Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gara. Pokaż wszystkie posty

Gara x Tetsu 4


Zgodnie z zamówieniem :)
Następne będzie "Le Ciel", a potem oneshoot Koichi (Mejibray) x Ryoga (BORN) - ostrzegam już, że to ostatnie jest psychiczne... (/.-)            

Gara założył nogę na nogę i posłał mi ciężkie spojrzenie. Ewidentnie chciał mnie sprowokować, jednak tym razem nie zamierzałem ulegać mu, tak jak to miałem w zwyczaju. Prychnąłem, trzymając niedopalonego papierosa w ustach i jednocześnie szukając zapalniczki po kieszeniach.
            - Proszę – Die podsunął mi pod nos przedmiot, którego szukałem.
Spojrzałem na czerwonowłosego bez wyrazu i przyjąłem zapalniczkę. Wokalistę strasznie irytowała obecność gitarzysty z innego zespołu na naszej próbie. Mężczyźni próbowali nie zwracać na siebie uwagi, ale Garze szło to co najmniej beznadziejnie. Kątem oka wciąż widziałem jak ciemnowłosy zaciskał szczęki, a żyłka na jego skroni co chwilę się ukazywała, co zdradzało jak bardzo przeszkadzało mu to. Daisuke natomiast całą swoją uwagę skupiał na mnie i próbował zmusić mnie, abym i ja zaabsorbował się nim – niestety bez skutku.
Z jednej strony chyba właśnie tego pragnąłem – żeby Die w jakiś magiczny sposób zainteresował mnie do tego stopnia, żebym w końcu nie zwracał uwagi na tę pieprzoną żyłkę na skroni Gary i jego zaciśnięte szczęki! Żebym w końcu traktował go jak normalnego człowieka, a nie fascynujący eksponat muzealny, z którym trzeba delikatnie się obchodzić i najlepiej go nie dotykać; najlepiej stać od niego jak najdalej, aby nawet powietrze, które wydychałem nie zaszkodziło mu – a jednocześnie nie dało się o „od tak” zapomnieć o tym chłopaku i nawet, kiedy próbowałem od niego odejść zawsze musiałem się odwrócić i spojrzeć na niego ten ostatni raz… który, rzecz jasna, nie był ostatnim razem, bo Asada wyłapywał to moje spojrzenie i nawiązywał między nami jakąś niewidzialną i nieokreśloną nić porozumienia, która kazała mi do niego wrócić.
To się nazywa być między młotem a kowadłem… Z jednej strony wokalista terroryzował mnie spojrzeniem, z drugiej gitarzysta po raz drugi próbował złapać mnie na smycz. I komu tu się poddać?
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się dymem do dna płuc, próbując nie oszaleć – a bynajmniej nie w obecności tych dwóch pępków świata.
Siedziałem na krześle naprzeciw Gary, który taksował mnie spojrzeniem. Ja natomiast utkwiłem wzrok w punkcie bliżej nieokreślonym nad jego głową, próbując ignorować to, że jego spojrzenie było jak stężony kwas, którym ktoś oblał mnie od stóp do głów, kiedy nagle na kolana zwalił mi się czerwonowłosy. Jednocześnie założył mi ręce na szyję. Niechętnie objąłem go, gdyż czułem, że chłopak zaraz zleciałby z moich nóg, gdybym tego nie zrobił. Zaciągnąłem się i wypuściłem szary obłok z ust, po czym gitarzysta ułożył głowę na moim ramieniu, przylegając do mnie całym ciałem.
- Widzę, że wróciłeś na stare śmieci, Tetsu – odezwał się jadowicie Gara, który wyglądał jakby zaraz miał się na mnie rzucić i udusić gołymi rękami. – A może zostałeś na nie z powrotem zaciągnięty? – spojrzał przelotnie na Andou. Oczy ciemnowłosego błysnęły niemalże drapieżnie. Chłopak, którego trzymałem na kolanach już chciał jakoś nieprzyjemnie odpowiedzieć prowokatorowi, ale na szczęśnie uprzedziłem go.
- Jak widzisz… - odpowiedziałem obojętnie, co Dai uznał chyba za potwierdzenie tego, że należę już do niego, gdyż wtulił się we mnie jeszcze mocniej i wytknął język wokaliście. Mówiłem, że on czasami zachowywał się jak dziecko?
Atmosfera pod zdechłym Azorkiem…

***

Wyszliśmy ze studia, a Die skakał wokół mnie szczęśliwy – aż w nadmiarze; nawet jak na niego. Westchnąłem i otworzyłem samochód, po czym wsiadłem do niego. Włożyłem kluczyk do stacyjki, kiedy nagle coś plasnęło. Zdziwiony spojrzałem na roześmianego chłopaka, który właśnie wsiadł i zamknął za sobą drzwi.
- Coś się stało? – zapytał nadal uśmiechnięty.
- Co ty tu robisz? – podniosłem jedną brew.
- Wpraszam się do ciebie – oznajmił wesoło, kładąc mi rękę na udzie. – Chyba nie masz nic przeciwko, kochanie? – zapytał przesłodko.
- A co z Kaoru? – zdobyłem się na cynizm.
- Pieprz go – skrzywiłem się na jego słowa. – Znaczy… Nie przejmuj się nim. Tą sprawą zajmę się później – jego ręka zawędrowała wyżej. – Jedźmy już do ciebie – szepnął uwodzącym głosem i pocałował mnie w policzek.

