Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archemi.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archemi.. Pokaż wszystkie posty

Oneshot "Czas pokaże" Noah x Isami, Isami x Maya (Archemi.)

Przyznam szczerze, że w ostatnim czasie nie miałam tyle czasu, ile bym chciała na pisaniu, a nie chcę ruszać moich "zapasów" (serii, której jeszcze nie zaczęłam publikować), żeby nie zrobić tu pomieszania z poplątaniem. Pisanie "Księcia z bajki" i "Uważaj, czego pragniesz" idzie mi jak krew z nosa, ale obiecuję się, że postaram się i następnym wpisem będzie już "Uważaj, czego pragniesz" - mam nadzieję jednak, że dzięki temu doczekam się jakiegoś odzewu, gdyż ponoć ta seria cieszyła się dużą popularnością C'':
Swoją droga, spis zespołów, z którymi napisałam fanficki ma już 38 pozycji O.o Myślicie, że jak dobiję do 40 to powinnyśmy to jakoś czcić odcinkiem specjalnym albo coś? Jakieś pomysły lub życzenia? ^^''

Tymczasem macie tu coś takiego pisane na odchodne dla Noah (to już niedługo stanie się moją tradycją, że pisze shoty, kiedy jakiś muzyk ma opuścić zespół, który lubię ^^''):

Tytuł: "Czas pokaże"
Paring: Noah x Isami, Isami x Maya (Archemi.)
Typ: oneshot
Gatunek: dramat
Beta: -

Oglądałem dwójkę siedzącą na kanapie z głazem ciążącym mi w klatce piersiowej w postaci serca. Uciążliwy kamulec przebierał na wadze z każdym kolejnym, rytmicznym odgłosem wydawaniem przez zegar naścienny, który uparcie przypominał mi o upływie czasu. Czasu, którego nie dało się zawrócić, który należało wykorzystać "tu i teraz", żeby później nie obudzić się, przysłowiowo, z ręką w nocniku. Tykanie zegara mówiło mi, że to wreszcie najwyższa pora, żeby zabrać się za jakieś konkretne działania. Ja jednak potrafiłem tylko siedzieć i wsłuchiwać się w ten wwiercający się boleśnie w mój udręczony umysł dźwięk. Siedziałem i obserwowałem, i nie potrafiłem się zmusić, żeby porwać się na coś więcej. Nawet nie miałem pomysłu na to, co mógłbym zrobić innego. W takim wypadku nie pozostawało mi nic innego jak obserwowanie.
Maya i Isami rozmawiali o czymś niezobowiązującym. Perkusista jak zwykle wymachiwał rękami, raz był bliski krzyku, innym razem niemal szeptał. Naśladował odgłosy wydawane przez różne przedmioty i parodiował przypadkowych, napotkanych na swojej drodze ludzi, a wokalista siedział zasłuchany z delikatnym uśmiechem przyplajstrowanym do facjaty i kiwał od czasu do czasu głową. Śmiał się pod nosem, kiedy najnowszy członek zespołu ekscytował się czymś za bardzo i stawał się komiczny. Z nim zdecydowanie nie dało się nudzić.
A przecież on, do cholery, nie mówił o niczym więcej niż o swojej porannej drodze z domu do studia! Uch, to było takie irytujące - oglądać, jak takie błahostki rozśmieszały i poprawiały humor wokaliście! To było irytujące, gdyż w gruncie rzeczy obserwowałem, jak ktoś robił coś, czego ja nie potrafiłem. Maya miał niebywałą zdolność i łatwość do jednania sobie ludzi. Był może przy tym trochę nadpobudliwy, czasem kolokwialny lub trywialny, jednak w gruncie rzeczy doby był z niego chłopak. Jeszcze lepszy perkusista. Był szczery, gadatliwy, zabawny, niewyszukany, powiedziałbym, że nawet nieco prostacki, ale niezaprzeczalnie miał też swój magnetyczny, charakterystyczny urok dużego dziecka, któremu wszyscy dookoła ulegali. Zatrzymywali i pochylali się nad nim z westchnieniem: "Och, spójrzcie jaki on uroczy!" - zupełnie tak, jakby faktycznie był jakimś bobasem w pieluchach, nad którym można byłoby się rozczulać. 
A przecież nie był.
Nie mogłem przeboleć tego, jak szybko Maya zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu, jak szybko znajdywał sobie przyjaciół. Byłem zazdrosny. Ja tak nie potrafiłem. Byłem raczej skrytą osobą, która nie odzywała się za wiele. Byłem zdecydowanie typem słuchacza niżby gaduły. Nawiązywanie nowych znajomość, a tym bardziej ufanie ludziom przychodziło mi z niebanalnym trudem. Z tej samej racji zapewne musiałem dużo dłużej i dużo ciężej pracować, żeby stać się kimś bliskim dla innej osoby, gdyż w końcu nie jest łatwo zakumplować się z osobą, która broni się rękami i nogami przed tym, żeby się przed tobą otworzyć, prawda? 
Ciężko jest przyjaźnić się z kimś, kogo tak na dobrą sprawę nie znasz.
Grałem w Archemi. od samego początku - to będzie już blisko trzy lata. Mimo to nigdy nie udało mi się jednak znaleźć tak blisko Isamiego w sposób, w jaki udało się to Mayi. Starałem się, naprawdę się starałem, jednak nasze relacje nigdy nie wyszły spoza kategorii "znajomych po fachu". Perkusista, dla odmiany, z każdym kolejnym tygodniem stawał się coraz większą i coraz istotniejszą częścią życia wokalisty, co mogłem wywnioskować chociażby po tym, jak ten się na niego zapatrywał. Szatyn też wyczuł, co się święci. W końcu nie był ślepy, a i jego działania nie były bezpodstawne. Jednego razu zaproponował wspólną kolację w drodze do domu drugiemu muzykowi, przy następnej okazji wypad do kina, a jeszcze innym razem wprosił się do niego na noc, tłumacząc się, że z klubu, w którym wtedy graliśmy, miał przecież tak daleko do domu, że jest zmęczony i nie będzie tłukł się w środku nocy przez pół miasta tylko po to, żeby przespać się kilka godzin i zaraz potem znowu wstać i wrócić do pracy. I tak to jakoś leciało. Tydzień za tygodniem, a brunet ani razu nie odmówił czy się nie sprzeciwił. No bo przecież był dobrym przyjacielem, prawda? Takim argumentem posługiwał się drugi chłopak. "No nie bądź bez serca, przyjaciół nie wyrzuca się na bruk!" - lamentował. A muzyk mu ulegał. I podobało mu się to. Widziałem w jego oczach rosnącą ekscytację, zniecierpliwienie, kiedy wyczekiwał na kolejną chwilę, kiedy będą mogli zostać sam na sam, aż w końcu w jego spojrzeniu zagościło już nic innego jak czyste pożądanie. 
Może nie byłem zbyt dobrym mówcą, jednak byłem bardzo uważnym słuchaczem i obserwatorem. Przez lata spędzone przy boku Isamiego nauczyłem się go rozszyfrowywać. Czytałem z niego niemal jak z otwartej księgi, jednak nawet to nie dawało mi upragnionej przewagi. Bo co mi było po takiej zdolności, która pozwalała mi tylko zauważyć zauroczenie innym mężczyzną w twarzy chłopaka, którym sam się interesowałem?
