Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oneshot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oneshot. Pokaż wszystkie posty

Oneshot "Ferelny czwartek" Cion x Kuu (VRZEL), Rushi (ex Killaneth, Jupiter) x Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)

Dobra, przyznam szczerze, że zamierzałam publikować częściej, jednak po drodze zadziało się parę rzeczy, które dosłownie zmusiły mnie do zmiany planów na... właściwie całe życie i w ostatnim czasie byłam zajęta próbami poukładania tego całego chaosu, jaki z tego wyniknął i wyjściem z jakimś planem awaryjnym na szybko. Nie ukrywam też, że to znacząco wpłynęło na moje samopoczucie i humor, toteż nie za bardzo miałam chęci pisać. Z tego wszystkiego nawet zapomniałam, że mam zapisanego w czeluściach mojego dysku tego shota ^^'' a jako że już od dluższego czasu nic nie wstawiałam, postanowiłam wrzucić chociażby to, co "kisiło się" w moich "zapasach" ^^''''''''

Dodam też, że kiedy pytałam czy ktoś życzyłby sobie kontynuację starych serii, takich jak "Uważaj, czego pragniesz" (aka. "Bog, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia"), "Książę z bajki" etc., i jednoznaczny odzew był: "Hip-hip hurra! Tak, kontynuuj, bo to były moje ulubione serie, na które wciąż czekam!", a jednak nie widać tego jakoś po statysytkach (no 40 odsłon to nawet "ogłoszenia parafialne" mogą więcej nabić x.x), szczególnie po komentarzach, których brakuje. To też odrzuciło mnie w pewien sposób, szczególnie, że w zanadrzu mam nowe serie (napisane już po kilka rozdziałów), które teraz "kiszę", męcząc się pisząc stare gnioty, których niby wszyscy się nie mogli doczekać... a jednak, no patrz, nie. 

To było tak słowem przedwstępu. Postaram się, żeby następnym wpisem był "Książę z bajki" albo "Interesy z diabłem" - ZAPOWIADAM JEDNAK, ŻE JEŚLI "KSIĄŻĘ Z BAJKI" OKAŻE SIĘ TAKĄ SAMĄ LIPĄ JAK POPRZEDNIE STARE SERIE TO JE ZAWIESZAM I BIORĘ SIĘ ZA NOWE RZECZY, bo te wiszą nade mną jak niedoschnięte pranie i, co tu ukrywać, trochę mi tu już zatęchły i śmierdzą... >.<

Tytuł: "Felerny czwartek" (to się nawet trochę trzyma kupy, bo Kai kilka dni temu na twitterze pisał, że ma dwa złe dni pod rząd ^^'')
Paring: Cion x Kuu (Vrzel), Rushi (ex Killaneth, Jupiter) x Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)
Typ: oneshot
Gatunek: angst (?)
Beta: -

Słowem wstępu kilka zdjęć: 
Na pierwszy ogień Kai i Rushi:


Cion i Kuu:

I na koniec Cion i Rushi, żeby pokazać pewne podobieństwa między Rushim oraz Kuu (minimalne, ale jednak) oraz fakt, że Cion widział się z Rushim (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, though ^^'')

