Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamijo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamijo. Pokaż wszystkie posty

Opowiadanie z Kamijo (Versailles) - Rozdział III

Rozdział III

Na podwórzu podniosła się niespodziewana wrzawa. Gęsie, kacze i kurze pierze wyleciało w powietrze niczym kwiatki sypane przez małe dziewczynki na ceremonii żegnania zimy. Standardowe odgłosy dochodzące z gospodarstwa zostały zagłuszone przez spanikowany pisk świń, żałosne zawodzenie krów i oburzone gdakanie ptactwa. Zdziwiona czarownica oderwała się od swojego absorbującego zajęcia, jakim było sklejanie talerza spirytualnego rozbitego przez Latawca-matoła. Takie awantury w wiedźmim obejściu były nie lada nowością. Kiedy w górę wystrzelił niekontrolowany płomień, kobieta zdała sobie sprawę, że na pobojowisku działo się coś naprawdę niedobrego. Jej interwencja była zatem niezbędna.
Poirytowana odłożyła kawałki ceramiki, które nijak nigdzie nie mogła dopasować i raptownie zerwała się z siedzenia. Zaraz jednak pożałowała porwania się na tak gwałtowny ruch, gdyż coś strzeliło jej w plecach, niemal ponownie zmuszając ją, żeby usiadła. Skrzywiła się i zagryzła wargi, żeby spomiędzy nich nie wypłynęła soczysta wiązka inwektyw pod adresem wszystkich i wszystkiego. Od dobrych kilkunastu dni siedziała zgarbiona nad tym przeklętym talerzem, próbując dopasować do siebie jego rozbite kawałki. Teraz dobitnie poczuła tego efekty.
Szybko wzięła się jednak w garść i czym prędzej skierowała się do tylnego wyjścia, którego przekrzywione odrzwia otworzyła z rozmachem. Drzwi trzasnęły o drewnianą ścianę chaty z impetem i ogłuszającym hukiem. Na ten niespodziewany niczym wystrzał armaty odgłos wszelkie żywe stworzenie na podwórzu zamarło, wpatrując się w ciskającą spojrzeniem gromy Ilię.
- No, a co tu się wyprawia, ha?! – wrzasnęła, a puszcza za płotem powtórzyła jej słowa niczym upierdliwy bachor.
Obrzuciła szybkim spojrzeniem całe zebranie na rozmiękłej, rozdeptanej przez kopyta, racice, łapy i stopy ziemię. Dworowy, kuzyn domownika, pomniejszy demon opiekujący się chlewem, oborą, stodołą i prowizoryczną stajnią, wymachiwał właśnie swoimi nieproporcjonalnie wielkimi do reszty ciała łapami do gumiennika, kolejnego pomniejszego demona, który tym razem miał opiekować się zbożem w gumnie, strzegąc go przed złodziejaszkami i podłożeniem ognia. Tym razem to jednak on sam wymachiwał flaszką z treścią żołądkową żmija – bardzo łatwopalną substancją, która w nieodpowiednich rękach mogła narobić ogromnych szkód. W tym czasie przerażone zwierzęta gospodarskie kuliły się w najciemniejszych zakamarkach swoich zagród, a karzełkowaty smok w pokraczny sposób próbował szczekać niczym pies na zwaśnioną dwójkę, najwyraźniej próbując przemówić im do rozsądku.
- Gumiennik, na litość dobrego Peruna! – zawyła przerażona wiedźma, zbiegając z trzeszczących pod nią złowrogo schodków i podbiegając do demona wyglądem przypominającego miniaturkę sędziwego człowieka. – Zostaw mi tę flachę w tej chwili! Spopielisz wszystek dookoła, jak będziesz tym tak wymachiwał! – w kilku susach dopadła owinnika i wyrwała mu z ręki butelkę. Ten w odpowiedzi warknął niczym pies, po czym zamienił się w kota, najeżył sierść, syknął wściekle i czym prędzej pognał z powrotem do gumna. – A ty, co tu odstawiasz za kabarety, co?! – ryknęła na dworowego, który zmieszany stanął w miejscu niczym kołek wbity w ziemię i najwidoczniej nie za bardzo wiedział, co ma zrobić.
Kuzyn domowoja zasmucony spuścił głowę, czekając na burę. A to ci dopiero była nowość. Nigdy wcześniej te dwa demony nie kłóciły się ze sobą. Ili nie przypominało się też, żeby słyszała czy też czytała o podobnych incydentach. Ponoć zdarzało się, że w niektórych domostwach domownicy gryźli się z dworowymi ze względu na podobną pełnioną funkcję oraz bliskie pokrewieństwo. Z tej właśnie racji czarownica zdecydowała się zrezygnować z posiadania ducha domowego, gdyż uznała, że jednak potrzebuje więcej pomocy w gospodarstwie niżby w samej chałupie. Nie zmieniało to jednak faktu, iż takie sytuacje nie powinny mieć miejsca między gumiennikiem a dworowym. Ci przez lata żyli ze sobą w zgodzie, nie przeszkadzając sobie wzajemnie, a nawet czasem ułatwiając sobie swoje zadania. Co też im zatem dziś strzeliło do tych łbów wypchanych słomą, żeby rzucić się sobie wzajemnie do gardeł? I co ważniejsze, skąd owinnik wytrzasnął żmijowy kwas? Czyżby pod nieobecność wiedźmy pałętał się gdzieś, gdzie nie powinien? Ta myśl sprawiła, że kobieta zmarszczyła gniewnie brwi i już zamierzała z podobnym impetem wtargnąć do gumna, żeby przesłuchać podejrzanego, kiedy nagle powietrze ponownie przeszył wysoki pisk. Tym razem prosiaki były jednak cicho. Kwik był nadzwyczaj podobny do tego, które wydawały z siebie wieprzki, jednak tym razem dochodził z innego źródła. Czarownica zatrzymała się, nasłuchując. Chwilę potem pomiędzy wciąż ogołoconymi ramionami gałęzi jabłoni dostrzegła ciasną, niecodzienną grupę składającą się z dziewczyn z wioski, rusałek, strzyg, boginek, skrzatów leśnych i wszelkiego innego tałatajstwa zamieszkującego okoliczne tereny, która ciągnęła niczym rozpędzone stado dzikich wołów wodnych wprost ku jej furcie. Nim żywy taran zdążył sforsować bramkę, ta szybko przeskoczyła nad ogrodzeniem oddzielającą gospodarczą część podwórza od zarośniętego ogrodu, gdzie rosły przeróżne zioła i rośliny posiadające specjalne zastosowania i właściwości, wychodząc im naprzeciw.
- A co to dziś wszystkich czarty gonią, hę? – wsparła się pod boki, stając na wąskiej, błotnistej ścieżce prowadzącej od furty do drzwi chałupy. – Szaleju się najadły czy jak? – zapytała kwaśno.
Ciężko było wyciągnąć jasną, klarowną odpowiedź od rozemocjonowanego zbiegowiska, które wciąż popiskiwało niczym prosiaki na widok siekiery. Dziewuchy przekrzykiwały się jedna przez drugą, sprawiając, że w konsekwencji kobieta wciąż nie rozumiała powodu ich podekscytowania.
- Szybko! Dajże no jaki specyfik na piękność! – zawyła któraś głośniej. Wiedźma nachmurzyła się słysząc ten rozkazujący ton. Nie lubiła, kiedy ktoś zwracał się do niej w podobny sposób.
- A co to ja jestem, żeby dawać? – prychnęła, przewracając oczyma. – Dają to w burdelu. Jak chcecie, żeby wam co dać, to źle trafiłyście – fuknęła.
- Zapłacę!
- A to i dobrze – burknęła. – Bo w burdelach też płacić trzeba. Jak płacisz, to problemów później sobie zaoszczędzisz – fuknęła i odwróciła się na pięcie, zmierzając w stronę chaty.
W normalnej sytuacji zapewne nie odmówiłaby udzielenia pomocy, bo w końcu rzadko zdarzało się, żeby ktoś tak ochoczo chciał wciskać jej pieniądze w rękę, a i w dodatku w takiej liczbie. Bo niewiast była spora grupa, więc nawet gdyby każda zostawiła po miedziaku, to czarownica nieźle wyszłaby na tym interesie. Ta jednak wciąż miała oszczędności zostawione przez Kamijo, więc nie musiała desperacko łapać się byle czego, żeby tylko zarobić i nie zdechnąć z głodu. Oczywiście wampirzy podarek nie sprawił, że nagle stała się wyniosła czy głupia, gdyż wiedziała, że pieniądze w aksamitnej sakiewce same się nie rozmnożą, ale zwyczajnie miała swój honor. A prawdą było, że nieraz potrafiła unieść się nim nawet ponad głodem i biedą. Bo pieniądze pieniędzmi, ale uważała, że zawsze na przód trzeba było się jakoś zachować. Sama może nie była przykładem tego, jak obnosiły się dworskie damy, ale i ku temu przecież były jakieś powody. Koniec końców nie była dworską panią, więc dziwnym by było gdyby zwykła chłopka zadzierała nosa wyżej niż niejeden arystokrata. Takim zachowaniem narobiłaby sobie tylko więcej wrogów niżby przyjaciół. Jej oschłość i szorstkość wypracowana z czasem były jedynie narzędziami obrony, które pozwalały jej się chronić przed pomiataniem i wyzyskiem, niczym więcej. Możliwe, że Ilia nawet miała czasem ochotę być nieco milsza, jednak z doświadczenia wiedziała, że to nie działało w dwie strony – a więc ludzie wciąż pozostawali dla niej wredni i w jakiś sposób gardzili nią, dlatego ona zwyczajnie nie pozostawała im dłużna.
- Nie odchodź! – jedna wręcz zaszlochała.
- Pomóż nam! Pomóż! – zawtórowała druga.
Zaciekawiona i nieco nawet zaniepokojona kobieta odwróciła się przez ramię. Emocje i liczebność zbiorowiska przed furtą było naprawdę niecodzienne. Najwyraźniej coś poważniejszego musiało mieć miejsce w wiosce…
- To co to za katastrofa się tam zdarzyła, co? – zapytała, gdyż jej ciekawskość dała się we znaki.
- Żadna katastrofa! Cud się stał! – zawołał malutki skrzat leśny wciśnięty w pręty bramki.
- „Cud”? – powtórzyła z niedowierzaniem. – To co to za cuda tam się dzieją bez mojej wiedzy? Co to za nowy szarlatan zawitał do wiochy? – skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie szarlatan, a anioł! – oburzyła się wieśniaczka. – Arystokrata prawdziwy!
Ilia drgnęła na tę wiadomość. Czyżby Kamijo ponownie zawitał w te zapomniane przez bogów strony? Dlaczego jednak tym razem postanowił pokazać się w wiosce? Może tym razem był już odpowiednio ubrany, w siodle lub z powozem – tak jak możny prezentować się powinien, więc dlaczego z tego nie skorzystać, prawda? Kobieta westchnęła ledwo słyszalnie. A już zaczynała żywić do niego jakieś przyjaźniejsze uczucia… prawie zapomniała, że koniec końców wszyscy są jednak tacy sami…
- Na koniu! Na białym rumaku jeździł! I włosy miał jak złoto! A cerę jak śnieg, a w oczach dwa kryształy lodu, które rozgrzewają serce aż do czerwoności! – zawyła niczym natchniona boginka.
Tak, no to przynajmniej mamy już pewność, że mówimy o tej samej osobie…
- Szybko, szybko no! Dajże jakiś specyfik na urodę! Szybko, zanim się ściemni, bo pewnie na noc z polowania wróci tam, skąd pochodzi!
- To znaczy, do pałacu, ma się rozumieć…
- To ten wasz anioł nie zajechał do wiochy? – zdziwiła się wiedźma.
- Nie, a nie! Do wioski nie! W lesie żeśmy go widziały! – zawołała strzyga. – A te tam usłyszały i pobiegły za nami! – oskarżycielsko wskazała palcem na dziewuchy z wioski.
Czyli może jest jeszcze jakaś nadzieja i wampirzy arystokrata faktycznie przyjechał na polowanie na jelenie, a nie żeby czarować wiejski lud. O dobry Welesie, miejże nawię Kamijo w opiece i nie pozwól się tak sromotnie zawieść czarownicy na jego osobie!
Wtem znów zrobiło się głośno. Puszczę przeszył wrzask, dla odmiany, męski. Chwilę potem zawtórował mu wysoki krzyk, jakby drapieżnego ptaka. Płomień buchnął nad czubkami drzew, jednak nie wyglądało na to, żeby był to pożar. Ogień zaraz zniknął z pola widzenia Ili, przekonując ją, iż bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego fenomenu był wybuch. Znad niemal idealnie równej linii wiekowych dębów wzniosła się potężna, szara chmura dymu. Co to, na litość matki Mokosz! Ktoś tu potajemnie zaczął handlować treścią żołądkową żmija?! Czy może jakiś niedorobiony goeta próbował otworzyć wrota piekielne, przez co psotliwe, przygłupie, mniejsze demony wyszły na powierzchnię i skutecznie utrudniały jej teraz życie?
Czarownica przecisnęła się przez tłumek dziewcząt i czym prędzej ruszyła w stronę wioski. Puściła się biegiem, rozchlapując brudną wodę z kałuż, ślizgając się na grząskim błocie. Nie zwracała uwagi na to, że brudzi sobie suknię ani nawet na to, że nie wzięła stosownego okrycia, bo choć przecież sieczeń (luty od aut.) chylił się już ku końcowi, to wciąż było jeszcze dość chłodno. W biegu jednak nie czuła niskiej temperatury ani przeszywającego wiatru.
W wiosce jednak nic się nie zmieniło. Wszystkie chałupy stały tak jak zawsze, kościół nietknięty, nadgryzione zębem czasu stragany po staremu… Odetchnęła z nieukrywaną ulgą. Jej pojawienie się wzbudziło jednak swoistą rewelację. Kilka starszych chłopek rzuciło się do niej z tą samą prośbą co małolaty, kilku wieśniaków zaczęło płakać jeden przez drugiego, żeby wrócić im synów, których to wielkie nieszczęście dotknęło i Dola się od nich odwróciła. Ci z kolei nie byli już tak zachwyceni pojawieniem się „anioła bez skrzydeł” w ich okolicy. Już zaczęli mamrotać głupoty, że to pewno upadły, skoro skrzydeł nie ma – bo rzeczą oczywistą było, że wszak on nie człek, bo na człeka za dobrze wygląda – a może nawet ostatni jeździec Apokalipsy, bo w końcu i białego konia miał, i miecz przy boku. Z efektów specjalnych mógł poszczycić się zaprzęgiem psów łowieckich. Ledwo zawitał w te strony, a pan „Śmierć” zyskał już sobie bardzo rozbieżne opinie.
Klecha w tym czasie próbował uspokoić ciemnogród. Charczał straszliwie ze względu na męczące go zapalenie płuc, kaszlał paskudnie i co chwilę urywał swój monolog, żeby wydmuchać nos lub wykasłać się we własny rękaw. Próbował wmówić ludziom, że to jeszcze nie czas Sądu Ostatecznego, że przecież nie było trąb ani pieczęci, ani zaraz, więc jesteśmy bezpieczni. Na widok czarownicy zrobił się jednak jeszcze bardziej czerwony niż był już ówcześnie od gorączki i wyciągnął zza pazuchy posrebrzany krzyżyk. Niemal tracąc głos zaczął klepać pacierzyk, na co wiedźma jedynie wywróciła oczyma.
