Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Le Ciel". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Le Ciel". Pokaż wszystkie posty

Le Ciel cz.2


2. Pierwsza noc
– Niedługo osiemnasta, o dziewiętnastej otwierają, więc możemy zacząć się już przygotowywać. Nauczę cię robić makijaż – obiecał. – Nie ma innego wyjścia – dopowiedział szybko, widząc moją minę.

Okazało się, że makijaż był całkiem przyjemny. W sumie… spodobało mi się manipulowanie własnym wyglądem – używając czerni i metalicznych odcieni szarości, wyglądałem drapieżnie, kiedy natomiast stawiałam na delikatne odcienie bieli i beżów, wyglądałem niewinnie i, jak to określił Will, wręcz rozkosznie. Mój współlokator stwierdził, że już wcześniej musiałem być zniewieściały, skoro podobało mi się siedzenie przed lustrem i przeglądanie się w nim.
W końcu nadeszła godzina dziewiętnasta, a serce podeszło mi do gardła. Oprócz makijażu, Will pomógł wybrać mi ubrania i dobrać fryzurę. Ubrałem się w czarne legginsy i coś białego, tuniko-podobnego; owa bluzka, którą założyłem miała bardzo długie, szerokie rękawy sięgające mi niemalże do samych kolan, głęboki dekolt i odsłaniała ramiona. Była szeroka i bardzo wygodna, a w dodatku wykonana z przyjemnego w dotyku materiału.
- Tak tu o nas dbają? – zapytałem zdziwiony.
- Tak – przytaknął chłopak. –Kiedy prosisz o ciuchy, zawsze dostaniesz te z najwyższej półki; ale tu nie chodzi o to, żeby nam dogodzić… Chodzi o to, abyśmy lepiej się prezentowali i kusili możliwie jak najwięcej potencjalnych klientów – westchnął ciężko.
Chwilę później do drzwi pokoju zapukał Karyu, który w geście powitania ucałował moją dłoń. Następnie ujął mnie pod łokieć i sprowadził po schodach piętro niżej. Will szedł za nami, przez co miałem wrażenie, że kroczył w moim cieniu, a mój „opiekun” specjalnie promuje mnie już na wejściu. Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy wyglądało jak bawialnia w barokowym zamku. Jak zwykle wszystko opływało tu w przepych. Parkiet był wykonany z ciemnego drewna, takiego samego, z jakiego zostały wykonane schody, którymi zeszliśmy. Ich podstawa była znacznie szersza niż szczyt, dlatego kiedy spojrzałem na nie z dołu, zauważyłem, że zostały wykonane na kształt trójkąta – początkowe stopnie były bardzo długie, a wyższe coraz mniejsze. Na ścianach zostały pozawieszane wielkie obrazy przedstawiające przyrodę nieożywioną, a same ściany zostały obklejone kremową tapetą w złote i miedziane wzory. Naprzeciw schodów mieścił się wielki, biały kominek, w którym palił się ogień. Pod ścianami czekali już potencjalni klienci, przyglądający się wchodzącym „opiekunom” ze swoimi „podopiecznymi”. Na środku sali w okręgu zostało ustawione kilkanaście masywnych krzeseł, na których siedziało już kilku chłopców; wszyscy byli mniej więcej w moim wieku. Karyu poprowadził mnie w stronę najbliższego wolnego krzesła i gestem dłoni kazał mi usiąść. Bezzwłocznie wykonałem jego polecenie, po czym rudzielec oddalił się ode mnie; wmieszał się w tłum klientów i obserwował mnie z daleka. Podczas gdy inni chłopcy uśmiechali się zalotnie do podstarzałych mężczyzn, z którymi zapewne dzisiaj będą musieli spędzić noc, ja spuściłem głowę i wbiłem wzrok w podłogę. Nie miałem odwagi jej podnieść. Czułem na sobie ciekawskie spojrzenia, które wcale nie dodawały mi odwagi. Przełknąłem głośno ślinę i zacisnąłem mocno dłonie na szerokim siedzisku krzesła.
Goście zaczęli krążyć wokół nas, przyglądając się nam. Użyłem liczby mnogiej, choć tak naprawdę miałem wrażenie, że gapią się tylko i wyłącznie na mnie. Nadal nie podnosząc głowy, kątem oka przyglądałem się osobom, które kręciły się najbliżej mnie. Byli to głowie, tak jak już wcześniej wspomniałem, mężczyźni po czterdziestce, ubrani w bardzo drogie eleganckie stroje, które miały odzwierciedlić ich majątek. Przyszło tu także kilka młodszych oraz całkiem siwych panów, zauważyłem też cztery, czy pięć kobiet w długich sukniach… Zastanawiałem się,ile będą trwać te podchody i kiedy w końcu ktoś do mnie podejdzie i zaprowadzi dopokoju. Zadrżałem… dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo się tego bałem. Przecież… zupełnie nie wiedziałem, co miałbym zrobić, a nawet nie zapytałem o to Willa! Nie przyszło mi to do głowy!
Wykrakałem. Jakiś facet w bordowej marynarce ruszył w moją stronę, a ja zacząłem się stresować. Nagle do sali wbiegł Hizumi. Odwróciłem głowę w jego stronę i już miałem odpowiedzieć uśmiechem na przyjazne spojrzenie, które mi rzucił, jednak w tym momencie niespodziewanie z tłumu wyłonił się Karyu. Podszedł do bruneta i szarpnął go za ramię, szepcząc mu coś na ucho, przy czym marszczył brwi. Widocznie nie był zadowolony z tego, że Hizu pojawił się tutaj…
- Jeśli nie ja, to on – powiedział głośno, a jego głos odbił się echem. Mówiąc to, wskazał dłonią na mężczyznę w bordowej marynarce, który zatrzymał się w pół kroku i zmierzył nowoprzybyłego groźnym spojrzeniem. – Och, najmocniej przepraszam panie Burton – ukłonił się niezbyt nisko. – Oczywiście to nie było żadne oskarżenie – uśmiechnął się sztucznie. – Tak, jak kiedyś zwrócił mi pan uwagę, powinienem bardziej panować nad swoim niewyparzonym językiem i przede wszystkim nad tym, jak głośno mówię – szybko podszedł do faceta i złapał go za łokieć. – Czy byłby pan łaskaw mi wybaczyć?
- Oczywiście, panie Yoshida – burknął tamten, tęskno spoglądając w moją stronę. Hizumi widocznie grał na zwłokę… ale dlaczego i po co? – Ale niech mi to będzie ostatni raz… Naprawdę, jeśli już chce pan kogoś omawiaćza placami, niech przynajmniej robi pan to ciszej – fuknął, po czym chciał podejść do mnie, jednak brunet szarpnął go.
- Jeszcze raz przepraszam. Chciałbym to panu jakoś wynagrodzić, choć zapewniam, że nie były to żadne pomówienia ani oskarżenia względem pana – pociągnął go w stronę wyjścia. Mężczyzna sapnął niezadowolony, jednak najwidoczniej nie wypadało mu odmówić. Bo co miał powiedzieć? „Nie przepraszaj mnie, bo zaraz ktoś zabierze mi sprzed nosa chłopaka, którego chciałem zaciągnąć do pokoju i…”… Nawet w myślach nie chciałem kończyć tego zdania. Obaj wyszli.
Kilku kolejnych rzucało sobie wyzywające spojrzenia i zaczęli się do mnie zbliżać. O matko… jeszcze gorzej – jęknąłem w myślach. Pierwszy podszedł do mnie wąsaty, postawny mężczyzna w popielatym garniturze, przez co wyglądał jak polityk… ale co niby miał robić polityk w burdelu? Ach, zapomniałem, że to Francja… Tu takie rzeczy nie były szokujące; a bynajmniej tak twierdził Will – wierzyłemmu, bo cóż innego mogłem zrobić? Przecież nie miałem własnych wspomnień, a doświadczenia (o ile takie posiadałem) utraciłem przez zanik pamięci…
- Witaj, azjatycki chłopczyku – przywitał się i dotknął opuszkami zrogowaciałych palców mojego policzka, uśmiechając się… w przerażający dla mnie sposób.
Ktoś zaczął się przepychać przez ludzi.Po chwili ze zgromadzenia znów wyłonił się Hizu, który złapał mnie za rękę i pociągnął, zmuszając w ten sposób, abym wstał. Przyciągnął mnie do siebie i objął jedną ręką w pasie.
- Ta azjatycka piękność jest moja – fuknął, po czym skierował się ze mną z powrotem w stronę schodów.
Kilka osób zaczęło rzucać nieprzyjemne komentarze pod jego adresem, jednak się tym nie przejął. Wspięliśmy się po schodach na wyższe piętro, po czym Hizumi poprowadził mnie w przeciwny korytarz do tego, którym szedłem razem z rudzielcem. Dziwnie się czułem, kiedy on mnie prowadził, a nie ja jego… W sumie, ja tu mieszkałem, nie? Ale, jak widać, on znał ten budynek lepiej niż ja, bo przecież utraciłem pamięć. Ciekawiło mnie, czy Hizumi często tutaj przychodził…
