Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MiA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MiA. Pokaż wszystkie posty

"世界が急に変わればいい" cz.1 Yohio x Nihit (ex Killaneth), Nihit x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit x MiA (Mejibray)

Dobra, zdecydowałam się zacząć poblikować tę nową, wcześniej zapowiedzianą serię, gdyż... cóż, nic innego nie cieszy się zainteresowaniem (a więc i autorowi na głodzie nie chce się pisać >.<), więc może to opowiadanie będzie miało chociaż trochę więcej szczęścia i zgarnie więcej czytelników (?).

Tytuł: "世界が急に変わればいい" (jap. "Sekai ga kyuu ni kawaba ii", pol. "Mam nadzieję, że świat nagle się zmieni")
Paring: Yohio x Nihit (ex Killaneth), Nihit x Kai (TRNTY D:CODE, ex Killaneth), Nihit x MiA (Mejibray)
Typ: seria -> cz.1/?
Gatunek: obyczajowe
Beta: -

Zdjęcie z instagrama Kaia, które swego czasu posłużyło mi za inspirację:


Westchnąłem ciężko, popychając równie ciężkie jak i moje westchnięcie, szklane drzwi prowadzącego do obszernego hallu. Ciemna, granitowa posadzka błyszczała się jak tyłek niemowlaka w ostrym świetle podwieszanych lamp. Ściany nie były upiększane w tradycyjny sposób obrazami czy jakimiś malowidłami, ale zdobiły je akwaria. W nich z kolei pływały małe, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy rybki oraz falowała ospale morska zielenina przypominająca paprocie i sałatę. Ta, nawet tego zielska nazwać poprawnie nie potrafiłem, bo zazwyczaj w latach szkolnych byłem tym, który na lekcjach zajmował się absolutnie wszystkim tylko nie tym, czym powinien... Nie, żebym jakoś wyjątkowo tego żałował, ale czasami zastanawiałem się czy abym na pewno dobrze w życiu wybrał. Może mogłem trochę bardziej się postarać w czasie edukacji, załapać jakąś standardową, nudną pracę w biurze, nosić przepocony garnitur i wychodzić codziennie na drinka ze współpracownikami, żeby utopić całą swoją frustrację w alkoholu, stając się przy tym żywą definicją salarymana? 
Może...
Nie no, do cholery, kogo ja próbuję oszukać? Nie wytrzymałbym takiego trybu życia nawet tygodnia. Zapewne w końcu puściłyby mi nerwy i zrobiłbym coś nieprzewidywalnego i głupiego, czego później mógłby srogo żałować... i nie mógłbym wykluczyć, że nie polałaby się przy tym krew.
Podszedłem do recepcjonistki siedzącej za wysokim, również granitowym kontuarem. Przedstawiłem się i kulturalnie poprosiłem, żeby dała znać szefowi, że stawiłem się już na spotkanie, na które byłem umówiony. Ta skinęła mi głową i chwyciła za słuchawkę telefonu, wskazując mi w międzyczasie miejsce na jednej ze skórzanych, czarno-białych kanap. Udałem się we wskazanym kierunku, zajmując siedzenie oraz ledwo powstrzymując się od poddania się palącej chęci, wyciągnięcia obolałych nóg i założenia ich na niski, biały stolik, który został ustawiony tuż przed sofami. Byłem zmęczony ganianiem od jednego spotkania do drugiego, płaszczenia się raz za razem, żeby ktoś łaskawie w końcu dał mi i mojemu projektowi szansę. Przy okazji byłem także zmęczony słuchaniem ciągłych odmów. "No niestety (...)", "Może innym razem.", 'Życzymy dalszych sukcesów na drodze karierze z innymi wspólnikami.". No pewnie. Jasne. Piękne, puste kurtuazyjne słówka, psia mać. Problem polegał jednak na tym, że nie interesowały mnie żadne wymówki tylko kontrakt. Kontrakt i pieniądze, bo przecież potrzebowałem funduszy na sprzęt, nagranie teledysku do singla, transport, stroje i wiele innych... W końcu za darmo to boli gardło nie? No właśnie. I niestety nic więcej niż bolącego gardła za darmo nie dało się wysępić.
Powoli zaczynałem wątpić, że w ogóle coś z tego wyjdzie. Ta menda, Rushi, odszedł i wszystko popsuł. Nie mogłem jednak się poddać tylko i wyłącznie ze względu na to, że ten wybrał Jupiter ponad Killaneth. Na odchodne oschle rzuciłem, że go nie potrzebuję. Że mój zespół osiągnie sukces bez niego. Cóż... można powiedzieć, że ta opcja nie wypaliła, gdyż grupa ostatecznie została rozwiązana, toteż teraz musiałem skupić się na czymś innym, żeby nie zostać gołosłownym. Bo, co jak co, ale nie byłem tym typem człowieka, który rzuca słowa na wiatr. Nie wyszło z Killaneth, no to trzeba było założyć nowy projekt. Za wszelką cenę chciałem pokazać tej zdradliwej wszy, że byłem ponad nią. Dopadła mnie obsesyjna chęć sprawienia, żeby ten jeszcze pożałował swojej decyzji. Byłem zdeterminowany, żeby dopiąć swego, choć w chwilach takich jak ta byłem zwyczajnie zmęczony. Miałem ochotę na chwilę odejść od tego wszystkiego i zrobić sobie krótką przerwę. Wiedziałem jednak, że gdybym teraz odpuścił, wszystko posypałoby się i nie byłoby już od tego odwrotu. Nie mogłem się poddać. Nie teraz. Nie tutaj. Powtarzałem sobie, że jeszcze tylko trochę i ów wszystko wreszcie przybierze właściwy kształt i formę, zostanie nakierowane na właściwe tory, a ja znów będę mógł tworzyć. 
Musiałem przyznać, że mój zapał i upór znacznie szybciej zostałby złamany, gdyby nie Saku, który mnie wspierał. Nie chciałem i nie mogłam poddać się również ze względu na niego. Mój przyjaciel pokładał nadzieje w dzielonych wspólnie ze mną marzeniach, które musiały się spełnić dla nas obu. Nawet teraz pisał mi pocieszające wiadomości, jednocześnie powtarzając, że "wejście smoka", na które niezaprzeczalnie miałem ochotę, z pewnością byłoby efektowne i pozwoliłoby mi wprawić kolejnego sztywniaka we wspomnianym, przepoconym garniturze, z którym miałem się rozmówić, w niemały szok, jednak technika ta zdecydowanie była mało skuteczna, jeśli chodziło o negocjacje dotyczące podpisania kontraktu. Pisanie z chłopakiem przynajmniej trochę poprawiło mi humor. Saku zawsze wiedział, jak mnie pocieszyć, rozśmieszyć lub w ogóle, co powiedzieć w danym momencie, co chciałem usłyszeć. Czytał ze mnie, jak z otwartej księgi, a ja nie mogłem wyjść z podziwu dla jego przechodzących ludzkie pojęcie zdolności.
Po paru minutach recepcjonistka oświadczyła, że jegomość, z którym byłem umówiony na spotkanie, jest dzisiaj niedysponowany, toteż przyjdzie mi rozmawiać z kimś innym. Na te słowa podniosłem jedną brew, spoglądając na nią krzywo. Czy to są jakieś jaja? Już z miejsca potraktowali mnie jak śmiecia i postanowili przekazać moją sprawę, jak domniemałem, jakiemuś startującemu chłystkowi, który dostał odgórne polecenie przybicia mi pieczątki na czole: "Fail. Case closed."? Nie mogłem w to uwierzyć...
Zanim zdążyłem poczerwienieć ze złości i zerwać się na równe nogi, wyżywając się na niewinnej kobiecie, do hallu weszła kolejna osoba. Był to szczupły, tleniony blondyn, którego facjata już z daleka wydawała mi się znajoma. Pech (czy raczej moja własna głupota) sprawił jednak, że wyjątkowo dzisiaj założyłem kolorowe soczewki, które nie korygowały mojej wady wzroku, toteż z początku nie mogłem gościa rozpoznać. Wraz z tym jak ten zbliżał się do mnie, a jego kroki rozbrzmiewały nienaturalnie głośno, spotęgowane przez echo odbijające się od kamiennych ścian, dostrzegałem w nim coraz więcej szczegółów. Był blady jak duch, ubrany cały na biało. Jasne, niebieskie oczy spoglądały na mnie spod cienkich, pojedynczych kresek brwi zupełnie bez wyrazu, podczas gdy jego różowe, z pewnością napchane sylikonem usta rozciągały się przyjaźnie w nieszczerym uśmiechu. Drobny nos miał minimalnie zmarszczony w wyrazie, który mógłby sugerować, jakby poczuł jakąś nieprzyjazną woń - i zapewne to ode mnie trąciło problemami na kilometr, więc właściwie nie byłem zdziwiony jego reakcją, którą i tak z racji grzeczności starał się zamaskować.
- Zapraszam do biura - przywołał mnie do siebie gestem ręki, czekając aż do niego dołączę. - Nazywam się Yohio. Miło mi cię poznać - przedstawił się z wyraźnym akcentem.
- Kai - uścisnąłem jego dłoń i ruszyłem za nim do jego gabinetu.
Blondyn usiadł za masywnym biurkiem z rozłożoną na jego blacie dokumentacją. Mnie wskazał fotel naprzeciwko. Obrzuciłem pobieżnym spojrzeniem pełne przepychu, gigantycznych rozmiarów biuro. Za moimi plecami mieściły się kolejne kanapy i stolik do kawy, jakby nie było tu jeszcze wystarczająco miejsc do usadzenia całej kompanii wojska. Po mojej prawie rozpościerała się witryna z widokiem na miasto. Nice. Nie no, musiałem przyznać, że wystrój robił wrażenie. Ekskluzywnie i szykownie. Jeszcze tylko białego futerka na podłodze brakowało i kominka. Tylko po cholerę cała ta szopka i przedstawienie? Mnie zadowoliłaby zwykła pogadanka na mieście w jakiejś małej kawiarni albo w studiu, a nie w prywatnej komnacie pałacowej, ale cóż... było to, co dawali, a ja nie mogłem narzekać. Przynajmniej jeszcze nie teraz, kiedy póki co wciąż siedziałem tu z pustymi rękoma.
