Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Closer to Ideal". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Closer to Ideal". Pokaż wszystkie posty

"Closer to Ideal" cz.12

No muszę przyznać, że trochę ciężko nazwać mi ten tekst faktycznie kolejną częścią. Właściwie chyba bliżej mu do epilogu, gdyż jest dość... nietypowy =.='' Niemniej, długo myślałam nad tym, jak zakończyć tę serię, aż w końcu stwierdziłam, że zwykłe zakończenie, coś w stylu: "(..) i odjechali w stronę zachodzącego słońca, młodzi, piękni, bogaci, utalentowani, zakochani i szczęśliwi" serio pasuje tej serii jak świni siodło C'': Z tej racji postanowiłam napisać coś, co nie byłoby tylko takim dosłownym opisem zachowania bohaterów, czyli gdzie kto poszedł i dlaczego. Nie wiem, co z tego wyszło, ale ostatecznie zdecydowałam się zostawić to tak jak jest, gdyż stwierdziłam, że nic lepszego i tak nie wymyślę (miliardowe próby mi to uświadomiły (/.-)'' ). No niestety, w rozpoczynaniu nowych opowiadań to ja raczej jestem dobra, gorzej z pisaniem zakończeń T^T U mnie wszystkie opowiadania mogłyby trwać w nieskończoność x''D

A tak z innej beczki to pozwolę sobie wyznać, że ostatnio odkryłam, że wciąż mogę ubierać się na dziale dziecięcym, mieszkam w Anglii, pochodzę z Polski, uczę się japońskiego i w ostatnim czasie zaczęłam czytać i pisać fanficki po rosyjski xp Swoją drogą to uwielbiam rosyjski humor i jak wyobrażam sobie, że japońscy muzycy mieliby mówić po rosyjsku to ryje jak głupia ^^'' A tak swoją drogą to chyba kiedyś muszę przedstawić wam taki fonetyczny zapis takiej rozmowy... mnie aż przepona ze śmiechu boli xD

        Хммм...

Небольшое лирическое отступление. Хотел бы я узнать.... Кто-нибудь это читает? (Эээ, ты там жив, читатель?) Дай автору знать о твоём существовании, и ты, возможно, получишь то, что хотел хд

Получишь продолжение.

A tu bezkarnie żebrzę sobie o komentarze, których ostatnio trochę mało jest... ;_; (proszę nie sugerować się samą liczbą, bo jest ona niejako podwojona przez moje odpowiedzi) Dobra, nie przedłużając już:


„Closer to Ideal” cz.10

Ile wymiarów może mieć obsesja?
Przynajmniej dwa – ten widoczny i ten, o który nikt by cię nie posądzał.
Jak głęboko można w niej zabrnąć?
Nie wiem. Wszak nie dobrnąłem do jej końca. Na całe szczęście Michi mnie zastopował. Wiedziałem tylko, że wpadłem w nią po uszy, zabrnąłem stanowczo za daleko, ale jednocześnie wciąż nie znalazłem się wystarczająco blisko jej drugiego końca, żeby móc rozprawiać o jej istocie.
Życie jest takie krótkie, a ja zmarnowałem tak wiele czasu na gonienie za durnymi mrzonkami, udawanie kogoś innego i trzymanie teatralnej maski, aby ta nie spadła mi z twarzy.
Życie jest jak drabina. Niezmiennie musisz piąć się wyżej, aby sięgnąć celu. Jeśli zatrzymasz się lub zaczniesz się cofać, nie dojdziesz na szczyt. Im wyżej się pniesz, tym bardziej drabina zaczyna się chwiać i kołysać. Ale takie jest ryzyko, które musi podjąć każdy z nas. Za młodu należy piąć się jak najwyżej, jak tylko się da, wchodzić na rozchwianą drabinę, póki można.
A można; być może.
Potem już jest za późno. Na starość podziurawione osteoporozą kości i trzeszczące za sprawą hondromelacji stawy nie ułatwiają tego zadania. Wszyscy mamy jakoś ograniczony zapas czasu.
Och, w te różne takie barwy nicości i wszystkie wymiary pospolitości, na te ulice puste i światło ślepe… tak bardzo chciałem spojrzeć na niego, mimo iż nigdy zapewne nie miałem dowiedzieć się, co też zrobiłby na moim niewygodnym miejscu.
Chcę na niego spojrzeć… więc patrzę.
Teraz już mogłem to zrobić. Teraz w końcu jest przy mnie. Wreszcie dopuściłem go do siebie. Miałem go przy sobie i mogłem patrzeć w jego stronę za każdym razem, kiedy nie wiedziałem, co zrobić, gdyż mogłem być pewny, że nigdy więcej nie zostanę ze swoimi problemami sam. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć, że ten poradzi mi, kiedy będę potrzebował jego wsparcia.
- Jak ci niewygodnie, to się przesiądź – rzucił Zero znad talerzyka z ciastem.  
Uniosłem jedną brew w geście niedowierzania, na co chłopak jedynie wzruszył ramionami i znów skupił całą swoją uwagę na oglądanym serialu. Poczułem jak moja dolna szczęka samoistnie drgnęła. Zaraz potem roześmiałem się w głos.
Co za ignorant! Co za cholerny ignorant!... którego przecież tak kochałem. Przeklęty ignorant… który jakimś cudem potrafił się mną zainteresować i otoczyć mnie taką opieką, o jakiej nigdy nawet mi się nie śniło.
W rozdwojonej wyobraźni rozlega się krzyk twoich nowonarodzonych emocji. Zbieram doświadczenia specjalnie dla ciebie, aby wręczyć ci szary, zdeptany bukiet.
Wciąż jeszcze się uczę. Na własne życzenie wiele pominąłem we własnym życiu, co musiałem teraz nadrabiać. Doprawdy… dobrana z nas para, co? Emocjonalna kaleka, niedorozwój i mistrz maszyn klimatyzujących, który potrafi wszystko obrócić w siłę spokoju, zdystansowanie i chłodne opanowanie. Serio, kto pisał ten scenariusz?
- Mogłeś poczekać z tym ciastem do momentu, aż twoja matka przyjdzie – zauważyłem.
- Daj spokój – prychnął, rozrzucając okruszki dookoła. – Ja goniłem po to ciasto do sklepu, więc ja mam prawo spróbować go jako pierwszy – uniósł widelczyk w geście, który jakby sugerował, iż podkreśla coś bardzo ważnego w swojej wypowiedzi. – Poza tym moja matka i tak jest wiecznie na diecie… - mruknął.
- To może zamiast ciasta było jej kupić jakąś sałatę i pomidora czy ogórka… wiesz, tak, żeby i ona mogła z tego wszystkiego skorzystać – rzuciłem pomysł.
- No co ty? – Shimizu spojrzał na mnie jak na idiotę. – Nie znasz mnie czy jak? – fuknął, na co ja zaśmiałem się pod nosem.
Tak, posiadanie takiego potwora jako dziecka musiało być prawdziwą traumą…
- Ej, a tak swoją drogą, to twoja matka wie, że jesteś gejem? – upewniłem się.
- Inaczej bym jej tutaj nie zapraszał, nie? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
Ledwo zdążył skończyć mówić, wtem odezwał się dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Wojskowa punktualność. Już chciałem podnieść się z siedzenia, jednak szatyn uprzedził mnie i gestem ręki nakazał mi zostać na miejscu. Sam otworzył drzwi.
- Michi, jak ja cię dawno nie widziałam! – usłyszałem kobiecy głos od progu. – Och, ale spójrz na siebie, kochanie, chyba przytyłeś…
- Ty też – głos Zero był jak zwykle chłodny, wyrachowany i nie zdradzał żadnych emocji. – Ale mimo to nie tak źle znów cię wiedzieć – rzucił, wprawiając mnie w osłupienie. Byłem zdziwiony, że do matki zwracał się w identyczny sposób jak do wszystkich innych.
- Kiedy powiedziałeś, że chcesz mi przedstawić swoją ukochaną osobę byłam w prawdziwym szoku. Nigdy bym nie pomyślała, że mój syn może jeszcze znaleźć sobie kogoś z takim paskudnym charakterem! I to w dodatku w tym wieku! No, bo jeśli chodzi o miłostki to ty pierwszej wiosny już nie przeżywasz, co? – rzuciła nieco zaczepnie, a ja w tym momencie niemal zbierałem szczękę w podłogi.
To się nazywa wdać się w rodzica. Shimizu i jego matka byli wręcz identyczni, jeśli chodziło o sposób wyrażania się. Niemniej, najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że ani jedno, ani drugie wcale nie próbowało urazić tej drugiej osoby. Ot po prostu prowadzili spontaniczną dyskusję.
- Chodź, przedstawię ci kogoś – zaproponował właściciel mieszkania i wprowadził matkę do jadalni, gdzie już czekałem. – To jest Yoshida Hiroshi – przedstawił mnie. – Yoshi, poznaj moją matkę – wskazał na kobietę, która nagle zamarła w pół ruchu.
Po jej minie wyrażającej bezbrzeżne zdziwienie szybko zrozumiałem, co poszło nie tak. Ja tu byłem tym czynnikiem „nie tak”. Więc Michi jednak nie powiedział jej, że jest gejem. Świetnie. Po prostu świetnie. Cudownie wręcz.
Po zapewnieniu Zero spodziewałem się, że ten już wcześniej przyznał się do odmiennej orientacji seksualnej przed rodzicielką. Mój szok i zmieszanie były powodem pytającego uniesienia brwi szatyna, który posyłał mi nieme pytanie: „No co?”. No w sumie nic… Jak mogłem spodziewać się czegoś innego? W końcu to był wciąż ten sam basista, który w przeszłości niemal codziennie doprowadzał mnie do białej gorączki i szewskiej pasji. Jak mogłem pomyśleć, że życie u jego boku będzie proste, łatwe i przyjemne?
- A więc… - zaczęła niepewnie matka gospodarza. - …twoją ukochaną osobą jest… mężczyzna? – upewniła się.
- No jak widać, nie? – szatyn rozłożył ręce i ponownie zasiadł do stołu, nakładając sobie kolejny kawałek ciasta. – Ciasteczko? – zaproponował uprzejmie. Kobieta zdołała jedynie przecząco pokręcić głową. – Widzisz, mówiłem ci – odezwał się do mnie. – To ciasto to tak w gruncie rzeczy bardziej dla nas – uśmiechnął się pod nosem.
W tym momencie już nawet nie słuchałem głupot, które z taką lubością tam sobie brzęczał. Czułem narastającą gulę strachu i stresu w gardle. Matka mojego chłopaka była w tak samo niekomfortowej sytuacji jak ja. Obawiałem się, że zaraz całe spotkanie skończy się na tym, ze ta zwyzywa mnie od najgorszych i wyjdzie z trzaskiem drzwi. Na całe moje szczęście ta jednak postanowiła się przełamać. Powoli, niepewnie, jakby zbliżała się do jakiegoś niebezpiecznego zwierzęcia, ruszyła w stronę stołu i wyciągnęła drżącą, spoconą dłoń, którą podała mi przez całą jego szerokość. Uścisnąłem ją lekko i skinąłem jej głową, cały czas nie spuszczając z niej spojrzenia, kiedy ta zasiadała na krześle. Ona również nie spuszczała ze mnie wzroku zupełnie jakby w obawie, że gdy tylko odwróci ode mnie spojrzenie, ja rzucę się jej do gardła… albo gorzej, rzucę się na jej syna choć w tym wypadku już może nieco z innymi, mniej krwawymi zamiarami…
Kopnąłem szatyna pod stołem, na co ten oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na mnie gniewnie.
- Au! – syknął. – Czego chcesz? – zapytał z „miłością”.
- Zgadnij – burknąłem. – Skoro zaangażowałeś już całe to spotkanie to może przynajmniej zechciałbyś wziąć w nim czynny udział, co? – skarciłem go. – Poza tym to powtórka – stwierdziłem, rozpoznając sceny, które widziałem już wcześniej, - Oglądałeś to już jakieś trzy razy… - wypomniałem mu, przewracając oczyma.
- Ale lubię ten odcinek – Shimizu wzruszył ramionami.
- A ja lubię, kiedy skupiasz się nie na tym, na czym powinieneś – rzuciłem sarkastycznie, na co chłopak jedynie prychnął.
- Widzę, że nic się nie zmieniłeś – wcięła się matka właściciela mieszkania. – Zawsze taki był – zwróciła się do mnie. – Nie mogłam go tego oduczyć. Widzę, że nie masz z nim lekko… - zająknęła się. - …Yoshi, tak? Mogę cię tak nazywać? – zapytała kurtuazyjnie.
- Oczywiście – zgodziłem się. – Może napiłaby się pani wina skoro ciasto nie jest w pani guście? – zaproponowałem.
- Z chęcią – przytaknęła. – Jak to miło, że ktoś tu potrafi poprawnie przyjmować gości. Mój syn nigdy by mnie o to nie zapytał – pokręciła z dezaprobatą głową.
- A ty mnie kiedyś zapytałaś czy napiłbym się wina, kiedy wracałem do domu? – Zero przewrócił oczyma.
Sięgnąłem po butelkę czerwonego wina, która stała na barku i odkorkowałem ją. Atmosfera powoli zaczynała się rozluźniać. Cóż, może nie będzie aż tak źle, jak się tego spodziewałem?...

