał, kiedy udało mi się w końcu przełknąć tabletki. Skrzywiłem się z bólu, kiedy te dodatkowo podrażniły moje płonące gardło. - Teraz to - wcisnął mi w ręce miskę z czymś co przypominało gęstą zupę. Mało tego, to nawet pachniało jak całkiem smaczna zupa.
Dopiero kiedy w końcu zobaczyłem jedzenie na oczy i doleciała do mnie jego aromatyczna woń, poczułem, jaki byłem głodny. Nie jadłem przez całe dnie. Mój żołądek zwinął się w kulkę i burknął głośno w proteście przeciw braniu go głodem. Odgłosy, jakie wydawał z siebie mój brzuch były dość zawstydzające, ale starałem się nie reagować na nie. Chwyciłem drżącą dłonią łyżkę i powoli zacząłem jeść.
W chwili, kiedy opróżniłem już połowę miski, zdałem sobie sprawę, że danie, którym uraczył mnie mój towarzysz było zdecydowanie zbyt smaczne i zbyt dobrze przyprawione, żeby mogło być jakąś tanią zupką typu “instant”.
- To ty to ugotowałeś? - zapytałem już bardziej przytomny.
- Tak - odparł zadziwiająco zwięźle.
- Jesteś dobrym kucharzem - uśmiechnąłem się i pochwaliłem jego zdolności kulinarne. Demon również wyszczerzył się niemrawo.
- Dziękuję.
- To ja dziękuję, że o mnie pomyślałeś - spojrzałem na niego z wdzięcznością. Kto by pomyślał, że istota potępiona mogła okazać się tak troskliwa i miłosierna?
- Jesteś chory i osłabiony. Musisz zacząć jeść, jeśli masz mieć siłę i energię, żeby załatwić swoje sprawy - odparł niby bez większych emocji w głosie. Ja jednak zdawałem sobie sprawę, że była to jedynie maska, którą zdecydował się przywdziać. Nie chciał pokazać, że z jakiejś racji faktycznie dbał o mnie. - Następnym razem, żeby zachować równowagę we Wszechświecie, to ty gotujesz - prychnął.
- To znaczy, że demony jedzą ludzkie jedzenie? - dopytywałem.
- A co? Myślałeś, że żywię się jedynie duszami potępieńców - przewrócił oczyma. - Wyobraź sobie, że czasem muszę też wrzucić na ruszt coś porządnego - zaśmiał się, po czym podniósł się ze swojego miejsca. - Postaraj się to skończyć. Nie będę ci już dłużej przeszkadzał - zakomunikował, po czym wyszedł, zostawiając mnie w pomieszczeniu samego.


***


Następnego dnia wywlokłem się już z łóżka, choć nie mogłem powiedzieć, żebym czuł się kwitnąco. Musiałem jednak przyznać, że ku mojemu własnemu zaskoczeniu nie czułem się też… umierający. Nie wiedziałem czy mój szybko polepszający się stan mogłem zawdzięczać zaledwie kilku dawkom antybiotyku, czy też zupka Kaia została czymś przez niego wzbogacona i doprawiona. Oczywiście wierzyłem w postęp nauki i medycyny, ale coś wydawało mi się, że lek, którym co prawda nieregularnie, ale jednak próbowałem kurować się wcześniej i który właściwie nie pomógł odgonić mi się od choroby, a w efekcie nawet od śmierci, mógł nagle zdziałać jakieś cuda. Z kolei jeśli myślałem o jakiś substancjach stworzonych inną ręką niżby ludzką, gdzieś w innych krainach czy wymiarach… cóż, tak, tu definitywnie dziedzina cudów i magicznych ozdrowień zaczynała brzmieć bardziej prawdopodobnie i realistycznie.
