Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paring nieokreślony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paring nieokreślony. Pokaż wszystkie posty

Miniaturka "Kagen no Tsuki" (paring nieokreślony)

Pisane pod wpływem rozżalenia (czyt. potrójnego rozryczenia się jak małe dziecko i wydarcie się niezliczoną ilość razu na laptopa, żeby główna bohaterka zachowała się inaczej) po obejrzeniu "Kagen no Tsuki".
Kurde, ale ja uwielbiam Hyde jako aktora... Nie żeby jako wokalista był gorszy! Ale szkoda, że grał tylko w dwóch filmach...
Ktoś może polecić jakiś fajny japoński film, coś z nutą fantasy albo dramatyzmu, w stylu "Kagen no Tsuki" i "MoonChild"?

Wybaczcie, pisane z potrzeby serca... Choć pozmieniane - oryginał był duuużo dłuższy i w wersji hetero, dlatego nie wstawię tu tego.

A tak btw, to polecam podczas czytania posłuchać sobie tej piosenki, jak i samej melodii:


Matko, ale ja uwielbiam głos Hyde... @.@


Tytuł: Kagen no Tsuki (ostatnia kwarta księżyca)
Paring: nieokreślony
Typ: miniaturka
Gatunek: angst (?)
Bata: -


Gdybym miał wyliczać, za co jestem Ci wdzięczny zapewne zajęłoby mi to resztę życia, a i tak nie udałoby mi się skończyć… choć po dłuższym zastanowieniu nie jest to wcale głupi pomysł.
Naprzemiennie grać na fortepianie melodię, którą dla mnie skomponowałeś i pielęgnować w umyśle Twój obraz, by znów go poprawić po spojrzeniu na Twoją idealną twarz; marzenie.

Jest tyle rzeczy, o których chcę Ci powiedzieć…

Wiesz, że to dla Ciebie zacząłem grać?
Szczerze powiedziawszy to chciałem to rzucić. Odwiodłeś mnie od tego, kiedy pojawiłeś się na mojej drodze. Sprawiłeś, że znów potrafię się uśmiechać; śmiałem się przy Tobie przez cały czas, a Ty trzymałeś mnie za rękę. Zawsze miałem wrażenie, że kiedy spoglądasz na mnie swoimi głębokimi, ciemnymi oczyma, widzisz moją duszę. Nigdy nie zdołałbym się przed Tobą ukryć – i nigdy nie chciałbym tego.
Lubiłem słuchać, kiedy powtarzałeś raz za razem, że nic nas nie rozdzieli. Wierzyłem w to nawet wtedy, kiedy moje oczy zamknęły się po raz ostatni.
Ten jeden jedyny raz okłamałeś mnie.

Dlaczego? – pytam raz za razem, powstrzymując szloch. – Dlaczego samobójstwo?
Nigdy nie byłem wierzący. Nie dopuszczałem do siebie myśli o istnieniu boga czy reinkarnacji, drugiej szansie, ponownym odrodzeniu się… do teraz.
Teraz – kiedy wiem, że Ty nie możesz wrócić tu, tak jak ja.

Wróciłem dla Ciebie; żeby to, o czym mówiłeś spełniło się – żebyśmy znów mogli być razem.
Tylko, że Ciebie nie ma tu.
Nie w takim sensie, jaki by mnie zadowalał…

Żałuję, że dowiedziałem się w tym życiu o Tobie dopiero niedawno. Możliwe, że poczułeś się zdradzony, kiedy szedłem z kimś innym, jednak dobrze wiesz, że nie da się zachować wspomnień przechodząc przez bramę, która jest dla Ciebie zamknięta – i dla mnie również.

Dla Ciebie – bo nie żyjesz, dla mnie – bo znów żyję.

Nie miej mi tego za złe. Chcę dać szansę na szczęście osobie, którą stałem się teraz.

