Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nocturnal Bloodlust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nocturnal Bloodlust. Pokaż wszystkie posty

"Książę z bajki" cz.11

Zdaje się, że miałam jeszcze raz sprawdzić ten rozdział, ale cóż... jest jak jest, gdyż moje pulsujące, zapchane zatoki uniemożliwiają mi sprawne funkcjonowanie, a przydałoby się coś w końcu wstawić ^^''

PRZYPOMINAM, ŻE JEST TO SWOISTY "TEST" - JEŚLI POD TYM WPISEM NIE BĘDZIE NALEŻYTEGO ODZEWU, TAK JAK POD POPRZEDNIMI, STARYMI OPOWIADANIAMI, ZAWIESZAM JE (na amen) I BIORĘ SIĘ ZA SYSTEMATYCZNE PISANIE NOWYCH RZECZY!

Więc jest to taki deal "use it or lose it" - jeśli nie będzie zainteresowania to nie będę więcej kontynuować "Księcia z bajki" oraz "Uważaj, czego pragniesz" (aka. "Bóg, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia").

“Książę z bajki” cz.11

Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Kilka miesięcy jakby wycięto z mojego życia i tak oto obudziłem się pod koniec października. Wiosna i lato dawno przeminęły, a ja nie zwróciłem na to nawet najmniejszej uwagi będąc zaaferowanym przez rewelacje życia codziennego. Właściwie to zapewne dalej trwałbym w letargu w najlepsze, gdyby nie widmo zbliżających się imprez Halloweenowych i kłótnie chłopaków o to, kto w tym roku za kogo się przebierze, kto komu ukradł pomysł, gdzie będziemy pić i tak dalej. Powiedziałbym, że podobny rytuał stał się już coroczną rutyną, gdyby oczywiście ktoś interesował się moją opinią i mnie o nią zapytał. Tak się jednak składało, że nikogo nie trawiła wwiercająca się w mózg ciekawość dotycząca tego, co też mogło skrywać się w moim czerepie. Z tej racji właśnie milczałem, dobitnie boleśnie zdając sobie sprawę, że każde nieroztropnie wypowiedziane przeze mnie słowo mogło zostać użyte przeciwko mnie.
- A ty za kogo przebierzesz się w tym roku? - zapytał ktoś, kto był na tyle łaskaw, aby przypomnieć sobie o mojej egzystencji. Ja jednak okazałem się być skończonym chamem i nawet nie zanotowałem tożsamości rozmówcy. Też jak zwykle zresztą.
W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. W tym roku jakoś wyjątkowo nie miałem ochoty ani robić z siebie pajaca w wymyślnych ciuszkach, ani bawić się z innymi pijąc na umór, mimo iż na ogół lubiłem Halloween i nawet nazywałem je swoim własnym świętem - w końcu koszmarny ze mnie dupek, przerażający ignorant i diabelny buc, nie? No właśnie. A w Halloween świętowało wszystko, co koszmarne, przerażające i diabelne. Rzec zatem można, że to takie moje drugie urodziny, osobliwa Wigilia i Gwiazdka w jednym. Takie combo.
Pomimo tego, że była już jesień, świat nie stracił nic z tego uroku, którym zachwycałem się, kiedy rośliny dopiero budziły się do życia. W tym roku mogliśmy cieszyć się wyjątkowo piękną jesienią. Niebo wciąż było niebieskie i bezkresne. Jedynie gdzieniegdzie wisiały pojedyncze, ciemne obłoki, jednak nie zapowiadało się na to, żeby te mogły okazać się jakimś zagrożeniem dla wysoko wiszącego, złotego talerza słońca, które wciąż dość mocno przygrzewało. Wiatr był silny, ale przyjemny - i właściwie tylko on utwierdzał mnie w przekonaniu, że naprawdę zastała mnie już jesień, że wiosna odeszła. Wszędzie dookoła wciąż było tyle życie, że aż zwyczajnie nie chciało się wierzyć, że pora wiosenna przeminęła.Tym razem wyjątkowo nawet kolorowe liście na drzewach wcale nie kojarzyły mi się z ulotnością życia i jego kruchością, brakiem, lecz wręcz przeciwnie. Ich barwy były tak wyraziste i głębokie w ostrych promieniach słońca jak jeszcze nigdy przedtem.
Przez cały ten czas, w którym moja świadomość postanowiła zrobić sobie wakacje, spotykałem się z Creną. Widywałem się z nim przynajmniej kilka razy w tygodniu. Dużo słuchałem, zdarzało się też, że czasem coś wtrąciłem, choć wciąż uparcie wystrzegałem się chlapania na prawo i lewo tego, co mi ślina na język przyniosła i gryzłem go, kiedy orientowałem się, że palnąłem za dużo. Niemniej jednak, chcąc, nie chcąc powoli otwierałem się przed nim. Raz towarzyszyło mi przy tym przeświadczenie, że robiłem dobrze, innym razem, myślałem, że popełniam ogromny błąd, którego później będę sromotnie żałował. Ostatecznie wciąż starałem się trzymać na wodzy, gdyż ufanie innym nigdy nie przychodziło mi łatwo, jednak nie dało się ukryć, że chłopak powoli i uparcie wyciągał ze mnie kolejne opinie i przemyślenia, którymi nie dzieliłem się z innymi nigdy wcześniej. Zmieniał mnie. Systematycznie budował we mnie zaufanie do swojej osoby.
Może moja nieufność i swoisty wstręt do ludzi mógł być dla niektórych czymś dziwnym, ale mnie było z tym dobrze. Wiedziałem, że prawdopodobnie tylko i wyłącznie dzięki takiemu usposobieniu udało mi się uniknąć wielu rozczarowań w życiu. Z drugiej strony jednak zdawałem sobie sprawę, że mogłem zabrnąć w tym trochę za daleko, przez co powoli zakrawałem na osobę niepełnosprawną w aspekcie socjalnym.
Wokalista Bird as Omen był jedyną osobą, która w jakiś sposób przywiązywała wagę do tego, co myślałem i mówiłem i pytała mnie o moje zdanie, które ewidentnie nie pozostawało mu obojętne… i czasem zwyczajnie z tego powodu nie mogłem się pohamować. Pokusa wypowiedzenia pewnych, szczególnie tych niewygodnych, drażniących myśli była zbyt wielka, żeby cały czas milczeć niczym posąg. Poza tym, niezależnie od tego, co myśleli o mnie inni czy tego, jaki wizerunek próbowałem wykreować sam sobie, ja też byłem jedynie człowiekiem, więc miałem swoje słabości, którym od czasu do czasu ulegałem. Tak jak wszyscy popełniałem czasem błędy lub traciłem nad sobą panowanie, dawałem się ponieść emocjom i chwili. A później nie pozostawało mi już nic innego, jak tylko pokornie błagać wszelkie istoty wyższe, żeby te moje uchybienia nie przyniosły przesadnie katastrofalnych skutków.