Z samego rana demon towarzyszył mi, chyba głównie po to, żeby sprawdzić, jak sobie radzę i czy mimo wszystko nie zamierzam na przekór jemu oraz wszystkim jego staraniom przedwcześnie pożegnać się z tym padołem łez. Musiałem przyznać, że poranek w jego towarzystwie wyglądał dość zabawnie. Brunet zrzędził, jak typowa matka z amerykańskiego serialu. Wmusił we mnie śniadanie, od którego nie udało mi się wywinąć. Powtarzał do znudzenia, żebym ciepło się ubrał, bo przecież ten nie będzie latał za mną po mieście jak kot z pęcherzem z pudełkiem chusteczek, żeby wytrzeć mi nosek. Początkowo zamierzałem zabrać ze sobą jedynie niewielką torbę z najbardziej potrzebnymi rzeczami, takimi jak klucze, portfel czy telefon, ale w ostateczności wyszedłem z mieszkania z całym plecakiem, bo przecież musiałem wziąć ze sobą jeszcze lunch i półtoralitrową butelkę wody. Dostałem przykaz opróżnienia jej pod groźbą pokiereszowania ze strony demona. Swoje ultimatum uzasadnił tym, że przecież musiałem nawadniać organizm, bo inaczej zacznę mdleć w dramatyczny sposób jak, cytuję, zdychające motyle. A przyznać trzeba było, że była to kiepska sztuka, której nikt nie chciał oglądać i która nikogo nie bawiła, więc zdecydowanie mogłem ją sobie odpuścić i wybrać na swój dzienny repertuar coś innego, ciekawszego.
Jako że wypadłem z rutynowego “kręgu” życia na jakiś czas i w ogóle o mało go nie straciłem, miałem więcej do załatwienia na mieście niżbym mógł początkowo zakładać. Dzień zacząłem, standardowo, od zajęć w szkole. Całe szczęście byłem już w tym wieku, że sam mogłem usprawiedliwiać swoje nieobecności, choć musiałem przyznać, że rozmowa z wychowawcą i dyrektorem na temat mojej gorszącej, rażącej postawy nie należała do najprzyjemniejszych. Nasłuchałem się wielu zbędnych słów i pretensji o to, że nie byłem nawet łaskaw odebrać telefonu, kiedy ktoś ze szkoły próbował się ze mną skontaktować, próbując ustalić, co tak naprawdę się ze mną dzieje. No co za szkoda. Wybaczcie mi moi drodzy pedagogowie, że w chwili, kiedy wy nabijaliście rachunki telefoniczne, ja ze wszelkich sił starałem się nie wyzionąć ducha.
Koniec końców kwitki potwierdzające moje wizyty w przychodni skróciły to posiedzenie, które w innym wypadku zapewne mogłoby się przeciągać do późnych godzin popołudniowych. Byłem chory. Tyle w temacie. Idźcie ugryźć się w dupę i w końcu się zamknijcie. Wszystkim zdarza się przecież chorować, prawda?
Najgorsze w tym wszystkim okazało się być jednak to, że skoro nie mogli dodzwonić się do mnie, pracownicy szkoły w swojej wspaniałomyślności postanowili zadzwonić do moich rodziców, z którymi nie utrzymywałem już prawie żadnych kontaktów. Zauważyłem na wyświetlaczu kilka nieodebranych połączeń od matki, ale póki co nie przejmowałem się tym za bardzo. Teraz byłem już świadom rozmiaru katastrofy. Mógłbym jeszcze przez jakiś czas opóźniać nadejście nieuchronnej nawałnicy, ale w takim wypadku ryzykowałem tym, że wściekła rodzicielka mogłaby się pofatygować do mnie osobiście, a tego z całą pewnością chciałem uniknąć. Musiałem do niej w końcu zadzwonić i wysłuchać także jej tyrady o tym, jaki to jestem nieodpowiedzialny, dziecinny i tak dalej… i czy ja w ogóle choć przez chwilę pomyślałem o tym, że ktoś mógł się jednak o mnie martwić? Co byłoby, gdyby faktycznie coś mogło mi się stać?
A przecież ja tylko nieomal umarłem i wyratowałem się od padnięcia sobie w ramiona z niebytem dzięki paktowi z demonem.
Przecież to nic takiego.
