Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Liceum". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Liceum". Pokaż wszystkie posty

Takie sobie coś, co żyje własnym życiem...


Ten pomysł podsunęła mi Amidamaru – dlatego to właśnie jej to dedykuję J

W sumie miał to być już dawno zapowiedziany epilog do "Liceum", jednak niekoniecznie ma to związek z tą serią. To, tak jak już wspomniałam, żyje własnym życiem i jest zbieraniną wszystkiego i niczego; równie dobrze może być one-shotem o... niczym konkretnym w sumie?

Miałam wstawić to już w nowym roku, tak, żebyście mogły się od pierwszego pośmiać z mojej głupoty, jednak postanowiłam, jednak, że dodam ten post dzisiaj, żeby samotni na sylwestra mieli krótką lekturkę, a poza tym teraz zgadza mi się ilość postów napisanych w ciągu całego roku - 69. Wymowne, prawda?
Przypadek?
Nie sądzę xD

Występują (wszyscy są ustawieni w kolejności wokalista-basista-gitarzysta-perkusista):

The GazettE: Ruki, Reita, Uruha, Aoi, Kai.
D’espairsRay: Hizumi, Zero, Karyu, Tsukasa.
Mejibray: Tsuzuku, Koichi, MiA, Meto.
Born: Ryoga, Kifumi, K, Ray, Tomo.
Matenrou Opera: Sono, Yuu (więcej postaci z tego zespołu nie występuje)


LICEUM EPILOG


- Wreszcie skończyła się ta przeklęta seria… - mruknął pod nosem Ruki.
- Daj spokój, mnie się tam podobała – wzruszył ramionami Reita. – Nie oszukujmy się, tobie mało która rola odpowiada… - dodał ciszej, za co został zrugany wzrokiem przez niższego blondyna.
- Swoją drogą to jestem ciekaw, co teraz Kita-pon wymyśli – wokalista zaczął głośno myśleć. – Przydałoby się jakiś one-shot…
- Ta, lepszy one-shot niż seria; na one-shot krócej zrzędzisz, a na dłuższe opowiadanie krzywisz się i narzekasz aż do jego końca – tym razem nie skończyło się jedynie na morderczym wzroku, ale na rękoczynach. Basista oberwał porządnie w głowę. – Ał! – jęknął, rozmasowując obolałe miejsce.
Takanori przyspieszył kroku i pomaszerował przed siebie z zadartą głową do góry. Stanął pod drzwiami prowadzącymi do pokoju Kity. Już chciał nacisnąć na klamkę, jednak zreflektował się i zatrzymał w połowie gestu. Przybrał wizerunek zadowolonego z życia człowieka, gdyż nawiedzanie autorki z kwaśną miną zazwyczaj nie kończyło się dobrze. Matsumoto przypomniał sobie ten piorunujący wzrok przekrwionych oczu od wpatrywania się w ekran laptopa Kity i jej głos, który nie wyrażał absolutnie żadnych emocji: „ZNÓW coś nie odpowiada?”. Wzdrygnął się na samo wspomnienie… A najgorsze w tym wszystkim było to, że autorka wpatrywała się i mówiła do niego, a nie przestawała pisać! Wciąż w szaleńczym tempie stukała w klawiaturę, mimo iż oderwała wzrok od ekranu. To było… dziwne… (to akurat moja prawdziwa zdolność. Wiem, że nie jest może zbyt oryginalna, jednak moich znajomych potrafię tym przerazić xD od aut.)
Ruki w końcu odważył się i wszedł do środka. Widok, który tam zastał, zdziwił go, delikatnie rzecz ujmując. Na łóżku autorki leżał Zero i miał w rękach jej telefon. Grał w jakąś grę, a na nim leżał z kolei Hizumi, który,  zdawało się, przysypiał. Karyu tęsknie wyglądał przez okno, a Tsukasa przepadł w czeluściach internetu i sprawdzał nowe możliwości swojego tableta. Uruha siedział na podłodze, na dywanie usytuowanym przed łóżkiem i oparty plecami o jego ramę, przeglądał rysunki, których autorką również była Kita-pon. Aoi z kolei siedział na szafce i podłączył duże słuchawki nauszne do radia, przesłuchując kolejne płyty stojące na półce. Kai przeglądał zawartość dwóch regałów. Jeden z nich posiadał drzwiczki wykonane z białego, nieprzezroczystego szkła, przez co można było łatwo wywnioskować, że znajdowały się tam prywatne rzeczy, nie przeznaczone do oglądania dla osób postronnych, jednak perkusista miał to w poszanowaniu. Wertował kolejne książki, a kiedy to mu się znudziło, skupił uwagę na żarówiastej żółtej torbie, która rzucała się w oczy. Otworzył ją i ze środka wyjął lustrzankę.
- Hm… W sumie… może się przydać – wzruszył ramionami, przekładając pasek torby przez ramię. Najwyraźniej przywłaszczył sobie już aparat.
Koichi z kolei zadowolił się szafą. Przeglądał różne ubrania, na fotelu nawet leżała sterta, którą zdążył już przymierzyć, jednak nie był tak zachłanny jak perkusista The GazettE – jedynie przymierzał, ale jeszcze niczego nie zdążył zabrać… a bynajmniej nie wyglądało na to. Meto siedział na wielkim misiu pod oknem, który w istocie był fotelem i bawił się jednym z pluszaków, którego zwinął z parapetu. MiA uczepił się grzejnika, domagając się ciepła, a Tsuzuku bawił się wyśmienicie raz zakręcając ogrzewanie, to znów rozregulowując je tak bardzo, jak tylko to było możliwe i naśmiewał się z gitarzysty swojego zespołu. Ryoga wyciągał z szuflady wszystkie kosmetyki i je wypróbowywał.  K zachwycał się wspaniałymi woniami świeczek zapachowych, dlatego w kącie w którym siedział zrobiło się niemal duszno, gdyż chłopak odpalił wszystkie świeczki na raz. Tomo zajmował się leżeniem plackiem na podłodze i wykonywaniem… bliżej nieokreślonej czynności. Z początku wydawało się, że członek zespołu BORN nie żyje, jednak (na nieszczęście Ray’a) nie mogło być tak pięknie. Drugim wyjaśnieniem, jakie nasuwało się na myśl było to, że chłopak po prostu śpi, jednak kiedy dłużej się go poobserwowało, z łatwością można było dostrzec, że on… jedynie leży. Możliwe, że jedynie mu się nudziło i z desperacji zajął podłogę, gdyż Hizu i Zero uprzedzili go, i zagarnęli dla siebie dwuosobowe łóżko. Ray wyżywał się na Tomo wbijając mu palce w plecy czy między żebra, jednak tamten pozostawał na te zaczepki absolutnie niewzruszony, co strasznie irytowało ciemnowłosego. Kifumi siedział nieruchomo pod ścianą i obserwował denerwującą go muchę, która latała pod sufitem. Początkowo miał ochotę rozprawić się z owadem tak jak Yoshida w szóstej części „Closer to Ideal”, jednak nie nosił przy sobie zestawu akcesoriów kuchennych, a Kita-pon także nie przetrzymywała ich w sypialni. Sono zajął się czytaniem książki, która bardzo go wciągnęła i poruszyła, czego dowodziło to, iż na jego twarzy wciąż malowały się nowe miny (niekiedy głupie, jednak to można pominąć) i emocje. Yuu z kolei zasiadł na niskim stołeczku, chwycił pierwszy lepszy długopis i kartkę z biurka autorki, i zaczął uwieczniać dziwaczą pozę Kity na rysunku (to, że w istocie rysunek przedstawiał patyczaka również nie jego godne uwzględnienia w tekście). Reszta zespołu Matenrou Opera była nieobecna.
Jednym słowem panował tutaj spory tłum. Ruki domyślił się, że każdy z muzyków czeka na nowy scenariusz. Kolejka po odbiór tekstów była długa, a Kita-pon… zwyczajnie spała na biurku z głową na klawiaturze laptopa. Wokalista domyślał się, że nikt nie był na tyle zdesperowany, aby igrać ze śmiercią i ją obudzić, dlatego w ciszy i spokoju czekali aż ona sama się wybudzi.
Reita w końcu go dogonił i ogarnął wzrokiem zebrane w pokoju towarzystwo. Dwaj blondyni przez pewien czas stali w progu drzwi i nie bardzo wiedzieli, co myśleć o tym, co właśnie zobaczyli, jednak nie widząc innego wyjścia, również weszli do środka.
Akira szeptem przywitał się ze znajomymi i zajął miejsce obok Uruhy. Matsumoto przez chwilę szukał sobie wzrokiem miejsca, ale nie zostało go już zbyt wiele… Szczerze powiedziawszy to nawet mucha pod sufitem, którą Kifumi wciąż zabijał bezskutecznie spojrzeniem nie miała zbyt wiele przestrzeni dla siebie. Mimo to coś przykuło wzrok blondyna – laptop autorki. Ruszył w jego kierunku i poruszył myszką, dzięki czemu na ekranie pokazał się niezapisany plik z dokumentem tekstowym. Takanori pobieżnie przeczytał początek ficka i wywrócił oczyma, wzdychając cierpiętniczo…
- Znów to samo… - mruknął sam do siebie, po czym zaczął kopiować poszczególne litery, niekiedy całe słowa, budując nowe zdania, dorabiając część tekstu. Nie mógł pisać na klawiaturze, z tej racji, że na niej leżała głowa Kity.
Zdawało się, że wszyscy nagle wstrzymali oddech i spojrzeli z niedowierzaniem na Rukiego, który igrał z ogniem – w przenośni i dosłownie, albowiem Kita-pon posiadała pokaźną kolekcję zapalniczek i zapałek, a także miała destrukcyjne zapędy rzeźnika i pirotechnika-sadysty.
- Zawsze chciałem wymachiwać bronią… - dalej mówił do siebie ryzykant, dopisując kolejne wersy. Słysząc to z podłogi podniósł się rozbudzony Tomo.
- Ja chciałbym prowadzić czołg przeciwpancerny! Weź mnie tam uwzględnij! – odezwał się błagalnie.
- To ja chcę być wampirem!
- A ja chcę mieć swój harem!
- Chcę mieć w opowiadaniu kucyka! (100 punktów dla tej z was, która zgadnie, kto to powiedział xD od aut.).
- W sumie to zawsze zastanawiałem się jak to jest mieć skrzela…
- Chciałbym zagrać rolę podobną do Tarzana! Lubię naturę!
- Życzę sobie wyglądać jak panda! Pandy są takie kawaii!
- Chcę choć raz zamiast iść na spacer, odwiedzić siłownię!
- Napisz, że nasz następny album będzie hitem!
I tak oto padały kolejne życzenia; bezmyślnie jeden zaczął przekrzykiwać drugiego. Takanori starał się nadążyć za wszystkimi i spełnić ich oczekiwania, jednak to nie było takie proste. W wyniku zgiełku i zamieszania, jakie powstało Kita się obudziła. Kiedy tylko drgnęła Ruki odskoczył od niej jak oparzony, zatrzymując się dopiero na przeciwległej ścianie, aby uniknąć kary. Autorka podniosła się powoli i złapała za głowę, w której jej huczało. Ponownie zapadła idealna cisza, nawet mucha nie odważyła się poruszyć i wypełnić pokoju swoim irytującym bzyczeniem. Kita-pon zmierzyła wszystkich obecnych swoim słynnym spojrzeniem jak zwykle przekrwionych oczu, którego tak panicznie chciał uniknąć wokalista The GazettE. Na szczęście tym razem skończyło się jedynie na wykrzykiwaniu wiązek niecenzuralnych słów i wysłaniu wszystkich do diabła (z czego Hizumi wciąż nie rozbudził się, dlatego został bezpardonowo wyniesiony przez Zero). Autorka nie miała nawet zbytnio siły ani ochoty na użeranie się z niewdzięcznymi bohaterami jej fanficków, dlatego nawet się nie ruszyła i poczekała aż wszyscy wyjdą z jej sypialni. Przez chwilę zastanawiała się czy zamierzają wyjść razem z framugą drzwi, gdyż chłopcy zaczęli się przeciskać i wszyscy rzucili się ku wyjściu „na hura”, ale obyło się bez tego i drzwi pozostały na swoim miejscu. Planowała nikogo nie karać, gdyż w końcu goniły ją terminy, jednak zauważyła, jak Kai próbuje wyjść razem z jej torbą z aparatem.
- KKKKKAAAAIIIII~! – wydarła się tak głośno, iż zdawało się, że zadrżały fundamenty budynku; a bynajmniej takie wrażenie miał nieszczęsny perkusista, którego mimo wszystko dosięgła kara w postaci angst’a (bardzo smutnego, depresyjnego opowiadania zazwyczaj kończącego się śmiercią – jakby ktoś nie wiedział od aut.).


