Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D'espairsRay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D'espairsRay. Pokaż wszystkie posty

"Closer to Ideal" cz.12

No muszę przyznać, że trochę ciężko nazwać mi ten tekst faktycznie kolejną częścią. Właściwie chyba bliżej mu do epilogu, gdyż jest dość... nietypowy =.='' Niemniej, długo myślałam nad tym, jak zakończyć tę serię, aż w końcu stwierdziłam, że zwykłe zakończenie, coś w stylu: "(..) i odjechali w stronę zachodzącego słońca, młodzi, piękni, bogaci, utalentowani, zakochani i szczęśliwi" serio pasuje tej serii jak świni siodło C'': Z tej racji postanowiłam napisać coś, co nie byłoby tylko takim dosłownym opisem zachowania bohaterów, czyli gdzie kto poszedł i dlaczego. Nie wiem, co z tego wyszło, ale ostatecznie zdecydowałam się zostawić to tak jak jest, gdyż stwierdziłam, że nic lepszego i tak nie wymyślę (miliardowe próby mi to uświadomiły (/.-)'' ). No niestety, w rozpoczynaniu nowych opowiadań to ja raczej jestem dobra, gorzej z pisaniem zakończeń T^T U mnie wszystkie opowiadania mogłyby trwać w nieskończoność x''D

A tak z innej beczki to pozwolę sobie wyznać, że ostatnio odkryłam, że wciąż mogę ubierać się na dziale dziecięcym, mieszkam w Anglii, pochodzę z Polski, uczę się japońskiego i w ostatnim czasie zaczęłam czytać i pisać fanficki po rosyjski xp Swoją drogą to uwielbiam rosyjski humor i jak wyobrażam sobie, że japońscy muzycy mieliby mówić po rosyjsku to ryje jak głupia ^^'' A tak swoją drogą to chyba kiedyś muszę przedstawić wam taki fonetyczny zapis takiej rozmowy... mnie aż przepona ze śmiechu boli xD

        Хммм...

Небольшое лирическое отступление. Хотел бы я узнать.... Кто-нибудь это читает? (Эээ, ты там жив, читатель?) Дай автору знать о твоём существовании, и ты, возможно, получишь то, что хотел хд

Получишь продолжение.

A tu bezkarnie żebrzę sobie o komentarze, których ostatnio trochę mało jest... ;_; (proszę nie sugerować się samą liczbą, bo jest ona niejako podwojona przez moje odpowiedzi) Dobra, nie przedłużając już:


„Closer to Ideal” cz.10

Ile wymiarów może mieć obsesja?
Przynajmniej dwa – ten widoczny i ten, o który nikt by cię nie posądzał.
Jak głęboko można w niej zabrnąć?
Nie wiem. Wszak nie dobrnąłem do jej końca. Na całe szczęście Michi mnie zastopował. Wiedziałem tylko, że wpadłem w nią po uszy, zabrnąłem stanowczo za daleko, ale jednocześnie wciąż nie znalazłem się wystarczająco blisko jej drugiego końca, żeby móc rozprawiać o jej istocie.
Życie jest takie krótkie, a ja zmarnowałem tak wiele czasu na gonienie za durnymi mrzonkami, udawanie kogoś innego i trzymanie teatralnej maski, aby ta nie spadła mi z twarzy.
Życie jest jak drabina. Niezmiennie musisz piąć się wyżej, aby sięgnąć celu. Jeśli zatrzymasz się lub zaczniesz się cofać, nie dojdziesz na szczyt. Im wyżej się pniesz, tym bardziej drabina zaczyna się chwiać i kołysać. Ale takie jest ryzyko, które musi podjąć każdy z nas. Za młodu należy piąć się jak najwyżej, jak tylko się da, wchodzić na rozchwianą drabinę, póki można.
A można; być może.
Potem już jest za późno. Na starość podziurawione osteoporozą kości i trzeszczące za sprawą hondromelacji stawy nie ułatwiają tego zadania. Wszyscy mamy jakoś ograniczony zapas czasu.
Och, w te różne takie barwy nicości i wszystkie wymiary pospolitości, na te ulice puste i światło ślepe… tak bardzo chciałem spojrzeć na niego, mimo iż nigdy zapewne nie miałem dowiedzieć się, co też zrobiłby na moim niewygodnym miejscu.
Chcę na niego spojrzeć… więc patrzę.
Teraz już mogłem to zrobić. Teraz w końcu jest przy mnie. Wreszcie dopuściłem go do siebie. Miałem go przy sobie i mogłem patrzeć w jego stronę za każdym razem, kiedy nie wiedziałem, co zrobić, gdyż mogłem być pewny, że nigdy więcej nie zostanę ze swoimi problemami sam. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć, że ten poradzi mi, kiedy będę potrzebował jego wsparcia.
- Jak ci niewygodnie, to się przesiądź – rzucił Zero znad talerzyka z ciastem.  
Uniosłem jedną brew w geście niedowierzania, na co chłopak jedynie wzruszył ramionami i znów skupił całą swoją uwagę na oglądanym serialu. Poczułem jak moja dolna szczęka samoistnie drgnęła. Zaraz potem roześmiałem się w głos.
Co za ignorant! Co za cholerny ignorant!... którego przecież tak kochałem. Przeklęty ignorant… który jakimś cudem potrafił się mną zainteresować i otoczyć mnie taką opieką, o jakiej nigdy nawet mi się nie śniło.
W rozdwojonej wyobraźni rozlega się krzyk twoich nowonarodzonych emocji. Zbieram doświadczenia specjalnie dla ciebie, aby wręczyć ci szary, zdeptany bukiet.
Wciąż jeszcze się uczę. Na własne życzenie wiele pominąłem we własnym życiu, co musiałem teraz nadrabiać. Doprawdy… dobrana z nas para, co? Emocjonalna kaleka, niedorozwój i mistrz maszyn klimatyzujących, który potrafi wszystko obrócić w siłę spokoju, zdystansowanie i chłodne opanowanie. Serio, kto pisał ten scenariusz?
- Mogłeś poczekać z tym ciastem do momentu, aż twoja matka przyjdzie – zauważyłem.
- Daj spokój – prychnął, rozrzucając okruszki dookoła. – Ja goniłem po to ciasto do sklepu, więc ja mam prawo spróbować go jako pierwszy – uniósł widelczyk w geście, który jakby sugerował, iż podkreśla coś bardzo ważnego w swojej wypowiedzi. – Poza tym moja matka i tak jest wiecznie na diecie… - mruknął.
- To może zamiast ciasta było jej kupić jakąś sałatę i pomidora czy ogórka… wiesz, tak, żeby i ona mogła z tego wszystkiego skorzystać – rzuciłem pomysł.
- No co ty? – Shimizu spojrzał na mnie jak na idiotę. – Nie znasz mnie czy jak? – fuknął, na co ja zaśmiałem się pod nosem.
Tak, posiadanie takiego potwora jako dziecka musiało być prawdziwą traumą…
- Ej, a tak swoją drogą, to twoja matka wie, że jesteś gejem? – upewniłem się.
- Inaczej bym jej tutaj nie zapraszał, nie? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
Ledwo zdążył skończyć mówić, wtem odezwał się dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Wojskowa punktualność. Już chciałem podnieść się z siedzenia, jednak szatyn uprzedził mnie i gestem ręki nakazał mi zostać na miejscu. Sam otworzył drzwi.
- Michi, jak ja cię dawno nie widziałam! – usłyszałem kobiecy głos od progu. – Och, ale spójrz na siebie, kochanie, chyba przytyłeś…
- Ty też – głos Zero był jak zwykle chłodny, wyrachowany i nie zdradzał żadnych emocji. – Ale mimo to nie tak źle znów cię wiedzieć – rzucił, wprawiając mnie w osłupienie. Byłem zdziwiony, że do matki zwracał się w identyczny sposób jak do wszystkich innych.
- Kiedy powiedziałeś, że chcesz mi przedstawić swoją ukochaną osobę byłam w prawdziwym szoku. Nigdy bym nie pomyślała, że mój syn może jeszcze znaleźć sobie kogoś z takim paskudnym charakterem! I to w dodatku w tym wieku! No, bo jeśli chodzi o miłostki to ty pierwszej wiosny już nie przeżywasz, co? – rzuciła nieco zaczepnie, a ja w tym momencie niemal zbierałem szczękę w podłogi.
To się nazywa wdać się w rodzica. Shimizu i jego matka byli wręcz identyczni, jeśli chodziło o sposób wyrażania się. Niemniej, najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że ani jedno, ani drugie wcale nie próbowało urazić tej drugiej osoby. Ot po prostu prowadzili spontaniczną dyskusję.
- Chodź, przedstawię ci kogoś – zaproponował właściciel mieszkania i wprowadził matkę do jadalni, gdzie już czekałem. – To jest Yoshida Hiroshi – przedstawił mnie. – Yoshi, poznaj moją matkę – wskazał na kobietę, która nagle zamarła w pół ruchu.
Po jej minie wyrażającej bezbrzeżne zdziwienie szybko zrozumiałem, co poszło nie tak. Ja tu byłem tym czynnikiem „nie tak”. Więc Michi jednak nie powiedział jej, że jest gejem. Świetnie. Po prostu świetnie. Cudownie wręcz.
Po zapewnieniu Zero spodziewałem się, że ten już wcześniej przyznał się do odmiennej orientacji seksualnej przed rodzicielką. Mój szok i zmieszanie były powodem pytającego uniesienia brwi szatyna, który posyłał mi nieme pytanie: „No co?”. No w sumie nic… Jak mogłem spodziewać się czegoś innego? W końcu to był wciąż ten sam basista, który w przeszłości niemal codziennie doprowadzał mnie do białej gorączki i szewskiej pasji. Jak mogłem pomyśleć, że życie u jego boku będzie proste, łatwe i przyjemne?
- A więc… - zaczęła niepewnie matka gospodarza. - …twoją ukochaną osobą jest… mężczyzna? – upewniła się.
- No jak widać, nie? – szatyn rozłożył ręce i ponownie zasiadł do stołu, nakładając sobie kolejny kawałek ciasta. – Ciasteczko? – zaproponował uprzejmie. Kobieta zdołała jedynie przecząco pokręcić głową. – Widzisz, mówiłem ci – odezwał się do mnie. – To ciasto to tak w gruncie rzeczy bardziej dla nas – uśmiechnął się pod nosem.
W tym momencie już nawet nie słuchałem głupot, które z taką lubością tam sobie brzęczał. Czułem narastającą gulę strachu i stresu w gardle. Matka mojego chłopaka była w tak samo niekomfortowej sytuacji jak ja. Obawiałem się, że zaraz całe spotkanie skończy się na tym, ze ta zwyzywa mnie od najgorszych i wyjdzie z trzaskiem drzwi. Na całe moje szczęście ta jednak postanowiła się przełamać. Powoli, niepewnie, jakby zbliżała się do jakiegoś niebezpiecznego zwierzęcia, ruszyła w stronę stołu i wyciągnęła drżącą, spoconą dłoń, którą podała mi przez całą jego szerokość. Uścisnąłem ją lekko i skinąłem jej głową, cały czas nie spuszczając z niej spojrzenia, kiedy ta zasiadała na krześle. Ona również nie spuszczała ze mnie wzroku zupełnie jakby w obawie, że gdy tylko odwróci ode mnie spojrzenie, ja rzucę się jej do gardła… albo gorzej, rzucę się na jej syna choć w tym wypadku już może nieco z innymi, mniej krwawymi zamiarami…
Kopnąłem szatyna pod stołem, na co ten oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na mnie gniewnie.
- Au! – syknął. – Czego chcesz? – zapytał z „miłością”.
- Zgadnij – burknąłem. – Skoro zaangażowałeś już całe to spotkanie to może przynajmniej zechciałbyś wziąć w nim czynny udział, co? – skarciłem go. – Poza tym to powtórka – stwierdziłem, rozpoznając sceny, które widziałem już wcześniej, - Oglądałeś to już jakieś trzy razy… - wypomniałem mu, przewracając oczyma.
- Ale lubię ten odcinek – Shimizu wzruszył ramionami.
- A ja lubię, kiedy skupiasz się nie na tym, na czym powinieneś – rzuciłem sarkastycznie, na co chłopak jedynie prychnął.
- Widzę, że nic się nie zmieniłeś – wcięła się matka właściciela mieszkania. – Zawsze taki był – zwróciła się do mnie. – Nie mogłam go tego oduczyć. Widzę, że nie masz z nim lekko… - zająknęła się. - …Yoshi, tak? Mogę cię tak nazywać? – zapytała kurtuazyjnie.
- Oczywiście – zgodziłem się. – Może napiłaby się pani wina skoro ciasto nie jest w pani guście? – zaproponowałem.
- Z chęcią – przytaknęła. – Jak to miło, że ktoś tu potrafi poprawnie przyjmować gości. Mój syn nigdy by mnie o to nie zapytał – pokręciła z dezaprobatą głową.
- A ty mnie kiedyś zapytałaś czy napiłbym się wina, kiedy wracałem do domu? – Zero przewrócił oczyma.
Sięgnąłem po butelkę czerwonego wina, która stała na barku i odkorkowałem ją. Atmosfera powoli zaczynała się rozluźniać. Cóż, może nie będzie aż tak źle, jak się tego spodziewałem?...

***

- Dokładnie, masz rację, Yoshi-chan! – zawołała kobieta.
- Dobra, idź już, bo taksówka czeka… - mruknął niezadowolony basista, popychając rodzicielkę w stronę windy. – Tylko się koncertowo nie wyłóż na chodniku podczas wychodzenia z bloku – dodał zgryźliwie.
- A żebyś wiedział, że się nie wyłożę! Nawet się, cholera, nie potknę! – zakrzyknęła buńczucznie i w końcu weszła do windy, czepiając się mocno barierki. Drzwi zasunęły się, a my znów zostaliśmy sami.
- Ale ty jesteś okropnym synem… - syknąłem, kiedy chłopak ujął mnie pod ramię, prowadząc z powrotem do mieszkania.
- A ty to co? Lepszy jesteś? – fuknął. Zmieszałem się.
- No nie… - przyznałem szczerze.
- No właśnie, więc nie komentuj z łaski swojej, co? – usadził mnie na fotelu w salonie, a sam wziął się za sprzątanie. Zaczął wynosić puste butelki po winie i brudne talerzyki po cieście. – Ale koniec końców cieszę się, że tak się zaprzyjaźniłeś z moją matką – skwitował.
- Zaprośmy ją jeszcze raz! – zawołałem.
- Dobra, ale następnym razem zróbcie sobie imprezę, jak mnie nie będzie, co? – uśmiechnął się krzywo pod nosem. – Jesteś pijany. Idź spać – polecił.
- Nie jestem pijany – zaoponowałem – tylko…
- Tylko? – dociekał.
- Może co najwyżej lekko wcięty – broniłem się.
- Jeżeli po pięciu butelkach wina można być „lekko wciętym” to ja chyba nie chcę cię widzieć w stanie, kiedy będziesz już pijany – zaśmiał się.
- Nie narzekaj. Przecież i tak jestem grzeczny – założyłem ręce na piersi.
- Przecież nie neguję tego – wzruszył ramionami i wziął się za zmywanie.