- Przyprowadź go z powrotem, oj przyprowadź, proszę cię! Zaklinam cię, sprowadź mojego chłopca z powrotem do domu! – ryczała stara baba z targu. – Poszedł głupek do anioła bez skrzydeł i obiecał, że zaprowadzi go do miejsca, gdzie są jelenie! – jęknęła żałośnie. – A ten go zabrał! Zabrał i oby nie zabił! Głupi, oj głupi i nieodżałowany to dzieciak, ale błagam cię, błagam cię przyprowadź mojego chłopca w jednym kawałku do domu!
Co tu się, do ciężkiego czarta, wyprawiało?!
Jedni z miejsca niemal zakochali się w „upadłym”, drudzy przeklinali go, uważając, że ten przyniósł im zgubę i śmierć. Do tego jeszcze ta dziwna kłótnia dworowego i gumiennika i wrzaski oraz płomienie z głuszy lasu. Czyżby bogowie faktycznie zamknęli swoje oczy, pozostawiając te tereny i ich mieszkańców ze swoimi problemami samym sobie?
Co w tym wszystkim trzymało się kupy? Gdzie tu można było szukać sensu i logiki?
Jelenie! No tak, baba powiedziała, że głupek obiecał pokazać „aniołowi bez skrzydeł”, gdzie pasają się jelenie… Jelenie można najczęściej znaleźć na zagajniku. Tyle, że zagajnik z niewielkim, naturalnym poidłem, z którego czerpała zwierzyna leśna mieściła się w zupełnie innym kierunku do tego, skąd dochodził dym. Tego Ilia była pewna. W końcu znała tę puszczę jak własną kieszeń, a przy tym mogła poszczycić się orientacją w terenie, której mógłby pozazdrościć jej niejeden przewodnik.
Bez zbędnej gadaniny ruszyła ponownie w stronę lasu rozpychając się łokciami między wieśniakami. Przemknęła po leśnej ścieżce i już niemal intuicyjnie wybrała drogę, kiedy coś przykuło jej uwagę. Na kamieniu, na rozdrożu dróg, gdzie ostały się jedynie szczątki małej kapliczki, która miała odganiać demony mylące wędrowcom szlaki, siedział sobie oto właśnie jeden z nich. Bełt niemierzący sobie nawet metra wysokości siedział niewinnie i machał nóżkami w powietrzu, uśmiechając się pogodnie do wiedźmy. Jej nie ośmieliłby się pomylić dróg. Nawet by nie śmiał. Po pierwsze, wiedział, że czarownica i tak nie dałaby się na to nabrać, a po drugie, był świadom tego, że za taki głupkowaty żarcik dostałby niezłą burę. Siedział więc sobie tylko spokojnie i przyglądał się własnym stopom, których palce rozprostowywał i zginał. Rozglądał się bez zainteresowania po okolicznych krzakach i gwizdał sobie pod nosem. Z całych sił starał się sprawiać wrażenie takiego, co to nie wie, co się dzieje dookoła, a przede wszystkim, takiego, co to nie ma z tym nic wspólnego. Ktoś postronny może i dałby się na to nabrać, jednak kobieta w ostatnim czasie miała okazję widywać znacznie lepiej odegrane role, a ukryć się nie dało, że małemu bełtowi daleko było do zapierającej dech w piersiach gry aktorskiej wampirów, a przede wszystkim do ich pełnego zaangażowania, jakie wkładali w swoje sztuki odstawiane na porządku dziennym.
- Gadaj mi tu szybko! – zagrzmiała wiedźma, przez co mały demon skulił się w sobie przestraszony. Bywał uciążliwy dla ludzi, gdyż mylił im drogi, jednak Ilia zdawała sobie sprawę, że w gruncie rzeczy z tego gagatka to akurat było bardzo bojaźliwe i delikatne stworzonko. – Pomieszałeś dzisiaj komuś drogi? – zapytała ostro.
- A skądże! – pisnął, ześlizgując się z głazu i chowając za nim.
- Nie denerwuj mnie, czarci pomiocie! – zirytowała się kobieta. – Pomyliłeś drogi jeźdźcowi na białym koniu? – dopytywała. Odpowiedziała jej wymowna cisza. Wiedźma zajrzała za kamulec, żeby upewnić się czy malec przypadkiem nie zwiał albo nie zemdlał ze strachu. Ten jednak w końcu pokiwał tylko małym czerepem. – Gdzie żeś go wysłał? Ponoć szukał jeleni – dopytywała.
- A na bagnisko… - mruknął cichutko bełt.
Spodziewał się dostać karę, jednak zaafiszowana czarownica po usłyszeniu rzeczowej informacji pognała w przeciwnym kierunku do tego, który chciała pierwotnie obrać. Tak, teraz to wszystko nabierało sensu! To stamtąd dochodził dym! Kamijo szukał jeleni na gościńcu, jednak bełt pokrzyżował mu plany, wysyłając go na moczary! Świetnie! Znaczy… Może niekoniecznie świetnie, jednak w końcu coś zaczynało do siebie pasować. Zupełnie jak kawałki niewdzięcznego, pobitego talerza spirytualnego…
Teraz pozostawało tylko pytanie, co też zadziało się tam na bagnisku… Cóż, o tym wiedźmie przyjdzie się przekonać zapewne dopiero na miejscu.
Po kilkunastu kolejnych minutach truchtu dotarła do wskazanego przez miniaturowego demona miejsca. Rozejrzała się, uważnie stawiając każdy następny krok, gdyż nie miała ochoty zapaść się w grząskie błoto aż po same kolana ani tym bardziej na nikogo nadepnąć. W końcu bagno aż roiło się od nadprzyrodzonych istot, które kryły się w różnych jego warstwach – jedne głębiej, inne płycej. Wszystkie je jednak łączył fakt, iż zdenerwowane, kiedy nierozważny piechur nastąpił na nie, lubiły odgryzać się, wciągając nieszczęśnika do zarastającego zbiornika.
Już po kilku krokach dostrzegła białego konia walczącego z pochłaniającym go bagniskiem. Jego tylne nogi były całkowicie zatopione. Rumak targał niespokojnie łbem ze srebrzystą grzywą i rył miękką ziemię kopytami przednich nóg. Im bardziej jednak panikował, tym bardziej zapadał się w grzęzawisku. Jego przystrzyżona równo sierść i grzywa, podkute kopyta oraz założona uzda wraz z siodłem wskazywały na to, że nie był zwyczajnie pięknym, dzikim, ale przy tym i bardzo nieszczęśliwym koniem, który zawitał w te strony przez przypadek. To z pewnością musiał być rumak wamiprzego arystokraty.
Kobieta już chciała rzucić się na ratunek zwierzęciu, jednak wtem rozległ się ten sam, męski krzyk. Podążając za nim, Ilia natrafiła na bardzo niecodzienny widok. Otóż dwóch bladolicych pachołków, którzy wyglądali na młode rodzeństwo, tkwiło już po same szyje w bagnie, a wraz z nimi jeden wieśniak. Wszyscy oni utknęli tam najwyraźniej za sprawą bagiennika, który skrzywiony taplał się nieopodal. Kolejnych kilka metrów dalej, na nieco już stabilniejszym gruncie leżał wrzeszczący chłop, a nad nim pochylający się możny z miasta. Nad nimi, żeby było ciekawiej, na gałęzi jednego z obumarłych drzew siedział rozwścieczony raróg, który wtórował swoimi wrzaskami jękom chłopa.
No i masz babo placek… Za co tu się wziąć w pierwszej kolejności?
- Co tu się wyrabia, ha? – zapytała wiedźma, skupiając na sobie uwagę wszystkich po kolei.
Demon z zielonkawo-brunatną skórą, dzięki której mógł bezpośrednio oddychać pod wodą, wypuścił serię bąbelków nozdrzami, które miał umiejscowione między rybimi oczami, niemalże na samym czole. Wsparł się żabimi łapami na kępie pobliskiej trawy i wyciągnął do góry, żeby móc przemówić.
- Wandale! – zaskrzeczał. – Przychodzą tu na moje bagno i skaczą mi po głowie, ciemnoty jedne! – oburzył się. – Potopię głuptaków! – zagroził.
- Spokojnie, bagienniku! – Ilia podniosła ręce w obronnym geście, nakazując mu wstrzymać się z podejmowaniem podobnych decyzji. – Rozwiążmy to w jakiś bardziej pokojowy sposób! – zaapelowała. Władca torfowiska wyglądał jednak na bardzo rozsierdzonego i na nieskłonnego do prowadzenia jakichkolwiek negocjacji. – A co tu robi raróg? – zainteresowała się, zmieniając temat. Wszak w istocie uosobienie żywiołu ognia pod postacią płomiennego, czerwonego ptaka z długimi, barwnymi piórami ogona niemal jak u pawia i długą, łabędzią szyją z krótkim i mocnym, wróbeleczym dziobem było niecodziennym widokiem.
- A ja wiem? – burknął bagiennik. – Nie obchodzi mnie ta czerwona kura tak długo, jak mi nie nacisnęła na odcisk! – fuknął.
- Raróg?! – wystraszył się chłop tkwiący po szyję w błocie. – To jest raróg?! – niemal zapłakał. – Przecie raróg jest posłańcem samego Swaroga! – zawołał. – Anioły bez skrzydeł, bagienniki, czarownice, rarogi… co jeszcze? – jęknął żałośnie. – Ustra, mówiłem ci, żeby się w to wszystko nie mieszać! – rzucił do, jak w końcu zauważyła kobieta, rannego przygłupa. A więc to dlatego ten darł się jak oparzony…
Darł się jak oparzony, bo i w gruncie rzeczy taki właśnie był. Po kolorze mazi spływającej po większej części jego lewego boku kobieta rozpoznała, iż ten musiał zostać opluty przez bagiennika. Jego trucizna była dość parząca, jednak raczej nie stwarzała śmiertelnego zagrożenia. Uszkadzała co najwyżej powierzchowną warstwę skóry, powodując, że nieszczęśliwy delikwent borykał się ze stosunkowo niegroźnymi krwotokami. Podrażnienie skóry, owszem, było bolesne, jednak w mniemaniu kobiety nie było wystarczającym powodem do darcia się w niebogłosy. Przynajmniej jedna z rąk Kamijo również była umorusana w brunatnej mazi, jednak ten trzymał usta zasznurowane. Wieśniak mógł brać przykład z arystokraty, jak powinien zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna.
Wiedźma sama doskonale wiedziała, jakich obrażeń może przysporzyć ta trucizna, gdyż często z nią pracowała i nie raz sama również się nią oblała – nierzadko z „drobną” pomocą kręcącego się pod nogami smoka lub kulawego stołu, któremu właśnie zachciało się zatrząść. Bowiem jad bagiennika był bardzo cenioną substancją, z której można było przyrządzić specyfiki na reumatyzm, bóle kręgosłupa, rany, niestrawność, choroby serca, a nawet bezpłodność. Kobiecie przeszło przez myśl, że skoro już pofatygowała się na torfowisko, to mogłaby poprosić demona o małą próbkę trucizny, żeby sporządzić dla siebie smarowidło na bolące plecy od garbienia się nad rozbitym talerzem spirytystycznym. Ten jednak wciąż wyglądał na mocno skwaszonego, więc Ilia wolała nie ryzykować trzema życiami tylko po to, żeby zadać jedno, głupie pytanie, na które prawdopodobnie i tak znała już odpowiedź.
Westchnęła, rozglądając się dookoła, jakby szukając odpowiedzi lub chociażby podpowiedzi, którą mogłaby jej dać matka ziemia. Zawiesiła spojrzenie na dłużej na płomiennym posłańcu boga słońca, nieba, ognia i kowalstwa. Jego obecność tutaj była naprawdę niespotykana…
- Mój drogi – zaczęła spokojnie, zwracając się do demona – muszę ci powiedzieć, że te ciołki nie znalazły się tu jednak z własnej woli – zdecydowała się wyjaśnić całą sytuację. – Przebrzydły bełt pokrzyżował im drogi, kiedy ci byli w drodze do jeleniego zagajnika – postawiła sprawę jasno. – Więc niejako za ich wtargnięcie na twoje ziemie możesz winić jego, a nie ich. Pozwól mi zatem zabrać od ciebie to utrapienie, żeby więcej ci nie przeszkadzali – poprosiła.
- Najpierw niech pożałują! Żeby mieli nauczkę na następny raz! – zawołał buńczucznie.
- Ale jak ich potopisz, to nie będzie już żadnego następnego razu – zauważyła, rozkładając bezradnie ręce. – Poza tym, mówię ci, że to jedno nie ich wina. Jeśli chcesz, mogę ci przyprowadzić prawdziwego winowajcę; bełta – obiecała. – Oni nieroztropnie wstąpili na bagno, gdyż byli przekonani, że zmierzają w zupełnie inną stronę. Nie zachowali ostrożności, gdyż i nie było powodu ku temu. W końcu zmierzali do zagajnika – podkreśliła.
- A mnie to nie obchodzi! – uparł się żabi stwór.
- Pozwól mi zatem trochę się potargować – starała się nie zabrzmieć nazbyt natarczywie. – Jeśli oddasz mi tych tutaj – wskazała na uwięzionych ludzi i wampirów – obiecuję wstawić się za ciebie u Wodnika, żeby ten umówił cię z jego najstarszą córą, Seriną – dała słowo. – Wodnik szuka dla niej męża, żeby ta więcej nie pływała do miasta – wyjaśniła.
Żabie oczy błysnęły chciwie. Bagiennik może nie był wcale wielce zakochany w córce wodnego pana, ale za to był łasy na władzę i pozycję. Bo nie dało się ukryć, że Wodnik, jako władca wszelakich wód stojących i pływających, był znacznie wyżej w hierarchii niż byle bagiennik, który władał jedynie jednym torfowiskiem. Właściwie to nawet nie miał go na własność, gdyż fakt, iż znajdywała się tu woda sprawiała, iż teren ten faktycznie przynależał do Wodnika, a żabi demon był jedynie kimś w rodzaju jego wasala.
- No… Jeśli tak się sprawy mają, to może faktycznie mogę ci ich oddać… W końcu i tak nie będę miał z nich żadnego pożytku… - zaskrzeczał.
Ilia ostrożnie zbliżyła się do zbiornika, na którego brzegu przesiadywał pokraczny stwór. Poczekała, aż ten wydostał uwięzionych bliźniaków i wieśniaka, a następnie pomogła wygramolić im się na stały ląd. Uścisnęła błoniastą łapę demona, przypieczętowując tym samym układ.
- Wspomnę mu o tobie, kiedy tylko znów będę się z nim widzieć – obiecała.
- Na to liczę… - burknął bagiennik. – A teraz zabieraj mi ich stąd! Byle szybko! – fuknął.
- Konia też biorę – upomniała się. Demon skrzywił się i cmoknął niezadowolony, jednak ostatecznie skinął głową, decydując, że dobre układy z wiedźmą i Wodnikiem są ważniejsze od przyjemności topienia żywych istot. – A tam co się zadziało? – zapytała, wskazując na dwójkę uważnie obserwowaną bursztynowymi ślepiami raróga.
- Ten tam… strzelił… - wydusił z siebie nieskładnie jeden z wampirzych braci i wskazał na wciąż jęczącego boleśnie chłopa. - …z kuszy… do raróga… - wydukał.
Strzelać do posłańca bogów. Pięknie. Nic tylko powinszować inteligencji. Kobieta westchnęła ciężko. Z tego wszystkiego zaczynała boleć ją głowa…
Z rarógiem nie dało się dyskutować. Nie był to byt na tyle rozwinięty, żeby mówić, jednak nie oznaczało to także, że był przygłupi. Płomienisty ptak był bardzo inteligentnym i przede wszystkim dumnym zwierzęciem, z którym trzeba było się liczyć.