***

- Dokładnie, masz rację, Yoshi-chan! – zawołała kobieta.
- Dobra, idź już, bo taksówka czeka… - mruknął niezadowolony basista, popychając rodzicielkę w stronę windy. – Tylko się koncertowo nie wyłóż na chodniku podczas wychodzenia z bloku – dodał zgryźliwie.
- A żebyś wiedział, że się nie wyłożę! Nawet się, cholera, nie potknę! – zakrzyknęła buńczucznie i w końcu weszła do windy, czepiając się mocno barierki. Drzwi zasunęły się, a my znów zostaliśmy sami.
- Ale ty jesteś okropnym synem… - syknąłem, kiedy chłopak ujął mnie pod ramię, prowadząc z powrotem do mieszkania.
- A ty to co? Lepszy jesteś? – fuknął. Zmieszałem się.
- No nie… - przyznałem szczerze.
- No właśnie, więc nie komentuj z łaski swojej, co? – usadził mnie na fotelu w salonie, a sam wziął się za sprzątanie. Zaczął wynosić puste butelki po winie i brudne talerzyki po cieście. – Ale koniec końców cieszę się, że tak się zaprzyjaźniłeś z moją matką – skwitował.
- Zaprośmy ją jeszcze raz! – zawołałem.
- Dobra, ale następnym razem zróbcie sobie imprezę, jak mnie nie będzie, co? – uśmiechnął się krzywo pod nosem. – Jesteś pijany. Idź spać – polecił.
- Nie jestem pijany – zaoponowałem – tylko…
- Tylko? – dociekał.
- Może co najwyżej lekko wcięty – broniłem się.
- Jeżeli po pięciu butelkach wina można być „lekko wciętym” to ja chyba nie chcę cię widzieć w stanie, kiedy będziesz już pijany – zaśmiał się.
- Nie narzekaj. Przecież i tak jestem grzeczny – założyłem ręce na piersi.
- Przecież nie neguję tego – wzruszył ramionami i wziął się za zmywanie.

