Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogłoszenia parafialne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogłoszenia parafialne. Pokaż wszystkie posty

Zamknięcie "działalności"

Witam serdecznie po (kolejnej) przedłużającej się przerwie na tym blogu. 
Właściwie tylko po to, żeby zapowiedzieć kolejną, jeszcze dłuższą.
Tym razem to nawet nie zapowiadam już przerwy, a koniec ostateczny (taki Nostradamus ze mnie, huh ^^''). Doszłam do wniosku (a ostatnio miałam trochę też czasu na przemyślenia), że nie ma po co ani dla kogo już tego ciągnąć. Starałam się wszelkimi możliwymi sposobami wskrzesić tego trupa, którym jest Tainted World, ale za każdym razem odnosiłam klęskę. Próbowałam przywrócić mu jego "cześć i chwałę", ale się nie udało. No i w sumie trudno.
Wiem, że już kiedyś odgrażałam się, ale kiedyś to była inna sytuacja. Obecnie sama nie zaglądam już na tego blog, nic na niego nie piszę i jakoś mi z tym dobre. Już za tym nie tęsknię, tak jak kiedyś, więc z czystym sercem mogę zamknąć tę "działalność". Mam jeszcze na dysku mnóstwo nieopublikowanych tekstów, ale nie będę już ich tu wrzucać. Niech sobie siedzą w kącie, w cieniu, może jeszcze kiedyś do czegoś się przydadzą po pewnych poprawkach. Nie ma sensu, żebym "obnażała" się tu ze wszystkiego na "hurra!", bo pisać w eter to żadna przyjemność, a kto wie, może kiedyś w przypływie jakiejś nadmiernej pewności siebie zgłosiłabym jakieś wypociny na konkurs czy coś.
Obecnie wkręciłam się też w publikowanie innej serii, którą próbowałam (bezskutecznie) zainteresować czytelników Tainted World, która nagle przybrała na popularności i znalazła sobie stałych fanów. Nie chcę ich zawieść, a poza tym sama uważam, że tamto opowiadanie jest jednym z moich najlepszych (i najdłuższych) wypocin i przynosi mi ono dużo więcej radości niż trup Doki iri no Sekai, więc no... ^^''
To nie jest, tak jak kiedyś, próba wymuszenia jakiegoś ruchu czy odzewu na blogu, ale po prostu informacja, że nie będzie on już kontynuowany. Nie zamierzam też go usuwać, może sama czasem wrócę do czegoś po jakieś pomysły, ale pozwolę mu już umrzeć w spokoju i nie będę już dłużej maltretować tego nieboszczyka (bo to niekulturalne!). Nie mam też o nic do nikogo pretensji i nie będę straszyć nikogo pochodniami i widłami (tak, jak to było wcześniej) tylko już zaakceptowałam ten stan rzeczy takim, jaki jest. Poza tym, zdaje się, że w końcu zrozumiałam, co to znaczy "wyrosnąć" z takiej tematyki - zwyczajnie człowiek z czasem zaczyna się interesować czymś innym i nie ma, co się na siłę w czymś kisić, szczególnie jeśli to "coś" nie przynosi wymiernych rezultatów. I nie ma w tym nic złego. Poniekąd poszerzanie swoich horyzontów i zainteresowań może świadczyć o rozwoju człowieka, prawda?
No dobra, to by było na tyle z moich wyjaśnień i tłumaczeń. Możliwe, że do zobaczenia... gdzieś indziej ^^''

Ogłoszenia parafialne i ważne, noworoczne decyzje!

Dobra, miały być ogłoszenia, to są. Proszę, żeby wszyscy, którzy chociaż sporadycznie wchodzą na bloga przeczytali je i żeby dali mi jakiś odzew w komentarzu, żebym wiedziała, co dalej robić.

Po pierwsze i chyba najważniejsze to wpadłam na pomysł, żeby porzucić niedokończone opowiadania takie jak "Hayakki-yoko""Uważaj, czego pragniesz" (aka. "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia"), "Książę z bajki" oraz "Geisha no furin". Jeszcze nie zdecydowałam, co z "Nowym Światem", gdyż z jednej strony lubię to opowiadanie, ale z drugiej... no właśnie, nie ukrywajmy, że minęło dość sporo czasu, odkąd regularnie dodawałam kolejne rozdziały tych serii - po części możliwe, że straciłam główny wątek i pierwotny zamysł (nie żeby to był jakiś większy problem, ale mimo wszystko), a po części ludzie sami przyznali, że przez te przerwy, zawieszenia etc., pogubili się już w tym, pozapominali, o co w tym wszystkim chodzi i po prostu zrezygnowali z dalszego czytania. A dla autora (nawet amatora ^^'') nie ma nic gorszego niż publikowanie w eter i czytanie komentarzy typu: "Przeczytałbym... ale jednak nie..." ^^'' Nie chodzi tu jednak o to, żebyśmy nawzajem zaczęli obrzucać się mięsem, ale zwyczajnie pomyślałam, że może lepiej byłoby, gdybym odcięła się od tego ciągnącego się za mną "ogona" i skupiła się na czymś bardziej "na topie" - mam przez to na myśli, że chciałabym w końcu zacząć publikować jakieś opowiadania, które nawiązują do realnych zdarzeń mających miejsce na scenie visual-kei. Mam już napisane na zapas kilka one-shotów, zaczęłam pisać nową serię, której, póki co, oddałam całe swoje serce i naprawdę chciałabym wystawić ją na światło dzienne, a nie chować w czeluściach dysku aż do czasu, kiedy stwierdzę, że opisywana we mnie tam sytuacja stanie się już nieaktualna i przedawniona, więc wszystko wyląduje w koszu (znowu ^^'').
Niemniej, chciałabym kontynuować serię "Interesy z diabłem" i ją z pewnością skończę, choć będzie ona miała z pewnością więcej niż tylko trzy części (nie zamknę historii w następnym rozdziale, a nie chcę lecieć po łebkach i skracać scenariusza). Wciąż jednak nie zamierzam wyjeżdżać z nią poza ramy mini-serii, toteż tym razem zakładam, że będzie miała ona cztery-pięć części.
W gwoli ścisłości dodam jeszcze, że zawieszone serie nie będą kontynuowane... no chyba, że faktycznie podniosłaby się tu jakaś mała rebelia domagająca się kontynuacji, ale szczerze wątpię, żeby coś podobnego miało kiedykolwiek miejsce na tym blogu ^^''

W takim razie moje pierwsze pytanie brzmi czy zgadzacie się na taki porządek rzeczy? Pozwolicie odciąć mi się od przeszłości i wraz z nadejściem nowego roku mieć świeży start? ^^'' Oczywiście jeżeli chcecie, abym kontynuowała jakieś opowiadanie także dajcie mi znać, gdyż wasza opinia jest dla mnie ważna C:

A teraz czas na nowości! 
Mój wstępny plan zakładał, aby skończyć "Interesy z diabłem" w pierwszej kolejności, żeby nikt już nie wypadł z rytmu, nie zapomniał, co działo się w poprzednich rozdziałach etc. Jako "przerywniki" mogłabym od czasu do czasu wrzucić jakiś one-shot lub miniaturkę. Mam już napisaną miniaturkę z paringiem Cion x Kuu (VRZEL) oraz one-shot z paringiem Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth) x Rushi (Jupiter, ex Killaneth), Cion x Kuu (VRZEL). Jest on także swoistym, jednak nie powiedziałabym, że absolutnie niezbędnym wprowadzeniem do nowej, póki co nienazwanej jeszcze serii, w której również występuje Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit (ex Killaneth), MiA (Mejibray) oraz Yohio (Disreign). Póki co nie chcę jeszcze zdradzać peringu, bo to może być jednak trochę bardziej skomplikowane opowiadanie niż początkowo zakładałam x''D Zapewne ostateczny paring będzie zależny od tego, ile osób będzie opowiadało się za danym "team'em" x''p Mam już napisane aż cztery pełne rozdziały tego opowiadania, toteż możecie mieć pewność, że gdybym w końcu je zaczęła publikować, to kolejne części z pewnością pokazywałyby się regularnie C:

Ale to nie koniec! Mam także kolejną mini-serię, tym razem z paringiem Yo-ka x Shoya (DIAURA). Myślę, że wyjątkowo mi się ona udała (mimo iż jest jeszcze w fazie pisania, ale dobrze mi się ją pisze i jeden rozdział jest już odstawiony na picuś-glancuś x''p gotowy do publikacji, kolejny jest w fazie "kwarantanny" ^^''). Myślałam, żeby przeplatać ze sobą to opowiadanie z Kaim, Nihitem, Mią i Yohio wraz z mini-serią z Yo-ką i Shoyą, żeby na blogu nie było zbyt monotonnie i żeby w ostateczności każdy miał, co poczytać, nawet jeśli nie jest fanem jakiegoś mojego konkretnego tworu C;
W międzyczasie zapewne naskrobałabym pod wpływem impulsu (znając mnie) parę one-shotów, więc mam nadzieję, że nie byłoby tu nudno :D Przede wszystkim chciałabym napisać coś z paringiem Tsuzuku x Koichi (Mejibray) oraz Aryu x Pitty (Morrigan) z racji ostatnich wydarzeń, jakie miały miejsce.

I w tym momencie pojawia się moje drugie pytanie. Czy podobają wam się zapowiedzi nowych serii oraz ich paringi bardziej niż starych? Które z nich chciałybyście zobaczyć najszybciej?