Zastanawiałem się, czy nie powinienem podziękować mu za ratunek od tych zboczeńców… kiedy nagle sobie uświadomiłem, że ja przecież w żadnym stopniu nie znam Hizumiego! Nie wiem, czy jest taki sam jak inni, czy może nawet jeszcze gorszy… Przypomniał mi się incydent sprzed kilku godzin, kiedy to brunet przyciskał do ściany Willa, niemal go w nią wbijając, dając mu ostatnią szansę na zwrot pieniędzy. Wystraszyłem się nieco…
Doszliśmy na koniec korytarza. Hizumi podszedł do ostatnich drzwi, otworzył jei wszedł, ciągnąc mnie za sobą. Zamknął drzwi od środka na klucz, zapewne, żeby… nikt nam, to znaczy mu, nie przeszkadzał; zadrżałem z przerażenia, zdając sobie sprawę, że to, co nieuniknione stanie się już niedługo… dokładnie za chwilę…
- Nie bój się – przyciągnął mnie do siebie i objął w pasie. – Mówiłem, że cię nie skrzywdzę – uśmiechnął się ciepło i przeczesał moje włosy w ten sam sposób, w jaki zrobił to w moimpokoju.
Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Stałem jak słup soli w jego objęciach i z przerażeniem wpatrywałem się w niego. Serce waliło mi jak szalone, a w głowie nieprzyjemnie huczało…
- Ja… Znaczy… - zająknąłem się.
- Spokojnie. Wszystkiego cię nauczę – szepnął mi na ucho, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej i zacieśniając uścisk.
Zaraz po tym jak to powiedział, zjechał dłońmi z moich pleców na pośladki, a następnie wziął mnie na ręce. Pisnąłem, nie spodziewając się tego, na co zachichotał cicho. Odruchowo oplotłem go nogami w pasie i rękami za szyję, żeby nie spaść. Położył mnie delikatnie na łóżku, a następnie usiadł na mnie okrakiem.
- Więc, Zero… - uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco i powoli zaczął o mnie ocierać. – To twój pierwszy raz po utracie pamięci, tak? – zapytał, a ja spojrzałem na niego zdziwiony.
- Skąd wiesz?
- Karyu mi powiedział – zaczął gładzić moją szyję. – Nie miał wyboru; mógł oddać cię w moje ręce albo komuś innemu, kto z pewnością by cię skrzywdził – nachylił się nade mną i zaczął całować od prawego obojczyka w górę. Zatrzymał się przy linii szczęki. – Więc jak? To twój pierwszy raz?
- T… Tak – szepnąłem cicho, a on owiał moje ucho gorącym oddechem. Przeszły mnie dreszcze.
- Obiecuję, że będę delikatny, ale mimo wszystko i tak możesz poczuć dyskomfort – polizał moje ucho, a ja zarumieniłem się. – Nie opierajsię i nie wyrywaj, a na pewno na tym skorzystasz, rozumiesz? – upewnił się.
- Mhm… - mruknąłem na potwierdzenie.
Podwinął moją bluzkę i zaczął mnie dotykać. Zachłysnąłem się powietrzem, kiedy poczułem zimne palce na podbrzuszu. Odsłonił mój brzuch i przejechał dłońmi po bokach mojego ciała. Uśmiechnął się do siebie, po czym zdjął ze mnie górną część garderoby. Zaczął całować mnie wzdłuż mostka, a następnie językiem drażnić prawy sutek. Wciągnąłem głośno powietrze. Drugi podszczypywał dłonią. Pomrukiwałem cichutko, starając się nad sobą panować, jednak to nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Kiedy znudziło mu się to zajęcie, wznowił pocałunki, którymi obsypywał moją klatkę piersiową i brzuch. Kiedy doszedł do pępka, wsunął do niego język, a ja położyłem ręce na jego barkach, delikatnie je masując. Następnie brunet uniósł delikatnie moje biodra i zdjął ze mnie legginsy. Leżałem pod nim w samej bieliźnie i czułem się co najmniej… źle. Dorodne rumieńce wykwitły na mojej twarzy, huczenie w głowie wzmogło się, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ból brzucha i odruch wymiotny. Hizumi wyprostował się i ogarnął mnie wzrokiem, przekrzywiając głowę. Spojrzał na mnie z bólem w oczach i nachylił się nade mną ponownie.
- Wiem, że gdybyś miał wybór, nigdy byś tego nie zrobił – założył mi włosy za ucho, które uwolniły się z klamry, spiętej z tyłu głowy w mało wyszukanej fryzurze. – Ale niestety nie masz wyboru… Oszczędziłbym ci tego i mógłbym przesiedzieć tu z tobą całą noc grając w karty, czy po prostu gadając o pierdołach, ale to nie miałoby wtedy sensu. Wiesz, że od dziś każdy twój dzień będzie wyglądał właśnie tak – skrzywił się. – W końcu musiałbyś się komuś oddać; a janie chcę dla ciebie źle. Chcę, żebyś wiedział, czego mogą od ciebie oczekiwać klienci – spojrzał mi w oczy. – Proszę, nie bój się mnie… naprawdę nie ma czego – uśmiechnął się do mnie miło, a ja spróbowałem odpowiedzieć mu tym samym, chociaż nie byłem pewien, czy mi się udało. Chciał mnie pocałować, kiedy nagle zebrałem w sobie tyle odwagi, by się odezwać:
- Hizu? – zapytałem cicho.
- Tak? – spojrzał na mnie uważnie.
- A zagrasz kiedyś ze mną w karty? – chłopak zaśmiał się serdecznie, a ja widząc, że naprawdę nie chce mnie skrzywdzić, rozluźniłem się nieco i również pozwoliłem sobie na szczery uśmiech.
- Pewnie – zgodził się.
- Jutro? – zaproponowałem.
- Zobaczymy… Nie wiem, czy jutro, ale obiecuję, że wpadnę pograć z tobą w karty – ponownie zaśmiał się, po czym pocałował mnie.
Objąłem go za szyję i oddawałem pieszczotę. Rozchyliłem usta, kiedy polizał moją dolną wargę. Wsunął język do środka, co nieco mnie skrępowało. Nie wiedziałem, jak miałem się zachować, jednak zaraz mnie nakierował, wciąż zachęcając mój język do zabawy. Nasze koniuszki splotły się w erotycznym tańcu. Hizumiał wprawę i świetnie całował. Całkowicie mu się oddałem, gdyż to, co robił, podobało mi się i sprawiało przyjemność.
Jedną ręką opierał się na wysokości mojej głowy, a drugą gładził moje udo, powoli zbliżając się do krocza. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że leżałem już prawie nagi, a on wciąż był kompletnie ubrany. Zacząłem rozpinać guziki kamizelki, którą miał na sobie, a następnie koszuli. Przejechałem dłonią po jego odsłoniętym torsie.  Nie mogłem zdjąć z niego ubrań, gdyż nie chciał mi w tym pomóc i nie oderwał ode mnie dłoni. Wsunął rękę pod moją bieliznę. Mój jęk zatonął w jego pełnych wargach, które ściśle przylegały do moich. Palcami przesuwał po całej długości mojego przyrodzenia, wywołując u mnie dreszcze i kolejne jęknięcia, które skutecznie tłumił. Zaczął mnie onanizować. Zalała mnie fala gorąca. „Obiecuję, że będę delikatny, ale mimo wszystko i tak możesz poczuć dyskomfort” – przypomniały mi się jego słowa. Zacząłem zastanawiać się, o co też mogło mu chodzić z tym dyskomfortem? Przecież było mi tak dobrze…
Hizumi zdjął ze mnie bokserki, po czym wyprostował się i zsunął z siebie kamizelkę oraz koszulę. Spojrzał na mnie raz jeszcze i uśmiechnął się, a ja speszyłem się, odruchowo złączając uda i próbując zasłonić wiadome miejsce. Niestety, Hizu nie pozwolił mi na to i ponownie rozłożył przed sobą moje nogi. Nachylił się nad moim kroczem i polizał żołądź. Jęknąłem głośno, zaciskając dłonie na pościeli. Chłopak uśmiechnął się, po czym przejechał językiem po prąciu. Wypuściłem powietrze z płuc, na chwile zapominając jak się oddycha. Następnie wziął do ust żołądź i zaczął delikatnie ssać i drażnić mnie językiem. Dłońmi masował wewnętrzne strony moich ud. Chwilę się tak ze mną bawił, po czym wziął mnie całego w usta i zaczął poruszać głową w przód i w tył, liżąc i ssąc, od czasu do czasu przygryzając. Zrobiło mi się gorąco, a odruch wymiotny i ból brzucha ustąpiły. W głowie nadal huczało, ale już nie tak nieprzyjemnie; teraz był to jedynie głuchy odgłos pędzącej krwi pompowanej przez zawrotnie szybko bijące serce. Po niedługim czasie doszedłem w jego ustach z krzykiem. Brunet przełknął wszystko, oblizując się.
- Dobrze, że jestem twoim pierwszym – zaśmiał się niby obrażony, a ja zarumieniłem się obficie.
- Prze… Przepraszam – wysapałem.
- Nie szkodzi, ale… klienci raczej tego nie lubią, chociaż sam Bóg nie wie, jakie potrafią mieć fetysze – wzruszył ramionami, trochę mnie strasząc. – Zresztą… Jedynie niewielki odsetek będzie się z tobą tak bawił; większość będzie oczekiwała, że ty się nimi zajmiesz…