- Kawy? Herbaty? - zaproponował kurtuazyjnie.
- Spasuję - mruknąłem, zakładając nogę na nogę. 
- Na pewno? - upewnił się, sam sięgając po filiżankę stojącą na jego biurku. W odpowiedzi jedynie skinąłem mu głową. - No dobrze. W takim razie pomówmy o biznesach... - mruknął. - Przejrzałem dokumenty, które nadesłałeś oraz twoje portfolio. Muszę przyznać, że wygląda to całkiem interesująco, ale... - zawiesił głos, a mnie krew odpłynęła z twarzy. No dawaj, wysłów, że się wreszcie! - ...jednak po dogłębnej weryfikacji oraz konsultacji z moimi współpracownikami z przykrością muszę oznajmić, że jednak ty, Kai-san, i twoja grupa... - szybko zanurkował spojrzeniem w dokumenty - ...TRNTY D:CODE, nie jesteście partnerami, jakich Keios Entertainment poszukuje - splótł dłonie, spoglądając na mnie tak, jakby faktyczne mogłoby mu być przykro.
- Nie no, nie wierzę! - sapnąłem ciężko. - Przyznaj się, dostałeś te papiery parę minut przed moim przybyciem i nie było żadnej analizy, konsultowania się ze współpracownikami ani wróżenia z tabelek sprzedaży na przyszły kwartał! - przewróciłem oczyma. - Ktoś z góry ci po prostu powiedział, żeby mnie spławić, bo rozchodzi się właśnie o mnie, tak? - domyśliłem się. - Jasne, czaję, mam opinię awanturnika i chodzących kłopotów we własnej osobie - kontynuowałem zanim ten zdążył się odezwać. - Dobra, Yohio, słuchaj, darujmy sobie te grzecznościowe zwroty i porozmawiajmy normalnie - westchnąłem. - Jestem zmęczony łażeniem od agencji do agencji, od wytwórni do wytwórni, od studia do studia i błagania na kolanach, żeby ktoś mnie przyjął, ale przede wszystkim mam dość tego, że jestem zwyczajnie skreślany przez to, co mówią o mnie inni...
- Cóż, poniekąd jesteś sam sobie winny czyż nie tak? - przerwał mi. - Sam wyrobiłeś sobie taką opinię po tym, jak Rushi opuścił Killaneth, więc nie dziw się, że obecnie nikt nie chce mieć z tobą zbyt wiele wspólnego - wzruszył ramionami. - Owszem, ludzie mówią o tobie jako o awanturniku i "niestabilnym" muzyku, z którym ciężko współpracować, którego następne ruchy ciężko przewidzieć. Wiesz, może okazać się, że w pierwszym kwartale będziesz super gwiazdą i wszystko będzie świetnie, aż do czasu, kiedy znów zaczniesz mieć muchy w nosie i w drugim kwartale sprzedaż sięgnie dna. Z punktu widzenia czysto biznesowego nie jesteś zbyt atrakcyjnym partnerem i tyle w temacie - wyjaśnił. Jego prawdomówność i otwartość właściwie mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się czegoś podobnego po nim. - Jako spółka maczająca palce w biznesie muzycznym jesteśmy przygotowani na to, że sprzedaż może wyglądać różnie w różnych okresach, bo w końcu nie produkujemy tu ryżu, na który zawsze i wszędzie jest popyt. Raz coś się sprzeda od razu, czasem w ogóle, a nieraz trzeba poczekać na to wielkie "bum", kiedy ludzie zaczną walić do sklepów i na koncerty drzwiami i oknami. Niemniej jednak wciąż chcemy zarabiać i mieć z twojej pracy jakieś zyski, ale ty jesteś jedną wielką niewiadomą, która szybko może przyprawić nam tytuł bankruta. Rozumiesz już? - westchnął. - To nie tak, że wszyscy cię nie lubią i się na ciebie obrazili po tym, jak zrobiłeś awanturę Rushiemu. Można powiedzieć, że twój charakter ciągnie ze sobą również pewne zagrożenia finansowe - sięgnął nieprzejęty po swoją niedopitą herbatę raz jeszcze, wyglądając przy tym tak, jakby mówił o dzisiejszej pogodzie. Na moment aż mnie zamurowało z wrażenia. - Poza tym, jakbyś nie wiedział, to ja pełnie tu rolę CEO, więc nikt nie może mi wydawać rozkazów. Mogę co najwyżej zasugerować się czyjąś opinią lub zasięgnąć rady, ale to wszystko. Sam podejmuję decyzje - spojrzał na mnie dość nieprzychylnie ze względu na fakt, iż niejako mu ubliżyłem mając go za byle kogo. Cóż, nie spodziewałem się, że przyjdzie mi bezpośrednio rozmawiać z szefem całej spółki.
- Kminię - pokiwałem głową. - Przyjmuję do wiadomości twój punkt widzenia i twoje stanowisko, ale teraz to ty spróbuj zrozumieć mnie. Jestem muzykiem - rozłożyłem ręce, jakby to miało już wszystko wyjaśniać. Na szybko próbowałem przypomnieć sobie wszystko, co obiło mi się kiedyś o uszy na temat Yohio. - Muzykiem z wyboru i pasji, a nie z przymusu czy przypadku. Nie jestem podstawioną gwiazdką, która tylko rusza ustami do playbacku granego na koncertach. Też jesteś muzykiem, więc pewnie wiesz, jak się czuję... - spróbowałem go podejść, powołując się na solidarność znajomych po fachu.
- Z tego, co mi wiadomo to Noctscure również rozpadło się za sprawą kłótni miedzy członkami zespołu, w której brałeś udział - wytknął mi, krzywiąc się przy tym nieznacznie i upierając się przy swoim.
- No... może... - przyznałem niechętnie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. - Ale to było lata temu! - zawołałem.
- Sprawa z Rushim jest świeża - zauważył.
- Słuchaj, jestem tu tylko ze względu na kasę, okej? - westchnąłem ciężko. - Z chęcią poszedłbym w ślady X Japan i sam zostałbym własnym sponsorem, ale no patrz, jakoś jeszcze nie dorobiłem się wystarczająco, żeby być w stanie zrobić coś podobnego... - przewróciłem oczyma. - Wiem, co robię. Nie jestem pierwszym lepszym z ulicy. Jeszcze zrobisz na mnie biznes - próbowałem go przekonać.
- A wiesz, ile na tej ulicy jest muzyków? - prychnął. - Obecnie każdy chce być muzykiem - pokręcił głową z niedowierzaniem, że też musi tłumaczyć mi coś tak oczywistego. - Nie bój się, znajdziemy na twoje miejsce kogoś innego - uśmiechnął się jadowicie.
- A Saku? - postanowiłem ugryźć temat z innej strony. - To dobry muzyk! Wspaniały perkusista! - zachwalałem przyjaciela. - Na niego nic nie macie! - zauważyłem, uśmiechając się półgębkiem. - Jest znany z Vaatsu. Chciałbyś stracić taką możliwość usidlenia Saku? - nie dawałem za wygraną. - Można byłoby zrobić na nim niezły interes...
- Może tak, może nie - westchnął z lekka już poirytowany tą przeciągającą się rozmową. - Wiesz, Saku nie jest dla mnie wystarczającym argumentem, żeby zrobić cokolwiek w waszej sprawie... lub przynajmniej, żeby zrobić coś więcej niż wyrzucić wasze papiery do kosza - wskazał wymownie na makulaturę na biurku, a ja skrzywiłem się słysząc tak ostre słowa. - Może i Saku jest dobrym muzykiem, w żaden sposób nie próbuję mu ujmować, ale znów wracamy do tego samego tematu. Wiesz, ile w samym Tokio jest "dobrych" muzyków? - wzruszył ramionami. - Poza tym, sam zastanów się nad tym, co masz mi do zaoferowania, Kai. Postaw się na moim miejscu - nachylił się nad blatem, opierając się o niego łokciami. - Wyobraź sobie, że przychodzi ci do biura znany rozrabiaka z sąsiedztwa z mglistym planem na jakiś zespół, w którym póki co jest on i jego przyjaciel. Tylko wasza dwójka - spojrzał na mnie z politowaniem. - Nie macie żadnych klarownych planów ani nagrań, bo przecież wciąż macie niepełny skład. W mojej opinii nie macie nawet żadnych perspektyw. Inwestowanie w ciebie byłoby w moim przypadku strzałem w stopę - postawił sprawę jasno.
- Jestem w trakcie szukania odpowiednich członków - burknąłem. - Myślę, że jestem na dobrym tropie... - dodałem, choć w istocie wszystkich, których do tej pory przesłuchałem, odprawiałem do domu z kwitkiem. Blondyn westchnął ciężko. Wymownie zsunął wszystkie kartki z biurka w jeden stosik, dając mi tym samym do zrozumienia, że w jego opinii temat został wyczerpany. - No czekaj, nie wyrzucaj mnie jeszcze... - jęknąłem, na co ten włożył dokumenty do papierowej teczki, po czym wrzucił ją do kubła na śmieci i rzucił mi ostre spojrzenie, które nakazywało mi wyjść. - Serio, nie certolisz się w tańcu... - zagwizdałem.
- Odprowadzić cię do drzwi czy sam trafisz? - mruknął wyraźnie znudzony i zmęczony tą rozmową.
Wściekły niczym sam diabeł zgrzytnąłem zębami i wstałem ze swojego miejsca. Postąpiłem pierwsze kilka kroków w stronę wyjścia, jednak nagle zatrzymałem się gwałtownie. Doznałem olśnienia. Może moje następne zagranie było nieczyste, ale skoro wykorzystałem już wszystkie inne możliwości, to nie pozostało mi nic innego, jak chwyt za jaja... dosłownie i w przenośni.