***

Gdybym bez żadnych konsekwencji mógł wyeliminować jedną, dowolną rzecz z tego świata, to zdecydowanie byłyby to gołębie. Nienawidziłem szczerze i z całego serca tej szarej, srającej zarazy szerzącej się w mieście. Z początku myślałem o eksterminacji idiotów, którzy je dokarmiali i zwabiali do przylatywania do skupisk ludzkich, ale później zrozumiałem, że dużo lepiej byłoby obrać taktykę, która pozwalała pozbyć się głównej przyczyny niżby leczyć wyłącznie objawy.
Tak, w chwili, kiedy mógłbym prosić o dowolną rzecz na świecie - o pokój na ziemi, zażegnanie głodu i ubóstwa, zatarcie różnic społecznościowych, o cudowny lek na wszystkie możliwe choroby, oświecenie lub chociażby o prywatną wyspę z willą z basenem i ładnym widoczkiem - ja poprosiłbym właśnie o unicestwienie gołębi. Dokładnie. O nic więcej. O nic innego. W dodatku poprosiłbym o to ładnie. Nawet bym się wysilił.
- Od dłuższego czasu wpatrujesz się nienawistnym spojrzeniem w tego gołębia. Zaczynam się martwić. Co ty kombinujesz? - zapytał zaalarmowany Crena
- Masową rzeź jego gatunku - mruknąłem, wskazując palcem ptaka, który spojrzał na mnie bezrozumnie okrągłymi oczami i przekrzywił ciekawsko główkę. Chłopak ledwo powstrzymał się od strzelenia klasycznego “face-palm” na moje słowa. W ostateczności tylko westchnął ciężko.
- Serio? - sapnął, choć ku mojemu zdziwieniu jego kąciki ust zadrżały i powędrowały ku górze w hamowanym uśmiechu. Najwidoczniej go bawiłem, podczas gdy ja pozostawałem całkowicie poważny. Śmiertelnie poważny.
- Serio - odparłem niezrażony, na co Ketsueki zachichotał niczym mała dziewczynka. - Co? - spojrzałem na niego z niezrozumieniem. Nie widziałem nic zabawnego w moich krwawych planach, dlatego nie rozumiałem jego reakcji.
- Może i inni z jakiejś racji mają cię za księcia Mordoru, ale masz swój urok, wiesz? - zaśmiał się.
- Ta, urok to ja mogę na ciebie rzucić, jak ty chcesz - prychnąłem. - Najlepiej jakiś czarnomagiczny. Na takich znam się najlepiej. Jakąś klątwę. Ponoć jestem w te klocki całkiem niezły. Chciałbyś się może o tym przekonać? - zapytałem znudzony, podpierając brodę na dłoni zaciśniętej w pięść.
- Możesz udawać, że nie obchodzi cię to, co inni o tobie myślą, ale ja widzę, że ich opinia bardzo cię dotyka - zauważył. Poruszyłem się niespokojnie na swoim siedzeniu usłyszawszy to niewygodne dla mnie stwierdzenie. - W sumie nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ja cię tam lubię. Uważam, że dobry z ciebie gość… znaczy, przyznaję też, że potrafisz być czasem dość gruboskórny, ślepy i masz zakuty łeb, ale w gruncie rzeczy jesteś pocieszny - wyznał.
- Ty weź się zdecyduj czy prawisz mi komplementy, czy mnie obrażasz, co? - spojrzałem na niego nieprzychylnie. Muzyk westchnął ciężko raz jeszcze.
- O tym właśnie mówię… - przewrócił oczyma. Podniosłem jedną brew czekając aż ten rozwinie swoją myśl, jednak ten tylko machnął lekceważąco ręką i postanowił ugryźć temat z innej strony. - Dla mnie nie jesteś księciem Mordoru, a księciem z bajki - wyszczerzył się szeroko i poklepał mnie pokrzepiająco po ramieniu.
- A czy ty przypadkiem nie miałeś jeszcze niedawno jakiegoś innego księcia z bajki, do którego wzdychałeś? - zapytałem, przypominając sobie o tym, jak ten wspominał mi o chłopaku, z którym niezbyt mu się układało w ostatnim czasie.
- No zakuty łeb jak nic… - westchnął ponownie. - Czasami mam wrażenie, że nic do ciebie nie dociera - pokręcił głową z dezaprobatą. - Marudzisz, że ludzie nie są ze sobą szczerzy, że nie interesują się sobą wzajemnie… a nie pomyślałeś, że nie wszyscy potrafią czytać między wierszami? - założył ręce na piersi. - Ty, dla przykładu, jesteś w tym beznadziejny - skwitował. - Nie przeszło ci przez myśl, że może nie wszyscy są jak jeden mąż skończonymi ignorantami, ale ci po prostu nie potrafią dopatrzyć się pewnych rzeczy? - spojrzał na mnie wymownie, może nawet z lekka krytycznie. - Nie o wszystkim mówimy przecież wprost, prawda? Są pewne delikatne tematy, które wolelibyśmy obejść, a najlepiej przemilczeć lub które wymagają specjalnego traktowania. Czasem boimy się mówić o czymś otwarcie, innym razem mamy nadzieję na to, że ta druga osoba zna nas na tyle dobrze, aby zorientować się, że nie jesteśmy z nią do końca szczerzy z jakiegoś konkretnego powodu; aby zorientować się, o co tak naprawdę nam chodzi. Problem polega jednak na tym, że nikt nie jest mentalistą. Wszyscy wymagają, a znacznie mniej dają z siebie. Stąd właśnie biorą się wszelkie nieścisłości, nieporozumienia często odczytywane jako “brak wystarczającego zainteresowania” i błędne interpretacje prowadzące do kłótni lub ogólnego pogorszenia się relacji - stwierdził pewny siebie.
- Czyli… do czego właściwie pijesz? - pogubiłem się w tym jego przeciągającym się wywodzie i w tym, jak miał się on do mojej skromnej osoby.
- Do niczego - sapnął, wywracając oczyma. - Ale następnym razem przynajmniej postaraj się dopatrzeć jakiegoś drugiego, ukrytego dna w czyiś słowach zanim weźmiesz wszystko od razu “na chłopski rozum” tak, jak to zostało ci podane, co? - spojrzał na mnie z politowaniem. - Nie bierz wszystkiego tak, jak ci to prezentują inni, bo ci czasem nie mają odwagi, żeby stanąć twarzą w twarz z prawdą, a tym bardziej, żeby zaprezentować ją innym w pełnej krasie. A prawda jest tym, co cię interesuje, mam rację? - upewnił się.
- Tak… - przytaknąłem niemrawo. Chciałem go jeszcze o coś zapytać, ale ten podniósł się z miejsca po obrzuceniu spojrzeniem zegara naściennego.
- Muszę już iść - poinformował mnie. - Umówiłem się z chłopakami z zespołu - wytłumaczył się. - Na razie - pożegnał się z dziwnie mdłą ekspresją, zupełnie niepodobną do tego roześmianego dzieciaka, za którego go miałem.
- Aha… - wydusiłem z siebie z trudem. - To tak… N-na razie… - wydukałem, rozmyślając nad tym, co ten mi powiedział. 
Trzeba było przyznać, że brunet zostawił mnie z niezłym mętlikiem w głowie. To się nazywa efektowne wyjście - nawet dużo bardziej efektowne od kopnięcia z półobrotu w drzwi, które mogłyby się później zamknąć za nim z hukiem.

