Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

Miniaturka Nezumi x Shion (No.6) "Połowa prawdy"

Uwaga! Uwaga! Potrzebuję bety! Hoshii. jest zajęta i nie zawsze ma czas na sprawdzanie moich wypocin, więc... Potrzebuję bety i kropka, bo takiego niezbetowanego tekstu to niezbyt lubię wstawiać ;_;
Proszę o pomoc!
Jest tu jakiś dobry samarytanin, który zechciałby czytać moje wypociny i poprawiać w nich błędy? Jeśli tak to proszę o kontakt - napisz mi maila! Adres podany powyżej!


Na „dzień dobry” wyjaśnię, że nezumi po japońsku oznacza szczur – żeby nie było żadnych „ale” ani nie było wątpliwości, co do tego.

Tytuł: „Połowa prawdy”
Paring: Nezumi x Sion (No.6)
Typ: miniaturka
Gatunek: ?
Beta: -

„Im mocniej próbujesz coś zatrzymać przy sobie, tym szybciej to stracisz” – każdego wieczora rozmyślałem nad znaczeniem słów jakie powiedział mi kiedyś Nezumi.
Pamiętam doskonale okoliczności w jakiś to powiedział; siedzieliśmy wtedy w jego małym mieszkaniu, o ile można było to tak nazwać, ukrytym pod ziemią. Wróciłem po skończonej pracy u Psiary. Za zarobione pieniądze za mycie i przystrzyżenie psów kupiłem więcej jedzenia niż zwykle. Obiad, który ugotowałem tamtego dnia nie przypominał już brudnej wody spływającej do kanalizacji, a powiedziałbym, że był prawie na poziomie tych, które serwowała moja mama jeszcze wtedy, kiedy nie zostaliśmy przeniesieni z „Kronos” do „Utraconego Miasta”.
Szczur wszedł do domu, kiedy postawiłem talerz z dwoma kawałkami ciasta wiśniowego na niskim stoliku. Ciasto wiśniowe chyba już zawsze będzie kojarzyć się nam obojgu z naszym pierwszym spotkaniem. Mnie napawało ono szczęściem, mimo iż przez ukrywanie VC* straciłem wszystko, co liczyło się dla ludzi mieszkających w No.6 – dom w „Kronos”, możliwość zostania badaczem i uczęszczania na specjalny kurs ekologii w wieku 12 lat, co teoretycznie zwiastowało, że miałem już utorowaną drogę życiową, która usiana była wszelkimi luksusami. Nie żałowałem tego. Cieszyłem się, że pomogłem wtedy Nezumiemu, mimo iż następny raz spotkaliśmy się dopiero po czterech latach. Byłem szczęśliwy z tego, że Szczur pomógł odkryć mi moje własne uczucia. Pokazał mi je i nauczył o nich wszystkiego, co sam wiedział. Niesamowicie się z tego radowałem, gdyż dopiero po spotkaniu szarowłosego zrozumiałem jakim jestem człowiekiem. Gdyby nie to, wyrósłbym na posłusznego, apatycznego idiotę podlegającemu No.6… a co najważniejsze No.6 wciąż stałoby niewzruszone. Mimo tak wielu plusów jakich przysporzyło mi spotkanie z tym chłopakiem, byłem pewien, że Nezumi nie jest z tego zadowolony. Obwiniał się o to, że zniszczył mi życie, mógłbym sobie za to rękę dać uciąć! Zapewne nigdy sobie tego nie wybaczył – to dlatego uratował mnie, kiedy ludzie z departamentu pokoju mieli zamiar zamknąć mnie w zakładzie karnym.
Dziś jest 17 września 2015 roku. Minęły dwa lata od zniszczenia No.6. Jedyne co pozostało po szóstym mieście-państwie to wzniesienia po gigantycznym murze, jaki je ogradzał. Lubiłem przychodzić na wschodnią część tego wzniesienia, usiąść i pomyśleć. To miejsce było dla mnie tak ważne ze względu na to, że to tu ostatni raz widziałem Szczura. To tutaj pocałował mnie na „do widzenia”. To tutaj się pożegnaliśmy.