***

Zasłuchany w muzykę lecącą z radia wpatrywałem się w obraz przesuwający się z dużą prędkością za oknem samochodu. Zastanawiałem się nad propozycją, którą niedawno dostałem…
- Myślisz, że mógłbyś się zgodzić? – zapytał Shimizu, bezbłędnie odgadując, co tak zaprząta mi umysł.
- Nie wiem… - mruknąłem, podpierając głowę na ręku. – Serio nie wiem… - westchnąłem ciężko.
- Wciąż chyba sam wolałbyś wrócić na scenę niżby zajmować się samym patronatem, co? – bardziej oznajmił niż spytał.
- Nie o to chodzi – pokręciłem głową. – Zresztą, przecież wiesz, że nie mogę wrócić na scenę ze względu na moje problemy zdrowotne – rozłożyłem bezradnie ręce. – W jakiś sposób powoli oswajam się z tą myślą i możliwe, że w jakiejś części nawet uda mi się ją kiedyś zaakceptować – przeczesałem palcami włosy w bezradnym geście. – To nie jest rzecz, z którą mogę walczyć, na którą mam wpływ, więc nie warto rozwodzić się na ten temat. Niemniej, pomimo tego chyba już nawet nie jestem pewien czy byłbym w stanie ponownie stanąć na scenie. Wiesz… W gruncie rzeczy obawiałbym się trochę, że sława znów namąciłaby mi w głowie i znów wróciłbym do tego swojego, poprzedniego, pokręconego „ja” – skrzywiłem się z niesmakiem.
- Mogę ci zagwarantować, że nigdy nic podobnego się nie stanie – szatyn uśmiechnął się ciepło i chciał mnie chwycić za rękę, jednak w tej samej chwili zmieniły się światła, dlatego szybko chwycił drążek zmiany biegów zamiast moją dłoń, przez co wyszło na to, iż bardziej strzelił mnie po łapach niżby dodał mi otuchy miłym gestem. – Wybacz… - rzucił mi szybkie, przepraszające spojrzenie.
- Nie masz za co przepraszać – zaśmiałem się. – Ale wracając do tematu… Koniec końców zaangażowałem się w ten projekt „Umbrella” i dobrze mi z tym. Już przyzwyczaiłem się do tego, jak wygląda nasze codzienne życie i nie chciałbym tego zmieniać. Bałbym się, że zmiany mogłoby przynieść dużo złego – wyznałem otwarcie jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro – mój chłopak wzruszył ramionami. – Ale skoro nie chodzi tu o ciebie, to… o co? Czemu nie chcesz się zgodzić? Przecież już raz zajmowałeś się patronowaniem jakiegoś zespołu, o ile sobie dobrze przypominam – zauważył.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Nazywali się „RedRum”, ale nic z tego nie wyszło. Chłopaki pożarli się między sobą i tyle, co ich widziałem – pokręciłem z dezaprobatą głową. – Nie, nie obwiniam się za to – uprzedziłem jego pytanie. – To była ich decyzja. Ja byłem tylko osobą zewnętrzną, która bardziej zajmowała się sprawami technicznymi czy ekonomicznymi niżby ich prywatnym psychoterapeutą i bliskim przyjacielem – przyznałem. – Jasne, z drugiej strony właściwie nie zrobiłem nic, żeby zapobiec ich rozpadowi, ale… wiesz, jakimś cudem nie przepłakiwałem z tego powodu długich nocy – zachichotałem pod nosem, na co Michi uśmiechnął się krzywo. – Bardziej martwi mnie to, że… Wiesz, ja się chyba już nie nadaję do współczesnej muzyki… - westchnąłem.
- O czym ty pleciesz, Yoshida? – basista wytrzeszczył na mnie oczy. – Przez czternaście lat grałeś w zespole, żeby teraz wciskać mi kity, że się do tego nie nadajesz? – prychnął, przewracając oczyma. – Znasz się na tej branży jak mało kto. Niewielu może poszczycić się tak długim stażem w tej dziedzinie zawodowej – próbował mnie podbudować.
- Ale tu chodzi o coś więcej niż robotę samą w sobie – zamachałem rękami w powietrzu na znak protestu. – No przecież wiesz! Tu trzeba… trochę uczucia… - odezwałem się ciszej. – Zabrzmi to może banalnie, ale w naszych czasach to my byliśmy „tymi od mocnych brzmień”, pamiętasz? – wypomniałem mu, na co chłopak pokiwał głową. – Podczas gdy teraz przypominamy raczej grupkę wyszczerbionych szczurów przy wachcie głodnych, rozjuszonych wilków, którymi są młodzi muzycy – uśmiechnąłem się półgębkiem na własne porównanie, jednocześnie przyglądając się swojemu sarkastycznemu odbiciu w lusterku bocznym. – Zanim zaczniesz oponować, że przecież wciąż jesteśmy młodzi i piękni – znów go uprzedziłem, kiedy już otwierał usta, aby coś powiedzieć – to przyznam ci rację, że wciąż nie jesteśmy emerytowanymi wyjadaczami, ale musisz przyznać, że są po prostu młodsi od nas. Nie robi to z nas dziadków czy rencistów, ale nie widzisz tej dzielącej nas przepaści? Mówiąc „nas” mam na myśli choćby i nas dwojga i tego nowego pokolenia muzyków – sprostowałem. – Ich muzyka jest taka agresywna, pełna bólu, nienawiści i całej reszty uczuć, które skrywają w swoich sercach, o których nigdy nikomu nie mówią – zacząłem głośno myśleć. – Jakoś nie mogę się w tym odnaleźć… Może to przejaw tchórzostwa z mojej strony, ale naprawdę nie chciałbym mieć do czynienia z taką ogromną ilością negatywnych emocji, jakim dają ci młodzi ludzie ujście w postaci muzyki na co dzień. Za bardzo się zmieniłem, żeby to teraz zaakceptować… Może gdybym dostał podobną propozycję jeszcze kilka miesięcy temu, zgodziłbym się bez zastanowienia, ale teraz…? Za bardzo mnie zmieniłeś, żebym podjął się czegoś podobnego – uśmiechnąłem się. – Wniosłeś do mojego życia dużo dobrego, nauczyłeś mnie mówić o swoich problemach i uczuciach, pokazałeś jak zrzucić z siebie ten ogromny ciężar, jak słuchać i jak się śmiać… - ponownie ściszyłem głos. – Kiedy myślę o tym wszystkim i stawiam to naprzeciw tej całej agresji i złości tych młodych muzyków… boję się, że mógłbym utracić to, co mi dałeś i to, czego mnie nauczyłeś poprzez ponowne otaczanie się takimi negatywnymi emocjami… - przyznałem się. – Nie ukrywam, iż zdaję sobie sprawę, że jestem podatny na sugestie…
- Niepotrzebnie przejmujesz się takimi sprawami – uspokoił mnie. – Choć sam fakt, iż się martwisz i boisz oznacza, że zależy ci na mnie i na związku, który razem zbudowaliśmy – uśmiechnął się głęboko. – A to bardzo dobry znak – tym razem udało mu się chwycić mnie za rękę. Ścisnąłem jego palce. – Koniec końców zrobisz to, co będziesz uważał za słuszne. Nie będę ci mówił czy powinieneś podjąć się tego zadania, czy nie. To twoja decyzja i tylko ty będziesz o tym sądził – pozostawił mi wolną rękę.
- No tak… - mruknąłem. – Ale Michi, serio, nie przeraża cię czasem myśl o tych młodych ludziach? Nie zauważyłeś tego wcześniej? Nie zastanawiałeś się, dlaczego oni tacy właśnie są? – ta sprawa jakoś nie dawała mi spokoju.
- Pewnie, że zauważyłem – przytaknął. – A przyczyna ich zachowania jest prosta. Powinieneś ją rozszyfrować, bo sam kiedyś zachowywałeś się identycznie. W dobie komputeryzacji, kiedy przesył informacji nie powinien stanowić większego problemu, my, ludzie, zamiast integrować się na szeroką salę, zamykamy się. Otwarty rynek generuje produkcję taśmową marionetek, które potem zawzięcie walczą o miejsce pracy w niemalże jednakowych korporacjach, aby w końcu, po całym dniu pracy upić się, na chwilę odlecieć, przypomnieć sobie swoje stare marzenia i nadzieje, zgnuśnieć i wrócić do rodziny czekającej na chlebodawcę. W ludziach narasta niezadowolenie, uczucie bezsilności w starciu z obowiązującymi zasadami i regułami biznesowymi, społecznościowym, gospodarczymi… Z czasem zanika też u nas zdolność mówienia. Nie potrafimy cenić relacji łączących nas z innymi ludźmi. W dzisiejszych czasach za pomocą kilku kliknięć możesz znaleźć rzesze internetowych przyjaciół, ale suma summarum i tak pozostajesz samotny. To właśnie samotność i poczucie odizolowania jest tym najbardziej wyniszczającym czynnikiem. Niby przechadzasz się w tłumie, a wszyscy cię ignorują… Niby jesteś ze wszystkimi, a zarazem sam. Niewypowiedziany ból i skrywane emocje narastają, aż w końcu nie jesteś w stanie już wyrazić nic wprost, więc znajdujesz sobie pośrednią drogę przekazu, która w jakiś sposób pozwala ci się wyładować. Oni, ci młodzi, nad którymi tak się rozwlekasz, już nawet nie potrafią mówić. Oni już jedynie krzyczą w swoich utworach o tym, co ich dotyka. Prawdopodobnie są jeszcze bardziej przeżarci samotnością niż ty i ja, a więc jeszcze bardziej cierpią. Poza tym, jakby nie patrzeć, my mieliśmy to ogromne szczęście spotkać się i dogadać – zauważył. – Jasne, musieliśmy przejść przez trudne chwile dla każdego z nas, obaj popełnialiśmy błędy, ale ostatecznie potrafiliśmy je sobie wybaczyć i obopólnie doszliśmy do wniosku, że chcemy coś stworzyć, że inicjatywa wychodzi z obu stron na raz, a nie tylko z jednej – był całkowicie poważny. – Oni są dokładnie tacy, jak ty wcześniej tylko zranieni jeszcze dwa razy mocniej bez nadziei na to, że spotkają kiedyś kogoś, kto dostrzeże ich ból, zainteresuje się nimi i otoczy opieką. Bo w gruncie rzeczy ludzie w dzisiejszych czasach jak jeden mąż czekają, aż to ta druga osoba wyjdzie z inicjatywą. Zawsze chcą, żeby ten pierwszy, najtrudniejszy krok zrobił ktoś inny, a nie właśnie oni. Z tej racji ich brak wiary jest właściwie bardzo na miejscu – chciałem się wtrącić, ale Zero kontynuował. – Chcą, żeby zmienił ich ktoś inny, żeby zmienił ich całe dotychczasowe życie, zerwał malowane maski, za którymi się kryją… ale zapominają, że życie nie działa w jedną stronę. Żeby ktoś coś ci ofiarował, sam najpierw musisz trochę z siebie dać. Sam musisz zmienić się chociaż trochę. Pierwsze, najtrudniejsze kroki zawsze należą do ciebie. Dopiero przy pokonywaniu następnych przeszkód możesz zacząć co najwyżej śnić o tym, że ktoś wyciągnie do ciebie pomocną dłoń – zakończył ostro.
Zamknąłem usta. Z początku nie do końca się z nim zgadzałem, jednak kiedy wróciłem pamięcią do wspomnień, do tego, jak sam się zachowywałem, co myślałem, czego oczekiwałem od innych i jak się z tym wszystkim czułem… Wtedy zrozumiałem, że szatyn miał rację. Dokładnie uchwycił to, co trapiło mnie w przeszłości i z czym sam nie potrafiłem sobie poradzić. W tej chwili właśnie dobitnie uświadomiłem sobie, jakie ogromne szczęście mnie spotkało, iż na mojej drodze pojawił się ktoś tak nieustępliwy w walce o nasze wspólne szczęście jak Shimizu. Jeżeli głupi ma zawsze szczęście, to ja w tym wypadku byłem skończonym idiotą…
Nagle drgnąłem. Wtem doznałem olśnienia, w końcu to do mnie trafiło. Zero. Właśnie, Zero. Nic więcej, nic mniej. Zero.
Jaka jest szansa na to, że spotkasz w rzeczywistości takiego księcia z bajki, jakim był Michi?
Zero.
Zerowa szansa.
Nie ma jej.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś zainteresuje się tobą i będzie o ciebie bezustannie walczył, kiedy ty nie okażesz nawet śladowego zainteresowania w zamian?
Zero.
Zerowe prawdopodobieństwo.
Nie ma go.
Nie ma.
Nie ma i już.
Zero, no właśnie… Zero…


THE END

Mini-seria "Piekło 2.0" cz.3/3

Dobra, tym razem karteczka przed nosem, więc o wszystkim pamiętam (chyba ^^''). Konkurs na najdłuższy komentarz wygrała -tsuki-, a Syo Shiroshima była tuż za nią (pozwoliłam sobie nawet wkleić komentarze do worda, żeby ten policzył za mnie słowa i znaki xD) także tego... No dziewczyny, możecie sobie rościć jakieś życzenia xp (oprócz czekolady, bo ta jakimś dziwnym trafem lubi gubić się na poczcie... ;_; Chyba ktoś był głodny =.='')
Tymczasem, nie przedłużając już dłużej: endźoj:

Tytuł: „Piekło 2.0”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Typ: mini-seria
Część: 3/3
Gatunek: czarna komedia (mam nadzieję), fantasy
Beta: -