Jak zwykle korzystając z okazji chciałabym jeszcze przypomnieć o komentowaniu, gdyż komentarze karmią autora i ich im więcej, tym szybciej powstają nowe twory! ♥ Zapraszam też do udzielania się i korzystania z chatu na blogu, który po wielu miesiącach w końcu powrócił na swoje miejsce C:

Liczę na waszą pomoc i opinie w komentarzach! ♥

Tłumaczenia autora

Boziu, jak ten czas leci… Toż to ostatni wpis był w marcu!… Jakim cudem ja się pytam? O.o’’ A dałabym sobie rękę uciąć, że publikowałam go góra dwa tygodnie temu =.=’’ Dobrze, że z nikim się o to nie zakładałam, bo teraz nie miałabym już ręki, a wtedy pisanie przychodziłoby mi jeszcze trudniej… >.<’’

Ale do rzeczy – kiedy w końcu zdałam sobie sprawę (dzięki waszym przypomnieniom), od jak dawna nie dawałam znaku życia, stwierdziłam, że dobrze by było jednak jakoś się wytłumaczyć.
Moim usprawiedliwieniem może być brak czasu, którego ostatnio jest za mało dosłownie na wszystko T_T Poza tym weszłam teraz w „cudowny”, 6-tygodniowy okres niekończących się egzaminów, takich „pół-matur”, od których będzie zależało czy jakiś uniwersytet się mną w ogóle zainteresuje i tak dalej (nie wnikajmy w zawiłości angielskiego systemu nauczania). W każdym razie mam 7 „matur” z samej matmy, jeden z IT, dwa z angielskiego i polskiego, a do tego jeszcze masę assassmentów na inżynierię i IT, więc impreza pełną parą C’’: Nikt nie wie, w co ma włożyć ręce, po college’u kręcą się inspektorzy z zewnętrznych środowisk, wszyscy panikują i każą poprawiać dwudziesto-paro-stronicowe referaty, żeby zmienić kilka znaków interpunkcyjnych, żeby nikt nie mógł się do niczego przyczepić ;_;
Ponad to jestem zaangażowana w różne pozaszkolne projekty i chyba wychodzi na to, że będę musiała się sklonować podczas moich miesięcznych, najkrótszych w życiu wakacji, żeby pracować na uniwersytecie jako researcher i w banku jednocześnie :’’D Znaczy… jeszcze nic nie jest przyklepane na sto procent, bo tu jak zwykle czeka się z decyzjami do ostatniej chwili, ale nie oznacza to przecież, że nie można zarzucić mnie przez to stosem papierologii, latania z paszportami, aktami urodzenia, insurance numberami i innymi pierdołami z jednej części miasta do drugiej, a nawet w konsekwencji do innego miasta, prawda? W gruncie rzeczy wszystko zależeć będzie od wyniku mojego background checking, co do którego nie jestem znowu aż tak pewna, ale cóż… nie wiadomo czy praca na wakacje będzie, ale póki co i tak mam dzięki temu wszystkiemu dwa razy więcej zadań do wykonania. Ponad to, niezależnie od tego czy wyląduje w banku czy na uniwerku, w obu przypadkach moje godziny pracy to 8-18, od poniedziałku do piątku, a w weekendy robię za opiekunkę dla młodszej siostry, więc znowu – czasu wolnego zostaje mi właściwie tyle, co nic; mniej więcej godzina dziennie przeznaczona na lunch C’’:
No więc w skrócie, jak się nie uczę, to gdzieś latam z jakimiś dokumentami, to robię jakieś kursy i szkolenia i tak dalej, więc mój czas na pisanie jest nawet bardziej niż ograniczony. Jeśli nawet znajdzie mi się już  jakaś wolna chwila, to lecę na siłownię (od której ostatnio jestem uzależniona), a potem jestem zazwyczaj już tak zmęczona, że padam na twarz i zasypiam ^^’’ Ponad to jest jeszcze jednak taka osoba, z którą chciałabym się zacząć regularniej widywać (nie wiem jakim cudem – opcja sklonowania w tym wypadku wydaje się naprawdę kusząca xp), więc jest naprawdę milion powodów, dla których 24h to dla mnie zdecydowanie zbyt mało X’’D

Brak czasu to jedno, jednak tak jak już zauważyłam, kiedy nadchodzi lato, pojawia się u mnie tendencja do stronienia od romansów i przede wszystkim yaoi, gdyż w tym właśnie okresie skupiam się bardziej na fantasy i horrorach. Nie wiem, czym jest to uwarunkowane, ale tak po prostu jest xp Więc nawet jak już coś tam sobie skrobię, to zazwyczaj w zupełnie innych klimatach, które nijak nie mają się do tematyki bloga. Niemniej, jeśli ktoś byłby zainteresowany czytaniem nieco odmiennych moich wypocin (lub po prostu się nudzi), to zapraszam do zerknięcia na mojego wattpada, gdzie wrzucam treści wszelakie C:
Ostatnimi czasy w głowie siedzą mi demony, siły piekielne, krwawe walki i Apokalipsa… jak miło, prawda? xp

Także tak, to są właśnie wyjaśnienia mojej nieobecności – brak czasu, testy, robota, tona papirologii, siłownia, Wen skłaniający się ku innym gatunkom oraz pewny, szanowny ktoś – mam nadzieję, że mi wybaczycie i jeszcze trochę poczekacie, bo mimo wszystko wciąż myślę o „Tainted World”, jednak najzwyczajniej w świecie mam pustkę w głowie, a ponad to żadna z opublikowanych tu prac nie zadowala mnie swoim standardem… >.<’’ Nie chcę jednak piać na siłę, gdyż zdaję sobie sprawę, że to tylko dodatkowo pogorszyłoby sytuację, a przede wszystkim nie wpłynęłoby zbawiennie na akcje opowiadań, które zapewne zniżyłyby się już do poziomu kreatywności i talentu literackiego trzylatka. Już tak dosłownie. Na amen.

Swoją drogą pozwoliłam sobie usunąć zakładkę „Chat-box Ruki”, który stworzyłam kiedyś jako zabawkę, kiedy mi się nudziło, bo w sumie i tak nikt tego nie używał. W jej miejsce wstawiłam link prowadzący do mojego wattpada, jakby ktoś chciał szybko przeskoczyć do moich innych prac.

Pewne osoby pytały też czy jeszcze żyję i w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy są aż tak znowu na bieżąco ze względu na to, że nie dołączyli jeszcze do mojej grupy na facebooku – więc jeżeli ktoś chce być informowany o tym, co tam skrobię i czy w końcu zapowiada się na moje wielkie zmartwychwstanie, to zapraszam właśnie na tę grupę, gdzie często pytam członków o ich opinię, ich także informuję jako pierwszych… właściwie o wszystkim xp

Tymczasem, do zobaczenia… usłyszenia… przeczytania ^^’’ Do następnego razu i proszę, bardzo ładnie proszę, nie znienawidźcie mnie T_T

~Kita-pon


PROJECT: DREAMS

Dziś bez notki (ale spokojnie, "Książę z bajki" jest już ukończony - znaczy jeden rozdział, rzecz jasna, nie cała seria!... znaczy tak właściwie to już nawet półtora, a może jedna i trzy czwarte rozdziału, więc niedługo będziecie mogły spodziewać się czegoś do poczytania C:), ale za to z pewnym ogłoszeniem. Otóż zostałam poproszona o udostępnienie na blogu informacji o projekcie DREAMS. Polega on na tym, iż fani wysyłają zdjęcia z koncertów, z których potem założyciele tworzą film. 
Pozwolę sobie zacytować tekst wiadomości, którą otrzymałam, żeby być pewną, że niczego nie pominęłam:
"Hejka,
My, czyli Project Dreams, organizujemy fan akcje dla The GazettE. Polega ona na stworzeniu filmu - pamiętnika. Fani wysyłają nam zdjęcia z koncertów (nie podczas występów!) i tworzymy z tego film. Jeśli znasz kogoś, kto był na ich koncercie podczas światowej trasy lub, jeśli nie będzie to dla ciebie problem, udostępniłabyś wiadomość o fan akcji na swoim blogu, byłybyśmy wdzięczne :D

Pozdrawiam
Alex"

Także, jeśli ktoś dysponuje jakimiś zdjęciami to zachęcam do wzięcia udziału, gdyż w moim mniemaniu wszelkie akcje fanowskie powinny być wspierane (o prywatnych opiniach na ten temat możemy porozmawiać sobie na grupie na facebooku xp). Sama niestety nie wybrałam się (jeszcze) nigdy na Gazetto, toteż nie mogę sama bezpośrednio wziąć udziału, ale przynajmniej staram się nieco rozgłosić sam projekt.

Możecie kontaktować się z założycielkami projektu przez maila: project.dreams.gazetto@gmail.com lub poprzez ich stronę na facebooku, do której dołączam wam link: https://www.facebook.com/ProjectDreams/?ref=aymt_homepage_panel


PS Pozwolę sobie tylko zastrzec (może i głupotę, ale jednak ^^’’), że jeżeli piszecie do mnie to jestem przeszczęśliwa, ale o ile serio nie macie na imię Alex, to proszę nie wybierajcie sobie tego nicku =.=’’ Obecnie piszę/pisałam już z sześcioma Alexami, z czego pod tym imieniem skrywały się osoby obojga płci, przez co trochę już ciężko mi ogarnąć, który Alex jest który… x.x’’ Przepraszam za to, ale taka prawda ;_;

Podziękowania z okazji dwa i pół tysiąca komentarzy + nowe pomysły

Nareszcie w domu, nareszcie przy klawiaturze, więc w końcu mogę napisać wam…

OGROMNE DZIĘKUJĘ Z OKAZJI 2509 KOMENTARZY NA BLOGU~!

Chciałam wyrobić się na równe dwa i pół tysiąca (jak to brzmi~! @.@) komentarzy, ale tak akurat wyszło, iż w ten czas byłam w Polsce i nie miałam za bardzo możliwości korzystania z dobrodziejstwa sieci internetowej ^^’’ Niemniej, żeby sprostować pewną rzecz pozwolę sobie podkreślić fakt, iż nie dziękuję wam za samą liczbę komentarzy. Liczba faktycznie jest tylko daną statystyczną, ale wasze komentarze nie są przecież bezsensownymi zbitkami liter i znaków interpunkcyjnych. Chciałam wam niesamowicie podziękować za zaangażowanie i waszą nieopisaną chęć udzielania się (zarówno na blogu, jak i na grupie na facebooku), która jest widoczna właśnie przez te komentarze. No i co najważniejsze w końcu, po stokroć dziękuję wam także za treść owych komentarzy. Nie od dziś wiadomo, że komentarze są pożywieniem dla pisarza (lub po prostu autora bloga C’’: ), jednak… tutaj jest coś więcej… przynajmniej dla mnie. Niesamowicie miło jest czytać o tym, jak ktoś nie możne doczekać się następnej części, snuje jakieś domysły co do przyszłych losów opowiadania, zostawia pozytywną opinię, która daje mi siłę do działania. Koniec końców, jeśli mam być szczera, to ten blog jest zarówno moim jak i waszym dziełem – owszem, może to ja piszę i publikuję, popełniam mniejsze i większe błędy etc., ale nie ma co ukrywać, że gdybym od tak po prostu wrzucała to sobie w eter, to już dawno skończyłabym z tym, gdyż zapewne nie mogłabym znaleźć w sobie wystarczająco zapału, aby to kontynuować. Dzięki pisaniu, jak już kiedyś nieraz wspominałam, mogę też się wyrazić, a więc w słowie pisanym ukrywam pewne swoje przekonania, doznania i przemyślenia, których nie mogę przedyskutować z nikim twarzą w twarz z różnych powodów. Z tej racji pisanie działa na mnie wręcz uspakajająco – jest dla mnie swoistą wersją terapii grupowej xD Może na pierwszy rzut oka wydawałoby się to być takie „nic”, ale (niezależnie od tego jak banalnie czy błaho to zabrzmi) myślę, że blog w jakiś sposób nieco mnie zmienił, a i czytając kolejne moje opowiadania (szczególnie w kolejności chronologicznej) uważam, że można zauważyć ten mój postępujący proces zmiany (zdolności „pisarskich”, światopoglądu, nastawienia do otoczenia etc.). Dla mnie to naprawdę istotna rzecz C:

