Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kai. Pokaż wszystkie posty

"世界が急に変わればいい" cz.1 Yohio x Nihit (ex Killaneth), Nihit x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit x MiA (Mejibray)

Dobra, zdecydowałam się zacząć poblikować tę nową, wcześniej zapowiedzianą serię, gdyż... cóż, nic innego nie cieszy się zainteresowaniem (a więc i autorowi na głodzie nie chce się pisać >.<), więc może to opowiadanie będzie miało chociaż trochę więcej szczęścia i zgarnie więcej czytelników (?).

Tytuł: "世界が急に変わればいい" (jap. "Sekai ga kyuu ni kawaba ii", pol. "Mam nadzieję, że świat nagle się zmieni")
Paring: Yohio x Nihit (ex Killaneth), Nihit x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit x MiA (Mejibray)
Typ: seria -> cz.1/?
Gatunek: obyczajowe
Beta: -

Zdjęcie z instagrama Kaia, które swego czasu posłużyło mi za inspirację:


Westchnąłem ciężko, popychając równie ciężkie jak i moje westchnięcie, szklane drzwi prowadzącego do obszernego hallu. Ciemna, granitowa posadzka błyszczała się jak tyłek niemowlaka w ostrym świetle podwieszanych lamp. Ściany nie były upiększane w tradycyjny sposób obrazami czy jakimiś malowidłami, ale zdobiły je akwaria. W nich z kolei pływały małe, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy rybki oraz falowała ospale morska zielenina przypominająca paprocie i sałatę. Ta, nawet tego zielska nazwać poprawnie nie potrafiłem, bo zazwyczaj w latach szkolnych byłem tym, który na lekcjach zajmował się absolutnie wszystkim tylko nie tym, czym powinien... Nie, żebym jakoś wyjątkowo tego żałował, ale czasami zastanawiałem się czy abym na pewno dobrze w życiu wybrał. Może mogłem trochę bardziej się postarać w czasie edukacji, załapać jakąś standardową, nudną pracę w biurze, nosić przepocony garnitur i wychodzić codziennie na drinka ze współpracownikami, żeby utopić całą swoją frustrację w alkoholu, stając się przy tym żywą definicją salarymana? 
Może...
Nie no, do cholery, kogo ja próbuję oszukać? Nie wytrzymałbym takiego trybu życia nawet tygodnia. Zapewne w końcu puściłyby mi nerwy i zrobiłbym coś nieprzewidywalnego i głupiego, czego później mógłby srogo żałować... i nie mógłbym wykluczyć, że nie polałaby się przy tym krew.
Podszedłem do recepcjonistki siedzącej za wysokim, również granitowym kontuarem. Przedstawiłem się i kulturalnie poprosiłem, żeby dała znać szefowi, że stawiłem się już na spotkanie, na które byłem umówiony. Ta skinęła mi głową i chwyciła za słuchawkę telefonu, wskazując mi w międzyczasie miejsce na jednej ze skórzanych, czarno-białych kanap. Udałem się we wskazanym kierunku, zajmując siedzenie oraz ledwo powstrzymując się od poddania się palącej chęci, wyciągnięcia obolałych nóg i założenia ich na niski, biały stolik, który został ustawiony tuż przed sofami. Byłem zmęczony ganianiem od jednego spotkania do drugiego, płaszczenia się raz za razem, żeby ktoś łaskawie w końcu dał mi i mojemu projektowi szansę. Przy okazji byłem także zmęczony słuchaniem ciągłych odmów. "No niestety (...)", "Może innym razem.", 'Życzymy dalszych sukcesów na drodze karierze z innymi wspólnikami.". No pewnie. Jasne. Piękne, puste kurtuazyjne słówka, psia mać. Problem polegał jednak na tym, że nie interesowały mnie żadne wymówki tylko kontrakt. Kontrakt i pieniądze, bo przecież potrzebowałem funduszy na sprzęt, nagranie teledysku do singla, transport, stroje i wiele innych... W końcu za darmo to boli gardło nie? No właśnie. I niestety nic więcej niż bolącego gardła za darmo nie dało się wysępić.
Powoli zaczynałem wątpić, że w ogóle coś z tego wyjdzie. Ta menda, Rushi, odszedł i wszystko popsuł. Nie mogłem jednak się poddać tylko i wyłącznie ze względu na to, że ten wybrał Jupiter ponad Killaneth. Na odchodne oschle rzuciłem, że go nie potrzebuję. Że mój zespół osiągnie sukces bez niego. Cóż... można powiedzieć, że ta opcja nie wypaliła, gdyż grupa ostatecznie została rozwiązana, toteż teraz musiałem skupić się na czymś innym, żeby nie zostać gołosłownym. Bo, co jak co, ale nie byłem tym typem człowieka, który rzuca słowa na wiatr. Nie wyszło z Killaneth, no to trzeba było założyć nowy projekt. Za wszelką cenę chciałem pokazać tej zdradliwej wszy, że byłem ponad nią. Dopadła mnie obsesyjna chęć sprawienia, żeby ten jeszcze pożałował swojej decyzji. Byłem zdeterminowany, żeby dopiąć swego, choć w chwilach takich jak ta byłem zwyczajnie zmęczony. Miałem ochotę na chwilę odejść od tego wszystkiego i zrobić sobie krótką przerwę. Wiedziałem jednak, że gdybym teraz odpuścił, wszystko posypałoby się i nie byłoby już od tego odwrotu. Nie mogłem się poddać. Nie teraz. Nie tutaj. Powtarzałem sobie, że jeszcze tylko trochę i ów wszystko wreszcie przybierze właściwy kształt i formę, zostanie nakierowane na właściwe tory, a ja znów będę mógł tworzyć. 
Musiałem przyznać, że mój zapał i upór znacznie szybciej zostałby złamany, gdyby nie Saku, który mnie wspierał. Nie chciałem i nie mogłam poddać się również ze względu na niego. Mój przyjaciel pokładał nadzieje w dzielonych wspólnie ze mną marzeniach, które musiały się spełnić dla nas obu. Nawet teraz pisał mi pocieszające wiadomości, jednocześnie powtarzając, że "wejście smoka", na które niezaprzeczalnie miałem ochotę, z pewnością byłoby efektowne i pozwoliłoby mi wprawić kolejnego sztywniaka we wspomnianym, przepoconym garniturze, z którym miałem się rozmówić, w niemały szok, jednak technika ta zdecydowanie była mało skuteczna, jeśli chodziło o negocjacje dotyczące podpisania kontraktu. Pisanie z chłopakiem przynajmniej trochę poprawiło mi humor. Saku zawsze wiedział, jak mnie pocieszyć, rozśmieszyć lub w ogóle, co powiedzieć w danym momencie, co chciałem usłyszeć. Czytał ze mnie, jak z otwartej księgi, a ja nie mogłem wyjść z podziwu dla jego przechodzących ludzkie pojęcie zdolności.
Po paru minutach recepcjonistka oświadczyła, że jegomość, z którym byłem umówiony na spotkanie, jest dzisiaj niedysponowany, toteż przyjdzie mi rozmawiać z kimś innym. Na te słowa podniosłem jedną brew, spoglądając na nią krzywo. Czy to są jakieś jaja? Już z miejsca potraktowali mnie jak śmiecia i postanowili przekazać moją sprawę, jak domniemałem, jakiemuś startującemu chłystkowi, który dostał odgórne polecenie przybicia mi pieczątki na czole: "Fail. Case closed."? Nie mogłem w to uwierzyć...
Zanim zdążyłem poczerwienieć ze złości i zerwać się na równe nogi, wyżywając się na niewinnej kobiecie, do hallu weszła kolejna osoba. Był to szczupły, tleniony blondyn, którego facjata już z daleka wydawała mi się znajoma. Pech (czy raczej moja własna głupota) sprawił jednak, że wyjątkowo dzisiaj założyłem kolorowe soczewki, które nie korygowały mojej wady wzroku, toteż z początku nie mogłem gościa rozpoznać. Wraz z tym jak ten zbliżał się do mnie, a jego kroki rozbrzmiewały nienaturalnie głośno, spotęgowane przez echo odbijające się od kamiennych ścian, dostrzegałem w nim coraz więcej szczegółów. Był blady jak duch, ubrany cały na biało. Jasne, niebieskie oczy spoglądały na mnie spod cienkich, pojedynczych kresek brwi zupełnie bez wyrazu, podczas gdy jego różowe, z pewnością napchane sylikonem usta rozciągały się przyjaźnie w nieszczerym uśmiechu. Drobny nos miał minimalnie zmarszczony w wyrazie, który mógłby sugerować, jakby poczuł jakąś nieprzyjazną woń - i zapewne to ode mnie trąciło problemami na kilometr, więc właściwie nie byłem zdziwiony jego reakcją, którą i tak z racji grzeczności starał się zamaskować.
- Zapraszam do biura - przywołał mnie do siebie gestem ręki, czekając aż do niego dołączę. - Nazywam się Yohio. Miło mi cię poznać - przedstawił się z wyraźnym akcentem.
- Kai - uścisnąłem jego dłoń i ruszyłem za nim do jego gabinetu.
Blondyn usiadł za masywnym biurkiem z rozłożoną na jego blacie dokumentacją. Mnie wskazał fotel naprzeciwko. Obrzuciłem pobieżnym spojrzeniem pełne przepychu, gigantycznych rozmiarów biuro. Za moimi plecami mieściły się kolejne kanapy i stolik do kawy, jakby nie było tu jeszcze wystarczająco miejsc do usadzenia całej kompanii wojska. Po mojej prawie rozpościerała się witryna z widokiem na miasto. Nice. Nie no, musiałem przyznać, że wystrój robił wrażenie. Ekskluzywnie i szykownie. Jeszcze tylko białego futerka na podłodze brakowało i kominka. Tylko po cholerę cała ta szopka i przedstawienie? Mnie zadowoliłaby zwykła pogadanka na mieście w jakiejś małej kawiarni albo w studiu, a nie w prywatnej komnacie pałacowej, ale cóż... było to, co dawali, a ja nie mogłem narzekać. Przynajmniej jeszcze nie teraz, kiedy póki co wciąż siedziałem tu z pustymi rękoma.
