Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nihit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nihit. Pokaż wszystkie posty

"世界が急に変わればいい" cz.1 Yohio x Nihit (ex Killaneth), Nihit x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit x MiA (Mejibray)

Dobra, zdecydowałam się zacząć poblikować tę nową, wcześniej zapowiedzianą serię, gdyż... cóż, nic innego nie cieszy się zainteresowaniem (a więc i autorowi na głodzie nie chce się pisać >.<), więc może to opowiadanie będzie miało chociaż trochę więcej szczęścia i zgarnie więcej czytelników (?).

Tytuł: "世界が急に変わればいい" (jap. "Sekai ga kyuu ni kawaba ii", pol. "Mam nadzieję, że świat nagle się zmieni")
Paring: Yohio x Nihit (ex Killaneth), Nihit x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit x MiA (Mejibray)
Typ: seria -> cz.1/?
Gatunek: obyczajowe
Beta: -

Zdjęcie z instagrama Kaia, które swego czasu posłużyło mi za inspirację:


Westchnąłem ciężko, popychając równie ciężkie jak i moje westchnięcie, szklane drzwi prowadzącego do obszernego hallu. Ciemna, granitowa posadzka błyszczała się jak tyłek niemowlaka w ostrym świetle podwieszanych lamp. Ściany nie były upiększane w tradycyjny sposób obrazami czy jakimiś malowidłami, ale zdobiły je akwaria. W nich z kolei pływały małe, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy rybki oraz falowała ospale morska zielenina przypominająca paprocie i sałatę. Ta, nawet tego zielska nazwać poprawnie nie potrafiłem, bo zazwyczaj w latach szkolnych byłem tym, który na lekcjach zajmował się absolutnie wszystkim tylko nie tym, czym powinien... Nie, żebym jakoś wyjątkowo tego żałował, ale czasami zastanawiałem się czy abym na pewno dobrze w życiu wybrał. Może mogłem trochę bardziej się postarać w czasie edukacji, załapać jakąś standardową, nudną pracę w biurze, nosić przepocony garnitur i wychodzić codziennie na drinka ze współpracownikami, żeby utopić całą swoją frustrację w alkoholu, stając się przy tym żywą definicją salarymana? 
Może...
Nie no, do cholery, kogo ja próbuję oszukać? Nie wytrzymałbym takiego trybu życia nawet tygodnia. Zapewne w końcu puściłyby mi nerwy i zrobiłbym coś nieprzewidywalnego i głupiego, czego później mógłby srogo żałować... i nie mógłbym wykluczyć, że nie polałaby się przy tym krew.
Podszedłem do recepcjonistki siedzącej za wysokim, również granitowym kontuarem. Przedstawiłem się i kulturalnie poprosiłem, żeby dała znać szefowi, że stawiłem się już na spotkanie, na które byłem umówiony. Ta skinęła mi głową i chwyciła za słuchawkę telefonu, wskazując mi w międzyczasie miejsce na jednej ze skórzanych, czarno-białych kanap. Udałem się we wskazanym kierunku, zajmując siedzenie oraz ledwo powstrzymując się od poddania się palącej chęci, wyciągnięcia obolałych nóg i założenia ich na niski, biały stolik, który został ustawiony tuż przed sofami. Byłem zmęczony ganianiem od jednego spotkania do drugiego, płaszczenia się raz za razem, żeby ktoś łaskawie w końcu dał mi i mojemu projektowi szansę. Przy okazji byłem także zmęczony słuchaniem ciągłych odmów. "No niestety (...)", "Może innym razem.", 'Życzymy dalszych sukcesów na drodze karierze z innymi wspólnikami.". No pewnie. Jasne. Piękne, puste kurtuazyjne słówka, psia mać. Problem polegał jednak na tym, że nie interesowały mnie żadne wymówki tylko kontrakt. Kontrakt i pieniądze, bo przecież potrzebowałem funduszy na sprzęt, nagranie teledysku do singla, transport, stroje i wiele innych... W końcu za darmo to boli gardło nie? No właśnie. I niestety nic więcej niż bolącego gardła za darmo nie dało się wysępić.
Powoli zaczynałem wątpić, że w ogóle coś z tego wyjdzie. Ta menda, Rushi, odszedł i wszystko popsuł. Nie mogłem jednak się poddać tylko i wyłącznie ze względu na to, że ten wybrał Jupiter ponad Killaneth. Na odchodne oschle rzuciłem, że go nie potrzebuję. Że mój zespół osiągnie sukces bez niego. Cóż... można powiedzieć, że ta opcja nie wypaliła, gdyż grupa ostatecznie została rozwiązana, toteż teraz musiałem skupić się na czymś innym, żeby nie zostać gołosłownym. Bo, co jak co, ale nie byłem tym typem człowieka, który rzuca słowa na wiatr. Nie wyszło z Killaneth, no to trzeba było założyć nowy projekt. Za wszelką cenę chciałem pokazać tej zdradliwej wszy, że byłem ponad nią. Dopadła mnie obsesyjna chęć sprawienia, żeby ten jeszcze pożałował swojej decyzji. Byłem zdeterminowany, żeby dopiąć swego, choć w chwilach takich jak ta byłem zwyczajnie zmęczony. Miałem ochotę na chwilę odejść od tego wszystkiego i zrobić sobie krótką przerwę. Wiedziałem jednak, że gdybym teraz odpuścił, wszystko posypałoby się i nie byłoby już od tego odwrotu. Nie mogłem się poddać. Nie teraz. Nie tutaj. Powtarzałem sobie, że jeszcze tylko trochę i ów wszystko wreszcie przybierze właściwy kształt i formę, zostanie nakierowane na właściwe tory, a ja znów będę mógł tworzyć. 
Musiałem przyznać, że mój zapał i upór znacznie szybciej zostałby złamany, gdyby nie Saku, który mnie wspierał. Nie chciałem i nie mogłam poddać się również ze względu na niego. Mój przyjaciel pokładał nadzieje w dzielonych wspólnie ze mną marzeniach, które musiały się spełnić dla nas obu. Nawet teraz pisał mi pocieszające wiadomości, jednocześnie powtarzając, że "wejście smoka", na które niezaprzeczalnie miałem ochotę, z pewnością byłoby efektowne i pozwoliłoby mi wprawić kolejnego sztywniaka we wspomnianym, przepoconym garniturze, z którym miałem się rozmówić, w niemały szok, jednak technika ta zdecydowanie była mało skuteczna, jeśli chodziło o negocjacje dotyczące podpisania kontraktu. Pisanie z chłopakiem przynajmniej trochę poprawiło mi humor. Saku zawsze wiedział, jak mnie pocieszyć, rozśmieszyć lub w ogóle, co powiedzieć w danym momencie, co chciałem usłyszeć. Czytał ze mnie, jak z otwartej księgi, a ja nie mogłem wyjść z podziwu dla jego przechodzących ludzkie pojęcie zdolności.
Po paru minutach recepcjonistka oświadczyła, że jegomość, z którym byłem umówiony na spotkanie, jest dzisiaj niedysponowany, toteż przyjdzie mi rozmawiać z kimś innym. Na te słowa podniosłem jedną brew, spoglądając na nią krzywo. Czy to są jakieś jaja? Już z miejsca potraktowali mnie jak śmiecia i postanowili przekazać moją sprawę, jak domniemałem, jakiemuś startującemu chłystkowi, który dostał odgórne polecenie przybicia mi pieczątki na czole: "Fail. Case closed."? Nie mogłem w to uwierzyć...
Zanim zdążyłem poczerwienieć ze złości i zerwać się na równe nogi, wyżywając się na niewinnej kobiecie, do hallu weszła kolejna osoba. Był to szczupły, tleniony blondyn, którego facjata już z daleka wydawała mi się znajoma. Pech (czy raczej moja własna głupota) sprawił jednak, że wyjątkowo dzisiaj założyłem kolorowe soczewki, które nie korygowały mojej wady wzroku, toteż z początku nie mogłem gościa rozpoznać. Wraz z tym jak ten zbliżał się do mnie, a jego kroki rozbrzmiewały nienaturalnie głośno, spotęgowane przez echo odbijające się od kamiennych ścian, dostrzegałem w nim coraz więcej szczegółów. Był blady jak duch, ubrany cały na biało. Jasne, niebieskie oczy spoglądały na mnie spod cienkich, pojedynczych kresek brwi zupełnie bez wyrazu, podczas gdy jego różowe, z pewnością napchane sylikonem usta rozciągały się przyjaźnie w nieszczerym uśmiechu. Drobny nos miał minimalnie zmarszczony w wyrazie, który mógłby sugerować, jakby poczuł jakąś nieprzyjazną woń - i zapewne to ode mnie trąciło problemami na kilometr, więc właściwie nie byłem zdziwiony jego reakcją, którą i tak z racji grzeczności starał się zamaskować.
- Zapraszam do biura - przywołał mnie do siebie gestem ręki, czekając aż do niego dołączę. - Nazywam się Yohio. Miło mi cię poznać - przedstawił się z wyraźnym akcentem.
- Kai - uścisnąłem jego dłoń i ruszyłem za nim do jego gabinetu.
Blondyn usiadł za masywnym biurkiem z rozłożoną na jego blacie dokumentacją. Mnie wskazał fotel naprzeciwko. Obrzuciłem pobieżnym spojrzeniem pełne przepychu, gigantycznych rozmiarów biuro. Za moimi plecami mieściły się kolejne kanapy i stolik do kawy, jakby nie było tu jeszcze wystarczająco miejsc do usadzenia całej kompanii wojska. Po mojej prawie rozpościerała się witryna z widokiem na miasto. Nice. Nie no, musiałem przyznać, że wystrój robił wrażenie. Ekskluzywnie i szykownie. Jeszcze tylko białego futerka na podłodze brakowało i kominka. Tylko po cholerę cała ta szopka i przedstawienie? Mnie zadowoliłaby zwykła pogadanka na mieście w jakiejś małej kawiarni albo w studiu, a nie w prywatnej komnacie pałacowej, ale cóż... było to, co dawali, a ja nie mogłem narzekać. Przynajmniej jeszcze nie teraz, kiedy póki co wciąż siedziałem tu z pustymi rękoma.
