Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koichi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koichi. Pokaż wszystkie posty

Oneshot "Niebooki" Tsuzuku x Koichi (Mejibrary), Tsuzuku x Ryoga (RAZOR, ex BORN)

Zgodnie z "zamówieniem" paring Tsuzuku x Koichi - właściwie to napisałam tego shota zanim jeszcze otrzymałam prośbę, żeby naskrobać coś z tym paringiem, toteż traktuję to jako "zamówienie" w cudzysłowie; bo w gruncie rzeczy to był trochę zbieg okoliczności, ale mogę już zapowiedzieć, że ze względu na to, co zadziało się podczas ostatniego koncertu Meji prawdopodobnie (jakieś 99.9%) napiszę coś więcej z tym paringiem w najbliższym czasie C:
Tymczasem mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu ten pseudo świąteczny, pesudo noworoczny shot (w tym roku naprawdę jakoś nie czuję ani świąt, ani zbliżającego się Nowego Roku, więc nie udało mi się urodzić nic stricte w tych klimatach =.=).


Tytuł: "Niebooki"
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray), Tsuzuku x Ryoga (RAZOR, ex BORN)
Typ: oneshot
Gatunek: angst (?)
Beta: -

Właśnie wracałem do domu - choć może powinienem powiedzieć raczej, dopiero wracałem do domu. Było już ciemno, jednak zapadnięcie zmierzchu nie było zbyt dobry wyznacznikiem czasu i tej porze roku. Skrzący się w świetle latarni ulicznych śnieg skrzypiał pod moimi butami, które zdecydowanie nie nadawały się na zimowe eskapady. Po południu umówiłem się na grę w squasha z Tsuzuku, toteż zmuszony byłem założyć sportowe obuwie. Niestety, moja torba nie była wystarczająco obszerna, aby pomieścić wszystkie moje niezbędne rzeczy oraz dodatkową parę butów. Z tejże racji zmuszony byłem chodzić w butach halowych po oblodzonym chodniku, co wcale nie było łatwym zadaniem. Podeszwy ślizgały się, nie mogąc znaleźć przyczepności, przez co raz miałem już tę nieprzyjemność wywinąć teatralnego orła i porządnie obić sobie tyłek. Z tej racji z kolei szedłem, jakby ktoś wbił mi kij od szczotki w ów tyłek, a każdy kolejny krok był nieznośnie bolesny. 
Jak widać, szczęście się mnie dzisiaj wyjątkowo nie trzymało. Ale to jeszcze nie koniec wszystkiego. Nie byłem żadnym wielkim fanem sportu i wcale nie byłem dobry w tej dziedzinie, jednak zgodziłem się towarzyszyć Tsu tylko i wyłącznie dlatego, że to właśnie on mnie o to poprosił. Ponoć Ryoga rozchorował się i leżał z temperaturą w łóżku, więc ten musiał znaleźć sobie chwilowe zastępstwo na cotygodniową partyjkę squasha. Z jednej strony cieszyłem się, że miałem szansę pobyć z nim trochę dłużej, że pomyślał, żeby zapytać mnie jako pierwszego, ale z drugiej strony bolała mnie świadomość, że byłem tylko zastępstwem. Jednorazowym. Zapychaczem. Zapchajdziurą. Poza tym niemal dwugodzinnemu spotkaniu, którego głównym celem było nawalanie piłką w ścianę, wiele brakowało do romantycznego nastroju i wydźwięku randki, o której po nocach śniłem i której wyidealizowane scenariusze układałem sobie w głowie tuż przed pójściem spać. Tak jak już wspomniałem, nie byłem wielkim fanem sportu, a więc wylewanie z siebie siódmych potów latając za piłką jak jakiś pies było dla mnie co najmniej średnią zabawą, ale starałem się, naprawdę starałem się nie dać tego po sobie poznać i sprawić, aby mój towarzysz mógł spędzić ze mną jak najlepszy czas.
Ponad tym wszystkim górowała jeszcze jedna sprawa, która nie dawała mi spokoju. Ryoga był przyjacielem Tsuzuku - takim najbliższym, od serca, któremu latasz po zakupy, kiedy ten się rozchoruje, gotujesz magiczną zupkę, która miała momentalnie postawić go na nogi i u którego zostajesz na noc, aby upewnić się, że ten nie przekręci się podczas twojej nieobecności, zupełnie nie przejmując się zarazkami i wirusami, które ten rozsiewał wokół siebie w ilościach hurtowych oraz wysokim ryzykiem zarażenia się. To, jak blisko ci dwaj byli ze sobą, nie dawało mi spokoju. Tsu, po obrzuceniu szybkim spojrzeniem wiadomości w przerwie w grze, obwieścił mi zdawkowo, że musimy odpuścić sobie ostatni set, gdyż ten właśnie musi lecieć do tego cholernego sklepu, żeby później ugotować tę cholerną zupkę cholernemu, zakichanemu Ryodzę, który, cholera, był na tyle absorbujący, nawet wtedy kiedy nie był obecny w towarzystwie osobiście, że zawsze musiał skupiać na sobie uwagę chłopaka - jak nie swoim niekończącym się gadulstwem, to smsami. Serio, szło dostać wścieku na stojąco, jednak, o dziwo, Tsuzuku wcale się nie denerwował. Uważał to za normalne. A ja byłem zazdrosny. Pieruńsko i nieludzko zazdrosny, bo będąc wiecznie zaaferowanym tym, co zrobił lub powiedział Ryoga, Tsu zdawał się nie dostrzegać poza nim świata. Właściwie to chyba powinienem cieszyć się, że w takim wypadku zostałem przynajmniej sklasyfikowany przez bruneta jako "znajomy", że ten w ogóle zauważył fakt mojej egzystencji na tym świecie, jednak niezależnie od tego, jak mocno próbowałem przekonać się do myśli, iż takie nastawienie było właściwe... wciąż byłem zazdrosny. Bolała mnie świadomość, że Ryoga był "przyjacielem", podczas gdy ja nie byłem nikim więcej niż tylko "znajomym". Jakąś rozpoznawalną, wyglądającą znajomo twarzą w tłumie. W sumie nikim ważnym. On był ważniejszy. Stał wyżej ode mnie w hierarchii bruneta. Bolała mnie myśl, że zapewne ten nawet nie zauważyłby, gdybym zniknął z jego życia, podczas gdy szczególnie w ostatnim czasie znaczna część mojego kręciła się wokół jego osoby. Z początku myślałem, że to tylko zauroczenie, że to przejdzie, że minie... ale nie. Nie przechodziło. Nie mijało. I rosło w siłę. Broniłem się przed tym uczuciem rękami i nogami, ale w końcu pojąłem, że zakochałem się. I to na dobre.
Dlaczego zakochałem się w Tsuzuku? Nie miałem bladego pojęcia. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć. Ale miłość ponoć nie była logiczna, prawda? Nie było na nią żadnego matematycznego, chemicznego czy fizycznego wzoru, który dałoby się udowodnić przy użyciu odpowiednich stałych i zmiennych. To po prostu się działo. Od tak, samo z siebie. Niejako wbrew mojej woli, a i owszem. Bo przecież moje życie byłoby dużo łatwiejsze, gdybym zakochał się w kimś innym albo gdybym zwyczajnie nie zakochał się wcale. Och, o ileż mogłoby być ono łatwiejsze! Ale stało się. Bum!, i gotowe. I nic nie mogłem na to poradzić. Mogłem co najwyżej zaakceptować moje wyniszczające mnie uczucie.
Westchnąłem ciężko. Byłem zmęczony, obolały po treningu, po wywrotce, a do tego głodny. Głód sprawił, że zapragnąłem opuścić siłownię najszybciej, jak to było tylko możliwe, toteż postanowiłem wziąć prysznic już w domu. To był, oczywiście, błąd. Lodowate łapska wścibskiego wiatru wsuwały się pod poły mojej kurtki i gładziły moją rozgrzaną, spoconą skórę, przez co szybko zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że aż zacząłem dygotać. Wisienką na torcie okazał się być wypadek na drodze w pobliżu centrum, przez co cały ruch drogowy został sparaliżowany i autobus, którym zazwyczaj wracałem do domu, nie kursował. Musiałem zatem wracać na piechotę po tym przeklętym, oblodzonym chodniku. Jak to się skończyło, zdążyłem już wspomnieć, toteż nie będę się więcej powtarzał, bo na samo wspomnienie upadku obity tyłek bolał mnie tylko jeszcze bardziej...