- W takim razie… dlaczego mi to zrobiłeś? – zapytałem nie rozumiejąc jego intencji.
- Żebyś poczuł trochę przyjemności i rozluźnił się – pogładził mnie po włosach. –Poza tym… teraz wiesz, jak to się robi – zamienił nas pozycjami, tak, że teraz on był na dole, a ja na górze. – Powtórz wszystko, co ci pokazałem – poprosił i rozłożył przede mną nogi. Spojrzałem na niego przestraszony.
- Ale…
- Wiem, że nie umiesz. Teraz tylko się uczysz, jasne? – przyciągnął mnie do krótkiego pocałunku.
Niepewnie kiwnąłem głową, po czym rozpiąłem jego spodnie. Powoli, z jego pomocą, zsunąłem je z niego. Następnie zacząłem masować jego uda, próbując odwzorować każdy jego ruch. Brunet mruknął zadowolony, ale wciąż wpatrywał się we mnie, co trochę mnie krępowało. Mimo to postanowiłem dodać coś od siebie; zacząłem uciskać jego krocze przez bokserki. Hizumi mruknął głośniej, co trochę mnie wystraszyło, choć sam nie wiedziałem dlaczego. Obawiając się, że zrobiłem coś złego, szybko spojrzałem na jego twarz.
- Dobrze… - szepnął. – Tylko… szybciej… Ach! – odchylił głowę do tyłu, oddając się pieszczocie.
Po chwili zdjąłem z niego bieliznę i oblizałem wargi. Bałem się, że cośspieprzę, że coś mu zrobię i stracę jedyną osobę, która zdawało się, że chce dla mnie dobrze, że już więcej go nie zobaczę… Bałem się i jego samego, ale zdecydowanie wolałem spędzić tę noc z Hizu, niż z którymś z tych zboczeńców, którzy kręcili się piętro niżej.
Nachyliłem się nad jego męskością i niepewnie polizałem ją, wciąż uważnie obserwując jego twarz. Chłopak pokiwał głową, dając mi znak, żebym kontynuował. Wziąłem do ust żołądź i zacząłem ssać, a następnie chciałem wziąć go całego, ale… nie potrafiłem. Nie miałem wprawy i nie umiałem tego zrobić. Gdy włożyłem sobie jego penisa za głęboko do ust, mało nie zacząłem się krztusić. Mimo wszystko starałem się sprawić mu jak najwięcej przyjemności, co chyba mi wychodziło, gdyż brunet jęczał, wyginając się w moją stronę. Kiedy doszedł, zachłysnąłem się jego nasieniem i zacząłem kaszleć. Nie byłem na to przygotowany! Odsunąłem się od niego i próbowałem się uspokoić, ale to znów nie okazało się takie proste. Łzy napłynęły mi do oczu i zrobiło mi się niedobrze. Hizumi poklepał mnie po plecach, po czym przyciągnął mnie do siebie.
- Spokojnie… - szepnął, a mnie zrobiło się naprawdę głupio. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. – Nic się nie stało… - uspokajał mnie. – Już dobrze? – w odpowiedzi pokiwałem głową. Jeszcze raz pogłaskał mnie po plecach, po czym ułożył mnie na wznak na łóżku, ponownie siadając na mnie okrakiem. – Jesteś gotowy na zabawę główną?
- A… W takim razie… co to było? – zamrugałem kilkakrotnie.
- Gra wstępna – odpowiedział bez skrupułów i sięgnął do szafki, po czym wyjął z niej małą buteleczkę i otworzył ją. W powietrzu rozniósł się przyjemny zapach wiśni. – To jest lubrykant – wyjaśnił, widząc moją minę. – Muszę cię nawilżyć, żeby tak nie bolało, kiedy będę w ciebie wchodził – dodał i rozsunął moje nogi, po czym podniósł mnie delikatnie. Wylał trochę żelu na palce, po czym rozdzielił moje pośladki i zaczął napierać jednym z nich na mnie. Spiąłem się. – Jeśli się rozluźnisz, na pewno odczujesz masę przyjemności – zachęcił. Czułem się co najmniej dziwnie, ale spełniłem jego prośbę… a bynajmniej w pewnym stopniu.
Brunet wsunął we mnie palec, na co jęknąłem głośno. W końcu dowiedziałem się, jak czuje się mniej więcej osoba, która dostała skierowanie na kolonoskopię lub badanie prostaty… Nic przyjemnego…
Hizumi poruszał we mnie palcem, a ja wzdychałem i prężyłem się, nie wiedząc zbytnio jak się zachować. Następnie dodał drugi palec, a ja jęknąłem z bólu i zrobiłem nieciekawą minę. Zagryzłem wargi. Brunet szeptał mi do ucha uspakajające słówka, uparcie powtarzając, żebym się rozluźnił. W pewnym momencie chciałem mu przypomnieć, że to ja miałem jego palce w tyłku, a nie odwrotnie i skoro jest taki mądry, możemy się zamienić, ale na całe szczęście nie powiedziałem tego głośno. I weź tu się poczuj swobodnie, człowieku, kiedy ktoś w łóżku bawi się z tobą w urologa i zwiedza ostatni odcinek twojego układu pokarmowego…
Dodał trzeci palec, a ja krzyknąłem z bólu. To już była przesada; czy on chciał mnie rozerwać?! Po moich policzkach spłynęły łzy…
- M… Mówiłeeś, że… że zroobisz to…. To deli… delikatnie – wychlipałem, łapiąc go za nadgarstek.
- Uwierz mi, że właśnie tak robię – drugą ręką zaczął mnie onanizować. – Wybacz… Pierwszy raz zawsze jest najboleśniejszy.
Przyjemność mieszała się z bólem, jednak to drugie było znacznie silniejsze. Wziąłem głęboki wdech drżącymi ustami, a chłopak wyjął ze mnie palce, kiedy uznał, że byłem już odpowiednio przygotowany. Obrócił mnie na brzuch i kazał się wypiąć. Czułem się wręcz upokorzony… Cała ta sytuacja wydała mi się nierealna… „Wiesz, że od dziś każdy twój dzień będzie wyglądał właśnie tak” – i jeszcze jego słowa, które dobijały mnie i odbijały się echem w mojej głowie.
Już zrozumiałem, co miał namyśli, mówiąc o „dyskomforcie”…
Brunet przyciągnął mnie do siebie, a następnie znów zaczął mnie onanizować, przez co zgadywałem, że i tym razem zamierza zrobić mi coś nieprzyjemnego. Po chwili poczułem jak coś ponownie rozdziela moje pośladki. Skrzywiłem się i jęknąłem, kiedy Hizu zaczął we mnie wchodzić. Zwiesiłem głowę między ramionami, z trudem mogąc się utrzymać w pozycji klęczącej. Cały drżałem, jednak najgorzej było z rękami, na których musiałem głównie się utrzymywać. Ledwo potrafiłem utrzymać wyprostowane łokcie… Chłopak poruszył się i wszedł we mnie głębiej; jęknąłem głośniej, po czym zacząłem ciężko dyszeć. W tym momencie ręce ugięły się pode mną i upadłem na poduszki, jednak nie odsunąłem się od Hizumiego, nie mogłem tego zrobić – trzymał mnie w pasie. Wszedł we mnie do końca, a ja ponownie zagryzłem usta, żeby nie krzyknąć. Poczułem w ustach metaliczny smak. Krew spłynęła mi po brodzie i skapnęła na białą poduszkę. Brunet zauważył to.
- Nie rób sobie krzywdy – zganił mnie i zmusił mnie, abym przestał gryźć wargę, po czym podsunął mi dłoń pod usta. Ugryzłem go, kiedy poruszył się delikatnie.
- Boli! – jęknąłem żałośnie. Teraz mogłem zauważyć odciski własnych zębów na grzbiecie jego dłoni.
- Zaraz przestanie, obiecuję – szepnął mi na ucho, po czym powoli zaczął się we mnie poruszać.
Jęczałem, sapałem i gryzłem go, powoli oswajając się z obecnością czegoś (lub raczej kogoś) obcego w moim wnętrzu. Kolejne pchnięcia stawały się głębsze i mocniejsze, a ja powoli zaczynałem odczuwać przyjemność. Rozluźniłem się nieco, co spowodowało pomruk u chłopaka. Znów zrobiło mi się gorąco, dodatkowo czułem jego gorący oddech na plecach. Hizu zaczął całować mnie po karku i barkach. Przyjemność wciąż rosła wraz z siłą pchnięć i ich coraz szybszym tempem. Łapczywie nabierałem powietrza, jednak wciąż było mi go mało. Płuca paliły żywym ogniem. Oddech stał się nierówny i płytki, serce waliło boleśnie o żebra… ale było mi dobrze.
- Aaa! Nnn! Właśnie tu! – krzyknąłem, kiedy brunet odnalazł mój czuły punkt.
Uderzał w niego raz za razem doprowadzając mnie na skraj wytrzymałości. Byłem już naprawdę blisko. Hizumi mocniej zacisnął dłoń na moim przyrodzeniu i zaczął nią szybciej poruszać, przez co doszedłem. Zacisnąłem na nim mięśnie, a on rozlał się we mnie. Wyczerpany opadłem na łóżko, a on na mnie.
- Podobało się? – zaśmiał się, wychodząc ze mną. Jęknąłem, znów czując pustkę wewnątrz… To naprawdę dziwne uczucie.
- Mmm… - odmruknąłem, jednak sam nie wiedziałem, czy było to potwierdzenie, czy zaprzeczenie. Byłem zbyt zmęczony, żeby dać nawet krótką odpowiedź. Oczy same mi się zamykały…