- Kawy? Herbaty? - zaproponował kurtuazyjnie.
- Spasuję - mruknąłem, zakładając nogę na nogę. 
- Na pewno? - upewnił się, sam sięgając po filiżankę stojącą na jego biurku. W odpowiedzi jedynie skinąłem mu głową. - No dobrze. W takim razie pomówmy o biznesach... - mruknął. - Przejrzałem dokumenty, które nadesłałeś oraz twoje portfolio. Muszę przyznać, że wygląda to całkiem interesująco, ale... - zawiesił głos, a mnie krew odpłynęła z twarzy. No dawaj, wysłów, że się wreszcie! - ...jednak po dogłębnej weryfikacji oraz konsultacji z moimi współpracownikami z przykrością muszę oznajmić, że jednak ty, Kai-san, i twoja grupa... - szybko zanurkował spojrzeniem w dokumenty - ...TRNTY D:CODE, nie jesteście partnerami, jakich Keios Entertainment poszukuje - splótł dłonie, spoglądając na mnie tak, jakby faktyczne mogłoby mu być przykro.
- Nie no, nie wierzę! - sapnąłem ciężko. - Przyznaj się, dostałeś te papiery parę minut przed moim przybyciem i nie było żadnej analizy, konsultowania się ze współpracownikami ani wróżenia z tabelek sprzedaży na przyszły kwartał! - przewróciłem oczyma. - Ktoś z góry ci po prostu powiedział, żeby mnie spławić, bo rozchodzi się właśnie o mnie, tak? - domyśliłem się. - Jasne, czaję, mam opinię awanturnika i chodzących kłopotów we własnej osobie - kontynuowałem zanim ten zdążył się odezwać. - Dobra, Yohio, słuchaj, darujmy sobie te grzecznościowe zwroty i porozmawiajmy normalnie - westchnąłem. - Jestem zmęczony łażeniem od agencji do agencji, od wytwórni do wytwórni, od studia do studia i błagania na kolanach, żeby ktoś mnie przyjął, ale przede wszystkim mam dość tego, że jestem zwyczajnie skreślany przez to, co mówią o mnie inni...
- Cóż, poniekąd jesteś sam sobie winny czyż nie tak? - przerwał mi. - Sam wyrobiłeś sobie taką opinię po tym, jak Rushi opuścił Killaneth, więc nie dziw się, że obecnie nikt nie chce mieć z tobą zbyt wiele wspólnego - wzruszył ramionami. - Owszem, ludzie mówią o tobie jako o awanturniku i "niestabilnym" muzyku, z którym ciężko współpracować, którego następne ruchy ciężko przewidzieć. Wiesz, może okazać się, że w pierwszym kwartale będziesz super gwiazdą i wszystko będzie świetnie, aż do czasu, kiedy znów zaczniesz mieć muchy w nosie i w drugim kwartale sprzedaż sięgnie dna. Z punktu widzenia czysto biznesowego nie jesteś zbyt atrakcyjnym partnerem i tyle w temacie - wyjaśnił. Jego prawdomówność i otwartość właściwie mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się czegoś podobnego po nim. - Jako spółka maczająca palce w biznesie muzycznym jesteśmy przygotowani na to, że sprzedaż może wyglądać różnie w różnych okresach, bo w końcu nie produkujemy tu ryżu, na który zawsze i wszędzie jest popyt. Raz coś się sprzeda od razu, czasem w ogóle, a nieraz trzeba poczekać na to wielkie "bum", kiedy ludzie zaczną walić do sklepów i na koncerty drzwiami i oknami. Niemniej jednak wciąż chcemy zarabiać i mieć z twojej pracy jakieś zyski, ale ty jesteś jedną wielką niewiadomą, która szybko może przyprawić nam tytuł bankruta. Rozumiesz już? - westchnął. - To nie tak, że wszyscy cię nie lubią i się na ciebie obrazili po tym, jak zrobiłeś awanturę Rushiemu. Można powiedzieć, że twój charakter ciągnie ze sobą również pewne zagrożenia finansowe - sięgnął nieprzejęty po swoją niedopitą herbatę raz jeszcze, wyglądając przy tym tak, jakby mówił o dzisiejszej pogodzie. Na moment aż mnie zamurowało z wrażenia. - Poza tym, jakbyś nie wiedział, to ja pełnie tu rolę CEO, więc nikt nie może mi wydawać rozkazów. Mogę co najwyżej zasugerować się czyjąś opinią lub zasięgnąć rady, ale to wszystko. Sam podejmuję decyzje - spojrzał na mnie dość nieprzychylnie ze względu na fakt, iż niejako mu ubliżyłem mając go za byle kogo. Cóż, nie spodziewałem się, że przyjdzie mi bezpośrednio rozmawiać z szefem całej spółki.
- Kminię - pokiwałem głową. - Przyjmuję do wiadomości twój punkt widzenia i twoje stanowisko, ale teraz to ty spróbuj zrozumieć mnie. Jestem muzykiem - rozłożyłem ręce, jakby to miało już wszystko wyjaśniać. Na szybko próbowałem przypomnieć sobie wszystko, co obiło mi się kiedyś o uszy na temat Yohio. - Muzykiem z wyboru i pasji, a nie z przymusu czy przypadku. Nie jestem podstawioną gwiazdką, która tylko rusza ustami do playbacku granego na koncertach. Też jesteś muzykiem, więc pewnie wiesz, jak się czuję... - spróbowałem go podejść, powołując się na solidarność znajomych po fachu.
- Z tego, co mi wiadomo to Noctscure również rozpadło się za sprawą kłótni miedzy członkami zespołu, w której brałeś udział - wytknął mi, krzywiąc się przy tym nieznacznie i upierając się przy swoim.
- No... może... - przyznałem niechętnie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. - Ale to było lata temu! - zawołałem.
- Sprawa z Rushim jest świeża - zauważył.
- Słuchaj, jestem tu tylko ze względu na kasę, okej? - westchnąłem ciężko. - Z chęcią poszedłbym w ślady X Japan i sam zostałbym własnym sponsorem, ale no patrz, jakoś jeszcze nie dorobiłem się wystarczająco, żeby być w stanie zrobić coś podobnego... - przewróciłem oczyma. - Wiem, co robię. Nie jestem pierwszym lepszym z ulicy. Jeszcze zrobisz na mnie biznes - próbowałem go przekonać.
- A wiesz, ile na tej ulicy jest muzyków? - prychnął. - Obecnie każdy chce być muzykiem - pokręcił głową z niedowierzaniem, że też musi tłumaczyć mi coś tak oczywistego. - Nie bój się, znajdziemy na twoje miejsce kogoś innego - uśmiechnął się jadowicie.
- A Saku? - postanowiłem ugryźć temat z innej strony. - To dobry muzyk! Wspaniały perkusista! - zachwalałem przyjaciela. - Na niego nic nie macie! - zauważyłem, uśmiechając się półgębkiem. - Jest znany z Vaatsu. Chciałbyś stracić taką możliwość usidlenia Saku? - nie dawałem za wygraną. - Można byłoby zrobić na nim niezły interes...
- Może tak, może nie - westchnął z lekka już poirytowany tą przeciągającą się rozmową. - Wiesz, Saku nie jest dla mnie wystarczającym argumentem, żeby zrobić cokolwiek w waszej sprawie... lub przynajmniej, żeby zrobić coś więcej niż wyrzucić wasze papiery do kosza - wskazał wymownie na makulaturę na biurku, a ja skrzywiłem się słysząc tak ostre słowa. - Może i Saku jest dobrym muzykiem, w żaden sposób nie próbuję mu ujmować, ale znów wracamy do tego samego tematu. Wiesz, ile w samym Tokio jest "dobrych" muzyków? - wzruszył ramionami. - Poza tym, sam zastanów się nad tym, co masz mi do zaoferowania, Kai. Postaw się na moim miejscu - nachylił się nad blatem, opierając się o niego łokciami. - Wyobraź sobie, że przychodzi ci do biura znany rozrabiaka z sąsiedztwa z mglistym planem na jakiś zespół, w którym póki co jest on i jego przyjaciel. Tylko wasza dwójka - spojrzał na mnie z politowaniem. - Nie macie żadnych klarownych planów ani nagrań, bo przecież wciąż macie niepełny skład. W mojej opinii nie macie nawet żadnych perspektyw. Inwestowanie w ciebie byłoby w moim przypadku strzałem w stopę - postawił sprawę jasno.
- Jestem w trakcie szukania odpowiednich członków - burknąłem. - Myślę, że jestem na dobrym tropie... - dodałem, choć w istocie wszystkich, których do tej pory przesłuchałem, odprawiałem do domu z kwitkiem. Blondyn westchnął ciężko. Wymownie zsunął wszystkie kartki z biurka w jeden stosik, dając mi tym samym do zrozumienia, że w jego opinii temat został wyczerpany. - No czekaj, nie wyrzucaj mnie jeszcze... - jęknąłem, na co ten włożył dokumenty do papierowej teczki, po czym wrzucił ją do kubła na śmieci i rzucił mi ostre spojrzenie, które nakazywało mi wyjść. - Serio, nie certolisz się w tańcu... - zagwizdałem.
- Odprowadzić cię do drzwi czy sam trafisz? - mruknął wyraźnie znudzony i zmęczony tą rozmową.
Wściekły niczym sam diabeł zgrzytnąłem zębami i wstałem ze swojego miejsca. Postąpiłem pierwsze kilka kroków w stronę wyjścia, jednak nagle zatrzymałem się gwałtownie. Doznałem olśnienia. Może moje następne zagranie było nieczyste, ale skoro wykorzystałem już wszystkie inne możliwości, to nie pozostało mi nic innego, jak chwyt za jaja... dosłownie i w przenośni.