- Dzień dobry, Sadako – przywitałem się, mijając stanowisko pracy sekretarki władcy absolutnego Piekła 2.0.
- Cześć, Zero – odpowiedziała, spoglądając na mnie z ukosa.
- Coś się stało? – zaniepokoiłem się, zatrzymując się na moment.
- Nie, niby nic… - mruknęła, pocierając brodę w nerwowym geście. – Jednak… Zero, nie chcę ci robić jakiś wyrzutów albo być nieuprzejma, ale nie uważasz, że w ostatnim czasie przychodzisz do Hizumiego trochę nazbyt często? – zwróciła mi uwagę. – I trochę zbyt swobodnie? – skarciła mnie spojrzeniem. – Zero, pamiętaj, że on jest zwierzchnikiem całego Piekła 2.0. Jest bardzo zajętą osobą, więc… - wzięła głęboki oddech i odwróciła wzrok. - …więc może nie zwalaj mu się na głowę z każdą pierdołą? – mruknęła znacznie ciszej, tak, iż niemal musiałem czytać z ruchu jej warg.
- No ale artykuł… - już chciałem zacząć się tłumaczyć, jednak kobieta nie dała mi dojść do słowa.
- Artykuł artykułem, ale ty przerywasz mu pracę, rozumiesz? – spojrzała na mnie ostro. – Jeżeli chcesz się już bawić w dziennikarza to przynajmniej rób to w takim czasie, żeby nie kolidowało to z terminarzem Hizumiego – postukała długim paznokciem w obudowę klawiatury. – Wczoraj przez ciebie spóźnił się na spotkanie z Radą Zarządu – powiedziała z pewnym wyrzutem. – Podkreślę jeszcze raz, lubię cię Zero i nie chcę być dla ciebie niemiła, ale zrozum, że są rzeczy ważne i ważniejsze – posłała mi wymowne spojrzenie.
- Dobra, już dobra, pojąłem – uniosłem ręce w obronnym geście, przy czym potrząsnąłem grubą, papierową teczką trzymaną w prawej dłoni. – Tym razem jestem w sprawie dotyczącej mojego wydziału. Pozwolisz mi się z nim zobaczyć? – zapytałem niczym mały dzieciak próbujący ubłagać mamę chorego kolegi, aby ta pozwoliła mu wyjść na chwilę na dwór.
- Ale tylko na chwilę – zaznaczyła, śmiejąc się pod nosem. Ja również się uśmiechnąłem, choć po jej przemowie bardziej miałem ochotę wywrócić oczyma. – Zero, wiem, że teraz pewnie myślisz sobie, że moje zdanie jest nieważne i wszystko będzie w porządku, jeśli po prostu zapytasz go osobiście czy jemu odpowiada taki stan rzeczy, jaki jest, jednak już chyba zdążyłeś się zorientować, że Hizumi to taki typ, który podchodzi do ciebie z sercem na srebrnej tacy, prawda? – zamiast zirytować się moim dziecinnym zachowaniem, Sadako posłała mi litościwy, nieco pobłażliwy uśmiech.
- Pewnie jakbym mu na język nadepnął, to by się upierał, że wszystko jest w porządku – pokręciłem głową z dezaprobatą. – Serio, czasami zastanawiam się jak to możliwe, że taka osoba mogła trafić do Piekła… - mruknąłem bardziej do siebie, przekraczając próg biura dyrektora wykonawczego.
Wszedłem i rozejrzałem się, jednak gabinet wydawał się być pusty. Szafy pancerne, ze którymi Hizu tak lubił się skrywać, były zamknięte, stanowisko przy biurku było puste, choć kopczyki makulatury i brudne kubki po kawie świadczyły o tym, że brunet z pewnością musiał tu już dzisiaj urzędować. Podszedłem do biurka i dotknąłem filiżanki stojącej najbliżej. Porcelana wciąż była jeszcze ciepła. W takim razie musiał być tu niedawno… ale moment, chwila! Gdyby imperator wyszedł, jego sekretarka nie pozwoliłaby mi tutaj wejść i kazałaby mi poczekać na zewnątrz. Wszak w samym tym biurze znajdywało się tyle informacji poufnych! Z tej racji nie mogłem się tutaj panoszyć na własną rękę.
Niemożliwym było, żeby dyktator Piekła 2.0 wyszedł niezauważony przez własną sekretarkę, gdyż do jego gabinetu prowadziły tylko jedne drzwi… a może w sumie i nie? Hizumi był nieco ekscentryczną postacią, więc może miał tu jakieś ukryte wyjścia czy coś w tym stylu? Tylko właściwie na co niby mogłoby się zdać takie tajne wyjście? To miała być taka opcja w razie W, gdyby po pewnym czasie i jego ktoś zechciałby obalić? Ekspresowa droga ucieczki?
Nie wiedząc, gdzie szukać, schyliłem się i zajrzałem nawet pod biurko. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, ale tak jak wspomniałem wcześniej, brunet był naprawdę ekscentryczny, więc po nim mógłbym się spodziewać właściwie wszystkiego. Oczywiście przestrzeń pod biurkiem była pusta. Dopiero kiedy się prostowałem z półprzysiadu, zauważyłem to, czego szukałem.
Hizumi leżał na jednej z białej kanap ze skórzanym obiciem i… najzwyczajniej w świecie spał. Skulony wcisnął się w oparcie, tak, że kiedy wszedłem do gabinetu, nawet go nie zauważyłem. A ja, cholera, zacząłem już tworzyć jakieś spiski, rebelie, tajne drogi ucieczki i prawie zabrałem się nielegalny podkop, kiedy w rzeczywistości wystarczyło się tylko dobrze rozejrzeć…
Zszedłem z podwyższenia, na którym stało biurko i skierowałem się w stronę przełożonego. Hizumi wyglądał naprawdę uroczo, choć myśl, iż był tak wycieńczony, że zasypiał nawet w pracy tonizowała słodycz tego całego obrazka. Przysiadłem na krawędzi sofy i odgarnąłem przydługie włosy, które w nieładzie zakrywały twarz mężczyzny. Kiedy dotknąłem jego czoła, wystraszony aż momentalnie zabrałem rękę. Był rozpalony. Kiedy odrzuciłem kurtynę jego ciemnych włosów, zauważyłem, że na jego policzkach malowały się rumieńce od wysokiej temperatury. Jego oddech był chrapliwy i nierówny. Brunet wziął głębszy oddech, jednak wtedy coś zarzęziło mu w klatce piersiowej, przez co zaniósł się okropnym kaszlem. Napad kaszlu wyrwał go ze snu. Kiedy już się z nim uporał, spojrzał na mnie skołowany szklistymi, rozszerzonymi w zdziwieniu oczami.
- Zero? Co ty tu robisz…? – zapytał zachrypniętym głosem.
- Jesteś chory! – wycelowałem w niego oskarżycielsko palcem, nie odpowiadając na jego pytanie. – Powinieneś zostać w domu – zauważyłem.
- A kto odwali za mnie robotę? – zaśmiał się pod nosem, uśmiechając słabo. Niemniej, jego śmiech szybko przerodził się w następny napad kaszlu. Mężczyzna położył się z powrotem i zakrył sobie oczy ręką. – Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak źle… - mruknął do siebie.
- Tym bardziej nie powinieneś wychodzić z łóżka – zgromiłem go spojrzeniem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu raz jeszcze. – Zgaduję, że od rana nawet nic nie jadłeś – postawiłem swoją teorię, na co Hizumi posłał mi pytające spojrzenie. – Nigdzie nie ma ani jednego talerzyka z ciastem czy choćby papierków po słodyczach – wyjaśniłem.
- Czuję się jak dzieciak, kiedy zaledwie po paru spojrzeniach jesteś w stanie mnie rozgryźć – uśmiechnął się krzywo, jednak jego skrzywienie było bardziej spowodowane złym samopoczuciem niżby moją uwagą.
- Trochę cię już poznałem – rozłożyłem ręce. – Ale mówię poważnie, nie powinieneś przychodzić do pracy w takim stanie. Weź zwolnienie…
- …które sam mam sobie wystawić? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- A niby czemu nie? – wzruszyłem ramionami. – Pracę z pewnością da się jakoś rozłożyć na raty, jakoś się z tym uporać… - zacząłem głośno myśleć.
- Masz jakiś pomysł? – podniósł jedną brew w geście zaciekawienia. – W takim razie mnie olśnij, bo możliwe, że przez wieki zarzynałem się bez potrzeby… - z trudem wywindował się do siadu.

***

Odłożyłem kolejną teczkę na drugą, chwiejną kupkę. Rozmasowałem zesztywniały kark i strzeliłem z palców, w których, wydawało mi się, że traciłem już czucie. Litery mieszały mi się w oczach. Definitywnie potrzebowałem przerwy.
Wstałem od stołu i skierowałem się do kuchni. Nalałem wody do elektrycznego czajnika i nasypałem kawy do kubka. Odwróciłem się i ze zdziwieniem zauważyłem, że na blacie stołu zalegają już cztery kubki po kawie. Tak, teraz zdecydowanie byłem już bliski zrozumienia nawyków żywieniowych Hizumiego… Mając tyle do roboty, człowiek po porostu zaczyna myśleć inaczej… nawet jeśli jest potępieńcem.
Donośne kichnięcie i suchy kaszel poinformował mnie o tym, iż właściciel mieszkania obudził się. Chwilę potem zgodnie z moimi oczekiwaniami, drzwi od jego sypialni otworzyły się. Wyjąłem następny kubek, szykując herbatę dla chorego.
- Jak się czujesz? – zapytałem.
- Trochę lepiej – przyznał, opierając się o drzwi lodówki. – Dzięki tobie – posłał mi słaby, wciąż zaspany uśmiech. – A jak tobie idzie z pracą? – zainteresował się.
- Powoli, ale do przodu – nie udało mi się zamaskować tej nuty rezygnacji w moim głosie.
- Teraz, jakby nie patrzeć, stałeś się moim najbliższym i najbardziej zaufanym współpracownikiem – przyjął kubek z naparem ze skinieniem głową w geście podziękowania. – Wiem, że nie powinienem się na to godzić i cię w to wciągać… Wynagrodzę ci to, Zero, obiecuję – spojrzał na mnie przepraszająco zaczerwienionymi, szklistymi oczami.
- Nie musisz mnie za nic przepraszać ani za nic dziękować – pokręciłem głową, ponownie zasiadając do stołu. – Ty od wieków się przepracowujesz i wszystko to wykonujesz sam, podczas gdy ja tylko raz pomogłem ci posortować projekty niecierpiące zwłoki – machnąłem lekceważąco ręką. – Zdaję sobie sprawę, że to dopiero wierzchołek góry lodowej twoich obowiązków – westchnąłem ciężko.
- Ale ty przecież też masz swoje obowiązki – zauważył, dosiadając się do mnie. – Każdy z nas powinien radzić sobie ze swoimi sam. Inaczej nic nie będzie gotowe, wszystko będzie opóźnione, zapanuje istny chaos!...
- Nie pitol – przerwałem mu niegrzecznie. Hizu spojrzał na mnie głęboko zdziwiony. Byłem pewien, że jeszcze nikt nigdy się do niego tak nie odezwał. – Moja praca głównie skupia się teraz na tobie – wzruszyłem ramionami. – Miałem zajmować się promowaniem Piekła 2.0 i to właśnie robię. Jako pierwsze zadanie wyznaczyłem sobie przybliżenie osoby dyrektora naszej spółki wszystkim mieszkańcom, żeby rozwiać wszelkie mity i legendy na twój temat – wyjaśniłem. – Jasne, wszyscy mamy jakieś obowiązki, ale nie oznacza to, że mamy klapki na oczach i musimy wykonywać tylko i wyłącznie swoją robotę i fajrant. Nie zauważyłeś, że chociażby moje i twoje obowiązki nie są sobie równe? Ty masz ich więcej. Na tobie spoczywa większa odpowiedzialność. Z tej racji już dawno temu powinieneś podzielić swoje zadania między innych i dać sobie pomóc – spojrzałem na niego znad kubka z kawą. – Pewnie, rozumiem twoje obawy, że jak wszyscy zaczną mieszać się do wszystkiego i pomagać sobie nawzajem to w gruncie rzeczy nic nie zostanie doprowadzone do końca. Twoje myślenie też ma jakiś sens, ale to nie oznacza, że pomoc innych jest tym, czego powinniśmy się wystrzegać. Czasem przyjęcie pomocnej dłoni może okazać się wręcz zbawcze.
- Rozumiem twój punkt widzenia, jednak musisz też wziąć poprawkę na to, że to wszystko – wskazał na wieżyczki papierowych teczek – to informacje poufne. Nie mogę powierzyć nad tym opieki byle komu. Musisz też zrozumieć, że przez to, na co się porwałeś, też zostaniesz zmuszony do zachowania milczenia w pewnych kwestiach… - skrzywił się nieznacznie.
- Doskonale to rozumiem i w żaden sposób mi to nie przeszkadza – uśmiechnąłem się do niego pokrzepiająco. – Wręcz przeciwnie, cieszę się, że postanowiłeś mi zaufać na tyle, aby pozwolić mi sobie pomóc – pogłębiłem uśmiech. – Poza tym nie mówię, że masz zlecać podobną robotę komu popadnie. Niemniej, nie podlega wątpliwościom fakt, iż powinieneś wybrać sobie jakiś bliskich współpracowników do pomocy. Wiem, że jesteś takim typem, który chciałby przychylić innym nieba, nawet jeśli miałoby to dla ciebie oznaczać wiekuiste tortury, ale serio, Hizumi, przydałoby się, żebyś w końcu zaczął myśleć trochę o sobie – poradziłem mu. – Stworzyłeś Piekło, które jest Rajem dla wszystkich z wyjątkiem ciebie. Tylko ty masz tutaj ciężko – spojrzałem na niego z troską. – Serio, nic tylko się modlić o i do takiego diabła – uśmiechnąłem się zaczepnie, co brunet oddał słabo. – Nie widzisz tego, o czym mówię?
- Chyba nie do końca – pokręcił przecząco głową.
- Potrzebujesz trochę odpoczynku, żeby złapać do tego większy dystans – oświadczyłem pewnie. – Zobaczysz, jeszcze zrozumiesz, o co mi chodzi i jeszcze przyznasz mi rację – puknąłem go palcem wskazującym w tors.
- Jasne… - mruknął nieprzekonany.
- Na początek pokażę ci, jak normalni ludzie spędzają wieczory – zaśmiałem się, ciągnąc go do salonu. Usadziłem go na kanapie i włączyłem telewizor. – Dużo osób lubi oglądać jakieś filmy, wiesz? – przysiadłem się do niego.
- Wyobraź sobie, że już wyrosłem ze średniowiecza – szturchnął mnie. – Poza tym z technologią jestem raczej do przodu. Lubię elektronikę, bo ułatwia… - urwał.
- …pracę – dokończyłem za niego. – Wiedziałem, że powiesz coś podobnego – westchnąłem. – Owszem, elektronika ułatwia pracę, ale daje także rozrywkę – zacząłem skakać po kanałach. – Powinieneś też zbadać tę drugą stronę medalu, którą jak do tej pory skrzętnie ignorowałeś.
Hizumi już nie odpowiedział, gdyż najwyraźniej nie chciał się kłócić, jednak widziałem, że niekoniecznie zgadzał się z moim punktem widzenia. Serio, ten facet naprawdę miał w zwyczaju brać na swoje barki zbyt dużo i w dodatku jeszcze nie wynagradzać się wystarczająco sowicie za wykonaną pracę. Czy to w jakimś stopniu nie był przejaw masochizmu?
W końcu natrafiłem na jakiś film. Musiałem przyznać, że produkcje z Piekła 2.0 były bardzo dobre. Piękne pejzaże, mistrzowskie kadry, utalentowani aktorzy, efekty specjalne, a przy tym także trzymająca się kupy fabuła. To głównie z tego względu dużo potępieńców stawało się fanami kina, nawet jeśli przed śmiercią nie bardzo interesowali się tym gatunkiem rozrywki. Obaj skupiliśmy się na nadawanym właśnie programie.
Nie minęło z dwadzieścia minut, kiedy poczułem jak głowa bruneta zsuwa się na moje ramię. Zdziwiony zauważyłem, że ten znów zasnął. Musiał być naprawdę wykończony chorobą. Kontrolnie przytknąłem rękę do jego czoła, jednak moje zgrabiałe od przerzucania niebotycznej ilości makulatury ręce były zimne i były nieadekwatnym miernikiem. W tym wypadku ostrożnie nachyliłem się nad nim i na moment przytknąłem usta do jego czoła. Z ulgą odnotowałem, że jego temperatura musiała spaść.
Okryłem mężczyznę kocem, który zwisał przerzucony przez oparcie sofy. Sam jeszcze przez chwilę próbowałem skupić się na filmie, ale kiedy produkcja stała się już dla mnie jedynie bezsensowną zbitką wybiórczych scen, poddałem się. Przymknąłem powieki, opierając brodę na czubku głowy Hizu i poszedłem w jego ślady.

