Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kagerou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kagerou. Pokaż wszystkie posty

"Nowy Świat" cz.17

          Zgodnie z życzeniem (żeby mi ktoś nie zarzucił, że jestem gołosłowna!) wskrzeszam tę serię! Czas wziąć się za porządki w niej, gdyż zrobił się tu mały... bajzel ^^'' Zdaje się, że chciałam uwzględnić w tym opowiadaniu zbyt wiele gwiazd j-rocka na raz C'': Ale to nic! Ja to jeszcze jakoś ogarnę!
            Możecie w komentarzach typować swoich ulubieńców, z którymi shippujecie Alexa! (to byłoby bardzo pomocne, huh... ^^'' ♥)

             Swoją drogą, już jakiś czas temu dopatrzyłam się na liście obserwatora o nicku Harleen Doushito - chciałam bu tylko pogratulować absolutnie fantastycznego wyboru zdjęcia profilowego ♥ Serio, to tyle, co chciałam x''DDD (Wybaczcie... ^^'')


„Nowy Świat” cz.17

Wsparłem się, a właściwie to uwiesiłem się na barierce niewielkiego mostku dysząc ciężko. W boku czułem przeszywające kłucie, a w płucach tępy ból i ciężar. Moja klatka piersiowa jakby nie unosiła się wystarczająco szybko, przez co wciąż brakło mi powietrza. Przełknąłem z trudem gęstą, lepką, zbryloną ślinę i obrzuciłem spojrzeniem miniaturowy ekran sprytnego urządzenia na moim nadgarstku, który mierzył mój czas biegu, pokonany dystans i przybliżoną wartość spalonych kalorii. Sapnąłem ciężko wściekając się na siebie, kiedy zorientowałem się, że nie udało mi się pokonać wyznaczonego przez siebie dystansu. Nigdy nie byłem wielkim fanem siłowni, podnoszenia ciężarów lub gier zespołowych, jednak musiałem przyznać, że lubiłem biegi i byłem w nich całkiem dobry. Nie byłem amatorem wielkich prędkości, choć wiedziałem, że podkręcenie sobie tempa od czasu do czasu rzutowało na ogólne podniesienie kondycji i osiągów. Byłem dobry w biegach długo i średniodystansowych… przynajmniej zazwyczaj, gdyż dziś coś wyjątkowo mi nie szło. Przez zamieszanie związane z przeprowadzką, zmianą pracy i całym tym chaosem, który skutkował wywróceniem mojego życia do góry nogami, nie trenowałem zbyt regularnie w ostatnich miesiącach. Dziś jednak osiągnąłem już chyba swoje apogeum. Zdawało mi się, że byłem wściekły na siebie jak nigdy wcześniej.
Z trudem wywindowałem się do pozycji stojącej, co nie było łatwym zadaniem ze względu na doskwierający mi ból w dole pleców. Bolały mnie także uda, płuca wciąż paliły. Musiałem przyznać, że dzisiejszej nocy nie spałem zbyt dobrze, co mocno rzutowało na moją sprawność fizyczną i wciąż zżerały mnie różne stresy, przez co nie mogłem w pełni skupić się na wysiłku. Nie próbowałem się jednak usprawiedliwić przed samym sobą. Poirytowany własną postawą godną pożałowania względnie otarłem czoło zroszone drobnymi perełkami potu i sięgnąłem po bidon z wodą zatknięty za pasek elastyczny na moim udzie. 
- No proszę, kogo ja widzę… Alex? – na dźwięk tego znajomego głosu od razu przeszły mnie dreszcze, przez co mało nie zadławiłem się napojem. Zdziwiony odsunąłem butelkę od ust, spoglądając na Isamiego, który zmierzał w moją stronę. Po jego sportowym stroju mogłem wywnioskować, że on również musiał biegać. – Nie spodziewałem się spotkać akurat ciebie w tym miejscu – uśmiechnął się nieco pobłażliwie. Niemniej, jego głos wciąż pozostawał ciepły, a spojrzenie nienaszpikowane cynizmem i prowokacją.
- Nie wyglądam ci na biegacza, co? – prychnąłem.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić – podniósł dłonie w obronnym geście i postąpił kilka kroków w moją stronę, aby następnie oprzeć się o barierkę plecami, tym samym wybierając sobie miejsce tuż obok mnie.
Tym razem przyrodni brat Karmy nie nosił kolorowych soczewek. Spojrzał na mnie oczami czarnymi niczym bezgwiezdna noc, a ja odniosłem dziwne wrażenie, że mógłbym się w nich utopić, gdybym nie odwrócił w porę wzroku. Serce w klatce żeber znów zaczęło mi się kołatać niespokojnie, nierówno, szybko. Krew uderzyła mi do głowy, co odbiło mi się echem w postaci pulsu łupiącego w skroniach. Brunet miał jakąś niezwykłą moc i aurę, którą boleśnie dobitnie na mnie wpływał, powiedziałbym, że nawet przejmował na nade mną kontrolę. Za każdym razem, kiedy tylko się odzywał, czułem niepokojącą słabość w nogach. Niczym zahipnotyzowany słuchałem każdego jego słowa z osobna, jakby każde z nich mogło kryć w sobie jakąś głęboką mądrość i przesłanie. Jego bliskość odbierała mi jasność myślenia, stając się bodźcem nadrzędnym, którego nie mogłem zignorować. Z jednej strony przyciągał mnie do siebie w jakiś niewyjaśniony sposób, a z drugiej jakbym… dopatrywał się w nim czegoś mrocznego, co nieco mnie odstraszało i wzbudzało we mnie niepokój. Próbowałem nie zwracać uwagę na tę drugą stronę medalu, próbując sobie wmówić, że to tylko moje dziwne uprzedzenie. Może patrzyłem na niego przez pryzmat jego brata, który był… no cóż, dość ekscentryczną postacią? Z drugiej strony jednak on sam wystawił mu pozytywną ocenę. Mój współlokator twierdził, że początkujący muzyk był dobrym dzieciakiem. To powinno mnie w pewien sposób uspokoić… prawda?
O ile mogłem zawierzyć opinii i jej adekwatności wystawionej przez osobę, która sama twierdziła, że nie rozumie ludzkich uczuć i emocji. 
Syknąłem, kiedy pulsowanie w moich skroniach wzmogło się. Przytknąłem dłoń do czoła i skuliłem się w sobie, gdyż najwyraźniej intensywne myślenie po wzmożonym wysiłku fizycznym nie było jednak najlepszym pomysłem.
- W porządku? – zapytał zaniepokojony. 
- Tak, tak… - machnąłem na niego uspokajająco ręką.
- Na pewno? – upewnił się. – Nie wyglądasz najlepiej… Może chcesz usiąść? – zaproponował i rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu jakiejś ławki, jednak tej jak na złość nie było nigdzie widać na horyzoncie. 
- Spokojnie, nic mi nie jest – próbowałem przekonać go słabym uśmiechem, do którego się zmusiłem.