Z trudem wdrapałem się na wzniesienie, na którym mieszkałem. Zziajany przystanąłem na moment, żeby wyrównać oddech, opierając się o rosnące w pobliżu, pojedyncze drzewo. Podniosłem spojrzenie na ciemny, rozgwieżdżony firmament nieba. Musiałem przyznać, że potrafiłem docenić piękno zimy, ale znacznie bardziej wolałem kontemplować je zza okna ciepłego mieszkania z kubkiem herbaty w ręku niżby stojąc w mroźnych objęciach tego lodowego piękna. Tym razem jednak nawet pomimo doskwierającej mi, niskiej temperatury nie mogłem narzekać. Pejzaż nocnego nieba przysłonięty białym kłębem pary mojego własnego, zmrożonego oddechu był zachwycająco piękny. Wydawało się, jakby gwiazdy tańczyły, poruszając się z gracją, wirując w piruetach na ciemnym kocu nocy, co było naprawdę niespotykanym zjawiskiem... albo zwyczajnie to mnie już mieszało się w oczach ze zmęczenia...
Wtem ktoś niespodziewanie wychylił się zza drzewa, o które się wsparłem. Nieznajomy, który póki co pozostawał dla mnie jedynie niewyraźnym, rozmytym cieniem o zlewających się, falujących kształtach, stracił równowagę, kiedy postawił nogę na śliskiej nawierzchni. W ostatniej chwili w odruchu, który miał uratować go przed upadkiem, chwycił mnie za ramię, przez co w ostateczności obaj wylądowaliśmy na chodniku. Zawyłem boleśnie, kiedy moje szanowne siedzenie poznało się z twardą nawierzchnią po raz drugi tego samego dnia.
- Cholera jasna, co ty wyrabiasz?! - wrzasnąłem na chłopaka, który miał tę dziwną fantazję, aby pojawiać się znikąd i przewracać bogu ducha winnych ludzi w środku nocy pod ich własnym blokiem. - Odbiło ci?! - wydarłem się, marszcząc przy tym gniewnie brwi.
- Wybacz, nie zrobiłem tego celowo - usprawiedliwił się.
- No jeszcze tylko tego by brakowało! - prychnąłem. - Wyobraź sobie, że tyle to sam potrafię się domyśleć! - krzyczałem na niego, mimo iż doskonale zdawałem sobie sprawę, że właściwie wcale nie miałem ku temu żadnego dobrego powodu. Od po prostu dałem upust wszelkim negatywnym emocjom, które skumulowały się we mnie dzisiejszego dnia, a on miał to nieszczęście stać się moją ofiarą. - Tylko spróbowałbyś zrobić to celowo, a zbierałbyś zęby ze śniegu... - burknąłem, jednocześnie ostrożnie próbując z powrotem wywindować się do pozycji stojącej, usilnie ignorując fakt, że moje nogi rozjeżdżały się na lodzie.
- Ej, spokojnie... - zaoponował niewysoki brunet, który zdążył już dźwignąć się na równe nogi. - Nie irytuj się tak - rzucił mi krzywe, urażone spojrzenie. 
Oj, no patrzcie go, księżniczka wzięła i się pogniewała... Jeszcze brakowało, żeby ostentacyjnie wygiął usta w podkówkę i rozpłakał mi się tu jak mała dziewczynka.
Czy tylko na mnie zwroty typu: "nie denerwuj się", "uspokój się" i tym podobne działały jak płachta na byka, kiedy byłem już zdenerwowany? Serio, to tak, jak mówić do ognia, żeby zgasł. No, już, gaśnij, bo ja tak powiedziałem. Bo ja tak chcę. Jak mówić do słońca, że ma zajść i ten dzień ma się już skończyć, bo mam go dosyć. No, dawaj, kończymy imprezę. Niech nadejdzie już noc, a po nim świt i niech rozpocznie się nowy, lepszy dzień.
Dobre sobie... Ty se mów, a ja zdrów...
Nie dało się ukryć, że to był wybitnie nie mój dzień i właściwie to miałem już wszystkich i wszystkiego po dziurki w nosie. Zacisnąłem zgrabiałe z zimna dłonie w pięści, ledwo powstrzymując się, żeby nie przywalić gościowi wyskakującemu jak diabeł z pudełka.
- Masz dla mnie jeszcze jakieś złote rady albo myśli? - parsknąłem. - Jeszcze coś, czym chciałbyś się ze mną podzielić? - obrzuciłem go nieprzyjaznym spojrzeniem. - Nie mógłbyś po prostu wymamrotać "przepraszam" i zniknąć mi z oczu? - założyłem ręce na piersi.
- Przecież przeprosiłem - zauważył.
- Więc teraz bądź łaskaw oddalić się w trybie natychmiastowym - warknąłem.
- Coś ty taki nerwowy? - cmoknął z niezadowoleniem. - Wkurzasz mnie - przyjął zaciętą minę. - Za karę spełnię twoje cztery życzenia - oświadczył całkowicie poważnie, a mnie na moment odjęło mowę.
- Co? - spojrzałem na niego jak na kretyna. - Czy ty się dobrze czujesz? - parsknąłem. - Uderzyłeś się głową o krawężnik podczas upadku? - pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Słyszysz sam siebie? "Za karę" spełnisz moje życzenia? - sarknąłem. - Od kiedy niby życzenia spełniane są "za karę"? - posłałem mu spojrzenie pełne politowania. - Z tego, co mi wiadomo, na dzieciach wymusza się posłuszeństwo przez cały rok, żeby spełnić ich tylko jedno życzenie na święta, a ty "za karę" spełnisz moje cztery? - zaśmiałem się krótko, choć w rzeczywistości wcale nie było mi do śmiechu. - Nie uważasz, że to się ani trochę kupy nie trzyma?
- Jesteś bezczelny - syknął i zbliżył się do mnie. Kiedy stanął w snopie światła rzucanym przez latarnię dostrzegłem, że jego oczy były idealnie czarne i migotały w nich roztańczone gwiazdy, jakby te były dwoma miniaturkami tego, co znajdywało się nad naszymi głowami. - Niech będzie zatem. Naprawdę mnie zdenerwowałeś. Spełnię pięć twoich życzeń - oznajmił niezrażony moimi wcześniejszymi słowami.
- Idź się lecz - machnąłem na niego lekceważąco ręką i odwróciłem się na pięcie, mając zamiar odejść. 
I tak niepotrzebnie zmarnowałem już wystarczająco dużo czasu na tego pajaca. Lepiej było, żebym wszedł do środka, bo jeszcze trochę i skończę jak ten zakichany Ryoga... z podobnie cieknącym nosem i bolącym gardłem.
- O nie, mój drogi Koichi - niski brunet zawołał mnie po imieniu, przez co ponownie odwróciłem się i spojrzałem na niego zaskoczony. Nie przypominało mi się, żebym mu się przedstawiał. - Zdenerwowałeś mnie. Nie pozwolę ci teraz od tak sobie odejść. Wypowiesz życzenia, które ja spełnię - uparł się. - Ale niech będzie, że dam ci trochę czasu. Wróć tu jutro. Będę czekał. Lepiej, żebyś sam przyszedł z listą rzeczy, o które chcesz poprosić, bo inaczej dopiszę ci szóste życzenie - "zagroził". - Dobrze się zastanów, co chciałbyś otrzymać, a ja ci to dam i będę oglądał późniejszy rozwój sytuacji - oznajmił.
Niczym wmurowany w podłoże stałem i gapiłem się na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. Tym razem to nieznajomy odwrócił się do mnie plecami i w końcu zastosował się do mojego polecenia, odchodząc, zostawiając mnie samego, tak, jak sobie tego życzyłem. Nie pojmowałem jego toku myślenia i wszystko dobitnie wskazywało na to, że nie chciałem zmienić tego stanu rzeczy. Kiedy ocknąłem się z letargu, westchnąłem raz jeszcze, po czym w końcu ruszyłem do domu, postanawiając zapomnieć o całej tej dziwacznej sytuacji.
- Dziwak... - skwitowałem pod nosem.