***

Obudził mnie przyjemny zapach świeżego pieczywa. Powoli podniosłem się z nagrzanego miejsca, orientując się, że sam jestem przykryty kocem i leżę w najlepsze w salonie imperatora Piekła 2.0. Wciąż jeszcze nie przywykłem do tej myśli…
Mozolnie wygrzebałem się z miejsca i stanąłem na chwiejnych nogach, kierując się do kuchni, gdzie urzędował już właściciel mieszkania, przygotowując śniadanie.
- Dzień dobry – przywitał się zachrypniętym głosem, jednak na jego ustach malował się uśmiech.
- Dobry… - mruknąłem w odpowiedzi i stłumiłem rozdzierające ziewnięcie. Zajrzałem brunetowi przez ramię. – To ty żywisz się czasem czymś innym niż słodycze? – udałem zdziwionego.
- Od święta – zaśmiał się. – Masz na dzisiaj jakieś plany? – zapytał. – Wiesz, nie chciałbym ci zwalać się na głowę z moją robotą, kiedy…
- Pomogę ci – przerwałem mu. – Co prawda będę też potrzebował chwili, żeby zająć się swoimi sprawami, ale oczywiście ci pomogę – zapewniłem.
Brunet posłał mi zawstydzone i przepraszające spojrzenie za razem, jednak dziś oszczędził sobie jawnych protestów. Byłem z tego powodu zadowolony. Zasiedliśmy razem do stołu i w ciszy zaczęliśmy jeść śniadanie. W tym samym czasie wpatrywałem się intensywnie w przełożonego. Ten jakby speszony moim zachowaniem odwrócił wzrok, nie mogąc utrzymać ze mną kontaktu. Taak, coś mi się wydawało, że miałem już wystarczająco informacji, aby w końcu zabrać się za pisanie artykułu.

***

Od kilku dni w naszej korporacji wrzało, a ja nie mogłem spokojnie napić się kawy czy wyjść do toalety, gdyż zaraz ktoś znienacka atakował mnie serią pytań wypowiadanych z prędkością karabinu maszynowego.
- Ej, to o Hizumim, to serio prawda?
- I on taki jest? Ty tak to na poważnie napisałeś czy to jakiś żart? Jaja sobie robiłeś, nie?
- Zero, przyznaj się, napisałeś to, żeby dostać awans, co? Albo gorzej, gdybyś napisał prawdę, mógłbyś mieć przez to kłopoty, nie? Chociaż wiesz… Nie żeby coś, ale mogłeś się trochę bardziej postarać, bo przecież nikt nie uwierzy, że Hizumi to taki potulny baranek…
Wysłuchiwałem różnych bzdur i teorii spiskowych, które kreowali moi współpracownicy. Dla jednych byłem lizusem, drudzy z kolei uparcie twierdzili, że byłem zastraszany, że działałem pod presją… Niezależnie od tego, w co kto wierzył, wszyscy jednakowo mi współczuli – głupoty lub trudnej sytuacji, w której ponoć się znalazłem. Doprawdy, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że potępieńcy mają jakąś szczególną zdolność tworzenia dziwacznych i niestworzonych legend miejskich… To jakaś taka umiejętność, którą zyskiwali „gratis” podczas śmierci czy jak?
Westchnąłem ciężko, przewracając oczyma. Jeszcze tylko chwila i uwolnię się od tego wszystkiego, a cała reszta będzie w stanie zobaczyć na własne oczy, jaka jest prawda.
Spojrzałem na zegarek na własnym przegubie, podrygując nerwowo nogą. Jeszcze moment. Rzuciłem szybkie spojrzenie siedzącemu obok mnie rudzielcowi, który nie poddawał się ogólnej atmosferze podniecenia i ciekawości. Zapewne jak zwykle niedowierzał, że tym razem sam dyktator Piekła 2.0 miał osobiście poprowadzić rozdanie nagród.
W Centrali równo co pięćdziesiąt siedem lat ludzkich odbywała się gala… nie, to może zbyt duże słowo… odbywało się spotkanie o pseudo-podniosłym wydźwięku, podczas którego nagradzano wybitnych pracowników. W zależności od zasług można było zgarnąć prestiżowy uścisk dłoni, dyplom, statuetkę lub nawet awans. Wszystkie wyróżnienia obejmowały także nagrody pieniężne. Zazwyczaj to któryś z członków Rady Nadzorczej przewodził ceremonii, co w mniemaniu Karyu było niesamowicie irytujące. Jemu samemu zdarzyło się być gospodarzem tylko raz i ponoć wspominał to fatalnie. Za każdym następnym razem odnotowywał z ulgą, iż katorżnicze zadanie zostało przydzielone komuś innemu.
Tym razem jednak namówiłem władcę Piekła, żeby pojawił się osobiście. Z początku zapierał się rękami i nogami, iż nie było takiej potrzeby, aby wychodzić z cienia, ale jego dzisiejsze wystąpienie było częścią składową mojego planu, który miał przybliżyć pracownikom postać ich przełożonego. Pierwszą częścią był artykuł, który już został opublikowany i wzbudził wielkie zainteresowanie oraz tak samo wielkie kontrowersje. Z jego powodu od pewnego czasu byłem na językach większej części potępieńców zesłanych do Piekła 2.0. Niektórzy przebąkiwali, że powinienem ponieść karę za obelżywe podejście w stosunku do autorytetu imperatora, gdyż nie mogli pogodzić się z myślą, jak skrajnie różne mogły być ich wyobrażenia o jego osobie od rzeczywistości.
Sam Hizu nawet nie miał okazji przeczytać artykułu zanim ten trafił do prasy. Minęło już kilka dni od jego publikacji, ale mogłem dać sobie rękę uciąć, że ten wciąż go nie przeczytał, gdyż był zbyt zapracowany, żeby znaleźć czas na przeglądanie prasy. Miałem tylko nadzieję, że nie obrazi się za bardzo za to, co o nim napisałem, gdyż Sadako od tej pory spogląda na mnie ze szczerą pogardą i rozczarowaniem. W jej opinii zniszczyłem i poddałem wątpliwościom szacunek, jakim mieszkańcy darzyli bruneta.
W moich oczach wyglądało to zupełnie inaczej. Po prostu przedstawiłem sytuację taką, jaka była. Nie widziałem sensu w utrzymywaniu starych bajeczek przy życiu lub tworzeniu nowych ku „chwale” Hizumiego. To był już najwyższy czas, żeby rozwiać wszelkie zabobony. Wszyscy mieszkańcy Piekła 2.0 powinni być wdzięczni i szanować prawdziwego Hizumiego, a nie jego sztuczną postać, która w dodatku nie miała nic wspólnego z oryginałem. Nie było sensu w wychwalaniu kłamstwa.
Karyu siedział przygarbiony ze znudzoną miną. Pozwolono mi zająć miejsce w pierwszym rzędzie obok niego tylko i wyłącznie za zgodą samego dyrektora, gdyż w końcu nie wchodziłem w skład Rady Zarządu, a więc teoretycznie nie przysługiwało mi tak „zaszczytne” miejsce. W gruncie rzeczy ubiegałem się o nie tylko po to, żeby mieć lepszy widok i w razie czego móc wesprzeć Hizu chociażby delikatnym, pokrzepiającym uśmiechem. Bo przecież będzie się denerwował. Mógł być sobie głównym oponentem samego Boga, prywatnym terapeutą Gabriela, a w wolnych chwilach chociażby i wróżką zębuszką, ale prawda była taka, iż byłem pewien, że brunet będzie zdenerwowany. Wiedziałem to już w chwili, kiedy tylko poddałem mu pomysł wystąpienia publicznego. Cóż, bądź co bądź przemawianie do tłumów było raczej jego słabym punktem… Niezależnie od tego czy był władcą absolutnym Piekła 2.0 czy pomocnikiem Świętego Mikołaja, Hizumi zdecydowanie wolał się izolować niżby integrować z innymi. Każdy z nas ma coś za uszami, prawda?
Rudy też. Mój przewodnik i przyjaciel próbował udawać obojętnego, co wychodziło mu całkiem nieźle, jednak zdradził go papierek po batoniku, który wystawał z jego kieszeni. Skoro Karyu sięgnął po słodycze (a przecież borykał się z cukrzycą), to oznaczało, że emocje jednak brały nad nim górę. Nie skomentował mojego artykułu nawet słowem i właściwie to unikał odzywania się do mnie od czasu, kiedy ten się ukazał w gazecie, jednak teraz mogłam wyraźnie zauważyć, iż ten obawiał się, że mogłem mieć rację. Bał się, że niepotrzebnie mnie strofował, kiedy moje, w jego mniemaniu pokręcone, poglądy mogły okazać się prawdziwe. W końcu gdyby tak nie było, nie siedziałbym sobie teraz wygodnie rozparty na krzesełku w pierwszym rzędzie, tylko chowałbym się gdzieś po kątach, nie? Poza tym pewnie nie odważyłbym się wystąpić do samego imperatora o siedzisko w tak widocznym i ciężkim do przeoczenia miejscu – szczególnie, kiedy stoisz przy mównicy i praktycznie masz mnie naprzeciwko.
Wsłuchując się w przyciszone głosy, w rozmowy prowadzone konspiracyjnym szeptem, słyszałem tak niemożliwe i nierealne teorie, że aż płakać się chciało. Słyszałem, jak jedni klęli na mnie, twierdząc, iż teraz zapewne stałem się pupilkiem przełożonego, zazdroszcząc mi tego, jaką „karierę” zrobiłem w tak krótkim czasie. To była jedna z bardziej gorszących, irytujących teorii. Ale były też śmieszniejsze. Niektórzy domniemali, iż to wszystko jest jakimś projektem, testem, a ja byłem podstawionym człowiekiem Hizumiego i miałem zająć się ocenianiem potępionych. Jeszcze inni z kolei twierdzili, iż możliwym jest, że to ja sam jestem Hizumim i ukartowałem to całe przedstawienie, żeby przetestować pracowników, dokonać jakiegoś testu psychologicznego i zmienić hierarchię obejmowanych urzędów i stanowisk. Miało nastąpić czyszczenie starego systemu w imię przyświecającej, wzniosłej idei zachowania ładu, porządku i sprawiedliwości. Miałem weryfikować czy system działa tak sprawnie, jakbym sobie tego życzył. Wszystko miało być szczegółowo zaplanowane przez mistrza strategii, który ma tylko jednego godnego przeciwnika i jest nim sam Stwórca.
Chociaż jakby tak tego trochę dłużej posłuchać… to nawet trochę pokrzepiające, że inni tak o mnie myśleli, nie?
Raptem wszystkie rozmowy ucichły. Dało się słyszeć głuchy odgłos kroczenia po scenie. W chwilę po tym kotary rozsunęły się, a spomiędzy nich wyłoniła się drobna postać bruneta z plikiem kartek w ręce, które wciąż pospiesznie studiował rozbieganym spojrzeniem. Zapewne był zbyt spięty, żeby chociażby podnieś wzrok na wypełnioną po brzegi salę konferencyjną.
Podszedł do mównicy. Jedna z lamp została wycelowana wprost na niego. Widziałem, jak w stresie mocno zaciskał palce na krawędziach drewnianego blatu. Przełknął z trudem. Dyskretnie próbowałem zwrócić na siebie jego uwagę, aby chociażby minimalnie go wesprzeć. Kilka razy podniosłem się i usiadłem, niby moszcząc się wygodniej na siedzeniu, podnosiłem ręce, niby przeczesując palcami włosy. Mimo to Hizu nawet nie zerknął w moją stronę.
Rozmowy tak jak nagle ucichły, tak samo niespodziewanie z powrotem się rozpoczęły. Tym razem nawet głośniejsze. Dało się wyłapać pojedyncze, oburzone głosy i pojedyncze słowa, takie jak: „oszust”, „nie on”, „inny”, „podstawiony”, „niemożliwe”. To wszystko sprawiło, że wręcz zagotowało się we mnie. Miałem ochotę wstać i wrzasnąć, żeby wszyscy w końcu się zamknęli, bo niezależnie od tego jak wyglądał ich przełożony, ci powinni okazywać mu szacunek. Może nie był zbyt postawny i na pierwszy rzut oka przypominał bardziej dzieciaka niżby jedną z najważniejszych person w uniwersum zaświatów, ale tak w końcu było! Koniec końców Gabriel też nie prezentował się przecież jakoś nadzwyczaj wspaniale i w żadnym aspekcie nie przypominał bobaska z otyłością w kędzierzawej, blond czuprynie. Cóż, widać stereotypy mocno odbiegały od tego, czego mogliśmy oczekiwać od rzeczywistości…
Brunet odczekał chwilę, rozglądając się po zebranych, jednak ci, niczym dzieciaki na apelu szkolnym, nie robili sobie nic z jego obecności i ani myśleli się wyciszyć. Coś w nim drgnęło i zdecydowanie mu się nie spodobało. Zacisnął mocniej palce na drewnianym pulpicie, jednak już nie z nerwów a ze złości.
- Proszę o ciszę – odezwał się nadzwyczaj głęboko i głośno. Nie krzyknął, jednak jego magnetyczny głos miał w sobie siłę trzaśnięcia biczem. Tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu odniosłem wrażenie, że ten głos zupełnie nie pasował do jego drobnej postury. – Dziękuję – odezwał się kurtuazyjnie i szybko rzucił okiem na kartki przed sobą, po czym znów wysoko uniósł głowę. Cały jego stres zniknął. Przede mną stała zupełnie inna osoba. Pewien siebie przywódca, imperator, dyktator, ale jednocześnie nie tyran, nie despota. Osoba wyrozumiała, choć wymagająca. – Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsze spotkanie jest dla wielu z was dezorganizujące, dlatego właśnie z tego powodu chciałbym uwinąć się z nim możliwie jak najpłynniej, aby nie zajmować wam niepotrzebnie czasu – odezwał się.
Hizumi miał dwie twarze. Udało mi się dobrze rozpracować obie z jego osobowości, które w rezultacie składały się na osobę, którą był. Z jednej strony był zdystansowanym perfekcjonistą-dyrektorem, poważnym i rzeczowym, oddanym swojej pracy przełożonym, a z drugiej strony wyrozumiałym przyjacielem, który chciał zaradzić wszelkiemu złu, nawet jeśli był głównym diabłem w tej korporacji. Pracownicy głównie kojarzyli go z tą „oficjalną twarzą”, gdyż w korespondencjach był bardzo kurtuazyjny, chłodny i profesjonalny. Nie znali tej bardziej przyjaznej części Hizu, która była łatwiejsza do pokochania. To właśnie stąd wzięły się te wszystkie niedorzeczne plotki i mity na jego temat, to właśnie dlatego mimo iż wszyscy go szanowali, to z drugiej strony także się go panicznie bali. A przecież ku temu nie było żadnych powodów i ja już o tym wiedziałem najlepiej.
Z czasem imperator Piekła 2.0 rozluźnił się nieco, gdyż koniec końców nie był typem, który przez cały czas chodził w za ciasnych slipkach. Wiedział, kiedy należało spuścić z tonu. Zaczął przemawiać bardziej przyjaźnie, luźniej. Nie zerkał już tak często na wcześniej przygotowaną przemowę, rzucał jakimiś dygresjami, zabawnymi porównaniami czy umyślnie dobranymi żartami językowymi. Było miło, kameralnie, ale zarazem wciąż oficjalnie. Tak jak powinno być. Miałem nadzieję, że dzięki temu wystąpieniu wszyscy dostrzegą to, co opisałem w moim artykule. Hizumi był na jak najlepszej drodze, aby pokazać im, jak wspaniałą osobą był, że nie należy się go obawiać, ale nie można również go ignorować czy nim pomiatać. W końcu miał swoją dumę. W końcu, z której strony by nie patrzeć, był dyktatorem całego Piekła 2.0.
Przeszło mi przez myśl, że znajdywał się w cholernie trudnym położeniu. Był nietykalny ze względu na swoją pozycję, obładowany niepojętą liczbą obowiązków i przytłaczających go zadań, co skutkowało tym, iż był samotny. Jakby tego jeszcze było mało, w tym wszystkim musiał jeszcze pomagać „tej drugiej stronie”, to znaczy archaniołowi. Gabriel w wolnej chwili wpadał do Piekła, do luksusowych kurortów i prywatnego apartamentu swojego ponoć arcy-wroga, szukał u niego pocieszenia i nadziei na lepsze jutro… podczas gdy brunet był sam. Przez to wszystko wychodziło na to, że nie miał nawet kiedy siąść i zająć się własnymi problemami. Cały czas robił coś dla kogoś innego. Przejmował się nawet takimi drobnostkami, jak moje Orfeuszowe pogonie za utraconą ukochaną. A co dostawał w zamian? Nic dobrego. Podejrzewałem, że mój przełożony trzymał się tylko i wyłącznie właśnie dzięki temu, że nie miał dla siebie czasu. Gdyby wypadł z tej rutyny, w której pracował jak szalony, zapewne załamałby się podobnie jak zrobił to Gabriel, a samotność boleśnie dałaby mu się we znaki. A może już mu się dawała…? Kto wie, w końcu w jego głowie nie siedziałem, prawda? Niemniej, nie ulegało wątpliwościom, że czasem przed zaśnięciem lub tuż po przebudzeniu zdarzyło mu się pomyśleć, iż dobrze byłoby mieć kogoś przy sobie… Zrobiło mi się go z tego powodu żal, ale jednocześnie nabrałem także do niego jeszcze więcej szacunku, zrozumiawszy jak silną osobą musiał być… jak silnym być został niejako zmuszony…

