Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIAURA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIAURA. Pokaż wszystkie posty

Oneshot "Cuda dnia codziennego" Koichi x Tsuzuku (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)

Wedle życzenia post na dzień dziecka C: Niech będzie to taki minimalistyczny prezent ode mnie dla was (chciałabym jeszcze dostawać prezenty na dzień dziecka... ^^'')

Tytuł: „Cuda dnia codziennego”
Paring: Tsuzuku x Koichi (Mejibray), Yo-ka x Shoya (DIAURA)
Typ: oneshot
Gatunek: (mam nadzieję) komedia
Beta: -

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem? No właśnie, co wtedy?

Wibracje i pojedyncze, piskliwe piknięcie poinformowało mnie o nowej wiadomości. Wyjąłem telefon i obrzuciłem spojrzeniem wyświetlacz:
Wiadomość od: Kochanie
„Kupiłbyś puszkę tuńczyka, co? Albo najlepiej kawałek świeżego łososia! W osiedlowym widziałem na przecenie!... chociaż w osiedlowym to pewnie świeży to on już nie będzie… Nieważne… w każdym razie sprawdź, co jest w sklepie i tym razem weź na kolację coś DOBREGO! Jeśli znów przyniesiesz mi puszkę szprotek, to sam wepchnę ci je do gardła, a potem podrapię obicie twojej nowej kanapy! Ostrzegam!
~Z wyrazami miłości od twojego ukochanego Kota”

Jak babcię kocham, ja kiedyś uduszę tego sierściucha…
Westchnąłem ciężko i rad, nie rad skierowałem się do osiedlowego sklepu. Łosoś faktycznie nie wyglądał zbyt apetycznie, był już zeschnięty, a więc wolałem nie ryzykować kupnem czegoś, co ZNÓW mogłoby nie pasować jego wysokości Kotu, psia mać… Poza tym, surowy łosoś był strasznie drogi. Starałem się dla tego niewdzięcznego, humorzastego, liniejącego przez cały rok Kocura i naprawdę chciałbym go karmić samym łososiem i kawiorem wedle jego życzenia, jednak mój skromny budżet nie pozwalał mi na to. Z tego powodu tym razem wykosztowałem się jedynie na puszkę tuńczyka i dwa piwa.
Wyszedłem ze sklepu i skierowałem się w stronę mojego bloku. Wdrapałem się na odpowiednie piętro i zadzwoniłem dzwonkiem, gdyż mając w rękach torbę z rzeczami na siłownię, aktówkę z rzeczami potrzebnymi do pracy oraz siatką z zakupami nie mogłem wygrzebać kluczy z kieszeni. Odczekałem chwilę, jednak nic się nie stało. Użyłem dzwonka jeszcze kilkakrotnie, jednak nikt nie pokwapił się, żeby mi otworzyć. W końcu westchnąłem ciężko raz jeszcze, odstawiłem pakunki na podłogę i sam sobie otworzyłem. Kopniakiem posłałem zalegające na klatce schodowej rzeczy na korytarz i podenerwowany wszedłem do mieszkania.
- Ogłuchłeś? – warknąłem do Kota, który jakby nigdy nic siedział z nogą założoną na nogę na kanapie i krytycznie przypatrywał się swoim pazurom.
- Przepraszam, z takim głębokim uczuciem to do mnie się tak odzywasz? – prychnął obruszony.
- Przepraszam, ale z taką głęboką ignorancją to do mnie się tak obnosisz? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Yo-ka, do cholery, nie proszę przecież o wiele! Mógłbyś się czasem po prostu ruszyć i otworzyć mi drzwi! – zirytowałem się.
- A skąd niby mógłbym wiedzieć, że to ty stoisz za drzwiami? – spojrzał na mnie karcąco. – Przecież nie mamy wizjera w drzwiach! A co, jeśli otworzyłbym nieznajomemu? Wtedy byś mnie skrzyczał! – zaczął lamentować. – A co, jeśli to byłby jakiś złodziej? Co, gdyby ktoś mnie porwał? – futro zjeżyło się na jego puchatym ogonie, który niespokojnie obijał się o boki Kota.
- Yo-ka, błagam cię… Kto niby mógłby cię porwać? – prychnąłem, przewracając oczyma. – Kto by angażowałby całe przedsięwzięcie tylko po to, żeby cię uprowadzić? – machnąłem lekceważąco ręką.
- Jak to kto?! – zeskoczył z kanapy z gracją. – Każdy mógłby to zrobić! – fuknął. – Jestem w końcu rasowym kotem! – wykrzyknął z dumą i wymierzył we mnie oskarżycielsko palcem. – Wiesz, ilu złych ludzi tylko czeka, aby porwać takich jak ja i potem szantażować właścicieli na ogromne sumy okupu? – zbulwersowany ruszył w moim kierunku. – A ty to przecież nawet nie byłbyś w stanie mnie wykupić! Nie masz pieniędzy! – prychnął z pogardą. – A kto wie, co wtedy mogliby ze mną zrobić porywacze… - niemalże chlipnął.
- Nie dramatyzuj i przestań oglądać seriale – skarciłem go, schylając się do torby z przepoconymi ubraniami oraz otwierając pralkę jednocześnie. – Poza tym, jeśli chcesz mieć więcej pieniędzy to przestań cały czas wymagać, żebym ci kupował łososia i zacznij rozglądać się za jakąś pracą dorywczą – poradziłem. Yo-ka nagle zamarł w miejscu i momentalnie odskoczył, cofając się z powrotem z przedpokoju do salonu.
- Shoya, fuj! Jak te twoje ciuchy cuchną! – skrzywił się, zatykając sobie łapą nos. – Czemu ty zawsze tak śmierdzisz? – jęknął. W odpowiedzi jedynie spojrzałem na niego bezsilny. Serio, on mnie kiedyś wykończy… ale przedtem jeszcze puści z torbami! – Poza tym, co ty sobie wyobrażasz? Że niby co ja miałbym robić, jaką niby pracę znaleźć, co? – z marsową minął zaczął krążyć wokół stołu.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami, zamykając pralkę i rozglądając się za proszkiem do prania. – W gruncie rzeczy mógłbyś się zająć czymkolwiek, byleby tylko nie siedzieć bezczynie całymi dniami w domu – skwitowałem. – A tak swoją drogą, wiesz, że Koichi właśnie zalazł sobie pracę? Roznosi teraz gazety – dodałem szybko, zanim zdążył mi przerwać nabzdyczony. – Może nie zarabia kokosów, ale zawsze jakoś pomaga się utrzymać Tsuzuku, a ponad to ma na swoje drobne wydatki – rozłożyłem ręce. – Kupuje sobie karmę, na jaką ma ochotę, nowe zabawki, ubrania, zdobione obroże… - wymieniałem na palcach.
- Ja nie jestem jakimś durnym, zaślinionym kundlem, który zniżyłby się do takiego poziomu, żeby wykonywać taką prostacką robotę! – wykrzyknął ze złością i wskoczył na stół.
- Prostacka czy nie, Koichi ma teraz swój własny budżet i nie musi błagać Tsu o grosze na każdy jeden swój wydatek – wzruszyłem ramionami.
- A propos… skoro już jesteśmy przy temacie – Yo-ka znów skupił się na swoich pazurach. – Potrzebuję farby do futra – oznajmił. – Widzisz, jaki mam odrost? Jak ty o mnie w ogóle dbasz, co? – prychnął, wskazując na własny czubek głowy między sterczącymi uszami. W istocie, między tlenionymi pasmami futra dało się dostrzec ciemny pasek odrostu.
- To sobie idź do pracy i na nią zarób – odłożyłem rzeczy na swoje miejsce. – Idź zapytaj czy nie potrzebują jakiejś pomocy w rybnym, czy coś… - podsunąłem mu pomysł.
- I co jeszcze?! – syknął.
- I zbieraj się do wyjścia – dodałem.
- Co? – zdziwił się. – Gdzie idziemy? – zainteresował się, a cała jego złość, którą jeszcze chwilę temu kipiał, wyparowała w oku mgnienia zastąpiona przez czystą ciekawskość.
- Do parku – wyjaśniłem, a cały jego zapał i entuzjazm opadł. – No dawaj, Yo-ka, musisz zacząć się ruszać. Weterynarz kazał ci zacząć chodzić na spacery, bo przez to leżenie na kanapie robisz się leniwy – wytknąłem mu. – No i nie muszę chyba dodawać, że jak jesz, a się nie ruszasz to przybywa ci też nie tylko zimowego futra… - mruknąłem nieco ciszej.
- Co?! – znów się oburzył. – Insynuujesz, że jestem gruby?! – momentalnie zeskoczył ze stołu. Niefortunnie jednak zbił przy tym ogonem szklankę z wodą, która stała na blacie. Trzask tłuczonego szkła i rozbryzg wody sprawił, że przerażony Kot w jednej chwili znalazł się po drugiej stronie pomieszczenia, trzymając się w okolicach serca, jakby spodziewał się zaraz mieć zawał. – Przepraszam… - jęknął ze skruchą. – Ja nie chciałem… - głos mu się załamał, a wielkie, brązowe oczy o pionowych źrenicach zaszkliły. – Naprawdę nie chciałem… - pociągnął nosem.
- Wiem, że nie chciałeś – powiedziałem spokojnie i podszedłem do wystraszonego chłopaka, przytulając go do siebie. – To był wypadek – pogłaskałem go uspakajająco po głowie. – Następnym razem postaraj się jednak być trochę bardziej ostrożnym, dobrze? – westchnąłem. Kot w odpowiedzi jedynie pokiwał głową.
Yo-ka był charakterny jak większość Kotów. Był wybuchowy, nerwowy i dumny, ale przy tym również bardzo wrażliwy. Niekiedy doprowadzał mnie do szału, jednak koniec końców nie był z niego znowu aż taki najgorszy Kocur. W gruncie rzeczy wiedziałem, że jedynie udaje takiego opornego i hardego, gdyż tak naprawdę był dość strachliwy i kochający. Uwielbiał się pieścić i łasić, jednak sam sobie wyznaczał pewne granice, gdyż tak nakazywała mu jego Kocia duma i honor. Był nieco pokręcony i kłopotliwy, ale pomimo tego wszystkiego i tak go kochałem.
Usadziłem roztrzęsionego Kota na fotelu, a sam zabrałem się za sprzątanie. Jemu nie mogłem tego zlecić, gdyż inaczej obawiałbym się, że jakiś odłamek szkła mógłby skaleczyć mu łapę, co mogłoby być problematyczne. Może nie podejrzewałbym, że skończyłoby się to zaraz sepsą i amputacją, ale sam Yo-ka zapewne miauczałby o tym przez kolejne dwa lata i wypominałby mi to jako wielkie zaniedbanie.
- Jesteś bardzo zły? – zapytał, kiedy wyrzucałem odłamki szkła do śmietnika. Zdziwiony odwróciłem się i spojrzałem na niego. – Shoya, bardzo się gniewasz?... – spojrzał na mnie ze szczerą skruchą.
- Nie, nie gniewam się – przyznałem.
W końcu nigdy nie potrafiłem się na niego złościć. Kiedy spoglądał na mnie taki przestraszony, bliski płaczu, zawsze miękło mi serce. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że i on dobrze o tym wiedział, dlatego czasem wykorzystywał to przeciwko mnie i wysługiwał się mną, jednak nic nie potrafiłem na to poradzić. Taki już po prostu byłem. I taki już po prostu był on.
- Ja… - zająknął się. – Ja może jednak zapytam o tę pracę w rybnym… - mruknął pod nosem.
- Dobrze – skinąłem mu głową. – Ale teraz już się zbierajmy – poleciłem. – Umówiłem się z Tsuzuku na konkretną godzinę. Nie chcę, żeby musiał na nas niepotrzebnie czekać – rzuciłem, kierując się w stronę wyjścia.
Razem opuściliśmy mieszkanie i skierowaliśmy się w stronę niewielkiego parku, który mieścił się w pobliżu. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramę, z daleka dostrzegłem rozpartego na ławce bruneta, który przywołał mnie do siebie gestem ręki.
- No proszę, co to za wamp-kot wyszedł na zewnątrz i to w dodatku w pełnym słońcu? – Tsu zaśmiał się na widok Yo-ki, na co ten przewrócił oczyma i bez słowa zajął miejsce obok mnie. – Cześć, Shoya – przywitał się ze mną.
- Cześć – odpowiedziałem i bez zbędnych ceregieli podałem mu jedną z puszek piwa, które uprzednio zabrałem ze sobą.
- Hej, dzięki! – uśmiechnął się szeroko. – To się nazywa dobry przyjaciel! – zaśmiał się.
- Mój właściciel pije piwo w miejscu publicznym… jak zwykły cham, burak i prostak – fuknął Kocur pod nosem. – Świetnie… - burknął niezadowolony.
- Wyluzuj, co? – przewróciłem oczyma. – Bo ci jeszcze policzę za tą szklankę – wytknąłem mu. – I za ten talerz z poprzedniego tygodnia – dodałem. Na te słowa Kot podciągnął nogi pod klatkę piersiową i owinął stopy ogonem, kuląc się w sobie. – Jest piątek, daj odpocząć – rozsiadłem się wygodniej. – Swoją drogą, gdzie Koichi? – zainteresowałem się, zwracając do bruneta i zostawiając urażonego Kocura samego sobie.
- Właśnie tu biegnie – Tsuzuku wskazał na różowowłosego, który w istocie właśnie zmierzał w naszym kierunku z wydzielonego pola do zabawy dla zwierząt.
- Hej, Koichi – przywitałem się.
- Cześć, Shoya! – szczeknął radośnie Pies i od razu wgramolił się na kolana swojego właściciela. – Daj mi się napić! – wydusił zdyszany, wyciągając ręce w kierunku piwa.
- Ej, ej, to nie dla ciebie! – Tsu starał się obronić swoją własność. – Zwierzaki nie mogą pić czegoś takiego!
- Nieważne! Daj mi tylko łyka! – jęknął błagalnie i w końcu dopadł puszki.
- Wystarczy! – brunet odjął różowowłosemu puszkę od ust. Psisko wciąż dyszało ciężko po długim biegu. – Z kim się tam bawisz? – zainteresował się.
- Przyszedł Yoshiatsu i Tomo! – wykrzyknął uradowany Koichi. – I jest też Manabu i Kazuki! O, o, i jest jeszcze ten nowy, ten co się niedawno wprowadził do bloku obok… - zamyślił się na moment. – Ale nie pamiętam jego imienia… - przyznał nieco zażenowany.
- No wiesz co? – Tsuzuku zaśmiał się i pogłaskał pupila po mokrych od potu włosach. – Bawisz się i nawet nie wiesz z kim? – zsunął dłoń na kark Psa, na co ten aż przymknął oczy z zadowolenia. – Hej, może weźmiesz Yo-kę ze sobą i pójdziecie wszyscy razem się pobawić? – zaproponował.
- W porządku! – różowowłosy, który wciąż jeszcze dobrze nie wypoczął, skoczył na równe nogi i nie czekając na odpowiedź Kota, chwycił go za łapę i pociągnął w swoim kierunku. Zdezorientowany Kocur zdążył mi jeszcze posłać przestraszone spojrzenie, na co ja uśmiechnąłem się do niego uspakajająco.
- Serio… Jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytał brunet, wskazując brodą mojego pupila.
- Sam się czasem zastanawiam… - przyznałem. – Czasami naprawdę chciałbym mieć przy sobie tak pociesznego Psa jak Koichi… ale w gruncie rzeczy kocham Yo-kę takim, jaki jest – wzruszyłem ramionami.
- Miłość wiele wybacza, co? – zaśmiał się mój towarzysz.
- A tak właściwie… Czemu ty pozwalasz pić Psu piwo? – zdziwiłem się.
- Kurde, sam nie wiem, jak to tak wyszło… - przyznał nieco zmieszany. – Zanim się obejrzałem, ten już zaczął wyciągać mi butelki z lodówki, a w weekendy razem z kapciami, gazetą i puszką dla mnie, niósł też puszkę dla siebie – rozłożył bezradnie ręce. – Z jednej strony fajnie jest się z nim napić, ale z drugiej wiem, że nie powinienem mu na to pozwalać, bo to nie służy jego zdrowiu – skrzywił się nieco.
- To fakt – przyznałem mu rację.
Posiedzieliśmy na ławce i poplotkowaliśmy jeszcze przez chwilę, zanim nasze zwierzaki do nas nie wróciły – zmęczony do granic możliwości Pies i zjeżony Kot. Wziąłem mojego strachliwego kompana pod ramię i pożegnawszy się ze znajomymi, ruszyłem wraz z nim w kierunku domu.
- Yo-ka… - zacząłem.
- Jeśli zamierzasz znów na mnie narzekać, to lepiej w tej chwili zamilcz! – prychnął. – Wciąż tylko na mnie narzekasz i narzekasz! I zachwycasz się, jacy to wszyscy wokół są wspaniali tylko nie ja! – pisnął niemalże płaczliwie, uparcie odwracając głowę w innym kierunku, abym nie mógł spojrzeć w jego twarz.
- Nic podobnego! – zaoponowałem. – Chciałem tylko zapytać, co z tą pracą dorywczą… - sprostowałem.
- Zapytam jutro czy kogoś nie potrzebują… jutro… - niemal chlipnął, na co ja przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem.
- Hej, co jest Kocie? – ująłem jego pyszczek w dwa palce. On usilnie próbował uciekać gdzieś spojrzeniem. – Co to za jakieś oskarżenia, co? – zacieśniłem uścisk wokół jego pasa. – Może i czasem trochę tam na ciebie gadam… - westchnąłem. – Ale ty na mnie też, nie? – wzruszyłem ramionami. – I to nie jest nic złego. Czasem wszyscy mamy siebie dość i musimy sobie choćby trochę ponarzekać i powymyślać – widząc, że jednak niekoniecznie to chciał usłyszeć, dodałem uspakajająco: - No i nie oznacza to, że cię nie kocham albo kocham cię mniej niż kiedykolwiek wcześniej – uśmiechnąłem się i musnąłem jego usta, po czym pogłaskałem go w czułym geście po głowie.
Yo-ka od razu zaczął zadowolony mruczeć. Dwie starsze kobiety, które stały nieopodal potraktowały nas krzywymi spojrzeniami. Do naszych uszu doszły specjalnie głośniej wypowiadane komentarze o tym, jak to można okazywać więcej miłości jakiemuś zwierzęciu niżby innemu człowiekowi. Przewróciłem na to jedynie oczyma. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią i nie zrozumieją pewnych rzeczy. Cóż, ale widocznie tak już musi być… dzięki temu przynajmniej mamy jakąś różnorodność, nie? Nawet jeśli ona sama w sobie czasami nie jest dobrą rzeczą…
Weszliśmy do mieszkania. Podniosłem z podłogi ulotki reklamujące mieszkania do wynajęcia. Pobieżnie przesunąłem wzrokiem po zdjęciach, adresach i cenach.
- Spójrz, to wygląda ładnie! – blondyn wskazał na jedną z ofert. – I całkiem niedrogie! Porównywalne do tego, w którym mieszkamy teraz! – zauważył triumfalnie.
- Zgadza się – mruknąłem, nie podzielając jego entuzjazmu. – Ale tu jest dopisek, że właściciel nie życzy sobie żadnych zwierząt w mieszkaniu – wskazałem na czerwony napis, a Kot momentalnie posmutniał.
Mój pupil, jak i każde inne zwierzę, nie był mistrzem w czytaniu. Skomplikowane znaki kanji były dla niego szczególnie trudne i do czytania, i do pisania ze względu na inne ustawienie kości w kociej łapie. Z tejże racji miał problem z rozszyfrowaniem owego napisu. Niemniej, był bardzo mądrym Kotem, toteż nauczył się mniej więcej rozróżniać ceny. W większości liczył zera na końcu kwoty, ale zapamiętał również różnice między cyframi, a więc trzy nie było dla niego identyczne jak osiem, a sześć jak dziewięć, a numerki na klawiaturze telefonu nie służyły mu jedynie do tworzenia buziek i emotikonów. W gruncie rzeczy nauczył się cen dzięki przesiadywaniu w sklepie rybnym. Wiedział, że nie może naciągnąć mnie na zbyt wiele, dlatego ostro kombinował, żeby pojąć choćby podstawy matematyki… i muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle, więc mogłem być z niego naprawdę dumny.
- Nie rób takiej miny – szturchnąłem go. – Tutaj też nam się dobrze żyje – rozłożyłem ręce.
- Ale masz tak daleko do pracy… i przez to później wracasz, i wcześniej wychodzisz – wtulił się we mnie. – Tęsknię za tobą przez cały dzień, wiesz? – niemal szepnął, rumieniąc się obficie.
- Ja za tobą też, skarbie – odpowiedziałem i pocałowałem go namiętnie.
I tak już wyglądało moje życie… Wiele osób uważało mnie za dziwaka, ale mnie naprawdę wystarczał mój Kot do szczęścia. Nie szukałem już żadnej innej, drugiej połówki. Byłem szczęśliwy mogąc po prostu z nim przebywać. Jasne, Yo-ka nie był święty… ale w zasadzie, kto by chciał żyć ze świętym pod jednym dachem? Czasem dobrze jest trochę wspólnie pogrzeszyć…
Bo miłość nie wybiera, nie?