Zawróciłem i podszedłem do mojego rozmówcy. Obszedłem jego biurko, po czym oparłem się jedną ręką na jego blacie, a drugą na oparciu jego krzesła obrotowego, więżąc go na jego siedzisku. Jasnowłosy spojrzał na mnie zaskoczony. W jego oczach mogłem zobaczyć strach przed tym, że mogłem go nawet uderzyć, jednak ja nie zamierzałem posuwać się do tak drastycznych i głupich środków... zamiast tego planowałem inne głupstwo, przez które w niedalekiej przyszłości zapewne miałem na siebie wyklinać i czuć wstręt i obrzydzenie do własnej osoby. No, ale cóż... czego nie robi się dla przyjaciół i spełnienia marzeń? Jeśli los nie chce ci dać tego, czego pragniesz, czasem sam musisz sobie to wziąć.
Nachyliłem się nad nim, naruszając przy tym jego przestrzeń prywatną. Trochę spanikował. Wiedział, że jestem od niego silniejszy i gdybym faktycznie chciał mu coś zrobić, to zapewne miałby mierne szanse na obronę.
- No to może podejdziemy do tych interesów z nieco innym nastawieniem, co? - zaproponowałem, szczerząc się figlarnie. - Może jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, żebyś zmienił swoje zdanie, Yohio-san? - szepnąłem mu na ucho, specjalnie tytułując go w ten sposób, żeby nieco połechtać jego ego.
- Próbujesz mnie przekupić? - prychnął, próbując się ode mnie odsunąć. Bezskutecznie.
- "Przekupić" to takie brzydkie słowo - westchnąłem, owiewając przy tym oddechem jego szyję. - Powiedzmy, że ty weźmiesz pod uwagę pewne znaczące aspekty i kwestie, które z pewnych przyczyn nie zostały uwzględnione w moich dokumentach i portfolio, a o których wspomniałem ci podczas rozmowy, hm? - mruknąłem. - Możesz przecież wytłumaczyć innym, że przeprowadziłeś ze mną dogłębny i szczegółowy wywiad, który pozwolił ci rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie mojego projektu - polizałem krawędź jego ucha, na co ten zaczerwienił się jak piwonia, czego trudno było nie zauważyć na jego bladej twarzy.
- Żartujesz sobie ze mnie? - położył ręce na mojej klatce piersiowej, próbując mnie odepchnąć. - Jestem profesjonalistą! - ściągnął gniewnie brwi.
- A czy ja podważam twoje kompetencje? - zaśmiałem się cicho, przeciągając nosem po jego szyi. - Też jestem profesjonalistą - zacząłem składać drobne pocałunki na jego wrażliwej w tym miejscu skórze. - Profesjonalistą w wielu dziedzinach - dodałem wymownie i uśmiechnąłem się szelmowsko, na co ten spojrzał na mnie oczami szeroko rozwartymi w zdziwieniu. Przełknął z trudem. - Więc jak? Pójdziemy na układ? - zaproponowałem. - Ty dasz mi to, czego chcę, a ja odpłacę ci się tym samym - obiecałem i zacząłem sunąć dłonią po jednym z jego szczupłych ud, gładząc je delikatnie, niespiesznie zbliżając się do krocza. Nie chciałem go za mocno wystraszyć.
- Czekaj - złapał mnie za nadgarstek, zanim właściwie zdążyłem cokolwiek zrobić. - Jeśli tak sprawiasz sprawę to... to faktycznie jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić... - przyznał roztrzęsionym głosem.
- Wszystko, co zechcesz - szepnąłem mu na ucho, ponownie liżąc jego krawędź.
- Masz wciąż kontakt z Nihitem? - zapytał znienacka. 
Zdziwiony aż odsunąłem się od niego i spojrzałem na niego jak na kretyna. Myślałem, że ten zaraz zacznie mi tu opowiadać o swoich zboczeniach i fantazjach erotycznych, którym chciałby dać upust z moją osobą, a ten nagle wyskakiwał mi tu z tematem byłego gitarzysty mojego zespołu? Czego on mógł chcieć od Nihita?
- Mam, a co? - zapytałem totalnie zbity z tropu.
- Chcę... się z nim spotkać... - wyznał zawstydzony. 
- I to tyle? - uniosłem wysoko brwi. - Chcesz, żebym umówił cię na randkę z Nihitem i w zamian machniesz mi podpis na cyrografie? - upewniłem się.
- Nie na randkę tylko...!
- Dobra, dobra, mnie nie oszukasz - przerwałem mu i machnąłem lekceważąco ręką, odsuwając się od niego i siadając na blacie. - Mogę cię z nim umówić, ale wiesz, jeśli liczysz, że w ramach tego "umawiania" powiem mu, żeby poszedł z tobą do łóżka, to grubo się mylisz - założyłem ręce na piersi. - Nihit to mój przyjaciel. Ze mną możesz robić, co ci się podoba, ale wara od moich bliskich - zastrzegłem. - Mogę wam zorganizować spotkanie, ale to, co stanie się później będzie już zależało tylko i wyłącznie od ciebie - odezwałem się ostro.
- Nie chcę go przelecieć, tylko się z nim spotkać! - zaprzeczył gwałtownie. - Lubię go, więc... - urwał, zawstydzony.
- Więc chcesz dać mu wolną rękę, żeby sam zdecydował czy on także cię polubi, czy też nie. Chciałbyś, żeby to wszystko wyglądało możliwie jak najbardziej naturalnie i autentycznie, ale przy okazji nie chcesz dać takiej szansie przejść ci koło nosa, kiedy ktoś, kto może ułatwić ci dostęp do twojej skrytej miłości sam do ciebie przyszedł? - zgadłem, na co ten niemrawo skinął głową. - Dobra, myślę, że mogę pójść na taki układ, bo Nihit na tym za bardzo nie ucierpi. Najwyżej jak go wkurzysz, to da ci kosza - rozłożyłem ręce, na co ten znów tylko skinął głową. - Ej, Yohio? - szturchnąłem go, żeby wreszcie na mnie spojrzał, co ten zrobił niechętnie. - Musisz nieźle bujać się w Nihicie, skoro za samą możliwość pójścia z nim na randkę zamierzasz dać mi kontrakt - wyszczerzyłem się paskudnie.
- Zamilcz! - syknął. - Jak tylko coś spartolisz, to nie myśl, że będę ci krył dupsko! Wykopię cię stąd na krzywy ryj nim się obejrzysz, więc lepiej się pilnuj! - warknął. - Będę miał na ciebie oko... - burknął. - Po prostu daję ci warunkową szansę - pokreślił.
- Jasne, jasne... - pokiwałem głową. - No, więc? Kiedy mam się stawić z Saku, żeby przypieczętować cyrograf? - uśmiechnąłem się szeroko.
- W czwartek - oświadczył. - Przygotuję kontrakt krótkoterminowy - zastrzegł.
- Na początek dobre i to - wzruszyłem ramionami. - Dzięki - cmoknąłem go po przyjacielsku w policzek, na co ten znów zarumienił się obficie i odjechał na swoim krześle ode mnie na dobre kilka metrów. - Dasz mi swój numer? - zapytałem. - Napiszę ci, kiedy Nihit ma wolne i przy okazji dam także jemu twój numer, żeby mógł do ciebie zadzwonić jakby co - wyjaśniłem, widząc jego podejrzliwe spojrzenie.
- Dobra - westchnął, po czym sięgnął po swój telefon i podstawił mi pod nos wyświetlacz z numerem. Nie podał mi zwyczajnie swojej wizytówki z numerem do biura, co oznaczało, że faktycznie załatwialiśmy sprawy pod stołem... ale fajnie! Prawie jak w filmie! - Kiedy będziesz miał okazję się z nim zobaczyć? - zapytał.
- Dzisiaj - odparłem, już wysyłając gitarzyście wiadomość, że zamierzałem wpaść do niego wieczorem.
- Kai? - spojrzał na mnie niepewnie. - Weź tylko załatw tę sprawę w miarę delikatnie, a nie... tak typowo w swoim stylu - posłał mi karcące spojrzenie, na co ja z kolei spojrzałem na niego z niezrozumieniem. - Bo znając ciebie to jeszcze wyjaśnisz mu całą sprawę taki sposób, że wyjdzie na to, że jestem jakimś zboczeńcem albo gwałcicielem... - burknął. - A ja chcę się z nim tylko spotkać i poznać, dotarło? - upewnił się.
- Jasne - odparłem szczęśliwy, że udało mi się dopiąć swego. - Zboczeniec i gwałciciel... wspomnę mu o tym! - zaśmiałem się.
- Kai! - krzyknął rozeźlony.
- No już, spokojnie - uniosłem ręce w pokojowym geście. - Tylko się z tobą droczę - zapewniłem. - Ej, ale jak wam nie wyjdzie to nie cofniesz mi kontraktu, nie? - przestraszyłem się.
- Nie, przecież kontrakt jest objęty ramami czasowymi - westchnął. - Żeby zerwać go wcześniej musiałbym podać jakiś dobry powód, a fakt, że Nihit nie chciałby się ze mną spotykać jakoś kiepsko figurowałby w raporcie, nie uważasz? - przewrócił oczyma.
- No - mruknąłem mało inteligentnie. - To spoko. Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy i ustaliliśmy, to ja spadam - zacząłem się zbierać do wyjścia. - Idę do Nihita wyjaśnić mu całą sprawę - rzuciłem na odchodne, na co ten kiwnął głową na znak zgody.
- Dasz mi znać, jaka była jego wstępna reakcja...? - zapytał cicho.
- W porządku - zgodziłem się. - No, to do zobaczenia! - pomachałem mu kierując się do wyjścia. - Właściwie to jak powinienem cię od dzisiaj tytułować? - zatrzymałem się z ręką na klamce. - Szefie? Managerze? - zachichotałem pod nosem, na co ten posłał mi tylko umęczone spojrzenie.
- Z tobą to faktycznie nie będzie to kontrakt, a prawdziwy cyrograf... - jęknął. - Już czuję się, jakbym podpisał pakt z diabłem... - podparł się załamany w niedbałej pozie.
- I słusznie! - zarechotałem, po czym w końcu wyszedłem.
- A ty morda w ciup! - krzyknął za mną. - Jak komuś coś powiesz, to ci zrobię z dupy jesień średniowiecza!
- Ma się rozumieć! - zasalutowałem. - Milczę jak grób! - zadowolony z siebie ruszyłem niemal tanecznym krokiem do wyjścia, wybierając przy tym numer Saku. - Przekładaj obiad u mamy! - zawołałem, kiedy ten tylko odebrał i roześmiałem się w głos. - W czwartek podpisujemy kontrakt! - zawołałem szczęśliwy.