Zawróciłem i podszedłem do mojego rozmówcy. Obszedłem jego biurko, po czym oparłem się jedną ręką na jego blacie, a drugą na oparciu jego krzesła obrotowego, więżąc go na jego siedzisku. Jasnowłosy spojrzał na mnie zaskoczony. W jego oczach mogłem zobaczyć strach przed tym, że mogłem go nawet uderzyć, jednak ja nie zamierzałem posuwać się do tak drastycznych i głupich środków... zamiast tego planowałem inne głupstwo, przez które w niedalekiej przyszłości zapewne miałem na siebie wyklinać i czuć wstręt i obrzydzenie do własnej osoby. No, ale cóż... czego nie robi się dla przyjaciół i spełnienia marzeń? Jeśli los nie chce ci dać tego, czego pragniesz, czasem sam musisz sobie to wziąć.
Nachyliłem się nad nim, naruszając przy tym jego przestrzeń prywatną. Trochę spanikował. Wiedział, że jestem od niego silniejszy i gdybym faktycznie chciał mu coś zrobić, to zapewne miałby mierne szanse na obronę.
- No to może podejdziemy do tych interesów z nieco innym nastawieniem, co? - zaproponowałem, szczerząc się figlarnie. - Może jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, żebyś zmienił swoje zdanie, Yohio-san? - szepnąłem mu na ucho, specjalnie tytułując go w ten sposób, żeby nieco połechtać jego ego.
- Próbujesz mnie przekupić? - prychnął, próbując się ode mnie odsunąć. Bezskutecznie.
- "Przekupić" to takie brzydkie słowo - westchnąłem, owiewając przy tym oddechem jego szyję. - Powiedzmy, że ty weźmiesz pod uwagę pewne znaczące aspekty i kwestie, które z pewnych przyczyn nie zostały uwzględnione w moich dokumentach i portfolio, a o których wspomniałem ci podczas rozmowy, hm? - mruknąłem. - Możesz przecież wytłumaczyć innym, że przeprowadziłeś ze mną dogłębny i szczegółowy wywiad, który pozwolił ci rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie mojego projektu - polizałem krawędź jego ucha, na co ten zaczerwienił się jak piwonia, czego trudno było nie zauważyć na jego bladej twarzy.
- Żartujesz sobie ze mnie? - położył ręce na mojej klatce piersiowej, próbując mnie odepchnąć. - Jestem profesjonalistą! - ściągnął gniewnie brwi.
- A czy ja podważam twoje kompetencje? - zaśmiałem się cicho, przeciągając nosem po jego szyi. - Też jestem profesjonalistą - zacząłem składać drobne pocałunki na jego wrażliwej w tym miejscu skórze. - Profesjonalistą w wielu dziedzinach - dodałem wymownie i uśmiechnąłem się szelmowsko, na co ten spojrzał na mnie oczami szeroko rozwartymi w zdziwieniu. Przełknął z trudem. - Więc jak? Pójdziemy na układ? - zaproponowałem. - Ty dasz mi to, czego chcę, a ja odpłacę ci się tym samym - obiecałem i zacząłem sunąć dłonią po jednym z jego szczupłych ud, gładząc je delikatnie, niespiesznie zbliżając się do krocza. Nie chciałem go za mocno wystraszyć.
- Czekaj - złapał mnie za nadgarstek, zanim właściwie zdążyłem cokolwiek zrobić. - Jeśli tak sprawiasz sprawę to... to faktycznie jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić... - przyznał roztrzęsionym głosem.
- Wszystko, co zechcesz - szepnąłem mu na ucho, ponownie liżąc jego krawędź.
- Masz wciąż kontakt z Nihitem? - zapytał znienacka. 
Zdziwiony aż odsunąłem się od niego i spojrzałem na niego jak na kretyna. Myślałem, że ten zaraz zacznie mi tu opowiadać o swoich zboczeniach i fantazjach erotycznych, którym chciałby dać upust z moją osobą, a ten nagle wyskakiwał mi tu z tematem byłego gitarzysty mojego zespołu? Czego on mógł chcieć od Nihita?
- Mam, a co? - zapytałem totalnie zbity z tropu.
- Chcę... się z nim spotkać... - wyznał zawstydzony. 
- I to tyle? - uniosłem wysoko brwi. - Chcesz, żebym umówił cię na randkę z Nihitem i w zamian machniesz mi podpis na cyrografie? - upewniłem się.
- Nie na randkę tylko...!
- Dobra, dobra, mnie nie oszukasz - przerwałem mu i machnąłem lekceważąco ręką, odsuwając się od niego i siadając na blacie. - Mogę cię z nim umówić, ale wiesz, jeśli liczysz, że w ramach tego "umawiania" powiem mu, żeby poszedł z tobą do łóżka, to grubo się mylisz - założyłem ręce na piersi. - Nihit to mój przyjaciel. Ze mną możesz robić, co ci się podoba, ale wara od moich bliskich - zastrzegłem. - Mogę wam zorganizować spotkanie, ale to, co stanie się później będzie już zależało tylko i wyłącznie od ciebie - odezwałem się ostro.
- Nie chcę go przelecieć, tylko się z nim spotkać! - zaprzeczył gwałtownie. - Lubię go, więc... - urwał, zawstydzony.
- Więc chcesz dać mu wolną rękę, żeby sam zdecydował czy on także cię polubi, czy też nie. Chciałbyś, żeby to wszystko wyglądało możliwie jak najbardziej naturalnie i autentycznie, ale przy okazji nie chcesz dać takiej szansie przejść ci koło nosa, kiedy ktoś, kto może ułatwić ci dostęp do twojej skrytej miłości sam do ciebie przyszedł? - zgadłem, na co ten niemrawo skinął głową. - Dobra, myślę, że mogę pójść na taki układ, bo Nihit na tym za bardzo nie ucierpi. Najwyżej jak go wkurzysz, to da ci kosza - rozłożyłem ręce, na co ten znów tylko skinął głową. - Ej, Yohio? - szturchnąłem go, żeby wreszcie na mnie spojrzał, co ten zrobił niechętnie. - Musisz nieźle bujać się w Nihicie, skoro za samą możliwość pójścia z nim na randkę zamierzasz dać mi kontrakt - wyszczerzyłem się paskudnie.
- Zamilcz! - syknął. - Jak tylko coś spartolisz, to nie myśl, że będę ci krył dupsko! Wykopię cię stąd na krzywy ryj nim się obejrzysz, więc lepiej się pilnuj! - warknął. - Będę miał na ciebie oko... - burknął. - Po prostu daję ci warunkową szansę - pokreślił.
- Jasne, jasne... - pokiwałem głową. - No, więc? Kiedy mam się stawić z Saku, żeby przypieczętować cyrograf? - uśmiechnąłem się szeroko.
- W czwartek - oświadczył. - Przygotuję kontrakt krótkoterminowy - zastrzegł.
- Na początek dobre i to - wzruszyłem ramionami. - Dzięki - cmoknąłem go po przyjacielsku w policzek, na co ten znów zarumienił się obficie i odjechał na swoim krześle ode mnie na dobre kilka metrów. - Dasz mi swój numer? - zapytałem. - Napiszę ci, kiedy Nihit ma wolne i przy okazji dam także jemu twój numer, żeby mógł do ciebie zadzwonić jakby co - wyjaśniłem, widząc jego podejrzliwe spojrzenie.
- Dobra - westchnął, po czym sięgnął po swój telefon i podstawił mi pod nos wyświetlacz z numerem. Nie podał mi zwyczajnie swojej wizytówki z numerem do biura, co oznaczało, że faktycznie załatwialiśmy sprawy pod stołem... ale fajnie! Prawie jak w filmie! - Kiedy będziesz miał okazję się z nim zobaczyć? - zapytał.
- Dzisiaj - odparłem, już wysyłając gitarzyście wiadomość, że zamierzałem wpaść do niego wieczorem.
- Kai? - spojrzał na mnie niepewnie. - Weź tylko załatw tę sprawę w miarę delikatnie, a nie... tak typowo w swoim stylu - posłał mi karcące spojrzenie, na co ja z kolei spojrzałem na niego z niezrozumieniem. - Bo znając ciebie to jeszcze wyjaśnisz mu całą sprawę taki sposób, że wyjdzie na to, że jestem jakimś zboczeńcem albo gwałcicielem... - burknął. - A ja chcę się z nim tylko spotkać i poznać, dotarło? - upewnił się.
- Jasne - odparłem szczęśliwy, że udało mi się dopiąć swego. - Zboczeniec i gwałciciel... wspomnę mu o tym! - zaśmiałem się.
- Kai! - krzyknął rozeźlony.
- No już, spokojnie - uniosłem ręce w pokojowym geście. - Tylko się z tobą droczę - zapewniłem. - Ej, ale jak wam nie wyjdzie to nie cofniesz mi kontraktu, nie? - przestraszyłem się.
- Nie, przecież kontrakt jest objęty ramami czasowymi - westchnął. - Żeby zerwać go wcześniej musiałbym podać jakiś dobry powód, a fakt, że Nihit nie chciałby się ze mną spotykać jakoś kiepsko figurowałby w raporcie, nie uważasz? - przewrócił oczyma.
- No - mruknąłem mało inteligentnie. - To spoko. Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy i ustaliliśmy, to ja spadam - zacząłem się zbierać do wyjścia. - Idę do Nihita wyjaśnić mu całą sprawę - rzuciłem na odchodne, na co ten kiwnął głową na znak zgody.
- Dasz mi znać, jaka była jego wstępna reakcja...? - zapytał cicho.
- W porządku - zgodziłem się. - No, to do zobaczenia! - pomachałem mu kierując się do wyjścia. - Właściwie to jak powinienem cię od dzisiaj tytułować? - zatrzymałem się z ręką na klamce. - Szefie? Managerze? - zachichotałem pod nosem, na co ten posłał mi tylko umęczone spojrzenie.
- Z tobą to faktycznie nie będzie to kontrakt, a prawdziwy cyrograf... - jęknął. - Już czuję się, jakbym podpisał pakt z diabłem... - podparł się załamany w niedbałej pozie.
- I słusznie! - zarechotałem, po czym w końcu wyszedłem.
- A ty morda w ciup! - krzyknął za mną. - Jak komuś coś powiesz, to ci zrobię z dupy jesień średniowiecza!
- Ma się rozumieć! - zasalutowałem. - Milczę jak grób! - zadowolony z siebie ruszyłem niemal tanecznym krokiem do wyjścia, wybierając przy tym numer Saku. - Przekładaj obiad u mamy! - zawołałem, kiedy ten tylko odebrał i roześmiałem się w głos. - W czwartek podpisujemy kontrakt! - zawołałem szczęśliwy.