***

Powoli zaczynałem doszukiwać się pewnych podobieństw pomiędzy Karmą a Isamim, nawet jeśli ci w istocie byli braćmi tylko z „nazwy”, gdyż mieli inne matki i nawet nie byli razem wychowywani. Niemniej jednak łączyła ich jedna cecha – zaborczość. Wokalista AvelCain stwierdził, że nie podoba mu się pomysł, który zakładał, że miałem wyjechać w trasę koncertową z Nocturnal Bloodlust i uważał to za wystarczający powód do tego, żebym porzucił wszystkie swoje plany. Z kolei wokalista Archemi. zmartwiony moim stanem zaprosił mnie do siebie, gdyż ponoć mieszkał niedaleko, żebym odpoczął i nie zaważał na moje jakże liczne protesty i zapewnienia, że wszystko przecież jest w porządku. Nie. Po prostu nie. Nie i koniec. Słowo się rzekło. Dziękuję za uwagę. Wszyscy muszą się dostosować. W planach nie było miejsca na żadne odchyły od normy, bo na didaskalia przecież i tak nikt nie zwracał uwagi.
Jeżeli wierzyć w reinkarnację lub cykliczność życia po życiu to ta dójka miała całkiem spore szanse na objęcie funkcji dyktatora w jednym ze swoim przeszłych lub przyszłych żywot...
Brunet w istocie mieszkał całkiem niedaleko, w stosunkowo niewielkim bloku jak na tokijskie standardy. Przepuścił mnie przodem, instruując, gdzie iść i deptał mi po piętach, kiedy wspinaliśmy się po schodach na drugie piętro, jakby w każdej chwili gotowy łapać mnie, gdyby nagle zachciało mi się mdleć niczym teatralnej księżniczce. Pomimo jego zaborczości, którą wykazał się na przedzie, wyglądało też na to, że mimo wszystko był bardzo troskliwą i przezorną osobą.
Mieszkanie brata mojego współlokatora było… co najmniej specyficzne. Kiedy tylko jego właściciel otworzył przede mną drzwi frontowe, uderzył we mnie silny, kadzidlany, nieco duszący zapach wypełzający się na korytarz w postaci półprzezroczystej, mlecznej mgły. Od razu zwietrzyłem charakterystyczny zapach topiącej się stearyny, a w zaciemnionym mieszkaniu dostrzegłem pojedyncze, jasne punkty będące zapalonymi świecami. Jak już wspomniałem, w mieszkaniu było ciemno, mimo iż na zewnątrz świeciło słońce, a na zegarze nie wybiła jeszcze dwunasta. Rolety były zaciągnięte przynajmniej do połowy, a w środku i tak dominowały ciemne barwy, takie jak głęboka, winna czerwień czy śliwkowy fiolet. Tu i ówdzie dostrzegłem zawieszone jako ozdoby pergaminy ze spisanymi zamaszyście modlitwami i błogosławieństwami lub drewniane obrazki przedstawiające różne bożki shinto. Na komodzie w przedpokoju stała wiązka tlących się kadzideł. Świece porozstawiane były w różnych kątach właściwie w każdym pomieszczeniu, wliczając w to nawet łazienkę. Na szafce w SJS (salono-jadalnio-sypialni) stał złoty, masywny posążek kreatury, którą naprawdę chciałem nazwać kolejnym bożkiem pochodzenia religii politeistycznej, jednak zwyczajnie nie mogłem. Jej spiczaste, długie uszy, ostre szpony i kocie oczy znacznie bardziej przywodziły mi na myśl demona, z której strony bym na to nie spojrzał. Złoty posążek trzymał ręce złożone jak do modlitwy, a wokół nich opleciony miał łańcuszek z nawleczonymi nań dużymi, drewnianymi kulami, który w jakiś pokraczny sposób przywodził mi na myśl powiększoną wersję różańca. Kolorowe kamienie, które w słabym świetle do złudzenia przypominały te szlachetne, tkwiły i lśniły niebezpiecznie intensywną czerwienią w źrenicach demonicznej kreatury oraz zimną bielą pojedynczych kropek na jej wysokich kościach policzkowych oraz dłoniach. 
Poczułem się dziwnie spięty – głównie dlatego, że odniosłem wrażenie, jakbym wszedł do jakiejś mrocznej kapliczki, a nie do przeciętnego mieszkania jeszcze bardziej przeciętnego dwudziestoparolatka. Chociaż chwila… Już chyba sam sposób, w jaki Isami się wypowiadał dyskwalifikowało go z listy „szary, nudny i pospolity”.
Odwróciłem się do gospodarza, starając się nie okazywać tego, jak bardzo czułem się nie na miejscu i jak bardzo byłem zagubiony.
- Kawy? Herbaty? – zapytał uprzejmie jakby nigdy nic, zupełnie nie zwracając uwagi na dziwaczny grymas, który wpłynął na moją twarz, kiedy naprawdę dawałem z siebie wszystko, żeby nie dać po sobie poznać tego, co właśnie pomyślałem sobie o tym miejscu. Szło mi to marnie, jednak muzyk okazał się być wyrozumiały. Ciekawe, jak często przyjmował gości w domu…?
- Nie, jest w porządku… - mruknąłem, nie mając ochoty zabawić tu na zbyt długo.
- A więc herbata – zadecydował. – Nie obrazisz się, prawda? Piłem już dziś kawę – usprawiedliwił się i przeszedł do kuchni, gdzie nastawił czajnik elektryczny.
Ta, zdecydowanie coś musiało łączyć go z Karmą…
- Mieszkasz tu sam? – zapytałem, żeby przerwać dość niezręczną i ciężką niczym kolory otaczających nas ścian ciszę.
- Tak – przytaknął. – Nie krępuj się tak – polecił i uśmiechnął się.
Gest ten powinien jakoś rozładować napięcie, gdyż nie był ani nieszczery, ani wymuszony, jednak przyniósł on zupełnie odwrotne rezultaty. Momentalnie poczułem, jak zimny, elektryzujący dreszcz przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa, jak oblewa mnie zimny pot, który bynajmniej nie ma nic wspólnego z moim uprzednim wysiłkiem fizycznym. Najgorsze w tym wszystkim jednak było to, że towarzyszyło temu oślizgłe, mrożące krew w żyłach uczucie, jakby ktoś chwycił zmrożoną ręką moje wnętrzności i bezceremonialnie zaczął nimi wywracać w tą i z powrotem. W odpowiedzi potrafiłem jedynie skinąć sztywno głową mojemu rozmówcy. Na niemal słaniających się nogach przeszedłem do SJS, gdzie pozwoliłem sobie zająć miejsce przy niskim stoliku kotatsu.
Siedząc tak i czekając na mojego towarzysza rozglądałem się ciekawsko po pomieszczeniu. Moją szczególną uwagę zwrócił regał z książkami, z których, jak mogłem wnioskować po tytułach wytłuczonych na grzbietach, wiele odnosiło się do tematu religii shino, buddyzmu, wierzeń ludowych, folkloru poszczególnych prefektur japońskich, a nawet demonologii i mitologii. Interesujące… i w jakiś sposób także niepokojące, musiałem przyznać.
Isami wrócił po chwili z dwoma kubkami zielonej herbaty. Zasiadł naprzeciw mnie i bez słowa upił łyk parującego naparu, który w moim mniemaniu wciąż był wrzątkiem, gdyż był na tyle gorący, że nie mogłem nawet objąć naczynia palcami, a co dopiero mówić tu o piciu. Między nami znów zapanowała cisza.
- Jak ci się mieszka z moim bratem? – zapytał w końcu. – Zdaję sobie sprawę, że momentami może być dość… ekstraordynaryjny – mruknął.
- W porządku, nie naprzykrza się jakoś znacząco – odparłem. – A ty… nie czujesz się czasem samotny mieszkając w pojedynkę? – poczułem się w obowiązku zrewanżowania się pytaniem za pytanie.
- Niekoniecznie – wzruszył ramionami. – Choć rozumiem, do czego zmierzasz – uśmiechnął się znacząco znad kubka. – Nie, nie miewam wielu gości – wyznał. – Właściwie to nie lubię zapraszać znajomych do siebie. Wolę spotykać się z nimi gdzieś na mieście. Mój dom jest… mój. Jest moją oazą spokoju, w której nie życzę sobie czyichś interwencji ani tym bardziej czyichś brudnych butów – wyjaśnił.
- Więc dlaczego ty… mnie…? – dukałem, aż w końcu zająknąłem się i umilkłem pod wpływem jego intensywnego spojrzenia, którym zaczął mnie taksować.
- Zaprosiłem cię, bo cię lubię – stwierdził prosto.
- Czy to ma coś do rzeczy z tym, co powiedział ci na mój temat Karma? – zainteresowałem się.
- Poniekąd – przyznał. – Cóż, nieczęsto zdarza się, żeby mój brat miał na czyjś temat tak pochlebną opinię – wziął głębszy oddech. – To sprawiło, że mnie zainteresowałeś i że zapragnąłem cię poznać osobiście. Muszę przyznać, że póki co nie żałuję – posłał mi uśmiech, jakiego nie powstydziłby się nawet sam miłosierny Budda, na co mnie przeszedł kolejny dreszcz. Ten chłopak zdawał się być jakąś mieszanką sprzecznych ze sobą sił…
- Czy to oznacza, że oczekujesz po mnie czegoś konkretnego? – dopytywałem.
- Konkretnego? – uniósł brwi w zdziwieniu. O dzięki wszystkim bożkom tego i innego świata, i siłom transcendentnym, i wszelkiemu innemu podobnego tałatajstwu, ten z „niecodziennych braci”, jak zacząłem w myślach nazywać Isamiego i Karmę, przynajmniej potrafił w jakiś ludzki sposób okazywać swoje uczucia i emocje! Chwała mu za to! – Nie, nie powiedziałbym. Niczego po tobie nie oczekuję. Może jedynie liczę na zaistnienie pewnych sytuacji i możliwości. To tyle. Ale nie przejmuj się – machnął ręką, widząc moją zapewne spłoszoną minę. – Nie musisz nic robić. Po prostu pozwól mi się obserwować. To tyle – rozłożył ręce, na co ja przełknąłem głośno, jakby brunet w istocie mógł mi grozić, a nie dopiero co powiedział, żebym niczym się nie przejmował. – Więc? Jakieś plany na dziś? – zainteresował się, zmieniając przy tym temat, za co byłem mu ogromnie wdzięczny.