- A skąd ty w ogóle kuszę żeś wytrzasną, co Ustra? – zawołała, podchodząc do owej dwójki i mierząc się spojrzeniem z wielkim ptaszyskiem.
- Sam żem sklecił… W zakładzie ojca… - wyznał płaczliwie chłop.
No tak, ojciec Ustry miał zakład stolarski. Wiedźma szybko zlustrowała sytuację, dostrzegając, że strzała tkwiła w drzewie stojącym daleko po lewej, toteż albo wieśniak nie umiał za grosz celować, albo jego wynalazek nadawał się do spisania na straty. Ona podejrzewała jednak, że w tym przypadku obie te teorie mogły być po części prawdziwe. Raróg jednak, widząc człowieka, który w niego celował, wystraszył się i najeżył, przez co teraz nie pozwalał odejść swoim dwóm upatrzonym ofiarom na krok. Gdy chociaż jedna z nich próbowała się ruszyć, ten darł się jak opętany. Było to mądre zwierzę, jednak koniec końców tylko zwierzę, toteż nie można było winić je za takie zachowanie…
Płomienisty ptak jakby zdawał sobie sprawę z głupoty, z jaką przyszło mu stanąć oko w oko w postaci wiejskiego chłopka-roztropka i chyba tylko dlatego zdecydował się jeszcze nie atakować. Wszak mądre powiedzenie uprzedzało, żeby do byka nie podchodzić od przodu, konia nie zachodzić od tyłu, a do głupiego nie podchodzić wcale, jednak zraniona duma i oburzenie nie pozwalały mu przejść wobec tego wszystkiego obojętnie. Jakże cudownie…
Ilia sięgnęła do głębokiej kieszeni sukni, w której nosiła „wszystko, co przydatne”, jak to lubiła określać. Po omacku wyszukała w niej skrawki krzesiwa, które było nieco zmodyfikowane za sprawą magii. Złączyła dłonie i zaczęła je pocierać, jakby w jednej chwili strasznie zmarzła, po czym dmuchnęła w wąską szczelinę powstałą między nimi. W odpowiedzi spomiędzy jej palców buchnęły drobiny żaru, które w bardzo powolny sposób spopielały się, unosząc się jednocześnie w powietrzu niczym błędne ognie lub sztuczne świetliki. Zaczęła wachlować rękami, żeby świecące punkciki ruszyły z miejsca. Tak też się stało. Kiedy raróg dostrzegł je, rzucił się z wrzaskiem w pogoń za umykającymi drobinami żaru. Zafascynowane świecidełkami zwierzę oddaliło się w głąb lasu. No cóż… swój do swego ciągnie, nie? Jako że posłaniec Swaroga był upersonifikowaniem żywiołu ognia miał lekką obsesję na jego punkcie – płomienie były jego siłą i słabością za razem. W razie niebezpieczeństwa potrafił ich używać do własnej obrony, ale łatwo było go także rozproszyć zapalając chociażby pochodnię. Raróg miał opinię „towarzyskiego” ptaka, który lubił przesiadywać nocą z wędrowcami przy ognisku. Potrafił zafascynowany wpatrywać się w płomienie nawet przez kilka godzin.
- I takie to właśnie te chłopy są bez baby… - westchnęła ciężko. - …zupełnie nieporadne… - przewróciła oczyma, mrucząc do siebie pod nosem.
- Dziękuję… moja pani, za twą nieocenioną pomoc… - Kamijo odezwał się dopiero po dłuższej chwili. Widząc, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, pomógł wywindować się oplutemu bagiennikową trucizną chłopowi do siadu, na co ten zaczął biadolić i jęczeć żałośnie.
- A cichaj ty już tam! – jęknęła do rannego. – Uszy więdną! Żalisz się nad sobą, jakby ci coś wielkiego było! – fuknęła.
- A i jest! – upierał się wieśniak. – Krwawię przeto! – chlipnął.
Czarownica tym razem pozwoliła dać sobie upust swojej irytacji, burcząc wiązkę inwektyw pod nosem. Z niezadowoleniem pomogła wampirzym bliźniakom wyciągnąć konia z bagniska, a następnie załadować na jego grzbiet najbardziej poszkodowanego. Reszta szła piechotą, gęsiego, za przewodnictwem kobiety, która trzymała lejce, ostrożnie wybierając drogę, żeby rumak znów nie zatonął w torfowisku.
Ustra przez całą drogę nie chciał się zamknąć, przez co Ilia miała nieodpartą ochotę zrzucić go z siodła i zostawić w krzakach, żeby dopadła go jakaś gangrena czy inne licho i żeby faktycznie tam skonał. No kto to widział, żeby facet tak się zachowywał!… w dodatku przed obliczem niewiasty… Mógłby mieć chociażby jakieś szczątkowe ilości honoru, nawet jeśli był zwykłym prostakiem…
Zajechali do wioski. Wiedźma zrzuciła jęczącego chłopa na kupę sukien i materiałów piętrzących się na jednym ze straganów. Na ich przybycie znów zaczęła się wrzawa. Dziewki zaczęły piszczeć na widok bladolicego arystokraty, niektóre nawet roniły łzy, gdyż jak widać i temu musiało oberwać się rykoszetem, kiedy żabi demon pluną na chłopa. Inni, widząc, że ten ma krew na rękach i miecz przy pasie, uciekli w popłochu, będąc święcie przekonani, że odwiedziła ich apokaliptyczna Śmierć. Całe szczęście pomimo że możny nosił przy sobie cały czas broń, nie wymachiwał nią głupio na prawo i lewo, nie stwarzając przy tym dodatkowych problemów…
Kaznodzieja znów zaczął drzeć się, a uciszał go tylko niemal gruźliczy kaszel, którym zanosił się z wysiłkiem. Wywrzaskiwał, że koniec świata jeszcze daleki, że to nie anioł i nie upadły i że od czarownicy trzeba stronić. Kobiecie przez chwilę przeszło nawet przez myśl, żeby tak po prostu strzelić go raz a porządnie po mordzie, żeby się zamknął, ale ostatecznie machnęła jedynie ręką zniechęcona. Kiedy emocje w niej nieco opadły w końcu zaczęła odczuwać nieprzyjemności związane ze strojem niedopasowanym do pogody. Nie ma co się kłócić. Lepiej, żeby sama czym prędzej wróciła do chałupy i się ubrała albo w innym wypadku przemarznie i skończy podobnie jak i klecha.
Stara baba rzuciła się do niej z podziękowaniami i wyrazami wdzięczności. Chciała ją nawet wyściskać i wycałować za przyprowadzenie jej skretyniałego syna, nawet jeśli ten broczył jak zwierzę rzeźne. Ili nie widziało się jednak z nikim obściskiwać, w dodatku publicznie. Zręcznie próbowała się uchylić lub odepchnąć starowinkę od siebie, jednak ta się uparła.
- A co ze mną?! – jęknął żałośnie Ustra. – Ranny jestem! Krwawię! – przypomniał, jakby ktoś zdążył zapomnieć.
- Rany polej gorzałką i zawiń w czyste szmaty – poleciła bezdusznie. – Zagoi się – obiecała, wciąż unikając namolnej chłopki.
W końcu z pomocą przyszedł jej wampir, który złapał ją pod boki i wsadził w siodło, tym samym sprawiając, że ta była teraz zbyt wysoko, żeby zdeptana i przygnieciona przez ilość własnych wiosen baba mogła ją dosięgnąć. Kamijo bez słowa chwycił lejce tak jak ówcześnie zrobiła to wiedźma i zmusił konia do ponownego ruszenia z miejsca. Najwyraźniej czym prędzej chciał opuścić to głośne towarzystwo. Pionowa zmarszczka między jego ściągniętymi brwiami mogła świadczyć, że i jego dopadła migrena. Pachołkowie ruszyli za nim w ciszy.
Czarownica już po chwili obejrzała się, żeby przyjrzeć się wyczerpanym twarzom dzieciaków. Nie dziwiła im się. W końcu poruszanie się w bagnisku i próby wydostania się z niego musiały kosztować ich od groma energii. Bracia ledwo trzymali się na nogach.
- Daj no tu dzieciaki – odezwała się do złotowłosego. – Ja mogę iść, ale oni to zaraz padną jak muchy – zauważyła. Już chciała zsunąć się z siodła, w którym siedziała bokiem niczym prawdziwa dama, gdyż tak właśnie została w nim usadzona przez arystokratę.
Ilia jeszcze nigdy nie widziała tak skwaszonego i wyczerpanego możnego. Ten z niechęcią odwrócił się, aby przekonać się o prawdomówności swojej towarzyszki. Widząc, że jej słowa niewiele mijały się z prawdą, przywołał do siebie pachołków i zatrzymał konia. Gestem dłoni nakazał wspięcie się im na jego grzbiet, przy czym także zabronił zejścia z niego wiedźmie.
- Jakby to wyglądało, gdyby pani w moim towarzystwie zmuszona byłaby iść? – wysilił się na słaby uśmiech, który wciąż przypominał mdły, zimowy promień słońca. – I tak się nie godzi, żeby pani jechała na rumaku w takim stanie, ale cóż… - westchnął bezradnie.
- Daj spokój! – machnęła ręką. – My tu teraz wszyscy brudni jak święta ziemia! – parsknęła, zupełnie nie przejmując się takimi drobnostkami.
Jeden z bliźniaków wsunął się przed nią, przed siodło, a drugi zajął miejsce na samym końskim zadzie, moszcząc się za siodłem. Obaj kurtuazyjnie przeprosili za stwarzanie problemów, co w jakiś sposób zmiękczyło serce czarownicy, która w jednej chwili zapragnęła przytulić pachołków do piersi niczym miłosierna matka. Koniec końców to wciąż przecież jeszcze były dzieciaki…
No i masz ci los. Ranny i umorusany pan z miasta brnie piechotą przez błotnistą drogę, podczas gdy jego konia bezczelnie okupuje dwójka pachołków z czarownicą. A to dobre. Ilia zaśmiała się w myślach. Podejrzewała, że ciężko było o drugie podobne, cudaczne indywiduum, jakim był złotowłosy arystokrata. W końcu kto to widział, żeby służący siedział, a pan szedł? W dodatku w takich warunkach? A jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, ten wcale nie wyglądał na złego z tego powodu. Był co najwyżej zmęczony.
Kobieta z ulgą odnotowała malującą się na horyzoncie bryłę własnej chaty. Zeskoczyła z siodła tuż przed furtką do własnego obejścia i przejęła lejce. Poprowadziła umorusanego rumaka na tylną część podwórza i uwiązała go u belki stodoły, to znaczy dokładnie tam, gdzie uwiązany stał również jej, znacznie mniejszy, starszy i mniej okazały koń. Upewniła się, że poidło było pełne i że paszy nie brakuje w korycie, po czym sięgnęła po metalową balię.
- Zimno jest, ale jakoś radzić sobie trzeba – wzruszyła ramionami, spoglądając głównie na niezgrabnie gramolących się braci, którzy ledwo utrzymywali już otwarte oczy z wycieńczenia. – Studnia tam – wskazała palcem – miska tu – wcisnęła jednemu z nich balię. – Powodzenia – skwitowała. – Co jak co, ale w takim stanie do chałupy to ja was nie wpuszczę – postawiła warunek, gdyż dzieciaki były brudne od szyi w dół. – Chałupa to jednak nie chlew – zauważyła. – No, raz, dwa się obmyć i biegusiem do środka, żeby was jakieś cholerstwo na zimnicy nie strzeliło – przestrzegła. – Potem dam wam jakieś szmaty do ubrania – obiecała. Bracia niepewnie spojrzeli po sobie. Widocznie nie podobała im się wizja kąpieli w lodowatej wodzie, kiedy zima tak na dobre przecież jeszcze nie odeszła, ale zdawało się, że rozumieli, iż nie mieli innego wyboru. – A ty, złociuchny – zwróciła się do arystokraty, który nosił tylko śladowe ilości błota. Jego ubranie znaczyło znacznie więcej krwawych plam – od razu do środka – zarządziła. – Zaraz cię opatrzę.
Jemu również takowy stan rzeczy nie był na rękę, jednak nie odezwał się słowem. Głównie dlatego, że nie było już o czym więcej dyskutować. Po minie możnego wnioskowała, że ten nie lubił zdawać się na innych. Ponad to miał wpojony ogromny szacunek do kobiet, który starał się okazywać na każdym kroku, nawet jeśli na jego drodze pojawiła się prosta chłopka. A nawet wiedźma. Ili wydało się to niespotykane, jednak musiała przyznać, że była to przyjemna odmiana. Może właśnie dlatego w ostatnim czasie nawet zagustowała w towarzystwie Kamijo.
Wampir wszedł do chałupy tylnim wejściem. Smok nawet na niego nie warknął, wciąż pamiętając poprzednie dni jego urzędowania w wiedźmiej chacie. Właścicielka przybytku ruszyła za złotowłosym arystokratą, uprzednio tylko względnie oczyszczając się z nadmiaru błota. Zaraz wyciągnęła kilka specyfików do odkażania ran i smarowidło, które przyspieszało ich gojenie, a także zmniejszało ból i obrzęk. Udało jej się nawet wygrzebać kilka bandaży wydzierganych z pajęczych nici gigantycznych pająków żyjących w głębi puszczy. Ustawiła wszystko, czego potrzebowała na kulawym stole i spojrzała wyczekująco na mężczyznę, który jak do tej pory po prostu stał bezczynnie jak kołek.
- No, a ty na co liczysz, kochanieńki? – przewróciła oczyma. – Rozbieraj mi się tu – założyła ręce na piersi.
Możny już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak ostatecznie znów zamilkł. Nie było po co dyskutować. Musiał się słuchać. Słuchanie się wiedźmy było dla niego w danej chwili bardzo wskazane. I choć cała ta sytuacja wydawała mu się chyba nawet mniej podobać niż wtedy, kiedy wylądował przypadkiem na tych zapomnianych przez bogów terenach po raz pierwszy, to musiał w tej chwili przełknąć swoją dumę. Dość niechętnie zrzucił z siebie krótki, czarny, skórzany płaszcz, a następnie wziął się za rozpinanie białej koszuli… albo raczej koszuli którą można było wspominać jako białą.
Czarownica z miejsca wzięła się do roboty. Przetarła rany, które głównie mieściły się na rękach i lewym boku arystokraty sprawdzonymi specyfikami, a następnie owinęła go delikatnymi bandażami. Zaraz potem zlazła do piwnicy i z powrotem zmuszona była wygrzebać cerowane łachy, które zostały jej po przygodnych kochankach. Wczłapała się z powrotem po schodach z trudem i rzuciła naręczem ubrań w pana z miasta dokładnie w chwili, w której do środka wpadły zmarznięte dzieciaki. Całe szczęście dla nich też starczyło odzieży.
 Wiedźma miała mierne pojęcie o podejmowaniu gości, jednak potrafiła domyślić się, że zziębnięte, przestraszone nie na żarty dzieciaki pewnie były głodne, ale nie śmiały się poskarżyć. Arystokratę mogłaby wystawić już za drzwi w obecnym stanie, bo przecież umierający nie był, ale z jakiejś racji zrobiło jej się szkoda pachołków. No a jak już chciała zatrzymać tę dwójkę chociaż na chwilę dłużej, to nie mogła wyrzucić złotowłosego, prawda? Przynajmniej nie bez stosownego powodu… a żaden jak na złość nie przychodził jej na myśl. Kamijo, jakby czytając jej w myślach lub przynajmniej domyślając się, co mogło się święcić, też nie dawał jej żadnych przyczyn do niezadowolenia. Siedział grzecznie, najwyraźniej próbując przeboleć swoją zranioną, męską dumę. Zasępiony przynajmniej starał się nie dawać tego po sobie poznać, ale Ilia już i tak wiedziała. Bo w końcu wszyscy faceci są tacy sami. To on tu nosi spodnie. Wybrał się na polowanie. Z pachołkami do pomocy. I był uzbrojony! Na litość dobrej Matki Mokoszy, miał miecz u boku!... a jednak ratować musiała go kobieta. W dodatki czarownica.