Ale… dlaczego w sumie o tym myślę? Jaki ma to związek z tym, co powiedział mi szarowłosy? Otóż mimo że spędziłem z Nezumim tle czasu, mimo iż mieszkałem u niego… ja… nie pamiętam… Nie potrafię sobie przypomnieć wyrazu jego twarzy, kiedy wszedł do mieszkania i zobaczył tą „ucztę”, ciasto wiśniowe, które jest dla nas niczym kamień milowy. Uśmiechał się? A może był zasmucony? Może zły? Nie wiem… Pamiętam jedynie, że kiedy skończyliśmy jeść rzucił sucho te słowa, a następnie znów wyszedł i nie wrócił na noc.
Starałem się zatrzymać w pamięci obraz jego twarzy, jednak to również mi nie wychodziło. Z każdym kolejnym dniem i chwilą, którą spędzałem na rozmyślaniu, siedząc na wschodnim wzniesieniu jego twarz stawała się coraz bardziej rozmyta w moich wspomnieniach. Im bardziej próbowałem przypomnieć sobie jego wygląd, tym bardziej stawał się niewyraźny, nieuchwytny. Tak jakbym… patrzył na jego postać przez krzywe zwierciadło albo przez pobitą szybę, po której spływa woda – teoretycznie coś widać, ale nie jest się w stanie określić dokładnie, czym jest to „coś”.
Zawsze, kiedy ta myśl gościła w moim umyśle, do oczu napływały łzy. Pochyliłem głowę, przecierając pięścią oczy i biorąc głębszy wdech na uspokojenie. Drugą, wolną ręką objąłem mocniej kolana, które przyciągnąłem pod brodę. Kilka słonych kropli spłynęło po mojej twarzy. Nie pamiętałem nawet dotyku jego ust ani ich smaku… Przesunąłem kciukiem po wargach uporczywie próbując przypomnieć sobie to, co czułem kiedy pocałowałem go niby „na dobranoc”, choć w planach w istocie miałem samotną wędrówkę do zakładu karnego oraz ten moment, kiedy to Nezumi pocałował mnie, żegnając się, po upadku No.6. Jednak i tym razem nie było inaczej – wspomnienia jak na złość jedynie jeszcze bardziej zacierały się i stawały nie do odgadnięcia, przez co po mojej twarzy spłynęło jeszcze więcej łez.
Z amoku i letargu w jaki popadłem wyrwał mnie Hamlet. Biała myszka, jedyne co pozostało mi z przeszłości, która może była ciemna, brudna i śmierdząca, ale do której zawsze chciałem wrócić; bo był w niej Szczur.
Hamlet wspiął się po moich plecach i zajął swoje stałe miejsce na moim ramieniu, po czym… niespodziewanie ugryzł mnie w ucho! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego!
- Ał… - syknąłem, biorąc myszkę w ręce. – Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałem z wyrzutem.
- Mówi ci, że masz wziąć się w garść – dobiegł mnie wciąż odległy głos.
Przez chwilę siedziałem otępiały, a brzmienie tego głosu roznosiło się w mojej głowie dudniącym echem, który jakby mocą swojej fali dźwiękowej stłukł wszystkie krzywe zwierciadła, przez która patrzyłem na własne wspomnienia. Wydarzenia z przeszłości nagle stały się ostre niczym brzytwa, a wszelkie uśmiechy, wyrazy smutku i złości stały się dla mnie tak oczywiste jak nigdy dotąd. W dodatku w mojej pamięci stanął pełny obraz twarzy Nezumiego – nie był on niczym zmącony. Wyraźny jak nigdy przedtem.
- Pamiętasz, co powiedziałem ci na odchodnym? – spojrzałem w górę, gdyż teraz stamtąd dochodził głos. – Że dasz sobie radę. A jak tak powiedziałem, to tak ma być; więc nie waż mi się tu więcej płakać.