Otworzyłem drzwi do studia, w którym zazwyczaj nagrywaliśmy z hukiem, wściekły niczym sam diabeł wpadłem do środka. Nihit, który siedział na niewielkiej, wysłużonej kanapie pod ścianą, podskoczył przestraszony na miejscu, łapiąc się za klatkę piersiową gdzieś w okolicach trzepoczącego ze strachu serca. Saku z kolei, który zajmował miejsce na krześle obrotowym przy stole mikserskim, pozostał niewzruszony. Wciąż siedział pochylony, w głębokim rozkroku, wsparty łokciami o własne kolana. Jego nieobecny wzrok wskazywał na to, że ten odpłynął gdzieś daleko myślami i prawdopodobnie nawet nie zauważył mojego "wejścia smoka", mimo iż narobiłem nim niemało hałasu, omal nie doprowadzając przy tym gitarzystę do zwału. Blondyn sztywnym ruchem sięgnął po telefon, który wypadł mu z rąk i zaczął składać jego kolejne części w spójną całość.
- Kai... - zaczął słabym głosem.
- Gdzie on jest?! - wrzasnąłem wściekły. - Gdzie jest ta fioletowa kanalia?! - darłem się jak opętany, obrzucając uważnym spojrzeniem każdy kąt. - Zamorduję... - syknąłem pod nosem.
- Rozumiem, że jesteś zły, ale naprawdę, Kai, postaraj się uspokoić... - zaczął jedyny przytomny umysłowo muzyk, który nie stracił jeszcze nad sobą panowania.
- O nie, mój drogi - wyszczerzyłem się krzywo, paskudnie - ja nie jestem tylko "zły" - prychnąłem. - Ja jestem wkurwiony! - wrzasnąłem raz jeszcze. - I nie, nie uspokoję się! - dodałem, widząc zawczasu uniesione dłonie Nihita w pojednawczym geście. - Przynajmniej dopóki nie wyrwę tej fioletowej wszy nóg z jej kościstego tyłka i nie wepchnę jej ich do gardła, aż te z powrotem wyjdą jej dupą tył na przód! - postawiłem warunek.
Gitarzysta zamarł na moment i spojrzał na mnie z prawdziwym przestrachem. Wyglądał, jakby zastanawiał się czy mógł mnie zostawić na wolności, czy może jednak lepszym pomysłem było rzucenie się na mnie i próba unieruchomienia. Ostatecznie jednak wybrał mądrze, a więc nie zdecydował się na żadne pochopne posunięcia, których oczywiście mógłby szybko pożałować, gdyż niesiony na skrzydłach furii, w afekcie mógłbym zwyczajnie mu przywalić. W końcu westchnął tylko ciężko i rozmasował nasadę nosa, jakby próbując się odgonić od widma nadciągającej migreny.
- Masz naprawdę obrzydliwe, sadystyczne zapędy... - mruknął.
- To dopiero początek! Nie chciej wiedzieć, co jeszcze czai się w mojej głowie! - burknąłem, zakładając ręce na piersi.
- W takim razie radziłbym ci nie wdrażać w życie tego, co tam siedzi - spojrzał na mnie krzywo. - Wiesz, ile dostałbyś za to wyroku? - próbował przemówić mi do rozsądku.
- Wszystko jest warte tej radości - wyszczerzyłem się maniakalnie, prostując dumnie.
- Kai...
- Dobra, nie ma go tu, to idę poszukać go gdzieś indziej - oświadczyłem, machając lekceważąco ręką na mojego rozmówcę. - Nie będę marnował czasu - fuknąłem, po czym wyszedłem z takim samym rabanem, z jakim wszedłem do pomieszczenia.
Właściwie czwartek był moim dniem niepracującym. To właśnie zazwyczaj w czwartki załatwiałem wszystkie sprawy na mieście, zaliczałem obowiązkowe wizyty u lekarza, robiłem zakupy na cały przyszły tydzień, odwiedzałem rodziców, umawiałem się ze znajomymi na spotkanie, a jak starczyło mi czasu to nawet szedłem na masaż albo do łaźni publicznych. To był dzień zarezerwowany dla mnie i moich potrzeb. Nie tym razem jednak. W ten felerny czwartek było zupełnie inaczej. Musiałem odwołać obiad u rodziców oraz gnać do studia na złamanie karku z ów łaźni publicznych, przez co swoją drogą wciąż miałem jeszcze mokre włosy. Jeśli w rezultacie tego wszystkiego nabawię się jakiejś grypy albo innego choróbska, to jak babcię kocham!, to Rushi będzie płacił za moje leki, gdyż była to właśnie jego wina, że musiałem zjawić się w pracy w mój dzień wolny.
I nie zrozummy się źle, to nie było nic w stylu: "Ej, stary, nagrałem super ścieżkę dźwiękową, musisz koniecznie ją obczaić!" albo "Przez przypadek usunąłem pliki, które mi ostatnim razem dałeś. Możesz przyjechać i podrzucić mi je na przenośnym dysku?". Nic tak przyjemnego i mało znaczącego. Sprawa była znacznie większego kalibru. Właściwie była to sprawa życia i śmierci. Być albo nie być. A przynajmniej dla mnie...
Okazało się, że Rushi na boku już od jakiegoś czasu szukał sobie innego zespołu. Killaneth było jego pierwszą grupą, jednak zanim w ogóle zdarzyliśmy rozwinąć skrzydła, ten postanowił uprzejmie nas poinformować, że opuszcza nasz skład na rzecz objęcia pozycji basisty Jupitetera. Fajnie, nie? Od tak sobie postanowił zdezerterować i odejść, jakbyśmy nic dla niego nie znaczyli, bo na horyzoncie pojawiła się potencjonalnie lepsza oferta. To tak, jak z kontem oszczędnościowym. Widzisz lepsze oprocentowanie i w trymiga podejmujesz decyzję o przeniesieniu swoich oszczędności z jednego banku do drugiego, z jednego konta do drugiego. Otwierasz jedno, drugie zamykasz. Proste. Machasz parafkę na cyrografie z niekończącą się listą kruczków i uśmiechasz się zadowolony z siebie, ciesząc się poczuciem zrobienia dobrego interesu.
Dokładnie tak potraktował nas basista. Jak rzeczy. Jak przedmioty bez uczuć. Jak śmieci. Jak stare zabawki, które rzucił w kąt, kiedy już się nimi znudził, kiedy dostał nowe. Myślał, że cała ta sprawa tak łatwo się zakończy? Że od tak po prostu zaakceptujemy jego decyzję i przytakniemy mu, życząc wszystkiego, co najlepsze na dalszej drodze kariery? Niedoczekanie. Jasne, nie myślcie, że byłem idiotą, który wyobrażał sobie, że mógł zatrzymać kogoś przy sobie na siłę. Skoro fioletowowłosy muzyk postanowił odejść i tak odszedłby prędzej czy później, jednak ja przynajmniej zamierzałem w dość znaczący sposób utrudnić mu życie, zanim ten mógłby wyjść z mojego na dobre. Swoim zachowaniem chciałem dać mu do zrozumienia, że ludzi nie traktuje się w ten sposób - w szczególności swoich najbliższych współpracowników, którzy ci ufali, którzy zapatrywali się na ciebie jako na przyjaciela... a może nawet kogoś więcej...
Tak, bo wyobraźcie sobie, że jakby tego wszystkiego wciąż było mało, to ja i Rushi byliśmy dla siebie kimś więcej niżby tylko kolegami z pracy... a przynajmniej ja żyłem w takim przekonaniu aż do dnia dzisiejszego. Zdarzyło nam się kilka razy po koncercie wyjść wspólnie na piwo, zaczęliśmy rozmawiać, gadka kleiła się całkiem nieźle... Doszukiwałem się coraz więcej wspólnych cech, które nas ze sobą łączyły. Czas leciał i jakoś tak wyszło, że zbliżaliśmy się do siebie. Z ów czasem zaczęliśmy nawet wspólnie wychodzić bez potrzeby zasłaniania się wymówkami, że to tylko spotkanie po pracy, że to nic znaczącego, że to przypadek. Zaczęliśmy się umawiać, a w rezultacie nawet wylądowaliśmy wspólnie w łóżku. Nie powiem, między nami wciąż nie padły słowa "kocham cię" ani żaden z nas oficjalnie nie nazywał tego drugiego "swoim chłopakiem" czy "partnerem", ale miałem wrażenie, że to wszystko zmierzało właśnie w tym kierunku. Że to tylko kwestia tego upływającego czasu. W końcu wciąż tak dobrze, ze wszystkimi, najdrobniejszymi szczegółami pamiętałem, kiedy leżeliśmy wspólnie w moim łóżku przytuleni do siebie, rozmawiając o przyszłości naszego zespołu, o naszych osobistych planach, obdarowując się przy tym drobnymi pocałunkami w różnych partiach ciała oraz popijając mocną, czarną kawę. 