*** 

Po obfitej kolacji oraz gorącym prysznicu od razu poczułem się lepiej. Byłem już zmęczony, jednak postanowiłem jeszcze na moment usiąść do laptopa, aby sprawdzić, co słychać w wielkim świecie. Idąc tak z tą moją herbatą, o której wcześniej, stojąc na zimnicy, zacząłem wręcz fantazjować, zastanawiałem się nad tym, co miało miejsce pod moim blokiem. Zrobiło mi się trochę głupio, że tak wydarłem się na tego chłopaka... w gruncie rzeczy bez powodu. Poślizgnął się i przewrócił się. No zdarza się. Mnie też się zdarzyło i jakoś nikt nie robił z tego wielkiego zagadnienia, choć prawdą też było, że ja przynajmniej nikogo ze sobą nie pociągnąłem. Niemniej, przeprosił. Przyznał, że zrobił to nieumyślnie i tyle powinno mi wystarczyć. Nie powinienem był drążyć tematu na siłę. Faktycznie musiałem wyjść w jego oczach na jakiegoś buca, który tylko szuka zwady...
Przypomniały mi się jego oczy. Zastanawiałem się czy w istocie były takie niezwykłe, jak mi się wydawało, czy była to po prostu wina słabego oświetlenia i mroku wieczoru, który nas zastał. Ta bardziej racjonalna część mojego umysłu podpowiadała mi, że zapewne coś mi się przywidziało, jednak obraz jego oczu zapisał się w mojej pamięci tak dokładnie, z taką precyzją i szczegółami, że aż ciężko było go negować. Wiedziony jakimś impulsem, tak jak zwykle, kiedy nie znałem na jakieś pytanie odpowiedzi, zwróciłem się z nim do wyszukiwarki internetowej. Wpisywałem różne, przypadkowe hasła, które nasunęły mi się na myśl i kojarzyły mi się z niecodziennym nieznajomym. W końcu znalazłem opis istoty, która wydawała mi się być podejrzanie podobna do gościa wyskakującego znienacka zza drzew na moim osiedlu.
"Niebooki - przybywa po zmroku, gdy gwiazdy zaczynają tańczyć na niebie wiedziony czyjąś tęsknotą, wabiony przez niespełnione marzenia. Spełni każde życzenie, ponoć może dać wszystko; w zamian wystarczy zapłacić mu jedynie własnym pragnieniem. Mówiono, że kiedyś był smokiem, ale teraz już tylko spełnia życzenia. Jeśli jest łaskawy: trzy, jeśli jest zły: cztery, jeśli jest okrutny: pięć. Ponoć jeszcze nikt nie zdołał złożyć mu sześciu życzeń."
Nie powiem, ciekawa bajeczka, jednak jakoś jej nie kupowałem. Nigdy wcześniej nie słyszałem też o takim zabobonie, jakim był ten cały Niebooki. Zadziwiająco wiele pokrywało się z definicją znalezioną w wyszukiwarce z tym, co mówił oraz jak prezentował i zachowywał się niewysoki, postrzelony brunet, jednak nie byłem naiwny. Wspominał o spełnianiu życzeń i zwiększał ich liczbę wraz z tym, jak denerwował się coraz bardziej. Przestrzegał przed tym, żebym lepiej sam do niego przyszedł, gdyż w przeciwnym wypadku ten spełni aż sześć moich marzeń. To niby się zgadzało i brzmiało jakoś podobnie, ale... wciąż bezsensownie. Poza tym koniec końców wszyscy mieliśmy dostęp do internetu, prawda? Coś nie chciało mi się wierzyć, żebym spotkał jakąś istotę nadprzyrodzoną, która w dodatku kiedyś była smokiem, pod własnym blokiem. Bo niby jakim cudem? Z jakiej racji? Że niby ja miałbym przyciągnąć go swoimi niespełnionymi marzeniami i tęsknotą? Bo w końcu oprócz nas nikogo w pobliżu nie było, kiedy na siebie wpadliśmy...
Postanowiłem dać tej sprawie spokój, jednak mimo wszystko stworzyłem krótką listę życzeń, którą spisałem na przypadkowej kartce, która nawinęła mi się pod rękę. Nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Może zwyczajnie chciałem oczyścić umysł, w którym tak wiele się kłębiło, dając upust skołtunionym myślom, chcąc przelać je na papier? Może. Może nie. Nie wiedziałem. Nie przejmowałem się tym jednak zbytnio. Zawsze byłem typem niepoprawnego marzyciela, dlatego właściwie takie zachowanie z mojej strony nie było dla mnie zbyt wielkim zaskoczeniem. Czasami zdarzało mi się robić jakieś dziwne, pozornie bezsensowne rzeczy, które jednak w jakiś niezrozumiały sposób przynosiły mi choć odrobinę ukojenia i spokoju ducha. Tym razem zapewne nie miało być inaczej. Nie przejmując się tym zatem zbyt przesadnie wyłączyłem laptopa, światło, a następnie położyłem się wreszcie do łóżka.
To był długi i męczący dzień, dlatego nareszcie nadszedł czas, żeby go zakończyć. W chwili obecnej nie pozostawało mi już nic innego, jak tkanie własnych snów i pokładanie nadziei w tym, że następny dzień będzie choć trochę lepszy od poprzedniego.