Nie umiałem go sobie zjednać. Nie umiałem go do siebie tak przekonać. Nie potrafiłem być tak otwarty jak Maya. Próbowałem wychodzić z pewnymi propozycjami spędzenia wspólnie czasu z wokalistą, jednak ten czasami potrafił mi odmówić. W szczególności jeśli na horyzoncie pojawiał się perkusista. Jakby tego wszystkiego wciąż było mało, nie potrafiłem wzruszyć ramionami i przejść obojętnie ponad tymi niepowodzeniami, które w odmianie do mnie szatyna nie ruszały wcale i nie zrażały go do ciągłego próbowania. Spędzałem dużo czasu pochylając się nad moimi prywatnymi Waterloo. Zwykłem usprawiedliwiać się sam przed sobą, tłumacząc się, że próbowałem wyciągnąć jakieś wnioski z przeszłości, aby następnym razem nie wejść do tej samej rzeki, jednak prawda było, że zwyczajnie marnowałem czas. A zegar tykał. Czas nie czekał. Podobnie jak i Maya. On działał.
Chyba wychodziło na to, że czasami jednak dobrze było zamknąć oczy, przestać przesadnie kombinować i "iść na żywioł". Cały problem polegał jednak na tym, że takie podejście i porwanie się na improwizację kosztowało wiele odwagi. 
Odwagi, której mnie zawsze brakowało.
Ludzie w jakiś niewyjaśniony sposób mnie przerażali. Bałem się ich. Byłem świadomy ich natury i ich ułomności - bo w końcu sam należałem do ich gatunku, prawda? Nawet jeśli czasami nie byłem z tego faktu dumny ani trochę lub życzyłbym sobie, żeby było inaczej. Bałem się zdrady, osamotnienia, bólu... Nie wiedziałem, komu mogłem ufać, dlatego od tak przezornie zdecydowałem się trzymać język za zębami i nie zbliżać się do nikogo przesadnie, żeby nie zostać zranionym. Bo niby po co ryzykować? W końcu nie od dziś wiadomo, że najgorszymi bestiami zamieszkującymi naszą planetę są ludzie. Ponad to, każda rana potrzebowała czasu, żeby się zagoić - niektóre z nich potrzebowały nawet więcej czasu niż inne. Ów czas spędzało się nieco z boku, odsuniętym od grupy z racji ograniczonej mobilności, w bólu... Dlaczego niby z własnej, nieprzymuszonej woli miałbym się pisać na podobne ryzyko, które mogłoby nie zostać wynagrodzone w żaden sposób?
No właśnie może dlatego, że zawsze istniała druga strona medalu - ta jaśniejsza i bardziej pozytywna, która zakładała, że wszystko jednak pójdzie po dobrej myśli. Bo w końcu, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda? 
Ano właśnie...
Wygląda na to, że dobrze byłoby mieć w tym wszystkim jakiś umiar, jednak popadanie ze skrajności w skrajność jest przecież tak prostym błędem do pełnienia. A popełnianie błędów z kolei jest takie ludzkie. No a koniec końców, jak już wspomniałem, ja też byłem tylko człowiekiem, więc nic, co ludzkie, nie jest mi obce. W szczególności mylenie się. Nawet kilka razy pod rząd w tej samej sprawie.
Ostatecznie, nawet jeśli interesujący mnie muzyk zgodził się już poświęcić mi trochę swojej uwagi, nie potrafiłem go tak zaczarować, jak robiła to moja prywatna, chodząca klątwa i utrapienie w postaci szatyna. Nie potrafiłem być tak zabawny, fascynujący, dowcipny. Byłem dla niego kolegą i nikim więcej. Zostałem uwięziony we "friend zone". Co za patowa sytuacja...
Sam nie wiem, kiedy i dlaczego tak właściwie zacząłem się fascynować Isamim. Nigdy wcześniej nie czułem takiej palącej chęci, a nawet potrzeby zbliżenia się do drugiej osoby. Zazwyczaj stroniłem od ludzi, bałem się ich, jednak on... on był inny. Nie przerażał mnie. Wydawał się być ciepły i godny zaufania. Pierwszy raz chciałem komuś zaufać, otworzyć się przed kimś, jednak mój skryty obiekt westchnień nie wyglądał na zainteresowanego. Co za szkoda. 
Myślę, że doszukiwałem się między nami pewnych podobieństw i stąd ta chęć zbliżenia się, która z czasem ewoluowała w coś więcej. Brunet był cichy i skryty podobnie jak i ja. Był wysoki, szczupły, przystojny, zagadkowy, utalentowany, pomysłowy... Mogłem mówić o nim w superlatywach godzinami. Ciężko było przejść koło niego obojętnie. Zdawało się, że kategoryzując nas obu jako introwertyków, myślałem, że uda nam się dość szybko i sprawnie znaleźć wspólny język, jednak przeliczyłem się. Kiedy dochodziło do spotkania dwóch niezbyt gadatliwych osób, ciężko było w ogóle o jakikolwiek dialog, gdyż każdy z nas wolał czekać w wygodnej i bezpiecznej pozycji na to, aż to w końcu ten drugi coś powie. Z tej racji w ostateczności nie padały żadne słowa, toteż zdarzało się nam czasem tak, że przez długi czas nie odzywaliśmy się do siebie w ogóle - zupełnie tak, jakbyśmy się posprzeczali, mimo iż tak naprawdę nigdy między nami nie doszło do żadnego spięcia.
Skrycie marzyłem o tym, że moglibyśmy się w jakiś magiczny sposób uzupełnić, gdyby w końcu udało nam się wzajemnie przełamać i zacząć mówić, jednak tak drastyczna zmiana dla nas obojga byłaby nie lada wyzwaniem. Ja wciąż śniłem i żyłem w swojej ułudzie, roztaczając drżące mrzonki wokół własnej osoby, podczas gdy w tym samym czasie Maya działał. Perkusista nawijał jak najęty, a brunet zdawał się czuć z tym dobrze, gdyż mógł zadowolić się słuchaniem i nie musiał się wcale tak często odzywać. Wystarczyły tylko jakieś półsłówka, głębokie pomruki, przeciągane monosylaby. Ponad to, zdawało się, że czerpał z tego wszystkiego radość, którą zarażał go najbardziej entuzjastyczny członek zespołu. Uśmiech rozciągający jego pełne usta był dla mnie jak najpiękniejszy prezent, jednak świadomość, że został on wywołany przez kogoś innego bolała i raniła. Bo ja nie potrafiłem go tak rozbawić. Próbowałem, jednak byłem dość osowiałą i stonowaną osobą, toteż zazwyczaj wszystkie moje starania kończyły się fiaskiem. 
Wyglądało na to, że powiedzenia funkcjonujące w społeczeństwie w istocie niosły ze sobą jakieś mądrości i ogólne prawy - zatem przeciwieństwa faktycznie się przyciągały. Ludzie najwyraźniej byli jak magnesy. Te same bieguny odpychały się wzajemnie, a różne przyciągały, tworząc pary, które ciężko było od siebie rozdzielić. Tak właśnie było w wypadku dwóch muzyków siedzących na sofie, których właśnie obserwowałem. Tak właśnie było także ze mną i brunetem.
