Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yune. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yune. Pokaż wszystkie posty

Burdel, nie zycie - epilog


[Uruha]

-I co?- dopytywał się niecierpliwie Shinya.

-Odebrał… Kai…-  mruknąłem, uśmiechając się.

-Kai?- zdziwił się Kyo.- A przypadkiem nie dzwoniłeś do Rukiego?

-No właśnie- wyszczerzyłem zęby.

-Nie rozumiem- wtrącił się Aoi, spoglądając na mnie z zainteresowaniem.

-Zadzwoniłem do Rukiego, odebrał Kai i powiedział, że…- zrobiłem efektowną pauzę, żeby podtrzymać napięcie.

-Jak zaraz nie powiesz, to ci wjebie- burknął Die.

-A coś ty taki nerwowy?- prychnąłem, a uśmieszek nie schodził mi z ust.

-Bo, kurwa, to ja musiałem go uświadamiać i przeprowadzić z nim rozmowę umoralniającą! Czy ja wyglądam na kogoś z opieki społecznej?!- warknął.- Kurwa, wiem, że jestem przystojny, ale czy z tym muszą wiązać się takie sprawy?- jęknął żałośnie, a Kaoru, któremu siedział na kolanach wybuchnął śmiechem.

-Ach, jaki ty skromny- skwitował.

-Po prostu znam swoją wartość- mruknął, poprawiając czerwone włosy.

-No to powiesz nam w końcu co odpowiedział Kai, czy nie?- zniecierpliwił się Toshiya, znudzony obserwowaniem lidera i gitarzysty Dir’u obściskujących się na kanapie.

Umościłem się wygodniej na Yuu i objąłem się jego dłońmi w pasie. Oparłem głowę o jego bark siedząc do niego tyłem.

-W każdym razie, Die, nie musisz się już awanturować- zachichotałem.- Zadanie wykonane. Kai pieprzy się z Rukim- zaśmiałem się, a Shinya prychnął.

-Jakaś krótka ta akcja… Tak jakoś strasznie szybko się ze sobą zeszli- zauważył.

-Jak dla mnie, to trwało za długo- warknął czerwonowłosy.- Jeśli jesteś taki mądry, to następnym razem ty będziesz kozłem ofiarnym, a nie ja i wyjdziesz na kompletnego idiotę, w czym oczywiście ci pomogę- dodał „życzliwie” czerwonowłosy.

-Oj daj spokój, Daisuke- Kyo wywrócił oczyma.- W końcu sam się do tego zgłosiłeś…

-Nieprawda!- ryknął.- Padło tylko pytanie, kto jest najprzystojniejszy i z łatwością rozkocha w sobie jakiegoś faceta, no to chyba oczywistym było, że się zgłosiłem, nie?- odparł tak, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Aoi westchnął i zrezygnowany pokręcił głową.

-Jak ty z nim wytrzymujesz?- zapytał lidera.

-Sam nie wiem…- mruknął Kaoru.- Może dlatego, że jest dobry w łóżku i wtedy tak nie szczeka, to go jeszcze nie zabiłem…- myślał głośno, a jego głos przy tym był tak beztroski, jakby mówił o dzisiejszej pogodzie.

-Dzięki…- fuknął drugi gitarzysta.

-Proszę- ciemnowłosy uśmiechnął się promiennie, tym samym jeszcze bardziej wkurzając swojego kochanka, który obraził się na wszystko i wszystkich, przeklinając, na czym świat stoi. Usłyszałem jeszcze jak burczy coś pod nosem mając pretensje do swojej urody i seksapilu, którym emanuje na kilometry. Słysząc to wybuchnąłem gromkim śmiechem, a za mną poszła w ślady cała reszta. Nawet Die nie powstrzymał uśmiechu, który wkradł się na jego usta.

-Więc rozumiem, że to koniec?- zapytał basista.

-Koniec czego?- nie zrozumiałem.

-Bawienia się w swatkę i ustawiania Reity z Yune, a Kai’a z Ruki’m?- sprostował.

-Tak- wyszczerzyłem się.- W końcu można odpocząć- odetchnąłem głęboko i pocałowałem swojego czarnowłosego w policzek, na co on uśmiechnął się i sięgnął moich ust.

-Potrójny miesiąc miodowy czas zacząć!- roześmiał się perkusista.

-Zapomniałeś o naszej połówce- wtrącił lider.

-Jakiej połówce?

-No Uruha jest z Aoi’em, Die ze mną, ty z Toshi’m, a Kyo bez pary…

-Chcesz zeswatać z kimś naszego wokalistę?!- wykrzyknął zdumiony Die.

-To ja idę zapalić- najniższy z towarzystwa szybko się ulotnił, a reszta roześmiała się radośnie, po czym każdy przyssał się do swojego partnera. Tak, w końcu wolne…

Burdel, nie zycie cz.7

Chciałam podkreślić, że tło bloga jest dziełem Hoshii, która jest zajebista i każdy kto czyta tego bloga ma zrobić sobie w domu jej ołtarzyk i składać na nim krwawe ofiary- musiałam to napisać, żeby nie zostać zatłuczoną trzonkiem od siekiery przez moją betę, która potem cofnęła te słowa, ale ja i tak się boję (ludzie są nieprzewidywalni) i wolę to napisać. Więc jeśli nie chcesz mojej śmierci, droki czytelniku, wygospodaruj odrobinę miejsca na stół ofiarny i skombinuj jakiegoś gołębia czy coś podobnego, czego zostanie przelana krew. Jeśli chcecie, aby posty tutaj nadal się pojawiały to robimy zrzutkę (nie pieniężną), bo budujemy małą świątynię pod Gdańskiem. Więc niech każdy znajdzie jakiegoś pustaka i zrobi pielgrzymkę do mojego domu, gdzie w ogródku już posgtawiłam fundamenty xD Każdy pustak to kolejna notka i oddalenie mnie o 0,001 do śmierci. Czy są tu jacyś dobrzy samalrytanie, którzy mnie wspomogą? xD


Dni mijały, a poczucie bezbrzeżnego idiotyzmu, jakim zostałem obdarzony nie mijało. Kilka razy zastanawiałem się nad wizytą u psychologa lub szukaniem przyjaciela, któremu mógłbym się wyżalić, jednak w końcu przystanąłem na libację alkoholową z Rukim. Nigdy nie byłem z nim jakoś blisko, bo… bo tak i już. Lubiłem go, ale był jedynie moim znajomym, nawet nie przyjacielem, choć to w zupełności wystarczało, żeby się z nim upić. Normalnie, pewnie wolałbym spędzić czas z Uruhą albo Aoi’em, ale oni byli zajęci sobą, gdyż wyjechali na swój „miesiąc miodowy”, aby uczcić związek, w którym trwali już dwa lata. Nawet wolałbym spotkać się z Reitą, ale z wiadomych przyczyn nie zrobiłem tego…

Taka przyszedł do mnie pół godziny po tym, jak do niego zadzwoniłem, choć mówił, że będzie za pięć minut. Wokalista był już nieco wstawiony i zdawał się wykonywać wszelkie ruchy w zwolnionym tempie. Mimo wszystko wpuściłem go i zaprosiłem do salonu, gdzie i ja zdążyłem wypić już kilka drinków. Pomyślałem, że w sumie to dobrze- najwyżej szybciej padniemy i zarzygamy dywan, na którym usiedliśmy przy niskiej ławie między kanapami. Bynajmniej będę miał szczęście uniknąć zbyt długiej rozmowy z pijanym blondynem. Mój gość bez słowa otworzył butelkę whisky, którą ze sobą przyniósł i nalał sporą ilość alkoholu do dwóch niskich szklaneczek, wylewając przy tym trochę na stół. Wypiłem zawartość swojej szklaneczki, krzywiąc się. I tak jakoś to wszystko odbywało się- piliśmy w ciszy, a Ruki dolewał trunku coraz mniej sprawną ręką, przez co blat ławy lśnił od coraz większej ilości bursztynowego płynu rozlewającego się na nim.

-A co ty taki cichy?- w końcu przerwałem tę nieznośną ciszę. Z jednej strony cieszyłem się, że blondyn nie odzywał się, a z drugiej było mi jakoś niezręcznie.

-A po co mam się odzywać?- wybełkotał, wbijając wzrok w białą ścianę mieszczącą się naprzeciw niego.

-Żeby rozmawiać?- zapytałem sarkastycznie, spoglądając na niego jak na kosmitę.

-A po co masz ze mną rozmawiać?

Ściągnąłem brwi i w milczeniu przyjrzałem się jego mlecznej cerze, ciemnym oczom, delikatnemu noskowi i wydatnym ustom.

-Nie rozumiem cię…- odezwałem się po chwili.

-A co tu jest do rozumienia? Zadzwoniłeś do mnie, żebym przyszedł się z tobą napić, bo nie chciałeś chlać samotnie, żeby nie wyjść na jakiegoś pijaka, koniec opowieści- wzruszył ramionami i drżącą ręką sięgnął po szklaneczkę z whisky.

-To nie tak- pokręciłem głową.

-A niby jak?- w końcu spojrzał na mnie.

-Myślisz, że cię nie lubię?- zapytałem, przysuwając się do niego.

-A tak nie jest?

-Nie- uśmiechnąłem się pijacko.- Lubię cię- pogłaskałem go po głowie.- Bardzo lubię- wyszczerzyłem się i położyłem na podłodze układając głowę na jego udach. Był kościsty, ale z pewnością wygodniejszy niż podłoga. Wyciągnąłem z kieszeni jego telefon, który wbijał mi się w kość policzkową. W tym momencie komórka Takanori’ego zaczęła wibrować. Zmrużyłem oczy i spojrzałem uważnie na niebieskawy ekran.- Ktoś dzwoni- podsumowałem w końcu.

-Daj- wyciągnął rękę po swoją własność.

Spojrzałem na jego dłoń i uśmiechnąłem się. Podniosłem się na łokciach i ucałowałem jej wnętrze, po czym sam odebrałem.

-Moshi, moshi?

-Ee… Ruki?- zapytał zdziwiony głos w słuchawce.

-Nie, nie jestem Ruki- zachichotałem, kiedy Taka próbował wyrwać mi telefon z dłoni.

-A mogę z nim rozmawiać?

-Nie- odparłem, siadając okrakiem na wokaliście i wolną ręką przytrzymując jego nadgarstek. Drugą rękę unieruchomiłem mu, wciskając ją pod swoje kolano i przyciskając mocno do podłogi. Chłopak syknął z bólu.

-Dlaczego?- zapytała osoba po drugiej stronie linii.

-Bo Takanori jest teraz zajęty pieprzeniem się ze mną- zaśmiałem się i rozłączyłem, rzucając jego komórkę gdzieś za siebie.

-Pojebało cię?- spojrzał na mnie, jak na idiotę.

-Nie- uśmiechnąłem się.- Ale to, co powiedziałem jest prawdą… znaczy będzie za jakieś dziesięć minut, jak się rozbierzemy- wzruszyłem ramionami i zrobiłem niewinną minkę.

-Kai, za dużo wypiłeś? Nie będę się z tobą pieprzyć! Przecież nawet nic nie robię!- zbulwersował się.

-Tak? A znasz obecne położenie swojej prawej dłoni?- zaśmiałem się, wskazując na jego rękę, która wyślizgnęła się spod mojego kolana i teraz jeździła po wewnętrznej stronie mojego uda.

Blondyn speszył się i szybko zabrał rękę. Próbował się spode mnie uwolnić, jednak nie dawałem za wygraną. Mocniej przyszpiliłem go do dywanu i na powrót chwyciłem jego prawą dłoń, kierując ją w miejsce, w którym znajdowała się przed chwilą.

- C-Co ty robisz?- spojrzał na mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczyma.

Zmieniłem pozycję, tak, że teraz opierałem się na dłoniach po obu bokach jego głowy i wisiałem nad nim. Dzięki tej zmianie mogłem otrzeć się kroczem o jego rękę. Jęknąłem cicho, gdy to zrobiłem.

-Nie krępuj się- uśmiechnąłem się uspakajająco.

- Ja… J-Ja tak nie mogę… Tanabe zejdź ze mnie- wyszeptał, próbując mnie odepchnąć.

-Dlaczego? Proszę cię… Tylko ten jeden raz…- namawiałem go.

-Właśnie dlatego- nie chcę tak jeden raz- uciekał wzrokiem gdzieś po bokach, żeby tylko na mnie nie patrzeć.

-Chcesz stałego związku?- zapytałem i pocałowałem go w policzek.

-Ja… Ee… Znaczy…- jąkał się.

Polizałem go po szyi, na co chłopak zadrżał i cicho westchnął, przymykając oczy. Odruchowo rozłożył przede mną nogi, a ja uśmiechnąłem się na ten widok.