Kobieta machnęła lekceważąco ręką. Póki nie sprawiał problemów, mógł sobie siedzieć w tym swoim upatrzonym kącie nawet i tydzień, i jej by to nie przeszkadzało. Grunt, żeby nie powodował kolejnej wrzawy tego samego dnia. Wszak trzeba było przyznać, że dzisiejszy dzień obfitował już w wystarczającą ilość rewelacji…
Rozejrzała się po chacie, zastanawiając się, co mogłaby postawić na stole. Suchej kiełbasy od masarza zakamuflowanej przed smokiem za ścianą z alchemicznego szkła było jej trochę szkoda. W końcu to rarytas. Poza tym dzieciaki zapewne i tak kręciłyby nosem na suche, gumowate mięso. To nie jest coś, w czym gustują dzieci. Westchnęła, przeczesując palcami włosy i odgarniając je na plecy. Więc co im przygotować? Jajecznicę na smalcu? Czym ich uraczyć? Kiszonymi ogórkami? Nie… musiała znaleźć coś innego.
Ostatecznie skończyło się na tym, że stanęła przy blacie kulawego stołu i zaczęła wyrabiać ciasto na pierogi. Wciąż zostało jej trochę twarogu, zsiadłego mleka i truskawek, na których przeprowadzała eksperymenty przyspieszonego dojrzewania. Sama zjadła ich trochę poprzedniego dnia i wciąż nie dopadła ją obstrukcja, co uważała za dobry znak i jednocześnie potwierdzenie tego, iż można było je spokojnie spożywać bez żadnych obaw problemów żołądkowych. Mąkę zawsze trzymała w którejś szafce, gdyż był to materiał uniwersalny, przydatny nie tylko do gotowania. Postanowiła zatem wykorzystać te produkty i na szybko ulepić pacholęciem parę pierogów na słodko. Zakasała rękawy i wzięła się do roboty. Nim jednak rozwałkowała drugą partię ciasta i wzięła się za wycinanie z niego kółek, zaczęła wyklinać na siebie i swój wybór. Już tak dawno nie gotowała dla kogoś innego, że niemal zapomniała, ile to było zachodu z klejeniem pierogów. Że jej się też zachciało w to bawić! Przewróciła oczyma, sapiąc ciężko pod nosem i przestępując z nogi na nogę. Kiedy dłużej postała w jednym miejscu zaraz zaczynał boleć ją krzyż i lewe biodro… ale co się dziwić? Przecież nie miała już dwudziestu wiosen. Czas leciał nieubłaganie i choć obchodził się z nią łaskawie, a wiedźma kurowała się również swoimi różnymi specyfikami, aby zachować młody wygląd na dłużej, ciała i łupania w kościach nie dało się oszukać.
Rzuciła okiem na skulone na ławie wampiry, które trzymały się blisko siebie, żeby się ogrzać. Na widok ich zgaszonych twarzyczek serce ponownie jej zmiękło i przestała narzekać w myślach na koślawy stół, mąkę rozsypującą się dookoła, którą później trzeba będzie posprzątać czy w końcu przyklejające się do blatu ciasto. Chciała sprawić maluchom chociaż małą przyjemność dobrą kolacją. Chwilę potem złapała się jednak na myśleniu, że ci w posiadłości możnego zapewne nie zaszczyciliby jej dania nawet spojrzeniem, rozważając co najwyżej możliwość uraczenia nim psów gończych, ale cóż… powiedzmy, że starała się nie przywiązywać nadto uwagi do tego i nie przygnębiać samej siebie tym spostrzeżeniem.
Rozpaliła ogień pod kociołkiem, do którego wlała wodę. Przywołała pachołków, żeby ci się ogrzali. Zaczęła wrzucać słodkie pierogi do gotującej się wody. Czuła na sobie cały czas zainteresowane, napięte spojrzenia dzieciaków. Nie rozumiała, czemu te obserwowały ją tak czujnie. Przecież nie odstawiała przed nimi żadnego pokazu magicznego. Czyżby obawiali się, że z kotła zaraz coś wylezie? Coś paskudnego i obrzydliwego? A może sam diabeł? Albo zwyczajnie powątpiewali w zdolności kulinarne czarownicy…
Wyłożyła gotowe pierogi do głębokiego półmiska i postawiła na stole. Znalazła kilka poobijanych, obdrapanych, mniejszych talerzyków i sztućce, stawiając je przed pacholętami. Sama zasiadła naprzeciw nich do stołu i nałożyła sobie porcję. W końcu skoro tyle już się namęczyła, to wypadałoby, żeby przynajmniej widziała, jak smakują jej wysiłki, prawda?
Smakowało nieźle. Zdawała sobie sprawę, że zapewne nie umywała się do wielkich kucharzy z miasta, sama nie miała się za osobę wielce uzdolnioną kulinarnie, ale dało się zjeść. Wystarczająco jak na jej standardy. Wampiry jednak ani drgnęły z miejsca i przenosiły tylko jakby zdziczałe spojrzenia z kobiety na półmisek i z powrotem.
- No… jedźcie – poleciła.
- To my… znaczy – zająknął się jeden, przełykając głośno ślinę. - …można się poczęstować? – zapytał jakby z niedowierzaniem.
- A co? Dla kogo to ja niby robiłam, co? – kobieta spojrzała na niego z politowaniem. – Myślałeś, że każę wam patrzeć, jak jem? I to w dodatku taką porcję? – pokręciła głową.
Bliźniaki nie odpowiedziały, jednak w końcu sięgnęły po jedzenie. Z początku ostrożnie nakładały delikatne pierogi na pokiereszowane talerzyki szczerbatymi widelcami, zupełnie jakby przenosili na nich czystą ambrozję lub płynne złoto. Wzięli się za powolne krojenie, próbując przy tym zachować wszelkie zasady dobrego zachowania.
- Jak wam będzie prościej to możecie rękami – wzruszyła ramionami. – To nie zamek, a ja nie wyprawiam tu wykwintnego balu. Nie musicie zachowywać się tak sztucznie – prychnęła, obserwując z rozbawieniem poczynania dzieci.
Na tę komendę dwie pary oczu zalśniły niczym latarnie morskie. Młodziki rzuciły się na jedzenie, łykając kęsy niczym pelikany, niemal w ogóle nie rozdrabniając pokarmu, a od razu go przełykając. Oblizywali się przy tym i mlaskali z zadowolenia. Obraz ten był tak dramatycznie różny od tego, który prezentowali jej przed chwilą, a przy tym tak szczery, że kobieta nie mogła się powstrzymać i najzwyczajniej w świecie roześmiała się w głos. Spłoszone pacholęta zamarły w przestrachu w bezruchu, obawiając się, że coś zrobili nie tak. Ona jednak machnęła na nich uspakajająco ręką.
- Jedźcie, ile potrzebujecie – odezwała się łagodnie. Zaraz jednak zwróciła spojrzenie ku mężczyźnie, który zdawał się być tak pochłonięty przez swój wewnętrzny świat, iż nawet nie zauważył faktu pojawienia się jedzenia na stole. – A po ciebie, darmozjadzie, to trzeba specjalne zaproszenie wysyłać, ha? – niemal zakrzyknęła, żeby mieć pewność, że jej słowa dotrą do wampira. – Karetę zamówić do stołu czy sam pofatygujesz te swoje arystokrackie siedzenie? – zapytała zaczepnie.
- Nasza dobrodziejka ratuje nas z opresji, opatruje nasze rany, a teraz także nas karmi – powolnie wywindował się do pozycji stojącej, zmierzając w kierunku stołu. – Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować za twą dobroć, moja pani – skłonił się i chciał ująć dłoń Ili i ucałować jej grzbiet, jednak ta wyrwała mu ją, kiedy ten tylko po nią sięgnął i zdzieliła go nieprzesadnie mocno po łbie.
- Ty mnie tu hymnów pochwalnych nie układaj, tylko siadaj i jedz – rozkazała. – Póki ciepłe. Poza tym niewykluczone, że jeszcze chwila i obejdziesz się tylko smakiem – zachichotała widząc, że maluchy naprawdę musiały być głodne, skoro tak się obżerały.
- A co to za brak manier?! – oburzył się złotowłosy, spoglądając z przyganą na służących. – Czy was nie nauczono, jak zachowywać się przy stole? W dziczy was chowano? – ściągnął gniewnie brwi.
- Daj im spokój – syknęła czarownica. – Ja im pozwalam. Niech jedzą tak, jak im wygodnie, żeby się najeść – założyła ręce na piersi. Zdezorientowane bliźniaki spojrzały niepewnie na swojego pana i gospodynię, nie wiedząc, do kogo poleceń należało im się zastosować. – Nie słuchajcie go – parsknęła, ostentacyjnie odwracając się od Kamijo. – To moja chałupa, więc i moje zasady. Jeść – poleciła. – Ty też – zwróciła się do możnego.
Duma arystokraty najwidoczniej została ugodzona kolejny raz dzisiejszego dnia. Został odmówiony mu posłuch. Przez kobietę. Wiedźmę. Niemniej jednak ten nie odezwał się ani słowem i posłusznie zajął miejsce obok swojej dobrodziejki, sięgając po swoją porcję. W milczeniu zaczął jeść.
Po kolejną dokładkę sięgnął ten bardziej małomówny z braci. Za swój „występek” został jednak szybko zrugany surowym spojrzeniem przez złotowłosego.
- Czy wam to aby już nie wystarczy? – zapytał z przekąsem.
- Kiedy to takie dobre! – zawołał na usprawiedliwienie.
- Właśnie! – dodał drugi. – Kucharz w posiadłości w mieście nie potrafi tak gotować! – poskarżył się.
Ilia poczuła się połechtana niebanalnym komplementem na temat swojej kuchni, nawet jeśli zdawała sobie sprawę, iż w tym wypadku zapewne najlepszą przyprawą był głód, toteż młodzi znacznie przesadzali, gdyż zwyczajnie kiszki grały im marsza.
- Nie zamierzałem ujmować kuchni naszej gospodyni… - mruknął mężczyzna.
- Daj im spokój – sapnęła czarownica. – Niech zjedzą w spokoju, bo się jeszcze przez ciebie wrzodów żołądka nabawią – westchnęła.

I tak oto wampiry zawitały do wiedźmiego obejścia raz jeszcze… Jak tym razem miało się to skończyć?

Opowiadanie z Kamijo (Versailles) - Rozdział II

Wciąż jeszcze nie wymyśliłam żadnej porządnej nazwy dla tego opowiadania ^^'' Muszę się w końcu nad tym zastanowić >.< Mam nadzieję, że ktoś się tym jeszcze zainteresuje, bo muszę przyznać, że w ostatnim czasie całkiem nieźle pisze mi się tego ficka (nie żebym postronnie odkryła też, że jak się nie głodzę to mam więcej energii i mój również lepiej pracuje, więc pisanie W OGÓLE jakoś z powrotem zaczęło mi iść ^^'' poza tym wydzielają się też endorfiny, więc może moja sięgająca w ostatnich dniach zenitu depresja trochę zelżała C'': )
Mam nadzieję, że wciąż są tu jacyś fani fantasy! ♥ Liczę na wasze wsparcie w komentarzach! ♥♥♥


Rozdział II

Ilia przełknęła gumowy kawałek suchej kiełbasy, którą dostała w ramach podziękowania od rzeźnika z wioski za pomoc z puchnącymi stawami. Oblizała się i pokiwała z uznaniem głową dla umiejętności i wyrobów starego masarza. Spuściła wzrok i spojrzała na karzełkowatego smoka, który wpatrywał się w nią błagalnie, a ślina gęsto ciekła mu z pyska.
- Nie dla psa kiełbasa – burknęła do pupila, którego ślepia niemal się zaszkliły.
Cóż, może i lubiła tego małego gada, ale nie oznaczało to, że zamierzała marnować takie rarytasy i karmić nimi zwierzęta. Jeszcze zaraz oburzone kury gotowe zacząć stukać jej w okna, gdyby dowiedziały się o niesprawiedliwości, która miała miejsce w niedostępnych dla nich czterech ścianach i o faworyzowaniu przygłupiego smoka…
Jej rozmyślania przerwało walenie do drzwi. Zawinęła mięso w pergamin i położyła na półce za ścianą szkła alchemicznego, które ostrzegłoby ją trzaskiem, gdyby pupil zaczął dobierać się do tego, co nie było dla niego przeznaczone. Obróciła się na pięcie i z furkotem sukni odemknęła odrzwia.
- Czego tam? – burknęła bez zainteresowania.
Przed nią stał młody chłopaczek, chłystek z rozoraną mordą. Nie wyglądało jednak na to, żeby się bił. Bardziej prawdopodobnym było, że próbował walczyć z młodzieńczymi wypryskami na własną rękę albo, co gorsza, matka z babką i całym wianuszkiem „uczonych” koleżanek dopadły go, radząc, co zrobić, żeby mieć piękną i gładką skórę.
- Pomóż! – jęknął żałośnie. – Ojciec głowę mi suszy, że to już najwyższy czas, żebym żonę sobie znalazł, bo nie ma kto obejściem się opiekować, a mnie z taką gębą żadna nie chce! – niemal chlipnął. Bezceremonialnie z miejsca wyciągnął otwartą dłoń, na której leżała pojedyncza, srebrna moneta.
- Znowu żeś z ojca sakwy podprowadził? – zgadywała z krzywym uśmiechem. – Aj, oberwie ci się za to, oberwie… - mruknęła, gdyż znała ojca dzieciaka, którym był zwalisty chłop, który wiecznie szukał zwady i pierwszy wyciągał pięści. – Ale niech będzie – machnęła lekceważąco ręką, zgarnęła zapłatę i sprawdziła ją między zębami. Wyglądała jak prawdziwa. Metaliczny posmak utwierdził ją w tym przekonaniu. Sięgnęła po jeden ze specyfików z regału, które przygotowywała na zapas, gdyż wiedziała, że te akurat zawsze zejdą. – Dwa razy dziennie smaruj – pouczyła młodzieniaszka zanim wręczyła mu słoiczek z żółtawą substancją. – Jak smarujesz, to miodu nie pij i ostrych przypraw unikaj – poinstruowała. – Jak po tygodniu nie będzie poprawy, to przyjdź jeszcze raz. Wtedy będziem myśleć dalej – obiecała.
Roztrzęsiony chłopaczek skinął głową i kompulsywnie zacisnął palce na słoiczku. Zawrócił i bez słowa podziękowania ruszył w drogę powrotną. Ukrył zakup w głębokiej kieszeni i zwiesił niekształtną głowę między chuderlawymi ramionami. Pewnie mentalnie już przygotowywał się na wymierzenie kary przez ojca, który wpadnie w furię, kiedy odkryje, że nie będzie miał, za co balować w karczmie dzisiejszego wieczoru – a na krzywy ryj przecież nikt mu już nic nie da, bo wiadomo było, że awanturnik nie spłacał długów. Wiedźma westchnęła ciężko, opierając się ramieniem o framugę drzwi i obserwując, jak młodzian powoli brnie przez rozmokły śnieg i błoto do domu. Szkoda dzieciaka…
W końcu wzruszyła ramionami i wróciła do środka. Siadła na wysłużonym, zdezelowanym zydlu i podparła głowę na brodzie. Co by tu zrobić? Bo prawdą było, że od dłuższego czasu nudziło jej się niemiłosiernie. Była zima, a więc nie mogła zająć się pracami w ogrodzie. W zimę też rzadko kto ją odwiedzał, a jak już nawet, to zazwyczaj ograniczał się do prozaicznej prośby. Sporządzenie prostego smarowidła czy napitku wedle tych samych receptur, których używała od lat, nie zajmowało jej więcej niż pół godziny. A teraz i tak już przygotowała się zawczasu, toteż regał ze specyfikami na zapas prezentował się całkiem przyzwoicie. W jego arsenał wchodziła: maść na trądzik, na ból pleców czy głowy, pachnidło na cieknący nos, syrop na bolące gardło i kaszel, roztwór na rozwolnienie i problemy trawienne… Czego mogłaby jeszcze potrzebować? Na razie nic nie przychodziło jej do głowy.