A epilogiem okazał się ten wpis dlatego, iż była to ostatnia (z poprawkami Rukiego o wampirze ze skrzelami, który jeździł czołgiem, wymachiwał bronią, miał swój harem i kucyka, przypominał nieco Tarzana z makijażem a’la „panda” i chodził na siłownię, a jego kolejny album muzyczny stał się hitem) praca Kity-pon, gdyż po tym wybryku pracodawca wypowiedział jej umowę o pracę.

Liceum cz.15

Tak, tak w końcu się doczekałyście kolejnej części. Jest to zarazem ostatnia część, ewentualnie (na życzenie - piszcie w komentarzach czy chcecie, czy też nie) mogę dopisać epilog. Z dedykacją dla Rena, prawdopodobnie jedynego czytelnika płci męskiej mojego bloga :) Dziękuję jeszcze raz za kontakt Pisane przy akompaniamencie piosenki „Calm Envy” i „D.L.N” (przede wszystkim przy tej drugiej). Dobrze czyta się przy tym, ale to moja taka prywatna uwaga. Mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie i będziecie czytać inne opowiadania równie chętnie, jak to!

"Liceum cz.15"

[Ruki]

Właśnie kończyłem wykonywać makijaż, kiedy dobiegło mnie stukanie. Jeszcze raz przeciągnąłem szczoteczką pokrytą czarnym tuszem po rzęsach, mrucząc pod nosem:
- Chwileczkę…
- Taka, bo tu zaraz zlecę! Będziesz mnie zbierał z asfaltu!
Westchnąłem niezadowolony z tego, że nie mogłem dokończyć makijażu i wstałem z obrotowego krzesła, które przysunąłem sobie do małej toaletki mieszczącej się w rogu pokoju. Podszedłem do okna i otworzyłem je, a Akira zwinnie wskoczył do środka. Usiadł na parapecie i odetchnął z ulgą. Ostatnio spodobał mu się ten sposób odwiedzania mnie. „A bo przez okno szybciej.” – zawsze się tak tłumaczył. Spojrzałem na blondyna przez chwilę posyłając mu obrażone spojrzenie, po czym wróciłem na swoje miejsce przed lustro i zacząłem poprawiać włosy. Chłopak pokręcił głową z politowaniem i zaśmiał się pod nosem.
- Dla mnie nie musisz się malować – stanął za mną i położył mi dłonie na ramionach, delikatnie je masując. – I tak jesteś piękny.
- Czy chcesz mnie udobruchać tym dennym tekstem z telenoweli? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – Nie gramy w jakimś podrzędnym yaoi, więc bez takich tekstów, proszę – wywróciłem oczyma. – Spiąć włosy czy zostawić rozpuszczone?
- Spiąć – odpowiedział, nie reagując na moje docinki.
- Więc zostawię rozpuszczone – zadecydowałem i wstałem z krzesła.
- W takim razie, po co w ogóle pytałeś mnie o zdanie?
Suzuki zaczął krążyć po pokoju. Zatrzymał się na chwilę przy biurku i rzucił okiem na to, co znajdowało się na jego blacie. Teoretycznie panował tam chaos, ale ja, tylko i wyłącznie ja wiedziałem, gdzie się co znajduje.
- Nie wiem… Tak jakoś – wzruszyłem ramionami.
Aki pozwalał mi być trochę zarozumiałym w ramach „rekompensaty” za to, jak mnie wcześniej traktował. Pozwalał mi na to ze względu na to, iż doskonale wiedział, że długo nie potrafię udawać „księżniczki na ziarnku grochu” i mimo wszystko zaraz zacznę się do niego przytulać, i wymagać od niego tego samego. Zwyczajnie czułem… niedosyt mojego chłopaka? Coś w ten deseń… Nasza rozłąka trwała długo, a nasze stosunki przed wejściem w życie licealisty zmieniły się praktycznie z dnia na dzień. Chciałem się nim po prostu nacieszyć. Może podświadomie wciąż bałem się, że zaraz go stracę… że ktoś tam na górze, nieważne jak go nazwiecie, włączy „replay” i cała historia powtórzy się, a ja znów zostanę sam; outsider. Z zamyślenia wyrwał mnie głos blondyna:
- Ostatnio żywisz się zieloną herbatą, czekoladkami w kształcie misiów i żelkami… Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale to nie są ani najpożywniejsze, ani najzdrowsze rzeczy – zauważył, spoglądając na mnie z naganą, ale jednocześnie i troską.
- Pozwól, że uświadomię ci, iż doskonale o tym wiem, jednak to jest dobre – podniosłem jeden palec w górę zupełnie tak, jakbym wpadł na jakiś genialny pomysł czy obwieszczał nową naukową tezę, która zaprzeczałaby wszelkim prawom, które do tej pory poznał człowiek.
- Chyba powinienem zabrać cię na jakiś normalny obiad – mruknął bardziej do siebie niż do mnie, po czym wyciągnął jedną ze sterty kartek, które zostały zmyślnie ukryte przed światłem dziennym pod grubą warstwą szeleszczących, kolorowych papierków po cukierkach i kilku kubkach z niedopitymi herbatami.
Już chciał zacząć czytać, kiedy wyrwałem do przodu i niemalże rzuciłem się na niego. Wyrwałem Reicie kartkę i zgniotłem ją w dłoni.
- To nic godnego twojej uwagi! – uśmiechnąłem się, a ów uśmiech miał potwierdzać moje słowa.
Kątem oka jednak zauważyłem własne odbicie w lustrze i oceniłem, że bezsprzecznie była to najgorsza imitacja uśmiechu, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu. Była ona tak sztuczna, iż nawet prawie ślepy nauczyciel w-f’u, któremu przez dwa lata wciskałem kity, że zawsze sumiennie ćwiczyłem na jego zajęciach, zauważyłby, że coś jest nie tak. Dodatkowo ta moja nagła reakcja… Fakt, mogłem popisać się bardziej swoimi zdolnościami aktorskimi…
Akira spojrzał na mnie zdziwiony, po czym zamrugał kilkakrotnie. W chwilę potem wybuchnął gromkim śmiechem i przytulił mnie do siebie bez słowa.
- Wstydzisz się pokazać mi swoje piosenki i wiersze? – parsknął.
Położyłem głowę na jego torsie i objąłem go w pasie, jednocześnie wciąż gniotąc kartkę za jego plecami. „Gdybyś tylko wiedział, że to nie jest żadna piosenka ani wiersz…” – pomyślałem.
- Ja… Ja ostatnio zacząłem spisywać swoje… ee… sny… - wydukałem zawstydzony.
- Ach, więc to jeden z twoich snów? – uśmiechnął się ciepło i cmoknął mnie w czoło. – Co ci się takiego śniło, że nie chcesz mi tego pokazać? - W odpowiedzi jedynie zaczerwieniłem się po same uszy i mocniej wtuliłem w chłopaka, próbując ukryć twarz. Rei zaśmiał się dźwięcznie, gładząc mnie po dolnych partiach pleców. Jeszcze nigdy nie byłem tak zażenowany. - Chyba rozumiem – ujął moją twarz w dłonie, po czym pocałował mnie czule w usta.