- Kawy? Herbaty? - zaproponował kurtuazyjnie.
- Spasuję - mruknąłem, zakładając nogę na nogę. 
- Na pewno? - upewnił się, sam sięgając po filiżankę stojącą na jego biurku. W odpowiedzi jedynie skinąłem mu głową. - No dobrze. W takim razie pomówmy o biznesach... - mruknął. - Przejrzałem dokumenty, które nadesłałeś oraz twoje portfolio. Muszę przyznać, że wygląda to całkiem interesująco, ale... - zawiesił głos, a mnie krew odpłynęła z twarzy. No dawaj, wysłów, że się wreszcie! - ...jednak po dogłębnej weryfikacji oraz konsultacji z moimi współpracownikami z przykrością muszę oznajmić, że jednak ty, Kai-san, i twoja grupa... - szybko zanurkował spojrzeniem w dokumenty - ...TRNTY D:CODE, nie jesteście partnerami, jakich Keios Entertainment poszukuje - splótł dłonie, spoglądając na mnie tak, jakby faktyczne mogłoby mu być przykro.
- Nie no, nie wierzę! - sapnąłem ciężko. - Przyznaj się, dostałeś te papiery parę minut przed moim przybyciem i nie było żadnej analizy, konsultowania się ze współpracownikami ani wróżenia z tabelek sprzedaży na przyszły kwartał! - przewróciłem oczyma. - Ktoś z góry ci po prostu powiedział, żeby mnie spławić, bo rozchodzi się właśnie o mnie, tak? - domyśliłem się. - Jasne, czaję, mam opinię awanturnika i chodzących kłopotów we własnej osobie - kontynuowałem zanim ten zdążył się odezwać. - Dobra, Yohio, słuchaj, darujmy sobie te grzecznościowe zwroty i porozmawiajmy normalnie - westchnąłem. - Jestem zmęczony łażeniem od agencji do agencji, od wytwórni do wytwórni, od studia do studia i błagania na kolanach, żeby ktoś mnie przyjął, ale przede wszystkim mam dość tego, że jestem zwyczajnie skreślany przez to, co mówią o mnie inni...
- Cóż, poniekąd jesteś sam sobie winny czyż nie tak? - przerwał mi. - Sam wyrobiłeś sobie taką opinię po tym, jak Rushi opuścił Killaneth, więc nie dziw się, że obecnie nikt nie chce mieć z tobą zbyt wiele wspólnego - wzruszył ramionami. - Owszem, ludzie mówią o tobie jako o awanturniku i "niestabilnym" muzyku, z którym ciężko współpracować, którego następne ruchy ciężko przewidzieć. Wiesz, może okazać się, że w pierwszym kwartale będziesz super gwiazdą i wszystko będzie świetnie, aż do czasu, kiedy znów zaczniesz mieć muchy w nosie i w drugim kwartale sprzedaż sięgnie dna. Z punktu widzenia czysto biznesowego nie jesteś zbyt atrakcyjnym partnerem i tyle w temacie - wyjaśnił. Jego prawdomówność i otwartość właściwie mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się czegoś podobnego po nim. - Jako spółka maczająca palce w biznesie muzycznym jesteśmy przygotowani na to, że sprzedaż może wyglądać różnie w różnych okresach, bo w końcu nie produkujemy tu ryżu, na który zawsze i wszędzie jest popyt. Raz coś się sprzeda od razu, czasem w ogóle, a nieraz trzeba poczekać na to wielkie "bum", kiedy ludzie zaczną walić do sklepów i na koncerty drzwiami i oknami. Niemniej jednak wciąż chcemy zarabiać i mieć z twojej pracy jakieś zyski, ale ty jesteś jedną wielką niewiadomą, która szybko może przyprawić nam tytuł bankruta. Rozumiesz już? - westchnął. - To nie tak, że wszyscy cię nie lubią i się na ciebie obrazili po tym, jak zrobiłeś awanturę Rushiemu. Można powiedzieć, że twój charakter ciągnie ze sobą również pewne zagrożenia finansowe - sięgnął nieprzejęty po swoją niedopitą herbatę raz jeszcze, wyglądając przy tym tak, jakby mówił o dzisiejszej pogodzie. Na moment aż mnie zamurowało z wrażenia. - Poza tym, jakbyś nie wiedział, to ja pełnie tu rolę CEO, więc nikt nie może mi wydawać rozkazów. Mogę co najwyżej zasugerować się czyjąś opinią lub zasięgnąć rady, ale to wszystko. Sam podejmuję decyzje - spojrzał na mnie dość nieprzychylnie ze względu na fakt, iż niejako mu ubliżyłem mając go za byle kogo. Cóż, nie spodziewałem się, że przyjdzie mi bezpośrednio rozmawiać z szefem całej spółki.
- Kminię - pokiwałem głową. - Przyjmuję do wiadomości twój punkt widzenia i twoje stanowisko, ale teraz to ty spróbuj zrozumieć mnie. Jestem muzykiem - rozłożyłem ręce, jakby to miało już wszystko wyjaśniać. Na szybko próbowałem przypomnieć sobie wszystko, co obiło mi się kiedyś o uszy na temat Yohio. - Muzykiem z wyboru i pasji, a nie z przymusu czy przypadku. Nie jestem podstawioną gwiazdką, która tylko rusza ustami do playbacku granego na koncertach. Też jesteś muzykiem, więc pewnie wiesz, jak się czuję... - spróbowałem go podejść, powołując się na solidarność znajomych po fachu.
- Z tego, co mi wiadomo to Noctscure również rozpadło się za sprawą kłótni miedzy członkami zespołu, w której brałeś udział - wytknął mi, krzywiąc się przy tym nieznacznie i upierając się przy swoim.
- No... może... - przyznałem niechętnie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. - Ale to było lata temu! - zawołałem.
- Sprawa z Rushim jest świeża - zauważył.
- Słuchaj, jestem tu tylko ze względu na kasę, okej? - westchnąłem ciężko. - Z chęcią poszedłbym w ślady X Japan i sam zostałbym własnym sponsorem, ale no patrz, jakoś jeszcze nie dorobiłem się wystarczająco, żeby być w stanie zrobić coś podobnego... - przewróciłem oczyma. - Wiem, co robię. Nie jestem pierwszym lepszym z ulicy. Jeszcze zrobisz na mnie biznes - próbowałem go przekonać.
- A wiesz, ile na tej ulicy jest muzyków? - prychnął. - Obecnie każdy chce być muzykiem - pokręcił głową z niedowierzaniem, że też musi tłumaczyć mi coś tak oczywistego. - Nie bój się, znajdziemy na twoje miejsce kogoś innego - uśmiechnął się jadowicie.
- A Saku? - postanowiłem ugryźć temat z innej strony. - To dobry muzyk! Wspaniały perkusista! - zachwalałem przyjaciela. - Na niego nic nie macie! - zauważyłem, uśmiechając się półgębkiem. - Jest znany z Vaatsu. Chciałbyś stracić taką możliwość usidlenia Saku? - nie dawałem za wygraną. - Można byłoby zrobić na nim niezły interes...
- Może tak, może nie - westchnął z lekka już poirytowany tą przeciągającą się rozmową. - Wiesz, Saku nie jest dla mnie wystarczającym argumentem, żeby zrobić cokolwiek w waszej sprawie... lub przynajmniej, żeby zrobić coś więcej niż wyrzucić wasze papiery do kosza - wskazał wymownie na makulaturę na biurku, a ja skrzywiłem się słysząc tak ostre słowa. - Może i Saku jest dobrym muzykiem, w żaden sposób nie próbuję mu ujmować, ale znów wracamy do tego samego tematu. Wiesz, ile w samym Tokio jest "dobrych" muzyków? - wzruszył ramionami. - Poza tym, sam zastanów się nad tym, co masz mi do zaoferowania, Kai. Postaw się na moim miejscu - nachylił się nad blatem, opierając się o niego łokciami. - Wyobraź sobie, że przychodzi ci do biura znany rozrabiaka z sąsiedztwa z mglistym planem na jakiś zespół, w którym póki co jest on i jego przyjaciel. Tylko wasza dwójka - spojrzał na mnie z politowaniem. - Nie macie żadnych klarownych planów ani nagrań, bo przecież wciąż macie niepełny skład. W mojej opinii nie macie nawet żadnych perspektyw. Inwestowanie w ciebie byłoby w moim przypadku strzałem w stopę - postawił sprawę jasno.
- Jestem w trakcie szukania odpowiednich członków - burknąłem. - Myślę, że jestem na dobrym tropie... - dodałem, choć w istocie wszystkich, których do tej pory przesłuchałem, odprawiałem do domu z kwitkiem. Blondyn westchnął ciężko. Wymownie zsunął wszystkie kartki z biurka w jeden stosik, dając mi tym samym do zrozumienia, że w jego opinii temat został wyczerpany. - No czekaj, nie wyrzucaj mnie jeszcze... - jęknąłem, na co ten włożył dokumenty do papierowej teczki, po czym wrzucił ją do kubła na śmieci i rzucił mi ostre spojrzenie, które nakazywało mi wyjść. - Serio, nie certolisz się w tańcu... - zagwizdałem.
- Odprowadzić cię do drzwi czy sam trafisz? - mruknął wyraźnie znudzony i zmęczony tą rozmową.
Wściekły niczym sam diabeł zgrzytnąłem zębami i wstałem ze swojego miejsca. Postąpiłem pierwsze kilka kroków w stronę wyjścia, jednak nagle zatrzymałem się gwałtownie. Doznałem olśnienia. Może moje następne zagranie było nieczyste, ale skoro wykorzystałem już wszystkie inne możliwości, to nie pozostało mi nic innego, jak chwyt za jaja... dosłownie i w przenośni.