No, jak już wspomniałam wcześniej, szczęśliwie udało mi się już wrócić z wojaży do Polszy xD Różne partie tego wyjazdu były śmieszne, smutne, szokujące i dziwaczne, toteż o tym wszystkim mogłabym napisać jakąś dobrą serię xp W ostatnim czasie moje życie osobiste toczy się dość dziwnym torem, toteż miałam (nie- ?) przyjemność znalezienia się w sytuacji rodem z szablonowego oneshota T^T … Definitywnie powinnam przestać chodzić do klubów… ale dzięki temu przynajmniej mam nowe pomysły ^^ Wciąż mam dużo prac, które tylko siedzą w mojej głowie, ale jak na razie nie będę rozwodziła się nad tym zbyt długo (głównie dlatego, że moje koncepcje z czasem stają się tylko coraz bardziej skomplikowane ^^’’). Temu tematowi chyba będę musiała poświęcić cały post w najbliższym czasie C’’: Niemniej, uchylę wam rąbka tajemnicy i zdradzę, że „Piekło 2.0” może mieć jednak 3 części ze względu na to, że druga znów wyszła straszliwie obszerna (a właściwie ostatecznego końca wciąż jeszcze nie widać xp).

Czekajcie z niecierpliwością na nadchodzące posty. Postaram się, żeby było ciekawie :D


~Kita-pon

Ogłoszenia parafialne, linki i zmiany

No dobrze… Dziś trochę inaczej niż zawsze, bo bez opowiadania, ale za to z bardzo istotnymi informacjami i kilkoma pytaniami.
To jak? Dobra czy zła wiadomość najpierw?
Zacznę mimo wszystko od dobrej, żeby tak nie smutać (na przekór tradycjom tego bloga xD).
Pierwszą dobrą informacją jest to, że wybieram się na koncert DIO 10 kwietnia w Londynie. Mam nadzieję, że to mnie jakoś zmotywuje do dalszego działania i pisania w tematyce j-rocka, gdyż w ostatnim czasie w mojej głowie świecą pustki, a ja zajęłam się pisaniem nieco innych tworów. Szanowny Wen zmienny jest, ale nie oznacza to przecież, że nie można czasem od niego czegoś wymagać, prawda?
Odnośnie tej sprawy mam kilka pytań. Nie chwaliłam się tym wyjazdem wcześniej, gdyż obawiałam się, że coś może w trakcie nie wypalić, ale teraz myślę, że data koncertu jest na tyle blisko, iż w końcu mogę się zapytać: Czy ktoś wybiera się do Londynu na ten koncert? Wiem, że DIO zagra też we Wrocławiu, więc teoretycznie lepiej kopsnąć się do innego, polskiego miasta niżby do innego kraju, ale cóż… może akurat ktoś z was tam się wybiera, dzięki czemu moglibyśmy się spotkać? ^^
Rzeczą do przewidzenia jest, że po koncercie zapewne będę przez pewien czas „fazować” na Mikaru. I w tym momencie pojawia się kolejne pytanie: Czy ktoś wciąż jest zainteresowany tym, abym pisała to opowiadanie reader x Mikaru lub po prostu jakaś wykreowana (wspólnymi siłami) postać żeńska x Mikaru? Oczywiście nasz Misiu występowałby w roli wampirka (bo do nikogo innego nie pasują one tak jak do niego C;). Jeśli ktoś jest za, to proszę o jakikolwiek odzew w komentarzu i informację, za którą wersją opowiadania się opowiadacie (który rodzaj paringu).
Drugą dobrą (mam nadzieję) informacją jest to, że tutaj oto macie link (klik) do oficjalnej grupy bloga. Wiem, że Tsu i Lilien próbowały prowadzić fanpage poświecony mojej „twórczości”, ale z czasem umarło to śmiercią naturalną. Niemniej, nie myślcie sobie, że stałam się pyszna czy coś w tym rodzaju, gdyż chciałabym, żeby ta strona na facebooku jedynie usprawniła naszą komunikację. Wiem, że niektórzy nie mają kont na bloggerze lub nie lubią pisać maili, żeby się z kimś skontaktować, toteż tutaj pojawia się trzecie rozwiązanie, gdyż niemal wszyscy zapewne mamy konta na facebooku. Oczywiście, mój adres mailowy dalej działa, wiec jeżeli ktoś życzy sobie się skontaktować, to zachęcam
No to teraz czas na tę z kolei trochę mniej przyjemną część. Z powodu mojego braku weny do pisania yaoi oraz wyczerpujących się zapasów napisanych w epoce kamienia łupanego, muszę odejść od metody publikowania co tydzień nowego opowiadania. Wrócę do starej, chaotycznej metody wrzucania notek, kiedy uda mi się coś naskrobać. Z tego powodu uważam, że fanpage może być przydatną rzeczą, gdyż za jego pomocą mogłabym dawać wam znać, kiedy już coś pojawi się na blogu lub wrzucać jakieś zapytania, które ułatwiłyby mi pracę.
Zachęcam do dołączenia do grupy i udzielania się, zadawania pytań i przede wszystkim nie wstydzenia się personaliów!

Tymczasem wesołych świąt, robaczki! ~(^-^~)~(^-^)~(~^-^)~

Masa pytań + oneshoot "Last Heaven" Ruki (The GazettE) x ?

Po pierwsze: GDZIE ZNIKNĘŁO DWÓCH OBSERWATORÓW, JA SIĘ PYTAM?! T_T

Dobra, a przechodząc już do czegoś, na co odpowiedź mogę dostać (liczę na to @.@), to interesują mnie następujące rzeczy:
1. Po pierwsze myślałam nad założeniem nowej strony na facebooku (tak, wiem, jedna niby na mój temat została założona, ale nie ja ją prowadziłam, więc zmarło jej się śmiercią naturalną). Nie traktowałabym tego raczej jako fanpage, ale jako taki sposób komunikacji z wami. Mogłabym przede wszystkim informować was w owy sposób o publikacji nowej notki (tak, wiem, że pojawiają się one regularnie i dla nikogo nie są one zaskoczeniem =.=), ale przede wszystkim chciałabym zamieszczać tam jakieś pytania do was. Często piszę o czymś na wstępie posta, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy to czytają, nie chcąc marnować czasu na kolejne narzekania kolejnego autora bloga (wierzcie mi, doskonale to rozumiem i się o to nie burzę ;_;). Śmiem twierdzić, że każdy z nas używa facebooka częściej niż zagląda na mojego bloga, więc może w ten sposób udałoby nam się poprawić komunikację, która jest dla mnie bardzo ważna C: Bo serio, czasem mam jakiś pomysł albo cuś, ale boję się tego "od tak" wprowadzić w życie ze względu na przytłaczającą ilość serii, które zaczęłam, a wciąż nie skończyłam. No więc zadaję pytanie... a odpowiedzi właściwie brak :c
2. Po drugie to rozmyślałam nad trochę innym gatunkiem opowiadania - tak, zdaję sobie sprawę, że niektórzy w tej chwili chcą mnie zastrzelić, bo to oznacza, że kolejne opowiadania zostaną zaczęte... ale co do ich zakończenia to już wielka niewiadoma. Niemniej, zauważyłam tendencję wzrostową do pojawiania się "normalnych" opowiadań z muzykami sceny Visual-kei w angielskim fandomie. Pisząc "normalne", mam na myśli scenariusz muzyk x jakaś wymyślona postać żeńska (tak, czytam czasem takie pierdoły, bo niektóre z nich są przeurocze, przesłodkie [skip: trzysta milionów innych epitetów] oraz kawaii). Przyznam się, że sama zaczęłam już coś pomalutku skrobać w tym kierunku. Zaczęłam opowiadanie w klimatach szkolnych, gdzie głównym muzykiem jest Ruki - tak! Kolejna seria strzałów z karabinu maszynowego w moją stronę za infantylność! ^^'' Zdaję sobie sprawę, że jest to dla niektórych interesujące i oryginalne jak skarpetki jako prezent na święta, ale cóż... to się tak łatwo i przyjemnie pisze... Nic na to nie poradzę! C'': Wciąż jednak nie mam zbyt dokładnie określonej głównej bohaterki żeńskiej, gdyż chciałabym abyśmy wykreowali ją wspólnie. Interesuje mnie przede wszystkim imię i nazwisko. Chciałabym też, żeby była niska (ze względu na wzrost Ruksona oraz mój własny - a teraz anegdota z życia Kity-pon: ostatnio byłam w sklepie i jak zobaczyłam na wieszaku przy spodniach napis 162cm -> 12-13 lat, to prawie szczęką zamiatałam podłogę x.x Ja mam 162cm [zdeptałam się jakimś cudem o 2 cm ;_;], a 13 lat to ja już skończyłam dawno temu...) oraz żeby miała długie włosy. Jeśli już kreuję jakąś postać żeńską to zazwyczaj ma ona u mnie czerwone włosy i zielone oczy, ale przy tym się nie upieram - poddaję wszystko pod waszą windykację.
3. Jak zapewne wiecie (albo i nie), nie lubię wampirów... ale lubię za to bardzo Mikaru (ex. DIO, Black Line, G.L.A.M.S.) - a z kolei on bardzo lubi wampiry i do nikogo innego nie pasują one jak właśnie to tego świetnego człeka xD Pisałam już z nim kiedyś opowiadanie Halloweenowe (kiedyś - jak opowiadanie Halloweenowe to wiadomo, że na Halloween, nie? x''p) Mikaru x reader (płci żeńskiej) i doczekałam się pod tym postem kilku bardzo pochlebnych komentarzy, w których powtarzał się zwrot, iż chciałybyście takiego Mikaru na własność :D (nawet nie wiecie, jak cieszy mnie to, że polubiłyście charakter, jakim go obdarzyłam ♥). Z tej właśnie racji zamarzyło mi się to opowiadanie rozwinąć. Zastanawiałam się jednak nad jego miejscem publikacji... cóż, bądź co bądź jest to blog yaoi, więc trochę mi się tematyka gryzie. Nie myślę jednak, żeby zakładanie drugiego bloga było dobrym pomysłem, więc pomyślałam, że zarówno to opowiadanie, jak i to z Ruksem, mogłabym publikować w częściach na facebooku (i ewentualnie jednocześnie na wattpadzie). Dzięki temu nie zaśmiecałabym tego bloga, który i tak już zawiera tyle treści, że czasem mnie samej ciężko jest już ogarnąć co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego... Opowiadania te byłyby pisane tylko jako dodatek, więc na blogu regularnie co tydzień i tak pojawiałaby się notka z yaoi.