*** 

Siedząc już wygodnie w salonie Nihita z piwem w ręku, opowiedziałem mu cały przebieg rozmowy z Yohio. Po wszystkim zdziwiony blondyn wpatrywał się we mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy na oczy.
- Ale dlaczego... ja? - wydukał. - Przecież ja go kompletnie nie znam - wzruszył ramionami.
- Proszę, Nihit, zgódź się! Zrób to dla mnie! - padłem przed nim na kolana. - Wiem, to było z mojej strony świńskie zagranie wobec ciebie - pokajałem się. - Nie powinienem był decydować za ciebie i w ogóle cię w to wciągać, ale... - spojrzałem na niego niczym zbity szczeniak. - Proooszę? - przeciągnąłem, wpatrując się w niego uporczywie.
Niby muzyk miał opcję, żeby się nie zgodzić i Yohio przyznał, że nie cofnąłby przez to swojej oferty, jednak ja wolałem zrobić "dobre pierwsze wrażenie" na prawdopodobnie moim przyszłym managerze, żeby możliwie zapewnić sobie pomyślną współpracę z nowym szefem.
- Nie mam ci tego za złe - machnął ręką. - W końcu dostałeś kontrakt, którego tak pragnąłeś praktycznie za darmo - uśmiechnął się delikatnie. - Poniekąd cieszę się, że chyba w jakiś sposób mogę czuć, że dołożyłem swoje trzy grosze do twojego sukcesu, prawda? - pogłaskał mnie po włosach, kiedy wciąż tak przed nim klęczałem, a właściwie to usadowiłem się między jego nogami, opierając ręce na jego kolanach.
- Oczywiście, że tak! - zawołałem, po czym przyciągnąłem go do siebie, obejmując go po przyjacielsku. - Więc zgodzisz się? - spojrzałem na niego z nadzieją.
- Tak, ale zrobię to tylko dla ciebie - westchnął, choć delikatny uśmiech wciąż figurował na jego wąskich ustach.
- Dziękuję! - uścisnąłem go.
- Cieszę się twoim szczęściem - poklepał mnie po plecach. - Kai, dusisz mnie! - jęknął, kiedy mój uścisk przybrał na sile. W końcu puściłem go, bo przecież nie mogłem pozbawić ostatniego tchnienia crush'a mojego szefa, prawda? - Wiesz... Ile to będzie musiało się ciągnąć? - zapytał nieco zaniepokojony. Ściągnąłem brwi w niezrozumieniu, niemo nakazując mu kontynuować, gdyż nie rozumiałem, o co ten tak właściwie mnie pytał. - Mam na myśli to, że raczej nie będę w stanie zbyt długo udawać, że jestem nim zainteresowany... - wyznał.
- Wcale nie musisz! - zamachałem rękami w powietrzu. - Jak ci się coś nie spodoba, to już na pierwszym spotkaniu możesz go oblać drinkiem i wyjść. Poza tym nie musisz się z nim spotykać już nigdy więcej, jeśli ten nie przypadnie ci do gustu - wyjaśniłem.
- Naprawdę? - ucieszył się. - To dobrze. To znacznie ułatwia sprawę - ulga widocznie odmalowała się na jego twarzy.
- Nie musisz udawać, że Yohio ci się podoba - zapewniłem.
- To naprawdę dobrze - pomógł mi się podnieść i usiąść na kanapie obok siebie. - Wiesz, kiepski ze mnie aktor - przyznał nieco zakłopotany. - W tematyce uczuć niestety jestem jeszcze bardziej nieporadny - podrapał się zafrasowany po karku. - Myślę, że nie umiałbym udawać, że interesuję się kimś takim jak Yohio, kiedy tak naprawdę już od jakiegoś czasu w głowie mam tylko jedną osobę... - mruknął. - Wydaje mi się, że Yohio szybko mógłby mnie przejrzeć...
- Co? - zdziwiłem się. - W kim się podkochujesz? - szturchnąłem go zaczepnie, na co ten zawstydzony spuścił wzrok na podłogę.
- W takim jednym... - westchnął, w delikatnym geście odgarniając włosy, które opadły mi na twarz. - ...pewnie go nie znasz... - uśmiechnął się zakłopotany, spoglądając mi prosto w oczy. Pod wpływem tego spojrzenia przeszły mnie dreszcze.
- Nihit... czy ty...? - urwałem, kiedy chłopak znów odwrócił ode mnie spojrzenie i wbił je w wykładzinę pod własnymi stopami. Niemrawo skinął mi głową.
- To dlatego nie chciałem już z tobą grać w jednym zespole... - wyznał. - Nie wiedziałem czy mógłbym to dłużej znieść... - niemal szepnął. - Kai, ja... przepraszam... - wydukał, wciąż skrupulatnie unikając mojego spojrzenia.
- Nihit... - przysunąłem się do niego, mimo iż ten uciekał ode mnie tak długo, aż w końcu skończył wciśnięty w oparcie sofy. Chwyciłem go za podbródek i zmusiłem go, żeby spojrzał mi w twarz. - Nie masz, za co przepraszać - odezwałem się przyciszonym głosem, po czym musnąłem jego usta.
Prawdą było, że nie do końca wiedziałem, co robię. Lubiłem Nihita. Był mi bliski, był moim przyjacielem. Z tej racji naprawdę byłem na siebie zły, że nie potrafiłem załatwić sobie kontraktu w żaden inny sposób niżby wplątując go w całą tę sprawę, która nie miała przecież z nim nic wspólnego. 
Lubiłem go, ale nie kochałem. Dlaczego zatem teraz go całowałem? Może dlatego, że ten wyznał mi swoje uczucia, a ja nie chciałem zostawić go z pustymi rękami. Bałem się, że nasze relacje się pogorszą. Nie chciałem stracić tego, co już miałem. Nie chciałem się cofać. W żadnym wypadku. Niestety, moja filozofia zakazując mi zrobienia kroku wstecz, nakazywała mi przy tym stanie w miejscu lub ruszenie do przodu. Póki co, mógłbym powiedzieć, że stanęliśmy na stabilnej, przyjacielskiej stopie z gitarzystą. Ja byłem szczęśliwy z obecnym stanem rzeczy, jednak on nie. On chciał zmiany, chciał się ruszyć. Do przodu albo do tyłu. Zostać zaakceptowanym lub odrzuconym. Zostać dla mnie kimś jeszcze bliższym lub wycofać się z mojego życia. Dostać konkretną odpowiedź czy idziemy w prawo, czy w lewo. Ze względu jednak na moją filozofię wyglądało na to, że nasz wybór był tylko teoretyczny, gdyż tak naprawdę podążaliśmy drogą jednokierunkową. Bo ja się nie cofałem. Parłem do przodu. A zatem nasza znajomość także musiała ruszyć dalej.
Nie czułem się źle z tym, co robiłem. Czułem się źle wisząc nad Yohio i próbując mu się zaoferować, kiedy nie miałem żadnych pozytywnych uczuć czy emocji wobec tego chłopaka. Z Nihitem było inaczej. Był moim przyjacielem. Wielu przyjaciół w ostateczności łączyło się w pary, prawda? Właściwie to nie widziałem żadnych przeciwwskazań, dla których faktycznie ja nie mogłem wziąć swoich uczuć do gitarzysty i pchnąć ich dalej. Mogłem się w nim zakochać. Tylko musiałem chcieć. Trochę się postarać. Muzyk był dobrym chłopakiem. Z pewnością zadurzenie się w nim przyjdzie mi z łatwością.
A przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić, żeby pozytywnie nastawić się do całej tej sytuacji.
Inną sprawą było to, że gdybym go w tej chwili odtrącił czułbym się zwyczajnie jak niewdzięcznik. Ten zgodził się iść w mojej sprawie na randkę z Yohio i nawet nie zrobił mi awantury o to, że niejako podjąłem decyzję za jego plecami - a ja co? Miałem tak po prostu powiedzieć: "Sorry, ale myślę, że jakoś razem nam nie wyjdzie."? Możliwe, że w jakiś sposób chciałem mu się odpłacić za jego dobroć, nawet jeśli miałem świadomość, że wybrany przeze mnie sposób był daleki od mądrego posunięcia.
Kolejną kwestią był Yohio sam w sobie. Niby Nihit był dla mnie tylko przyjacielem i go nie kochałem, jednak z drugiej strony... na samą myśl o tym, że ten faktycznie mógłby zacząć dogadywać się ze Szwedem i zacząć się z nim umawiać... byłem zazdrosny. Bałem się, że go przez to stracę... Nie rozumiałem za bardzo własnego toku myślenia, ale ta chęć zachowania chłopaka tylko i wyłącznie dla siebie i poczucie winy wynikające z tego, że niejako umówiłem go na randkę w ciemno świadczyły w moim mniemaniu o tym, że może moje przyjacielskie uczucia względem gitarzysty zaczęły już samoistnie ewoluować w coś więcej, jednak ja wciąż się jeszcze na nich nie poznałem.
Blondyn odpowiedział na pocałunek. Z początku był nieśmiały, jednak szybko objął mnie za szyję. Zachęcony ruchem z jego strony objąłem go w pasie i przyciągnąłem blisko siebie. Polizałem jego dolną wargę, na co ten w odpowiedzi uchylił usta w zapraszającym geście. Nasze języki splotły się ze sobą. Chłopak mruknął zadowolony, kiedy zacząłem przesuwać dłońmi po bokach jego ciała. Nihit podniósł się i usiadł na mnie okrakiem. Uśmiechnąłem się, widząc, jak bardzo pragnął mojej bliskości. Wsunąłem ręce pod jego bluzkę, czując pod palcami jego wystające żebra. Gitarzysta oddychał coraz szybciej, a jego pocałunki były coraz bardziej natarczywe i pełne pasji. Przyduszał mnie, jednak nie miałem mu tego za złe. Właściwie to nawet nieźle się bawiłem.
Po pewnym czasie poczułem także coś więcej niżby tylko jego żebra pod palcami. Zaskoczony spojrzałem w dół, żeby zobaczyć wybrzuszenie w spodniach jasnowłosego, które wbijało mi się w brzuch. Na moment zaprzestaliśmy salwy pocałunków. Chłopak widząc, na co spoglądałem, spłonął dorodnym rumieńcem. Chciał ze mnie zejść, jednak nie pozwoliłem mu na to, mocno łapiąc go za biodra i unieruchamiając w miejscu.
- A dokąd to? - zaśmiałem się.
- Kai... - jęknął zawstydzony, starając się ukryć zaczerwienioną twarz.
- Miło widzieć, że aż tak mnie pragniesz - mruknąłem mu na ucho uwodzącym głosem, po czym pocałowałem go jeszcze raz.
Nihit odwrócił jednak głowę, naprawdę nie chcąc, żebym oglądał go w takim stanie. Zachichotałem widząc jego reakcję. Skoro nie miałem dostępu do jego ust, zacząłem obsypywać pocałunkami jego szyję oraz przesuwać dłońmi po jego udach. Blondyn zaczął wzdychać, kiedy dotarłem do wrażliwego punktu tuż pod szczęką, blisko ucha. Delikatnie pociągnąłem zębami za jeden z jego kolczyków, po czym zwyczajnie mocno przytuliłem go do siebie.
- Więc ty...? - odezwał się zakłopotany.
- Nie waż mi się zakochiwać w Yohio, bo nie dość, że stracę kontrakt, to jeszcze pewnie wsadzą mnie do pierdla za wykastrowanie go w nieprzystosowanych do tego warunkach - parsknąłem śmiechem. 
Słysząc to, jasnowłosy uśmiechnął się pod nosem i ułożył głowę na moim ramieniu. Przymknął powieki, a na jego ustach wciąż malował się delikatny uśmiech. Wyglądał na naprawdę szczęśliwego. Myślę, że udzielił mi się jego dobry humor. Był naprawdę słodki. Pocałowałem go w skroń, po czym pozwoliłem sobie zatonąć i upajać się tą przyjemną chwilą, w której chciałem trwać jak najdłużej.