Ta, jak łatwo się domyślić, wtedy też był czwartek...
Zaledwie zeszły czwartek.
A już tydzień po tym incydencie basista zdążył o wszystkim zapomnieć, spuścić wszystkie wspomnienia związane ze mną oraz tym pamiętnym dla mnie porankiem w toalecie, do której udał się po skończeniu swojej czarnej, mocnej kawy, którą dla niego przygotowałem. Rezultatem tego było to, że teraz zupełnie bez serca i krzty przyzwoitości zamierzał zostawić Killaneth, a co więcej, zamierzał także zostawić mnie i zwyczajnie odejść.
Świadomość, że muzyk rozpatrywał całą tę sytuację w kategoriach nic nieznaczącej była dla mnie bolesna, gdyż dla mnie to była pierwsza relacja, w którą zaangażowałem się i w którą przede wszystkim chciałem brnąć dalej od dłuższego czasu. Zdawało się, że... że faktycznie obdarzyłem go jakimś uczuciem, a ten bez wahania czy chwili pomyślunku potrafił skreślić mnie i wykopać ze swojego życia, zupełnie tak jakbym nigdy nie był jego częścią.
Bo może i nie byłem. Może to wszystko była tylko piękna iluzja, którą sam sobie stworzyłem, w której chciałem żyć. Może faktycznie od samego początku byłem dla niego nikim. Jakimś idiotą drącym się do mikrofonu pod dyktando jego ścieżek dźwiękowych. Wizją darmowego seksu, noclegu i porannej kawy.
Przemierzałem korytarze studia szybkim, sprężystym krokiem. Byłbym minął klatkę schodową schodów pożarowych, która robiła nam za palarnię, niezainteresowany, gdybym nie dostrzegł w porę szybkiego mignięcia znajomych, fioletowych włosów
- Hej! Stój! - wrzasnąłem i rzuciłem się biegiem w stronę ów schodów.
Wbiegałem po metalowych schodkach po dwa na raz próbując dogonić chłopaka, którego chyba albo ruszyło sumienie, albo zdawał sobie sprawę, że unikanie mnie po tym, co zrobił, było najbezpieczniejszą dla niego opcją, gdyż ten zaczął przede mną uciekać. Wbiegł na pierwsze piętro i chciał kontynuować dalej swoją ucieczkę zacienionym korytarzem, jednak okazałem się być od niego szybszy i udało mi się go złapać. Zacisnąłem dłoń na materiale jego bluzy, zatrzymując go i ciągnąc go w swoim kierunku, mimo iż ten stawiał znaczący opór.
- Co ty sobie wyobrażasz, co?! - ryknąłem na niego. - Uduszę cię, ty gadzie... - syknąłem i odwróciłem go do siebie przodem. 
W ciemności nie widziałem jego twarzy, jednak i tak mogłem zauważyć, że się bał. Czułem, jak całe jego ciało drżało i spinało się pod wpływem mojego dotyku. 
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci tak odejść, to grubo się mylisz! - ściągnąłem gniewnie brwi.
- A-ale o co... o co chodzi? - wydukał niemalże płaczliwie. - Przecież ja cię nawet nie znam! - pisnął.
- Jak to "o co chodzi"?! - potrząsnąłem nim, żeby odświeżyć mu pamięć. - Ach, teraz to mnie już nie znasz, tak?! - prychnąłem wściekle. - Pozwól zatem, że cię oświecę! - warknąłem. - Nie zamierzałeś przypadkiem w najbliższym czasie zmienić zespołu?! - zapytałem ironicznie. - Nie zamierzałeś wbić mnie, Nihitowi i Saku noża w plecy, a potem zostawić nas samych sobie i odejść z uśmiechem na ustach?! - burknąłem niskim głosem.
- Nie! - zawołał. 
- Nie kłam, idioto! - zganiłem go. - Dałeś wypowiedzenie managerowi! - szarpnąłem nim raz jeszcze. - Co? Twój pierwszy zespół okazał się być dla ciebie porażką? To było dla ciebie za mało? Postanowiłeś sięgnąć po coś więcej? - zacisnąłem szczęki ze złości.
- Nie, na litość wszystkich bożków shinto, nie! - pisnął. - Vrzel jest moim pierwszym zespołem, a i owszem, ale zamierzam kontynuować w nim grę! - zapewnił.
- To w takim razie niby po cholerę... - urwałem. - Chwila... - zreflektowałem się. - "Vrzel"? - zdumiałem się, na co chłopak energicznie pokiwał głową.
- Hej, co to za wrzaski na korytarzu?! - ktoś wychylił się z jednej z sal. 
Ja w tym czasie pociągnąłem trzymanego za fraki chłopaka do wąskiego snopa światła padającego z wysokiego okna klatki schodowej, aby przyjrzeć mu się uważniej. Dopiero po chwili zorientowałem się, że... przede mną wcale nie stał Rushi. Był to bardzo podobny do niego chłopak, jednak zdecydowanie nie był to basista mojego zespołu we własnej osobie. 
- Co ty robisz z Kuu?! Zostaw go! - nieznajomy wybiegł na korytarz i odtrącił moje ręce od fioletowowłosego, który wpatrywał się we mnie z przerażeniem załzawionymi oczami.
- Ja... - zająknąłem się zdziwiony nie na żarty. - Przepraszam... - wydusiłem z siebie w końcu z trudem. - Wziąłem cię za... za kogoś innego - wytłumaczyłem się.
- I to niby dlatego omal nie złamałeś nosa mojemu gitarzyście? Wyglądałeś, jakbyś szykował się, żeby mu przywalić! - zdesperowany wyrzucił ręce w powietrze.
- Ja... - zacząłem nieskładnie. - Ale to po cholerę uciekałeś przede mną, skoro jesteś niewinny? - spojrzałem na wspomnianego Kuu, który tulił się teraz do boku swojego wybawcy. Chłopak spojrzał na mnie urażony.
- Bo... bo zacząłeś na mnie krzyczeć! Przestraszyłem się! - wytłumaczył piskliwym głosem, po czym w ogóle schował się za plecami drugiego muzyka, którego jeszcze nie znałem. Ten westchnął ciężko.
- Dobra, Kuu, uspokój się, to było nieporozumienie - spróbował załagodzić sytuację. - Jestem Cion - przedstawił się. - Słyszałem, że wspominałeś o Nihicie i Saku, więc wnioskuję, że ty jesteś Kai z Killaneth? - zapytał.
- Zgadza się - przytaknąłem się.
- I szukasz Rushiego? - dopytywał.
- Tak... - warknąłem, mimo iż wcale nie byłem zły na Ciona. Na wspomnienie imienia basisty wciąż krew się we mnie gotowała. - Wiesz, gdzie on jest? - zapytałem.
- Wiem, ale szczerze powiedziawszy to nie jestem przekonany, co do tego czy powinienem ci mówić o tym, gdzie możesz go znaleźć - rzucił mi nieufne spojrzenie. - Jeszcze coś mu zrobisz - wyjaśnił, kiedy spojrzałem na niego wyczekująco, niemo nakazując mu rozwinąć swoją myśl.
- Słuchaj, sorry za tę akcję z twoim gitarzystą, ale nie wtrącaj się w to, co dzieje się w moim zespole, okej? - burknąłem, krzyżując ręce na piersi. - Nic ci do tego. To sprawa między mną a Rushim i im szybciej dojdziemy z nią do ładu, tym lepiej. Więc byłoby mi bardzo miło, gdybyś jednak zechciał współpracować i powiedział mi, gdzie mogę go znaleźć - syknąłem.
