Jej, jej, jej~! Jestem taka zaskoczona~! 14 komentarzy pod postem - chciałoby się powiedzieć, jak za dawnych lat xD
Dobra, ale wstęp i tak będzie długi, więc nie rozwodząc się nad rzeczami nieistotnymi w tej chwili, przejdźmy do rzeczy istotnych xp ; zatem wyniki głosowania uplasowały się ostatecznie tak:
a) "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia" - 7 głosów = 17%
b) "Nawet śmierć nas nie rozłączy" - ... szczegółowe informacje poniżej*
c) "Co by było gdyby..." - 2 głosy = 5%
d) "Le Ciel" - ...szczegółowe informacje poniżej*
e) "Vampire depression" - 1 głosów = 3%
f) "Geisha no Furin" - 3 głosy - 7%
g) "Dorośnij!" - 4 głosy = 10%
h) "Hayakki-yoko" - 5 głosów = 12%
i) "Książę z bajki" - 8 głosów 21%
j) "Closer to Ideal" - 6 głosów = 13%
k) "Nowy Świat" - 5 głosów = 12%
*Szczegółowe informacje do "Nawet śmierć nas nie rozłączy" oraz "Le Ciel" - szczerze powiedziawszy to wpisałam na listę te opowiadania tylko ze względu na to, iż były niedokończone. Niestety, kiedy przypomniałam sobie, jak zostały napisane to... O matko i córko! Serio, to jest tak beznadziejne, iż gdyby ktoś przeprowadzał teraz jakiś konkurs na największą żenadę opublikowaną w internecie, to coś czuję, że mogłabym zostać nominowana po złote maliny ^^'' Szczerze powiedziawszy to przydałoby się te dwa opowiadania napisać od nowa, bo nie widzę żadnego innego rozwiązania dla nich. Może kiedyś wezmę się za ich gruntowną odnowę, reaktywację czy jakkolwiek inaczej by tego nie nazwać, ale na obecną chwilę stronię od nich, będąc porażoną moją własną głupotą C'':
Tak, jak nam pokazują statystyki, wygrał "Książę z bajki". Prawdę mówiąc to zdziwiło mnie trochę, iż pesymistyczny Hiro ma tyle fanów xD Z tej właśnie racji zdecydowałam się na kontynuowanie tej serii oraz (werbel proszę)... "Hayakki-yoko" i "Nowy Świat"~!
Wiem, że teoretycznie, idąc zgodnie ze statystykami na pierwszy rzut (czemu chciałam napisać miot? xp) powinnam kontynuować "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", ale... szczerze powiedziawszy chcę was potrzymać trochę w niepewności xD Cieszę się, że przejawiłyście zainteresowanie tym opowiadaniem, pomimo tego jak długo już go nie kontynuowałam - z tej racji także mam nadzieję, że kolejna, drobna obsuwa w czasie was nie zdenerwuje ^^'' Piszę sobie powoli to opowiadanko, ale póki co nie będę go publikować. Chcę, abyście nawet po zakończeniu tych najbardziej interesujących (na tę chwilę) serii wciąż tutaj wracały i miały ku temu powód - mam nadzieję, że takim powodem może stać się przynajmniej to opowiadanie C:
A co do "Closer to Ideal" - wszystkie trzy ostatnie pozycje miały identyczny wynik, więc decydując się na jedną z nich, powinnam kontynuować wszystkie (przynajmniej tak zakładają moje prawa logiki), ale po prostu uznałam, że chcę się teraz trochę mocniej skupić na tym, co robię, dlatego większa ilość kontynuowanych serii mogłaby mnie rozpraszać i mylić. Z tego też powodu "Closer to Ideal" wrzuciłam do "drugiej trójki" do kontynuowania.