***wersja alternatywna ***
(można pominąć, gdyż nie wnosi to nic do oryginalnej fabuły)

Jak już wspomniałem wcześniej, nie potrafiłem udawać obrażonego księcia zbyt długo. Fakt, przyjemnie czasem było wydawać komuś rozkazy, jednak w związku to było dla mnie nie do pomyślenia. Gdyby moje relacje z Akim jedynie opierały się na rozkazach, tzn. „przynieś, wynieś, pozamiataj”, to nie miałoby żadnego sensu;  bynajmniej nie dla mnie. Może to trochę dziwne, kiedy mówię to akurat ja z racji tego, że zawsze byłem zaborczy, jednak… prawda jest taka, że Reita był dla mnie kimś ważniejszym od wszystkich. Wiedziałem to już w chwili, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy… A może jedynie mi się zdawało? Nie byłem do końca pewien… W sumie to… nawet nie pamiętam naszego pierwszego spotkania! Drgnąłem zdziwiony własnym… zapominalstwem? Ignorancją? Nie wiedziałem, jak to określić… Znaliśmy się już tyle lat, że… zwyczajnie wyleciało mi to z głowy. Strzeliłem klasycznego „face palma” ubolewając nad swoją krótką pamięcią i nieprzywiązywaniem wagi do drobiazgów. Miało być już pięknie i w ogóle zakończenie rodem z jakiegoś tandetnego yaoi, gdzie głównych bohaterów, w tym wypadku mnie i Reiego, miałaby otaczać serduszkowa aura po wsze-czasy. Po czternastu dramatycznych częściach seria ta miała zakończyć się tak, aby wszystkie czytelniczki (ewentualnie jeden czytelnik) zaczęły rzygać tęczą, srać brokatem i piszczeć: „KAWAII!” tak głośno, żeby sąsiad mieszkający piętro wyżej noszący aparat słuchowy, który w gruncie rzeczy za wiele mu nie pomagał, zacząłby walić jedną z kul w podłogę i drzeć się, aby ta „niewychowana młodzież zamknęła japę”. Mieliśmy odjechać zakochani w stronę zachodzącego słońca i to miał być koniec – ta część miała być epilogiem!... a zamiast tego wszystkiego wyszedłem na idiotę… a przynajmniej we własnych oczach…
- Coś się stało? – blondyn stanął za mnę i objął mnie od tyłu, splatając dłonie na moim brzuchu. Oparłem się o jego tors i przymknąłem na chwilę oczy, zdychając ciężko.
- Autorka chyba mnie nienawidzi – wyznałem cicho. (zUa Kita xD od aut.)
- Co ty pleciesz – prychnął chłopak. – Lubi cię, lubi. Z pewnością.
- To niby dlaczego, co chwila zmienia scenariusz? Ona bawi się mną i chce zrobić ze mnie ofiarę losu albo idiotę! Albo jedno i drugie na raz… - zacząłem się żalić.
- Ciesz się, że nie jesteś na miejscu Yuu. To on z początku miał być ratunkiem dla ciebie, a wyszło, że to on był tym czarnym charakterem i publiczność go nienawidzi. Jestem pewien, że przynajmniej połowa czytelników miała ochotę nabić go na pal albo spalić na stosie – odpowiedział lekko i oparł głowę na moim ramieniu.
- Najlepiej to masz ty! – krzyknąłem z cieniem wyrzutu. – Wszyscy myśleli, że jesteś zły, a kiedy mnie obroniłeś, pokochali cię – nadąsałem się. – Też chcę, żeby publiczność mnie kochała!
- Już cię kocha – wzruszył ramionami. – Właśnie za to, że jesteś taki pokrzywdzony, a dzięki temu jednocześnie słodki.
- Chcę mieć jakąś normalną rolę! I lepszą pamięć… Miałem teraz strzelić jakiś ckliwy monolog, odwołując się do naszego pierwszego spotkania, a… ja zwyczajnie go nie pamiętam… - przyznałem cicho.
- To może zamiast uskuteczniania jakiś ckliwych monologów porozmawiasz ze mną? – zaproponował. – Zresztą, nie narzekaj na swoją rolę. Yune zazwyczaj gra dziwkę- zauważył.
 - Yune nie występuje w tym opowiadaniu.
- Występuje. Na samym początku. Jest uwzględnione, że należy do koła plastycznego i jest dziwakiem. W dodatku to twoja kwestia – wytknął mi.
- Moja przeklęta skleroza… - jęknąłem żałośnie. – Moim zdaniem fajną rolę to ma Uruha. Zawsze gra bogacza, który ma wszystkiego pod dostatkiem, a nawet w nadmiarze – pokiwałem głową, jakbym potwierdzał tym własne słowa.
- A nie zauważyłeś, że nasz kochany Uru zazwyczaj jest debilem?
- Też racja… Nie chcę być kretynem… A Kai?
- Co Kai? On nie występuje w połowie opowiadań!
- Jak nie kijem, to pałką… - westchnąłem cierpiętniczo. – Nie ma dobrego rozwiązania tej sytuacji! A właśnie… co ja mam zrobić, skoro nie pamiętam swojej kwestii? – zapytałem załamany.
- Nie wiem, napisz do Autorki, żeby dawała ci krótsze role.
- Nie… - pokręciłem głową. – Jeszcze mnie wyrzuci z opowiadania… Muszę się jakoś wywinąć… Tylko jak?
- Może zrzućmy tę sprawę na Aoia i Uruhę, co? – zaproponował Akira.
- Świetny pomysł! – wykrzyknąłem uradowany. – Więc… jakby to ładnie ująć w słowa… Tym czasem u Yuu i Kouyou – wykonałem gest dłonią, jakbym zapraszał czytelników do wejścia do pomieszczenia.

***koniec wersji alternatywnej***

[Aoi]

Kiedy obudziłem się, coś mi nie pasowało… Łóżko było zbyt miękkie, przez co bolały mnie plecy, a pościel była satynowa. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek gustował w satynie… Było mi ciepło… nie gorąco, jednak cieplej niż ciepło. Nie wiem, jak trafnie to ująć… W każdym razie to ciepło było takie… specyficzne… Takie, którego nie potrafi wytworzyć żaden przedmiot nieożywiony jak choćby kaloryfer ani żadne zwierzę. Przede wszystkim pościel nie była przesiąknięta zapachem ani psa, ani kota, więc żaden z domowych pupilów nie mógł być źródłem tego ciepła. To było takie charakterystyczne ciepło, które mogła dać tylko druga osoba… Bardzo ważna, bliska mi druga osoba. Wciąż zaspany eksperymentalnie otworzyłem jedno oko. Pierwszym, co zobaczyłem była burza rudych włosów w nieładzie. Uśmiechnąłem się pod nosem i mocniej objąłem wątłe ciało, które właśnie w tym momencie wygodnie mościło się na moim torsie. Uruha mruknął niczym kot, wiercąc się i wzdychając. Pogładziłem go po plecach, następnie przeciągnąłem palcami wzdłuż jego kręgosłupa, na co chłopak wygiął się rozkosznie.
- Dzień dobry – szepnąłem w jego włosy, po czym ucałowałem go w czubek głowy.
- Nie – odpowiedział zachrypniętym od snu głosem.
Zakrył się kołdrą, zwijając w kłębek i usiłował zasnąć. Na całe jego nieszczęście wybrał sobie jako legowisko mnie, co wiązało się z tym, że nie pozwoliłem mu ponownie zasnąć. Znów gładziłem go po plecach; tym razem z tą różnicą, że umyślnie moje ręce zsunęły się niżej. Zacząłem go dotykać i prowokować. Takashima cichutko skomlał i prężył się pod wpływem mojego dotyku, jednak wciąż nie chciał dać za wygraną. Zaciskał oczy, licząc, że jeśli nie okaże mi zainteresowania, wkrótce się nim znudzę. Cóż za fatalna pomyłka. Kiedy moje dłonie zawędrowały między jego nogi, w końcu nie wytrzymał. Podniósł się z mojego torsu i spojrzał na mnie z reprymendą w oczach, a jednocześnie figlarnym uśmieszkiem na ustach.  
- No wiesz co… - prychnął rozbawiony. – Tak obłapiać swojego ukochanego z samego rana – wywrócił oczyma wciąż się uśmiechając.
– Przecież mamy dla siebie cały dzień – ponownie położył się na moim torsie i objął mnie za szyję. - Nie mów, że ci się nie podobało – wplątałem palce w jego włosy.
- Nie bądź taki pewien siebie, panie Shiroyama – ponownie prychnął, owiewając moją szyję gorącym oddechem. – A co jeśli w istocie nie podobało mi się? – podniósł się do siadu.
- W takim razie kłamiesz mi w żywe oczy – pogładziłem go po odsłoniętym udzie, z racji tego, że rudzielec sypiał jedynie w samych bokserkach.
- Czemu jesteś tak cholernie pewny siebie? Nawet nie mogę się z tobą podroczyć! – jęknął zawiedziony i założył ręce na piersi.
- Cóż… jakoś zbytnio nie ukrywałeś tego, jak bardzo podobało ci się – uśmiechnąłem się zwycięsko.
- Czy to dziwne, że podoba mi się, kiedy mój chłopak się mną zajmuje? – powiedział niby zadziornie, jednak zdradziły go delikatne rumieńce na twarzy.
- Ależ nie ma się czego wstydzić, kochanie. To całkowicie zrozumiałe i normalne – zaśmiałem się, za co oberwałem z pięści w ramię.
- Może zamiast głupkowato rżeć bez powodu w końcu byś mnie pocałował, co? – burknął obrażony, na co parsknąłem śmiechem.
Ponownie oberwałem w obolałe ramię, jednak nie przejąłem się tym. Kiedy w końcu przestałem się śmiać, przyciągnąłem do siebie chłopaka, a następnie zmieniłem nasze pozycje tak, że teraz to on leżał na dole. Nachyliłem się nad nim i musnąłem jego usta. Z początku delikatnie i powoli smakowałem jego warg, jednak z czasem pragnienie wzięło górę. Całowałem go namiętnie i z pasją, a on oddawał pieszczotę. Zaplótł mi ręce na karku, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Rozchylił wargi w zapraszającym geście, z czego z chęcią skorzystałem. Wsunąłem język do jego ust. Przeszły mnie przyjemne dreszcze podniecenia. Nasze języki splotły się, wzajemnie prowokując, kiedy nagle… nie, wcale nie skończyło nam się powietrze. Ktoś nam przerwał, pukając do drzwi.
- Przepraszam, że nachodzę w takiej sytuacji… - niska kobieta, której wiek oceniłem na miej więcej trzydzieści lat stała w progu drzwi i zarumieniona po same uszy uparcie wpatrywała się w podłogę. – Próbowałam wyjaśnić, że to nieodpowiedni moment, jednak… goście byli bardzo nachalni… - dokończyła szybko, po czym jeszcze szybciej zmyła się z naszego pola widzenia, a do pokoju Kyou weszło dwóch chłopców. Szczerze powiedziawszy to szybciej spodziewałbym się zobaczyć batalion wojska nazistowskiego niż tą dwójkę razem, jednak, cóż… stało się.
- Cześć – przywitał się szatyn podczas gdy rudzielec jedynie taksował mnie nieprzyjemnym spojrzeniem.
- Suga, Shimizu…? Co wy tu robicie…? – wydusiłem z siebie po dłuższej chwili.