***

W gruncie rzeczy nie miałem żadnych planów na dzień dzisiejszy. Miałem wolne i zamierzałem w bezczelny sposób zmarnować mój czas na coś prozaicznego i niezbyt wymagającego wysiłku fizycznego, tudzież umysłowego. Gdybym nie spotkał wokalisty Archemi., zapewne wróciłbym do siebie i zajął się czytaniem jakiejś przypadkowej książki, możliwe, że wzorując się na Genshō, podprowadziłbym jakiś tomik poezji Karmie lub zajął się oglądaniem jakiegoś filmu na laptopie, gdyż w telewizji głównie puszczano dziwaczne programy rozrywkowe, które nie były na nerwy przeciętnego śmiertelnika. Można więc było powiedzieć, że brunet uratował mnie od próżnowania w samotności, choć nie mogłem powiedzieć, żebyśmy razem zajęli się czymś o wiele bardziej produktywnym.
Zostałem u Isamiego znacznie dłużej niż mógłbym sobie tego życzyć, choć w istocie wcale nie czułem się z tym źle. Z czasem zacząłem przyzwyczajać się do specyficznego otoczenia, a chłopak nawet odsłonił zasłony, wpuszczając do środka co nieco promieni słonecznych, z czym od razu poczułem się lepiej. Przez dłuższy czas siedzieliśmy przy kotatsu i rozmawialiśmy, a rozmowa z czasem szła nam coraz lepiej. Coraz płynniej przechodziliśmy z tematu w temat, coraz rzadziej zdarzały nam się chwile wypełnione pustą ciszą. Zaczynałem czuć się w jego towarzystwie coraz swobodniej, choć kiedy zdarzało mi się mówić przez dłuższy czas i Isami nagle odzywał się po pewnej przerwie, wciąż czułem ten dziwny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa i to niepokojące napięcie kumulujące się gdzieś w okolicach lędźwi. Niemniej, nie było to nieprzyjemne. To też zaczynało mi się podobać, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie zacząłem wręcz wyczekiwać z niecierpliwością chwili, w której znów mogłem poczuć to elektryzujące doznanie, które nie do końca potrafiłem opisać ani się w nim rozeznać, jasno stwierdzając, o czym ono świadczyło i czym było w istocie.
Później zrobiło się już naprawdę późno, a więc minęło już południe, a my zgłodnieliśmy, więc przenieśliśmy się na chwilę do kuchni, gdzie wspólnymi siłami udało nam się stworzyć coś na lunch. Następnie znów wróciliśmy do salono-jadalnio-sypialni, ale tym razem ulokowaliśmy się na o wiele wygodniejszej kanapie, jedząc, śmiejąc się i oczywiście rozmawiając niczym małolaty podczas pierwszego, wspólnego nocowania w amerykańskim serialu. To wszystko wydawało się banalne, jednak było niezaprzeczalnie przyjemne.
Muzyk fascynował mnie. Był inny niż większość ludzi, których znałem, jednak nie był przy tym, bądźmy szczerzy, dziwakiem jak jego brat, cholerykiem jak Daisuke czy nie wiadomo kim jeszcze. Jego „inność” nie ograniczała się tylko do prezentowania jego wad czy „usterek” w jego charakterze i usposobieniu, ale przejawiała się w jakiś niewymuszony i przyjazny sposób. Niedługo po tym stwierdzeniu odkryłem z niemałym zresztą zaskoczeniem, że tak właściwie… to Isami oczarował mnie. Fascynował mnie jego głęboki, wibrujący głos, którego mógłbym słuchać godzinami, jego głębokie uduchowienie, które szło z niepojętą tolerancją wobec wszystkiego i wszystkich, którzy nie zgadzali się z jego poglądami, jego zamiłowanie do różnych kultów i kultur, a nawet same jego sanctrum, które przywodziło na myśl zakazaną świątynię. To wszystko w jakiś sposób wydawało mi się być odległe, wręcz nierealne, a z drugiej strony tak ciekawe, inne, niecodzienne, na wyciągnięcie ręki. 
Pożegnaliśmy się dopiero, kiedy na dworze zrobiło się już ciemno. Nie znaliśmy się wystarczająco długo i dobrze, żeby któryś z nas mógł wyjść z propozycją wspólnego spędzenia nocy, choć towarzyszyło mi silne przeczucie, że gdybym zapytał, brunet nie wyrzuciłby mnie na bruk. Coś podpowiadało mi, że zgodziłby się, jednak nie chciałem już na "dzień dobry" nadużywać jego gościnności. Wszak sam stwierdził, że nie bardzo lubił przyjmować gości w domu, a ponad to uraczył mnie już obiadem, więc to i tak wystarczająco jak na jeden raz. 
Wyszedłem z mieszkania chłopaka w naprawdę dobrym humorze. Isami był zdecydowanie osobą, z którą chciałem pogłębić znajomość. Ten bardzo przypominał swojego brata, jednak nie był tak pokręcony jak on i miał chociażby jakieś względne pojęcie o relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwiało komunikowanie się z nim. Byłem szczęśliwy, że miałem okazję go poznać.
Wracałem właśnie do domu, kiedy nagle usłyszałem za sobą nawoływanie. Odwróciłem się, dostrzegając za sobą Hiro, który kierował się w moją stronę szybkim, sprężystym krokiem. Nie wyglądał na złego, jednak jego mina zdradzała także, że ten nie posiadał się ze szczęścia. Przystanąłem na moment, czekając aż ten mnie dogoni.
- Hej...
- Czemu nie odbierasz telefonu? - przerwał mi, od razu przechodząc do sedna.
- Jak to nie odbieram? - zdziwiłem się. - Przecież nie dzwoniłeś... - wyjąłem telefon z kieszeni, żeby sprawdzić czy faktycznie mogłem nie zauważyć jakiegoś nieodebranego połączenia, jednak zamiast tego przekonałem się, że bateria wyzionęła ducha. - Oh... - mruknąłem pod nosem.
Byłem tak zaaferowany spotkaniem z bratem Karmy, że nawet nie zauważyłem, kiedy moja komórka odmówiła posłuszeństwa. Przez cały ten czas, który wspólnie spędziliśmy, nie zmarnowaliśmy ani chwili na grzebanie w social media czy oglądanie telewizji. Nic podobnego. Spędziliśmy razem dzień w "staroświecki" sposób, obchodząc się bez wszelkich elektronicznych gadżetów. Musiałem przyznać, że to była miła odmiana. Odświeżająca, powiedziałbym. Miło było mieć kogoś, z kim można było spędzić czas bez potrzeby zasłaniania się portalami społecznościowymi i wirtualną rzeczywistością. Rozmawialiśmy, skupiając całą naszą uwagę na tej drugiej osobie, patrząc na siebie wzajemnie, a nie w martwe tafle wyświetlaczy. To było naprawdę przyjemne. Z całą pewnością chciałbym to jeszcze kiedyś w przyszłości powtórzyć. Odciąć się od nierealnego świata i skupić się na jednej, wybranej osobie, prawdziwie cieszyć się jej obecnością i bliskością, zrobić sobie odwyk od telefonu, laptopa i telewizora, od których znaczna część społeczeństwa w dzisiejszych czasach była uzależniona - wliczając w to także mnie. Miło było także przekonać się, że jeszcze nie zatraciłem wszelkich zdolności socjalizowania się z innymi twarzą w twarz, bez zbędnego pośrednictwa przedmiotów nieożywionych.
- Wybacz, mój telefon się rozładował, a ja nawet nie zauważyłem - wytłumaczyłem się. Wokalista Nocturnal Bloodlust westchnął na te słowa i przewrócił oczyma. - Coś się stało? - zapytałem.
- I tak, i nie... - mruknął wymijająco. - Nie było cię dzisiaj w pracy - zauważył.
- Miałem dzień wolny - odparłem. - Chciałeś ode mnie czegoś konkretnego?
- Właściwie to tak - przytaknął. - Pamiętasz, jak wspominałem o Europejskiej trasie, do której przygotowuje się mój zespół, prawda? - upewnił się, na co ja skinąłem mu głową. - No właśnie. Wstępny plan został już zatwierdzony i teraz pewne akcje muszą zostać podjęte. Powiedziałeś, że chcesz jechać ze mną - przypomniał mi. W tym momencie moje serce zabiło mocniej. Z trudem przełknąłem ślinę przez zaciskające się gardło. Cholera... - Jeśli faktycznie chcesz z nami lecieć do Europy, musimy dopełnić pewnych formalności - wyjaśnił. - Wszystko w porządku? Zbladłeś... - zauważył.
- Tak, wszystko gra - machnąłem lekceważąco ręką, odwracając od niego spojrzenie.
Prawdą było, że zapomniałem na moment o całej tej nadchodzącej trasie i znów dopadły mnie wątpliwości. Dzień spędzony z Isamim był dla mnie niemal jak wycięty z osi czasu. Kilkanaście godzin wyciętych z życiorysu, przez które zdążyłem zapomnieć o całym, bożym świecie. Cudownie. Teraz jednak nastał czas, żeby ponownie wrócić do rzeczywistości. Niby wcześniej podjąłem już decyzję, że będę wspierał wokalistę Nokuruby, że skupię się na nim i na kwitnącym do nim uczuciu, jednak... teraz znowu się wahałem. Czy aby na pewno powinienem jechać? Czy powinienem się na to pisać?
Lubiłem go. To fakt. Był miłym gościem. Ale czy to był wystarczający argument, żeby na własne życzenie spędzić z nim kilka miesięcy w separacji od wszystkich innych, którzy byli mi bliscy? W końcu zarówno Yuuki, jak i Karma wytknęli mi, że tutaj, w Tokio miałem już wystarczająco niedokończonych spraw. Wokalista InitialL namawiał mnie do rzucenia wszystkiego w diabły, z kolei brunet chciał, żebym został na miejscu i żebym sprostował moje relacje z innymi po kolei. Z jakiejś racji nie uważał Hiro za adekwatne dla mnie towarzystwo. Ponad to wciąż pozostawała sama kwestia mojej niepewności. Gdybym się w nim zakochał, to już dawno siedziałbym jak na szpilkach na spakowanej walizce, wyczekując z niecierpliwością taksówki na lotnisko, czyż nie tak? Zamiast tego ja jednak raz za razem traciłem głowę dla kogoś innego - dla Aryu, dla Isamiego. - i zapominałem o nim, spychając go na dalszy plan. To dowodziło chyba jednak tego, że wokalista Nocturnal Bloodlust nie był moją wielką i jedyną miłością, prawda?
- Będziesz jutro w pracy? - kontynuował niezrażony brunet.
- Tak, jasne - przytaknąłem.
- W takim razie znajdę cię na przerwie i zaprowadzę do mojego managera. Musimy przedyskutować kilka spraw - uprzedził.
- Um, oczywiście... - mruknąłem nieprzekonany.
- Właściwie to tylko tyle dziś od ciebie chciałem - wzruszył ramionami. - Pofatygowałem się do ciebie, bo chciałem się upewnić, że jeszcze się nie wycofałeś z danego słowa - uśmiechnął się zadziornie. - Poza tym to ważne, żeby załatwić wszystkie sprawy papierkowe możliwe jak najszybciej - zaznaczył. - Skoro jednak wciąż jesteś zdecydowany, to dobrze. Nie będę ci już zawracał dłużej głowy. Spotkamy się jutro - obiecał. - Umówiłem się na mieście z Masą i Natsu - wytłumaczył się, kiedy potraktowałem go pytającym spojrzeniem.
- W porządku - zgodziłem się. - W takim razie do zobaczenia jutro - pożegnałem się słabnącym głosem.
Hiro pomachał mi na odchodne, po czym zawrócił w kierunku, z którego tu przyszedł. Ja w tym czasie wróciłem do domu. W salonie, zgodnie już z naszą niepisaną tradycją, czekał na mnie Karma. Chłopak podniósł na mnie leniwe spojrzenie znad czytanego tomu poezji.
- Spotkałeś się z Isamim? - zapytał, kiedy zaledwie przekroczyłem próg mieszkania, zrzucając buty z ciężkim westchnięciem.
- Zgadza się - potwierdziłem.
- Nie wyglądasz kwitnąco - skomentował. - Posprzeczaliście się? - zgadywał.
- Nie, tu nie chodzi o Isamiego - odpowiedziałem, zajmując miejsce na kanapie obok niego. - Spotkałem Hiro pod blokiem, kiedy wracałem - wyznałem. Brunet niemo nakazał mi kontynuować, wpatrując się we mnie intensywnie. - Przyszedł upewnić się, że nie zmieniłem zdania, co do trasy Nocturnal Bloodlust po Europie - zacząłem tłumaczyć. - Chce, żebym jutro dopełnił jakiś formalności... - westchnąłem raz jeszcze.
- Powiedziałem ci już, że nigdzie nie jedziesz - odezwał się twardo, na co ja spojrzałem na niego zaskoczony. Temu dalej nie przeszło to władcze podejście?
- Ale powiedziałem mu, że z nim pojadę... - podciągnąłem nogi pod klatkę piersiową. - Teraz to już trochę za późno, żeby się wycofać. Poza tym i tak nie mam żadnej dobrej wymówki... - sapnąłem. - Myślałem też, że może udałoby mi się spotkać z rodziną, gdybyśmy zahaczyli o Norwegię, więc może w sumie nie byłoby znowu aż tak źle... - próbowałem pocieszyć sam siebie i przekonać się do tego, żeby spojrzeć na całą tę sytuację z nieco większym optymizmem.
- Nie jedziesz - muzyk nie dawał za wygraną.
- Nie? - prychnąłem. - Bo co? Mam mu jutro powiedzieć, że nie podpiszesz mi zgody na wycieczkę? - parsknąłem.
- Alex, czy ty nie widzisz, że masz pewien problem? - spojrzał na mnie z przyganą. - Nie chcesz jechać. Zgodziłeś sie tylko dlatego, żeby uszczęśliwić Hiro. I to jest właśnie twój problem. Przytakujesz i zgadzasz się na wiele rzeczy, żeby nie rozczarować i nie sprawić przykrości innym, jednak przy tym sam nie bierzesz pod uwagę tego, co ty chcesz i czujesz, przez co w ostatecznie motasz się, jesteś niezdecydowany i rozsiewasz wokół siebie istny chaos, angażując w niego wszystkie napotkane osoby. Chcesz być przyjacielem wszystkich i wszystkiego, przez co pozwalasz zbyt wielu osobom zbliżyć się do ciebie - aż uchyliłem ze zdziwienia usta, słysząc taki wywód z jego strony. - Może teraz jeszcze nie masz takich problemów i nie jesteś tego świadom, ale w przyszłości przez takie zachowanie twoja opinia może ucierpieć, mimo iż ty cały czas będziesz się starał robić wszystko najlepiej tak, jak potrafisz, żeby wszystkim dogodzić - prychnął. - Jeśli choć przez chwilę będziesz ze sobą szczery i pomyślisz o tym, czego ty tak naprawdę chcesz, ludzie, którzy powinni ci być bliscy, sami ostaną się po twojej stronie, podczas gdy inni odejdą. To stanie się dla ciebie jasne, kiedy wreszcie przejrzysz na oczy - odezwał się pewnie. - Nie jedziesz i tyle - uparł się. - O powód się nie martw. Zostaw to mnie - polecił, po czym bez słowa wyjaśnienia ponownie wrócił do przerwanej lektury.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Karma nie był raczej człowiekiem czynu. Zdecydowanie wolał zaszyć się gdzieś w ciszy i spokoju, czytając lub komponując niżby pchając się na środek sceny, odwalając teatralny show. Był mrukliwy, nie odzywał się zbyt często, a nawet jeśli, to zazwyczaj pozostawał lakoniczny i zwięzły. Dziwiła mnie ta nagła, przejawiona przez niego inicjatywa, jednak nie zamierzałem krytykować jego postawy. Ostatecznie machnąłem tylko ręką, nie oczekując po nim zbyt dużo. 
Z trudem podniosłem się z siedzenia i ruszyłem w stronę łazienki, żeby wciąć prysznic i zmyć z siebie zmęczenie całego dzisiejszego dnia. Po kąpieli i kolacji nie pozostało mi już nic innego, jak tylko czekać na nadejście następnego dnia, żeby przekonać się, co ten trzymał dla mnie w zanadrzu - jak przebiegną ów formalności, które miały ten irytujący zwyczaj iść zawsze nie po myśli człowieka? Co w istocie planował wokalista AvelCain? O ile w ogóle miał jakiś plan i zamierzał coś zrobić... Karma nie był osobą rzucającą słowa na wiatr, jednak z drugiej strony jego niezdrowa chęć rozkazywania mi, sprawowania nade mną władzy, wręcz traktowania mnie jak przedmiotu posiadanego na własność sprawiała, że miałem silne wrażenie, jakoby ten tylko bełkotał bez składu i ładu, będąc ponownie zainspirowanym jakąś postacią z książki, mangi czy anime. 
No cóż, o wszystkim tym miałem przekonać się dopiero jutro. Póki co wolałem nie nastawiać się na nic konkretnego, nie kreować żadnych wyimaginowanych, wyidealizowanych lub karykaturalnie przerysowanych scenariuszy najbliższych wydarzeń. Zamierzałem grzecznie poczekać w kolejce, żeby zostać obdarowany przez dary losu i podziękować za nie lub z miejsca zacząć je zwalczać. Do tej pory przyszłość była jednak jedną wielką niewiadomą i nie pozostawało mi nic innego jak czekać. 
Czekać.