-Zakochałeś się w kimś… nieszczęśliwie.

-Skąd wiesz?!- niemalże krzyknął.

-Bo łakniesz mojego dotyku, zresztą nie mojego, a jakiegokolwiek. Chcesz żeby ktoś był blisko ciebie- wyjaśniłem i zacząłem całować go wzdłuż linii szczęki.

-Ach…- westchnął i objął mnie rękami za szyję.

-Kto to jest?- zapytałem cicho.

-Ja… Znaczy… Nie wiem, o czym mówisz- skłamał.

-Proszę cię- przestałem go całować i spojrzałem mu w oczy.- Nie rób ze mnie kretyna…

Ruki spłonął rumieńcem i widać, że miał ochotę zapaść się pod ziemię.

-To… to… ty…- wyszeptał tak cichutko, że musiałem niemalże czytać z ruchu jego warg.



[Yune]

Obudziłem się wtulony w Reitę. Chyba pierwszy raz wyspałem się i miałem ochotę żyć. Byłem szczęśliwy i zadowolony, jak jeszcze nigdy w życiu. Przyjemne ciepło biło od chłopaka obok mnie i sprawiało, że czułem się przy nim bezpiecznie. Miałem wrażenie, że w jego ramionach mogę skryć się przed całym złem tego świata.

Blondyn objął mnie w pasie i pocałował w czoło, otwierając zaspane oczy.

-Dzień dobry- uśmiechnął się, a ja od razu pocałowałem go w usta.

-No, z tobą na pewno będzie dobry- wyszczerzyłem się i ułożyłem głowę na jego nagim torsie.- Kocham cię…- wyszeptałem.

-Ja ciebie też- odpowiedział, gładząc mnie wierzchem dłoni po policzku.

Pocałowałem go w szyję, a następnie przejechałem językiem wzdłuż jego grdyki. Zadowolony basista mruknął.

-Poproszę powtórkę z nocy- zaśmiałem się.

-Masochista- westchnął.

-Mówię poważnie- oderwałem się od jego szyi i spojrzałem w jego cudne oczka.

-Yune… nie przesadzasz? Kochaliśmy się już trzy razy w ciągu jednej nocy. Nie będziesz mógł chodzić- zauważył.

-Jakiś ty słodki- uśmiechnąłem się szeroko i pocałowałem go mocno.- Lubię, kiedy jesteś taki troskliwy- moja dłoń zjechała w dół jego brzucha.- A zresztą nie muszę chodzić, bo nie chcę się od ciebie odchodzić choćby na krok- jęknął, kiedy powoli zacząłem go onanizować.

-Yune, to niezdrowe- wysapał, a ja wywróciłem oczyma.

-Skoro nie chcesz to nie- przestałem sprawiać mu przyjemność, zabierając dłoń.- Jeśli nie masz na mnie ochoty…- wzruszyłem ramionami.

-Nie o to chodzi- złapał mnie za rękę, kiedy chciałem wyjść z łóżka, co i tak by trochę zajęło, gdyż tyłek bolał mnie niemiłosiernie, a w dodatku Reita ma gigantyczne łóżko.

-A o co?- spojrzałem na niego naburmuszony.

Mój mężczyzna zaśmiał się pod nosem, widząc minę, jaką strzeliłem i przyciągnął do namiętnego pocałunku. Lubiłem go nazywać „moim mężczyzną”… Wtedy utwierdzałem się w tym, że jest tylko i wyłącznie mój.

-Chodzi o to, że nie musimy się tak spieszyć- odpowiedział w końcu.- Mamy dla siebie masę czasu- uśmiechnął się i musnął moje usta.

-Ale ja się nie mogę tobą nasycić- wyszeptałem mu na ucho, przygryzając jego płatek.- Im częściej to robimy, tym większy pociąg do ciebie czuję…- wyznałem.

-To może powinienem dać ci jakiś szlaban na seks, czy celibacik?- zaśmiał się.

-Ha, ha, ha- bardzo śmieszne- żachnąłem, mrużąc groźnie oczy.- Sam byś go nie przestrzegał- wytknąłem mu język.

-A też prawda- zaśmiał się i ponownie pocałował.

Polizał moją dolną wargę, a ja uchyliłem usta. Całowaliśmy się zachłannie, kiedy nagle poczułem w sobie jeden z jego palców. Jęknąłem głośno, odrywając się od niego.

-Zboczeniec- uśmiechnąłem się, lekko prostując, przez co jeszcze bardziej nabiłem się na jego palec.

-Ale za to jaki seksowny- zaśmiał się, rozciągając mnie.



[Kai]

Już jakiś dłuższy czas leżałem z Rukim w łóżku. Chłopak miał zlepione od potu włosy i nadal ciężko oddychał. Obaj byliśmy wykończeni wspaniałym seksem, ale żaden z nas nie mógł zasnąć.

-Powiem ci coś, ale obiecaj mi dwie rzeczy- odezwał się w końcu mój kochanek.

-Co mam ci obiecać?

-Nie wyśmiejesz mnie- postawił warunek.

-Oczywiście, że nie zrobię tego- głaskałem go po mokrych włosach.

-I nigdy nie będziesz bawił się w coś podobnego, jak z Yune- dodał.

Zmieszałem się. Wciągnąłem chrapliwie powietrze przez nos.

-Obiecuję, choć na swoje usprawiedliwienie dodam, że to nie był mój pomysł i zrobiłem to, żeby komuś się przypodobać…

-Ale nie zrobisz tego więcej?!- upewnił się.

-Nie- odpowiedziałem.- Więc co chciałeś mi powiedzieć?

-…

-Takanori?

Wokalista zmieszał się i bił z myślami, upewniając się, czy rzeczywiście dotrzymam złożonych obietnic i czy powiedzenie mi tego, będzie dobrym pomysłem.

-Kocham cię…- szepnął.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia, a chłopak spłonął rumieńcem i niemalże słyszałem, jak w myślach gani się za to, co zrobił.

-Ja… Przepraszam… Pójdę już- wstał ze mnie i chciał wyjść z łóżka, kiedy złapałem go za rękę.

Usiadłem obok niego i pocałowałem czule, obejmując w pasie.

-Ja ciebie też- uśmiechnąłem się, a blondyn natychmiast się rozpogodził i rzucił mi na szyję, przewalając mnie tym samym na łóżko i ponownie złączając nasze usta.



HAPPY END



Nie mam siły kontynuować już tego ścierwa, choć jeśli uzbiera się na tyle dużo komentarzy i przychylnych opinii ku kontynuacji to może napiszę epilog. Jeśli nie to wznowię serię „Nienawiść”, która cieszyła się dużym zainteresowaniem.

Burdel nie zycie cz.6

I | II | III | IV | V |


[Kai]
Wróciłem do domu w średnim humorze. Chyba zbyt ostro potraktowałem Yune i teraz miałem wyrzuty sumienia… Ale cóż, raz się żyje, nie? Nie zawsze można być miłym i dobrym dla wszystkich i wszystkiego. Zresztą chłopaki z DeG uważają to za świetną zabawę, a ja za wszelką cenę chciałem się im przypodobać. A w szczególności Die’owi, dlatego przed wejściem do domu zmusiłem się do sztucznego uśmiechu. Wszedłem do salonu, gdzie urzędowali muzycy. Już od progu drzwi powitało mnie głośne beknięcie Kyo.
-Świnia- Shinya szturchnął wokalistę łokciem.
-Siła wyższa- wzruszył ramionami najniższy z towarzystwa.
-Cześć- rzuciłem krótko od razu zasiadając na jedynym wolnym fotelu.
-Hej- przywitali się.
Daisuke uśmiechał się złowieszczo, jakby coś knuł… Nie podobała mi się ta mina, jednak musiałem przyznać, że fakt, że nie wiem o czym myśli i jest teraz taki nieprzewidywalny, dodawał mu w moich oczach jakiegoś tajemniczego seksapilu, przez co jego wszystkie ruchy stawały się bardziej zwinne, kocie, kokieteryjne.
-I jak z Yune?- zapytał Toshiya.
-Pytasz o seks, czy jego reakcję po?- założyłem nogę na nogę i spróbowałem podrobić wyraz twarzy czerwonowłosego.
-I to i to.
-No więc w łóżku to powalający nie był, a poranna reakcja na wagę złota- zaśmiałem się wrednie, co nie przyszło mi łatwo.- Normalnie lepiej niż w jakiejś operze mydlanej!
-Uciekł z płaczem?- wtrącił się Kaoru, który dotychczas był zajęty oglądaniem swoich paznokci i przeklinaniem, na czym świat stoi, bo mu lakier odprysnął
-Taa- przytaknąłem.- Nawet nie myślałem, że tak szybko biega- wyszczerzyłem się.
-Kurwa, sprinter, a to dobre- zarechotał wokalista zapadając się głębiej w fotelu i wygodnie przerzucając nogi przez jego oparcie.
-Urządzimy wyścig ze skokami przez płotki dla szmat, co wy na to?- mruknął Shin.
-Pewnie Yune będzie pierwszy- odezwałem się.
-Nie, bo go pewnie dupa boli- wtrącił lider zespołu.
-Ej, odkryłem chyba nową zasadę fizyczną!- wykrzyknął uradowany Toshi.- Z tego, co ja rozumiem…
-…a rozumiesz bardzo mało…- mruknął Kyo, przez co został zmrożony wzrokiem przez basistę.
-Więc z tego, co ja rozumiem- kontynuował- im większa kurwa, tym szybciej biega. Może w reprezentacji Japonii we wszelkich sportach powinniśmy wystawiać same dziwki i alfonsów?
-Niegłupie- mruknął perkusista z uznaniem.- Zgłoś ten pomysł do parlamentu! Niech go refundują z kasy państwa!
-Nie, bo mi jeszcze basistę zabiorą i zrobią z niego ciecia w garniturku- jęknął ciemnowłosy gitarzysta.
-W sensie urzędnika?- zapytałem.
-Nom- kiwnął głową.
Rozmowa na ten i jeszcze parę innych tematów, których już przybliżać nie będę ze względu na zdrowie, a nawet życie niektórych czytelników, trwała jeszcze dwie godziny. Przez cały ten czas Die się nie odzywał. Zdziwiło mnie to, bo on zazwyczaj ma właśnie najwięcej do powiedzenia. A teraz? Wsłuchaj się w ciszę, a usłyszysz mój głos… Non stop go obserwowałem, nie spuszczając z niego oka, co widocznie gitarzysta zauważył, lecz nie przeszkadzało mu to, gdyż posłał mi chytry uśmieszek. Chwilę po tym, jak to zrobił, wstał, podszedł do drzwi i otworzył je. Wszyscy grzecznie wyszli, a ja siedziałem jak ten kołek i patrzyłem tępo na czerwonowłosego. W końcu dźwignąłem swoje cztery litery, a wtedy chłopak podszedł do mnie i z powrotem pchnął na fotel.
-Ty nie idziesz- odezwał się po raz pierwszy tego dnia.
Usiadł mi na kolanach i przez chwilę przyglądał się z delikatnym uśmieszkiem, po czym znów przyjął ten tajemniczy wyraz twarzy i przesunął dłonią po moim policzku, następnie kierując swoje palce na moją szyję i tors oraz brzuch. Podwinął moją bluzkę i wsunął pod nią rękę, a ja mało nie dostałem palpitacji serca.
-C… Co ty robisz?- zdziwiłem się.
-Ciii… Wiem, że tego chcesz- przybliżył się i pocałował mnie mocno.
Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje, ale zaraz się zreflektowałem i oddałem pocałunek. Zdałem sobie sprawę, że już nigdy więcej mogę go do tego nie nakłonić, a skoro to on zaczyna i ewidentnie daje mi znać, że ma ochotę, to niby dlaczego miałbym tego nie wykorzystać?