*** 

Właśnie wracałem z pracy do domu. Znów było już ciemno, choć nie było aż tak późno jak wczoraj. Z jakiejś racji pomyślałem, że spisanie pięciu życzeń na kartce poprawi mi humor i pozwoli mi pozbyć się nadmiaru negatywnych myśli, jednak stało się dokładnie odwrotnie. Przez to, że zapisałem je na papierze, zacząłem myśleć o nich jeszcze więcej, non-stop i bez końca. Nie dawało mi spokoju to, jak te były odległe i nierealne. Starałem się, jak mogłem, żeby zamienić swoje sny w rzeczywistość, jednak moje próby zazwyczaj kończyły się fiaskiem. Rozmyślania o moich powtarzających się w kółko porażkach bolały chyba nawet bardziej od samych upadków. Rozdrapywałem stare rany nie pozwalając im się zagoić. W takim wypadku przeszło mi przez myśl, że naprawdę byłoby miło, gdyby pojawił się na mojej drodze ktoś, kto "od tak" mógłby spełnić kilka moich marzeń w zamian za samo pragnienie. Tym akurat mogłem się podzielić bez problemu. Bo pragnąłem bardzo mocno.
Tak, zgadza się, zainteresowanie Tsuzuku było jedną z tych rzeczy, bez której nie potrafiłem się obejść i o którą desperacko zabiegałem - póki co bezowocnie. Wiem, jestem przewidywalny do bólu. Ale co mogłem na to poradzić?
Szedłem z ciężką od zbędnych myśli głową nisko zwieszoną między ramionami. Wpatrywałem się w ten sam oblodzony chodnik, starając się wybierać trasę w taki sposób, aby możliwie jak najczęściej kroczyć po szarych przebłyskach płyt chodnikowych spod srebrnej w świetle księżyca tafli lodu lub po śniegu, na którym moje, tym razem już nieco bardziej odpowiednie buty, mogły złapać chociażby jakieś śladowe ilości przyczepność. Poświęcałem tej czynności całą moją uwagę, ignorując świat dookoła, krocząc ze słuchawkami wciśniętymi w uszy.
Wtem ktoś złapał mnie za łokieć, który ciasno przyciskałem do własnego boku, żeby możliwie zachować jak najwięcej ciepła. Zatrzymałem się i niechętnie wyjąłem dłoń z nagrzanej kieszeni, wyjmując jedną słuchawkę z ucha.
- Już myślałem, że nie przyjdziesz - "Niebooki" uśmiechnął się oszczędnie na mój widok. - A więc? - podparł się po boki. - Jakie są twoje życzenia? Masz ich aż pięć do wykorzystania - przypomniał.
- Daj mi spokój - prychnąłem, przewracając oczyma. 
Serio, jakiś nawiedzony gość z niego... Lepiej było trzymać się od niego z daleka. Chociażby tak przezornie. Z wariatami nigdy nic nie wiadomo.
- Nie wykręcisz mi się, Koichi - zastąpił mi drogę. - Zamieniam się w słuch - naciskał.
- A co ty niby mógłbyś mi dać, co? - pozostawałem nieprzekonany i niechętny. - I niby jakim cudem?
- Mogę dać ci wszystko, czego zechcesz. Wszystko - podkreślił dobitnie. - Po prostu wypowiedz to, co ciśnie ci się na usta, a ja dam ci odpowiedź - wzruszył ramionami.
- Odpowiedź? - mruknąłem. - To powiedz mi w takim razie czy Tsuzuku jest zainteresowany Ryogą? - palnąłem, dobrze wiedząc, że ten zapewne nie miał zielonego pojęcia, o kim w ogóle mówiłem.
- To twoje pierwsze życzenie? - zdziwił się. - Chcesz po prostu wiedzieć, co dzieje się w sercu Tsuzuku? - upewnił się, na co ja bez zbędnego namysłu skinąłem mu głową. Przecież i tak nie było możliwości, żeby ten dał mi prawdziwą odpowiedź. - Zgadza się. Tsuzuku jest zakochany w Ryodze - odparł. 
Jego słowa w jakiś sposób zakuły mnie w serce. Niby byłem przekonany o tym, że ten się zgrywa, że zmyśla, a ponad to ja sam zadałem pytanie w taki sposób, że mógł tylko odpowiedzieć "tak" lub "nie", więc w żaden sposób nie udowodnił mi swoich nadludzkich zdolności, jednak... samo słuchanie o tym, że brunet mógł podkochiwać się w swoim przyjacielu i to z tego powodu tak o niego dbał, bolało i nie dawało mi spokoju. 
- Widzę, że prowadzisz bezpieczną grę - zauważył chłopak jakby z uznaniem. - Cóż, proszenie o wiedzę jest dość rozsądne i niesie ze sobą dużo mniej ryzyka niż proszenie o podjęcie konkretnych akcji. Niemniej, sama wiedza także potrafi krzywdzić, prawda? - przekrzywił głowę niczym wielkie ptaszysko, przyglądając mi się ciekawsko i oceniając moją reakcję.
Zacisnąłem szczęki ze złości, podobnie jak i dłonie w pięści.
- Są parą? Ryoga odwzajemnia jego uczucie? Jest go świadom? - zapytałem szybko, choć w sumie nie miałem pojęcia, dlaczego postanowiłem kontynuować tę bezsensowną rozmowę. Najwyraźniej emocje wzięły nade mną górę.
- Nie, nie są razem. Ryoga powoli domyśla się, co czuje do niego Tsuzuku, jednak konsekwentnie próbuje pozostać ślepy na jego uczucie, tak jak i on pozostanie niewzruszony na twoje - odezwał się spokojnie, a ja poczułem się, jakby strzelił mnie zdechłą rybą po twarzy.
Skąd niby mógł wiedzieć, że zakochałem się w Tsu?... Cóż, chociaż może jakby tak dokładniej przeanalizować moje słowa i reakcje, to nie było to znowu aż tak trudne do odgadnięcia... a przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić.
- Więc Tsuzuku wie? I specjalnie mnie ignoruje? - mój głos niekontrolowanie zadrżał.
- Lubi cię i byłeś mu bliski, ale tylko i wyłącznie jako kolega. Umyślnie zaczął cię unikać, kiedy domyślił się, że obdarzyłeś go uczuciem. Zaczął od ciebie stronić głównie ze względu na to, co sam czuje do Ryogi. Postanowił skupić się na uczuciu żywionym do niego niżby do ciebie - wyjaśnił.
- Więc postawił go ponad mną... - mruknąłem do siebie, ponownie spuszczając wzrok na chodnik. 
Zagryzłem dolną wargę. Byłem wściekły i rozżalony jednocześnie. A to dupek! Cholerny dupek, w którym musiałem się zakochać...
- Czy oni zostaną wkrótce parą? - wymamrotałem pod nosem niemrawo.
- Jeśli wszystko będzie dalej zmierzać w takim kierunku, jak dotychczas, to tak, zgadza się - odpowiedział, po czym westchnął ciężko i założył ręce na piersi. - Naprawdę zamierzasz zadawać mi tylko pytania? Zmarnowałeś już cztery życzenia - zauważył. - Myślałem, że będę miał więcej ubawu z ciebie, a ty, ku mojemu rozczarowaniu, okazałeś się bardzo racjonalnie myślącym człowiekiem, który unika niebezpieczeństw... - skrzywił się nieznacznie.
Nie miałem pojęcia, dlaczego w jednej chwili przestałem podważać jego słowa. Było w nim coś takiego, że po prostu chciałem mu wierzyć. A może to zwyczajnie wina samego tematu w sobie. Moje najgorsze przypuszczenia zostały potwierdzone przez osobą trzecią, więc nie mogłem już dłużej łudzić się, że w tym wszystkim wciąż kryła się dla mnie jakaś szansa. Byłem na straconej pozycji. Co prawda wciąż istniała możliwość, że ten kłamał jak z nut, jednak ja nie brałem na nią już poprawki. Odpłynąłem do swojego własnego, małego światka rozmyślań. Brunet kontynuował, ale ja go nie słuchałem.
- Zamień nas miejscami - odezwałem się w końcu, przerywając jego przeciągający się wywód. - Mnie i Ryogę. Chcę, żeby to we mnie Tsuzuku się kochał. Chcę też, żeby Ryoga kochał się w Tsuzuku, ale żeby ten umyślnie go ignorował. Chcę, żeby ten doświadczył tego, co ja teraz - wyrzuciłem z siebie potok słów.
W pierwszej chwili Niebooki spojrzał na mnie zaskoczony i jedynie zamrugał kilkakrotnie swoimi nieludzkimi oczami, w których odbijało się nocne niebo z tańczącymi konstelacjami gwiazd i całymi, odległymi galaktykami. W końcu jednak uśmiechnął się krzywo i skłonił prześmiewczo.
- Do usług - zaśmiał się głucho. - Na to właśnie czekałem... Ludzie to jednak bez wyjątku pazerni idioci - skwitował, chichocząc pod nosem. - Zanim jednak spełnię twoje ostatnie życzenie, pozwolisz, że odbiorę swoją zapłatę? - zbliżył się do mnie. - Odbiorę ci twoje pragnienie - dotknął mojej klatki piersiowej otwartą dłonią. 
Chciałem zapytać, co to tak dokładnie miało znaczyć, ale już w następnej chwili świat zawirował mi przed oczami i zawinął się w czarnym szalu nocy, w którym postanowił zniknąć niczym biały królik w cylindrze magika.