Tak więc liczę na odzew w komentarzach - bardzo, bardzo ładnie proszę, bo mi na tym zależy ♥

A teraz nie przedłużając już dłużej:

Tytuł: „Last Heaven”
Paring: Ruki (The GazettE) x ?
Typ: oneshot
Gatunek: ?
Beta: -
Ostrzeżenia: kolejność wersów jest zmieniona według mojego uznania

Always stay this way
(Pozostańmy na zawsze tak jak teraz)

Chciałbym zostać już na zawsze w naszym wspólnym niebie. Chciałbym niezmiennie, nieskończenie trwać w tym szczęściu razem z tobą. Nie odwodzi mnie od tego absurdalnego marzenia nawet to, iż brzmi ono dziecinnie. Jest ono niemalże boleśnie nierealne, przeczące prawom fizyki i logiki. Powinienem pozbyć się go. Dzięki temu zaoszczędziłbym sobie wiele cierpienia, możliwe, że nawet udałoby mi się dzięki temu nieco dorosnąć, ale w gruncie rzeczy… nie chcę tego. Lubię nawet tę moją dziecięcą naturę. Nie widzę nic złego w gonieniu za niedoścignionymi marzeniami. Złudna nadzieja na ich spełnienie wciąż daje mi siłę na próbę ich realizacji – to właśnie dzięki temu nieustanie staram się tak mocno zachować nasze wspólne niebo; tak samo mocno jak i ty. Przez to udało nam się wytrwać w naszym niebie pomimo bezlitośnie upływającego czasu, podczas gdy inni poddali się, wracając do piekła samotności.

届かない夢を見ていよう
Todokanai yume o mite iyou
(Oglądajmy marzenia, które są poza naszym zasięgiem)

Zawsze znajdzie się coś, co pozostanie poza naszym zasięgiem. Nie jest to jednak powodem do smutku. Kiedyś też oglądaliśmy marzenia, które wydawały nam się być poza naszym zasięgiem – teraz jednak, spoglądając na nie z dystansu czasu raz jeszcze, wiemy, że było to błędne założenie; dowodem tego może być to, że wspólnie je osiągnęliśmy.
Warto więc marzyć – śnijmy zatem razem, abyśmy mogli oglądać wspólnie ten sam sen.

遠き宙 無限の時 零れる星に今願いを
Tōki chū mugen no toki koboreru hoshi ni ima negai o
(Odległe niebo, nieskończony czas, teraz [ślę] moje modlitwy ku gwiazdom, które ukazały się [na nim])

Spoglądając na odległe gwiazdy z balkonu wciąż marzę o tym, aby ich dosięgnąć. Z drugiej strony pragnę też tak bardzo zostać przyziemnym, aby móc stać u twojego boku już na zawsze. Wpatrując się w rozgwieżdżone, nocne niebo, powierzam mu moje modlitwy, mając nadzieję, że kiedyś wrócą do mnie spośród gwiazd, spełniając się na naszych oczach.

時を重ねる
Toki o kasaneru
(Czas gromadzi się)

            Czas mija nieubłaganie, niezależnie od naszych starań, poczynań czy w końcu od nas samych. W jakiś sposób jesteśmy też jego częścią. Nie traktujmy go jednak dłużej jak wroga, gdyż niekiedy okazać się może, że będzie on naszym sprzymierzeńcem.

Love without shape changing day by day
(Miłość bez kształtu zmieniająca się dzień po dniu)

            Miłość nie ma określonego kształtu czy koloru. Zmienia się z każdym dniem, z mijającym czasem, podobnie jak i my sami – ponieważ my sami ją tworzymy. Możliwe, że w momencie, kiedy się poznaliśmy, nasza miłość wyglądała zupełnie inaczej. Niemniej niezależnie od tego wciąż darzymy się wzajemnie tym uczuciem i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

キミのように「永遠」でありたい
Kimi no yō ni „eien” dearitai
(Chcę być „wiecznością” tak jak ty)

            To ty pierwsza obdarowałaś mnie tym niegasnącym uczuciem. Z czasem uczyłaś mnie, jak być w nim wytrwałym. Trzeba przyznać, że byłem dość opornym uczniem, ale ostatecznie przecież postawiłem sobie szczytny cel – nauczenia się „wieczności” niezależnej od przemijającego czasu, której inspiracją byłaś ty.

悲しみは置いて行くよ
Kanashimi wa oite iku yo
(Porzucę smutek)

            Przy tobie nie sposób się smucić. Nie da się być smutnym, mając jednocześnie na wyciągnięcie ręki wieczne i niezmienne uczucie szczęścia, którym mnie obdarowałaś.

Long road chich leads to the calm hill
(Długa droga, która prowadzi do spokojnego wzgórza)

            Droga, która musieliśmy przebyć, aby w rezultacie stworzyć sielankę, w której teraz mamy to szczęście żyć, była długa i nie zawsze prosta. Ośmieliłby się nawet stwierdzić, że w większość wiodła ona pod górę, gdyż musieliśmy pokonać wspólnie niezliczoną ilość przeszkód i trudności. Ostatecznie jednak podołaliśmy zadaniu. Udało nam się razem wspiąć na szczyt tego wzgórza, nawet jeśli czasem niezbyt mądrze wybieraliśmy trudniejsze szlaki. Teraz jednak siedząc już na szczycie tegoż wzgórza, możemy w spokoju podziwiać rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami.

Always stay this way
(Pozostańmy na zawsze tak jak teraz)

Chciałbym zostać już na zawsze w naszym wspólnym niebie. Chciałbym niezmiennie, nieskończenie trwać w tym szczęściu razem z tobą. Nie odwodzi mnie od tego absurdalnego marzenia nawet to, iż brzmi ono dziecinnie. Jest ono niemalże boleśnie nierealne, przeczące prawom fizyki i logiki. Powinienem pozbyć się go. Dzięki temu zaoszczędziłbym sobie wiele cierpienia, możliwe, że nawet udałoby mi się dzięki temu nieco dorosnąć, ale w gruncie rzeczy… nie chcę tego. Lubię nawet tę moją dziecięcą naturę. Nie widzę nic złego w gonieniu za niedoścignionymi marzeniami. Złudna nadzieja na ich spełnienie wciąż daje mi siłę na próbę ich realizacji – to właśnie dzięki temu nieustanie staram się tak mocno zachować nasze wspólne niebo; tak samo mocno jak i ty. Przez to udało nam się wytrwać w naszym niebie pomimo bezlitośnie upływającego czasu, podczas gdy inni poddali się, wracając do piekła samotności.

Memento mori
All things must have an end
(Pamiętaj o śmierci. Wszystkie rzeczy muszą mieć swój koniec)

            Niestety nic nie trwa wiecznie – kto wie, może nawet nasze pojmowanie wieczności jest błędne i w gruncie rzeczy i ona ma nawet swój koniec?
Wszystko posiada swój koniec, jednak nie jest to coś, czym powinniśmy się martwić. Koniec nie zawsze jest bezpowrotny; koniec nie zawsze oznacza destrukcję. Czasem jest równoznaczny z przemianą, ewolucją w coś nowego.
I tak jak nasza bezkształtna, zmieniająca się dzień po dniu miłość kończy się wraz z kolejnym zachodem słońca, tak rozpoczyna się kolejny raz wraz z jego wschodem, aby odrodzić się na nowo w nieco zmienionej postaci.

But you don’t need to grieve
また めぐり逢えるよ
Mata meguri aeru yo
(Ale nie ma co się smucić, ponieważ będziemy mogli spotkać się ponownie)

            Dla nas słońce już zawsze będzie wschodzić, więc będziemy mogli spotykać się ponownie każdego kolejnego dnia. Z tego powodu można powiedzieć, że w pewien sposób koniec nas nie dotyczy; nie obawiajmy się go zatem, gdyż strach zawsze maluje rzeczy straszniejszymi niż są one w rzeczywistości. Dla naszej dwójki każdy koniec będzie nowym początkiem w naszej wspólnej wieczności usianej zmianami.
            Nie ma w tym nic złego.
            Może to naiwne, ale myślę, że uczucie tak silne jak to, które nas łączy, może pokonać upływ czasu. Możesz nazwać to reinkarnacją czy jakkolwiek inaczej, ale ja po prostu wierzę, że koniec, który kiedyś nas spotka, nie będzie końcem ostatecznym.

不朽の季 波打つ海 零れる星に今願いを
Fukyū no ki namiutsu umi koboreru hoshi ni ima negai o
(Nieskończone pory roku, falujące morze, teraz [ślę] moje modlitwy ku gwiazdom, które ukazały się [na niebie])

            Kiedy wpatruję się w zatokę i jej ciemne wody lśniące w środku nocy w świetle księżyca, dochodzę do wielu zaskakujących wniosków. Jednym z nich jest to, iż gdyby czas w istocie zatrzymałby się, to ograbiłoby nas z takich cudów jak migoczące gwiazdy czy przemijające pory roku. Wszystko zatrzymałoby się w martwym punkcie, który mimo iż byłby piękny, to bardzo nostalgiczny. Piękno mijających pór roku polega właśnie na ich cykliczności i zmianie; myślę, że na tym też opiera się piękno naszego związku, który przeobraża się, dorasta. Dochodząc do takich konkluzji, niekiedy myślę, że powinienem zacząć obawiać się możliwości zatrzymania czasu niczym najgorszej katastrofy, jednak ta druga część mnie wciąż w jakiś irracjonalny sposób tego pragnie.
            Czasem naprawdę czuję się rozdarty.