A więc podsumowując: pierwszymi trzema seriami, które będę kontynuować są: "Książę z bajki", "Hayakki-yoko" oraz "Nowy Świat". Następne w kolejce są "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", "Closer to Ideal" oraz "Dorośnij!" - reszta planów będzie ustalana na bieżąco xD
Ach, no i w końcu postanowiłam zmienić nazwę dla "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", bo jest ona niewyobrażalnie długa. Akai Haruki zaproponowała "Uważaj, o co prosisz" oraz "Kara boska", inną propozycją było także "Dziewczyną być". Po pewnym czasie również ja włączyłam proces myślenia, w wyniku którego wymyśliłam "Zważ na to, czego pragniesz" (nie, wcale nie brzmi po staropolsku xp), ale ostatecznie zdecydowałam się na "Uważaj, czego pragniesz". To będzie nowy tytuł dla tej serii, podczas gdy stary stanie się tytułem alternatywnym. Co o tym sądzicie? Podoba wam się nowa nazwa?
Dobra, nie przedłużając już więcej, serwuję nowy odcinek z najbardziej lubianej serii na moim blogu ♥
„Książę z bajki” cz.6
Siedziałem na skórzanej, czarnej kanapie studyjnej
i bez większego zainteresowania wpatrywałem się w drzwi. Nie czekałem na to, aż
ktoś wyjdzie ani przyjdzie. Ot po prostu był to przedmiot, w którym utkwiłem
spojrzenie. Na moim kolanie stał styropianowy kubek z wodą, na którym
rytmicznie, zgodnie z biciem mojego serca, zaciskałem i rozluźniałem palce,
znacząc go śladami po wbijanych w nań paznokciach.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytał szeptem
Crena, na co Caz jedynie wzruszył ramionami.
Zdawało się, że moja obecność nie przeszkadzała im
w plotkowaniu o mnie albo zwyczajnie uznali, iż odpłynąłem myślami tak daleko,
że już nic do mnie nie docierało – ale to nieprawda. Byłem aż zaskakująco
przytomny i zachowywałem trzeźwy umysł, mimo iż naprawdę usilnie próbowałem zmienić
ten stan rzeczy. Chciałem, aby jakaś głęboka zaduma albo chociażby napoje
wysokoprocentowe pozwoliły oderwać mi się od rzeczywistości.
Wpatrywałem się w te drzwi, niczego nie wyczekując,
ale jednocześnie spodziewając się wszystkiego. W tej chwili nawet gdyby
triceratops wparował do naszej sali, nie drgnęłaby mi nawet powieka; serio.
Niemniej bardziej niż dinozaura z rodziny ceratopsów spodziewałbym się tej
kobiety. Teoretycznie nie mogła wejść do studia, gdyż w końcu nie była do tego
upoważniona, ale po mojej matce można było spodziewać się wszystkiego -
dosłownie wszystkiego.
- Chyba trochę przesadziliśmy z kalibrem działa,
jakie wytoczyliśmy przeciwko niemu… Wiesz, Hiro to też człowiek – odezwał się w
końcu gitarzysta.
Mówi się, jaka mać taka nać – a co jeśli ta mać nie
ma córki tylko syna? Co jeśli to syn jest tak podobny do rodzicielki? Jaka mać
taka pietruszka…? Ale pietruszka to też rodzaj żeński… może w takim razie
koperek?...
***
Był już późny wieczór, właściwie noc, a ja
siedziałem w jednej z mniejszych knajpek izakaya z moim starym znajomym
Martinem. Poznałem się z nim podczas mojego wyjazdu do USA. Mój amerykański
znajomy był miłośnikiem Nipponu, toteż co jakiś czas tutaj przybywał,
zagłębiając się w coraz to węższe, nienazwane uliczki tokijskie – dziś
zwiedzałem je razem z nim. Niestety, jako że zwiedzanie to męcząca czynność,
musieliśmy nieco odpocząć w barze, przy czym dla rozluźnienia nie żałowaliśmy
sobie wina ryżowego.