[Yune]
Reita nie przestawał mnie tulić nawet, kiedy już się uspokoiłem. Chłopak był zmęczony, z pewnością nie wyspał się na tym parapecie. Ułożyłem wygodniej głowę na jego barku i przymknąłem na chwilę oczy, a kiedy znów je otworzyłem znajdowałem się w swojej sypialni. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem w bok. Obok mnie spał Akira… Szybko zerwałem się do siadu i spojrzałem na siebie. Uff… Byłem ubrany, więc z pewnością do niczego nie doszło. Oczywiście tak nagły ruch spowodował niemiłosierny ból w szanownym dole moich pleców, przez co skrzywiłem się. Rei niechętnie otworzył oczy i spojrzał na mnie zaspany. Również wywindował się do siadu i objął mnie ramionami.
-Koszmar?- zapytał.
-Eem… Tak- skłamałem. Przecież nie mogłem mu powiedzieć, że bałem się, że i on mnie wykorzystał.- A… Znaczy… Czemu jesteśmy w mojej sypialni, kiedy przed chwilą byliśmy na korytarzu?
Blondyn uśmiechnął się ciepło i pogłaskał mnie po włosach.
-Zasnąłeś na moim ramieniu, więc pozwoliłem sobie wyciągnąć ci klucze z kieszeni i zanieść do łóżka. Siedziałem przy tobie, ale jakoś sam też zasnąłem- wyjaśnił.
-A… Acha…- mruknąłem, a on oparł czoło o moje ramię, przez co jego ciepły oddech owiewał moją szyję. Przeszedł mnie dreszcz; sam nie wiem czy przyjemny, czy też nie.- Mam jeszcze jedno pytanie…
-Hm?
-Dlaczego zostałeś? Przecież nie musiałeś. Mogłeś iść do domu i zapomnieć o tym wszystkim, co się stało. W dodatku po tym, jak cię potraktowałem i wyrzuciłem z mieszkania, ty czekałeś na mnie, a kiedy w końcu się pojawiłem, a to przed czym próbowałeś mnie uchronić stało się prawdą, zamiast prawić mi jakiś kazań, po prostu przytuliłeś mnie i pocieszałeś… Dlaczego?
-A co by to dało, gdybym prawił ci kazania?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Pewnie nic…
-No właśnie. A poza tym, nie potrafiłem wyjść i o tym wszystkim zapomnieć. Zresztą to jest niemożliwe. Kai jest liderem i perkusistą zespołu, więc będę się z nim musiał widywać, czy tego chcę, czy nie chcę, a to oznacza, że zawsze będzie mi się przypominała ta sprawa. I… I jakoś nie umiem trzasnąć drzwiami, kiedy ktoś płacze i cierpi. Szczególnie, kiedy jest to osoba, która przeszła już tak dużo, jak ty…- wyszeptał mi na ucho, a mi momentalnie zrobiło się ciepło na sercu. Troszczył się o mnie? To takie… takie… sam nie wiem jak to nazwać. Nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego. I nagle ogarnęła mnie myśl, która zburzyła to miłe uczucie… A jeśli on też chce mnie tylko wykorzystać? Może to jakiś głupi żart całego Gazetto? Wczorajszej nocy Kai, dzisiejszej Reita, jutro Ruki, a pojutrze Aoi z Uruhą? Po moich policzkach znów popłynęły łzy…
-Yune… Co się stało?- zapytał cicho, przytulając mnie.
Przez chwilę nie byłem w stanie mu odpowiedzieć. Zacząłem głośno szlochać, wczepiając się w niego. Był taki ciepły… Właśnie tego teraz najbardziej potrzebowałem- ciepła drugiej osoby.
-Powiedz mi, że to nie jest żart…- wychlipałem.
-Jaki żart? O co chodzi?
-Powiedz, że nie jesteś taki jak Kai! Że nie zrobisz mi tego!
Akira odsunął się ode mnie i spojrzał mi w oczy ze zdziwieniem.
-Oczywiście, że nie jestem taki, jak on! Za to, co zrobił, to jeszcze ode mnie dostanie, nie bój się- pokręcił głową i przeczesał dłonią moje włosy.- Dlaczego o tym pomyślałeś?
-Bo… Bo on, znaczy… Tanabe za… zachowywał się tak… tak samo i ja myślałem, że ty… ty… no wiesz- zacząłem się jąkać i zrobiło mi się strasznie głupio. Przecież on od samego początku chciał dla mnie dobrze, więc jak mogłem go o coś podobnego posądzać? W każdym razie czułem się nieco pewniej, kiedy usłyszałem z jego ust taką właśnie odpowiedź. To chciałem właśnie usłyszeć. Chciałem się upewnić, że on nie zrobi mi krzywdy, że przy nim mogę czuć się bezpiecznie.
Wtuliłem się w chłopaka i nagle znów ogarnęła mnie senność. Byłem kompletnie wykończony płaczem i ciągłym przeżywaniem. Suzuki objął mnie ciaśniej i głaskał uspakajająco po plecach. Prężyłem się pod jego dotykiem, jak kot, co nie umknęło jego uwadze i wywołało na jego wąskich wargach nikły uśmieszek.
-Jestem śpiący…- mruknąłem, a blondyn ułożył mnie z powrotem na łóżku.
-Chyba będę się już zbierać…
-Co? Nie idź- chwyciłem go za rękę, kiedy chciał już wstać.- Nie zostawiaj mnie. Proszę…- spojrzałem na niego błagalnie.
Reita znów przysunął się do mnie, a ja dłonią nacisnąłem na jego tors, tym samym zmuszając go, żeby się położył. Kiedy już to zrobił, ułożyłem głowę na jego klatce piersiowej i wsłuchiwałem się w rytmiczne bicie jego serca, który mnie powoli usypiał. Niespodziewanie coś mi się przypomniało i podniosłem się na łokciach, spoglądając na twarz basisty.
-Nawet ci nie podziękowałem…
-Nie musisz- uśmiechnął się.- Nie ma za co.
-Jest, oj, jest za co- również uśmiechnąłem się i nawet sam nie wiedzieć kiedy, przysunąłem się do niego.
Blondyn spojrzał na mnie wyczekującym wzrokiem, tak jakby czekał na kontynuację mojej wypowiedzi, a następnie uśmiechnął się delikatnie, kiedy zrozumiał, co mam zamiar zrobić, choć się nie kontrolowałem. Podniósł się delikatnie i złączył nasze usta, kiedy ja zamarłem ze strachu, że może mnie odrzucić. W końcu miał do tego miliony powodów, ale tego nie zrobił. Pocałował mnie namiętnie i czule. Położyłem się na nim całkowicie, a on objął mnie w pasie. Akira miał o wiele bardziej miękkie i słodsze usta od Yutaki. Basista całował mnie spokojniej i wkładał to więcej pasji. Nie poruszał dłońmi, nie rozbierał mnie, nie chciał więcej, jak tylko pocałunku. Wkładał w to więcej… uczucia?

[Kai]
Do niczego z Die’em nie doszło. Chłopak zaczął ze mnie szydzić i wyśmiewać się. Powiedział, że to wcale nie Yune jest głupi, tylko ja, bo jego bynajmniej należałoby pocieszyć, ale od tego ma już Reitę. Nie zrozumiałem, o co chodziło mu z Akirą, ale nie wnikałem, gdyż byłem zbyt zajęty użalaniem się nad sobą i płakaniem.
-Myślałeś, że robienie komuś krzywdy jest fajne?! Czy tobie padło na mózg?!- wydarł się.
-Sa… Sami tak mówiliście…
-To był tylko sprawdzian. Nie zadajemy się z ludźmi, którzy nie mają charakteru i jedynie udają takich fajnych, żeby nam się przypodobać. Kai, to było żałosne… Współczuję Yune, że musiał przez ciebie przejść przez coś takiego…- pokręcił głową i wyszedł.
Pięknie… Straciłem wszelkich przyjaciół. GazettE nie chcieli się ze mną zadawać, gdyż uważali, że odkąd zacząłem kumplować się z Dir en grey, stałem się bardzo opryskliwy i nie jestem już tym samym lider-samą, co wcześniej. Mówili, że mnie nie poznają. Chłopacy z DeG również nie chcą mnie znać, bo uważają, że nie mam własnego charakteru, że jestem za słaby. Popadałem w depresję, a to wszystko potęgowała jeszcze świadomość, że zraniłem Yune… i to mocno… Nie powinienem bawić się jego uczuciami, nawet jeśli to oznaczałoby, że Die w jakiś magiczny sposób miał mnie pokochać. Zresztą on jest z Kaoru… Przynajmniej tak mi powiedział. Czułem się głupio, bo rzeczywiście się zmieniłem… i to na gorsze- dużo gorsze. A wszystko tylko dlatego, żeby w końcu Daisuke zwrócił na mnie uwagę… „Wiesz, może nie jesteś taki zły, ale nie toleruję ludzi, którzy rzucą się dla mnie w ogień. Chcę otaczać się takimi osobami, którym będę ufał i będę mieć ten komfort świadomości, że w razie problemów będę się mógł do nich zwrócić o pomoc, ale w razie, kiedy już zacznę przesadzać, przywalą mi w ryj i dadzą do zrozumienia, że zaczyna mi odpierdalać. Mają dać mi znać, że mam przestać, a nie cieszyć się i przez całe życie mi poklaskiwać i mnie chwalić. Chcę zadawać się z ludźmi, nie z marionetkami, którą jesteś ty…”- w głowie dźwięczały mi jego słowa.
Miłość jest do dupy… Już nigdy więcej się nie zakocham- bynajmniej nie w Die’u.

Burdel, nie zycie cz.5

I | II | III | IV


W końcu znalazłem dość odległe miejsce do parkowania i wyszedłem z auta. Wziąłem głęboki wdech zimnego, nocnego powietrza i zdecydowanym krokiem ruszyłem do wielkiego obdrapanego budynku z różowy neonowym szyldem, od którego bolały oczy. W sumie to pożałowałem Yune- mógł skończyć lepiej… o wiele lepiej…
Pchnąłem ciężkie drzwi i wszedłem do środka. Skierowałem się do brudnego, małego stołu, za którym siedział jakiś transwestyta, przeglądający jakieś zboczone pisemko.
-Do kogo kotku?- zapytał, a mnie przeszedł zimny dreszcz obrzydzenia.
-Jest tu Yune?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
-Hm… Nie. Dziś nie był łaskaw się zjawić. Coś ostatnio w ogóle nie pokazuje się tu zbyt często- wzruszył ramionami.- Ale mogę dać ci jego numer, kotku- puścił mi oczko, a ja ledwo powstrzymałem torsje. W duchu ucieszyłem się, że oszczędził mi tej całej paplaniny i od razu wyjechał z takim tekstem. Kiwnąłem głową, na znak, że chcę ten adres. Transwestyta naskrobał coś na białej karteczce, po czym podał mi ją.- Siedemset jenów- rzucił cenę.
-Za co? Chyba jemu płacę, nie tobie, nie?- zdziwiłem się.
-Siedemset jenów za podanie adresu- uśmiechnął się wrednie, poczerniałymi zębami, a ja poczułem, jak mój żołądek wywraca się do góry nogami.
-Dobra- mruknąłem i podałem mu pieniądze, w końcu to nie była jakaś bajeczna suma.
Wyszedłem znów na ulicę i podziękowałem Bogu, że nie musiałem tam zostać zbyt długo. Nie wiem, jak Yune może tam chodzić codziennie… Zwymiotować tam idzie, a poza tym syf taki, że nic tylko nasrać i rowerem pojeździć. Były perkusista musiał być naprawdę zdesperowany, żeby posunąć się do czegoś takiego…
Rozszyfrowałem koślawe pismo transwestyty i odczytałem, że Yune mieszka na tej samej ulicy, niespełna jakieś siedemset metrów dalej. Poszedłem piechotą i stanąłem pod małym, szarym, przysadzistym blokiem. Miał jedynie dwa piętra. Wszedłem do środka i spoglądałem na wszystkie drzwi po kolei, szukając numeru dziesięć, jednak na żadnych z nich nie było numeru. Wszedłem po skrzypiących, spróchniałych schodach na pierwsze piętro i rozejrzałem się. Na pierwszych drzwiach po mojej lewej została wyryta cyfra sześć, więc pomyślałem, że numer dziesięć musi mieścić się na kolejnym piętrze. Nie myliłem się. Mieszkanie Yune chyba jako jedyne miało numer na drzwiach. Stanąłem przed nimi i zapukałem energicznie. Po chwili krzątania usłyszałem zaspane: „Zaraz!” i w drzwiach stanął blondyn, przecierający oczy. Spojrzał na mnie i momentalnie się zreflektował- wyprostował, otworzył szeroko oczy.
-Co ty tu robisz?!- niemalże krzyknął.