W tym wszystkim najgorsze było jednak to, że absolutnie wszystko wskazywało na to, że sprawy szły dobrze dla obu stron. Nie tylko Isami był zadowolony, ale także Maya. Isami nie musiał się odzywać i mógł słuchać, tak jak lubił, jednocześnie będąc zarażanym "pozytywnymi wibracjami" perkusisty, podczas gdy ten drugi miał w końcu komu się wygadać, miał kogoś, kto mu nie przerywał, przytakiwał i był zawsze gotów znaleźć dla niego czas. Zdawałoby się, że był to układ wręcz idealny. Taki, który gwarantował długotrwały i stabilny związek, jakiego wszyscy na pewnym etapie życia zaczynamy poszukiwać.
Moje rozmyślania i gadulstwo perkusisty zostały przerwane przez trzask drzwi towarzyszący wejściu spóźnionego Yukiego do sali. 
- Sorry za spóźnienie - rzucił z lekka zdyszany, zdejmując bas z ramion i kładąc papierowe pudełko, które przyniósł ze sobą na stole. - Korki - usprawiedliwił się, przysiadając na oparciu fotela, na którym się ulokowałem. - Ale przynajmniej przyniosłem pączki na przeprosiny, żebyście nie mieli mi tego za złe! - wyszczerzył się, otwierając wspomniane wcześniej pudełko.
- Oo, Yuki, spóźniaj się częściej, co? - zaśmiał się Maya, od razu sięgając po jedną ze słodkości.
- To miłe z twojej strony, że nie chowasz do mnie urazy za to małe uchybienie, jednak lepiej będzie zarówno dla mojego portfela jak i dla naszego harmonogramu pracy, jeśli nie będę się jednak spóźniał - zaśmiał się fioletowowłosy, również sięgając po jednego z pączków. Isami także się poczęstował. Pozostałem jedynym, który nie ruszył się ze swojego miejsca i ani myślał przełknąć cokolwiek przez ściśnięte do granic możliwości gardło. - Zdaje się, że wspominaliście, że chcieliście nam coś powiedzieć? - Yuki zmienił temat, zwracając się do dwójki siedzącej naprzeciwko.
No i pięknie. Teraz nadeszła pora na nieuniknione. Na to, na co czekałem w napięciu od samego początku, co nie dawało mi spokoju, przyprawiało o ból głowy, mdłości, naprzemienne napady furii i smutku, co nie pozwalało mi jeść, a nawet oddychać spokojnie...
- Ano właśnie - ponownie odezwał się perkusista. - Wiecie... Jakoś tak wyszło, że... od niedawna jesteśmy z Ismaim razem - odezwał się spokojnie, jakby to nie było nic wielkiego. - Z początku nie zamierzaliśmy się z tym jakoś obnosić, ale po pewnym czasie i namyśle stwierdziliśmy, że miło byłoby mieć jednak wasze błogosławieństwo i upewnić się, że nie jest to dla was problem, szczególnie gdyby zdarzyło się nam zapomnieć... dobra, gdyby mnie zdarzyło się zapomnieć - uściślił, szczerząc się rozbrajająco.
- Jesteście parą, naprawdę? - basista uniósł wysoko brwi w zdziwieniu. Co za ignorant... żeby się tak nie zorientować wcześniej... - Moje gratulacje! - klasnął w dłonie. - No, ja tam nie mam z tym żadnego problemu, póki zamierzacie wciąż pracować tak ciężko, jak do tej pory i nie zapomnicie o całym otaczającym was świecie, wpatrując się sobie wzajemnie w oczy - zaśmiał się. 
To teraz chyba nadeszła moja kolej, wypadało, żeby kulturalnie zaprzeczył, że w jakikolwiek sposób przeszkadza mi ta sytuacja, prawda?
Z jakiejś racji do głowy nagle przyszedł mi tekst, który głównie słyszałem w amerykańskich filmach i serialach, kiedy główna para podchodziła wspólnie do ślubnego kobierca, a ksiądz mówił: "Jeśli ktoś zna powód, dla którego ci dwoje nie mogą się pobrać, niech przemówi teraz albo zamilknie na wieki.". No i co ja niby miałem zrobić w takiej sytuacji? Mój wybór był chyba dość oczywisty...
Oczywiście, że zdecydowałem się zamilknąć. W końcu wygłaszanie swoich przemyśleń na głos nie leżało w mojej naturze. Nie miałem wystarczająco odwagi. Było już za późno. Mój zegar najwyraźniej się zatrzymał. Koniec gry. Zbyt długo zwlekałem i przegrałem.
Niemniej, fakt, że się nie odezwałem, nie oznaczał, że nie zamierzałem zrobić nic z zaistniałą sytuacją, zignorować ją i udawać, że nic się nie stało. Nie było mi łatwo przejść ponad czymś podobnym do porządku dziennego - głównie dlatego, że byłem emocjonalną osobą, czasami nawet bardziej niżbym chciał, nawet jeśli się do tego nie przyznawałem i przeklinałem się za to w myślach. Lata tłumienia w sobie własnych uczuć i emocji, gryzienia się w język i łykania własnych łez robiło swoje. Zbierało swoje żniwa. To chyba właśnie dlatego roztrząsałem każdą małą sprawę, nad którą nikt inny zapewne by się nie rozwlekał. Ciągnąłem za sobą bagaż doświadczeń, który dawał mi o sobie znać za każdym razem w podobnej sytuacji. Przyciskał mnie swoim ciężarem, sprawiając, że nie mogłem ustać prosto, że się zginałem, łamałem - pękałem. Wracałem myślami do wspomnień o czasach, kiedy siłą zatrzymałem słowa cisnące mi się na usta i ból powracał. Kumulował się gdzieś w głębi klatki piersiowej, tuż pod tym zmartwiałym głazem, który w niej nosiłem. Łączył się z tym, który był wywołany świeżymi przeżyciami. Ścigało mnie widmo minionych zdarzeń, które wciąż odbijało się echem w mojej głowie. To nie dawało mi spokoju. Wyniszczało. Zatruwało. Zżerało żywcem od środka.
Chciałem być silny, ale byłem już zmęczony nawet samym udawaniem. Miałem dość. W takim wypadku naprawdę nie widziałem żadnego innego wyjścia czy rozwiązania niżby własne odejście. Wiedziałem, że dłużej już nie zniosę tego pięknego widoku zakochanych - widoku szczęścia, którego ja miałem nigdy nie doznać ze względu na własną ułomność emocjonalną, jakieś swoiste skrzywienie, w którym kopałem i brnąłem dalej i głębiej na własne życzenie.
To się chyba nazywa masochizm, nie?
A więc zdecydowałem się odejść z zespołu. Nie byłem pewien czy tak będzie lepiej dla innych, czy tak będzie lepiej dla mnie samego. Nie wiedziałem, czym innym mógłbym się zająć w życiu niżby grą na gitarze. Wiedziałem, jednak za to, że to była najwyższa pora na to, żeby odwrócić się i odejść, póki mogę jeszcze przynajmniej zrobić to o własnych siłach. Nie chciałem, żeby inni widzieli, jak poddawałem się, jak byłem wyniszczany i pożerany przez własne demony. Mogłem im zaoszczędzić tego widoku i taki właśnie miałem plan.