[Hizumi]
Wiedziałem, że teoretycznie nie powinienem pozwalać mu zasypiać, a jeśli nawet to już się stało, miałem go obudzić, kazać mu się ubrać i z powrotem iść na dół, ale zrobiło mi się go szkoda. Naprawdę polubiłem tego dzieciaka. Może dlatego, że jako jedyny nie był zepsuty, a może miałem po prostu ochotę na seks z prawiczkiem…
„A zagrasz kiedyś ze mną w karty?” – przypomniało mi się pytanie, które zadał i znów zaśmiałem się cicho. Był po prostu rozczulający… Szkoda, że trafił do „Le Ciel” chociaż… gdyby tutaj nie trafił, nigdy bym go nie poznał. Zero spodobał mi się. Ułożyłem się koło niego, objąłem jedną ręką w pasie i sam zasnąłem.

***

Z rana obudziłem się skołowany, ale i szczęśliwy. Poruszyłem się i wywindowałem do siadu. Zero nadal spał jak zabity; wyglądał jak aniołek z poczochranymi włosami i rozchylonymi ustami, przez które oddychał. Uśmiechnąłem się ciepło i pogładziłem go po głowie, po czym sięgnąłem po swoje spodnie i wyjąłem z nich telefon. Spojrzałem na zegarek na wyświetlaczu. 9;04! Pięknie! Godzinę temu powinienem być w robocie! Pewnie pod moim gabinetem stoi już sznur ludzi czekających na wypłatę lub rozkazy, co mają robić, aby przygotować lokal do wieczornego otwarcia, bo przecież te sieroty nie poradzą sobie beze mnie! Przekląłem siarczyście i szybko zacząłem się ubierać. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że jestem obserwowany przez parę zaspanych oczek. Zapiąłem ostatni guzik koszuli i zacząłem zapinać guziki kamizelki, spoglądając na Zero… Tuląc się do kołdry znad której widać było jedynie jego rozczochrane włosy i jedno oko, wyglądał przesłodko. „Było warto” – pomyślałem, po czym podszedłem do niego i pocałowałem w czoło… jakoś nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie zrobić. Szatyn uśmiechnął się do mnie ciepło, obejmując mnie ze szyję.
- Idziesz już? – zapytał zaspany.
- Już dawno temu powinienem wyjść – rzuciłem. – Przepraszam i do zobaczenia – pożegnałem się z nim krótkim całusem i wyszedłem z pokoju, zostawiając go i dając mu czas na doprowadzenie się do porządku. Dopiero po opuszczeniu pomieszczenia zdałem sobie sprawę, że potraktowałem go jak kochanka, a nie jak… nawet w myślach nie chciałem go tak nazwać.
Kierowałem się do wyjścia, kiedy niespodziewanie na mojej drodze pojawił się Karyu, który zatrzymał mnie szarpnięciem za ramię.
- Jeśli go skrzywdziłeś… - syknął.
- Nic mu nie zrobiłem – prychnąłem. – Ile razy mam ci powtarzać, że nie wszyscy zachowują się jak twój ojciec? – rudzielec zgrzytnął zębami.
- Dlaczego nie odprowadziłeś go z powrotem?
- Bo nie – warknąłem.
- Słuchaj – pchnął mnie na ścianę. – W swoim kasynie możesz się rządzić i robić, co ci się podoba, ale nie tutaj, jasne? To już nie jest twoje podwórko i…
- Zapłacę za całą noc, nie bój się! – odepchnąłem go. – Nie jestem durny, znam zasady! – wyciągnąłem z kieszeni plik pieniędzy i wcisnąłem go w ręce Matsumurze.
- Nie o to mi chodziło!
- A o co? – zdziwiłem się.
- Dobra, spędziłeś z nim całą noc i o to nie mogę mieć do ciebie żalu, w końcu taka jego profesja… - skrzywił się. - … ale możesz mi wyjaśnić, co zrobiłeś Burtonowi?
- Uśpiłem go – wzruszyłem ramionami.
- Snem wiecznym! – rudzielec wyrzucił ręce w powietrze.
- Jak to? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Zabiłeś go! – ryknął.
- Co?! – wrzasnąłem. – Nigdy w życiu! Przycisnąłem mu do twarzy gazę nasączoną środkiem usypiającym i zostawiłem go pod ścianą!
- Facet się przekręcił! Podobno ktoś podał mu trutkę na szczury! Policja szuka winnego, a ty będziesz głównym podejrzanym, bo z nim wyszedłeś i są tego świadkowie!
- Nie otrułem go! Miałem na pieńku z sukinsynem, ale nie posunąłbym się do czegoś takiego! Uwierz, że jedynie przytknąłem mu do twarzy gazę ze środkiem usypiającym! To był zwykły lek, tylko w dużej dawce! Sam to biorę, kiedy nie mogę zasnąć! – broniłem się.
- Wiesz, że nie jesteś lubiany i wszyscy staną przeciwko tobie, a policji nie będzie się chciało dociekać prawdy… to jest Francja, nie Japonia! Szykuj się na proces!
Zbladłem i poczułem mdłości.
- Cholera, że też się przeprowadziłem… - szepnąłem do siebie, wbijając wzrok w podłogę. Nagle dostrzegłem czyjeś nogi… podniosłem wzrok i zobaczyłem… - Zero? Co ty tu robisz?
- Ty nie potrafiłbyś zabić – odezwał się słabo - … prawda?

Le Ciel cz.1


Pisane na podstawie opowiadania ze strony yaoi.pl „Le Ciel” – od razu się wytłumaczę, żeby nie było, że jest to plagiat!
Spotkałam się już dość dawno z opowiadaniem „Le Ciel”, które doprawdy mnie wciągnęło. Niestety, nie zostało ono nigdy ukończone – składa się zaledwie z prologu i dwóch rozdziałów, które mimo wszystko nie wyjaśniają zbyt wiele. Fabuła jest ciekawa, jednak moim zdaniem napisane jest to dość pobieżnie, zupełnie jakby autorka pisała to w biegu i nie miała zbytnio czasu na rozwinięcie. Właśnie dlatego podjęłam się zadania „odtworzenie” tej historii – własnymi słowami. Oczywiście w trakcie pisania pewnie masę rzeczy pozmieniam, poprzekręcam i dodam lub odejmę, jednak mam nadzieję, że nie zepsuję wam tej lektury.

Tytuł: Le Ciel
Paring: Zero x Hizumi (tak jak w oryginale)
Beta: Hoshii.

1.    Narodziny Zero

Mogłem się tego domyślić. Mój kuzyn jak zwykle mnie wystawił! Szlajałem się po dworcu drugą godzinę, licząc na cud, że może Pierrot łaskawie się pojawi – oczywiście, przeliczyłem się.
Nazywałem się Shimizu Michi i właśnie przyjechałem do Francji, do kuzyna, który namawiał mnie do nauki języka francuskiego. Nie dość, że dałem naciągnąć się na te lekcje, to w dodatku poszedłem na filologię francuską. To była moja pierwsza wizyta w tym kraju. Miałem szlifować język i poznawać kulturę, jednak nie wiedziałem, że ten wyjazd mógł okazać się dla mnie tak niefortunny…
W końcu zdecydowałem się poznać Paryż na własną rękę. Skoro Pierrot nie był łaskaw po mnie wyjść ani nawet nikogo przysłać – trudno. Wyszedłem ze stacji i ciągnąc za sobą małą walizkę, rozglądałem się, szukając czegoś, co mogłoby przyciągnąć moją uwagę lub zafascynować mnie.
Szczerze powiedziawszy… inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Skrzywiłem się, kiedy ktoś znów mnie szturchnął, przechodząc obok. Matko, ile tu było ludzi! Nawet w Kyoto tyle nie widziałem! Tylko w Japonii ludzie są jeszcze uprzejmi – a jak cię szturchną, to przynajmniej powiedzą przepraszam, a tu? Istna dzicz! Ci Francuzi byli tacy zapatrzeni w siebie, pełni pychy, przewartościowani, gburowaci… Coś okropnego. Kręciłem się wśród tłumu, szukając choć jednej uśmiechniętej twarzyczki, jednak moje wysiłki były próżne. Doprawdy, nie rozumiałem, dlaczego Paryż został nazwany miastem miłości – jak dla mnie, był brudną metropolią po brzegi wypełnioną opasłymi bankierami wcinającymi bagietki. W dodatku ta pogoda… ciężkie ołowiane chmury wyglądały jakby w każdej chwili były gotowe zesłać obfity deszcz. Mogłem się założyć, że nawet w Londynie było ładniej…
Spacerowałem po coraz węższych uliczkach, przyglądając się odrapanym kamieniczkom, które wyglądały smętnie. W tej chwili żałowałem, że jednak nie poszedłem na filologię angielską. Nigdy jakoś przesadnie dobrze się nie uczyłem, żaden umysł ścisły ze mnie nie był, a dodatkowo byłem w konflikcie z nauczycielem japońskiego w liceum, przez co stawiał mi kiepskie oceny, więc po wykreśleniu wszystkiego, do czego się nie nadawałem, zostały mi dwa kierunki studiów: filologia angielska lub francuska. Byłem dobrym lingwistą i planowałem zostać nauczycielem angielskiego, ale wtedy Pierrot zaczął mi wciskać kity, że angielski teraz każdy zna i nie potrzeba już tylu nauczycieli, jak kiedyś, dlatego zdecydowałem się na francuski. Nie przepadałem za tym językiem – uważałem, że aby poprawnie mówić w „języku miłości” najpierw trzeba włożyć sobie do ust trzy kawałki sushi albo całe opakowanie gumy do żucia; jak dla mnie to Francuzi „faflunili”, a nie mówili, ale cóż… stwierdziłem, że z czegoś utrzymywać się trzeba, a czy będę uczył tego, czy innego języka – to już mnie nie obchodziło.
I tak oto nastała noc, a deszczyk pomału zaczął rosić wszystko, czego zdążył dosięgnąć. Nie widząc innego wyjścia, wszedłem do pierwszego lepszego motelu, gdzie nie dominowały jakieś wygórowane ceny i wynająłem jednoosobowy pokój na czas nieokreślony, dlatego opłatę miałem uiszczać za każdy dzień w recepcji po godzinie ósmej rano. Był to dla mnie dość dziwny sposób, ale na taki uparła się właścicielka pensjonatu o pyzatej fizjonomii i nieprzyjaznym obliczu. Nie chcąc się kłócić z babą, która była ode mnie dwa razy większa, pokornie skinąłem głową i przyjąłem jej warunki.
Pokój, jak zapewne większość mogłaby się domyślać, nie był jakiś urokliwy. Jednoosobowe, proste łóżko, szafka nocna, fotel, który mimo wszystko więcej miał wspólnego z krzesłem (był tak samo niewygodny) i mała szafka z szufladami, na której stał mikroskopijnych rozmiarów telewizor. Oczywiście, aby go włączyć trzeba było uiścić opłatę w recepcji – dopiero wtedy dostawało się pilota. Płacić również trzeba było za klimatyzację – no przecież takie „luksusy” nie są dla wszystkich! Pospólstwo niech się nie pławi w cudzym dobrobycie!
Na szczęście noc nie była upalna ani duszna – wręcz przeciwnie; zimna, dlatego cieszyłem się, że nie wykupiłem klimatyzacji. Kuliłem się pod cienką kołdrą, rozpaczliwie zaplątując nogi w prześcieradle i na wszelkie znane mi sposoby próbując się rozgrzać.
Ściany tutaj było wyjątkowo cienkie (chyba nikt nie pokusił się o coś lepszego niż gips-karton), dlatego słyszałem jak na dole właścicielka rozmawiała przez telefon, dokonując kolejnej rezerwacji, jak jakiś porządnie wcięty turysta w pokoju obok śpiewał sobie skoczną piosenkę, jak ktoś co chwila kręcił się na korytarzu… Przez długi czas nie mogłem zasnąć, ale kiedy w końcu to się stało – zasnąłem jak kamień.