Oneshot "Ferelny czwartek" Cion x Kuu (VRZEL), Rushi (ex Killaneth, Jupiter) x Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)

Dobra, przyznam szczerze, że zamierzałam publikować częściej, jednak po drodze zadziało się parę rzeczy, które dosłownie zmusiły mnie do zmiany planów na... właściwie całe życie i w ostatnim czasie byłam zajęta próbami poukładania tego całego chaosu, jaki z tego wyniknął i wyjściem z jakimś planem awaryjnym na szybko. Nie ukrywam też, że to znacząco wpłynęło na moje samopoczucie i humor, toteż nie za bardzo miałam chęci pisać. Z tego wszystkiego nawet zapomniałam, że mam zapisanego w czeluściach mojego dysku tego shota ^^'' a jako że już od dluższego czasu nic nie wstawiałam, postanowiłam wrzucić chociażby to, co "kisiło się" w moich "zapasach" ^^''''''''

Dodam też, że kiedy pytałam czy ktoś życzyłby sobie kontynuację starych serii, takich jak "Uważaj, czego pragniesz" (aka. "Bog, chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia"), "Książę z bajki" etc., i jednoznaczny odzew był: "Hip-hip hurra! Tak, kontynuuj, bo to były moje ulubione serie, na które wciąż czekam!", a jednak nie widać tego jakoś po statysytkach (no 40 odsłon to nawet "ogłoszenia parafialne" mogą więcej nabić x.x), szczególnie po komentarzach, których brakuje. To też odrzuciło mnie w pewien sposób, szczególnie, że w zanadrzu mam nowe serie (napisane już po kilka rozdziałów), które teraz "kiszę", męcząc się pisząc stare gnioty, których niby wszyscy się nie mogli doczekać... a jednak, no patrz, nie. 

To było tak słowem przedwstępu. Postaram się, żeby następnym wpisem był "Książę z bajki" albo "Interesy z diabłem" - ZAPOWIADAM JEDNAK, ŻE JEŚLI "KSIĄŻĘ Z BAJKI" OKAŻE SIĘ TAKĄ SAMĄ LIPĄ JAK POPRZEDNIE STARE SERIE TO JE ZAWIESZAM I BIORĘ SIĘ ZA NOWE RZECZY, bo te wiszą nade mną jak niedoschnięte pranie i, co tu ukrywać, trochę mi tu już zatęchły i śmierdzą... >.<

Tytuł: "Felerny czwartek" (to się nawet trochę trzyma kupy, bo Kai kilka dni temu na twitterze pisał, że ma dwa złe dni pod rząd ^^'')
Paring: Cion x Kuu (Vrzel), Rushi (ex Killaneth, Jupiter) x Kai (ex Killaneth, TRNTY D:CODE)
Typ: oneshot
Gatunek: angst (?)
Beta: -

Słowem wstępu kilka zdjęć: 
Na pierwszy ogień Kai i Rushi:


Cion i Kuu:

I na koniec Cion i Rushi, żeby pokazać pewne podobieństwa między Rushim oraz Kuu (minimalne, ale jednak) oraz fakt, że Cion widział się z Rushim (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, though ^^'')