キミに成れば「永遠」と教えてくれ
Kimi ni nareba „eien” to oshiete kure
(Pokaż mi „wieczność”, która stała się tobą)

            Niemniej zdaje się, że tłumaczę to wszystko tylko i wyłącznie dla siebie. Ty pojmujesz czas. Nie zastanawiasz się nad jego naturą. Jest on dla ciebie czymś oczywistym. Zespoliłaś się z nim perfekcyjnie.
            Naucz mnie tego, proszę. Zostań moim nauczycielem raz jeszcze, podczas gdy ja zostanę twoim wiernym uczniem. Będę się starał, aby w końcu samodoskonalić się podobnie jak i ty.

Long road chich leads to the calm hill
(Długa droga, która prowadzi do spokojnego wzgórza)

            Droga, która musieliśmy przebyć, aby w rezultacie stworzyć sielankę, w której teraz mamy to szczęście żyć, była długa i nie zawsze prosta. Ośmieliłby się nawet stwierdzić, że w większość wiodła pod górę, gdyż musieliśmy pokonać wspólnie niezliczoną ilość przeszkód i trudności. Ostatecznie jednak podołaliśmy zadaniu. Udało nam się razem wspiąć na szczyt tego wzgórza, nawet jeśli czasem niezbyt mądrze wybieraliśmy trudniejsze szlaki. Teraz jednak siedząc już na szczycie tegoż wzgórza możemy w spokoju podziwiać rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami.

光を灯すように
明日を照らす
Hikari o tomosu yō ni ashita o terasu
(Aby zapalić światło i oświetlić jutro)

            Wspólnie na szczycie naszego wzgórza zapaliliśmy światło, aby oświetlić sobie drogę w dół, gdyby z jakiejś przyczyny przyszłoby nam pokonywać ją raz jeszcze. Jak wiesz, wolałbym się już stąd nie ruszać, gdyż jestem już trochę zmęczony tą wspinaczką, ale jeśli zmiany zabiorą nas do takiego miejsca, które wymusi na nas pokonanie stromego stocza wzgórza raz jeszcze, ochoczo ruszę z tobą ramię w ramię.
            Nasze uczucia rzucą światło na przyszłość, która już nigdy nie będzie mroczna, a ja trwając tak niezmiennie u twojego boku, już nigdy więcej nie będę się jej obawiał.

Good night…My beloved
Last heaven of mine
(Dobranoc… moja ukochana. Moje ostatnie niebo)

                Moje ostatnie niebo – ostatnie, bo właściwe. Nie zamierzam marnować więcej czasu na poszukiwanie żadnego innego. W końcu zrozumiałem, że znalazłem się we właściwym miejscu; prawdopodobnie po raz pierwszy raz w życiu.
            Dobranoc, moja ukochana.
Przy tobie mogę spać spokojnie.


- Tak, moja ukochana, mam nadzieję, że kiedyś cię znajdę; dokładnie taką, jaką cię wyśniłem – odezwałem się do otaczającej mnie ciszy i pustki dookoła, które były jedynymi świadkami moich łez.

"Książę z bajki" cz.6 + wyniki głosowania

Jej, jej, jej~! Jestem taka zaskoczona~! 14 komentarzy pod postem - chciałoby się powiedzieć, jak za dawnych lat xD
Dobra, ale wstęp i tak będzie długi, więc nie rozwodząc się nad rzeczami nieistotnymi w tej chwili, przejdźmy do rzeczy istotnych xp ; zatem wyniki głosowania uplasowały się ostatecznie tak:
a) "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia" - 7 głosów = 17%
b) "Nawet śmierć nas nie rozłączy" - ... szczegółowe informacje poniżej*
c) "Co by było gdyby..." - 2 głosy = 5%
d) "Le Ciel" - ...szczegółowe informacje poniżej*
e) "Vampire depression" - 1 głosów = 3%
f) "Geisha no Furin" - 3 głosy - 7%
g) "Dorośnij!" - 4 głosy = 10%
h) "Hayakki-yoko" - 5 głosów = 12%
i) "Książę z bajki" - 8 głosów 21%
j) "Closer to Ideal" - 6 głosów = 13%
k) "Nowy Świat" - 5 głosów = 12%
*Szczegółowe informacje do "Nawet śmierć nas nie rozłączy" oraz "Le Ciel" - szczerze powiedziawszy to wpisałam na listę te opowiadania tylko ze względu na to, iż były niedokończone. Niestety, kiedy przypomniałam sobie, jak zostały napisane to... O matko i córko! Serio, to jest tak beznadziejne, iż gdyby ktoś przeprowadzał teraz jakiś konkurs na największą żenadę opublikowaną w internecie, to coś czuję, że mogłabym zostać nominowana po złote maliny ^^'' Szczerze powiedziawszy to przydałoby się te dwa opowiadania napisać od nowa, bo nie widzę żadnego innego rozwiązania dla nich. Może kiedyś wezmę się za ich gruntowną odnowę, reaktywację czy jakkolwiek inaczej by tego nie nazwać, ale na obecną chwilę stronię od nich, będąc porażoną moją własną głupotą C'':

Tak, jak nam pokazują statystyki, wygrał "Książę z bajki". Prawdę mówiąc to zdziwiło mnie trochę, iż pesymistyczny Hiro ma tyle fanów xD Z tej właśnie racji zdecydowałam się na kontynuowanie tej serii oraz (werbel proszę)... "Hayakki-yoko" i "Nowy Świat"~!
Wiem, że teoretycznie, idąc zgodnie ze statystykami na pierwszy rzut (czemu chciałam napisać miot? xp) powinnam kontynuować "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", ale... szczerze powiedziawszy chcę was potrzymać trochę w niepewności xD Cieszę się, że przejawiłyście zainteresowanie tym opowiadaniem, pomimo tego jak długo już go nie kontynuowałam - z tej racji także mam nadzieję, że kolejna, drobna obsuwa w czasie was nie zdenerwuje ^^'' Piszę sobie powoli to opowiadanko, ale póki co nie będę go publikować. Chcę, abyście nawet po zakończeniu tych najbardziej interesujących (na tę chwilę) serii wciąż tutaj wracały i miały ku temu powód - mam nadzieję, że takim powodem może stać się przynajmniej to opowiadanie C:
A co do "Closer to Ideal" - wszystkie trzy ostatnie pozycje miały identyczny wynik, więc decydując się na jedną z nich, powinnam kontynuować wszystkie (przynajmniej tak zakładają moje prawa logiki), ale po prostu uznałam, że chcę się teraz trochę mocniej skupić na tym, co robię, dlatego większa ilość kontynuowanych serii mogłaby mnie rozpraszać i mylić. Z tego też powodu "Closer to Ideal" wrzuciłam do "drugiej trójki" do kontynuowania.
A więc podsumowując: pierwszymi trzema seriami, które będę kontynuować są: "Książę z bajki", "Hayakki-yoko" oraz "Nowy Świat". Następne w kolejce są "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", "Closer to Ideal" oraz "Dorośnij!" - reszta planów będzie ustalana na bieżąco xD

Ach, no i w końcu postanowiłam zmienić nazwę dla "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", bo jest ona niewyobrażalnie długa. Akai Haruki zaproponowała "Uważaj, o co prosisz" oraz "Kara boska", inną propozycją było także "Dziewczyną być". Po pewnym czasie również ja włączyłam proces myślenia, w wyniku którego wymyśliłam "Zważ na to, czego pragniesz" (nie, wcale nie brzmi po staropolsku xp), ale ostatecznie zdecydowałam się na "Uważaj, czego pragniesz". To będzie nowy tytuł dla tej serii, podczas gdy stary stanie się tytułem alternatywnym. Co o tym sądzicie? Podoba wam się nowa nazwa?

Dobra, nie przedłużając już więcej, serwuję nowy odcinek z najbardziej lubianej serii na moim blogu ♥

„Książę z bajki” cz.6

Siedziałem na skórzanej, czarnej kanapie studyjnej i bez większego zainteresowania wpatrywałem się w drzwi. Nie czekałem na to, aż ktoś wyjdzie ani przyjdzie. Ot po prostu był to przedmiot, w którym utkwiłem spojrzenie. Na moim kolanie stał styropianowy kubek z wodą, na którym rytmicznie, zgodnie z biciem mojego serca, zaciskałem i rozluźniałem palce, znacząc go śladami po wbijanych w nań paznokciach.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytał szeptem Crena, na co Caz jedynie wzruszył ramionami.
Zdawało się, że moja obecność nie przeszkadzała im w plotkowaniu o mnie albo zwyczajnie uznali, iż odpłynąłem myślami tak daleko, że już nic do mnie nie docierało – ale to nieprawda. Byłem aż zaskakująco przytomny i zachowywałem trzeźwy umysł, mimo iż naprawdę usilnie próbowałem zmienić ten stan rzeczy. Chciałem, aby jakaś głęboka zaduma albo chociażby napoje wysokoprocentowe pozwoliły oderwać mi się od rzeczywistości.
Wpatrywałem się w te drzwi, niczego nie wyczekując, ale jednocześnie spodziewając się wszystkiego. W tej chwili nawet gdyby triceratops wparował do naszej sali, nie drgnęłaby mi nawet powieka; serio. Niemniej bardziej niż dinozaura z rodziny ceratopsów spodziewałbym się tej kobiety. Teoretycznie nie mogła wejść do studia, gdyż w końcu nie była do tego upoważniona, ale po mojej matce można było spodziewać się wszystkiego - dosłownie wszystkiego.
- Chyba trochę przesadziliśmy z kalibrem działa, jakie wytoczyliśmy przeciwko niemu… Wiesz, Hiro to też człowiek – odezwał się w końcu gitarzysta.
Mówi się, jaka mać taka nać – a co jeśli ta mać nie ma córki tylko syna? Co jeśli to syn jest tak podobny do rodzicielki? Jaka mać taka pietruszka…? Ale pietruszka to też rodzaj żeński… może w takim razie koperek?...