*** 

Obudził mnie dźwięk dochodzący z mojego telefonu, informujący mnie o nowej wiadomości. Niechętnie rozlepiłem powieki i sięgnąłem po urządzenie. No jasne. Znowu Tsuzuku. Ten gość w ostatnim czasie nie da mi się nawet wyspać...
Westchnąłem ciężko i odpisałem na poranne przywitanie. Żeby ten mógł jeszcze pisać do mnie o tak pieruńsko i nieprzyzwoicie wczesnej porze z jakimś dobrym powodem - ale nie, ten chciał się tylko przywitać. Przewróciłem oczyma. Ogólnie nie był z niego zły gość, ale powoli zaczynał mi działać na nerwy. Zacząłem zastanawiać się, dokąd ta nasza znajomość w ogóle zmierzała, gdyż nie dało się przeoczyć, że brunet zmienił swoje nastawienie względem mojej osoby... Odnosiłem wrażenie, jakby ten zaczął się mną interesować w wymiarze wykraczającym poza przyjacielskie zainteresowanie, jednak próbowałem wmówić sobie, że to tylko mi się wydaje i że zapewne źle interpretuję całą sytuację.
Wygrzebałem się z nagrzanego łóżka i obijając się o ściany mojego miniaturowego mieszkanka, jakimś cudem dotarłem do łazienki. Wykonałem poranną toaletę, ubrałem się i wyszedłem na spotkanie z Tsu, który czekał już na mnie w pobliskiej kawiarni. Wstąpiłem do lokalu, w którym serwowano jedną z najlepszych kaw, jaką miałem okazję kosztować i zaciągnąłem się przyjemnym, ciężkim zapachem świeżo mielonych ziaren. Skierowałem się do kontuaru, zamawiając dla siebie napój oraz jednocześnie rozglądając się na boki w poszukiwaniu przyjaciela. Ten ulokował się przy stoliku przy oknie, jednak nie był sam. Towarzyszył mu Ryoga, który jak zwykle wpatrywał się w niego maślanymi oczami. Jego zauroczenie chłopakiem było więcej niż tylko oczywiste i wszyscy nasi znajomi, uwzględniając w tym także samego Tsuzuku, zdawali sobie sprawę z jego uczucia. Brunet pozostawał jednak niewzruszony i nie robił sobie nic z miłosnych wysiłków Ryogi. Ignorował go. Nawet teraz znudzonym spojrzeniem wpatrywał się ślepo w sufit, zupełnie nie zwracając uwagi na to, o czym towarzyszący chłopak do niego świergotał, desperacko próbując zainteresować go jakąś historią. Aż mi się przykro robiło, kiedy przyglądałem się z boku tej scence wyborowej. Szczerze powiedziawszy to żałowałem, że Tsu zadurzył się we mnie, a nie w Ryodze, gdyż wydawało mi się, że ten mógł dać mu prawdziwe szczęście. W końcu tak wytrwale i bez wytchnienia o niego zabiegał. Zależało mu jak jasna cholera. A ja? Co ze mną? Ja chciałem pozostać z nim wyłącznie na stopie przyjacielskiej, ot co. 
- Dobry - mruknąłem, dosiadając się.
- Ach, Koichi, nareszcie jesteś - ucieszył się brunet. 
Z miejsca ożywił się i przeniósł spojrzenie na mnie z szarego, nudnego sufitu. Uśmiechnął się delikatnie i nachylił się nad stołem, aby zredukować między nami odległość. Niby mimochodem nasze dłonie zetknęły się ze sobą, kiedy każdy z nas trzymał w objęciach własny kubek z kawą.
- Cześć, Koichi... - mruknął niezbyt zadowolony z mojego pojawienia się Ryoga.
Cóż, właściwie nie mogłem go winić. Przemawiały przez niego uczucia, nad którymi nie mógł zapanować. Był zakochany w Tsuzuku po uszy, ale ten z jakiejś racji interesował się bardziej moją osobą, przez co Ryoga rozpatrywał mnie w kategoriach potencjalnego zagrożenia. W jednej chwili zdawało się, jakby chłopcy zamienili się humorami. Mrukliwy i znudzony Tsu rozpromienił się, a gadatliwy Ryoga ucichł i wbił martwe spojrzenie w czarną taflę swojego napoju.
Dlaczego nasze pragnienia nie mogły się ze sobą pokrywać? Dlaczego jeden z nas nie mógł pragnąć tego, czego chciał drugi? Przez to, że byliśmy tak do siebie niedopasowani, tkwiliśmy w błędnym kole, w którym żaden z nas nie mógł zaznać prawdziwego szczęścia.
Upiłem łyk gorącej kawy. W tym momencie koło naszego stolika przeszedł niewysoki brunet, który zatrzymał się i położył mi rękę na ramieniu. Zdziwiony spojrzałem na niego pytająco. Nie wydawało mi się, żebyśmy spotkali się wcześniej...
- Widzisz, Koichi - westchnął - spełniłem twoje wszystkie pięć życzeń, a ty wciąż nie jesteś szczęśliwy - odezwał się. - W zamian zapłaciłeś mi jedynie swoim pragnieniem. Z pozoru mogłaby się to wydawać śmiesznie niska cena, ale to właśnie ów pragnienie sprawia, że marzenie jest tym, czego pożądamy, co sprawia nam radość. Kiedy tracimy czymś zainteresowanie, odwracamy się i szukamy czegoś innego godnego uwagi. Tak też było w twoim wypadku. Spełniłem twoje życzenia, ale jako że oddałeś mi swoje pragnienie, w gruncie rzeczy wszystko to, co ci dałem stało się dla ciebie bezwartościowe, gdyż nie pożądasz tego już ani trochę. To dlatego właśnie wszyscy ludzie, którzy proszą mnie o konkretne akcje są gruncie rzeczy smutnymi, skończonymi, pazernymi idiotami - skwitował. - Jeśli poszukujesz prawdziwego szczęścia, sam powinieneś podjąć odpowiednie działania, aby je znaleźć i zatrzymać, a nie biernie czekać, aż ktoś inny odwali całą brudną robotę za ciebie - pouczył mnie.
- Znasz go? - Tsuzuku spojrzał na mnie mocno zaniepokojony, po czym zlustrował nieznajomego od stóp do głów z jakimś dystansem, może nawet uprzedzeniem.
- Nie wydaje mi się... - odparłem zakłopotany. - Chyba mnie pan z kimś pomylił... - starałem się zabrzmieć grzecznie. Chłopak pokręcił z politowaniem głową, po czym zabrał rękę z mojego ramienia i odwrócił się na pięcie.
- Do rychłego! - rzucił przez ramię, po czym odszedł w swoim kierunku, ponownie zostawiając nas samych.
- O czym on bredził? - zainteresował się Ryoga.
- Bladego pojęcia nie mam - wzruszyłem ramionami. - Pewnie jakiś dziwak... - machnąłem lekceważąco ręką.
Dziwak czy też nie, musiałem przyznać, że mimo wszystko mogłem doszukać się jakiegoś głębszego sensu w jego słowach i to mnie z jakieś niezrozumiałej racji niepokoiło...

Miniaturka "Oryginalność to podstawa" (Tsuzuku x Koichi [Mejibray])



Tytuł: „Oryginalność to podstawa”
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray)
Gatunek: obyczajowe
Typ: miniaturka
Beta: -

- Dzięki, że zgodziłeś mi się pomóc – Tsuzuku powitał mnie promiennym uśmiechem już od progu drzwi.
- Nie ma sprawy – odparłem obojętnie.
Wokaliście mojego zespołu zachciało się zmian, a więc przemalował swoje mieszkanie. Oczywiście wynajął do tego grupę fachowców, żeby się nie namęczyć. Niestety pomysł, aby zamienić jedną ścianę w kuchni na gigantyczną tablicę magnetyczną przyszedł nieco za późno, kiedy ekipa już dawno się zwinęła, a przecież nie będzie jeszcze raz wynajmował tych samych ludzi tylko po to, aby pomalować jedną ścianę farbą magnetyczną (farba z metalicznym pyłem, dzięki któremu m.in. magnesy przyczepiają się do powierzchni, która została nią pomalowana – to dlatego napisałam, że Tsu chciał zrobić z jednej ściany tablicę od aut.). Postanowił zrobić to sam, jednak jak przyznał, nie pogardziłby przy tym pomocą, więc dobrodusznie zgodziłem zgłosić na ochotnika.
- A jak tam udały się zakupy? – zapytał.
- Beznadzieje –prychnąłem, łapiąc za wałek do malowania ścian i podwijając rękawy znoszonej bluzy, której nie byłoby mi żal, nawet gdybym ją ubrudził. – Nic w tych sklepach nie ma oryginalnego – zacząłem narzekać. – Wszędzie produkcje taśmowe, wszystko do siebie podobne… - przewróciłem oczyma. – Nawet małe butiki próbują teraz kopiować asortyment ze znanych sieciowych sklepów – fuknąłem.
- No cóż… - westchnął Tsuzu, otwierając czarną farbę (o ile wiem, kiedyś magnetyczna farba była dostępna tylko w kolorze czarnym… teraz nie jestem pewna czy jest dostępna w innych od aut.). – Skutki globalizacji, nie? – rozłożył bezradnie ręce.
- Och, nie denerwuj mnie – skrzywiłem się, na co brunet zaśmiał się.
- Może ty powinieneś zostać projektantem mody a nie muzykiem, co, Koichi? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- Może i tak – sapnąłem. – Jeszcze trochę i niedługo będę musiał sam zacząć szyć sobie ubrania… - burknąłem pod nosem, wdrapując się na niewysoką drabinę, aby sięgnąć najwyższych partii ściany.
- To ty umiesz szyć? – zdziwił się chłopak.
- Wyobraź sobie – niepewnie wykonałem pierwsze pociągnięcie wałkiem, zostawiając czarną smugę na, jak dotąd, kremowej ścianie.
- To dlaczego ja nic o tym nie wiem? – zaśmiał się. – Tam – wskazał w kierunku swojej sypialni – leży cała sterta moich rzeczy do zacerowania – parsknął. – Chyba muszę cię wynająć do tej roboty, skoro potrafisz szyć – szturchnął mnie delikatnie w biodro, tak, żebym nie zleciał z drabiny.
- Jasne, już lecę – spojrzałem na niego kwaśno.
- Oj, co ty taki nie w humorze? – spojrzał na mnie nieco zaniepokojony. – Nieudane zakupy naprawdę aż tak cię zirytowały? – dopytywał.
- I to jeszcze jak! – wykrzyknąłem.
Ja malowałem górę, podczas gdy Tsuzuku pokrywał farbą dolne partie ściany, dokańczając jakby moje pociągnięcia wałka. Przez dłuższą chwilę wykonywaliśmy naszą pracę, rozmawiając przy tym o wszystkim i o niczym. Szło nam to szybko i sprawnie, gdyż wiadomo, że we dwójkę każdą pracę wykona się szybciej niż samemu – niestety prace zespołowe mają też to do siebie, że wymagają skupienia obu osób. Kiedy jedna się zagapi, oboje mogą przypłacić za to konsekwencjami – tak było i w naszym wypadku.
Stałem na najwyższym stopniu drabiny, między stopami mając tackę z farbą. Pech chciał, że gdy chciałem już zejść, nadepnąłem na brzeg owej tacki, która wywróciła się i spadła wprost na klęczącego muzyka, który zamalowywał ostatnie, jasne połacie ściany.
- Oj… - wyrwało mi się.
- Koichi! – wściekły Tsu ryknął na mnie i wstał z klęczek, spoglądając na mnie nienawistnie.
Teraz wokalista ociekał cały czarną farbą. Całe szczęście, że tacka przynajmniej nie wylądowała mu na głowie, bo wtedy to już niechybnie by mnie zabił. Niemniej, jego jasna koszula oraz jaskrawoczerwone spodnie pokrywała czarna, gęsta ciecz, która powoli z niego spływała, tworząc kałużę na podłodze. Farba zakryła jego tatuaże, przez co wyglądało, jakby te w jednej chwili po prostu znikły.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam! – zeskoczyłem z drabiny, pokornie gnąc się w ukłonach.
- Zatłukę cię, baranie jeden! – pieklił się. – Ty mi tu teraz nie ćwicz gimnastyki w tych ukłonach, tylko pomóż mi zdjąć ubrania!
Czarna maź spływała po jego odsłoniętych rękach, co nie wyglądało ładnie i nie kojarzyło się dobrze. Niemniej, bez wahania przyskoczyłem do niego i próbowałem rozpiąć jego koszulę, przy okazji starając się wybierać miejsca, w których materiał nie został poznaczony farbą, aby samemu również nie ubrudzić się więcej niż musiałem.
Mokry ochłap ubrania z plaskiem wylądował na podłodze. Całe szczęście materiał nie zdążył przesiąknąć, jednak jego przedramiona i dłonie były teraz niemal jednolicie czarne, gdyż, podobnie jak i ja, Tsuzuku podwinął rękawy do malowania. Brunet stał nieruchomo, wpatrując się we mnie niezadowolony. Odruchowo oparłem dłonie na jego ciepłym torsie.
- Przepraszam! – pisnąłem. – To przez nieuwagę!
- Domyślam się… - westchnął ciężko.
- Chyba przydałoby się, żebyś się teraz wykąpał… - pozwoliłem sobie zauważyć.
- Doprawdy? – udawał zdziwionego. – No co ty nie powiesz? – sapnął. – Chociaż… w zasadzie to nie – zaraz odzyskał dobry humor i posłał mi szelmowski uśmieszek. – Najpierw ci się odpłacę – przycisnął dłoń do mojego uda, zostawiając na moich niebieskich spodniach odcisk swojej dłoni.
-Tsuzuku! – jęknąłem, gdyż naprawdę lubiłem te spodnie. – Co ty wyprawiasz?!
- No co? – wzruszył ramionami. – Nie widzisz, jak teraz artystycznie wyglądasz? – zaśmiał się.
Przejrzałem się w lustrze, które wisiało na ścianie nieopodal. W zasadzie… Nie wyglądało to źle, choć brakowało trochę…
- Ej, zrób mi jeszcze kilka takich odcisków – zaśmiałem się, momentalnie zmieniając zdanie.
- Co? – teraz to muzyk się zdziwił.
- To naprawdę wygląda nieźle! – zachichotałem.
Tsuzu zrobił tak, jak go prosiłem. Zaczął dotykać moich nóg, zostawiając odciski swoich dłoni w przypadkowych miejscach. W pewnym momencie złapał mnie za tyłek, co było dla mnie nieco krępujące, choć starałem się tego nie okazywać. Brunet jednak, jakby robiąc mi na przekór, przesunął dłonie na moje krocze, zaczynając mnie najzwyczajniej w świecie obłapiać!
- Tsuzuku! – pisnąłem znowu.
- Słucham? – wokalista stanął za mną, śmiejąc się złowieszczo pod nosem i nie przestając dotykać mojego krocza.
- Przestań! Ach!... – zdradziecki jęk wydostał się z moich ust.
- Kiedy tobie się to podoba – szepnął mi na ucho, po czym je polizał. – Mnie też, dodam – zaśmiał się. – A poza tym musisz mi jakoś zrekompensować to, jak mnie potraktowałeś farbą, prawda? – rozpiął guzik moich spodni, wsuwając pod nie dłoń pokrytą zimną, gęstą cieczą. Zadrżałem, gdyż teraz tylko cienki materiał bielizny chronił mnie przed jego dotykiem… i farbą. Tsu zaczął mnie onanizować, na co ja ponownie jęknąłem.
- Tsuzu… - westchnąłem, odchylając głowę na jego bark. – Och… Nawet o tym nie myśl! – odzyskałem rezon. – Nie dam się tak ubabrać farbą! Won pod prysznic! – brunet prychnął niezadowolony.
- Ale tylko pod jednym warunkiem – zaznaczył. – Idziesz ze mną – pociągnął mnie za szlufkę od spodni – i weźmiesz odpowiedzialność za to, co zrobiłeś – otarł się o moje pośladki, przez co wyraźnie mogłem poczuć wypukłość, która się w nich pojawiła.