Koniec końców przynajmniej zdecydowałem się na jakieś działanie. Nie stałem już biernie w miejscu, a to oznaczało, że podjąłem jakieś decyzje, że wykonałem jakiś krok. Podjąłem ryzyko. Istniała zatem jakaś szansa i nadzieja na to, że to przybliży mnie do jakiegoś prywatnego sukcesu - że w końcu to ja będę tym, który będzie przechylał kieliszek z szampanem zwycięstwa. Oczywiście istniała także możliwość, że znów źle wybrałem, że znów się pomyliłem, jednak próbowałem nie myśleć o tym zbyt wiele. O tym, czy dokonałem właściwego wyboru, poinformuje mnie czas, kiedy mój zegar znów zacznie tykać. Czas pokaże i wtedy się przekonamy.
Czym zatem tym razem życie uśle moją drogę? Jakie kłody rzuci mi pod nogi? 
Czas pokaże.

"Nowy Świat" cz.17

          Zgodnie z życzeniem (żeby mi ktoś nie zarzucił, że jestem gołosłowna!) wskrzeszam tę serię! Czas wziąć się za porządki w niej, gdyż zrobił się tu mały... bajzel ^^'' Zdaje się, że chciałam uwzględnić w tym opowiadaniu zbyt wiele gwiazd j-rocka na raz C'': Ale to nic! Ja to jeszcze jakoś ogarnę!
            Możecie w komentarzach typować swoich ulubieńców, z którymi shippujecie Alexa! (to byłoby bardzo pomocne, huh... ^^'' ♥)

             Swoją drogą, już jakiś czas temu dopatrzyłam się na liście obserwatora o nicku Harleen Doushito - chciałam bu tylko pogratulować absolutnie fantastycznego wyboru zdjęcia profilowego ♥ Serio, to tyle, co chciałam x''DDD (Wybaczcie... ^^'')


„Nowy Świat” cz.17

Wsparłem się, a właściwie to uwiesiłem się na barierce niewielkiego mostku dysząc ciężko. W boku czułem przeszywające kłucie, a w płucach tępy ból i ciężar. Moja klatka piersiowa jakby nie unosiła się wystarczająco szybko, przez co wciąż brakło mi powietrza. Przełknąłem z trudem gęstą, lepką, zbryloną ślinę i obrzuciłem spojrzeniem miniaturowy ekran sprytnego urządzenia na moim nadgarstku, który mierzył mój czas biegu, pokonany dystans i przybliżoną wartość spalonych kalorii. Sapnąłem ciężko wściekając się na siebie, kiedy zorientowałem się, że nie udało mi się pokonać wyznaczonego przez siebie dystansu. Nigdy nie byłem wielkim fanem siłowni, podnoszenia ciężarów lub gier zespołowych, jednak musiałem przyznać, że lubiłem biegi i byłem w nich całkiem dobry. Nie byłem amatorem wielkich prędkości, choć wiedziałem, że podkręcenie sobie tempa od czasu do czasu rzutowało na ogólne podniesienie kondycji i osiągów. Byłem dobry w biegach długo i średniodystansowych… przynajmniej zazwyczaj, gdyż dziś coś wyjątkowo mi nie szło. Przez zamieszanie związane z przeprowadzką, zmianą pracy i całym tym chaosem, który skutkował wywróceniem mojego życia do góry nogami, nie trenowałem zbyt regularnie w ostatnich miesiącach. Dziś jednak osiągnąłem już chyba swoje apogeum. Zdawało mi się, że byłem wściekły na siebie jak nigdy wcześniej.
Z trudem wywindowałem się do pozycji stojącej, co nie było łatwym zadaniem ze względu na doskwierający mi ból w dole pleców. Bolały mnie także uda, płuca wciąż paliły. Musiałem przyznać, że dzisiejszej nocy nie spałem zbyt dobrze, co mocno rzutowało na moją sprawność fizyczną i wciąż zżerały mnie różne stresy, przez co nie mogłem w pełni skupić się na wysiłku. Nie próbowałem się jednak usprawiedliwić przed samym sobą. Poirytowany własną postawą godną pożałowania względnie otarłem czoło zroszone drobnymi perełkami potu i sięgnąłem po bidon z wodą zatknięty za pasek elastyczny na moim udzie. 
- No proszę, kogo ja widzę… Alex? – na dźwięk tego znajomego głosu od razu przeszły mnie dreszcze, przez co mało nie zadławiłem się napojem. Zdziwiony odsunąłem butelkę od ust, spoglądając na Isamiego, który zmierzał w moją stronę. Po jego sportowym stroju mogłem wywnioskować, że on również musiał biegać. – Nie spodziewałem się spotkać akurat ciebie w tym miejscu – uśmiechnął się nieco pobłażliwie. Niemniej, jego głos wciąż pozostawał ciepły, a spojrzenie nienaszpikowane cynizmem i prowokacją.
- Nie wyglądam ci na biegacza, co? – prychnąłem.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić – podniósł dłonie w obronnym geście i postąpił kilka kroków w moją stronę, aby następnie oprzeć się o barierkę plecami, tym samym wybierając sobie miejsce tuż obok mnie.
Tym razem przyrodni brat Karmy nie nosił kolorowych soczewek. Spojrzał na mnie oczami czarnymi niczym bezgwiezdna noc, a ja odniosłem dziwne wrażenie, że mógłbym się w nich utopić, gdybym nie odwrócił w porę wzroku. Serce w klatce żeber znów zaczęło mi się kołatać niespokojnie, nierówno, szybko. Krew uderzyła mi do głowy, co odbiło mi się echem w postaci pulsu łupiącego w skroniach. Brunet miał jakąś niezwykłą moc i aurę, którą boleśnie dobitnie na mnie wpływał, powiedziałbym, że nawet przejmował na nade mną kontrolę. Za każdym razem, kiedy tylko się odzywał, czułem niepokojącą słabość w nogach. Niczym zahipnotyzowany słuchałem każdego jego słowa z osobna, jakby każde z nich mogło kryć w sobie jakąś głęboką mądrość i przesłanie. Jego bliskość odbierała mi jasność myślenia, stając się bodźcem nadrzędnym, którego nie mogłem zignorować. Z jednej strony przyciągał mnie do siebie w jakiś niewyjaśniony sposób, a z drugiej jakbym… dopatrywał się w nim czegoś mrocznego, co nieco mnie odstraszało i wzbudzało we mnie niepokój. Próbowałem nie zwracać uwagę na tę drugą stronę medalu, próbując sobie wmówić, że to tylko moje dziwne uprzedzenie. Może patrzyłem na niego przez pryzmat jego brata, który był… no cóż, dość ekscentryczną postacią? Z drugiej strony jednak on sam wystawił mu pozytywną ocenę. Mój współlokator twierdził, że początkujący muzyk był dobrym dzieciakiem. To powinno mnie w pewien sposób uspokoić… prawda?
O ile mogłem zawierzyć opinii i jej adekwatności wystawionej przez osobę, która sama twierdziła, że nie rozumie ludzkich uczuć i emocji. 