***

- Nie wiem czy to dobry pomysł… - westchnąłem nieco spięty. – Może ty powinieneś z nimi pogadać… - próbowałem się wywinąć, za co odstałem od Uruhy w łeb. – Ał… - jęknąłem.
- I co? Zamierzasz unikać Rukiego i Reity do końca życia? – prychnął. – Nie oszukujmy się, Reita jest wszędzie; a jeśli nie osobiście to są tam jego „oczy”. Wiele osób go zna, choć nie każdy się przyznaje. Jeśli nagle mu się o tobie przypomni i w dodatku zachce wziąć odwet, to wierz mi na słowo, że znalezienie cię nie zajmie mu więcej niż dziesięć minut. Zadziała tu poczta pantoflowa. Reita zapyta czy ktoś cię widział, ten ktoś tam zapyta kogoś jeszcze innego… i tak w kółko aż wyjdzie, że dwudziesta osoba przed chwilą cię widziała, a Akira się o tym dowie. Szybciej niż myślisz – pouczył mnie.
- Nie przesadzaj – mruknąłem. – W końcu nie każdy donosi informacje Akirze…
- Fakt, nie każdy. Reita żyje w swoim małym światku i interweniuje tylko wtedy, kiedy ktoś narusza ustaloną przez niego harmonię. Nie słyszałem, żeby wymuszał od kogoś jakiś informacji czy pobił kogoś w nie swojej sprawie, ot tak, „dla zabawy” – przewrócił oczyma. – Między innymi jest to przyczyną tego, że Reita nie jest AŻ tak straszny. Jest prosta zasada, do której trzeba się zastosować, aby nie mieć z nim kłopotów: nie wchodzić mu w drogę. Spokojnie możesz obok niego przejść, nawet jeśli potrącisz go ramieniem, ale powiesz „przepraszam”, to nic ci nie zrobi. W przeciwieństwie do Kyo. Nie znam go osobiście i raczej nigdy, na szczęście, nie będę miał tej przyjemności go poznać. Znaczy… To jest bardziej zawiła sprawa niż mogłoby początkowo się wydawać. Ta dwójka, Reita i Tooru, są przewodnikami swoich grup. Rei dopuszcza do siebie tylko osoby, z którymi chce się zadawać i ma coś wspólnego; łączy się to z tym, że jego grupa nie jest zbyt duża. Nishiimura z kolei, można powiedzieć, że ma własny gang. Może przesadzam i trochę dramatyzuję, ale… taka prawda. Do Kyo może dołączyć się każdy, o ile jest na tyle silny, aby wytrzymać w tamtym towarzystwie. Zresztą… Tooru jest starszy, skończył już szkołę i nie boryka się z takimi problemami jak Reita. Zdaje mi się, że to również wina tego, że Kyo trafił do ośrodka wychowawczo-poprawczego i… tam się nauczył być takim, jakim jest obecnie. To głównie dlatego walczyliśmy tak, aby Akira nie został przeniesiony…
- No dobra, rozumiem. Ale co ma to wspólnego ze mną? – wcisnąłem ręce w kieszenie bluzy, po czym znów dostałem w łeb.
- Ignorancie, próbuję ci coś właśnie wytłumaczyć! W każdym razie chodzi mi o to, że tak samo Nishiimura jak i Reita odpowiadają za „swoich ludzi”. Jeśli ktoś z bandy Kyo pobił jakąś osobę, to ludzie przekręcają i mówią, że zrobił to osobiście Tooru. Wiąże się to z tym, że wizja złego Kyo jest bardzo przerysowana, jednak osoby postronne są do tego stopnia ogarnięte strachem, że nie potrafią tego zrozumieć. Ba, nawet nie próbują… Tooru wzbudza większy strach, więc kiedy jedna osoba powie, że „jestem od Kyo” reszta drętwieje, zaczynają paplać i oddawać wszystko, czego ów osoba pragnie. Jeśli taki strach wywołują przydupasy Tooru, to wyobraź sobie, jaki strach wywołuje on sam. Wystarczy, że Reita się do niego pofatyguje, a nie omieszkam ci wspomnieć, że są przyjaciółmi, Nishiimura skinie palcem, a Akira dostanie wszystkie informacje na temat twojego aktualnego pobytu. Ha, nawet jestem pewien, że przy takim obrocie spraw Tooru jeszcze dopomoże Reiemu.
- Czy nie powinieneś mnie wspierać, a nie jeszcze bardziej straszyć i dobijać? – spojrzałem na rudego dość chłodno.
- A co? Mam ci wmawiać, że jeśli spotkasz się z Reitą i Rukim, powiesz ładnie „przepraszam”, to obaj zamienią się w wielkie pluszowe misie i cię wyściskają? Puknij się w czoło, Yuu! – znów mnie uderzył. – Mówię ci prawdę! To chyba lepsze od pocieszeń, nie? Przynajmniej wiesz, na czym stoisz!
- Przestaniesz mnie w końcu bić? – spojrzałem na niego wymownie.
- Jak zmądrzejesz, to przestanę – wzruszył ramionami, po czym ujął mnie pod rękę i przytulił się do mojego ramienia. – Zimnooo… - przeciągnął. Wysunąłem jedną rękę z kieszeni i złapałem jego dłoń. Była lodowata.
Mimo tego, że jeszcze przed chwilą mnie bił, pouczał niczym matka małe dziecko i strofował, zrobiło mi się go szkoda. Objąłem Kouyou w pasie i przyciągnąłem do siebie, chcąc aby choć trochę zrobiło mu się cieplej. Westchnąłem ciężko wciąż myśląc o tym, co mnie czeka.
- Dobra, rozumiem, że nie mogę zostawić tak tej sprawy. Sam do wszystkiego doprowadziłem i sam wszystko muszę posprzątać, jeśli nie chcę, żeby Reita, Kyo lub ktoś z jego bandy mnie zatłukł…
- Otóż to – wtrącił Uru, przerywając mi w pół słowa.
- …ale możesz mi wytłumaczyć, z jakiej racji mam z nimi rozmawiać w imieniu Sugi i Shimizu?
- Z takiej, że wplątałeś w to Sugę, jego brat został przeniesiony do zakładu wychowawczo-poprawczego, a Shimizu jesteś to winny za okropne traktowanie – wyjaśnił.
- Ej, dlaczego zrzucasz na mnie winę Sugi? – oburzyłem się.
- Przecież tego nie robię – bronił się Takashima.
- Jak nie? Przedstawiłeś sytuację tak, jakbym zmuszał do tego Sugę. Robił to dobrowolnie. Rozumiesz? D-O-B-R-O-W-O-L-N-I-E – przeliterowałem. – Przecież on nie jest wcale święty. Opowiedział się przeciwko mnie i działał na własną rękę, chcąc pomóc Sakiemu. Doskonale wiesz, że on zrobiłby Rukiemu krzywdę… o wiele gorszą niż ja – dodałem ciszej.
- Zgadzam się, Suga nie jest niewinny, ale gdybyś TY nie wymyślił tego całego zamieszania z Rukim, do niczego by nie doszło – zauważył.
- Kyou, jak już jesteś takim obrońcą uciemiężonych i pokrzywdzonych, to wiedz, że Suga zachowywał się tak samo. Ma chłopaka Ōtę, którego zdobył w ten sam sposób – poinformowałem go… i ponownie oberwałem w głowę.
- Cicho! Suga odpokutował, broniąc Akirę na sprawie sądowej. Wiesz, jaki trzeba mieć tupet, żeby opowiedzieć się za chłopakiem, przez którego zostaniesz rozdzielony z bratem bliźniakiem? Wiesz, ile trzeba mieć w sobie pokory, aby się tak zachować? – wciąż mnie pouczał.
Z każdym kolejnym jego zdaniem czułem się jak dziecko, które odważyło się zjeść ciastka przed obiadem i teraz musiało słuchać wielogodzinnych wykładów, dlaczego nie można tak robić… Przewróciłem oczyma, za co znów dostałem po głowie.
- Przestań mnie w końcu bić! – sapnąłem wściekle. – W ten sposób Suga odpokutował też za Ōtę, którego wciąż przy sobie trzyma?
- No… nie – przyznał z oporem rudzielec.
- Więc co z Ōtą?
- Nie wiem. Nie znam go. Nie mam, jak mu pomóc. Zresztą… to nie moja sprawa – wymigał się.
W ciszy wspięliśmy się po schodach na punkt widokowy. Jesienna pogoda nie sprzyjała spacerom, jaki sobie urządziliśmy. Było szaro. Niebo zasnuło się ciężkimi, popielatymi chmurami, które w każdej chwili były gotowe zesłać na mieszkańców Kanagawy obfity deszcz. Wiatr był zimny i porywisty. Jak można było się spodziewać na punkcie widokowym wiatr smagał nas jeszcze dotkliwiej. Uruha mocniej się we mnie wtulił, dygocząc z zimna. Stanąłem jak wryty w ziemię, jednak przyczyną tego nie była oszałamiająco niska temperatura czy wiatr, który stawiał taki opór, iż zdawało mi się, że aby postąpić kolejny krok do przodu, musiałem przebrnąć przez błotniste podłoże. Przyczyną tego były osoby, które znajdowały się na punkcie widokowym. Dwie postacie opierające się o barierkę, rozmawiające i śmiejące się wesoło. Z daleka poznałem te dwie tlenione głowy. Przełknąłem gulę, która nagle wezbrała mi w gardle. Może przeznaczenie dopadło mnie szybciej niż myślałem. Czy to jakieś przeklęte fatum?! Na domiar złego, rzecz jasna, nie mogło mi się udać uciec niezauważonym. Pierwszą tego przyczyną był zatrzymujący mnie w miejscu Kouyou, który przyczepiony do mnie niczym kotwica, obwiązał mnie sznurem ramion. Drugim powodem z kolei było to, że jedna z postaci właśnie odwróciła się w moją stronę. I oczywiście musiał to być on.