- Cóż… Na to mogę się zgodzić – uśmiechnąłem się, odwracając się do niego przodem i całując go namiętnie.

Oneshot "Cuda dnia codziennego" Koichi x Tsuzuku (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)

Wedle życzenia post na dzień dziecka C: Niech będzie to taki minimalistyczny prezent ode mnie dla was (chciałabym jeszcze dostawać prezenty na dzień dziecka... ^^'')

Tytuł: „Cuda dnia codziennego”
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)
Typ: oneshot
Gatunek: (mam nadzieję) komedia
Beta: -

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem? No właśnie, co wtedy?

Wibracje i pojedyncze, piskliwe piknięcie poinformowało mnie o nowej wiadomości. Wyjąłem telefon i obrzuciłem spojrzeniem wyświetlacz:
Wiadomość od: Kochanie
„Kupiłbyś puszkę tuńczyka, co? Albo najlepiej kawałek świeżego łososia! W osiedlowym widziałem na przecenie!... chociaż w osiedlowym to pewnie świeży to on już nie będzie… Nieważne… w każdym razie sprawdź, co jest w sklepie i tym razem weź na kolację coś DOBREGO! Jeśli znów przyniesiesz mi puszkę szprotek, to sam wepchnę ci je do gardła, a potem podrapię obicie twojej nowej kanapy! Ostrzegam!
~Z wyrazami miłości od twojego ukochanego Kota”