- I tu się właśnie mylisz, przyjacielu - uśmiechnął się krzywo, taksując mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. - Ta sprawa w pewien sposób mnie dotyczy, gdyż Rushi jest moim przyjacielem - wyjaśnił.
- Oho, jasne - przewróciłem oczyma. - Dać ci dobrą radę? Uważaj, żebyś nie przejechał się na tym stwierdzeniu, bo ja też jeszcze do niedawna nazywałem Rushiego swoim przyjacielem i patrz, jak ten pięknie wypiął się dupą na mnie i na cały mój zespół, zostawiając nas z ręką w nocniku! - zirytowałem się.
Wtem na korytarz wyszła kolejna osoba z tej samej sali. Od razu z daleka poznałem tę drobną postać basisty, który słysząc moje słowa sam postanowił się ujawnić. Najwidoczniej domyślił się, że nie odpuściłbym, aż do momentu, w którym wreszcie udałoby mi się dopiąć swego.
- Kai? - odezwał się cicho, nieśmiało, tak jak to miał w zwyczaju. Nie miałem pojęcia, jak kiedyś mogłem doszukiwać się w tym czegoś uroczego... Teraz to było wyłącznie irytujące. - Co ty tutaj robisz? - zdziwił się. - W końcu jest czwartek. Twój dzień wolny - zauważył.
- No patrz, ktoś mi go zepsuł - prychnąłem, ruszając w jego stronę. 
Fioletowowłosy drgnął i mimowolnie cofnął się o krok do tyłu. Widocznie faktycznie musiałem wyglądać jak sam rozsierdzony demon, skoro wszyscy odczuwali palącą potrzebę pierzchania na boki na mój widok. 
- Nihit zadzwonił do mnie, żeby przekazać mi wiadomości od managera. Myślisz, że w takiej sytuacji mógłbym spokojnie relaksować się podczas masażu? - spojrzałem na niego twardo z góry z racji dzielącej nas różnicy we wzroście.
- Więc już wszystko wiesz? - podrapał się nieporadnie po karku. - Nie rozumiem zatem, dlaczego jesteś zły... - wyznał.
- Jak to nie rozumiesz dlaczego? - spojrzałem na niego jak na idiotę. - Może dlatego, że odchodzisz z zespołu, zostawiając naszą trójkę w potrzasku? Do cholery, Rushi, o co ci chodzi? Przecież dobrze nam szło! - krzyknąłem. - Zdobywaliśmy sławę, nagraliśmy dwa dobre single, mieliśmy wspaniały image, a ty nagle zdecydowałeś się zniszczyć tę sielankę bez powodu! - załamałem ręce. - Chcesz więcej pieniędzy? - zgadywałem. - Proszę bardzo, możesz wciąć wszystkie moje premie i bonusy, nie dbam o to! - prychnąłem. - Chcesz skupiać na sobie więcej uwagi? - kontynuowałem. - Nie ma najmniejszego problemu! Możemy skupić się bardziej na twojej osobie w nagraniach i podczas występów! - zawołałem. - Do cholery, mogę ci dać wszystko, czego chcesz, tylko powiedz mi, o co ci chodzi, a nie ni z gruchy, ni z pietruchy zaczynasz pakować manatki i bez słowa odchodzisz w najmniej oczekiwanym momencie!
- Myślałem, że będziesz się cieszył z tego, że zostałem doceniony przez takich muzyków jak Zin, Hizaki czy Teru i że dostałem ofertę dołączenia do ich składu... - mruknął cicho. - Myślałem, że będziesz cieszył się z mojego sukcesu razem ze mną - spuścił głowę.
- Dlaczego, do ciężkiej cholery, w ogóle chcesz opuścić Killaneth? - dopytywałem. - Co ci w nas nie pasuje? Chcesz po prostu grać z kimś sławniejszym od nas? - spojrzałem na niego z dystansem.
- Ja... po prostu... - dukał. - Kiedy Zin zaproponował mi wspólną grę potraktowałem to jako szansę na osobisty rozwój. Nie mam nic ani do ciebie, ani do Nihita, ani Saku. Lubię was, ale myślę, że Jupiter może mi stworzyć lepsze warunki do rozwinięcia skrzydeł - wytłumaczył tak cicho, że ledwo mogłem go dosłyszeć. 
- A, rozumiem - mruknąłem. - Więc nic do nas nie masz, ale cię ograniczamy, tak? Nie jesteśmy wystarczająco dobrzy dla jegomościa Rushiego - skłoniłem się z udawanym szacunkiem. - Nie to co wielki Zin, Hizaki czy Teru, gwiazdy międzynarodowej sceny, którzy są łatwo rozpoznawalni i wokół których zawsze kwitnie zainteresowanie, prawda? - ironizowałem.
- Kai, to nie tak... - zaczął płaczliwie i pociągnął nosem.
- Nie Rushi, to dokładnie tak - przerwałem mu. - Nie dałeś nam nawet szansy się rozwinąć, pokazać, na co nas stać, tylko z miejsca nas skreśliłeś. Poleciałeś na sławę i kasę całej tej przedpotopowej trójki jak napalona fanka - skrzywiłem się z obrzydzeniem. - Ale dobra. Niech będzie. To twoje decyzja - podniosłem ręce, wymownie pokazując tym samym, że nie chciałem mieć z tą sprawą nic więcej wspólnego. - Rób sobie, co chcesz - prychnąłem. - Powodzenia w życiu i dalszych sukcesów na drodze kariery - sarknąłem, powoli oddalając się od niego. - Wiedz tylko, że to, co zrobiłeś jest w mojej opinii gorzej niż tylko obrzydliwe i gorszące. Naprawdę miałem cię za przyjaciela, wiesz?... może nawet za kogoś więcej... - dodałem ciszej, odwracając od niego wzrok. - Ale w porządku. Ty podjąłeś swoją decyzję. Postanowiłeś wbić mi nóż w plecy i posłać do diabła. Nie ma problemu - rozłożyłem bezradnie ręce. - Jakoś to przeboleję. Nie z takich opresji już wychodziłem. Nie przychodź tylko do mnie zapłakany, kiedy wieki Zin, Hizaki i Teru znudzą się takim żółtodziobem jak ty i wrzucą cię w jakiś zapomniany kąt dokładnie w ten sam sposób, w jaki ty wyrzucasz dziś Killaneth. Nie przychodź potem do mnie błagać na kolanach, żebyś mógł wrócić do składu, jeśli nam powiedzie się bez ciebie - syknąłem. - Bo wierz mi, że dołożę wszelkich starań, nawet jeśli miałbym powyrywać sobie przy tym wszystkie żyły, żebyśmy odnieśli ten pieprzony sukces! BEZ CIEBIE! - wrzasnąłem, po czym odwróciłem się szybko na pięcie i odszedłem.
Zbiegłem schodami na parter i dopiero w momencie, kiedy byłem pewien, że nikt mnie nie widzi, otarłem łzy rękawem bluzy. Te słowa przychodziły mi z trudem i bólem. Bo naprawdę zależało mi na basiście. Doceniałem go nie tylko jako muzyka, ale także jako bliską mi osobę. Obdarzyłem go uczuciem, oddałem mu swoje serce, a ten wyrzucił je do kubła na śmieci z napisem "odpadki organiczne".
Odetchnąłem głęboko, pociągnąłem nosem po raz ostatni, po czym na powrót wyprostowałem się i zamierzałem wrócić do Saku i Nihita, kiedy nagle doszedł mnie odgłos płaczu. Z jakiejś racji mogłem iść o zakład, że wcale nie był to płacz przestraszonego Kuu...
Potrząsnąłem głową. Nie było sensu w tym, abym wmawiał sobie kolejne kłamstwa i budował wokół siebie kolejną, piękną iluzją drżącej mrzonki. Czas było z tym skończyć i wyjść naprzeciw rzeczywistości w jej nieprzychylnej postaci, takiej, jaka przychodziła ona naprawdę. Czas było skończyć z tą słabością i wziąć się ostro do pracy, pokazać, że Rushi wcale nie był mi do niczego potrzebny. Ani w karierze muzyka, ani tym bardziej w szczęściu osobistym. Zamierzałem wyciąć go ze swojego życia w identyczny sposób, w jaki ten zrobił to ze mną. 