***

- Och, Hizumi jest niesamowity, prawda? – usłyszałem zachwycone głosy kobiet dobiegające z sąsiadującego biura.
- Był taki charyzmatyczny! – nie kryły swojego zachwytu, gdyż rozmawiały na tyle głośno, iż mogłem usłyszeć je nawet z korytarza, kiedy kierowałem się w stronę gabinetu głównego zainteresowanego.
- Kto by pomyślał, że może być taki interesujący?
- I przystojny! Był całkiem niczego sobie, nie?
Wywróciłem oczyma i przyspieszyłem kroku. Teraz już nikt nie pamiętał ani o mnie, ani o moim artykule. Wszyscy żywo komentowali występ Hizu na żywo. Całe szczęście, odbiór był pozytywny, z tego co już zdążyłem zauważyć.
Czmychnąłem do biura dyktatora Piekła 2.0 w chwili, kiedy jego sekretarka odwróciła się po wydruk z drukarki. Przebiegłem niezauważony. Jej uwagę zwrócił dopiero dźwięk towarzyszący otwieraniu drzwi.
- Zero… - usłyszałem za sobą, jednak nie zatrzymałem się.
Byłem jakoś dziwnie rozczarowany postawą Sadako. Wcześniej skarciła mnie za artykuł, co tylko dowodziło tego, iż pomimo tego, że była jego najbliższą współpracownicą i właściwie nieustannie kręciła się w jego towarzystwie, to wciąż nie zdawała sobie sprawę, kim i jaki Hizumi był naprawdę.
- Hej – mruknąłem luźno, wchodząc do gabinetu niemalże jak do siebie. – O, ciasto – wyszczerzyłem się na widok tortu spoczywającego na niskim stoliku do kawy. Tak się zapatrzyłem na smakołyk, iż nawet nie zauważyłem, kiedy brunet do mnie podszedł i trzepnął mnie gazetą w łeb. – Ej, za co to? – obruszyłem się.
- Za artykuł – burknął. – Musiałeś nawet wspominać o tym, jakie ciasto lubię? Serio, nie zostawiłeś na mnie nawet suchej nitki! – spojrzał na mnie urażony.
- Daj spokój, teraz przynajmniej będziesz dostawał więcej ciasta – ponownie wskazałem na pysznie prezentujący się wypiek.
- Szkoda, że jeszcze moich wymiarów nie upubliczniłeś – przewrócił oczyma. – Swoją drogą… nie mówiłem ci, jakie ciasto lubię najbardziej – zauważył.
- Obserwowałem cię – wzruszyłem ramionami i pozwoliłem sobie zająć miejsce na jednej z białych kanap. Hizu dosiadł się do mnie. Usiadł tak blisko, iż nasze uda stykały się. Mężczyzna był z pewnością nachmurzony z powodu tego, co o nim napisałem, ale nie wyglądał jakoby gniewał się bardzo mocno lub planował wyciągnąć z tego powodu jakieś konsekwencje wobec mnie. – Poza tym opisałem tylko moje obiektywne spostrzeżenia – rozłożyłem bezradnie ręce. – Sam chciałeś, żebym był bezstronny i nie kreował cię w żaden określony sposób czy na jakiś ustalony wzór – przypomniałem mu.
- No niby prawda… - mruknął. – Ale te już bardziej prywatne przemyślenia mogłeś zostawić dla siebie… - założył ręce na piersi.
- Jestem rzetelny – wyszczerzyłem się.
- Może aż za nadto szczegółowy, co? – prychnął. – Dziennikarz musi mieć wyczucie i wiedzieć, co należy publikować, a co może sobie podarować – zmrużył oczy.
- Nie jestem dziennikarzem – broniłem się. – Nie pamiętasz? Pracuję w dziale reklamowym – pogłębiłem uśmiech, będąc pewnym swojego zwycięstwa. Brunet już mi nie odpowiedział. Wyglądał na nieco zmieszanego i przygnębionego. – Co jest? – położyłem rękę na jego ramieniu. – Serio aż tak przegiąłem? – przestraszyłem się.
- Nie, no może nie aż tak… - mruknął, uśmiechając się słabo. – Chociaż… Właściwie to jak czytałem te twoje domniemania to pomyślałem, że… że dysponujesz jakość dziwną łatwością czytania ze mnie jak z otwartej księgi… - przyznał cicho.
- Cóż… - wziąłem głębszy oddech. – Już ci powiedziałem, że cię obserwowałem. Uważnie obserwowałem – zaznaczyłem i uśmiechnąłem się nieśmiało, chcąc go jakoś pocieszyć.
…więc jednak był samotny. I zdawał sobie z tego sprawę. Cierpiał. Ale mimo to niezmiennie pozostawał silny. W końcu ktoś musiał, nie? Skoro całe Anielskie Zastępy okazały się bezradne, a Czyściec w istocie był śmietnikiem, w którym niczego nie dało się odnaleźć, to chociażby jedna osoba w tym całym bagnie musiała mieć głowę na karku i stworzyć swoje uporządkowane królestwo na morzu chaosu i bezradności. Niemniej, za to wszystko przychodziło mu płacić wysoką cenę.
- Więc… - mruknął brunet. – To już koniec naszej wspólnej przygody, co? – zaśmiał się nieszczerze. Zapewne chciał przez to rozładować nieco napięcie. – Pewnie dostałeś już następne zadanie do zrealizowania, prawda? – dociekał.
- No niby tak… - przyznałem. – Ale to nie oznacza, że przez to zaraz musimy przestać się widywać, nie? Zawsze będę mógł ci pomagać z pracą, jeśli zajdzie taka potrzeba… – zaoferowałem się. - … i Gabrielem, jeśli będziesz miał problemy – uśmiechnąłem się półgębkiem.
- Do niego zawsze przyda się dodatkowa para rąk i uszu do pomocy! – zaśmiał się. – Dzięki… - mruknął znów przybity.
- Właściwie… - zająknąłem się. – Właściwie to nie widzę powodu, dla którego nasze relacje miałyby się zmienić. Śmiem twierdzić, że nasze zachowanie już dawno odbiegło od kurtuazji panującej w korporacji, a wkroczyliśmy na bardziej osobiste tereny… - mruknąłem nieco nieskładnie. – W każdym razie… - Hizumi zerknął na mnie, a ja się zmieszałem. Trudno mi było wyrazić słowami to, co miałem w głowie… i w sercu. - …po prostu nie chcę, żebyś przestawał się uśmiechać i żebyś znów zamknął się w tych czterech ścianach – przyznałem w końcu.
Brunet spojrzał na mnie zdziwiony. Otworzył szerzej oczy w niedowierzaniu, a ja orientując się, że ten był zbyt nieśmiały i nieporadny w tych kwestiach, żeby coś zrobić, musiałem sam wykonać pierwszy krok. Poza tym to była prawdopodobnie ostatnia szansa, żeby zrobić coś podobnego. Gdybym teraz stąd wyszedł, następnym razem wróciłbym tu tylko po podpis pod jakąś ustawą lub projektem. Wróciłbym do przełożonego. A w tym momencie potrzebowałem kogoś zupełnie innego. On również nie potrzebował pracownika w tej danej chwili.
Zdecydowałem się na dość drastyczny krok, ale w końcu jakoś trzeba było to wszystko zacząć, nie? Cóż, skoki na głęboką wodę są w całkiem w moim stylu... Choć tym razem, całe szczęście, nie musiałem mierzyć się ani z grubą taflą lodu ani trudnościami z oddychaniem. Bo tym razem nie umierałem, a czułem się, jakbym rodził się na nowo. Z innym spojrzeniem na świat… lub raczej zaświaty.
Bezceremonialnie chwyciłem Hizu za przód koszuli i przyciągnąłem go do siebie. Pocałowałem go w usta. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, co się właściwie stało, ale kiedy już doszedł do siebie, oddał pieszczotę i niepewnie objął mnie za szyję. Powoli smakowałem jego ust, dopiero teraz zdając sobie sprawę jak bardzo wyczekiwałem tej chwili. Kiedy ten poczuł się już pewniej, pchnąłem go na kanapę, tak, że leżał pode mną. Zaraz potem nachyliłem się nad nim.
- Podarujemy już sobie te resztę grzeczności przy pseudo-pożegnaniu? – spojrzałem na niego z nadzieją.
- Z przyjemnością – uśmiechnął się, ponownie zaplatając dłonie na moim karku. – Nie wyjdziesz stąd – wyszczerzył się. – Rozkaz przełożonego – zaśmiał się, a w jego oczach dostrzegłem iskierki zadowolenia, które pięknie je rozświetlały. Nie były to już matowe, niemalże martwe oczy, których wzrok przerażał.

- Nie śmiałbym się sprzeciwić, panie dyrektorze – odpowiedziałem ze śmiechem, po czym ponownie złączyłem nasze usta, jednocześnie przesuwając dłoń wzdłuż boku jego ciała.

THE END

...chociaż przydałby się jakiś epilog, co? xD

mini-seria "Piekło 2.0" cz.2/3 (Hizumi x Zero [D'espairsRay)

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo cieszy mnie fakt, iż spodobała wam się ta mini-seria C: Ostatecznie jednak zdecydowałam się podzielić ją na trzy części, ale bez obaw - z ręką na sercu mogę powiedzieć, że z pewnością nie rozciągnę już tego dalej i nie zrobię z tego żadnego tasiemca C:

Tytuł: „Piekło 2.0”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Typ: mini-seria
Część: 2/3
Gatunek: czarna komedia (mam nadzieję), fantasy
Beta: -

„(…) na blacie leżała koperta z pięknie wykaligrafowanym moim pseudonimem. Odstawiłem kubek z napojem, niecierpliwym ruchem rozrywając kopertę i dobierając się do jej zawartości.

„Witaj, Zero.
Na początku chciałbym podziękować Ci za Twoją sumienną pracę i przeprosić za zwłokę w czasie w mojej odpowiedzi. (…)
Niemniej, zainteresowany Twoją sprawą postanowiłem przyjrzeć się jej z bliska. Moja sekretarka, Sadako, przekazała mi informacje, które jej podałeś, jednak śmiem twierdzić, że posiadasz ich więcej. Dobrze zrobiłeś nie ujawniając wiadomości poufnych, jednak w tym wypadku, jeśli nadal oczekujesz mojej pomocy, musisz wtajemniczyć mnie w szczegóły. Wspólnie musimy złamać jedną z zasad tego miejsca, aby móc rozwiązać Twój problem.
Jeśli wciąż jesteś zainteresowany, proponuję Ci spotkanie. Będę czekał na Ciebie w moim biurze podczas przerwy na lunch. Wybacz, że wybrałem akurat taką porę, jednak jest to jedyny termin, w którym będę mógł Cię przyjąć.
Hizumi”

Kiedy skończyłem czytać list (…) poczułem jak robi mi się słabo, jakbym zaraz miał zemdleć. Sam imperator Piekła chce się ze mną spotkać? O mój boże… znaczy o mój Hizumi?... o mój diable?... No, coś w ten deseń.”