"Nowy Świat" cz.16

Przyznaję, że napisałam tę część już jakiś czas temu, ale trochę mi zeszło z jej publikacją... dlaczego? W sumie dobre pytanie ^^''
W ostatnim czasie przeżywam prawdziwy zachwyt osobą Kamijo, co może w pewien sposób odbić się na blogu (znając jednak moje ostatnie tempo pracy wszelkie odczucia z waszej strony mogą mieć opóźnienie od kilku miesięcy do ponad roku >.<''), więc tak na zapas uprzedzam jakby co C'':
Pamiętam również o tym, że dużo osób chciało, żebym napisała coś z paringiem Zero x Hizumi. Status: in progress. Pisze się. Oneshot. Jak zwykle realny do bólu, gdyż Hizumi jest moim alternatywnym ego żyjącym w tej samej rzeczywistości - to pewnie jakieś niedopatrzenie Stwórcy i dlatego wylądowaliśmy w jednym realium świata ^^'' Więc czekajcie cierpliwie, a ja postaram się opublikować owy twór możliwie nie aż tak późno (choć przyznam, że ilość komentarzy jest również czynnikiem motywującym do pracy ^^'').
Poza tym tempem galopującego żółwia produkuję sobie od czasu do czasu coś z demonami albo wampirami (z wampirami to raczej męczę kontynuację "opowiadania Halloweenowego" z Kamijo, które oryginalnie wcale opowiadaniem tego sortu być nie miało, ale... pisze mi się to całkiem nieźle C: ). Ktoś zainteresowany czytaniem w takich tematykach?



Wysiadłem w końcu z auta (…). Będąc już za szklanymi drzwiami klatki schodowej obejrzałem się, oglądając jak mój ukochany [Hiro] odjeżdża. Oparłem się plecami o ścianę, oddychając głęboko. Poczułem w nogach jakąś dziwną słabość.
Kiedy przekroczyłem próg mieszkania z salonu powitał mnie Karma, który jak zwykle przesiadywał po nocach i czytał tomy poezji. (…)
- Co tak długo? – burknął. – Nie lubię, kiedy nie ma cię tak długo w domu… (…)
- Tyle się zdarzyło! – wyrzuciłem ręce w powietrze. – Musisz mi pomóc! Mam ci mnóstwo do opowiedzenia! – uwiesiłem się na jego ramieniu. Brunet odłożył tonik na stół i wbił we mnie swoje firmowe spojrzenie, które z grubsza nie wyrażało nic.
- Zatem słucham – rozłożył ręce.

„Nowy Świat” cz.16

Karma przez dłuższą chwilę milczał, bębniąc długimi, ostro spiłowanymi paznokciami o blat stołu. Wpatrywał się we mnie uporczywie, a jego jałowy wyraz twarzy był rozciągnięty, jakby rozjechany za sprawą dłoni, na której podpierał się w niedbałej pozie. Przez to też odniosłem wrażenie, jakby brunet w jakiś dziwny sposób mógł być czymś poirytowany. Ta uwaga z kolei zaskoczyła mnie, a może nawet nieco wystraszyła, gdyż przyzwyczaiłem się już do nieokazującego emocji wokalisty AvelCain. Siedziałem więc tak przed nim niemal struchlały niczym dzieciak, który coś spsocił i w napięciu oczekiwał na wydanie kary. A ja przecież byłem już dorosły. W dodatku nie zrobiłem niczego źle. Czego więc się obawiałem? Cóż, możliwe, że sama osoba Karmy nieco napawała mnie niepokojem. Myślałem o nim jako o przyjacielu, jednak pomimo tego, a nawet pomimo wysłuchania jego dość nieciekawej historii dzieciństwa, wciąż nie mogłem pojąć, jak można było być znowu AŻ tak pozbawionym wszelkich uczuć i ich zrozumienia – w tym wypadku oznaczało to wyzbycie się ich wszystkich.
Przełknąłem głośno, a chłopak niespiesznie otworzył usta, jakby wciąż jeszcze myślał nad tym, co ma powiedzieć, jakby jeszcze nie zdążył ułożyć sobie w głowie całej mowy, którą zamierzał wygłosić, a nie chciał rzucić czegoś niestosownego.
- Nie jedziesz – zawyrokował w końcu… zupełnie jakby mógł o czymś decydować i jakbym pytał go o pozwolenie.
- Co proszę? – zdziwiłem się.
- Nie pojedziesz w trasę koncertową z Hiro – oświadczył bez ogródek.
- Chwila… - spojrzałem na niego z niezrozumieniem, ściągając brwi. – Zakazujesz mi z nim jechać?
- Poniekąd? – bardziej zapytał niż stwierdził, wzruszając przy tym kościstymi ramionami. W odpowiedzi parsknąłem zduszonym śmiechem.
- Ale ja cię nie pytałem o przyzwolenie – wyjaśniłem. – Raczej przedstawiłem ci kilka możliwości, które pojawiły się na mojej drodze i zapytałem o twoją opinię – uściśliłem, gdyż nagle wpadłem na myśl, iż chłopak mógł opacznie zrozumieć moje zwierzenia, którymi go uraczyłem, gdyż, jak sam mawiał, słabo mu szło, jeśli chodziło o relacje międzyludzkie i zrozumienie innych.
- Zgadza się – przytaknął. – Ale to nie oznacza, że nie mogę ci tego zabronić – uparcie trwał przy swoim.
- Możesz mi co najwyżej poradzić, żebym zrezygnował – z niepokojem stwierdziłem, że ta rozmowa zaczęła zmierzać w co najmniej dziwnym kierunku.
Brunet nagle poczuł jakąś dziwną wyższość względem mojej osoby, która odbijała się w jego postawie i która niekoniecznie przypadła mi do gustu. Czy on zapatrywał się na mnie jak na rzecz, która do niego przynależała?
- Mógłbym – znów się zgodził. – Ale wtedy to nie miałoby takiego dramatycznego wydźwięku – rzucił tym swoim wypranym z wszelkich emocji głosem, co kontrastowało z jego wypowiedzią, która zahaczyła o tematy „dramaturgii”.
- Nie rozumiem… - przyznałem szczerze.
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał z Hiro na kilka miesięcy – postawił sprawę jasno. – Jak już mówiłem, lubię cię mieć przy sobie i nie podoba mi się, kiedy zbytnio się oddalasz – założył ręce na piersi. – Ponad to nie myślę, żeby Hiro był typem osoby, której poszukujesz, więc chcę oszczędzić ci straty tych kilku miesięcy na bezsensowne próby bratania się z kimś, kto nie jest dla ciebie odpowiedni – na te słowa przewróciłem oczyma. Jemu akurat wolno było określać, kto najlepiej nadawał się na mojego chłopaka… - Poza tym nie możesz od tak sobie teraz wyjechać – ponownie wzruszył ramionami. – Tym bardziej właśnie teraz – podkreślił.
- Co masz przez to na myśli? – dociekałem.
- Alex, lubię cię i w ogóle, ale muszę przyznać, że nawet ja zauważyłem, że narobiłeś rabanu jak nikt inny – westchnął ciężko. – Jeżeli teraz wyjedziesz, zostawiając za sobą nieuporządkowane relacje same sobie, to się w przyszłości na tobie zemści – zaczął niemal „wieszczyć”, uskuteczniając czarnowidztwo. – Ludzie odwrócą się od ciebie, bo poczują się zdradzeni. Nie pomogą ci, kiedy wpadniesz w tarapaty. A wiesz, że kiedyś będziesz miał kłopoty. Jakieś na pewno. Wszyscy je mamy. W końcu nie da się ich uniknąć. Takie jest życie. W takim wypadku jednak lepiej jest rozszerzać siatkę przychylnych ci ludzi niżby tych, którzy żywią do ciebie jakąś urazę, prawda? – rozłożył ręce, jakby podkreślając, że zakończył już swoją głęboką myśl.
- A… A ty niby skąd to wiesz? – wydukałem zbity z tropu. – Ponoć nie rozumiesz ludzi i tego, na jakich zasadach opierają się ich relacje… - wypomniałem mu. – Przeczytałeś o tym w jakiejś książce? – zgadywałem.
- Nie, to chyba wyniosłem z jakiegoś anime – przyznał się bez wstydu, na co ja miałem ochotę pacnąć się otwartą dłonią w twarz. – Ale to nieważne – machnął lekceważąco ręką. – Mądrości tego typu są uniwersalne.
- Życie to nie anime – przypomniałem mu.
- Ale większość anime bazuje na realnym życiu – odparł niezrażony. – Poza tym ludzie starają się odwzorować relacje między bohaterami na podstawie własnych przemyśleń i doświadczeń, a więc są to niejako cudze słowa. W ten sam sposób przedstawiane są również związki międzyludzkie w książkach – wzruszył ponownie ramionami. – Więc co to za różnica czy przeczytałem o tym w książce, czy wyniosłem to w anime? Czy gdybym powiedział ci, że to cytat z książki, to zabrzmiałbym dla ciebie mądrzej? A może bardziej wiarygodnie? – podniósł nonszalancko jedną brew, a ja zaniemówiłem. – Widzisz, wiele rzeczy działa w identyczny lub bardzo podobny sposób, jednak jedne z nich są cenione, a drugie bagatelizowane lub nawet potępiane przez społeczeństwa. Nie bój się, nie jesteś pierwszym takim hipokrytą – skwitował beznamiętnie.
- To już twoje własne obserwacje? – syknąłem jakoś dziwnie urażony.
- Nie bocz się – fuknął. – Przedstawiam ci tylko fakty… choć zdaję sobie sprawę, że stanięcie z niektórymi z nich twarzą w twarz może być wyzwaniem – kontynuował jałowo. – A co do pytania to tak, to już moje obserwacje i przemyślenia – przyznał. – Ponoć to źródło jest jednym z najbardziej respektowanych i cenionych przez ludzi. Czy teraz zabrzmiałem dla ciebie wystarczająco wierzytelnie? – uśmiechnął się minimalistycznie, jednak w tym cieniu uśmiechu błysnęło mi coś podejrzanie. I owe coś śmierdziało mi tu… arogancją…? - Koniec końców piję do tego, że nie możesz wszystkiego zostawić samemu sobie, licząc, że twoje problemy i niejasne sytuacje rozwiążą się same. Ludzie to niesamowicie skomplikowane istoty, z którymi prędzej czy później trzeba się rozprawić – poprawił się w swojej niedbałej pozycji. – O tym też wiem, z własnego doświadczenia – dodał jakby… zaczepnie…?
Serio, czy Karma właśnie stał się arogancki i wyniosły, czy tylko mi się zdawało? Czyżby w końcu zaczął rozumieć ludzi i zaczął się z nimi jednoczyć? A może w końcu przestał udawać lalkę z pustym wnętrzem? Chyba od samego początku jakoś mu niedowierzałem, jeśli chodziło o tę sprawę z niepojmowaniem ludzkich uczuć i emocji…
Niemniej jednak najbardziej istotnym faktem w tym wszystkim na chwilę obecną było to, że wokalista AvelCain radził mi coś zupełnie odwrotnego od tego, co poradził mi Yuuki. Wokalista Lycaon, czy też raczej InitialL, jak to też kazali się teraz nazywać, radził, żebym znalazł sobie jedną bliską osobę i skupił się na uczuciach do niej, a wtedy relacje z pozostałymi osobami same już się sklarują. Taka była jego opinia. Tymczasem brunet chciał, żebym rozprawił się ze wszystkimi pojedynczo. Metoda Yuukiego była szybka i wygodna, ale trąciła nieco tchórzostwem. Z kolei rozwiązanie Karmy było czasochłonne, bolesne, ale prawdopodobnie warte zachodu. Poza tym nie dało się ukryć, że, jak to określił mój rozmówca, sam narobiłem rabanu, więc teraz musiałem wziąć odpowiedzialność za własne czyny. Albo przynajmniej wypadałoby, żebym tak zrobił. Obie z tych metod miały swoje wady i zalety. Pytanie teraz tylko, która z nich faktycznie była tą właściwą?