Zapytacie teraz z pewnością, jak udało mi się
wyrwać z domu podczas obecności mojej matki? Właściwie to wywinąłem się jednym
z klasycznych i oklepanych tekstów z seriali – oświadczyłem wszem i wobec, że
idę po papierosy, kiedy tak naprawę nie wracałem już od kilku dobrych godzin.
Przechylając kolejną czarkę, obrzuciłem zmęczonym
spojrzeniem anomalię, która rozgrywała się po przeciwnej stronie blatu.
Siedział tam bez wątpienia buddyjski mnich zażerający się yakitori. No, to by
było tyle w sprawie wegetarianizmu. Jeśli takie rzeczy dzieją się na sali, to
co mogło czekać mnie w toalecie? Właściwie chyba nie byłem tego ciekaw… nie
chciałem przekonywać się o tym na własnej skórze.
Ten lokal od początku wydawał mi się być szemrany,
ale Martin upierał się, że z moimi problemami nie poradzę sobie na trzeźwo.
Niemal siłą mnie tu zaciągnął, wysłuchawszy uprzednio pobieżnej historii o tym,
co wykręcili mi Cazqui i Ketsueki.
Bar czynny był dwadzieścia sześć godzin na dobę, a
więc zamykany był o drugiej w nocy; co z kolei oznaczało, że – jak wspaniale obliczyłem
– jeśli został otwarty w piątek, to jego zamknięcie powinno odbyć się w
szóstek. Tak, nocne Tokio i sake w temperaturze nie wyższej niż otaczający nas
skwar pory letniej zawsze stymulowały u mnie kreatywne myślenie.
- Ej – odezwał się nieco burkliwie mój towarzysz,
który już dość mocno przesadził z napojami zawierającymi procenty. – Dlaczego
azjaci, kiedy piją, robią się czerwoni na twarzy? – zapytał, całkowicie
poważnie patrząc mi w oczy.
- Bo mają mniejszą tolerancję alkoholową; to
chciałeś usłyszeć? – przewróciłem oczyma.
- A więc to prawda?! – nagle poderwał się znad
blatu, na którym prawie już się kładł. – Chwila, chwila… Ale ty tak nie masz…
Jakiś udawany, nieprawdziwy jesteś! – zarzucił mi.
- Co? – podniosłem jedną brew, próbując zrozumieć coś
z jego bełkotliwego wywodu.
- Nie jesteś azjatą, bo nie robisz się czerwony,
jak pijesz! – wycelował we mnie paluchem, niemal wsadzając mi go do nosa. –
Oszukałeś mnie!
- Jasne – pokiwałem głową, przyznając mu rację. Nie
miałem ochoty kłócić się z nim w takim stanie. – Może odprowadzę cię już do… no
nie wiem, jakiegoś hotelu kapsułowego, żebyś tam zaczął swoją terapię
trzeźwiącą? – zaproponowałem ostrożnie.
- Nie – zaprzeczył ostro. – Nie sypiam w hotelach
kapsułkowych – pokręcił głową. – W razie koszmarów czy nagłej potrzeby
skorzystania z toalety w środku nocy sufit jest tam za nisko. Zresztą… nawet
jeśli chodzi o trzeźwienie to przybytek ten jest do kitu. Wstajesz na kacu, nie
wiesz, co się dzieje, chcesz się wyprostować i na „dzień dobry” dostajesz w łeb
od przedmiotu nieożywionego… no i wracasz do stanu początkowego – westchnął
ciężko. – Upokarzające…
- Oh… - mruknąłem z uznaniem dla klarowności
myślenia, jaką w pewnym stopniu udało mu się zachować, co w tym stanie naprawdę
graniczyło z cudem. – Nie ma problemu – rozłożyłem ręce. – Znajdziemy ci coś z
wyższym sufitem – obiecałem. – Ale musisz trzymać się mnie – zastrzegłem. –
Jeśli dalej będziesz chciał się szwendać po mieście, zgarnie cię policja i
wylądujesz na wytrzeźwiałce – ostrzegłem.