Są różni ludzie na tym świecie.
Różni ludzie kochają różne rzeczy.
Niektórzy ludzie są dziwni.
Dziwnymi nazywani są przez rzeczy, które kochają.
Owi niektórzy mają czasem jakieś problemy. Tak dla przykładu, nie potrafią za bardzo dogadać się z własną rasą. W takim wypadku preferują towarzystwo jakiejś innej rasy i, na przykład, obdarzają miłością swoich pupili i zwierzęta domowe.
Ponoć miłość może czynić cuda.
Ponoć cuda mają miejsce co roku w wigilijny wieczór, kiedy to równo o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.
A co jeśli miłość ma naprawdę zdolności cudotwórcze i za jej sprawą nie tylko wigilijny wieczór, ale każdy jeden, najzwyczajniejszy dzień w roku jest swoistym, małym cudem?


No właśnie, co wtedy?

„Hayakki-yokō” cz.3

„Hayakki-yokō” cz.3

Czas mijał. Ze wszystkich zgromadzonych zdawało się, że zbyt dobrze nie bawiłem się tylko ja i niższe rangą demony w rolach sług. W głowie wciąż rozbrzmiewały mi słowa Shoyi – wnioskując po tym wszystkim można powiedzieć było, iż w zasadzie siedziałem na tykającej bombie. Wsłuchiwałem się w każde owo pojedyncze tyknięcie, które odmierzało upływający czas, tym samym nieubłaganie zbliżając mnie do tego smutnego momentu, w którym przyjdzie pożegnać mi się z moim własnym żywotem. Było to pewnym, że nie uda mi się dotrwać do końca nocnej parady demonów…
Żegnaj, okrutny świecie… albo właściwie jeszcze nie, gdyż przecież nikt póki co nie zamierzał skrócić mnie o głowę.
Jeszcze.
Biesiadna atmosfera była zdecydowanie jedną z tych milszych i spokojniejszych – w zasadzie, gdybym jeszcze cały czas nie musiał martwić się o własne życie, to mógłbym powiedzieć, że ta nasiadówka nie była znowu aż taka zła. Trochę drętwa dla człowieka, który w większej mierze nie rozumiał, o czym rozprawiają i z czego śmieją się demoniczne bóstwa, ale ujdzie w tłoku. Niemniej nawet ta chwilowa sielanka musiała zostać przez coś zakłócona.
Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie. Nie było ono wywołane przez niższe rangą demony bawiące się na drugim końcu pagody, przez ich niewysublimowane, czasem brutalne poczucie humoru i godne pożałowania maniery przy stole. Wiele dziwadeł podniosło się ze swoich miejsc i zaczęło biegać, nawołując się i wrzeszcząc coś do siebie nawzajem. Niewiele rozumiałem z ich burkliwych, zachrypniętych głosów i pisków, z całej tej kakofonii, którą wywołali. Co więcej zdawało mi się, że niektóre stwory nie posługują się ludzkim językiem, toteż nie było szans, jakobym mógł zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło.
Spojrzałem na bliżej siedzące mi towarzystwo. Z ich min wywnioskowałem, że coś poszło nie tak, gdyż nikt nie zdradzał przesadnego zadowolenia. Wszystkich nagle jakby dopadł stres, gdyż ich wyrazy twarzy stężały, ściągając się w pełnym skupieniu.
Chwilę potem przez całe to zgromadzenie przebił się młody chłopak. Z szeptów i urywanych komentarzy, jakie udało mi się zasłyszeć, dowiedziałem się, iż był to Nurakami (japoński bóg błyskawic od aut.), który robił za posłańca księcia Kengamine. O tym drugim nie udało mi się wywiedzieć jednak nic.
- Moi państwo – bóg błyskawic zgiął się w ukłonie – mam zaszczyt zapowiedzieć wizytę samego Kegamine-sama – odezwał się uroczyście.
- Kiedy możemy spodziewać się jego wysokości? – Sōtangitsune odezwał się niskim głosem.
- Za kilka chwil – oświadczył z uśmiechem posłaniec.
Przyglądałem się jak twarz sławnego lisa z Kioto w jednej chwili przyjmuje kolor kartki papieru, a w jego oczach odmalowała się nuta strachu. Chciałoby się rzec, iż przyszła kryska na Matyska, za to jak wcześniej sam doprowadził mnie do podobnego, może „nieco” gorszego stanu, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, że jego reakcja wcale nie wróżyła niczego dobrego. Już sam gospodarz Hayakki-yokō był dla mnie poważnym zagrożeniem, potężnym demonicznym bogiem, z którym nie mogłem się równać… a tu proszę, do „kompletu” pojawia się jeszcze ktoś silniejszy, ktoś, kto przeraża nawet samego lisa.
Czyżby w rzeczywistości zbliżał się wielkimi krokami czas, w którym będę zmuszony pożegnać się ze swoją głową?
Obawiałem się tego nieproszonego gościa. Zachodziłem w głowę, kim może być, przy czym, nie ukrywam, zacząłem już panikować. Zastanawiałem się czy ten przydomek „księcia” mógł być nieco mylący… a co jeśli to tak naprawdę jakaś nieokrzesana bestia? Albo nawet jeśli będzie to już jakaś rozumna forma życia podobna do demonicznych bogów, to czy nie będzie maniakalnym rzeźnikiem pozbawionym skrupułów? Bądź co bądź, ci, którzy stoją u najwyższej władzy, zawsze mają najbardziej nierówno pod sufitem…
Kierując się za tłumem, wyszedłem z budynku. Stanąłem na podwórzu, rozglądając się za wyczekiwanym gościem, jednak nigdzie go nie było. Serce waliło mi jak młotem. Byłem ciasno otoczony przez wszelkiej maści dziwaczne i przerażające kreatury, podczas oczekiwania na kolejną, jeszcze gorszą. Miałem wrażenie, że żołądek podjeżdża mi z tego wszystkiego do gardła. Siłą woli próbowałem powstrzymać odruch wymiotny. Co jak co, ale gdyby moja treść żołądkowa wylądowała na plecach Suzaku, za którym się skrywałem, nie poprawiłoby to mojej i tak już opłakanej sytuacji.
Nagle coś zaczęło się dziać. Z początku nie umiałem określić dokładnie co. Powietrze jakby stężało i zostało naładowane ładunkami elektrycznymi. Chmury na niebie zaczęły krążyć, tworząc wir. Zerwał się silny wiatr. W końcu z centrum owego wiru wychyliła się pierwsza błyskawica, a zaraz za nią kolejne. Próbowałem pojąć moim ludzkim umysłem tę anomalię pogodową, jednak w kolejnej chwili zrozumiałem, że nie warto, gdyż i tak jest to niemożliwe. W pewnym momencie pojedyncze błyski zebrały się jakby razem i uderzyły w ziemię w zmasowanym ataku. Rozległ się dudniący grzmot. Fala uderzeniowa zmiotła mnie z nóg – podobnie jak i większość innych demonów. Powoli z powrotem zacząłem gramolić się na nogi, windując do pozycji stojącej. Jednocześnie przy tym przecierałem pięściami oczy, do których wpadł piach niesiony przez wiatr i falę uderzeniową. W powietrzu dało się czuć swąd spalenizny. Co więcej w miejscu, w którym uderzyła błyskawica stał teraz mężczyzna. Ubrany był w białe, odświętne kimono, od którego materiału tak drastycznie wręcz odcinały się jego czarne, długie, sięgające poniżej pasa włosy. W dłoni trzymał złożony wachlarz, który przytykał do prawego policzka niby w geście zamyślenia. Głowę okrytą miał jasną chustą, która luźno zwisała z jego ramion, niemal ciągnąc się za nim po ziemi niczym welon. Jednocześnie owo okrycie skrywało po części jego twarz, sprawiając, że jego postać była bardziej tajemnicza.
A teraz może skupię się na samym miejscu, w którym zjawił się oczekiwany gość, gdyż było ono dość interesujące i niecodzienne. Otóż właśnie, jakby nigdy nic, stał pośrodku jeziora, w którym miałem już nieprzyjemność zażyć kąpieli. On jednak nie wyglądał na przerażonego; może dlatego, że taka kelpia, która próbowała zrobić sobie z mojej nogi kolację, była przy nim marną płotką niestanowiącą żadnego zagrożenia, a może dlatego, że właśnie owa kelpia unosiła się  martwa na powierzchni skrwawionej wody. Wyglądało na to, że została rażona piorunem – nawet jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej otoczenie wodne przekazało ładunki, przez co usmażyła się żywcem. Chciałoby się powiedzieć, że dobrze jej tak, bo w gruncie rzeczy nie było mi żal tego konio-podobnego stwora, jednak nie bardzo miałem czas na bycie zawistnym. Skupiłem się na nowej postaci, obawiając się, że podobnie mogłaby potraktować i mnie. Miałem także nikłą nadzieję, że Taitatsumaru nie wpadnie więcej na pomysł, aby dla otrzeźwienia wrzucić mnie z powrotem do jeziorka.
- Witaj, o czcigodny książę Kengamine – przywitał się niewzruszony gospodarz uroczystości, który nie ruszył się ze swojego miejsca ani o milimetr. – Czymże zasłużyłem sobie na twą niespodziewaną wizytę?
Książę w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się delikatnie, przez co wyglądał jeszcze piękniej – bo trzeba było przyznać, że jego uroda była niespotykana; właściwie jak wszystkich demonów wyższej rangi, jak już zdążyłem się zorientować. Niemniej w demonicznych bóstwach jawnie tkwiło coś złego do szpiku kości, podczas gdy w nowoprzybyłym tego nie odnotowałem. Powiedziałbym, że właśnie zobaczyłem anioła, gdyby nie ten drobny fakt, iż był to książę pomiotów szatańskich.
Dostrzegłem Shoyę, który pojawił się właśnie obok mnie. Postanowiłem skorzystać z jego obecności i wypytać go o tę niezwykłą osobę z bardzo efektownym wejściem.
- Kto to jest? – zapytałem, jednak nim zdążyłem dać upust swojemu słowotokowi i zaspokoić moją żądzę wiedzy, chłopak zatkał mi usta dłonią i odciągnął w tył, kierując do tej części świątyni, gdzie wcześniej mnie opatrywał. Jak zauważyłem wszystkie mniej znaczące kreatury również zaczęły się rozpierzchać, pozostawiając na podwórzu jedynie demonicznych bogów z księciem sam na sam.
Szatyn zaciągnął mnie do jednego z pomieszczeń i zamknął za nami przesuwane drzwi. Odetchnął ciężko, siadając niedaleko wejścia niczym strażnik.