***

Wciąż rozmyślałem nad tym, co powiedział mi Crena dzisiaj rano. Zgodnie z jego radą próbowałem znaleźć jakiś ukryty, nie tak oczywisty sens w jego słowach. Niestety, bezskutecznie i póki co bezefektywnie. Jedyną możliwością, jaka nasuwała mi się na myśl, było przypuszczenie, że ten wcale nie był jednak z nikim w związku i mówiąc o swoim “ukochanym”, mówił tak naprawdę o mnie. Sam pytał mnie, co ma zrobić, żeby otworzyć mi oczy. To wyjaśnienie brzmiało jednak co najmniej naciąganie, żeby nie powiedzieć głupio i infantylnie nawet w moich własnych uszach. Jak jakiś przerysowany scenariusz mangi albo anime. Chciał wzbudzić we mnie zazdrość wyimaginowanym chłopakiem? Nie. To brzmiało bezsensownie. Ketsueki może i był w jakiś stopniu zdziecinniały, ale nie zachowałby się jak jakiś smarkacz z podstawówki, prawda? Przynajmniej nie do tego stopnia… Przynajmniej taką miałem nadzieję...
Siedziałem zamyślany na kanapie we własnym salonie. Koło mnie niczym honorowy gość miejsce zajmowała laurka narysowana przez Setsuko. Raz za razem wracałem spojrzeniem do rysunku przedstawiającego naszą dwójkę na pierwszym planie oraz różowy zamek wraz z tęczową fosą w tle. Naprawdę nie miałem najmniejszego pojęcia, dlaczego ta mała tak mnie polubiła i zawsze cieszyła się na mój widok. Chociaż jakby z drugiej strony, jakby wziąć to na chłopski rozum, to przecież za każdym razem, kiedy ze mną zostawała, kupowałem jej coś słodkiego, więc byłem zwyczajnie dobrą, wydajną krową mleczną. Smarkula doiła ze mnie, ile wlezie, a ja nie oponowałem. Nie karciłem ani nie prawiłem jej morałów, bo w końcu nie byłem jej rodzicem tylko jakimś "wujkiem" od siedmiu boleści, jakąś częścią mglistej w pojęciu dziecka, "pseudo" rodziny, siódmą wodą po kisielu. Nie dało się ukryć, że dzieci były jednymi z najlepszych socjologów i przy tym najgorszymi materialistami, jaki ten świat widział i nosił na swoim grzbiecie. 
Te kurduple przymilały się wyłącznie do osób, od których w danej chwili mogły uzyskać to, czego chciały, a w dodatku robiły to w oczywisty, niewyszukany i łatwy do przejrzenia sposób. W większej mierze było to uwarunkowane ich wiekiem i brakiem doświadczenia w sztukach manipulacji innymi, jednak pewną rolę w tym wszystkim odgrywał też fakt, iż one zwyczajnie nie musiały się z tym kryć. Były akceptowane w pełni takie, jakie były - wraz ze swoją skłonnością do stronienia do pewnych osób, do kierowania się w swojej codzienności czysto materialnymi korzyściami, jakimi była nowa zabawka czy słodki deser. To było dla mnie swoiste, przełomowe odkrycie. Dzieci miały opinię słodkich i niewinnych, wiele osób marzyło o ich posiadaniu i ubiegało się o nie, podczas gdy w istocie były to skurczone wersje najgorszych sukinkotów, jakich mogłeś spotkać na swojej drodze. Były bezczelne, to znaczy szczere niezależnie od sytuacji, chytre, samolubne, zaborcze, zmieniały zdanie na zawołanie, zdradzieckie i wystarczyło jedno "nie", żeby odwróciły się od ciebie plecami. A mimo to my wybaczaliśmy im tą postawę, ich absolutny brak skruchy za prezentowaną, wspomnianą postawę, a nawet więcej! Kochaliśmy je za nią! Pozwalaliśmy im być takimi, jakie te chciały być i godziliśmy się na wszelkie niewygody, jakie się z tym wiązały - chociażby tak prozaiczne, jak kieszenie opróżnione ze wszystkich drobnych. Dopiero później, z czasem zaczynaliśmy wymagać od nich coraz więcej, zaczynaliśmy je ograniczać i oczekiwaliśmy, że te w ostateczności wpasują się w skomplikowany, pełen niejasnych, niepisanych zasad świat dorosłych. Tylko dlaczego? Po jaką cholerę? Nie mogliśmy od początku do końca pozwolić sobie na wygodę bycia tym, kim i w jaki sposób chcieliśmy być? Dlaczego celowo utrudnialiśmy sobie własne życie? 
A dlaczego by tak nie odwrócić całej tej sytuacji? Dlaczego od razu nie narzucić dziecku tego, kim i jakie ma być, żeby te z czasem przywykło do narzuconego odgórnie scenariusza, mając czas na zaadaptowanie go, pogodzenie się z nim, a nawet uwierzenie w to, że ten był drogą życiową, którą ono samo sobie wybrało? Wydawało mi się, że dzięki takiemu podejściu moglibyśmy uniknąć wielu przypadków depresji, nerwicy i innych chorób wywołanych poczuciem ograniczenia, niemożliwości wyrażenia samego siebie, bycia zmuszonym do udawania kogoś innego, do zasłaniania się maskami, kiedy graliśmy na kartach naszej codzienności niczym na deskach najlepszego teatru.
A czym tak naprawdę różniły się dzieci od dorosłych? Dlaczego to, co uchodziło płazem Satsuko, nie było już akceptowane w moim wykonaniu? W gruncie rzeczy różniliśmy się tylko wzrostem. Bo przecież oboje mieliśmy dwie ręce, dwie nogi i głowę na karku. Głowę, którą potrafiliśmy czasem dość ostro kombinować, kiedy chcieliśmy dopiąć swego.
Po co w takim razie było mi rosnąć? Było zostać wiecznym kurduplem o wyglądzie uroczego trzylatka. No i wyszło mi teraz bokiem wciskane przez babcię mleko. "Pij, bo nie urośniesz!" - powtarzała. To piłem. I urosłem. Dorosłem. I z wielką chęcią zawróciłbym ten proces.
Było jednak także inne wytłumaczenie powodu, dla którego córka Daichiego mogła lubić ze mną przebywać. Wpatrując się tak w ten dość mocno abstrakcyjny rysunek zdałem sobie sprawę, że sam tak naprawdę zachowywałem się trochę jak dzieciak. Bynajmniej nie mówię tu jednak teraz o tych negatywnych cechach, o których wspomniałem już wcześniej. Bo owszem, byłem zaborczy, często się boczyłem i miałem muchy w nosie, ale gdyby tak pokopać w tym temacie trochę głębiej i spróbować dopatrzeć się przyczyny, dla której tak często chodziłem z pianą na twarzy... to mogliśmy napotkać pewien ciekawy i może niekoniecznie znowu tak oczywisty fakt traktujący o tym, że byłem idealistą. Nigdy się jeszcze do tego nie przyznałem przed żadną osobą trzecią, a nawet samym sobą, ale taka była prawda. W mojej głowie miałem pewne wyobrażenie wyidealizowanego świata, mojej małej idylli, którą koniecznie chciałem ożywić i sprowadzić ją na Ziemię niczym oświecenie i wieczną łaskę bytów wyższych. Irytowałem się, kiedy ktoś zachowywał się lub działał w sposób, który niszczył i podważał moje snute w podświadomości z wielką precyzją, niemal bez użycia woli sny. 
W gruncie rzeczy chciałem dla wszystkich jak najlepiej, ale nie każdy potrafił to docenić. Mało tego, nie każdy chciał dla samego siebie to, co najlepsze. Niektórzy mieli jakieś niezrozumiałe dla mnie skłonności masochistyczne lub zwyczajnie lubowali się w graniu ofiary pokrzywdzonej przez los, żeby zdobyć zainteresowanie lub ewentualne wsparcie innych, którzy przecież stawali w obronie słabszych. W takich chwilach byłem bezsilny, bo niezależnie od tego, jak bardzo bym się nie starał, pomóc osobie, która mojej pomocy nie chciała, była niemożliwa. Moje wysiłki pozostawały bezskuteczne tak długo, póki ów osoba z własnej woli nie zdecydowała się sięgnąć po moją wyciągniętą dłoń.