-Cicho- zatkałem mu usta dłonią.- Chcę porozmawiać, jednak nie musisz przez to budzić wszystkich sąsiadów- popatrzyłem na niego z dezaprobatą.
Chłopak był w szoku, więc skorzystałem z tego i wcisnąłem się bez zaproszenia do jego mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi i przeszedłem do największego pomieszczenia, które jednocześnie było salonem, kuchnią i jadalnią. Blondyn podreptał zaraz za mną. Z jego wyrazu twarzy wywnioskowałem, że jest zażenowany swoim mieszkaniem. Przyglądał się mojemu ubraniu- no tak, trochę przesadziłem. Byłem ubrany nadto bogacko, przez co mógł pomyśleć, że chcę się przed nim popisać pieniędzmi, albo upokorzyć go w ten sposób, przypominając mu, że nigdy nie osiągnął takiego sukcesu jak ja i całe Gazetto. Jednak nie myślałem nad swoim ubiorem, kiedy zerwałem się z łóżka. Założyłem po prostu to, co wpadło mi w ręce, to w czym jeszcze dzisiejszego popołudnia byłem w studiu.
-Yune…- zacząłem niepewnie i podszedłem do niego. Spuścił głowę i zakrył twarz długą grzywką, którą ja odgarnąłem.- Chciałem porozma…
-Proszę, wyjdź stąd- pokręcił głową, przerywając mi. Odtrącił moją dłoń od swojej twarzy.
-Co?- zdziwiłem się.
-Do kurwy nędzy, Reita! To jest mój zawszony dom i cię z niego wyrzucam! Nie chcę z tobą rozmawiać! Nie chcę cię widzieć! Nie chcę cię znać!- krzyknął, a po jego policzkach popłynęły łzy. Nic nie rozumiałem z jego zachowania.- Dobrze wiem, co zamierzasz! Chcesz mi wmówić, że Kai jest zły i niedobry, odtrącając ode mnie jedyne szczęście jakie spotkało mnie w życiu! On jest dobry! Nigdy ci nie uwierzę! To ty zawsze byłeś zły! To ty zawsze czaiłeś wyrzucić mnie z zespołu, zawsze zrobić mi na złość, utrudnić życie! Myślisz, że jestem aż taki tępy, żeby na nowo uwierzyć w te twoje wszystkie kłamstwa?!- popatrzył na mnie z wyrzutem, a ja niewiele myśląc przytuliłem go.
Yune na początku wyrywał się, jednak po chwili wczepił się we mnie. Objąłem go jedną ręką w pasie, a drugą uspakajająco głaskałem po plecach. Chłopak wtulił się w moje ramię, gdyż byłem od niego wyższy (nie wiem czy to prawda, ale cóż… uznajmy, że tak xD od aut.) i zarzucił mi ręce na kark. Rzewnie płakał przez długi czas, a ja starałem się jak mogłem uspokoić go, szepcząc ciche słowa wprost do jego ucha. Blondyn cały czas trząsł się i niespokojnie oddychał. W końcu, gdy poczułem, że zaczyna się uspokajać i nie ma siły stać już na nogach, lekko odkleiłem się od niego i wytarłem jego łzy grzbietem dłoni.
-Wybacz, ale muszę cię rozczarować- powiedziałem, a raczej szepnąłem.- Kai wcale nie jest taki jak ci się wydaje. On się zmienił, sam go nie poznaję. Stał się taki od kąt zaczął zadawać się z chłopakami z Dir en Grey. Proszę, uwierz mi… Wiem, że między nami nigdy nie układało się zbyt dobrze, ale… Uwierz mi… Ten jeden jedyny raz…- popatrzyłem mu w oczy, a on odepchnął mnie z impetem, tak, że niemalże straciłem równowagę.
-Nie- odwrócił się do mnie tyłem.- Ty kłamiesz…- powtarzał w kółko pod nosem, jak mantrę.
Zachowywał się jak dzieciak, ale on zawsze taki był. Duże dziecko- dlatego tak łatwo było go zranić i nawet po jednej nieprzychylnej opinii potrafił wszystko rzucić, usiąść na środku i się rozpłakać. Zawsze był uczuciowy i miał na względzie dobro innych, nie liczył się ze sobą… dlatego wylądował tu, gdzie obecnie się znajdujemy, jak widać na załączonym obrazku (proszę sobie wyobrazić, jak wygląda rozpadające się mieszkanie Yune, właściciel stojący tyłem i Reita, czule na niego patrzący od aut.) Było mi go żal. Naprawdę. Tyle razy sprawiałem mu przykrość, a teraz gdy jeden jedyny raz chcę zrobić dla niego coś dobrego… nie wierzy mi… Z resztą nie dziwię się, sam bym sobie nie wierzył…
Podszedłem do niego i przytuliłem od tyłu, splatając dłonie na jego brzuchu. Oddechem owiewałem jego szyję, przez co zadrżał.
-Uwierz mi…- mruknąłem i sam nie wiedzieć dlaczego, zacząłem całować go po szyi i prawym ramieniu, które odsłaniała za szeroka bluzka, która najwidoczniej służyła mu za górną część piżamy.
Yune przymknął oczy i westchnął… z przyjemności? Nie wiem dlaczego to robiłem, a tym bardziej dlaczego i mi sprawia to radość. Mocniej go do siebie przyciągnąłem, po czym odwróciłem przodem i spojrzałem w jego ciemnobrązowe oczy, które teraz w nieoświetlonym mieszkaniu, zdawały się być czarne. Nie do końca zmyty makijaż rozmazał się od jego łez i zostawił krótkie, czarne zacieki pod jego dolnymi powiekami. Uśmiechnąłem się samymi kącikami ust i zetknąłem się z nim czołem.
-Tym razem naprawdę nie kłamię- cały czas patrzyłem mu w oczy.
Chłopak nie wiedział, co ma robić. Stał jak wryty w podłogę i gapił się na mnie wystraszonymi oczami. Wziąłem jego ręce i objąłem się nimi za szyję. Jeszcze bardziej przybliżyłem swoją twarz do jego.
-Jak mam cię do tego przekonać?- szepnąłem mu prosto w usta.
Staliśmy tak przez chwilę, a może dwie… może i godziny, a nawet i wieki, sam nie wiem, patrząc sobie nawzajem w oczy. Miałem wrażenie, że czas, a z nim nasze serca i oddechy zwalniają i bledną. Poczułem się tak… swobodnie i opanowanie, jak nigdy dotąd. W końcu zdecydowałem się i pocałowałem go. Zaledwie musnąłem jego wargi. To był słodki, delikatny pocałunek przesiąknięty trwogą i niepewnością następnego ruchu partnera. Znów spojrzałem mu w oczy, a w następnym momencie poczułem jego dłoń na swoim policzku- dostałem z liścia.
-Wyjdź stąd- syknął groźnie.
Cisza. Patrzyłem na niego w osłupieniu. Uśmiechnąłem się szeroko- chyba mi odbiło.
-Nie- odpowiedziałem równie stanowczo.
Wzruszyłem ramionami i usiadłem na miękkiej kanapie, mieszczącej się za mną. Założyłem nogę na nogę i skrzyżowałem ręce na piersi.
-Wiesz, zazwyczaj gościom proponuje się kawę czy herbatę…- zachichotałem.
-Ty nie jesteś gościem, tylko insektem- warknął.
-Doprawdy?- uniosłem jedną brew.- Tym stwierdzeniem dajesz mi znać, że chcesz się mnie pozbyć?
-Dokładnie- przytaknął.
-Nie będzie łatwo- zaśmiałem się.
***
-No do kurwy nędzy, długo masz tu jeszcze zamiar siedzieć?!- wrzasnął na mnie.
-Dopóki mnie nie wysłuchasz i nie uwierzysz- odpowiedziałem, przeglądając kolejny szmatławiec leżący na stoliku, przed kanapą, na której siedziałem.
Pib! Pib!- rozległ się sygnał sms’a komórki Yune. Chłopak wyjął telefon i odczytał treść wiadomości. Uśmiechnął się nikle pod nosem, a ja odłożyłem gazetę.
-Muszę iść- oznajmił, zakładając buty.
-Kai- syknąłem.
-A żebyś wiedział- uśmiechnął się wrednie.- I zamierzam się z nim zobaczyć- posłał mi całusa i już chciał wychodzić, kiedy podbiegłem do niego.
-Nie możesz tam iść- zaprotestowałem.
-Mogę i właśnie to robię- powiedział ostro, wymijając mnie i otwierając drzwi. Wyszedłem z nim. Blondyn zamknął drzwi na klucz.- Przynajmniej pozbyłem się ciebie z mieszkania- poszerzył uśmiech. Złapałem go za ramię.
-Nie rób tego- powiedziałem przyciszonym głosem. Chłopak prychnął i odszedł.

[Yune]
Umówiłem się z Kaim, tam gdzie wczoraj- w parku. Już na zawsze będzie on mi się kojarzył z czymś dobrym. Z uśmiechem na ustach ruszyłem przed siebie. Po dziesięciu minutach spaceru byłem na miejscu. Tanabe już czekał. Gdy tylko mnie zobaczył, od razu uśmiechnął się i podszedł do mnie, po chwili namiętnie całując i obejmując w pasie.
-Kocham cię- szepnął mi do ucha, a ja poczułem, że odpływam. Czy to naprawdę możliwe? Możliwe że to właśnie powiedział?! Że to prawda?! Poczułem, jak moje policzki oblewają się szkarłatem. Przytuliłem się do niego mocniej.
-Ja ciebie też- położyłem głowę na jego ramieniu, a on pogłaskał mnie po plecach.
Odrzuciłem od siebie wszelkie złe wspomnienia związane z Reitą i dzisiejszą nocą i złapałem Yutakę za rękę, po czym ruszyliśmy przed siebie.
-Dziś wiem dokąd pójdziemy- uśmiechnął się.
-Dokąd?
-Zobaczysz- uśmiechnął się.
***
Po dość długim romantycznym spacerze, stanęliśmy przed dużym budynkiem hotelu. Brunet zaciągnął mnie do środka i od razu wepchnął do windy. Wjechaliśmy na najwyższe piętro i stanęliśmy przed jakimiś drzwiami. Kai wyciągnął klucz z kieszeni i otworzył je, po czym zaciągnął mnie do środka. Nic nie mówiąc, przycisnął mnie do ściany i zaczął namiętnie całować. Zrobiło mi się gorąco. Czułem się, jak nastolatka, która zaraz miała stracić dziewictwo. Chłopak wsunął rękę pod moją bluzkę i zimnymi, szczupłymi palcami zaczął błądzić po moim brzuchu i podbrzuszu. Gdy chciał zdjąć ze mnie bluzkę, odepchnąłem go.
-Kai…- spojrzałem na niego zażenowany.- Nie chcę…- spuściłem głowę. Znów poczułem się, jak zwykła, nic nie warta kurwa.
-Proszę- szepnął mi do ucha i objął w pasie, przyciągając do siebie.- Mam na ciebie ochotę- oblizał wulgarnie usta i uśmiechnął się zawadiacko.
Jeszcze nigdy w życiu nikt nie powiedział, że ma na mnie ochotę. Zazwyczaj byłem ostatecznością dla zdesperowanych seksoholików, jednak… cóż… w końcu to Kai i na pewno nie zrobi mi krzywdy.
-Ech… No dobrze- powiedziałem nieśmiało, a chłopak zaciągnął mnie do sypialni.
Rzucił mnie na łóżko i usiadł na mnie okrakiem, ocierając się o mnie. Mimowolnie jęknąłem, no co brunet zareagował szerokim uśmiechem. Nachylił się nade mną i mocno pocałował. Po chwili zdjął ze mnie bluzkę i już zaczął mocować się z paskiem od spodni.
-Szybki jesteś- zaśmiałem się.
-Jestem napalony- również się zaśmiał i rozpiął guzik moich spodni.
Nie minęło dziesięć minut od kąt weszliśmy, a już leżeliśmy nadzy. Całowaliśmy się namiętnie. Założyłem Tanabe ręce na kark, a on podpierał się na dłoniach po obu stronach mojej głowy. Cały czas się o mnie ocierał i czułem, jak z każdą chwilą, on jak i ja, twardnieje. Było naprawdę gorąco. W pewnym momencie Kai oderwał się ode mnie i podstawił mi do ust trzy palce, które ja dokładnie oblizałem, zostawiając na nich grubą warstwę śliny. Poczułem jak wbija we mnie pierwszy palec- byłem przyzwyczajony do tego, więc nawet nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. Mężczyznę chyba to zdziwiło, jednak nic nie powiedział i dodał drugi palec. Tym razem westchnąłem, poruszając lekko biodrami. Brunet uśmiechnął się widząc moją reakcję i dodał trzeci palec, a ja z rozkoszy wygiąłem się, odchylając głowę do tyłu. Kai zaczął całować mnie po szyi. Kiedy już uznał, że jestem odpowiednio przygotowany, zastąpił swoje palce członkiem. Stłumiłem jęknięcie.
-Chcę cię słyszeć- szepnął mi do ucha.- Nie powstrzymuj się- uśmiechnął się.
To była kwestia przyzwyczajenia. Zazwyczaj klienci nie lubili, kiedy ich zabawka wydawała z siebie jakiekolwiek dźwięki, dlatego starałem się siedzieć cicho, ale skoro Kai chce… Od razu zaczął się we mnie poruszać- szybko i chaotycznie, szukając mojego czułego punktu. Jęczałem i wzdychałem z rozkoszy, tak jak tego chciał. Byłem do tego tak przyzwyczajony, że praktycznie nie czułem bólu- w sumie dziesięć lat kurwienia się, coś wnosi… Oplotłem go nogami w pasie, żeby było mi wygodniej. Tanabe zaczął na ślepo szukać moich ust, a gdy je znalazł wpił się w nie zachłannie. Starałem się oddać pieszczotę, ale nie mogłem skupić się na pocałunkach, gdyż co chwilę jęczałem wprost do jego ust, na co chłopak uśmiechał się zadowolony ze swoich poczynań. Po chwili obaj doszliśmy w tym samym momencie. Kai opadł obok mnie, zmęczony, a ja zdyszany i szczęśliwy wtuliłem się w jego rozgrzany tors.
***
Obudziło mnie jakieś nieznośnie dźganie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą znudzoną twarz perkusisty. Uśmiechnąłem się i chciałem go pocałować, ale on mnie odepchnął. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc, co się dzieje.
-A od kiedy to kurwy nocują u swoich klientów, co?- żachnął.- Ubieraj się- rozkazał.
Posłusznie zrobiłem to, co kazał. Sam był już kompletnie ubrany. Nie wiedziałem, co mu odbiło, jednak czułem się strasznie.
-Kai…- zacząłem niepewnie.
-Zamknij się suko!- wrzasnął na mnie.- I tak straciłem na ciebie już zbyt dużo czasu- prychnął.
-Co?- zdziwiłem się, a w moich oczach pojawiły się łzy.
-Kurwa, ile teraz trzeba się namęczyć, żeby dostać darmowy seks- wywrócił oczyma.
-Darmowy seks? Tylko o to ci chodziło?- po moich policzkach znów potoczyły się łzy.
-No to chyba jasne, nie?- burknął.- Ale dla kogoś tak ograniczonego, jak ty to chyba rzeczywiście za trudne- prychnął.- Mały, biedny Yune myślał, że naprawdę go kocham?- zapytał słodko.- Jakież to żałosne- zaśmiał się złowieszczo, a ja zdałem sobie sprawę, że nie dość, że mnie wykorzystał to jeszcze ma zamiar się nade mną pastwić. Łzy potokami płynęły po moich policzkach, a ja nie mogłem ich kontrolować.- Wiesz, co? Jesteś tak głupi, że normalnie poezja! Chyba napiszę o tym piosenkę!- zaśmiał się. Nachylił się nade mną i chwycił za brodę, zmuszając, abym na niego patrzył.- A może masz ochotę na powtórkę?- wybuchnął śmiechem, a ja nie zdzierżyłem i wybiegłem z pokoju z płaczem. Jak on mógł zrobić mi coś podobnego? Przecież go kochałem… a on czym mi się odpłacił?
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że… Reita miał racje! Chciał dla mnie dobrze, a ja… ja zachowałem się, jak małe dziecko powołując się na wspomnienia. Głupi Yune, Kai ma racje- jestem nic nie wartą szmatą.
***
Do domu dotarłem dopiero wieczorem. Droga do mieszkania była długa, a ja kuśtykałem i nie miałem siły iść. Ani siły ani ochoty by wracać do tych przegniłych dwóch pokoi. Z niemałym problemem wszedłem na drugie piętro bloku, w którym mieszkałem i stanąłem przed drzwiami do swojego mieszkania. Usłyszałem jak… taki spokojny oddech- jakby ktoś spał. Odwróciłem się i spostrzegłem drzemiącego Reitę, siedzącego na parapecie w oknie. Boże, on przez cały czas tu siedział i czekał? Ale na co? Może zostawił coś u mnie w mieszkaniu? W sumie… Rei zawsze po mistrzowsku otwierał zamki za pomocą agrafki albo wsuwki czy innego metalowego pręcika, których tutaj pełno walało się po podłodze, więc gdyby chciał to pewnie by wszedł… Może po prostu nie chciał rozwalać mi zamka w drzwiach? Podszedłem do niego i spojrzałem na jego spokojną twarz. Basista wierzgnął niespokojnie i obudził się. Spojrzał na moją zapłakaną twarz i nic nie mówiąc przytulił mnie, a ja znów się rozpłakałem. Słowa nie były potrzebne. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że wie, co się stało. Przecież chciał mnie przed tym uchronić…