Wciąż uwielbiam wsłuchiwać się w Twój głos, który nieprzerwanie wypływa z głośników staroświeckiego odtwarzacza na kasety. Wciąż stoi pod oknem, tak jak go tam ustawiłeś w Naszym, teraz zniszczonym już, domie. Tapeta już dawno odeszła od ścian, siedziska zmyślnych kanap przegniły, szyby zostały powybijane, na parterze stoi woda po kostki, w metalowym ogrodzeniu brakuje kilku szczebli, brama zamknięta na zardzewiałą kłódkę spadła z zawiasów… To właśnie między innymi ta brama jest dla Nas zamknięta.
Mimo iż Nasz dom jest niemalże rumowiskiem wciąż czuję się tu dobrze. W końcu to Nasz dom i nic tego nie zmieni.
To miejsce jest cmentarzem Twojej obietnicy, jak i wiecznie otwartym albumem, w którym przeglądam w głowie wspomnienia, jakie mi przywróciłeś, niczym zdjęcia.
Na poddaszu wciąż stoi fortepian, a na fotelu o zniszczonej, niegdyś pięknej, tapicerce opiera się Twoja gitara. Wciąż tam gram – wciąż tą samą melodię. Słyszę jak w całym domu roznosi się dźwięk kolejnych szarpnięć strun, a mój głos łączy się z tobą; oszalałem?
Nie.
Wiem, że nie.
Wiem też, że gdzieś za tą bramą czekasz wciąż na mnie. Grasz na gitarze, dlatego wciąż to słyszę.

Wybacz, ale musisz poczekać jeszcze kilka lat. No… kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt.
Ciężko jest mi bez Ciebie, jednak pocieszam się myślą, że kiedy przeżyję już to życie, będziemy razem. I tym razem już naprawdę nic Nas nie rozłączy. Ty też powinieneś się tym pocieszyć.

W końcu po mojej twarzy i tak spływa kilka słonych łez. Wyciągam z paczki Twoich ulubionych papierosów jednego i odpalam go. Wciskam go w ziemię przed Twoim nagrobkiem i zostawiam całe opakowanie. Przydadzą Ci się… na otarcie łez…


Tymczasem, Dobry Boże, proszę Cię, zaprowadź duszę mojego ukochanego do najspokojniejszego miejsca w niebie. Daj mu odpocząć. Pozwól wziąć Mu ze sobą swoją gitarę i papierosy, żeby dotrzymały Mu towarzystwa, dopóki znów nie przekroczę tej bramy i będę trwał przy Jego boku.

oneshoot (paring nieokreślony) "Zwykły" ukryty w "Kohaku", czyli didaskalia w piosence



Tytuł: „Zwykły” ukryty w „Kohaku”, czyli: didaskalia w piosence.
Paring: nieokreślony (ja tu widzę Karyu z kimś – czasami pisał fragmenty piosenek, szczególnie po angielsku dop. bety)
Typ: oneshoot
Gatunek: no jak to nie jest opera mydlana to już nie wiem jak to inaczej nazwać xD
Beta: Hoshii.

Tekst pisany na podstawie piosenki D'espairsRay - Kohaku.


„Mogłeś się śmiać, ale twoja twarz skrywała żal...”

Ile razy go widziałem? Ile razy nie zareagowałem? Niezliczenie wiele…
Teraz czuję przez to żal do siebie – taki sam, jaki Ty żywiłeś wcześniej. Czuję się głupio i podle, dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak wielki błąd popełniłem.
Usiadłem na parapecie, gdzie zwykle siedziałeś. Lubiłeś wyglądać przez okno i pisać. Ile kartek z twoimi tekstami i utworami nadal trzymałem w biurku? Ile z nich zaścielało stół w jadalni, ławę w salonie, a ile blat w kuchni? Zapewne niezliczenie wiele… Był to dowód, że od Twojego ostatniego trzaśnięcia drzwiami, nie zmieniłem tutaj prawie nic. Nazwij mnie idiotą, bo nadal wierzyłem, że kiedyś wrócisz i znów użyjesz tego żelu do włosów, który cały czas stał koło umywalki, że podniesiesz ulotkę z podłogi, która wypadła ci z kieszeni, kiedy w pośpiechu zakładałeś płaszcz, że włożysz do zmywarki kubek po kawie, na którym pozostał ślad po Twoim bezbarwnej pomadce. Używałeś jej, bo nienawidziłeś, kiedy pękały Ci usta. Tymi pięknymi ustami, pokrytymi błyszczykiem, który zawsze zlizywałeś:

Bez wiary w cokolwiek, szepnąłeś:
"Nie ma tu nikogo..."
Swoim cichym, słabym głosem.