Tak, humor wyjątkowo dziś się mnie nie trzymał, toteż stałem się strasznie sarkastyczny i kąśliwy. Poza tym z jakiejś racji nie mogłem przestać myśleć o tym, że związałem się z demonem… To brzmiało, jak… jak jakaś bajka, fabuła książki fantasy, creepypasta, film… jak fikcja. W jakiś sposób nie mogłem się z tym pogodzić i tego zaakceptować. Kiedy nie miałem przy sobie bruneta, zaczynałem poważnie zastanawiać się nad tym czy zwyczajnie go sobie nie wymyśliłem… Przeklęta półtoralitrowa butelka wody i jego groźba, która wciąć dzwoniła mi w uszach, utwierdzała mnie jednak w przekonaniu, że jeszcze nie zwariowałem… chyba.
Po jakże “uroczej” pogadance przez resztę czasu spędzonego w placówce edukacyjnej próbowałem uporać się z kwestią szkolnictwa wyższego. Próbowałem poradzić coś na minione terminy, dzwonić bezpośrednio do wybranych przeze mnie uniwersytetów, znaleźć jak najwięcej informacji o dostępnych funduszach i ewentualnej pożyczce studenckiej, gdyż z racji mojej opłakanej sytuacji finansowej i braku wsparcia ze strony rodziców nie byłem w stanie uiścić należnych opłat od ręki.
Zaraz po wybrzmieniu ostatniego dzwonka musiałem gnać na łeb, na szyję do pracy, gdyż mimo iż robota ta była mało płatna, to wciąż lepsza słaba płaca od żadnej. Już rano wysłałem wiadomość przełożonemu z rzewnymi przeprosinami za moją niewybaczalną postawę oraz obietnicą stawienia się dzisiaj w kafejce na sześć godzin, na krótką zmianę. Wciąż powątpiewałem, żebym mógł wytrzymać całe osiem godzin na nogach i jakoś nie chciałem jeszcze testować swojej wytrzymałości.
Dopiero podczas krótkiej przerwy w pracy znalazłem chwilę, żeby zadzwonić do mojego dostawcy gazu i wyjaśnić sprawę z ogrzewaniem. Zrobiłem przelew przez internet przez telefon, a uprzejma pani po drugiej stronie linii obiecała mi, że grzejniki powinny być ciepłe, kiedy wrócę do domu. Przy okazji płatności zorientowałem się, że przekroczyłem już ilość dostępnych środków na moim koncie i musiałem się zapożyczyć, żeby zapłacić zaległy rachunek... Ech, jak tak dalej pójdzie to niedługo będę musiał poinformować mój bank o tym, że zostałem bankrutem, bo naprawdę nie mogłem w ostatnim czasie związać końca z końcem.
Pod koniec dnia byłem właściwie wdzięczny Kaiowi i za śniadanie, i za lunch, i nawet za tę butelkę wody - za wszystko to, co wcisnął mi siłą. Byłem wdzięczny, bo przez cały dzień byłem zabiegany, jednak pomimo to i nawet pomimo choroby głód i pragnienie w końcu zaczęły mi doskwierać. Picie wody faktycznie pomagało, kiedy zaczynała boleć mnie głowa i kiedy świat niebezpiecznie z lekka zaczynał mi wirować przed oczyma. Na sam koniec byłem wdzięczny sam sobie, że jednak nie porwałem się z motyką na księżyc i nie zdecydowałem się na pełną, ośmiogodzinną zmianę, gdyż naprawdę bym jej nie wytrzymał. Kiedy wreszcie wybiła moja godzina do wyjścia, odetchnąłem z wielką ulga. Byłem wycieńczony - zarówno psychicznie jak i fizycznie - przez cały ten chaos, w jakie zamieniło się moje życie, jak i zwyczajnie przez zapalenie płuc, które wciąż dobitnie dawało mi się we znaki.
W tym wszystkim tyle było dobrego, że mój przełożony nie był człowiekiem o sercu z kamienia. Widząc mnie pod koniec zmiany sam nakazał mi powrót do domu i odpoczynek. Zamówił mi nawet taksówkę, która miała mnie odwieść bezpośrednio pod mieszkanie, żebym nie musiał się tłuc komunikacją miejską. Ten mały gest sprawił, że spojrzałem na niego w zupełnie innym świetle.