***

Obudziłem się w przekonaniu, że ten dzień nie będzie wcale lepszy od poprzedniego. Wyjrzałem za okno i od razu się skrzywiłem. Znów było dżdżyście i zimno. Zadrżałem na samą myśl o tym, że będę musiał wyjść na dwór – choćby do sklepu, czy jakiejś restauracji, bo na wyżywienie nie miałem co liczyć i właścicielka wyraźnie podkreśliła, że nikogo stołować nie zamierzała.
Ubrałem się i zarzuciłem na ramię torbę, która była moim bagażem podręcznym. Miałem w niej pieniądze, telefon i inne takie tam na ogół przydatne rzeczy, które lubiłem mieć przy sobie, po czym wyszedłem z pokoju i zszedłem na parter.
- Hola, azjatycki chłoptasiu! – zawołała za mną baba stojąca za ladą recepcji. – Najpierw uiszczasz opłatę!
Westchnąłem i wywróciłem oczyma, zawracając w jej stronę. Matko, czy ja wyglądałem na jakiegoś krętacza? Wyjąłem z torby portfel i otworzyłem go, mając zamiar wyjąć pieniądze, kiedy nagle zorientowałem się, że jest on… pusty!
- Co do…? –wydusiłem. – Okradli mnie? – nie mogłem w to uwierzyć. Przecież cały czas nie spuszczałem bagażu podręcznego z oczu, więc kiedy to się mogło stać? Czy ktoś mógł wejść do mojego pokoju, kiedy spałem?
- O nie, mój słodki – pomachała mi palcem wskazującym przed nosem. – Tak nie będziemy się bawić. Już nie raz słyszałam takie wymówki! Albo płacisz, albo rozliczymy się w inny sposób! – zagroziła mi.
- A… Ale ja naprawdę miałem pieniądze! Jeszcze wczoraj wieczorem! – próbowałem ją zapewnić, jednak baba i tak wiedziała swoje.

I tak oto wylądowałem na ulicy bez grosza przy duszy ani żadnej własności. Właścicielka motelu zarekwirowała moją walizkę jako rekompensatę. Jedyne z czym zostałem to z pustą torbą podręczną i również pustym portfelem, gdyż jak się okazało ukradli mi także telefon. Usiadłem załamany na wysokim krawężniku i ukryłem twarz w dłoniach. Nie no, było po prostu świetnie! A wszystko to wina Pierrota, który mnie wystawił!  Rozmasowałem obolałe skronie, w których czułem nieprzyjemne pulsowanie. Westchnąłem ciężko, jednak nie załamałem się. Postanowiłem iść na policję i zgłosić kradzież, kiedy nagle zaburczało mi w brzuchu. Cholera, od rana nic nie jadłem!
- Głodny? – usłyszałem nad sobą głęboki, przyjazny dla ucha głos. Podniosłem głowę i zobaczyłem nad sobą mężczyznę mniej więcej po trzydziestce, w garniturze. Miał ciemne włosy i takie też oczy, który patrzyły na mnie litościwie. Facet uśmiechnął się ciepło. Widać był jedynym porządnym człowiekiem w tym mieście.
- T… Tak – przyznałem nieśmiało. Mężczyzna wyciągnął w moją stronę rękę w geście pomocy, którą bezzwłocznie przyjąłem.
- Właśnie zamierzałem zjeść śniadanie. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś mi towarzyszył.
- Niestety, ale nie mam pieniędzy. Zostałem okradziony… - powiedziałem cicho.
- Nic nie szkodzi. Zapłacę za ciebie – zapewnił.
Czułem się dziwnie, kiedy nieznajomy płacił za mnie, jednak byłem tak głodny, że nie umiałem odmówić. Mężczyzna był bardzo miły i dobrze wychowany – nie biła od niego ta charakterystyczna dla Francuzów wyższość. W przypływie szczerości opowiedziałem mu o nieprzyjemnościach, z którymi musiałem zmierzyć się już w pierwszym dniu mojego pobytu za granicą.
- Och… To smutne – powiedział, kiedy wysłuchał do końca mojej opowieści. – Zapewne nie masz, gdzie się teraz podziać, prawda?
- Niestety… - westchnąłem.
Przyszedł kelner. Facet zamówił dla nas jeszcze po szklance drogiej whisky. Podczas zamówienia szepnął coś jeszcze do chłopaka pracującego w restauracji, jednak nie dosłyszałem co, a głupio mi było pytać.
- Wiesz… Myślę, że znów mogę ci pomóc – uśmiechnął się. – Znam pewne miejsce, gdzie mógłbyś się zatrzymać… na dłużej – zachichotał. – Tylko musiałbyś się zgodzić na pewną robotę. Od razu ostrzegam, że bardzo mała część wynagrodzenia należałaby do ciebie, a mogłoby się okazać, że nawet nic byś z tego nie dostał.
- Miałaby to być praca, gdzie pracodawca załatwiłby mi zakwaterowanie? – kelner wrócił z dwoma szklankami bursztynowego alkoholu.
- Mniej więcej – zaśmiał się i upił pierwszy łyk, a ja poszedłem w jego ślady.- Zgodziłbyś się?
- Chyba nie mam innego wyjścia – wzruszyłem ramionami, po czym zakręciło mi się w głowie.
Zanim straciłem przytomność zobaczyłem jeszcze kwaśny i jednocześnie drwiący uśmiech mężczyzny.