- Spadkobierca Smoka – odparł lakonicznie, biorąc głęboki wdech. – Nie zbliżaj się do niego – warknął. – To niebezpieczny typ – przestrzegł. – To zupełnie inna liga niż Sōtangitsune i jego banda! – zacisnął drżące dłonie w pięści. – Nawet oni nie są dla niego przeszkodą, żadnym przeciwnikiem… - pokręcił zrezygnowany głową. – Książę Kengamine to reinkarnacja smoka… - zaczął tłumaczyć. – Przynajmniej tak mówią – wzruszył ramionami. – Właściwie to nikt nie jest tego pewien, ale nie można też tego nijak zweryfikować; w końcu nikt nie jest na tyle głupi, żeby się narażać. W każdym razie… mówią, że jego ukochana ma smoczych przodków. Niestety, w rodzie Smoka jest tak, że wszystko dziedziczy mężczyzna. Kobieta jest z grubsza zwykłym człowiekiem, niczym nie wyróżnia się od podobnych jej ludzi; dopiero jej wybranek oraz dzieci płci męskiej zyskują prawdziwą moc Smoka. Można powiedzieć, że w niej jako-tako jest ona ukryta – poprawił rękawy stroju w nerwowym geście. – Kiedy książę Kegamine związał się z ową kobietą, przejął całą moc, stając się spadkobiercą Smoka. Przejął nie tylko jego zdolności, ale także majątek, pozycję i interesy; stał się nową głową rodziny. Co więcej jego ukochana niedomaga. Boryka się z jakąś chorobą; ponoć od dziecka nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Niemniej była jedynym potomkiem Starego Smoka. Ze względu na jej stan z pewnością nie odziedziczyła pełni mocy od ojca, przez co cały jej ród, następne pokolenia będą słabsze od swoich przodków. Ponad to kobieta z rodu Smoka może obdarzyć swojego wybranka tylko częścią swojej własnej mocy, więc nie wiadomo, jak to jest naprawdę z Księciem Kengamine… niemniej nie zmienia to faktu, że jest potężny – zaznaczył. – Także…
-Rozumiem; zejść mu z drogi, tak? – wtrąciłem.
- Najlepiej – przytaknął. – Co więcej Smoki są agresywne, więc lepiej w ogóle nie pokazywać im się na oczy.
- Co masz na myśli, mówiąc „agresywne”? – dopytywałem. Obawiałem się, że moje domniemania odnoście rzeźnika w roli księcia mogły okazać się całkiem prawdziwe.
- Atakowanie ludzi bez powodu nie jest tolerowane pośród demonów… ale są i tacy, którzy idą za głosem własnych przyjemności, gdziekolwiek się znajdą – westchnął ciężko. – Nie podoba mi się wrzucanie nas do jednego wora, jednak… Smoki są jednymi z najsilniejszych demonicznych rodów, toteż nie da się uniknąć wystawiania oceny ogółowi rasy demonów za ich poczynania – rozłożył bezradnie ręce.
- Rozumiem… - mruknąłem.
Zwróciłem wzrok w stronę rozsuniętych drzwi prowadzących na werandę. Ze wzgórza rozciągał się widok na miasto. W oddali widać było oświetlone ulice, rozwieszone papierowe lampiony, małe kramy z jedzeniem i budki z pamiątkami stojące po bokach alejek…
Chwila… czy to już właśnie nadszedł czas letniego festiwalu?
Nagle trafiło do mnie jedno ze wspomnień, które jak do tej pory trwało gdzieś zapomniane w odmętach mojej podświadomości. Zaskoczyło mnie to, jakie było wyraźne i klarowne.
Przypomniałem sobie, że jako dzieciak też kiedyś chodziłem na letnie festiwale. Na jeden z nich wybrałem się z dziadkiem, którego słowa odbiły mi się teraz od ścianek czaszki: „Wy, dzieci, nie powinniście chodzić nigdzie same, bo może być to niebezpiecznie. Ludzie nie są jedynymi, którzy przychodzą na ten festiwal. Jest to również czas, gdy odsyłane są dusze zmarłych – te, które z różnych przyczyn nie mogą odejść, zostają, przemieniając się w demony. Dobrze by było, gdyby żadne z was nie natrafiło na takiego potwora, prawda?”.
Zacząłem zastanawiać się czy dziadek wiedział… czy przekomarzał się jedynie z małym wnuczkiem, próbując go nastraszyć, aby ten nie wracał po nocy do domu, czy może rzeczywiście wiedział o istnieniu tych przerażających kreatur? Niestety nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nie pamiętałem zbyt wiele odnośnie własnego dziadka, gdyż ten zmarł, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Moja wiedza odnośnie jego osoby bazowała na opowiadaniach rodziców, którzy zawsze kreowali go w moich oczach jako starszego pana z pociągiem do alkoholu.
Ja… muszę przyznać, że, przynajmniej w ostatnim czasie, też nie szczędziłem sobie napojów wyskokowych. Czy gdybym w dodatku miał już własną rodzinę i zacząłbym im opowiadać o demonach, które spotkałem, uznaliby, że wdałem się we własnego dziadka? Mama często powtarzała, że jej ojciec lubił opowiadać mi niestworzone bajki, których ja słuchałem jak zaczarowany. Prowadzał mnie do lasu, pokazując nieistniejące rzeczy, w które ja tak bardzo chciałem uwierzyć, iż za każdym razem na jego pytanie odpowiadałem, że owszem, widzę te stworki. Było to śmieszne, ale do czasu, kiedy dziadek umiał się kontrolować i nie próbował także wmówić swoich bujd dorosłym – tak przynajmniej słyszałem od rodzicielki. Czy ludzie, jego najbliższa rodzina, zaszufladkowała go jako dziwaka nadużywającego napojów procentowych tylko dlatego, że nie potrafili dostrzec tego, co on? Czy to w ogóle możliwe, że widział to samo, co ja miałem tę nieprzyjemność oglądać teraz?
- Masz – odezwałem się, wyrywając się z wiru własnych myśli. – To klucze do mojego mieszkania. Kiedy to wszystko się skończy… no nie wiem, może będziesz mógł je wynająć? – wzruszyłem ramionami. – W końcu jak nie będę płacił czynszu, to wywalą stamtąd moje rzeczy, więc… w zasadzie to nie wiem. Nie wiem nawet czy miałbyś ochotę przejmować moje mieszkanie w taki sposób… Może od razu spiszemy umowę kupna-sprzedaży albo coś? – zaproponowałem, gubiąc się we własnym wywodzie.
- Aż tak jesteś zrezygnowany? – hanyo przysiadł się do mnie; tak blisko, że nasze ramiona się stykały. – Może nie będzie aż tak źle… - próbował mnie pocieszyć.
- Sam powiedziałeś, że najpewniej stracę głowę – westchnąłem ciężko.
- Cóż… jeśli teraz się poddasz, to z pewnością tak będzie – otaksował mnie uważnym spojrzeniem. – Wiesz… moim zdaniem nigdy nie jest za późno, aby wciąż spróbować o coś zawalczyć; co więcej nigdy nie jest to tak do końca bezsensowne, nawet jeśli z grubsza mogłoby się to takowe wydawać – uśmiechnął się delikatnie.
- Czemu próbujesz mnie pokrzepić? – spojrzałem na niego umęczony. – Czemu wciąż się mną opiekujesz?
- W końcu jesteśmy sąsiadami, nie? – zaśmiał się. – Taka sąsiedzka pomoc, można powiedzieć – uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby.
- Doprawdy? – parsknąłem. – Czy w takim razie w ramach rewanżu, jeśli uda mi się przeżyć, w dobrym tonie byłoby, abym odwdzięczył ci się użyczając ci szklanki cukru? – spojrzałem na niego rozbawiony. – Pomoc sąsiedzka sprowadza się do drobnych rzeczy, a nie do notorycznego ratowania życia i zdrowia – zauważyłem.
- A więc chcesz, żebym zostawił cię sam sobie? – uniósł brwi w pytającym  geście.
- Nie! – zaoponowałem ostro. – Znaczy… Nie, jeśli mógłbyś tego nie robić… to raczej prosiłbym, abyś się na to nie porywał – zakończyłem wymuszonym uśmiechem.
- Nie zrobię czegoś podobnego, nie bój się – szturchnął mnie w ramię. – Bądź co bądź ja też w pewnym stopniu jestem człowiekiem, więc… - zawahał się. – Nie wiem jak to nazwać… Czuję między nami jakąś taką więź, która nakazuje mi cię chronić… - wyznał w końcu z trudem nieco zawstydzony. – Nawet jeśli z grubsza wydawałoby się być to bezsensowne – zaznaczył, nawiązując do poprzedniego tematu.
- Miło wiedzieć, że nie tylko ja czuję tą dziwną „więź” między nami – przyznałem przyciszonym głosem. – Już zaczynałem myśleć, że to coś nienormalnego… - zaśmiałem się pod nosem, mimo iż do śmiechu wcale mi nie było. Shoya spojrzał na mnie przelotnie. Jego wyraz twarzy przepełniała mieszanka niedowierzania i pobłażania. – No co? – zdziwiłem się.
- Nic – wzruszył ramionami. – Tylko… Jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że człowiek może czuć „więź” – ledwo powstrzymał się od parsknięcia. Niemniej pozwolił sobie za to na wywrócenie oczyma.
- O co ci chodzi? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Nie zrozum mnie źle; nie chciałem cię obrazić – uniósł dłonie w obronnym geście. – Mimo wszystko faktem jest, że ludzie to… niewdzięczne istoty – wydusił z krzywym grymasem. – Ludzie nie pojmują znaczenia słowa „więź” – westchnął. – Prawdopodobnie nie jesteś w stanie czuć tego, co ja, więc ciężko jest mi to wytłumaczyć w jakiś jasny i klarowny dla ciebie sposób – rozłożył ręce. – Niemniej ludzkie więzi są zupełnie inne od tych, które łączą dwa demony. Możliwe, że wynika to z tego, iż życie przeciętnego śmiertelnika jest znacznie krótsze, ale tym razem naprawdę nie chodzi o to, aby szukać kolejnych usprawiedliwień dla twojej rasy – prychnął. – W moich oczach innych ludzie co chwila schodzą się i rozchodzą, nierozważnie bawią się życiem, psując sobie przy tym krew. Demony natomiast są bardziej stałe w swoich uczuciach; zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Co więcej cechują się silniejszym instynktem, który nakazuje im chronić swoich bliskich niezależenie od rozmiarów zagrożenia czy szkód, jakie mogliby w skutek takowego działania ponieść – wyjaśnił.
- Zdaje się, że nie masz zbyt pochlebnego zdania o ludziach… - zauważyłem.
- Zgadza się.
- A jednak jesteś jednym z nich… w jakimś stopniu – dodałem szybko.
- Nie da się ukryć – przytaknął.
- Jest jakiś konkretny powód, dla którego nie lubisz mojego gatunku? – dociekałem.
- Nazwijmy to traumą z przeszłości – mruknął pod nosem.
- Powiesz mi o tym coś więcej? – chłopak przysunął się do mnie, po czym prychnął.
- Typowy człowiek – pstryknął mnie w czoło. – Ciekawski aż do bólu – fuknął. – Nie interesuj się sprawami, które ciebie nie dotyczą – pouczył mnie.
- W takim razie jak mam stworzyć jakąś prawdziwą, zażyłą więź skoro wciąż właściwie nic nie wiem o drugiej osobie, z którą chcę ją zbudować? – spojrzałem na niego wymownie.
- Takie więzi buduje się z czasem – zagrzmiał niczym mentor.
- Może nie zostało mi go już wystarczająco… - mruknąłem. Hanyo sapnął ciężko, nie mogąc znaleźć już żadnej riposty na to stwierdzenie. – Czy demony na Nocnej Paradzie kiedyś śpią? – zacząłem znienacka nowy temat.
- Jesteś zmęczony? – zapytał.
- Szczerze, to jak nigdy przedtem – wyznałem.
- Cóż… każdy musi kiedyś zregenerować siły, więc, owszem, demony mają pewien dość krótki okres, w którym udają się na spoczynek – zgodził się. – Wtedy także trzeźwieją… w pewnym stopniu – wywrócił oczyma. – W tym czasie słudzy także przygotowują się do kolejnej części parady – wyznał.
- Następnej części? – zdziwiłem się. – To ta nasiadówka dzieli się na jakieś części? Co będzie na następnej? – przestraszyłem się.
- Z grubsza to, co mogłeś już zobaczyć – pół-demon wzruszył ramionami. – Po prostu przygotowywane są nowe posiłki, trunki, sprzątana jest pagoda – wyliczał na palcach. – Niemniej postaram się zorganizować ci jakieś miejsce w części dla służących – obiecał.
- Dziękuję – spojrzałem na niego z wdzięcznością.