- Nie boję się – odparł dumnie wypinając pierś do
przodu. – Powiem im, że regularnie bywamy u siebie z cesarzem i na pewno mnie
puszczą – spojrzałem na niego z politowaniem. – Znaczy ja u siebie, a on u
siebie, ale oni już o tym wiedzieć nie muszą – uśmiechnął się chytrze, podczas
gdy ja sam miałem ochotę w tej chwili walić głową o blat.
Zapadła między nami cisza. Martin chyba
kontemplował swoje pijackie halucynacje, podczas gdy ja wpatrywałem się tępo w
czarkę z alkoholem, który w takim nastroju nie smakował mi. W ostatnim czasie
zbyt wiele rzeczy poszło nie tak, żebym mógł po prostu utopić wszystkie smutki
w jednej małej czarce…
Wtem moje smutne rozmyślania przerwał odgłos
obdzieranego ze skóry genetycznie zmutowanego kota, który próbował wyciągnąć
zachrypłym głosem wysokie C w jednym z haiku Bashō. Drgnąłem. Przeszły mnie
nieprzyjemne dreszcze. Skrzywiłem się pod nosem, rozglądając się w poszukiwania
źródła tego okropnego dźwięku.
- Co to było? – wybełkotał mój znajomy.
- Rozłożyli sprzęt do karaoke – oświadczyłem. –
Spadamy stąd – zarządziłem.
Szybko uregulowałem rachunek i wyciągnąłem
towarzysza znajdującego się już w lekkim stanie nieważkości z przybytku, w
którym operowe skowyty rozjeżdżanej hieny stawały się coraz głośniejsze. Mój
sfrustrowany kolega spoglądał na mnie z takim wyrazem gęby, iż przez chwilę
zastanawiałem się czy nie padł ofiarą martwicy mózgu.
- Odprowadzę cię do domu – zaproponowałem.
Niestety, plan dobry w założeniu nie wypalił w
rzeczywistości. Zdążyliśmy przejść zaledwie kilka metrów, kiedy Martina
zemdliło i siłą rzeczy musieliśmy odwiedzić toaletę publiczną. Opierałem się
właśnie o drzwi jednej z kabin, gdzie po drugiej stronie mój towarzysz
przeprowadzał wylewne (dosłownie) rozmowy z wielkim uchem, w zaistniałym
układzie wyposażonym w gorący natrysk przeczyszczający gardło rozmówcy,
potocznie zwany bidetem. Ach, te japońskie toalety – pamiętam, jak przy
pierwszej wizycie w Tokio mój znajomy nie mógł wyjść z podziwu dla poziomu ich
zaawansowania.
Wtem ktoś wszedł. Średnio zainteresowany
pojawieniem się nowego osobnika, obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem… po czym
szczęka opadła mi do samej podłogi, wbijając się w posadzkę na dobre kilka
centymetrów.
- C… Co ty tu robisz? – wydukałem z trudem, nie
mogąc uwierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności. – No teraz to już jestem
pewny, że mnie śledzisz! – ściągnąłem groźnie brwi, spoglądając na bruneta.
- Ja? – zdziwił się. – Wcale cię nie śledzę! –
zaoponował. – Po prostu kiedy przechodziłem obok… um… Usłyszałem dziwne odgłosy
i… chciałem sprawdzić czy wszystko w porządku… - zakłopotany podrapał się po
karku, wbijając spojrzenie w wykafelkowaną podłogę.
- O dobry Buddo, miej mnie w swojej opiece… -
westchnąłem rozżalony, spoglądając na Crenę z politowaniem. Samarytanin wielki
się znalazł, psiamać…
Kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, że coś
rzeczywiście jest nie tak, gdyż Martin od pewnego czasu się nie odzywał,
uchyliłem drzwi kabiny. Żywiłem cichą nadzieję na to, że chłopak nie zasnął na
desce klozetowej, ululany przyjemnym uczuciem wywoływanym przez fakt, iż była
ona podgrzewana – niestety, jak się okazało, było znacznie gorzej.