***

Siedziałem na jednym z blatów zawalonych kosmetykami, ciesząc się krótką przerwą. Ogrzewałem dłonie papierowym kubkiem z kawą, wpatrując się w martwą powierzchnię wyświetlacza telefonu. Czułem, że miałem mętlik w głowie, a jednak z drugiej strony w jakiś irracjonalny sposób rozciągała się tam jedynie idealna i niczym niezmącona pustka oraz cisza. Czy powinienem zadzwonić do Yuukiego, żeby ten przekonał mnie do swojego pomysłu? A może powinienem napisać do Karmy, żeby ten utwierdził mnie w przekonaniu, że to on miał rację? Albo spotkać się z Hiro… Brunet już z samego rana uprzedził mnie, że dziś z pewnością nie będziemy mieli okazji spotkać się w studiu, gdyż ten pojechał na plenerową sesję zdjęciową – w takim razie może wypadało, żebym zapytał czy znalazłby dla mnie czas po pracy? W końcu jasno stwierdziłem, że chcę się do niego zbliżyć. Powiedziałem mu o tym. A on odpowiedział mi podobnie. Z drugiej strony czy nie byłbym jednak nachalny? Poza tym nie byłem do końca przekonany co do tego czy faktycznie mogłem tak beztrosko wciskać się w jego ramiona, kiedy wciąż byłem niepewny… na dobrą sprawę wszystkiego – moich relacji z innymi osobami, tego czy pisałem się na tę trasę koncertową po Europie, czy też nie… Ponad to wszystko dochodziła jeszcze dość tajemniczo brzmiąca w moich uszach sprawa niezadowolenia wokalisty AvelCain wynikająca z powodu mojego zaciśnięcia znajomości z drugim muzykiem. Karma zarzekał się, że Hiro nie był dla mnie odpowiednim typem i z wciąż nieznanych mi powodów zupełnie było mu to nie na rękę, żebym się z nim prowadzał. Tylko dlaczego? Na bezpośrednio zadane pytanie nie dostałem odpowiedzi, więc wychodziło na to, że musiałem zdobyć informacje w nieco inny, bardziej podstępny sposób.
- Alex! – zawołała mnie jedna z moich współpracownic. – Możesz zająć się Isamim? – zapytała.
- Isamim? – powtórzyłem zdziwiony. – A nie miałem przypadkiem pracować z Aryu? – przypomniałem sobie.
- Sesja Morrigan została przełożona na inny dzień – poinformowała mnie zdawkowo i rzuciła mi wyczekujące spojrzenie. Ukradkiem spojrzałem na zegarek na ścianie. Pięknie. Ucięła mi pięć minut przerwy. Znowu.
- Idę – zakomunikowałem, starając się zamaskować swoje niezadowolenie wynikające z faktu skrócenia przerwy.
Zsunąłem się z blatu i odebrałem wszelkie potrzebne informacje o modelu, z którym miałem pracować. Jego imię nic mi nie mówiło. Okazało się, iż w grafiku lukę po Morrigan wypełnił stosunkowo nowy zespół Archemi., który został założony przez Yukiego, ex-basistę Biosphia. Isami był wokalistą. Cóż za przypadek. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jakimś dziwnym zrządzeniem losu niemalże za każdym razem trafiałem na jakiegoś wokalistę…
Przejrzałem kilka zdjęć chłopaka, które współpracownica wcisnęła mi w ręce. Kolejny zespół Visual-kei. Dużo czerni, trochę czerwieni, ewentualnie gdzieniegdzie różowy akcent. W sumie nic wielkiego. Przyzwyczaiłem się już do tego. Szczerze powiedziawszy dopiero pracując jako wizażysta zrozumiałem, jak ciężko było być oryginalnym na scenie muzycznej pod względem wizualnym i przy tym nie wyjść na durnia. Z drugiej strony jednak V-kei był nurtem, więc musiał charakteryzować się jakimiś powtarzającymi się elementami i schematami. Z dwojga złego wolałem już jednak, żeby makijaże muzyków były do siebie podobne niżby ich single. W tym momencie nabrałem także jakiegoś respektu, niemalże szacunku do twórczości The GazettE, która potrafiła szokować raz za razem pod wszelkimi względami – prezencji członków zespołu jak i ich utworami. Ponad to projekt „Dark Age”, którym w swoim czasie się zainteresowałem, był niejako hołdem i wyrazem wdzięczności złożonym przez zespół tym wszystkim, którzy wspierali ich przez lata – wizażystom, grafikom, stylistom i całej reszcie… To było… po prostu miłe. Doceniałem ten gest, mimo iż przecież nie zaliczałem się do grona ludzi, którzy mogli pchać się w kolejce po owe podziękowania. Mimo iż nie wiedziałem, jak wyglądała praca z tak rozsławionym zespołem i jak jego członkowie zachowywali się na co dzień, nagle zapłonęła we mnie jakaś chęć obracania się w podobnym gronie. To przyjemne, kiedy ktoś potrafił docenić twoją pracę i powiedzieć „dziękuję” za twoje codzienne trudy – a nie da się ukryć, że w tym wypadku gazettowe „dziękuję” zostało wyniesione niemalże do wyższej rangi.
Zamyślony ruszyłem przed siebie. Ocknąłem się dopiero w chwili, kiedy nieomal uderzyłem udami o oparcie krzesła, na którym siedział młody, długowłosy brunet. Dla upewnienia obrzuciłem spojrzeniem zdjęcia raz jeszcze, szukając podobieństwa. Jak na moje oko to była to właściwa osoba…
- Isami-san? – zapytałem, siląc się na uśmiech. Chłopak piszący coś na telefonie z zawrotną prędkością oderwał wzrok od ekranu i spojrzał na mnie zdziwiony, po czym uśmiechnął się delikatnie i skinął głową.
- Dlaczego tak oficjalnie? – wyszczerzył się, prezentując mi ładne, białe i proste zęby. Odezwał się przy tym niesamowicie głębokim i mocnym, niemniej wciąż bardzo melodycznym głosem. Zdziwiony aż zamrugałem kilka razy, gdyż nie spodziewałem się, że tak drobna osoba mogła dysponować takim barytonem.
- Eee… - zająknąłem się zbity z tropu nie tylko przez jego szybką chęć spoufalenia się, ale głównie wciąż będąc pod wrażeniem jego głosu, który odbijał się gdzieś echem w mojej głowie i hipnotyzował.
- Wystarczy Isami – wzruszył ramionami i spojrzał na mnie przychylnie. A to nowość.
- Ach, tak… - mruknąłem nieskładnie i ponownie zmusiłem się do uśmiechu. – Jestem Alex – wyciągnąłem do niego rękę w geście powitania. Uścisk miał tak samo mocny jak i głos. – Zajmę się dziś twoim wizażem… - poinformowałem go, na co ten przytaknął mi skinieniem głowy.
Zabrałem się do niemal już rutynowej pracy, używając ulubionych i sprawdzonych kosmetyków. Cóż, musiałem przyznać, że nieczęsto spotykałem się z kimś, kto od razu pozwalał sobie na przyjacielskie pominięcie grzecznościowego „san”. Japończycy lubili być formalni. W końcu byliśmy jedynie współpracownikami, takimi samymi, jacy byli ludzie siedzący w biurze, których oddzielała od siebie jedynie cienka, papierowa ścianka boksu. Różnica między nami polegała jedynie na tym, że my obracaliśmy się w kreatywnych mediach, więc nasza rzeczywistość była nieco bardziej kolorowa – między innymi za sprawą fantazyjnych makijaży, fryzur czy ubiorów. Musiałem też przyznać, że czasami odnosiłem nieprzyjemne wrażenie, iż pewne osoby były do mnie uprzedzone ze względu na moje dość oczywiste, nie-japońskie pochodzenie. Inni z kolei byli uprzedzeni nie tyle co do moich gaijinskich rysów samych w sobie, ale do faktu, iż wciąż byłem stosunkowo nowy w tej branży. Rozumiałem, że każdy mógł mieć swoich ulubionych współpracowników, z którymi praca szła mu najlepiej i którym ufał, ale ta podejrzliwość z ich strony czasami mnie dobijała. Zupełnie jakby za każdym razem oczekiwali w napięciu, kiedy odwracałem się, żeby sięgnąć po odpowiednie narzędzie lub produkt, że akurat tym razem skoczę im z nożem do gardła. Czyżby ktoś tu przesadził z ilością horrorów na dobranoc?
Brunet, którego włosy były poprzetykane fioletowymi pasmami, był zrelaksowany i spokojny, co mogłem wyczytać z jego rozluźnionych rysów twarzy. Miał piękną cerę o jednolitym kolorze, nie miał worów ani sińców pod oczami, a same oczy miał stosunkowo duże, więc nie trzeba było jakoś szczególnie się natrudzić, żeby optycznie je powiększyć. Usta miał pełne, a nos drobny i lekko zadarty. Był wręcz idealnym modelem do współpracy. Właściwie nie musiałem dużo nad nim pracować, gdyż sam w sobie wyglądał dobrze. Bardzo dobrze. Moje zadanie ograniczyło się jedynie do nadania mu tego charakterystycznego dla japońskiego rocka „pazura” i „mrocznej aury”. Wbrew pozorom nie wszyscy japońscy idole prezentowali się bez makijażu tak dobrze jak on.
- Skończone – zakomunikowałem.
Chłopak sięgnął po lusterko i przejrzał się. Dokładnie obejrzał się z każdej strony i niemal pod każdym kątem, po czym zadowolony skinął głową i uśmiechnął się. Złożył dłonie jak do modlitwy i skłonił mi się dość płytko.
- Dziękuję za twoją pracę – znów odezwał się tym głosem, przez co poczułem jakąś dziwną słabość w nogach.
Zdziwił mnie jego gest. Z jednej strony mógł zostać wzięty za bardzo formalne podziękowanie, ale z drugiej… było w nim także coś niewymuszonego i naturalnego dla jego osoby. Nie wyglądało także na to, jakoby wokalista Archemi. naśmiewał się w ten sposób ze mnie.
- Nie ma… za co?... – wydusiłem z siebie z trudem.
Muzyk zachichotał i wstał z fotela, podchodząc do mnie. Położył dłoń na moim policzku i delikatnie pogładził mnie po nim kciukiem. Spojrzał na mnie przejmująco głęboko szarymi oczami, w których tkwiły kolorowe soczewki. Ich spojrzenie było zaskakująco ciepłe i przyjazne.
- Faktycznie taki jesteś… - mruknął do siebie, po czym posłał mi ostatni uśmiech w geście pożegnania i odszedł w kierunku pozostałych muzyków.
Jeszcze przez dłuższą chwilę stałem w miejscu i próbowałem zrozumieć, co tak właściwie miało miejsce przed chwilą. Dotknąłem własnego policzka, przypominając sobie dotyk Isamiego. Coś było w nim dziwnie znajome, co mnie do niego przyciągało… Z niepokojem odnotowałem, że on z jakiejś racji mógł poczuć do mnie coś podobnego – to wyjaśniałoby jego chęć zbliżenia się, zaprzestania tytułowania „san” oraz tę fizyczną bliskość, na którą dopiero co sobie pozwolił. Japończycy w miarę możliwości unikali kontaktu fizycznego z nieznajomymi. To zachowanie nie było na miejscu, a więc coś musiało być na rzeczy. Sięgnąłem po zdjęcia bruneta, które odłożyłem na jedną z szafek. Przejrzałem je raz jeszcze i wpatrywałem się w tego mrocznego typa, który wcale nie wyglądał na takiego, który lubił posyłać uśmiechy wszystkim i za nic. A jednak było to błędne wrażenie.
Ta sprawa nie dawała mi spokoju aż do końca zmiany.