            Wtedy jeszcze nie rozumiałem Twoich słów – dopiero teraz trafił do mnie ich sens i głębia, którą w nich zawarłeś. „Nie ma tu nikogo…” – nie ma nikogo, kto mógłby mi Cię zastąpić. To było Twoje pośrednie wyznanie „kocham Cię”, a ja głupi, myślałem, że stwierdziłeś, iż nikt nie włamał się do mieszkania; to było idiotyczne wytłumaczenie, ale nie umiałem inaczej zinterpretować tego, co powiedziałeś – nawet się nad tym nie zastanowiłem, nie dywagowałem na ten temat, bo… po prostu mi się nie chciało. Jako muzyk i artysta często zamykałeś swoje prawdziwe myśli w symbolach, alegoriach i metaforach – hiperbolami podkreślałeś to, co znaczyło wiele w opinii ogółu, choć tak naprawdę chciałeś, abym zainteresował się tymi „zwykłymi” rzeczami, nad którymi niewrażliwy człowiek nie rozmyślał. Ja również byłem tym nieczułym, nierozmyślającym… to ja byłem tym zwykłym, podczas gdy Ty, ukrywając się za murem szarych, codziennych spraw, lśniłeś niczym brylant, przedstawiając je dyskretnie w intrygujący sposób – niestety, byłem na tyle ślepy, by tego nie zauważyć. Aforyzmy wplatałeś praktycznie w każdą swoją wypowiedź i pod pozorem mało interesującej rozmowy, ukazywałeś platońskie sentencje; jednak nikt Cię nie docenił. Czuję się przez tak źle…
            Byłeś tak niezwykły…
            Byłeś poetą…

Chciałbym Cię zatrzymać.
Jeśli żal pokrywa Cię całkowicie, pokażę Ci, że mogę stopić go namiętnością.

Chciałbym… Chciałbym Cię zatrzymać i pokazać, że mogę stopić Twój żal namiętnością. Chciałbym…

Ponownie tracisz wszystkie cenne rzeczy, jedna po drugiej.
W tym bezsennym mieście, gwiazdy nie ozdabiają nieba.

Straciłeś przeze mnie tyle łez, sprawiłem Ci tyle przykrości… aż gwiazdy na Twoim niebie przestały lśnić. Wtedy myślałem, że tylko ja miałem prawo wymagać, a w razie nie wykonania przez Ciebie moich rozkazów, posiadałem przywilej karania Cię oziębłością i obojętnością – jaki byłem tępy… Moja głupota była aż bolesna…
Teraz udowodniłeś mi, że prawdziwy ból potrafisz zadać tylko Ty. Ja byłem jedynie niewygodną drzazgą pod Twoim paznokciem, która mimo iż uwierała i bywała dokuczliwa, została przez Ciebie przygarnięta. Z całego świata i każdego miejsca na nim, które mogłem wybrać, moim azylem stałeś się Ty. Niedoceniałem tego, a w końcu nawet Twoja cierpliwość się skończyła i postanowiłeś mnie brutalnie uświadomić o mojej jakże niskiej pozycji w tej hierarchii – oprócz tego, że pokazałeś mi, kto tak naprawdę zasługiwał tu na miano „króla”, dałeś mi do zrozumienia, że to Ty miałeś mnie w garści; nigdy odwrotnie. Wiedziałeś, że Twoje odejście sprawi mi ogromny ból; to miała być moja pokuta. Choć… zgadywałem, że to posunięcie także i Ciebie kosztowało niemało.
Uzależniłeś mnie od siebie, ale nie wiem, czy nawet zdawałeś sobie z tego sprawę – ja również o tym nie wiedziałem, dopóki nie trzasnąłeś ostatni raz drzwiami.

Jak dawno nasze głosy straciły swoje ciepło?
Ranimy tylko innych w tym świecie.
Chciałbym Cię przytulić.