Snując te swoje fantastyczne mrzonki przypominałem dziecko śniące po nocach o ujarzmianiu smoków, pływaniu w morzu z syrenkami i czy co tam jeszcze. Byłem niepoprawnym marzycielem zamkniętym w twardej skorupie łatwo popadającego w furię buca. Bo koniec końców ja też musiałem się jakoś bronić, prawda? Fakt, iż z wielką chęcią zabawiłbym się w zbawiciela tego świata, nie oznaczał, że wszyscy inni też byli tak szlachetni jak ja. Na tej planecie żyły też prawdziwe gnidy, które czerpały radość z czynienia drugiemu człowiekowi krzywdy. W takim wypadku musiałem schować serce, które nosiłem wyciągnięte na dłoni, jeśli nie chciałem pisać się na kłopoty i pewne nieprzyjemności na własne życzenie.
Kolejną sprawą był fakt, iż niezależnie od tego, jakimi wspaniałymi mocami mogącymi uzdrowić nasze społeczeństwo, dysponowałem w mojej głowie, w rzeczywistości wciąż pozostawałem nikim innym jak tylko człowiekiem. Małą, słabą jednostką, która w pojedynkę nie mogła zdziałać zbyt wiele. Która popełniała błędy, myliła się i czasem nieumyślnie sama kogoś raniła, nawet pomimo tych szczerozłotych chęci pomocy, jakie nosiłem zawsze ze sobą i w sobie. Dlatego właśnie mogłem także się zrazić. Mogłem mieć dość bycia odrzucanym raz za razem, kiedy wyciągałem do kogoś tę pomocną dłoń, a ów osoba ostentacyjnie odwracała wzrok i mnie ignorowała. Zniechęciłem się. To chyba stąd wzięła się ta moja ostatnia awersja do ludzi. Zdaje się, że trochę zgorzkniałem przez taki obrót sytuacji.
Zaskakujące, do czego w konkluzji może dojść człowiek, wpatrując się gryzmoły trzylatki. Z bezmyślnego gapienia się w kawałek papieru przejść do głębokich rozmyślań na temat własnego jestestwa, charakteru, zacząć odkrywać siebie i dojść do wniosku... że sam się w tym wszystkim pogubiłem. Pozwoliłem sobie wmówić innym, że byłem zarozumiałym gburem, tracąc przy tym poczucie własnej wartości i świadomość, kim byłem tak naprawdę. Nieomal zatraciłem własną osobę na rzecz tego, co słyszałem na swój własny temat. Po tylu latach walki z wiatrakami byłem bliski poddania się presji wywieranej przez społeczeństwo i prawie uwierzyłem w to, w co otaczający mnie ludzie chcieli, żebym uwierzył. Omal porzuciłem własne idee i wartości na rzecz ich idei i wartości, które miałem zaabsorbować i zaadoptować do własnego stylu życia i myślenia.
Całe szczęście udało mi się obudzić rychło w czas. Otworzyłem oczy i wcisnąłem hamulec wagonika kopalnianego, którym jak do tej pory wesoło i beztrosko podróżowałem z zawrotną prędkością torami w stronę urwiska. Wyglądało na to, że ledwo udało mi się wyhamować.
Kiedy myślałem o tym, jak mało brakowało do tego, żeby doszło do tragedii, aż nie mogłem powstrzymać głębokiego westchnienia ulgi, które samo wyrywało mi się z piersi. Bo w tym wszystkim najgorsza była świadomość, że to była droga tylko w jedną stronę. Jak już raz zlecisz z urwiska, to raczej twoje szanse na powrót na górę są nikłe. No chyba, że ktoś będzie na tyle miły, żeby wyłowić twoje zdewastowane zwłoki i położyć je w pobliżu krawędzi urwiska jako znak ostrzegawczy dla innych...
Mogłem nie lubić dzieci, mogłem im zazdrościć i stronić od nich, ale jednego nie mogłem zaprzeczyć. Byłem dłużnikiem Setsuko. Bo to właśnie jej laurka skłoniła mnie do rozmyślań. Bezsprzecznie musiałem jej za to podziękować w formie jakiegoś wymyślnego deseru lub czegoś innego, co mogłoby przynieść na jej pyzatą buźkę uśmiech - w jakiś awangardowy sposób, który pasowałby do naszych awangardowych charakterów. Awangardowej, młodej malarki i nieco starszego już, mniej udolnego pisarza tworzącego we własnej głowie scenariusze, a nawet fabuły całych książek, ich postacie i wszechświaty na własne potrzeby.
Idąc dalej tropem tych rozmyślań, zdałem sobie sprawę, że z pewnością nie byłem ani pierwszym, ani jedynym, który znajdował się w podobnej sytuacji. Ludzie przecież byli tak różni i niezbadani jak czarne dziury. Niby mogliśmy starać się podejść jak najbliżej do innego człowieka, ale w gruncie rzeczy było to niebezpieczne zadanie, a ponad to i tak w większej mierze wciąż mogliśmy opierać się tylko na własnych założeniach i domysłach. Zbliżenie się do kogoś groziło ryzykiem zacieśnienia więzi, wzrostu wymagań i oczekiwań oraz ewentualnym rozczarowaniem w wypadku niespełnienia ów wymagań i oczekiwań. Mogliśmy oszukiwać się, że znamy kogoś na wylot, jednak prawdą było, że wszyscy przecież nosiliśmy w sobie jakąś niezbadaną, mroczną głębię, którą ciężko było zrozumieć, objąć rozumiem, a tym bardziej spenetrować. Z pewnością mogliśmy mówić tylko o sobie, choć i nawet nie zawsze, bo przecież, kiedy zaczynaliśmy się nad sobą zastanawiać tak głęboko jak ja w tej właśnie chwili, mogliśmy odkryć w sobie pewne cechy lub przekonania, o które nie posądzalibyśmy się wcześniej. Uważając, że znamy drugiego człowieka, byliśmy tak naprawdę ignorantami i narcyzami, wierzącymi we własną nieomylność. Bo koniec końców każdy z nas musiał czasem przemilczeć, zdusić i przełknąć pewne palące i drażniące przełyk niczym żółć słowa, które aż same cisnęły się na usta. Każdy z nas w pewnych momentach zakładał maskę i udawał kogoś innego, prawda? To zdarzało się nawet najbardziej bezczelnym ludziom od czasu do czasu. W końcu mówienie prawdy i tylko prawdy nie było zawsze najlepszym sposobem na ubicie dobrego biznesu. Czasem trzeba było ugiąć ten hardy kark.
Nawet, kiedy darzyliśmy kogoś bezgranicznym zaufaniem, nasz przyjaciel nie miał zazwyczaj okazji w pełni poznać naszego charakteru, gdyż nie trwał przecież przy nas dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie obserwował uważnie, bez mrugnięcia okiem każdej naszej pojedynczej reakcji i nie rozmyślał nad tym czy była ona prawdziwa, czy też nie. W pewnych momentach, kiedy wychodziło z nas to, co ukryte, to, czym na ogół nie popisywaliśmy się przed innymi, zwyczajnie odpuszczaliśmy, nawet jeśli w pierwszej chwili mogło to być coś, czym chcielibyśmy podzielić się z ów przyjacielem, żeby zdjąć ten ciężar z własnych barków,. Bywało też tak, że zwyczajnie zapominaliśmy. Machaliśmy lekceważąco ręką i po prostu dawaliśmy za wygraną, chcąc dać męczącej nas sprawie spokój, chcąc od niej odpocząć i trochę się zrelaksować. Nie ujawnialiśmy przed innymi wszystkich swoich twarzy z osobna. Zawsze pozostawało w nas, w środku coś, co było ukryte, coś niezbadanego i owianego swoistą tajemnicą. W takim wypadku wychodziło na to, że mogliśmy wcale nie zdawać sobie sprawy z tego, jaka i kim była osoba, którą uważaliśmy za przyjaciela lub zwyczajnie za kogoś bliskiego.
Jaki ten świat skomplikowany...
Nie ma do niego przypadkiem jakiejś instrukcji? Albo czy przynajmniej każdy z nas nie powinien dostawać takowej na samym początku? Jeśli nie, to przynajmniej jakiś "samouczek" by się przydał albo coś, tak jak to było w grach, kiedy program w telegraficznym skrócie opisywał ci, do czego służą poszczególne przyciski i co oznaczają poszczególne tryby.