***

Po kolejnym, ostrym seksie z gitarzystą nie miałem nawet siły podnieść się i otworzyć drzwi, kiedy ktoś zaczął w nie bezceremonialnie nawalać pięściami.
- Będę się zbierać, kotku – Daisuke zapiął szarą bluzę i pochylił się nade mną by ostatni raz pocałować.
- Zadzwoniłeś po Kaoru, żeby po ciebie przyjechał?
- Tak – kiwnął głową i założył buty, krzywiąc się, kiedy musiał się schylić. – Nie chcę tułać się taryfami…
- Powiesz mu?
- O czym? O nas? – upewnił się. – Oczywiście! Ale jeszcze nie teraz… Najpierw pomału będę pakował jego rzeczy, aż nadejdzie dzień, kiedy wystawię dwie walizki do przedpokoju i wskażę mu drzwi, oznajmiając, że ty się do mnie wprowadzasz, skarbie – przeczesał palcami moje włosy.
- Brutalne – zaśmiałem się. – Podoba mi się – uśmiechnąłem się cierpko, stawiając się w sytuacji lidera zespołu czerwonowłosego. Nie lubiłem Kaoru, ale… cóż… to było trochę nie na miejscu. On naprawdę kochał Die i doskonale o tym wiedziałem. On był zdecydowany, a ja nie. Andou także nie był zdecydowany; kto wie, czy ja kiedyś nie wystawię tak walizek z rzeczami gitarzysty? Albo on moich? Ten związek miał wiele wątpliwości i składał się głównie z niedopowiedzeń… - Nie pakuj go znowu aż tak szybko – dodałem.
- Jak sobie życzysz – posłał mi całusa, po czym wyszedł z sypialni i otworzył drzwi, gdzie spotkał swojego rozjuszonego kochanka. – Kaoru! Co tak długo?! – zbeształ go na „dzień dobry”.
- Piętnaście minut na ciebie czekałem! I co ty, do kurwy nędzy, robisz u Tetsu?! – wydarł się i zaczął wyglądać w poszukiwaniu mojej szanownej osoby. Oparłem się o framugę drzwi, jednocześnie zapinając pogniecione spodnie. Ciemnowłosy obrzucił mnie nieprzyjemnym spojrzeniem i skrzywił się na mój widok.
- Interesy, skarbie. Kanały przerzutowe na papierosy same się nie zrobią – prychnął. – A coś palić trzeba – zachichotał i wyjął paczkę papierosów z kieszeni, po czym wsunął między wargi ostatniego z nich. Odwrócił się i pomachał mi, uśmiechając się miło, po czym przecisnął się między kochankiem a framugą i wyszedł na korytarz. W tym momencie w dwóch susach doskoczyłem do lidera i złapałem go za rękę.
- Schowaj wszystkie walizki, torby i temu podobne, i obserwuj, czy twoje rzeczy nie znikają ze swoich miejsc – odezwałem się konspiracyjnym szeptem.
- Co? – zdziwił się.
- Jestem na tyle dobry, że cię ostrzegam. Niedługo możesz się wynieść i zostać postawionym przed faktem dokonanym. Nie pozwól sobie na to – spojrzałem na niego ostro. Chłopak wydawał się niewiele rozumieć z moich słów, a wyraz jego twarzy niemo prosił o to, abym powiedział coś jeszcze, ale to było niemożliwe. I tak za dużo mu przekazałem. Odepchnąłem go od drzwi, po czym zamknąłem je tuż przed jego nosem i przekręciłem klucz w zamku.
Nie minęła chwila, a już ktoś znów zaczął dobijać się do moich drzwi. Westchnąłem rozżalony i otworzyłem.
- Czego? – warknąłem. W odpowiedzi zostałem oślepiony fleszem. Zamrugałem kilkakrotnie i przetarłem oczy, po czym niepewnie znów je otworzyłem. – Hizumi, czy ciebie posrało?! – krzyknąłem na chłopaka, który śmiał się do ekranu aparatu, który trzymał w rękach.
- Ale minę strzeliłeś – zachichotał. – Idziemy robić zdjęcia? Podobno kiedyś to lubiłeś… Ładna dziś pogoda. Nie będzie potrzeba lampy błyskowej – wyszczerzył się.
- Nigdzie nie idę – chciałem i jemu zamknął drzwi przed nosem, ale nie dał się tak zbyć.
- Idziesz – poinformował mnie i wepchnął w głąb mieszkania, po czym zaczął się po nim rozglądać.
- Czego szukasz? – zmarszczyłem brwi. Był u mnie pierwszy raz. Ogólnie nigdy jakoś nie trzymałem się z nim szczególnie blisko, dlatego dziwiło mnie jego najście. Czyżby… o nie! Teraz on chciał się bawić w mojego nauczyciela?!
- Gdzie jest sypialnia? – zapytał, a ja spojrzałem na niego jak na debila.
- A co ty chcesz od mojej sypialni? Mam z kim sypiać, dziękuję! – prychnąłem, po czym pod siłą nacisku jego wzroku dodałem ciszej. – Pierwsze drzwi na lewo.
Chłopak bez słowa wszedł do pokoju i chwilę się tam krzątał, po czym wyszedł i rzucił czymś we mnie.
- Zakładaj koszulkę i idziemy – poinformował mnie.
- Przecież powiedziałem, że nigdzie nie idę! – zaprotestowałem. – Zresztą… Mam jeszcze parę spraw do załatwienia na mieście… - próbowałem się wymigać.
- To się świetnie składa. Załatwisz te wszystkie sprawy po drodze, bo jedziemy właśnie do miasta. Będziemy kręcić się po centrum.
- Matko! Ty też będziesz mnie tam ciągnąć?! Po co? Widzę po twojej minie, że nie odpuścisz, ale wybacz, jestem zmęczony po prawie dwugodzinnym seksie i chciałbym odpocząć. Poza tym… czemu chcesz jechać do centrum robić zdjęcia? Przecież na obrzeżach jest ładniej. Więcej wolnej przestrzeni i w ogóle…
- Nawet nie wiesz, ile piękna można znaleźć w centrum naszej stolicy – nie dawał za wygraną. – Wiem, że nie chcesz tam jechać, bo nie lubisz ludzi, Tetsu. Ty nie lubisz każdego, kto nie jest Garą albo Die. Nie lubisz ludzi, których nie znasz; nawet tych, z którymi nie musisz rozmawiać. Po prostu irytuje cię to, że oni mają takie samo prawo do egzystowania na tym świecie tak jak ty – a co gorsza, egzystują obok ciebie. Ich sama obecność doprowadza cię do szału – spojrzał na mnie z politowaniem. Oj, chyba Hizu nie zamierzał być tak litościwy jak Tatsu.
- Nieprawda – fuknąłem, ale mimo wszystko założyłem koszulkę. Przecież ja nie Kaoru, żeby przyjmować gości będąc do połowy roznegliżowanym.
- Prawda. Przykładem tego jest choćby to, że mnie nie lubisz. A tak nawiązując do tego dwugodzinnego seksu… To jest dla ciebie dużo? Dla Zero to jest gra wstępna… - zaśmiał się.
- A kto powiedział, że cię nie lubię? Po prostu cię nie znam i jakoś nie fascynuje mnie to, ile twój chłopak potrafi cię rżnąć… Zresztą to zależy jeszcze od tego jaki uke jest „żywotny” – odbiłem piłeczkę.
- Nie znasz mnie i nie lubisz jednocześnie. Przyznaj to! Nie chcesz mnie poznać, dlatego nie chcesz ze mną wyjść! A tak na marginesie… Jestem bardzo „żywotny”, o to się nie martw – uśmiechnął się oszczędnie.
- Nie znanie kogoś, a nie lubienie to dwie różne sprawy, wiesz? I nie chodzi o to, że nie chcę cię poznać, tylko to ty przyszedłeś w nieodpowiednim czasie! – broniłem się.
- Ja wiem, że to są dwie różne sprawy – ale nie dla ciebie. Jak widać teoretycznie o tym wiesz, ale w praktyce… tego nie stosujesz. Zamykasz się, Tetsu. W ten sposób nic nie osiągniesz… a bynajmniej nie to, co byś chciał osiągnąć. I to twoje wieczne zwalanie na kogoś winy… Nigdy nie jest twoja wina; nigdy! Lepiej jest zgonić na kogoś, prawda? Ale powiedzmy sobie szczerze: zawsze przyjdę o nieodpowiedniej porze, bo mnie nie lubisz – jak prawie całego społeczeństwa japońskiego i ludności świata. Z siedmiu miliardów ludzi na Ziemi tolerujesz dwie. Nawet własna matka cię irytuje; przyznaj mi rację!
- Nieprawda!
- Prawda! I skończyły ci się argumenty!
- Hizumi, jak Boga kocham, zaraz zrobię ci krzywdę… - warknąłem, zaciskając ręce w pięści.
- Przyznaj to! Przyznaj to! Przyznaj to! Nie lubisz ludzi! Zamykasz się w sobie! Przyznaj to! – krzyczał, podskakując, przez co był jeszcze bardziej irytujący.
- Dobra! Nie lubię cię i mam cię dość! Przyznałem to, więc teraz daj mi święty spokój i wynocha! – wskazałem mu drzwi. Hiroshi momentalnie się opanował i stanął w miejscu. Ochłonął i uśmiechnął się do mnie ciepło, przez co totalnie zgłupiałem.
- Ty spełniłeś moją prośbę, ja spełnię twoją – ukłonił się nisko i wyszedł, tak jak mu kazałem.
Cicho zamknął za sobą drzwi, a ja przez dłuższą chwilę tępo się w nie wpatrywałem. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez niego odbiło się echem w mojej głowie. To taka… zależność? Niepewnie sięgnąłem po klamkę i otworzyłem drzwi. Za nimi nadal stał były wokalista D’espairsRay.
- Wiedziałem, że zrozumiesz, bo tępy nie jesteś i nigdy nie byłeś – powiedział, gasząc papierosa na ścianie i rzucając niedopałek na podłogę. – Tylko trochę się zagubiłeś… Chodź, wyjaśnię ci wszystko po drodze – pociągnął mnie za rękę w stronę windy.