Jak babcię kocham, ja kiedyś uduszę tego sierściucha…
Westchnąłem ciężko i rad, nie rad skierowałem się do osiedlowego sklepu. Łosoś faktycznie nie wyglądał zbyt apetycznie, był już zeschnięty, a więc wolałem nie ryzykować kupnem czegoś, co ZNÓW mogłoby nie pasować jego wysokości Kotu, psia mać… Poza tym, surowy łosoś był strasznie drogi. Starałem się dla tego niewdzięcznego, humorzastego, liniejącego przez cały rok Kocura i naprawdę chciałbym go karmić samym łososiem i kawiorem wedle jego życzenia, jednak mój skromny budżet nie pozwalał mi na to. Z tego powodu tym razem wykosztowałem się jedynie na puszkę tuńczyka i dwa piwa.
Wyszedłem ze sklepu i skierowałem się w stronę mojego bloku. Wdrapałem się na odpowiednie piętro i zadzwoniłem dzwonkiem, gdyż mając w rękach torbę z rzeczami na siłownię, aktówkę z rzeczami potrzebnymi do pracy oraz siatką z zakupami nie mogłem wygrzebać kluczy z kieszeni. Odczekałem chwilę, jednak nic się nie stało. Użyłem dzwonka jeszcze kilkakrotnie, jednak nikt nie pokwapił się, żeby mi otworzyć. W końcu westchnąłem ciężko raz jeszcze, odstawiłem pakunki na podłogę i sam sobie otworzyłem. Kopniakiem posłałem zalegające na klatce schodowej rzeczy na korytarz i podenerwowany wszedłem do mieszkania.
- Ogłuchłeś? – warknąłem do Kota, który jakby nigdy nic siedział z nogą założoną na nogę na kanapie i krytycznie przypatrywał się swoim pazurom.
- Przepraszam, z takim głębokim uczuciem to do mnie się tak odzywasz? – prychnął obruszony.
- Przepraszam, ale z taką głęboką ignorancją to do mnie się tak obnosisz? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Yo-ka, do cholery, nie proszę przecież o wiele! Mógłbyś się czasem po prostu ruszyć i otworzyć mi drzwi! – zirytowałem się.
- A skąd niby mógłbym wiedzieć, że to ty stoisz za drzwiami? – spojrzał na mnie karcąco. – Przecież nie mamy wizjera w drzwiach! A co, jeśli otworzyłbym nieznajomemu? Wtedy byś mnie skrzyczał! – zaczął lamentować. – A co, jeśli to byłby jakiś złodziej? Co, gdyby ktoś mnie porwał? – futro zjeżyło się na jego puchatym ogonie, który niespokojnie obijał się o boki Kota.
- Yo-ka, błagam cię… Kto niby mógłby cię porwać? – prychnąłem, przewracając oczyma. – Kto by angażowałby całe przedsięwzięcie tylko po to, żeby cię uprowadzić? – machnąłem lekceważąco ręką.
- Jak to kto?! – zeskoczył z kanapy z gracją. – Każdy mógłby to zrobić! – fuknął. – Jestem w końcu rasowym kotem! – wykrzyknął z dumą i wymierzył we mnie oskarżycielsko palcem. – Wiesz, ilu złych ludzi tylko czeka, aby porwać takich jak ja i potem szantażować właścicieli na ogromne sumy okupu? – zbulwersowany ruszył w moim kierunku. – A ty to przecież nawet nie byłbyś w stanie mnie wykupić! Nie masz pieniędzy! – prychnął z pogardą. – A kto wie, co wtedy mogliby ze mną zrobić porywacze… - niemalże chlipnął.
- Nie dramatyzuj i przestań oglądać seriale – skarciłem go, schylając się do torby z przepoconymi ubraniami oraz otwierając pralkę jednocześnie. – Poza tym, jeśli chcesz mieć więcej pieniędzy to przestań cały czas wymagać, żebym ci kupował łososia i zacznij rozglądać się za jakąś pracą dorywczą – poradziłem. Yo-ka nagle zamarł w miejscu i momentalnie odskoczył, cofając się z powrotem z przedpokoju do salonu.
- Shoya, fuj! Jak te twoje ciuchy cuchną! – skrzywił się, zatykając sobie łapą nos. – Czemu ty zawsze tak śmierdzisz? – jęknął. W odpowiedzi jedynie spojrzałem na niego bezsilny. Serio, on mnie kiedyś wykończy… ale przedtem jeszcze puści z torbami! – Poza tym, co ty sobie wyobrażasz? Że niby co ja miałbym robić, jaką niby pracę znaleźć, co? – z marsową minął zaczął krążyć wokół stołu.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zamykając pralkę i rozglądając się za proszkiem do prania. – W gruncie rzeczy mógłbyś się zająć czymkolwiek, byleby tylko nie siedzieć bezczynie całymi dniami w domu – skwitowałem. – A tak swoją drogą, wiesz, że Koichi właśnie zalazł sobie pracę? Roznosi teraz gazety – dodałem szybko, zanim zdążył mi przerwać nabzdyczony. – Może nie zarabia kokosów, ale zawsze jakoś pomaga się utrzymać Tsuzuku, a ponad to ma na swoje drobne wydatki – rozłożyłem ręce. – Kupuje sobie karmę, na jaką ma ochotę, nowe zabawki, ubrania, zdobione obroże… - wymieniałem na palcach.
- Ja nie jestem jakimś durnym, zaślinionym kundlem, który zniżyłby się do takiego poziomu, żeby wykonywać taką prostacką robotę! – wykrzyknął ze złością i wskoczył na stół.
- Prostacka czy nie, Koichi ma teraz swój własny budżet i nie musi błagać Tsu o grosze na każdy jeden swój wydatek – wzruszyłem ramionami.
- A propos… skoro już jesteśmy przy temacie – Yo-ka znów skupił się na swoich pazurach. – Potrzebuję farby do futra – oznajmił. – Widzisz, jaki mam odrost? Jak ty o mnie w ogóle dbasz, co? – prychnął, wskazując na własny czubek głowy między sterczącymi uszami. W istocie, między tlenionymi pasmami futra dało się dostrzec ciemny pasek odrostu.
- To sobie idź do pracy i na nią zarób – odłożyłem rzeczy na swoje miejsce. – Idź zapytaj czy nie potrzebują jakiejś pomocy w rybnym, czy coś… - podsunąłem mu pomysł.
- I co jeszcze?! – syknął.
- I zbieraj się do wyjścia – dodałem.
- Co? – zdziwił się. – Gdzie idziemy? – zainteresował się, a cała jego złość, którą jeszcze chwilę temu kipiał, wyparowała w oku mgnienia zastąpiona przez czystą ciekawskość.
- Do parku – wyjaśniłem, a cały jego zapał i entuzjazm opadł. – No dawaj, Yo-ka, musisz zacząć się ruszać. Weterynarz kazał ci zacząć chodzić na spacery, bo przez to leżenie na kanapie robisz się leniwy – wytknąłem mu. – No i nie muszę chyba dodawać, że jak jesz, a się nie ruszasz to przybywa ci też nie tylko zimowego futra… - mruknąłem nieco ciszej.
- Co?! – znów się oburzył. – Insynuujesz, że jestem gruby?! – momentalnie zeskoczył ze stołu. Niefortunnie jednak zbił przy tym ogonem szklankę z wodą, która stała na blacie. Trzask tłuczonego szkła i rozbryzg wody sprawił, że przerażony Kot w jednej chwili znalazł się po drugiej stronie pomieszczenia, trzymając się w okolicach serca, jakby spodziewał się zaraz mieć zawał. – Przepraszam… - jęknął ze skruchą. – Ja nie chciałem… - głos mu się załamał, a wielkie, brązowe oczy o pionowych źrenicach zaszkliły. – Naprawdę nie chciałem… - pociągnął nosem.
- Wiem, że nie chciałeś – powiedziałem spokojnie i podszedłem do wystraszonego chłopaka, przytulając go do siebie. – To był wypadek – pogłaskałem go uspakajająco po głowie. – Następnym razem postaraj się jednak być trochę bardziej ostrożnym, dobrze? – westchnąłem. Kot w odpowiedzi jedynie pokiwał głową.
Yo-ka był charakterny jak większość Kotów. Był wybuchowy, nerwowy i dumny, ale przy tym również bardzo wrażliwy. Niekiedy doprowadzał mnie do szału, jednak koniec końców nie był z niego znowu aż taki najgorszy Kocur. W gruncie rzeczy wiedziałem, że jedynie udaje takiego opornego i hardego, gdyż tak naprawdę był dość strachliwy i kochający. Uwielbiał się pieścić i łasić, jednak sam sobie wyznaczał pewne granice, gdyż tak nakazywała mu jego Kocia duma i honor. Był nieco pokręcony i kłopotliwy, ale pomimo tego wszystkiego i tak go kochałem.
Usadziłem roztrzęsionego Kota na fotelu, a sam zabrałem się za sprzątanie. Jemu nie mogłem tego zlecić, gdyż inaczej obawiałbym się, że jakiś odłamek szkła mógłby skaleczyć mu łapę, co mogłoby być problematyczne. Może nie podejrzewałbym, że skończyłoby się to zaraz sepsą i amputacją, ale sam Yo-ka zapewne miauczałby o tym przez kolejne dwa lata i wypominałby mi to jako wielkie zaniedbanie.
- Jesteś bardzo zły? – zapytał, kiedy wyrzucałem odłamki szkła do śmietnika. Zdziwiony odwróciłem się i spojrzałem na niego. – Shoya, bardzo się gniewasz?... – spojrzał na mnie ze szczerą skruchą.
- Nie, nie gniewam się – przyznałem.
W końcu nigdy nie potrafiłem się na niego złościć. Kiedy spoglądał na mnie taki przestraszony, bliski płaczu, zawsze miękło mi serce. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że i on dobrze o tym wiedział, dlatego czasem wykorzystywał to przeciwko mnie i wysługiwał się mną, jednak nic nie potrafiłem na to poradzić. Taki już po prostu byłem. I taki już po prostu był on.
- Ja… - zająknął się. – Ja może jednak zapytam o tę pracę w rybnym… - mruknął pod nosem.