Pomimo wygody, jaką zostałem uraczony, kazałem kierowcy zatrzymać się kawałek dalej od mojego bloku. Wysiadłem na parkingu mieszczącym się na wzgórzu koło obecnie opuszczonego magazynu. Mogłem przecisnąć się między drzewami okalającymi parking i dojść do domu cienką ścieżką wydeptaną wśród trawy. Czułem, że tego teraz właśnie potrzebowałem. Chwili spokoju. Złapać oddech.
Z racji tego, że magazyn stał opustoszały, dookoła było cicho i nikt nie kręcił się w pobliżu. Ten fakt był w jakiś sposób… kojący.
Oparłem się ramieniem o mur budynku i westchnąłem ciężko, zapatrując się w światła miasta w dole i jego kakofonię. Byłem wykończony. Nie doskwierało mi jednak zmęczenie, na które mógłby poradzić coś tutaj sen… lub przynajmniej ten nie mógł zażegnać go do końca. Byłem zmęczony ciągłymi porażkami i tym, że wszystko raz za razem szło nie tak, jak powinno…
Po co w ogóle wypruwałem sobie żyły, żeby to wszystko posortować? Po cholerę zadawałem sobie tyle trudu? Przecież i tak byłem właściwie martwy. Zostało mi kilka tygodni, kilkanaście dni. Nie było sensu w tym, żebym przejmował się takimi błahostkami jak aplikacja na uniwersytet, relacje z rodzicami, praca, moja sytuacja finansowa czy innymi doczesnymi rzeczami, które do tej pory wypełniały moje życie… No właśnie - bo niejako to życie ze mnie uchodziło z każdym oddechem i odwracało się do mnie w perfidny sposób plecami. I tak nie doczekam czasów studenckich. Nie dotrwam nawet do czasu, kiedy ktoś łaskawie byłby w końcu wystarczająco miły, żeby rozpatrzyć moje podanie. Z tego samego powodu to, ile miałem na koncie nie miało absolutnie znaczenia. A skoro nie musiałem przejmować się już pieniędzmi, to nie potrzebowałem też zawracać sobie głowy pracą. A rodzina?... Kto przejmowałby się relacjami z rodzicami po śmierci? Przecież w niedługim czasie Kai i tak miał wyłączyć mój “pstryczek” i zamienić mnie w bezwładny przedmiot, zabrać moją duszę do Piekła. A tam z kolei… no właśnie, w tym wszystkim zapomniałem wypytać demona, co miało się ze mna stać jako potępieńcem. Cóż, całe szczęście wciąż miałem jeszcze wystarczająco czasu, żeby chociaż pociągnąć go za język…
Czy w Zaświatach można było spotkać się z bliskimi? Czy moglibyśmy porozmawiać tam sobie tak, jak robiliśmy to od zawsze na Ziemi?
Jaki w ogóle stosunek miałem do całego konceptu życia po śmierci, którego nie mogłem już negować ani chwili dłużej? Bo przecież sam fakt istnienia bruneta świadczył o tym, że moje ateistyczne założenia, których kurczowo trzymałem się przez całe życie, były błędne. Czy samo zakładanie, że Bóg nie istnieje skreślało mnie z kolejki do Nieba? Czy czułem żal będąc świadom, że Raj był dla mnie niedostępny? Czy powinienem płakać i szaleć z niepokoju, wiedząc, że skończę naznaczony piętnem diabła? Dlaczego w ogóle w pierwszej chwili wciąż pozwalałem sobie negować fakt istnienia aniołów i demonów, wmawiając sobie chorobę psychiczną, a w drugiej godziłem się z nim jak z najoczywistszą rzeczą na świecie?
Nie wiedziałem.
Nie wiedziałem nic.
Czułem się dziwnie pusty w środku.
Byłem… zmęczony. Bolała mnie od tego wszystkiego tylko głowa.
Chciałem… ja… nawet nie wiedziałem, czego mógłbym chcieć czy życzyć sobie w obecnej sytuacji. Byłem kompletnie zagubiony. Miałem poczucie, jakby grunt zaczął walić mi się pod stopami.