***

Hizumi zaprowadził mnie do starej altanki, w której po raz pierwszy spotkałem Garę. Chłopak w międzyczasie, kiedy szliśmy do tego parku robił zdjęcia. Ja nie wziąłem aparatu – od pewnego czasu stał się on dla mnie urządzeniem zakazanym. Za każdym razem, kiedy brałem go w ręce wspomnienia zalewały mój umysł, co, wbrew temu, co ktoś mógłby pomyśleć, nie było wcale przyjemnym doświadczeniem. Usiadłem na kamiennych, popękanych płytach i ostrożnie oparłem się o próchniejące drewno owinięte przez dziki bluszcz. Hizu nie wszedł do środka, a jedynie przykucnął przy wejściu i zaczął robić mi zdjęcia.
- Co ty robisz? – spojrzałem na niego gniewnie. – Przestań – spuściłem głowę doznając również mało przyjemnego deja vu. Chłopak wykonał moje polecenie i zajął miejsce obok mnie. Wcisnął mi w ręce aparat, pokazując po kolei zdjęcia, które mi wykonał. – Usuń to – warknąłem. Znów przypomniał mi się Gara…
- Wiem, że próbujesz zapomnieć. Czasem zapomnienie jest najlepszym rozwiązaniem… a czasem zupełnie odwrotnie. To wszystko odnosi się do zależności międzyludzkich – wzruszył ramionami.
- Ee? – spojrzałem na niego jak na kogoś niespełna rozumu. – Nie rozumiem.
- Dobrze, że przynajmniej masz odwagę to przyznać – uśmiechnął się delikatnie. – To jest coś podobnego do naszego sporu w twoim mieszkaniu. Ty wykonałeś to, o co cię prosiłem, ja wykonałem to, o co ty prosiłeś. Oczywiście w życiu nie zawsze jest tak pięknie, bo nie wszyscy ludzie będą chcieli iść z tobą na ugodę, ale to był tylko taki przykład. Może wyjaśnię ci to na twoim życiu, tak bardziej ogólnikowo: wpadłeś w błędne koło. Izolujesz się od ludzi, więc oni też się od ciebie chcą odizolować, co ty rozumiesz jako delikatną sugestię, że jesteś niechciany. Uważasz, że oni nie lubią ciebie, więc ty nie lubisz ich. Człowiek ma taki system ochronny, który każe mu zapomnieć o tym, co niedobrego spotkało go w życiu, o tym, co go skrzywdziło. Dlatego często osoby, które padły ofiarą, na przykład, gwałtu prawie zawsze nie pamiętają twarzy gwałciciela. I to również działa u ciebie. Ty próbujesz zapomnieć o ludziach, więc oni też nie chcą o tobie pamiętać. Tylko nie wiesz, że porwałeś się z motyką na księżyc – nie da się zapomnieć o całym świecie! Tetsu, ludzie to świat! Gdyby nie ludzka praca nie byłoby dzisiaj Tokio, tego apartamentowca, w którym mieszkasz, tej altanki, w której teraz siedzimy! To wszystko to ludzka praca – nasza praca, a więc można powiedzieć, że to po prostu… my, ludzie. Świadectwo, które po sobie zostawiliśmy – spojrzał na mnie pytająco. – Rozumiesz już?
- Chcesz mi powiedzieć, że mam być bardziej otwarty?
- Dokładnie – kiwnął głową.
- Czyli… jeśli nie jestem otwarty i nie chcę poznawać ludzi, oni też nie chcą mnie poznawać i wydają opinię o mnie, że jestem jakiś dziwny i nie warto się ze mną zadawać. Zależy mi tylko na Garze lub Die, jednak w tym ferworze, w którym chcę zapomnieć o ludziach, którzy wydali o mnie taką niepochlebną opinię, próbuję zapomnieć również o Asadzie i Andou, co przekłada się na to, że…
- Gara zachowuje się jak się zachowuje, a Die szaleje i robi co mu się żywnie podoba – prychnął. – Wiesz, czasem nie trzeba czekać na reakcję innych, czasem tą reakcję trzeba spowodować – poklepał mnie po ramieniu i wstał. – Nie oszukujmy się, obaj wiemy jaki jest Daisuke. Dasz mu palec, on weźmie całą rękę – jak wsadzisz rękę do kieszeni, to on też ci tak zrobi i nie będzie patrzył na konsekwencje swojego czynu. Ja go widzę jako faceta, który mimo swoich lat, jeszcze nie dorósł. Kaoru kocha tego dzieciaka całym sercem i stara się go chronić jak tylko potrafi. Ma do niego naprawdę ogrom cierpliwości; odpowiedz sobie, czy ty też potrafiłbyś okazać jej aż tyle? A jeżeli nawet tak, to przez jaki okres czasu? Die to przykład człowieka, który wywołuje reakcję, nie czekając na nią. Sam do ciebie przyszedł. Ale to, że on chce wywołać reakcję, nie oznacza, że ty musisz mu rzeczywiście ulegać. Wiesz, nie chcę ci nic sugerować, ale ja zawsze uważam, że skoro coś raz się zakończyło to nie ma sensu wracać do tego pięćdziesiąt razy… Może JUŻ powinieneś dać sobie spokój z Die? Szczególnie, że on… sam wiesz jaki jest; zresztą nie będę się powtarzał. Gara ma tak samo ciężki charakter jak ty, ale… to on jest tą stroną, która łaknie okazywania wobec niej miłości w bardzo dobitny sposób…
- Chcesz powiedzieć, że mimo iż nie byłeś u nas w sypialni to domyślasz się, że to on był uke? – niepewnie skinął głową. – Masz rację… Ale czy tu znowu nie ma tej zależności międzyludzkiej?... To nie będzie tak, że kiedy ja okażę mu uczucie to on mi też? – zacząłem głośno rozmyślać.
- Wiesz… Te zależności międzyludzkie różnie wyglądają między różnymi ludźmi. Słabo znam Garę, ale widzę, że się męczycie. Nie znam cię zbyt dobrze, ale chcę ci pomóc – uśmiechnął się. – Jakby co wiesz, gdzie mnie szukać – odwrócił się i odszedł.
„Może te wszystkie nauki tych moich „nauczycieli” nie są takie głupie? Może… oni rzeczywiście nie chcą dla mnie źle?... Bo w sumie… to wszystko, co powiedział mi Tatsu i Hizu… miało sens i przełożenie na życie codzienne; co gorsza na moje życie codzienne, co potwierdzało choćby to, że chłopcy zawsze tłumaczyli mi wszystko na przykładach sytuacji, z którymi nierzadko się spotykałem…”
Ktoś mógłby powiedzieć, że po dojściu do takiego wniosku z pewnością musiałbym od chwili obecnej zacząć stosować się do wszystkich rad, które zostały mi udzielone przez najbliższe kilka dni – nic bardziej mylnego. Nawet nie wiesz, drogi Czytelniku, jak trudno jest zmienić choćby odrobinę swoje życie; a co dopiero wywrócić je do góry nogami… A jako że byłem człowiekiem nerwowym, który chce wszystko teraz, już i natychmiast moja metamorfoza zakończyła się na, tym razem, samotnym wieczorze z butelką whisky i rozbitą szklanką, której nie mogłem utrzymać w roztrzęsionych dłoniach.
Smutne? Nie do końca – gdyby nie alkohol z pewnością nie porwałbym się na wycieczkę przez pół miasta, żeby stanąć porządnie przyćmiony niemałą dawką bursztynowego trunku pod drzwiami Makoto. Przez chwilę zastanawiałem się, jak ja się tutaj, do ciężkiej cholery, znalazłem, bo drogi bynajmniej nie pamiętałem, aż w końcu bezpardonowo zacząłem napierdalać do drzwi.
- Gara wiem, że tam jesteś! Otwieraj! – zacząłem się drzeć.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Potem usłyszałem kilka szeptów, aż w końcu drzwi stanęły otworem, a w nich wokalista w…
- Tetsu, co ty tu robisz? – zapytał oschle. Jego słowa były jak pociski z lodu. Jebany, zimowy książę się znalazł… - Jesteś kompletnie pijany! – fuknął.
- A ty to abstynent? – prychnąłem i szarpnąłem go za szarą bluzę, którą miał na sobie. – No tak totalnie zalany to nie jestem… bo poznam to nawet w grobie – potrząsnąłem nim. – To nie jest twoja bluza. A na całe twoje nieszczęście wiem do kogo ona należy… - syknąłem, zataczając się.
- Nie wiem, o czym mówisz – wzruszył ramionami i wyrwał się z mojego uścisku. – Zresztą… nie będę rozmawiał z tobą w takim stanie! – odwrócił się i chciał zamknąć drzwi, ale uniemożliwiłem mu to.
Wcisnąłem się do jego mieszkania i rozejrzałem. Pusto; no tak, mogłem się domyśleć, że nie znajdę go na środku pokoju. Pewnie kazał mu się ukryć – choćby na wszelki wypadek.
- Wyłaź Die! Wiem, cholero, że gdzieś tu się ukrywasz! – krzyknąłem na całe gardło.
- Oszalałeś! – wrzasnął Gara. – Co niby miałby u mnie robić Die? Czy ty jesteś normalny?! Przecież dobrze wiesz, że od dłuższego czasu nie utrzymujemy już ciepłych stosunków – wywrócił oczyma i założył ręce na piersi, będąc pewnym tego, co mówi.
- Nigdy nie widziałem bardziej przekonującego kłamcy niż ty, Makoto – uśmiechnąłem się do niego krzywo. – No! Śmiało, Dai! Miej tą cywilną odwagę pokazać mi się!
W pokoju po lewej coś ciężko westchnęło, następnie skrzypnęło, a po chwili na korytarzu, w którym staliśmy pojawił się czerwonowłosy. Wokalista spojrzał zszokowany, a jednocześnie wściekły na gitarzystę. Zgadywałem, że nie spodziewał się tego, iż Dai naprawdę się ujawni.
- Daj spokój, Gara. On i tak wiedział – wytłumaczył się Andou. Ciemnowłosy spojrzał na mnie wstrząśnięty.
- Asada, za jakiego ty masz mnie idiotę? – spojrzałem na niego z wyższością. Pierwszy raz wzbudziłem w tym chłopaku uczucia, które odmalowałyby się na jego twarzy tak wyraźnie. – Mimo wszystko muszę ci pogratulować, Andou. Świetnie to wymyśliłeś. Można powiedzieć na ciebie wiele złego, ale na pewno nie to, że nie jesteś pomysłowy i nie masz wyobraźni – zaśmiałem się gorzko.
- Kiedy się zorientowałeś? – zapytał chłodno, a raczej mroźnie, Daisuke.
- Wiesz… Mam kilka takich dobrych wróżek, które z każdym spotkaniem otwierają mi szerzej oczy. Na razie były dwie, ale myślę, że to nie koniec. Dziś jedna zasugerowała mi, żebym zastanowił się nad tobą… zawsze badałem pod tym względem Garę – spojrzałem na chłopaka, o którym teraz mówiłem. – Badałem każdy twój ruch i przyglądałem mu się z nabożnością… Dziś z tej samej perspektywy oceniłem i ciebie – znów zwróciłem się do gitarzysty. – Zobaczyłem wiele pojedynczych puzzli, które razem składały się w jedną całość. Cholera, nie chciałem w to wierzyć! Aż musiałem się napić! – znów zaśmiałem się niewesoło. – Nie wiedziałem, że potrafisz być taką szują, Die… Chciałeś mieć każdego z nas; przywiązywałeś nas do siebie różnymi zagraniami psychologicznymi i nie powiem, nawet dobrze ci to wychodziło. Skłóciłeś nas między sobą, żebyśmy nie myśleli zbiorowo – wiadomo, że co dwie, czy nawet trzy głowy to nie jedna i razem moglibyśmy na coś wpaść; ba, wydałoby się, że po prostu się kurwisz – spojrzałem na niego z obrzydzeniem. – Miałeś ze mną największy problem, więc poświęciłeś mi najwięcej czasu, ale przecież nie mogłeś zapomnieć także o Garze i Kaoru… prawda? Kaoru zaczął cię nudzić, bo z nim prowadziłeś „legalny” związek i tylko on kochał cię tak naprawdę. Gara został twoim przyjacielem, z którym równie dobrze jak pogadać, mogłeś także się przespać, a ja… kim ja byłem dla ciebie? Jakbyś to ładnie określił?
- Kochankiem. Odskocznią od pozostałej dwójki, kiedy tamci mi się znudzili – uśmiechnął się wrednie, a Asada wybałuszył na niego oczy.
- Znudzili…? – szepnął zszokowany wokalista.
- Chciałeś mieć wszystkich, Dai, nie będziesz miał nikogo – zaśmiałem się okrutnie. – Gara już wie – wie o tym, że oszukiwałeś jego, Kaoru i mnie, skłóciłeś naszą trójkę i bawiłeś się nami – wie już, że oszukiwałeś nas wciskając słodkie kłamstewka… Jego już straciłeś, mnie także… Kaoru zaraz się dowie – wzruszyłem ramionami.
- Myślisz, że ci uwierzy? – prychnął. – Prędzej już ty byś ode mnie odszedł. Wiem, że nie odejdziesz, Tetsu. Jesteś za słaby. To było takie zagranie, tak? Chcesz, żebym poświęcał ci najwięcej uwagi z tej trójki? Proszę bardzo – rozłożył ręce, podkreślając tym gestem jaki on to też jest „szczodry”. – Przyszedłeś mnie odbić, mój rycerzu na białym koniu? – zaśmiał się.
- Nie – pokręciłem głową i uśmiechnąłem się drapieżnie. – Przyszedłem porozmawiać z Garą, ale skoro sam już się do wszystkiego przyznałeś, to chyba temat zakończony? Oczywiście jeszcze tylko odwiedzę Kaoru i wszystko wróci do porządku dziennego… - odwróciłem się na pięcie i chciałem wyjść.
- Nic mu nie powiesz! – syknął czerwonowłosy, szarpiąc mnie za ramię. W jego oczach zobaczyłem strach. Dopiero teraz zrozumiał, że nie żartowałem.
- Przecież mówiłeś, że Kaoru to przeszłość… - szepnął zagubiony Makoto.
- Widzisz? Wpadłeś – zaśmiałem się w twarz gitarzyście. – Chciałeś mieć wszystkich, nie będziesz miał nikogo – wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Gara x Tetsu 3