***

Zasłuchany w muzykę lecącą z radia wpatrywałem się w obraz przesuwający się z dużą prędkością za oknem samochodu. Zastanawiałem się nad propozycją, którą niedawno dostałem…
- Myślisz, że mógłbyś się zgodzić? – zapytał Shimizu, bezbłędnie odgadując, co tak zaprząta mi umysł.
- Nie wiem… - mruknąłem, podpierając głowę na ręku. – Serio nie wiem… - westchnąłem ciężko.
- Wciąż chyba sam wolałbyś wrócić na scenę niżby zajmować się samym patronatem, co? – bardziej oznajmił niż spytał.
- Nie o to chodzi – pokręciłem głową. – Zresztą, przecież wiesz, że nie mogę wrócić na scenę ze względu na moje problemy zdrowotne – rozłożyłem bezradnie ręce. – W jakiś sposób powoli oswajam się z tą myślą i możliwe, że w jakiejś części nawet uda mi się ją kiedyś zaakceptować – przeczesałem palcami włosy w bezradnym geście. – To nie jest rzecz, z którą mogę walczyć, na którą mam wpływ, więc nie warto rozwodzić się na ten temat. Niemniej, pomimo tego chyba już nawet nie jestem pewien czy byłbym w stanie ponownie stanąć na scenie. Wiesz… W gruncie rzeczy obawiałbym się trochę, że sława znów namąciłaby mi w głowie i znów wróciłbym do tego swojego, poprzedniego, pokręconego „ja” – skrzywiłem się z niesmakiem.
- Mogę ci zagwarantować, że nigdy nic podobnego się nie stanie – szatyn uśmiechnął się ciepło i chciał mnie chwycić za rękę, jednak w tej samej chwili zmieniły się światła, dlatego szybko chwycił drążek zmiany biegów zamiast moją dłoń, przez co wyszło na to, iż bardziej strzelił mnie po łapach niżby dodał mi otuchy miłym gestem. – Wybacz… - rzucił mi szybkie, przepraszające spojrzenie.
- Nie masz za co przepraszać – zaśmiałem się. – Ale wracając do tematu… Koniec końców zaangażowałem się w ten projekt „Umbrella” i dobrze mi z tym. Już przyzwyczaiłem się do tego, jak wygląda nasze codzienne życie i nie chciałbym tego zmieniać. Bałbym się, że zmiany mogłoby przynieść dużo złego – wyznałem otwarcie jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro – mój chłopak wzruszył ramionami. – Ale skoro nie chodzi tu o ciebie, to… o co? Czemu nie chcesz się zgodzić? Przecież już raz zajmowałeś się patronowaniem jakiegoś zespołu, o ile sobie dobrze przypominam – zauważył.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Nazywali się „RedRum”, ale nic z tego nie wyszło. Chłopaki pożarli się między sobą i tyle, co ich widziałem – pokręciłem z dezaprobatą głową. – Nie, nie obwiniam się za to – uprzedziłem jego pytanie. – To była ich decyzja. Ja byłem tylko osobą zewnętrzną, która bardziej zajmowała się sprawami technicznymi czy ekonomicznymi niżby ich prywatnym psychoterapeutą i bliskim przyjacielem – przyznałem. – Jasne, z drugiej strony właściwie nie zrobiłem nic, żeby zapobiec ich rozpadowi, ale… wiesz, jakimś cudem nie przepłakiwałem z tego powodu długich nocy – zachichotałem pod nosem, na co Michi uśmiechnął się krzywo. – Bardziej martwi mnie to, że… Wiesz, ja się chyba już nie nadaję do współczesnej muzyki… - westchnąłem.
- O czym ty pleciesz, Yoshida? – basista wytrzeszczył na mnie oczy. – Przez czternaście lat grałeś w zespole, żeby teraz wciskać mi kity, że się do tego nie nadajesz? – prychnął, przewracając oczyma. – Znasz się na tej branży jak mało kto. Niewielu może poszczycić się tak długim stażem w tej dziedzinie zawodowej – próbował mnie podbudować.
- Ale tu chodzi o coś więcej niż robotę samą w sobie – zamachałem rękami w powietrzu na znak protestu. – No przecież wiesz! Tu trzeba… trochę uczucia… - odezwałem się ciszej. – Zabrzmi to może banalnie, ale w naszych czasach to my byliśmy „tymi od mocnych brzmień”, pamiętasz? – wypomniałem mu, na co chłopak pokiwał głową. – Podczas gdy teraz przypominamy raczej grupkę wyszczerbionych szczurów przy wachcie głodnych, rozjuszonych wilków, którymi są młodzi muzycy – uśmiechnąłem się półgębkiem na własne porównanie, jednocześnie przyglądając się swojemu sarkastycznemu odbiciu w lusterku bocznym. – Zanim zaczniesz oponować, że przecież wciąż jesteśmy młodzi i piękni – znów go uprzedziłem, kiedy już otwierał usta, aby coś powiedzieć – to przyznam ci rację, że wciąż nie jesteśmy emerytowanymi wyjadaczami, ale musisz przyznać, że są po prostu młodsi od nas. Nie robi to z nas dziadków czy rencistów, ale nie widzisz tej dzielącej nas przepaści? Mówiąc „nas” mam na myśli choćby i nas dwojga i tego nowego pokolenia muzyków – sprostowałem. – Ich muzyka jest taka agresywna, pełna bólu, nienawiści i całej reszty uczuć, które skrywają w swoich sercach, o których nigdy nikomu nie mówią – zacząłem głośno myśleć. – Jakoś nie mogę się w tym odnaleźć… Może to przejaw tchórzostwa z mojej strony, ale naprawdę nie chciałbym mieć do czynienia z taką ogromną ilością negatywnych emocji, jakim dają ci młodzi ludzie ujście w postaci muzyki na co dzień. Za bardzo się zmieniłem, żeby to teraz zaakceptować… Może gdybym dostał podobną propozycję jeszcze kilka miesięcy temu, zgodziłbym się bez zastanowienia, ale teraz…? Za bardzo mnie zmieniłeś, żebym podjął się czegoś podobnego – uśmiechnąłem się. – Wniosłeś do mojego życia dużo dobrego, nauczyłeś mnie mówić o swoich problemach i uczuciach, pokazałeś jak zrzucić z siebie ten ogromny ciężar, jak słuchać i jak się śmiać… - ponownie ściszyłem głos. – Kiedy myślę o tym wszystkim i stawiam to naprzeciw tej całej agresji i złości tych młodych muzyków… boję się, że mógłbym utracić to, co mi dałeś i to, czego mnie nauczyłeś poprzez ponowne otaczanie się takimi negatywnymi emocjami… - przyznałem się. – Nie ukrywam, iż zdaję sobie sprawę, że jestem podatny na sugestie…
- Niepotrzebnie przejmujesz się takimi sprawami – uspokoił mnie. – Choć sam fakt, iż się martwisz i boisz oznacza, że zależy ci na mnie i na związku, który razem zbudowaliśmy – uśmiechnął się głęboko. – A to bardzo dobry znak – tym razem udało mu się chwycić mnie za rękę. Ścisnąłem jego palce. – Koniec końców zrobisz to, co będziesz uważał za słuszne. Nie będę ci mówił czy powinieneś podjąć się tego zadania, czy nie. To twoja decyzja i tylko ty będziesz o tym sądził – pozostawił mi wolną rękę.
- No tak… - mruknąłem. – Ale Michi, serio, nie przeraża cię czasem myśl o tych młodych ludziach? Nie zauważyłeś tego wcześniej? Nie zastanawiałeś się, dlaczego oni tacy właśnie są? – ta sprawa jakoś nie dawała mi spokoju.
- Pewnie, że zauważyłem – przytaknął. – A przyczyna ich zachowania jest prosta. Powinieneś ją rozszyfrować, bo sam kiedyś zachowywałeś się identycznie. W dobie komputeryzacji, kiedy przesył informacji nie powinien stanowić większego problemu, my, ludzie, zamiast integrować się na szeroką salę, zamykamy się. Otwarty rynek generuje produkcję taśmową marionetek, które potem zawzięcie walczą o miejsce pracy w niemalże jednakowych korporacjach, aby w końcu, po całym dniu pracy upić się, na chwilę odlecieć, przypomnieć sobie swoje stare marzenia i nadzieje, zgnuśnieć i wrócić do rodziny czekającej na chlebodawcę. W ludziach narasta niezadowolenie, uczucie bezsilności w starciu z obowiązującymi zasadami i regułami biznesowymi, społecznościowym, gospodarczymi… Z czasem zanika też u nas zdolność mówienia. Nie potrafimy cenić relacji łączących nas z innymi ludźmi. W dzisiejszych czasach za pomocą kilku kliknięć możesz znaleźć rzesze internetowych przyjaciół, ale suma summarum i tak pozostajesz samotny. To właśnie samotność i poczucie odizolowania jest tym najbardziej wyniszczającym czynnikiem. Niby przechadzasz się w tłumie, a wszyscy cię ignorują… Niby jesteś ze wszystkimi, a zarazem sam. Niewypowiedziany ból i skrywane emocje narastają, aż w końcu nie jesteś w stanie już wyrazić nic wprost, więc znajdujesz sobie pośrednią drogę przekazu, która w jakiś sposób pozwala ci się wyładować. Oni, ci młodzi, nad którymi tak się rozwlekasz, już nawet nie potrafią mówić. Oni już jedynie krzyczą w swoich utworach o tym, co ich dotyka. Prawdopodobnie są jeszcze bardziej przeżarci samotnością niż ty i ja, a więc jeszcze bardziej cierpią. Poza tym, jakby nie patrzeć, my mieliśmy to ogromne szczęście spotkać się i dogadać – zauważył. – Jasne, musieliśmy przejść przez trudne chwile dla każdego z nas, obaj popełnialiśmy błędy, ale ostatecznie potrafiliśmy je sobie wybaczyć i obopólnie doszliśmy do wniosku, że chcemy coś stworzyć, że inicjatywa wychodzi z obu stron na raz, a nie tylko z jednej – był całkowicie poważny. – Oni są dokładnie tacy, jak ty wcześniej tylko zranieni jeszcze dwa razy mocniej bez nadziei na to, że spotkają kiedyś kogoś, kto dostrzeże ich ból, zainteresuje się nimi i otoczy opieką. Bo w gruncie rzeczy ludzie w dzisiejszych czasach jak jeden mąż czekają, aż to ta druga osoba wyjdzie z inicjatywą. Zawsze chcą, żeby ten pierwszy, najtrudniejszy krok zrobił ktoś inny, a nie właśnie oni. Z tej racji ich brak wiary jest właściwie bardzo na miejscu – chciałem się wtrącić, ale Zero kontynuował. – Chcą, żeby zmienił ich ktoś inny, żeby zmienił ich całe dotychczasowe życie, zerwał malowane maski, za którymi się kryją… ale zapominają, że życie nie działa w jedną stronę. Żeby ktoś coś ci ofiarował, sam najpierw musisz trochę z siebie dać. Sam musisz zmienić się chociaż trochę. Pierwsze, najtrudniejsze kroki zawsze należą do ciebie. Dopiero przy pokonywaniu następnych przeszkód możesz zacząć co najwyżej śnić o tym, że ktoś wyciągnie do ciebie pomocną dłoń – zakończył ostro.
Zamknąłem usta. Z początku nie do końca się z nim zgadzałem, jednak kiedy wróciłem pamięcią do wspomnień, do tego, jak sam się zachowywałem, co myślałem, czego oczekiwałem od innych i jak się z tym wszystkim czułem… Wtedy zrozumiałem, że szatyn miał rację. Dokładnie uchwycił to, co trapiło mnie w przeszłości i z czym sam nie potrafiłem sobie poradzić. W tej chwili właśnie dobitnie uświadomiłem sobie, jakie ogromne szczęście mnie spotkało, iż na mojej drodze pojawił się ktoś tak nieustępliwy w walce o nasze wspólne szczęście jak Shimizu. Jeżeli głupi ma zawsze szczęście, to ja w tym wypadku byłem skończonym idiotą…
Nagle drgnąłem. Wtem doznałem olśnienia, w końcu to do mnie trafiło. Zero. Właśnie, Zero. Nic więcej, nic mniej. Zero.
Jaka jest szansa na to, że spotkasz w rzeczywistości takiego księcia z bajki, jakim był Michi?
Zero.
Zerowa szansa.
Nie ma jej.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś zainteresuje się tobą i będzie o ciebie bezustannie walczył, kiedy ty nie okażesz nawet śladowego zainteresowania w zamian?
Zero.
Zerowe prawdopodobieństwo.
Nie ma go.
Nie ma.
Nie ma i już.
Zero, no właśnie… Zero…


THE END

"Closer to Ideal" cz.11

CZTERECH OBSERWATORÓW ZNIKŁO~! ♥ ZGŁASZAM ICH JAKO ZAGINIONYCH! GDZIE MOJE ZŁOTE RYBKI WCIĘŁO?! ;_;

Dobra, a teraz szybciutko, bo z netem słabo - widać, że "Horror a'la Hizumi" (15 komentarzy) chyba robi na blogu jeszcze większą furorę niż "Książę z bajki" (3 komentarza). Chyba powinnam częściej zastanawiać się nad Hizu rodem z horroru....
A tak swoją drogą, Kita-pon przeprowadziła się po raz kolejny, więc nie mieszka już w"chlewiku" (jak tamto mieszkanie ochrzcił mój tata), niestety w nowym jest problem z internetem... (/.-)'' Będę z tym walczyć, ale nie mogę wam niestety zagwarantować, że to ja wyjdę z tej bójki zwycięsko =.='' Mam nadzieję jednak, że to nie wpłynie jakoś znacznie na częstotliwość dodawania przeze mnie notek oraz ich jakości (bo tak świetnie się pisze, kiedy próbujesz dodać 50 raz ten sam post i kurwica cię strzyka ^^). No i ponad to wszystko zachorowałam na syndrom "zrobiłabym coś, ale mi się nie chce", więc... na zapas proszę już o wyrozumiałość C'':