Zapytałbym raczej: jak dawno MÓJ głos stracił swoje ciepło? Tobie nie mogłem nic zarzucić – mimo wszystkich moich wad, humorków, wahań nastrojów i władczego charakteru zawsze byłeś dla mnie ciepły. Nigdy nie podniosłeś na mnie głosu, choć ja krzyczałem i to nie raz, nie dwa.
Nasz związek odbił się również na naszych znajomych, rodzinie, ludzi ze studia, z którymi współpracowaliśmy. Wiele naszych wspólnych przyjaciół nie mogło się z nami spotkać, gdyż ja znów miałem muchy w nosie, czy obraziłem się na Ciebie; a Ty zawsze miałeś do mnie stalowe nerwy i potrafiłeś przeprosić, mimo że w niczym nie zawiniłeś. Współczuję naszym znajomym – musieli znosić nasze problemy, o których oczywiście musieli się dowiedzieć, bo nie umiałem utrzymać gęby na kłódkę i musiałem im wywrzeszczeć to, co o Tobie w danej chwili myślałem - wtedy właśnie to było dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie. „Pieprzony dupek i pępek świata z niego” – ile razy tak pomyślałeś, choć nie wypowiedziałeś tego na głos? Zapewne niezliczoną ilość… Jakby tego było mało, nie dość, że nasi przyjaciele musieli znosić nasze kłótnie, to także powroty do siebie – kiedy się awanturowałem, krzyczałem, że Cię nienawidzę, natomiast kiedy znów Cię obejmowałem, darłem się jak opętany, że Cię kocham – a oni musieli tego słuchać i nigdy nie powiedzieli ani słowa; jak ty. Zastanawiam się przez to, czy to świat jest taki dobry, czy ja taki okropny? A może to Ty tak świetnie wpływasz na ludzi? Tylko w takim razie, dlaczego wpłynąłeś na mnie dopiero po swoim odejściu?
Odrzuciłeś rodzinę, bo nie chcieli Cię zaakceptować. Zostawiłeś ich dla mnie – teraz pewnie żałujesz…
Wizażystki i fryzjerzy pewnie mieli dość, kiedy znów wyrywałem im się z fotela, by do Ciebie podbiec i uściskać, czy odwracałem obrażonygłowę, nie chcącna Ciebie patrzeć – w każdym razie efekt był taki sam: metrowa kreska zrobiona eyelinerem, ciągnąca się od spojówki do skroni i zamiast włosów, kark spryskany lakierem do włosów. Oświetleniowcy i inne osoby techniczne też nie mieli lekko – pewnie niezbyt im się podobały „fan service”, który nie raz mieli okazję oglądać; i to poza koncertem.
„Chciałbym Cię przytulić.” – Co tu tłumaczyć? Po prostu chciałbym Cię znów objąć i wtulić twarz w Twoje miękkie włosy.

Żal będzie rzeźbił się głęboko w ciele, aż blizny zaczną palić.
Nie potrzebujemy więcej słów, sprzecznych z naszym sercem.
Bez lęku...
Ponieważ twoje serce jest przy mnie, chciałbym cię zatrzymać.

Żal, który wciąż we mnie wzrasta, wżyna się w moje ciało coraz mocniej, aż na mojej skórze powstały blizny, które nie chcą się zasklepić – to skutki mojej pokuty. Chcę tak cierpieć do końca świata; czuć tysiąckrotnie dotkliwszy ból, jaki mogłem Ci sprawić i sprawiłem. Chcę, żebyś był moim katem…
Co jak co, ale trzeba przyznać, że mimo moich błędów, pasowaliśmy do siebie.Kiedy chciałem, potrafiłem Cię zrozumieć; szkoda, że byłem tak leniwy… Tworzyliśmy jedną całość z jednym sercem, więc przestańmy się w końcu oszukiwać! Tak bardzo chciałbym kiedyś otwarcie, bez lęku porozmawiać z Tobą o naszych uczuciach i słowach, którymi je wyrażaliśmy. Ale to moje pragnienie – Ty zapewne nie chcesz mnie już widzieć.
Będziemy teraz dla siebie zakazani. Kiedy widuję Cię czasem na korytarzu studia (bo na próby rzadko przychodzisz, a jeśli już, rozmawiasz z kimś innym) wyłapuję czasem Twój bolesny wzrok, który przewierca mnie na wylot. Ja również źle się z tym czuję… Uwierz mi.
Wiem, że Twoje serce wciąż należy do mnie; tak samo jak moje do Ciebie. To zapewne nigdy się nie zmieni, więc zawsze będziemy dla siebie nawzajem cierniem, który będzie wbijać się nam w serce. Zawsze będziemy odczuwać ból nieszczęśliwej miłości i mojej głupoty oraz samolubności.