*** 

Siedząc już wygodnie w salonie Nihita z piwem w ręku, opowiedziałem mu cały przebieg rozmowy z Yohio. Po wszystkim zdziwiony blondyn wpatrywał się we mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy na oczy.
- Ale dlaczego... ja? - wydukał. - Przecież ja go kompletnie nie znam - wzruszył ramionami.
- Proszę, Nihit, zgódź się! Zrób to dla mnie! - padłem przed nim na kolana. - Wiem, to było z mojej strony świńskie zagranie wobec ciebie - pokajałem się. - Nie powinienem był decydować za ciebie i w ogóle cię w to wciągać, ale... - spojrzałem na niego niczym zbity szczeniak. - Proooszę? - przeciągnąłem, wpatrując się w niego uporczywie.
Niby muzyk miał opcję, żeby się nie zgodzić i Yohio przyznał, że nie cofnąłby przez to swojej oferty, jednak ja wolałem zrobić "dobre pierwsze wrażenie" na prawdopodobnie moim przyszłym managerze, żeby możliwie zapewnić sobie pomyślną współpracę z nowym szefem.
- Nie mam ci tego za złe - machnął ręką. - W końcu dostałeś kontrakt, którego tak pragnąłeś praktycznie za darmo - uśmiechnął się delikatnie. - Poniekąd cieszę się, że chyba w jakiś sposób mogę czuć, że dołożyłem swoje trzy grosze do twojego sukcesu, prawda? - pogłaskał mnie po włosach, kiedy wciąż tak przed nim klęczałem, a właściwie to usadowiłem się między jego nogami, opierając ręce na jego kolanach.
- Oczywiście, że tak! - zawołałem, po czym przyciągnąłem go do siebie, obejmując go po przyjacielsku. - Więc zgodzisz się? - spojrzałem na niego z nadzieją.
- Tak, ale zrobię to tylko dla ciebie - westchnął, choć delikatny uśmiech wciąż figurował na jego wąskich ustach.
- Dziękuję! - uścisnąłem go.
- Cieszę się twoim szczęściem - poklepał mnie po plecach. - Kai, dusisz mnie! - jęknął, kiedy mój uścisk przybrał na sile. W końcu puściłem go, bo przecież nie mogłem pozbawić ostatniego tchnienia crush'a mojego szefa, prawda? - Wiesz... Ile to będzie musiało się ciągnąć? - zapytał nieco zaniepokojony. Ściągnąłem brwi w niezrozumieniu, niemo nakazując mu kontynuować, gdyż nie rozumiałem, o co ten tak właściwie mnie pytał. - Mam na myśli to, że raczej nie będę w stanie zbyt długo udawać, że jestem nim zainteresowany... - wyznał.
- Wcale nie musisz! - zamachałem rękami w powietrzu. - Jak ci się coś nie spodoba, to już na pierwszym spotkaniu możesz go oblać drinkiem i wyjść. Poza tym nie musisz się z nim spotykać już nigdy więcej, jeśli ten nie przypadnie ci do gustu - wyjaśniłem.
- Naprawdę? - ucieszył się. - To dobrze. To znacznie ułatwia sprawę - ulga widocznie odmalowała się na jego twarzy.
- Nie musisz udawać, że Yohio ci się podoba - zapewniłem.
- To naprawdę dobrze - pomógł mi się podnieść i usiąść na kanapie obok siebie. - Wiesz, kiepski ze mnie aktor - przyznał nieco zakłopotany. - W tematyce uczuć niestety jestem jeszcze bardziej nieporadny - podrapał się zafrasowany po karku. - Myślę, że nie umiałbym udawać, że interesuję się kimś takim jak Yohio, kiedy tak naprawdę już od jakiegoś czasu w głowie mam tylko jedną osobę... - mruknął. - Wydaje mi się, że Yohio szybko mógłby mnie przejrzeć...
- Co? - zdziwiłem się. - W kim się podkochujesz? - szturchnąłem go zaczepnie, na co ten zawstydzony spuścił wzrok na podłogę.
- W takim jednym... - westchnął, w delikatnym geście odgarniając włosy, które opadły mi na twarz. - ...pewnie go nie znasz... - uśmiechnął się zakłopotany, spoglądając mi prosto w oczy. Pod wpływem tego spojrzenia przeszły mnie dreszcze.
- Nihit... czy ty...? - urwałem, kiedy chłopak znów odwrócił ode mnie spojrzenie i wbił je w wykładzinę pod własnymi stopami. Niemrawo skinął mi głową.
- To dlatego nie chciałem już z tobą grać w jednym zespole... - wyznał. - Nie wiedziałem czy mógłbym to dłużej znieść... - niemal szepnął. - Kai, ja... przepraszam... - wydukał, wciąż skrupulatnie unikając mojego spojrzenia.
- Nihit... - przysunąłem się do niego, mimo iż ten uciekał ode mnie tak długo, aż w końcu skończył wciśnięty w oparcie sofy. Chwyciłem go za podbródek i zmusiłem go, żeby spojrzał mi w twarz. - Nie masz, za co przepraszać - odezwałem się przyciszonym głosem, po czym musnąłem jego usta.
Prawdą było, że nie do końca wiedziałem, co robię. Lubiłem Nihita. Był mi bliski, był moim przyjacielem. Z tej racji naprawdę byłem na siebie zły, że nie potrafiłem załatwić sobie kontraktu w żaden inny sposób niżby wplątując go w całą tę sprawę, która nie miała przecież z nim nic wspólnego. 
Lubiłem go, ale nie kochałem. Dlaczego zatem teraz go całowałem? Może dlatego, że ten wyznał mi swoje uczucia, a ja nie chciałem zostawić go z pustymi rękami. Bałem się, że nasze relacje się pogorszą. Nie chciałem stracić tego, co już miałem. Nie chciałem się cofać. W żadnym wypadku. Niestety, moja filozofia zakazując mi zrobienia kroku wstecz, nakazywała mi przy tym stanie w miejscu lub ruszenie do przodu. Póki co, mógłbym powiedzieć, że stanęliśmy na stabilnej, przyjacielskiej stopie z gitarzystą. Ja byłem szczęśliwy z obecnym stanem rzeczy, jednak on nie. On chciał zmiany, chciał się ruszyć. Do przodu albo do tyłu. Zostać zaakceptowanym lub odrzuconym. Zostać dla mnie kimś jeszcze bliższym lub wycofać się z mojego życia. Dostać konkretną odpowiedź czy idziemy w prawo, czy w lewo. Ze względu jednak na moją filozofię wyglądało na to, że nasz wybór był tylko teoretyczny, gdyż tak naprawdę podążaliśmy drogą jednokierunkową. Bo ja się nie cofałem. Parłem do przodu. A zatem nasza znajomość także musiała ruszyć dalej.