„Closer to Ideal” cz.11

Leżałem w łóżku nie mogąc spać. Michi wciąż nie wrócił, co niezmiernie mnie martwiło. Nie mogłem się do niego dodzwonić z tej racji, iż jego telefon leżał na kuchennym blacie. Nie mając innego wyjścia chwyciłem za komórkę, wybierając inne numery. Obdzwoniłem wszystkich naszych wspólnych przyjaciół. Rozmawiałem nawet z kilkoma zupełnie nieznanymi osobami, których numery dostałem od znajomych, abym sprawdził czy Zero nie zaszył się u kogoś, kto może być mi obcy. Prosiłem, błagałem, niemal szlochałem w słuchawkę, jednak nikt nie umiał mi pomóc. Shimizu jakby zapadł się pod ziemię, nikomu nic przy tym nie mówiąc.
Chciałem pójść go poszukać. Miałem ogromną, nieodpartą chęć wybiec na ulicę i drzeć się w niebogłosy w poszukiwaniu basisty, jednak zdawałem sobie sprawę, że byłoby to bezcelowe. Z pewnością nie przesiadywał w żadnym barze w pobliżu domu; mogłem się założyć, że wybrał jakieś bardziej odległe miejsce. Poza tym szansa na to, abym znalazł go w jednej z niezliczonych, wąskich tokijskich uliczek była bliska zeru… ale nie temu Zeru, co powinna. Co więcej, gdybym wyszedł z mieszkania, moglibyśmy się minąć. Możliwe, że on dopiero co by wrócił, kiedy ja wyszedłbym na jego poszukiwania. Niestety, jak mniemam, gdyby zastał puste mieszkanie, mogłoby to tylko pogorszyć sytuację – mógłby to źle odebrać, pomyśleć, że uciekam… a przecież tak nie było. Nie mogłem dopuścić do tego, żeby kolejne nieporozumienia wkradły się w nasze relacje.
A więc czekałem.
Czekałem, nawet jeśli dostawałem przy tym napadów nerwicy i miałem wrażenie, że zaczynam już siwieć. Czas niemiłosiernie się dłużył, a szatyn nie wracał. Zżerały mnie wyrzuty sumienia… Cholera, Michi wróć!
Jeśli kiedykolwiek miałbym opisać, jak w moim mniemaniu wygląda człowiek, który właśnie odchodzi od zmysłów, to byłem w obecnej chwili idealnym tego przykładem. Moje nerwy były zszargane. Tyle różnych, czarnych scenariuszy, jeden gorszy od drugiego, zdążyło przebiec mi przez myśl, iż ledwo powstrzymywałem się przed zadzwonieniem na policję – niemniej nawet gdybym to zrobił, nic by mi to nie dało. Policja nie pomogłaby mi. W końcu Zero nie było dopiero zaledwie od kilku godzin, a to dla nich nie był żaden powód do wszczynania poszukiwań. A może gdyby tak powiedzieć, że nie ma go już dłużej…?
W każdym razie, dzięki wszelakim bogom i bożkom, którzy użyczyli mi na tę chwilę swojej mądrości, nie porwałem się na żadną głupotę. W końcu położyłem się do łóżka, gdyż, jakby nie było, zastała mnie już ciemna noc. Byłem wycieńczony psychicznie. Nie marzyłem o niczym innym jak błogim śnie, jednak ten nie przychodził. Głowa pękała mi w szwach. Miałem wrażenie, że z mojego mózgu została tylko niekształtna papka, a szare komórki zostały od siebie odseparowane na tak ogromne odległości, które można było już mierzyć w latach świetlnych; synapsy zerwane. Sen z powiek skutecznie spędzały mi niemal spazmatyczne drgawki, w jakich drżało niekontrolowanie moje ciało podczas histerii, w którą popadłem. Kiedy tylko przyłożyłem głowę do poduszki nagle z moich oczu zaczęły wypływać potoki łez. Cała złość, stres i strach zmieniły się w rozpacz najczystszej wody. Łkanie przerywane było jedynie od czasu do czasu rozdzierającym ziewnięciem, zdradzającego moje wycieńczenie.
Płakałem.
Właściwie histeryzowałem.
Myśl o tym, że Shimizu nagle mógłby zdecydować o odsunięciu mnie, o zniknięciu z mojego życia, stała się dla mnie scenariuszem z najbardziej przerażającego horroru, który, co gorsza, rozgrywał się na żywo, którego nie dało się wyłączyć ani przewinąć, zmienić kanału. Musiałem wytrwać w nim do końca.
Z początku próbowałem się powstrzymywać, uspokoić, jednak zauważyłem, że to przynosiło odwrotne efekty. Im bardziej starałem się przestać płakać, tym więcej łez spływało po moich policzkach. W mojej głowie panował absolutny chaos, z którego systematycznie, co i rusz wyłaniała się jedna, klarowna, dziecięca myśl: „Chcę do domu”.
Bynajmniej nie miałem na myśli tutaj czterech ścian, do których wraca się po dniu ciężkiej pracy, aby wziąć prysznic i przespać się chwilę. Chodziło o coś głębszego… O coś więcej niż budynek, kawałek podłogi, który przynależał do mnie. O coś… o coś, co ciężko zdefiniować – szczególnie mnie, jednej z najbardziej nieporadnych w kwestiach uczuciowych i emocjonalnych osobie na całym globie.
Czym był dom? Czy kiedyś go miałem? Sięgając pamięcią do wspomnień, które w jakimkolwiek stopniu pasowały do wyszukiwanego hasła „dom”, nie natrafiłem na nic, co mogłoby spełniać choćby części z tych niejasnych uwarunkowań, abym rzeczywiście mógł powiedzieć, że miałem kiedyś owy dom. Ktoś w tym momencie mógłby mi zarzucić, że nigdy nie znajdę tego, czego szukam, jeśli nie potrafię dokładnie zdefiniować, czego tak właściwie szukam, ale… to po prostu trudne do opisania. To tak jakby… mieć przeczucie. Nie umiesz tego racjonalnie wytłumaczyć, logicznie wypowiedzieć się na ten temat ani podać żadnych niepodważalnych dowodów; po prostu podświadomie wiesz – i jest to tak silne uczucie, że nie możesz mu się przeciwstawić, poddawać je wątpliwościom. Po prostu wiesz. Taka jakby „prawda objawiona”; nie rozmyślasz nad tym, po prostu wierzysz, że to przeczucie jest słuszne i kierujesz się nim.
Kierując się dalej tym owym przeczuciem, moje myśli zostały nakierowane na kolejne, może nieco dziwaczne tory. Sam dziwiłem się, jakim cudem trwając jednocześnie w takiej histerii, potrafiłem w tym chaosie skupić się na przemyśleniach.
Niemniej doszedłem do nieco zaskakującego wniosku. Ten dziecięcy głosik, który skłonił mnie do poszukiwania istoty „domu”… może to właśnie był Yoshida. Może przez te wszystkie lata, podczas których dusiłem go, przywdziewając maskę Hizumiego, w jakiś sposób zastopowałem jego rozwój. Może w pewnym sensie Hiroshi wciąż był dzieckiem… jeśli w istocie miało tak być, wiele by to wyjaśniało. Czasem naprawdę czułem się jak dzieciak, który dopiero poznaje świat, próbuje zrozumieć, co znaczy być człowiekiem, na jakich zasadach funkcjonują ludzkie wspólnoty, co oznaczają uczucia i emocje, kogo i jak nimi obdarzać, jak je identyfikować i radzić sobie z nimi… To wszystko było dla mnie trudne; nie tak oczywiste jak dla innych, którzy przyswoili tę wiedzę w odpowiednim dla siebie wieku. Ja sam zrobiłem z siebie emocjonalnego kalekę. Byłem opóźniony, jeśli chodziło o tę kwestię.
Zapowiadało się na to, że to będzie długa noc…

***

Przez całą noc nie zmrużyłem oka. W końcu jednak przestałem się trząść, gdyż zdawało się, że nawet na to już zabrakło mi sił. Aż do wschodu słońca leżałem bez ruchu w łóżku z przymkniętymi powiekami, próbując mimo wszystko trochę odpocząć i w jakiś sposób zrewitalizować siły.
W końcu nadszedł poranek, o czym poinformował mnie budzik. Z trudem dźwignąłem się z materaca. Bolało mnie dosłownie wszystko – każdy najmniejszy mięsień i chrząstka. Czułem się, jakbym przebiegł maraton, a potem przejechał mnie walec… i pogryzł aligator – o tym też nie wolno zapomnieć.
Chwiejnym krokiem udało mi się dotrzeć do kuchni. Zero udało się wytrenować u mnie zwyczaj jadania przynajmniej trzech posiłków dziennie, toteż w ostatnim czasie już nie tak chętnie omijałem śniadanie. Byłem cholernie głodny. Burczało mi w brzuchu, a żołądek zdawał się zwinąć w kulkę niewiększą niż moja pięść, przez co z trudem utrzymywałem pozycję stojącą. Niemniej, kiedy tylko otworzyłem lodówkę, zemdliło mnie. Co prawda byłem głodny, jednak w tym samym czasie gardło miałem wciąż tak ściśnięte, iż z trudem przełykałem nawet ślinę. Bez namysłu rzuciłem się w stronę kuchennego zlewu, będąc pewnym, że nie uda mi się powstrzymać torsji. Drzwiczki lodówki plasnęły głośno. Oparłem się dłońmi na kamiennym blacie, zwieszając głowę między ramionami i oddychając ciężko. Drugi raz postanowiłem nie ryzykować. Z tego powodu postanowiłem wrócić do starego nawyku żywienia się wyłącznie kawą, której, swoją drogą, musiałem wlać w siebie całkiem sporo, aby jako-tako postawić się na nogi. W końcu bądź, co bądź miałem dziś spotkać się z klientem…

***

Kiedy przekraczałem próg wynajętego biura, nawet recepcjonistka zwróciła mi uwagę, że nie wyglądam najlepiej – biorąc pod uwagę, że jej praca głównie ograniczała się do bycia uprzejmym dla gości, musiałem wyglądać naprawdę okropnie, skoro mi to wypomniała.
Klient, a właściwie to mój zleceniodawca, był młodym, uśmiechniętym mężczyzną. Naprawdę chciałem skupić się na tym, co do mnie mówił, jednak wszystko to jakby mi umykało. Nie potrafiłem nawet zapamiętać jego nazwiska!; co za nietakt z mojej strony…
Mężczyzna zdawał się być naprawdę przyjazną osobą. W normalniej sytuacji z pewnością ucieszyłbym się, że przyszło mi pracować właśnie dla niego. Chwalił mój dorobek, a jak się później okazało, słuchał nawet mojego poprzedniego zespołu. Chciałem coś z siebie dać, wykazać się zainteresowaniem, jednak cała moja silna wola została pochłonięta przez tak prozaiczne rzeczy, jak utrzymanie pionowej postawy czy nawet przytomności. Głowa opadała mi na pierś ze zmęczenia. Oczy same się zamykały. Chciałem spać… właściwie to nawet może zemdleć. Może wtedy trochę ulżyłoby mi. Byłem słaby, czułem się fatalnie… o dobry Buddo, kiedy ten dzień się skończy?
Co dziwne wszystko poszło gładko. Dobiliśmy targu, a ja zobowiązałem się do wykonania projektu. Dziwne… spodziewałem się pasma nieszczęść tego dnia, a tu proszę – jaka miła niespodzianka! Normalnie ucieszyłbym się, gdybym tylko miał na to jeszcze siłę…
Wróciłem do naszego wspólnego mieszkania. Oczywiście nie prowadziłem w takim stanie, tylko skorzystałem z udogodnienia komunikacji miejskiej. Kiedy stanąłem przed drzwiami wejściowymi coś ścisnęło mnie w żołądku jeszcze bardziej; do tego stopnia, iż zawyłem pod nosem z bólu, kuląc się w sobie.
Ile bym dał, żebyś już wrócił?
Przekręciłem klucz w zamku. Bez słowa stanąłem w przedpokoju, zdjąłem płaszcz oraz buty. Zamierzałem skierować się do sypialni, kiedy nagle z kuchni doszedł mnie brzdęk metalowych akcesoriów kuchennych oraz porcelany. Wytrzeszczyłem oczy, zastanawiając się czy mam już jakieś omamy słuchowe, czy też…
Aby sprawdzić, co jest prawdą, wpadłem do kuchni. On naprawdę tam był! Shimizu urzędował przy kuchence, podnosząc właśnie pokrywkę z garnka, z którego gorąca, pachnąca para buchnęła mu właśnie w twarz.
- Wreszcie jesteś – mruknął bez entuzjazmu. – Siadaj. Zaraz podam obiad – sięgnął do szafki po dwa talerze. – Po brudnych kubkach w zlewie wnioskuję, że wystarczy moja krótka nieobecność, żebyś wrócił do niezdrowych nawyków żywieniowych, prawda? – spojrzał na mnie z przyganą. – Znów zacząłeś swoją „kawową dietę”? – zmarszczył gniewnie brwi.
W tym momencie jednak nie obchodziło mnie, że znów się na mnie gniewa. Grunt, że tu był; że wrócił! Znów miałem go przed sobą – całego i zdrowego, żywego i tylko mojego! Miałem ochotę rzucić się na niego i wyściskać go z radości.
- Michi… - zdążyłem tylko wydusić, gdyż zaraz potem świat zawirował.
Jedyne co jeszcze zdążyłem zauważyć, to upadająca na podłogę łyżka do odcedzania makaronu, którego kilka nitek zaplątało się w jej wypustki oraz wyciągnięta w moim kierunku ręka chłopaka. Potem było już ciemno…