Zwierzęta w zagrodzie były już nakarmione. Obiad ugotowany. W chacie sprzątała już trzy razy, żeby tylko się czymś zająć. W końcu stwierdziła jednak, że lepiej będzie jak zostawi wszystko tak, jak jest, gdyż jej porządki kończyły się tym, że potem nie mogła znaleźć różnych bibelotów i drobnych przedmiotów, gdyż zwyczajnie nie mogła spamiętać, gdzie je przeniosła ze swoich wieloletnich, stałych miejsc. To z kolei niezmiernie ją irytowało. Wszystkie księgi z zaklęciami znała już na pamięć. Będąc zabezpieczoną finansowo dzięki wampirzemu arystokracie, który zawitał do niej już dobre kilka miesięcy temu, nie musiała fatygować się, żeby wywoływać żadnej katastrofy w wiosce, żeby się wzbogacić. Na targu była już w tym tygodniu dwukrotnie, a częściej pokazywać się nie wypadało, żeby nikt nie zwietrzył, że wiedźma niespodziewanie się wzbogaciła. Poza tym tam i tak sprzedawali sam szmelc. Natchniony kaznodzieja wciąż latał za nią z posrebrzanymi krzyżykami, ale już nawet nie zwracała na niego uwagi. Upierdliwy klecha uporczywie trzymał się swojej niezachwianej wiary, jednak czarownicę w ostatnim czasie jakoś mało to obchodziło. Nie zamierzała niepotrzebnie tracić na niego nerwów. Zwyczajnie nie był tego wart. Poza tym słyszała, że niedawno i tak nabawił się poważnego zapalenia płuc przez to latanie za nią po mrozie z misą z wodą święconą i żadne specyfiki wiejskich bab, a nawet medyka z miasta nie pomagały, więc pewnie niedługo już zwróci się do niej z pokorną prośbą o pomoc.
Więc właściwie było cicho i spokojnie. Wszystko szło ku dobremu, choć kobieta musiała przyznać, że było zwyczajnie nudno. I choć nie chciała się do tego sama przed sobą przyznać, to z czasem, siedząc w zamknięciu niczym księżniczka w podupadającej wierzy, zaczynała czuć potrzebę czyjejś obecności. Coraz częściej wracała myślami do osoby Kamijo, który spędził u niej kilka dni. Musiała przyznać, że nie był znowu aż taki uciążliwy. Nie żarł za dużo, nie chrapał, nie ruszał specyfików… Odnosił się do niej grzecznie i z wdzięcznością. Ale przede wszystkim, mając go przy sobie, miała do kogo otworzyć gębę. Teraz głównie gadała do smoka, ale ileż można było biadolić do karzełka, który niezależnie od tego, jakby chciał, nie mógł odpowiedzieć? Od czasu do czasu zamieniła też kilka słów z którymś z wieśniaków. Głównie dawała im tylko instrukcje, jak używać specyfików, tak jak przed chwilą. Ludzie spieszyli się i nie chcieli zatrzymywać się u niej na zbyt długo, gdyż wciąż było zimno i każdy chciał się ogrzać przy palenisku w domu. Nie mogła ich za to winić. Zresztą… o czym mogłaby z nimi rozmawiać? Wszak nie dało się ukryć, że nie miała zbyt wielu wspólnych tematów z prostym chłopstwem…
Z tego wszystkiego, a już w szczególności z doskwierającej samotności, ubrała się cieplej i wyszła z chaty, uprzednio pouczając gada, żeby nikogo nie wpuszczał. Ten z początku był obrażony, jednak ostatecznie zachęcony wizją kawałka kiełbasy, staną na posterunku w pobliżu drzwi.
Ilia ruszyła w las, przedzierając się przez zaspy śniegu, które rozpuszczały się w niechętnie rosnącej temperaturze. Mokra plucha szybko przemoczyła materiał jej sukni, który naciągnął wodą aż do połowy wysokości jej łydek. Wiatr nie był nazbyt zimny, jednak wciąż mocny, przeszywający, przez co czarownicy szybko zrobiło się zimno i zaczęła niemal dygotać. Mimo to dziarsko brnęła przed siebie po grząskim, rozmokłym podłożu w kierunku zarośniętego stawu. Wśród gnijących szuwar ganiały rusałki, a ich wysokie śmiechy brzmiały jak dźwięk dzwoneczków. W pobliżu kręciły się także strzygi zajęte jakąś niezobowiązującą rozmową. Na brzegu plackiem leżały wiecznie smętne topielce, które jęczały potępieńczo. Wszyscy oni zwrócili uwagę na przybycie kobiety, jednak nie przejęli się nim zbytnio. Trójka rusałek pomachała jej szybko w geście przywitania, mignęła gołymi tyłkami i zaraz zanurkowała w brunatnej wodzie pełnej gnijących szczątków organicznych i unoszących się nań resztek lodu. Wiedźma zastanowiła się, jak tym maluchom mogło nie być zimno, mimo iż latały przez cały rok nago. To dopiero była zagadka… Strzygi z kolei nadal nie przerwały rozmowy i wymieniały się swoimi mądrościami i spostrzeżeniami, podczas gdy topielce jak zwykle zaczęły biadolić o tym, jakie to wielkie nieszczęście spotkało je w życiu i za jakie grzechy. Nim ta zdążyła dojść do brzegu jeziorka, z jego dnia wzbił się muł i piach, a chwilę potem z jego toni wychynął zgrzybiały staruch przyozdobiony w zielone i brązowe koronki glonów i szuwar. Uśmiechnął się prezentując swoje niepełne, pożółkłe, w niektórych miejscach już nawet sczerniałe uzębienie, kiedy łypnął jednym rybim okiem przysnutym starczym bielmem na czarownicę. Drugiego dawno już nie miał. Ponoć stracił je w jakiejś walce. A przynajmniej tak twierdził.
- No proszę, kogo to do nas dziś przywiało? – dotarł do brzegu i zasiadł na płyciźnie, machając na przywitanie dłonią, której palce były złączone siną błoną pławną, a jej skóra w niektórych miejscach pokryta była łuskami. – Co to się stało, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością? – zaskrzeczał. Przestraszone topielce pisnęły krótko i czym prędzej odpłynęły, chowając się w głębinach.
- Nudzę się – przyznała. – Nie masz tam może jakiś ciekawych plotek, Wodniku? – zainteresowała się. – Już mi zbrzydło siedzenie w chacie. Muszę z kimś pogadać – siadła na zimnym, śliskim kamieniu nieopodal.
- Jak ci samej źle tam, to czemu nie zostaniesz jedną z moich żon? – zapytał, szczerząc się jeszcze szerzej. – Wtedy nie byłabyś już samotna.
- Wciąż nie przekonuje mnie wizja zostania topielicą – prychnęła. – Wybacz – przewróciła oczyma. – Więc jak? Zasłyszałeś coś tam z nurtem rzeki? – zniecierpliwiła się.
- Póki co nic się nie dzieje – staruch wzruszył kościstym wieszakiem ramion. – Zima jest, więc co ma się dziać? – rozłożył bezradnie ręce. – Ludzie z miasta zatruwają tylko rzeki! – skrzywił się, ściągając gniewnie brwi. – Wylewają do nich ścieki i odpadki z fabryk! – aż się zatrząsł ze złości. – Moja najstarsza córka ostatnio przez to nabawiła się obstrukcji, bo wciąż pływa do tego durnego rybaka z miasta – prychnął z pogardą.
- A ten wciąż nie zorientował się, że coś jest nie tak, skoro ona cały czas siedzi w wodzie? – zdziwiła się wiedźma.
- A ja wiem? – Wodnik machnął lekceważąco ręką. – Pewnie przygłup jakiś. Tłumaczę jej, że jej związek z tym człowiekiem nie przetrwa, ale ta się uparła i koniec. Nie przemówisz do rozumu! – pokręcił z politowaniem głową.
- Co zrobisz? Zakochała się dziewucha. Nic na to nie poradzisz – wzruszyła ramionami.
- Próbowałem znaleźć jej innego kandydata na męża, ale żaden jej nie odpowiadał… - przyznał.
- I odpowiadać jej nie będzie, skoro zakochała się w rybaku – skwitowała.
Nagle jednak wpadła na pomysł, żeby zeswatać ze sobą córkę Wodnika i pryszczatego małolata z wioski… Koniec końców to wciąż był człowiek, jednak staruch z jeziora byłby znacznie szczęśliwszy, gdyby jego córa pozostawała bliżej domu. Poza tym oni oboje byli tacy urodziwi, że pasowali do siebie niemal kropka w kropkę. Albo raczej kropla w kroplę. Musiała zastanowić się nad tym planem. Jak już to wszystko na spokojnie przemyśli, może powie o swoim pomyśle Wodnikowi…
Wtem zerwał się wicher. Porywisty podmuch zaczął kołować, jakby tworząc wir lub niewielką trąbę powietrzną. Ilia osłoniła ręką oczy, chroniąc się przed wzbitymi w powietrze drobinami z ziemi. Tak samo niespodziewanie jak wicher się zerwał, tak samo w mgnieniu oka niespodziewanie również ustał.
- Jeśli szukasz plotek, moja miła, to lepiej zapytać o nie kogoś, kto ma na wszystko widok z góry. Wszak z góry zawsze wszystko lepiej widać! – z miejsca rozpoznała ten głęboki, uwodzący głos.
Opuściła ramię, którym się zasłaniała i spojrzała na postawnego mężczyznę o złotej skórze i oczach oraz antracytowych, krótkich włosach i takowych też skrzydłach. Jego muskularne ciało wręcz lśniło refleksami, jakby rozpełzały się po nim drobniutkie wyładowania elektryczne.
- Latawiec… - mruknęła zdziwiona. – A ciebie co tu tak nagle przywiało, co? – zdumiała się. Wszak Syn Wiatru nieczęsto gościł w tych stronach.
- Wieść o tym, że moja luba czuje się samotna i szuka towarzystwa – uśmiechnął się pięknie i sięgnął jej dłoni, składając na nim czuły pocałunek.
- Żadna tam ze mnie twoja luba – prychnęła z pogardą.
Fakt, że uległa mu kilka razy jeszcze nie robił z niej jego kobiety. Ot po prostu zdarzyło jej się kilka razy zapomnieć i ulec brunetowi. Nigdy jednak nie żałowała później swojej chwili słabości. Głównie dlatego, że prawdopodobnie jako jedna z nielicznych nigdy nie liczyła na nic więcej. Złote Dziecko Wiatru wszak znane było ze swojej rozwiązłości i upodobania do zmieniania partnerek. Tam gdzie zagonił go jeden czy drugi powiew wiatru, tam znajdywał sobie następną kochanicę. Nierzadko zdarzało mu się też znaczyć swoją trasę bękartami będącymi dziwną krzyżówką człowieka i demona. Koniec końców jedno, czego z pewnością nie mogła mu odmówić to zdolność czarowania. Syn Wiatru może słabo znał się na zaklęciach, ale potrafił okręcić sobie wokół palca niemal każdą dziewuchę. Poza tym był też przystojny. Jeszcze do niedawna powiedziałaby, że ten był najatrakcyjniejszym mężczyzną, jakiego do tej pory spotkała, jednak teraz nie była już tego znowu aż taka pewna. W końcu musiała przyznać, że Kamijo też był niczego sobie… Charakteryzował się zupełnie inną urodą, będąc niemalże w totalnej opozycji ze swoją bladą cerą, kryształowo niebieskimi oczami i złotymi włosami, jednak wciąż niezaprzeczalnie miał w sobie coś ponętnego i nieprzeciętnie atrakcyjnego.
- Nie bądź taka oziębła, moja miła! – Latawiec uśmiechnął się zawadiacko. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że czas naszej rozłąki i pora roku zmieniły twoje serce w bryłę lodu?
- A gdzie tam! – machnęła ręką, z rozmachem odchylając się do tyłu, przez co mało nie spadła z kamienia, na którym siedziała. – Żeby cokolwiek mogło zamienić moje serce w bryłę lodu czy co tam jeszcze, to najpierw musiałabym je w ogóle mieć, nie? – zarechotała paskudnie.
- Nie bądź dla siebie taka surowa, moja luba – posłał jej głębokie spojrzenie. Wyczuwając, że temat ten może obrócić się na jego niekorzyść, postanowił go zmienić. – Ponoć byłaś żądna wieści ze świata czy może tylko się przesłyszałem? – zapytał zaczepnie.
- Zasłyszałeś coś ciekawego ostatnio? – zainteresowała się.
- Ano – skinął głową. – Ponoć stary Ferus w końcu kopnął swoim szatańskim kopytem w kalendarz – wyznał.
- Znowu? – zapytała z niedowierzaniem wiedźma.
- Tym razem na pewno – oświadczył pewnie skrzydlaty gość. – Wyprzedają w mieście jego rupiecie – kontynuował, widząc nieprzekonaną minę kobiety. – Ponoć żadne z jego dzieci nie odziedziczyło po nim talentu do magii, więc te teraz pozbywają się jego rzeczy – wyjaśnił.
Ilia potarła brodę w geście zamyślenia. Ferus był chyba najstarszym magiem, jakiego kiedykolwiek spotkała. Uściślając, był on czarnoksiężnikiem, który miał znacznie gorzej na pieńku z kościołem niżby ona z upierdliwym, lokalnym klechą. W ostatnich latach musiał się nawet ukrywać, gdyż „w imię świętej wojny dobra ze złem” za jego głowę została wyznaczona spora nagroda. Nie przyznawała się do tego otwarcie, ale prawdą było, że poniekąd ten stary szarlatan zyskał jej uznanie. Swego czasu był nawet jej nauczycielem, więc odczuwała śladowe przejawy sentymentu, które wwiercały jej się w dno serca, którego, jak się zarzekała, ponoć nie posiadała.
A może by się tak wybrać na tę wyprzedasz klamotów starego czarnoksiężnika? W końcu pieniądze wampira wciąż leżały skitrane głęboko pod stertą szmat i szorstkich koców. Można było zrobić z nich użytek. Na wiejskim targu handlowano głównie śmieciami po zawyżonych cenach, a na takiej wyprzedaży własności maga wyższej klasy mogła znaleźć przecież coś przydatnego lub wartościowego. Zresztą i tak nie miała przecież nic lepszego do roboty, a w samym mieście nie była już od lat. Może wycieczka dobrze by jej zrobiła?

***

- Nie rozumiem, dlaczego wybrałaś tę przegniłą łajbę na swój środek transportu… - nafukany Latawiec zmrużył gniewnie oczy, wbijając urażone spojrzenie w kobietę. – Przecież mogłaś lecieć ze mną ponad chmurami… - burknął.
- A ponad chmurami jak jest? – odezwała się równie naburmuszona wiedźma.
- Pięknie – odparł pewnie brunet.
- Zimno – argumentowała czarownica. – A ja nie jestem przystosowana do podobnych temperatur – założyła ręce na piersi.