***

- Wróciłem! – krzyknąłem, zrzucając buty w genkanie.
- Nareszcie… - usłyszałem burknięcie z salonu.
- A może by tak „witaj w domu”? – zajrzałem do pomieszczenia, które zazwyczaj okupował mój ciemnowłosy współlokator i gdzie najprawdopodobniej spędzał więcej czasu niż we własnym pokoju.
Brunet już nie odpowiedział. Jak zwykle wbił we mnie swoje firmowe spojrzenie, które z grubsza nie wyrażało nic i bezwstydnie wpatrywał się tak we mnie z ekspresją marmurowego posągu. Przeszły mnie dreszcze. Nie lubiłem, kiedy tak intensywnie taksował mnie tym spojrzeniem.
- Cześć, Yuuki – przywitałem się z drobnym chłopakiem, który siedział w niewielkiej odległości od swojego skrytego obiektu westchnień i zdawało się, że aktualnie próbował przełknąć frustrację związaną z faktem niemożności przełamania bariery powstałej między nim a wokalistą AvelCain razem z chrupkami, którymi się zapychał. Szatyn odmachał mi w odpowiedzi, gdyż zajęty był przeżuwaniem niebotycznej ilości flipsów na raz.
Obrzuciłem dwójkę przyjaciół spojrzeniem. A potem jeszcze raz i następny. W końcu zawiesiłem wzrok na dłużej na Karmie. Chłopak czując na sobie moje wypalające dziury spojrzenie uniósł brwi w pytającym geście, jednak zamiast zabrać się za zadawanie pytań, ja najpierw zacząłem desperacko przegrzebywać własną torbę, którą wciąż miałem zawieszoną na ramieniu. Wyciągnąłem z niej nieco zgniecione zdjęcia Isamiego. Przymknąłem jedno oko i odsunąłem od siebie jedno ze zdjęć na odległość wyciągniętego ramienia. Porównywałem dwóch brunetów ze sobą – tego wydrukowanego na papierze i tego realnego. I wtem mnie olśniło! Już wiedziałem, skąd wzięło się we mnie to poczucie bliskości!
- Co ty robisz? – zainteresował się wokalista InitialL.
W pierwszej chwili nie odpowiedziałem, będąc zbyt zaaferowanym znaleziskiem, które dopiero co odkryłem. A było nim niebanalne podobieństwo Karmy i Isamiego. Te oczy, pełne usta, linia szczęki… no dobra, mój współlokator był nieco bardziej pucołowaty, ale to wciąż nie robiło znowu aż takiej wielkiej różnicy. Ponad to wyglądało na to, że nawet ich zespoły nie różniły się od siebie znowu aż tak dramatycznie, gdyż mając przed sobą zdjęcia z poprzedniej sesji Archemi. mogłem zauważyć nawiązania do tradycyjnego, japońskiego stylu i szat, zamiłowanie do ubrań pokrytych znakami, a nawet kaligrafowanie ich na nagiej skórze, sympatię do papierowych wachlarzy…
- Karma, znasz go? – zapytałem w końcu, pokazując zdjęcie głównemu zainteresowanemu.
Brunet wziął do ręki wydruk i przyjrzał mu się uważnie. Szatyn rzucił mu okiem przez ramię i wzruszył ramionami.
- Ja tam gościa nie kojarzę – przyznał szczerze. Drugi muzyk w zamian pokiwał jednak głową.
- To mój brat – odezwał się w końcu, a ja aż zakrztusiłem się powietrzem z wrażenia. Yuuki zareagował podobnie, gdyż nieomal wylądował na podłodze po zasłyszeniu tej rewelacji. – Przyrodni brat – sprostował. – Mówiłem ci, że mój ojciec zostawił moją matkę zanim jeszcze się urodziłem, prawda? – rzucił mi kontrolne spojrzenie, na co ja przytaknąłem. Wydawało mi się, że chyba nigdy nie uda mi się zapomnieć jego pokręconej historii dzieciństwa… - No właśnie. Ojciec znalazł sobie drugą kobietę i założył z nią rodzinę. Nie widywałem się z nim prawie wcale, ale wiedziałem, że z nią też ma syna. To właśnie Isami – wyjaśnił.
- Utrzymywałeś z nim jakiś kontakt? Znasz się z nim w ogóle? – dociekałem.
- Znam – skinął głową. – Znam się z nim całkiem dobrze, choć może nie aż tak dobrze jak rodzeństwo powinno – rozłożył bezradnie ręce. – Niemniej, czasem się z nim spotykam i wciąż utrzymuję z nim kontakty. To dobry dzieciak – skwitował.
Wokalista InitialL z trudem z powrotem wgramolił się na kanapę, wpatrując się w swoją miłość, jakby ta dopiero co oświadczyła, że jest przybyszem z kosmosu, ale nie musimy się jej obawiać, gdyż nie obchodzi jej nic innego jak grzyby shitake.
- Nigdy nie mówiłeś mi, że masz przyrodniego brata… - szatyn odezwał się niemalże z urazą w głosie. Cóż, po tylu latach bliskiej znajomości też bym się zdziwił, gdyby ktoś zataił przede mną tak istotny fakt.
Niezbyt przejęty Karma jedynie wzruszył bezdusznie ramionami i nic nie zrobił sobie ze stanu, w jakim znajdował się drugi wokalista. To chyba zabolało go nawet bardziej niż sama świadomość, że ten tak naprawdę nigdy mu nie powiedział o sobie wszystkiego.
I wtem olśniło mnie drugi raz tego samego dnia…
- Wspominałeś mu może o mnie? – zainteresowałem się.
- O tobie? – wtrącił się nieco naburmuszony Yuuki, który z trudem maskował swój prawdziwy humor. – A niby po co Karma miałby mu o tobie mówić? – prychnął.
- Mówiłem mu o tobie – wyznał brunet naprzeciw drobnemu chłopakowi siedzącemu obok. – Czy to źle? – zapytał głosem wypranym z wszelkich emocji.
- Nie, nie… - uniosłem dłonie w obronnym geście i zamachałem nimi w powietrzu. – Po prostu… spotkałem dziś Isamiego po raz pierwszy, ale… odniosłem takie wrażenie, jakby ten już wiedział, czego ode mnie oczekiwać… a potem wyglądał, jakbym te oczekiwania spełnił… - zafrasowałem się. – Przynajmniej tak to wyglądało w mojej ocenie… - mruknąłem.
Wokalista AvelCain uśmiechnął się nikle pod nosem, co zdziwiło mnie nie na żarty, gdyż zmienienie wyrazu twarzy zdarzało mu się niesamowicie rzadko. Nasz gość wyglądał na niemniej zaskoczonego. Zaraz jednak jego zdziwienie ustąpiło wilczemu spojrzeniu, którym z jakiś względów zostałem obdarzony właśnie ja.
- Rozmawiałeś z przyrodnim bratem o Alexie, z którym znasz się zaledwie… jakieś kilkanaście tygodni?... – prychnął. – …a nie wspomniałeś mu o mnie, mimo iż znamy się od lat i nie raczyłeś mi też nawet napomknąć o jego istnieniu? – ściągnął gniewnie brwi. – Zamierzałeś mi w ogóle kiedyś powiedzieć, że masz brata? – zapytał z wyrzutem.
- Nie było potrzeby, żeby ci o tym mówić – mój współlokator ponownie wzruszył ramionami i to wystarczyło, żeby przelać czarę goryczy szatyna.
Yuuki nerwowo poderwał się z miejsca, po czym zgarnął swoje rzeczy i w ekspresowym tempie ruszył do wyjścia. Szturchnął mnie przy tym w ramię, co zrobił celowo, prowokacyjnie, jednak w tej chwili nie miałem mu tego za złe. Zdążyłem jeszcze odwrócić się za nim i krzyknąć: „Czekaj!”, jednak chwilę później dało się już tylko słyszeć trzaśnięcie drzwiami, które sprawiło, że aż ściany zadrżały.
A brunet spokojnie dalej zajmował swoje miejsce i nawet mu powieka nie drgnęła. Powolnym, niemal znudzonym ruchem dłoni sięgnął po herbatę, która stała na stoliku przed nim i upił łyk naparu jakby nigdy nic.
- Nie pójdziesz za nim?! – zdziwiłem się.
- A po co? – mój towarzysz był równie zdziwiony jak i ja.
- Bo Yuuki jest wściekły! – wyjaśniłem.
- A o co? – ściągnął minimalnie brwi w niezrozumieniu.
Widząc to westchnąłem ciężko i pacnąłem się otwartą dłonią w czoło. Czasami serio miałem wrażenie, że on nie pojmował ludzkich uczuć i emocji zupełnie w taki sam sposób, w jaki robiły to maszyny…