Jak widać wszyscy umarli... Więc ja postanowiłam coś napisać, żeby pokazać, że pokolenie yaoistek nadal żyje i pisze xD

Po długiej, ale to bardzo długiej rozmowie (a właściwie monologu Tatsurou) wróciłem do domu zmordowany jak,przysłowiowo,koń po westernie. Wszedłem do mieszkania i uwaliłem się na fotelu w salonie, nie zadając sobie nawet trudu zamknięciem drzwi (drzwi na oścież – taka nowa moda; kochani sąsiedzi podziwiajcie, co też interesującego tutaj udało mi się przed wami zakamuflować…), czy choćby ściągnięciem butów. Westchnąłem ciężko i wyciągnąłem telefon z kieszeni. Pięknie – było po dwudziestej trzeciej! A ja się zastanawiałem, o czym mówiła ta kelnerka, wspominając, że wszyscy zdążyli już wyjść, a ona powinna zamknąć lokal… No tak, w końcu nie wypadało jej nas wyprosić, więc delikatną sugestią, licząc na nasz takt i inteligencję sugerowała, żebyśmy sobie poszli, jednak kiedy Tatsu oddał się potokowi słów to końca nie było ani widu, ani, tym bardziej, słychu…
- Nigdy więcej nie dam się nabrać na coś podobnego… - mruknąłem sam do siebie.
O dziwo nie byłem ani zły, ani zdruzgotany tym, że zmarnowałem tyle wolnego czasu… byłem po prostu zmęczony. Oparłem łokieć na podłokietniku, a następnie głowę na dłoni i przymknąłem oczy. Mało wygodna pozycja, ale nie miało to wtedy dla mnie znaczenia. Powieki były tak ciężkie, że w tym momencie nie mogłem myśleć o niczym innym niż sen. Czułem jak ciepłe objęcia Morfeusza powoli mnie oplatają i porywają w stronę słodkich krain sennych marzeń, kiedy nagle… zadzwonił dzwonek do drzwi! No rzesz cholera jasna! Kogo tam diabli niosą? Kto śmie napastować mnie o tak barbarzyńskiej porze?!
Wymyślając kolejne spektakularne sposoby, w jakie mógłbym pozbawić życia tą niegodną bytowania istotę, która stała za drzwiami, wstałem i ponownie przeszedłem do przedpokoju. Z rozmachem otworzyłem drzwi i wziąłem głęboki wdech, by wrzasnąć:
- Czy ciebie człowieku Bóg opuścił, żeby wpaść na pomysł przychodzenia do mnie w środku nocy?! Czy dla ciebie nie ma już żadnych świętości?! Zresztą chuj z nimi! Czy ty nie znasz czegoś takiego jak cisza nocna?! – darłem się tak, że chyba pół osiedla mnie usłyszało, kiedy nagle zdałem sobie sprawę kto przede mną stoi. – Gara…? – wydukałem słabo, wytrzeszczając na niego oczy.
- Wszystkich gości tak witasz? – rzucił chłodno.
- Po godzinie dwudziestej pierwszej, tak… - mruknąłem. – Co ty tu robisz? – wpatrywałem się w niego jak w ósmy cud świata. W tym momencie zorientowałem się, że wokalista trzyma jakieś pudło. – Co to jest?
- To twoje rzeczy – wepchnął się do mieszkania bez zaproszenia, przeciskając się między mną a framugą drzwiami. – Wciąż je znajduję w swoim mieszkaniu, a rzecz jasna, nie chcę ich – położył pudło na fotelu, na którym niedawno półleżałem. – To doprawdy dziwne… Zupełnie jakby ktoś je tam ciągle podkładał…
- No wybacz, ale aż takim oszołomem nie jestem, żeby podrzucać ci do domu własne rzeczy! W ogóle… to niby czemu miałoby to służyć? – podniosłem jedną brew.
- To – wyciągnął z kartonowego pudła moją granatową koszulę – kupiłeś, o ile się nie mylę, niedawno… w każdym bądź razie nie miałeś jej, kiedy my… - mimo panujących ciemności w mieszkaniu miałem wrażenie, że chłopak zarumienił się. – No wiesz… - spuścił wzrok na podłogę, po czym kontynuował już tym samym zimnym i nieprzyjemnym tonem, który w moim mniemaniu brzmiał jak ocieranie o siebie dwóch metalowych noży. Spojrzał na mnie uważnie. – Wybierasz się gdzieś? Może ci przeszkadzam?
- Nie. Właśnie wróciłem – westchnąłem.
- Tak, czy inaczej przyszedłem tylko ci to oddać i zadać jedno pytanie.
- Jakie?
- Zauważyłeś może jakieś drobne kradzieże? Czy może pożyczyłeś coś komuś, co nie wróciło do ciebie? Czy w ostatnim czasie zniknęły jakieś twoje rzeczy osobiste?
- Jak na mój gust to były trzy pytania – prychnąłem i nie odmówiłem sobie triumfalnego uśmiechu, kiedy wycelował we mnie zabójczym spojrzeniem. – W ostatnim czasie przychodzę do domu tylko po to żeby się przebrać i nie miałem czasu weryfikować, czy mi coś zginęło, czy też nie – wyznałem.
Gara wyciągnął coś z kieszeni, po czym podszedł do mnie i podetknął mi to pod nos.
- A dowodu osobistego nie zgubiłeś? – westchnął, widząc zdziwienie odmalowane na mojej twarzy.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że miałem go cały czas przy sobie…
- To dobrze, że jednak nie dałeś sobie tej ręki uciąć, bo mój zespół straciłby gitarzystę… - pokręcił głową i oddał mi moją własność.
- Dziękuję – powiedziałem, odebrawszy od niego dowód. Wokalista stanął jak wryty i spojrzał na mnie jakby drugi kutas wyrósł mi na czole. – To słowo aż tak do mnie nie pasuje?
- Nawet nie wiesz jak bardzo… - wydusił, wytrzeszczając na mnie oczy.
- A o co ci chodziło z tymi kradzieżami? Chyba nie myślisz, że ktoś okrada mnie z ciuchów i dokumentów, prawda? To niedorzeczne!
- Myśl, co chcesz, ale mógłbyś zacząć zwracać uwagę na to, czy coś z twoich rzeczy znika?
- A tobie? Tobie coś „ukradziono”?
- Poszukaj w mieszkaniu – podsunął usłużnie i podszedł do stolika, po czym zgarnął z niego zegarek. – Odbieram moją własność – uśmiechnął się dość oszczędnie, a następnie wyszedł bez słowa pożegnania.