Kobieta przede mną stukała w klawisze klawiatury komputera z zawrotną prędkością, to zaraz odchylała się po wydruk z drukarki i po pobieżnym obrzuceniu go spojrzeniem, przystawiała na nim odpowiednią pieczątkę. Znów siedziałem naprzeciw Sadako oddzielony od niej szerokim blatem biurka. Tym razem jednak nie byłem tak spokojny jak ostatnim razem. Podrygiwałem nogą w nerwowym geście, zagryzałem wargi, gryzłem wewnętrzne strony policzków czy też wbijałem paznokcie w wewnętrzne strony dłoni. Stresowałem się jak cholera. Nie mogłem nic na to poradzić, mimo iż usilnie próbowałem poratować się słowami Karyu, którego spotkałem na jednym z korytarzy, kiedy kierowałem się do biura dyrektora naczelnego. Rudzielec był zdziwiony, iż Hizumi w ogóle zainteresował się moją sprawą, ale nie dał ponieść się emocjom. Twierdził, iż prędzej przyjdzie mi rozmawiać z jakimś pośrednikiem lub złożyć pisemne wyjaśnienie niżby rozmawiać z żywą postacią imperatora Piekła 2.0 twarzą w twarz. Teoria ta była niegłupia, zważywszy na to, iż niemalże od eonów nikt nie widział dyrektora wykonawczego naszej spółki. Niemniej, kortyzol i tak sprawiał, iż moja krew przypominała konsystencją dżem truskawkowy, przez co boleśnie ściśnięte ze strachu serce z trudem mogło ją pompować. Gęstość płynu, czy może już prawie galarety, wypełniającej moje naczynia krwionośne sprawiała, iż ta przesuwała się w nich ciężko i mozolnie, przez co z kolei moje stopy i dłonie były już zgrabiałe, zupełnie tak jakby galaretowata krew nie dopływała do nich już od dłuższego czasu. Próbowałem rozruszać palce, jednak te opornie reagowały na polecenia z mózgu. Ponad to drżały. Telepały się niczym w ataku febry, a ja nic nie mogłem na to poradzić. Byłem wręcz przerażony myślą, iż miałem być jedną z niewielu osób w ostatnim czasie, to znaczy w kilku ostatnich stuleciach, które przekroczyły próg prywatnego gabinetu Hizumiego. Ja – szary, zwykły, jak najbardziej przeciętny pracownik działu reklamowego. Nowicjusz. Żółtodziób. W gruncie rzeczy nikt.
Zero.
Tak, zdawało się, że jednak mój pseudonim krył więcej ukrytych znaczeń niżbym mógł przypuszczać na samym początku. Może ten ktoś, kto nadawał nowym denatom te chore pseudonimy, nie robił tego przypadkowo…
Wtem stało się. Na niewielkim urządzeniu przypominającym krótkofalówkę zapaliła się zielona lampka, a z niewielkiego głośniczka popłynął szum podobny do tego, kiedy ktoś naciśnie przycisk domofonu, aby otworzyć gościowi drzwi. Chwila prawdy właśnie zbliżała się do mnie wielkimi krokami.
- Możesz wejść, Zero – sekretarka nawet nie oderwała wzroku od monitora. – Hizumi już cię oczekuje.
Wziąłem głęboki oddech i podniosłem się z fotela. Na miękkich nogach ruszyłem w kierunku drzwi, które znajdywały się dokładnie naprzeciw tych, do których chciałem się skierować - to znaczy do wyjścia. Niestety, skoro zabrnąłem w to wszystko aż tak daleko, trzeba było mi to teraz kontynuować. Trzeba było myśleć, baranie, w co się pcha zanim zaczęło się wzruszać swoimi historyjkami o nieszczęśliwej miłości prywatną sekretarkę imperatora Piekła.
Pamiętaj, żeby oddychać, powtarzałem sobie w myślach. Oddychaj. Wdech i wydech. Oddychanie to ważna rzecz. Oddychaj, do cholery!
Zapukałem. Odczekałem chwilę, ale nie usłyszałem żadnego zaproszenia. W końcu niepewnie uchyliłem drzwi, wręcz zakradając się do środka. Rozejrzałem się, jednak gabinet wydawał się być pusty. Był bardzo obszerny, żeby nie powiedzieć kolosalny. Na wprost mnie mieściły się ogromne okna sięgające od podłogi do sufitu, z których rozlegał się widok na tętniące życiem w dole miasto. Po mojej lewej stronie stały dwie niewielkie, skórzane, białe kanapy, z których obie miały po dwa siedziska. Między nimi został ustawiony szklany stolik na białym, włochatym dywanie. Blat stoliku zaścielały puste już filiżanki lub kubki z niedopitą zawartością. Po podłodze wyłożonej jasnymi, drewnianymi panelami walały się różne dokumenty z kolorowymi karteczkami, na których z kolei znajdywały się dyspozycje, co należało zrobić z daną makulaturą. Po mojej prawej na podwyższeniu stało ogromne biurko z trzema laptopami i jednym komputerem stacjonarnym. Na tym blacie również walało się mnóstwo papierów oraz filiżanek. Gdzieniegdzie dostrzegłem także małe talerzyki z niedojedzonym ciastem lub innymi słodyczami. Dookoła tego chaosu zostały ustawione szafy pancerne, które jakoś karykaturalnie przypominały mi metalowe sztachety w płocie, które odgradzały zaśmiecony teren, aby nikt nie mógł zobaczyć nieładu, jaki tutaj panował.
Co jak co, spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Bo niby jak miałem zakładać, że naczelny dyrektor naszej korporacji jest… śmieciarzem, w gruncie rzeczy?
Nagle jedno z ciężkich odrzwi metalowej szafy zatrzasnęło się z hukiem. Ze strachu aż podskoczyłem, momentalnie doszukując się sprawcy hałasu. I oto przede mną stanął niewysoki, żeby nie powiedzieć po prostu niski, chuderlawy mężczyzna w sięgających ramion, czarnych włosach. Owy mężczyzna nosił okulary, w których szkłach odbijały się prostokąty monitorów komputerów. Pod jego oczami malowały się sińce i wory, co nakierowało mnie na myśl, iż nie sypiał on regularnie. Cerę miał bladą, poszarzałą, ale oblicze bardzo łagodne i pogodne. Wąskie, blade usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu na mój widok. Brunet ubrany był wręcz niemożliwie zwyczajnie, a więc miał na sobie jeansy, kolorową koszulkę z nadrukiem i narzuconą na ramiona flanelową koszulę w kratę, której rękawy podwinięte miał do łokci. Na jego nadgarstkach bujało się kilka bransoletek, na szyi połyskiwał pojedynczy, drobny naszyjnik.
- Witaj, Zero – mężczyzna odezwał się głębokim, niskim głosem, który zdawał się zupełnie nie pasować do jego wątłej postury. – Usiądź, proszę – wskazał mi krzesło naprzeciw biurka. – Tylko uważa… - urwał, kiedy rozległ się suchy szelest papieru, świadczący o tym, że jednak nie udało mi się wyminąć wszystkich przeszkód w postaci porozrzucanych dokumentów. – Nieważne, po prostu siadaj – machnął ręką. – Teraz przynajmniej wiesz, dlaczego rzadko zapraszam kogoś do swojego biura – zaśmiał się. – To taka moja mała, prywatna stajnia Augiasza – rzucił na blat biurka wypchane po brzegi trzy papierowe teczki i sam zajął miejsce na obrotowym fotelu obciągniętym czarną skórą.
Chwila… „mojego gabinetu” – odbiło mi się w głowie. W sensie, że… ten facet… ten facet to Hizumi? TO ma być Hizumi? Ten niski, drobny, niepozorny gość, na którego nawet nie zwróciłbym uwagi, gdybyśmy jechali razem w windzie? TO ma być imperator Piekła?! A gdzie on ma coś z diabła?
- Shimizu Michi… - mruknął, przeglądając zawartość teczek. – Zgadza się? – podniósł na mnie na moment wzrok.
- Zgadza… - mruknąłem. – Ja… - zająknąłem się. Nie bałem się już. Byłem po prostu tak zdziwiony, że nie mogłem z siebie wydusić żadnego spójnego zdania. To, co tutaj zastałem tak zupełnie nie pasowało do żadnych moich wyobrażeń odnośnie samego pomieszczenia, jak i osoby dyrektora naczelnego, iż w mojej głowie powstał niemniejszy chaos niż ten, który trwał sobie w najlepsze dookoła nas. – Dziękuję za pomoc… - powiedziałem cicho, nagle poczuwając się do jakiejś powinności podziękowania za okazane mi zainteresowanie.
- Jeszcze nie masz za co – mruknął brunet, wertując papiery w tą i w tamtą. – Opowiedz mi całą historię raz jeszcze. Chcę to usłyszeć z pierwszego źródła. Ze szczegółami – zaznaczył, nie odrywając wzroku od tekstu. – Przede mną nie możesz niczego zataić.
A więc zacząłem mówić. Po raz kolejny opowiedziałem całą historię o tym, jak umarłem, dlaczego i po co właściwie znalazłem się pośród prywatnego rozgardiaszu Hizumiego. Mężczyzna słuchał uważnie, choć cały czas zajęty był dokumentami. Na jego przyjaznej, choć zmęczonej twarzy malował się wyraz pełnego skupienia.
Kiedy pierwszy szok minął, język mi się rozplątał. Zacząłem nawijać o najdrobniejszych szczegółach, które z pozoru mogły wydawać się nieistotne. Powiedziałem nawet o moich dziwnych przeczuciach i wahaniach, co do tego czy to, co robię jest słuszne. O tym, że nie byłem już pewien czy wciąż darzę tę kobietę uczuciem, czy po prostu poszukuję jej w jakiejś „rutynie”, czy w imię „czegoś dobrego”. Sam nie wiedziałem, dlaczego zacząłem opowiadać o tak prywatnych rzeczach. To już przecież nie mogło pomóc jej odnaleźć. Było to głupie posunięcie z mojej strony, gdyż Hizumi mógł to przecież źle odebrać. Mógł pomyśleć, że najpierw zawracam mu głowę swoimi Orfeuszowymi historiami, a potem kiedy on już bierze się do pracy, to mówię: „Nie, nie stary, daj spokój. Wrzuć na luz i się nie przemęczaj. Olej to, bracie, bo ja też już to olałem.”. Niemniej, z jakiś niezrozumiałych dla mnie powodów w pewnym momencie poczułem się przy nim swobodnie. Byłem tu nowy i nie nawiązałem jeszcze żadnych głębszych znajomości. Co prawda polubiłem Karyu, jednak nawet jemu nie zwierzyłem się z własnych sprzecznych przemyśleń, kiedy przy brunecie to wszystko spłynęło ze mną z siłą wodospadu. Słowotok po prostu wylał się z moich ust, a ja nie miałem nad nim żadnej kontroli i mogłem jedynie grzecznie czekać, aż ten raczy się skończyć.
Dyrektor wykonawczy poderwał w końcu głowę znad teczek i przyjrzał mi się. Wtedy spiąłem się. Obawiałem się, że zdenerwuje się moim wahaniem lub w takim wypadku każe mi się wynosić i radzić sobie na własną rękę, jednak ten tylko wydał z siebie głęboki pomruk. Przesunął teczki na bok i sięgnął do jednego z laptopów. Sięgnął również po jedną z filiżanek, jednak zaraz malowniczo się skrzywił.
- Nie znoszę zimnej kawy – odpowiedział na moje pytające spojrzenie.
Wtem do pomieszczenia weszła Sadako z tacą, na której stały kolejne dwie filiżanki z gorącą już kawą. Na jej widok brunet rozpromienił się. Kobieta uraczyła nas napojem, uprzednio z gracją przedzierając się przez morze makulatury. Zręcznie lawirowała między kolejnymi dokumentami, ostrożnie stawiając stopy i balansując przy tym srebrną tacą, aby nie spadły z niej filiżanki. Obrzuciwszy spojrzeniem gabinet, westchnęła ciężko.
- Jestem sekretarką, Hizumi, nie sprzątaczką – pozwoliła sobie przypomnieć, spoglądając na mężczyznę z ukosa.
- Jesteś złota – uśmiechnął się, przyjmując od niej gorącą kawę. – Nie myśl, że nie doceniam twojej wielozadaniowości – skinął jej głową z uznaniem.
- Dlaczego ty zawsze urządzasz tu taki barłóg? I jak zwykle muszę zostawać po godzinach, żeby to sprzątać… - przewróciła oczyma.
- To się samo dzieje! – brunet uniósł ręce w obronnym geście i wzruszył ramionami. – Sam się zastanawiam, jak to jest możliwe… - mruknął, zdejmując okulary i rozmasowując obolałą nasadę nosa.
- Nie przepracowuj się – rzucił sekretarka troskliwie. – Przyjdę później – obiecała, na co właściciel gabinetu skinął jej głową.
Kobieta ponownie unikając wszelkich przeszkód, dotarła do drzwi. Przy tej dwójce, która poruszała się niemalże z gracją primabaleriny, poczułem się jak słoń w składzie porcelany.
I nagle zdałem sobie sprawę z zażyłości w relacji między Sadako a jej przełożonym. Byli względem siebie bardzo poufali. Nie zwracali się do siebie grzecznościowo, a wręcz po przyjacielsku… a może nie tylko? Kto wie, może byli dla siebie kimś więcej niż tylko współpracownikami? Wtem przeszło mi przez myśl, iż w takim wypadku Hizumi mógł pomagać mi tylko i wyłącznie ze względu na (domniemaną) ukochaną, którą wzruszyłem swoją ckliwą historią. Nie powiem, nieco dziwnie się z tym poczułem…
Kiedy tylko drzwi zamknęły się za znikającą kobietą, imperator Piekła wrócił do pracy. Jego chude, długie palce przebiegły szybko po klawiaturze raz i drugi. Ze zdziwieniem zauważyłem, iż klawisze były tak wysłużone, że nie było już widać na nich znaków, a sam plastik był wyślizgany i wklęsły przez nieustannie maltretującego go właściciela. Hizumi postukał w obudowę laptopa, a w szkłach jego okularów mogłem zobaczyć odbicie ekranu, na którym przewijały się niezliczone ilości wyszukanych elementów. Wtem nagle wszystkie znikły i wyświetlił się komunikat informujący o błędzie systemu.
- Przykro mi, Zero – odezwał się. – Jedyne, co mogę ci powiedzieć to, to że twojej ukochanej nie ma w Piekle – rozłożył bezradnie ręce.
- Nie ma? – powtórzyłem. – Na pewno? – upewniałem się jak przygłupi dzieciak, nie mogąc w to uwierzyć. I choć już sam przed sobą głośno przyznałem się, że nie byłem pewien czy tak naprawdę chciałem stanąć twarzą w twarz z kobietą, dla której odebrałem sobie życie, to teraz jednak poczułem niemały zawód.
- Mogę ci za to poświadczyć własną ręką – mężczyzna rozparł się na fotelu. – Sam stworzyłem ten program i wiem, że jeśli kogoś nie ma w tej bazie danych, to znaczy, że nie ma go także w Piekle 2.0 – wyjaśnił spokojnie.
- To znaczy, że jest w Czyśćcu albo w Niebie, tak? – upewniłem się, na co brunet przytaknął. – Czy w takim razie mógłbyś chociażby sprawdzić, w którym z tych miejsc ona się znajduje? – zapytałem, zapominając o tytułowaniu przełożonego „per pan” ze względu na wcześniejszą bezwstydną poufałość między nim a sekretarką.
- Niestety nie mogę tego zrobić – pokręcił głową. – Widzisz, Czyściec i Niebo nie leżą w mojej dziedzinie – wzruszył ramionami. – To jakby dwie oddzielne, inne firmy, które chronią dane osobowe swoich pracowników i do których osoby z zewnątrz nie mają dostępu – tłumaczył. – Wybacz, ale w zaistniałej sytuacji naprawdę nie mogę zrobić dla ciebie nic więcej – powiedział, a na jego twarzy malował się autentyczny ból i złość na samego siebie, iż nie zdołał mi pomóc w zadawalającym dla mnie stopniu.