Reita.
Blondyn powiedział coś do niższego chłopaka, jednak nie dosłyszałem tego ze względu na dzielącą nas odległość oraz dudniący mi w uszach wiatr. Ruki nieśmiało wyjrzał zza pleców Akiry, po czym jeszcze mocniej wtulił się w swojego chłopaka. Ruszyli w naszą stronę. Takanori ociągał się nieco, szorując nogami po ziemi i stopując blondyna, który w głowie zapewne miał wizje, jak mnie zabić na sto jeden różnych sposobów. Zatrzymali się jakieś dziesięć kroków przed nami. Reita puścił Takę i sam wystąpił naprzód. Zachowałem się tak sam jak on. Uruha, zdawało się, że dopiero zorientował się, co się wokół niego dzieje i podniósł głowę. Wyglądało na to, że był zdziwiony widokiem Reity i Rukiego w tym miejscu… a może po prostu miał słaby wzrok? Ostatnio coraz częściej zwracałem uwagę na to, że aby coś dojrzeć musiał mrużyć oczy…
- Co tu robisz? – zapytał obojętnym tonem Suzuki.  
- Ja… - zaciąłem się. – Znaczy my – wskazałem na Uruhę, który stał obok mnie – wyszliśmy się przejść i… widocznie jakoś tak przypadkiem na siebie wpadliśmy – wydukałem.
Kouyou szturchnął mnie w ramię, dając mi znać, że mam powiedzieć to, o czym rozmawialiśmy po drodze, gdyż była ku temu dobra okazja.
- Aki, wracajmy do domu – Takanori bezszelestnie zbliżył się do blondyna i położył mu dłoń na ramieniu. Reita rzucił mi ostatnie niepewne spojrzenie, po czym bez słowa kiwnął głową. Objął go w pasie. Już mieli ruszyć przed siebie, jednak w tym samym momencie odważyłem się ponownie odezwać. Wziąłem głęboki wdech i postawiłem wszystko na jedną kartę, gdzieś w podświadomości cicho licząc na rozgrzeszenie z ich strony.
- Zaczekajcie… - spuściłem głowę, wbijając wzrok w ziemię. – Ja… Wiem, że to może komicznie zabrzmi po tym wszystkim, czego się dopuściłem, jednak… chciałem was przeprosić. Naprawdę szczerze przeprosić – ukłoniłem się nisko. – Ciebie, Akira, za to, że…
- Nie masz mnie za co przepraszać – Reita przerwał mi w pół słowa. – Nie chcę twoich przeprosin. Jeśli masz już je do kogoś kierować to z pewnością nie do mnie, a do Takanoriego.
Na chwilę podniosłem wzrok i omiotłem nim postać Matsumoto . Blondynek wczepił się w swojego chłopaka, kurczowo zaciskając dłonie na połach jego skórzanej kurtki. Patrzył na mnie z pewną obawą, a jednocześnie bólem. Z pewnością poczuł się urażony moją postawą – i miał do tego prawo.
- Takanori, naprawdę przepraszam – ponownie się ukłoniłem. – To, co zrobiłem było ogromnym błędem. Wszystko nie potoczyło się tak, jak powinno i…
- Gdyby było tak jak zaplanowałeś to na początku, nie miałbyś teraz za co przepraszać – z kolei teraz to niższy blondyn mi przerwał.
Rzucił mi spojrzenie pełne dystansu i niechęci. Poczułem się… naprawdę okropnie. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że ten chłopak cały czas czuł się zagrożony, miał mętlik w głowie i na dobrą sprawę, nie wiedział, komu może zaufać. Dochodząc do tego wniosku, zrozumiałem także, dlaczego jest tak bardzo przywiązany do Suzukiego. Mówiąc w wielkim skrócie, Reita nigdy go tak na dobre nie porzucił. Uruha odciął się od Taki zajmując swoimi sprawami, tak samo jak Kai, jednak o Tanabe wolałem się nie wypowiadać z tej racji, że nie widziałem go od dobrych dwóch miesięcy. Może gdzieś wyjechał?...
Wracając do głównego tematu: Akira może nie był w tak dobrych stosunkach z Rukim jak w gimnazjum, jednak… cóż, nie odciął się od niego. Ich znajomość ograniczała się do ostrej wymiany zdań, ale kiedy dokładniej przeanalizować to wszystko, łatwo dostrzec, że Reita zawsze chronił Matsumoto – choćby przed pobiciem przez własną grupę. Dbał, aby nic mu się nie stało, dlatego kiedy bez jego wiedzy jego banda dopadła Takę, wpadł w furię. Kiedy pojawiłem się na horyzoncie i zacząłem zbliżać do blondynka Suzuki był… zwyczajnie zazdrosny.
Zaskakujące, że pojąłem to dopiero teraz.
Zaskakujące, że… dopiero teraz zaczęły obchodzić mnie cudze uczucia…
Wcześniej zwyczajnie się z nimi nie liczyłem. Dążyłem, przysłowiowo, po trupach do celu. Co się we mnie zmieniło? Czy złamałem się w momencie, kiedy Saki i Suga opowiedzieli się przeciwko mnie? Może tuż po tych dwóch pobiciach, kiedy pod bramą biblioteki znalazł mnie Uruha? Może wtedy, kiedy zabrał mnie za miasto i mimo iż byłem takim chamem i intrygantem, to on potrafił okazać mi ludzkie uczucia? Może…
Może zamiast pytać „kiedy” powinienem zapytać „dzięki komu”? Może to zwyczajnie zasługa Takashimy?
- Nie, to nie tak miało zabrzmieć! – wybroniłem się. Jeszcze raz obrzuciłem spojrzeniem Takanoriego następnie Akirę i Kouyou. – Może nie chcesz moich przeprosin, Reita; może nie chcesz mnie już znać, Ruki, jednak… czuję się w obowiązku, aby was przeprosić. Przysporzyłem wam ogrom problemów; w tym również tobie, Kyou-chan – spojrzałem na rudzielca, uśmiechając się delikatnie pod nosem. – Macie prawo żywić do mnie urazę i całkowicie to rozumiem… a nawet popieram. W każdym razie… Eh… Jeszcze raz bardzo przepraszam. To na razie tyle, ile mogę dla was zrobić, jednak jeśli zdarzy się okazja, abym mógł jakoś odkupić swoje winy, to z pewnością to zrobię – dałem słowo.
- Prawisz niczym klecha – zaśmiał się pod nosem buntownik, wywracając oczyma. Widząc uśmiech na twarzy blondyna, Matsumoto również nieco się rozpromienił i oprał głowę o jego bark.
- Myślę, że już nie będzie ku temu okazji, abyś cokolwiek mógł dla nas zrobić – odezwał się ponownie Takanori.
- Dlaczego? – zdziwiłem się.
- Zostaję w męskiej szkole z internatem. Nie wracam z powrotem. Aki nie został odesłany do poprawczaka, jednak mimo wszystko wyrzucili go ze szkoły, dlatego jako następną wybrał tą, do której uczęszczam od pewnego czasu – wyjaśnił.
- Nie chcę zostawiać go samego – włączył się do rozmowy Reita. – Co prawda Suga opowiedział się za mną nawet na mojej sprawie sądowej, jednak… kto wie, co i komu strzeli tam do łba. Wolę mieć oko na Rukiego… i mieć pewność, że nikt nie wpadnie na „genialny” pomysł zawiązania nowej „trójki wspaniałych” – spojrzał na mnie wymownie, a ja ponownie spuściłem głowę w pokorze. – Było minęło – machnął ręką, widząc, że znów sposępniałem. Pozwoliłem sobie na nikły uśmiech pod nosem, widząc, że Suzuki jednak nie zacietrzewił się w nienawiści do mnie, tak jak to pesymistycznie przewidywał mi Uru.
- W takim razie Suga również nie będzie miał już okazji, aby wam przeszkodzić – odezwał się rudy.
- Jak to? – zapytał Ruki.
- Przenosi się do naszej obecnej szkoły. Tak samo jak Shimizu. Obaj przyszli do nas dziś rano właśnie po to, aby nas o tym poinformować – przekazał wiadomość, przysuwając się do mnie.
- Więc wychodzi na to, że… nasze drogi rozdzielają się w tym momencie? – upewnił się blondynek .Zapadła chwila niezręcznej ciszy, podczas której każdy pogrążył się w swoich myślach i wyobrażeniach o przyszłości.
- Niekoniecznie – odezwałem się w tym samym momencie z Reitą. Spojrzeliśmy na siebie, po czym na nasze drugie połówki. Widząc, jak Matsumoto i Takashima trzęsą się i szczękają zębami z zimna, doszliśmy niewerbalnie do porozumienia, że należałoby się zbierać do domu.