***

To była pierwsza noc od dłuższego czasu, którą spędziłem we własnym łóżku. Nie żebym miał jakieś dziwne upodobania do sypiania w nieswoim łóżku, czy preferował nadmierną rozwiązłość, ale… Ostatnie wieczory i noce przesiadywałem na balkonie. Paliłem masę papierosów i wpatrywałem się w ciemne niebo, porównując je do oczu wokalisty, które wydawały mi się być setki razy bardziej urzekające. Może i to banalne, ale zawsze lubiłem po przebudzeniu i ostrym seksie wpatrywać się w oczy Gary, w których umiałem odnaleźć wiele odpowiedzi na pytania, które wolał przemilczeć. Zawsze wtedy jedna myśl powracała do mnie: „Tetsu… Jesteś mi bliski… Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny; może znasz mnie lepiej niż ja sam siebie… Więc, do kurwy nędzy, nie zadawaj pytań, na które znasz odpowiedzi!” – dość często mi to powtarzał. Zawsze, kiedy przypominało mi się to, nie mogłem powstrzymać mimowolnego uśmiechu, który wkradał się na moje usta. Ta myśl wypalała w jaźni fakt, że byłem częścią jego życia… ale już nią nie jestem i nic nie mogę na to poradzić… a może nawet i bym mógł, ale nie wiedziałem jak, gdyż ten surowy wzrok wokalisty zawsze potrafił mnie skutecznie unieszkodliwić, demotywując do czegokolwiek.
Gara twierdził, że miałem na niego wielki wpływ; że mimo iż poznaliśmy się na dobrą sprawę w czasie, kiedy zakończyliśmy okres dorastania, a nasze charaktery były w pełni ukształtowane mówił, że zmieniłem go; że gdyby nie ja, teraz byłby zupełnie innym człowiekiem – niestety nigdy nie wyjawił mi, czy uważał tę zmianę, za dobrą, czy też może złą.
Chłopak był małomówny. Lubił zagadki i ukryte znaczenia, w które maniakalnie się bawił. Szukał drugiego dna nawet w najprostszym zdaniu, jakie mogłem do niego powiedzieć: „Pieprz się ze mną.”; tym teraz zaraził mnie. Byłem święcie przekonany, że tylko ja odcisnąłem na nim swoje piętno, jednak to była transakcja wiązana… Właśnie przez to teraz nie mogłem zasnąć. Wierciłem się w łóżku, przekręcając z boku na bok. Zastanawiałem się nad tym, co powiedział mi o tych kradzieżach – przecież to absurd! Jednak Gara zdawał się w to wierzyć… co łączyło się z tym, że ja również musiałem w to uwierzyć.
Usiadłem na łóżku wzdychając i przecierając dłońmi zmęczoną twarz. Pokręciłem głową i… nagle coś usłyszałem. Jakby przekręcający się zamek w drzwiach – ciche kliknięcie i charakterystyczny dźwięk zamykanych za kimś drzwi. Wytężyłem słuch, w pierwszej chwili myśląc, że z tego całego rozmyślania nad słowami wokalisty zaczyna mi odbijać. Po chwili rozległo się skrzypienie butów z gumową podeszwą na kafelkach z polerowanego gresu. Ściągnąłem brwi, będąc pewnym, że zamykałem drzwi na klucz. Czyżby jakiś włamywacz zawitał do mojego domu? Po cichutku wstałem i ustawiłem się pod ścianą, lekko uchylając drzwi, żeby zobaczyć z kim mam do czynienia. Ciemna postać skradała się i wyjrzała przez drzwi balkonowe na taras. Mruknęła coś do siebie niezrozumiale i rzuciła się w stronę kartonu, który przyniósł wokalista. Wtedy to właśnie słabe światło latarni gazowych zza okna oświetliła ją, dzięki czemu mogłem dostrzec jej czarny zarys; rozeznałem, że złodziejaszek nie był jakimś dryblasem – wręcz przeciwnie; był mizernej postury. Nie szczupły, a wręcz chudy. Miał długie nogi, które przypominały mi tyczki oraz długie włosy, które w nieładzie opadały mu na dolne partie pleców… zaraz, zaraz… to dziewczyna?!
Zdziwiony do granic możliwości wymknąłem się z pokoju i uważając, żeby nie wyjść z cienia przesuwałem się pod ścianą, zmierzając w kierunku salonu, gdzie znajdywała się w chwili obecnej złodziejka… miałem tylko cichą nadzieję, że to nie żadna fanka, która dowiedziała się w jakiś magiczny sposób, gdzie mieszkam… W każdym razie nadal zastanawiał mnie fakt, jak włamywaczka tutaj weszła – jak pokonała furtkę oraz drzwi, przy których trzeba wstukać odpowiedni kod, aby wejść do środka? I jak poradziła sobie z zamkiem przy moich drzwiach, które notabene miały trzy zasuwy. Nieproszony gość usłyszał jak się zbliżam, dlatego na chwilę zamarł i nasłuchiwał, ale kiedy ja, jak na złość, nie chciałem się ruszyć, odpuścił i znów zaczął przeglądać rzeczy z kartonu. W tym oto momencie wychyliłem się i włączyłem światło, naciskając włącznik znajdujący się tuż nad fotelem, na wysokości twarzy złodziejki. Pokój zalało oślepiająco jasne światło. Zamrugałem kilkakrotnie, po czym moje oczy przyzwyczaiły się do panującej wokół jasności. Spojrzałem na włamywaczkę i…
- Nie no… bez jaj – wywróciłem oczyma, wzdychając. – Die?! Co ty tu, do ciężkiej cholery, robisz?! – wydarłem się na muzyka. – Co ci strzeliło do łba, żeby zakradać się po nocach do mojego mieszkania i grzebać mi w rzeczach?! – wyrwałem mu z ręki granatową koszulę, którą wyjął z kartonu. Gitarzysta spojrzał na mnie okrągłymi, wielkimi jak piłki do tenisa ziemnegooczami. – Boże, myślałem, że jesteś kobietą! – pokręciłem głową i przestawiłem karton z fotela na podłogę, po czym zwaliłem się na niego ciężko.
- Te… Tetsu? – wydukał oszołomiony.
- No, a kurwa, kogo innego spodziewałeś się zastać w moim mieszkaniu o tej porze? – warknąłem. – Otrzymamodpowiedzi na poprzednie pytania?
Czerwonowłosy podrapał się po głowie i skrzywił, myśląc intensywnie. Przygryzł dolną wargę, kręcąc głową.
- Nie – odpowiedział stanowczo, co zdecydowanie mi się nie spodobało.
Wstałem i wyprostowałem się. Gitarzysta spiął się, ale nie odsunął choćby o milimetr. Stał sztywno, ze ściągniętymi łopatkami, co było oznaką stresu; w jego oczach czaiła się niepewność. Chwyciłem go za gardło i rzuciłem na sofę, przyszpilając go do niej. Zaczął mi się wyrywać, więc żeby uniemożliwić mu jakąkolwiek ucieczkę usiadłem na nim okrakiem, nadal przyduszając.
- Wiesz, że to jest włamanie, za które możesz dostać zawiasy, jeśli zgłoszę tę sprawę w sądzie? – prychnąłem obojętnie. – Ponad to nie zapominaj, że ukończyłem szkołę aktorską, więc umiem nieco grać, a zważywszy, że skoro nie chcesz mówić, nie wiem, czy to był taki jednorazowy twój wybryk, czy może już któryś z kolei, więc będę mógł zeznać, że to już nie pierwszy raz... Co wiąże się z wydłużeniem zawiasów – wzruszyłem ramionami. – Ale pomińmy sprawy sądowe, bo one nie są ważne… pomińmy również fakt, że mogę powiedzieć, że mnie napastowałeś – wywróciłem oczyma, moszcząc się na nim wygodniej. – Skierujmy się na ważniejsze tematy; zespół i twoja sława. Myślisz, że fani będą pocieszeni takim zachowaniem ich idola? Albo wyobraź sobie reakcję takiego Kyo, czy Kaoru jakby się dowiedział o tym, że po nocach włamujesz się do cudzych mieszkań? A właśnie… Kaoru… - uśmiechnąłem się wrednie. – Nie muszę nawet zgłaszać tego incydentu na policję, informować media, czy twojego zespołu… wystarczy, że Kaoru się dowie, a własnoręcznie cię zamorduje – zaśmiałem się, mówiąc wprost, ohydnie. – Masz jakieś podejrzenia jak nasz kochany KaoKao zareaguje? Bo ja mam w głowie same czarne scenariusze – podniosłem jedną brew, podkreślając tym nonszalanckim gestem to, że mam nad nim władzę.
- Nie zrobisz tego… - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Oj, dobrze wiesz, że zrobię… Zrobię wszystko żeby ci się odpłacić – skrzywiłem się.
- Nie zrobisz tego… - powtórzył z trudem łapiąc chrapliwy oddech. Mimo swojej pozycji uśmiechnął się, co nie powiem, zainteresowało mnie.
- I czego zęby suszysz? Myślisz, że to wzbudzi we mnie jakieś ludzkie uczucia? Nawet jakbyś zaczął się przede mną czołgać i błagając o litość, zalewając łzami, nie darowałbym ci – fuknąłem. – Bo ty mi też nie darowałeś… - ledwo powstrzymałem się od uderzenia go w twarz. Zabawne jak łatwo można znienawidzić człowieka, którego kiedyś się kochało.
Sięgnął mojej ręki, którą nadal trzymałem go za gardło. Próbował rozluźnić moje palce, ale byłem nieustępliwy i nawet o tym nie myślałem. Widząc, że w ten sposób ze mną nie wygra, zaczął delikatnie gładzić moją dłoń.
- Proszę… - wyszeptał słabo. Chyba zaczynało brakować mu tchu, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Przyjemnie było popatrzeć, jak choć raz to on cierpi, a nie ktoś inny obrywa po głowie za jego winy. Jego prośba spowodowała tylko wzmocnienie uścisku, ale kiedy poczerwieniał na twarzy w końcu zdecydowałem się odrobinę odpuścić, co wywołało u niego kolejny uśmieszek. Czyżby ten głupek myślał, że ze mną wygrał? Przewróciłem oczyma. Gadaj z dupą to cię osra… - Nie zrobisz tego…
- Słyszę to już trzeci raz. Może teraz powiesz coś, co mogłoby ci pomóc?
- Nie zrobisz tego… a wiesz jaki jest tego powód? – uśmiech nie chciał spełznąć z jego obrzydliwie wykrzywionych warg.
- No przekaż mi te swoje „mądrości”… - westchnąłem cierpiętniczo.
Chłopak w odpowiedzi uniósł odrobinę biodra i otarł się o mnie, jęcząc przy tym cicho. Powtórzył to trzy razy, po czym dłońmi zaczął przesuwać po moim odsłoniętym torsie, brzuchu i podbrzuszu z racji tego, że moja piżama składała się jedynie z dresowych spodni.
- Naprawdę… to tyle? – powiedziałem niezbyt wstrząśnięty.
Czerwonowłosy z łatwością odsunął moją rękę od swojego gardła i wsunął ją sobie pod spodnie, jęcząc przeciągle.
- Nie zrobisz tego, bo będziesz zajęty… - zachichotał. – Zgaś światło – polecił, a ja zgarnąłem coś ze stolika, co nawinęło mi się pod rękę i cisnąłem tym we włącznik światła. Znów otuliły nas ciemności. – Noc jeszcze młoda… - ocierał się o mnie perwersyjnie.
- To zdrada, wiesz? – spojrzałem na niego uważnie.
- Wiem… i dlatego jestem z tego taki dumny – mruknął uwodzicielskim głosem tuż przy moim uchu, po czym pocałował mnie namiętnie. – Kocham cię… - szepnął.
Oddałem pocałunek.