***

Kiedy ponownie się ocknąłem, dookoła panował już mrok. Zorientowałem się, że znów znajduję się w sypialni, toteż odniosłem nieprzyjemne deja vu. Chciałem poderwać się z miejsca, aby następnie ruszyć w głąb mieszkania, żeby sprawdzić czy to wszystko nie okazało się pięknym snem, czy muzyk rzeczywiście wrócił, jednak kiedy tylko wykonałem gwałtowny ruch głową, zamroczyło mnie. Wszystkie moje mięśnie spięły się, a następnie momentalnie rozluźniły, przez co czułem się jak sparaliżowany, niezdolny do najmniejszego ruchu.
- Leż spokojnie – ku mojej uldze w drzwiach pojawił się szatyn. – Kiedy zemdlałeś, uderzyłeś się kłową o kant blatu – wyjaśnił.
Badawczo podniosłem dłoń do głowy. Przesuwałem palcami wśród włosów w poszukiwaniu rany aż w końcu natknąłem się na opatrunek tuż przy prawym uchu. Westchnąłem ciężko. W tym samym czasie chłopak podszedł do mnie i usiadł na skraju łóżka, gładząc mnie ciepłą dłonią po policzku, w którą wtuliłem się niczym kot.
- Co ty byś beze mnie zrobił? – mruknął niezadowolony.
- Bałem się, że nie wrócisz… - wyznałem szczerze przytłumionym głosem.
- Idioto – pstryknął mnie w czoło, na co syknąłem z bólu – jak mógłbym cię zostawić? – pokręcił z politowaniem głową, szykując się do ponownego podniesienia się z łóżka. Widząc to i ja kolejny raz spróbowałem się dźwignąć, ale znów poległem; tym razem jednak za sprawą Zero, który położył dłoń na moim torsie, przyszpilając mnie do materaca. – Leż – powtórzył. – Nie podnoś się jeszcze.
- Ale… - zacisnąłem palce na jego przegubie.
- Leż – westchnął cierpiętniczo. – Wiem, o co ci chodzi – przysunął się do mnie. Zawisł nade mną, garbiąc się mocno i opierając jedną ręką na wysokości mojego barku. – Zostanę z tobą, jeśli ci tak na tym zależy – rzucił beznamiętnie. – To znaczy… to nie tak! – zareagował szybko, widząc moją minę. – To nie tak, że zamierzałem cię zostawić! Nie w tym sensie! Znaczy… po prostu dotrzymam ci towarzystwa, jeśli chcesz – wydusił z siebie burkliwie.
- Michi… ja… przepraszam – wydukałem. – To wszystko moja wina! Proszę cię…
- To nie twoja wina – przerwał mi. – Znaczy… przynajmniej nie w całości – sapnął. – Wina zawsze leży po obu stronach, więc nie obwiniaj się za wszystko – pouczył mnie.
- Um… - udało mi się tylko mruknąć.
- Co? – zdziwił się szatyn.
- No… cóż… Właściwie to przerwałeś mój monolog w zalążku i… no i teraz zapomniałem, co chciałem powiedzieć – rozłożyłem bezradnie ręce.
- Ty!... – ledwo powstrzymał się, żeby nie dokończyć tego zdania, które z pewnością miało mieć obraźliwy wydźwięk. – Jesteś beznadziejny… - prychnął i wrócił do normalnej pozycji siedzącej.
- Wiem – w końcu udało mi się wywindować do tej samej pozycji. Przylgnąłem do jego placów, ukrywając twarz za kurtyną jego włosów. Zaciągnąłem się jego zapachem. – Ale i tak mnie kochasz, nie? – basista drgnął na to pytanie. Ja również się spiąłem. Czyżby zamierzał zaprzeczyć? – Coś nie tak? – upewniłem się, zaglądając mu przez ramię, aby móc przypatrzeć się jego zdegustowanemu wyrazowi twarzy.
- Nie… ja tylko… - zaciął się. – Po prostu nigdy wcześniej nie słyszałem podobnego pytania z twojej strony – obrócił twarz w moją stronę. – Do tej pory nigdy nie używałeś słowa „kochać” – zauważył. – Nie prosiłeś, abym utwierdzał cię w uczuciu, jakie do ciebie żywię i sam też nie robiłeś tego w stosunku do mnie – spojrzał na mnie zdziwiony.
- Ale żywisz wciąż do mnie jakieś uczucia, tak? – próbowałem uzyskać jakąś konkretną odpowiedź.
- Jak babcię kocham, Yoshi… - jęknął żałośnie. – Do miłosnych wyznań to ty się nie nadajesz – prychnął. – Kiedy teraz cię tak słucham, to serio zastanawiam się czy sam napisałeś te wszystkie piosenki, czy może zlecałeś komuś to zadanie… - skrzywił się kwaśno.
- A czego ty oczekiwałeś? – podniosłem nonszalancko jedną brew. – Tekstów rodem z dram dla rozemocjonowanych nastolatek? – sarknąłem.
- Sam nie jesteś od nich lepszy – wytknął mi.
- No już mi nie ubliżaj! – odsunąłem się od niego, zakładając ręce na piersi. Michi odwrócił się do mnie przodem. – Nie przeżywam drugiej burzy hormonów! Jestem na to za stary, gdybyś chciał wiedzieć – przewróciłem oczyma.
- Och, doprawdy? – zaśmiał się szyderczo.
- Doprawdy – fuknąłem. – A zresztą, co ty możesz o tym wiedzieć, małolacie!
- „Małolacie”? – spojrzał na mnie zszokowany. – Naprawdę? Yoshida, gorzej ci? – posłał mi spojrzenie, jakim taksuje się osobę z problemami natury psychicznej.
- Nie – pokręciłem głową. – Po prostu widocznie znam się lepiej na matematyce niż ty – wzruszyłem ramionami. – Bo kto tu niby jest młodszy o rok cztery miesiące i pięć dni? – wypomniałem mu.
- Różnicę między naszymi godzinami narodzin też mi podasz? – fuknął.
- Nie – zaprzeczyłem, co uspokoiło chłopaka. – Bo nie wiem, o której godzinie się urodziłem – dodałem, na co szatyn uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- A wiesz, o której ja się urodziłem? – zapytał zszokowany do granic możliwości.
- No w sumie też nie… - odetchnął z ulgą. – W takim razie może zadzwonimy do twojej matki? – zaproponowałem całkowicie poważnie.
- Hiroshi – posłał mi miażdżące spojrzenie – ty serio mocno oberwałeś w głowę, nie? Może zawiozę cię do szpitala? Tak chociażby kontrolnie, żeby sprawdzili czy wszystko z tobą w porządku – posłał mi jadowity uśmiech. Już oburzony nabrałem tchu, aby mu odpowiedzieć, jednak w tym samym momencie Shimizu przewalił mnie, kładąc się na mnie. – Oj, zamknij się już – zaśmiał się, po czym pocałował mnie namiętnie.
Przeszły mnie dreszcze. Objąłem go za szyję, mocniej przyciągając do siebie. Przyjemnie było znów czuć jego gorące wargi na swoich własnych. Co prawda przecież nie minęło zbyt wiele czasu, odkąd ostatnio całowaliśmy się; wszystko to zamykało się zaledwie w okresie kilkudziesięciu godzin, przez które się nie widzieliśmy, a jednak ja już zdążyłem się za tym porządnie stęsknić. Myślę, że to wszystko przez to, że tak bardzo bałem się, że go stracę; niemniej jest to tylko dowód na to, jak wiele dla mnie znaczył i jak bardzo uzależniłem się od niego. Śmiem twierdzić, że i on doszedł do podobnych wniosków.
Z nieukrywaną przyjemnością rozchyliłem wargi, kiedy mój ukochany przesunął po nich językiem. Ekscytowałem się, a przecież to tylko pocałunek. Mruczałem zadowolony, kiedy zassał moją dolną wargę, podgryzając ją delikatnie.
- Widzę, że dzisiaj jesteś całkiem głośny – zachichotał pod nosem, odrywając się od moich ust, kiedy zabrakło nam tchu.
Pocałował mnie jeszcze raz, tym razem znacznie krócej. Następnie odchylił moją głowę do tyłu, przytrzymując mój podbródek dwoma palcami. Zsunął się z pocałunkami niżej, obsypując nimi moją szyję. Od razu skupił się na moim słabym punkcie tuż poniżej szczęki, przy uchu. Jęknąłem, kiedy tylko jego wargi musnęły to miejsce, co wywołało u Zero triumfalny uśmiech.
Leżał na mnie, przygniatając mnie całym ciężarem swojego ciała, jednak nie było to nic nieprzyjemnego – wręcz przeciwnie. Miło było czuć ciepło jego rozgrzanego ciała, jego serce bijące w szybkim rytmie, do jakiego, jak się zdawało, dostosowało się także moje. Objąłem go mocniej, przymykając powieki i oddając się słodkiej pieszczocie.
- Michi… - mruknąłem po chwili. – Michi, ja nie chcę, żeby między nami pojawiły się znów jakieś niedopowiedzenia… ja… naprawdę cię przepraszam – szatyn oderwał się od zajmującej go czynności i podniósł się, aby spojrzeć mi w twarz. – Naprawdę mi przykro. Nie chcę się z tobą więcej kłócić – mój głos stawał się coraz bardziej drżący. – Zbyt dużo dla mnie znaczysz, żebym mógł ryzykować tym, że cię stracę… - do moich oczu znów napłynęły łzy.
- Wiem, Yoshi, wiem… - uśmiechnął się pięknie, po czym znów złożył krótki pocałunek na moich ustach. – Ja ciebie też przepraszam – podniósł się, siadając na mnie okrakiem. – Powinienem cię wspierać w tych trudnych dla ciebie chwilach, a nie wymagać od ciebie nie wiadomo czego – pokręcił głową z politowaniem dla samego siebie. – Powinienem ci czasem odpuścić, zamiast wciąż wytykać ci najdrobniejsze potknięcia i…
- Przestań – przerwałem mu, również podnosząc się do siadu i starając się zrównać z nim twarz. – Jeśli wciąż będziesz mi pobłażał w końcu stanę się rozkapryszonym bachorem; a tego przecież obaj nie chcemy, prawda? Musisz ode mnie czegoś wymagać – uśmiechnąłem się nieco zakłopotany.
- Spokojnie, będę; ale wszystko w swoim czasie – ponownie złączył nasze usta.
- A więc? – upewniłem się.
- Nie gniewam się na ciebie – przyznał otwarcie. – A ty? Wybaczysz mi? – spojrzał na mnie z nadzieją.
- Głupie pytanie – zaśmiałem się, po czym pociągnąłem go za przód koszulki, samemu odchylając się do tyłu. Tym razem to ja zainicjowałem pocałunek.
- Ale nie myśl sobie, że to już koniec – powiedział między kolejnymi pocałunkami.
- Co proszę? – zdziwiłem się.
Chłopak sięgnął do moich spodni, rozpinając ich guzik i wsuwając opuszki palców pod ich linię. Na jego twarzy zagościł szarlatański uśmiech.
- Dzisiejszej nocy będziesz mój – szepnął mi na ucho uwodzicielskim tonem głosu.
- Zawsze jestem twój – zaśmiałem się, odpowiadając na jego zaczepkę kolejnym pocałunkiem.