***

Karyu nachylił się nad stołem i odciągnął ode mnie mój kufel z piwem. Spojrzał na mnie marszcząc brwi, a następnie upił łyk mojego trunku, gdyż swój zdążył już wypić podczas gdy ja opowiadałem mu swoją historię.
- Ty już więcej nie pij, co? – westchnął ciężko.
- Nie kpij sobie, dobra? – przewróciłem oczyma. – Mówię ci, jak było!
- Acha, więc ty na serio uważasz, że nasz szef, zwierzchnik całego, pieprzonego Piekła to kurdupel w okularach z dziecinną manią na punkcie słodyczy i kawy? – spojrzał na mnie z politowaniem. – Ponad to twierdzisz, że zapewne już nieraz każdy z nas miał okazję go zobaczyć, ale mit o tym, iż nikt od wieków go nie spotkał powstał przez to, że jest taki niepozorny i nikt nie zwrócił na niego uwagi? – upewnił się.
- Dokładnie – przytaknąłem.
- Jak ty trzasnąłeś tym łbem o lód, to ci się tam chyba coś poprzestawiało – jęknął, kręcąc palcem wskazującym koło własnej skroni, tym samym pokazując, że jest ze mną coś nie tak.
- A co, spodziewałeś się, że uraczę cię opowieścią o siwiejącym już facecie ostrzyżonym na pałę z poprzecinaną bliznami mordą i najlepiej jeszcze wydłubanym jednym okiem? Oczekiwałeś historyjki o weteranie wojennym, który obalił Lucyfera? Chłodnego, wyrachowanego dziadygi liczącego sobie eony z szeroką piersią, na której wciąż nosi stare odznaczenia i medale? – fuknąłem.
- No już prędzej… - mruknął rudzielec. – Choć w gruncie rzeczy to nie oczekiwałem niczego – wzruszył ramionami. – Słuchaj… Nie pomyślałeś może przez chwilę, że to nie był Hizumi? W końcu nie przedstawił ci się tym imieniem, nie? – niechętnie skinąłem mu głową. – Może to jakiś jego kolejny pracownik… wiesz, taki bliższy, bardziej zaufany niż rada nadzorująca – rozłożył  ręce. – My, jako rada, jesteśmy jednymi z jego najbliższych współpracowników, ale nie jest to równoznaczne z tym, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Może znalazł sobie kogoś do zadań poufnych… - odezwał się bez cienia zawodu w głosie.
- Ale mówił, że to jego gabinet… - przypomniało mi się.
- Gabinet… - prychnął mój towarzysz. – To biuro. Pomieszczenie – machnął lekceważąco ręką. – Wiesz, ile razy ja już zmieniałem gabinet w Centrali? – przewrócił oczyma. – To wśród pracowników utarło się, że ten pokój zajmuje Hizumi. Niestety, jak jest naprawdę, nikt nie wie. Nie zwróciłeś nigdy uwagi, że na tych drzwiach nie ma żadnej plakietki? Nigdzie nie ma powiedziane czy napisane, że on tam urzęduje osobiście. Może to zaledwie gabinet jego prawej ręki czy coś…
Westchnąłem cierpiętniczo. Zrozumiałem, że nie zdołam przekonać Karyu. On żył swoimi własnymi wyobrażeniami na temat Hizumiego i nie zamierzał sprzeniewierzać im się tylko ze względu na mnie. Bądź co bądź przebywał tutaj jednak znacznie dłużej ode mnie. Zdążył utwierdzić się w swoich prawdach, więc zmiany nie przychodziły mu już tak łatwo jak mnie.
- Wybacz, Zero, muszę się zbierać – rzucił, spoglądając na zegarek na swoim przegubie. – Muszę odebrać kolejnego żółtodzioba ze szpitala – wyjaśnił.
- Idziesz jeszcze do pracy? – zdziwiłem się. – Przecież piłeś… - zauważyłem.
- A myślisz, że dlaczego cały czas jeżdżę taksówką? – zaśmiał się. – Na trzeźwo nie dałbym rady w kółko się powtarzać – rozłożył bezradnie ręce. – No, to do następnego – rzucił, wyjmując pieniądze z portfela. Odwrócił się w stronę wyjścia, aby odejść, jednak nagle drgnął, zatrzymując się w miejscu, jakby coś niespodziewanie mu się przypomniało. – A co do Hizumiego… - odwrócił się przez ramię. – Radzę zapomnieć ci o całej tej sprawie. Przestań szukać tej dziewczyny i zajmij się swoimi obecnymi obowiązkami – odezwał się już nie tak wesoło jak wcześniej.
Przez chwilę jeszcze siedziałem oniemiały, przyglądając się odchodzącej postaci rudego. Nie spodziewałem się, że ten facet, który zdradzał tak lekceważące podejście do wszystkiego, nagle może stać się taki stanowczy i poważny. Jego słowa zabrzmiały władczo, niemal jak rozkaz. Skrzywiłem się.
Podniosłem się z miejsca, orientując się, że Karyu zostawił wystarczająco dużo pieniędzy, aby zapłacić za nas obu. W takiej sytuacji po prostu zostawiłem zapłatę na stoliku i wyszedłem z lokalu. Było już ciemno, choć na ulicy wciąż przewijało się dużo osób. Wiele z nich dopiero co skończyło pracę lub wracało z robionymi na szybko zakupami. W końcu był już sobotni wieczór. W Piekle można było pracować na różne zmiany i umowy, ale to właśnie niedziela dla wielu potępionych pozostawała jedynym dniem wolnym w tygodniu. Z tej racji dzień ten spędzało się zazwyczaj z rodziną lub przyjaciółmi, spacerując i wypoczywając, a większość instytucji publicznych czy chociażby nawet sklepów była zamknięta.
W tłumie ciągnącym po szerokim chodniku dostrzegłem znajomą postać. Nie namyślając się długo, rzuciłem się za nią. Niełatwo było przedostać się przez barierę ludzi do wciąż oddalającej się ode mnie kobiety w beżowym płaszczu. Żeby do niej dotrzeć, musiałem wręcz taranować sobie drogę, rozpychając się łokciami i posyłając przeprosiny na prawo i lewo, usprawiedliwiając się pośpiechem. Kiedy już dosięgłem jej ramienia, byłem nieźle zdyszany.
- Zero? – zdziwiła się kobieta. – Co ty tutaj robisz?
- Wybacz, ale… - próbowałem wydusić z siebie słowa pomiędzy głębokimi oddechami, które nabierałem, aby uspokoić tłukące się w klatce piersiowej serce. – Masz może chwilę? – zapytałem w końcu. – Chciałbym z tobą porozmawiać… tylko przez moment – zaznaczyłem, wiedząc jej niezadowoloną minę. Zapewne i ona śpieszyła się, aby zrobić ostatnie zakupy. – Sadako, proszę… - jęknąłem żałośnie.
- No dobrze – skapitulowała, odciągając mnie w boczną uliczkę, abyśmy nie torowali przejścia dla innych przechodniów. – O co chodzi? – zapytała.
- O Hizumiego – odparłem rzeczowo. Prywatna sekretarka imperatora Piekła 2.0 uniosła brwi w zdziwieniu. – Wiesz, że wszyscy myślą, że nie widzieli go od wieków?
- Nie widzieli Hizumiego od wieków? – powtórzyła. – Co za idiotyzm! Przecież on wiecznie gdzieś kręci się po Centrali…
- No właśnie – przerwałem jej. – Moim zdaniem problem polega na tym, że pracownicy nie wiedzą, jak on wygląda – przedstawiłem jej swoją opinię. – Wiesz, mijały lata, do Piekła trafiali nowicjusze tacy jak ja, którzy byli karmieni przez innych zabobonem, iż Hizumi jest wręcz nieuchwytny, a pomimo tego, że jest naszym dobroczyńcą, to w pewien sposób jest też przerażający – tłumaczyłem dalej, widząc jej skonsternowaną minę.
- Hizumi… przerażający? – prychnęła. – Przecież on jest naprawdę przyjemną osobą… nie no, przyznaję, trochę roztrzepaną, ale nie zmienia to faktu, że jest naprawdę niezastąpiony.
- Wiesz… Nie znam go zbyt dobrze, ale myślę, że należałoby to sprostować – Sadako skinęła głową, przyznając mi rację. – Tak pomyślałem sobie, że… może mógłbym napisać o nim artykuł albo coś? – rozłożyłem ręce. – Przyznaję jednak, że do sprostania temu zadaniu potrzebowałbym twojej pomocy. Zależałoby mi na poznaniu twojego zdania o nim.
- Zero, z przyjemnością ci pomogę, ale to chyba nie jest najlepszy ani czas, ani miejsce na to – nerwowo oglądała się w kierunku głównej ulicy. – Poza tym na sam przód powinieneś porozmawiać o tym pomyśle z nim – zauważyła, po czym wyciągnęła z torebki niewielki notes i długopis. Zapisała coś na kartce, po czym podała mi ją. – To jego adres. Myślę, że powinieneś go odwiedzić osobiście, gdyż w pracy jest bardzo zajęty i mógłby nie znaleźć czasu, aby cię wysłuchać – wyjaśniła.
- Dziękuję – wydusiłem z siebie, spoglądając na zapisany pochyłym pismem adres z niedowierzaniem. – Ach, Sadako, jeszcze jedno! – zawołałem, widząc, że kobieta szykuje się do odejścia. – Wybacz, że pytam o to tak bezpardonowo, ale… Czy wy jesteście razem? – niemal wykrztusiłem z siebie z trudem.
- Co takiego? – sekretarka Hizu aż wytrzeszczyła na mnie oczy. – Nie, oczywiście, że nie! – zaśmiała się. – Dlaczego niby tak pomyślałeś? – spojrzała na mnie z niezrozumieniem. – Zero, ja mam już męża… ale z pewnością nie jest nim Hizumi – zachichotała. – Widzisz… bardzo go lubię, ale to jedynie mój szef. Nie jest to typ osoby, z którą chciałabym się związać – wzruszyła ramionami. – Muszę już iść! – pomachała mi na odchodne. – Do zobaczenia! – pożegnała się.
- Ta… właśnie… zobaczenia… - wymruczałem pod nosem.
Nagle poczułem się jak skończony idiota… Jak mogłem, do cholery, pomyśleć, że Sadako związała się z Hizumim? Może Karyu miał rację? Może naprawdę trochę za mocno uderzyłem się głową o lód podczas własnego samobójstwa?