CDN

Burdel, nie zycie cz.4

I | II | III


[Yune]
Już szykowałem się na spotkanie z Kaim, kiedy dostałem sms’s. Wziąłem moją wysłużoną komórkę do ręki i spojrzałem na wyświetlacz. Numer nieznany. „Sorry, ale czy jeśli nie jest to dla ciebie problem, możemy spotkać się w parku przy równoległej ulicy? Jakaś fanka widziała, jak wysiadam z auta na podjeździe i teraz mam tu mały tłum gapiów, ale wyjdę przez okno- w końcu nie odwołam naszego spotkania J Możemy tam się spotkać? Kai.”- przeczytałem treść wiadomości. Skąd on miał mój numer? A… Pewnie z przystanku autobusowego, jasne. Odpisałem, że się zgadzam. Mimowolnie uśmiechnąłem się, kiedy jeszcze raz przeczytałem: „W końcu nie odwołam naszego spotkania”- zrobiło mi się naprawdę miło. Fajnie było być świadomym, że komuś zależy na spotkaniu ze mną. Naprawdę miło…

[Kai]
-Wysłałeś tego sms’a?- zapytał Dię, gnąc się w pół ze śmiechu. Ledwo go usłyszałem, gdyż Kyo tak się brechtał, że niemalże popękały mi bębenki w uszach.
-Ta- odpowiedziałem, ocierając łzy śmiechu.
-Boże, jaki on jest naiwny- zaśmiał się Toshiya.- Myśli, że od tak po spotkaniu swojego rywala, którego nie widział przez dziesięć lat nagle zawiąże się między nimi przyjaźń? A może nawet liczy na coś więcej?- prychnął.
-Aż tak mocno nie uderzyłem głową o chodnik, przy zderzeniu z nim, żeby go polubić- dopowiedziałem.
-Wiesz, to wszystko nie byłoby jeszcze takie głupie, gdyby nie to, że jest kurwą- wtrącił się Shin.
-Dobra- od tyłu podszedł do mnie Die i klepnął po tyłku.- Wyłaź już przez to okno, bo się spóźnisz- uśmiechnął się.
-Się nie bój- odpowiedziałem mu tym samym gestem i pocałowałem w policzek, po czym skierowałem się w stronę drzwi.- Tylko mi domu nie roznieście- puściłem i oczko i wyszedłem.
-Ciekawe, kto jest głupszy, Kai czy Yune?- spytał Kyo.
-Moim zdanie Kai. Kurwa, on seryjnie myśli, że my go uważamy za kumpla- zaśmiał się czerwonowłosy.- Biedne, naiwne dziecko…- pokręcił głową.- W dodatku mnie obślinił- wytarł policzek dłonią.
-Kiedy mu powiemy, że go jedynie wykorzystujemy?- zapytał Toshi, przeciągając się.
-A co ci tak spieszno? Przynajmniej mamy piwo darmowe- uśmiechnął się Shinya i sięgnął po jeszcze jedną butelkę.
-Nie wiem kiedy, ale w najmniej oczekiwanym przez niego momencie- odpowiedział Die.
-Tak żeby go najbardziej zabolało- wtrącił Kaoru.
-Dobry pomysł- kiwnął głową Kyo.- Na przykład, kiedy Die będzie go posuwał?- zaśmiał się.
-Czemu ja?!- oburzył się gitarzysta.
-Bo na ciebie leci- wyjaśnił wokalista.
-Ach, czemu to ja zawsze muszę być ten najprzystojniejszy?- żachnął teatralnie czerwonowłosy, a wszyscy zaśmiali się.
Na szczęście, a może i nieszczęście nie słyszałem tej rozmowy, gdyż już dawno byłem w drodze do parku, gdzie miałem spotkać się z Yune.