- Dobrze – skinąłem mu głową. – Ale teraz już się zbierajmy – poleciłem. – Umówiłem się z Tsuzuku na konkretną godzinę. Nie chcę, żeby musiał na nas niepotrzebnie czekać – rzuciłem, kierując się w stronę wyjścia.
Razem opuściliśmy mieszkanie i skierowaliśmy się w stronę niewielkiego parku, który mieścił się w pobliżu. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramę, z daleka dostrzegłem rozpartego na ławce bruneta, który przywołał mnie do siebie gestem ręki.
- No proszę, co to za wamp-kot wyszedł na zewnątrz i to w dodatku w pełnym słońcu? – Tsu zaśmiał się na widok Yo-ki, na co ten przewrócił oczyma i bez słowa zajął miejsce obok mnie. – Cześć, Shoya – przywitał się ze mną.
- Cześć – odpowiedziałem i bez zbędnych ceregieli podałem mu jedną z puszek piwa, które uprzednio zabrałem ze sobą.
- Hej, dzięki! – uśmiechnął się szeroko. – To się nazywa dobry przyjaciel! – zaśmiał się.
- Mój właściciel pije piwo w miejscu publicznym… jak zwykły cham, burak i prostak – fuknął Kocur pod nosem. – Świetnie… - burknął niezadowolony.
- Wyluzuj, co? – przewróciłem oczyma. – Bo ci jeszcze policzę za tą szklankę – wytknąłem mu. – I za ten talerz z poprzedniego tygodnia – dodałem. Na te słowa Kot podciągnął nogi pod klatkę piersiową i owinął stopy ogonem, kuląc się w sobie. – Jest piątek, daj odpocząć – rozsiadłem się wygodniej. – Swoją drogą, gdzie Koichi? – zainteresowałem się, zwracając do bruneta i zostawiając urażonego Kocura samego sobie.
- Właśnie tu biegnie – Tsuzuku wskazał na różowowłosego, który w istocie właśnie zmierzał w naszym kierunku z wydzielonego pola do zabawy dla zwierząt.
- Hej, Koichi – przywitałem się.
- Cześć, Shoya! – szczeknął radośnie Pies i od razu wgramolił się na kolana swojego właściciela. – Daj mi się napić! – wydusił zdyszany, wyciągając ręce w kierunku piwa.
- Ej, ej, to nie dla ciebie! – Tsu starał się obronić swoją własność. – Zwierzaki nie mogą pić czegoś takiego!
- Nieważne! Daj mi tylko łyka! – jęknął błagalnie i w końcu dopadł puszki.
- Wystarczy! – brunet odjął różowowłosemu puszkę od ust. Psisko wciąż dyszało ciężko po długim biegu. – Z kim się tam bawisz? – zainteresował się.
- Przyszedł Yoshiatsu i Tomo! – wykrzyknął uradowany Koichi. – I jest też Manabu i Kazuki! O, o, i jest jeszcze ten nowy, ten co się niedawno wprowadził do bloku obok… - zamyślił się na moment. – Ale nie pamiętam jego imienia… - przyznał nieco zażenowany.
- No wiesz co? – Tsuzuku zaśmiał się i pogłaskał pupila po mokrych od potu włosach. – Bawisz się i nawet nie wiesz z kim? – zsunął dłoń na kark Psa, na co ten aż przymknął oczy z zadowolenia. – Hej, może weźmiesz Yo-kę ze sobą i pójdziecie wszyscy razem się pobawić? – zaproponował.
- W porządku! – różowowłosy, który wciąż jeszcze dobrze nie wypoczął, skoczył na równe nogi i nie czekając na odpowiedź Kota, chwycił go za łapę i pociągnął w swoim kierunku. Zdezorientowany Kocur zdążył mi jeszcze posłać przestraszone spojrzenie, na co ja uśmiechnąłem się do niego uspakajająco.
- Serio… Jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytał brunet, wskazując brodą mojego pupila.
- Sam się czasem zastanawiam… - przyznałem. – Czasami naprawdę chciałbym mieć przy sobie tak pociesznego Psa jak Koichi… ale w gruncie rzeczy kocham Yo-kę takim, jaki jest – wzruszyłem ramionami.
- Miłość wiele wybacza, co? – zaśmiał się mój towarzysz.
- A tak właściwie… Czemu ty pozwalasz pić Psu piwo? – zdziwiłem się.
- Kurde, sam nie wiem, jak to tak wyszło… - przyznał nieco zmieszany. – Zanim się obejrzałem, ten już zaczął wyciągać mi butelki z lodówki, a w weekendy razem z kapciami, gazetą i puszką dla mnie, niósł też puszkę dla siebie – rozłożył bezradnie ręce. – Z jednej strony fajnie jest się z nim napić, ale z drugiej wiem, że nie powinienem mu na to pozwalać, bo to nie służy jego zdrowiu – skrzywił się nieco.
- To fakt – przyznałem mu rację.
Posiedzieliśmy na ławce i poplotkowaliśmy jeszcze przez chwilę, zanim nasze zwierzaki do nas nie wróciły – zmęczony do granic możliwości Pies i zjeżony Kot. Wziąłem mojego strachliwego kompana pod ramię i pożegnawszy się ze znajomymi, ruszyłem wraz z nim w kierunku domu.
- Yo-ka… - zacząłem.
- Jeśli zamierzasz znów na mnie narzekać, to lepiej w tej chwili zamilcz! – prychnął. – Wciąż tylko na mnie narzekasz i narzekasz! I zachwycasz się, jacy to wszyscy wokół są wspaniali tylko nie ja! – pisnął niemalże płaczliwie, uparcie odwracając głowę w innym kierunku, abym nie mógł spojrzeć w jego twarz.
- Nic podobnego! – zaoponowałem. – Chciałem tylko zapytać, co z tą pracą dorywczą… - sprostowałem.
- Zapytam jutro czy kogoś nie potrzebują… jutro… - niemal chlipnął, na co ja przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem.
- Hej, co jest Kocie? – ująłem jego pyszczek w dwa palce. On usilnie próbował uciekać gdzieś spojrzeniem. – Co to za jakieś oskarżenia, co? – zacieśniłem uścisk wokół jego pasa. – Może i czasem trochę tam na ciebie gadam… - westchnąłem. – Ale ty na mnie też, nie? – wzruszyłem ramionami. – I to nie jest nic złego. Czasem wszyscy mamy siebie dość i musimy sobie choćby trochę ponarzekać i powymyślać – widząc, że jednak niekoniecznie to chciał usłyszeć, dodałem uspakajająco: - No i nie oznacza to, że cię nie kocham albo kocham cię mniej niż kiedykolwiek wcześniej – uśmiechnąłem się i musnąłem jego usta, po czym pogłaskałem go w czułym geście po głowie.
Yo-ka od razu zaczął zadowolony mruczeć. Dwie starsze kobiety, które stały nieopodal potraktowały nas krzywymi spojrzeniami. Do naszych uszu doszły specjalnie głośniej wypowiadane komentarze o tym, jak to można okazywać więcej miłości jakiemuś zwierzęciu niżby innemu człowiekowi. Przewróciłem na to jedynie oczyma. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią i nie zrozumieją pewnych rzeczy. Cóż, ale widocznie tak już musi być… dzięki temu przynajmniej mamy jakąś różnorodność, nie? Nawet jeśli ona sama w sobie czasami nie jest dobrą rzeczą…
Weszliśmy do mieszkania. Podniosłem z podłogi ulotki reklamujące mieszkania do wynajęcia. Pobieżnie przesunąłem wzrokiem po zdjęciach, adresach i cenach.
- Spójrz, to wygląda ładnie! – blondyn wskazał na jedną z ofert. – I całkiem niedrogie! Porównywalne do tego, w którym mieszkamy teraz! – zauważył triumfalnie.
- Zgadza się – mruknąłem, nie podzielając jego entuzjazmu. – Ale tu jest dopisek, że właściciel nie życzy sobie żadnych zwierząt w mieszkaniu – wskazałem na czerwony napis, a Kot momentalnie posmutniał.
Mój pupil, jak i każde inne zwierzę, nie był mistrzem w czytaniu. Skomplikowane znaki kanji były dla niego szczególnie trudne i do czytania, i do pisania ze względu na inne ustawienie kości w kociej łapie. Z tejże racji miał problem z rozszyfrowaniem owego napisu. Niemniej, był bardzo mądrym Kotem, toteż nauczył się mniej więcej rozróżniać ceny. W większości liczył zera na końcu kwoty, ale zapamiętał również różnice między cyframi, a więc trzy nie było dla niego identyczne jak osiem, a sześć jak dziewięć, a numerki na klawiaturze telefonu nie służyły mu jedynie do tworzenia buziek i emotikonów. W gruncie rzeczy nauczył się cen dzięki przesiadywaniu w sklepie rybnym. Wiedział, że nie może naciągnąć mnie na zbyt wiele, dlatego ostro kombinował, żeby pojąć choćby podstawy matematyki… i muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle, więc mogłem być z niego naprawdę dumny.
- Nie rób takiej miny – szturchnąłem go. – Tutaj też nam się dobrze żyje – rozłożyłem ręce.
- Ale masz tak daleko do pracy… i przez to później wracasz, i wcześniej wychodzisz – wtulił się we mnie. – Tęsknię za tobą przez cały dzień, wiesz? – niemal szepnął, rumieniąc się obficie.
- Ja za tobą też, skarbie – odpowiedziałem i pocałowałem go namiętnie.
I tak już wyglądało moje życie… Wiele osób uważało mnie za dziwaka, ale mnie naprawdę wystarczał mój Kot do szczęścia. Nie szukałem już żadnej innej, drugiej połówki. Byłem szczęśliwy mogąc po prostu z nim przebywać. Jasne, Yo-ka nie był święty… ale w zasadzie, kto by chciał żyć ze świętym pod jednym dachem? Czasem dobrze jest trochę wspólnie pogrzeszyć…
Bo miłość nie wybiera, nie?

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem?


No właśnie, co wtedy?