"Nowy Świat" cz.17

          Zgodnie z życzeniem (żeby mi ktoś nie zarzucił, że jestem gołosłowna!) wskrzeszam tę serię! Czas wziąć się za porządki w niej, gdyż zrobił się tu mały... bajzel ^^'' Zdaje się, że chciałam uwzględnić w tym opowiadaniu zbyt wiele gwiazd j-rocka na raz C'': Ale to nic! Ja to jeszcze jakoś ogarnę!
            Możecie w komentarzach typować swoich ulubieńców, z którymi shippujecie Alexa! (to byłoby bardzo pomocne, huh... ^^'' ♥)

             Swoją drogą, już jakiś czas temu dopatrzyłam się na liście obserwatora o nicku Harleen Doushito - chciałam bu tylko pogratulować absolutnie fantastycznego wyboru zdjęcia profilowego ♥ Serio, to tyle, co chciałam x''DDD (Wybaczcie... ^^'')


„Nowy Świat” cz.17

Wsparłem się, a właściwie to uwiesiłem się na barierce niewielkiego mostku dysząc ciężko. W boku czułem przeszywające kłucie, a w płucach tępy ból i ciężar. Moja klatka piersiowa jakby nie unosiła się wystarczająco szybko, przez co wciąż brakło mi powietrza. Przełknąłem z trudem gęstą, lepką, zbryloną ślinę i obrzuciłem spojrzeniem miniaturowy ekran sprytnego urządzenia na moim nadgarstku, który mierzył mój czas biegu, pokonany dystans i przybliżoną wartość spalonych kalorii. Sapnąłem ciężko wściekając się na siebie, kiedy zorientowałem się, że nie udało mi się pokonać wyznaczonego przez siebie dystansu. Nigdy nie byłem wielkim fanem siłowni, podnoszenia ciężarów lub gier zespołowych, jednak musiałem przyznać, że lubiłem biegi i byłem w nich całkiem dobry. Nie byłem amatorem wielkich prędkości, choć wiedziałem, że podkręcenie sobie tempa od czasu do czasu rzutowało na ogólne podniesienie kondycji i osiągów. Byłem dobry w biegach długo i średniodystansowych… przynajmniej zazwyczaj, gdyż dziś coś wyjątkowo mi nie szło. Przez zamieszanie związane z przeprowadzką, zmianą pracy i całym tym chaosem, który skutkował wywróceniem mojego życia do góry nogami, nie trenowałem zbyt regularnie w ostatnich miesiącach. Dziś jednak osiągnąłem już chyba swoje apogeum. Zdawało mi się, że byłem wściekły na siebie jak nigdy wcześniej.
Z trudem wywindowałem się do pozycji stojącej, co nie było łatwym zadaniem ze względu na doskwierający mi ból w dole pleców. Bolały mnie także uda, płuca wciąż paliły. Musiałem przyznać, że dzisiejszej nocy nie spałem zbyt dobrze, co mocno rzutowało na moją sprawność fizyczną i wciąż zżerały mnie różne stresy, przez co nie mogłem w pełni skupić się na wysiłku. Nie próbowałem się jednak usprawiedliwić przed samym sobą. Poirytowany własną postawą godną pożałowania względnie otarłem czoło zroszone drobnymi perełkami potu i sięgnąłem po bidon z wodą zatknięty za pasek elastyczny na moim udzie. 
- No proszę, kogo ja widzę… Alex? – na dźwięk tego znajomego głosu od razu przeszły mnie dreszcze, przez co mało nie zadławiłem się napojem. Zdziwiony odsunąłem butelkę od ust, spoglądając na Isamiego, który zmierzał w moją stronę. Po jego sportowym stroju mogłem wywnioskować, że on również musiał biegać. – Nie spodziewałem się spotkać akurat ciebie w tym miejscu – uśmiechnął się nieco pobłażliwie. Niemniej, jego głos wciąż pozostawał ciepły, a spojrzenie nienaszpikowane cynizmem i prowokacją.
- Nie wyglądam ci na biegacza, co? – prychnąłem.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić – podniósł dłonie w obronnym geście i postąpił kilka kroków w moją stronę, aby następnie oprzeć się o barierkę plecami, tym samym wybierając sobie miejsce tuż obok mnie.
Tym razem przyrodni brat Karmy nie nosił kolorowych soczewek. Spojrzał na mnie oczami czarnymi niczym bezgwiezdna noc, a ja odniosłem dziwne wrażenie, że mógłbym się w nich utopić, gdybym nie odwrócił w porę wzroku. Serce w klatce żeber znów zaczęło mi się kołatać niespokojnie, nierówno, szybko. Krew uderzyła mi do głowy, co odbiło mi się echem w postaci pulsu łupiącego w skroniach. Brunet miał jakąś niezwykłą moc i aurę, którą boleśnie dobitnie na mnie wpływał, powiedziałbym, że nawet przejmował na nade mną kontrolę. Za każdym razem, kiedy tylko się odzywał, czułem niepokojącą słabość w nogach. Niczym zahipnotyzowany słuchałem każdego jego słowa z osobna, jakby każde z nich mogło kryć w sobie jakąś głęboką mądrość i przesłanie. Jego bliskość odbierała mi jasność myślenia, stając się bodźcem nadrzędnym, którego nie mogłem zignorować. Z jednej strony przyciągał mnie do siebie w jakiś niewyjaśniony sposób, a z drugiej jakbym… dopatrywał się w nim czegoś mrocznego, co nieco mnie odstraszało i wzbudzało we mnie niepokój. Próbowałem nie zwracać uwagę na tę drugą stronę medalu, próbując sobie wmówić, że to tylko moje dziwne uprzedzenie. Może patrzyłem na niego przez pryzmat jego brata, który był… no cóż, dość ekscentryczną postacią? Z drugiej strony jednak on sam wystawił mu pozytywną ocenę. Mój współlokator twierdził, że początkujący muzyk był dobrym dzieciakiem. To powinno mnie w pewien sposób uspokoić… prawda?
O ile mogłem zawierzyć opinii i jej adekwatności wystawionej przez osobę, która sama twierdziła, że nie rozumie ludzkich uczuć i emocji. 
Syknąłem, kiedy pulsowanie w moich skroniach wzmogło się. Przytknąłem dłoń do czoła i skuliłem się w sobie, gdyż najwyraźniej intensywne myślenie po wzmożonym wysiłku fizycznym nie było jednak najlepszym pomysłem.
- W porządku? – zapytał zaniepokojony. 
- Tak, tak… - machnąłem na niego uspokajająco ręką.
- Na pewno? – upewnił się. – Nie wyglądasz najlepiej… Może chcesz usiąść? – zaproponował i rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu jakiejś ławki, jednak tej jak na złość nie było nigdzie widać na horyzoncie. 
- Spokojnie, nic mi nie jest – próbowałem przekonać go słabym uśmiechem, do którego się zmusiłem.