[Yune]
Usiadłem na ławeczce i rozejrzałem się. Kaia jeszcze nie było, dlatego postanowiłem jeszcze poczekać. Wyciągnąłem telefon i przejrzałem się w jego ciemnym ekranie, następnie sprawdzając godzinę. Byłem pięć minut przed czasem, no proszę, a zawsze mówią, że się spóźniam…
Czułem się jakoś dziwnie… Jakby ktoś mnie obserwował… Rozejrzałem się dookoła i nagle zobaczyłem Tanabe, opierającego się o drzewo, rosnące za ławką, na której siedziałem. Uśmiechnął się do mnie i przeskakując przez drewniane oparcie, usiadł obok mnie.
-Ohayo- przywitał się.
-Mhm…- burknąłem w odpowiedzi.
Przez chwilę przyglądał mi się z uśmieszkiem, a później przeniósł wzrok na jakiś odległy punkt i przyjął wyzywający wyraz twarzy. Spojrzałem w tamtą stronę, ale nikogo nie zauważyłem.
-Do kogo ty się tak uśmiechasz?- zapytałem po chwili ciszy.
-Co?- najwidoczniej wyrwałem go z letargu.- Jak to do kogo? Do ciebie- uśmiechnął się ciepło i pocałował mnie w policzek.- Chodźmy stąd- pociągnął mnie za rękę.
-Dlaczego?- zdziwiłem się.
-Mam ochotę się przejść się- pokazał swoje urocze dołeczki.
Szliśmy raźnym, a nawet wręcz wojskowym krokiem, przez co po jakiś dziesięciu minutach marszu zacząłem odczuwać ostre kłucie w boku- kolkę. Nie byłem wysportowany. Byłem chudy, ponieważ czasem uiszczenie wszystkich opłat, typu rachunki itp., było dla mnie tak wielkim ciosem w mój i tak bardzo skąpy budżet, że musiałem rezygnować z posiłków, nawet przez sześć dni. Dla kogoś mogło to być niepojęte, jednak tak było. Nie byłem szczupły, byłem chudy, a pokusiłbym się nawet o określenie zabiedzony. Sama skóra i kości, zero mięśni, zero tłuszczu- często odżywiałem się jedynie słodyczami, gdyż były one tańsze od zwykłych produktów, typu warzywa, owoce itp., jednak nie mogłem przytyć. Było to główną przyczyną tego, iż miałem mało klientów i dawałem się (jak to brzmi… od aut.) każdemu lepszemu, żeby trochę zarobić. Bo kto chciałby się pieprzyć ze skórzanym workiem kości? No, a to, że nie przebierałem w klienteli, było przyczyną, że stałem się kurwą najniższej rangi, co również odstraszało ludzi, gdyż takie dziwki zazwyczaj jedynie roznosiły choroby i pasożyty.
-Kai, może trochę zwolnimy, co?- zapytałem, starając się zamaskować zmęczenie.
Chłopak obrócił się za siebie. Usłyszałem tupot ciężkich glanów.
-Wiesz… To nie jest najlepszy pomysł- powiedział i złapał mnie za rękę, jeszcze bardziej przyspieszając.
Biegliśmy przez park. Zatrzymaliśmy się dopiero przy jego bramie, a to za sprawą jakiegoś blond faceta, który zagrodził nam dalszą drogę. Spojrzałem na niego. Twarz niby znajoma, jednak inna… Ogarnęło mnie dziwne wrażenie, że skądś go znam… Tylko nie wiedziałem skąd. Jest z okolicy? Może widziałem go kilka razy idąc do „pracy”?
Yutaka tak samo jak ja, był zmęczony. Ciężko oddychał. Jeszcze raz spojrzałem na chłopaka przed nami. Moją uwagę przykuły jego buty- glany.
-Kai, daruj sobie, wiesz, że jestem lepszym biegaczem od ciebie- mruknął spokojnym, opanowanym tonem głosu, tak jakby poszedł do sklepu po paczkę fajek i z powrotem, a nie urządził nam pościg. To był jakiś znajomy bruneta? Kto to mógł być?
-Oj, daj spokój Reita- fuknął perkusista, a ja spojrzałem na blondyna i olśniło mnie. Reita! Jak mogłem go nie poznać? Pewnie dlatego, że był bez opaski na nosie- i tak do ludzi wyszedł? Wow, robi postępy…
-Akira?- zdziwiłem się.
-Ohayo Yune- kiwnął głową.- Wiesz, dam ci dobrą radę- nie zadawaj się z nim- wskazał brodą na Tanabe.
-Wiesz, Rei, idź do domu, napij się, pooglądaj telewizję czy rób, co tam ci się podoba, ale odwal się od niego- Yutaka mocniej ścisnął moją dłoń.- Może i znasz moje zamiary, ale to nie twój pieprzony interes- warknął.
W tym momencie wszystkie złe wspomnienia, związane z Reitą powróciły. Jak mnie wyzywał wyśmiewał, ten jego wzrok… Miałem ochotę go uderzyć, szczególnie, że znajdował się tak blisko mnie. Mimo to powstrzymałem się i pociągnąłem Kaia za rękę, wymijając basistę. Blondyn złapał mnie za ramię.
-On wcale nie jest taki dobry i miłosierny, jak ci się wydaje- burknął, na co ja prychnąłem i wyrwałem się w jego stalowego uścisku.- Ostrzegałem…- powiedział cicho i cofnął się o krok do tyłu.
-Wiesz, o wiele bardziej wierzę jemu niż tobie- fuknąłem na Suzukiego i dalej, już w normalnym tempie, ruszyłem przed siebie z Kaim.
Szliśmy bardzo długo. Zrobiło się już późno i nieprzyjemnie zimno. Cały czas trwaliśmy w ciszy, co było dla mnie bardzo niewygodne. Zastanawiałem się czy czasem nie powiedziałem o słowo za dużo, przez co brunet mógłby uznać mnie za dziwnego, czy ogólnie dostrzegłby u mnie jakiś odchył od normy- jednak uspokajałem się tym, że cały czas trzymał mnie za rękę. Splótł ze mną palce, tak jak to zwykle robią zakochane nastolatki. Uśmiechnąłem się w myślach do siebie.
-Kai… Gdzie my właściwie idziemy?- zapytałem.
-Etto… Nie wiem- wzruszył ramionami i uśmiechnął się do mnie.- A przeszkadza ci to?
-No nie- pokręciłem głową- ale nogi mnie już trochę bolą… Nie jestem taki wysportowany jak ty- przypomniały mi się czasy, kiedy jeszcze byłem w zespole. Wszyscy myślą, że jedynie gramy, a przez resztę czasu mamy wolne i robimy co chcemy- upijamy się do nieprzytomności i szalejemy. Wcale tak nie jest oprócz miliarda sesji zdjęciowych, wywiadów, prób, nagrań i tras koncertowych mamy jeszcze treningi z osobistymi trenerami. Perkusista zaśmiał się.
-Ja wysportowany? Weź przestań- wywrócił oczyma, ukazując dołeczki.- Ale skoro bolą cię nogi, to możemy odpocząć- powiedział i usiadł na wysokim krawężniku. Poszedłem w jego ślady.
Zatrzymaliśmy się nad wodą (w sumie Tokio nie tak daleko leży od morza, więc trochę je przesunęłam i zrobiłam z niego całkiem miasto nadmorskie xD od aut.), gdzie mieliśmy piękny widok na otwartą toń wodną. Mimo pięknego widoku, wiał tutaj zimny wiatr i zacząłem się trząść z zimna. Kai zauważył to i bez słowa zdjął z siebie bluzę, po czym założył mi ją na ramiona. Już otworzyłem usta, żeby zaprotestować, że będzie mu zimno, ale on przyłożył palec do ust, dając mi znać, że mam się nie odzywać. W ciszy założyłem bluzę chłopaka i zapiąłem ją pod szyję. Lider Gazetto objął mnie jednym ramieniem, a ja spuściłem wzrok i czułem, jak na moich policzkach wykwitają wielkie rumieńce. Zdawało się, że brunet tego nie zauważył, gdyż pochłonięty był upajającym widokiem. Znajdowaliśmy się w chyba najdroższej dzielnicy. Znajdowały się tutaj domy bogaczy- było tutaj tak drogo właśnie ze względu na bliskość morza i natury. Ulica, przy której siedzieliśmy mieściła się przy samej pseudo plaży- niecałych dziesięciu metrach złocistego piachu z muszelkami. Wiem, że miałem być cicho, ale nie mogłem! Tak bardzo nurtowało mnie jedno pytanie, że w końcu nie wytrzymałem i odezwałem się:
-Mówiłeś, że Reita zna twoje zamiary, co do mnie… O co ci chodziło?
Kai odwrócił wzrok od wody i spojrzał mi w oczy. Uśmiechnął się, jednak nie tak jak przedtem. O wiele subtelniej i bardziej niepewnie. Przysunął się do mnie, na tyle blisko, że czułem na sobie jego ciepły oddech.
-O to…- mruknął i złączył nasze wargi.
Byłem w szoku- jak on, ktoś jego pokroju- bogaty i utalentowany, chodzący bóg- może mnie całować- zwykłą kurwę z ulicy? Było to dla mnie niezrozumiałe. Chłopak nie wyczuwając z mojej strony żadnego oporu kontynuował pieszczotę. To było… takie przyjemne… Pomyślałem, że te wszystkie zdarzenia z ostatnich dni przypominają jakieś tandetne „Love Story”, jednak nie chciałem tego kończyć. W końcu poczułem, że komuś naprawdę na mnie zależy i chcę się zakochać- w końcu ktoś liczy się z moimi uczuciami i nie jestem dla niego tylko zabawką na jedną czy max dwie noce. Nieśmiało oddałem pocałunek, co było przyczyną uśmiechu Kaia. Przyciągnął mnie do siebie i widząc, a raczej czując moje zaangażowanie, sprawił, że pocałunek stał się bardziej pewny i stanowczy- nie było to już jedynie muskanie ust. Polizał moją dolną wargę, tym samym dając mi znak, a raczej zapytanie, czy pozwolę mu na więcej. Uchyliłem usta, z czego on z chęcią skorzystał i wsunął język do moich ust. Całowaliśmy się nieśpiesznie, powoli smakując swoje usta- jego smakowały jak biała czekolada, słodkie. Uśmiechnąłem się samymi kącikami ust i przesunąłem językiem po jego podniebieniu, na co chłopak zamruczał wprost w moje usta. Oderwaliśmy się od siebie, dopiero kiedy brakło nam już powietrza, a raczej kiedy zaczęliśmy robić się niebiescy, gdyż wcześniej żaden z nas nie chciał tego kończyć. To bezsprzecznie była moja najpiękniejsza chwila w życiu. Chyba Bóg zaczął sobie o mnie przypominać…

[Kai]
-Już się z nim przelizałeś?- zaśmiał się Die.
-Nom- kiwnąłem głową.
-A kiedy chcesz mu powiedzieć, że się tylko nim bawiłeś?- zainteresował się Toshi.
-W momencie, kiedy będzie się tego najmniej spodziewał- odpowiedziałem.
-Kiedy zaboli go najbardziej?- zachichotał Kaoru.
-Właśnie- przytaknąłem, a chłopacy z DeG wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wszyscy wybuchli głośnym śmiechem. Nie wiedziałem, o co chodzi, dlatego też jedynie wzruszyłem ramionami i udałem się do kuchni po kolejną zgrzewkę piwa.

[Reita]
Sam nie wiem, kiedy zrobiłem się taki miękki i kiedy zaczęli obchodzić mnie inni ludzie, ale cóż… Jakoś sprawa Yune mnie poruszyła- może dlatego, że to wszystko zaczął Kai, który był moim przyjacielem i nie pasowało mi jego zachowanie. Dir en Grey mają na niego naprawdę zły wpływ… Położyłem się na łóżku i zacząłem myśleć… sam nie wiem o czym. Moje myśli były puste- takie bezsensowne, nie mogłem złożyć ich w jedną całość. Pomyślałem, że tak nie może być i wstałem z łóżka. Sprawa Yune nadal mnie dręczyła- czułem się odpowiedzialny za zakończenie jej, sam nie wiedzieć dlaczego. Ubrałem się i wyszedłem z mieszkania. Postanowiłem pójść do niego i porozmawiać, jednak po chwili zorientowałem się, gdzie mogę dostać jego adres. W burdelu, w którym pracuje- z pewnością nie raz przyjmował gości w domu. Chwila, a gdzie jest ten burdel? Yune wpadł na Kaia idąc do sklepu, więc z pewnością musi mieszkać gdzieś niedaleko. Obok dzielnicy Tanabe, mieściła się coś jak czerwona strefa w USA, najbiedniejsza i najbardziej zapadnięta dzielnica w Tokio, a może i w całej Japonii, do której nie dochodził żaden rozwój cywilizacji itp. W tamtej okolicy był tylko jeden burdel, więc pomyślałem, że logiczne by było, gdyby tam właśnie przebywał . Spojrzałem na wyświetlacz mojego nowiutkiego telefonu. Było już po pierwszej w nocy, więc przynajmniej jestem pewien, że o tej porze może być jednie w dwóch miejscach- pracy albo domu. I tak najpierw musiałem odwiedzić burdel, żeby dowiedzieć się, gdzie mieszka, więc wsiadłem w samochód i włączyłem się do ruchu. Na litość boską- do czego ja się posuwam? I po jakiego grzyba ja się w to pakuję? Nie umiałem odpowiedzieć sobie na te pytania, jednak byłem zdecydowany i pewny, że tak należy postąpić. Nagle ta sprawa poruszyła moje uśpione przez trzydzieści jeden lat sumienie? A może podświadomie miałem w tym swój jakiś interes, o którym jeszcze moja świadomość nie raczyła mnie poinformować? Nie wiem… Ale wiem, że lepiej nie parkować auta za osiemset tysięcy euro parkować w takiej dzielnicy. (nie wiedziałem, jakim samochodem obecnie jeździ Reita, więc nie piszę marki, ale jedynie przybliżoną cenę, za którą zapewne kupiłby auto- to mniej więcej cena ferrari, lamborghini, nobla itp.- super samochodów dla bogaczy od aut.)