Zawróciłem i podszedłem do mojego rozmówcy. Obszedłem jego biurko, po czym oparłem się jedną ręką na jego blacie, a drugą na oparciu jego krzesła obrotowego, więżąc go na jego siedzisku. Jasnowłosy spojrzał na mnie zaskoczony. W jego oczach mogłem zobaczyć strach przed tym, że mogłem go nawet uderzyć, jednak ja nie zamierzałem posuwać się do tak drastycznych i głupich środków... zamiast tego planowałem inne głupstwo, przez które w niedalekiej przyszłości zapewne miałem na siebie wyklinać i czuć wstręt i obrzydzenie do własnej osoby. No, ale cóż... czego nie robi się dla przyjaciół i spełnienia marzeń? Jeśli los nie chce ci dać tego, czego pragniesz, czasem sam musisz sobie to wziąć.
Nachyliłem się nad nim, naruszając przy tym jego przestrzeń prywatną. Trochę spanikował. Wiedział, że jestem od niego silniejszy i gdybym faktycznie chciał mu coś zrobić, to zapewne miałby mierne szanse na obronę.
- No to może podejdziemy do tych interesów z nieco innym nastawieniem, co? - zaproponowałem, szczerząc się figlarnie. - Może jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, żebyś zmienił swoje zdanie, Yohio-san? - szepnąłem mu na ucho, specjalnie tytułując go w ten sposób, żeby nieco połechtać jego ego.
- Próbujesz mnie przekupić? - prychnął, próbując się ode mnie odsunąć. Bezskutecznie.
- "Przekupić" to takie brzydkie słowo - westchnąłem, owiewając przy tym oddechem jego szyję. - Powiedzmy, że ty weźmiesz pod uwagę pewne znaczące aspekty i kwestie, które z pewnych przyczyn nie zostały uwzględnione w moich dokumentach i portfolio, a o których wspomniałem ci podczas rozmowy, hm? - mruknąłem. - Możesz przecież wytłumaczyć innym, że przeprowadziłeś ze mną dogłębny i szczegółowy wywiad, który pozwolił ci rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie mojego projektu - polizałem krawędź jego ucha, na co ten zaczerwienił się jak piwonia, czego trudno było nie zauważyć na jego bladej twarzy.
- Żartujesz sobie ze mnie? - położył ręce na mojej klatce piersiowej, próbując mnie odepchnąć. - Jestem profesjonalistą! - ściągnął gniewnie brwi.
- A czy ja podważam twoje kompetencje? - zaśmiałem się cicho, przeciągając nosem po jego szyi. - Też jestem profesjonalistą - zacząłem składać drobne pocałunki na jego wrażliwej w tym miejscu skórze. - Profesjonalistą w wielu dziedzinach - dodałem wymownie i uśmiechnąłem się szelmowsko, na co ten spojrzał na mnie oczami szeroko rozwartymi w zdziwieniu. Przełknął z trudem. - Więc jak? Pójdziemy na układ? - zaproponowałem. - Ty dasz mi to, czego chcę, a ja odpłacę ci się tym samym - obiecałem i zacząłem sunąć dłonią po jednym z jego szczupłych ud, gładząc je delikatnie, niespiesznie zbliżając się do krocza. Nie chciałem go za mocno wystraszyć.
- Czekaj - złapał mnie za nadgarstek, zanim właściwie zdążyłem cokolwiek zrobić. - Jeśli tak sprawiasz sprawę to... to faktycznie jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić... - przyznał roztrzęsionym głosem.
- Wszystko, co zechcesz - szepnąłem mu na ucho, ponownie liżąc jego krawędź.
- Masz wciąż kontakt z Nihitem? - zapytał znienacka. 
Zdziwiony aż odsunąłem się od niego i spojrzałem na niego jak na kretyna. Myślałem, że ten zaraz zacznie mi tu opowiadać o swoich zboczeniach i fantazjach erotycznych, którym chciałby dać upust z moją osobą, a ten nagle wyskakiwał mi tu z tematem byłego gitarzysty mojego zespołu? Czego on mógł chcieć od Nihita?
- Mam, a co? - zapytałem totalnie zbity z tropu.
- Chcę... się z nim spotkać... - wyznał zawstydzony. 
- I to tyle? - uniosłem wysoko brwi. - Chcesz, żebym umówił cię na randkę z Nihitem i w zamian machniesz mi podpis na cyrografie? - upewniłem się.
- Nie na randkę tylko...!
- Dobra, dobra, mnie nie oszukasz - przerwałem mu i machnąłem lekceważąco ręką, odsuwając się od niego i siadając na blacie. - Mogę cię z nim umówić, ale wiesz, jeśli liczysz, że w ramach tego "umawiania" powiem mu, żeby poszedł z tobą do łóżka, to grubo się mylisz - założyłem ręce na piersi. - Nihit to mój przyjaciel. Ze mną możesz robić, co ci się podoba, ale wara od moich bliskich - zastrzegłem. - Mogę wam zorganizować spotkanie, ale to, co stanie się później będzie już zależało tylko i wyłącznie od ciebie - odezwałem się ostro.
- Nie chcę go przelecieć, tylko się z nim spotkać! - zaprzeczył gwałtownie. - Lubię go, więc... - urwał, zawstydzony.
- Więc chcesz dać mu wolną rękę, żeby sam zdecydował czy on także cię polubi, czy też nie. Chciałbyś, żeby to wszystko wyglądało możliwie jak najbardziej naturalnie i autentycznie, ale przy okazji nie chcesz dać takiej szansie przejść ci koło nosa, kiedy ktoś, kto może ułatwić ci dostęp do twojej skrytej miłości sam do ciebie przyszedł? - zgadłem, na co ten niemrawo skinął głową. - Dobra, myślę, że mogę pójść na taki układ, bo Nihit na tym za bardzo nie ucierpi. Najwyżej jak go wkurzysz, to da ci kosza - rozłożyłem ręce, na co ten znów tylko skinął głową. - Ej, Yohio? - szturchnąłem go, żeby wreszcie na mnie spojrzał, co ten zrobił niechętnie. - Musisz nieźle bujać się w Nihicie, skoro za samą możliwość pójścia z nim na randkę zamierzasz dać mi kontrakt - wyszczerzyłem się paskudnie.
- Zamilcz! - syknął. - Jak tylko coś spartolisz, to nie myśl, że będę ci krył dupsko! Wykopię cię stąd na krzywy ryj nim się obejrzysz, więc lepiej się pilnuj! - warknął. - Będę miał na ciebie oko... - burknął. - Po prostu daję ci warunkową szansę - pokreślił.
- Jasne, jasne... - pokiwałem głową. - No, więc? Kiedy mam się stawić z Saku, żeby przypieczętować cyrograf? - uśmiechnąłem się szeroko.
- W czwartek - oświadczył. - Przygotuję kontrakt krótkoterminowy - zastrzegł.
- Na początek dobre i to - wzruszyłem ramionami. - Dzięki - cmoknąłem go po przyjacielsku w policzek, na co ten znów zarumienił się obficie i odjechał na swoim krześle ode mnie na dobre kilka metrów. - Dasz mi swój numer? - zapytałem. - Napiszę ci, kiedy Nihit ma wolne i przy okazji dam także jemu twój numer, żeby mógł do ciebie zadzwonić jakby co - wyjaśniłem, widząc jego podejrzliwe spojrzenie.
- Dobra - westchnął, po czym sięgnął po swój telefon i podstawił mi pod nos wyświetlacz z numerem. Nie podał mi zwyczajnie swojej wizytówki z numerem do biura, co oznaczało, że faktycznie załatwialiśmy sprawy pod stołem... ale fajnie! Prawie jak w filmie! - Kiedy będziesz miał okazję się z nim zobaczyć? - zapytał.
- Dzisiaj - odparłem, już wysyłając gitarzyście wiadomość, że zamierzałem wpaść do niego wieczorem.
- Kai? - spojrzał na mnie niepewnie. - Weź tylko załatw tę sprawę w miarę delikatnie, a nie... tak typowo w swoim stylu - posłał mi karcące spojrzenie, na co ja z kolei spojrzałem na niego z niezrozumieniem. - Bo znając ciebie to jeszcze wyjaśnisz mu całą sprawę taki sposób, że wyjdzie na to, że jestem jakimś zboczeńcem albo gwałcicielem... - burknął. - A ja chcę się z nim tylko spotkać i poznać, dotarło? - upewnił się.
- Jasne - odparłem szczęśliwy, że udało mi się dopiąć swego. - Zboczeniec i gwałciciel... wspomnę mu o tym! - zaśmiałem się.
- Kai! - krzyknął rozeźlony.
- No już, spokojnie - uniosłem ręce w pokojowym geście. - Tylko się z tobą droczę - zapewniłem. - Ej, ale jak wam nie wyjdzie to nie cofniesz mi kontraktu, nie? - przestraszyłem się.
- Nie, przecież kontrakt jest objęty ramami czasowymi - westchnął. - Żeby zerwać go wcześniej musiałbym podać jakiś dobry powód, a fakt, że Nihit nie chciałby się ze mną spotykać jakoś kiepsko figurowałby w raporcie, nie uważasz? - przewrócił oczyma.
- No - mruknąłem mało inteligentnie. - To spoko. Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy i ustaliliśmy, to ja spadam - zacząłem się zbierać do wyjścia. - Idę do Nihita wyjaśnić mu całą sprawę - rzuciłem na odchodne, na co ten kiwnął głową na znak zgody.
- Dasz mi znać, jaka była jego wstępna reakcja...? - zapytał cicho.
- W porządku - zgodziłem się. - No, to do zobaczenia! - pomachałem mu kierując się do wyjścia. - Właściwie to jak powinienem cię od dzisiaj tytułować? - zatrzymałem się z ręką na klamce. - Szefie? Managerze? - zachichotałem pod nosem, na co ten posłał mi tylko umęczone spojrzenie.
- Z tobą to faktycznie nie będzie to kontrakt, a prawdziwy cyrograf... - jęknął. - Już czuję się, jakbym podpisał pakt z diabłem... - podparł się załamany w niedbałej pozie.
- I słusznie! - zarechotałem, po czym w końcu wyszedłem.
- A ty morda w ciup! - krzyknął za mną. - Jak komuś coś powiesz, to ci zrobię z dupy jesień średniowiecza!
- Ma się rozumieć! - zasalutowałem. - Milczę jak grób! - zadowolony z siebie ruszyłem niemal tanecznym krokiem do wyjścia, wybierając przy tym numer Saku. - Przekładaj obiad u mamy! - zawołałem, kiedy ten tylko odebrał i roześmiałem się w głos. - W czwartek podpisujemy kontrakt! - zawołałem szczęśliwy.