Jeśli żal całkowicie cię pokryje, będę mógł stopić go dla ciebie namiętnością.
Kiedy masz dreszcze pod bezgwiezdnym niebem.
Chciałbym, tak jak ty, usłyszeć piosenkę o świecie..
Chciałbym pokazać ci światło tego świata...”


Westchnąłem ciężko. Cóż jeszcze mógłbym ci napisać? Wiem, że to banalne – bazgrać po twoim tekście piosenki i porównywać go do naszego związku oraz uczuć, ale… Nie oszukujmy się, sam jestem banalny, dlatego nie potrafiłem wymyśleć nic innego.
Nagle skrzypnęły drzwi. Podskoczyłem jak oparzony i odwróciłem się.
- Co ty robisz? – zapytałeś słabo, z daleka dostrzegając, że kreślę znaki nad twoją twórczością.
- Nic – podniosłem ręce w obronnym geście. Serce gwałtownie przyspieszyło, krew napłynęła do twarzy i głowy, przez co moje policzki stały się czerwone, a w skroniach zaczęło pulsować. Szybko podszedłeś do mnie i wyrwałeś mi kartkęz ręki.
- Ten tekst nie jest jeszcze skończony – oświadczyłeś, pobieżnie czytając moje bazgroły. – Poza tym… Nawet nie chciałem pokazywać go reszcie zespołu. To nie ja zazwyczaj piszę teksty i nie mam w tym wprawy; dlatego nie chcę tego publikować – mówiłeś, marszcząc brwi i coraz bardziej zagłębiając się w moje „didaskalia”.
Kiedy skończyłeś czytać, spojrzałeś na mnie z niedowierzaniem, a ja spuściłem głowę w pokorze. Spodziewałem się wyśmiania z twojej strony, może nawet złości i ciosu w twarz, łez nienawiści, śmiechu, który wywołałaby u ciebie myśl, typu: „Myślisz, że jestem taki głupi, żeby się na to nabrać? Z kim się założyłeś, że to zrobisz?”, ale nie tego, co stało się w rzeczywistości…
- Chodź – złapałeś mnie za rękę i wyprowadziłeś z sali, w której oprócz nas kręciło się również kilka osób. Zaprowadziłeś mnie do łazienki, bo tylko tam było pusto i chicho. – Wiem, że to może kiepskie miejsce, ale nie mamy zbytnio wyboru… chyba, że nie chcesz? – wolałeś się upewnić, choć nie wiedziałem w czym. Spojrzałem na ciebie z niezrozumieniem i obawą, że tym owym niezrozumieniem znów mogę wyrządzić ci krzywdę. Westchnąłeś, pokręciłeś głową i przewróciłeś oczyma, po czym przysunąłeś się do mnie, a ja cofnąłem się.
- Ja… - wyszeptałem. – No… Znaczy… Po prostu chciałem cię przeprosić, ale… bałem się powiedzieć ci wszystko w twarz, dlatego wolałem zrobić to w ten sposób… wiem, że to głupie – rozłożyłem ręce.
- Wcale nie jest głupie – zaprzeczyłeś szybko i ponownie postąpiłeś kilka kroków w moją stronę. Uderzyłem w ścianę plecami. – Każda forma przeprosin nie jest głupia. Cieszę się, że w ogóle się ich doczekałem – uśmiechnąłeś się delikatnie, a ja poczułem się zażenowany, tak, jakbym właśnie chciał pierwszy raz w życiu umówić się z tobą. – A to było… romantyczne – poszerzyłeś uśmiech i stanąłeś tak blisko mnie, że nasze torsy stykały się. Następnie sięgnąłeś moich ust i musnąłeś je delikatnie. Byłem zszokowany, dlatego nawet nie zamknąłem oczu. Po tym odsunąłeś się ode mnie i spojrzałeś w oczy.
- Ty… Już… zły… nie…? – dukałem, zachłystując się powietrzem.
- Nie, nie jestem zły – uszczypnąłeś mnie w policzek. – Przecież wiesz, że nie umiem się na ciebie gniewać – jeszcze raz mnie pocałowałeś, po czym oblizałeś usta, zlizując jednocześnie błyszczyk. – Pojąłeś swoje błędy, przeprosiłeś mnie i wyznałeś, że chciałbyś, abyśmy znów byli razem; czegóż więcej mógłbym chcieć? – wzruszyłeś ramionami, po czym znów zasmakowałeś moich warg, tym razem przylegając do nich własnymi na dłużej. Znacznie dłużej…