***

Powoli zaczynałem doszukiwać się pewnych podobieństw pomiędzy Karmą a Isamim, nawet jeśli ci w istocie byli braćmi tylko z „nazwy”, gdyż mieli inne matki i nawet nie byli razem wychowywani. Niemniej jednak łączyła ich jedna cecha – zaborczość. Wokalista AvelCain stwierdził, że nie podoba mu się pomysł, który zakładał, że miałem wyjechać w trasę koncertową z Nocturnal Bloodlust i uważał to za wystarczający powód do tego, żebym porzucił wszystkie swoje plany. Z kolei wokalista Archemi. zmartwiony moim stanem zaprosił mnie do siebie, gdyż ponoć mieszkał niedaleko, żebym odpoczął i nie zaważał na moje jakże liczne protesty i zapewnienia, że wszystko przecież jest w porządku. Nie. Po prostu nie. Nie i koniec. Słowo się rzekło. Dziękuję za uwagę. Wszyscy muszą się dostosować. W planach nie było miejsca na żadne odchyły od normy, bo na didaskalia przecież i tak nikt nie zwracał uwagi.
Jeżeli wierzyć w reinkarnację lub cykliczność życia po życiu to ta dójka miała całkiem spore szanse na objęcie funkcji dyktatora w jednym ze swoim przeszłych lub przyszłych żywot...
Brunet w istocie mieszkał całkiem niedaleko, w stosunkowo niewielkim bloku jak na tokijskie standardy. Przepuścił mnie przodem, instruując, gdzie iść i deptał mi po piętach, kiedy wspinaliśmy się po schodach na drugie piętro, jakby w każdej chwili gotowy łapać mnie, gdyby nagle zachciało mi się mdleć niczym teatralnej księżniczce. Pomimo jego zaborczości, którą wykazał się na przedzie, wyglądało też na to, że mimo wszystko był bardzo troskliwą i przezorną osobą.
Mieszkanie brata mojego współlokatora było… co najmniej specyficzne. Kiedy tylko jego właściciel otworzył przede mną drzwi frontowe, uderzył we mnie silny, kadzidlany, nieco duszący zapach wypełzający się na korytarz w postaci półprzezroczystej, mlecznej mgły. Od razu zwietrzyłem charakterystyczny zapach topiącej się stearyny, a w zaciemnionym mieszkaniu dostrzegłem pojedyncze, jasne punkty będące zapalonymi świecami. Jak już wspomniałem, w mieszkaniu było ciemno, mimo iż na zewnątrz świeciło słońce, a na zegarze nie wybiła jeszcze dwunasta. Rolety były zaciągnięte przynajmniej do połowy, a w środku i tak dominowały ciemne barwy, takie jak głęboka, winna czerwień czy śliwkowy fiolet. Tu i ówdzie dostrzegłem zawieszone jako ozdoby pergaminy ze spisanymi zamaszyście modlitwami i błogosławieństwami lub drewniane obrazki przedstawiające różne bożki shinto. Na komodzie w przedpokoju stała wiązka tlących się kadzideł. Świece porozstawiane były w różnych kątach właściwie w każdym pomieszczeniu, wliczając w to nawet łazienkę. Na szafce w SJS (salono-jadalnio-sypialni) stał złoty, masywny posążek kreatury, którą naprawdę chciałem nazwać kolejnym bożkiem pochodzenia religii politeistycznej, jednak zwyczajnie nie mogłem. Jej spiczaste, długie uszy, ostre szpony i kocie oczy znacznie bardziej przywodziły mi na myśl demona, z której strony bym na to nie spojrzał. Złoty posążek trzymał ręce złożone jak do modlitwy, a wokół nich opleciony miał łańcuszek z nawleczonymi nań dużymi, drewnianymi kulami, który w jakiś pokraczny sposób przywodził mi na myśl powiększoną wersję różańca. Kolorowe kamienie, które w słabym świetle do złudzenia przypominały te szlachetne, tkwiły i lśniły niebezpiecznie intensywną czerwienią w źrenicach demonicznej kreatury oraz zimną bielą pojedynczych kropek na jej wysokich kościach policzkowych oraz dłoniach. 
Poczułem się dziwnie spięty – głównie dlatego, że odniosłem wrażenie, jakbym wszedł do jakiejś mrocznej kapliczki, a nie do przeciętnego mieszkania jeszcze bardziej przeciętnego dwudziestoparolatka. Chociaż chwila… Już chyba sam sposób, w jaki Isami się wypowiadał dyskwalifikowało go z listy „szary, nudny i pospolity”.
Odwróciłem się do gospodarza, starając się nie okazywać tego, jak bardzo czułem się nie na miejscu i jak bardzo byłem zagubiony.
- Kawy? Herbaty? – zapytał uprzejmie jakby nigdy nic, zupełnie nie zwracając uwagi na dziwaczny grymas, który wpłynął na moją twarz, kiedy naprawdę dawałem z siebie wszystko, żeby nie dać po sobie poznać tego, co właśnie pomyślałem sobie o tym miejscu. Szło mi to marnie, jednak muzyk okazał się być wyrozumiały. Ciekawe, jak często przyjmował gości w domu…?
- Nie, jest w porządku… - mruknąłem, nie mając ochoty zabawić tu na zbyt długo.
- A więc herbata – zadecydował. – Nie obrazisz się, prawda? Piłem już dziś kawę – usprawiedliwił się i przeszedł do kuchni, gdzie nastawił czajnik elektryczny.
Ta, zdecydowanie coś musiało łączyć go z Karmą…
- Mieszkasz tu sam? – zapytałem, żeby przerwać dość niezręczną i ciężką niczym kolory otaczających nas ścian ciszę.
- Tak – przytaknął. – Nie krępuj się tak – polecił i uśmiechnął się.
Gest ten powinien jakoś rozładować napięcie, gdyż nie był ani nieszczery, ani wymuszony, jednak przyniósł on zupełnie odwrotne rezultaty. Momentalnie poczułem, jak zimny, elektryzujący dreszcz przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa, jak oblewa mnie zimny pot, który bynajmniej nie ma nic wspólnego z moim uprzednim wysiłkiem fizycznym. Najgorsze w tym wszystkim jednak było to, że towarzyszyło temu oślizgłe, mrożące krew w żyłach uczucie, jakby ktoś chwycił zmrożoną ręką moje wnętrzności i bezceremonialnie zaczął nimi wywracać w tą i z powrotem. W odpowiedzi potrafiłem jedynie skinąć sztywno głową mojemu rozmówcy. Na niemal słaniających się nogach przeszedłem do SJS, gdzie pozwoliłem sobie zająć miejsce przy niskim stoliku kotatsu.
Siedząc tak i czekając na mojego towarzysza rozglądałem się ciekawsko po pomieszczeniu. Moją szczególną uwagę zwrócił regał z książkami, z których, jak mogłem wnioskować po tytułach wytłuczonych na grzbietach, wiele odnosiło się do tematu religii shino, buddyzmu, wierzeń ludowych, folkloru poszczególnych prefektur japońskich, a nawet demonologii i mitologii. Interesujące… i w jakiś sposób także niepokojące, musiałem przyznać.
Isami wrócił po chwili z dwoma kubkami zielonej herbaty. Zasiadł naprzeciw mnie i bez słowa upił łyk parującego naparu, który w moim mniemaniu wciąż był wrzątkiem, gdyż był na tyle gorący, że nie mogłem nawet objąć naczynia palcami, a co dopiero mówić tu o piciu. Między nami znów zapanowała cisza.
- Jak ci się mieszka z moim bratem? – zapytał w końcu. – Zdaję sobie sprawę, że momentami może być dość… ekstraordynaryjny – mruknął.
- W porządku, nie naprzykrza się jakoś znacząco – odparłem. – A ty… nie czujesz się czasem samotny mieszkając w pojedynkę? – poczułem się w obowiązku zrewanżowania się pytaniem za pytanie.
- Niekoniecznie – wzruszył ramionami. – Choć rozumiem, do czego zmierzasz – uśmiechnął się znacząco znad kubka. – Nie, nie miewam wielu gości – wyznał. – Właściwie to nie lubię zapraszać znajomych do siebie. Wolę spotykać się z nimi gdzieś na mieście. Mój dom jest… mój. Jest moją oazą spokoju, w której nie życzę sobie czyichś interwencji ani tym bardziej czyichś brudnych butów – wyjaśnił.
- Więc dlaczego ty… mnie…? – dukałem, aż w końcu zająknąłem się i umilkłem pod wpływem jego intensywnego spojrzenia, którym zaczął mnie taksować.
- Zaprosiłem cię, bo cię lubię – stwierdził prosto.
- Czy to ma coś do rzeczy z tym, co powiedział ci na mój temat Karma? – zainteresowałem się.
- Poniekąd – przyznał. – Cóż, nieczęsto zdarza się, żeby mój brat miał na czyjś temat tak pochlebną opinię – wziął głębszy oddech. – To sprawiło, że mnie zainteresowałeś i że zapragnąłem cię poznać osobiście. Muszę przyznać, że póki co nie żałuję – posłał mi uśmiech, jakiego nie powstydziłby się nawet sam miłosierny Budda, na co mnie przeszedł kolejny dreszcz. Ten chłopak zdawał się być jakąś mieszanką sprzecznych ze sobą sił…
- Czy to oznacza, że oczekujesz po mnie czegoś konkretnego? – dopytywałem.
- Konkretnego? – uniósł brwi w zdziwieniu. O dzięki wszystkim bożkom tego i innego świata, i siłom transcendentnym, i wszelkiemu innemu podobnego tałatajstwu, ten z „niecodziennych braci”, jak zacząłem w myślach nazywać Isamiego i Karmę, przynajmniej potrafił w jakiś ludzki sposób okazywać swoje uczucia i emocje! Chwała mu za to! – Nie, nie powiedziałbym. Niczego po tobie nie oczekuję. Może jedynie liczę na zaistnienie pewnych sytuacji i możliwości. To tyle. Ale nie przejmuj się – machnął ręką, widząc moją zapewne spłoszoną minę. – Nie musisz nic robić. Po prostu pozwól mi się obserwować. To tyle – rozłożył ręce, na co ja przełknąłem głośno, jakby brunet w istocie mógł mi grozić, a nie dopiero co powiedział, żebym niczym się nie przejmował. – Więc? Jakieś plany na dziś? – zainteresował się, zmieniając przy tym temat, za co byłem mu ogromnie wdzięczny.