Syknąłem, kiedy pulsowanie w moich skroniach wzmogło się. Przytknąłem dłoń do czoła i skuliłem się w sobie, gdyż najwyraźniej intensywne myślenie po wzmożonym wysiłku fizycznym nie było jednak najlepszym pomysłem.
- W porządku? – zapytał zaniepokojony. 
- Tak, tak… - machnąłem na niego uspokajająco ręką.
- Na pewno? – upewnił się. – Nie wyglądasz najlepiej… Może chcesz usiąść? – zaproponował i rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu jakiejś ławki, jednak tej jak na złość nie było nigdzie widać na horyzoncie. 
- Spokojnie, nic mi nie jest – próbowałem przekonać go słabym uśmiechem, do którego się zmusiłem.

***

Powoli zaczynałem doszukiwać się pewnych podobieństw pomiędzy Karmą a Isamim, nawet jeśli ci w istocie byli braćmi tylko z „nazwy”, gdyż mieli inne matki i nawet nie byli razem wychowywani. Niemniej jednak łączyła ich jedna cecha – zaborczość. Wokalista AvelCain stwierdził, że nie podoba mu się pomysł, który zakładał, że miałem wyjechać w trasę koncertową z Nocturnal Bloodlust i uważał to za wystarczający powód do tego, żebym porzucił wszystkie swoje plany. Z kolei wokalista Archemi. zmartwiony moim stanem zaprosił mnie do siebie, gdyż ponoć mieszkał niedaleko, żebym odpoczął i nie zaważał na moje jakże liczne protesty i zapewnienia, że wszystko przecież jest w porządku. Nie. Po prostu nie. Nie i koniec. Słowo się rzekło. Dziękuję za uwagę. Wszyscy muszą się dostosować. W planach nie było miejsca na żadne odchyły od normy, bo na didaskalia przecież i tak nikt nie zwracał uwagi.
Jeżeli wierzyć w reinkarnację lub cykliczność życia po życiu to ta dójka miała całkiem spore szanse na objęcie funkcji dyktatora w jednym ze swoim przeszłych lub przyszłych żywot...
Brunet w istocie mieszkał całkiem niedaleko, w stosunkowo niewielkim bloku jak na tokijskie standardy. Przepuścił mnie przodem, instruując, gdzie iść i deptał mi po piętach, kiedy wspinaliśmy się po schodach na drugie piętro, jakby w każdej chwili gotowy łapać mnie, gdyby nagle zachciało mi się mdleć niczym teatralnej księżniczce. Pomimo jego zaborczości, którą wykazał się na przedzie, wyglądało też na to, że mimo wszystko był bardzo troskliwą i przezorną osobą.
Mieszkanie brata mojego współlokatora było… co najmniej specyficzne. Kiedy tylko jego właściciel otworzył przede mną drzwi frontowe, uderzył we mnie silny, kadzidlany, nieco duszący zapach wypełzający się na korytarz w postaci półprzezroczystej, mlecznej mgły. Od razu zwietrzyłem charakterystyczny zapach topiącej się stearyny, a w zaciemnionym mieszkaniu dostrzegłem pojedyncze, jasne punkty będące zapalonymi świecami. Jak już wspomniałem, w mieszkaniu było ciemno, mimo iż na zewnątrz świeciło słońce, a na zegarze nie wybiła jeszcze dwunasta. Rolety były zaciągnięte przynajmniej do połowy, a w środku i tak dominowały ciemne barwy, takie jak głęboka, winna czerwień czy śliwkowy fiolet. Tu i ówdzie dostrzegłem zawieszone jako ozdoby pergaminy ze spisanymi zamaszyście modlitwami i błogosławieństwami lub drewniane obrazki przedstawiające różne bożki shinto. Na komodzie w przedpokoju stała wiązka tlących się kadzideł. Świece porozstawiane były w różnych kątach właściwie w każdym pomieszczeniu, wliczając w to nawet łazienkę. Na szafce w SJS (salono-jadalnio-sypialni) stał złoty, masywny posążek kreatury, którą naprawdę chciałem nazwać kolejnym bożkiem pochodzenia religii politeistycznej, jednak zwyczajnie nie mogłem. Jej spiczaste, długie uszy, ostre szpony i kocie oczy znacznie bardziej przywodziły mi na myśl demona, z której strony bym na to nie spojrzał. Złoty posążek trzymał ręce złożone jak do modlitwy, a wokół nich opleciony miał łańcuszek z nawleczonymi nań dużymi, drewnianymi kulami, który w jakiś pokraczny sposób przywodził mi na myśl powiększoną wersję różańca. Kolorowe kamienie, które w słabym świetle do złudzenia przypominały te szlachetne, tkwiły i lśniły niebezpiecznie intensywną czerwienią w źrenicach demonicznej kreatury oraz zimną bielą pojedynczych kropek na jej wysokich kościach policzkowych oraz dłoniach. 
Poczułem się dziwnie spięty – głównie dlatego, że odniosłem wrażenie, jakbym wszedł do jakiejś mrocznej kapliczki, a nie do przeciętnego mieszkania jeszcze bardziej przeciętnego dwudziestoparolatka. Chociaż chwila… Już chyba sam sposób, w jaki Isami się wypowiadał dyskwalifikowało go z listy „szary, nudny i pospolity”.
Odwróciłem się do gospodarza, starając się nie okazywać tego, jak bardzo czułem się nie na miejscu i jak bardzo byłem zagubiony.
- Kawy? Herbaty? – zapytał uprzejmie jakby nigdy nic, zupełnie nie zwracając uwagi na dziwaczny grymas, który wpłynął na moją twarz, kiedy naprawdę dawałem z siebie wszystko, żeby nie dać po sobie poznać tego, co właśnie pomyślałem sobie o tym miejscu. Szło mi to marnie, jednak muzyk okazał się być wyrozumiały. Ciekawe, jak często przyjmował gości w domu…?
- Nie, jest w porządku… - mruknąłem, nie mając ochoty zabawić tu na zbyt długo.
- A więc herbata – zadecydował. – Nie obrazisz się, prawda? Piłem już dziś kawę – usprawiedliwił się i przeszedł do kuchni, gdzie nastawił czajnik elektryczny.
Ta, zdecydowanie coś musiało łączyć go z Karmą…
- Mieszkasz tu sam? – zapytałem, żeby przerwać dość niezręczną i ciężką niczym kolory otaczających nas ścian ciszę.
- Tak – przytaknął. – Nie krępuj się tak – polecił i uśmiechnął się.
Gest ten powinien jakoś rozładować napięcie, gdyż nie był ani nieszczery, ani wymuszony, jednak przyniósł on zupełnie odwrotne rezultaty. Momentalnie poczułem, jak zimny, elektryzujący dreszcz przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa, jak oblewa mnie zimny pot, który bynajmniej nie ma nic wspólnego z moim uprzednim wysiłkiem fizycznym. Najgorsze w tym wszystkim jednak było to, że towarzyszyło temu oślizgłe, mrożące krew w żyłach uczucie, jakby ktoś chwycił zmrożoną ręką moje wnętrzności i bezceremonialnie zaczął nimi wywracać w tą i z powrotem. W odpowiedzi potrafiłem jedynie skinąć sztywno głową mojemu rozmówcy. Na niemal słaniających się nogach przeszedłem do SJS, gdzie pozwoliłem sobie zająć miejsce przy niskim stoliku kotatsu.