Z niedowierzaniem i zachwytem patrzyłem na postać stojącą koło mnie. Nie mogłem uwierzyć, że on tu naprawdę jest… że nie jest jedynie wymysłem mojej fantazji. Stał nade mną z delikatnym uśmiechem na ustach, wpatrując się w widok przed nami. Promienie zachodzącego słońca pięknie go oświetlały złotym snopem światła. Delikatny wiatr bawił się jego, jak zwykle, związanymi włosami, wyciągając pojedyncze kosmyki z upiętej z tyłu głowy całości i unosił je.
Powoli wstałem na słaniających się nogach. Wpatrywałem się w niego z nabożną czcią, jednak sam widok to było dla mnie za mało. W końcu odważyłem się i wyciągnąłem rękę, a następnie przyłożyłem ją do jego piersi. Pod palcami poczułem opór ciała oraz rytmiczne bicie serca… Był prawdziwy…
Nezumi nakrył własną dłonią moją, ściskając moje palce.
- Wciąż bije… Wciąż ciepły… Wciąż żyję – uśmiechnął się szerzej, spoglądając na mnie. Przypomniałem sobie jak podczas naszego pierwszego spotkania miał gorączkę, jednak nie chciał leków, mówiąc, że kiedy człowiek jest ciepły, to znaczy, że żyje. – A ty wciąż nic nie urosłeś – zaśmiał się pod nosem, głaszcząc mnie pod głowie. – Wciąż jestem wyższy.
Nie myśląc wiele przysunąłem się do niego, a następnie przytuliłem, kładąc głowę na jego barku. Objąłem go za szyję, a on mnie na wysokości bioder. Przymknąłem powieki, wsłuchując się w bicie serca, które tak mnie uspokajało. Poczułem się bezpiecznie. W końcu bezpiecznie i na swoim miejscu. Uśmiechnąłem się, wtulając w niego jeszcze bardziej i zaciągając jego zapachem.
- Ej, miałeś już nie płakać – przypomniał mi.
- To łzy szczęścia – wytłumaczyłem się, odzywając po raz pierwszy od dłuższego czasu. Spojrzałem na niego z dołu, widząc malujący się błogi grymas na jego twarzy. – Gdzie byłeś przez te dwa lata?
- Wiesz… Zakończyć pewne sprawy jest o wiele trudniej niż je rozpocząć… - westchnął.
- Ale… teraz już zostaniesz, prawda? – zapytałem z nadzieją, zaciskając kurczowo palce na jego bluzce.
- Chcesz tego?
- Oczywiście! – chłopak uśmiechnął się szeroko i pogładził mnie po dolnych partiach pleców.
- Pamiętasz jak powiedziałem ci, że im bardziej starasz się coś zatrzymać, tym szybciej to stracisz? – pokiwałem głową na potwierdzenie. Nezumi wziął głębszy wdech i ponownie zaczął mówić. – To tylko połowa prawdy. Ta zasada tyczy się tego, co od ciebie ucieka. Ucieka czas, niektórzy ludzie, wspomnienia, pieniądze… ale są też tacy, który chcą przy tobie zostać. O stratę tego nie masz co się martwić, bo prędzej czy później to i tak do ciebie wróci. Nawet jeśli przez długi czas tego nie widziałeś…
- Nawet jeśli nie widziałem tego przez dwa lata?
- Nawet gdybyś nie widział tego przez sto lat to i tak do ciebie wróci – posłał mi spojrzenie pełne spokoju i radości, po czym nachylił się nade mną i musnął moje usta.
Na początku nieśmiało jedynie dotknął moich warg swoimi, jednak zaraz potem ośmielił się i pocałował mnie pewniej. Zasmakowałem jego ust. Mocniej objąłem go, aby nie upaść, gdyż nogi odmówiły mi posłuszeństwa i ugięły się samoistnie pode mną. Kiedy szarowłosy polizał moje wargi uchyliłem je. Całowaliśmy się długo i namiętnie, dopóki nie zabrakło nam tchu. Kiedy to już się stało odsunęliśmy się od siebie odrobinę. Nezumi spojrzał mi w oczy i wyszeptał:
- Jestem tym, który chce być przy tobie – a następnie ponownie złączył nasze usta.