***

Demony służebne uwijały się z pracą, podczas gdy ich przełożeni nadal dyskutowali ze wcieleniem Smoka na zewnątrz. Sprzątali pagodę, w szczególności tę część, gdzie urzędowały niższe rangą demony, jak mniemałem, dla księcia Kengamine. Zgadywałem, że ten jak każdy wyżej postawiony od innych osobnik nie skorzystałby z okazji umoszczenia swego zacnego siedzenia na porozrzucanych resztkach jedzenia…
Błyskawicznie zostały usunięte wszelkie nieczystości, w tym również drobiny rozbitej porcelany. Byłem pełen podziwu dla demonicznej służby, która potrafiła działać tak szybko i efektownie. W półmroku panującym w pagodzie ja wielu rzeczy nawet nie dostrzegałem; z tej racji powoli zaczynałem sobie uświadamiać, iż całkiem możliwe jest to, że nawet nasze organy wewnętrzne są inaczej zbudowane. W końcu u ludzi nie często widywało się zielone, rozmyte oczy bez źrenicy na tle pożółkłych białek – fakt, iż nasze oczy różniły się od siebie wyglądem mógł również świadczyć o tym, iż cechowały się one zupełnie innymi właściwościami i budową.
Kolejne ohaguro-bettari donosiły pięknie pachnących potraw z kuchni. Chwilę potem niższe rangą kreatury zostały gdzieś odprawione, aby nie przeszkadzały. Starałem się być użyteczny i sumiennie wypełniać każde powierzone mi zadanie, jednak zdawałem sobie sprawę, że nie było szans, abym do końca tego stulecia załapał się na listę osób, które mogłoby zostać uhonorowane orderem wzorowego służącego. Starałem się, a i owszem, jednak pomimo moich szczerych chęci ktoś zazwyczaj musiał kończyć po mnie zadanie, gdyż nie zostało ono wykonane w stu procentach poprawnie. Z czasem poirytowane moim brakiem skrupulatności demony, które posiadały jedynie usta rozciągnięte w sczerniałym uśmiechu zaczynały wzdychać cierpiętniczo – a z racji ich stanu uzębienia ich oddech nie należał do najświeższych… do tego stopnia, iż niemal wzięło mnie na torsje, kiedy stanąłem zbyt blisko jednego z nich.
W drugiej części świątyni zostały rozłożone futony. Każde demoniczne bóstwo mogło nacieszyć się oddzielnym pokojem, a i dla wcielenia Smoka udało się wygospodarować jeden. W każdej sypialni czekał już najbliższy, najbardziej zaufany służący danego bóstwa wraz z misą ciepłej wody, drogocennym, misternie zdobionym grzebieniem z kości (miałem nadzieję, że słonia a nie człowieka…) oraz jedwabnym strojem do snu. Wydawało mi się to być absurdem, ale każdy jeden z tych służących musiał bezruchu tkwić przy swoim panu przez cały czas, kiedy ten spał, aby czuwać nad jego bezpieczeństwem lub ewentualnie służyć mu tak jak zwykle, gdyby ten obudził się zbyt wcześnie, aby napić się wody. W tym czasie poddanemu nie można było spać, jeść, pić czy choćby wyjść na moment z sypialni, nie wspominając już o korzystaniu z łazienki. Było to dla mnie głupie i niepojęte, ale jak widać hierarchiczny podział społeczeństwa zbierał swoje żniwa absurdu i wyzysku nie tylko wśród zwykłych śmiertelników.
Wśród tego całego zamieszania dowiedziałem się jednak czegoś ciekawego; mianowicie: ponoć byłem tu gościem „specjalnym”. Nie widziałem, czym ta „specjalność” miała się objawiać, ale w każdym razie nie byłem (ponoć) traktowany jako zwykłe popychadło niższej rangi czy demon służebny. Bądź co bądź pozwolono zasiąść mi do jednego stołu razem z demonicznymi bożkami. Zostałem potraktowany jako ich bezpośredni gość, dlatego też jako osoba, która chociażby teoretycznie miała coś znaczyć, zostałem oddelegowany do poinformowania demonicznych bóstw o tym, iż przygotowania zostały zakończone. W chwili, kiedy do pagody wniesiono kadzidła z boskim zielem, aby zabić nieprzyjemny zapach, a które wcześniej tak źle na mnie podziałały, Shoya wciągnął mnie do kuchni.
- Czy to konieczne? – zacząłem jęczeć.
- Ależ jak najbardziej – odparł chłodno. – Ale nie bój się. To tylko krótka formalność. Cały czas będziesz stał u mojego boku, więc nic nie powinno się wydarzyć. Po tym będziesz mógł już się położyć i odpocząć – obiecał.
- No… dobra… - przytaknąłem w końcu, posyłając szatynowi słaby uśmiech, na co ten odpowiedział mi skinieniem głowy. Ta, zupełnie tak jakby moje zdanie się tutaj liczyło…
Niemniej byłem bardzo wdzięczny hanyo za to, iż próbował mnie podbudować psychicznie, że był dla mnie wsparciem, a ponad to starał się stworzyć mi warunki do tego, abym mógł wypocząć. Z początku był dla mnie jednym z tak licznych, otaczających mnie demonów, który dolewał mi sake, jednak nasze relacje szybko się zmieniły. Zaczynałem myśleć, iż pół-demon naprawdę życzyłby sobie, abym wyszedł z Hayakki-yokō w jednym kawałku. Zdawało mi się, iż zamierzał dołożyć do tego wszelkich starań – dlatego właśnie ja również nie mogłem go zawieźć i musiałem się postarać zachować życie. To nie tak, żebym jakoś nagle zaczął naiwnie wierzyć, iż w istocie było to możliwe, abym opuścił Nocną Paradę demonów żywy, ale zwyczajnie nie chciałem, aby jego trud poszedł na marne… tak zupełnie.
W istocie chyba prawdą było, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Wyglądało na to, iż podświadomie zaczęło mnie do niego ciągnąć, gdyż trwając u jego boku czułem się dużo bezpieczniej. Z chęcią nie odstępowałbym go na krok, jednak zdawałem sobie sprawę, że tym samym byłbym dla niego jeszcze bardziej uciążliwy. Przeze mnie mógłby nie podołać obowiązkom, które spoczywały na nim jako na głównym służącym świątyni Sōtangitsune, przez co, jak zgadywałem, mógłby się znaleźć w niemałych tarapatach. Co więcej, nie byłem już dzieckiem, a on nie był moją matką. Czasem musiałem wykazać się samodzielnością – nawet jeśli w istocie była to dla mnie w obecnej sytuacji jedna z najgorszych możliwości.
Z tego wszystkiego musiałem przyznać w końcu, iż… zaufałem mu. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałem się przed tym bronić, zaufałem mu. Shoya był pół-demonem, wysłannikiem słynnego lisa z Kioto, nieznajomym – miał mnóstwo powodów, aby mnie oszukać, wyrolować, zrobić ze mnie głupca, jednak ostatecznie cały czas mi pomagał. Nie wiedziałem czy była to tylko jego zwodnicza gra, czy wcześniej obrał sobie za cel zdobycie mojego zaufania, aby potem móc mnie wykorzystać w jakiś sposób, ale… zaufałem mu, do cholery! Był jedyną postacią w całym tym wariatkowie, której mogłem zwierzyć się z moich obaw, liczyć na pomoc w razie kłopotów oraz pocieszające, choć zdawkowe słowo. Jak go tu nie obdarzyć zaufaniem w takiej sytuacji? Był jedynym pozytywnym charakterem. Chciałem mu ufać i chciałem, żeby wszystko, co robił i mówił było szczere; chciałem skończyć ten koszmar razem z nim.
Wyrwałem się z moich rozmyślań dopiero na podwórzu, a to i tak za sprawą mocnego szarpnięcia za ramię przez szatyna. Gdyby nie jego reakcja, uderzyłbym w osobę stojącą przede mną.
A przede mną stał właśnie niewysoki, starszy mężczyzna o zupełnie już siwych włosach, poznaczonej bruzdami głębokich zmarszczek twarzy oraz dużych, okrągłych okularach na nosie. Staruszek spojrzał na mnie nieprzychylnie i sapnął z pogardą, krzyżując na piersi chude ramiona. Co najdziwniejsze w tym wszystkim wyglądał zupełnie jak zwykły człowiek – żadnych śladów niepokojących „dodatków”, takich jak małpi ogon czy druga twarz z tyłu głowy lub też „ubytków” takich jak brakujące oko, ręka… głowa.
- To pan Izumi Kyōka (tak naprawdę jest to japoński powieściopisarz, który napisał m.in. „Staw Demonów” kabuki od aut.) – podwładny Sōtangitsune przedstawił mi mężczyznę. – Jest opiekunem Yasha Ga Ike, czyli stawu demonów, z którym już się zapoznałeś – rzucił dość kąśliwie. – Pan Kyōka będzie nam towarzyszył.
Spojrzałem na niego z oburzeniem, rozkładając bezradnie ręce oraz ściągając brwi. Może nie wypadało mi wyrażać się przy opiekunie tego cholernego, zmutowanego zwierzyńca w postaci oczka wodnego, ale mój przekaz niewerbalny był jasny, toteż nie wątpiłem, żeby mój towarzysz mógł go błędnie zinterpretować. Bo przecież to nie była moja wina, że zostałem wrzucony do tego stawu, prawda?! Następnym razem pół-demon powinien zaaplikować Taitasumaru leki na uspokojenie razem z herbatą, a nie czepiać się niewinnych ludzi, którzy zostali ujarani czymś, o podejrzanej nazwie „boskiego ziela” bez ich wiedzy, a przede wszystkim pozwolenia…
Staruszek fuknął raz jeszcze, co zwróciło moją uwagę i zmusiło mnie do skupienia spojrzenia na nim. Izumi był widocznie wytrącony z równowagi; wręcz kipiał złością. Z tego powodu postanowiłem iść dwa kroki za nim, żeby nie oberwać, gdyby w końcu coś w nim pękło, zwalniając samonakręcającą się maszynę destrukcji.
- Najpierw mi ktoś wrzuca brudnego człowieka do mojego stawu! – warknął mężczyzna, wygrażając pięścią niebu i aż trzęsąc się ze złości. – A teraz mi jeszcze kelpie usmażyli! – ryknął. – Moja mała, kochana kelpia! Co ona komu takiego zrobiła, żeby zasłużyć sobie na taki okropny los?! – irytował się. Już chciałem się wciąć, przypominając, iż próbowała mnie utopić i pożreć żywcem, a kiedy nie udało jej się to, to przynajmniej próbowała odgryźć mi nogę, przez co wciąż kulałem, ale ostatecznie postanowiłem jednak przemilczeć tę kwestię. Nie było sensu wykłócać się o to z opiekunem Yasha Ga Ike, kiedy widać było, iż ten w istocie darzył tę kreaturę miłością najczystszej wody. – Sprawca zapłaci mi za to! – zagrzmiał, odgrażając się.
Wywrzaskiwał kolejne pogróżki, zupełnie nie zważając na to, iż z każdym krokiem zbliżaliśmy się do grupy demonicznych bóstwo oraz księcia Kengamine. Kyōka był zaślepiony furią, niemalże brnął przed siebie w amoku. Przez cały ten cyrk, jaki odstawił, z pewnością musieliśmy wyglądać komicznie – ja z Shoyą idący ramię w ramię w absolutnej ciszy oraz skaczący i wyjący niczym ranna łania dziadeczek, który pchał się przed nami. Jego czoło było już całe zroszone kroplami potu, a policzki czerwone, jednak to go nie spowalniało. Dało czuć się od niego wojownicze nastawienie oraz chęć walki z byle kim, kto tylko nawinąłby się pod rękę, aby rozładować kumulujące się w nim emocje.
Nagle staruszek zatrzymał się jak wyryty w podłoże. Obrócił się na pięcie, stając twarzą w twarz z wcieleniem Smoka. Momentalnie zbladł, wszystkie kolory opuścił jego twarz, przez co stał się niemalże tak blady jak i sam długowłosy brunet, który stał przed nim. Kengamine jak zwykle uśmiechał się delikatnie, jednak jego spojrzenie czarnych, bezdennych oczu było ostre niczym brzytwa.
- Więc rozumiem, że chce się pan ze mną mierzyć, panie Izumi? – zapytał śpiewnym głosem.
- Pa-pan… Książę! – staruszek wykrzyknął jakby rażony piorunem. – To… to książę…? Klepię…? A-ale dlaczego? – wydusił z siebie z trudem.
Najpotężniejszy z demonicznych bóstw zaśmiał się pod nosem i rozłożył wachlarz w dłoni, którym przysłonił większą część twarzy. Zaczął się nim delikatnie wachlować jakby ospałym ruchem dłoni.
- Cóż… Zawsze ktoś ginie; taka kolej rzeczy, nieprawdaż? – westchnął teatralnie. Wcielenie Smoka lustrowało wszystkich uważnym spojrzeniem, jednak zdawało mi się, iż do mnie powracał aż nazbyt często, zatrzymywał wzrok na mojej osobie nieco dłużej… choć możliwe też, że to po prostu mi się wydawało, gdyż byłem zmrożony strachem. Ponad to mojej uwadze nie umknęło, iż Sōtangitsune wciąż był bardzo spięty, co nie wróżyło nic dobrego i dodatkowo wzmagało moje obawy i złe przeczucia. – Poza tym nigdy nie lubiłem tej szkarady… Denerwowała mnie… - mruknął pod nosem, ledwo powstrzymując się od prychnięcia.
- Ach, tak panie… Twe słowo rozkazem – Kyōka ugiął się w pokornym ukłonie, mimo iż mogłem się założyć, że miał łzy w oczach. – W końcu to twój staw panie, więc możesz robić z nim, co zechcesz. Jam tylko twój sługa i opiekun twych dóbr – pokiwał głową, jakby próbując sam siebie przekonać do tych słów.
- Dokładnie – uśmiech bruneta przybrał jadowity wyraz. – Jednak nie musisz przypominać mi, kto tu sprawuje prawowitą władzę – tym razem książę posłał wymowne spojrzenie lisowi. Ten pozostał niewzruszony, jednak w istocie doskonale zdawałem sobie sprawę, iż był wściekły.
Z jakiś powodów w jednej chwili nagle zachciało mi się śmiać. Zagryzłem wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Byłem przerażony postacią spadkobiercy Smoka, ale z drugiej strony… wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, nie? Z jakiś względów przeszło mi przez myśl, iż skoro on też nie cierpiał tej przeklętej kelpii, to może jednak nie dzieli nas aż tak wiele – może nie taki diabeł straszny, jak go malują?... albo on sam próbuje się wykreować? W tej chwili to wszystko zdawało się mieć dla mnie jakąś pokrętną logikę i sens.
- Shoya, coś się stało? – Sōtangitsune odezwał się w końcu.
- Przygotowania do spoczynku już zakończone, mój panie – hanyo ugiął się w ukłonie, na co ja szybko poszedłem w jego ślady.
- Świetnie – głowa nocnej parady demonów skwitowała krótko. – Możecie obaj odejść – zezwolił.
Zgodnie z pozwoleniem odwróciliśmy się i z powrotem zamierzaliśmy skierować się do tylnego wejścia od kuchni. Nim jednak zdążyłem postąpić krok przed siebie, poczułem na ramieniu jakby muśnięcie lodowatej dłoni. Odwróciłem się, aby zająć wcześniejsze miejsce opiekuna Yasha Ga Ike i stanąć twarzą w twarz z Kengamine. Nagle wszystkie moje mięśnie spięły się, a oczy wytrzeszczyły. Przerażony spojrzałem na jego nieskazitelną twarzy, na której wciąż malował się ten niezmienny spokój i pozorna bezinteresowność. Widać chciał coś powiedzieć, jednak w tym samym momencie nad naszymi głowami rozległo się donośnie krakanie. Książę spojrzał w górę, na czarne ptaszysko, które mnie prześladowało i skrzywił się. Tym razem pozwolił sobie na pogardliwe prychnięcie. W efekcie, dzięki interwencji wrony (jak głupio by to nie brzmiało), wcielenie Smoka ruszyło za resztą demonicznych bóstw, zostawiając mnie w spokoju. Jeszcze przez długą chwilę osłupiały stałem w miejscu, czując jak serce boleśnie łomotało mi o żebra ze strachu. Kiedy w końcu odwróciłem się przodem do hanyo, ten spojrzał na mnie ostro, po czym bez słowa ruszył przed siebie zdecydowanie szybciej niż wcześniej.
Cholera, co się stało?! Albo właściwie nie stało…?