*** 

Siedząc już wygodnie w salonie Nihita z piwem w ręku, opowiedziałem mu cały przebieg rozmowy z Yohio. Po wszystkim zdziwiony blondyn wpatrywał się we mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy na oczy.
- Ale dlaczego... ja? - wydukał. - Przecież ja go kompletnie nie znam - wzruszył ramionami.
- Proszę, Nihit, zgódź się! Zrób to dla mnie! - padłem przed nim na kolana. - Wiem, to było z mojej strony świńskie zagranie wobec ciebie - pokajałem się. - Nie powinienem był decydować za ciebie i w ogóle cię w to wciągać, ale... - spojrzałem na niego niczym zbity szczeniak. - Proooszę? - przeciągnąłem, wpatrując się w niego uporczywie.
Niby muzyk miał opcję, żeby się nie zgodzić i Yohio przyznał, że nie cofnąłby przez to swojej oferty, jednak ja wolałem zrobić "dobre pierwsze wrażenie" na prawdopodobnie moim przyszłym managerze, żeby możliwie zapewnić sobie pomyślną współpracę z nowym szefem.
- Nie mam ci tego za złe - machnął ręką. - W końcu dostałeś kontrakt, którego tak pragnąłeś praktycznie za darmo - uśmiechnął się delikatnie. - Poniekąd cieszę się, że chyba w jakiś sposób mogę czuć, że dołożyłem swoje trzy grosze do twojego sukcesu, prawda? - pogłaskał mnie po włosach, kiedy wciąż tak przed nim klęczałem, a właściwie to usadowiłem się między jego nogami, opierając ręce na jego kolanach.
- Oczywiście, że tak! - zawołałem, po czym przyciągnąłem go do siebie, obejmując go po przyjacielsku. - Więc zgodzisz się? - spojrzałem na niego z nadzieją.
- Tak, ale zrobię to tylko dla ciebie - westchnął, choć delikatny uśmiech wciąż figurował na jego wąskich ustach.
- Dziękuję! - uścisnąłem go.
- Cieszę się twoim szczęściem - poklepał mnie po plecach. - Kai, dusisz mnie! - jęknął, kiedy mój uścisk przybrał na sile. W końcu puściłem go, bo przecież nie mogłem pozbawić ostatniego tchnienia crush'a mojego szefa, prawda? - Wiesz... Ile to będzie musiało się ciągnąć? - zapytał nieco zaniepokojony. Ściągnąłem brwi w niezrozumieniu, niemo nakazując mu kontynuować, gdyż nie rozumiałem, o co ten tak właściwie mnie pytał. - Mam na myśli to, że raczej nie będę w stanie zbyt długo udawać, że jestem nim zainteresowany... - wyznał.
- Wcale nie musisz! - zamachałem rękami w powietrzu. - Jak ci się coś nie spodoba, to już na pierwszym spotkaniu możesz go oblać drinkiem i wyjść. Poza tym nie musisz się z nim spotykać już nigdy więcej, jeśli ten nie przypadnie ci do gustu - wyjaśniłem.
- Naprawdę? - ucieszył się. - To dobrze. To znacznie ułatwia sprawę - ulga widocznie odmalowała się na jego twarzy.
- Nie musisz udawać, że Yohio ci się podoba - zapewniłem.
- To naprawdę dobrze - pomógł mi się podnieść i usiąść na kanapie obok siebie. - Wiesz, kiepski ze mnie aktor - przyznał nieco zakłopotany. - W tematyce uczuć niestety jestem jeszcze bardziej nieporadny - podrapał się zafrasowany po karku. - Myślę, że nie umiałbym udawać, że interesuję się kimś takim jak Yohio, kiedy tak naprawdę już od jakiegoś czasu w głowie mam tylko jedną osobę... - mruknął. - Wydaje mi się, że Yohio szybko mógłby mnie przejrzeć...
- Co? - zdziwiłem się. - W kim się podkochujesz? - szturchnąłem go zaczepnie, na co ten zawstydzony spuścił wzrok na podłogę.
- W takim jednym... - westchnął, w delikatnym geście odgarniając włosy, które opadły mi na twarz. - ...pewnie go nie znasz... - uśmiechnął się zakłopotany, spoglądając mi prosto w oczy. Pod wpływem tego spojrzenia przeszły mnie dreszcze.
- Nihit... czy ty...? - urwałem, kiedy chłopak znów odwrócił ode mnie spojrzenie i wbił je w wykładzinę pod własnymi stopami. Niemrawo skinął mi głową.
- To dlatego nie chciałem już z tobą grać w jednym zespole... - wyznał. - Nie wiedziałem czy mógłbym to dłużej znieść... - niemal szepnął. - Kai, ja... przepraszam... - wydukał, wciąż skrupulatnie unikając mojego spojrzenia.
- Nihit... - przysunąłem się do niego, mimo iż ten uciekał ode mnie tak długo, aż w końcu skończył wciśnięty w oparcie sofy. Chwyciłem go za podbródek i zmusiłem go, żeby spojrzał mi w twarz. - Nie masz, za co przepraszać - odezwałem się przyciszonym głosem, po czym musnąłem jego usta.
Prawdą było, że nie do końca wiedziałem, co robię. Lubiłem Nihita. Był mi bliski, był moim przyjacielem. Z tej racji naprawdę byłem na siebie zły, że nie potrafiłem załatwić sobie kontraktu w żaden inny sposób niżby wplątując go w całą tę sprawę, która nie miała przecież z nim nic wspólnego. 
Lubiłem go, ale nie kochałem. Dlaczego zatem teraz go całowałem? Może dlatego, że ten wyznał mi swoje uczucia, a ja nie chciałem zostawić go z pustymi rękami. Bałem się, że nasze relacje się pogorszą. Nie chciałem stracić tego, co już miałem. Nie chciałem się cofać. W żadnym wypadku. Niestety, moja filozofia zakazując mi zrobienia kroku wstecz, nakazywała mi przy tym stanie w miejscu lub ruszenie do przodu. Póki co, mógłbym powiedzieć, że stanęliśmy na stabilnej, przyjacielskiej stopie z gitarzystą. Ja byłem szczęśliwy z obecnym stanem rzeczy, jednak on nie. On chciał zmiany, chciał się ruszyć. Do przodu albo do tyłu. Zostać zaakceptowanym lub odrzuconym. Zostać dla mnie kimś jeszcze bliższym lub wycofać się z mojego życia. Dostać konkretną odpowiedź czy idziemy w prawo, czy w lewo. Ze względu jednak na moją filozofię wyglądało na to, że nasz wybór był tylko teoretyczny, gdyż tak naprawdę podążaliśmy drogą jednokierunkową. Bo ja się nie cofałem. Parłem do przodu. A zatem nasza znajomość także musiała ruszyć dalej.
Nie czułem się źle z tym, co robiłem. Czułem się źle wisząc nad Yohio i próbując mu się zaoferować, kiedy nie miałem żadnych pozytywnych uczuć czy emocji wobec tego chłopaka. Z Nihitem było inaczej. Był moim przyjacielem. Wielu przyjaciół w ostateczności łączyło się w pary, prawda? Właściwie to nie widziałem żadnych przeciwwskazań, dla których faktycznie ja nie mogłem wziąć swoich uczuć do gitarzysty i pchnąć ich dalej. Mogłem się w nim zakochać. Tylko musiałem chcieć. Trochę się postarać. Muzyk był dobrym chłopakiem. Z pewnością zadurzenie się w nim przyjdzie mi z łatwością.
A przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić, żeby pozytywnie nastawić się do całej tej sytuacji.
Inną sprawą było to, że gdybym go w tej chwili odtrącił czułbym się zwyczajnie jak niewdzięcznik. Ten zgodził się iść w mojej sprawie na randkę z Yohio i nawet nie zrobił mi awantury o to, że niejako podjąłem decyzję za jego plecami - a ja co? Miałem tak po prostu powiedzieć: "Sorry, ale myślę, że jakoś razem nam nie wyjdzie."? Możliwe, że w jakiś sposób chciałem mu się odpłacić za jego dobroć, nawet jeśli miałem świadomość, że wybrany przeze mnie sposób był daleki od mądrego posunięcia.
Kolejną kwestią był Yohio sam w sobie. Niby Nihit był dla mnie tylko przyjacielem i go nie kochałem, jednak z drugiej strony... na samą myśl o tym, że ten faktycznie mógłby zacząć dogadywać się ze Szwedem i zacząć się z nim umawiać... byłem zazdrosny. Bałem się, że go przez to stracę... Nie rozumiałem za bardzo własnego toku myślenia, ale ta chęć zachowania chłopaka tylko i wyłącznie dla siebie i poczucie winy wynikające z tego, że niejako umówiłem go na randkę w ciemno świadczyły w moim mniemaniu o tym, że może moje przyjacielskie uczucia względem gitarzysty zaczęły już samoistnie ewoluować w coś więcej, jednak ja wciąż się jeszcze na nich nie poznałem.
Blondyn odpowiedział na pocałunek. Z początku był nieśmiały, jednak szybko objął mnie za szyję. Zachęcony ruchem z jego strony objąłem go w pasie i przyciągnąłem blisko siebie. Polizałem jego dolną wargę, na co ten w odpowiedzi uchylił usta w zapraszającym geście. Nasze języki splotły się ze sobą. Chłopak mruknął zadowolony, kiedy zacząłem przesuwać dłońmi po bokach jego ciała. Nihit podniósł się i usiadł na mnie okrakiem. Uśmiechnąłem się, widząc, jak bardzo pragnął mojej bliskości. Wsunąłem ręce pod jego bluzkę, czując pod palcami jego wystające żebra. Gitarzysta oddychał coraz szybciej, a jego pocałunki były coraz bardziej natarczywe i pełne pasji. Przyduszał mnie, jednak nie miałem mu tego za złe. Właściwie to nawet nieźle się bawiłem.
Po pewnym czasie poczułem także coś więcej niżby tylko jego żebra pod palcami. Zaskoczony spojrzałem w dół, żeby zobaczyć wybrzuszenie w spodniach jasnowłosego, które wbijało mi się w brzuch. Na moment zaprzestaliśmy salwy pocałunków. Chłopak widząc, na co spoglądałem, spłonął dorodnym rumieńcem. Chciał ze mnie zejść, jednak nie pozwoliłem mu na to, mocno łapiąc go za biodra i unieruchamiając w miejscu.
- A dokąd to? - zaśmiałem się.
- Kai... - jęknął zawstydzony, starając się ukryć zaczerwienioną twarz.
- Miło widzieć, że aż tak mnie pragniesz - mruknąłem mu na ucho uwodzącym głosem, po czym pocałowałem go jeszcze raz.
Nihit odwrócił jednak głowę, naprawdę nie chcąc, żebym oglądał go w takim stanie. Zachichotałem widząc jego reakcję. Skoro nie miałem dostępu do jego ust, zacząłem obsypywać pocałunkami jego szyję oraz przesuwać dłońmi po jego udach. Blondyn zaczął wzdychać, kiedy dotarłem do wrażliwego punktu tuż pod szczęką, blisko ucha. Delikatnie pociągnąłem zębami za jeden z jego kolczyków, po czym zwyczajnie mocno przytuliłem go do siebie.
- Więc ty...? - odezwał się zakłopotany.
- Nie waż mi się zakochiwać w Yohio, bo nie dość, że stracę kontrakt, to jeszcze pewnie wsadzą mnie do pierdla za wykastrowanie go w nieprzystosowanych do tego warunkach - parsknąłem śmiechem. 
Słysząc to, jasnowłosy uśmiechnął się pod nosem i ułożył głowę na moim ramieniu. Przymknął powieki, a na jego ustach wciąż malował się delikatny uśmiech. Wyglądał na naprawdę szczęśliwego. Myślę, że udzielił mi się jego dobry humor. Był naprawdę słodki. Pocałowałem go w skroń, po czym pozwoliłem sobie zatonąć i upajać się tą przyjemną chwilą, w której chciałem trwać jak najdłużej.