***

Był już późny wieczór, właściwie noc, a ja siedziałem w jednej z mniejszych knajpek izakaya z moim starym znajomym Martinem. Poznałem się z nim podczas mojego wyjazdu do USA. Mój amerykański znajomy był miłośnikiem Nipponu, toteż co jakiś czas tutaj przybywał, zagłębiając się w coraz to węższe, nienazwane uliczki tokijskie – dziś zwiedzałem je razem z nim. Niestety, jako że zwiedzanie to męcząca czynność, musieliśmy nieco odpocząć w barze, przy czym dla rozluźnienia nie żałowaliśmy sobie wina ryżowego.
Zapytacie teraz z pewnością, jak udało mi się wyrwać z domu podczas obecności mojej matki? Właściwie to wywinąłem się jednym z klasycznych i oklepanych tekstów z seriali – oświadczyłem wszem i wobec, że idę po papierosy, kiedy tak naprawę nie wracałem już od kilku dobrych godzin.
Przechylając kolejną czarkę, obrzuciłem zmęczonym spojrzeniem anomalię, która rozgrywała się po przeciwnej stronie blatu. Siedział tam bez wątpienia buddyjski mnich zażerający się yakitori. No, to by było tyle w sprawie wegetarianizmu. Jeśli takie rzeczy dzieją się na sali, to co mogło czekać mnie w toalecie? Właściwie chyba nie byłem tego ciekaw… nie chciałem przekonywać się o tym na własnej skórze.
Ten lokal od początku wydawał mi się być szemrany, ale Martin upierał się, że z moimi problemami nie poradzę sobie na trzeźwo. Niemal siłą mnie tu zaciągnął, wysłuchawszy uprzednio pobieżnej historii o tym, co wykręcili mi Cazqui i Ketsueki.
Bar czynny był dwadzieścia sześć godzin na dobę, a więc zamykany był o drugiej w nocy; co z kolei oznaczało, że – jak wspaniale obliczyłem – jeśli został otwarty w piątek, to jego zamknięcie powinno odbyć się w szóstek. Tak, nocne Tokio i sake w temperaturze nie wyższej niż otaczający nas skwar pory letniej zawsze stymulowały u mnie kreatywne myślenie.
- Ej – odezwał się nieco burkliwie mój towarzysz, który już dość mocno przesadził z napojami zawierającymi procenty. – Dlaczego azjaci, kiedy piją, robią się czerwoni na twarzy? – zapytał, całkowicie poważnie patrząc mi w oczy.
- Bo mają mniejszą tolerancję alkoholową; to chciałeś usłyszeć? – przewróciłem oczyma.
- A więc to prawda?! – nagle poderwał się znad blatu, na którym prawie już się kładł. – Chwila, chwila… Ale ty tak nie masz… Jakiś udawany, nieprawdziwy jesteś! – zarzucił mi.
- Co? – podniosłem jedną brew, próbując zrozumieć coś z jego bełkotliwego wywodu.
- Nie jesteś azjatą, bo nie robisz się czerwony, jak pijesz! – wycelował we mnie paluchem, niemal wsadzając mi go do nosa. – Oszukałeś mnie!
- Jasne – pokiwałem głową, przyznając mu rację. Nie miałem ochoty kłócić się z nim w takim stanie. – Może odprowadzę cię już do… no nie wiem, jakiegoś hotelu kapsułowego, żebyś tam zaczął swoją terapię trzeźwiącą? – zaproponowałem ostrożnie.
- Nie – zaprzeczył ostro. – Nie sypiam w hotelach kapsułkowych – pokręcił głową. – W razie koszmarów czy nagłej potrzeby skorzystania z toalety w środku nocy sufit jest tam za nisko. Zresztą… nawet jeśli chodzi o trzeźwienie to przybytek ten jest do kitu. Wstajesz na kacu, nie wiesz, co się dzieje, chcesz się wyprostować i na „dzień dobry” dostajesz w łeb od przedmiotu nieożywionego… no i wracasz do stanu początkowego – westchnął ciężko. – Upokarzające…
- Oh… - mruknąłem z uznaniem dla klarowności myślenia, jaką w pewnym stopniu udało mu się zachować, co w tym stanie naprawdę graniczyło z cudem. – Nie ma problemu – rozłożyłem ręce. – Znajdziemy ci coś z wyższym sufitem – obiecałem. – Ale musisz trzymać się mnie – zastrzegłem. – Jeśli dalej będziesz chciał się szwendać po mieście, zgarnie cię policja i wylądujesz na wytrzeźwiałce – ostrzegłem.
- Nie boję się – odparł dumnie wypinając pierś do przodu. – Powiem im, że regularnie bywamy u siebie z cesarzem i na pewno mnie puszczą – spojrzałem na niego z politowaniem. – Znaczy ja u siebie, a on u siebie, ale oni już o tym wiedzieć nie muszą – uśmiechnął się chytrze, podczas gdy ja sam miałem ochotę w tej chwili walić głową o blat.
Zapadła między nami cisza. Martin chyba kontemplował swoje pijackie halucynacje, podczas gdy ja wpatrywałem się tępo w czarkę z alkoholem, który w takim nastroju nie smakował mi. W ostatnim czasie zbyt wiele rzeczy poszło nie tak, żebym mógł po prostu utopić wszystkie smutki w jednej małej czarce…
Wtem moje smutne rozmyślania przerwał odgłos obdzieranego ze skóry genetycznie zmutowanego kota, który próbował wyciągnąć zachrypłym głosem wysokie C w jednym z haiku Bashō. Drgnąłem. Przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze. Skrzywiłem się pod nosem, rozglądając się w poszukiwania źródła tego okropnego dźwięku.
- Co to było? – wybełkotał mój znajomy.
- Rozłożyli sprzęt do karaoke – oświadczyłem. – Spadamy stąd – zarządziłem.
Szybko uregulowałem rachunek i wyciągnąłem towarzysza znajdującego się już w lekkim stanie nieważkości z przybytku, w którym operowe skowyty rozjeżdżanej hieny stawały się coraz głośniejsze. Mój sfrustrowany kolega spoglądał na mnie z takim wyrazem gęby, iż przez chwilę zastanawiałem się czy nie padł ofiarą martwicy mózgu.
- Odprowadzę cię do domu – zaproponowałem.
Niestety, plan dobry w założeniu nie wypalił w rzeczywistości. Zdążyliśmy przejść zaledwie kilka metrów, kiedy Martina zemdliło i siłą rzeczy musieliśmy odwiedzić toaletę publiczną. Opierałem się właśnie o drzwi jednej z kabin, gdzie po drugiej stronie mój towarzysz przeprowadzał wylewne (dosłownie) rozmowy z wielkim uchem, w zaistniałym układzie wyposażonym w gorący natrysk przeczyszczający gardło rozmówcy, potocznie zwany bidetem. Ach, te japońskie toalety – pamiętam, jak przy pierwszej wizycie w Tokio mój znajomy nie mógł wyjść z podziwu dla poziomu ich zaawansowania.
Wtem ktoś wszedł. Średnio zainteresowany pojawieniem się nowego osobnika, obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem… po czym szczęka opadła mi do samej podłogi, wbijając się w posadzkę na dobre kilka centymetrów.
- C… Co ty tu robisz? – wydukałem z trudem, nie mogąc uwierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności. – No teraz to już jestem pewny, że mnie śledzisz! – ściągnąłem groźnie brwi, spoglądając na bruneta.
- Ja? – zdziwił się. – Wcale cię nie śledzę! – zaoponował. – Po prostu kiedy przechodziłem obok… um… Usłyszałem dziwne odgłosy i… chciałem sprawdzić czy wszystko w porządku… - zakłopotany podrapał się po karku, wbijając spojrzenie w wykafelkowaną podłogę.
- O dobry Buddo, miej mnie w swojej opiece… - westchnąłem rozżalony, spoglądając na Crenę z politowaniem. Samarytanin wielki się znalazł, psiamać…
Kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, że coś rzeczywiście jest nie tak, gdyż Martin od pewnego czasu się nie odzywał, uchyliłem drzwi kabiny. Żywiłem cichą nadzieję na to, że chłopak nie zasnął na desce klozetowej, ululany przyjemnym uczuciem wywoływanym przez fakt, iż była ona podgrzewana – niestety, jak się okazało, było znacznie gorzej.
- Mam kontrolę nad statkiem! – wydarł się Amerykanin, kiedy tylko zorientował się, że jest obserwowany. Jego palce zwinnie tańczyły nad panelem sterującym umieszczonym po prawej stronie toalety. – I unik! Cholera, wyślijcie przeciw nim kilka torped fotonowych! Działko laserowe, gdzie jest działko?! – darł się. W końcu znalazł odpowiedni przycisk, przez co woda wystrzeliła z wmontowanego bidetu i zmoczyła mu twarz. – Wszystkie strzały sięgnęły celu! – cieszył się, jakby miał z czego. – Nie opuszczać mostku bez wyraźnego rozkazu! – uderzył pięścią w deskę. – Pierwszy! Cała naprzód! – rzucił władczym tonem.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytał niepewnie Ketsueki.
Chciałem potwierdzić, aby go spławić, jednak w tej chwili sam nie byłem o tym do końca przekonany.
Nagle Martin wstał i odpychając mnie od drzwi, zaczął je naprzemiennie zamykać i otwierać, trzaskając przy tym głośno.
- Co ty wyprawiasz, idioto?! – wrzasnąłem na niego, otrząsnąwszy się w końcu z szoku.
- To za Hiroszimę! A to za zbombardowanie Tokio! – wrzeszczał niczym opętany, trzaskając drzwiami.
- Opanuj się! – ryknąłem na niego, wyrywając mu klamkę z dłoni.
- Spokojnie, wiem, co robię – uśmiechnął się pijacko. – Rano nie będę nic pamiętał, sądząc, że to ty odwaliłeś taki show. Wrócę do Ameryki, naopowiadam, jakie to chamstwo i buractwo szerzy się w Japonii, ludzie to łykną, wybuchnie konflikt dyplomatyczny, w wyniku którego spadną ceny ryżu i będziemy mogli jeść tańsze sushi! – klasną uradowany w dłonie.
Nie miałem na to już odpowiedzi. Potrafiłem jedynie stać i wpatrywać się w niego z uchylonymi ze zdziwienia ustami, próbując zrozumieć, co mu też odwaliło. Cholera, od początku wiedziałem, że ten lokal był jakiś podejrzany… Dobrze, że przynajmniej ja nie wypiłem aż tyle tego ścierwa w barze…

***

Ze względu na stan chłopaka nie mogliśmy samopas zostawić go w hotelu, toteż zdecydowaliśmy się przenocować go u początkującego wokalisty. Możliwe, że do mnie byłoby nawet bliżej, jednak z racji tego, że w moim mieszkaniu przebywała moja matka, nie mogliśmy go tam umieścić. No i tak właśnie wylądowałem u Creny po raz drugi.
- Wychodzę! – darł się Martin, mając jakieś nieuzasadnione uprzedzenia przed zostaniem u bruneta na noc.
Ketsueki po drodze wspaniałomyślnie wstąpił do sklepu po piwo, aby spić Amerykanina jeszcze bardziej. Optymistycznie (jak zwykle) zakładał, że uda nam się go doprowadzić do niemal pełnego stanu nieświadomości i ubezwłasnowolnienia, dzięki czemu moglibyśmy po prostu rzucić go na podłogę i pozwolić mu spać do popołudnia, jednak ten po kolejnym zastrzyku procentów stał się jeszcze bardziej agresywny. Co prawd musieliśmy niemal już go nieść, jednak to nie zmieniało tego, że darł się nieprzeciętnie. Jedynym plusem tego wszystkiego był fakt, że nogi odmawiały mu już na tyle posłuszeństwa, że sam nie mógł chodzić, będąc totalnie zdanym na naszą łaskę lub jej brak.
- Wstaję! – oświadczył z mocą. Dźwignął się na kolana, po czym znowu z hukiem wylądował na podłodze. – Nie wstaję! – sprostował, poddając się i układając na podłodze w przedpokoju.
- O dobra Kannon, czym ty go nafaszerowałeś? – szepnął zdziwiony muzyk.
- Ja? – prychnąłem. – To on chciał mnie tym nafaszerować! – broniłem się.
Jedyną odpowiedzią ze strony Creny było niepewne spojrzenie, którym mnie potraktował oraz ciche westchnienie wydane podczas kręcenia głową z dezaprobatą. Bez słowa odwrócił się i ruszył w głąb mieszkania.