Czego znów nie pojmowałem i co znów mi umknęło?

„Hayakki-yokō” cz.2 i bardzo ważne informacje

Przed przeczytaniem:
Mam bardzo ważną informację, a właściwie to zapytanie - od dłuższego czasu korzystam z aplikacji Wattpad - czy ktoś ją kojarzy? Jeśli nie to wyjaśnię, że jest to aplikacja dla "początkujących pisarzy", gdzie po prostu można umieszczać swoje wypociny; coś w rodzaju alternatywy dla bloga. Jest to o tyle fajne, że prawdopodobieństwo znalezienia danego tekstu dzięki tej aplikacji jest dużo większa niż na blogu. Fajną rzeczą jest też to, że można to czytać jak książę na telefonie czy komputerze (ale najpierw oczywiście na telefon trzeba ją pobrać), a kiedy kończymy czytać i wychodzimy z apki, ta sama zapisuje, gdzie skończyliśmy, wkłada "zakładkę", tak, że kiedy ponownie wchodzimy w dany tekst możemy kontynuować czytanie tam, gdzie skończyliśmy. Myślę, że przede wszystkim byłoby to dobre do czytania moich mega-shotów, które "połknąć" na raz jest dość trudno, z czego sama zdaję sobie sprawę. Dziś mnie natchnęło, aby zacząć tam publikować - a co wy o tym myślicie? Z jednej strony myślę, że jest to duże udogodnienie, bo tak samo teksty można dodawać rozdziałami, a i można czytać w trybie offline, ale z drugiej obawiam się, że to zmniejszy aktywność czytających na blogu; więc co o tym sądzicie? Oczywiście jeśli będzie dużo głosów "na tak", zacznę tam udostępniać swoje "dzieła".
Dobra, a teraz bez dalszych wstępów:

- Witaj, człowieku – przywitał się uprzejmie. – Dziś dostąpił cię ten niesamowity zaszczyt spędzenia wieczoru w naszym towarzystwie – zatoczył dłonią koło, wskazując swoich towarzyszy, wśród których mieścił się, między innymi, duch węża z Okinawy, jak dotąd jedyny, którego miałem okazję „poznać”. – To prawdziwe wyróżnienie, zgodzisz się ze mną, prawda? Nie jesteś takim głupcem, aby je odrzucić, racja? – uśmiechnął się pobłażliwie. – Nazywam się Sōtangitsune, tak, to ja jestem właśnie tym osławionym lisem z Kioto – powiedział nieskromnie, śmiejąc się pod nosem. – Jestem także głową tej ceremonii, więc lepiej się pilnuj, – szepnął mi na ucho – bo to ode mnie zależy czy wyjdziesz z tej imprezy żywy – obdarzył mnie obrzydliwym, obłąkańczym uśmiechem.
W co ja się wpakowałem?
Shoya, ratuj! – załkałem w myślach.