*** 

Minęło kilka miesięcy. Kilka długich miesięcy wypełnionych po brzegi żmudną pracą, muszę przyznać. Ale ostatecznie opłacało się. Killaneth bez Rushiego nie przetrwał, ale w ostateczności udało mi się zawiązać nowy projekt z Saku, który nazwaliśmy TRNTY D:CODE oraz do którego dołączyło dwóch nowych muzyków - Shio oraz Masato znany pod pseudonimem MST. Obaj przeszli oni przez nasz bardzo szczegółowy plan sprawdzający potencjalnych kandydatów na naszych współpracowników pod każdym możliwym aspektem - nie tylko umiejętności grania na instrumentach, znajomości branży, ale także ludzkich odruchów, konkretnych zachowań w danych, ukartowanych sytuacjach oraz wiele innych. Przyznam, że tym bardziej "socjologicznym" zapleczem zajmował się Saku, gdyż on interesował się i znał się na tym temacie znacznie lepiej niż ja. Ja jedynie wymagałem posiadania pod ręka ludzi, którzy nie zdezerterują mi przy pierwszej lepszej okazji. Chciałem mieć wreszcie przy sobie osoby, którym mogłem ufać i na których mogłem się wesprzeć w razie potrzeby. Były perkusista po rozwiązaniu Killaneth dowiódł mi swojej wierności, dlatego od tej pory zapatrywałem się na niego jak na prawdziwego przyjaciela i całkowicie mu ufałem.
Po długich przygotowaniach oraz negocjacjach z wytwórnią w końcu mogliśmy zacząć właściwa pracę. Mieliśmy już look, nazwę i obecnie skończyliśmy nasz pierwszy singiel, który w moim własnym mniemaniu brzmiał naprawdę dobrze. Wyjątkowo postarałem się nad "Gravity", gdyż chciałem, żeby ta piosenka wypadła jeszcze lepiej od "Apocrypha" Killaneth, nad którą zarywałem całe noce, żeby dopracować ją w każdym najmniejszym calu i aspekcie. W przyszłym tygodniu mieliśmy zacząć nagrania i zdjęcia do video. Nie mogłem się już doczekać, żeby zaprezentować fanom, co dla nich przygotowałem. Właściwie to byłem pozytywnie zaskoczony tym, że pewni ludzie pomimo stosunkowo długiej przerwy, jaka powstała między disbandem Killaneth a zawiązaniem TRNTY D:CODE oraz zapowiedzeniem pierwszego singla, wciąż interesowali się moją działalnością i czekali z niecierpliwością na wiadomości. To mnie budowało. W takich właśnie chwilach cieszyłem się najbardziej, że wybrałem w życiu zawód muzyka.
Siedziałem właśnie w kawiarni w naszym studiu czekając na Saku, który się spóźniał. Muzyk rano chodził na siłownię, więc czasem zdarzało mu się spóźnić na poranną kawę, którą zazwyczaj mu kupowałem, aby po ćwiczeniach nie wylądował czołem w mikserze - a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Prawdą jednak było to, że nawet w tak drobny i nic nieznaczący sposób starałem mu się jakoś, chociażby minimalnie odpłacić za jego wierność oraz wsparcie, którego mi udzielał. Chciałem mu w jakiś sposób pokazać, że to doceniam, że ten coś dla mnie znaczy jako przyjaciel - że nie rzucę go w kąt niczym starą, szmacianą lalkę tak jak zrobił to Rushi - chociażby przez kupno kawy i zrywanie się wcześniej z łóżka tylko po to, aby kupić mu tą przeklętą kawę.
Westchnąłem ciężko nachylając się nad własnym napojem i wdychając jego przyjemny aromat. Byłem zziębnięty po spacerze w zimnicy, na dworze wciąż było ciemno, a ja byłem niewyspany jak diabli i nie marzyłem o niczym innym jak ponownym zakopaniu się pod pierzyną we własnym łóżku. Niestety, wylegiwaniem się na materacu nie dało się osiągać sukcesów w tej branży... a szkoda.
Wtem usłyszałem szuranie towarzyszące odsuwaniu krzesła. Podniosłem spojrzenie, będąc pewnym, że to Saku nareszcie się pojawił i dosiadł się do mnie, jednak pomyliłem się. Naprawdę zdziwiłem się, kiedy naprzeciw siebie zobaczyłem Rushiego, który nie miał już wcale fioletowych, a ciemnobrązowe włosy. Niemniej, pomimo tej zmiany wciąż go rozpoznałem i nie miałem żadnych złudzeń, co do tego, kim była osoba siedząca naprzeciwko mnie.
- Dzień dobry - przywitał się z delikatnym uśmiechem, obejmując wypielęgnowanymi dłońmi swój własny kubek z kawą.
- No zobaczymy czy będzie on znowu taki dobry... - mruknąłem, krzywiąc się.
- Dalej jesteś na mnie zły? - spojrzał na mnie zmartwiony.
- Zgadza się - uparłem się. - Myślisz, że jak minęło parę tygodni to o wszystkim zapomnę? Podejrzewasz mnie o sklerozę czy o bycie łaskawą osobą? - fuknąłem. - Niezależnie od tego, który wariant jest tym prawdziwym, oba są błędne - dodałem, nie czekając na jego odpowiedź. - Czego chcesz? - burknąłem, upijając łyk swojego napoju, który ewidentnie nie był mi już potrzebny. Moje serce zaczęło bić znacznie szybciej przez złość, która pomogła mi otrząść się z resztek snu, jaki zalegał mi na powiekach.
- Chciałem tylko porozmawiać - zawstydzony spuścił wzrok. - Przywitać się...
- Jasne. Mission complete, możesz odejść. Krzyżyk na drogę - odprawiłem go oschle. Chłopak podniósł spojrzenie raz jeszcze i zrobił smutną minę. - To na mnie nie zadziała - uprzedziłem go, krzyżując ręce na piersi.
- Ech, wcale nie chcę wkupywać się w twoje łaski ani wcale naiwnie nie liczyłem na to, że wrócimy do momentu, w który nasza znajomość zatrzymała się przed moim odejściem - odezwał się. - Niemniej, pomyślałem, że przekażę ci pewną wiadomość, która może poprawić ci humor - dodał. Milczałem, pozwalając mu kontynuować. - Zin odchodzi z Jupitera - oświadczył prosto z mostu, na co ja wytrzeszczyłem na niego oczy w niedowierzaniu. - Nie upubliczniliśmy jeszcze tej wiadomości, ale chciałem, żebyś wiedział jako pierwszy.
- Dlaczego mi o tym powiedziałeś? - zdziwiłem się.
- Nie wiem... Myślałem, że ucieszy cię fakt, że niejako wróciła do mnie karma czy jakkolwiek inaczej zechciałbyś to nazwać - wzruszył szczupłymi ramionami. - Kiedyś ja zostawiłem ciebie, teraz Zin zostawia mnie i przyszłość Jupitera jest niepewna. Hizaki i Teru znów angażują się w sprawy Versailles, jak i solowy projekt Hizakiego, więc właściwie hiatus, jeśli nie disband Jupitera byłby im całkiem na rękę. Ściągnęłoby to z ich barków trochę obowiązków, przez co mogliby odetchnąć z ulgą - zauważył.
- Więc zostałeś na lodzie? - westchnąłem.
- Poniekąd... - przytaknął niechętnie. - Nie przyszedłem jednak błagać, żebyś pozwolił mi grać w swoim nowym zespole. Wiem, że masz już nowy, pełny skład i mnie nie potrzebujesz - uśmiechnął się sztucznie.
- Dlaczego pomyślałeś, że wiadomość o twoim nieszczęściu mnie uszczęśliwi? - spojrzałem na niego poważnie.
- Ja... - zająknął się. - Nie wiem... Po prostu pomyślałem, że... Sam nie wiem... Wtedy, kiedy ostatni raz cię widziałem byłeś taki zły na mnie... Myślałem, że... - motał się we własnej wypowiedzi.
- Nie czerpię radości z cudzego niepowodzenia - postawiłem sprawę jasno. W tym momencie do kafejki wszedł Saku z torbą sportową przewieszoną przez ramię. - Nie cieszę się z tego, co ci się przytrafiło, ale nie zamierzam ci także pomóc. W pewnym sensie masz rację. Karma do ciebie wróciła - skwitowałem. - A teraz wybacz, ale mój przyjaciel już na mnie czeka. Musimy zająć się pracą - zakończyłem dość chłodno, po czym odszedłem od stolika do zdziwionego chłopaka, który stanął niczym kołek wmurowany w podłogę w drzwiach lokalu i wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
- Czy to był Rushi? - zapytał, żeby się upewnić.
- Obecnie Rucy, choć, jak widać, nie na długo... - poprawiłem go, wręczając mu jego kawę.
- Dzięki... - mruknął. - Czego chciał? - dociekał
- Pogadać - zbyłem go.
- Pogadać o czym? - nie dawał za wygraną. - Chciał do ciebie wrócić?
- Na tyle głupi jeszcze nie jest - prychnąłem, ruszając w kierunku naszej sali. - Poza tym tak naprawdę nigdy nie byliśmy razem, więc nie ma, do czego wracać - sprostowałem.
- Kai - Saku zastąpił mi drogę, lustrując mnie bacznie od stóp do głów. - Nie daj mu się znów omotać, co? - zmarszczył brwi.
- Nie zamierzam - zapewniłem, po czym wyminąłem go lekkim krokiem, udając nieprzejętego całą tą sytuacją.
Potraktowanie basisty w taki sposób było dla mnie w pewny sposób strzałem w stopę. Próbowałem utwierdzić sam siebie w przekonaniu, że nie potrzebuję go, żeby być szczęśliwym, jednak nie umiałem zaangażować się w żadną inną znajomość czy relację z drugim człowiekiem. Wręcz na siłę próbowałem sobie kogoś znaleźć, chociażby jakąś "zapchajdziurę", jednak moje starania spełzły na niczym. Może i mogłem funkcjonować bez niego jako muzyk, ale jako człowiek... Ech, nie chciałem się do tego przyznać, ale w jakiś sposób nie potrafiłem się bez niego obejść. Wciąż darzyłem go jakimś uczuciem nawet pomimo tego, jaki ten wyciął mi świński numer. Wciąż go kochałem, jednak nie zamierzałem drugi raz dać sobie wejść na głowę. Chciałem w jakiś sposób go ukarać. Chciałem pokazać mu, że nie wszystko mógł osiągnąć dzięki spojrzeniu zbitego psa lub niewinnemu uśmieszkowi. Chciałem dać mu nauczkę, pomimo tego, że przy tym karałem i raniłem sam siebie, posługując się obusiecznym mieczem - wyrywałem sobie te wcześniej wspomniane festony żył, jednak nie z powodu przepracowania, a wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, aby pozostać wobec niego chłodnym i obojętnym, żeby nie wejść drugi raz do tej samej rzeki jak ten skończony idiota.
A może byłem zbyt surowy w swojej opinii? Wszyscy w końcu byliśmy tylko ludźmi, a popełnianie błędów jest rzeczą ludzką. Może wreszcie nadszedł ten pamiętny czas, w którym powinienem nauczyć się przebaczać i puszczać pewne zdarzenia w niepamięć? Może... Z drugiej strony jednak Saku widocznie był takiemu scenariuszowi przeciwny. Wolał mnie skupionego na sukcesie TRNTY D:CODE, maniakalnie oddanego pracy. 
Co zatem było właściwym rozwiązaniem? I czy ta sytuacja posiadała w ogóle jakiekolwiek "właściwe" rozwiązanie, które pozwoliłoby na to, aby i wilk był syty, i owca cała?