- Ależ pani, przecież byłabyś blisko, mógłbym cię ogrzać…
- Cichaj już lepiej! – zirytowała się. – Widać już zachodnią bramę! Zaraz będziemy na miejscu! – ucięła temat, nie pozwalając skończyć swojemu towarzyszowi, który przybrał jedynie jeszcze kwaśniejszą minę.
Syn Wiatru zaproponował, że dla zaoszczędzenia czasu i zbędnych wydatków, może polecieć z Ilią w jedną stronę do miasta. Jako że skąpstwo i brak zamiłowania do marnowania czasu leżały w naturze kobiety, pomysł ten wydawał się całkiem niegłupi, jednak tej nie widziało się spędzić kilka godzin w przymusowych objęciach złotego golema. Nie podobało jej się też to, że w tym czasie byłaby zdana tylko i wyłącznie na niego i jego dobrą wolę, gdyż choć na magii znała się całkiem nieźle, to przecież żadne zaklęcie nie pozwalało jej swobodnie fruwać po niebie. Ponad to nie wątpiła, że gdyby przystała na propozycję Latawca, ten wypominałby jej to w przyszłości niejednokrotnie, a szła nawet o zakład, że mógłby się to stać jeden z jego ulubionych tematów. Dwójka zaczęła sprzeczać się na ten temat nad brzegiem jeziorka, jednak całe szczęście w paradę wszedł im Wodnik, który zaproponował optymalne rozwiązanie – wygrzebał z szuwar starą łódkę rybacką i poprosił swoją najstarszą córkę, która i tak pływała regularnie do miasta, żeby zobaczyć się ze swoim lubym, żeby przy okazji pociągnęła starą łajbę aż do fabrycznej bramy zachodniej, której nikt nie pilnował. W tej części miasta głównie znajdywały się zakłady i składowiska złomu, to tutaj fabryki wylewały swoje nieczystości do rzeki. Z racji powalającego fetoru chemikaliów i butwiejących, gnijących resztek organicznych strażnicy omijali tę bramę, dzięki czemu wiedźma mogła oszczędzić sobie nieprzyjemnego procesu legitymacji i przeszukania, któremu poddać musieli się wszyscy, którzy wkraczali w murowane progi miasta, a nie byli jego oryginalnymi mieszkańcami.
Przepłynęli pod ceglanym dziąsłem łuku bramy, z którego sterczały ostre pręty. Z nich z kolei spływały pojedyncze krople, przez całość przypominała wielki pysk jakiegoś pokracznego stwora z zębiskami ociekającymi cuchnącą śliną. Rynnami i rynsztokami, wartkimi i cienkimi strumyczkami do wody spływały szarobure nieczystości, z których niektóre pieniły się intensywnie. Bestia najwyraźniej miała także wściekliznę, skoro z gęby toczyła jej się piana…
W powietrzu unosił się ciężki, węglowy dym, dało czuć się zapach rozgrzanego żelaza. Ludzie wciąż nawoływali się i pokrzykiwali do siebie, od czasu do czasu rechocząc paskudnie. Z oddali dochodziły odgłosy kucia metalu i terkot przeróżnych maszyn stojących w ciasnych rzędach przy taśmach produkcyjnych. Złote Dziecko Wiatru skrzywiło się jak chyba jeszcze nigdy. Z miejsca pożałował, iż wpadł na pomysł całej tej wycieczki do miasta. W końcu nie znosił go jak żadnego innego miejsca na ziemi. Było tu głośno i brudno. Ani skrawka zielonej trawy, pojedynczego drzewka. Niczego, z czego można byłoby czerpać siłę życia. Ludzie byli tu jeszcze głupsi od tych, którzy mieszkali na peryferiach, gdyż dumni mieszczanie już dawno zapomnieli o lokalnych bóstwach, a nawet i większych bożkach, którym byli winni oddawać cześć i chwałę. Popadli w samozachwyt ze względu na te brudne kupy złomu, które szumnie nazywali „innowacjami” i „przełomem w nauce”. Uważali, że żyli w świetlanych czasach rozwoju przemysłowego, jednak, o zgrozo, nie mieli nawet pojęcia, w jakim przyszło im tkwić ciemnogrodzie… Pyszne durnie. Dziewki w wioskach już przygotowywały się do Czarodzielnicy, już wymyślały, w co się przystroją, jakie wianki zaplotą, jakie ofiary złożą, a ci tu nic. Zero szacunku dla bytów wyższych, które zdefiniowały rację ich istnienia, nauczyły ich podstawowych zdolności i wykarmiły z własnej ręki. Oto, co psie dostajesz za swoją wierną służbę…
Najstarsza córa Wodnika podpłynęła do betonowego koryta, w którym została uwięziona obrzydliwa, lepka woda. Burta łódki grzmotnęła o przeszkodę, a wiedźma z miejsca, jak na komendę wyskoczyła z niej, zupełnie jakby obawiała się, że stara łajba mogła zatonąć w każdej chwili. Kobieta bez chwili zwłoki ruszyła raźnym krokiem pomiędzy magazynami, zupełnie nie zwracając uwagi na dość mało urodziwego chłopaczka w białym, zakrwawionym fartuchu, który stał przy pobliskim, stalowym stole i niedbale filetował ryby, wyrzucając ich zbędne części do wody. Ten jednak z miejsca zauważył nowoprzybyłych i czym prędzej podbiegł do krawędzi koryta, żeby przywitać się ze swoją ukochaną. Złotoskóry brunet w tym czasie wolno gramolił się na ląd, pozostając znacznie w tyle ze czarownicą, jednak wciąż uważnie ją obserwując, żeby nie stracić jej z pola widzenia.
Ilia miała dobrą pamięć, a jeszcze lepszą orientację w terenie. Rzadko kiedy zdarzało jej się zgubić. Dlatego właśnie, pomimo że nie gościła w mieście już dłuższy czas, dobrze pamiętała drogę z zachodniej bramy do dziedzińca Zwiędłego Maku, gdzie mieściło się laboratorium starego Ferusa i gdzie niegdyś pobierała u niego lekcje. Swego czasu przemierzała tę drogę tak często, że nawet teraz, po upływie wielu lat, wciąż mogła ją pokonać właściwie z zamkniętymi oczami.
Nazwa dziedzińca wzięła się od krzywej wieży z białego kamienia, która niebezpiecznie nachylała się nad deptakiem. Intensywnie czerwone dachówki mocno kontrastowały z bielą ścian, przez co faktycznie z daleka mogło wydawać się, iż dach konstrukcji przypominał zwiędnięte, złożone płatki maku. Na szczycie owej wieży mieściła się pracownia maga.
Teraz jednak wszystkie jego klamoty zostały wyrzucone na bruk przed budynek. Wzdłuż ulicy ciągnęły się rzędy krzywych i kulawych, garbatych i słabowatych stołów zastawionych wszelkiej maści dziwnościami i obrzydlistwami. Najwyraźniej Latawiec miał rację. Żadne z dzieci szarlatana nie odziedziczyło po nim zapału do magicznych dziedzin, przez co teraz te, po jego śmierci, chciały pozbyć się wadzących rupieci i przy okazji, w miarę możliwości, wzbogacić się na tym.
Wśród tego wszystkiego kręciła się cała chmara narodu – a wśród niego z kolei oprócz ludzi znajdowali się także inni mieszkańcy okolicznych krain. Każdy liczył na jakieś ciekawe znalezisko. Nawet panie z dobrych domów, które przechadzały się w pobliżu z wysoko zadartymi głowami i nosami zmarszczonymi w wyrazie zniesmaczenia, uważnie lustrowały wystawione produkty, zdając sobie sprawę, że niektóre z nich mogły okazać się wartościowe dla pewnych strategicznych osób lub nawet dla nich samych.
Złotoskóry golem widział przed sobą w większej mierze stertę rupieci zgrzybiałego starca. Notatnik z podniszczonymi stronicami spisany w obcym języku. Zasuszona, papuaska główka. Przeróżne naczynia, probówki, kolby, słoiki i flaszki, w których wciąż znajdywały się resztki kolorowych substancji, o ile tym, którzy wynosili na ulice skarby starego czarnoksiężnika, udało się nie wylać ich zawartości. Gnijące resztki jakiejś bliżej niezidentyfikowanej rośliny w szklanej doniczce. Zegarek z jedną wskazówką. Zestaw igieł różnej długości i grubości. Słowem, nic, czym mógłby się zainteresować.
Zupełnie inaczej było z czarownicą. Kobieta przegrzebywała sterty śmieci i co i rusz wygrzebywała z nich coś nowego. Na niektóre przedmioty spoglądała sentymentalnie, na inne jakby z odrazą lub wstrętem, jakby te przypominały jej o czymś niekoniecznie przyjemnym. Niektóre zwyczajnie ją interesowały i fascynowały. W końcu nawet ona, będąc przez pewien czas uczennicą Ferusa, nie miała nigdy dotąd takiej wspaniałej możliwości dokładnego przeszukania zbiorów nauczyciela.
Ni stąd, ni z owąd nagle wyciągnęła zza pazuchy obszerną, płócienną torbę, do której zaczęła wrzucać przedmioty, które mogły okazać jej się przydatne. Szybko zapełniła ową torbę i widząc, że więcej się już do niej nie zmieści, wcisnęła ją w ręce Latawca, a sama zaczęła napełniać drugą. Proces ten powtórzył się kilkakrotnie, przez co w efekcie Syn Wiatru w krótkim czasie zaczął bardziej przypominać syna tragarza.
Mężczyzna wzdychał jedynie co jakiś czas, dając w ten sposób upust swojej rosnącej irytacji i znudzeniu. Nie mógł jednak otwarcie zacząć narzekać, gdyż koniec końców wyprawa do miasta była przecież jego pomysłem. Ponad to takim zachowaniem mógłby jedynie rozwścieczyć wiedźmę, a tego przecież nie chciał. Ta i tak z jakiś względów w ostatnim czasie wyjątkowo od niego stroniła. Zazwyczaj pałała większym entuzjazmem na widok jego osoby. Coś musiało się zmienić od czasu jego ostatniej wizyty w wiedźmiej wiosce – pytanie tylko pozostawało, co też się stało i dlaczego nie został on poinformowany o tym w czas. W końcu nie bez powodu układał się z Wodnikiem, żeby ten i wszyscy jego wodni podwładni mieli oko na jego wybrankę… dobra, jedną z wybranek… ale przynajmniej taką, do której wracał!... co jakiś czas, jak mu pasowało i jak był w dobrym humorze…
Ilia rozejrzała się po niemałym tłumie gnieżdżącym się przy wystawionych na sprzedaż własnościach Ferusa, który teraz pewnie przewracał się z tego powodu w grobie, szukając kogoś, z kim mogłaby zacząć się targować. W końcu zamierzała kupić tyle, że należała jej się porządna zniżka!
- Marge! – zawołała niską blondynkę z włosami splecionymi w mocny warkocz, który sięgał jej niemal do kolan. Z miejsca poznała krzyżówkę skrzata leśnego i człowieka, jedno z nieślubnych dzieci jej byłego nauczyciela.
- No proszę, nawet ciebie przywiało z tej twojej dziury, żeby rozgrzebywać własności wciąż jeszcze nieostygłego w trumnie trupa? – zakpił pokurcz.
- Grunt, że to nie ja próbuję na tych własnościach zrobić biznes – wzruszyła obojętnie ramionami, zupełnie nieprzejęta obelgą. – A pochodzić mogę i z dziupli, grunt, że mam dokąd wrócić – rozłożyła ręce, po czym wsparła je na biodrach. Marge wywróciła oczyma, prychając pod nosem.
- Ciebie to nigdy nie da się przegadać… - pokręciła głową z niedowierzaniem. – Nadawałabyś się bardziej do miasta – stwierdziła w końcu. – Zadbałabyś trochę o siebie, ubrała się lepiej i mogłabyś się tu odnaleźć. Zarabiałabyś też bardziej przyzwoicie, a nie jak w tej twojej dziurze zabitej dechami… - fuknęła.
- Może zarabiałabym więcej, ale musiałabym też więcej płacić za utrzymanie – zauważyła. – Więc koniec końców wróciłabym do punku wyjścia – stwierdziła obojętnie. Poirytowane mruknięcie za plecami przypomniało jej jednak, że nie przyszła tutaj rozprawiać o głupotach. – Dobra, starczy tego! – machnęła ręką, ucinając temat. – Ty mnie lepiej powiedz złociuchna, ile ci jestem krewna za wywóz tych śmieci – wskazała za siebie na obładowanego tobołkami towarzysza. – No, choć muszę przyznać, że pomysł to wy mieliście przedni. Nie dość, że się wzbogacicie na rzeczach, jak to określiłaś, „wciąż nieostygłego” starego, to jeszcze w dodatku ludzie sami wywiozą wam te śmieci i zapłacą za to, więc wy nie musicie się o nic martwić – zaśmiała się. – Założę się, że to był twój pomysł. Zawsze miałaś żyłkę do biznesu – parsknęła.
- Nie uważam, żebym musiała czuć do tego szmelcu jakiś sentyment. To był fatalny ojciec… - burknęła pod nosem, wbijając spojrzenie w ulicę wyłożoną kocimi łbami.
- Zdaję sobie z tego sprawę… - przyznała szczerze.
Ferus był zafascynowany własnymi eksperymentami i wynalazkami, przez co słabo kontaktował z otaczającą go rzeczywistością. Był jednym z najlepszych magów i konstruktorów w okolicy, jednak przy tym tragicznym nauczycielem i prawdopodobnie jeszcze gorszym ojcem. Wykazywał się niesamowitą cierpliwością do maszyn czy zaklęć, które nie chciały działać zgodnie z założonym planem, potrafił spędzać całe miesiące na ich udoskonalaniu i z uporem maniaka powtarzał, że: „im więcej serca włożysz w projekt, tym więcej miłości otrzymasz z powrotem od tworu”. Dla równowagi jednak nie miał tego serca ani krzty dla podmiotów ożywionych. Wpadał w furię, kiedy jego uczennica popełniła chociażby jeden, malutki błąd przy recytacji inkantacji długiej na dobre kilkanaście stron, bił po łapach długą linijką aż do krwi, kiedy ta odstawiła jakiś przedmiot w miejsce inne niż to, które było dla niego przeznaczone, darł się w niebogłosy i raził skumulowanymi piorunami, kiedy zamieniła metronom w tasiemca uzbrojonego zamiast  w nieuzbrojonego. Nie miał cierpliwości do pracy z ludźmi, dlatego lubił zamykać się w swojej samotni na szczycie wieży malowniczo ochrzczonej mianem Zwiędłego Maku. Kobieta mogła tylko zgadywać, jak surowym rodzicem mógł być Ferus, kiedy był tak wymagającym nauczycielem. Z pewnością niełatwo przyszedł mu do zrozumienia fakt, że żadne z jego dzieci nie przejawiało właściwie żadnego talentu w kierunku magii. W takim wypadku Ilia domyślała się, że kiedy owy fakt w końcu już do niego trafiał, ten niemal całkowicie wycofywał się z życia dziecka, zostawiając je samo sobie. Tak, to było bardzo prawdopodobne. I bardzo w jego stylu. Mina jednej z najmłodszych z jego córek była tego wspaniałym dowodem.
- To ile mnie policzysz? – zapytała, przywołując blondynkę do rzeczywistości, gdyż kolejne mruknięcie za jej plecami było już wyraźnie bardziej poirytowane.
- Naprawdę chcesz to wszystko zabrać? – zdumiała się. – No… - przeciągnęła. – Trochę tu tego nazbierałaś… To pewnie będzie z dobre… dwie złote monety i dziesięć srebrnych – rzuciła cenę.