THE END.



*VC – dla niewtajemniczonych, czip VC był wszywany pod skórę wyjątkowo niebezpiecznym przestępcom, aby można było określić ich położenie nawet jeśli udałoby im się zbiec z zakładu karnego. Nezumi był wtedy dzieckiem tak jak Shion (12 lat), co wydało się głównemu bohaterowi głupie, że takiemu dzieciakowi wszyto VC. Ciężko to opisać – polecam przeczytanie mangi choćby pierwszego rozdziału lub obejrzenie pierwszego odcinka anime.

Oneshoot Kanda x Allen (D.gray-man)

Mimo iż parę osób zdeklarowało, że tego nie przeczyta, duża ilość przyznała, że nie zna ani mangi, ani anime o tej nazwie to cóż... i tak to wstawiam, bo przecież znalazły się i osoby, które  powiedziały, że przeczytałyby coś z tym paringiem :) 
Ten shoot jest naprawdę dziwny i żyje swoim własnym życiem... pisany z potrzeby serca...
Ostrzegam, że może w najbliższym czasie pojawić się jeszcze parę shootów z paringami z anime, ale z pewnością nie będą one częste - zostaję przy j.rocku, ale anime może być przyjemną odskocznią, prawda? 

Tytuł: Jeśli masz sekret…
Paring: Kanda x Allen (D.gray-man)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?

Jeśli masz sekret, ludzie zapragną do poznać.
Po prostu… od tak.
Niektórzy będą próbowali otworzyć cię łomem…
Niektórzy przyciągną cię delikatną, pajęczą nicią, czekając aż sam otworzysz się w swoim kokonie…

Allen irytował mnie od samego początku, kiedy tylko zjawił się w Głównej Kwaterze Dowodzącej. Denerwowało mnie jego dziecinne zachowanie; obserwując go czasem zastanawiałem się, dlaczego wpuszczają tu małpy w ludzkim przebraniu. A potem… potem zapytałem sam siebie, dlaczego, do jasnej cholery, ja go obserwuję?! Dlaczego podczas posiłku, siedząc przy stole na drugim końcu sali obserwuję, jak wyjada połowę zapasów Czarnego Zakonu, dochodząc do wniosku, że on nie ma umiaru i jest żarłokiem. Dlaczego podczas walki często obserwuję baczniej go niż wroga, przyglądając się, jak atakuje kolejną akumę nie stosując żadnych technik, nawet nie zastanowiwszy się chwilę, jakiego ciosu teraz użyje i gdzie go skieruje… Dlaczego nie mogłem opuścić wzroku, kiedy już bez munduru egzorcysty, schodził do podziemi z Lavim, żeby udać się do miasta i przesiadując w swoim pokoju, uważnie nasłuchiwałem jego kroków, które rozpoznawałem z łatwością od innych, kiedy po powrocie do Kwatery kierował się do swojego pokoju, mijając po drodze mój.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie tylko go obserwowałem, ale i słuchałem. Nasłuchiwałem jego kroków, słów, które wypowiadał, choć czasem nie odpowiadałem mu, przez co Allen mógł myśleć, że go ignoruję; i dobrze, nie chciałem, żeby myślał, że między nami może nawiązać się jakaś nić przyjaźni – mnie nie wciągnie do „pajęczyny przyjaźni” jaką utkał wokół wszystkich mieszkających w Głównej Kwaterze… wszystkich oprócz mnie, rzecz jasna. Słuchałem jego rozmów z innymi, słuchałem jak inni mówią o nim, jednak nigdy nie zabrałem wtedy głosu. Odzywałem się do niego rzadko, utrzymując dystans; i tak miało już pozostać.
- Kanda? – mruknął cicho, przerywając niczym niezmąconą ciszę.