Oneshoot (paring nie okreslony)

Teraz będę was napastować jakimiś dziwnymi shotami, które Hoshii zdążyła sbetować, ale ich nie stawiłam xD Przeszukałam cały dysk i znalazłam takie cuś...

Tytuł: -

Paring: Nieokreślony (do wyboru)

Typ: oneshoot

Gatunek: romans, dramat        



Czasami zastanawiam się nad swoim życiem i zawsze dochodzę do jednego wniosku- Ty. To Ty mnie tak zmieniłeś. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, bo… no właśnie, bo co?

Czasami mam wrażenie, że kontrolujesz mój umysł i nie pozwalasz mi myśleć na różne tematy, które Tobie mogłyby się nie spodobać. Albo to ja podświadomie sobie tego zabraniam. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, bo… bo co?

Czasami patrzę na Ciebie i robi mi się smutno, bo wiem, że to tylko iluzja, że tak naprawdę Tobie nie zależy. Jestem tylko Twoją zabawką. Kiedy już nacieszysz się mną wracasz do domu, gdzie czekają na Ciebie żona i dziecko, które podbiega do ciebie, śmiejąc się przy tym radośnie i wręcza laurkę na Dzień Ojca. Też bym tak chciał- być taki beztroski, jak Ty; nie przejmować się niczym, jak Ty. Ale taki nie jestem. Nie wiem czy to dobrze czy nie, bo…



Dziś zastanawiałem się na rzeczywistością- właśnie, czym ona jest? Stwierdziłem, że jest teraźniejszością. A czym jest teraźniejszość? Pisarze twierdzą, że jest ulotną chwilą; filozofowie mówią, że jest to ten moment, w którym zdajemy sobie sprawę z Naszej egzystencji i trwa on już do śmierci. Podobno niektórzy nigdy tego nie doświadczają… Pospolici ludzie uważają, że jest to zwykłe „tu i teraz”. Ja nie wiem, co mam o tym myśleć. Wypowiadając „teraźniejszość”, część tego słowa odchodzi już w przeszłość, więc to oznacza, że teraźniejszość jest przeszłością? Po co w takim razie wymyślać dwie nazwy dla jednego zjawiska? A skoro teraźniejszość jest przeszłością to nie mogę zrobić czegoś w czasie przeszłym- nie mogę zdać sobie sprawę z własnej egzystencji, więc jestem taki jak Ty. Chyba zostanę pisarzem…

Jesteś specyficzną osobą- wiedziałem to już w momencie, gdy zobaczyłem Cię po raz pierwszy. Nazwałeś mnie swoim „motylem”. Wcześniej nie przeszkadzało mi to, myślałem, że po prostu wymyśliłeś dla mnie słodkie przezwisko, ale teraz zaczęło mi to uwierać. Motyle są bardzo delikatne. Kiedy złapiesz któregoś z nich w dłonie z łatwością, a nawet nieświadomością, możesz go zabić. Jest taki kruchy- chciałeś żebym i ja taki był. Sprawiłeś, że uzależniłem się od Twojego dotyku i bliskości, która powoli przyczynia się do mojego rozpadu. Uwięziłeś mnie w ciasnej klatce- niczym motyla zamkniętego w twoich dłoniach. Moja motyla kruchość Cię przyciąga, bo masz świadomość, że możesz ze mną zrobić, co tylko zechcesz. Ja też mam tą świadomość… ale dla mnie nie jest ona już tak przyjemna…