Siedząc tak i czekając na mojego towarzysza rozglądałem się ciekawsko po pomieszczeniu. Moją szczególną uwagę zwrócił regał z książkami, z których, jak mogłem wnioskować po tytułach wytłuczonych na grzbietach, wiele odnosiło się do tematu religii shino, buddyzmu, wierzeń ludowych, folkloru poszczególnych prefektur japońskich, a nawet demonologii i mitologii. Interesujące… i w jakiś sposób także niepokojące, musiałem przyznać.
Isami wrócił po chwili z dwoma kubkami zielonej herbaty. Zasiadł naprzeciw mnie i bez słowa upił łyk parującego naparu, który w moim mniemaniu wciąż był wrzątkiem, gdyż był na tyle gorący, że nie mogłem nawet objąć naczynia palcami, a co dopiero mówić tu o piciu. Między nami znów zapanowała cisza.
- Jak ci się mieszka z moim bratem? – zapytał w końcu. – Zdaję sobie sprawę, że momentami może być dość… ekstraordynaryjny – mruknął.
- W porządku, nie naprzykrza się jakoś znacząco – odparłem. – A ty… nie czujesz się czasem samotny mieszkając w pojedynkę? – poczułem się w obowiązku zrewanżowania się pytaniem za pytanie.
- Niekoniecznie – wzruszył ramionami. – Choć rozumiem, do czego zmierzasz – uśmiechnął się znacząco znad kubka. – Nie, nie miewam wielu gości – wyznał. – Właściwie to nie lubię zapraszać znajomych do siebie. Wolę spotykać się z nimi gdzieś na mieście. Mój dom jest… mój. Jest moją oazą spokoju, w której nie życzę sobie czyichś interwencji ani tym bardziej czyichś brudnych butów – wyjaśnił.
- Więc dlaczego ty… mnie…? – dukałem, aż w końcu zająknąłem się i umilkłem pod wpływem jego intensywnego spojrzenia, którym zaczął mnie taksować.
- Zaprosiłem cię, bo cię lubię – stwierdził prosto.
- Czy to ma coś do rzeczy z tym, co powiedział ci na mój temat Karma? – zainteresowałem się.
- Poniekąd – przyznał. – Cóż, nieczęsto zdarza się, żeby mój brat miał na czyjś temat tak pochlebną opinię – wziął głębszy oddech. – To sprawiło, że mnie zainteresowałeś i że zapragnąłem cię poznać osobiście. Muszę przyznać, że póki co nie żałuję – posłał mi uśmiech, jakiego nie powstydziłby się nawet sam miłosierny Budda, na co mnie przeszedł kolejny dreszcz. Ten chłopak zdawał się być jakąś mieszanką sprzecznych ze sobą sił…
- Czy to oznacza, że oczekujesz po mnie czegoś konkretnego? – dopytywałem.
- Konkretnego? – uniósł brwi w zdziwieniu. O dzięki wszystkim bożkom tego i innego świata, i siłom transcendentnym, i wszelkiemu innemu podobnego tałatajstwu, ten z „niecodziennych braci”, jak zacząłem w myślach nazywać Isamiego i Karmę, przynajmniej potrafił w jakiś ludzki sposób okazywać swoje uczucia i emocje! Chwała mu za to! – Nie, nie powiedziałbym. Niczego po tobie nie oczekuję. Może jedynie liczę na zaistnienie pewnych sytuacji i możliwości. To tyle. Ale nie przejmuj się – machnął ręką, widząc moją zapewne spłoszoną minę. – Nie musisz nic robić. Po prostu pozwól mi się obserwować. To tyle – rozłożył ręce, na co ja przełknąłem głośno, jakby brunet w istocie mógł mi grozić, a nie dopiero co powiedział, żebym niczym się nie przejmował. – Więc? Jakieś plany na dziś? – zainteresował się, zmieniając przy tym temat, za co byłem mu ogromnie wdzięczny.

***

W gruncie rzeczy nie miałem żadnych planów na dzień dzisiejszy. Miałem wolne i zamierzałem w bezczelny sposób zmarnować mój czas na coś prozaicznego i niezbyt wymagającego wysiłku fizycznego, tudzież umysłowego. Gdybym nie spotkał wokalisty Archemi., zapewne wróciłbym do siebie i zajął się czytaniem jakiejś przypadkowej książki, możliwe, że wzorując się na Genshō, podprowadziłbym jakiś tomik poezji Karmie lub zajął się oglądaniem jakiegoś filmu na laptopie, gdyż w telewizji głównie puszczano dziwaczne programy rozrywkowe, które nie były na nerwy przeciętnego śmiertelnika. Można więc było powiedzieć, że brunet uratował mnie od próżnowania w samotności, choć nie mogłem powiedzieć, żebyśmy razem zajęli się czymś o wiele bardziej produktywnym.
Zostałem u Isamiego znacznie dłużej niż mógłbym sobie tego życzyć, choć w istocie wcale nie czułem się z tym źle. Z czasem zacząłem przyzwyczajać się do specyficznego otoczenia, a chłopak nawet odsłonił zasłony, wpuszczając do środka co nieco promieni słonecznych, z czym od razu poczułem się lepiej. Przez dłuższy czas siedzieliśmy przy kotatsu i rozmawialiśmy, a rozmowa z czasem szła nam coraz lepiej. Coraz płynniej przechodziliśmy z tematu w temat, coraz rzadziej zdarzały nam się chwile wypełnione pustą ciszą. Zaczynałem czuć się w jego towarzystwie coraz swobodniej, choć kiedy zdarzało mi się mówić przez dłuższy czas i Isami nagle odzywał się po pewnej przerwie, wciąż czułem ten dziwny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa i to niepokojące napięcie kumulujące się gdzieś w okolicach lędźwi. Niemniej, nie było to nieprzyjemne. To też zaczynało mi się podobać, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie zacząłem wręcz wyczekiwać z niecierpliwością chwili, w której znów mogłem poczuć to elektryzujące doznanie, które nie do końca potrafiłem opisać ani się w nim rozeznać, jasno stwierdzając, o czym ono świadczyło i czym było w istocie.
Później zrobiło się już naprawdę późno, a więc minęło już południe, a my zgłodnieliśmy, więc przenieśliśmy się na chwilę do kuchni, gdzie wspólnymi siłami udało nam się stworzyć coś na lunch. Następnie znów wróciliśmy do salono-jadalnio-sypialni, ale tym razem ulokowaliśmy się na o wiele wygodniejszej kanapie, jedząc, śmiejąc się i oczywiście rozmawiając niczym małolaty podczas pierwszego, wspólnego nocowania w amerykańskim serialu. To wszystko wydawało się banalne, jednak było niezaprzeczalnie przyjemne.