Otworzyłem drzwi do studia, w którym zazwyczaj nagrywaliśmy z hukiem, wściekły niczym sam diabeł wpadłem do środka. Nihit, który siedział na niewielkiej, wysłużonej kanapie pod ścianą, podskoczył przestraszony na miejscu, łapiąc się za klatkę piersiową gdzieś w okolicach trzepoczącego ze strachu serca. Saku z kolei, który zajmował miejsce na krześle obrotowym przy stole mikserskim, pozostał niewzruszony. Wciąż siedział pochylony, w głębokim rozkroku, wsparty łokciami o własne kolana. Jego nieobecny wzrok wskazywał na to, że ten odpłynął gdzieś daleko myślami i prawdopodobnie nawet nie zauważył mojego "wejścia smoka", mimo iż narobiłem nim niemało hałasu, omal nie doprowadzając przy tym gitarzystę do zwału. Blondyn sztywnym ruchem sięgnął po telefon, który wypadł mu z rąk i zaczął składać jego kolejne części w spójną całość.
- Kai... - zaczął słabym głosem.
- Gdzie on jest?! - wrzasnąłem wściekły. - Gdzie jest ta fioletowa kanalia?! - darłem się jak opętany, obrzucając uważnym spojrzeniem każdy kąt. - Zamorduję... - syknąłem pod nosem.
- Rozumiem, że jesteś zły, ale naprawdę, Kai, postaraj się uspokoić... - zaczął jedyny przytomny umysłowo muzyk, który nie stracił jeszcze nad sobą panowania.
- O nie, mój drogi - wyszczerzyłem się krzywo, paskudnie - ja nie jestem tylko "zły" - prychnąłem. - Ja jestem wkurwiony! - wrzasnąłem raz jeszcze. - I nie, nie uspokoję się! - dodałem, widząc zawczasu uniesione dłonie Nihita w pojednawczym geście. - Przynajmniej dopóki nie wyrwę tej fioletowej wszy nóg z jej kościstego tyłka i nie wepchnę jej ich do gardła, aż te z powrotem wyjdą jej dupą tył na przód! - postawiłem warunek.
Gitarzysta zamarł na moment i spojrzał na mnie z prawdziwym przestrachem. Wyglądał, jakby zastanawiał się czy mógł mnie zostawić na wolności, czy może jednak lepszym pomysłem było rzucenie się na mnie i próba unieruchomienia. Ostatecznie jednak wybrał mądrze, a więc nie zdecydował się na żadne pochopne posunięcia, których oczywiście mógłby szybko pożałować, gdyż niesiony na skrzydłach furii, w afekcie mógłbym zwyczajnie mu przywalić. W końcu westchnął tylko ciężko i rozmasował nasadę nosa, jakby próbując się odgonić od widma nadciągającej migreny.
- Masz naprawdę obrzydliwe, sadystyczne zapędy... - mruknął.
- To dopiero początek! Nie chciej wiedzieć, co jeszcze czai się w mojej głowie! - burknąłem, zakładając ręce na piersi.
- W takim razie radziłbym ci nie wdrażać w życie tego, co tam siedzi - spojrzał na mnie krzywo. - Wiesz, ile dostałbyś za to wyroku? - próbował przemówić mi do rozsądku.
- Wszystko jest warte tej radości - wyszczerzyłem się maniakalnie, prostując dumnie.
- Kai...
- Dobra, nie ma go tu, to idę poszukać go gdzieś indziej - oświadczyłem, machając lekceważąco ręką na mojego rozmówcę. - Nie będę marnował czasu - fuknąłem, po czym wyszedłem z takim samym rabanem, z jakim wszedłem do pomieszczenia.
Właściwie czwartek był moim dniem niepracującym. To właśnie zazwyczaj w czwartki załatwiałem wszystkie sprawy na mieście, zaliczałem obowiązkowe wizyty u lekarza, robiłem zakupy na cały przyszły tydzień, odwiedzałem rodziców, umawiałem się ze znajomymi na spotkanie, a jak starczyło mi czasu to nawet szedłem na masaż albo do łaźni publicznych. To był dzień zarezerwowany dla mnie i moich potrzeb. Nie tym razem jednak. W ten felerny czwartek było zupełnie inaczej. Musiałem odwołać obiad u rodziców oraz gnać do studia na złamanie karku z ów łaźni publicznych, przez co swoją drogą wciąż miałem jeszcze mokre włosy. Jeśli w rezultacie tego wszystkiego nabawię się jakiejś grypy albo innego choróbska, to jak babcię kocham!, to Rushi będzie płacił za moje leki, gdyż była to właśnie jego wina, że musiałem zjawić się w pracy w mój dzień wolny.
I nie zrozummy się źle, to nie było nic w stylu: "Ej, stary, nagrałem super ścieżkę dźwiękową, musisz koniecznie ją obczaić!" albo "Przez przypadek usunąłem pliki, które mi ostatnim razem dałeś. Możesz przyjechać i podrzucić mi je na przenośnym dysku?". Nic tak przyjemnego i mało znaczącego. Sprawa była znacznie większego kalibru. Właściwie była to sprawa życia i śmierci. Być albo nie być. A przynajmniej dla mnie...
Okazało się, że Rushi na boku już od jakiegoś czasu szukał sobie innego zespołu. Killaneth było jego pierwszą grupą, jednak zanim w ogóle zdarzyliśmy rozwinąć skrzydła, ten postanowił uprzejmie nas poinformować, że opuszcza nasz skład na rzecz objęcia pozycji basisty Jupitetera. Fajnie, nie? Od tak sobie postanowił zdezerterować i odejść, jakbyśmy nic dla niego nie znaczyli, bo na horyzoncie pojawiła się potencjonalnie lepsza oferta. To tak, jak z kontem oszczędnościowym. Widzisz lepsze oprocentowanie i w trymiga podejmujesz decyzję o przeniesieniu swoich oszczędności z jednego banku do drugiego, z jednego konta do drugiego. Otwierasz jedno, drugie zamykasz. Proste. Machasz parafkę na cyrografie z niekończącą się listą kruczków i uśmiechasz się zadowolony z siebie, ciesząc się poczuciem zrobienia dobrego interesu.
Dokładnie tak potraktował nas basista. Jak rzeczy. Jak przedmioty bez uczuć. Jak śmieci. Jak stare zabawki, które rzucił w kąt, kiedy już się nimi znudził, kiedy dostał nowe. Myślał, że cała ta sprawa tak łatwo się zakończy? Że od tak po prostu zaakceptujemy jego decyzję i przytakniemy mu, życząc wszystkiego, co najlepsze na dalszej drodze kariery? Niedoczekanie. Jasne, nie myślcie, że byłem idiotą, który wyobrażał sobie, że mógł zatrzymać kogoś przy sobie na siłę. Skoro fioletowowłosy muzyk postanowił odejść i tak odszedłby prędzej czy później, jednak ja przynajmniej zamierzałem w dość znaczący sposób utrudnić mu życie, zanim ten mógłby wyjść z mojego na dobre. Swoim zachowaniem chciałem dać mu do zrozumienia, że ludzi nie traktuje się w ten sposób - w szczególności swoich najbliższych współpracowników, którzy ci ufali, którzy zapatrywali się na ciebie jako na przyjaciela... a może nawet kogoś więcej...
Tak, bo wyobraźcie sobie, że jakby tego wszystkiego wciąż było mało, to ja i Rushi byliśmy dla siebie kimś więcej niżby tylko kolegami z pracy... a przynajmniej ja żyłem w takim przekonaniu aż do dnia dzisiejszego. Zdarzyło nam się kilka razy po koncercie wyjść wspólnie na piwo, zaczęliśmy rozmawiać, gadka kleiła się całkiem nieźle... Doszukiwałem się coraz więcej wspólnych cech, które nas ze sobą łączyły. Czas leciał i jakoś tak wyszło, że zbliżaliśmy się do siebie. Z ów czasem zaczęliśmy nawet wspólnie wychodzić bez potrzeby zasłaniania się wymówkami, że to tylko spotkanie po pracy, że to nic znaczącego, że to przypadek. Zaczęliśmy się umawiać, a w rezultacie nawet wylądowaliśmy wspólnie w łóżku. Nie powiem, między nami wciąż nie padły słowa "kocham cię" ani żaden z nas oficjalnie nie nazywał tego drugiego "swoim chłopakiem" czy "partnerem", ale miałem wrażenie, że to wszystko zmierzało właśnie w tym kierunku. Że to tylko kwestia tego upływającego czasu. W końcu wciąż tak dobrze, ze wszystkimi, najdrobniejszymi szczegółami pamiętałem, kiedy leżeliśmy wspólnie w moim łóżku przytuleni do siebie, rozmawiając o przyszłości naszego zespołu, o naszych osobistych planach, obdarowując się przy tym drobnymi pocałunkami w różnych partiach ciała oraz popijając mocną, czarną kawę. 
Ta, jak łatwo się domyślić, wtedy też był czwartek...
Zaledwie zeszły czwartek.
A już tydzień po tym incydencie basista zdążył o wszystkim zapomnieć, spuścić wszystkie wspomnienia związane ze mną oraz tym pamiętnym dla mnie porankiem w toalecie, do której udał się po skończeniu swojej czarnej, mocnej kawy, którą dla niego przygotowałem. Rezultatem tego było to, że teraz zupełnie bez serca i krzty przyzwoitości zamierzał zostawić Killaneth, a co więcej, zamierzał także zostawić mnie i zwyczajnie odejść.
Świadomość, że muzyk rozpatrywał całą tę sytuację w kategoriach nic nieznaczącej była dla mnie bolesna, gdyż dla mnie to była pierwsza relacja, w którą zaangażowałem się i w którą przede wszystkim chciałem brnąć dalej od dłuższego czasu. Zdawało się, że... że faktycznie obdarzyłem go jakimś uczuciem, a ten bez wahania czy chwili pomyślunku potrafił skreślić mnie i wykopać ze swojego życia, zupełnie tak jakbym nigdy nie był jego częścią.
Bo może i nie byłem. Może to wszystko była tylko piękna iluzja, którą sam sobie stworzyłem, w której chciałem żyć. Może faktycznie od samego początku byłem dla niego nikim. Jakimś idiotą drącym się do mikrofonu pod dyktando jego ścieżek dźwiękowych. Wizją darmowego seksu, noclegu i porannej kawy.
Przemierzałem korytarze studia szybkim, sprężystym krokiem. Byłbym minął klatkę schodową schodów pożarowych, która robiła nam za palarnię, niezainteresowany, gdybym nie dostrzegł w porę szybkiego mignięcia znajomych, fioletowych włosów
- Hej! Stój! - wrzasnąłem i rzuciłem się biegiem w stronę ów schodów.
Wbiegałem po metalowych schodkach po dwa na raz próbując dogonić chłopaka, którego chyba albo ruszyło sumienie, albo zdawał sobie sprawę, że unikanie mnie po tym, co zrobił, było najbezpieczniejszą dla niego opcją, gdyż ten zaczął przede mną uciekać. Wbiegł na pierwsze piętro i chciał kontynuować dalej swoją ucieczkę zacienionym korytarzem, jednak okazałem się być od niego szybszy i udało mi się go złapać. Zacisnąłem dłoń na materiale jego bluzy, zatrzymując go i ciągnąc go w swoim kierunku, mimo iż ten stawiał znaczący opór.
- Co ty sobie wyobrażasz, co?! - ryknąłem na niego. - Uduszę cię, ty gadzie... - syknąłem i odwróciłem go do siebie przodem. 
W ciemności nie widziałem jego twarzy, jednak i tak mogłem zauważyć, że się bał. Czułem, jak całe jego ciało drżało i spinało się pod wpływem mojego dotyku. 
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci tak odejść, to grubo się mylisz! - ściągnąłem gniewnie brwi.
- A-ale o co... o co chodzi? - wydukał niemalże płaczliwie. - Przecież ja cię nawet nie znam! - pisnął.