***

Obudziłem się w małym, ciemnym i dusznym pomieszczeniu. Nie wiedziałem, gdzie się znajdowałem ani dlaczego tutaj trafiłem… nie wiedziałem nawet jak się nazywałem. Nie wiedziałem kompletnie nic. Zląkłem się i zacząłem wierzgać, gdy nagle zorientowałem się, że jestem do czegoś przywiązany. Szarpnąłem się na tyle mocno, że coś skądś spadło i narobiło niemało hałasu. Przerażony wstrzymałem oddech, kiedy ktoś otworzył drzwi i włączył światło, które mnie oślepiło.
- O, obudziłeś się w końcu. Jak miło – usłyszałem jadowity głos nad sobą, jednak nie miałem odwagi ponieść głowy i spojrzeć w twarz tej osobie. Kiedy przyzwyczaiłem się do panującej jasności, zorientowałem się, że znajdowałem się w jakimś schowku na miotły czy podobnym pomieszczeniu gospodarczym, gdyż dookoła mnie były szafki z jakimiś puszkami z farbami lub środkami czystości; samych mioteł też stało kilka pod ścianą. Ja sam byłem przewiązany sznurem na wysokości bioder, którego koniec przytwierdzony był do jednej z masywnych szafek. – Jesteś własnością domu uciech cielesnych „Le Ciel” – ów ktoś rzucił we mnie butelką z wodą. – Od zawsze należałeś do tego miejsca. Próbowałeś uciec, dlatego zostałeś ukarany przez „pana”, czyli właściciela tego luksusowego domu rozpusty. Kiedy zostałeś złapany, szamotałeś się i rozbiłeś sobie głowę. To dlatego możesz nie pamiętać wielu rzeczy. Nic nie znaczysz w tym świecie; jesteś zerem – dlatego tak się właśnie nazywasz, Zero – warknął i zgasił światło, po czym na powrót zamknął mnie w mojej „celi”.
Uwierzyłem, bo co innego mogłem zrobić?