Oneshot "Czas pokaże" Noah x Isami, Isami x Maya (Archemi.)

Przyznam szczerze, że w ostatnim czasie nie miałam tyle czasu, ile bym chciała na pisaniu, a nie chcę ruszać moich "zapasów" (serii, której jeszcze nie zaczęłam publikować), żeby nie zrobić tu pomieszania z poplątaniem. Pisanie "Księcia z bajki" i "Uważaj, czego pragniesz" idzie mi jak krew z nosa, ale obiecuję się, że postaram się i następnym wpisem będzie już "Uważaj, czego pragniesz" - mam nadzieję jednak, że dzięki temu doczekam się jakiegoś odzewu, gdyż ponoć ta seria cieszyła się dużą popularnością C'':
Swoją droga, spis zespołów, z którymi napisałam fanficki ma już 38 pozycji O.o Myślicie, że jak dobiję do 40 to powinnyśmy to jakoś czcić odcinkiem specjalnym albo coś? Jakieś pomysły lub życzenia? ^^''

Tymczasem macie tu coś takiego pisane na odchodne dla Noah (to już niedługo stanie się moją tradycją, że pisze shoty, kiedy jakiś muzyk ma opuścić zespół, który lubię ^^''):

Tytuł: "Czas pokaże"
Paring: Noah x Isami, Isami x Maya (Archemi.)
Typ: oneshot
Gatunek: dramat
Beta: -