Nie czułem się źle z tym, co robiłem. Czułem się źle wisząc nad Yohio i próbując mu się zaoferować, kiedy nie miałem żadnych pozytywnych uczuć czy emocji wobec tego chłopaka. Z Nihitem było inaczej. Był moim przyjacielem. Wielu przyjaciół w ostateczności łączyło się w pary, prawda? Właściwie to nie widziałem żadnych przeciwwskazań, dla których faktycznie ja nie mogłem wziąć swoich uczuć do gitarzysty i pchnąć ich dalej. Mogłem się w nim zakochać. Tylko musiałem chcieć. Trochę się postarać. Muzyk był dobrym chłopakiem. Z pewnością zadurzenie się w nim przyjdzie mi z łatwością.
A przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić, żeby pozytywnie nastawić się do całej tej sytuacji.
Inną sprawą było to, że gdybym go w tej chwili odtrącił czułbym się zwyczajnie jak niewdzięcznik. Ten zgodził się iść w mojej sprawie na randkę z Yohio i nawet nie zrobił mi awantury o to, że niejako podjąłem decyzję za jego plecami - a ja co? Miałem tak po prostu powiedzieć: "Sorry, ale myślę, że jakoś razem nam nie wyjdzie."? Możliwe, że w jakiś sposób chciałem mu się odpłacić za jego dobroć, nawet jeśli miałem świadomość, że wybrany przeze mnie sposób był daleki od mądrego posunięcia.
Kolejną kwestią był Yohio sam w sobie. Niby Nihit był dla mnie tylko przyjacielem i go nie kochałem, jednak z drugiej strony... na samą myśl o tym, że ten faktycznie mógłby zacząć dogadywać się ze Szwedem i zacząć się z nim umawiać... byłem zazdrosny. Bałem się, że go przez to stracę... Nie rozumiałem za bardzo własnego toku myślenia, ale ta chęć zachowania chłopaka tylko i wyłącznie dla siebie i poczucie winy wynikające z tego, że niejako umówiłem go na randkę w ciemno świadczyły w moim mniemaniu o tym, że może moje przyjacielskie uczucia względem gitarzysty zaczęły już samoistnie ewoluować w coś więcej, jednak ja wciąż się jeszcze na nich nie poznałem.
Blondyn odpowiedział na pocałunek. Z początku był nieśmiały, jednak szybko objął mnie za szyję. Zachęcony ruchem z jego strony objąłem go w pasie i przyciągnąłem blisko siebie. Polizałem jego dolną wargę, na co ten w odpowiedzi uchylił usta w zapraszającym geście. Nasze języki splotły się ze sobą. Chłopak mruknął zadowolony, kiedy zacząłem przesuwać dłońmi po bokach jego ciała. Nihit podniósł się i usiadł na mnie okrakiem. Uśmiechnąłem się, widząc, jak bardzo pragnął mojej bliskości. Wsunąłem ręce pod jego bluzkę, czując pod palcami jego wystające żebra. Gitarzysta oddychał coraz szybciej, a jego pocałunki były coraz bardziej natarczywe i pełne pasji. Przyduszał mnie, jednak nie miałem mu tego za złe. Właściwie to nawet nieźle się bawiłem.
Po pewnym czasie poczułem także coś więcej niżby tylko jego żebra pod palcami. Zaskoczony spojrzałem w dół, żeby zobaczyć wybrzuszenie w spodniach jasnowłosego, które wbijało mi się w brzuch. Na moment zaprzestaliśmy salwy pocałunków. Chłopak widząc, na co spoglądałem, spłonął dorodnym rumieńcem. Chciał ze mnie zejść, jednak nie pozwoliłem mu na to, mocno łapiąc go za biodra i unieruchamiając w miejscu.
- A dokąd to? - zaśmiałem się.
- Kai... - jęknął zawstydzony, starając się ukryć zaczerwienioną twarz.
- Miło widzieć, że aż tak mnie pragniesz - mruknąłem mu na ucho uwodzącym głosem, po czym pocałowałem go jeszcze raz.
Nihit odwrócił jednak głowę, naprawdę nie chcąc, żebym oglądał go w takim stanie. Zachichotałem widząc jego reakcję. Skoro nie miałem dostępu do jego ust, zacząłem obsypywać pocałunkami jego szyję oraz przesuwać dłońmi po jego udach. Blondyn zaczął wzdychać, kiedy dotarłem do wrażliwego punktu tuż pod szczęką, blisko ucha. Delikatnie pociągnąłem zębami za jeden z jego kolczyków, po czym zwyczajnie mocno przytuliłem go do siebie.
- Więc ty...? - odezwał się zakłopotany.
- Nie waż mi się zakochiwać w Yohio, bo nie dość, że stracę kontrakt, to jeszcze pewnie wsadzą mnie do pierdla za wykastrowanie go w nieprzystosowanych do tego warunkach - parsknąłem śmiechem. 
Słysząc to, jasnowłosy uśmiechnął się pod nosem i ułożył głowę na moim ramieniu. Przymknął powieki, a na jego ustach wciąż malował się delikatny uśmiech. Wyglądał na naprawdę szczęśliwego. Myślę, że udzielił mi się jego dobry humor. Był naprawdę słodki. Pocałowałem go w skroń, po czym pozwoliłem sobie zatonąć i upajać się tą przyjemną chwilą, w której chciałem trwać jak najdłużej.

Oneshoot "Perfekcyjny" cz.2 MiA x Tsuzuku (Mejibray)

Już dawno temu to napisałam, ale dopiero teraz wstawiam T.T
Tak wiem, jestem genialna pisząc część drugą oneshoota... x.x

A tak odbiegając od tematu mam pytanie: przeczytałybyście fanfick z zespołem RedRum (rzecz jasna mam na myśli japoński zespół nie amerykański). Jeśli go nie znacie to zapraszam do przesłuchania piosenki, która mi osobiście najbardziej przypadła do gustu (kilik).

Poza tym to... do tego zainspirowała mnie Aoi, choć w sumie to złe określenie... Najzwyczajniej w świecie to od niej ściągam, ale naprawdę interesuje mnie to czy jest tu jakiś czytelnik płci męskiej? Proszę nie bać się ujawnić, w końcu w internecie jesteśmy anonimowi. W każdym razie przypomina mi się komentarz pod ostatnią częścią Liceum, który został napisany przez użytkownika o pseudonimie Ren - to męskie imię; poza tym w komentarzu zostały użyte męskie formy czasowników, więc... jakoś mnie to ciekawi.
Jeśli moje wypociny czyta jakiś chłopak to bardzo przepraszam za to, że zawsze w komunikatach piszę w liczbie mnogiej, ale używając rodzaju żeńskiego!