Kiedyś chciałem odejść, za co zostałem surowo ukarany przez Ciebie. Uśmiechnąłem się gorzko, spoglądając na swoje odbicie w oknie i przyglądając się dokładniej małej bliźnie pod lewym okiem. Nie chciałeś żebym odszedł- to było dla Ciebie niewybaczalne. Mimo bólu, jaki mi wtedy sprawiłeś, cieszyłem się, jak dziecko z Twojej reakcji. Oszukiwałem się, że zależy Ci na mnie i w ten sposób to okazujesz… Jak cholernie się myliłem…

Siedzę tak na tym oknie już dłuższy czas i obserwuję niebo, które zasnuło się popielatymi chmurami, które przysłoniły słońce. Mam nadzieję, że kiedyś wyjdzie i rzuci nieco światła na Nas… na Ciebie. Zrozumiesz, co mi zrobiłeś…

Zaczął padać deszcz. Westchnąłem i chwyciłem kubek z zimną już herbatą, upijając spory łyk. Miała być dla Ciebie, bo zadzwoniłeś, że przyjdziesz… nie przyszedłeś… jak zawsze. Również jak zawsze wierzyłem, że ten dzień będzie przełomem. Jak zawsze teraz cierpię w teraźniejszości, która jest tak naprawdę przeszłością… bynajmniej w moim przypadku. Całe moje życie przypomina jedno wielkie deja vu. Kiedyś spytałeś czy mi się to nie nudzi, czy w końcu zmądrzeję, pojmę jak jest naprawdę- odpowiedziałem, że nie. Nigdy nie znudzi mi się wiara w to, że kiedyś zza chmur wyjdzie słońce i będzie lepiej. Nazwałeś mnie niepoprawnym optymistą… szkoda, że mnie nie znasz…

Lubię zimną herbatę. Ma cierpki, gorzki smak- jak ty. Mimo tego, jak smakujesz, ciągle Cię łaknę i ciągle mi mało. Jestem dziwną osobą i dlatego się na to godzę; na bycie Twoją zabawką i irracjonalne myślenie, będące świadectwem mojej ułomności. Może kiedyś to skończę? Nie, na pewno nie…



Czasami myślę, że mnie zostawiłeś, a Ty, jakby słysząc moje myśli, właśnie wtedy wchodzisz do mieszkania. Zjawiasz się dopiero wtedy. Dlaczego nie wcześniej? Nie możesz choć raz być trochę szybciej? Kiedy jeszcze nie będę stał nad krawędzią przepaści, na której dnie leżę ja i przypatruję się własnemu, martwemu ciału? Ale może właśnie dla tego nie odszedłem, bo czekam aż przyjdziesz... Nie wiem czy to dobrze, czy źle, bo… właśnie, bo co?

Czasami tęsknię za Tobą, czasami nie chcę Cię widzieć na oczy. Kiedyś Ci to powiedziałem, a Ty bez słowa wyszedłeś z mieszkania. Bo niby, po co miałbyś ze mną siedzieć? Przecież w domu czekają na Ciebie osoby, które zawsze tęsknią i zawsze powitają Cię z otwartymi ramionami. Wtedy bardzo żałowałem swoich słów… i nauczyłem się więcej nie mówić o swoich uczuciach. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, bo… bo co?

Czasami to nie zawsze. Tego też nie wiem czy to dobrze, czy źle…



Wypiłem herbatę do końca i obserwowałem, jak krople wody spływają po szybie. Już całkiem straciłem nadzieję, że przyjdziesz… kiedykolwiek… Wyrwałeś mi skrzydła i uwięziłeś- dopiąłeś swego, więc teraz nie jestem Ci już do niczego potrzebny. Nie mam do Ciebie żalu… Nigdy nie miałem… od początku dobrze wiedziałem, na co się godzę, sam zgotowałem sobie taki los.

I nagle rozległ się głuchy huk za drzwiami. Wyrwany z zamyślenia odwróciłem głowę w tamtą stronę, gdy nagle Ty wleciałeś do mieszkania. Cały przemoczony i zdyszany. Spojrzałem na Ciebie, a moje oczy zaszkliły się łzami szczęścia. Szybko podbiegłem do Ciebie i rzuciłem Ci się na szyję. Pocałowałem mocno, po czym przylgnąłem do Twojego mokrego torsu.

A jednak… przyszedłeś…



Mimo niezliczonej ilości wad w Tobie…



…kocham Cię…