CDN

Burdel, nie zycie cz.3

I | II



Dałem zaciągnąć się do domu Kaia, który znajdował się niedaleko. Zwykły, jednopiętrowy domek z garażem- szczerze spodziewałem się czegoś więcej.
-Twojej żony albo dziewczyny nie ma?- zapytałem wchodząc do środka.
-Nani o*?- zdziwił się.- Ja nie mam ani żony ani dziewczyny- wyjaśnił.
-Iie?- teraz to ja się zdziwiłem.- Taki sławny, bogaty i… samotny?- prychnąłem z pogardą.
-Jak widać- uśmiechnął się, nie przejmując się moją wcześniejszą gadką.
Zaprosił mnie do salonu. Salonu? Myślałem, że od razu przejdziemy do sypialni, ale skoro woli salon… W końcu on płaci, on wymaga. Klienci mają różne upodobania, na które ja muszę się bezzwłocznie zgadzać, żeby zarobić choćby na tę paczkę obrzydliwych papierosów. Usiedliśmy na kanapie. Od razu się do niego przysunąłem i położyłem mu rękę na kolanie. Chłopak w ogóle na to nie zareagował.
-Napijesz się czegoś?- zapytał, a ja spojrzałem na niego jak na idiotę.
-Baka**! Jestem kurwą! Nigdy nie byłeś w łóżku z dziwką?
-Byłem, a co to ma do rzeczy?- zapytał, jakby był ułomny. Popatrzyłem na niego z politowaniem. Sławny, bogaty i… głupi.
-To, że powiedziałeś, że mi zapłacisz- wyjaśniłem, ale z jego miny wywnioskowałem, że tym stwierdzeniem tylko jeszcze bardziej zbiłem go z tropu.
-No tak, ale myślałem, że to już przy wyjściu- wzruszył ramionami i wyjął gruby portfel. Podał mi kilka, a nawet kilkanaście banknotów, a mi aż zaświeciły się oczy, kiedy przeliczyłem sumę.
-Wow- westchnąłem.- Nie wiedziałem, że u ciebie tyle zarabiają kurwy. Chyba będę cię częściej odwiedzał- powiedziałem z uśmiechem i schowałem pieniądze do tylniej kieszeni.
Przejechałem dłonią po całej długości jego uda, następnie zatrzymując się na wewnętrznej jego stronie, blisko krocza. I znów zero reakcji. Czy on w coś ze mną pogrywa? A może chce żebym się bardziej postarał? Szczerze, nie miałem na to ochoty- nie byłem jakąś „egzotyczną” dziwką, która zna całą Kamasutrę na pamięć. O nie, ja wolałem odbębnić swoje, wziąć pieniądze i wyjść, a najlepiej nigdy nie wrócić. Usiadłem na nim okrakiem i lekko się o niego otarłem. Tym razem zareagował- spojrzał na mnie zaskoczony.
-Yune… Powiedz mi łaskawie, co ty robisz?- zapytał spokojnie.
-No zapłaciłeś mi, nie?- wzruszyłem ramionami.
-I co w związku z tym?- nie rozumiał Jego debilowatość, którą większość może i by wzięła za słodką, mnie zaczęła już irytować. Boże, Yutaka użyj mózgu…
-Zapłaciłeś, więc możesz mnie przelecieć już? Naprawdę chce mieć to już za sobą… Hai, nie szczędź sobie potem obelg i śmiechów- kiwnąłem głową i wywróciłem oczyma. Tanabe chwilę usilnie myślał, aż mu chyba jakaś zębatka w głowie przeskoczyła, bo usłyszałem takie głośne „chrup!”. Po chwili odezwał się:
-A… Źle mnie zrozumiałeś- uśmiechnął się i mimo wszystko objął mnie w pasie.
-Ja ciebie? To chyba ty mnie źle zrozumiałeś?- oburzyłem się.
-Iie, iie- pokręcił głową.- Zachęciłem cię pieniędzmi, żebyś w ogóle do mnie poszedł i dlatego, że mówiłeś, że ich potrzebujesz. Nie chciałem cię przelecieć- zaśmiał się, a ja poczułem się jak kompletny debil. Najpierw wyzywałem go od półmózgowców, a potem okazało się, że on jest po prostu dobry i chciał mi pomóc. Moje dziesięcioletnie wizje Kaia, jako tyrana odbierającego wszystkim marzenia i szansę na zaistnienie w jakiejś branży, upadły.- Z resztą nie wpadłem na inny pomysł, żeby cię zatrzymać. Już chciałeś odejść, a ja nie chciałem ci na to pozwolić- dokończył.
-Ee…- zaciąłem się. Nie rozumiałem, jak ktoś może być dla mnie miły. Przyzwyczaiłem się, że wszyscy mną gardzą, a nie troszczą się o mnie. Długo patrzyłem mu w oczy, nie mogąc zrozumieć zaistniałej sytuacji.- Żartujesz, prawda?
-Iie- pokręcił głową.- Ale jeśli chcesz, to możemy…- otarł się o mnie delikatnie, a ja (chyba pierwszy raz w życiu) poczułem, że się czerwienię. Czułem się taki zażenowany…
-Nie wierzę- brnąłem dalej.
-Nikt cię do tego nie zmusza- wzruszył ramionami.- Ale wiedz, że taka jest prawda- powiedział i spojrzał mi w oczy.
Już tak dawno nie mierzyłem się z kimś wzrokiem. Kai był chyba pierwszą osobą od jakiś trzynastu lat, która spojrzała mi w oczy, a nie na dupę. Przyzwyczaiłem się, że klientów interesuje moje ciało, nie uczucia ani myśli, a wszelką rozmowę uważałem za zbyteczną, więc… muszę przyznać, że ten dzień był naprawdę wyjątkowy. Przy Tanabe znów czułem się, jak człowiek, a nie jak zwykła szmata. Było to tak piękne, że aż nierealne, dlatego też znając swoją przyszłość, tak na marginesie, która wyglądała identycznie jak przeszłość, nie chciało mi się w to wierzyć.
-Więc co robimy?- zapytał, po chwili ciszy.
-Jeśli nie chcesz mnie przelecieć, to po co mnie tu zaciągnąłeś? I dlaczego dałeś mi pieniądze?- zszedłem z niego i usiadłem obok.
-Opowiedz mi, co działo się… wiesz… po tamtym wieczorze- zażądał.
Opowiedziałem, tak jak chciał. Wydawało mi się, że moja historia naprawdę go interesuje i wsłuchuje się w moje słowa, jednak mogła to być jedynie moja iluzja. Kai od czasu do czasu przerywał mój monolog jakimiś pytaniami dotyczącymi szczegółów. Pomyślałem, że niesłusznie obwiniałem go przez te wszystkie lata- cała uraza jaką żywiłem do niego w jednej chwili wyparowała. Zdawał się być taki miły i troskliwy… jak nikt inny dla mnie. Pożałowałem, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Pozostawała mi tylko jedna myśl- że to ja sam spaprałem sobie życie. Ciężko było mi pogodzić się z nią, jednak mając przy boku tego bruneta… było mi jakoś lżej. Przez te wszystkie trzynaście lat, przez jakie się kurwiłem, nie miałem żadnego przyjaciela. Nie miałem żadnej bliskiej osoby. Nie miałem nawet znajomych- miałem jedynie klientów. Każdego człowieka traktowałem, jak klienta, taki spaczenie „zawodowe”. Tanabe był pierwszą osobą, jakiej wylałem wszystkie smutki. Oczywiście nie popłakałem się, choć niekiedy miałem na to wielką ochotę, bo kurwom nie wypada płakać. Ja w końcu nie mam uczuć- jedynie dupę do ruchania.
Skończyłem swoją opowieść i spuściłem głowę. Spod długiej grzywki spojrzałem na właściciela domu. Perkusista milczał w zamyśleniu.
-To musi być dla ciebie trudne- podsumował, po czym odwrócił się i wyjrzał przez okno.- Jest już późno. Chcesz zostać na noc?- zaproponował, a mnie wmurowało.
-Iie. Arigato***. Nie chcę nadużywać twojej gościnności- powiedziałem i wstałem, po czym skierowałem się do wyjścia. Kai odprowadził mnie do drzwi.
-Musimy się jeszcze kiedyś spotkać- uśmiechnął się.- Co powiesz na piątek wieczór? Może poszlibyśmy do jakiegoś klubu na imprezę?- zaproponował.
-Wiesz, oferta kusząca, ale chyba jednak spasuję…
-To może zwykłe spotkanie, tak jak dziś? Albo spacer po mieście?
-Może…- mruknąłem.- Nie chciałbym ci zabierać wolnego czasu…
-Daj spokój- podszedł do mnie i pocałował w policzek.- To co? O dziewiętnastej w piątek u mnie?- zapytał i nie dał mi nawet czasu na odpowiedź.- No to świetnie- uśmiechnął się.
-Nawet nie odpowiedziałem- zauważyłem.
-Kudasai****- jęknął błagalnie.
-Ech… No dobrze- powiedziałem i pożegnawszy się z Kaim, wróciłem do siebie.
***
[Reita]
Kai przyszedł dziś na próbę w świetnym humorze. Opowiedział nam o spotkaniu z Yune i o jego niecnym planie, który zakładał, że najpierw zbuduje iluzję, tak aby chłopak myślał, że Yutaka jest dla niego dobry, miły itp., a potem zamierza go wykorzystać i odepchnąć, śmiejąc się z niego. Szczerze, nie podobał mi się ten plan.
-Wiesz Kai… to trochę chamskie…- mruknął Ruki, któremu jak widać, również niezbyt przypadł do gustu plan lidera.
-Oj dajcie spokój! Chcę się pobawić!- zaśmiał się.
-To idź do klubu i poderwij jakąś laskę- burknąłem.- Albo wracaj do tego swojego Toshiya z Dir en Grey i z nim się zabaw- powiedziałem głosem, wypranym z emocji.
-A coś ty się nagle stał taki obrońca Yune, co? Z tego co mi wiadomo, to ty najbardziej za nim nie przepadałeś- syknął perkusista.
-No i dobrze, może go nie lubiłem, ale nie lubię również, kiedy ktoś bawi się czyimś kosztem- powiedziałem spokojnie.
-Kai… jakby ci to powiedzieć…- zaczął Aoi.
-Od kąt zacząłeś się zadawać z chłopakami z Dir en Grey zupełnie cię nie poznajemy- dokończył za niego twardo Uruha.
-Zmieniłeś się… I to na gorsze. Od kiedy ty lubisz wykorzystywać innych? Tanabe, ocknij się!- dołączył do dyskusji wokalista.
-Phh…- prychnął lider i wywrócił oczyma.- Nie znacie się na żartach. Z resztą, od kąt zadaję się z Toshi’m i całą bandą z DeG, wiedzie mi się o wiele lepiej. A tak na marginesie to był pomysł Die- wzruszył ramionami.
-Acha, czyli jak guru-Die coś powie, to wierny piesek Kai wykonuje jego wszelkie zachcianki?- prychnąłem.- Wiesz, co? W tym momencie to ty jesteś żałosny, nie Yune- warknąłem i wyszedłem, uprzednio zabierając ze sobą gitarę. Nie miałem zamiaru zostawać na próbie, podczas gdy panowała taka atmosfera. Z resztą i tak nic by z tego nie wyszło- Uruha był wkurwiony, Aoi zagubiony, Ruki zdegustowany, a ja… A ja sam nie wiem, co było ze mną. Nie wiem w sumie czemu stanąłem w obronie Yune- fakt nie lubiłem go i pewnie nigdy nie polubię, a co do wykorzystywania innych… w szkole byłem od tego mistrzem, więc ta sztuka nie była mi obca, a obecnie po prostu nie obchodziły mnie związki międzyludzkie, które jakoś nie wypływały lub nie dotyczyły mojej osoby. Sam nie wiem… Po tylu latach odezwało się we mnie sumienie?
Wyszedłem na parking i zapaliłem papierosa. Spaliłem go w oka mgnieniu, krzywiąc się. Fuj, ale on niedobry… Spojrzałem na opakowanie- no tak. Kasjerka znów się pomyliła i zamiast moich ulubionych fajek, sprzedała mi te obrzydliwe, najtańsze szlugi, których nawet nie można nazwać mianem szlugów. Westchnąłem i wyrzuciłem całe opakowanie do kosza na śmieci, stojącego przy chodniku, po czym skierowałem się do swojego auta. Przez całą drogę do domu myślałem o Yune i o moim dzisiejszym zachowaniu… W sumie, za co ja go tak nie lubiłem?

*Nani o?- co?
**Baka- idiota, tutaj w kontekście idioto- japońskie rzeczowniki się nie odmieniają.
***Arigato- dziękuję
****Kudasai- proszę (prosząc o coś), proszę podając coś to dozo


CDN

Burdel, nie zycie cz.2


I |


Ruki przedstawił mi Kaia, po czym do pseudo sali nagraniowej, za którą służył nam garaż, wszedł ojciec wokalisty.
-Takanori!- zawołał już ze schodów, a syn pospiesznie do niego podszedł.- Powiedz swoim kolegom, że dzisiaj macie przerwę. Przyjechała ciotka Yuki z małym dzieckiem i nie życzę sobie tutaj jakiegoś nawalania po garach, jasne? Z resztą ciotka chciałaby cię zobaczyć- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwów, jednak Taka jak zawsze miał coś do powiedzenia.
-Ale tato…- jęknął żałośnie.
-Powiedziałem coś- odpowiedział ostro.
-Tato… Ja nie mogę tego tak zostawić!- dalej próbował go przekonać.
-Bez dyskusji! Albo zrobisz, co ci kazałem, albo szlaban na wychodzenie z domu, oglądanie telewizji, Internet i komórkę przez następny miesiąc!- zagroził.
-Oj no dobra…- stęknął niezadowolony.
Pan Matsumoto odszedł, a Ruki powtórzył nam jego słowa. Był bardzo niezadowolony i ubolewał nad tym, że to właśnie przez niego nie odbędzie się próba. Uważał, że on jako lider powinien zawsze mieć wszystko dopięte na ostatni guzik i nie może wybaczyć sobie takiej niesubordynacji. Przeprosił nas bardzo serdecznie, po czym wszyscy wyszliśmy. Stanęliśmy całą grupą, łącznie z Kaim, na chodniku zastanawiając się, co dalej. Musieliśmy wziąć ze sobą nowego znajomego Taki, gdyż zostawienie go z Rukim na zjeździe rodzinnym Matsumoto, nie wydawało się najlepszym pomysłem.
-I co dalej?- zapytałem.
-Nie wiem. Możemy iść do mnie i tam poćwiczyć- zaproponował Uruha.
-Ta, niby po co skoro nie ma Rukiego? Tyle to każdy z nas może pobrzdąkać sobie we własnym domu, a z resztą, co zrobilibyśmy z Kaim?- zapytał Reita.
-Ej, no jeśli jestem dla was jakimś uciemiężeniem to mogę sam sobą się zająć. Znam trochę Tokio i nie potrzebuję niańki- odezwał się brunet.
-Ta, znasz trochę Tokio- zacytował go basista.- To nic ci nie da. Ja też jak tu przyjechałem, myślałem, że znam to miasto i…- urwał.
-I?- wszyscy czekaliśmy na dokończenie.
-… i przez trzy kolejne noce spał u mnie, bo nie wiedział, gdzie tak właściwie znajduje się jego mieszkanie- dokończył Aoi.
-Dokładnie- kiwnął głową blondyn.- Musisz być przynajmniej z którymś z nas, żeby się nie zgubić- podsumował.
-Dobra, kwestię Kaia mamy już załatwioną, więc pytam się, co robimy dalej?- zapytałem ponownie.
Wszyscy spojrzeli po sobie i zaczęli wzdychać bądź wzruszać ramionami. Uruha potargał sobie włosy i podrapał się po głowie, jak mniemam w geście zamyślenia.
-Wiem!- nagle wykrzyknął Kouyou.- Moich starych nie ma!
-No fantastycznie- mruknął znudzony Yuu.- I po cóż mi ta informacja do dalszej egzystencji?
-Ciołku!- uderzył drugiego gitarzystę lekko w głowę.- Skoro moich starych nie ma, to mam wolną chatę, nie?
-No i?- kontynuował Aoi, za co dostał ponownie w łeb. Tym razem mocniej.
-No i robimy imprezę!- wykrzyknął uradowany.- A ty czasem użyj mózgu, co?- spojrzał wymownie na Shiroyamę, który jedynie prychnął.
***
Chłopacy poszli do Uru, a ja pod pretekstem, że mam coś jeszcze do zrobienia, zmyłem się. Nie miałem ochoty na balangę, szczególnie, że nie miałem grosza przy duszy, a alkohol trzeba było za coś kupić. Zawsze robiliśmy zrzutę, a gdybym nie dał… W sumie nic by się nie stało, chłopacy by się nie czepiali, ale już w wyobrażeniu czując na sobie ten pogardliwy wzrok Reity… Wszystkiego mi się odechciało.
Postanowiłem, że choć tym razem nie spóźnię się do swojej „roboty”. A kto wie, może za to, że przyszedłem wcześniej trafi mi się jakiś nadziany klient i  zarobię trochę więcej?
Wpadłem do domu i zacząłem się szykować- choć raz czas mnie nie gonił. Przebrałem się w jakieś wyzywające ciuchy i zrobiłem agresywny makijaż, po czym znów wyszedłem. Niespiesznym krokiem przeszedłem się na ulicę, której tak bardzo nienawidziłem. Było już późno, gdzieś po osiemnastej… Nie wiedziałem, ze wyszykowanie się tyle mi zajmie… No, ale trudno- reszta zespołu od kilku ładnych godzin szaleli na imprezie w najlepsze, podczas gdy ja utwierdzałem się w przekonaniu, że jestem nikim. Doszedłem do burdeli i przywitałem się z burdel-mamą.
-Jakby ktoś przyszedł, skieruj go do mnie- poleciłem.
-A coś ty taki chętny?- zaśmiał się facet, a może transwestyta… Albo coś pomiędzy… Albo baba udająca faceta… Sam nie wiem, jakiej to było płci…- Humorek dopisuje?
-Iie. Halny (to taki typ wiatru, wiejący w górach od aut.) w portfelu wieje- posłałem mu (załóżmy, że to on) uśmieszek i poszedłem so siebie.
Kolejną godzinę nudziłem się i gapiłem w sufit. W końcu ktoś zapukał. Jak zawsze siedziałem w swoim al a tronie. Nogi miałem przełożone przez oparcie, przez co jeszcze bardziej je eksponowałem. Byłem wygięty, co niektórzy na pewno odbierali za seksowne. Drzwi otworzyły się i w nich ujrzałem… Całe Gazetto łącznie z Rukim, i Kaim na czele…