***

- Nie wierzę! – wykrzyknąłem, odlepiając spojrzenie od monitora laptopa. – Naprawdę powiedziałeś publicznie, że twoim wymarzonym typem partnera jest taki, który pozwalałby ci się gwałcić?! (tak naprawdę to Zero użył takiego określenia, co do wymarzonego typu kobiety od aut.) – wrzasnąłem zszokowany. Shimizu, który właśnie szykował nam wspólne śniadanie, zachichotał złowieszczo pod nosem.
- Oj, no co ja ci zrobię, że targają mną takie niezaspokojone rządze? – zaśmiał się i przechodząc obok mnie, klepnął mnie w tyłek, by następnie przylgnąć do moich pleców i zapleść dłonie na moim podbrzuszu. – Jeśli myślisz, że następnym razem zakończymy na czymś takim… - cmoknął mnie w skroń. – To wiedz, że się GRUBO mylisz – przesunął nosem po mojej szyi.
- Czekam na spełnienie twojej obietnicy – otarłem się o jego krocze, uśmiechając przy tym jednoznacznie. Szatyn pocałował mnie krótko w odpowiedzi.
- Cóż, jeśli dalej będziesz zachowywał się tak prowokacyjnie, to śmiem twierdzić, że nie będzie musiał długo czekać – zaśmiał się. – Ale odbiegając od tego przyjemnego tematu… - otaksował mnie palącym spojrzeniem. – Idź się ubierz, a nie paradujesz mi tu w samej bieliźnie… w dodatku nie swojej – parsknął śmiechem.
- Po co mam się ubierać? – odwróciłem się do niego przodem, zaplatając mu ręce na karku i wtulając się w niego. – Więcej potem do ściągania, więcej roboty… - zachichotałem, pocierając nosem o jego policzek.
- Kusząca propozycja, ale i tak wolałbym, żebyś się ubrał – wyplątał się z moich objęć. – No chyba, że zamierzasz poznać się z moją matką właśnie w takim stroju – posłał mi rozbawione spojrzenie.
- Twoją matką? – zdziwiłem się.
- Owszem – przytaknął. – Przecież sam zaproponowałeś, żeby nawiązać z nią bliższy kontakt – wzruszył ramionami. – Uznałem to za sygnał z twojej strony, iż bardzo niecierpliwie wyczekujesz momentu, kiedy w końcu będziesz mógł stanąć z nią twarzą w twarz – uśmiechnął się jadowicie.
- Ja cię zamorduję kiedyś! – sapnąłem poirytowany. – Nie mogłeś mi powiedzieć o tym wcześniej?! – krzyknąłem, kierując się czym prędzej do sypialni.

- Nie – odparł niezrażony. – Inaczej nie miałbym takiego ubawu z widoku twojej wściekłej miny – roześmiał się w głos.

"Closer to Ideal" cz.10

Witam szanownych, nowych obserwatorów i... cóż właściwie to na tyle, co dziś mam do powiedzenia - więcej ogłoszeń parafialnych pojawi się w środę, toteż nie będę teraz niepotrzebnie przedłużać.

„Closer to Ideal” cz.10

Leżąc koło Zero w łóżku, zastanawiałem się nad tym wszystkim, co miało miejsce między nami; zastanawiałem się czy jest sens dalej uciekać, czy może jednak zatrzymać się, dać się złapać szatynowi… a może…
W każdym razie przyjemnie leżało się koło Shimizu. Zdałem sobie sprawę, że naprawdę lubię, kiedy chłopak przytula się do mnie podczas snu, obejmując mnie na wysokości talii, kiedy jego ciepły oddech owiewał moje ucho, a jego wolny rytm kołysał do snu, przynosząc wyciszenie oraz ukojenie zszarganym po całym dniu nerwom.
Obróciłem się w jego objęciach, wtulając twarz w jego tors; taki ciepły… też przyjemny… W zasadzie jak większość rzeczy w basiście.
Z czasem uświadomiłem sobie, że te drobne gesty ze strony muzyka, te drobne niuanse w naszych relacjach były dla mnie zaskakująco ważnym elementem, bez którego obecnie zapewne ciężko byłoby mi się obejść. Nie potrafiłem już wyobrazić sobie poranka bez delikatnego gładzenia po włosach przez Michiego, bez pocałunku w kark, podczas szykowania wspólnego śniadania, jego wpychania mi się do łazienki, kiedy wykonywałem poranną toaletę, czułego tulenia w jego ramionach, kiedy wspólnie oglądaliśmy jakiś film… w sumie było tego całkiem sporo, bo przecież w końcu mieszkaliśmy ze sobą już ponad miesiąc. Jak ten czas leci…
Dalej podążając tym tropem zdałem sobie sprawę również, że to wcześniejsze spostrzeżenie mogło świadczyć o tym, iż nie znałem sam siebie. Zawsze byłem święcie przekonany, że posiadam dwa oblicza – Yoshidę Hiroshi oraz Hizumiego. Yoshida był słabym popychadłem, bezuczuciową lalką, która czasem jedynie przejawiała o jakże irytujące oznaki sentymentalizmu, podczas gdy Hizu to sceniczna bestia, rozwydrzony awanturnik, którego postać ocieka z każdej strony nonszalancją i cynizmem, ale to właśnie na tym polegała jego siła – w końcu nikt nie ośmieliłby się pomiatać osobą o tak ogromnej pewności siebie, prawda? Zawsze twierdziłem też, że Hiroshi jest moim prawdziwym obliczem, kryjącym się za Hizumim; zawsze dusiłem Yoshidę w sobie, karciłem go, próbowałem się od niego uwolnić, usilnie starając się przeobrazić w Hizu pełną gębą… nigdy to jednak mi się nie udało – jeszcze jakiś czas temu powiedziałbym, że niestety mi się nie udało, jednak dziś ten epitet wydawał mi się być zbędny.
Hizumi nie był uczuciowy. Był w pełni stworzonym przeze mnie sztucznym tworem, który szczegółowo zaplanowałem, więc mogłem stwierdzić to z całą pewnością. Ponad to od pewnego czasu nie przybierałem jego maski, a więc nie mogło być mowy o tym, aby to właśnie ta część mnie tak bardzo przywiązała się do Shimizu… w takim razie zostawał tylko Yoshida.
Hiroshi zawsze mnie wkurzał, mimo iż tak naprawdę nigdy nie dałem mu tak do końca odsłonić swojej prawdziwej twarzy. Nie poznałem go zbyt dobrze, a mimo wszystko już próbowałem go uśmiercić – a on jednak usilnie trzymał się przy życiu, nawet jeśli próbowałem zepchnąć go do najdalszych rejonów podświadomości. Pytanie brzmi: dlaczego? Każdy inny, normalny już dawno by się poddał… On jednak tego nie zrobił. Dlaczego?
Dlatego, że chciał mi pokazać, jaki jest naprawdę, skorygować moje błędne postrzeganie – a przez długie lata jedyną formą, w jakiej mógł próbować się wyrazić była muzyka. No bo, nie oszukujmy się dłużej, Hizumi nie potrafiłby napisać żadnej piosenki przepełnionej tak uczuciami i emocjami jak Yoshida. Hizu nie był nigdy typem jakiegoś myśliciela; raczej był tym idiotą, który zawsze pakuje grupę przyjaciół w tarapaty, maskotką, grupowym błaznem. Jednak teraz, kiedy Hiroshi został pozbawiony wszelkiej formy, w której mógł się w jakiś sposób objawiać, nieco mu odbiło, przez co w ostatnim czasie zachowywałem się raczej mało racjonalnie, a ponad to miałem problemy w dojściu do porozumienia sam ze sobą. Niemniej podejrzewałem, że ten wybuch sprzecznych emocji był jednie przejściowy i szybko mógłby się skończyć, czego finałem mogłoby być faktyczne zniknięcie Yoshidy raz na zawsze. Niestety Hizumi, który przecież został stworzony na scenie, bez muzyki również nie pociągnąłby długo – a utrata dwóch twarzy, którymi się posługiwałem i które stanowiły o moim charakterze oraz usposobieniu, zakończyłaby się dla mnie destrukcyjnie; nie wykluczone nawet, że w pewnym sensie stałbym się roślinką, która po prostu egzystuje, ale faktycznie nie żyje. Całe szczęście do tego wszystkiego nie dopuścił Zero, który tak desperacko starał się utrzymać Hiroshiego przy życiu – pominę już, że jego żywot został zagrożony przez niego samego, ale w gruncie rzeczy przez jego pokręcony plan dopiero teraz, zdawało mi się, że poznałem sam siebie. Kiedy Michi po raz pierwszy wyjawił mi swoje motywy i cele działania dzień po tym, jak odszedłem z zespołu, wydawało mi się to wszystko głupie i bez sensu – teraz dopiero dojrzałem w tym jakąś pokrętną i chorą, ryzykowną logikę… ale jednak jakąś.
W końcu uświadomiłem sobie, że to właśnie nikt inny jak Yoshida odpowiadał za całą emocjonalną i sentymentalną część mnie; w końcu go doceniłem i uświadomiłem sobie, że próby pogrzebania go żywcem były po prostu skończonym idiotyzmem z mojej strony.
Jakby tego wszystkiego było mało, zdałem sobie sprawę, że wykreowałem głupią osobowość Hizumiemu. Hizu był prostakiem i chamem, bucem, awanturnikiem i cholerykiem… był strasznie irytujący. Aż dziw mnie brał, kiedy myślałem, że reszta zespołu przez tyle czasu musiała mnie znosić, kiedy przywdziewałem tę maskę; aż dziw brał, że Zero, nie dość, że to wszystko znosił, zaakceptował, to jeszcze potrafił mnie przejrzeć i mimo wszystko, wciąż ze mnie nie zrezygnować. Zdawało się, że basista zauważył to wszystko we mnie wcześniej i musiał mi to pokazać, niczym małemu dziecku, wskazując owe wszystko palcem, niemal wciskając mi głowę w obraz, który musiałem zobaczyć. Byłem takim krótkowzrocznym ignorantem, że nie wystarczyły mi jedynie delikatne uwagi, które miały nakierować mnie na właściwy trop. Doprawdy, przerażające… A mówi się, że człowiek sam siebie zna najlepiej…
Cóż, przydałoby się w końcu wypuścić Yoshiego na spacer, na światło dzienne, na świeże powietrze. W końcu należało mu się coś od życia po spędzeniu tylu lat w nieustannej ciemności.
Początki zawsze były dla mnie czymś trudnym, z czym naprawdę kiepsko sobie radziłem, ale kiedyś trzeba było w końcu zrobić ten pierwszy krok – myślę, że i tak już wystarczająco długo z nim zwlekałem. Możliwe, że podczas pierwszych prób Hiroshi raz czy drugi wyłoży się nawet na prostej drodze, ale w gruncie rzeczy w końcu dojdzie do celu; poza tym do pomocy jeszcze miałem Shimizu. Teraz tak doskonale rozumiałem, jak wiele mogłem mu powierzyć, jak bardzo próbował mnie odciążyć i wspomóc. Byłem mu za to niesamowicie wdzięczny.
Yoshida, broń boże, nie był silny – tę silniejszą wersją mnie był Hizumi. Yoshi był raczej bardzo uczuciowy, sentymentalny, dość niepewny siebie, nieco skryty; dlatego właśnie Hizu był dla niego tak idealną przeciwwagą.  Niemniej tym razem to jednak to zwierzę sceniczne postanowiłem strącić na drugi plan, dając większe pole do popisu Hiroshiemu – niestety jednak Yoshida nie był tak samodzielny jak Hizumi. Potrzebował kogoś, kto by go wsparł, choćby w tych pierwszych, najtrudniejszych krokach; kogoś silnego, ale jednocześnie opiekuńczego i niepozbawionego uczuć… a przecież taki właśnie był Zero.
Spojrzałem z dołu wręcz rozczulony na wciąż śpiącego chłopaka i mocniej się do niego przytuliłem. Zaciągnąłem się jego zapachem, całując delikatnie jego odsłonięte ramię.
- Cholera, chyba cię kocham… - szepnąłem, po czym sam przymknąłem powieki, gdyż była wciąż jeszcze ciemna noc.