***

- I jak się czujesz po tym spotkaniu? – zagadnął Uru z uśmiechem na ustach, wskakując pod kołdrę i kładąc się obok mnie.
- Dobrze. Czuję się… nieco lepiej – przyznałem i przyciągnąłem go do siebie, krótko całując w usta.
- Widzę, że zmądrzałeś – zachichotał, po czym cmoknął mnie w policzek. – Obiecuję, że już nie będę cię bić – dał słowo.
- Mam nadzieję – odetchnąłem z ulgą i przeciągnąłem się. Rudzielec wykorzystał ten moment i ułożył się na moim torsie. Przeczesałem palcami jego miękkie, wciąż wilgotne po kąpieli włosy, wdychając przyjemny, charakterystyczny zapach chłopaka pomieszany z zapachem żelu pod prysznic i szamponu do włosów.
- Pozostaje jeszcze jedna nieprzyjemna kwestia do omówienia… - zaczął dość niepewnie.
- Jaka?
- Twój powrót do domu – wyjaśnił. Skrzywiłem się pod nosem. – Co zamierzasz zrobić z tą sprawą? – dociekał. – Nie to, że cię wyganiam, gdyż bardzo na rękę jest mi to, że mieszkasz u mnie, jednak… twoi rodzice na pewno bardzo się martwią. Należy im się choćby jakieś wyjaśnienie.
- Niby racja, jednak…
- Yuu! – Kouyou uderzył mnie w ramię.
- Miałeś mnie nie bić! – zauważyłem.
- Miałeś zmądrzeć! – odgryzł się.
- Dlaczego ty zawsze musisz mieć rację i nakłaniać mnie do dobrych rozwiązań, które dla mnie tak trudne?... – jęknąłem zrezygnowany.
- Bo cię kocham – odpowiedział rozbrajająco i pocałował mnie w czoło. – Zrób to dla mnie, dobrze? Nie chcę, żebyś miał potem problemy…
- Dla ciebie wszystko – powiedziałem prześmiewczo, udając aktora z teatru grającego w jakimś ckliwym dramacie o miłości. Takashimie nie przeszkadzał mój ton głosu. Nachylił się nade mną i ponownie pocałował, tym razem w usta.
- Zobaczysz, nie będzie tak źle – uśmiechnął się pięknie. – Będę przy tobie – obiecał.
- Będzie dobrze, póki będziesz przy mnie. Wierzę w to – odpowiedziałem już poważnie i przytuliłem się do niego, ukrywając twarz w zagłębieniu jego szyi.

[Ruki]

Siedziałem na parapecie i wpatrywałem się w ciemne niebo pokryte gwiazdami niczym ciemna tkanina drobnym brokatem. Na kolanach trzymałem zeszyt i układałem tekst kolejnego wiersza. Ten był pozytywny – pierwszy pozytywny tekst od dłuższego czasu, który napisałem. Kiedy kończyłem szóstą strofę w oknie pojawił się odwrócony widok Reity, który zwisał głową w dół z okna swojego pokoju. Zapukał w szybę, po czym gestem dłoni dał mi znak, abym do niego przyszedł. Pokręciłem głową, niezliczony raz z rzędu, dając mu do zrozumienia, że najzwyczajniej w świecie bałem się wspinać po oknach. Zdecydowanie wolałem tradycyjne schody czy windę. Blondyn nie zwracając uwagi na moje protesty, z powrotem wrócił do siebie. Westchnąłem ciężko i otworzyłem okno na oścież, wychylając się przez nie i spoglądając w górę. Akira stał w swoim oknie piętro wyżej i opierając się przedramionami o framugę okna, wyczekiwał mnie.
- Nie wejdę tędy – zaprotestowałem.- Nie bój się. Pomogę ci – zaoferował.
- Nie! – pisnąłem.
- Taka-chan, proszę… Wszyscy już śpią, a chciałbym abyś mi pomógł w pakowaniu się – uśmiechnął się rozbrajająco.
- Jeszcze się nie spakowałeś? – przewróciłem oczyma.
Przez chwilę się wahałem, jednak ostatecznie postanowiłem zaryzykować i zaufać mojemu chłopakowi. Niepewnie stanąłem na zewnętrznym parapecie, przytrzymując się ściany i okna. Zachwiałem się, jednak utrzymałem pion. Aki wyciągnął ręce w moją stronę, więc i ja zrobiłem to samo. Kiedy mocno mnie złapał za nadgarstki, wciągnął mnie przez okno do swojego pokoju. Ostatecznie straciliśmy równowagę i z hukiem wylądowaliśmy na podłodze; znaczy, Rei na podłodze, a ja na nim. Uderzyłem głową o jego obojczyk, przez co czułem nieznośne pulsowanie w okolicy skroni. Wywindowałem się do pozycji siedzącej, krzywiąc z bólu.
- To bardzo nieprzyzwoita pozycja, nie uważasz, kochanie? – zagadnął blondyn.
Przez dłuższy moment zastanawiałem się, o co mu chodzi, jednak w końcu zrozumiałem. Siedziałem na nim okrakiem, opierając się dłońmi o jego tors, podczas gdy on trzymał mnie w pasie. Gdyby ktoś nieproszony wszedł w tym momencie do pokoju z pewnością pomyślałby, że…
- Uh! – prychnąłem, rumieniąc się obficie na tę myśl.
Zszedłem z Reity i usiadłem na podłodze obok. Chłopak zaśmiał się pod nosem. Rozejrzałem się po jego pokoju. Większość półek tak samo jak blat biurka były już puste. Zdziwiłem się, gdyż blondyn poprosił mnie o pomoc przy pakowaniu się, a wyglądało na to, że już sam sobie z tym poradził. W tym przekonaniu utwierdziła mnie duża torba leżąca w kącie pokoju, niedaleko drzwi.
- Oszukałeś mnie – mruknąłem pod nosem. - Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe – zbliżył się do mnie i cmoknął w czoło. – Zwyczajnie chciałem spędzić tę ostatnią noc w tym miejscu razem z tobą – powiedział czarująco, owiewając moje ucho gorącym oddechem.
Moje oczy zrobiły się dwa razy większe. Spojrzałem zdumiony na Akirę, który przyglądał mi się jak zaczarowany. Po chwili zaczął mnie całować po szyi.
- Znaczy, że… chcesz dzisiaj.. – dukałem, siedząc w jego objęciach jak sparaliżowany.
Sam nie wiedziałem, czego się tak obawiałem, tym bardziej biorąc pod uwagę, że już kiedyś kochaliśmy się. Tym razem jednak obleciał mnie strach i czułem się tak jak na koniec gimnazjum – byłem pewien obaw, pewien, że jeśli się poruszę, coś spieprzę.
- Ach… - Rei westchnął, odrywając się od mojej skóry. – Źle mnie zrozumiałeś – uśmiechnął się szeroko. - Nie mam żadnych niecnych planów względem ciebie – zaśmiał się, po czym wstał z podłogi i pomógł mi zrobić to samo. – Po prostu chcę cię przytulić – wyjaśnił.
- A… Acha… - mruknąłem znów rumieniąc się ze wstydu.
Wtuliłem się w Akiego, obejmując go za szyję. Rei objął mnie w pasie, jednak jego ręce szybko zsunęły się na moje pośladki. Ledwo powstrzymałem westchnięcie. Blondyn podniósł mnie i z powrotem posadził na parapecie. Zamknął okno i oparł głowę na moim ramieniu. Przez chwilę wpatrywał się w niebo, na którym, zdawało mi się, że gwiazdy zalśniły jaśniej. Następnie pocałował mnie w policzek i stojąc za mną, splótł dłonie na moim brzuchu.
- Myślisz, że to już koniec? – zapytałem niemalże szeptem.
- Koniec czego? – dopytywał.
- No tego… wszystkiego…
- „Wszystkiego”? – powtórzył zdziwiony. – Wszystkiego z pewnością nie. Może po prostu zamknęliśmy jeden z tych mniej przyjemnych rozdziałów.
- Może? Więc myślisz, że to jeszcze nie koniec?
- A kto to tam wie? – wzruszył ramionami, uśmiechając się delikatnie. – Życie pisze różne scenariusze. Zresztą… jakby nie patrzeć, to nawet liceum jeszcze się nie skończyło – zauważył.
- Masz racje. Może ten sam rozdział wciąż będzie się ciągnął, tylko że w innym liceum? – wysunąłem hipotezę.
- Może, może… - mruknął zamyślony.
"Pamiętaj...Nic się nigdy nie kończy... W głębokim śnie"*

KONIEC...
?

*fragment tekstu piosenki "Pledge"


A tak btw. to mam jeszcze pytanie. Kilka osób bardzo chciało, żeby zrobić z tego oneshoota serię. Skoro "liceum" zostało zakończone to moje pytanie brzmi; czy wciąż chcecie, abym zrobiła na podstawie tego oneshoota serię z paringiem Ruki x Reita?




Liceum cz.14

Ło, byle coś z Rukim wstawić, a tu już 20 komentarzy w jeden wieczór... O.o Skoro się tak dobrze spisałyście to wam wstawię to, o co prosicie. Następne będzie "Monsters", "Closer to Ideal", "Le Ciel", oneshoot Ryoga x Koichi, a na końcu Gara x Tetsu. To ostatnie jeszcze ktoś czyta?

„Liceum cz.14”

– No to zbieram się z moimi chłopakami. Wam też radę się ulotnić zanim przyjadą glin… O rzesz kurwa… - przeklął, spoglądając gdzieś w dal ponad naszymi głowami.
Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy czerwono-niebieskie światła radiowozów.
„No pięknie…” – pomyślałem załamany.