***

Rano, kiedy wróciłem do domu, poczułem się jak dzieciak. Miałem wrażenie, jakbym wrócił do nastoletnich czasów, kiedy wymykałem się na imprezę pod pretekstem całonocnego zakuwania. Wjeżdżając już na odpowiednie piętro, przeglądałem się w lustrze w windzie, poprawiając rozczochrane włosy i pogniecione ubranie. Spryskiwałem się obficie dezodorantem, a następnie perfumami, które nosiłem w swojej torbie szkolnej właśnie na takie okazje. Do ust wciskałem kolejne pastylki gumy do żucia, aż w końcu w pewnym momencie orientowałem się, że policzki mam już wypchane jak chomik, żując niemal pół opakowania owej gumy na raz. Jednocześnie próbowałem przy tym także zachować obojętny wyraz twarzy, jakby było to rzeczną normalną, na porządku dziennym. Nieważne, że przez owy zabieg z trudem udawało mi się wyartykułować pojedyncze słowa, gdyż reszta zdania przemieniała się w jakiś niezrozumiały bełkot. Właściwie… z punktu widzenia czasu to nawet dobrze. Jako nastolatek nie miałem głowy do picia, toteż nad ranem udawało mi się wracać wciąż w stanie lekkiego upojenia alkoholowego lub na kacu; w tamtym wypadku i tak wychodziło to jednak na to samo, gdyż na kacu potrafiłem tak samo bezsensownie bełkotać jak i w czasie, kiedy byłem po prostu pijany.
Dziś historia zatoczyła koło. Wykonałem te same wszystkie czynności, aby w końcu przekroczyć próg własnego mieszkania. Dobra, czas na jakąś tanią wymówkę. Tym razem nie mogłem wykręcić się nauką do testów. Moje szare komórki wciąż jeszcze nie do końca się obudziły, toteż przystanąłem na chwilę przed drzwiami, aby dać sobie czas do namysłu. Miałem wrażenie, że moje synapsy w mózgu zostały zerwane, obumarły. Szare komórki dzieliły odległości tak gigantyczne jak te, które rozciągają się między kolejnymi galaktykami. Oczami wyobraźni już widziałem te spiralnie skręcone obłoki gwiezdnego pyłu, które  emanowały wszystkimi kolorami tęczy. Takie piękne…
Skupiłem się na mapie nieba, która nagle pojawiła się przed moimi oczyma tak mocno, iż nawet nie zorientowałem się, kiedy moja ręka nacisnęła klamkę. W każdym razie drzwi w końcu ustąpiły, a ja musiałem zmierzyć się ponownie z własną rodzicielką. Kobieta wychyliła się z kuchni zwabiona odgłosem dobiegającym z przedpokoju i trzymając kubek z wciąż parującą kawą, wbiła we mnie ponaglające spojrzenie.
Chyba sama Amaterasu powstrzymała mnie od wydania z siebie zdradzieckiego, a zarazem jakże inteligentnego: „Yyy…”, które mogłoby mnie tylko pogrążyć. Gdyby coś podobnego wydało się spomiędzy moich warg, byłoby to jawnym przyznaniem się nie tylko do tego, że piłem, ale także do tego, że jestem w takim stanie, w którym w mojej głowie rozciąga się jedynie bezbrzeżna pustka, w której ku mojemu nieszczęściu, nie pojawił się żaden pomysł na wymówkę.
I nagle stało się! Przyszło niczym olśnienie! Dwie galaktyki z prędkością ponaddźwiękową wpadły na siebie – Andromeda spotkała się z Drogą Mleczną! Ku mojej radości nie była to jednak zapowiedź absolutnego kataklizmu i zniszczenia, ale prawdziwe wybawienie! Wpadłem na pomysł!
Ta opowieść była dłuższa. Zacząłem opowiadać, jak to Natsu zadzwonił do mnie, podczas gdy byłem w drodze do kiosku po papierosy i bezzwłocznie kazał mi przyjechać do studia. A jako żem człek pracowity, pognałem tam, co sił w nogach. Spędziłem w studiu długie godziny, ciężko pracując, aż w końcu w środku nocy zasnąłem na stole, pisząc kolejną piosenkę, toteż z tego powodu mogę wyglądać… odrobinę nieświeżo, delikatnie rzecz ujmując.
Matka skinęła głową, spoglądając na mnie z politowaniem i krzywym wyrazem twarzy. Nie uwierzyła – zresztą jak zwykle. Wymówka była tylko proformą. Można powiedzieć, że w ten sposób moja rodzicielka zmuszała mnie do kreatywności. Uch, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało, gdybym ośmielił się nie podać żadnego, nawet najbardziej naciąganego wyjaśnienia mojej nocnej nieobecności. Zapewne zginąłbym śmiercią tragiczną…
Potem miałem chwilę dla siebie. Prysznic, czyste ciuchy, garść tabletek przeciwbólowych na śniadanie i piwo na kaca. Rozsiadłem się na kanapie w salonie z przyjemnie chłodną butelką, którą przykładałem do czoła niczym kompres. Niestety, kobieta nie zamierzała być na tyle miła, aby dać mi cierpieć w spokoju.
Zaczęła narzekać. Ze zgrozą odnotowałem, że w rękach trzymała mój zeszyt, który służył mi jako brudnopis. W owym zeszycie powstawały pierwowzory moich tekstów piosenek. Na nic zdały się tłumaczenia, że to tylko luźne notki, które w późniejszym czasie zamierzałem rozwinąć, nadać im głębszego sensu, o nie. Co gorsza okazało się, że moja matka śledziła działalność mojego zespołu, toteż była na bieżąco. Zarzucała mi brak pomysłowości, głębszych rozmyślań, nie wspominając już o moim prostackim języku i formie, która z grubsza nie wyrażała nic. Porównywała mnie do gwiazd z zeszłego stulecia, które ona sama ukochała, powtarzając przy tym jak najęta zdanie: „Kiedyś to była muzyka!”. Czasem serio zastanawiałem się, jakim cudem ojciec wybrał właśnie TĘ kobietę na towarzyszkę swojego życia…
Wpatrywałem się niczym zahipnotyzowany w tabletkę, która rozpuszczała się na powierzchni wody w kubku. Żeń-szeń pomagał na kaca, ale nie uciszał tyrad głoszonych przez niedoszłych dyktatorów ani nie powodował głuchoty – a szkoda. Tak poza tym to moja matka chciała kiedyś zostać politykiem, ale akurat wtedy zaszła w ciążę i po siedmiu miesiącach męki tak oto przyszedłem na ten padół łez. Tak, po siedmiu miesiącach, gdyż byłem wcześniakiem; i był to powód, którym moja rodzicielka usprawiedliwiała większość moich potknięć i błędów życiowych. Teraz, kiedy tak o tym rozmyślałem, to doszedłem do wniosku, że to musiał być jakiś znak od sił wyższych. Pewnie wszyscy zgodnie tam na górze doszli do wniosku, że ta kobieta nie może położyć swoich łapsk na polityce – w przeciwnym razie w Japonii mielibyśmy dzisiaj jeszcze gorszy reżim niż w Korei Północnej.
Ale wracając do tabletki… Obserwowałem jak powoli znikała, barwiąc przy tym wodę. Musowała, sycząc przy tym cicho. Na powierzchni wody tworzyły się drobne bąbelki… Ten widok niemal wpędził mnie w rozmyślania o ulotności i kruchości życia. No proszę… dawni arystokraci japońscy potrzebowali kwitnących sakur, żeby wpaść na coś podobnego, podczas gdy mnie wystarczyła jedynie tabletka musująca. Cholera, i matka zarzucała mi brak głębokich przemyśleń czy braki w kreatywności? Przecież ze mnie to niemal poeta!
Ale jednak to „niemal” bardzo dużo zmieniało…
- Idę zapalić – oświadczyłem w końcu, przerywając jej w pół słowa i wychodząc na balkon, nie przejmując się morderczym spojrzeniem, jakim zostałem potraktowany.