***

Za cholerę nie wiem, w jaki sposób teleportowaliśmy się do sypialni, ale w każdym raziewłaśnie tam się obudziłem z czerwonowłosym, który spał z głową ułożoną na moim torsie. Wszystko pięknie, ładnie… ale jedna rzecz bardzo mi tutaj nie pasowała – z jakiej racji nie pamiętam tej nocy? Rozumiem gdybym był uke – omdlenie każdemu może się zdarzyć, ale ja przecież zawsze byłem seme i nigdy nie dałem się zdegradować!
Wziąłem głęboki wdech i uważnie wpatrując się w twarz muzyka, rozmyślałem, co ten czerwonowłosy szatan znów wymyślił; co zrobił, że nie pamiętałem tej nocy? Na jaki „genialny” pomysł wpadł tym razem? Aż ciarki człowieka przechodzą…
Z pozoru wydawałoby się, że to miły, uprzejmy, a nawet kulturalny chłopak… Pokręciłem głową i westchnąłem, przenosząc wzrok na sufit. Więc tak jak mówiłem… Tylko z pozoru… Daisuke nawet babci miejsca w autobusie, metrze, czy tramwaju ustępował (oczywiście w czasach, kiedy jeszcze nie był sławny, a termin „komunikacja miejska” nie był mu jeszcze obcy), przy czym kłaniał się nisko i uśmiechał szeroko; w szkole był wzorowym uczniem – ambitnym, inteligentnym i pracowitym. W dodatku takim z ładną buźką, na którego można było popatrzeć z przyjemnością i od którego widoku po godzinie lekcyjnej nauczyciel nie musiał martwić się ewentualnym samozapłonem własnych gałek ocznych… Wydawałoby się, że to człowiek idealny, ale jeszcze raz się powtórzę, tylko z pozoru. Niewiele osób znało Die’a – tego prawdziwego, zakompleksionego gówniarza, który mimo, że był już dorosły, zachowywał się jak pięcioletnie dziecko tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, żeby cały czas być w centrum uwagi. Pewnie, drogi Czytelniku, zadajesz sobie teraz pytanie jak to możliwe, że jednocześnie był zakompleksiony i chciał żeby wszyscy na niego patrzyli? Czy nie powinno być odwrotnie – że powinien chcieć, aby nikt się nim nie interesował? Albo, czy nie powinien być przewartościowany? Otóż nie. Andou zawsze był chwalony przez swoje otoczenie – rodziców, znajomych, nauczycieli… kto wie, czy nawet jego pies albo rybki w akwarium (czyt. klozecie) mu nie gratulowały kolejnej wspaniałej myśli, oceny, znajomości, rozwiązania problemu etc… mimo to on źle czuł się we własnym ciele. Spoglądając w lustro widział karykaturę człowieka niespełna rozumu – to właśnie dlatego wciąż chciał być w centrum uwagi; by słuchać tych wszystkich pochlebstw, które nie pozwalały mu wpaść w depresję.
Dai zawsze miał swoje dziwactwa… Mimo to potrafiłem go polubić… a nawet pokochać. Tak jak już pisałem w poprzednim akapicie, niewiele było osób, które go znało tak naprawdę – od początku do końca, a ja akurat byłem taką osobą. I pokochałem go. To jest dopiero dziwactwo… Kiedy zdałem sobie sprawę z własnych uczuć, automatycznie jakby jakaś żaróweczka halogenowa rozbłysła w moim umyśle i nagle trafiło do mnie również to, że nigdy wcześniej nikogo nie kochałem. Die był pierwszą osobą, którą obdarzyłem takim uczuciem…
 Ale on się mną znudził.
Dla niego jedna osoba klaszcząca to za mało; on chciałby od razu całe trybuny, pełną salę ludzi zachwycających się nim… ale właśnie przez takie zachowanie sam wpędzał się w kłopoty natury psychiatrycznej.
Nie przystanął na mnie – o nie! Jednocześnie potrafił mieć kilku chłopaków i kochanków, nie wspominając o tym, że chodził jednocześnie na dziwki, a w burdelu miał już chyba kartę stałego klienta. Dla niego klaskać musieli wszyscy…  …
Ale teraz chyba poczuł tą pustkę po moim odejściu. Daisuke sam mnie odepchnął, a teraz zrobiło mu się… głupio? Nie, zupełnie innego słowa szukałem… Zrobiło mu się za cicho. Kiedy wyszedłem z tej pełnej sali, która dla niego klaskała, zrobiło się za cicho. Zrozumiał, że odtrącił jedyną osobę, która go kochała i dobrze znała. Mógł sobie wmawiać, że Kaoru dorównuje mi, a może nawet próbował wbić sobie do głowy, że Kao jest lepszy ode mnie, ale jak widać złamał się i przyszedł tutaj.
Złamał się – tak samo jak ja w momencie, kiedy ponownie mu uległem.
To nie był pierwszy i zapewne nie ostatni raz, kiedy spędziliśmy wspólną noc, mimo że już od dawna nie jesteśmy parą.
Andou zawsze znaczył dla mnie wiele i nie umiałem mu odmówić, kiedy w jakikolwiek sposób (nawet w taki, który miał zaszkodzić mi) mogłem go uszczęśliwić. Nawet teraz nie potrafiłem go wyrzucić za drzwi, kiedy ten, na dobrą sprawę, włamał się do mojego mieszkania. Już nawet nie zastanawiałem się, jaki miał w tym cel…
Niestety, jak to mówią, czas leczy rany, a z gojącymi się zadrapaniami nadchodzi skleroza, która pomaga ci zapomnieć pewne rzeczy – między innymi emocje, które, kiedy wygasną, ciężko jest je od nowa wzbudzić. Die ugasił we mnie wiele emocji po tym jak mnie zostawił – to przez niego stałem się taki oziębły i chamski. W pewnym sensie, świat się już dla mnie skończył.
Ale wtedy przyszedł Gara; a w sumie to ja znalazłem go w altance w parku i jakoś począwszy od zdjęć, rozpoczęła się nasza znajomość. Makoto pomógł mi do pewnego stopnia zapomnieć o czerwonowłosym; pomógł mi wykreować nowy świat z nową rzeczywistością, w którym klaskałem dla kogo chciałem i zakochiwałem się w wielu osobach naraz… A potem znów dorosłem i ta „rzeczywistość II” przeszła kolejną metamorfozę, a z nią mój punkt widzenia, który utkwił w Asadzie. Bo tak można najprościej powiedzieć, że Asada stał się moim punktem widzenia – jeśli on w coś wierzył, to ja też, jeśli on coś lubił, to ja też… nawet kawę latte, mimo że miałem uczulenie na mleko…
I tak jakoś już zostało.
I tak miało być już pięknie.
I miał być happy end.
Ale teraz z kolei żaróweczka halogenowa rozbłysła w głowie Daisuke, którego cisza zaczęła przytłaczać i przypomniał sobie wtedy o mnie. Może i powinienem się z tego cieszyć, bo w pewnym sensie przecież mógłbym to uznać za dowód miłości z jego strony, prawda?
A jednak nie cieszyło mnie to w żadnym stopniu…
Dlaczego?
To proste!
Moje dwie rzeczywistości zderzyły się ze sobą!
Przeszłość z teraźniejszością.
Wzajemnie starły się na proch.
A to oznacza, że nie będzie przyszłości.
Nie będzie nowej przyszłości – nie będzie mnie.
I to właśnie dlatego z „tamtego” „Tetsu”, gitarzysty „Merry”, nie zostało nic.
Ja jestem jedynie wrakiem człowieka; pustą skorupą bez wnętrza.
Bez przyszłości… i żadnej miłości…

Gara x Tetsu 2

Buhahaha! Wszyscy czekają na "liceum", a tutaj - tadam! - trochę o Merry... Już dawno miałam napisaną tą część, ale jakoś nie było okazji wstawić...
Dedykuję tę notkę Lilien, której podobno bardzo spodobało się to opko. Nie wiem, czy ona tutaj dalej zagląda, ale jakby co to dedykacja jest :)

Piętnaście komentarzy w jedną noc! Wow! Jesteście świetne! DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE POCHLEBSTWA! Teraz co prawda nie mam czasu się zbytnio rozpisywać, więc wyszczegulnię wszystkie osoby po kolei w następnej notce, która pojawi się jutro, jeśli tutaj też znajdzie się ładna liczba komci - mogę na was liczyć?
Oczywiście jutrzejszym postem byłaby kontynuacja "liceum", ktróą już zaczynam pisać.. :]
Może Die miał rację… Może spieprzyłem? „Spieprzyłem naszą znajomość, Gara?” – zapytałem siebie w myślach, ściągając brwi i analizując wszystkie lata naszej znajomości. Może wcale nie wiem o nim tak wiele jak mi się wydaje? Może nie znam go aż tak? Może właśnie to on ma mnie w garści, a nie ja jego? Może to ja powinienem wracać do niego z podkulonym ogonem, a nie on do mnie? Może…

Ee… Głupie gadanie…


Prychnąłem i skrzywiłem się na własne myśli, jednocześnie decydując, że nie będę dziś jadł kolacji. Westchnąłem i poczłapałem do łazienki, by wziąć gorący prysznic. Rozebrałem się i wszedłem do kabiny prysznicowej, odkręcając kurek z ciepłą wodą. Oparłem się plecami o zimne kafelki, które mroziły moją skórę, kiedy gorące strugi wody je grzały. Przymknąłem powieki i poczułem się bardzo senny. Ziewnąłem rozdzierająco i oddałem się błogiej chwili relaksu… którą jak zwykle musiał ktoś przerwać! Znów odezwał się ten jebany telefon! Kiedyś go wypierdolę przez okno!