- No klękajcie narody! – zawołała oburzona wiedźma. – Za taką cenę to ja bym mogła ubrać się jak można i zjeść obiad z samym księciem! – prychnęła. – Mowy nie ma!
- Sama wiesz, ile to jest warte…
- Ale ty nie wiesz – czarownica uśmiechnęła się pobłażliwie. Na drobniutkiej, pyzatej buzi Marge odmalowało się zmieszanie. Dziewczyna w istocie nie miała zielonego pojęcia o wartości artefaktów magicznych, które leżały sobie tutaj na ulicy jak zwykłe śmieci. – A to daje mi przewagę. Nie jesteś w stanie wmówić mi, że coś ma daną wartość, jeśli w istocie nie wiesz, ile to jest warte – zauważyła. Blondynka ściągnęła gniewnie brwi i zacisnęła usta. – Dam osiem srebrnych monet i nie więcej! – zaparła się.
- Już nie pogrywaj sobie ze mną! Nawet ja wiem, że te rupiecie są więcej warte! Dwie złote monety i pięć srebrnych, i ani grosza mniej! Znaj dobroć mej łaski, policzę ci mniej ze względu na dawną znajomość – fuknęła.
- Patrzcie ją, drodzy państwo, dobrodziejka się znalazła! – Ilia przewróciła oczyma. – Osiem srebrnych monet i nie dam nic więcej! Wiem, za co płacę, bo wiem, co sama wybierałam! Nie będę przepłacać za rzeczy codziennego użytku! – założyła ręce na piersi. Marge wytrzeszczyła na nią oczy. – A coś ty taka zdziwiona? Myślałaś, że faktycznie masz tu jakieś cuda-wianki na kiju, żeby za byle co rzucać takie ceny? Ferus nie był głupi! Na wierzchu, czyli tam, gdzie posprzątaliście, trzymał tylko podstawowe odczynniki i przedmioty, którymi każdy potrafiłby się posługiwać! To dlatego ciągną tutaj takie tłumy! Prawdziwie wartościowe rzeczy przebiegły, szczwany lis zawsze chował po kątach, w skrytkach, wywoził ciemną nocą w odludne miejsca i stawiał ochronne bariery, żeby nikt się do nich nie dobrał pod jego nieobecność! – wyjaśniła. – Dlatego powtarzam ci, osiem srebrnych monet i nie więcej! – upierała się przy swoim.
- A ty wiesz, gdzie ojciec chował te wartościowe rzeczy? – oczy blondynki błysnęły chciwie.
- A pewno, że wiem. W końcu sama je z nim zakopywałam, murowałam w ścianach, owijałam w przekleństwa i zaklęcia ochronne – prychnęła.
- Pokaż mi, gdzie one są, a dam ci to wszystko – wskazała na obładowanego Latawca – za darmo! – obiecała. Wiedźma pokręciła głową w niezgodzie. – Co, sama chcesz się do nich dobrać?! – zawyła piskliwym głosem dziewczyna.
- Im więcej osób wie o lokalizacji tych przedmiotów, tym gorzej – znów zaczęła tłumaczyć.  – Nie dlatego, że ktoś się do nich dobierze, ale dlatego, że zaczną dziać się nieszczęścia. Zaczną wyłazić demony ochronne, ludzie zaczną chorować, ziemia spłynie krwią złodziejaszków o lepkich rączkach… - westchnęła ciężko. – Więc lepiej, żeby to była tajemnica. A ja sama też się do tego nie dobiorę, bo choć pomagałam ustawiać pułapki i wiem, jak one działają, to wciąż nie mogę ich złamać – rozłożyła bezradnie ręce. – Bo do tego trzeba krwi Ferusa w żywym ciele z bijącym sercem i znać odpowiednie obrzędy do zdjęcia bariery – zakończyła.
- We mnie płynie jego krew, a ty pewnie znasz te obrzędy, prawda? Możemy podzielić się zyskami! – argumentowała młodsza.
- W tobie płynie jego krew zmieszana z juchą leśnego skrzata – wypomniała jej. Ludzie dookoła zaczęli się gapić, przez co zawstydzona Marge skuliła się w sobie. Wszak skrzaty leśne były istotami, które nie cieszyły się zbytnim respektem… - Więc to na nic – machnęła ręką. – Trzeba byłoby nam zmartwychwstania twojego ojca, żeby dobrać się do jego najcenniejszych wynalazków – przewróciła oczyma. – Dobra, my se tu gadu, gadu, a mój tragarz ledwo stoi już na nogach – sama zauważyła, że był to już najwyższy czas, aby sprowadzić tę rozmowę do puenty. – Więc osiem srebrnych moment, tak? – upewniła się.
- W żadnym razie! – młoda znów zaczęła się awanturować. W jej oczach pobłyskiwało coś na kształt urazy. Najwidoczniej nie spodobał jej się fakt, iż czarownica wyjawiła wszystkim dookoła jej pochodzenie i mogła odebrać to jako obelgę lub kpinę, nawet jeśli czarownica nie mogła mieć przecież pojęcia, że ta taiła tę informację przed światem. – Dwie złote monety i dziesięć srebrnych!
- Było pięć! – zauważyła kobieta.
- Podbiłam z powrotem cenę! A co, zabronisz mi?! – prychnęła rozgniewana Marge.
Prawda była jednak taka, że w torbach dzierżonych przez Syna Wiatru znajdowało się znacznie więcej niżby tylko przyrządy codziennego użytku średnio utalentowanego maga. Niemniej, nawet te pośledniej klasy przedmioty zyskiwały na znaczeniu, kiedy trafiały w ręce, które potrafiły się nimi obsługiwać – czyli na przykład ręce Ili. Wiedźma specjalnie starała się drastycznie zaniżyć wartość towaru w oczach sprzedających. Właściwie to sama uważała, że w sumie jej zakupy były nawet warte więcej niż cenę rzuconą przez blondynkę, ale ta ponownie nie zamierzała jej o tym mówić. Gdyby targowała się z magiem, który miałby świadomość tego, co sprzedaje, byłaby nawet zgodna zapłacić więcej, a bo i przecież zawartość sakiewki podarowanej przez wampira pozwalała jej na to, jednak nie zamierzała przepuścić okazji do zaoszczędzenia tam, gdzie tylko ona się pojawiała. Zwyczajnie wychodziła z niej wrodzona skąpość. Poza tym wiedźma aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że pieniądze dobrze tylko się wydawało, a znacznie ciężej zarabiało. Nie podejrzewała, żeby w najbliższym czasie, ani właściwie to żadnym innym, miała jeszcze to szczęście spotkać kogoś tak hojnego, a nawet odrobinę lekkomyślnego jak Kamijo, toteż wolała nie porywać się na rozrzutność.
- Jak przekupy na targu… - usłyszała kwaśny komentarz. Na dźwięk znajomego głosu gwałtownie odwróciła się, żeby stanąć twarzą w twarz z wamiprzą panią w wybielającym makijażu. – Jak się wkracza między wrony, to i trzeba krakać jak i one – rzuciła wyniośle. – Nie wiedziałaś o tym? Bądź zatem łaskawa nie wnosić swoich brudnych, wiejskich obyczajów do cywilizowanego miasta i chociaż udawaj, że potrafisz się jakoś zachować – skarciła ją.
- A kim ty jesteś, żeby mnie pouczać, hę? – w kobiecie z miejsca się zagotowało. – Może i nie jestem z miasta, ale to nie oznacza, że jestem gorsza. Poza tym, jeśli już nazywasz kogoś brudnym, to lepiej wpierw zerknij na siebie – prychnęła wściekle. – Bo ja nie muszę maskować swojego odoru drogimi perfumami ani zakrywać się wapnem, bo miski z wodą akurat się nie boję – fuknęła. – Nie wspominając już o tym, że nie mam w zwyczaju lądować twarzą w błocie w przeciwieństwie do innych – wypomniała jej, na co pani z wyższego stanu aż zadrżała ze złości, a ceglaste wypieki zaczęły przebijać przez niemal idealnie biały makijaż.
- Ty!… - syknęła wściekle, jednak zaraz zmieniła ton głosu, zauważając przebijającego się przez tłum ukochanego. – Och, Kamijo! – przytknęła zewnętrzną część dłoni w teatralnym geście do czoła, niemal omdlewając w ramionach mężczyzny. – Wyszłam do tej kobiety z czystą chęcią pomocy, a ona zaczęła mi wypominać upokorzenie, którego i tak zaznałam z jej winy! – jęknęła.
- Mówiłam już, że to nie była moja sprawka – wiedźma obstawała przy swoim. – Jak ktoś jest sierotą i ma dwie lewe nogi, to ja już nawet jego szczęściu pomagać nie muszę – fuknęła.
- Czy ty słyszysz, kochany, jak ta prostaczka się do mnie odzywa?! – zawołała oburzona pani przystrojona jak zwykle w futra i koronki. – Zrób coś z tym! Przecież tutaj to ty jesteś panem!
Ilia drgnęła na te słowa. Nie stwierdzały one w precyzyjny sposób, jaki urząd Kamijo piastował i jakim „panem” był w istocie, jednak to brzmiało już wystarczająco niebezpiecznie. Bądź co bądź czarownica nie chciała przysparzać sobie kłopotów, a przecież mogło okazać się, że już porwała się na kilka bezczelnych słów zbyt szybko, przez co kara mogła być nieunikniona…
Rzuciła niepewne spojrzenie złotowłosemu wampirowi, który wciąż asekuracyjnie podtrzymywał swoją lubą. Ten również spojrzał na swoją niegdysiejszą dobrodziejkę. Całe szczęście w jego spojrzeniu nie mogła znaleźć urazy ani złości, a zamiast tego zdroworozsądkowe podejście i sprawiedliwy osąd.
- Trzeba ci przyznać, moja miła, że twoja „czysta chęć pomocy” również pozostawia wiele do życzenia – zauważył. – Nie dziw się, że przed tobą kiełkuje drzewko niezgody, jeśli sama je tam zasadziłaś – dał jej upomnienie, na co Ilia jedynie zamrugała kilkakrotnie w niedowierzaniu.
Ten cały arystokrata wydawał jej się coraz dziwniejszy. Zbyt wiele było w nim zdrowego rozsądku, zbyt mało pychy. Wszyscy możni zawsze wykorzystywali swoje statusy i majątek do dyrygowania innymi, ustalania własnych praw i w razie potrzeby omijania ich, do zrzucania winny na osoby postronne… Robili to z wielką chęcią, właściwie zawsze, kiedy tylko zdarzyła się ku temu okazja. Chronili swoich bliskich i samych siebie, definiując przy tym nowe znaczenie słowa „prawda”. Umiejętnie lawirowali wśród kłamstw i naciąganych faktów, niejednokrotnie pastwiąc się nad słabszymi. Ten jednak jakby zaprzeczał temu wszystkiemu swoją postawą i działaniami. Nie dawał się mamić. W jakiś sposób wydawało się, że mocno ukochał prawdę, przez co trzymał się jej niczym ostatniej deski ratunku. Nie był przy tym wyniosły i zadowalał się najbardziej podstawowymi dobrami, które jedynie zaspokajały jego potrzeby. Był uprzejmy i grzeczny. Zupełnie nie pasował do obrazu wampira, który został wykreowany w głowie czarownicy wraz z upływem czasu i zasłyszanymi plotkami.
- Witaj pani – uśmiechnął się delikatnie na widok kobiety i skłonił się w powitaniu, sięgając przy tym jej dłoni i składając pocałunek na jej grzbiecie. – Cóż za szczęście widzieć cię ponownie; w dodatku w pełni sił i zdrową – pogłębił uśmiech, a wiedźma zaniemówiła. Intensywnie myślała nad jakąś wredną lub zgryźliwą odpowiedzią, jednak w jej głowie zionęła przerażająca pustka. – Czyżby jakieś problemy z dobiciem targu? – zapytał, przerywając niezręczną chwilę ciszy.
- Ano nie zgadzamy się trochę co do ceny… - przyznała, kiwając głową na Marge, która w jednej chwili zapomniała o roszczeniu jakichkolwiek uraz do wiedźmy; a był to oczywiście moment, w którym na horyzoncie pojawił się Kamijo. Pół-człowiek, pół-skrzat wpatrywał się w bladolicego arystokratę jak w najszczerszy cud. No tak. W ten właśnie sposób reagowała znaczna większość kobiet na widok wampirów…
- Pozwól mi zatem zapytać, o jaką kwotę się rozchodzi. Może będę mógł ją dla ciebie pokryć – zaproponował.
- A niby dlaczego miałbyś to zrobić? – zdziwiła się kobieta.
- Za twą dobroć, którą okazałaś mi…
- Już mi się wystarczająco odwdzięczyłeś – machnęła ręką, przerywając mu. – A nawet bardziej niż było to stosowne – zauważyła.
- Ależ skąd! Zaledwie zwróciłem ci za koszty, których byłem powodem – wykłócał się.
- Dobrze wiesz, że nie narobiłeś mi żadnej szkody, a już tym bardziej nie byłeś mi tyle winien – założyła ręce na piersi. – Nie przyjmę zatem żadnej pomocy od ciebie, bo potem to ja będę ci jeszcze coś winna…
- Po prostu przyjmij pomocną dłoń w potrzebie, dobrze? – uśmiechnął się niczym samo marzenie. – Więc ile wynosiła suma? – zapytał pokurcza.
- Dobrze, już dobrze, zapłacę, ile trzeba! – zastopowała złotowłosego, który już sięgał do kieszeni po sakiewkę. – Masz tu, ile chciałaś i niech cię piekło pochłonie wraz z twoim uroczym ojczulkiem! – sapnęła ciężko, wciskając w rękę Marge monety. Z chęcią jeszcze by się potargowała i w ostateczności zapewne dopięłaby swego, jednak nie chciała ryzykować zaciągnięciem sobie długu wdzięczności u, najwyraźniej, lokalnego dobroczyńcy. – Latawiec, wracamy! – zarządziła, a w odpowiedzi usłyszała tylko westchnienie pełne ulgi.
- Skoro dysponowałaś jednak odpowiednią kwotą, pani, to w czym tkwił problem? – dopytywał Kamijo, pionizując swoją ukochaną i podążając za Ilią, która ruszyła z miejsca sprężystym krokiem.
- W tym, że nie wszyscy mogą pozwolić sobie, żeby szastać kasą na prawo i lewo, a jeszcze więcej ludzi chce cię oszukać i zmusić do zapłacenia majątku za jakiś szmelc, więc targować się należy, a nawet trzeba! – warknęła.
Zaraz zdała sobie jednak sprawę z tego, że ten zapewne przywykł do kupowania dóbr w eleganckich sklepach możnych kupców, gdzie z narzuconą ceną się nie dyskutowało, dlatego dla niego sam termin „targowania się” mógł brzmieć obco i niezrozumiale.
- Rozumiem… Wybacz zatem, pani, że nie okazałem się być przydatny…
- A idź ty w cholerę, i niech ciebie piekło też pochłonie… - burknęła pod nosem. Wampir zdawał się usłyszeć ten przytyk, jednak nie skomentował.
- Pozwól zatem, pani, zadośćuczynić mi mój błąd i uczcić nasze ponowne spotkanie wspólną kolacją – zaproponował, stając kobiecie na drodze i blokując jej przejście, gdyż ta z każdą chwilą jedynie przyspieszała kroku, chcąc jak najszybciej oddalić się od potencjalnych kłopotów.