Tytuł: Perfekcyjny cz.2
Paring: MiA x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?
Beta: -

Siedząc w studiu sam na sam z gitarzystą, popijając drugą z rzędu kawę i przyglądając się jak chłopak stroi gitarę, zgrzytnąłem zębami. Byłem wściekły! Cholera, Bóg sam raczy wiedzieć, jak Mia mnie irytował! Był taki perfekcyjny! Jego twarz była tak symetryczna, że wyglądała jakby została narysowana od cyrkla i linijki – wcześniej myślałem, że miał operację plastyczną jednak poprzedniego wieczoru po wycieczce krajoznawczej do szpitala i udostępnieniu mi swoich dokumentów, udowodnił, że nie przeszedł choćby jakiegokolwiek zabiegu upiększającego! Zresztą… co tam jego wygląd, to jeszcze da się znieść… ale charakter i usposobienie?! Kuźwa, pokażcie mi drugiego takiego, któremu się wszystko udaje! „Mia, napisz piosenkę” – napisał; obecnie jest to jeden z największych naszych singli. „Mia, mógłbyś mi pomóc przy naprawie samochodu?” – a pewnie, że pomógł; odsunął mnie, dwa razy uderzył młotkiem w osłonę silnika i nagle wszystko zaczęło działać tak jak powinno – łącznie z elektroniką! „Mia, zrób sushi!” – wtedy specjalnie go podpuściłem, wiedząc, że w lodówce nie ma ryby; już byłem pewien zwycięstwa, kiedy… nagle chłopak przyniósł mi talerz pełen ryżowo-rybnych spłaszczonych kulek zawiniętych w nori. No przecież nie było ryby, więc skąd ją wytrzasnął? Dodam, że nie wychodził z mieszkania, a w pobliżu nie było choćby żadnego akwarium! Wyczarował? Trzymał w kieszeni w kurtce na czarną godzinę? Kurde, jestem pewien, że jakbym kazał mu zamienić się w spiderman’a i latać po mieście w czerwono-niebieskim lateksowym stroju i bujać się na pajęczej nici przyklejonej do budynków, zrobiłby to. Nie wiem jakim cudem, ale zrobiłby to…
- Mia, a mógłbyś zamienić się w spider… - już chciałem go o to poprosić, aby mieć stu procentową pewność, że on, jako jedyny człowiek na Ziemi potrafiłby to zrobić, kiedy niespodziewanie do sali weszli Koichi i Meto, przerywając mi.
- Coś chciałeś, Tsuzu-kun? – spojrzał na mnie wyczekująco, jednak ja jedynie machnąłem ręką.
- Nieważne… - mruknąłem, spoglądając spod byka na basistę i perkusistę. W ich obecności zbłaźnienie się takim pytaniem miało jakiś bardziej dotkliwy wydźwięk…
- Oj, nasz Tsuzu-chan chyba nie ma dzisiaj humorku – zaszczebiotał różowowłosy, siadając naprzeciw mnie. – Mia, co mu wczoraj zrobiłeś?
- Nic – odparł chłopak, którego obecnie najbardziej interesowały struny jego gitary.
Wczoraj, po przegranym zakładzie, kiedy to gitarzysta udowodnił mi, że nie miał żadnej operacji plastycznej ukarał mnie tym, czego normalnie nigdy bym nie zrobił z własnej woli – pocałunkiem. Cholera, całowałem się z facetem! I PODOBAŁO MI SIĘ TO! Z czasem to właśnie ta druga sprawa zaczęła mnie martwić… Na myśl o tym, co czułem podczas tamtych chwil przeszły mnie dreszcze (zapraszam do powtórki oneshoota „perfekcyjny” od aut.)…
- Jak nic, jak do tej pory się trzęsie! – klasnął w dłonie uradowany basista. – Oj no powiedz! Chcę wiedzieć!
- Jak ja zaraz tobą zatrzęsę to cię ten twój Ryoga nie pozna… - warknąłem, szykując się do pierwszego, ale z pewnością nie ostatniego morderstwa w moim życiu.
- A ty to zawsze taki brutalny… - Koichi przewrócił oczyma i przywłaszczył sobie moją kawę, upijając z kubka spory łyk.
- Zaraz brutalny… - prychnąłem. – Po prostu mam nieodpartą chęć wciśnięcia cię do kubła na śmieci i wyrzucenia przez okno – uśmiechnąłem się przesłodko, rozkładając ręce, jakbym mówił o najoczywistszej rzeczy na świecie. – Ewentualnie gdybyś jakimś niefartem przeżył upadek z szóstego piętra rzuciłbym cię na tory wprost pod pędzące metro – wyszczerzyłem się drapieżnie, a różowowłosy podniósł jedną brew spoglądając na mnie z niepokojem. Zamrugał kilkakrotnie, po czym zatrząsł się. – No, patrzcie! Trzęsie się na samą myśl o tym, co mogę mu zrobić! – klasnąłem w dłonie niby uradowany, tak jak on to zrobił wcześniej, po czym wróciłem do mojej poprzedniej, kwaśnej miny, która była wspaniałym odwzorowaniem mojego samopoczucia.
- Daj spokój, Koichi – uciszył go Meto, widząc, że różowowłosy szykuje się do kontrataku. – Może Tsuzuku ma po prostu kaca…
- Po dwóch piwach? – spojrzałem na niego sceptycznie.
- A ja wiem co ci tam dosypali do tych piw?
- Masz rację, Meto… jesteś jedynym, z którym można się tutaj zadawać – na pokaz przysunąłem się w stronę perkusisty, odsuwając jednocześnie od basisty, który śmiertelnie obrażony prychnął i założył ręce na piersi oraz nogę na nogę.
- Znów psujesz atmosferę, Tsuzuku! – huknął na mnie Tęczowy Kucyk Pony. – Mia, Tsuzu chyba naprawdę znów chce się założyć! I przegrać… - dodał ciszej, wystawiając mi język. – Daj mu tym razem jakąś straszliwą karę… - „szepnął” do gitarzysty w taki sposób, że wszyscy to usłyszeli.
- O co chcesz się założyć? – wypalił „pan symetryczny jak cholera” nie wyczuwając w tym sarkazmu.
- Zamknij się… - syknąłem wściekły.