Oglądałem dwójkę siedzącą na kanapie z głazem ciążącym mi w klatce piersiowej w postaci serca. Uciążliwy kamulec przebierał na wadze z każdym kolejnym, rytmicznym odgłosem wydawaniem przez zegar naścienny, który uparcie przypominał mi o upływie czasu. Czasu, którego nie dało się zawrócić, który należało wykorzystać "tu i teraz", żeby później nie obudzić się, przysłowiowo, z ręką w nocniku. Tykanie zegara mówiło mi, że to wreszcie najwyższa pora, żeby zabrać się za jakieś konkretne działania. Ja jednak potrafiłem tylko siedzieć i wsłuchiwać się w ten wwiercający się boleśnie w mój udręczony umysł dźwięk. Siedziałem i obserwowałem, i nie potrafiłem się zmusić, żeby porwać się na coś więcej. Nawet nie miałem pomysłu na to, co mógłbym zrobić innego. W takim wypadku nie pozostawało mi nic innego jak obserwowanie.
Maya i Isami rozmawiali o czymś niezobowiązującym. Perkusista jak zwykle wymachiwał rękami, raz był bliski krzyku, innym razem niemal szeptał. Naśladował odgłosy wydawane przez różne przedmioty i parodiował przypadkowych, napotkanych na swojej drodze ludzi, a wokalista siedział zasłuchany z delikatnym uśmiechem przyplajstrowanym do facjaty i kiwał od czasu do czasu głową. Śmiał się pod nosem, kiedy najnowszy członek zespołu ekscytował się czymś za bardzo i stawał się komiczny. Z nim zdecydowanie nie dało się nudzić.
A przecież on, do cholery, nie mówił o niczym więcej niż o swojej porannej drodze z domu do studia! Uch, to było takie irytujące - oglądać, jak takie błahostki rozśmieszały i poprawiały humor wokaliście! To było irytujące, gdyż w gruncie rzeczy obserwowałem, jak ktoś robił coś, czego ja nie potrafiłem. Maya miał niebywałą zdolność i łatwość do jednania sobie ludzi. Był może przy tym trochę nadpobudliwy, czasem kolokwialny lub trywialny, jednak w gruncie rzeczy doby był z niego chłopak. Jeszcze lepszy perkusista. Był szczery, gadatliwy, zabawny, niewyszukany, powiedziałbym, że nawet nieco prostacki, ale niezaprzeczalnie miał też swój magnetyczny, charakterystyczny urok dużego dziecka, któremu wszyscy dookoła ulegali. Zatrzymywali i pochylali się nad nim z westchnieniem: "Och, spójrzcie jaki on uroczy!" - zupełnie tak, jakby faktycznie był jakimś bobasem w pieluchach, nad którym można byłoby się rozczulać. 
A przecież nie był.
Nie mogłem przeboleć tego, jak szybko Maya zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu, jak szybko znajdywał sobie przyjaciół. Byłem zazdrosny. Ja tak nie potrafiłem. Byłem raczej skrytą osobą, która nie odzywała się za wiele. Byłem zdecydowanie typem słuchacza niżby gaduły. Nawiązywanie nowych znajomość, a tym bardziej ufanie ludziom przychodziło mi z niebanalnym trudem. Z tej samej racji zapewne musiałem dużo dłużej i dużo ciężej pracować, żeby stać się kimś bliskim dla innej osoby, gdyż w końcu nie jest łatwo zakumplować się z osobą, która broni się rękami i nogami przed tym, żeby się przed tobą otworzyć, prawda? 
Ciężko jest przyjaźnić się z kimś, kogo tak na dobrą sprawę nie znasz.
Grałem w Archemi. od samego początku - to będzie już blisko trzy lata. Mimo to nigdy nie udało mi się jednak znaleźć tak blisko Isamiego w sposób, w jaki udało się to Mayi. Starałem się, naprawdę się starałem, jednak nasze relacje nigdy nie wyszły spoza kategorii "znajomych po fachu". Perkusista, dla odmiany, z każdym kolejnym tygodniem stawał się coraz większą i coraz istotniejszą częścią życia wokalisty, co mogłem wywnioskować chociażby po tym, jak ten się na niego zapatrywał. Szatyn też wyczuł, co się święci. W końcu nie był ślepy, a i jego działania nie były bezpodstawne. Jednego razu zaproponował wspólną kolację w drodze do domu drugiemu muzykowi, przy następnej okazji wypad do kina, a jeszcze innym razem wprosił się do niego na noc, tłumacząc się, że z klubu, w którym wtedy graliśmy, miał przecież tak daleko do domu, że jest zmęczony i nie będzie tłukł się w środku nocy przez pół miasta tylko po to, żeby przespać się kilka godzin i zaraz potem znowu wstać i wrócić do pracy. I tak to jakoś leciało. Tydzień za tygodniem, a brunet ani razu nie odmówił czy się nie sprzeciwił. No bo przecież był dobrym przyjacielem, prawda? Takim argumentem posługiwał się drugi chłopak. "No nie bądź bez serca, przyjaciół nie wyrzuca się na bruk!" - lamentował. A muzyk mu ulegał. I podobało mu się to. Widziałem w jego oczach rosnącą ekscytację, zniecierpliwienie, kiedy wyczekiwał na kolejną chwilę, kiedy będą mogli zostać sam na sam, aż w końcu w jego spojrzeniu zagościło już nic innego jak czyste pożądanie. 
Może nie byłem zbyt dobrym mówcą, jednak byłem bardzo uważnym słuchaczem i obserwatorem. Przez lata spędzone przy boku Isamiego nauczyłem się go rozszyfrowywać. Czytałem z niego niemal jak z otwartej księgi, jednak nawet to nie dawało mi upragnionej przewagi. Bo co mi było po takiej zdolności, która pozwalała mi tylko zauważyć zauroczenie innym mężczyzną w twarzy chłopaka, którym sam się interesowałem?
Nie umiałem go sobie zjednać. Nie umiałem go do siebie tak przekonać. Nie potrafiłem być tak otwarty jak Maya. Próbowałem wychodzić z pewnymi propozycjami spędzenia wspólnie czasu z wokalistą, jednak ten czasami potrafił mi odmówić. W szczególności jeśli na horyzoncie pojawiał się perkusista. Jakby tego wszystkiego wciąż było mało, nie potrafiłem wzruszyć ramionami i przejść obojętnie ponad tymi niepowodzeniami, które w odmianie do mnie szatyna nie ruszały wcale i nie zrażały go do ciągłego próbowania. Spędzałem dużo czasu pochylając się nad moimi prywatnymi Waterloo. Zwykłem usprawiedliwiać się sam przed sobą, tłumacząc się, że próbowałem wyciągnąć jakieś wnioski z przeszłości, aby następnym razem nie wejść do tej samej rzeki, jednak prawda było, że zwyczajnie marnowałem czas. A zegar tykał. Czas nie czekał. Podobnie jak i Maya. On działał.
Chyba wychodziło na to, że czasami jednak dobrze było zamknąć oczy, przestać przesadnie kombinować i "iść na żywioł". Cały problem polegał jednak na tym, że takie podejście i porwanie się na improwizację kosztowało wiele odwagi. 
Odwagi, której mnie zawsze brakowało.
Ludzie w jakiś niewyjaśniony sposób mnie przerażali. Bałem się ich. Byłem świadomy ich natury i ich ułomności - bo w końcu sam należałem do ich gatunku, prawda? Nawet jeśli czasami nie byłem z tego faktu dumny ani trochę lub życzyłbym sobie, żeby było inaczej. Bałem się zdrady, osamotnienia, bólu... Nie wiedziałem, komu mogłem ufać, dlatego od tak przezornie zdecydowałem się trzymać język za zębami i nie zbliżać się do nikogo przesadnie, żeby nie zostać zranionym. Bo niby po co ryzykować? W końcu nie od dziś wiadomo, że najgorszymi bestiami zamieszkującymi naszą planetę są ludzie. Ponad to, każda rana potrzebowała czasu, żeby się zagoić - niektóre z nich potrzebowały nawet więcej czasu niż inne. Ów czas spędzało się nieco z boku, odsuniętym od grupy z racji ograniczonej mobilności, w bólu... Dlaczego niby z własnej, nieprzymuszonej woli miałbym się pisać na podobne ryzyko, które mogłoby nie zostać wynagrodzone w żaden sposób?
No właśnie może dlatego, że zawsze istniała druga strona medalu - ta jaśniejsza i bardziej pozytywna, która zakładała, że wszystko jednak pójdzie po dobrej myśli. Bo w końcu, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda? 
Ano właśnie...
Wygląda na to, że dobrze byłoby mieć w tym wszystkim jakiś umiar, jednak popadanie ze skrajności w skrajność jest przecież tak prostym błędem do pełnienia. A popełnianie błędów z kolei jest takie ludzkie. No a koniec końców, jak już wspomniałem, ja też byłem tylko człowiekiem, więc nic, co ludzkie, nie jest mi obce. W szczególności mylenie się. Nawet kilka razy pod rząd w tej samej sprawie.
Ostatecznie, nawet jeśli interesujący mnie muzyk zgodził się już poświęcić mi trochę swojej uwagi, nie potrafiłem go tak zaczarować, jak robiła to moja prywatna, chodząca klątwa i utrapienie w postaci szatyna. Nie potrafiłem być tak zabawny, fascynujący, dowcipny. Byłem dla niego kolegą i nikim więcej. Zostałem uwięziony we "friend zone". Co za patowa sytuacja...
Sam nie wiem, kiedy i dlaczego tak właściwie zacząłem się fascynować Isamim. Nigdy wcześniej nie czułem takiej palącej chęci, a nawet potrzeby zbliżenia się do drugiej osoby. Zazwyczaj stroniłem od ludzi, bałem się ich, jednak on... on był inny. Nie przerażał mnie. Wydawał się być ciepły i godny zaufania. Pierwszy raz chciałem komuś zaufać, otworzyć się przed kimś, jednak mój skryty obiekt westchnień nie wyglądał na zainteresowanego. Co za szkoda. 