- Wygląda na to, że Yuuki jest… zazdrosny… - westchnąłem raz jeszcze i dosiadłem się do chłopaka. Pod naciskiem jego spojrzenia kontynuowałem. – Wiesz… On uważa się za twojego wieloletniego przyjaciela, więc pewnie oczekiwał, że już dawno temu zdradziłeś mu wszystkie swoje sekrety… a tu wyszło na to, że nie wiedział nawet o tym, że masz brata, co wydawałoby się dość prozaiczną wiedzą, żadną wielką tajemnicą, prawda? – próbowałem mówić jasno i przystępnie, aby mój rozmówca, który staną na poziome emocjonalnym trzylatka mógł za mną nadążyć. – Poza tym… - zająknąłem się.
Nie wiedziałem czy naprawdę chciałem mu to powiedzieć. Nie wiedziałem czy powinienem i czy miałem do tego prawo, ale szczerze mówiąc miałem już trochę dość tych podchodów, w które bawił się wokalista InitialL. Szatyn kochał się w moim współlokatorze od dawna, ale nie miał odwagi mu się do tego przyznać, bo do Karmy trzeba było mówić wielkimi literami…
 A dobra tam, raz koziego! W końcu ktoś musiał zrobić coś z tą sprawą; a jeśli żaden z tej dwójki nie garnął się do zrobienia pierwszego kroku, to oznaczało, że musiał pomóc im ktoś z zewnątrz!
– Poza tym – zacząłem raz jeszcze, nabierając tchu – wydaje mi się, że to nie koniec listy rzeczy, o które Yuuki jest zazdrosny. Wiesz… on cię lubi… - zacząłem delikatnie, uważnie obserwując jego reakcje… lub ich brak.
- Też go lubię – wyznał otwarcie.
- Ale on nie lubi cię jak przyjaciela… - próbowałem delikatnie naprowadzić go na poprawny trop, jednak w oczach mojego rozmówcy lśniło czyste niezrozumienie.
- To można inaczej? – zdziwił się nie na żarty.
- Można – sapnąłem. – Widzisz, ludzkie relacje można stopniować… Można kogoś lubić jako kolegę z pracy, jako znajomego, jako przyjaciela albo… albo jako kogoś więcej… - urwałem.
- Co to znaczy „kogoś więcej”? – dopytywał.
- To znaczy, że na kimś bardzo mocno ci zależy i że ten ktoś jest ci bardzo bliski…
- Na przyjaciołach też powinno ci zależeć i oni też powinni ci być bliscy, prawda? – upewnił się.
- Prawda, ale… - zawiesiłem głos. – On cię po prostu kocha, okej? Teraz rozumiesz? – palnąłem prosto z mostu.
- To nie można było tak od razu? – przewrócił oczyma. – Ty i te twoje „lubienie”… - machnął ręką. – Mącisz mi w głowie – wytknął mi, na co teraz to ja z kolei przewróciłem oczyma.
- Yuuki podkochuje się w tobie już od dłuższego czasu, ale bał ci się o tym powiedzieć. Teraz jednak mógł pomyśleć, że ty uznajesz mnie za osobę bardziej zaufaną niż jego… albo, mówiąc inaczej, mógł pomyśleć, że ty podkochujesz się we mnie albo ja w tobie… albo że w ogóle coś między nami iskrzy, więc on poczuł się odrzucony, no! – sapnąłem, opadając ciężko na oparcie kanapy. Mówienie o tym wszystkim w tak dobitny i trywialny sposób było nieco zawstydzające. – Musisz coś z tym zrobić – zaznaczyłem.
- Dlaczego? Przecież to jego uczucia i myśli, a nie moje – zauważył.
- Może i tak, ale ludzie na podstawie swoich uczuć i myśli o innych wystawiają im oceny i zachowują się wobec nich w określony sposób – argumentowałem. – Chyba nie chcesz stracić przyjaciela? – Karma wyglądał na nieprzekonanego. – Sam przecież jeszcze niedawno mówiłeś mi, że muszę sprostować swoje relacje z innymi – przypomniałem mu. – Dlaczego poradziłeś mi, aby się tym zająć, a nie zostawić wszystko samemu sobie, skoro kiedy sam znalazłeś się w podobnej sytuacji, nie widzisz w tym najmniejszego sensu? – próbowałem go podejść, tym samym próbując udowodnić, że przynajmniej w jakiś stopniu musi rozumieć ludzkie uczucia.
- Hm… - zastanowił się. – Powiedziałem ci tak chyba dlatego, że to ty czułeś się z tym źle – wyjaśnił, a ja zamrugałem kilka razy w zdumieniu. – Niezależnie od tego, co w istocie zrobiłeś innym i co cię z nimi łączy, to nie dawało spokoju tobie a nie im. Powiedziałem ci, żebyś uporządkował swoje relacje, żeby było ci łatwiej i żebyś już się tym nie zadręczał – wyznał, a ja aż uchyliłem usta ze zdziwienia. – Łatwo cię przejrzeć i zgadnąć o czym myślisz, Alex – rozłożył ręce.
- Więc uważasz, że Yuuki sam powinien poradzić sobie z uczuciem do ciebie, a ty możesz sobie biernie czekać i siedzieć z założonymi rękami? – spojrzałem na niego karcąco. – Sięgnij po te swoje mądrości z książek, mang, anime czy z czego tam jeszcze! Kto ci powiedział, że o relacje międzyludzkie można nie dbać? – szturchnąłem go dość mało delikatnie w bok.
- Nikt – odparł bez emocji w głosie. – Jednak wydaje mi się, że to właśnie on powinien wziąć odpowiedzialność za swoje uczucia. Tak działa ten świat. Bierzesz odpowiedzialność za swoje czyny. Jeśli zostaniesz przyłapany na kradzieży, to ty odpowiadasz przed sądem, a nie twój sąsiad. Jeśli wygrasz nagrodę w konkursie, to ty odbierasz nagrodę, a nie twój kuzyn. W takim wypadku on również powinien sam uporać się ze swoimi problemami – oświadczył bezdusznie. – A ty nie powinieneś się do tego wtrącać – upomniał mnie. – Jeśli Yuuki ma do mnie jakiś biznes, to powinien mi o tym powiedzieć.
- Karma – jęknąłem – uczucia nie są takie prozaiczne. Ich nie determinuje kilka prostych zasad, które sprawdzałyby się w każdym wypadku – pokręciłem głową. – Poza tym cudza pomoc jest czasami wskazana. I… i weź już nie zgrywaj takiego nieporuszonego, co? – ponownie go szturchnąłem, na co ten pozostał statyczny jak manekin. – A ty nigdy nie czułeś się zakochany? Albo przynajmniej bliski temu stanowi? – dociekałem. – Co byś zresztą odpowiedział, gdyby Yuuki wyznał ci swoje uczucia w bezpośredni sposób? – nie dawałem mu spokoju.
- Co bym odpowiedział? – mruknął i zamyślił się na moment. – Nie wiem… - wzruszył ramionami w końcu. – A co do miłości… Wydaje mi się, że kocham Seiko – wskazał na swoją nieodłączną lalkę. – Sentyment, przywiązanie, wspólna przeszłość, chęć ochrony i bliskości… to chyba to, co wy nazywacie miłością, prawda? – zapytał. Już chciałem odpowiedzieć, jednak ten mnie ubiegł. – To jednak miłość do przedmiotu. To co innego niż miłość do drugiej osoby. Wiem. Czytałem o tym – wyjaśnił i machnął na mnie uspakajająco ręką. – Więc jeśli chodzi o ludzi… - ponownie się zamyślił. – Hm… - odetchnął głęboko. – Myślę, że chyba mniej więcej czułem kiedyś coś, co można byłoby ochrzcić mianem miłości… albo nadal czuję… tak, chyba nadal to czuję – pokiwał głową do siebie w zadumie, a kiedy ocknął się już z letargu wbił we mnie świdrujące spojrzenie.
- I co? Miałbyś odwagę bezpośrednio powiedzieć tej bliskiej ci osobie, że ją kochasz? – spojrzałem na niego z powątpiewaniem.
- Chyba nie… ale to głównie dlatego, że wciąż nie jestem pewien czy to aby na pewno miłość. Musiałbym się nad tym zastanowić… - oblizał spierzchnięte wargi koniuszkiem języka. – Ale jak już będę pewny, to z pewnością to zrobię – obiecał.
- Zobaczymy, jak przyjdzie co do czego – mruknąłem. – No… ale mimo wszystko… tą osobą, którą możliwe, że kochasz… tą osobą nie jest Yuuki, tak? – upewniłem się.
- Nie, to nie Yuuki – zapewnił mnie, spoglądając na mnie tak, jakby chciał przewiercić mnie na wylot.
Pod naciskiem jego spojrzenia spiąłem się i zadrżałem. Przełknąłem z trudem. Podniosłem się z lekka spanikowany w momencie, kiedy chłopak chciał się do mnie przysunąć. Brunet potrafił mnie niekiedy mocno nastraszyć…
Karma nie kochał Yuukiego. Świetnie. No i co ja teraz miałem z tym zrobić? Jak ja miałem go pocieszyć?