***

W końcu postanowiłem mu o tym powiedzieć. Przecież, jakby nie patrzeć, Michi już obdarzył mnie zaufaniem. On pierwszy przełamał i otworzył się przede mną – teraz oczekiwał, aż ja zrobię to samo. Zdawało się, że nastał na to idealny moment; moment, w którym wciąż targały mną niepewności – niepewności, z którymi Zero mógłby pomóc mi się uporać. Sam zdawałem sobie sprawę, że zbyt długo odwlekałem w czasie tę chwilę, wystawiając nerwy i cierpliwość szatyna na nie lada próbę. Gdyby nie mój ośli upór oraz intrygi Shimizu, zdałem sobie sprawę, że już dawno moglibyśmy znaleźć się w miejscu, w którym obecnie stoimy. Można powiedzieć, że jesteśmy nieco opóźnieni, jeśli chodzi o łączące nas relacje. Jasne, ponosiłem winę za to, co się stało lub właśnie nie stało, a przynajmniej mogło stać się szybciej, ale nie można było zapomnieć, że żaden konflikt na tym świecie nie jest winą tylko i wyłącznie jednej strony. Muzyk mógł odpuścić sobie te podstępy, krętactwa i wszystkie drogi na opak, które wybrał – niemniej nie próbuję w tym momencie w żaden sposób odwrócić uwagi od własnych przewinień, skupiając się na jego. Po prostu próbuję być szczery; a jeśli jeszcze mam mówić wprost, to powiem, że basista spartolił wszystko koncertowo. A ja nie pozostawałem mu dłużny. Obaj byliśmy dysfunkcyjnymi kalekami społecznymi, ale powoli się zmienialiśmy. Zabawne jak dwa uszkodzone twory próbowały wzajemnie się reperować i uzupełniać, dążąc ponownie do utraconej poprawnej formy. Tak, zabawne…
- No więc… - zakończyłem mój monolog, w którym zawarłem wszystkie myśli nękające mnie dzisiejszej nocy w łóżku. – Do takich właśnie wniosków doszedłem – rozłożyłem ręce, jakby dobitniej pokazując, że powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia.
- Ach tak… - Zero zaśmiał się cicho pod nosem i posłał mi ciepły uśmiech. Taksował mnie łagodnym spojrzeniem spod przymrużonych powiek, przy czym wyglądał niczym ukontentowany, choć wciąż nie tracący apetytu na więcej kot.
- Pomyliłem się gdzieś? – spojrzałem na niego zdumiony.
- Odrobinę – odparł wymijająco. – Jedynie w pewnych kwestiach – dodał uspakajająco. – Wiesz…
- Nie wiem – przerwałem mu. – Cóż, w zasadzie byłbym jeszcze bardziej zdziwiony, gdyby od razu udało mi się dotrzeć do właściwych wniosków za pierwszym razem – wzruszyłem ramionami. – Będę uczył się na błędach, z czasem korygując je –oświadczyłem. – Ty może i już przejrzałeś mnie na wylot, ale ja dopiero teraz zaczynam dostrzegać sam siebie, więc proszę, nie podpowiadaj mi, a jedynie dyskretnie nakierowuj na właściwy tok myślenia i czuwaj nade mną, opiekuj się mną. Pozwól mi się mylić i gubić, kręcić w kółko; tylko w ten sposób uda mi się do czegoś dojść, wypracować własne prawdy, w które będę mógł niezachwianie wierzyć. Jeśli wciąż będziesz mnie tak bezczelnie prowadził za rękę, nigdy nie dorosnę. Przyjmę wiadomości, które stopniowo będziesz mi wpajał, ale wciąż będę je poddawał wątpliwościom. Wiesz… To tak samo jak z wiedzą teoretyczną; niby wiesz, ale jednak niedowierzasz, póki nie zobaczysz tego na własne oczy, nie przekonasz się na własnej skórze. Ponoć tak samo powinno uczyć się dzieci; dać im się od czasu do czasu sparzyć, żeby zapamiętały, co wolno, a co nie, co jest dobre, a co niekoniecznie. Jeśli będziesz mi wciąż wskazywać drogę, to po pewnym czasie z chęci zrobienia ci na przekór będę chciał z niej zboczyć, czego pewnie potem bardzo bym żałował. Będę jak dziecko we mgle, które bez swojego przewodnika będzie bało się zrobić chociaż krok do przodu – wziąłem głębszy oddech. – Bo w zasadzie gdzieś tam w głębi to wciąż nie dorosłem... i wciąż zachowuję się jak taki smarkacz… Więc jeśli to ty będziesz mi wciąż dyktować, co jest złe, a co dobre, zgłupieję do reszty. Stanę się rozwrzeszczanym bachorem, które wsadzi rękę do ognia tylko po to, aby sprawdzić czy rodzic miał rację, mówiąc, że ten jest gorący i…
W tym momencie Shimizu zamknął mi usta krótkim pocałunkiem, ucinając moją tyradę. Objął mnie ciasno w pasie, a następnie przesunął nosem po moim policzku, uśmiechając się do siebie. Właściwie… to w ostatnim czasie Zero często się uśmiechał. Wyglądał na rozpromienionego, przez co zdawał się być jeszcze bardziej przystojny niż był zazwyczaj.
- Zrozumiałem – owiał moje wciąż wilgotne od pocałunku usta ciepłym oddechem. Zachichotał. – Zrozumiałem… - powtórzył, a następnie ponownie złączył nasze usta, tym razem w o wiele bardziej pasjonującym i dłuższym pocałunku.

***

Właśnie wyszedłem z łazienki. Z mokrych włosów wciąż skapywały krople, znacząc moją drogę drobnymi rozbryzgami wody na podłodze. Rozejrzałem się po mieszkaniu w poszukiwaniu Michiego, ale, co dziwne, nie było go w nim.
Już chciałem chwycić za telefon, kiedy nagle moją uwagę przykuły uchylone drzwi frontowe. Przez niewielką szparę pomiędzy drzwiami a futryną dojrzałem dwie postacie stojące na korytarzu. Jedną z nich był oczywiście basista, drugą Osamu. Właściwie… co tu robił Żyrafa? I w dodatku o tak późnej porze? W zasadzie po wyjaśnieniu całej akcji z domniemanym drugim wokalistą przez szatyna, nie żywiłem już jakiejś głębokiej urazy do tego monstrualnego faceta. Oczywiście nie oznaczało to, że niespodziewanie zacząłem pałać do niego wielką i gorącą miłością, ale… po prostu akceptowałem i przyjmowałem do wiadomości fakt jego realnej egzystencji na tym samym świecie.
Zaciekawiony tą dziwną wizytą zacząłem nasłuchiwać. Podejrzane wydało mi się być także to, że Zero nie zaprosił znajomego do środka, tylko trzymał go na korytarzu. Nie podejrzewałem, jakoby mógł knuć za moimi plecami kolejne wspaniałe intrygi ani tym bardziej zdradzać mnie z tym chłopakiem o fizjonomii goryla, ale cóż… Ciekawość wzięła górę. Nie mogłem się oprzeć.
- Naprawdę… - prychnął Osamu. – Wciąż nie rozumiem, dlaczego jesteś z tym zakompleksionym dupkiem… No i dlaczego poświęcasz się tak dla niego? On nie jest wart nawet połowy tego, co już dla niego zrobiłeś i nadal robisz – fuknął, przewracając oczyma. Shizmizu w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko i zaśmiał krótko.
- Mówiąc tak o Hiroshim, tylko dowodzisz tego, że tak naprawdę nic o nim nie wiesz – poklepał znajomego po ramieniu. – A tak swoją drogą… Jeśli dalej masz ochotę prawić mi swoje obiekcje względem Yoshidy… cóż, to może lepiej byłoby, gdybyś się już zbierał – zakończył dość oschle, a uśmiech z jego twarzy zniknął.
- No proszę – Żyrafa uniósł wysoko brwi – nie wiedziałem, że wpadłeś po uszy – zaśmiał się.
- Co proszę? – muzyk wydawał się być zdziwiony.
- Absolutnie straciłeś głowę dla tego chłopaka – śmiał się dalej. – Nie wiedziałem, że jesteś zdolny zakochać się w kimś tak mocno, Zero – teraz to z kolei brunet poklepał basistę po ramieniu. – Wiesz, może masz rację… Nie znam tego twojego chłoptasia, ale widzę, że zmienił cię i to diametralnie – pokiwał głową, jakby dla potwierdzenia, że zgadza się z własnymi słowami. – Myślę, że taka zmiana wyjdzie ci na dobre; i mimo iż wciąż nie rozumiem twoich pobudek i powodów, dla którego tak bardzo go kochasz, to cieszę się, że masz kogoś, na kim ci zależy. Wydajesz się być przez to dużo szczęśliwszy – zakończył przyjaznym uśmiechem. – No, to jednak będę się zbierał – obrócił się na pięcie i skierował z powrotem w stronę winy. – Tylko pamiętaj o treningu w czwartek! – krzyknął na odchodne. – Ostatnimi czasy rzadko pokazywałeś się na boisku, więc musisz się poprawić!
Michi w ramach pożegnania posłał mu krzywy uśmiech, po czym pokręcił głową z politowaniem i wywrócił oczyma. Sam również odwrócił się, wchodząc ponownie do mieszkania – w tym samym momencie ja uskoczyłem w bok, w jednej chwili stając przed otwartą lodówką. Wyjąłem butelkę zimnej wody i udawałem jakby nigdy nic, że przez cały ten czas zajmowałem się sobą.
- Z kim rozmawiałeś? – zapytałem, starając się nie okazywać nadmiernego zainteresowania w moim głosie.
- Ty już dobrze wiesz z kim – zaśmiał się, po czym poklepał mnie po ramieniu, przez co mało nie udławiłem się właśnie pitą wodą.
Cholera, chyba serio go kocham…