Myślę, że doszukiwałem się między nami pewnych podobieństw i stąd ta chęć zbliżenia się, która z czasem ewoluowała w coś więcej. Brunet był cichy i skryty podobnie jak i ja. Był wysoki, szczupły, przystojny, zagadkowy, utalentowany, pomysłowy... Mogłem mówić o nim w superlatywach godzinami. Ciężko było przejść koło niego obojętnie. Zdawało się, że kategoryzując nas obu jako introwertyków, myślałem, że uda nam się dość szybko i sprawnie znaleźć wspólny język, jednak przeliczyłem się. Kiedy dochodziło do spotkania dwóch niezbyt gadatliwych osób, ciężko było w ogóle o jakikolwiek dialog, gdyż każdy z nas wolał czekać w wygodnej i bezpiecznej pozycji na to, aż to w końcu ten drugi coś powie. Z tej racji w ostateczności nie padały żadne słowa, toteż zdarzało się nam czasem tak, że przez długi czas nie odzywaliśmy się do siebie w ogóle - zupełnie tak, jakbyśmy się posprzeczali, mimo iż tak naprawdę nigdy między nami nie doszło do żadnego spięcia.
Skrycie marzyłem o tym, że moglibyśmy się w jakiś magiczny sposób uzupełnić, gdyby w końcu udało nam się wzajemnie przełamać i zacząć mówić, jednak tak drastyczna zmiana dla nas obojga byłaby nie lada wyzwaniem. Ja wciąż śniłem i żyłem w swojej ułudzie, roztaczając drżące mrzonki wokół własnej osoby, podczas gdy w tym samym czasie Maya działał. Perkusista nawijał jak najęty, a brunet zdawał się czuć z tym dobrze, gdyż mógł zadowolić się słuchaniem i nie musiał się wcale tak często odzywać. Wystarczyły tylko jakieś półsłówka, głębokie pomruki, przeciągane monosylaby. Ponad to, zdawało się, że czerpał z tego wszystkiego radość, którą zarażał go najbardziej entuzjastyczny członek zespołu. Uśmiech rozciągający jego pełne usta był dla mnie jak najpiękniejszy prezent, jednak świadomość, że został on wywołany przez kogoś innego bolała i raniła. Bo ja nie potrafiłem go tak rozbawić. Próbowałem, jednak byłem dość osowiałą i stonowaną osobą, toteż zazwyczaj wszystkie moje starania kończyły się fiaskiem. 
Wyglądało na to, że powiedzenia funkcjonujące w społeczeństwie w istocie niosły ze sobą jakieś mądrości i ogólne prawy - zatem przeciwieństwa faktycznie się przyciągały. Ludzie najwyraźniej byli jak magnesy. Te same bieguny odpychały się wzajemnie, a różne przyciągały, tworząc pary, które ciężko było od siebie rozdzielić. Tak właśnie było w wypadku dwóch muzyków siedzących na sofie, których właśnie obserwowałem. Tak właśnie było także ze mną i brunetem.
W tym wszystkim najgorsze było jednak to, że absolutnie wszystko wskazywało na to, że sprawy szły dobrze dla obu stron. Nie tylko Isami był zadowolony, ale także Maya. Isami nie musiał się odzywać i mógł słuchać, tak jak lubił, jednocześnie będąc zarażanym "pozytywnymi wibracjami" perkusisty, podczas gdy ten drugi miał w końcu komu się wygadać, miał kogoś, kto mu nie przerywał, przytakiwał i był zawsze gotów znaleźć dla niego czas. Zdawałoby się, że był to układ wręcz idealny. Taki, który gwarantował długotrwały i stabilny związek, jakiego wszyscy na pewnym etapie życia zaczynamy poszukiwać.
Moje rozmyślania i gadulstwo perkusisty zostały przerwane przez trzask drzwi towarzyszący wejściu spóźnionego Yukiego do sali. 
- Sorry za spóźnienie - rzucił z lekka zdyszany, zdejmując bas z ramion i kładąc papierowe pudełko, które przyniósł ze sobą na stole. - Korki - usprawiedliwił się, przysiadając na oparciu fotela, na którym się ulokowałem. - Ale przynajmniej przyniosłem pączki na przeprosiny, żebyście nie mieli mi tego za złe! - wyszczerzył się, otwierając wspomniane wcześniej pudełko.
- Oo, Yuki, spóźniaj się częściej, co? - zaśmiał się Maya, od razu sięgając po jedną ze słodkości.
- To miłe z twojej strony, że nie chowasz do mnie urazy za to małe uchybienie, jednak lepiej będzie zarówno dla mojego portfela jak i dla naszego harmonogramu pracy, jeśli nie będę się jednak spóźniał - zaśmiał się fioletowowłosy, również sięgając po jednego z pączków. Isami także się poczęstował. Pozostałem jedynym, który nie ruszył się ze swojego miejsca i ani myślał przełknąć cokolwiek przez ściśnięte do granic możliwości gardło. - Zdaje się, że wspominaliście, że chcieliście nam coś powiedzieć? - Yuki zmienił temat, zwracając się do dwójki siedzącej naprzeciwko.
No i pięknie. Teraz nadeszła pora na nieuniknione. Na to, na co czekałem w napięciu od samego początku, co nie dawało mi spokoju, przyprawiało o ból głowy, mdłości, naprzemienne napady furii i smutku, co nie pozwalało mi jeść, a nawet oddychać spokojnie...
- Ano właśnie - ponownie odezwał się perkusista. - Wiecie... Jakoś tak wyszło, że... od niedawna jesteśmy z Ismaim razem - odezwał się spokojnie, jakby to nie było nic wielkiego. - Z początku nie zamierzaliśmy się z tym jakoś obnosić, ale po pewnym czasie i namyśle stwierdziliśmy, że miło byłoby mieć jednak wasze błogosławieństwo i upewnić się, że nie jest to dla was problem, szczególnie gdyby zdarzyło się nam zapomnieć... dobra, gdyby mnie zdarzyło się zapomnieć - uściślił, szczerząc się rozbrajająco.
- Jesteście parą, naprawdę? - basista uniósł wysoko brwi w zdziwieniu. Co za ignorant... żeby się tak nie zorientować wcześniej... - Moje gratulacje! - klasnął w dłonie. - No, ja tam nie mam z tym żadnego problemu, póki zamierzacie wciąż pracować tak ciężko, jak do tej pory i nie zapomnicie o całym otaczającym was świecie, wpatrując się sobie wzajemnie w oczy - zaśmiał się. 
To teraz chyba nadeszła moja kolej, wypadało, żeby kulturalnie zaprzeczył, że w jakikolwiek sposób przeszkadza mi ta sytuacja, prawda?
Z jakiejś racji do głowy nagle przyszedł mi tekst, który głównie słyszałem w amerykańskich filmach i serialach, kiedy główna para podchodziła wspólnie do ślubnego kobierca, a ksiądz mówił: "Jeśli ktoś zna powód, dla którego ci dwoje nie mogą się pobrać, niech przemówi teraz albo zamilknie na wieki.". No i co ja niby miałem zrobić w takiej sytuacji? Mój wybór był chyba dość oczywisty...
Oczywiście, że zdecydowałem się zamilknąć. W końcu wygłaszanie swoich przemyśleń na głos nie leżało w mojej naturze. Nie miałem wystarczająco odwagi. Było już za późno. Mój zegar najwyraźniej się zatrzymał. Koniec gry. Zbyt długo zwlekałem i przegrałem.
Niemniej, fakt, że się nie odezwałem, nie oznaczał, że nie zamierzałem zrobić nic z zaistniałą sytuacją, zignorować ją i udawać, że nic się nie stało. Nie było mi łatwo przejść ponad czymś podobnym do porządku dziennego - głównie dlatego, że byłem emocjonalną osobą, czasami nawet bardziej niżbym chciał, nawet jeśli się do tego nie przyznawałem i przeklinałem się za to w myślach. Lata tłumienia w sobie własnych uczuć i emocji, gryzienia się w język i łykania własnych łez robiło swoje. Zbierało swoje żniwa. To chyba właśnie dlatego roztrząsałem każdą małą sprawę, nad którą nikt inny zapewne by się nie rozwlekał. Ciągnąłem za sobą bagaż doświadczeń, który dawał mi o sobie znać za każdym razem w podobnej sytuacji. Przyciskał mnie swoim ciężarem, sprawiając, że nie mogłem ustać prosto, że się zginałem, łamałem - pękałem. Wracałem myślami do wspomnień o czasach, kiedy siłą zatrzymałem słowa cisnące mi się na usta i ból powracał. Kumulował się gdzieś w głębi klatki piersiowej, tuż pod tym zmartwiałym głazem, który w niej nosiłem. Łączył się z tym, który był wywołany świeżymi przeżyciami. Ścigało mnie widmo minionych zdarzeń, które wciąż odbijało się echem w mojej głowie. To nie dawało mi spokoju. Wyniszczało. Zatruwało. Zżerało żywcem od środka.
Chciałem być silny, ale byłem już zmęczony nawet samym udawaniem. Miałem dość. W takim wypadku naprawdę nie widziałem żadnego innego wyjścia czy rozwiązania niżby własne odejście. Wiedziałem, że dłużej już nie zniosę tego pięknego widoku zakochanych - widoku szczęścia, którego ja miałem nigdy nie doznać ze względu na własną ułomność emocjonalną, jakieś swoiste skrzywienie, w którym kopałem i brnąłem dalej i głębiej na własne życzenie.
To się chyba nazywa masochizm, nie?
A więc zdecydowałem się odejść z zespołu. Nie byłem pewien czy tak będzie lepiej dla innych, czy tak będzie lepiej dla mnie samego. Nie wiedziałem, czym innym mógłbym się zająć w życiu niżby grą na gitarze. Wiedziałem, jednak za to, że to była najwyższa pora na to, żeby odwrócić się i odejść, póki mogę jeszcze przynajmniej zrobić to o własnych siłach. Nie chciałem, żeby inni widzieli, jak poddawałem się, jak byłem wyniszczany i pożerany przez własne demony. Mogłem im zaoszczędzić tego widoku i taki właśnie miałem plan.
Koniec końców przynajmniej zdecydowałem się na jakieś działanie. Nie stałem już biernie w miejscu, a to oznaczało, że podjąłem jakieś decyzje, że wykonałem jakiś krok. Podjąłem ryzyko. Istniała zatem jakaś szansa i nadzieja na to, że to przybliży mnie do jakiegoś prywatnego sukcesu - że w końcu to ja będę tym, który będzie przechylał kieliszek z szampanem zwycięstwa. Oczywiście istniała także możliwość, że znów źle wybrałem, że znów się pomyliłem, jednak próbowałem nie myśleć o tym zbyt wiele. O tym, czy dokonałem właściwego wyboru, poinformuje mnie czas, kiedy mój zegar znów zacznie tykać. Czas pokaże i wtedy się przekonamy.
Czym zatem tym razem życie uśle moją drogę? Jakie kłody rzuci mi pod nogi? 
Czas pokaże.