***

Z cały czas rosnącą gulą w gardle stanąłem przed apartamentowcem w centrum miasta i wcisnąłem jedyny przycisk na domofonie, przy którym nie została umieszczona karteczka z nazwiskiem lokatora.
- Słucham? – usłyszałem trzeszczący głos imperatora Piekła 2.0. Przez moment przeszło mi przez myśl, co ja w ogóle wyprawiam? Może jeszcze wciąż nie było za późno na odwrót?
- To ja, Zero. Wybacz, że przeszkadzam ci w dzień wolny, ale chciałbym z tobą o czymś porozmawiać… - wydusiłem z siebie z trudem, jakby na przekór własnym myślom.
- Och, Zero! Dobrze się składa, że właśnie przyszedłeś. Wejdź!
Rozległ się brzęczący dźwięk oznajmiający o zwolnieniu blokady drzwi. Niepewnie wszedłem do budynku, nie wiedząc, gdzie się kierować. Jednak na całe moje szczęście jedne z drzwi prowadzące do prywatnego mieszkania otworzyły się, a zza nich wyłonił się Hizumi, który przywołał mnie do siebie gestem ręki. Strażnik, którego mijałem po drodze, posłał mi nieprzychylne, niepewne spojrzenie.
- Masz naprawdę dobre wyczucie czasu – brunet przepuścił mnie w drzwiach, wpuszczając do własnego mieszkania.
Dziwnie się czułem przekraczając próg domu władcy absolutnego jednej z trzech krain zaświatów. W ogóle dziwnym wydało mi się to, iż Hizu po prostu mieszkał w bloku, w najzwyklejszym apartamencie w centrum miasta zamiast w jakimś wielkim zamczysku czy willi z basenem… To, jak bardzo zwyczajnym i przyziemnym typem pozostawał mój główny przełożony było dla mnie czymś wręcz trudnym do pojęcia i przyswojenia.
Właściciel mieszkania zaprowadził mnie do salonu, w którym panował półmrok za sprawą na wpół zasłoniętych rolet w oknach. Spodziewałem się zastać tutaj podobnego rozgardiaszu, jaki panował w gabinecie imperatora Piekła 2.0, ale o dziwo w jego zaciszu domowym panował względny porządek. Jedynym, co było tu dość nie na miejscu to puste butelki po winie, które walały się po podłodze. No i w sumie… jakby się tak zastanowić to ten zalegający na szezlongu facet też nieco psuł odbiór estetyczny całego pomieszczenia…
Na wciśniętej w kąt salonu leżance rozwalony półleżał wysoki, blady mężczyzna z czerwonymi włosami w nieładzie, które sięgały mu linii szczęki. Jedną ręką zakrywał sobie oczy, a druga w bezradnym geście spoczywała na podłodze. Ubrany był w białe, staromodne ubrania, które przypominały jakieś ceremonialne szaty…
- Gabrysiu – zaczął łagodnie zwierzchnik Piekła, jednak mężczyzna nie zareagował w żaden sposób. – Gabrysiu – powtórzył, ale znów nie uzyskał żadnego odzewu. – Gabrielu, do ciężkiej cholery, podnieś żeś się z miejsca! – poirytowany postawą czerwonowłosego krzyknął. Zdziwiony aż podskoczyłem z miejsca ze strachu. Hizumi, pomimo swojej wątłej postury, miał bardzo mocny głos…
Dopiero, kiedy brunet wrzasnął, owy Gabriel gwałtownie wywindował się do siadu. Niestety, zdawało się, iż zaraz pożałował, iż porwał się na to tak szybko, gdyż złapał się za głowę i jęknął żałośnie.
- Na litość Pańską, Hizumi, czy ty chcesz mnie wykończyć? – jęknął najwidoczniej trawiony syndromem dnia poprzedniego mężczyzna.
- Jeszcze nie – brunet uśmiechnął się diabolicznie. – Wszak jeszcze możesz się na coś przydać – zaśmiał się pod nosem, a następnie zgarnął stojącą na stoliku pod telewizorem butelkę wody i podał ją znajomemu. – Gabrysiu, to jest Zero – przedstawił mnie w końcu. – Wspominałem ci o nim wczoraj – przypomniał mu.
Gabriel zmrużył jadowicie zielone oczy i przyjrzał mi się z uwagą. Szybko jednak opuścił wzrok i przetarł oczy pięściami. Zatoczył się przy tym i wsparł na oparciu mebla, co naprowadziło mnie na myśl, że minie jeszcze trochę czasu zanim ten wróci do pełnej świetności.
Chwila… moment… Gabriel… tylko nie mówcie mi, że to jest TEN Gabriel?!
- Przepraszam… - odezwałem się wreszcie. – Ale czy ty jesteś…? – urwałem, nie mogąc nawet dokończyć pytania.
- Tak, jam ci jest archanioł Gabriel, pan snów i objawień, anioł zemsty i śmierci – skłonił się niezbyt nisko i wyszczerzył krzywo. – Raczę zaznaczyć, że z lubością zajmuję się raczej tymi dwoma ostatnimi dziedzinami, które obejmują moje tytuły – zaśmiał się niewesoło. – Tak, po godzinach przychodzę i upijam się u Hizumiego, mojego wielkiego arcywroga – parsknął, jednocześnie odpowiadając na moje nieme pytanie, które z pewnością mógł odczytać z mojej twarzy. – Gdzie sens, gdzie logika, pytasz? – wydął usta. – Też się nad tym zastanawiałem… - westchnął. – Szukałem na to pytanie odpowiedzi przez wiele wieków, ale nie udało mi się jej znaleźć. Nie to, żebym cię zniechęcał czy uważał, że jesteś zbyt przeciętny, żeby tobie się to udało, ale jakoś śmiem wątpić, że skoro ja nie znalazłem odpowiedzi, to ty tym bardziej – machnął lekceważąco ręką. – Więc możesz poddać się już na starcie. Tak będzie prościej – rozłożył ręce. – Niemniej, jeśli chce ci się w to wszystko bawić i może jakimś cudem uda ci się chociażby trafić na jakąś sensowną poszlakę, to przekręć do mnie – prychnął, składając palce w taki sposób, aby jego dłoń przypominała słuchawkę telefonu.
- Gabriel, panuj nad sobą – Hizumi zwrócił mu uwagę. – Nie rozmawiamy teraz o twoich problemach prywatnych – zauważył. Spojrzałem na niego z niezrozumieniem. – Gabriel ma depresję – wyjaśnił mi półszeptem.
- Z jakiego powodu? – dociekałem.
- Bóg jest strasznym tyranem, a Gabriel jako Jego prawa ręka musi znosić wszystkie Jego wybuchy złości i powstrzymywać Go od pochopnych decyzji, takich jak na przykład zniszczenie ludzkości, żeby nie dopuścić do drugiego potopu czy czegoś równie dramatycznego… - przewrócił oczyma. – No i pomimo tego, że Gabryś jest regentem Królestwa Niebieskiego i zwierzchnikiem Czyśćca to tak faktycznie nie ma nad nimi żadnej władzy – wzruszył ramionami – ale za wszelkie niedociągnięcia dostaje mu się po dupie – sprostował. – To wszystko odbija się na jego stanie psychicznym… Wiesz, nie ma łatwo… - spojrzał na czerwonowłosego ze współczuciem.
- Dlatego też przy okazji każdego urlopu zaszywam się w jednym z luksusowych kurortów w Piekle 2.0 – dodał główny zainteresowany, któremu wydawało się wcale nie przeszkadzać to, iż niejako właśnie obgadywaliśmy go. – Hizu, jakie to szczęście, że obaliłeś Lucka! – wykrzyknął nagle, wyrzucając ręce w powietrze. – Dzięki tobie mam przynajmniej jakieś miejsce, do którego mogę zwiać chociażby na chwilę… Serio, dobrze, że rozprawiłeś się z tym podstawionym sługusem Pana – skrzywił się malowniczo.
Lucek podstawionym sługusem Pana… Kto by pomyślał, że drugi z kolei tyran w historii Piekła mógł być pionkiem samego Boga? No i kto by pomyślał, że zaledwie chwilę po przekroczeniu progu mieszkania obecnego imperatora Piekła 2.0 mogłem dowiedzieć się takich interesujących rzeczy?
Ciekawym też wydawał się fakt, iż nawet aniołowie, ba!, sam archanioł Gabriel uciekał podczas każdego urlopu, aby bawić w Piekle… Cóż za oksymoron i groteska w jednym! Niemniej, dowodziło to także tego, że ten Raj wcale nie był znowu taki wspaniały, skoro Gabryś regularnie, choć na krótko z niego dezerterował. Wyglądało na to, że w zaświatach panował jakiś odwrócony porządek, przez co Piekło było prawdziwą utopią, a Niebo miejscem, od którego chce się uciec jak najdalej…
- Dobrze, o tym może porozprawiamy kiedy indziej – uciął Hizumi, który zauważył, że archanioł mógłby podzielić się ze mną pewnymi informacjami, które z pewnością miały pozostać znane tylko osobom z najwyższego szczebla władzy. – Tymczasem skupmy się na czymś innym – polecił. – Zero, masz może jakąś sprawę do Gabriela? – posłał mi zachęcający uśmiech.
- W zasadzie… wychodzi na to, że tak… - pozwoliłem sobie zająć miejsce na fotelu i odetchnąć głęboko. – Właściwie… - zacząłem dość nieskładnie. – Szukam pewnej dziewczyny… Wiem, że umarła, wiem, że nie ma jej z pewnością w Piekle i znam jej imię, które nosiła za życia – zacząłem, jednak nim zdążyłem dojść do sedna, anioł przerwał mi.
- I ja mam ją znaleźć i do ciebie przyprowadzić, tak? – prychnął, kręcąc głową. – Słuchaj, odin (ros. Один), zwei, san… czy który ci tam numerek z kolei przypisali – wywrócił oczyma. – Z nas dwóch – wskazał na siebie i Hizu – to ja tu jestem ten zły – zaśmiał się pod nosem. – Skoro jesteś pewien, że nie ma jej w Piekle, to wnioskuję, że ten tu obecny – znów wskazał na bruneta – z sercem na tacy przeszukał dla ciebie cały spis ludności, żeby znaleźć tą twoją piękną, ale wybacz, ja nie jestem tak uczynny – rozłożył bezradnie ręce. – Poza tym drugą główną różnicą, która nas dzieli jest to, że on ma faktyczną władzę, a ja jestem szefem na moim podwórku tylko z tytułu – westchnął ciężko. – Nie pomogę ci, bo nie jestem w stanie – wyznał. – Do zorganizowania poszukiwań na skalę Czyśćca i Nieba musiałbym wołać o interwencję Pana. Hizumi w Piekle ma swoje komputery, programy i inne zabawki, za pomocą których był w stanie zaprowadzić tu ład i porządek, ale my w Królestwie czegoś takiego nie mamy – cmoknął z niezadowoleniem. – Jasność jest wszechwiedząca, więc nie potrzebuje komputera. O ile w Piekle namierzysz wszystkich bez problemu, o tyle bez wstawiennictwa Bożego w Niebie nie zdziałasz nic w takim gąszczu zagubionych duszyczek – spojrzał na mnie zbolały. – W gruncie rzeczy, jeśli ktoś trafi do Nieba czy Czyśćca, to jest już stracony…
Z wrażenia aż zaniemówiłem. Wpatrywałem się w archanioła wytrzeszczonymi oczami z otwartymi ustami i nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie powiedział. No patrzcie… A mówi się, że biurokracja to największe zło…
Koniec końców w oczach czerwonowłosego nie mogłem znaleźć niechęci, pychy, lenistwa czy żadnej innej złej cechy, która mogłaby odwodzić go od udzielenia mi pomocy. Szybko zrozumiałem, że on chciałby mi pomóc – pomóc w ten sam sposób, w który zrobił to Hizu – jednak po prostu nie był w stanie tego zrobić. W jego intensywnie zielonych oczach mieszkała udręka wywołana poczuciem bezsilności i nieprzydatności. Pewnie, że chciał pomagać. W końcu to anioł – niby ten dobry, nie? W jego naturze leżało świadczenie dobrej posługi. W krótkim czasie zrozumiałem, że jego depresja była wywołana bezradnością wobec cudzej krzywdy. Zastanawiałem się, ile osób przyszło już do niego z podobną prośbą i ile razy on już zmuszony był odpowiedzieć: „Chciałbym, ale nie mogę. Wybacz mi.”, gdyż był tylko zwykłym pionem, figurą z dobrymi intencjami. W tej jednej chwili nabrałem dla niego pełnego zrozumienia. Zrobiło mi się go żal.
Już chciałem jakoś przeprosić, podziękować choćby za przejawianie dobrych chęci, jednak Gabriel uciszył mnie, nim zdążyłem wydać z siebie choćby pojedynczą monosylabę. Machnął na mnie ręką i pokręcił głową.
- Twoje słowa i tak nic nie zmienią, ale miło wiedzieć, że jesteś człowiekiem z manierami – uśmiechnął się blado, a następnie poderwał się z miejsca. – Dobra, miło było, panowie, ale czas się zbierać – przeciągnął się, aż coś strzeliło mu w kręgosłupie. – Będę się zwijał, Hizu – oznajmił.
- W takim stanie…
- Wezmę taksówkę – przerwał właścicielowi mieszkania.
- Jasne… - mruknął brunet.
- Jak Rafał skończy się na mnie drzeć za to, że znów wyszedłem nic nie mówiąc, a Michał przemebluje mi mordę i uporam się już z tym całym burdelem tam na górze, to… - zamyślił się na moment. – Zadzwonię za jakieś trzy dni, okej?
- Pewnie, przecież wiesz, że zawsze jestem pod telefonem – dyktator Piekła 2.0 rozłożył ramiona.
- Jak zwykle, żeby wspierać, pomagać i radzić, co? – prychnął, uśmiechając się krzywo. – Co z ciebie za diabeł? – zaśmiał się, po czym skierował do wyjścia. – Do następnego! – rzucił na odchodne, a potem słychać już było tylko plask zamykanych drzwi frontowych.
Przez dłuższą chwilę trwaliśmy z Hizumim w ciszy.
- Dziękuję – odezwałem się w końcu.
- Co proszę? – brunet drgnął, jakbym dopiero co wyrwał go z zamyślenia.
- Dziękuję za twoją pomoc – wstałem i podszedłem do niego. – Nawet jeśli Niebo i Czyściec są poza twoją dziedziną, to i tak postanowiłeś mi pomóc – uśmiechnąłem się ciepło. – Dziękuję – powtórzyłem. – Jestem twoim dozgonnym wdzięcznikiem… znaczy… - zająknąłem się. – Jakby nie patrzeć to już umarłem, więc… - zafrasowałem się.
- Rozumiem, o co ci chodzi – zaśmiał się, kładąc mi rękę na ramieniu. – Wybacz, że wszyło jak wyszło. Sam powinienem porozmawiać o tym z Gabrielem, ale akurat przyszedłeś w czas, kiedy ten jeszcze gościł w moim mieszkaniu, więc z jakiejś racji uznałem, że dobrym pomysłem będzie, jeśli sami się dogadacie – westchnął. – Wybacz, nie przewidziałem takiego obrotu spraw – spojrzał na mnie niepewnie. – Mimo iż Gabriel jest moim wieloletnim przyjacielem, to wciąż nie wiem o nim wszystkiego, jak i o tym, jak funkcjonuje Niebo – usprawiedliwił się. – Wiesz, są to pewne tematy tabu między nami…
- Nie jestem ani zły, ani niezadowolony – zaprzeczyłem. – Nie masz za co mnie przepraszać – pogłębiłem uśmiech. – W zasadzie… może nawet dobrze, że wszyło, jak wyszło? – wzruszyłem ramionami. – W gruncie rzeczy chyba nigdy nawet nie wierzyłem w to, że ta sprawa dobrnie do końca, więc cieszę się, że wszystko zakończyło się tak szybko i sprawnie – wyznałem szczerze.
- Nie jesteś rozczarowany? – zdumiał się.
- Nie liczyłem na zbyt spektakularne rezultaty – sprostowałem.
- Och… - mruknął brunet, pochmurniejąc.
- Koniec końców wszystko zakończyło się dobrze – odetchnąłem głęboko. – Teraz mogę być już spokojny. Wiem, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby ją odszukać i wiem, że ty też zrobiłeś wszystko, co mogłeś, za co jestem ci tak niezmiernie wdzięczny – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. – Nie mogę ani sobie, ani tobie nic zarzucić. Ale dzięki temu, że sprawa ta wreszcie dobiegła końca, mogę skupić się na swoich bieżących obowiązkach – wyznałem.
- Ach, tak… - Hizumi nie zdawał się być jakoś pocieszony moją mową. – Właśnie… Właściwie to po co do mnie przyszedłeś? – zapytał. – I skąd znasz mój adres?
- Sadako mi go dała – wyjaśniłem. – W gruncie rzeczy przyszedłem właśnie w sprawie mojej bieżącej pracy…
Wyjaśniłem mu sprawę z jego rzekomą nieuchwytnością oraz moim pomysłem na napisanie artykułu o jego osobie, aby przybliżyć go nieco społeczeństwu i rozwiać wszelkie dziwne, nieco gorszące mity i plotki, które krążyły na jego temat. Brunet był niemniej zdziwiony niż jego sekretarka. Zdawało się, że żył w słodkiej nieświadomości tego, co sądzą o nim jego pracownicy…

***

- Nie możesz żywić się samymi słodyczami – pouczyłem go, wyrywając mu z ręki kolejny batonik. – To, że jesteśmy martwi, nie oznacza, że tym samym przestaliśmy borykać się ze wszelkimi problemami zdrowotnymi. Może miażdżycy nie dostaniesz, ale za to przytyć zawsze możesz – spojrzałem na niego zwycięsko.
- A weź daj mi spokój, co? – warknął rozeźlony. – Od stuleci się tak stołuję, więc, z łaski swojej, nie pouczaj mnie! – wyciągnął w moim kierunku ręce w desperackiej próbie odzyskania swojej własności, jednak owe próby spełzły na niczym. – Oddaj, mówię!
Oto władca piekieł – niewysoki, niższy nawet ode mnie, szczupły facet o łagodnym, litościwym wyrazie twarzy. Nie wyglądał na dużo starszego ode mnie, jednak dobrze pamiętałem, jak Karyu wspominał o tym, że w Piekle wygląd może być zwodniczy. Kiedy tak na niego spoglądałem, sam zacząłem zastanawiać się, dlaczego przy naszym pierwszym spotkaniu spodziewałem się ujrzeć rosłego mężczyznę z siwiejącymi już włosami i zaciętą miną – słowem, typowego wojskowego. Jeszcze parę blizn na twarzy by się przydało, tubalny głos o władczym tonie i wiecznie ściągnięte brwi w grymasie niezadowolenia lub złości… A tu proszę, zamiast budzącego strach dyktatora dostałem dorosłego faceta z dziecięcą obsesją na punkcie słodyczy – toć to…
- Trzeba mieć jakieś uciechy w życiu, nie? – w końcu odebrał swoje śniadanie. – Nawet jeśli już jest się martwym… - mruknął niewesoło, rozrywając opakowanie.
…urocze.
Hizumi w żadnym stopniu nie był przerażający, on tak naprawdę… był niemal rozkoszny. Co więcej nie wyglądał na kogoś z jakiejś „wyższej rasy”. Właściwie to nie różnił się niczym od Tsukasy, Karyu czy w końcu choćby ode mnie. Z tego co zauważyłem, oprócz obsesji na punkcie słodyczy, miała parę innych swoich specyficznych zachowań i upodobań. Między innymi, często było mu zimno. Udało mi się nie raz, nie dwa zaobserwować, jak wzdrygał się, kiedy przechodziły go nieprzyjemne dreszcze wywołane zbyt niską dla niego temperaturą. Ponad to spał zakopany pod niebotyczną ilością pierzyn i koców, a teraz, siedząc we własnej kuchni w swojej prowizorycznej piżamie, miał gęsią skórkę. Jakby tych absurdów wciąż było mało, Hizumi cechował się duszą romantyka. Zdecydowanie nie był typem tyrana, który dąży po trupach do celu. Wyglądało na to, że wcale nie pożądał władzy, a może nawet przeszkadzała mu ona. Po całej jego postawie i zachowaniu mogłem wywnioskować, że z chęcią odciąłby się od tego wszystkiego, co w jakikolwiek sposób łączyło się z zarządzaniem i zaszył się… gdziekolwiek. Władza sprawiała, że był samotny. Praca kradła mu czas i życie, oddalała od ludzi, niszczyła relacje. Nie trzeba było być psychologiem ani filozofem, aby to odkryć. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie tylko ja miałem błędne oczekiwania, co do postaci Hizumiego. Ale cóż się dziwić? Kto by pomyślał, że taka drobna osóbka może skrywać w sobie tyle siły, aby przewrócić cały dotychczasowy porządek i stworzyć własny, a następnie stanąć na jego czele i wziąć na barki cały jego ciężar? Wszyscy podziwiali go i dziękowali mu za stworzenie Piekła 2.0, ale w gruncie rzeczy obawiali się, że jest to następcą podobnym do swojego poprzednika, Lucyfera. Nie mieli okazji zobaczyć, jak wspaniałą osobą mógł okazać się ich zwierzchnik…
- Hizumi? – brunet spojrzał na mnie wciąż śmiertelnie obrażony za to, że śmiałem zabrać mu jego słodycze. Na ten widok zachichotałem. – Co ty na to, żebym ci coś dzisiaj ugotował? Coś normalnego – zaznaczyłem, na co mężczyzna odparł mi jedynie prychnięciem. – Będzie ci smakowało, obiecuję – zaśmiałem się.

Z powodu artykułu w ostatnim czasie spędzałem dużo czasu z Hizu. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że najlepiej będzie przedstawić społeczeństwu portret ich władcy widziany oczami innej osoby – to znaczyło, że nie zamierzałem publikować obrazu, w jakim brunet widział sam siebie, ale w jakim ja go widziałem. Z tej racji potrzebowałem nieco czasu, aby go poznać i wystawić mu jakąś opinię. Póki co, wszystko szło ku dobremu. Wyłapywałem coraz więcej ciekawych drobnostek i anegdot w jego zachowaniu i wyglądzie. Coś czułem, że ten artykuł mógł zrobić prawdziwą furorę.