***

Sam do końca nie wiedziałem, jak znalazłem się w tym miejscu. Tuż przed fajrantem wpadłem na Aryu na jednym z korytarzy w studiu, pobieżnie opowiedziałem mu o tym, co miało miejsce wczorajszego wieczora… a w następnej chwili ocknąłem się już w mieszkaniu blondyna. Zamyśliłem się nad tym wszystkim raz jeszcze, mimo iż zarwałem już całą noc z powodu tej sprawy i najwidoczniej biernie dałem się poprowadzić coraz ciaśniejszymi uliczkami do domu muzyka. Podejrzewałem, że musiałem zgodzić się na wizytę u niego, gdyż od czasu do czasu jedynie kiwałem głową, udając, że go słucham, podczas gdy w rzeczywistości byłem gdzieś daleko myślami. Musiałem przyznać, że trochę się wkopałem, ale skoro powiedziałem już „A”, to teraz musiałem powiedzieć „B”, nawet jeśli moje wcześniejsze słowa zostały wypowiedziane z niepełną świadomością ich znaczenia i konsekwencji, które te ze sobą niosły.
- Więc jeszcze raz – wokalista Morrigan usiadł naprzeciw mnie przy stole, stawiając przede mną kubek z kawą. – Yuuki się wściekł, bo uznał, że Karma na ciebie leci i ma brata, o którym do tej pory nie wspomniał mu ani słowem, między tobą a Karmą w istocie nic nie ma, ale nagle w przypływie emocji wspomniałeś naszemu „panu opornemu na wiedzę”, że Yuuki się w nim podkochuje… na co ten obojętnie wzruszył ramionami, tak? Dobrze to rozumiem? – upewnił się.
- No niejako tak… - zgodziłem się.
- Po cholerę ty mu o tym mówiłeś? – przewrócił oczyma. – Miłosne wzloty i upadki Yuukiego to jego własna sprawa. Nie powinieneś się do tego mieszać – pouczył mnie.
- Myślałem, że jak się o tym dowie, to przynajmniej ruszy się z miejsca, ale ten uznał, że Yuuki jest dla niego jedynie przyjacielem i owszem, lubi go, ale nie w taki sposób, w jaki Yuuki lubi jego, więc w sumie to on nie widzi żadnego problemu, bo problem leży po stronie Yuukiego, więc ten sam powinien się z tym uporać – westchnąłem ciężko, wyrzucając z siebie potok słów z prędkością karabinu maszynowego. – Poza tym Yuuki nosił się z tym już tak długo i wyglądało na to, że nie miał wystarczająco odwagi, żeby…
- Alex – Aryu przerwał mi dość ostro. – Nie wiem czy życie jeszcze cię nie nauczyło, żeby nie pchać nogi między drzwi, ale mnie tak, więc z dobrego serca poradzę ci, żebyś zostawił tę sprawę tej dwójce – pokręcił głową. – Nawet jeśli Yuuki w istocie nie miał wystarczająco odwagi, żeby przyznać się do uczucia przed Karmą to to faktycznie jego problem i niczyj inny. Twoja chęć pomocy może zostać opacznie odczytana… w zasadzie tak jak teraz to wyszło, prawda? Z twojej wersji wydarzeń wychodzi na to, że Yuuki żywi do ciebie urazę za to, iż, w jego mniemaniu, Karma woli ciebie od niego i wynosi cię na piedestał – upił łyk swojego napoju, posyłając mi długie spojrzenie znad kubka.
- Znaczy… To ja to tak odczytałem… - przyznałem się. – Nie miałem jeszcze okazji rozmawiać z Yuukim, żeby potwierdzić swoje domysły, ale miałem wrażenie, jakby ten się na mnie obraził – wyznałem.
- Cóż, Karma to jego długoletnia miłość, więc nie może się na niego gniewać za to, że ten obdarzył uczuciami kogoś innego. On nie umie się na niego złościć. Niemniej jednak na kimś wyładować się musi, więc to całkiem możliwe, że cały swój gniew skieruje przeciwko tobie – rozłożył bezradnie ręce.
- Super… - burknąłem. – Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że wydaje mi się, że Yuuki jest dość upartym człowiekiem… Wiesz, boję się, że wyprostowanie tej sprawy i przemówienie mu do rozsądku może mi trochę zająć – westchnąłem raz jeszcze.
- Ano zgadza się – przytaknął. – Poza tym Yuuki jest ślepo zapatrzony w Karmę od lat; jego zauroczenie nazwałbym raczej małą obsesją niżby zdrowym uczuciem, ale co mi do tego…? – wzruszył ramionami.
- Dobijasz mnie… - jęknąłem, kładąc głowę na stole.
- Spokojnie – zaoponował chłopak, delikatnie głaszcząc mnie po głowie. – Coś na to zaradzimy – obiecał i uśmiechnął się delikatnie, co mogłem zauważyć kątem oka, kiedy przekręciłem głowę.
- To znaczy, że masz jakiś plan? – zainteresowałem się, ponownie podnosząc się z blatu i wbijając w niego świdrujące, ponaglające spojrzenie.
- Póki co raczej zalążek planu, ale od czegoś trzeba zacząć, nie? – pogłębił uśmiech. Niemo nakazałem mu kontynuować. – Jeżeli sprawa maluje się tak dramatycznie jak to przedstawiłeś, to w najbliższym czasie żadne słowa nie trafią do Yuukiego – pokręcił głową, a ja ściągnąłem brwi w niezrozumieniu. – Musisz mu to pokazać.
- Co pokazać? – dalej nie rozumiałem, o co mu chodziło.
- To, że nie jesteście z Karmą parą albo że przynajmniej ty nie jesteś nim zainteresowany, więc nawet jeśli ten obdarzył cię jakimś uczuciem, to ma pecha – wzruszył ramionami i zachichotał diabolicznie. Spiąłem się, słysząc ten śmiech. Wiedziałem, co on oznaczał. Blondyn zdecydowanie coś kombinował.
- W jaki sposób mogę to zrobić? – dociekałem. – Mam na pokaz odpychać od siebie Karmę albo go unikać? – skrzywiłem się. – Nie chcę tego…
- I nie musisz tego robić – ciągnął niezrażony. – Jest inny, łatwiejszy sposób – zakomunikował. – Wystarczy, że pokażesz mu, że jesteś zainteresowany kimś innym. Najlepiej z wzajemnością. Wtedy nie będzie miał wątpliwości co do tego, że nie zejdziecie się z Karmą – szeroki uśmiech rozjaśnił jego przystoją twarz.
Jeszcze raz przeanalizowałem jego słowa. Cóż, musiałem przyznać, że w tym szaleństwie była jakaś metoda i nie brzmiało to znowu aż tak bezsensownie. Czy w takim wypadku powinienem zaangażować w to wszystko Hiro? Z drugiej strony nie chciałem jednak, żeby brunet poczuł się wykorzystywany albo żeby pomyślał, że obnoszę się z naszym wciąż ostatecznie nieprzypieczętowany związkiem na prawo i lewo, aby popisać się przed osobami trzecimi. Może więc w takim razie wyjazd w trasę koncertową z Nocturnal Bloodlust nie był zły? Może powinienem się na to zdecydować? W trakcie tych kilku miesięcy byłbym jedynie blisko Hiro, więc siłą rzeczy nasze stosunki musiałby się zacieśnić. Ponad to Yuuki miałby Karmę tylko dla siebie, co dawałoby mu pole do popisu. Wokalista InitialL sam radził mi, żebym pojechał z brunetem w trasę, jeśli chciałem zacząć się z nim umawiać, więc zastosowując się do jego woli niejako zaprezentowałbym tym także fakt, iż nie interesowałem się Karmą. Może to wszystko pozwoliłoby mu przejrzeć na oczy, że nie miał wcale we mnie rywala w gonitwie do serca mojego współlokatora.
W chwili kiedy ja próbowałem sobie to wszystko jakoś poukładać i wyjść z jakimś chociażby względnym planem działania na najbliższy czas, Aryu nachylił się nad stołem i ujął moje dłonie, którymi oplatałem ciepły kubek. Delikatnie gładził moje palce i kostki w czułym geście. Zdziwiony podniosłem na niego spojrzenie, na co ten w odpowiedzi uśmiechnął się do mnie przepięknie, niczym sam anioł.
- To chyba dobry plan, prawda? – odezwał się wesoło. – Nawet nie musisz daleko szukać osoby, która chętnie pomogłaby ci go zrealizować – pogłębił uśmiech, po czym zamknął moje ręce w swoich obu dłoniach i uniósł je, aby następnie je ucałować. Zdębiały zamrugałem jedynie kilkakrotnie, nie mogąc wydusić z siebie nawet pojedynczego dźwięku. – Yuuki już widział nas razem – przypomniał mi. – Wtedy, w metrze – dodał, na co ja speszony spuściłem głowę, pozwalając, żeby długie włosy zakryły ceglaste wypieki, które powstały na mojej twarzy.
Tak jak podejrzewałem wcześniej, wspomnienie tego, jak upokorzony musiałem paradować w damskich ciuszkach do cosplayu po tokijskim metrze w dwóch kucykach, a przy tym będąc także obłapianym przez siedzącego naprzeciwko mnie muzyka było dla mnie niczym skaza na honorze, niczym rana, która nigdy nie miała się zagoić… Blondyn zachichotał i przesiadł się, zajmując miejsce obok mnie. Jedna z jego dłoni wylądowała na moim ramieniu, które zaczął delikatnie masować, a druga na kolanie. Momentalnie spiąłem się i założyłem nogę na nogę, czując się niemniej speszony niż wtedy, kiedy zostałem zmuszony do wciśnięcia się w kieckę. Tym razem miałem ten komfort noszenia spodni, jednak pod wpływem dotyku wokalisty Morrigan wciąż czułem się dziwnie niepewny.
- Ten fakt mógłby przemówić na twoją korzyść – przysunął się do mnie. Z łatwością mogłem wyczuć przyjemny zapach jego perfum oraz ciepły oddech na moim policzku. – Mógłby sprawić, że byłbyś bardziej wiarygodny – zachęcał. – Prawda? – uśmiechnął się ciepło, po czym pocałował mnie w policzek.
W odpowiedzi potrafiłem jedynie zarumienić się jeszcze intensywniej, na co chłopak zaśmiał się krótko i przyciągnął mnie do siebie, obejmując jedną ręką za ramiona, a drugą wciąż błądząc po jednym z moich ud.
Siedziałem w jego objęciach jak słup soli. Głównie dlatego, że nie wiedziałem czy ten sobie ze mnie żartuje, czy mówi na poważnie. Nie rozumiałem czy w ten sposób chciał mi pokazać, że był mną zainteresowany i faktycznie chciał się zacząć ze mną spotykać, czy po prostu szukał chwilowej rozrywki. A jeśli już chciał się zabawić, to czyim kosztem? Moim? Czy może chciał po prostu wkurzyć Yuukiego? Motywy Aryu jak zwykle pozostawały dla mnie niejasne. Chłopak o dwóch twarzach – jednej dobroczynnego przyjaciela oraz drugiej perwersyjnego manipulatora – pozostawał dla mnie zagadką i nie byłem pewien co do tego czy mogłem mu ufać. Z jakiejś racji obawiałem się, że ten mógł chcieć zrobić ze mnie durnia. Nie wiedziałem, skąd wzięło się we mnie takie przekonanie, jednak było ono wystarczająco silne, żeby wzbudzić we mnie silny niepokój.
Widząc moją bierną postawę muzyk zdecydował się na kolejny, tym razem bardziej odważny ruch. Nachylił się nade mną i odgarnął moje włosy do tyłu, po czym zaczął składać delikatne, drobne pocałunki na mojej szyi, tuż pod linią szczęki. Zaskoczony drgnąłem i spiąłem się jeszcze bardziej. Dłonią, którą wcześniej gładził mnie po ramionach i plecach ujął moją rękę i ścisnął moje palce. Chciałem zaprotestować i odepchnąć go od siebie, jednak w tej samej chwili chłopak dotarł do mojego słabego punktu tuż pod uchem, przez co zamiast słów przygany z mojego gardła wydostał się cichy jęk przyjemności. To nie była moja wina! Nie mogłem tego kontrolować! Zawsze tak reagowałem, kiedy ktoś całował mnie w tym miejscu! Do rzeczywistości ponownie przywrócił mnie usatysfakcjonowany chichot blondyna, który od razu zdał sobie sprawę z mojej słabości i kontynuował pieszczotę w tym konkretnym miejscu. Po chwili poczułem na skórze także jego język, przez co zadrżałem. Aryu przesunął się na krawędź własnego siedzenia, a zaraz potem chwycił mnie za ramiona i zmusił mnie, żebym położył się na zsuniętych ze sobą siedziskach dwóch krzeseł. Przymknąłem powieki, kiedy nie przestawał. Czułem jak cała moja świadomość i silna wola odpływają gdzieś daleko w zapomnienie, zupełnie jakby nigdy nie istniały. Odruchowo objąłem go za szyję i odchyliłem głowę do tyłu, aby ułatwić mu do siebie dostęp. Było mi wręcz błogo i na tę obecną chwilę naprawdę nie miałem ochoty, żeby przestawał, nawet jeśli jakiś cieniutki głosik rozsądku brzmiał na alarm w mojej głowie, wykrzykując, że już niedługo solidnie pożałuję tej chwili słabości.
I wtem nagle coś do mnie trafiło. Zdałem sobie sprawę, że Karma mógł mieć rację, kiedy mówił o tym, że Hiro nie był dla mnie odpowiednim chłopakiem. Bo gdyby nim był, to nie oddawałbym się w ręce kogoś innego, niemo błagając, żeby nie przestawał, prawda?
Czyżbym tak naprawdę pragnął kogoś innego?