Wszyscy, jak na zawołanie, stanęli jak wryci i przez chwilę wpatrywali się w migające światła. Pierwszy ocknął się Kyo, który pociągnął Rukiego za rękę, zmuszając go tym samym, aby wstał. Po chwili pomógł wywindować się i mi.
- Uciekajcie – syknął przez zaciśnięte zęby. – Póki jeszcze jest czas… Odejdźcie powoli, nie biegnijcie, aby nie wydało się, że mieliście coś wspólnego z tym zamieszaniem. Udawajcie zwykłych uczniów szkoły, do której należy ten akademik – wskazał wzrokiem szarego kolosa.
Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem, nie utrzymując z przyjacielem kontaktu wzrokowego, by w istocie wyglądać jak niepozorny uczeń męskiej szkoły. Złapałem Takę za przedramię i wolnym, ale jednocześnie zdecydowanym krokiem ruszyłem w stronę budynku. Kilka aut zatrzymało się przed boiskiem, z których zaczęli wysiadać policjanci. Może plan Nishimury by wypalił, gdyby nie to, że akurat w najgorszym momencie odwróciłem się i spojrzałem na radiowozy, chcąc ocenić liczbę funkcjonariuszy. Jak już wspomniałem, zrobiłem to w najgorszym momencie, gdyż właśnie wtedy jeden z mężczyzn w mundurze nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Spanikowałem i szybko popchnąłem Matsumoto do środka, po czym sam ruszyłem za nim.
- Stój! – usłyszałem za sobą krzyk policjanta.
„Cholera!” – wrzasnąłem w myślach i popchnąłem Maleństwo, aby przyspieszyło kroku. Ruki również był zestresowany, a widząc niepewność wypisaną na mojej twarzy, spiął się jeszcze bardziej. Znów był bliski łez. Chciałem go przytulić, pocieszyć, pocałować… ale nie mogłem tego zrobić. Nie było w tej chwili na to czasu.
Trzask drzwi – już wiedziałem, że funkcjonariusz podążył za nami.
- Zatrzymaj się! – podbiegł do nas i szarpnął mnie za ramię. Niechętnie zatrzymałem się i zwróciłem do niego przodem, spuszczając głowę i wbijając wzrok w podłogę. – Dlaczego oddaliliście się z miejsca zdarzenia? – zapytał groźnie, a mnie zaczęło łupać w skroniach. Przełknąłem głośno ślinę.
- Bo my… - zająknąłem się. – Znaczy ja, zadzwoniłem na policję, kiedy zobaczyłem tą bójkę i nie chciałem mieć kłopotu z tymi chłopakami – wymyśliłem na poczekaniu.
- Ale rozumiem, że nie braliście w niej udziału?
- Nie – pisnął cienko Takanori, chowając się za mną. Wziąłem głębszy wdech, żeby się uspokoić.
- To możecie mi wyjaśnić, dlaczego jesteście tacy brudni? – spojrzał na nas podejrzliwie, wskazując na nasze ubrania. Dopiero teraz zauważyłem, że byliśmy cali w piachu, a na ubraniach mieliśmy czerwone plamy po krwi (niekoniecznie naszej – Ruki był w krwi Uruhy) oraz zielone ślady po trawie.
- No… znaczy… Trochę nas tam popychali – bąknąłem, nie mogąc wymyślić niż lepszego.
- A możesz mi wyjaśnić, co ty tutaj w ogóle robisz, chłopcze? – zwrócił się do mnie. – Nie wydaje mi się, żebyś uczęszczał do tej szkoły…
- Na jakiej podstawie pan tak uważa? – odważyłem się zadać pytanie, jednak wzrokiem nadal lustrowałem podłogę.
- Nie masz mundurka, tak jak on – wskazał na Matsumoto, który położył mi dłoń na ramieniu, kurczowo ją zaciskając.
- Bo… przebrałem się wcześniej – palnąłem.
- A mam ci udowodnić, że nie chodzisz tu do szkoły? – prychnął.
- Ależ on tutaj chodzi do szkoły! – dobiegł nas głos ze schodów. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem… Shimizu! – Nawet dzieli ze mną pokój! – powiedział pewnie, przez co w żaden sposób nie było widać po nim, że kłamie.
- Nie – policjant, którego najwyraźniej jedynie rozbawił nasz teatrzyk, pokręcił głową. – Spójrz na mnie – rozkazał, po czym szarpnął za moją bandanę, zdejmując ją. – Akira Suzuki – spojrzał na mnie z politowaniem – kiedy przestaniesz robić ze mnie idiotę? – dopiero teraz go poznałem; dopiero teraz, kiedy na niego spojrzałem. To był ten sam policjant, który zgarnął mnie i Takę z punktu widokowego!

***

I tak oto wylądowałem na komisariacie; znowu. Na początku było tu dość tłoczno, gdyż wielu chłopców zmuszeni byli odebrać rodzice, ale ich kara skończyła się na tym. Niestety moja nie. Siedziałem teraz na plastikowym krześle w wąskim korytarzu, naprzeciwko Sakiego, który od czasu do czasu przykładał zakrwawioną gazę do nosa, z którego sączyła mu się krew.
- I co? Fajny koniec, nie? –zaśmiał się niewesoło. – Ja dostanę kuratora, a ty proces – skrzywił się.
- A czy nie o to właśnie ci chodziło? – założyłem ręce na piersi.
- Mniej więcej – uśmiechnął się kwaśno. – A mniej więcej, to nie osiągnięcie zamierzonego celu…
- Więc… - westchnąłem. – Dostaniesz kuratora – potarłem brodę. – W takim razie, kiedy mogę spodziewać się zobaczyć cię w poprawczaku? Wiesz, chcę się przygotować psychicznie na ponowne spotkanie z takim ćwierćinteligentem, który narobił mi tyle kłopotów – syknąłem.
- Dokładnej daty ci nie powiem, ale możesz spodziewać się mnie niebawem – znów przyłożył gazę do nosa.
Po chwili z gabinetu kuratora wyszła moja matka. Była zapłakana, a na jej twarzy malowała się bezradność i bezbrzeżny smutek. Spojrzała na mnie pustym wzrokiem i podeszła do mnie szybko, po czym przytuliła mocno, więżąc w stalowym uścisku.
- Akira… - szepnęła. – Powiedz mi… gdzie popełniłam błąd jako rodzic? – rozpłakała się, a mnie coś ścisnęło serce. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak wielki popełniłem błąd… i to przecież nie pierwszy. Pojąłem, jak wiele osób krzywdziłem, popełniając te błędy…
- Mamo… - po moich policzkach również zaczęły płynąć łzy. – To… To nie twoja wina. To wszystko przeze mnie…