„Hayakki-yokō” cz.2

Sōtangitsune położył dłoń na moim ramieniu. Dotyk lisa był taki ciepły i kojący… W ogóle nie wzbudzał we mnie niepokoju czy obrzydzenia, żeby nie rzec, że działał na mnie uspakajająco… a przecież to demon, a uściślając, to demoniczne bóstwo! Ale cóż… jak wiadomo, człowieka zawsze ciągnęło go złego… było bardziej kuszące, atrakcyjne…
Skupiając się jedynie na jego dłoni spoczywającej na moim ramieniu, przez moment nawet zapomniałem się bać. Niestety strach szybko powrócił, kiedy głowa parady odsunęła się ode mnie i sięgnęła po kolejną czarkę sake.
Przesunąłem spojrzeniem po zebranych. Wszyscy uważnie mi się przyglądali, wbijając we mnie ciekawskie i ponaglające spojrzenia, zupełnie tak jakby był zwierzęciem w cyrku, od którego oczekuje się pokazu szaleńczo trudnych, wytrenowanych sztuczek, jakimi miałbym zabawiać widzów – ja jednak nie do końca wiedziałem, czego widownia demonicznych bóstw mogłaby ode mnie chcieć. Miałem odwalić przed nimi jakiś teatrzyk? Może mieli jakieś utarte stereotypy dotyczące ludzi i czekali na to aż potwierdzę je swoim zachowaniem? Po ich dumnych minach i grymasach twarzy zdradzających pyszałkowatość i samouwielbienie wnioskowałem, że nawet jeśli czegoś ode mnie oczekiwali, to i tak z góry zostałem zdegradowany do tej gorszej grupy – w żadnym razie nie wyglądało na to, aby uważali mnie za równego sobie.
Spojrzałem na mężczyznę o szkarłatnych włosach; z całego tego zbiorowiska on spoglądał na mnie chyba najmniej przychylnie. O ile na twarzach innych demonicznych bóstw oprócz grymasów, które mogły zdradzać jakieś sadystyczne zapędy czy rządzę niepohamowanego uwielbienia, malowało się również zainteresowanie, o tyle on wyglądał na rozeźlonego, może nieco znudzonego – ale przede wszystkim wyczuwałem, że w żadnym razie nie mógł mieć co do mnie dobrych zamiarów.
- Doprawdy – prychnął ten, któremu się przyglądałem – za nic nie masz gustu, Sōtangitsune – skrzywił się jeszcze bardziej. – Żeby sprowadzać człowieka na nocną paradę demonów jako atrakcję! – fuknął oburzony. – Co za nietakt… - przewrócił oczyma.
Osławiony lis z Kioto nie wyglądał, jakby chciał tłumaczyć jednemu z gości, że nie zostałem zaproszony ani nawet zaciągnięty tu siłą, a po prostu wprosiłem się, nie wiedząc w co się pakuję. W dodatku otumaniony oparami boskiego ziela, wyczerpany po tym, jak jubokko wyssał ze mnie energię, nie skorzystałem nawet z możliwości ucieczki, kiedy jeszcze ją miałem. Choć w sumie… w zasadzie to przecież próbowałem odejść, ale wtedy właśnie na mojej drodze pojawiły się pierwsze ayakashi, które mi to uniemożliwiły.
Może jakimś przebiegłym intrygantem nie byłem, a więc bardzo możliwe, że nie umiałem przejrzeć ich do końca, ale zdawało mi się, że nie dla wszystkich hayakki-yokō było znowu taką zwykłą paradą. Mniejsze stworzenia, które również w o wiele mniejszym stopniu przypominały ludzi, bawiły się na drugim końcu stołu pijąc i jedząc; nie wyglądało na to, żeby przejmowały się czymś innym niż zabawą, nawet jeśli w moich oczach wyglądała ona dość brutalnie. Tutaj, gdzie zasiadła siódemka demonicznych bóstw, mieściła się prawdziwa arena polityczna. Nie miała ona jakiegoś formalnego wydźwięku, gdyż w końcu nikt z nikim nie podpisywał żadnych układów ani rozejmów, ale to, jak mi się zdawało, tylko jeszcze pogarszało sytuację. Prywatny charakter spotkania stwarzał możliwości do pozyskania osobistych popleczników i sojuszników, co z kolei stwarzało wielkie możliwości – jakie dokładnie? Mogłem się tego, póki co, tylko domyślać…
Mimo iż wszyscy, tak samo jak niższe rangą demony, pili i jedli, po tej stronie stołu dawało się wyczuć napięcie. Wszyscy byli skupieni i uważni. Ważyli dokładnie każde słowo przed jego wypowiedzeniem, analizowali drugie dno wypowiedzi innych – z tego właśnie powodu postanowiłem się nie odzywać, mimo iż miałem ogromną ochotę wykrzyczeć w twarz temu chudemu, szpakowatemu bożkowi, że moja obecność w tym miejscu jest jednym wielkim nieporozumieniem, a potem uciec daleko stąd, gdzie pieprz rośnie… albo w zasadzie to jeszcze dalej. Podejrzewałem, że gdybym tylko wypowiedział słowo na ten temat, mógłbym w znaczący sposób narazić się Sōtangitsune; w końcu był głową parady, a co to za gospodarz, który pozwala, żeby po jego terenie wałęsały się jakieś przybłędy i to w dodatku innej rasy? Bądź co bądź, jeśli istniałaby taka możliwość, wolałbym raczej stać z nim po jednej stronie – w końcu dobitnie zaznaczył, że to od niego zależy czy wyjdę stąd żywy, prawda?
W ogóle zamierzałem się nie odzywać, jeśli nikt by mnie do tego nie zmusił. Mój genialny, obmyślony na szybko i w nerwach plan zakładał, aby siedzieć przy tym stole jak kołek i nie robić w zasadzie nic. Czekać aż nadejdzie ten zbawienny świt i cała ta impreza zakończy się.
- Och, Suzaku – lis uśmiechnął się przesłodko – zawsze byłeś taki gderliwy… - pokręcił głową z dezaprobatą. – Czy kiedyś uda mi się sprostać wygórowanym oczekiwaniom szkarłatnego ptaka południa? – jego uśmiech był przesłodzony tak bardzo, że niemal od samego patrzenia czułem jak próchnica zaczyna zżerać mi zęby, ale jednocześnie za tą maską czaiło się czyste wyrachowanie i oziębłość.
- Jak śmiesz!... – oburzył się szpakowaty mężczyzna. – Co to za awangardowy pomysł, żeby przyprowadzać człowieka na paradę demonów? Chyba z samej nazwy można wywnioskować, że parada demonów jest przeznaczona dla demonów – prychnął. – Ale przyznaj, mój drogi, - nagle głos czerwonowłosego stał się miększy, bardziej jadowity. Na jego twarzy zagościł obrzydliwy uśmieszek – że zawsze miałeś jaką słabość do ludzi, prawda? – wyszczerzył krótkie, jakby spiłowane trójkątnie zęby. – Zawsze otaczałeś się ludzkimi kobietami, często przebywałeś w świecie ludzi… nawet mianowałeś głównym opiekunem swojej najwspanialszej świątyni hanyo! – zaśmiał się gardłowo. – Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby ten mieszaniec był twoim dzieciakiem! – drgnąłem, kiedy w tak bezczelny sposób obrażał Shoyę. W końcu to był mój… no, może jeszcze nie przyjaciel, ale w każdym razie jakaś pozytywna postać w tym zbiorowisku potworów. W tej chwili spoglądałem na niego wręcz z uwielbieniem, niczym na świętego. – A teraz człowiek na hayakki-yokō… Czy ty nie masz żadnego poszanowania dla tradycji? – fuknął. – Założę się, że gdybyś miał wybrać czy dalej chciałbyś być ayakashi, czy człowiekiem, bez wahania stałbyś się jednym ze śmiertelników – posłał mu pobłażliwe spojrzenie.
- Racz pamiętać, że jesteś w mojej świątyni, na moim terenie – burknął szatyn, który tym razem nie skrywał się za maską uśmiechu. – Radzę ci o tym pamiętać, szkarłatny ptaku południa, bo, jak mi się zdaje, zapomniałeś się nieco – skarcił go.
- Grozisz mi tak otwarcie podczas parady?! – chuderlawy mężczyzna uniósł się w gniewie.
- Tak samo jak ty bezczelnie potrafisz na niej kpić ze mnie i obrażać mnie we własnym domu – odparł niewzruszonym tonem lis. – Wiem, że podczas hayakki-yokō teoretycznie wszystkie spory zostają zawieszone, ale… - zawiesił znacząco głos – …ale gdybym wypomniał ci, co ostatnio zrobiłaś w Naraka-Loka (hinduskie piekło; najniższy z sześciu światów zamieszkany przez istoty ukończone, posiadające ciało i wrodzoną wrogość od aut.), które przecież jest moją prowincją – uśmiech znów wpłynął na jego usta – znalazłbym idealny powód do tego, aby cię stracić jeszcze dzisiejszej nocy – zakończył, triumfalnie wychylając zawartość czarki, podczas gdy szkarłatny ptak południa skulił się w sobie i z urażoną miną z powrotem opadł na swoje siedzisko, nie odzywając się już.
- Oj, chłopcy – zaczęła miękko jedyna kobieta zasiadająca po tej stronie stołu. – Czy wy zawsze musicie kłócić się jak małe atōikozō (duchy podążające za ludźmi; ponoć są to duchy zmarłych dzieci od aut.)? – pokręciła głową rozbawiona.
- Wybacz mi to dziecinne zachowanie, najmilsza Kishin (demoniczny bóg od aut.) – Sōtangitsune skinął jej głową w wyrazie przeprosin, podczas gdy Suzaku wciąż siedział naburmuszony niczym rozkapryszony bachor. – A wy, moi drodzy goście, co sądzicie o atrakcji, jaką wam dzisiaj zaserwowałem? – zapytał gospodarz.
- Interesująca – odezwał się postawny, białowłosy mężczyzna.
- Zjedzmy go! – wykrzyknął radośnie jeden z ryżych dzieciaków, który usługiwał barczystemu mężczyźnie z blizną przecinającą niemal całą twarz.
- Zamilcz! – huknął owy mężczyzna, ganiąc małego duszka. Nie to, żebym obawiał się dzieciaka o płonącej czuprynie, ale muszę przyznać, że jego słowa zaniepokoiły się, gdyż bałem się, że ktoś może jednak spełnić jego życzenie… - Co za problematyczna hitodama (duch, kula ognia pojawiająca się, kiedy ktoś umiera od aut.) – sapnął poirytowany brunet.
- Och, Taimatsumaru (tengu w otoczeniu demonów ognia od aut.) – Kishin odezwała się z  delikatną przyganą w głosie. – Przecież to jeszcze maluch. Wszystkie małe ayakashi są porywcze – pogłaskała malca po głowie, przesuwając palcami między płomieniami skaczącymi po jego czaszce – i takie urocze – rozczuliła się. Mężczyzna prychnął. – Wy, tengu, (demon z kruczymi skrzydłami od aut.) zawsze jesteście tacy nieczuli – wywróciła oczyma.
- Za to ty jesteś zbyt uległa – odparował brunet. – Podstawa to odpowiednie wychowanie i subordynacja – stawiał twardo na swoim. – Przez takie twoje podejście w Manushya-Loka (piąty z hinduskich światów; świat ludzi – ten, w którym istnieje nasza cywilizacja, ale także świat dusz zmarłych oraz cywilizacji żyjących w innych światach od aut.), nad którą, rzekomo, sprawujesz pieczę, dzieją się takie rzeczy… - dodał burkliwie.
- Przepraszam bardzo, ale niby jakie rzeczy?! – oburzyła się kobieta.
- Takie – tengu wskazał palcem na mnie.
- Toć to człowiek jest! – wykrzyknęła poirytowana blondynka. – Co chcesz od niego?!
- Jest słaby i przerażony – skwitował. – Bezużyteczny.
- Nic dziwnego, że się boi – czarnooka prychnęła. – W końcu jest pierwszym człowiekiem na hayakki-yokō! Myślisz, że twoje żołnierskie wychowanie coś by zmieniło? Uważasz, że gdybym wprowadziła w Manushya-Loka terror, jaki panuje u ciebie w Asura-Loka (czwarty z hinduskich światów – świat upadłych bóstw i aniołów, nefilim, tytanów, złych duchów i demonów; świat demonicznej i podstępnej agresji od aut.) to człowiek postawiony w zupełnie nowej sytuacji wiedziałby, jak ma się zachować? – fuknęła.
- Może nie zmieniłoby to jego braku wiedzy, ale przynajmniej umiałby nie okazywać strachu.
- I to coś zmienia?! – kobieta ledwo powstrzymała się od zerwania się z miejsca, przez co jej złote kimono zaszeleściło. Jej czarne oczy stały się głębokie i przepastne niczym studnie bez dna; trudno było wytrzymać jej spojrzenie, jednak Taimatsumaru potrafił niezachwianie spoglądać w jej piękną, choć teraz ściągniętą w gniewnym wyrazie twarz.
- Oczywiście; w takim wypadku mógłby prezentować się godnie, a nie drżeć niczym przerażone zwierzę rzeźne – mężczyzna z blizną przemawiał wciąż tym samym, wypranym ze wszelkich emocji tonem głosu, co zdawało się jeszcze bardziej irytować Kishin.
Nim kłótnia ta osiągnęła swój punkt kulminacyjny lub nim rozpoczęła się następna, wtem pojawiło się kilka ohaguro-bettari (demon bez twarzy ze sczerniałym uśmiechem od aut.) z tacami, które, jak zdążyłem zauważyć, pełniły tu role podobną do kelnerek. Na ich czele stał Shoya, do którego z wielką chęcią podbiegłbym i przytulił się, gdybym tylko mógł się ruszyć. Hanyo skłonił się niezbyt nisko, a następnie zajął miejsce tuż za Sōtangitsune, a więc także i swoim przełożonym, jeśli mogłem go tak określić. Demony bez twarzy w tym czasie częstowały wszystkich czajem. Co dziwne, ja również zostałem obdarowany niewielkim, wciąż ciepłym naczyniem. Spojrzałem niepewnie na jego zawartość – bursztynowy płyn nie wyglądał jakoś nad wyraz niespotykanie, jednak i tak postanowiłem być przezorny. Nie podejrzewałem, żeby picie ani jedzenie czegokolwiek zaserwowanego przez samego szefa kuchni szesnastu buddyjskich piekieł wyszło mi na zdrowie.