Niestety, stało się – dostałem misję, na którą musiałem zabrać ze sobą tego żółtodzioba. Akurat jeden jedyny raz musiałem dzielić z kimś pokój; nie udało zdobyć się osobnych. I tym kimś musiał być właśnie on… Ja to mam szczęście, naprawdę…
- Co? – burknąłem, wciąż nie odwracając się do niego przodem.
W naszym pokoju znajdowały się dwa pojedyncze łóżka, stojące równolegle do siebie, oddzielone niewielką wolną przestrzenią. Ja spałem przy ścianie, on przy oknie. Uporczywie wpatrywałem się w tą oliwkowozieloną ścianę, która teraz, w nocy, wydawała mi się być szara. Mimo iż byłem odwrócony do niego tyłem, czułem na plecach jego palące spojrzenie.
- Dlaczego ty mnie tak nie lubisz? W sumie to… nikogo należącego do Czarnego Zakonu nie lubisz… Nie jesteś zadowolony z tego, że jesteś egzorcystą? – westchnąłem cierpiętniczo, wywracając oczami i nie odpowiadając mu. – Kanda… Proszę, odezwij się. Chcę wiedzieć…
- Jesteś taki nieznośny, dziecinny… – prychnąłem.
- Dlaczego tak uważasz? Proszę, wyjaśnij mi to.
- Nie będę z tobą rozmawiać. Jest noc, do cholery! Musimy jutro wcześnie wyruszyć, więc pozwól i mi, i sobie wyspać się, bo jeśli myślisz, że przewiduję jakieś przystanki i odpoczynki to grubo się mylisz – syknąłem.
Chwila ciszy.
Dwa jego oddechy i rytm bicia mojego serca, który dostosował się do tempa jego oddechów. To dziwne? Niepokojąco dziwne…
- Chcesz wiedzieć dlaczego? – nie wytrzymałem i podniosłem się, widując do siadu. Białowłosy skinął głową, wstając ze swojego łóżka. Podszedł i usiadł blisko mnie, a ja odsunąłem się znacznie, mimo iż jego bliskość nie przeszkadzała mi. –  Nie żywisz do nikogo urazy; jak dziecko. Kiedy ktoś cię skrzywdzi, płaczesz; jak dziecko. Szybko się przywiązujesz; jak dziecko. Jesteś ufny i wierny; jak dziecko… Wszystko robisz, jak dziecko…
- To prawda. Szybko przywiązuję się do nowopoznanej osoby i jestem wobec niej ufny. Nie zawsze wychodzi mi to na zdrowie, ale cóż… łzy czasem są wskazane – uśmiechnął się delikatnie, a we mnie wezbrał gniew. – Ale niby do kogo miałbym żywić urazę?
- Do twoich rodziców, którzy cię porzucili, do twojego przybranego ojca, który cię przeklął, do Crossa, który cię wykorzystywał i kazał ci pracować jako dzieciak, byś spłacał jego długi…
- Nie jestem na nich zły…
- Właśnie; nie jesteś – przerwałem mu. – Nie jesteś na nich zły, bo jesteś jak dziecko; szybko zapominasz o tym, co złe. Nie potrafisz żywić urazy, chcesz myśleć, że ten świat jest dobry, piękny i wspaniały, ale…
- Ale taki nie jest – teraz z kolei to on mi przerwał. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wcale się nie okłamuję. Gdyby ten świat byłby taki cudowny nie byłoby w nim choćby akum, z którymi walczymy. Nie byłoby Milenijnego Earla, smutku, rozpaczy i ludzi, którzy tak jak ty żywią urazę. Jestem trochę inny niż myślisz; zdaję sobie sprawę z wad tego świata. Tylko… ja widzę zawsze dwie strony; tą lepszą i gorszą. Moi rodzice przecież dali mi życie – i to jest ta dobra strona. Gdyby nie oni, w ogóle nie byłoby mnie. Owszem, porzucili mnie ze względu na wygląd mojej ręki – i to jest ta zła strona, ale dzięki temu