***

I tak oto wylądowałem w sądzie. Nawet nie ubrałem się zbyt elegancko, najzwyczajniej w świecie nie miałem na to siły. Jeansy, trampki i czarna koszula… nie poznawałem siebie… Nawet włosów nie ułożyłem, dlatego praktycznie nic nie widziałem przez grzywkę – w sumie cieszyłem się z tego: na własnej rozprawie raczej nie mogłem zobaczyć nic ciekawego. Głowa bolała mnie od płaczu… Jak mogłem zawieść matkę? Takanoriego? Sięgnąłem dna…
Zdawało mi się, że ktoś coś mówi, jednak nie słuchałem co – i tak wiedziałem, jaki będzie osąd mojego kuratora, który będzie ostatnim gwoździem do mojej trumny. Na szczęście bądź nieszczęście, kurator miał wypowiedzieć się dopiero na sam koniec. Siedziałem jak na szpilkach i nerwowo bębniłem palcami w blat stołu. Naprawdę chciałem mieć to już za sobą…
„W sumie – pomyślałem – nie powinno być tak źle… Kyo obiecał, że będzie próbował mi jakoś pomagać…” – starałem się myśleć optymistycznie, ale kiepsko mi to wychodziło. Z zamyślania wyrwał mnie dopiero odgłos stukania, towarzyszący szybkiemu krokowi. Podniosłem głowę i zobaczyłem, jak przede mną przechodzi Shimizu. Zaraz, zaraz… Właśnie przede mną przedefilował rudzielec, który próbował uratować mnie przed policjantem w akademiku… Co on tu, do cholery, robił?
Chłopak usiadł na wyznaczony miejscu i przysunął sobie mikrofon do ust. Najwidoczniej przemyślał to, co miał do powiedzenia, bo mówił bardzo spójnie i bez ani jednego zająknięcia. Przez moment jedynie wsłuchiwałem się w jego głos i studiowałem mimikę, kompletnie nie zwracają uwagi, a może nawet i nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi. Dopiero potem trafiło do mnie, że… on mnie broni!
- Dlatego nie uważam, żeby Akira powinien trafić do ośrodka wychowawczo-poprawczego. To naprawdę dobry przyjaciel i pomocny chłopak, jednak przez swoją popularność zyskał niestety także kilku wrogów, którzy oczerniają go, spiskują przeciwko niemu. Gdyby nie te kilka osób, dzisiejsza rozprawa nie odbyłaby się. Myślę, że przedstawione przeze mnie argumenty świadczą o tym, że nie ma żadnych wskazań, aby uznać, że Akira jest agresywny – zakończył, po czym zajął swoje poprzednie miejsce.
Potem kolejno wypowiadali się: moja siostra, Uruha, Aoi i Kyo, choć kątem oka zauważyłem, że kiedy Nishimura zaczął mnie wybielać, kurator skrzywił się. Widocznie znał już go – i to od tej gorszej strony.
Siedziałem otępiały, zszokowany przyglądając się kolejnym mówcom. Tego się… nie spodziewałem… Zadziwili mnie… Każdy z nich mówił o mnie ciepło i podawał przykłady, kiedy któremuś z nich pomogłem. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że… może nie jestem znowu taki zły?
Nie tylko Shimizu, ale każdy z nich był świetnie przygotowany. Potrafili wybrnąć z każdego pytania oskarżyciela, przy czym przedstawiali mnie jako wzór cnót i zalet. Przez całe życie nie usłyszałem tylu miłych słów, jak w tym czasie… Zrobiło mi się ciepło na sercu i uśmiechnąłem się pod nosem. To byli… moi prawdziwi przyjaciele. Do szczęścia potrzebowałem tylko ich; nie jakiejś durnej reputacji, „przyjaciół”, którzy wbiliby mi nóż w plecy (dosłownie), tylko po to, żeby zająć moje miejsce w szkolnej hierarchii. Dopiero teraz pojąłem znaczenie słowa przyjaźń – jak wiele ono znaczy. Przyjaźń to nie pożyczenie drobnych na wodę, czy długopisu na sprawdzianie… Przyjaźń to nierozerwalna więź łącząca dwóch ludzi, którzy są w stanie zaryzykować wszystko dla twojego uśmiechu. Przyjaźń nie zna pojęcia dobra i zła. Przyjaciel podpali dla ciebie komendę główną policji, abyś nie uronił gorzkiej łzy smutku i rozczarowania. Zrobi to dla ciebie, by choć na chwilę odciągnąć twoją uwagę od zmartwień. Przyjaciel będzie dbał, abyś płakał tylko ze szczęścia, nigdy rozgoryczenia. Dla przyjaciela twój uśmiech jest zapłatą, rekompensującą wszystko.
Do tej pory myślałem, że taką definicję przyjaźni można spotkać jedynie w książkach i to w dodatku o tematyce fantastycznej czy science-fiction, a tu proszę… sam ją sformowałem i to w dodatku na podstawie własnych przemyśleń i uczuć, które wszystkie na raz w jednym momencie odezwały się we mnie. To było tak niezwykłe… Tylko dlaczego musiałem przysporzyć i znieść tyle cierpień, żeby choć raz doznać uczucia błogości i zadowolenia?
Podobno, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach – ja raczej powiedziałbym, że kto nie ma w głowie, ten dostaje po głowie…
W momencie, kiedy myślałem, że to już koniec wystąpień moich przyjaciół, wstał Ruki. Jak zwykle w butach na koturnach, w których dzisiaj mało się nie zabił, podszedł do wyznaczonego miejsca. Był cały spięty i denerwował się – jego mięśnie były napięte do granic możliwości, przez co po drodze dwa razy omal nie potknął się o własne nogi, nerwowo wyłamywał sobie palce ze stawów i zagryzał wargi.
- Zgaduję, że ty również zamierzasz bronić pana Suzukiego? – zapytał dość znudzonym głosem oskarżyciel, który szykował się do przypuszczenia kolejnego ataku słownego. Taka kiwnął głową i pisnął ciche potwierdzenie. – Jak się nazywasz?
- Takanori Matsumoto – przedstawił się i otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak kiedy rozejrzał się po sali i zobaczył, ile osób go obserwuje, z powrotem je zamknął i zaciął się. Miał tremę? Spojrzałem na niego współczująco i próbowałem pokrzepić go ciepłym uśmiechem. Maleństwo wyłapało moje spojrzenie i przestało zwracać uwagę na pozostałych. – Uważam, że nie powinieneś trafić do poprawczaka, bo… bo tak – zachichotał, jednak nie był to nerwowy śmiech. Nagle wydawało mi się, że wcale nie jesteśmy na sali sądowej, a w jego pokoju i prowadzimy prywatną, swobodną rozmowę. Zdawało się, że blondynek również podobnie się poczuł, gdyż zaczął się zwracać tylko i wyłącznie do mnie i używał prostego, codziennego słownictwa w przeciwieństwie do jego poprzedników, którzy postawili na wzniosłe słowa. – Może ktoś uzna, że to nie jest argument, ale dla mnie jest… i wiem, że dla ciebie też, Akira, bo zawsze liczyłeś się z moim zdaniem. Nigdy mnie nie skrzywdziłeś; wręcz przeciwnie, broniłeś mnie! I… i chyba dlatego też chcę mieć cię wciąż przy sobie; bo się boję. Boję się Sakiego i jemu podobnych, boję się świata, gdyż według mnie jest on szary i zły, pełen zawiści i sprzecznych uczuć, z których z niezrozumiałego dla mnie powodu zawsze wygrywają te złe. Panoszy się tu wielu ludzi, którzy wykorzystują mój strach; wykorzystują mnie, a ja… ja po prostu nie umiem się postawić. Znaczy… umiem, ale… ale wewnątrz wciąż czuję się poniewierany; tylko przy tobie to uczucie znika. Zawsze miałem wrażenie, że jesteś jedyną bezinteresowną osobą, która chce mi pomóc, na której mogę się wesprzeć. Wiele osób uważa mnie za wariata; może w rzeczywistości nim jestem, ale jeśli nawet… to chcę mieć przy sobie kogoś, kto nie pozwoliłby mi zwariować… tak do końca. Chcę cię mieć przy sobie, bo nikogo innego nie mam – westchnął. – Jak… Jak to trudno powiedzieć – uśmiechnął się, jakby niedowierzając i pokręcił głową, na chwilę przymykając powieki. – Nigdy wcześniej nie powiedziałem ci, jak wiele dla mnie znaczysz. Nie potrafiłem powiedzieć ci tego w cztery oczy, a teraz przyznaję się do tego publicznie – spojrzał na osoby obecne na rozprawie, jednak zdawało się, że już mu nie przeszkadzają, gdyż skupił się na mnie. Mówił… z serca. Nie miał przygotowanej żadnej mowy, tak jak pozostali. – Zmieniłeś mnie, Aki, zmieniłeś na lepsze; i chcę, abyś robił to dalej. Jesteś mi bliski… najbliższy… nie oszukujmy się, jesteś dla mnie całym światem! Jesteś moim obrońcą, pocieszycielem, spowiednikiem, doradcą, powiernikiem sekretów, motywatorem… Jesteś moim przyjacielem… najlepszym… Nie – pokręcił głową i uśmiechnął się znacząco – jesteś kimś znacznie więcej! Wiem, że powinienem był przygotować się do tego wystąpienia, ale nie potrafiłem. Kiedy myślałem o tobie wczoraj, potrafiłem jedynie zalewać się łzami i karmić myślą, że mi cię zabiorą. Teraz… Teraz, kiedy patrzę w twoje lśniące oczy, wiem, że tak się nie stanie, bo jesteś dobrym człowiekiem. Zbyt wiele osób walczy o ciebie, aby zbagatelizować nasze rozpaczliwe wołanie… o twoją wolność i przyszłość. To ty zawsze walczyłeś za wszystkich, broniąc nas niczym lew; dziś chcemy ci się odpłacić… wszyscy… My wszyscy, którym kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób pomogłeś – uśmiechnął się pięknie. – A jeśli… jeśli nawet nasze wystąpienia nic nie dadzą… – nagle spochmurniał. – To będzie tylko potwierdzenie tego, że moje przeświadczenie, że ten świat wypełniony jest niesprawiedliwością i złem, jest słuszne. Bo jak można skazać dobroczyńcę jak złoczyńcę? – podszedł do mnie, po czym przytulił krótko, lecz mocno, a następnie zajął swoje poprzednie miejsce, starając się opanować łzy.
Przez chwilę na sali wszyscy milczeli, rozpatrując słowa blondyna. Idealną ciszę, w której słychać było jak mucha rozpaczliwie obija się o szybę, przerwał huk otwieranych drzwi. Odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem…!
- Jeśli ośmielacie nazwać się ludźmi – chłopak nawet nie podszedł do mikrofonu, a przemawiał stojąc na środku pomieszczenia, jednak mówił na tyle donośnie, że każdy mógł go doskonale usłyszeć – to stwierdzicie, że Akira nie zasługuje na drugą szansę… - chwila napięcia, podczas której moje serce przestało pracować. – Bo nie wykorzystał nawet pierwszej – Suga uśmiechnął się zadziornie, po czym skierował się w moją stronę i ukłonił się przede mną nisko. – Wybacz mi. Pojąłem swoje błędy dopiero w momencie, kiedy dowiedziałem się, jakim chamem jest mój brat. To przez niego i przeze mnie borykasz się dzisiaj z takimi nieprzyjemnościami – skrzywił się. – Jeśli już ktoś szuka osób winnych trafienia do ośrodka wychowawczo-poprawczego to jestem to ja, Suga Inoto oraz mój brat, Saki Inoto.
„Inoto? – powtórzyłem w myślach. – Więc to takie jest rozwiązanie zagadki dotyczące nazwiska braci SS…”.
Szatyn ukłonił się przede mną jeszcze raz, praktycznie szorując włosami po posadce, po czym zajął pierwsze lepsze wolne miejsce.
Teraz w skupieniu oczekiwałem na wypowiedź mojego kuratora. Siwiejący już mężczyzna podszedł do mikrofonu i spojrzał na mnie, po czym westchnął, kręcąc głową i uśmiechnął się ciepło.
- Akira to… kłopotliwy chłopak, ale jakie dziecko nie sprawia kłopotów? Tym bardziej w okresie dojrzewania, kiedy hormony buzują…! Myślę, że wystąpienia jego tak licznych przyjaciół mówią same za siebie. Przyjaciół nie zdobywa się w dwa dni; tym bardziej takich – spojrzał na Rukiego, który zarumienił się. – Myślę, że bez sensu jest odczytywanie wszystkich notatek na jego temat i powoływanie się na kolejne osoby trzecie. Przedstawienie, jakie przed chwilą zostało tutaj odegrane, jest bardzo wymowne i jednoznaczne; ten chłopak zasługuje na jeszcze jedną szansę. Kara z pewnością go nie minie, ale myślę, że ośrodek wychowawczo-poprawczy jest zbyt surowym wyrokiem.

***

- Wniosek o przeniesienie Akiry Suzuki do ośrodka wychowawczo-poprawczego został oddalony – zawyrokował sąd, a mnie spadł kamień z serca. Znów zacząłem normalnie oddychać.
Wszyscy zerwali się na równe nogi z okrzykami radości na ustach. Pierwszy podbiegł do mnie Taka i rzucił mi się na szyję. Objąłem go mocno, wtulając w siebie. Po chwili Takanori złączył nasze wargi w namiętnym pocałunku. Całowaliśmy się zachłannie, wręcz rozpaczliwie. Odsunęliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam tchu. Spojrzeliśmy sobie w oczy i wybuchliśmy gromkim śmiechem. Maleństwo ponownie się we mnie wtuliło. Dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się, że jesteśmy obserwowani… i wcale nie chodziło o naszych przyjaciół, ludzi z rozprawy czy sędziego… Podniosłem głowę i spojrzałem na moją matkę… która, o dziwo, uśmiechała  się. Podeszła do nas i przytuliła.
- Moje kochane chłopaki… - szepnęła.