Pech jednak chciał, że ta nie zorientowała się w czas i wylądowała twarzą w torsie wampira. Zaskoczona z miejsca chciała odskoczyć, jednak silne ręce, które zamknęły ją w asekuracyjnym uścisku, nie pozwoliły jej na to. Ilia podniosła spojrzenie na przystoją twarz złotowłosego, który obdarzył ją kolejnym z serii swoich powalających uśmiechów. W tym momencie do akcji wkroczył póki co mrukliwy i poirytowany Latawiec, który aż do chwili obecnej nie chciał mieszać się w nieswoje sprawy, żeby dodatkowo nie pogorszyć sytuacji.
- Z tymi łapami to może z daleka, co? – warknął, z miejsca zrzucając wszystkie tobołki, którymi był obładowany i przyskakując do wampira.
- A przepraszam, kimże jest twój towarzysz, pani? Zdaje się, że jeszcze nie mieliśmy przyjemności się poznać… - warknął nisko, specjalnie adresując swoje słowa do czarownicy, a nie do głównego zainteresowanego, ostentacyjnie go ignorując.
Wiedźma tymczasem zajęta była czymś znacznie poważniejszym niż męskie przepychanki. Słysząc tylko ten charakterystyczny dźwięk, rzuciła się na kolana i z trwogą podniosła materiał jednej z toreb. Zajrzała do środka, tylko po to, żeby przekonać się, że jej najczarniejsze scenariusze się ziściły…
- Latawiec, ty bezmózgi karaluchu, zaduszę cię! – wrzasnęła, biorąc w ręce smętnie skorupy. – Zobacz, coś narobił, przygłupie! Mój talerz runiczny! – zawyła. – Rozbiłeś go, barani łbie! – zatrzęsła się ze złości i już wzięła zamach, żeby cisnąć jeden z ostro zakończonych części ceramiki w stronę Syna Wiatru, jednak w ostatniej chwili opamiętała się. Tak długo jak wciąż miała wszystkie kawałki, mogła przynajmniej spróbować go ponownie skleić…
Złotoskóry golem zatrzymał się w miejscu, z rezygnacją stwierdzając, że ostatecznie i tak zdenerwował wiedźmę, więc jego wszelkie poprzednie trudy i wysiłki zachowania spokoju poszły na marne. To się dopiero nazywa sprawiedliwość… Ty tu próbujesz być miły i pomocny, a ostatecznie i tak tylko ci się za to obrywa…
W czasie, w którym Złote Dziecko Wiatru rościło sobie pretensje do świata, „pan pomocny-jak-cholera”, jak to Syn Wiatru ochrzcił w myślach Kamijo, doskoczył w dwóch susach do kobiety i przykucnął tuż za nią, kładąc jej rękę w pocieszającym geście na ramieniu. To tylko dodatkowo zirytowało bruneta, w którym wręcz aż zawrzało. To, że jego wierność pozostawiała może całkiem sporo do życzenia, nie oznaczało, że ktoś inny mógł przystawiać się do jego lubej!... no, jednej z jego lubych…
- Odsuń się! – warknął, odpychając złotowłosego. – Kim ty w ogóle jesteś, że tak spoufalasz się z moją czarownicą, co? – fuknął.
Zachowanie wampira zdradzało, że ta dwójka w ostatnim czasie musiała się bliżej poznać – to znaczy w okresie, w którym Latawca nie był na miejscu. Brunet nigdy wcześniej nie słyszał, żeby wiedźma zadawała się z możnymi i miała w dodatku wśród nich jakiś przyjaciół… chociaż właściwie to licho ją tam wie, bo ta baba bywała mocno pokręcona i miała swoje tajemnice, o których nie zwykła głośno rozprawiać. Niemniej jednak zachowanie bladolicego arystokraty wciąż pozostawało mocno podejrzane. Syn Wiatru miał silne przeczucie, że to właśnie zawarcie znajomości z Kamijo tak bardzo zmieniło podejście kobiety i sprawiło, że ta stała się względem niego niemal oschła. Samo to już podejrzenie wystarczyło złotoskóremu golemowi, żeby zacząć pałać szczerą niechęcią do teatralnej postaci wampira. Z chęcią z miejsca powyrywałby mu te przydługie kły… tak chociażby przezornie, nawet jeśli ten w istocie nie miał nic wspólnego ze zmianą nastawienia czarownicy względem niego. Bo miło by było przecież dać upust swojej szalejącej niczym zimowa wichura złości, prawda?
- Co za szkoda… - mruknął arystokrata. – Tak się jednak składa, moja pani, że znam dobrego konserwatora zabytków, który zajmuje się także naprawianiem wartościowych, porcelanowych antyków. Może on mógłby się tym zająć? – zaproponował.
- Ach, nie! – zaoponowała szybko wiedźma. – To magiczny artefakt! Tu nie potrzeba historyka a maga! Kiedy talerz się rozbił, cała jego magiczna moc uleciała! Sama będę musiała zająć się jego naprawą… o ile ta w ogóle jest jeszcze możliwa – posłała miażdżące spojrzenie swojemu towarzyszowi.
- Ejże! – Latawiec nie robiąc sobie nic z bazyliszkowego wzroku Ili, szturchnął wampira, który zdążył już ponownie stanąć na wyprostowanych nogach. – Nie ignoruj mnie! Zadałem ci pytanie! – warknął ostrzegawczo, zaciskając wielkie dłonie w pięści.
- Zostaw go! – oburzyła się kobieta. – Nie dość już napsułeś? – syknęła. – Nie widzisz, że to możny? Więc zwracaj się, jak należy, bo jak ten – wskazała na złotowłosego – wezwie straż, to w trymiga zaraz wyniosą nas stąd na kopach! Tego właśnie chcesz?!
- Spokojnie, pani, żadne straże nie będą wzywane. Zapewniam, że… - zaczął arystokrata uspakajającym tonem, jednak nie było dane mu skończyć.
- Ach, więc tobie to wolno zwracać się do wszystkich i wszystkiego, jak ci się tylko żywnie podoba, ale ja to już mam uważać, tak?! – naburmuszył się złotoskóry golem. – Wybacz, ale ty akurat jesteś ostatnią osobą, która mogłaby mi dawać lekcje dobrego wychowania!
- Lekcje dobrego wychowania?! – prychnęła wiedźma. – Ciebie już nikt nie wychowa! Pojawiasz się i znikasz, jak ci się podoba i jak wiatr zawieje! A jak już nawet pojawisz się od wielkiego dzwona, to jak ten wicher poprzewracasz wszystko, narobisz harmideru i znów zawijasz manatki! Zupełnie nie można na ciebie liczyć! – wytknęła mu. Syn Wiatru w odpowiedzi roześmiał się paskudnie.
- Wybacz zatem, że taka moja natura! – fuknął, po czym w istocie zawinął się wokół własnej osi i zniknął w wirze dudniącego ogłuszająco wiatru, który zmusił stojących w pobliżu do osłonienia twarzy rękoma.
- No i pięknie… - burknęła czarownica. – Z nim to tak zawsze… - sapnęła ciężko.
I tak oto została ze swoimi bagażami sama. Zrezygnowana sięgnęła po trzy najbliższe worki i zaczęła zarzucać je sobie na ramiona i plecy. W końcu jakoś musiała to wszystko przenieść do zachodniej bramy…
W chwili, kiedy sięgała już po czwartą torbę, wampir ubiegł ją i sam zarzucił ją sobie na ramię. Zgiął się pod jej ciężarem, jednak próbował udawać, że to nic wielkiego. Zaraz potem sięgnął po następny tobołek, który narzucił na drugie ramię dla równowagi.
- Co ty robisz? – zdziwiła się Ilia.
- Nie mogę przecież pozwolić, żeby drobna niewiasta zmuszona była nosić takie ciężary – odparł, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.
- Ach, daj spokój! – machnęła ręką, próbując go zastopować. – Jak ma się gospodarstwo do obrobienia, to i do dźwigania można się przyzwyczaić! Zostaw to, bo jeszcze się połamiesz pod tymi ciężarami, przez co twoja rodzina niechybnie będzie próbowała mnie ukatrupić – zaśmiała się niewesoło. – Sama sobie z tym poradzę.
- Nie policzę sobie za pomoc, jeśli o to się martwisz, moja pani – odparł złotowłosy. Znał już czarownicę na tyle dobrze, że był w stanie domyślić się jej obaw. – Wszak nie wszystko jest dla profitu – zauważył.
- Ta? – zaskrzeczała wiedźma. – A ja bym się kłóciła – zaśmiała się. – W takim razie, gdzie ty żyjesz, kochanieńki? Może i ja przeniosę się do twojego wspaniałego świata, gdzie nie wszystko jest robione dla pieniędzy? – parsknęła, po czym ostatecznie jednak ruszyła przed siebie, pozwalając wampirowi podążać za sobą.
W końcu jasno stwierdził, że nie policzy sobie za pomoc, prawda? Więc czemu miałaby sobie w takiej sytuacji nie ułatwić nieco życia i wysłużyć się dobrodusznym arystokratą? „Dobroduszny arystokrata” – jakże to zabawnie brzmi! Niemal jak zestawienie dwóch antonimów!…
Dziwiła się tylko, że Kamijo sam dźwigał pozostałe torby, a nie wysługiwał się swoimi pachołkami. Bo takowych z pewnością miał. Co do tego nie miała złudzeń. Bo nawet jeśli on sprawiał wrażenie osoby, która była przeciwna wysługiwaniu się innymi, to jego dama w koronkach i futrze z pewnością już nie.
Mimo iż tak jak powiedziała, Ilia nie była delikatną kobietką, gdyż praca w gospodarstwie sprawiła, że była znacznie silniejsza niżby pani w wybielającym makijażu, po zaledwie kilku krokach sama poczuła, że jej łupy ważą niemało. Zachwiała się na śliskim bruku, jednak w porę odzyskała równowagę. Odwróciła się przez ramię i rzuciła kontrolne spojrzenie złotowłosemu, który tachał na plecach znacznie więcej. Szedł wolno i zgięty, jednak dziarsko brnął przed siebie. Ilia musiała przyznać, że arystokrata, choć smukły i wysoki, to z pewnością nie był cherlawy. No, chociaż jakby się tak zastanowić to przecież wspominał coś tam o polowaniach, na które z lubością się tak wybierał, więc nie mógł znowu być aż taki słabowaty… Nie mógł oczywiście równać się także z postawnym Latawcem, jednak nie w tym przecież rzecz. Jego postawa sprawiła, iż kobieta zaczęła spoglądać na niego niemal z podziwem – głównie dlatego, że tak bardzo odcinał się i nie pasował do grupy społecznej, z której pochodził. Zaczynała go nawet lubić. Wiedziała jednak, że był to moment, w którym należało być bardzo ostrożnym, gdyż niektórzy tylko właśnie na to czekali, a potem zmieniali się drastycznie, ujawniając swoje zepsute wnętrza i próbując wyciągnąć z ciebie jak najwięcej korzyści. Z tej właśnie racji wciąż postanowiła nie pokazywać mu w zbyt otwarty sposób, jak dobrze o nim myślała.
Kiedy wreszcie dotarli do zachodniej bramy, wampir zrzucił z siebie wszystkie tobołki i odetchnął z ulgą, prostując się z trudem. Otarł perlące się czoło wierzchem dłoni i poprawił swój kosztowny strój, który teraz był cały zakurzony i pognieciony. Ten jednak nie wydawał przejmować się tym zbytnio. Doprawdy, gdyby jeszcze nie ta przystojna facjata i delikatne dłonie to pasowałby lepiej na chłopa niżby na możnego…
Wampir rozejrzał się dookoła z ciekawością i niesmakiem wypisanym na twarzy jednocześnie. Kobieta była pewna, że ten nigdy wcześniej nie zawitał w te części miasta. W zasadzie nie było się czemu dziwić. Zachodnie dzielnice wcale nie były piękne i urokliwie. A tym bardziej pachnące. Tylko skończony idiota mógłby wybrać się tu na spacer z własnej woli. To zdecydowanie nie było miejsce odpowiednie dla osoby z jego rodowodem.
Rybak i córa Wodnika pomogli załadować im wszystkie tobołki na wątpliwie wyglądającą łódkę. Kamijo również wyglądał, jakby miał obiekcje co do jej stanu, jednak nie odezwał się na ten temat ani słowem.
- Dziękuję – wydusiła w końcu wiedźma, a słowo to przeszło jej wyjątkowo ciężko przez gardło. Nie dziękowała nikomu od tak dawna, że niemal już zapomniała, jak to się robi.
- Ależ nie ma za co, moja pani – złotowłosy zgiął się we wdzięcznym ukłonie, jednak podniósł się już ciężko, ledwo powstrzymując się od chwytania za nadwyrężone plecy. Czarownica zachichotała na ten widok.
- No właśnie widzę, że nie ma za co – parsknęła. – Jakbyśmy byli bliżej mojej chałupy, to dałabym ci jakiś specyfik na ten ból pleców, ale tak to jestem tu z pustą ręką – rozłożyła bezradnie ręce.
- Same twoje dobre intencje są dla mnie niczym lekarstwo, moja pani – uśmiechnął się pięknie w odpowiedzi.
- Oczywiście… - przewróciła oczyma. – Dobre słowo nie leczy bólów – upierała się przy swoim.
- Nie zabawisz zatem na dłużej w mieście, pani? – zapytał, zmieniając temat.
- Ano nie bardzo – przyznała.
- Kiedy w takim razie planujesz zawitać ponownie do miasta? – zainteresował się.
- Pewnie nieprędko… - mruknęła w zadumie. – Nie urządzam sobie podobnych wycieczek zbyt często. W końcu ktoś musi pilnować obejścia – rozłożyła ręce.
- Co za szkoda – westchnął. – Miałem nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję się spotkać, moja pani – posłał jej kolejny uśmiech, który był niczym pierwszy promień słońca na porannym, szarym niebie. Muszę przyznać, że miałem też nadzieję, żeby pokazać ci nieco bardziej urokliwe zakątki miasta niż ten tutaj… - zatoczył dłonią koło. – Może wtedy polubiłabyś miasto bardziej i odwiedzałabyś je częściej.
- Wątpliwe… - mruknęła z przekąsem. – Jeśli jednak tak bardzo zależy ci na spotkaniu, to zawsze możesz zawitać do mnie – zaśmiała się pod nosem. – Jakbyś był w pobliżu na polowaniu czy co tam… - machnęła ręką. – Jakbyś był też w jakiś boleściach, to też nie wahaj się do mnie zajrzeć – poleciła, gramoląc się z powrotem do łajby. – Poza tym w moich okolicach w ostatnim czasie pokazuje się całkiem sporo dorodnych jeleni, jeśli byłbyś zainteresowany łowiectwem – dodała.
- Dziękuję za informację. Z pewnością wezmę to pod uwagę, planując następną wyprawę – obiecał.
- No, Serina! – zakrzyknęła do córy Wodnika. – Musim się zbierać, bo zanim dopłyniemy do naszej wiochy, to nas prawie noc zastanie, a twój tatko zacznie ostatnie włosy z głowy rwać! – zaśmiała się. Dziewczyna niechętnie przytaknęła i zaczęła żarliwie żegnać się ze swoim ukochanym. – Dobrze było cię znów widzieć, darmozjadzie! – zaśmiała się. – Bywaj zdrów i do następnego! – pomachała do złotowłosego stojącego na brzegu, kiedy Serina ruszyła przed siebie, ciągnąc za sobą starą łódź rybacką.

- Spotkać cię ponownie pani to czyta przyjemność! Bywaj zdrowa! – pożegnał się z ciepłym uśmiechem na bladych ustach, który z jakiejś racji nie mógł wypaść z myśli czarownicy przez całą drogę powrotną, przez co ta tuliła go w sercu, szczerząc się do siebie pod nosem. Do wioski, pomimo awantury z Latawcem i późnej pory, dotarła w wyśmienitym humorze.