zaadoptował mnie Mana. Ojczym wychowywał mnie, jak własne dziecko i nauczył wielu rzeczy, z których korzystam do dziś. Tak, przeklął mnie za to, że zamieniłem go w akumę, a następnie zniszczyłem, ale dzięki temu moje lewe oko widzi dusze akum, przez co mogę stwierdzić kto nią jest, a kto nie. To ciężkie brzemię, ale przydatne. Po śmierci Many znalazł mnie Cross, który sprowadził mnie na drogę egzorcysty. Kazał mi pracować jako dzieciak, wydawał moje ciężko zarobione pieniądze, często mnie karał, a jego metody nauczania były bardzo brutalne, przez co nie raz popadałem w depresje… Ale to dzięki niemu zostałem egzorcystą; gdyby nie on, nigdy nie spotkalibyśmy się – spojrzał na mnie uważnie, a ja otworzyłem usta ze zdziwienia. – Wszystko ma swoje plusy i minusy. Pytanie, co chcesz zobaczyć? Ty widzisz te złe strony i roztrząsasz je… dlatego jesteś taki oziębły wobec ludzi, gdyż traktujesz ich jako zagrożenie i… zachowujesz się tak, jak się zachowujesz… - wzruszył ramionami. – Każdy, kto został egzorcystą przeszedł przez swoje prywatne piekło; a ty nieustannie wracasz do tych niemiłych wspomnień. Jednak to właśnie one są twoją siłą. Przez chęć zemsty jesteś taki uparty i dążysz do celu - i to jest dobre. Ale nie ufasz ludziom i zachowujesz wobec nich duży dystans – a to źle. Ja potrafię się śmiać i lubię ludzi – to dobrze. Ale jestem naiwny – a to źle…
Nigdy w życiu nie spodziewałbym się usłyszeć tak sensownego kazania po chłopaku, który najczęściej jedynie wołał, że jest głody i zawiadamiał, że w pobliżu znajdują się akumy, używając do tego swojego lewego przeklętego oka… Spojrzał na mnie bystro, a ja aż się zląkłem…
- W gruncie rzeczy jesteś dobry… bardzo dobry – uśmiechnął się. – Dlatego tak bardzo cię lubię.
- Lubisz mnie? – zdziwiłem się.
- Lubię. Nawet jeśli ty mnie nie lubisz – powiedział, a ja dopiero w tym momencie dostrzegłem, że ten uśmiech jest maską, a za nią czają się łzy. Allen próbował się opanować, jednak kolejne słone krople i tak opuściły jego duże, szare oczy…
- Wystawiasz swoje serce na srebrnej tacy, przez co każdy może cię zranić; to dlatego tyle płaczesz – westchnąłem, wstając i podchodząc do okna, odwracając się do niego tyłem.
- Ty z kolei tak wiele ukrywasz… - szepnął.
- I tak ma właśnie być – prychnąłem. – Dzięki temu ludzie nie wiedzą jak mnie zranić.
- Na początku są ciekawscy i chcą poznać twoje sekrety, a później się zniechęcają i krzywo na ciebie patrzą, jeśli im ich nie wyjawisz…
- Nie obchodzi mnie to, jak na mnie patrzą ani co o mnie myślą – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Wiesz… Ja też mam swój sekret. Ale tylko jeden… jedyny – wyznał i nawet moje najszczersze chęci nie pomogły, aby oprzeć się pokusie dowiedzenia się, co to za sekret. To takie ludzkie… takie błahe… Powinienem umieć wstrzymać, stłumić to w sobie, a jednak nie potrafiłem… to było takie irytujące… Zgrzytnąłem zębami i uderzyłem pięścią w parapet, karcąc się w duchu za słowo, które wypowiedziałem:
- Jaki?
- Gdybym ci powiedział to nie byłby już sekret, a ja w rzeczywistości stałbym się zwykłym smarkaczem… A ty, ile masz sekretów?