- Jak to "o co chodzi"?! - potrząsnąłem nim, żeby odświeżyć mu pamięć. - Ach, teraz to mnie już nie znasz, tak?! - prychnąłem wściekle. - Pozwól zatem, że cię oświecę! - warknąłem. - Nie zamierzałeś przypadkiem w najbliższym czasie zmienić zespołu?! - zapytałem ironicznie. - Nie zamierzałeś wbić mnie, Nihitowi i Saku noża w plecy, a potem zostawić nas samych sobie i odejść z uśmiechem na ustach?! - burknąłem niskim głosem.
- Nie! - zawołał. 
- Nie kłam, idioto! - zganiłem go. - Dałeś wypowiedzenie managerowi! - szarpnąłem nim raz jeszcze. - Co? Twój pierwszy zespół okazał się być dla ciebie porażką? To było dla ciebie za mało? Postanowiłeś sięgnąć po coś więcej? - zacisnąłem szczęki ze złości.
- Nie, na litość wszystkich bożków shinto, nie! - pisnął. - Vrzel jest moim pierwszym zespołem, a i owszem, ale zamierzam kontynuować w nim grę! - zapewnił.
- To w takim razie niby po cholerę... - urwałem. - Chwila... - zreflektowałem się. - "Vrzel"? - zdumiałem się, na co chłopak energicznie pokiwał głową.
- Hej, co to za wrzaski na korytarzu?! - ktoś wychylił się z jednej z sal. 
Ja w tym czasie pociągnąłem trzymanego za fraki chłopaka do wąskiego snopa światła padającego z wysokiego okna klatki schodowej, aby przyjrzeć mu się uważniej. Dopiero po chwili zorientowałem się, że... przede mną wcale nie stał Rushi. Był to bardzo podobny do niego chłopak, jednak zdecydowanie nie był to basista mojego zespołu we własnej osobie. 
- Co ty robisz z Kuu?! Zostaw go! - nieznajomy wybiegł na korytarz i odtrącił moje ręce od fioletowowłosego, który wpatrywał się we mnie z przerażeniem załzawionymi oczami.
- Ja... - zająknąłem się zdziwiony nie na żarty. - Przepraszam... - wydusiłem z siebie w końcu z trudem. - Wziąłem cię za... za kogoś innego - wytłumaczyłem się.
- I to niby dlatego omal nie złamałeś nosa mojemu gitarzyście? Wyglądałeś, jakbyś szykował się, żeby mu przywalić! - zdesperowany wyrzucił ręce w powietrze.
- Ja... - zacząłem nieskładnie. - Ale to po cholerę uciekałeś przede mną, skoro jesteś niewinny? - spojrzałem na wspomnianego Kuu, który tulił się teraz do boku swojego wybawcy. Chłopak spojrzał na mnie urażony.
- Bo... bo zacząłeś na mnie krzyczeć! Przestraszyłem się! - wytłumaczył piskliwym głosem, po czym w ogóle schował się za plecami drugiego muzyka, którego jeszcze nie znałem. Ten westchnął ciężko.
- Dobra, Kuu, uspokój się, to było nieporozumienie - spróbował załagodzić sytuację. - Jestem Cion - przedstawił się. - Słyszałem, że wspominałeś o Nihicie i Saku, więc wnioskuję, że ty jesteś Kai z Killaneth? - zapytał.
- Zgadza się - przytaknąłem się.
- I szukasz Rushiego? - dopytywał.
- Tak... - warknąłem, mimo iż wcale nie byłem zły na Ciona. Na wspomnienie imienia basisty wciąż krew się we mnie gotowała. - Wiesz, gdzie on jest? - zapytałem.
- Wiem, ale szczerze powiedziawszy to nie jestem przekonany, co do tego czy powinienem ci mówić o tym, gdzie możesz go znaleźć - rzucił mi nieufne spojrzenie. - Jeszcze coś mu zrobisz - wyjaśnił, kiedy spojrzałem na niego wyczekująco, niemo nakazując mu rozwinąć swoją myśl.
- Słuchaj, sorry za tę akcję z twoim gitarzystą, ale nie wtrącaj się w to, co dzieje się w moim zespole, okej? - burknąłem, krzyżując ręce na piersi. - Nic ci do tego. To sprawa między mną a Rushim i im szybciej dojdziemy z nią do ładu, tym lepiej. Więc byłoby mi bardzo miło, gdybyś jednak zechciał współpracować i powiedział mi, gdzie mogę go znaleźć - syknąłem.
- I tu się właśnie mylisz, przyjacielu - uśmiechnął się krzywo, taksując mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. - Ta sprawa w pewien sposób mnie dotyczy, gdyż Rushi jest moim przyjacielem - wyjaśnił.
- Oho, jasne - przewróciłem oczyma. - Dać ci dobrą radę? Uważaj, żebyś nie przejechał się na tym stwierdzeniu, bo ja też jeszcze do niedawna nazywałem Rushiego swoim przyjacielem i patrz, jak ten pięknie wypiął się dupą na mnie i na cały mój zespół, zostawiając nas z ręką w nocniku! - zirytowałem się.
Wtem na korytarz wyszła kolejna osoba z tej samej sali. Od razu z daleka poznałem tę drobną postać basisty, który słysząc moje słowa sam postanowił się ujawnić. Najwidoczniej domyślił się, że nie odpuściłbym, aż do momentu, w którym wreszcie udałoby mi się dopiąć swego.
- Kai? - odezwał się cicho, nieśmiało, tak jak to miał w zwyczaju. Nie miałem pojęcia, jak kiedyś mogłem doszukiwać się w tym czegoś uroczego... Teraz to było wyłącznie irytujące. - Co ty tutaj robisz? - zdziwił się. - W końcu jest czwartek. Twój dzień wolny - zauważył.
- No patrz, ktoś mi go zepsuł - prychnąłem, ruszając w jego stronę. 
Fioletowowłosy drgnął i mimowolnie cofnął się o krok do tyłu. Widocznie faktycznie musiałem wyglądać jak sam rozsierdzony demon, skoro wszyscy odczuwali palącą potrzebę pierzchania na boki na mój widok. 
- Nihit zadzwonił do mnie, żeby przekazać mi wiadomości od managera. Myślisz, że w takiej sytuacji mógłbym spokojnie relaksować się podczas masażu? - spojrzałem na niego twardo z góry z racji dzielącej nas różnicy we wzroście.
- Więc już wszystko wiesz? - podrapał się nieporadnie po karku. - Nie rozumiem zatem, dlaczego jesteś zły... - wyznał.
- Jak to nie rozumiesz dlaczego? - spojrzałem na niego jak na idiotę. - Może dlatego, że odchodzisz z zespołu, zostawiając naszą trójkę w potrzasku? Do cholery, Rushi, o co ci chodzi? Przecież dobrze nam szło! - krzyknąłem. - Zdobywaliśmy sławę, nagraliśmy dwa dobre single, mieliśmy wspaniały image, a ty nagle zdecydowałeś się zniszczyć tę sielankę bez powodu! - załamałem ręce. - Chcesz więcej pieniędzy? - zgadywałem. - Proszę bardzo, możesz wciąć wszystkie moje premie i bonusy, nie dbam o to! - prychnąłem. - Chcesz skupiać na sobie więcej uwagi? - kontynuowałem. - Nie ma najmniejszego problemu! Możemy skupić się bardziej na twojej osobie w nagraniach i podczas występów! - zawołałem. - Do cholery, mogę ci dać wszystko, czego chcesz, tylko powiedz mi, o co ci chodzi, a nie ni z gruchy, ni z pietruchy zaczynasz pakować manatki i bez słowa odchodzisz w najmniej oczekiwanym momencie!
- Myślałem, że będziesz się cieszył z tego, że zostałem doceniony przez takich muzyków jak Zin, Hizaki czy Teru i że dostałem ofertę dołączenia do ich składu... - mruknął cicho. - Myślałem, że będziesz cieszył się z mojego sukcesu razem ze mną - spuścił głowę.
- Dlaczego, do ciężkiej cholery, w ogóle chcesz opuścić Killaneth? - dopytywałem. - Co ci w nas nie pasuje? Chcesz po prostu grać z kimś sławniejszym od nas? - spojrzałem na niego z dystansem.
- Ja... po prostu... - dukał. - Kiedy Zin zaproponował mi wspólną grę potraktowałem to jako szansę na osobisty rozwój. Nie mam nic ani do ciebie, ani do Nihita, ani Saku. Lubię was, ale myślę, że Jupiter może mi stworzyć lepsze warunki do rozwinięcia skrzydeł - wytłumaczył tak cicho, że ledwo mogłem go dosłyszeć. 
- A, rozumiem - mruknąłem. - Więc nic do nas nie masz, ale cię ograniczamy, tak? Nie jesteśmy wystarczająco dobrzy dla jegomościa Rushiego - skłoniłem się z udawanym szacunkiem. - Nie to co wielki Zin, Hizaki czy Teru, gwiazdy międzynarodowej sceny, którzy są łatwo rozpoznawalni i wokół których zawsze kwitnie zainteresowanie, prawda? - ironizowałem.
- Kai, to nie tak... - zaczął płaczliwie i pociągnął nosem.
- Nie Rushi, to dokładnie tak - przerwałem mu. - Nie dałeś nam nawet szansy się rozwinąć, pokazać, na co nas stać, tylko z miejsca nas skreśliłeś. Poleciałeś na sławę i kasę całej tej przedpotopowej trójki jak napalona fanka - skrzywiłem się z obrzydzeniem. - Ale dobra. Niech będzie. To twoje decyzja - podniosłem ręce, wymownie pokazując tym samym, że nie chciałem mieć z tą sprawą nic więcej wspólnego. - Rób sobie, co chcesz - prychnąłem. - Powodzenia w życiu i dalszych sukcesów na drodze kariery - sarknąłem, powoli oddalając się od niego. - Wiedz tylko, że to, co zrobiłeś jest w mojej opinii gorzej niż tylko obrzydliwe i gorszące. Naprawdę miałem cię za przyjaciela, wiesz?... może nawet za kogoś więcej... - dodałem ciszej, odwracając od niego wzrok. - Ale w porządku. Ty podjąłeś swoją decyzję. Postanowiłeś wbić mi nóż w plecy i posłać do diabła. Nie ma problemu - rozłożyłem bezradnie ręce. - Jakoś to przeboleję. Nie z takich opresji już wychodziłem. Nie przychodź tylko do mnie zapłakany, kiedy wieki Zin, Hizaki i Teru znudzą się takim żółtodziobem jak ty i wrzucą cię w jakiś zapomniany kąt dokładnie w ten sam sposób, w jaki ty wyrzucasz dziś Killaneth. Nie przychodź potem do mnie błagać na kolanach, żebyś mógł wrócić do składu, jeśli nam powiedzie się bez ciebie - syknąłem. - Bo wierz mi, że dołożę wszelkich starań, nawet jeśli miałbym powyrywać sobie przy tym wszystkie żyły, żebyśmy odnieśli ten pieprzony sukces! BEZ CIEBIE! - wrzasnąłem, po czym odwróciłem się szybko na pięcie i odszedłem.
Zbiegłem schodami na parter i dopiero w momencie, kiedy byłem pewien, że nikt mnie nie widzi, otarłem łzy rękawem bluzy. Te słowa przychodziły mi z trudem i bólem. Bo naprawdę zależało mi na basiście. Doceniałem go nie tylko jako muzyka, ale także jako bliską mi osobę. Obdarzyłem go uczuciem, oddałem mu swoje serce, a ten wyrzucił je do kubła na śmieci z napisem "odpadki organiczne".
Odetchnąłem głęboko, pociągnąłem nosem po raz ostatni, po czym na powrót wyprostowałem się i zamierzałem wrócić do Saku i Nihita, kiedy nagle doszedł mnie odgłos płaczu. Z jakiejś racji mogłem iść o zakład, że wcale nie był to płacz przestraszonego Kuu...
Potrząsnąłem głową. Nie było sensu w tym, abym wmawiał sobie kolejne kłamstwa i budował wokół siebie kolejną, piękną iluzją drżącej mrzonki. Czas było z tym skończyć i wyjść naprzeciw rzeczywistości w jej nieprzychylnej postaci, takiej, jaka przychodziła ona naprawdę. Czas było skończyć z tą słabością i wziąć się ostro do pracy, pokazać, że Rushi wcale nie był mi do niczego potrzebny. Ani w karierze muzyka, ani tym bardziej w szczęściu osobistym. Zamierzałem wyciąć go ze swojego życia w identyczny sposób, w jaki ten zrobił to ze mną. 