Od tego momentu minęło już dziesięć lat, a mnie nadal prześladują koszmary. Jak później się dowiedziałem to był pomysł Kaia, aby pójść do burdelu, za co tak bardzo go nienawidziłem. Yutaka został moim następcą, jak i przejął stanowisko lidera. Od tego czasu The GazettE stało się sławne i zaczęli osiągać znaczące sukcesy. Więc moje modlitwy zostały wysłuchane- marzenia o sławie i karierze zostały zrealizowane, Gazetto jest bardzo znane, a nawet jednym z najlepszych j.rock’owych zespołów w Japonii i całej Azji- szkoda tylko, że mnie już w nim nie ma… Miałem wielki żal do Tanabe, a jeszcze większy do siebie. Gdybym był rozsądny i umiał przewidzieć pewne sytuacje, zatrudniłbym się w jakiejś firmie, albo choćbym pracował w jakimś durnym kiosku na rogu ulicy. Fakt, zarabiałbym mniej, a pieniądze dostawałbym jedynie w umówionym terminie, przez co wyżycie za taką pensję przez cały miesiąc graniczyłoby z cudem, jednak zawsze mógłbym pożyczyć pieniądze od kogoś z zespołu- ale nie… Ja wolałem się kurwić i mieć o to do wszystkich pretensje. Ale z drugiej strony, gdyby po prostu Kai nie wpadł na ten durny pomysł… nic by się nie wydarzyło. To byłby zwykły wieczór, jakich pełno było w moim życiu…
Usiadłem na łóżku i uderzyłem mocno pięścią w ścianę. Po moich policzkach znów spłynęły łzy- to wszystko przez niego! To on zrujnował mi życie! Gdyby nie Kai to ja teraz pławiłbym się w luksusach i srał mamoną! Ale on mi to wszystko zabrał… Myślenie, że to jego wina było na swój sposób pomocne. Zarzucając mu to czułem się lepiej, gdyż w moich oczach, wtedy to ja byłem czysty, dobry i… poszkodowany.
Spojrzałem za okno. Jak zwykle- noc… kolejna… nieprzespana…
Minęło dziesięć lat, a ja niczego się nie nauczyłem. Dalej robiłem to, co wcześniej i dalej uważałem, że jedynymi sprawcami mojego bólu i cierpienia są Yutaka i Bóg. Często myślałem o śmierci- ale byłem zbyt słaby. Za bardzo się bałem. Często myślałem o ucieczce- ale po głębszym zastanowieniu dochodziłem do wniosku, że nic by ona mi nie dała. Nie mam pieniędzy na podróż, więc wszędzie musiałbym chodzić pieszo. W końcu nie wystarczyłoby mi nawet na podstawowe produkty, którymi są artykuły spożywcze. Po całym dniu wędrówki byłbym zmęczony i musiałbym odpocząć- zatrzymać się gdzieś na noc, a na to również trzeba mieć forsę. Zostaje mi ewentualnie spanie w krzakach i jedzenie ze śmietnika, ale wtedy stałbym się zwykłym kloszardem, przez co, jak myślę, jeszcze bardziej spadłbym w swojej i tak już bardzo niskiej randze.
Westchnąłem cicho i otarłem łzy. Znów ułożyłem się na poduszce i próbowałem zasnąć, myśląc o czymś przyjemnym i oddalając od siebie te złe myśli.
***
Bip! Bip! Bip!- darł się budzik, więc w końcu dałem za wygraną i otworzyłem oczy, następnie na ślepo waląc ręką na wszystkie strony tego świata, mając nadzieję, że kiedyś w końcu znajdę szafkę nocną, budzik i ten mały przycisk służący do wyłączenia tego wkurwiającego dźwięku. Jednak nie… Musiałem się podnieść żeby to zrobić. Westchnąłem zrezygnowany i zaspany ruszyłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic i jako tako doprowadziłem się do stanu używalności. Ubrałem się normalnie- nie wyzywająco, gdyż przeprowadziłem się i musiałem dojść do „pracy”, a jako że miałem spory kawałek, nie miałem zamiaru świecić dupą na ulicy. Założyłem zwykłe czarne jeansy i biały podkoszulek. Dziś było wyjątkowo upalnie. Wziąłem ze sobą torbę, do której uprzednio spakowałem mój „strój roboczy” i wyszedłem z mieszkania. Niezadowolony stwierdziłem, że skończyły mi się fajki, więc musiałem iść do sklepu. Wyciągnąłem z kieszeni jakieś drobniaki i przeliczyłem je. Akurat starczy na jedną paczkę. Skierowałem swoje kroki do najbliższego sklepu, który mieścił się na następnej ulicy. Była to już inna dzielnica- bardziej luksusowa, choć nie aż tak bardzo. Zwykła dzielnica domków jednorodzinnych, jednak ja mogłem jedynie pomarzyć, żeby w niej zamieszkać. Wszedłem do sklepu i kupiłem szlugi. Paliłem, bo musiałem. Był to mój nałóg- wcale nie smakowały mi te najtańsze papierosy, jednak nie mogłem pozwolić sobie na inne, gdyż z czegoś musiałem opłacać czynsz za mieszkanie, które na pierwszy rzut oka w ogóle go nie przypomina- bliżej mu do obory.
Wychodząc, zderzyłem się z kimś, przez co znalazłem się na twardym chodniku.
-Patrz, jak łazisz, krowo- warknąłem pod nosem.
-Oj, najmocniej przepraszam- odpowiedział kulturalnie osobnik, z którym się zderzyłem i podał mi rękę w geście pomocy. Otrzepaliśmy się.
Uważniej przyjrzałem się tej osobie. To był facet. Młody- około trzydziestki, może trochę mniej… I w tym momencie go poznałem. Stanąłem jak wryty.
-To ty,….- warknąłem.
-Co ja?- zdziwił się facet.
-To ty Tanabe!- wrzasnąłem i zdzieliłem go w twarz z liścia.- To przez ciebie ty popierdoleńcu moje życie to burdel!- zacząłem na niego się drzeć.
Rzuciłem się na niego, przez co chłopak stracił równowagę i obaj wylądowaliśmy na ziemi. Zaczęliśmy się szamotać, w wyniku czego Kai stracił okulary przeciw słoneczne, które zakrywały mu pół twarzy. Zgaduję, że to było czymś w rodzaju maski, lub przykrycia, żeby nikt go nie rozpoznał. Oczywiście, zaraz zbiegli się gapie i obserwowali nas, komentując. Kiedy wykrzyknąłem jego imię, zbiegły się również fanki, które też rzuciły się w wir walki, aby choć przez chwilę móc dotknąć swojego idola. Myśl, że to o mnie teraz mogłyby się tak bić, jeszcze bardziej mnie nakręcała i sprawiła, że wpadłem w szał. Nie mogłem się z tym pogodzić. Po chwili zjechała się policja. Najpierw odciągnęli fanki, a następnie mnie i Kaia. Jeden z funkcjonariuszy chwycił mnie za ręce i odciągnął je do tyłu, po czym skuł mnie kajdankami.
- To na wszelki wypadek- wyjaśnił.- A teraz pojedziemy na komisariat, ptaszku.
***
Po długiej rozmowie i lamentach perkusisty wypuścili nas bez żadnych konsekwencji, dając nam jedynie upomnienia słowne. Otworzyłem drzwi komisariatu z kopa i wściekły wyszedłem. Kurwa, i znów spóźniony! Ale dostanę wpierdol…
-Ej, zaczekaj!- Tanabe złapał mnie za ramię.
-Odpierdol się, co?- warknąłem.- Nie dość, że mi życie spierdoliłeś to jeszcze chcesz się ponabijać? A proszę bardzo! Mam to w dupie!- wrzasnąłem, wyrywając się z jego uścisku.
Długa chwila ciszy. Chciałem odejść, jednak jakoś nie mogłem. Jego wzrok, jakby mnie trzymał i nie pozwalał choćby zrobić kroku. Patrzyłem mu twardo w oczy, jednak w końcu złamałem się i spuściłem głowę, wbijając wzrok w asfalt.
-Yune…- powiedział cicho i podszedł do mnie. Opuszkami palców, przejechał po moim policzku.
-Nie dotykaj mnie!- odtrąciłem jego dłoń.
-Yune…- powtórzył równie głęboko i powili.
-No co?- burknąłem.
Przytulił się do mnie… Zaraz, zaraz… Wróć! Czy on tak po prostu od tak sobie, przytula mnie na policyjnym parkingu? Co jest kurwa? Najpierw go biję, trafiamy na policję, a on się do mnie tuli? Ja pierdolę, nie wiedziałem, że sława wypacza mózg…
-Em… Kai, tu są kamery- mruknąłem cicho, a chłopak się ode mnie oderwał.
-Dawno się nie widzieliśmy- uśmiechnął się lekko, jakby nieśmiało.
-Ta, mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy- warknąłem i już chciałem odejść, kiedy on ujął mój nadgarstek.
-Chodź do mnie- zaproponował.
-Niby po co? Żebyś mnie wyśmiał? Żeby dać ci tą radość z wywyższania się? O nie… Z resztą, wiesz, ja muszę się pieprzyć, żeby zarobić, a przez ciebie i tak już dziś będę miał przejebane- wywróciłem oczyma.
-Proszę- w jego oczach pojawiły się łzy.
Nie no kurwa, jeszcze się rozrycz! Jeszcze mi tego brakowało! Beksy na parkingu- już bardziej dyskretnego miejsca nie mógł sobie wybrać!
-Kurwa… Nie! I Nie rycz m i tu!
-Proszę…- zrobił urażoną minę.- Zapłacę ci…- znów zbliżył się do mnie i złapał mnie za tyłek. W jednej chwili łzy z jego oczu wyparowały. Boże, on mnie przeraża…
-Nie… Zaraz, zaraz… Zapłacisz? A ile?- skoro jest taki bogaty to może się trochę wysilić. Chuj z tym, że będzie śmiał się ze mnie do końca życia, że powie reszcie, że będę miał jeszcze gorszą depresję, że będę czuł się jeszcze gorzej- ale zarobię! Przecież dziś i tak już nikt do mnie nie zawita, do pokoju, a jak wrócę do burdelu to burdel-mama ukręcił mi łeb.
-Ile będziesz chciał- zachichotał.
-Dobra- powiedziałem po chwili- Ale nie myśl sobie, że to będzie coś specjalnego- prychnąłem.


CDN