***

Popołudniu z powrotem pojechałem do Creny, aby odebrać Martina. Wnioskowałem, że coś musiało pójść nie tak, gdyż kiedy tylko chłopak otworzył mi drzwi, otaksował mnie krzywym spojrzeniem. Miałem nadzieję, że przez te kilka godzin mój amerykański znajomy nie wywinął czegoś głupiego… przynajmniej nie nazbyt głupiego.
- Gdzie Martin? – zapytałem od progu.
- Tam, gdzie go wczoraj zostawiliśmy – oświadczył zimno. – Obudził się dopiero przed chwilą.
- Dopiero? – zdziwiłem się. No to nieźle go trzymało…
Ketsueki przewrócił oczyma i wszedł do sypialni – a więc do pomieszczenia mieszczącego się naprzeciw salonu, w którym dogorywał obcokrajowiec. Widać, jednak coś musiało zajść między nimi…
- Bardzo ci przeszkadzał? – zapytałem, stojąc w progu pomieszczenia. – Mam nadzieję, że niczego nie zniszczył…
- On? – brunet obrócił się w moją stronę na krześle biurowym. – On nie – spojrzał na mnie wymownie. Niestety nie zrozumiałem jego aluzji. Byłem pewien, że na mojej twarzy malowało się jedynie niezrozumienie. Młody muzyk poirytowany moim wciąż spowolnionym procesem myślenia, westchnął cierpiętniczo. – Raczej ty mi bardziej przeszkadzałeś – powiedział otwarcie.
- Ja? – uniosłem brwi w wyrazie zaskoczenia.
- Tak, ty – fuknął. – Przez to, że zostawiłeś u mnie swojego nawalonego kumpla, musiałem odwołać spotkanie z agentem z wytwórni płytowej, wiesz? – warknął. – Nie mogłem przecież zostawić go nieprzytomnego na podłodze w salonie i od tak sobie wyjść! – dodał, widząc, że nie bardzo umiałem połączyć rzeczy, o których mówił.
- Ja bym tak zrobił… - mruknąłem pod nosem.
- Jasne, że byś tak zrobił! – zdenerwowany poderwał się z krzesła. – Ale wyobraź sobie, że nie jestem tobą; a więc zdarza mi się martwić o ludzi, nawet jeśli ci są mi zupełnie obcy! – prychnął.
- O co ci chodzi? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – A co, ja się o niego nie martwiłem? Gdyby tak nie było, zostawiłbym go w barze samego sobie – zauważyłem.
- Aha, a więc odholowanie pijanego znajomego do czyjegoś mieszkania rozumiesz jako przejaw troski? – fuknął. – Zostawiłeś go nieprzytomnego w obcym mieszkaniu z obcym facetem! – wytknął mi. – Tym samym stawiając również mnie w patowej sytuacji! – założył ręce na piersi. – Rano wyszedłeś bez słowa, przez co nie wiedziałem, co zrobić. Nie byłem nawet pewny czy w ogóle po niego wrócisz! – ruszył w moim kierunku. – Zostawiłeś mnie z pijanym do nieprzytomności gościem, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy, tym samym uziemiając mnie w domu! – już chciałem mu przerwać, jednak nim tylko zdążyłem otworzyć usta, wokalista uprzedził mnie. – Jak niby miałem wyjść? Nie znam go, więc nie wiem czy jest jakimś złodziejem, czy psychopatą… nie wiem czy nie zarzyga mi podłogi w salonie, dławiąc się przy tym własnymi wymiocinami. Niemniej mniemam jednak, że nawet gdyby coś podobnego się stało, nie za bardzo garnąłbyś się do sprzątania, prawda? Mam na myśli sprzątania zarówno wymiocin jak i zwłok – sprostował, po czym puknął mnie palcem wskazującym w mostek. – Może nie wyglądam, ale ja też mam trochę oleju w głowie. Nie wyjdę z mieszkania, zostawiając je na pastwę nieznajomej osoby – sapnął. – Gdybyś tak naprawdę troszczył się o któregokolwiek z nas, zapytałbyś mnie czy nie muszę może rano gdzieś wyjść, czy nie mam może umówionego jakiegoś długo wyczekiwanego spotkania, a jeśli miałbym już jakieś plany, sam zostałbyś z nim – wymownie wskazał w stronę bezowocnie próbujących wywindować się do pozycji siedzącej zwłok amerykańskiego turysty. – Już prędzej zostawiłbym mieszkanie pod twoją opieką… choć jak teraz na to patrzę, to nie jestem pewien czy byłby to najlepszy pomysł – skrzywił się malowniczo. – Skoro tak dbasz o ludzi, o PRZYJACIÓŁ – podkreślił – to aż boję się pomyśleć, jak opiekujesz się przedmiotami nieożywionymi…
- Cóż… - westchnąłem, drapiąc się nerwowo po karku. Z pobliskiego pokoju doszył nas jakieś niewyraźne jęki i sapnięcia. Nie mogłem nic znaleźć na własną obronę.
- Przez ciebie straciłem wielką szansę – spojrzał na mnie z urazą. – Możliwe, że nigdy więcej już takiej nie dostanę… - był tak zrezygnowany, iż wydawało się, że nie miał już nawet siły na mnie krzyczeć. – Reszta mojego zespołu jest na mnie wściekła. Nie wiem czy po takim numerze, jaki im wyciąłem, będą jeszcze chcieli mieć ze mną cokolwiek wspólnego… - spuścił wzrok na podłogę.
Widziałem, że silił się na to, aby być spokojnym, ale w oczach miał łzy. Crena nie wyglądał raczej na chłopaka, którego można było łatwo wzruszyć, więc… nie ukrywam, poczułem się niekoniecznie usatysfakcjonowany z tego, co zrobiłem.
Przestrzegałem go przed tym, aby nie pakował się w to wielkie bagno, jakim była sława, ale widać było, że on tego naprawdę chciał. Mogłem teraz wyskoczyć z jakimś wielce umoralniającym tekstem, że w gruncie rzeczy wyjdzie mu to jeszcze na zdrowie i zapewne podziękuje mi za to w przyszłości, ale… to nie była prawda. Mogłem bawić się z nim w przemądrzałego rodzica i urażone dziecko, ale to nie miało sensu. To tak, jakbym kazał mojemu dziecku (nie żebym jakieś miał) zostać lekarzem, kiedy ono bardzo chciałoby zostać mangaką. Nieważne, że to dziecko nie ma ku temu żadnych predyspozycji, że nikt nie będzie chciał wydać jego pracy ze względu na jej niski standard, słabe wykonanie, brak fabuły… że tylko się ośmieszy i zostanie wyśmiany. Nieważne, że zawód, który ja mu wybrałem był lepiej płatny, bardziej stabilny i możliwe, że nawet w jakimś zadawalającym stopniu to dziecko radziło sobie z realizacją przedmiotów, które były potrzebne, aby w rezultacie zostać w przyszłości lekarzem. To wszystko nie miało znaczenia, ponieważ nawet gdyby to dziecko zostało najlepiej opłacanym, najsławniejszym lekarzem na świecie, w gruncie rzeczy i tak żywiłoby do mnie urazę za to, że nie pozwoliłem mu spełnić swoich marzeń, ograniczając je. Zostałby tym lekarzem z przymusu, przez co wykonywanie pracy w tym zawodzie byłoby dla niego katorgą. W istocie pewnie wciąż rozmyślałoby o tym, jak wspaniale byłoby wydawać swoje mangi. Niemniej, kiedy zostawiłbym wolną rękę takiemu dziecku, pozwalając mu się sparzyć, ono samo szybko wróciłoby do mnie z pokornie spuszczoną głową. Przyznałoby mi rację, obiecując posłuszeństwo następnym razem i w końcu samowolnie wybrałoby drogę, którą ja pierwotnie dla niego zaplanowałem.
Niestety jednak Crena nie był takim dzieckiem.
Co więcej to nie tak, że on urwał się z księżyca i nie miał żadnych predyspozycji do wykonywania zawodu wokalisty.
Miał te cholerne predyspozycje. Nie tylko dobrze śpiewał jak na początkującego, ale miał też zapał, był wytrwały, szybko nawiązywał znajomości z ludźmi z branży, co w przyszłości mogłoby mu przynieść jakieś profity…
Nieważne, iż ja uważałem, że to, co próbował zrobić brunet było głupie – teraz liczyło się tylko to, że on tego pragnął, to było jego marzeniem, które ja zrujnowałem w tak głupi i banalny sposób. Z tego też powodu chłopak prawdopodobnie będzie mnie przeklinał już do końca swoich dni… Nie to, żeby był pierwszą taką osobą, ale nawet pomimo mojego osobistego „uroku” i wrodzonej „dobroduszności” wiedziałem, że lepiej byłoby utrzymać liczbę osób, które z chęcią złożyłby mnie w ofierze na czarnej mszy ku czci pradawnych, straszliwych mocy jak najbliższą zeru.
- Wiesz, jaki jest twój główny problem? – zacisnął zęby, opanowując się. Na jego twarzy znów odmalował się grymas złości. – O nikogo nie dbasz – warknął, nie czekając na moją odpowiedź. – Wszystko zwalasz na sławę i innych ludzi, ale tak naprawdę powodem, dla którego wszyscy zaczęli być wobec ciebie obojętni jest to, że jesteś grubiańskim snobem – wytknął mi.
- Ach tak? – prychnąłem. Nagle z niezrozumiałego nawet dla mnie powodu rozbawiły mnie jego słowa.
- Przepraszam… Wiem, że to najbardziej nieodpowiedni moment… - zielonkawy już na twarzy Martin wciął się słabym głosem. Nim obcokrajowiec zdążył choćby dokończyć zdanie, brunet otworzył mu drzwi do łazienki, na co ten rzucił się w powrotem w objęcia muszli klozetowej.
Interwencja Amerykanina nie zmieniła nic pomiędzy mną a Ketsuekim. Cały czas mierzyliśmy się nieprzychylnymi spojrzeniami. On spoglądał na mnie surowo z kamiennym wyrazem twarzy, podczas gdy ja uśmiechałem się obrzydliwie pod nosem.
Ta, chciał zbawiać świat, a tu proszę… wyszło, jak zawsze, można powiedzieć. W końcu i on sklasyfikował mnie podobnie jak i wszyscy inni. Ludzie już po prostu tacy są, że z czasem odchodzą. Można stwierdzić, że w naszej naturze nie leży wytrwałość…
Ale w sumie czy ja się spodziewałem czegoś innego?
No właśnie…
Chciałbym powiedzieć, że nie, ale jakaś nikła iskierka nadziei została kiedyś przez niego we mnie rozpalona, przez co teraz to trochę zabolało. To nie tak, że zadurzyłem się w tym małolacie czy miałem nadzieję, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Po prostu chciałem wierzyć, że on jest trochę inny od całej reszty… Przyjemnie się na niego spoglądało z tą myślą – niemniej ostatecznie okazał się pasować do nich jak ulał, zupełnie jakby ktoś wyciął całą ludzkość z wyjątkiem mnie jedną foremką.
No, cholera, czemu mnie nie?! Moje życie byłoby dużo łatwiejsze, gdybym potrafił być taki jak oni…
Obróciłem się na pięcie i wyszedłem z trzaskiem drzwi.
Doprawdy, uwielbiałem ten stereotyp ucieleśnienia zła, który zawsze był do mnie przypisywany. To działało na mnie, jak płachta na byka! Cholera, choć raz w życiu tak po prostu dla odmiany chciałbym usłyszeć, że to nie ja jestem tym złym i niedobrym…