***

Po kilku dniach zostałem wypuszczony z mojego „więzienia” i zaprowadzony bajecznie ozdobionym korytarzem przed gigantyczne, dwuskrzydłowe wrota pełne melizmatów. Wystrój posiadłości (nie wiedziałem jak to inaczej nazwać – mimo iż był to w istocie jedynie burdel) przypominał mi barokowe zamki i kościoły, pełne przepychu i ozdób. Tu było podobnie – wszystko opływało w złoto, czerwony lub granatowy aksamit i ciemne, polerowane drewno.
Stojąc pod tymi drzwiami zastanawiałem się, co mam zrobić, jednak w końcu „na chłopski rozum” domyśliłem się, że chyba powinienem tam wejść. Niepewnie otworzyłem ciężkie wrota i wszedłem do ogromnego, zaciemnionego pomieszczenia. Naprzeciw wejścia mieściło się ogromne, masywne biurko zawalone papierami, a za nim znajdowały się trzy okna sięgające od sufitu do podłogi. Żaluzje do połowy były zaciągnięte. Przed biurkiem, naprzeciwko siebie stały dwie, eleganckie kanapy, które wyglądały na bardzo miękkie i wygodne. Obie miały szmaragdowe obicia siedzisk i podłokietniki wykonane z, zdawało mi się, hebanu. Między sofami znajdował się niski stolik, który był wykonany z tego samego drewna, co podłokietniki. Na nim mieściła się srebrna zastawa, w której skład wchodził wysoki czajnik oraz dwie filiżanki, do których została już nalana herbata. Zielona – a bynajmniej tak zgadywałem po zapachu.
- Witaj, laleczko – usłyszałem za sobą cichy głos, na którego dźwięk podskoczyłem ze strachu. Chwilę później ktoś objął mnie od tyłu i ułożył głowę na moim ramieniu, jednocześnie gładząc mnie opuszkami smukłych i długich palców po policzku.
- K… Kim pan… jest? – wydusiłem.
- Mów mi Karyu – pocałował mnie w szyję. – Jestem twoim „opiekunem”. Do moich zadań należy spełnianie twoich próśb. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, laleczko, to zgłoś się do mnie – założył mi włosy na ucho. – Jesteś naprawdę śliczny…
- A… - zająknąłem się. – Czego… ja… znaczy… Czego mógłbym chcieć? – zapytałem, czując jak gula, która nagle wezbrała mi w gardle nie pozwalała mi swobodnie mówić.
- Kosmetyków, perfum, ubrań… - wyliczał na palcach. –Pieniądze nie będą ci do niczego potrzebne, bo nie możesz opuszczać tego miejsca – wzruszył ramionami i odwrócił mnie do siebie przodem, przyglądając mi się uważnie. – Idealny… - szepnął, a ja speszyłem się. Na mojej twarzy pojawiły się rumieńce.
Mój „opiekun” okazał się być wysokim, szczupłym mężczyzną o półdługich włosach, drobnej twarzy i pełnych ustach. Miał również delikatny, pasujący do jego typu urody makijaż, który jedynie ją uwydatniał.
- Jeśli coś będzie się działo nie tak, również masz mi powiedzieć. Zrozumiałeś… jak cię tam nazywają?
- Zero – szepnąłem i spuściłem głowę, przypominając sobie definicję mojego imienia.
- Niech będzie i tak… – wzruszył ramionami i objął mnie ciasno, przyciągając do siebie. Następnie zjechał dłońmi na moje pośladki, które zaczął ugniatać, przez co spiąłem się i zachłysnąłem powietrzem. Chłopak zachichotał i zaczął dotykać mnie po wewnętrznych stronach ud, po czym pocałował mnie w kącik ust. Odsunął się ode mnie i spojrzał z uśmiechem na moją zaczerwienioną twarz. – Chodź, Zero – złapał mnie za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. – Zaprowadzę cię do pokoju.
Znów zostałem przeprowadzony tym samym korytarzem, a następnie skręciliśmy w prawo, w korytarz, w którym wcześniej nigdy nie byłem, a bynajmniej tak mi się zdawało. Tu wszystko opływało w szafirowy kolor zamiast w złoto. Ciemnoniebieska tapeta pstrokata od przeróżnych, granatowych abstrakcji świetnie komponowała się z prawie czarnym dywanem na podłodze, który wyglądał na tak puszysty, że od samego patrzenia po prostu chciało się zdjąć buty i przejść po nim na boso. Zatrzymaliśmy się pod kolejnymi drzwiami, które miały już całkiem zwyczajne rozmiary i nie były jakoś misternie zdobione w odróżnieniu od tych, które prowadziły do gabinetu Karyu. Nie wiem, czy ten pokój rzeczywiście mogłem nazwać gabinetem, ale jakoś nie mogłem znaleźć innego określenia…
Weszliśmy do środka. Nie był już tak okazały, choć nie mogłem powiedzieć, że był ubogi. Ściany były pomalowane na przyjemny dla oka kolor cappuccino, dwa jednoosobowe łóżka stały obok siebie pod równoległymi ścianami – mimo,iż były jednoosobowe, nie były małe i wyglądały na bardzo solidne. Zostały nakryte jasnobrązowymi kapami, spod których wyglądała mleczna pościel. Naprzeciw łóżek znajdowała się toaletka, taka, jaką zazwyczaj miały zamożne damy. Na jej blacie znajdowało się masę kosmetyków, flakoników z perfumami, szczotek, grzebieni i tym podobnych. Obok toaletki znajdował się mały regał z książkami. Mimo tak ładnego wystroju na początku to wcale nie on przykuł moją uwagę – skupiłem się na przestraszonym chłopaczku przyciskanym do ściany oraz jego napastniku.
- Moje pieniądze, jak sam zaimek wskazuje, są moje. Postawiłeś wszystko na jedną kartę, Williamie, i przegrałeś. Tak w życiu bywa, jednak pamiętaj, że się u mnie zadłużyłeś… I tak jestem dla ciebie na tyle dobry, że pozwalam spłacać ci twój dług w małych kwotach co jakiś czas, a nie żądam od ciebie całej sumy na raz– ciemnowłosy mężczyzna, który trzymał za gardło owego Williama, mówił spokojnie, jednak ewidentnie było po nim widać, że był wkurzony i to nie na żarty.
- Wiem – pisnął cienko jasnowłosy chłopaczek. – Przepraszam! Następnym razem już będę miał!
- Ostatnio też tak mówiłeś… - mruknął mało zadowolony z tak słabego argumentu.
- Ale tym razem będę miał te pieniądze! Obiecuję!
- Twoje słowo jest dla mnie nic nie warte – prychnął, ale mimo wszystko puścił blondyna, który osunął się na kolana. – Niech będzie, że jestem dobrym człowiekiem – momentalnie wypluł te słowa. – Ostatnia szansa – warknął i odwrócił się do nas przodem.