Muzyk fascynował mnie. Był inny niż większość ludzi, których znałem, jednak nie był przy tym, bądźmy szczerzy, dziwakiem jak jego brat, cholerykiem jak Daisuke czy nie wiadomo kim jeszcze. Jego „inność” nie ograniczała się tylko do prezentowania jego wad czy „usterek” w jego charakterze i usposobieniu, ale przejawiała się w jakiś niewymuszony i przyjazny sposób. Niedługo po tym stwierdzeniu odkryłem z niemałym zresztą zaskoczeniem, że tak właściwie… to Isami oczarował mnie. Fascynował mnie jego głęboki, wibrujący głos, którego mógłbym słuchać godzinami, jego głębokie uduchowienie, które szło z niepojętą tolerancją wobec wszystkiego i wszystkich, którzy nie zgadzali się z jego poglądami, jego zamiłowanie do różnych kultów i kultur, a nawet same jego sanctrum, które przywodziło na myśl zakazaną świątynię. To wszystko w jakiś sposób wydawało mi się być odległe, wręcz nierealne, a z drugiej strony tak ciekawe, inne, niecodzienne, na wyciągnięcie ręki. 
Pożegnaliśmy się dopiero, kiedy na dworze zrobiło się już ciemno. Nie znaliśmy się wystarczająco długo i dobrze, żeby któryś z nas mógł wyjść z propozycją wspólnego spędzenia nocy, choć towarzyszyło mi silne przeczucie, że gdybym zapytał, brunet nie wyrzuciłby mnie na bruk. Coś podpowiadało mi, że zgodziłby się, jednak nie chciałem już na "dzień dobry" nadużywać jego gościnności. Wszak sam stwierdził, że nie bardzo lubił przyjmować gości w domu, a ponad to uraczył mnie już obiadem, więc to i tak wystarczająco jak na jeden raz. 
Wyszedłem z mieszkania chłopaka w naprawdę dobrym humorze. Isami był zdecydowanie osobą, z którą chciałem pogłębić znajomość. Ten bardzo przypominał swojego brata, jednak nie był tak pokręcony jak on i miał chociażby jakieś względne pojęcie o relacjach międzyludzkich, co znacznie ułatwiało komunikowanie się z nim. Byłem szczęśliwy, że miałem okazję go poznać.
Wracałem właśnie do domu, kiedy nagle usłyszałem za sobą nawoływanie. Odwróciłem się, dostrzegając za sobą Hiro, który kierował się w moją stronę szybkim, sprężystym krokiem. Nie wyglądał na złego, jednak jego mina zdradzała także, że ten nie posiadał się ze szczęścia. Przystanąłem na moment, czekając aż ten mnie dogoni.
- Hej...
- Czemu nie odbierasz telefonu? - przerwał mi, od razu przechodząc do sedna.
- Jak to nie odbieram? - zdziwiłem się. - Przecież nie dzwoniłeś... - wyjąłem telefon z kieszeni, żeby sprawdzić czy faktycznie mogłem nie zauważyć jakiegoś nieodebranego połączenia, jednak zamiast tego przekonałem się, że bateria wyzionęła ducha. - Oh... - mruknąłem pod nosem.
Byłem tak zaaferowany spotkaniem z bratem Karmy, że nawet nie zauważyłem, kiedy moja komórka odmówiła posłuszeństwa. Przez cały ten czas, który wspólnie spędziliśmy, nie zmarnowaliśmy ani chwili na grzebanie w social media czy oglądanie telewizji. Nic podobnego. Spędziliśmy razem dzień w "staroświecki" sposób, obchodząc się bez wszelkich elektronicznych gadżetów. Musiałem przyznać, że to była miła odmiana. Odświeżająca, powiedziałbym. Miło było mieć kogoś, z kim można było spędzić czas bez potrzeby zasłaniania się portalami społecznościowymi i wirtualną rzeczywistością. Rozmawialiśmy, skupiając całą naszą uwagę na tej drugiej osobie, patrząc na siebie wzajemnie, a nie w martwe tafle wyświetlaczy. To było naprawdę przyjemne. Z całą pewnością chciałbym to jeszcze kiedyś w przyszłości powtórzyć. Odciąć się od nierealnego świata i skupić się na jednej, wybranej osobie, prawdziwie cieszyć się jej obecnością i bliskością, zrobić sobie odwyk od telefonu, laptopa i telewizora, od których znaczna część społeczeństwa w dzisiejszych czasach była uzależniona - wliczając w to także mnie. Miło było także przekonać się, że jeszcze nie zatraciłem wszelkich zdolności socjalizowania się z innymi twarzą w twarz, bez zbędnego pośrednictwa przedmiotów nieożywionych.
- Wybacz, mój telefon się rozładował, a ja nawet nie zauważyłem - wytłumaczyłem się. Wokalista Nocturnal Bloodlust westchnął na te słowa i przewrócił oczyma. - Coś się stało? - zapytałem.
- I tak, i nie... - mruknął wymijająco. - Nie było cię dzisiaj w pracy - zauważył.
- Miałem dzień wolny - odparłem. - Chciałeś ode mnie czegoś konkretnego?
- Właściwie to tak - przytaknął. - Pamiętasz, jak wspominałem o Europejskiej trasie, do której przygotowuje się mój zespół, prawda? - upewnił się, na co ja skinąłem mu głową. - No właśnie. Wstępny plan został już zatwierdzony i teraz pewne akcje muszą zostać podjęte. Powiedziałeś, że chcesz jechać ze mną - przypomniał mi. W tym momencie moje serce zabiło mocniej. Z trudem przełknąłem ślinę przez zaciskające się gardło. Cholera... - Jeśli faktycznie chcesz z nami lecieć do Europy, musimy dopełnić pewnych formalności - wyjaśnił. - Wszystko w porządku? Zbladłeś... - zauważył.
- Tak, wszystko gra - machnąłem lekceważąco ręką, odwracając od niego spojrzenie.
Prawdą było, że zapomniałem na moment o całej tej nadchodzącej trasie i znów dopadły mnie wątpliwości. Dzień spędzony z Isamim był dla mnie niemal jak wycięty z osi czasu. Kilkanaście godzin wyciętych z życiorysu, przez które zdążyłem zapomnieć o całym, bożym świecie. Cudownie. Teraz jednak nastał czas, żeby ponownie wrócić do rzeczywistości. Niby wcześniej podjąłem już decyzję, że będę wspierał wokalistę Nokuruby, że skupię się na nim i na kwitnącym do nim uczuciu, jednak... teraz znowu się wahałem. Czy aby na pewno powinienem jechać? Czy powinienem się na to pisać?
Lubiłem go. To fakt. Był miłym gościem. Ale czy to był wystarczający argument, żeby na własne życzenie spędzić z nim kilka miesięcy w separacji od wszystkich innych, którzy byli mi bliscy? W końcu zarówno Yuuki, jak i Karma wytknęli mi, że tutaj, w Tokio miałem już wystarczająco niedokończonych spraw. Wokalista InitialL namawiał mnie do rzucenia wszystkiego w diabły, z kolei brunet chciał, żebym został na miejscu i żebym sprostował moje relacje z innymi po kolei. Z jakiejś racji nie uważał Hiro za adekwatne dla mnie towarzystwo. Ponad to wciąż pozostawała sama kwestia mojej niepewności. Gdybym się w nim zakochał, to już dawno siedziałbym jak na szpilkach na spakowanej walizce, wyczekując z niecierpliwością taksówki na lotnisko, czyż nie tak? Zamiast tego ja jednak raz za razem traciłem głowę dla kogoś innego - dla Aryu, dla Isamiego. - i zapominałem o nim, spychając go na dalszy plan. To dowodziło chyba jednak tego, że wokalista Nocturnal Bloodlust nie był moją wielką i jedyną miłością, prawda?