***

W gruncie rzeczy nie miałem żadnych planów na dzień dzisiejszy. Miałem wolne i zamierzałem w bezczelny sposób zmarnować mój czas na coś prozaicznego i niezbyt wymagającego wysiłku fizycznego, tudzież umysłowego. Gdybym nie spotkał wokalisty Archemi., zapewne wróciłbym do siebie i zajął się czytaniem jakiejś przypadkowej książki, możliwe, że wzorując się na Genshō, podprowadziłbym jakiś tomik poezji Karmie lub zajął się oglądaniem jakiegoś filmu na laptopie, gdyż w telewizji głównie puszczano dziwaczne programy rozrywkowe, które nie były na nerwy przeciętnego śmiertelnika. Można więc było powiedzieć, że brunet uratował mnie od próżnowania w samotności, choć nie mogłem powiedzieć, żebyśmy razem zajęli się czymś o wiele bardziej produktywnym.
Zostałem u Isamiego znacznie dłużej niż mógłbym sobie tego życzyć, choć w istocie wcale nie czułem się z tym źle. Z czasem zacząłem przyzwyczajać się do specyficznego otoczenia, a chłopak nawet odsłonił zasłony, wpuszczając do środka co nieco promieni słonecznych, z czym od razu poczułem się lepiej. Przez dłuższy czas siedzieliśmy przy kotatsu i rozmawialiśmy, a rozmowa z czasem szła nam coraz lepiej. Coraz płynniej przechodziliśmy z tematu w temat, coraz rzadziej zdarzały nam się chwile wypełnione pustą ciszą. Zaczynałem czuć się w jego towarzystwie coraz swobodniej, choć kiedy zdarzało mi się mówić przez dłuższy czas i Isami nagle odzywał się po pewnej przerwie, wciąż czułem ten dziwny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa i to niepokojące napięcie kumulujące się gdzieś w okolicach lędźwi. Niemniej, nie było to nieprzyjemne. To też zaczynało mi się podobać, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie zacząłem wręcz wyczekiwać z niecierpliwością chwili, w której znów mogłem poczuć to elektryzujące doznanie, które nie do końca potrafiłem opisać ani się w nim rozeznać, jasno stwierdzając, o czym ono świadczyło i czym było w istocie.
Później zrobiło się już naprawdę późno, a więc minęło już południe, a my zgłodnieliśmy, więc przenieśliśmy się na chwilę do kuchni, gdzie wspólnymi siłami udało nam się stworzyć coś na lunch. Następnie znów wróciliśmy do salono-jadalnio-sypialni, ale tym razem ulokowaliśmy się na o wiele wygodniejszej kanapie, jedząc, śmiejąc się i oczywiście rozmawiając niczym małolaty podczas pierwszego, wspólnego nocowania w amerykańskim serialu. To wszystko wydawało się banalne, jednak było niezaprzeczalnie przyjemne.
Muzyk fascynował mnie. Był inny niż większość ludzi, których znałem, jednak nie był przy tym, bądźmy szczerzy, dziwakiem jak jego brat, cholerykiem jak Daisuke czy nie wiadomo kim jeszcze. Jego „inność” nie ograniczała się tylko do prezentowania jego wad czy „usterek” w jego charakterze i usposobieniu, ale przejawiała się w jakiś niewymuszony i przyjazny sposób. Niedługo po tym stwierdzeniu odkryłem z niemałym zresztą zaskoczeniem, że tak właściwie… to Isami oczarował mnie. Fascynował mnie jego głęboki, wibrujący głos, którego mógłbym słuchać godzinami, jego głębokie uduchowienie, które szło z niepojętą tolerancją wobec wszystkiego i wszystkich, którzy nie zgadzali się z jego poglądami, jego zamiłowanie do różnych kultów i kultur, a nawet same jego sanctrum, które przywodziło na myśl zakazaną świątynię. To wszystko w jakiś sposób wydawało mi się być odległe, wręcz nierealne, a z drugiej strony tak ciekawe, inne, niecodzienne, na wyciągnięcie ręki. 
Pożegnaliśmy się dopiero, kiedy na dworze zrobiło się już ciemno. Nie znaliśmy się wystarczająco długo i dobrze, żeby któryś z nas mógł wyjść z propozycją wspólnego spędzenia nocy, choć towarzyszyło mi silne przeczucie, że gdybym zapytał, brunet nie wyrzuciłby mnie na bruk. Coś podpowiadało mi, że zgodziłby się, jednak nie chciałem już na "dzień dobry" nadużywać jego gościnności. Wszak sam stwierdził, że nie bardzo lubił przyjmować gości w domu, a ponad to uraczył mnie już obiadem, więc to i tak wystarczająco jak na jeden raz. 
Wyszedłem z mieszkania chłopaka w naprawdę dobrym humorze. Isami był zdecydowanie osobą, z którą chciałem pogłębić znajomość. Ten bardzo przypominał swojego brata, jednak nie był tak pokręcony jak on i miał chociażby jakieś względne pojęcie o relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwiało komunikowanie się z nim. Byłem szczęśliwy, że miałem okazję go poznać.
Wracałem właśnie do domu, kiedy nagle usłyszałem za sobą nawoływanie. Odwróciłem się, dostrzegając za sobą Hiro, który kierował się w moją stronę szybkim, sprężystym krokiem. Nie wyglądał na złego, jednak jego mina zdradzała także, że ten nie posiadał się ze szczęścia. Przystanąłem na moment, czekając aż ten mnie dogoni.
- Hej...
- Czemu nie odbierasz telefonu? - przerwał mi, od razu przechodząc do sedna.
- Jak to nie odbieram? - zdziwiłem się. - Przecież nie dzwoniłeś... - wyjąłem telefon z kieszeni, żeby sprawdzić czy faktycznie mogłem nie zauważyć jakiegoś nieodebranego połączenia, jednak zamiast tego przekonałem się, że bateria wyzionęła ducha. - Oh... - mruknąłem pod nosem.
Byłem tak zaaferowany spotkaniem z bratem Karmy, że nawet nie zauważyłem, kiedy moja komórka odmówiła posłuszeństwa. Przez cały ten czas, który wspólnie spędziliśmy, nie zmarnowaliśmy ani chwili na grzebanie w social media czy oglądanie telewizji. Nic podobnego. Spędziliśmy razem dzień w "staroświecki" sposób, obchodząc się bez wszelkich elektronicznych gadżetów. Musiałem przyznać, że to była miła odmiana. Odświeżająca, powiedziałbym. Miło było mieć kogoś, z kim można było spędzić czas bez potrzeby zasłaniania się portalami społecznościowymi i wirtualną rzeczywistością. Rozmawialiśmy, skupiając całą naszą uwagę na tej drugiej osobie, patrząc na siebie wzajemnie, a nie w martwe tafle wyświetlaczy. To było naprawdę przyjemne. Z całą pewnością chciałbym to jeszcze kiedyś w przyszłości powtórzyć. Odciąć się od nierealnego świata i skupić się na jednej, wybranej osobie, prawdziwie cieszyć się jej obecnością i bliskością, zrobić sobie odwyk od telefonu, laptopa i telewizora, od których znaczna część społeczeństwa w dzisiejszych czasach była uzależniona - wliczając w to także mnie. Miło było także przekonać się, że jeszcze nie zatraciłem wszelkich zdolności socjalizowania się z innymi twarzą w twarz, bez zbędnego pośrednictwa przedmiotów nieożywionych.
- Wybacz, mój telefon się rozładował, a ja nawet nie zauważyłem - wytłumaczyłem się. Wokalista Nocturnal Bloodlust westchnął na te słowa i przewrócił oczyma. - Coś się stało? - zapytałem.
- I tak, i nie... - mruknął wymijająco. - Nie było cię dzisiaj w pracy - zauważył.
- Miałem dzień wolny - odparłem. - Chciałeś ode mnie czegoś konkretnego?
- Właściwie to tak - przytaknął. - Pamiętasz, jak wspominałem o Europejskiej trasie, do której przygotowuje się mój zespół, prawda? - upewnił się, na co ja skinąłem mu głową. - No właśnie. Wstępny plan został już zatwierdzony i teraz pewne akcje muszą zostać podjęte. Powiedziałeś, że chcesz jechać ze mną - przypomniał mi. W tym momencie moje serce zabiło mocniej. Z trudem przełknąłem ślinę przez zaciskające się gardło. Cholera... - Jeśli faktycznie chcesz z nami lecieć do Europy, musimy dopełnić pewnych formalności - wyjaśnił. - Wszystko w porządku? Zbladłeś... - zauważył.
- Tak, wszystko gra - machnąłem lekceważąco ręką, odwracając od niego spojrzenie.