- Hizu, nie zastraszaj moich dziwek – zaśmiał się Karyu i położył mi rękę na ramieniu, kurczowo zaciskając na nim palce do tego stopnia aż poczułem ból, i jednocześnie przyciągnął mnie do siebie odrobinę, jakby bał się, że tamten zrobi mi krzywdę.
- Przypominam ci, że ty również masz u mnie długi – ciemnowłosy uśmiechnął się krzywo. Mimo, iż jego słowa były jadowite, przyjemnie się go słuchało. Miał taki… hipnotyzujący głos, którego łaknęło się więcej. Miał idealnie proporcjonalną twarz; tak, jakby został narysowany przez mistrza w swoim kunszcie i ożywiony z kartki papieru. Miał bezdenne, ciemne oczy, które, kiedy zatrzymały się na mnie, stały się niemalże czarne. Przestraszyło mnie to, jednak mimo wszystko nie mogłem oderwać od nich spojrzenia. – Więc lepiej uważaj na słowa, Karyu, bo w przypływie złości mogę przez przypadek wspomnieć co nieco o tym twojemu ojcu – zagroził.
- Ja wszystko powoli spłacam – prychnął niewzruszony mój „opiekun”.
- Tak? – mężczyzna, który został nazwany Hizu, uśmiechnął się obłudnie. – Ale wpłacasz bardzo małe sumy… które nieubłaganie i wciąż maleją. Niedługo ostatnie grosze będziesz mi przynosił w zębach – wywrócił oczyma. – A wiesz, że mógłbym być na tyle chamski, żeby teraz kazać oddać ci wszystko, prawda? – spojrzał na niego z wyższością. – Ale spokojnie… Możemy dogadać się w inny sposób – spojrzał i postąpił trzy kroki w moją stronę. – Jak się nazywasz? – zapytał, a jego oblicze złagodniało. Palce „opiekuna” zacisnęły się na moim barku jeszcze bardziej.
- Au! – krzyknąłem, kiedy palce wysokiego chłopaka wcisnęły mi się pod obojczyk. – Zero… - szepnąłem. Hizu odciągnął ode mnie rękę Karyu, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny.
- Nawet o tym nie myśl – warknął „opiekun”. – Nie dostaniesz go – odciągnął mnie od ciemnowłosego.
- Mów, co chcesz, ale wiedz, że nie dorobisz się na ślicznym Zero takiej fortuny jak myślisz… o ile jesteś człowiekiem – wzruszył ramionami. – Jeżeli natomiast jesteś bezuczuciową bestią i tyranem, którego obchodzi tylko forsa i chcesz mieć na sumieniu jego niewinność, to w istocie może w końcu zarobisz tyle, aby spłacić swój dług. Jeśli choć trochę zamierzasz się z nim liczyć i jeśli nie wytrzymasz widoku jego łez, to oddasz mi go; prędzej, czy później – Hizu przeczesał palcami moje włosy i uśmiechnął się ciepło. Wyglądał wtedy jak sam Bóg. –Wiesz, że go nie skrzywdzę. Nie czerpię przyjemności z krzywdy innych w przeciwieństwie do twojego ojca – Karyu zgrzytnął zębami, po czym rzucił wyzywające spojrzenie niższemu, który jedynie wyszczerzył się drapieżnie. Obaj wyszli z pokoju już bez słowa. Ich zachowanie było dla mnie dziwne, jednak nie mi było to oceniać…
W momencie, kiedy zamknęły się za nimi drzwi, przypomniało mi się, że przecież w pokoju znajduje się również Will. Spojrzałem na chłopaka ze współczuciem i powoli podszedłem, a następnie przykucnąłem koło niego.
- Nic ci nie jest? – zapytałem z troską.
- Nie – burknął i z trudem podniósł się z podłogi.
- Kto to był? – pytałem dalej.
- Hizumi – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu. Niewiele mi to wyjaśniło… - Nie wiesz kto to jest? – zdziwił się. – Wiele osób nie widziało go na własne oczy, ale każdy chyba o nim słyszał! Jesteś nowy?
- No… można tak powiedzieć… - wzruszyłem ramionami i usiadłem na wolnym łóżku.
- Hizumi to właściciel wielkiego kasyna, które współpracuje z „Le Ciel”. Wiesz… kiedy idziesz do kasyna, grasz w karty, ruletkę, ale także pijesz; a kiedy goście już wypiją swoje, zaczynają być sprośni i chcą się „zabawić”. Wtedy Hizumi przysyła po nich limuzynę i przywozi swoich gości tutaj, którzy… korzystają z naszych usług… - spuścił głowę.
- Karyu mi powiedział, że nie możemy opuszczać terenu „Le Ciel” – zauważyłem po chwili – w takim razie, jak zadłużyłeś się u tego całego Hizumiego, skoro jego kasyno nie jest bezpośrednio połączone z „Le Ciel”? Znaczy… ja to tak zrozumiałem, bo wspomniałeś o tej limuzynie…
- Nie możemy wychodzić sobie „od tak”; w sensie, że wypad na zakupy, czy coś w tym stylu odpada, ale jeśli ktoś cię wynajmie, może zabrać cię do siebie. Hizu ogólnie nie jest zły i można się z nim dogadać. Ja poszedłem z nim na taki układ, że… - westchnął – on zabrał mnie do swojego kasyna i pożyczył pieniądze. Grałem, bo chciałem wygrać jakieś duże pieniądze, żeby się wykupić z „Le Ciel”, jednak szczęście mi nie dopisało i wszystko przegrałem… Teraz mam dług…
- Dlaczego mówisz o tym tak spokojnie? – zdziwiłem się. – A przecież… my w ogóle się nie znamy!
- Wiem, że nazywasz się Zero i będę z tobą mieszkał. Ty wiesz, że nazywam się Will i będziesz ze mną mieszkał – wzruszył ramionami. – Tyle wystarczy. A czemu ci to mówię? Ponieważ zapytałeś. Niby dlaczego miałbym ci tego nie powiedzieć? Tutaj nikt nie ma ciekawej historii… Nie trafia się do „Le Ciel” za dobre sprawowanie… Zresztą to nie jest żadna tajemnica. Przecież nie pójdziesz teraz i nie zaczniesz o tym plotkować, nie? W sumie i tak nie masz z kim… Inni są w podobnych sytuacjach… A ty? Jaka jest twoja historia?
- Nie wiem… Nie pamiętam – pokręciłem głową, a chłopak spojrzał na mnie przestraszony. – Coś się stało?
- Trafiłeś na najgorszy wariant… Już się kiedyś z tym spotkałem. Współczuję – odsunął się trochę ode mnie.
- Nie rozumiem…
- To może i lepiej – uśmiechnął się krzywo i spojrzał na zegarek na ścianie. – Niedługo osiemnasta, a o dziewiętnastej otwierają, więc możemy zacząć się już przygotowywać. Nauczę cię robić makijaż – obiecał. – Nie ma innego wyjścia – dopowiedział szybko, widząc moją minę.

CDN.