Oneshot "Chłopcy się "zapoznają"!" Aryu (Morrigan) x Nihit (ex Killaneth, support Morrigan)

Przyznam szczerze, że spodziewałam się większego odzewu pod ostatnią częścią "Nowego Świata", gdyż wiele osób zadeklarowało, że wyczekuje kontynuacji tej serii, a mimo wszystko nie doczekałam się zbyt wiele feedbacku. To właśnie chyba jest problem z tą serią - dużo osób mówi, że niby cyzta, ale jakoś statystyki tego nie odzwierciedlają.
Dobra, ale nie o tym dzisiaj, nie będę tu nikomu głowy suszyć z tego powodu, bo i tak byłoby to bezsensowne. Mogę was co najwyżej grzecznie i bardzo uprzejmie poprosić pod odzew pod tym wpisem tak na poprawę dla mnie humoru w jeden z tych dni, kiedy masz wrażenie, że świat wali ci się na łeb C'': Serio, proszę tylko o wysyłanie paczek z wiązkami słów w komentarzach, żeby dożywić Wena, bo tylko tyle mi pozostało =.=

Tytuł: "Chłopcy się "zapoznają"!"
Paring: Aryu (Morrigan) x Nihit (ex Killaneth, support Morrigan)
Typ: oneshot
Gatunek: obyczajowe
Beta: -
Uwaga: Słabo paczane z powodu braku czasu. Pisane jednym tchem i na tym samym tchnieniu sprawdzane (czy raczej: "sprawdzane"), więc mogą pojawić się byki, błędy i kilometrowej długości zdania. W takim wypadku nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wam powodzenia w zabawie w torreadora i rzucić wam czerwoną płachtę! ^^''

Słowem wstępu: Tekst pisany na podstawie wzmianki znalezionej w jednym z wywiadów z Morrigan, w którym Setsuna stwierdził, że gdyby Aryu zobaczył, że ktoś ma rozpięty rozporek... bezceremonialnie zapiąłby go. ^^''