Prawdą było, że zapomniałem na moment o całej tej nadchodzącej trasie i znów dopadły mnie wątpliwości. Dzień spędzony z Isamim był dla mnie niemal jak wycięty z osi czasu. Kilkanaście godzin wyciętych z życiorysu, przez które zdążyłem zapomnieć o całym, bożym świecie. Cudownie. Teraz jednak nastał czas, żeby ponownie wrócić do rzeczywistości. Niby wcześniej podjąłem już decyzję, że będę wspierał wokalistę Nokuruby, że skupię się na nim i na kwitnącym do nim uczuciu, jednak... teraz znowu się wahałem. Czy aby na pewno powinienem jechać? Czy powinienem się na to pisać?
Lubiłem go. To fakt. Był miłym gościem. Ale czy to był wystarczający argument, żeby na własne życzenie spędzić z nim kilka miesięcy w separacji od wszystkich innych, którzy byli mi bliscy? W końcu zarówno Yuuki, jak i Karma wytknęli mi, że tutaj, w Tokio miałem już wystarczająco niedokończonych spraw. Wokalista InitialL namawiał mnie do rzucenia wszystkiego w diabły, z kolei brunet chciał, żebym został na miejscu i żebym sprostował moje relacje z innymi po kolei. Z jakiejś racji nie uważał Hiro za adekwatne dla mnie towarzystwo. Ponad to wciąż pozostawała sama kwestia mojej niepewności. Gdybym się w nim zakochał, to już dawno siedziałbym jak na szpilkach na spakowanej walizce, wyczekując z niecierpliwością taksówki na lotnisko, czyż nie tak? Zamiast tego ja jednak raz za razem traciłem głowę dla kogoś innego - dla Aryu, dla Isamiego. - i zapominałem o nim, spychając go na dalszy plan. To dowodziło chyba jednak tego, że wokalista Nocturnal Bloodlust nie był moją wielką i jedyną miłością, prawda?
- Będziesz jutro w pracy? - kontynuował niezrażony brunet.
- Tak, jasne - przytaknąłem.
- W takim razie znajdę cię na przerwie i zaprowadzę do mojego managera. Musimy przedyskutować kilka spraw - uprzedził.
- Um, oczywiście... - mruknąłem nieprzekonany.
- Właściwie to tylko tyle dziś od ciebie chciałem - wzruszył ramionami. - Pofatygowałem się do ciebie, bo chciałem się upewnić, że jeszcze się nie wycofałeś z danego słowa - uśmiechnął się zadziornie. - Poza tym to ważne, żeby załatwić wszystkie sprawy papierkowe możliwe jak najszybciej - zaznaczył. - Skoro jednak wciąż jesteś zdecydowany, to dobrze. Nie będę ci już zawracał dłużej głowy. Spotkamy się jutro - obiecał. - Umówiłem się na mieście z Masą i Natsu - wytłumaczył się, kiedy potraktowałem go pytającym spojrzeniem.
- W porządku - zgodziłem się. - W takim razie do zobaczenia jutro - pożegnałem się słabnącym głosem.
Hiro pomachał mi na odchodne, po czym zawrócił w kierunku, z którego tu przyszedł. Ja w tym czasie wróciłem do domu. W salonie, zgodnie już z naszą niepisaną tradycją, czekał na mnie Karma. Chłopak podniósł na mnie leniwe spojrzenie znad czytanego tomu poezji.
- Spotkałeś się z Isamim? - zapytał, kiedy zaledwie przekroczyłem próg mieszkania, zrzucając buty z ciężkim westchnięciem.
- Zgadza się - potwierdziłem.
- Nie wyglądasz kwitnąco - skomentował. - Posprzeczaliście się? - zgadywał.
- Nie, tu nie chodzi o Isamiego - odpowiedziałem, zajmując miejsce na kanapie obok niego. - Spotkałem Hiro pod blokiem, kiedy wracałem - wyznałem. Brunet niemo nakazał mi kontynuować, wpatrując się we mnie intensywnie. - Przyszedł upewnić się, że nie zmieniłem zdania, co do trasy Nocturnal Bloodlust po Europie - zacząłem tłumaczyć. - Chce, żebym jutro dopełnił jakiś formalności... - westchnąłem raz jeszcze.
- Powiedziałem ci już, że nigdzie nie jedziesz - odezwał się twardo, na co ja spojrzałem na niego zaskoczony. Temu dalej nie przeszło to władcze podejście?
- Ale powiedziałem mu, że z nim pojadę... - podciągnąłem nogi pod klatkę piersiową. - Teraz to już trochę za późno, żeby się wycofać. Poza tym i tak nie mam żadnej dobrej wymówki... - sapnąłem. - Myślałem też, że może udałoby mi się spotkać z rodziną, gdybyśmy zahaczyli o Norwegię, więc może w sumie nie byłoby znowu aż tak źle... - próbowałem pocieszyć sam siebie i przekonać się do tego, żeby spojrzeć na całą tę sytuację z nieco większym optymizmem.
- Nie jedziesz - muzyk nie dawał za wygraną.
- Nie? - prychnąłem. - Bo co? Mam mu jutro powiedzieć, że nie podpiszesz mi zgody na wycieczkę? - parsknąłem.
- Alex, czy ty nie widzisz, że masz pewien problem? - spojrzał na mnie z przyganą. - Nie chcesz jechać. Zgodziłeś sie tylko dlatego, żeby uszczęśliwić Hiro. I to jest właśnie twój problem. Przytakujesz i zgadzasz się na wiele rzeczy, żeby nie rozczarować i nie sprawić przykrości innym, jednak przy tym sam nie bierzesz pod uwagę tego, co ty chcesz i czujesz, przez co w ostatecznie motasz się, jesteś niezdecydowany i rozsiewasz wokół siebie istny chaos, angażując w niego wszystkie napotkane osoby. Chcesz być przyjacielem wszystkich i wszystkiego, przez co pozwalasz zbyt wielu osobom zbliżyć się do ciebie - aż uchyliłem ze zdziwienia usta, słysząc taki wywód z jego strony. - Może teraz jeszcze nie masz takich problemów i nie jesteś tego świadom, ale w przyszłości przez takie zachowanie twoja opinia może ucierpieć, mimo iż ty cały czas będziesz się starał robić wszystko najlepiej tak, jak potrafisz, żeby wszystkim dogodzić - prychnął. - Jeśli choć przez chwilę będziesz ze sobą szczery i pomyślisz o tym, czego ty tak naprawdę chcesz, ludzie, którzy powinni ci być bliscy, sami ostaną się po twojej stronie, podczas gdy inni odejdą. To stanie się dla ciebie jasne, kiedy wreszcie przejrzysz na oczy - odezwał się pewnie. - Nie jedziesz i tyle - uparł się. - O powód się nie martw. Zostaw to mnie - polecił, po czym bez słowa wyjaśnienia ponownie wrócił do przerwanej lektury.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Karma nie był raczej człowiekiem czynu. Zdecydowanie wolał zaszyć się gdzieś w ciszy i spokoju, czytając lub komponując niżby pchając się na środek sceny, odwalając teatralny show. Był mrukliwy, nie odzywał się zbyt często, a nawet jeśli, to zazwyczaj pozostawał lakoniczny i zwięzły. Dziwiła mnie ta nagła, przejawiona przez niego inicjatywa, jednak nie zamierzałem krytykować jego postawy. Ostatecznie machnąłem tylko ręką, nie oczekując po nim zbyt dużo. 
Z trudem podniosłem się z siedzenia i ruszyłem w stronę łazienki, żeby wciąć prysznic i zmyć z siebie zmęczenie całego dzisiejszego dnia. Po kąpieli i kolacji nie pozostało mi już nic innego, jak tylko czekać na nadejście następnego dnia, żeby przekonać się, co ten trzymał dla mnie w zanadrzu - jak przebiegną ów formalności, które miały ten irytujący zwyczaj iść zawsze nie po myśli człowieka? Co w istocie planował wokalista AvelCain? O ile w ogóle miał jakiś plan i zamierzał coś zrobić... Karma nie był osobą rzucającą słowa na wiatr, jednak z drugiej strony jego niezdrowa chęć rozkazywania mi, sprawowania nade mną władzy, wręcz traktowania mnie jak przedmiotu posiadanego na własność sprawiała, że miałem silne wrażenie, jakoby ten tylko bełkotał bez składu i ładu, będąc ponownie zainspirowanym jakąś postacią z książki, mangi czy anime. 
No cóż, o wszystkim tym miałem przekonać się dopiero jutro. Póki co wolałem nie nastawiać się na nic konkretnego, nie kreować żadnych wyimaginowanych, wyidealizowanych lub karykaturalnie przerysowanych scenariuszy najbliższych wydarzeń. Zamierzałem grzecznie poczekać w kolejce, żeby zostać obdarowany przez dary losu i podziękować za nie lub z miejsca zacząć je zwalczać. Do tej pory przyszłość była jednak jedną wielką niewiadomą i nie pozostawało mi nic innego jak czekać. 
Czekać.