- Czego?! – warknąłem poirytowany, wygrzebując komórkę z kieszeni spodni i wychodząc z kabiny, nadal nie zakręcając wody.

- Słuchaj… Wiem, Tetsu, że jest późna godzina – odezwał się Tatsurou po drugiej stronie linii – ale mam do ciebie pewną prośbę…

- Jaką? – zrezygnowany usiadłem nago na podłodze, ociekając wodą.

- Przyjdź jutro do parku w centrum – rzucił lekko.

- Co? Tatsu, czy cię do reszty popierdoliło?! Przecież tam zawsze przewijają się stada ludzi! Chcesz urządzić sobie jakiś maraton, kiedy któraś z fanek nas rozpozna?! I to razem?! Wiesz jaka będzie afera?! – lamentowałem.

- Po prostu przyjdź. Na jedenastą – poinformował mnie i rozłączył się.

Kurwa, czy to jakaś nowa moda żeby kończyć połączenie w środku rozmowy?

- Wypierdolę cię… - syknąłem do telefonu i spojrzałem zawistnie na urządzenie. Podniosłem rękę z zamiarem rzucenia komórką o ścianę i roztrzaskania go na kawałki jednak powstrzymałem się w ostatniej chwili. – Ale jak już nie będziesz na gwarancji… i do niczego się nie przydasz – dodałem, po czym odłożyłem go na umywalkę.

Podniosłem się z podłogi, zakręciłem wodę, wytarłem i przebrałem się w piżamę. Przeszedłem do sypialni i ułożyłem w zimnej pościeli. Mimo iż byłem doprawdy wykończony – fizycznie i psychicznie – sen za nic nie chciał nadejść. Kręciłem się niespokojnie i przewracałem z boku na bok, starając się jakoś wygodnie umościć, jednak na nic się to nie zdało. Zastanawiało mnie to, czego może ode mnie chcieć Tatsurou? Nigdy nie utrzymywałem z nim jakiś specjalnie bliskich kontaktów i spotykaliśmy się jedynie w celach jakkolwiek związanych z pracą, więc… wydało mi się to odrobinę podejrzane, z racji tego, że to Gara poznał mnie z Tatsu. Choć jakby się tak głębiej zastanowić to większość ludzi z branży poznałem przez niego, bo „Gara zna wszystkich, a wszyscy znają Garę". Ja zawsze grałem drugie skrzypce jako „ten kumpel Gary”.

Hm… W sumie to już bardziej podejrzewałem, że w tej sprawie prędzej maczał palce Die niż Makoto, co tylko wszystko pogarszało, zważywszy na to, że Andou jest zawistny i jeżeli chce komuś dać coś do zrozumienia, robi to w taki sposób, że ten owy ktoś nie zapomni tego do końca swojego marnego żywota. To całe jutrzejsze spotkanie bardzo mi śmierdziało, jednak nie mogłem oprzeć się pokusie sprawdzenia, co też przygotował dla mnie Tatsu.

***

Rozejrzałem się jeszcze raz po parku, poprawiając ciemne okulary na nosie. Kilka osób spojrzało na mnie dziwnie – no tak, kto mądry nosi okulary przeciwsłoneczne, kiedy zbiera się na deszcz?

Chyba po raz setny ruszyłem jedyną dróżką prowadzącą przez park i dokładnie lustrowałem wszystkich przechodniów. Kiedy dotarłem kolejny raz pod bramę zachodnią, byłem już pewny, że wokalista MUCC nie przyjdzie.

- Wystawił mnie skurwysyn… - wymamrotałem sam do siebie, wyciągając paczkę fajek z kieszeni. – Zabiję go… - oparłem się o drzewo, wyciągając papierosa, kiedy nagle coś dosłownie zleciało z drzewa. To coś było wielkie, czarne i stanęło przede mną na nogach z perfidnym uśmieszkiem na twarzy.

- Nie wystawiłem cię i nie obrażaj mojej matki, która była cnotką – odezwał się Tatsurou. Z wrażenia papieros wypadł mi z ręki. – I co?

- Co, co? – burknąłem, podnosząc papierosa i odpalając go. – Ja tu łażę jak jakiś kretyn w tą i z powrotem, a ty se siedzisz na drzewie i mnie obserwujesz?! – niemalże krzyknąłem, dmuchając mu dymem prosto w twarz.

- Dokładnie – przytaknął. – Ale ja się pytam, co TY obserwowałeś… - spojrzałem na niego jak na kretyna i zrobiłem minę pt. „Nie wiem, co bierzesz, ale następnym razem bierz pół”.

- Ludzi, bo szukałem cię wśród nich! – wywróciłem oczyma.

- No to chyba logiczne… - prychnął. – Ale co w nich zauważyłeś?

- Cholera, Tatsu, o co ci chodzi?! Najpierw ściągasz mnie do centrum, potem każesz mi na siebie czekać, kiedy ty bezczelnie siedzisz sobie na drzewie i gapisz się, jak bezsensownie chodzę w jedną i drugą, a teraz gadasz jakbyś był naćpany! Czyś ty się z chujem na rozum pozamieniał?

Tatsurou spojrzał na mnie pustym wzrokiem, po czym wybuchnął gromkim śmiechem. Klasnął w dłonie i zgiął się w pół, opierając ręce o uda. Śmiał się długo i donośnie, a ja patrzyłem na niego jak na osobę niespełna rozumu, paląc papierosa. Kiedy skończyłem, rzuciłem niedopałek na ziemię i przydeptałem go nogą, a czarnowłosy w końcu przestał się śmiać.

- Choć, napijemy się kawy – pociągnął mnie za rękę.

Przedzieraliśmy się przez tłumy ludzi do jakiejś małej kafejki, mieszczącej się przy jednej z mniej uczęszczanych uliczek. Ignorowałem wszystko i wszystkich, dlatego też nie przeszkadzało mi ani to, że przez całą drogę Tatsu trzymał mnie za rękę, ani to, że kilku ludzi odwróciło się za nami i spoglądali na nas z niesmakiem. Usiedliśmy przy małym stoliku tuż przy oknie. Chwilę potem podeszła do nas kelnerka – mój towarzysz zamówił kawę latte, a ja mocne cappuccino. Czarnowłosy oparł brodę na pięści i uporczywie wpatrywał się w okno. Odezwał się dopiero, kiedy pracownica przyniosła nam nasze zamówienia.

- Jak miała na imię? – zapytał znienacka.

- Kto? – zdziwiłem się.

- Ta kelnerka.

- A skąd mam wiedzieć? – wzruszyłem ramionami, upijając łyk napoju.

- Miała tabliczkę z imieniem… - zauważył.

- Nie zwróciłem uwagi – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- A jakiego koloru miała uniform? – drążył.

- Yyy… - zaciąłem się.

- Jakiego koloru miał…

- Nie wiem! – przerwałem mu. – Co to za pytania?

- Nie zwróciłeś uwagi? – zapytał lekko, ignorując moją frustrację.

 - Nie, nie zwróciłem uwagi i co w związku z tym? – prychnąłem.

- Właśnie o to chodzi – upił spory łyk kawy, a potem dalej kontynuował wypowiedź. – Nie zwracasz uwagi, Tetsu. Na nic. Nie widzisz ludzi w parku ani kobiety, która cię obsługuje…

- No i co? Po co mam obserwować i interesować się obcymi ludźmi?

- Robisz okropny błąd. Myślisz, że wszystko już widziałeś i nic cię nie zainteresuje; że nie znajdziesz czegoś godnego uwagi, ale muszę wyprowadzić cię z błędu – nie znajdziesz niczego ciekawego, ignorując wszystko! Zobacz ile tracisz…

- I co, teraz mam łazić po parkach i zaczepiać obcych ludzi? – fuknąłem, przerywając mu po raz kolejny.

- Kiedyś tak robiłeś…

- Nie, nigdy tak nie robiłem…

- Gara – przerwał mi. – Gara – powtórzył. – Jak poznałeś Garę? – zamilkłem, co wywołało u czarnowłosego triumfalny uśmiech. – Widzisz; kiedyś byłeś empatyczny. Kiedy się tak zepsułeś, co? Zamykasz się, wiesz? To niedobrze, bo bardzo wiele przez to tracisz…

- Garę, tak? Tracę Garę, o to ci chodzi?! – krzyknąłem, podrywając się z miejsca. Był to dla mnie bardzo drażliwy temat. – Die cię nasłał, prawda?! – chłopak pozostał niewzruszony i nadal powoli sączył swoją kawę.