- Będziesz jutro w pracy? - kontynuował niezrażony brunet.
- Tak, jasne - przytaknąłem.
- W takim razie znajdę cię na przerwie i zaprowadzę do mojego managera. Musimy przedyskutować kilka spraw - uprzedził.
- Um, oczywiście... - mruknąłem nieprzekonany.
- Właściwie to tylko tyle dziś od ciebie chciałem - wzruszył ramionami. - Pofatygowałem się do ciebie, bo chciałem się upewnić, że jeszcze się nie wycofałeś z danego słowa - uśmiechnął się zadziornie. - Poza tym to ważne, żeby załatwić wszystkie sprawy papierkowe możliwe jak najszybciej - zaznaczył. - Skoro jednak wciąż jesteś zdecydowany, to dobrze. Nie będę ci już zawracał dłużej głowy. Spotkamy się jutro - obiecał. - Umówiłem się na mieście z Masą i Natsu - wytłumaczył się, kiedy potraktowałem go pytającym spojrzeniem.
- W porządku - zgodziłem się. - W takim razie do zobaczenia jutro - pożegnałem się słabnącym głosem.
Hiro pomachał mi na odchodne, po czym zawrócił w kierunku, z którego tu przyszedł. Ja w tym czasie wróciłem do domu. W salonie, zgodnie już z naszą niepisaną tradycją, czekał na mnie Karma. Chłopak podniósł na mnie leniwe spojrzenie znad czytanego tomu poezji.
- Spotkałeś się z Isamim? - zapytał, kiedy zaledwie przekroczyłem próg mieszkania, zrzucając buty z ciężkim westchnięciem.
- Zgadza się - potwierdziłem.
- Nie wyglądasz kwitnąco - skomentował. - Posprzeczaliście się? - zgadywał.
- Nie, tu nie chodzi o Isamiego - odpowiedziałem, zajmując miejsce na kanapie obok niego. - Spotkałem Hiro pod blokiem, kiedy wracałem - wyznałem. Brunet niemo nakazał mi kontynuować, wpatrując się we mnie intensywnie. - Przyszedł upewnić się, że nie zmieniłem zdania, co do trasy Nocturnal Bloodlust po Europie - zacząłem tłumaczyć. - Chce, żebym jutro dopełnił jakiś formalności... - westchnąłem raz jeszcze.
- Powiedziałem ci już, że nigdzie nie jedziesz - odezwał się twardo, na co ja spojrzałem na niego zaskoczony. Temu dalej nie przeszło to władcze podejście?
- Ale powiedziałem mu, że z nim pojadę... - podciągnąłem nogi pod klatkę piersiową. - Teraz to już trochę za późno, żeby się wycofać. Poza tym i tak nie mam żadnej dobrej wymówki... - sapnąłem. - Myślałem też, że może udałoby mi się spotkać z rodziną, gdybyśmy zahaczyli o Norwegię, więc może w sumie nie byłoby znowu aż tak źle... - próbowałem pocieszyć sam siebie i przekonać się do tego, żeby spojrzeć na całą tę sytuację z nieco większym optymizmem.
- Nie jedziesz - muzyk nie dawał za wygraną.
- Nie? - prychnąłem. - Bo co? Mam mu jutro powiedzieć, że nie podpiszesz mi zgody na wycieczkę? - parsknąłem.
- Alex, czy ty nie widzisz, że masz pewien problem? - spojrzał na mnie z przyganą. - Nie chcesz jechać. Zgodziłeś sie tylko dlatego, żeby uszczęśliwić Hiro. I to jest właśnie twój problem. Przytakujesz i zgadzasz się na wiele rzeczy, żeby nie rozczarować i nie sprawić przykrości innym, jednak przy tym sam nie bierzesz pod uwagę tego, co ty chcesz i czujesz, przez co w ostatecznie motasz się, jesteś niezdecydowany i rozsiewasz wokół siebie istny chaos, angażując w niego wszystkie napotkane osoby. Chcesz być przyjacielem wszystkich i wszystkiego, przez co pozwalasz zbyt wielu osobom zbliżyć się do ciebie - aż uchyliłem ze zdziwienia usta, słysząc taki wywód z jego strony. - Może teraz jeszcze nie masz takich problemów i nie jesteś tego świadom, ale w przyszłości przez takie zachowanie twoja opinia może ucierpieć, mimo iż ty cały czas będziesz się starał robić wszystko najlepiej tak, jak potrafisz, żeby wszystkim dogodzić - prychnął. - Jeśli choć przez chwilę będziesz ze sobą szczery i pomyślisz o tym, czego ty tak naprawdę chcesz, ludzie, którzy powinni ci być bliscy, sami ostaną się po twojej stronie, podczas gdy inni odejdą. To stanie się dla ciebie jasne, kiedy wreszcie przejrzysz na oczy - odezwał się pewnie. - Nie jedziesz i tyle - uparł się. - O powód się nie martw. Zostaw to mnie - polecił, po czym bez słowa wyjaśnienia ponownie wrócił do przerwanej lektury.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Karma nie był raczej człowiekiem czynu. Zdecydowanie wolał zaszyć się gdzieś w ciszy i spokoju, czytając lub komponując niżby pchając się na środek sceny, odwalając teatralny show. Był mrukliwy, nie odzywał się zbyt często, a nawet jeśli, to zazwyczaj pozostawał lakoniczny i zwięzły. Dziwiła mnie ta nagła, przejawiona przez niego inicjatywa, jednak nie zamierzałem krytykować jego postawy. Ostatecznie machnąłem tylko ręką, nie oczekując po nim zbyt dużo. 
Z trudem podniosłem się z siedzenia i ruszyłem w stronę łazienki, żeby wciąć prysznic i zmyć z siebie zmęczenie całego dzisiejszego dnia. Po kąpieli i kolacji nie pozostało mi już nic innego, jak tylko czekać na nadejście następnego dnia, żeby przekonać się, co ten trzymał dla mnie w zanadrzu - jak przebiegną ów formalności, które miały ten irytujący zwyczaj iść zawsze nie po myśli człowieka? Co w istocie planował wokalista AvelCain? O ile w ogóle miał jakiś plan i zamierzał coś zrobić... Karma nie był osobą rzucającą słowa na wiatr, jednak z drugiej strony jego niezdrowa chęć rozkazywania mi, sprawowania nade mną władzy, wręcz traktowania mnie jak przedmiotu posiadanego na własność sprawiała, że miałem silne wrażenie, jakoby ten tylko bełkotał bez składu i ładu, będąc ponownie zainspirowanym jakąś postacią z książki, mangi czy anime. 
No cóż, o wszystkim tym miałem przekonać się dopiero jutro. Póki co wolałem nie nastawiać się na nic konkretnego, nie kreować żadnych wyimaginowanych, wyidealizowanych lub karykaturalnie przerysowanych scenariuszy najbliższych wydarzeń. Zamierzałem grzecznie poczekać w kolejce, żeby zostać obdarowany przez dary losu i podziękować za nie lub z miejsca zacząć je zwalczać. Do tej pory przyszłość była jednak jedną wielką niewiadomą i nie pozostawało mi nic innego jak czekać. 
Czekać.