Dziwnie się czułem ponownie szykując się na próbę - i to nie byle jaką próbę, bo jedyną, jaka miała poprzedzać jutrzejszy koncert. Nie powiem, stresowałem się. Miałem mało czasu do zapoznania się z piosenkami Morrigan po tym, jak przystanąłem na prośbę Setsuny, żeby ich supportować i tym samym pomóc im ukończyć ich rozpoczętą już trasę "The Corpse Mansion". Linie melodyczne na całe szczęście nie były jakoś przesadnie skomplikowane, jednak wciąż nie opanowałem w ich w zadowalającym stopniu - a więc nie doszlifowałem ich do perfekcji, gdyż bezbłędność zawsze była tym, co starałem się osiągnąć. Ponad to, nie znałem się za dobrze z resztą muzyków. Perkusistę Morrigan znałem przelotnie, byliśmy zaledwie dalekimi znajomymi, którzy mogli sobie pomachać z daleka ręką na ulicy. Zdawało się, że został mi on przedstawiony na jednym ze spotkań organizowanych przez wytwórnie muzyczne, kiedy jeszcze Killaneth wciąż grało w pełnym składzie, przed odejściem Rushiego. Kai znał się całkiem nieźle z Aryu. Poznał go przez Tsuzuku, jednak ja nie miałem chyba okazji wymienić z nim więcej niżby tylko kilku grzecznościowych słów powitania. Właściwie to cała ta sytuacja była dość śmieszna, bo wszystko zostało załatwione po znajomości, znajomych znajomych i osoby trzecie, a nawet szóste. Setsuna wpadł na pomysł, że skoro nie dołączyłem do żadnego zespołu po rozpadzie Killaneth i właściwie to póki co bezczelnie się obijałem, to równie dobrze można byłoby mnie zwerbować w ich szeregi. Obwieścił swój plan wokaliście, jednak ten nie był zbyt skory do współpracy. Niemniej, perkusista pozostawał nieugięty i wymusił na blondynie, aby ten skontaktował się z Kaim, gdyż żaden z nich nie miał do mnie bezpośredniego numeru. Niestety, pech chciał, że po disbandzie Killaneth każdy z nas poszedł w swoją stronę (no dobra, Saku poszedł za Kaim) i rozeszliśmy się w dość nieprzyjemnej atmosferze. W większej mierze stało się tak przez to, że Kai wściekł się na Rushiego, jednak cała sprawa odbiła się także na wszystkich relacjach łączących byłych członków zespołu, przez co przez pewien czas nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Nie pokłóciliśmy się, ale przezornie od siebie stroniliśmy - a przynajmniej ja stroniłem od byłego wokalisty do czasu, dopóki nie miałem pewności, że opadły w nim już emocje i opuścił go bojowy nastrój, że nie dojdzie do rękoczynów, a ja nie oberwę przy tym przypadkiem rykoszetem. 
W zaistniałym wypadku Kai zwrócił się z prośbą do Tsuzuku, a Tsuzuku poprosił z kolei Mię, żeby ten przekazał mi ofertę Setsuny. Nie byliśmy jakimiś super bliskimi przyjaciółmi z gitarzystą Mejibray, ale byliśmy znajomymi. Podziwiałem go. Mia zawsze był dla mnie ideałem muzyka i artysty, którego chciałem dogonić. Miałem ogromną chęć zacieśnić nasze więzy, jednak to nie było takie proste. Wydawało mi się, że gitarzysta Mejibray stronił ode mnie, gdyż źle i nadmiernie interpretował moje intencje i nadzieje. Niemniej, to właśnie on przekazał mi tę wiadomość i to właśnie dzięki niemu zmierzałem do jednego z klubów, w którym jutro miałem po raz pierwszy stanąć na scenie z Morrigan.
Nie znałem muzyków, z którymi miałem występować i to trochę napawało mnie strachem, bo, jak wiadomo, każdy z nas miał swój specyficzny styl grania i prezentowania się publice, toteż nie wiedziałem czy uda mi się wpasować w klimaty nowego zespołu. Zdawałem sobie sprawę, że miałem wspierać ich tylko przez jakiś czas, że to tylko na chwilę, że byłem zastępstwem Pittiego, tymczasowym i krótkotrwałym rozwiązaniem, jednak nie oznaczało to, że mogłem podchodzić do sprawy lekceważąco. Jak zwykle chciałem dać z siebie wszystko i jeszcze więcej, nawet jeśli nie miałem zagrzać miejsca w składzie Morrigan na zbyt długo.
Szczerze powiedziawszy to bałem się trochę wkraczać w ich towarzystwo, głównie dlatego, że wiedziałem, że ci byli ze sobą bardzo zżyci. Morrigan, a jeszcze wcześniej Xibalba założyła czwórka przyjaciół, która znała się niemal od piaskownicy. To oznaczało, że byłem wśród nich "obcym" i "tym z zewnątrz". Zapewne miałem nie zrozumieć ich specyficznego humoru oraz słownika bazującego na wspólnych wspomnieniach i przeżyciach, ale cóż... tak to właśnie jest, kiedy jest się nowym, nie? Na początku zawsze jesteś traktowany jak E.T. lub trędowaty...
W szczególności nie dawała mi spokoju myśl o Aryu. Wokalista nie był zachwycony planem Setsuny, jednak został przegłosowany. Kuloe również stwierdził, że bez gitarzysty prowadzącego długo nie pociągną i nie mogą grać na wszystkich nadchodzących koncertach z playbacku. Blondyn upierał się, że przecież mógł grać i śpiewać jednocześnie, tak, jak zrobił to już raz podczas występu w Nagoyi, jednak pozostali członkowie zespołu zdawali sobie sprawę, że pełnienie dwóch funkcji na raz było męczące i sprawiało, że ciężko było skupić się chociażby na jednym zadaniu, żeby wykonać je dobrze. 
Ponoć Aryu bardzo źle zniósł odejście Pittiego i nie chciał użerać się z kolejnym gitarzystą, tym bardziej kimś, kto miał pojawić się tylko na parę chwil, zupełnie nie włożyć serca w to, co robi, zgarnąć kasę po odegraniu show na "odwal się" i iść po wszystkim do domu jakby nigdy nic - zakładałem, że właśnie tak wyglądała cała ta sytuacja w jego oczach. Właściwie to rozumiałem go i nie miałem mu tego za złe. Był zły. Rozżalony. Wieloletni przyjaciel odwrócił się od niego tyłkiem i wystawił do wiatru. Ta myśl sprawiała, że tym bardziej chciałem się postarać, żeby go nie rozczarować i dodatkowo nie pogorszyć jego samopoczucia. Miałem tylko cichą nadzieję, że Aryu poprzez zadawanie się z Kaim nie przyswoił sobie jego usposobienia i nie stał się tak agresywny jak były wokalista Killaneth, dzięki czemu atmosfera będzie choć odrobinę lżejsza niż podczas disbandu...
Dotarłem na miejsce. Obrzuciłem pobieżnym spojrzeniem zegarek na moim przegubie. Miałem jeszcze dziesięć minut do rozpoczęcia próby. To dobrze... właściwie to z chęcią zapaliłbym, żeby się trochę uspokoić, jednak ręce drżały mi z nerwów tak mocno, że nie byłem nawet pewny czy udałoby mi się utrzymać papierosa bez kilkukrotnego upuszczania go na ziemię raz za razem. Denerwowałem się tak, jak wtedy, kiedy miałem pierwszy raz okazję występować przed moim idolem i niedoścignionym autorytetem, Mią. No kto by pomyślał, że wezmę tę sprawę aż tak na poważnie?
Ostatecznie westchnąłem tylko ciężko i stwierdziłem, że dobrze byłoby już pierwszego dnia nie przychodzić na ostatnią chwilę, toteż od razu wszedłem do klubu. Skierowałem swoje kroki do podwyższenia sceny, na którym siedział Setsuna, wyklepując tylko sobie znany rytm na własnych udach oraz Kuloe najwidoczniej kończący swój lunch w postaci chleba z nieludzko słodkim nadzieniem z czerwonej fasoli. Aryu nie było nigdzie w zasięgu wzroku.
- Nihit! - zawołał perkusista, przerywając rozmowę prowadzoną z drugim muzykiem oraz przestając maltretować własne nogi. - Dobrze, że już jesteś! - uśmiechnął się przyjaźnie.
- Cześć - przywitałem się i skinąłem zarówno mu, jak i basiście głową. Ciemnowłosy posłał mi w odpowiedzi jedynie ciężkie spojrzenie znad swojej nadziewanej bułki. No pięknie, zaczyna się...
- Mamy jeszcze chwilę czasu przed rozpoczęciem - kontynuował niezrażony perkusista. - Aryu jeszcze nie ma. Miał coś do załatwienia na mieście, ale powinien wyrobić się na czas - wyjaśnił. - Możesz w tym czasie się rozstawić - wskazał na futerał z gitarą, którą taszczyłem na plecach. - My jesteśmy już gotowi - skinął w stronę rozstawionej już perkusji oraz gitary basowej, która w pełnej gotowości opierała się o wzmacniacz, czekając aż jej właściciel weźmie ją do ręki.
Zrobiłem, tak jak mi kazał. Wdrapałem się na podwyższenie i wpierw przyjrzałem się sprzętowi, którego używali. Wyciągnąłem własny instrument, jednak nie podpiąłem go od razu do wzmacniacza. Pozwoliłem sobie przysiąść na jego krawędzi i zacząłem cicho brzdąkać na gitarze, szarpiąc kolejne struny. W futerale miałem ze sobą nuty do wszystkich utworów, które mieliśmy dzisiaj przećwiczyć. Postanowiłem wziąć je ze sobą na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że moja pamięć nie była jednak aż tak dobra, jak mógłbym sobie tego życzyć. Postanowiłem także wykorzystać czas nieobecności wokalisty na szybką powtórkę, mimo iż niemal całą noc spędziłem na powtarzaniu tych samych linii melodycznych.
Po niedługim czasie drzwi wejściowe znów się otworzyły i wszedł przez nie wysoki chłopak spowity w jednolity odcień głębokiej, depresyjnej czerni. Blondyn miał ukryte włosy pod czarną czapką, na ramiona miał narzuconą czarną kurtkę, pod którą nosił czarną koszulkę, a do niej czarne spodnie oraz buty. Dla odmiany na twarzy nosił czarną maseczkę, okulary przeciwsłoneczne w czarnych oprawkach, a w ręku trzymał czarny kubek papierowy z również czarną kawą. Jedynym elementem wyróżniającym się na jego tle był biały rant kubka, którym ten był owinięty wokół dolnej oraz górnej krawędzi. Poza tymi dwoma, odstającymi od reszty, białymi paskami, wszystko w nim było jednolicie czarne i smutne, może wciąż z lekka poirytowane.
- Yo - rzucił dość burkliwie.
- No, w końcu jesteś! - Setsuna podniósł się ze swojego miejsca, uśmiechając się na widok przyjaciela. - Dostałeś to? - w odpowiedzi muzyk cisnął w niego papierową torbą, która taszczył w drugiej ręce. Chłopak nie wyglądał jednak ani na obrażonego tym gestem, ani nawet na zaskoczonego. Zręcznie złapał pakunek i wyszczerzył się szeroko. - Dzięki - rzucił, zanurzając rękę we wnętrznościach podarunku. - Ciasteczko? - odwrócił się do mnie, oferując mi słodkości.
- Nie, dziękuję... - mruknąłem nieco zbity z tropu.
A więc to było to, co wokalista musiał załatwić na mieście - musiał kupić ciastka innemu członkowi zespołu? Serio, jeszcze chwila i poczuję się, jakbym wrócił do czasów szkolnych. Może jeszcze zrobimy zrzutkę, żeby zebrać fundusze na wycieczkę?
Może było to z lekka dziecinne zachowanie, jednak niezaprzeczalnie było ono także miłe. Rozśmieszyło mnie to zajście, przez co nie udało mi się powstrzymać delikatnego uśmiechu, który sam wcisnął mi się na usta. Coś podpowiadało mi, że faktycznie traktowali się wzajemnie niemal jak członkowie rodziny, głęboko się ze sobą spoufali, dlatego odejście kogoś tak zaufanego jak Pitty musiało być dla nich bolesne.
- W takim razie możemy chyba zaczynać, prawda? - zapytał perkusista, kończąc już drugie ciastko.
- Nie - burknął Aryu, wskakując na scenę. 
- Dlaczego? - zdziwił się Setsu.
Blondyn nie odpowiedział tylko sięgnął do swojej czarnej torby, którą miał przewieszoną przez ramię. Wyciągnął z niej jakiś czarny materiał, którym cisnął we mnie. Zdziwiony złapałem go w ostatnim momencie. Rozłożyłem go, żeby zorientować się, że w istocie była to bluza z logo Morrigan.
- Załóż to - polecił, po czym odłożył swoje rzeczy na podłogę i zaczął rozglądać się za mikrofonem. 
Czas było w końcu brać się do pracy...