***

Próba jakoś minęła… Naprawdę; ledwo „jakoś”, gdyż docinków było bez liku; głównie ze strony różowowłosego, który wciąż był na mnie obrażony za to, że „wolałem” zadawać się z Meto niż z nim.
Dziś specjalnie czekałem na Mia; czekałem aż ten odniesie wszelkie sprzęty muzyczne na zaplecze (rzecz jasna nie pomogłem mu, nawet się nie ruszyłem i stałem, opierając się o stół). Czekałem na odpowiedni moment, kiedy ponownie byliśmy sami. Teraz właśnie chciałem poprosić go o to, aby przemienił się w spiderman’a; chciałem pojąć jakimi nadludzkimi mocami dysponuje ten chłopak, że jest taki perfekcyjny?
- Mia? – zagadnąłem.
- Tak? – gitarzysta odgarnął grzywkę z czoła; nawet niespoconego czoła! Mimo ciężkiej pracy fizycznej wciąż wyglądał tak samo pięknie i pociągająco… chwila, chwila; jakiego jak drugiego określenia użyłem? Dobra, nie ma czasu nad tym rozmyślać; w końcu muszę zadać pytanie, bo chłopak powoli zaczynał się niecierpliwić.
- Mógłbyś zamienić się w spiderman’a? – wypaliłem prosto z mostu.
Mia nie odpowiedział. Spojrzał na mnie jak na osobę niespełna rozumu i zamrugał kilkakrotnie. Na przemian zamykał i otwierał usta, jednak spomiędzy nich nie wydobył się żaden dźwięk… Podrapał się po karku, a następnie wybuchnął gromkim śmiechem.
- Ach… Rozumiem; mam zamienić się w spiderman’a i jak na dobrego super bohatera przystało mam cię uratować i podwieźć na mojej pajęczej sieci do domu, co?
- No jeśli już oferujesz podwózkę to jakoś tak głupio nie skorzystać – rozłożyłem ręce, wzruszając ramionami i uśmiechając się pod nosem.
A nie mówiłem, że mu się uda?! No dobra… udało się tak po części, jednak to zawsze lepsze niż cosplay spiderman’a w wykonaniu jakiegoś bisko dwustukilogramowego Amerykanina, nie? Zresztą… rzeczywiście, jak na super bohatera jest bardzo domyślny i pomaga przeciętnym ludziom; tylko tej pajęczej sieci i lateksu brakuje… ale z tym wszystkim sobie poradzimy! Po pajęczyny pójdziemy do Koichiego na strych, a lateksowy strój sceniczny gitarzysty z czarnego przefarbujemy (biorę pod uwagę plakatówki lub farbę do włosów) na niebiesko-czerwono… Chyba jestem geniuszem… (Oj tak, Tsuzu; widać, kto cię szkolił xD od aut.)
Wyszliśmy z naszej sali, a następnie ze studia. Kierowaliśmy się na parking, gdzie stał samochód gitarzysty, kiedy niespodziewanie odezwałem się:
- Loda.
- Co? – zdziwił się Mia, odwracając się do mnie przodem.
- Kup mi loda – wskazałem za siebie, gdzie stał wózek na kółkach, przy którym młoda dziewczyna sprzedawała lody na patyku.
- A sam sobie nie możesz kupić? – westchnął.
- Ale ja jestem taki nieśmiały! – powiedziałem przesadnie głośno, wymachując rękami.
- Taki nieśmiały, że kiedy jesteśmy w klubie zarywasz do wszystkich ładnych dziewczyn, a kiedy wypijesz odpowiednio dużo to również do tych mniej urodziwych i to zazwyczaj z tymi drugimi lądujesz w łóżku…
- Dobra, starczy tych sarkazmów i umoralniania – machnąłem lekceważąco ręką, po czym stanąłem za chłopakiem i popchnąłem go w stronę wózka. – No kup mi loda! – jęknąłem żałośnie.
- Tsuzu, czy ty masz kaca? A może jeszcze nie wytrzeźwiałeś po tych dwóch piwach? Może Meto miał jednak rację… - spojrzał na mnie wymownie, jednak mimo wszystko skierował się w stronę, gdzie można było zakupić mrożone słodkości.
- Mów i myśl, co chcesz tylko kup mi tego loda – mruknąłem pod nosem.
- Dziwnie się dziś zachowujesz… Choć w sumie jesteś tak samo władczy jak zwykle – wzruszył ramionami. – Jaki smak?
- Czekoladowe.
Sprzedawczyni wyjęła z zamrażarki loda zapakowanego w niebieskie opakowanie, na którym widniał czekoladowy prostokąt na patyku obsypany orzechami.
- A nie ma innych? On ma uczulenie na orzechy – spojrzałem zdziwiony na „pana perfekcyjnego”. Cholera, skąd on o tym wiedział? Nigdy mu o tym nie mówiłem… a bynajmniej nie przypominałem sobie tego… To tylko utwierdzało mnie w tym, że Mia jest perfekcyjny… zbyt perfekcyjny…
Dziewczyna wyjęła z drugiej komory zamrażarki inny przysmak. Odebrałem go, a gitarzysta zapłacił. Ukontentowany rozerwałem opakowanie i z zadowolony z tego, że udało mi się nakłonić go na zakup słodyczy dla mnie, spojrzałem na chłopaka, który nic sobie nie robił z mojej zwycięskiej miny. Wzruszyłem ramionami, nie tracąc dobrego humoru.
Wsiedliśmy do auta. Mia włożył kluczyk do stacyjki, a ja próbowałem zapiąć pasy jedną ręką, gdyż w drugiej trzymałem loda. To nie było takie proste! Cholera, kto wymyślił, żeby pasy same zaciskały się? W sensie… Zdaję sobie sprawę z tego, że to właśnie dzięki temu podczas wypadku samochodowego nie wypadnę przez przednią szybę, nie zmienię się w żywy pocisk, a następnie poharataną, martwą kupę mięsa i kości (z czego jedno od drugiego będzie ciężko odróżnić), ale przez to, że pas wyślizgiwał mi się spomiędzy palców nie mogłem go zapiąć. Uparcie wracał na swoje miejsce między oknami. Doszedłem do wniosku, że lepiej byłoby gdyby ten pas się nie ruszał samoistnie – wtedy mógłbym go zapiąć; co prawda nie byłby już tak skuteczny w ratowaniu życia, kiedy ktoś go już zapiął, ale… właśnie przez to, że nie mogłem go zapiąć, nie zrobiłem tego. Obraziłem się. A tak gdyby się nie ruszał to bym go zapiął i przynajmniej miałbym jakąkolwiek ochronę; ale w wypadku, kiedy go nie zapiąłem szanse na to, że stanę się tym żywym pociskiem wypadającym przez przednią szybę, a następnie wielkim kawałkiem mięsa ze zmiażdżonymi kościami przeznaczonym do utylizacji w postaci skremowania wynosiły 99% - ten pozostały 1% to umiejętności gitarzysty, dzięki którym mielibyśmy dojechać bezpiecznie na miejsce. Kuźwa, Tsuzu, chyba za dużo słoneczka… O czym ja myślę? Naprawdę mi odbija… Chyba przez to, że znów przefarbowałem włosy na ciemny kolor, który przyciągał promienie słoneczne zaczynałem pieprzyć farmazony… i kacabaje… Chyba powinienem przestać myśleć…
Po zjedzeniu słodkiego, zamrożonego kremu w moich ustach został tylko drewniany patyczek, który pozostawiał na języku obrzydliwy smak. Mimo to i tak go gryzłem, z racji tego, że nie miałem nic lepszego do roboty. Szorowałem zębami po drewnie, przez co drobne drzazgi kuły moje podniebienie.
- Przestań, to irytujące… - westchnął Mia.
- Co jest irytujące? – nie zrozumiałem. – To? – dla upewnienia się znów zacząłem szorować zębami po patyczku. Chłopak zacisnął szczęki, ale w końcu nie wytrzymał. Kiedy stanęliśmy na światłach wyrwał mi drewienko z ust, uchylił szybę i wyrzucił je przez okno. – No ej! I czym ja mam się teraz zająć?
- Czymś kreatywnym… - burknął.
- Ale to było kreatywne zajęcie! Skąd wiesz, może ten patyczek jeszcze natchnąłby mnie do napisania piosenki! – zbulwersowałem się.
- I o czym by ona miała być?
„Ooo, pogryzłem patyczek po lodzie, choć to już nie jest w modzie.
Teraz mam na języku drzazgi, z mojego mózgu zostały miazgi.
Od tego smaku zaraz zwymiotuję i kable w radiu zlutuję.
Zachowuję się dziś jak bachor, tak powiedział mi znachor.
Jestem rozkapryszonym egoistą, nie zostanę mentalistą” (taka moja inwencja twórcza, chyba nie powinnam pisać piosenek xD od aut.) – ironizował, rymując i podśpiewując do piosenki „Don’t worry, be happy”. Spojrzał na mnie z ukosa, krzywiąc usta.
- No właśnie coś w ten deseń bym napisał… - mruknąłem.
- To lepiej w najbliższym czasie nie bierz się za pisanie piosenek – zganił mnie.
- Ale to ty to wymyśliłeś!
- Parodiowałem cię! – wytłumaczył się i pokręcił głową z politowaniem. – Tsuzuku, ty dzisiaj nie myślisz…
- Nie myślę od wczorajszej nocy po powrocie ze szpitala – powiedziałem poważnie, przestając robić z siebie idiotę. Mia otworzył usta ze zdziwienia, spoglądając na mnie zdziwiony. Chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem mu na to. – Jedź. Masz zielone – mruknąłem mało przyjaźnie. Reszta drogi upłynęła nam w ciszy.