- Dużo… Bardzo dużo… - gniew ustąpił niespodziewanemu… śmiechowi… Zachichotałem pod nosem, uśmiechając się słabo. – Jedne są ważniejsze, inne mniej istotne…
- I naprawdę nie masz nikogo, komu mógłbyś o tym powiedzieć?
- Nie ufam ludziom… - wyjaśniłem, kiedy nagle trafiło do mnie, że… mu mógłbym zaufać; a może inaczej  - już zaufałem! Bo niby jak wyjaśnić inaczej moje zainteresowanie nim; słuchanie jego i o nim, przyglądanie się mu… I mimo wszystkich jego wad uważałem go za naprawdę dobrego chłopaka i nigdy nie powiedziałem nikomu tak wiele o moich uczuciach jak jemu właśnie w tej chwili. Cholera, a miałem z nim nie rozmawiać! Wciągnął mnie w tą pajęczynę przyjaźni… a może zrobił to już wcześniej?
- Wiesz… jednak zrobię z siebie dzieciaka w twoich oczach, bo wiem, że jesteś dyskretny i tobie mogę zaufać. Za to cię tak lubię, Kanda… Chciałbym, żebyś był moim przyjacielem; to jedyny mój sekret – powiedział cicho, wpatrując się w swoją lewą rękę, która jednocześnie była bronią przeciwko akumom i jakby próbował ją przede mną ukryć. – Ale wiem, że to niemożliwe… Ty mnie nawet nie lubisz… I na samym początku, kiedy tylko zjawiłem się w Kwaterze Głównej powiedziałeś, że się mnie brzydzisz ze względu na… - urwał, naciągając mankiet białej koszuli na czerwoną dłoń, pasożytniczy typ Inosence.
- Nie brzydzę się tobą – odpowiedziałem, ponownie zajmując obok niego, tym razem znacznie bliżej niż poprzednio. – Zresztą… chyba nawet da się ciebie lubić – pokręciłem głową, uśmiechając się nikle. Białowłosy spojrzał na mnie z nadzieją, która rozbłysła w jego oczach. – Jak jeszcze zrozumiesz w końcu, że nie zbawisz całego świata i nie wszyscy są tak empatyczni i optymistycznie nastawieni do życia jak ty to byłbyś całkiem znośny… Pojmij w końcu, że na tym świecie niestety istnieją również takie osoby jak ja… złe do szpiku kości…
- Ty nie jesteś zły! – oburzył się, jakbym obraził jego, a nie siebie. Zaśmiałem się cicho.
- Nawet jeśli wbiłbym ci sztylet w plecy utrzymywałbyś, że zrobiłem dobrze i należało ci się… - wywróciłem oczyma. - Gdybyś jeszcze był asertywny to mógłbym naprawdę cię polubić, Allen – specjalnie sięgnąłem po jego lewą, a nie prawą dłoń, której tak się wstydził. Ścisnąłem ją, a chłopak spróbował mi ją wyrwać, jednak byłem zbyt silny, dlatego nie udało mu się to.
- Kiedy mi tak zależy… - szepnął, a jego oczy stały się na powrót szkliste. – A… Powiedz mi, czy gdybym był taki sam jak ty, byłbyś zdolny zakochać się we mnie?