***

Z mijającym czasem utwierdzałem się w moim uczuciu do szatyna, ale jednocześnie było ono wystawiane na coraz cięższe próby. Czas jest najlepszym weryfikatorem dla większości rzeczy… Niestety, nie jest to coś, z czego mógłbym się cieszyć.
Z owym mijającym czasem zniknęła ta magiczna otoczka nowopowstałego związku. Tak chyba zawsze jest… Najpierw bawimy się w postacie z bajki, idealizujemy nasze wspólne życie, a potem powoli zaczynamy popadać w rutynę, przez co zaczynamy tęsknić za tym księciem na białym rumaku, którym przecież jeszcze nie tak dawno temu był nasz ukochany i piękną księżniczką, jaką była nasza ukochana. To w tym właśnie momencie rozpada się najwięcej związków, które nie przechodzą tej próby. Z czasem wychodzi coraz więcej wad towarzyszącej nam osoby, które z początku ukrywała, próbując nam się przypodobać. W ten oto sposób z naszego księcia robi się przeciętny chłopek–roztropek, a z białego rumaka niemniej przeciętny muł do orania pola – ta, i weź tu nie bądź rozczarowany człowieku…
Oczywiście to wszystko jest prawdą, o ile wierzymy w prawdziwość przesłań dram, seriali, filmów i książek o miłości, na których bazowała moja wiedza – bo przecież moje własne doświadczenie wciąż było dość niewielkie.
Nie mogę powiedzieć, jakoby Zero w czymś mnie rozczarował. Znałem go przecież już dłuższy czas i wiedziałem, jakim człowiekiem jest. Po prostu… z czasem chyba przestaliśmy celebrować takie zwykłe czynności. Wspólna toaleta poranna nie była już niczym zabawnym, okazją do okazywania sobie uczuć w czułych, drobnych, niepozornych gestach, a uciążliwym przypadkiem. Bo przecież przy umywalce jest tylko jeden kontakt, a Shimizu musi oczywiście prostować włosy, kiedy ja chcę je wysuszyć; bo ja myję zęby, kiedy on bierze prysznic, zabierając mu przy tym ciepłą wodę. Wspólne urzędowanie w kuchni też przestało być już tak przyjemne. W naszym mieszkaniu kuchnia niestety była dość mała, przez co kiedy jedna osoba stała przy blacie, druga musiała się mocno namęczyć, żeby przecisnąć się między barem a plecami tej osoby – no i zazwyczaj tą pierwszą, stojącą przy blacie, byłem ja, a tą drugą, przepychającą się, Michi. Basista musiał mieć zawsze tak wspaniałe wyczucie czasu, że musiał przepychać się w momencie, kiedy piłem kawę, przez co nieraz przyozdobiłem sobie bluzkę ciemnobrązową, dość mało apetyczną plamą. Kiedyś wykorzystywaliśmy to nieudogodnienie jako pretekst do przytulenia się do pleców ukochanego, do pocałowania go w kark, zaplecenia dłoni na jego brzuchu; obecnie to przeciskanie miało raczej charakter ponaglający, dość despotyczny. Znowu nie było, komu wynieść śmieci, bo przecież ja zarzekałem się, że wczoraj prasowałem, więc powinienem mieć wolne, a chłopak z kolei twierdził, że umył podłogę, więc teraz moja kolej zająć się obowiązkami domowymi. Bo nie było, komu ryżu kupić, przez co na obiad znów były zupki typu instant. Bo codzienne przygotowywanie trzech pełnych posiłków dla dwóch osób było uciążliwe – wymagało czasu, wkładu pracy, pieniędzy, pomysłu… czasem tęskniłem za czasami, kiedy nikt nie patrzył na to, co jem lub nie jem; kiedy nie gotowałem wcale i się tym nie przejmowałem, żywiąc się głównie kawą. Co więcej Zero lubił zdrowo jeść, więc zabraniał mi podjadania słodyczy, przez co się na niego boczyłem. No i miał alergię na niektóre składniki, o czym musiałem pamiętać, kiedy stałem już przy garach. Wspólne popołudnia również nie wyglądały już tak samo. Nie leżeliśmy już wtuleni w siebie na sofie, udając, że oglądamy film, podczas gdy tak naprawdę większość czasu spędzaliśmy na całowaniu się. Obecnie szatyn po przyjściu z pracy naprawdę siadał przed telewizorem i coś oglądał, podczas gdy ja zajmowałem fotel z laptopem na kolanach i zajmowałem się swoim nowym projektem o nazwie „Umbrella”. Potrafiliśmy tak trwać w ciszy nawet przez kilka godzin – głównie wtedy, kiedy nachodziła mnie wena i potrzebowałem ciszy, żeby się skupić.
Czy oddalaliśmy się od siebie? Całkiem możliwe… Czasem przyłapywałem się na tym, że zacząłem wyliczać w myślach błędy muzyka zamiast liczyć jego dobre strony, co wcześniej mi się nie zdarzało. Irytowały mnie jego nawet najmniejsze potknięcia i niedopatrzenia, jak na przykład to, że miał jakiś dziwny, denerwujący nawyk wstawiania brudnych naczyń do zlewu zamiast od razu do zmywarki. Niby nic, ale jednak już jakiś pretekst, żeby warknąć coś pod nosem i przewrócić oczyma – i z czasem takich „niby nic” robiło się coraz więcej zarówno dla mnie, jak i dla niego. Wyliczałem mu te drobne niedociągnięcia, podczas gdy kiedy już emocje we mnie opadły, orientowałem się, że przecież sam nie byłem idealny; że tak samo potrafiłem notorycznie i do znudzenia powtarzać jeden błąd, irytując go w ten sam sposób, w jaki on irytował mnie. Właściwie to byliśmy siebie warci, ale kiedy emocje brały górę, zapominaliśmy się, zrzucając winę na tę drugą osobę, jednocześnie wybielając się we własnych oczach.
Teraz, z dystansu jeszcze dłuższego czasu, zorientowałem się także, że to ja byłem tym gorszym złośnikiem w naszym związku. To ja częściej wprowadzałem atmosferę zdechłego Azorka, w której z czasem można było powiesić nie tylko siekierę, ale cały czołg. Miałem huśtawki nastrojów. Raz chodziłem podminowany, raz nachodziła mnie ochota na odrobinę czułości, ale wtedy Michi, zarażony moim wcześniejszym złym humorem, nie miał na nią ochoty, przez co czułem się odtrącony. W tym wszystkim rozpaczliwie próbowałem poznać sam siebie, dostrzec prawdziwą twarz Yoshidy. Próbowałem rozpoznać, co sprawia mu najwięcej przyjemności, jakie zachowania u niego przeważają… jednak w gruncie rzeczy teraz już wiem, że moje obserwacje nie wniosły nic nowego, że stałem wciąż w miejscu. Ulga, jaką przynosiło wypowiedzenie na głos gniewnych myśli była tylko chwilowa, szybko zastępowana przez poczucie winy, które dręczyło mnie potem przez znacznie dłuższy czas. Z kolei duszenie tych wszystkich emocji w sobie dawało mi poczucie, jakbym na nowo próbował pogrzebać żywcem Hiroshiego, moją prawdziwą osobowość, jakbym się dusił naprawdę. Tuląc się w nocy do boku Shimizu coś wciąż nie dawało mi spokoju, wzbudzało we mnie niepokój i obawy, których nie mogłem pojąć, a co za tym idzie, rozwiać. Wszystko to nawarstwiało się i kumulowało w naszej dwójce. To, co robiliśmy do tej pory, aby poradzić sobie z tym napięciem było jak spuszczanie z ogromnego basenu wody przez dziurkę, nakłucie igły – bezsensowne, żmudne, ale nieefektowne. Nie dało się już tego dłużej powstrzymywać; coś po prostu musiało pójść nie tak. Ciśnienie wody w końcu rozerwało nakłucie, tworząc w jego miejsce gigantyczną wyrwę, przez którą woda z naszego basenu wylała się w kilka chwil – a to też niedobrze.
I tak oto wypowiedziałem kilka najgłupszych słów w moim życiu. Kazałem mu się wynosić. Pokłóciliśmy się. To była nasza pierwsza poważna kłótnia. Basista wyszedł z trzaskiem drzwi. Dopiero po kilku chwilach, kiedy zdążyłem jako-tako ochłonąć, uświadomiłem sobie, jakim jestem skończonym idiotą. Oparłem się plecami o ścianę i zsunąłem się po niej w dół, następnie obejmując rękoma kolana i ukrywając wśród nich twarz. Zapłakałem.

Tym razem skupiłem się na własnych błędach. Cholera… Co mi odbiło? Wcale nie byłem lepszy od niego. Może nawet gorszy?... Właściwie… komu to teraz oceniać?