***

- Dzięki za podwiezienie – powiedziałem, wysiadając z auta gitarzysty, który podjechał pod sam mój dom. – Wejdziesz na chwilę? – zaproponowałem.
- Myślałem, że tym stwierdzeniem, że przestałeś myśleć od wczorajszego pocałunku chcesz mi dać do zrozumienia, że nie masz zamiaru widywać się ze mną już tak często i mam ci zejść z drogi – zwiesił głowę.
Oparłem jedną dłoń na tablicy rozdzielczej, kolano położyłem na fotelu, po czym nachyliłem się, zbliżając do chłopaka. Mia chyba wystraszył się, gdyż zaraz odsunął się, jednak ja nawet nie zamierzałem go dotykać. Wyłączyłem silnik, po czym wyjąłem kluczyk ze stacyjki i wysunąłem się z samochodu, prostując się i zamykając za sobą drzwi. Następnie obszedłem auto dookoła i otworzyłem drzwi od strony kierowcy, gdzie wciąż siedział zdziwiony gitarzysta.
- Chodź. Musimy pogadać – złapałem go za rękę i niemalże siłą wyciągnąłem.
W kieszeni odnalazłem pęk kluczy i wybrałem odpowiedni, otwierając drzwi. Wpuściłem chłopaka przodem, po czym sam wszedłem zaraz za nim. Ściągnęliśmy buty i przeszliśmy do salonu. Mia z westchnieniem usiadł na kanapie, a na pytanie czy chce może coś do picia lub jedzenia, odpowiedział:
- Wytłumacz mi – założył nogę na nogę. – Wytłumacz mi swoje zachowanie i to, co miałeś namyśli, mówiąc, że nie myślisz od wczorajszej nocy. Niech ta rozmowa się nie przedłuża. Chcę po prostu wiedzieć czy przesadziłem wczoraj i czy nie naruszyłem tym naszej przyjaźni… - powiedział cicho.
Opadłem na miejsce obok niego, opierając się o oparcie i zakładając na nim ręce.
- Moje zachowanie jest trudne do wytłumaczenia. Wiesz, że ja do tych najnormalniejszych nie należę…
- Tsuzu…
- Nie przerywaj mi, bo wcale się teraz nie droczę ani nie wymyślam. No taka jest prawda… Mam swoje humorki, zazwyczaj jestem chamski, a zaakceptowanie czegoś nowego idzie u mnie jak krew z nosa – powoli i niezbyt przyjemnie. Jestem egoistą i to jest fakt. Przechwalam się i czasem poniżam innych, choć niczego nie robię perfekcyjnie… Oczywiście nie będę się teraz nad sobą użalał i czekał aż zaczniesz mnie pocieszać, wciskając kity, że jestem wspaniały i tak dalej… Są pewne rzeczy, które robię lepiej niż inne, jednak jakby się uprzeć to zawsze do mojej pracy można się przyczepić. Myślałem, że to normalne; nie wiem jak to wytłumaczyć… ułomnością ludzką czy jakoś tak… W każdym razie uważałem, że nie ma osób idealnych, dlatego nie mam się czym przejmować. Ktoś jest lepszy ode mnie w gotowaniu i będzie mnie wyśmiewał z tego powodu, że potrafię nawet wodę spalić w elektrycznym czajniku, ale ja mogę być od tego kogoś lepszy w śpiewaniu i mogę go wyśmiać z tego powodu, że nie umie wyciągnąć tego czy innego dźwięku… To było dla mnie logiczne i pasowało do siebie jak puzzle; ktoś czegoś nie umie – ale ja to umiem i vice versa. Myślałem, że na tym świcie nie ma ludzi idealnych, perfekcyjnych…
- Bo nie ma…
- Są. A właściwie to jest. Jest taki jeden chłopak – zrobiłem przerwę, aby nabrać tchu i ostatni raz zdecydować czy chcę to powiedzieć. – I jesteś nim ty – Mia zrobił wielkie oczy, spoglądając na mnie jakbym był z innej planety.
- Ja? – zapytał z niedowierzaniem.
- Tak, ty. Poczynając od tego, że twoja twarz jest idealnie symetryczna, twój współczynnik BMI jest wzorowy tak samo jak i wszystkie twoje wyniki uzyskane w badaniach.
- Tsuzu-chan, to że jestem zdrowy i moja masa ciała w stosunku do wzrostu jest prawidłowa to chyba jedynie moje szczęście, a nie powód, żeby myśleć, że jestem idealny. Zresztą nie mam wcale symetrycznej twarzy, mam wady, choćby bliznę pod…
- Proszę, nie przerywaj – złapałem go za rękę i przysunąłem się do niego. – To jeszcze nie wszystko. Jesteś miły, pomocny, zaradny, opanowany, przyjazny, ładny, szczupły, seksowny, inteligentny, oczytany, punktualny, utalentowany, masz dobry gust… jeszcze tylko brakuje, żeby wszystko czego dotkniesz zamieniało się w złoto! I… moje zachowanie chyba można wytłumaczyć jedynie zazdrością… Powiedziałem, że od wczoraj nie myślę, bo taka jest prawda; bo jedyne o czym mogę myśleć to, to że nawet zajebiście całujesz, a mnie, homofobowi, jak ich mało, podobało się to…! – westchnąłem. – Chyba trochę mnie poniosło…
- Tak, Tsuzuku, poniosło cię i to mocno… - pokręcił głową. – Wcale nie jestem taki idealny jak ci się wydaje. Wiele osób uważa, że wyglądam sztucznie; i mają rację. Czy osoba perfekcyjna miałaby kompleksy? Chyba nie, prawda? A ja je mam… Ty uważasz, że jestem opanowany, a ja uważam, że jestem nieśmiały. Czasem chciałbym powiedzieć wszystko tak otwarcie jak ty. Uważasz, że jesteś chamski, jednak dla mnie jesteś po prostu otwarty i zawsze mówisz wszystko to, co myślisz. Przynajmniej dzięki temu nie jesteś kłamliwy i można ci zaufać. Potrafisz powiedzieć wprost, co ci się nie podoba i zaproponować ewentualne zmiany, przez co ludzie liczą się z twoim zdaniem. Ja tak nie potrafię. A bynajmniej nie zawsze… Boję się, że przez to wyjdę na nachalnego i zaraz zaczynam się martwić, co druga osoba sobie o mnie pomyśli, przez co często jedynie kiwam głową na potwierdzenie, kiedy nie odpowiada mi wiele rzeczy i męczę się z tym. Boję się, że ludzie mnie odrzucą i będę wyrzutkiem – ty nie masz takich obaw. To towarzystwo ma się dopasować do ciebie, a nie ty do niego; jesteś urodzonym przywódcą – podziwiam cię za to, bo nie potrafię się tak zachować. Uważasz, że jestem punktualny… jeśli ktoś każe mi skomponować na jutro piosenkę, zrobię to – będę siedział z gitarą całe popołudnie i noc, porozcinam sobie palce strunami, ale to zrobię – podczas gdy ty powiesz, że masz za mało czasu, masz jeszcze inne obowiązki i nie dasz sobie wejść na głowę. Ja… Ja daję sobą pomiatać… Nie wiem jak ktoś taki jak ja może uchodzić w twoich oczach jako perfekcyjny. Dla mnie to tobie jest bliżej do ideału – czujesz się swobodnie wśród ludzi i to ja ci zazdroszczę. Często zachowuję się tak, jak zachowywać się nie chcę, ale robię to tylko dlatego, żeby dopasować się do innych…
- No i w dodatku skromny – uśmiechnąłem się pod nosem, ściskając mocniej jego dłoń.
-Przestań – wywrócił oczyma. – Naprawdę nie rozumiem, co jest we mnie takiego perfekcyjnego…
- Mam powtórzyć to wszystko jeszcze raz? – podniosłem jedną brew, nie przestając się uśmiechać. – Mia, dla mnie jesteś perfekcyjny i nie zmieni tego nic; ani twoje, ani niczyje słowa. Jeśli zostałbyś seryjnym mordercą wciąż utrzymywałbym, że jesteś idealny… Nie wiem dlaczego, ale po prostu… nie mogę myśleć inaczej. To dlatego nie myślę od wczoraj – bo nie chcę. Wypełniłeś moją głowę doszczętnie i nie jestem w stanie skupić się na niczym innym, jak tylko i wyłącznie na tobie. Analizowałem dosłownie wszystko – począwszy od twojego stylu chodzenia, przez sposób w jaki układasz włosy i trzymasz gitarę, po ulubioną kawę i płyn do kąpieli, kiedy nagle zdałem sobie sprawę… że to nie w porządku myśleć tak o przyjacielu…
- Więc… nie jestem już dla ciebie przyjacielem? – jego oczy zrobiły się szkliste.
- Powiedziałem, że jestem zagorzałym homofobem, a podobało mi się jak wczoraj mnie całowałeś… - przysunąłem się do niego i wolną rękę położyłem na jego kolanie. Nasze twarze dzieliły centymetry. – Nie znam się zbytnio na homoseksualnych związkach ani nic z tych rzeczy, ale mam nadzieję, że chociaż zrekompensuję ci się za wczoraj – szepnąłem, a następnie pocałowałem go.
 Złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku. Smakowałem jego miękkich i ciepłych warg; na początku nieśmiało, jednak z czasem zacząłem pragnąć coraz więcej. Położyłem płasko dłoń na jego torsie i zacząłem na niego napierać, aż w końcu gitarzysta położył się pode mną. Nie spodziewał się tego, dlatego ratując się przed upadkiem objął mnie za szyję i pisnął, jednak ów pisk zatonął w moich ustach. Oparłem się dłońmi po obu stronach jego głowy i polizałem jego dolną wargę. Chłopak uchylił drżące usta, w które wsunąłem język. Pieściłem jego podniebienie, przejeżdżałem koniuszkami po zębach. Zahaczałem o jego język, prowokując go do zabawy. W końcu zaczął oddawać pocałunek. Uwięziłem jego język między dwoma częściami mojego i bawiłem się z nim. Mia mruczał zadowolony, przez co przechodziły mnie przyjemne dreszcze. Objął mnie mocniej przyciągając do siebie. Przygryzłem jego wargę, na co odpowiedział mi tym samym. Chłopak zachichotał. Odsunęliśmy się od siebie dopiero w momencie, kiedy zabrakło nam tchu. Obaj byliśmy zarumienieni, a nasze usta spuchnięte od pocałunków.
- Więc tak wygląda prawdziwy Mia – uśmiechnąłem się pod nosem. – W takim razie do tych wszystkich zalet, które wymieniłem wcześniej powinienem dodać jeszcze słodki – pogłaskałem go wierzchem dłoni po policzku. – Przy mnie nie musisz udawać…
- Wiem. Ufam ci – delikatnie masował mój kark.
- Wiesz… - nawinąłem sobie na palec kosmyk jego włosów, przyglądając mu się z czułością. – To chyba nie była zazdrość… To jednak miłość sprawia, że kochana osoba wygląda w naszych oczach na perfekcyjną – uśmiechnąłem się.
- To również wiem. Doszedłem do tego już dawno temu – cmoknął mnie w usta. – Bo już dawno temu zakochałem się w tobie… - powiedział znacznie ciszej.
- W takim razie wybacz, że musiałeś czekać – uśmiechnąłem się łagodnie i przyłożyłem czoło do jego. – Kocham cię.
- Ja ciebie również – ponownie złączyliśmy usta w pocałunku.

I może Mia nie zostanie spiderman’em, a menager nie pozwoli mi przefarbować jego stroju scenicznego to nie zmienia faktu, że jest dla mnie perfekcyjny; perfekcyjny, bo mnie w sobie rozkochał; perfekcyjny, bo mój.