 - Między innymi. Tracisz okazje na nowe przyjaźnie, różne oferty, inspiracje… Wiesz, że czasem ktoś może zainspirować cię do czegoś? Na przykład do napisania piosenki, albo namalowania obrazu? Ale, tak, głównie tracisz przez to Garę, więc jeśli ci na nim zależy…

- Zależy – uciąłem. – Ale nie będziesz mnie pouczał. Nie ty – syknąłem i szybkim krokiem wyszedłem z kafejki, kierując się w stronę parkingu, który mieścił się niedaleko parku. Wsiadłem do auta i czym prędzej odjechałem.

***

Mocno pociągnąłem za klamkę, ale gdy drzwi przede mną nie ustąpiły, zacząłem w nie nawalać pięścią. Po chwili ktoś łaskawie raczył mi otworzyć, przez co mało nie uderzyłem Kaoru pięścią w czoło. Gitarzysta spojrzał na mnie z ukosa i skrzywił się niemiło, opierając o framugę drzwi.

- Czego? – burknął.

Spojrzałem na jego niekompletne ubranie – pogniecione spodnie, naciągnięte zaledwie do połowy bioder, przez co mogłem podziwiać jego czarną bieliznę. Przyjąłem znudzony wyraz twarzy i odezwałem się:

- A ty tak zawsze witasz gości? W sensie; przed wszystkimi się tak obnażasz, czy tylko ja jestem tym nieszczęśnikiem?

- Ha, ha bardzo śmieszne. Do widzenia – już chciał zamknąć drzwi, kiedy wsunąłem między nie a futrynę nogę wystudiowanym ruchem domokrążcy.

- Domyśl się, po co przyszedłem – westchnąłem.

- Die jest zajęty – odpowiedział, a w tym właśnie momencie, jak na „potwierdzenie” je słów, czerwonowłosy wychylił się z sypialni.

- Kto przyszedł? – zapytał.

- Nikt – odpowiedział Kaoru, cały czas obserwując mnie bacznie.

Nie czekając na zbędne zaproszenie, wepchnąłem się do mieszkania muzyków. Podszedłem do Daisuke i już miałem nim mocno potrząsnąć, kiedy spostrzegłem, że on również jest niepełnie ubrany. Miał na sobie jedynie bokserki i koszulkę… swojego chłopaka, dodam. Kolejna moda, której nie zrozumiem?

- Przyznaj się! – zażądałem.

- Do czego?

- To ty nasłałeś na mnie Tatsuro!

- Tatsu cię nachodzi? – zaśmiał się czerwonowłosy. – Wybacz, ale to nie moja sprawka – wzruszył ramionami.

- Taak, może i bym ci uwierzył, pomijając to, że Tatsu umoralniał mnie jak ty wczoraj! W dodatku jego słowa brzmiały jak kontynuacja twoich! – huknąłem.

- Kaoru… - Die posłał kochankowi znaczące spojrzenie, a niezadowolony gitarzysta przeszedł do salonu. – Dzięki, skarbie – posłał mu całusa, następnie zwracając się do mnie. – Więc jeszcze raz… O co ci chodzi?

- Chodzi o to, żebyś nie nasyłał na mnie ludzi! Nie będziesz mnie pouczał! Ani ty, ani Tatsu, ani nikt inny!

- Nawet Gara? – podchwycił temat.

- Nawe Gara - zgodziłem się. Die podszedł do mnie, jak to miał w zwyczaju, kołysząc przy tym biodrami i pchnął mnie na ścianę, po czym uwiesił się na moim ramieniu. Staną na palcach, by zrównać nasze twarze, z racji tego, że byłem od niego wyższy. – Nie pozwalaj sobie… - prychnąłem, odpychając go lekko. – Nie jesteś już częścią mojego życia – dźgnąłem go palcem w tors, na co on zareagował chichotem.

- Mylisz się – pokręcił głową. – Czy tego chcesz, czy nie, mamy wspólną przeszłość. Przeszłość, z której wykreowaliśmy dziś znaną nam teraźniejszość… osobną, aczkolwiek to nie ma znaczenia. Mimo iż każdy z nas wybrał własną drogę, nie zmienimy i, co najważniejsze, nie zapomnimy o tym co było – uśmiechnął się perfidie. Był to chyba pierwszy raz, kiedy się do mnie uśmiechnął, od kont poznałem Garę.

- Ale ty znalazłeś sobie „wypełniacz” – spojrzałem wymownie w stronę salonu, z którego Kaoru wyszedł na balkon zapalić. – Więc chyba zapomniałeś… - powiedziałem mało przyjemnie. Chłopak odsunął się ode mnie i westchnął teatralnie.

- Amen. I krzyżyk na drogę – wywrócił oczyma. – Nie wiem jak kiedyś z tobą wytrzymywałem… tobą i tym twoim zakutym łbem! Tobie to nawet łopatą nic nie wbijesz do tej pustej makówki! – pacnął się otwartą dłonią w czoło. – Właśnie powiedziałem ci, że nadal coś do ciebie czuję, idioto!

- Ja sądzę inaczej… - podniosłem nonszalancko jedną brew.

- Bo tępy jesteś! – zdenerwował się. – Matoł! – sapnął, po czym znów zbliżył się do mnie, przejeżdżając kciukiem po moich wargach. – Ale mój matoł… - wyszczerzył się złośliwie.

- Twoim matołem jest Kaoru. Ja jestem niczyj…

- Nawet Gary? – znów podchwycił temat, robiąc przy tym minę pt. „Mam cię!”.

- Nie zaczynaj… - warknąłem.

- Dobra… Wracając do poprzedniego tematu – Musisz się z tym pogodzić, że jesteśmy tacy sami… Tylko, że ja jestem ten lepszy… - dodał znacząco.

- Chyba w twoich snach – wywróciłem oczyma.

- No właśnie nie – spoważniał. – Jesteśmy tacy sami, choć mamy jedną zasadniczą różnicę…

- To w końcu jesteśmy tacy sami, czy nie?

- Z zewnątrz – a i owszem, ale w środku… Zmieniłeś się – trochę jakby… sposępniał? – Na gorsze, niestety; dlatego odszedłem, a Gara nie chce przyjść. Zamknąłeś się i wmawiasz sam sobie, że jesteś bogiem, wszechmocnym i wszechwiedzącym… Co ci strzeliło do łba? – puknął mnie palcem w czoło. – Aa… Rozumiem – pokiwałem głową. – Nasłałeś na mnie Tatsu, bo nie podoba ci się moje zachowanie? Kaoru nie daje sobą pomiatać i wracasz do starej zabawki? – Die zamachnął się i wymierzył mi siarczystego policzka. Przybrał surowy wyraz twarzy, choć jego oczy nie pałały żądzą mordu… jeszcze… - Przynajmniej wiadomo, co można znaleźć na starych śmieciach, prawda? – jeszcze raz dostałem w twarz, tym razem z taką siłą, że mało się nie przewróciłem.

- Jak śmiesz twierdzić, że do ciebie wrócę?! – prychnął. Chyba powiedział to specjalnie tak głośno, żeby również Kaoru mógł usłyszeć naszą rozmowę przez niedomknięte drzwi balkonowe. – Tatsuro sam do mnie przyszedł – kontynuował już ciszej i spokojniej. – Rozmawiałem z nim, ale to on wyszedł z inicjatywą, nie ja! Żeby było jasne! – wziął głębszy oddech. – Ja chcę tylko żebyś był szczęśliwy, rozumiesz? Nie ułożyło nam się, ale to nie pierwsze i nieostatnie nasze potknięcie w życiu. Może nadal coś do ciebie czuję… ale jestem gotów ci pomóc z Garą… choćby i kosztem własnych uczuć… - oblizał nerwowo wargi. Przez chwilę wahał się, jakby miał coś jeszcze powiedzieć. Odwrócił się i sprawdził, czy gitarzysta nie patrzy w naszą stronę. Uspokoił się nieco widząc odwróconą do nas tyłem sylwetkę kochanka i szybko musnął moje usta. – No już… Idź… - stałem jak wryty i patrzyłem na niego jak na UFO. – Mam ci wskazać, gdzie znajdują się drzwi? – warknął.

- Nie trzeba – wyrwałem się z letargu. – W końcu też tutaj mieszkałem… kiedyś… I to ja wybierałem te drzwi – ruszyłem w stronę wyjścia.

- Dlatego ich nie zmieniłem! – krzyknął za mną, kiedy już wychodziłem.


Dziwnie się czułem. Jakoś nie pasowała mi ta chwila słabości u Die… Może i był czasami dziecinny, nieznośny i kapryśny, ale na pewno nie miewał takich momentów szczerości, czy czegoś podobnego… albo po prostu nie wiedziałem o tym, że potrafi się tak zachowywać? Może Tatsu miał rację? Może jestem zbyt wpatrzony w siebie? Może nie dostrzegam innych? Może ludzie wokół mnie zmienili się, a ja tego nawet nie zauważyłem? Hm… Może…

Zatrzymałem się pod kafejką, w której jakieś półtorej godziny temu Tatsurou próbował mnie czegoś nauczyć. Chyba Die trafnie zauważył, że mam zakuty łeb…

Wszedłem do lokalu i spostrzegłem, że czarnowłosy nadal siedzi w tym samym miejscu. Spojrzałem na niego zadziwiony i powoli do niego podszedłem.

- Co tu jeszcze robisz?

- Nazywała się Aiko. I miała ciemnozielony uniform – spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie. – A tak w ogóle to piję nadal kawę i myślę nad nową piosenką.

- Acha… - pokiwałem głową i usiadłem na miejscu, które zajmowałem uprzednio.

- Gotowy na lekcję? – zaśmiał się.

- Dawaj… Umoralniaj mnie – uśmiechnąłem się blado.