- Pij – ponaglał mnie białowłosy mężczyzna.
- Spokojnie, Byakko (biały tygrys zachodu od aut.) – odezwał się lis. – Nie stresuj naszego gościa; w końcu ma nam zapewnić rozrywkę na całą noc – uśmiechnął się do mnie paskudnie. – Nie chcemy, żeby opuścił nasze towarzystwo z pewnych względów zbyt szybko, prawda?
Spojrzałem spanikowany na półdemona. Shoya skinął jedynie głową, a ja, nie mogąc nic innego zrobić w tej chwili, postanowiłem mu zaufać i upiłem łyk ciepłego naparu.
Właściwie siedzieliśmy niedaleko siebie razem z szatynem, ale nie mogliśmy prowadzić swobodnej rozmowy. Wśród gromady demonicznych bóstw wybuchła kolejna kłótnia, ale już nawet za bardzo nie słuchałem, o co w niej chodzi. Przyglądałem się chłopakowi, jakby wyczekując tylko, aż pośle mi jakiś ukryty znak, który mógłby być zapowiedzią mojej wolności, szansą na ucieczkę, jednak nic podobnego się nie działo. Ohaguro-bettari przysiadły się do każdego z wyższych rangą ayakashi i usługiwały im, dolewając alkoholu lub czaju. Sam Shoya zajął miejsce przy Sōtangitsune tylko po to, żeby pełnić podobną funkcję. W zasadzie zdawało się, że hanyo w pełnym wymiarze ignorował moje błagalne spojrzenia i niemal płaczliwy wyraz twarzy, zupełnie tak jakbym nic dla niego nie znaczył, jakby w ten sposób próbował uciąć wszelkie powiązania ze mną, po tym jak wcześniej mnie wyratował; i to w dodatku dwukrotnie.
Wtem olśniło mnie, że wtedy, kiedy szatyn mi pomagał, w pobliży zawsze znajdywała się ta przeklęta wrona – a może wcale nie była ona znowu taka przeklęta? Shoya mówił, że wyratował mnie z opresji tylko dlatego, że to ona mu kazała… Kurde, jak on ją nazwał? Yatagiri? Yatagaru?... Yatagarasu! – przypomniałem sobie. Podwładny sławnego lisa z Koto uparcie w kółko powtarzał, że jedynie wykonuje polecenia Yatagarasu… ale właściwie czym ona była? Czy to możliwe, że to ptaszysko również było jakimś ayakashi? Ale w takim razie dlaczego mnie chroniło? No i dlaczego miało taką… zwykłą formę? Jakby nie patrzeć w tym mrowiu demonów, które zebrało się na paradzie, nikt nie miał dokładnie określonej postaci – zdarzały się jakieś atrybuty zwierzęce w połączeniu z ludzkim ciałem, widywałem istoty wyglądające jakby żywcem wyciągnięte z horroru – jakieś bezkształtne lub z kolei o tak skomplikowanej fizjonomii, że żeby zorientować się, co jest czym w tym poskręcanym i jakby pozlepianym z resztek ciele, musiałbym się naprawdę długo przyglądać i mocno zasępić… no i może jeszcze powstrzymać odruch wymiotny…
Nie było mi zimno, ale napój i tak przyjemnie mnie rozgrzał. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że wypiłem już wszystko, by zaraz potem z jeszcze większym zdziwieniem przyglądać się jak hanyo ponownie napełnia moją czarkę i znów kiwa do mnie głową w zachęcającym geście.
Wraz z kolejnymi czarkami moje ciało stawało się coraz bardziej ociężałe i wiotkie… choć przeszło mi przez myśl, że to może znów wina oparów boskiego ziela, gdyż, jak zdążyłem zauważyć, parę dziwnych istot tliło długie fajki, z których unosił się zielonkawy obłok dymu. Głowa znów zaczęła opadać mi na pierś.
- Wstań! – ktoś huknął, co zmusiło mnie do skupienia uwagi z powrotem na otoczeniu.
Wyrwany z wiru własnych myśli zdumiony spojrzałem na Taimatsumaru, który ledwo hamując gniew, wstał i spoglądał na mnie ostro. Wywnioskowałem, że ta komenda była kierowana do mnie. Zamierzałem ją wykonać; próbowałem się podnieść, ale kiepsko mi to szło. Znów czułem jak myśli mi się plączą i kołtunią, a czas zaczyna zamierać w miejscu.
Tengu nie powtarzał się dwa razy. Zirytowany moją niegramotnością, sięgnął przez szerokość stołu i złapał mnie za poły ubrania, podnosząc bez problemu jedną ręką. Siłą wyciągnął mnie z pagody, by już na podwórzu rozłożyć ogromne czarne skrzydła, które, jak do tej pory, złożone bezczynnie tkwiły na jego plecach niczym dodatek, swoista yukata do prostego kimona. Wzbił się razem ze mną w powietrze. Nie leciał wysoko, ale to i tak już przyprawiło mnie o palpitacje serca. Kurczowo, przezornie starałem się trzymać jego ręki, w której ściskał materiał mojego ubrania, aby nie spaść, ale to i tak niewiele mi dało, kiedy ayakashi w końcu i tak mnie puścił, zrzucając wprost do okrągłego jeziorka.
Lodowate krwistoczerwone wody zamknęły się nad moją głową. Przerażony od razu starałem się wypłynąć. Z ulgą zaczerpnąłem powietrza, kaszląc i plując dziwnie gęstą wodą, która miała niespotykany metaliczny smak. Niemniej woda i szok, który właśnie przeżyłem, zdawały się zmyć ze mnie otumanienie i senność, która zawładnęła mną w pagodzie.
Jezioro nie było wielkie, więc nie panikowałem, mimo iż znajdowałem się na jego środku. Zamierzałem dopłynąć do brzegu, kiedy niespodziewanie poczułem coś twardego pod stopami. Zdziwiony stwierdziłem, że nie może być to grunt, gdyż zbiornik wodny nie może być aż tak płytki, a poza tym, jeszcze chwilę temu przecież nie czułem tego „gruntu”, swobodnie machając nogami w toni wodnej.
Moment po tym z wody wyjrzał wielki koński łeb z sitowiem zamiast grzywy. Przegniła skóra odchodziła od poczerniałych kości płatami, roztaczając przy tym obrzydliwy fetor. Ślepe, wywrócone oczy spojrzały na mnie niewidzącym, obłąkańczym spojrzeniem. Wielkie zęby zostały odsłonięte przez nabrzmiałe wargi, chrapy rozszerzyły się, kiedy koń sapnął ciężko, wypuszczając krwawe bąbelki.
Co to znowu, do cholery, jest?!
O miłosierna Kannon, ratuj!
Koń zarżał i zanurkował, jakimś dziwnym trafem, ciągnąc mnie ze sobą na dno. Jakim cudem?! Przecież nie miał kończyn, którymi mógłby mnie przytrzymać, a i ja nie uczepiłem się go! Co tu się dzieje?!
Próbowałem się wyrwać, szamotałem się, jednak moje nogi, jakby przywarły do grzbietu tej przerażającej istoty. Woda z czasem robiła się coraz ciemniejsza, a jasnoczerwona plama tafli zdawała się być coraz mniejsza, aż w końcu przybrała wielkość szkiełka zegarkowego. Kończyło mi się powietrze. Czułem jak płuca coraz bardziej domagają się tlenu. Machałem rękami, jakby to miało mi coś pomóc, ale cielsko konia było zbyt ciężkie, więc nie mogłem ponownie się wynurzyć. I nagle…
Niemal całe powietrze uleciało z moich płuc, kiedy wydałem z siebie niemy okrzyk pod wodą. Przeszywający ból rozchodził się z miejsca tuż nad kostką lewej nogi.
Kurwa, ta zgniła cholera mnie użarła!
Całe szczęście to dało mi też jakieś możliwości manewru. Poczułem, że mogę na powrót poruszać uszkodzoną nogą. Kończyna nie była już nieruchomo przytwierdzona do grzbietu wodnego demona. Niemniej nie powiedziałbym, żebym raczej się cieszył. Dookoła mnie unosiła się woda zabarwiona moją własną krwią, a ponad to dolna kończyna tak bardzo bolała, iż niemal całkiem zdrętwiała – ale nie poddałem się, przecież nie mogłem.
Zmusiłem się do nadludzkiego wysiłku i kopnąłem w pysk stwora z całą siłą, jaką udało mi się wykrzesać. Odbiłem się stopami od wierzchu gnijącego konia i zacząłem płynąć w górę. Woda była gęsta, przez co musiałem włożyć dużo siły w to, aby się w niej poruszać, ale byłem lżejszy i miałem, że tak to nazwijmy, lepiej przystosowane kończyny do pływania, przez co wynurzyłem się szybciej niż ta paskuda. Desperacko zaczerpnąłem tchu. Powietrze wydało mi się być wspaniałe, wręcz słodkie jak nigdy dotąd. Rozpaczliwie rzuciłem się do szybkiego kraulu, starając się dotrzeć do brzegu. Niestety koń w końcu mnie dogonił, jednak i tym razem udało mi się ochronić przed nim celnym kopniakiem, który tym razem idealnie spadł na jego nos. Demon wodny zawył, wierzgając, co dało mi kolejnych kilka sekund przewagi – kilka sekund, które mogło zaważyć o moim życiu lub śmierci.
W końcu poczułem grunt. Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę…
Coś pociągnęło mnie w tył – tym razem jednak obyło się bez eksplozji czerwonych fajerwerk bólu przed oczami. Stwór tym razem zdołał mnie złapać tylko za rozciętą nogawkę.
Cholera! Było tak blisko! W zasadzie już byłem na brzegu – woda sięgała mi jedynie do wysokości biodra, a przecież niemal pełzłem już na czworaka!...
Nagle pojawił się długi kij.
Kij, oheblowana tyczka, która służyła najczęściej w dojo do ćwiczeń, nim uczniowie dostali do ręki swoje pierwsze miecze.
Owy kij niczym grzmot spadł na koński łeb, roztrzaskując go nieomal na miazgę.
Spojrzałem w górę, aby ujrzeć nikogo innego jak Shoyę. Chłopak wyszarpnął swoją prymitywną broń z czaszki przerażającej istoty, która powoli zaczęła się cofać w głąb jeziora. Wbił ją w grząski piasek dna zbiornika wodnego i wyciągnął w moim kierunku rękę w geście pomocy.
- Kelpia (brytyjski i irlandzki demon wodny od aut.) – oświadczył. – Zmiennokształtny demon wodny, który występuje najczęściej pod postacią konia. Kiedy go dosiądziesz, nurkuje i zabija swoje ofiary na dnie zbiornika, który zamieszkuje. Zazwyczaj pozwala wypłynąć ludzkim wnętrznością na powierzchnię wody, znacząc swój teren – wyjaśnił jakby cytował encyklopedię. Z obrzydzeniem zauważyłem dopiero w tym momencie, że na powierzchni wody w istocie pływają jakieś szczątki…
Coś co wyglądało jak ochłap gnijącego mięsa zatrzymało się przy mojej dłoni, jaką wciąż trzymałem w wodzie, której poziom mógł zakryć jedynie moje palce. Poderwałem się niczym oparzony, starając się oddalić jak najmocniej od tego przeklętego jeziora. Zerwałem się na nogi, czego zaraz oczywiście pożałowałem. Ledwo wstałem, już z powrotem znalazłem się na ziemi.
- Ugryzł cię? – zapytał. W odpowiedzi jedynie pokiwałem głową, gdyż nie mogłem wydusić z siebie ani słowa.
W oddali przy wejściu do pagody dojrzałem postać Sōtangitsune. Zdziwiło mnie, że głowa parady pozwoliła udzielić mi pomocy swojemu podwładnemu. Coś mi się zdawało, że Suzaku mógł mieć rację, jeśli chodzi o sprawę darzenia sympatią ludzi przez osławionego lisa… Niemniej byłem mu dozgonnie wdzięczny; właściwie w tej chwili byłem mu tak cholernie wdzięczny, iż byłem gotów paść mu do nóg i po stokroć dziękować za jego wspaniałomyślność i uczynność.
Po odgłosach, jakie doszły nas z budynku, mogłem wywnioskować, że rozpoczęła się kolejna wrzawa. Z urywanych słów, które udało mi się wychwycić, zrozumiałem, iż znów to ja byłem przedmiotem sporu.
- Opatrzę cię – zaoferował szatyn, pomagając mi się podnieść i przewieszając sobie moją rękę przez ramiona, aby odciążyć moją uszkodzoną nogę.
Zaprowadził mnie do pustego pomieszczenia w świątyni, które mieściło się w przeciwnym skrzydle niż to, gdzie znajdywała się pagoda. Usadził mnie na podłodze, a sam wyszedł bez słowa. Drżałem z zimna i silnych emocji, które wciąż mną targały. Nerwowo drapałem paznokciami chropowatą powierzchnię mat tatami, modląc się w duchu, żeby chłopak szybko wrócił, gdyż cały czas byłem zdjęty strachem, iż zaraz coś przerwie te papierowe drzwi i do pomieszczenia wleci kolejny demon, który będzie czyhał na moje życie. Jednego wieczora już trzy razy dybano na moje życie – chyba trochę za dużo jak na jeden raz, co?
Shoya na szczęście w istocie wrócił szybko. Niósł ze sobą niewielkich rozmiarów drewniane pudełko, w którym, jak się okazało, znajdywały się medykamenty i opatrunki. Hanyo wciąż bez słowa podwinął rozerwaną nogawkę moich spodni i osuszył delikatnie zranione miejsce, by następnie oczyścić je gazą nasączoną jakimś specyfikiem o ostrym zapachu. Drgnąłem mocniej, kiedy ją przyłożył. Bolało jak cholera. Zagryzłem wargi, żeby nie jęknąć z bólu ani tym bardziej nie rozpłakać się, gdyż miałem na to wielką ochotę. Byłem u kresu sił wytrzymałości. Miałem ochotę wyć do tego cholernego ogromnego, czerwonego księżyca i rozpłakać się jak małe dziecko. Dlaczego to wszystko musiało się przytrafić akurat mnie?