*** 

Próba przebiegła pomyślnie, choć nie powiem, żeby atmosfera była zbyt przyjemna. Całe szczęście Aryu nie okazał się być drugim Kaim i daleko mu było do posuwania się do rękoczynów, aby dać upust swojej frustracji. Mimo to wciąż nie było zbyt wesoło. Kuloe nie odzywał się prawie wcale, choć Setsuna zapewnił mnie, że to akurat było dla niego całkowicie normalne. Znacznie mniej standardowa była już mrukliwość wokalisty, który ponoć zazwyczaj był bardzo wesoły i gadatliwy. Blondyn nie wdawał się z nikim w rozmowę i całą swoją postawą zdradzał chęć jak najszybszego udania się do domu. Gdyby nie to, że to właśnie jego własny głos służył mu za główne narzędzie pracy, sam zapewne zamilkłby na dobre i nabrał wody w usta podobnie jak i basista.
Z zadziwiającą łatwością przyszło mi zaakceptowanie faktu, że brunet mógł być mrukiem, co jakoś pasowało mi do jego osowiałego wyrazu twarzy i ogólnej postawy oraz prezencji. W jakiś sposób nie mogłem jednak tak szybko pogodzić się z zachowaniem Aryu. Może to dlatego, że słyszałem już nieraz od Kaia, że był z niego żywiołowy gość, że nie dało się przy nim nudzić, a przede wszystkim nacieszyć ciszą. Ponad to, dodatkowym dyskomfortem dla mnie była świadomość, że wokalista jawnie starał się ignorować moją obecność podczas próby. Krążył po scenie z mikrofonem w jednej dłoni i butelką wody w drugiej. Błądził gdzieś spojrzeniem po najodleglejszych kątach pomieszczenia, jednak nigdy, ale to absolutnie nigdy nie zwrócił go w moim kierunku. Ba, nawet ani razu nie odwrócił się do mnie przodem! Nabrałem przez to przekonania, że ten próbował wmówić sobie, że wcale mnie tu nie ma, że wygrywane przeze mnie partie gitarowe to tylko playback albo że Pitty wcale nie odszedł i wciąż tutaj jest. Niemniej, żeby trwać w swojej ułudzie - niezależnie od tego, która z rozważanych przeze mnie wersji mogła być tą prawdziwą - przeszkadzał mu w tym mój widok, dlatego musiał wyeliminować moją osobę ze swojego widnokręgu.
Jedyny perkusista okazał się być wobec mnie przyjazny i byłem mu za to bardzo wdzięczny. Rozumiałem, że cała ich grupa przechodziła w chwili obecnej przez trudne chwile, jednak miło by było, gdyby oni też mogli wykazać się jakąś dozą wyrozumiałości i zwrócić uwagę, że mnie też przyszło znaleźć się w nowej sytuacji z nowymi osobami, których nie znałem, co nie było znowu aż takie łatwe. Poza tym oni byli w większości. Byli w grupie i znali się od lat, więc mieli przynajmniej ten przywilej i przewagę, o których ja, póki co, mogłem tylko pomarzyć.
Ostatecznie jakoś przez to przebrnęliśmy. Wszyscy. Nie byłem z siebie jakoś nadmiernie zadowolony, gdyż zdarzyło się, że kilka razy musiałem posiłkować się zabranymi ze sobą nutami i podglądać kolejne chwyty, jednak ostatecznie nie było też znowu aż tak tragicznie. Jako perfekcjonista wymagałem od siebie bardzo wiele, toteż nigdy tak naprawdę nie byłem z siebie w pełni zadowolony. Zawsze znalazło się coś, co można było poprawić. Wmawiałem sobie, że takie podejście do sprawy zapewniało mi stały rozwój, że dzięki niemu nie byłem w stanie osiąść na laurach i stanąć w miejscu, jednak czasami traciłem już rozeznanie czy moja krytyka aby na pewno była adekwatna i asertywna...
Kiedy tylko skończyliśmy, blondyn zgarnął wszystkie swoje rzeczy i niemal pobiegł do wyjścia, rzucając tylko w eter ogólne: "Na razie!", które nie miało w sumie żadnego adresata. Zdziwiony aż zamarłem na chwilę z gitarą w rękach, z niedowierzaniem wpatrując się w zamykające się za nim drzwi. Nie zdążyłem jeszcze nawet zdjąć gitary z ramion, a ten już się ulotnił - no to się dopiero nazywa tempo ekspresowe...
- Dziękuję za twoją pomoc! - z letargu wyrwał mnie głos perkusisty, który wyrósł obok mnie jak spod ziemi, ponownie trzymając w rękach paczkę ciastek podarowaną przez nieobecnego już muzyka. - Byłeś naprawdę świetny! - uśmiechnął się szeroko. - Obserwowałem cię przez cały czas i zauważyłem, że właściwie znasz już wszystkie utwory z playlisty na pamięć! To naprawdę imponujące! - poklepał mnie z uznaniem po ramieniu. - Ciasteczko? - zaproponował ponownie. - Zasłużyłeś na nagrodę - zaśmiał się pod nosem.
Tym razem nie oponowałem i sięgnąłem po zaoferowane słodkości. Wgryzając się w ciastko wciąż wpatrywałem się w drzwi wyjściowe. Zastanawiałem się czy naprawdę byłem AŻ takim problemem dla Aryu. Może tak naprawdę byłem dla nich większym utrapieniem niżby pomocą? Jeśli ten miał jakiś problem z zaakceptowaniem mojej osoby, to może faktycznie lepiej byłoby, gdyby ten zajął się śpiewaniem i grą na gitarze jednocześnie? Chociażby dla własnego spokoju ducha...
- Nie przejmuj się. W końcu mu przejdzie - Setsuna machnął lekceważąco ręką, widząc, gdzie utkwiłem moje zmartwiałe spojrzenie. - Aryu może nie chcieć się do tego przyznać, ale tak naprawdę bierze dużo rzeczy do siebie i się nimi przejmuje - wyjaśnił.
- Rozumiem... - mruknąłem.
- Więc przynajmniej ty się nie martw! - zawołał. - Ty byłeś dzisiaj świetny! - pochwalił mnie. - Cieszę się, że pomyślałem właśnie o tobie, kiedy szukałem gitarzysty! - uśmiechnął się. - Gra z tobą to czysta przyjemność! - zapewnił i ścisnął moje ramię w pocieszającym geście lub jakby chciał utwierdzić mnie w przekonaniu, że jego słowa były prawdą, więc mogę już przestać się przejmować.
- Dzięki... - skinąłem mu głową w podziękowaniu. - ...za ciepłe słowa... i za ciastko też - dodałem, uśmiechając się niemrawo. 
Ponoć uśmiech był tym, co pomagało przełamać pierwsze lody, prawda? Więc może czasem warto było się na niego wysilić.