- Widzę, że zapalenie płuc to dla ciebie za mało, więc postanowiłaś dodatkowo wzbogacić się o gruźlicę albo jakieś inne cholerstwo, czyż nie tak? - usłyszałem za sobą kwaśny, niezadowolony głos, na którego nagłe brzmienie aż podskoczyłem przestraszony. Zdziwiony obróciłem się przodem do bruneta, który pojawił się dosłownie znikąd… jak diabeł z pudełka. A więc całkiem adekwatnie do roli, jaką pełnił. - Stoisz tu na tym przeciągu już od dłuższego czasu i gapisz się w ciemność… - założył ręce na piersi. - Do domu! - zawołał, wskazując palcem kierunek, w którym mieścił się mój blok. - Ogrzewanie z powrotem włączyli - poinformował mnie zdawkowo.
- A-aha… - mruknąłem, nie wiedząc, co mógłbym powiedzieć.
- No nie, nie mówcie mi, że to już się zaczęło? - jęknął, spoglądając na mnie niezadowolony. Byłem pewny, że na mojej twarzy malowało się niezrozumienie, dlatego demon kontynuował. - Pięć etapów umierania - wyjaśnił. - Zaprzeczałeś już podczas naszego pierwszego spotkania. Rano zacząłeś dość entuzjastycznie, więc zgaduję, że w jakimś stopniu napędzała cię złość i gniew. Wytargowałeś sie ze mną o to, żeby trochę przedłużyć ten twój marny żywot, a więc teraz stanęliśmy na przedostatnim etapie depresji? - westchnął ciężko. - Serio, będziesz mi tu teraz płakał w rękaw jak rozemocjonowana nastolatka podczas pierwszego okresu? - spojrzał na mnie z politowaniem.
- Bynajmniej - fuknąłem urażony jego słowami i obróciłem się na pięcie, ruszając przed siebie.
Skoro mój spokojny azyl i tak został już doszczętnie zniszczony przez gadatliwego Kaia nie było sensu w tym, abym zostawał tu dłużej.
- Ej, no weź się nie obrażaj! - krzyknął za mną i ruszył moim śladem. - Wiesz, ile razy przychodziło mi już oglądać podobne scenki? - przewrócił oczyma. - No spróbuj mnie zrozumieć. Zrzygać się idzie - obrazowo wystawił język i niemal wcisnął sobie palec wskazujący do ust.
- Doprawdy? - syknąłem. - A wiesz, ile razy mnie przychodziło już umierać? - zacisnąłem dłonie w pięści. Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na mnie zdziwiony. - No właśnie. Może dla ciebie oglądanie to, jak komuś całe życie wali się na łeb to rutyna, ale dla mnie to nowość, więc może to ty spróbuj mnie zrozumieć - ściągnąłem gniewnie brwi. - Nie wspominając już o tym, że ty możesz sobie siedzieć wygodnie wyluzowany, bo robisz tu tylko w gruncie rzeczy za biernego obserwatora, kiedy w tej tragedii to właśnie mnie przyszło grać pierwsze skrzypce - zauważyłem.
Kai otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak w ostateczności nie wydał z siebie ani pojedynczego dźwięku. Wzniósł i zaraz opuścił bezwładnie ręce, nie wiedząc jak się zachować. Nie czekałem na jego reakcję zwrotną. Z powrotem wznowiłem marsz. Zmarzłem już i byłem cholernie głodny. Wizja ciepłego mieszkania, w którym w końcu powinno zacząć działać ogrzewanie była znacznie przyjemniejsza od stania na zimnicy w objęciach mroku nocy.
- Zamówimy pizzę? - chwilę później demon zrównał się ze mną krokiem przemawiając jakoś dziwnie łagodnym głosem.
- Nie mam kasy - przyznałem burkliwie.
- Ja stawiam - uśmiechnął się, a ja w jakiś sposób zrozumiałem, że ten w ten dość pokraczny sposób próbuje zrekompensować mi swoje zachowanie i na chwilę obecną to prawdopodobnie najlepsze pocieszenie, na jakie mogę liczyć.

- Dobra… - zgodziłem się w końcu, na co brunet wyszczerzył się jeszcze szerzej. Kto by pomyślał, że istoty nadprzyrodzone mogą mieć słabość do fast foodów?