Półdemon, jak się zdawało, miał wprawę w robieniu opatrunków, gdyż szybko sobie z tym poradził. Może nie był zbyt miły, lecz nie umknęło jego uwadze to, w jakim stanie się znajdywałem. Widząc to, westchnął ciężko.
- To właśnie dlatego nalegałem, żebyś odszedł, kiedy jeszcze mogłeś to zrobić – klapnął ciężko na podłodze obok mnie. – Chciałem ci tego oszczędzić…
- Dziękuję… - szepnąłem cicho, pozwalając sobie oprzeć się o jego ramię. – Za wszystko…
- Jeszcze nie dziękuj – pokręcił głową. – Nie wiadomo czy będziesz miał za co; pamiętaj, że noc jeszcze się nie skończyła, a więc wciąż musisz walczyć o życie – spojrzał na mnie surowo. – Jeśli dożyjesz poranka, wtedy dopiero będziemy mogli rzucić się sobie w objęcia i dopiero wtedy będziesz mógł mi podziękować – rzucił dość kwaśno.
Może brzmiało to mało optymistycznie, ale wiedziałem, że taka była prawda. Noc się nie skończyła. Ta cholerna parada wciąż z powodzeniem trwała.
Wyprostowałem się z trudem. Płacz mi w niczym nie pomoże – powtarzałem uparcie w myślach. Wziąłem głębszy wdech, przełykając łzy. Musiałem wziąć się w garść. Musiałem stać się bardziej uważny. Nie mogłem wciąż bez końca polegać na Shoyi.
- Och… - wyrwało mi się, kiedy spojrzałem na jego czarną yutakę, która, w chwili obecnej, była w nieładzie, cała pognieciona i poznaczona ciemniejszymi plamami. – Przemoczyłem cię… - zauważyłem ze smutkiem. Jego tradycyjnemu ubiorowi ubył nieco elegancji przez stan, w jakim obecnie się znajdywał.
- Daj spokój – machnął lekceważąco ręką. – Są ważniejsze sprawy – obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. – Wiesz, że musimy tam wrócić? – zapytał dość niepewnie. W odpowiedzi jedynie skinąłem głową, gdyż poczułem, że gardło znów ściska mi się ze strachu i rośnie w nim gula, kiedy znów zaczęło zbierać mi się na płacz. Za cholerę nie chciałem tam wracać; ale niestety nie było innego wyjścia. Na moment przymknąłem powieki, próbując odzyskać rezon.
Chyba w końcu udało mi się opanować drżenie, mimo iż w rzeczywistości w środku cały dygotałem ze strachu. Kiedy wcześniej szatyn mówił o tym, że znajdywałem się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, o tym, że jestem tu jedynie zabawką… nie dowierzałem mu, szczerze powiedziawszy. Wpierw otumaniony oparami boskiego ziela tkwiłem gdzieś w swoim świecie, nie przejmując się zbytnio otoczeniem. W mojej głowie zrodziło się przeświadczenie, że to, co widzę, nie jest rzeczywiste, realne – to tak, jakbym przeniósł się do świata snu, tak, jakbym w istocie był częścią rozgrywających się tu wydarzeń, ale jednocześnie nie pasował do nich. To tak jakbym był pionkiem zapożyczonym z innej gry planszowej – przecież w istocie nie należałem do tego światka. Gra zaraz się skończy i ktoś grzecznie odstawi mnie na moją planszę, zabierze stąd. Nic nie może mi się tu stać, bo przecież nie jestem stąd. To wszystko jest nierealnym, chwilowym złudzeniem. Ono zaraz się skończy, a ja nawet zbyt dobrze nie będę pamiętał tej krainy wiecznego strachu… Całe szczęście doszedłem nieco do siebie, po tym jak obudziłem się w składziku razem z duchem węża z Okinawy. Sen okazał się zbawienny, jednak wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co działo się wokół mnie – w to, co działo się ze mną. Dziwne stwory, legendarne demony? Nawet nie próbowałem tego pojąć. Po prostu przyjąłem to do wiadomości, nie szukając żadnego logicznego wyjaśnienia. Ot po prostu są – a ja wśród nich. Miałem po prostu czekać, aż nadejdzie świt, tak jak powiedział Shoya, a wtedy będę mógł wrócić do domu. Ciepły prysznic i łóżko, które tam na mnie czekają wszystko mi wynagrodzą i pozwolą zapomnieć. Wstanę późnym południem, święcie przekonany, że to był tylko dziwny, realistyczny sen.
I tyle.
Ale w końcu się przebudziłem.
Zdaje się, że woda rzeczywiście mnie otrzeźwiła. Przestałem się łudzić, wmawiać sobie, że to wszystko to pijackie majaki… To była rzeczywistość – w końcu to do mnie dobitnie dotarło; mało tego, śmiertelnie niebezpieczna rzeczywistość, w której nie byłem nawet zabawką, a zwykłym popychadłem, może czyjąś przekąską. Znalazłem się w świecie, w którym musiałem walczyć o swoje życie. Czułem, jak zimne macki cienia śmierci i strachu nieustannie przesuwały się po moim ciele, upominając się o mnie.
O dobry Buddo Amido, ratuj!
Nie… Budda tu nic nie pomorze… - zdałem sobie sprawę. Znajdywał się wśród mrowia demonów, siedziałem przy jednym stole z demonicznymi bóstwami… Jak tu niby Budda miałby coś zdziałać? Musiałem w końcu przestać rozpaczliwie zwracać się do bytów wyższych, którym przecież jeszcze całkiem niedawno zarzucałem niesprawiedliwość, a nawet domniemałem, że nie istnieją – żadne z nich mi teraz nie pomorze. Byłem zdany sam na siebie; sam musiałem wyratować własną skórę… no, może miałem jeszcze hanyo do pomocy…
- Czy ta noc nie ciągnie się zbyt długo? – zadałem pytanie drżącym głosem.
- To nie jest zwykła noc – wyjaśnił półdemon. – Czy myślisz, że zjeżdżałyby tu wszystkie ayakashi z kraju, a Sōtangitsune urządzałby tak ogromną paradę tylko na marne kilka godzin? – spojrzał na mnie z przyganą, po czym rozsunął papierowe drzwi, z których roztaczał się widok na miasto. – Tu czas nie płynie tak, jak tam na dole – wskazał palcem na ludzi, którzy przechadzali się tuż pod górą, na której znajdywała się świątynia i absolutnie nie zwracali uwagi na krzyki, piski, łomoty i bełkotliwe śpiewy dochodzące z pagody. Wtem przypomniałem sobie, że kiedy wspinałem się na wzniesienie, również niczego nie zauważyłem, mimo iż parada już trwała. – Hayakki-yokō rządzi się swoimi własnymi prawami. Jednym z nich jest wymuszanie cyklicznego zawracania czasu. Jeśli księżyc będzie zdawał się już zanikać, a niebo rozjaśniać, to o niczym nie świadczy. Nie sugeruj się tym. Słońce dopiero wstanie, kiedy zakończy się parada, a o tym zarządzi nikt inny jak Sōtangitsune – rozłożył bezradnie ręce. – W jednej chwili może się zdawać, że już nadchodzi świt, a zaraz potem znów zapanuje ciemna noc; i tak w kółko. Na tym właśnie polega cykliczne zawracanie czasu – szczęka opadła mi niemal do samej ziemi.
- To znaczy, że… że… - jąkałem się, nie mogąc złożyć żadnego składnego zdania. – Ile w „ludzkim” pojmowaniu czasu może trwać ta parada? – zapytałem, mimo iż bardzo bałem się usłyszeć odpowiedzi.
- No cóż… - Shoya westchnął. – Nie ma jakiejś ściśle określonej reguły… - wzruszył ramionami. – Może przeciągać się w czasie… - widocznie próbował złagodzić brzmienie tych złych dla mnie nowin, jednak i tak zadrżałem ze strachu.
- To znaczy? – dociekałem.
- Kiedyś trwała nawet blisko pół roku… - mruknął cicho, rozglądając się wymijająco po ścianach, aby nie patrzeć mi w oczy.
- Ile?! – ryknąłem przerażony, będąc pewnym, że nie dożyję jej końca.
- Spokojnie, to miało miejsce chyba jeszcze w epoce Heian (okres w historii Japoni trwający od 794 do 1185 roku od aut.), jeśli się nie mylę… - zamyślił się.
- Jeszcze mi powiedz, że pamiętasz te czasy, a sam z własnej, nieprzymuszonej woli zaraz wrócę do tej kelpii… - załamałem się.
- Oczywiście, że nie! – zawołał. – Jestem jedynie półdemonem; nie jestem tak długowieczny jak ci wysoko postawieni ayakashi – zaprotestował. – Moje życie będzie trwać dłużej niż ludzkie, ale nie będzie też tak długie jak demoniczne – sprostował. – O tej sytuacji po prostu kiedyś zasłyszałem…
- A więc ile ty masz lat? – dopytywałem, ale nie dostałem już odpowiedzi. Chłopak uśmiechnął się do mnie przepraszająco i pokręcił głową, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że mam się przestać tym interesować. – No dobrze… - odpuściłem łatwo. – W takim razie ile przeciętnie trwa nocna parada demonów?
- Ostatnia trwała około dwóch tygodni ludzkich – odparł już rzeczowo.
- A… ile trwa już ta?
- To dopiero pierwszy dzień, jeśli przeliczać na ludzkie godziny – spojrzał na mnie niepewnie, zapewne obawiając się mojej reakcji.
Cudnie.
Rewelacyjnie.
Czy mogę sobie przynajmniej wybrać trumnę?
O ile w ogóle będzie w niej co składać…
Pokiwałem głową ze zrozumieniem, gdyż nic innego nie mogłem zrobić. W zasadzie to mogłem wyć, płakać, krzyczeć lub zaśmiać się obłąkańczo, ale to przecież w niczym by nie pomogło. Mogłem też błagać szatyna, aby pomógł mi stąd uciec, ale jak już zrozumiałem, nijak nie mógł tego zrobić, a ponad to, gdyby ktoś zauważył moje zniknięcie, zapewne to on byłby pierwszym podejrzanym – w końcu w jakimś stopniu też był człowiekiem, więc niby dlaczego nie miałby się nade mną zlitować? Coś w nim drgnęło w porównaniu do demonów, dla których byłem jedynie rozrywką – a jak się wydawało, ayakashi zdawali sobie sprawę z tej „słabości” hanyo do gatunku ludzkiego, dlatego, między innymi, Suzaku tak bardzo nim gardził.
Nie, to zbyt duże niebezpieczeństwo dla niego. Nie chciałem ściągać mu na głowę kolejnych problemów – już i tak wystarczająco mu ich przysporzyłem.
- Chodźmy – niemal wyszeptałem. – Nie ma sensu odwlekać to, co nieuniknione – dodałem obojętnie.
Podwładny lisa z Kioto spojrzał na mnie zszokowany – niemniej zdziwienie malowało się na jego twarzy tylko przez krótką chwilę. Zaraz potem pokiwał głową i spojrzał na mnie jakoś bardziej przychylnie. Uniósł lekko brwi, jakby w uznaniu, a delikatny uśmieszek, który wpłynął na jego usta przypominał mi wyraz twarzy dumnego rodzica, który właśnie obserwuje jak jego dziecko z nieporadnej ciamajdy staje się dojrzałym mężczyzną, który przestał lamentować niczym mała dziewczyna, przyjmując w końcu to, co daje mu los, tak jak powinien.
Ja jednak tak szczęśliwy nie byłem.
Weszliśmy z powrotem do pagody, gdzie dalej trwała nocna parada demonów. Zająłem swoje poprzednie miejsce bez słowa, podobnie jak i szatyn, który pierwsze co, to złapał za buteleczkę sake i nalał jej do czarki swojego zwierzchnika.
- Och, nareszcie jesteś – głowa parady spojrzała na mnie mętnym wzrokiem. Uważniej przyjrzał się mojej rozranionej nodze, która bolała jak cholera, kiedy zmuszałem się do tradycyjnego siadu. – Wybacz mi porywczość jednego z moich gości – potraktował ganiącym spojrzeniem rosłego tengu. – Wszak tobie też należy się szacunek, gdyż niemniej ty również należysz do grona moich gości, człowieku – posłał mi przesłodzony uśmiech. Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo.
Skinąłem głową, nie siląc się na żadną inną odpowiedź. Kishin posłała mi zmartwione spojrzenie, jednak nie powiem, żebym ucieszył się z tego – nawet nie chciałem się domyślać, w jaki sposób ayakashi mogą okazywać sobie wzajemnie troskę. Po prostu zamierzałem tu wysiedzieć tak długo, jak tylko będę mógł, a potem… a potem to już się zobaczy. Przestałem marzyć o powrocie do domu. W tej chwili wizja ta stała się dla mnie tak odległa i nierealna, iż na samo wspomnienie krętego rządka brudnych kubków po kawie, które zalegały na moim biurku czy klawiaturze laptopa tak artystycznie zabrudzonej popiołem z papierosów, aż ściskało mnie w żołądku z tęsknoty i żalu. Cóż, musiałem się z tym pożegnać…
Znów wybuchła burzliwa rozmowa. Tym razem przysłuchiwałem się jej, przesuwałem spojrzeniem po zebranych, którzy kolejno zabierali głos, aby Taimatsumaru znowu nie przeszło przez myśl, aby mnie „otrzeźwić”.
Tym razem byłem jednak aż nadto trzeźwy i przytomny.

Ciekawe, co będzie dalej… choć w sumie za bardzo mnie to nie interesowało i w gruncie rzeczy wolałbym się tego nie dowiadywać, nie przekonywać o tym na własnej skórze – ale jak widać w tym miejscu nikt nie pytał mnie o zdanie, a więc mogłem jedynie grzecznie czekać na samoistny rozwój wydarzeń.