*** 

Przed koncertem głównie powtarzałem linie melodyczne, żeby nie nawalić i nie dać ciała podczas występu. Reszta zespołu szykowała się, chłopcy ubierali się w stroje sceniczne, układali włosy, robili makijaże... Tym razem miałem lub zwyczajnie mogłem występować w czarnych jeansach i bluzie podarowanej wczoraj przez wokalistę, toteż miałem chwilę dla siebie, podczas gdy wszyscy inni byli zajęci. Przed show nie miałem zbyt wiele okazji porozmawiać z innymi, gdyż za kulisami było dość tłoczno, a atmosfera była napięta. Muzycy poszli przywitać się z VIP'ami, a zaraz potem wyszliśmy już na scenę, toteż nie mogłem nawet z nikim zamienić słowa.
Podczas występu zauważyłem, że Aryu starał się już tak nie "obnosić" ze swoim ponurym humorem przed fanami. Skakał po scenie tak jak zawsze i zachęcał tłum do wykonywania konkretnych ruchów podczas określonych partii wybranych piosenek. Kręcił się w tą i z powrotem po całej scenie i kilka razy udało mu się nawet dotrzeć do nieco bardziej zacienionego kąta, w którym się ulokowałem. 
Koncert minął mi szybko. Fani Morrigan okazali się być naprawdę wdzięczni i przyjaźni. Byli bardzo głośną i budującą publiką. Kilka razy udało mi się nawet usłyszeć własne imię wykrzyczane wysokim, piskliwym, kobiecym głosem, co, nie powiem, schlebiło mi. Miło było wiedzieć, że zostałem rozpoznany nawet z mojego zacienionego kąta w niemal maskujących ubraniach.
Po wszystkim ponownie wróciliśmy na backstage. Chłopcy zaczęli wymieniać się pochwałami i niektóre z nich były kierowane nawet pod moim adresem. Setsuna znów zaczął rozwodzić się nad tym, jakie to szczęście, że przyjąłem jego ofertę i tym razem nawet Kuloe posłał mi spojrzenie pełne uznania, choć wciąż nie odezwał się do mnie ani słowem. Aryu z kolei znów gdzieś zniknął. Westchnąłem ciężko. Więc tak to teraz miało wyglądać? Mieliśmy się wzajemnie unikać i schodzić sobie z drogi? Jeden miał uciekać przed drugim jak w jakiejś osobliwej wariacji ganianego? Przecież to nie było możliwe. Ten plan nie mógł wypalić, nawet jeśli miałem grać z nimi tylko przez kilka następnych tygodni. To wciąż było zdecydowanie za długo, żeby coś podobnego mogło się udać.
Perkusista i basista usiedli na kanapach za kulisami i zaczęli dyskutować z wizażystkami, oświetleniowcami i innymi technikami. Skoro wszyscy byli tutaj, to wychodziło na to, że wokalista musiał zaszyć się w niewielkim pomieszczeniu, w którym zostawiliśmy nasze prywatne rzeczy. Backstage tego klubu był wyjątkowo mały, toteż zlokalizowanie kogoś w tym miejscu nie stanowiło większego problemu.
Zamierzając przedyskutować obecną sytuację z blondynem, udałem się do wspomnianego pomieszczenia. Drzwi były zamknięte, jednak kiedy nacisnąłem klamkę, te ustąpiły przede mną. Bez namysłu wszedłem do środka.
- Aryu, możemy chwilę porozmawiać? - zapytałem, jednak zaraz stanąłem jak wryty, kiedy zobaczyłem, że chłopak stał już półnagi i zdążył pozbyć się górnej części swojego scenicznego stroju, przez co teraz świecił przede mną nagim torsem.
- Cholernie w tym gorąco... - westchnął, tłumacząc się, widząc ciężki szok malujący się na mojej twarzy. Przezornie odwróciłem się, nie chcąc, żeby ten poczuł się niekomfortowo.
- Przepraszam, nie pomyślałem, że... uch... - urwałem, zamierzając ponownie wyjść. - Porozmawiamy, kiedy skończysz się już przebierać, dobrze? - mruknąłem pod nosem zakłopotany. Mogłem się domyślić, że te drzwi były zamknięte z jakiegoś powodu...
- W porządku - poczułem na swoim ramieniu rękę, która zatrzymała mnie w miejscu. - Chciałeś porozmawiać, więc proszę bardzo - blondyn wzruszył ramionami, zamknął za mną drzwi i wbił we mnie pytające spojrzenie, czekając aż wreszcie coś powiem.
- Ja... - zająknąłem się i przełknąłem z trudem. Z jakiegoś powodu artykułowanie sensownych dźwięków przychodziło mi z trudem pod ostrzałem jego uważnego, ostrego spojrzenia. Spuściłem wzrok na podłogę. - Znaczy ty... - ponownie podniosłem spojrzenie tylko po to, żeby przekonać się, że chłopak stał już znacznie bliżej niż przedtem. Zdziwiony aż zamrugałem kilkakrotnie, a ten znów postąpił krok w moją stronę. - Co ty robisz? - wydusiłem z siebie zaskoczony, przezornie cofając się. 
Niestety, na moje nieszczęście pokój, w którym się znajdywaliśmy, był naprawdę niewielki, przez co szybko poczułem za plecami ścianę, która ograniczała moje pole ucieczki, podczas gdy wokalista wciąż tylko się zbliżał. Spanikowałem, nie wiedząc, czego mógłbym się po nim spodziewać. Ten w końcu znalazł się tak blisko mnie, że czułem jego oddech na własnej skórze, na odsłoniętym ramieniu, z którego zsunęła się za duża bluza z logo zespołu. Niemal przyszpilił mnie do ściany, a z racji tego, że był tak roznegliżowany, cała ta sytuacja nabierała dwuznacznego wydźwięku. Już miałem skarcić się za to, że moje myśli zmierzają w bardzo złym i nieodpowiednim kierunku, kiedy nagle... poczułem rękę Aryu na własnym kroczu! Zszokowany spojrzałem na niego oczami wielkości spodków wchodzących w skład zastawy do herbaty. Ten pozostawał jednak spokojny, co wskazywało na to, jakoby w jego mniemaniu nie zrobił nic nadzwyczajnego czy niepoprawnego. Niemal opierał się o mnie, a ja czułem ciepło bijące od jego spoconego, rozgrzanego ciała. Czułem także, jak to nieznośne ciepło roznosi się po całym moim ciele, a jego hipocentrum ulokowało się w mojej twarzy, przez co z całą pewnością spłonąłem dorodnym rumieńcem.
Wtem stała się kolejna nieprzewidziana rzecz. Mianowicie, drzwi otworzyły się po raz kolejny, a w nich stanął Setsuna. Zaskoczony perkusista aż uchylił usta z wrażenia. Cóż, zastając nas w takiej sytuacji - mnie przyciśniętego przez półnagiego blondyna do ściany z jego ręką między własnymi nogami - nietrudno było się domyślić, co ten mógł sobie o nas pomyśleć. Już chciałem zaoponować, bezskładnie tłumacząc się, że to przecież wcale nie tak, że nie miałem pojęcia, co strzeliło ich wokaliście do głowy i w co ten sobie ze mną pogrywał, jednak nim zdążyłem chociażby otworzyć usta, muzyk uniósł dłonie w uspakajającym geście.
- Mnie tu nie było. Nic nie wiedziałem - zapewnił. - Nie przeszkadzajcie sobie - odezwał się, po czym cicho zamknął za sobą z powrotem drzwi. - Ej, nie wchodźcie tam! Chłopcy się "zapoznają"! - usłyszeliśmy krzyk dochodzący z korytarza.
No to pięknie, teraz jeszcze wszyscy inni pomyślą sobie o nas nie wiadomo co...
Chwilę później wokalista odsunął się ode mnie i jakby nigdy nic usiadł na stołku przy stole, przegrzebując swoją kosmetyczkę w poszukiwaniu czegoś do zmywania makijażu.
- Więc? Zdaje się, że chciałeś o czymś porozmawiać - przypomniał mi zupełnie niewzruszony, zachowując się tak, jakby ta żenująca i gorsząca sytuacja sprzed chwili nigdy nie miała miejsce.
- Ale ty... Co ty... i dlaczego?... - dukałem nieskładnie, wpatrując się z niego niezrozumieniem. Serce wciąż tłukło się dziko w mojej klatce piersiowej, w skroniach słyszałem ogłuszający szum buzującej krwi i gong tętna wywołany jego bliskością.
- Co ja? - odwrócił się do mnie na moment, próbując jednocześnie odkleić sztuczne rzęsy. - Zapiąłem ci tylko rozporek - wytłumaczył się, wymownie wskazując na moje spodnie. Wyglądał przy tym tak niewinnie, że nie śmiałbym nawet podważać jego prawdomówności. - Nie, że coś, ale mam nadzieję, że tak nie występowałeś... - mruknął.
- Huh, ja też... - przyznałem tak zakłopotany, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
- Ach, swoją drogą wciąż nie miałem jeszcze okazji powiedzieć ci, jak jesteś świetnym gitarzystą - kontynuował zmywanie makijażu, odwracając się do mnie ponownie tyłem. - Dziś miałem okazję cię obserwować, gdyż wczoraj... cóż, przepraszam za moje wczorajsze zachowanie - westchnął. - Odejście Pittiego wciąż nie daje mi spokoju, jednak nie ma w końcu tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda? - zapytał sam siebie. - Koniec końców cieszę się, że nareszcie miałem okazję poznać cię osobiście, Nihit. Jesteś naprawdę utalentowanym gitarzystą. Jestem pod wrażeniem, że poszło ci dzisiaj tak dobrze i że zapamiętałeś tak wiele utworów w tak krótkim czasie i opanowałeś je do perfekcji - uśmiechnął się, przez co poczułem się nieco lżej.
No, to przynajmniej jedną kwestię mieliśmy już zażegnaną - Aryu nie zamierzał mnie unikać jak ognia i nie miał ze mną żadnego większego problemu... Teraz jednak cały kłopot polegał na tym, że Setsuna źle zinterpretował sytuację, w której nas nakrył i bardzo "dyskretnie" poinformował o tym innych. Prawdopodobnie przydałoby się wyjaśnić pozostałym, że między mną a wokalistą wcale nie zakwitł żaden romans. Już chciałem poruszyć tę kwestię do sprostowania, jednak chłopak ubiegł mnie:
- Masz już jakieś plany na resztę wieczoru? - zainteresował się.
- Um, nie... - przyznałem zgodnie z prawdą.
- To, co ty na to, żebyśmy razem gdzieś wyskoczyli? Tylko we dwójkę - podkreślił. Aż zaniemówiłem z wrażenia na tę nagłą propozycję. - Bazując na tym, co powiedział mi o tobie Kai, z nikim się obecnie nie umawiasz. Wiem, że lubisz Mię, ale ta znajomość raczej nie ciągnie w żadnym wypadku w kierunku jakiejś głębszej relacji - analizował głośno. - Więc co ci szkodzi pójść ze mną na randkę? - rozłożył ręce.
- Na randkę? - wykrztusiłem z trudem. 
- Tak, na randkę - przytaknął, cierpliwie czekając na moją odpowiedź.
Ach, więc to o to zapewne chodziło Kaiowi, kiedy mówił, że Aryu ma w zwyczaju być bardzo bezpośredni. Tak, teraz już chyba rozumiałem, co miał na myśli...