*** 

Minęło kilka miesięcy. Kilka długich miesięcy wypełnionych po brzegi żmudną pracą, muszę przyznać. Ale ostatecznie opłacało się. Killaneth bez Rushiego nie przetrwał, ale w ostateczności udało mi się zawiązać nowy projekt z Saku, który nazwaliśmy TRNTY D:CODE oraz do którego dołączyło dwóch nowych muzyków - Shio oraz Masato znany pod pseudonimem MST. Obaj przeszli oni przez nasz bardzo szczegółowy plan sprawdzający potencjalnych kandydatów na naszych współpracowników pod każdym możliwym aspektem - nie tylko umiejętności grania na instrumentach, znajomości branży, ale także ludzkich odruchów, konkretnych zachowań w danych, ukartowanych sytuacjach oraz wiele innych. Przyznam, że tym bardziej "socjologicznym" zapleczem zajmował się Saku, gdyż on interesował się i znał się na tym temacie znacznie lepiej niż ja. Ja jedynie wymagałem posiadania pod ręka ludzi, którzy nie zdezerterują mi przy pierwszej lepszej okazji. Chciałem mieć wreszcie przy sobie osoby, którym mogłem ufać i na których mogłem się wesprzeć w razie potrzeby. Były perkusista po rozwiązaniu Killaneth dowiódł mi swojej wierności, dlatego od tej pory zapatrywałem się na niego jak na prawdziwego przyjaciela i całkowicie mu ufałem.
Po długich przygotowaniach oraz negocjacjach z wytwórnią w końcu mogliśmy zacząć właściwa pracę. Mieliśmy już look, nazwę i obecnie skończyliśmy nasz pierwszy singiel, który w moim własnym mniemaniu brzmiał naprawdę dobrze. Wyjątkowo postarałem się nad "Gravity", gdyż chciałem, żeby ta piosenka wypadła jeszcze lepiej od "Apocrypha" Killaneth, nad którą zarywałem całe noce, żeby dopracować ją w każdym najmniejszym calu i aspekcie. W przyszłym tygodniu mieliśmy zacząć nagrania i zdjęcia do video. Nie mogłem się już doczekać, żeby zaprezentować fanom, co dla nich przygotowałem. Właściwie to byłem pozytywnie zaskoczony tym, że pewni ludzie pomimo stosunkowo długiej przerwy, jaka powstała między disbandem Killaneth a zawiązaniem TRNTY D:CODE oraz zapowiedzeniem pierwszego singla, wciąż interesowali się moją działalnością i czekali z niecierpliwością na wiadomości. To mnie budowało. W takich właśnie chwilach cieszyłem się najbardziej, że wybrałem w życiu zawód muzyka.
Siedziałem właśnie w kawiarni w naszym studiu czekając na Saku, który się spóźniał. Muzyk rano chodził na siłownię, więc czasem zdarzało mu się spóźnić na poranną kawę, którą zazwyczaj mu kupowałem, aby po ćwiczeniach nie wylądował czołem w mikserze - a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Prawdą jednak było to, że nawet w tak drobny i nic nieznaczący sposób starałem mu się jakoś, chociażby minimalnie odpłacić za jego wierność oraz wsparcie, którego mi udzielał. Chciałem mu w jakiś sposób pokazać, że to doceniam, że ten coś dla mnie znaczy jako przyjaciel - że nie rzucę go w kąt niczym starą, szmacianą lalkę tak jak zrobił to Rushi - chociażby przez kupno kawy i zrywanie się wcześniej z łóżka tylko po to, aby kupić mu tą przeklętą kawę.
Westchnąłem ciężko nachylając się nad własnym napojem i wdychając jego przyjemny aromat. Byłem zziębnięty po spacerze w zimnicy, na dworze wciąż było ciemno, a ja byłem niewyspany jak diabli i nie marzyłem o niczym innym jak ponownym zakopaniu się pod pierzyną we własnym łóżku. Niestety, wylegiwaniem się na materacu nie dało się osiągać sukcesów w tej branży... a szkoda.
Wtem usłyszałem szuranie towarzyszące odsuwaniu krzesła. Podniosłem spojrzenie, będąc pewnym, że to Saku nareszcie się pojawił i dosiadł się do mnie, jednak pomyliłem się. Naprawdę zdziwiłem się, kiedy naprzeciw siebie zobaczyłem Rushiego, który nie miał już wcale fioletowych, a ciemnobrązowe włosy. Niemniej, pomimo tej zmiany wciąż go rozpoznałem i nie miałem żadnych złudzeń, co do tego, kim była osoba siedząca naprzeciwko mnie.
- Dzień dobry - przywitał się z delikatnym uśmiechem, obejmując wypielęgnowanymi dłońmi swój własny kubek z kawą.
- No zobaczymy czy będzie on znowu taki dobry... - mruknąłem, krzywiąc się.
- Dalej jesteś na mnie zły? - spojrzał na mnie zmartwiony.
- Zgadza się - uparłem się. - Myślisz, że jak minęło parę tygodni to o wszystkim zapomnę? Podejrzewasz mnie o sklerozę czy o bycie łaskawą osobą? - fuknąłem. - Niezależnie od tego, który wariant jest tym prawdziwym, oba są błędne - dodałem, nie czekając na jego odpowiedź. - Czego chcesz? - burknąłem, upijając łyk swojego napoju, który ewidentnie nie był mi już potrzebny. Moje serce zaczęło bić znacznie szybciej przez złość, która pomogła mi otrząść się z resztek snu, jaki zalegał mi na powiekach.
- Chciałem tylko porozmawiać - zawstydzony spuścił wzrok. - Przywitać się...
- Jasne. Mission complete, możesz odejść. Krzyżyk na drogę - odprawiłem go oschle. Chłopak podniósł spojrzenie raz jeszcze i zrobił smutną minę. - To na mnie nie zadziała - uprzedziłem go, krzyżując ręce na piersi.
- Ech, wcale nie chcę wkupywać się w twoje łaski ani wcale naiwnie nie liczyłem na to, że wrócimy do momentu, w który nasza znajomość zatrzymała się przed moim odejściem - odezwał się. - Niemniej, pomyślałem, że przekażę ci pewną wiadomość, która może poprawić ci humor - dodał. Milczałem, pozwalając mu kontynuować. - Zin odchodzi z Jupitera - oświadczył prosto z mostu, na co ja wytrzeszczyłem na niego oczy w niedowierzaniu. - Nie upubliczniliśmy jeszcze tej wiadomości, ale chciałem, żebyś wiedział jako pierwszy.
- Dlaczego mi o tym powiedziałeś? - zdziwiłem się.
- Nie wiem... Myślałem, że ucieszy cię fakt, że niejako wróciła do mnie karma czy jakkolwiek inaczej zechciałbyś to nazwać - wzruszył szczupłymi ramionami. - Kiedyś ja zostawiłem ciebie, teraz Zin zostawia mnie i przyszłość Jupitera jest niepewna. Hizaki i Teru znów angażują się w sprawy Versailles, jak i solowy projekt Hizakiego, więc właściwie hiatus, jeśli nie disband Jupitera byłby im całkiem na rękę. Ściągnęłoby to z ich barków trochę obowiązków, przez co mogliby odetchnąć z ulgą - zauważył.
- Więc zostałeś na lodzie? - westchnąłem.
- Poniekąd... - przytaknął niechętnie. - Nie przyszedłem jednak błagać, żebyś pozwolił mi grać w swoim nowym zespole. Wiem, że masz już nowy, pełny skład i mnie nie potrzebujesz - uśmiechnął się sztucznie.
- Dlaczego pomyślałeś, że wiadomość o twoim nieszczęściu mnie uszczęśliwi? - spojrzałem na niego poważnie.
- Ja... - zająknął się. - Nie wiem... Po prostu pomyślałem, że... Sam nie wiem... Wtedy, kiedy ostatni raz cię widziałem byłeś taki zły na mnie... Myślałem, że... - motał się we własnej wypowiedzi.
- Nie czerpię radości z cudzego niepowodzenia - postawiłem sprawę jasno. W tym momencie do kafejki wszedł Saku z torbą sportową przewieszoną przez ramię. - Nie cieszę się z tego, co ci się przytrafiło, ale nie zamierzam ci także pomóc. W pewnym sensie masz rację. Karma do ciebie wróciła - skwitowałem. - A teraz wybacz, ale mój przyjaciel już na mnie czeka. Musimy zająć się pracą - zakończyłem dość chłodno, po czym odszedłem od stolika do zdziwionego chłopaka, który stanął niczym kołek wmurowany w podłogę w drzwiach lokalu i wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
- Czy to był Rushi? - zapytał, żeby się upewnić.
- Obecnie Rucy, choć, jak widać, nie na długo... - poprawiłem go, wręczając mu jego kawę.
- Dzięki... - mruknął. - Czego chciał? - dociekał
- Pogadać - zbyłem go.
- Pogadać o czym? - nie dawał za wygraną. - Chciał do ciebie wrócić?
- Na tyle głupi jeszcze nie jest - prychnąłem, ruszając w kierunku naszej sali. - Poza tym tak naprawdę nigdy nie byliśmy razem, więc nie ma, do czego wracać - sprostowałem.
- Kai - Saku zastąpił mi drogę, lustrując mnie bacznie od stóp do głów. - Nie daj mu się znów omotać, co? - zmarszczył brwi.
- Nie zamierzam - zapewniłem, po czym wyminąłem go lekkim krokiem, udając nieprzejętego całą tą sytuacją.
Potraktowanie basisty w taki sposób było dla mnie w pewny sposób strzałem w stopę. Próbowałem utwierdzić sam siebie w przekonaniu, że nie potrzebuję go, żeby być szczęśliwym, jednak nie umiałem zaangażować się w żadną inną znajomość czy relację z drugim człowiekiem. Wręcz na siłę próbowałem sobie kogoś znaleźć, chociażby jakąś "zapchajdziurę", jednak moje starania spełzły na niczym. Może i mogłem funkcjonować bez niego jako muzyk, ale jako człowiek... Ech, nie chciałem się do tego przyznać, ale w jakiś sposób nie potrafiłem się bez niego obejść. Wciąż darzyłem go jakimś uczuciem nawet pomimo tego, jaki ten wyciął mi świński numer. Wciąż go kochałem, jednak nie zamierzałem drugi raz dać sobie wejść na głowę. Chciałem w jakiś sposób go ukarać. Chciałem pokazać mu, że nie wszystko mógł osiągnąć dzięki spojrzeniu zbitego psa lub niewinnemu uśmieszkowi. Chciałem dać mu nauczkę, pomimo tego, że przy tym karałem i raniłem sam siebie, posługując się obusiecznym mieczem - wyrywałem sobie te wcześniej wspomniane festony żył, jednak nie z powodu przepracowania, a wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, aby pozostać wobec niego chłodnym i obojętnym, żeby nie wejść drugi raz do tej samej rzeki jak ten skończony idiota.
A może byłem zbyt surowy w swojej opinii? Wszyscy w końcu byliśmy tylko ludźmi, a popełnianie błędów jest rzeczą ludzką. Może wreszcie nadszedł ten pamiętny czas, w którym powinienem nauczyć się przebaczać i puszczać pewne zdarzenia w niepamięć? Może... Z drugiej strony jednak Saku widocznie był takiemu scenariuszowi przeciwny. Wolał mnie skupionego na sukcesie TRNTY D:CODE, maniakalnie oddanego pracy. 
Co zatem było właściwym rozwiązaniem? I czy ta sytuacja posiadała w ogóle jakiekolwiek "właściwe" rozwiązanie, które pozwoliłoby na to, aby i wilk był syty, i owca cała?