- Znienawidziłbym cię gdybyś był taki jak ja – spojrzałem na niego uważnie. – Wiesz… W sumie… Dobrze, że jesteś jaki jesteś – szepnąłem, powoli przybliżając się do niego, a następnie składając na jego ustach motyli pocałunek. Jedną ręką wciąż ściskałem jego dłoń, a drugą odgarnąłem przydługie włosy, które zasłaniały długą bliznę ciągnącą się od czoła po policzek. Przez te wszystkie niedoskonałości Allen popadał w samokrytycyzm, widząc w innych niemalże bożyszcza, a w sobie nieudacznika… jednak mnie to wszystko przyciągało – ta jego niepewność, naiwność, blizna na twarzy, zmieniona, czerwona ręka z wyżłobionym krzyżem na grzbiecie dłoni, który lśnił szmaragdowym światłem, kiedy chłopak aktywował swoje Inosence, białe włosy, przez które wyglądał starzej. Czułem podświadomą potrzebę zaopiekowania się nim i pocieszenia go, kiedy był taki kruchy i delikatny. Czułem potrzebę czekania na jego uśmiech, który byłby zapłatą za wszelkie moje trudy. Więc dlaczego wcześniej zapierałem się przed tym? Cóż… Chyba dlatego, że teraz dałem mu się omotać… Oprócz tych podświadomych potrzeb czułem również jak niewidzialna, cienka pajęcza nić owija się wokół mnie, przyciągając do białowłosego, nie pozwalając mi od niego odejść. Cholera, dałem się złapać…
Nachyliłem się nad nim jeszcze raz, ponownie smakując jego ust, tym razem nieco dłużej. Poczułem, że Allen chce pogłębić pieszczotę, dlatego rozchyliłem wargi w zapraszającym geście, jednak on nawet nie zdążył wsunąć języka do moich ust, gdyż zrzuciłem go ze swojego łóżka.
- Nie pozwalaj sobie – uśmiechnąłem się cwaniacko. – To dopiero pierwsza randka. Minie jeszcze dużo czasu zanim pozwolę ci na pewne rzeczy. Dziś dałem ci się do siebie przekonać, nie wystarczy? Co sobie wyobrażałeś; że od razu dam ci się przelecieć? – podniosłem jedną brew.
- Szczerze to liczyłem na to – zaśmiał się pod nosem, na co ja prychnąłem i położyłem się, tradycyjnie, odwracając do niego tyłem. – Jesteś kapryśny - chłopak podniósł się z podłogi i ułożył za mną, przylegając ściśle do moich pleców. Objął mnie jedną ręką w pasie; lewą. Widząc czerwoną dłoń i czarne paznokcie (nie od brudu, nie xD oa aut.) uśmiechnąłem się pod nosem. Więc jednak powoli się przełamywał…
- Za karę jutro będziesz walczył ze wszystkimi akumami na drugim poziomie, jakie spotkamy, a ja sobie odpocznę, kiedy ty będziesz się męczył – zawyrokowałem.
- Jesteś okrutny – zachichotał i musnął ustami mój kark.
- Zaraz każę ci jeszcze walczyć ze wszystkimi akumami na pierwszym poziomie – zagroziłem. – Nie pozwalaj sobie…
- A ty to sobie możesz?
- No i przegiąłeś! Walczysz jutro sam ze wszystkimi akumami! Ja mam jutro wolne! Nie dyskutuj ze mną, smarkaczu, bo jesteś o jakieś sto lat za młody, żeby tak się ze mną kłócić i droczyć…
- I tak cię kocham. Dobranoc, Yu-chan.
I weź człowieku nie wścieknij się na takiego… Co on ze mną robił? I w jak krótkim czasie? Bo przecież należał do Czarnego Zakonu zaledwie od pół roku, z czego dwa spędziłem na misji i nie spotykałem się z nim. Cholera, jego pajęcza nić zamieniła się w sznur marynarski… Nieustannie mnie do siebie przyciągał, a ja byłem uwięziony i wiedziałem, że nie ma sensu nawet próbować się opierać, bo to wszystko byłoby jedynie stratą moich nerwów i sił… Było w nim coś magnetycznego…
- Nie kocham cię. Dobranoc, Moyashi* - burknąłem, splatając nasze dłonie, co było kompletnym zaprzeczeniem tego, co powiedziałem.
Allen zasnął z błogim uśmiechem na ustach już nawet nie denerwując się za określenie, jakiego użyłem wobec niego. Hm… Chyba musiał mnie naprawdę kochać, skoro nie pieklił się o to przezwisko. Kiedy ktoś inny go tak nazwał potrafił się obrazić, a mnie nawet słowa nie powiedział, mimo iż to właśnie ja wymyśliłem tą nazwę.
Wszystko to zaobserwowałem i usłyszałem. Zwróciłem na to uwagę. Chyba naprawdę muszę go kochać…

*Moyashi – kiełek fasoli