- Mam kontrolę nad statkiem! – wydarł się
Amerykanin, kiedy tylko zorientował się, że jest obserwowany. Jego palce
zwinnie tańczyły nad panelem sterującym umieszczonym po prawej stronie toalety.
– I unik! Cholera, wyślijcie przeciw nim kilka torped fotonowych! Działko
laserowe, gdzie jest działko?! – darł się. W końcu znalazł odpowiedni przycisk,
przez co woda wystrzeliła z wmontowanego bidetu i zmoczyła mu twarz. –
Wszystkie strzały sięgnęły celu! – cieszył się, jakby miał z czego. – Nie
opuszczać mostku bez wyraźnego rozkazu! – uderzył pięścią w deskę. – Pierwszy!
Cała naprzód! – rzucił władczym tonem.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytał niepewnie
Ketsueki.
Chciałem potwierdzić, aby go spławić, jednak w tej
chwili sam nie byłem o tym do końca przekonany.
Nagle Martin wstał i odpychając mnie od drzwi,
zaczął je naprzemiennie zamykać i otwierać, trzaskając przy tym głośno.
- Co ty wyprawiasz, idioto?! – wrzasnąłem na niego,
otrząsnąwszy się w końcu z szoku.
- To za Hiroszimę! A to za zbombardowanie Tokio! –
wrzeszczał niczym opętany, trzaskając drzwiami.
- Opanuj się! – ryknąłem na niego, wyrywając mu
klamkę z dłoni.
- Spokojnie, wiem, co robię – uśmiechnął się
pijacko. – Rano nie będę nic pamiętał, sądząc, że to ty odwaliłeś taki show.
Wrócę do Ameryki, naopowiadam, jakie to chamstwo i buractwo szerzy się w
Japonii, ludzie to łykną, wybuchnie konflikt dyplomatyczny, w wyniku którego
spadną ceny ryżu i będziemy mogli jeść tańsze sushi! – klasną uradowany w
dłonie.
Nie miałem na to już odpowiedzi. Potrafiłem jedynie
stać i wpatrywać się w niego z uchylonymi ze zdziwienia ustami, próbując
zrozumieć, co mu też odwaliło. Cholera, od początku wiedziałem, że ten lokal
był jakiś podejrzany… Dobrze, że przynajmniej ja nie wypiłem aż tyle tego
ścierwa w barze…
***
Ze względu na stan chłopaka nie mogliśmy samopas
zostawić go w hotelu, toteż zdecydowaliśmy się przenocować go u początkującego
wokalisty. Możliwe, że do mnie byłoby nawet bliżej, jednak z racji tego, że w
moim mieszkaniu przebywała moja matka, nie mogliśmy go tam umieścić. No i tak
właśnie wylądowałem u Creny po raz drugi.
- Wychodzę! – darł się Martin, mając jakieś
nieuzasadnione uprzedzenia przed zostaniem u bruneta na noc.
Ketsueki po drodze wspaniałomyślnie wstąpił do
sklepu po piwo, aby spić Amerykanina jeszcze bardziej. Optymistycznie (jak
zwykle) zakładał, że uda nam się go doprowadzić do niemal pełnego stanu
nieświadomości i ubezwłasnowolnienia, dzięki czemu moglibyśmy po prostu rzucić
go na podłogę i pozwolić mu spać do popołudnia, jednak ten po kolejnym
zastrzyku procentów stał się jeszcze bardziej agresywny. Co prawd musieliśmy
niemal już go nieść, jednak to nie zmieniało tego, że darł się nieprzeciętnie.
Jedynym plusem tego wszystkiego był fakt, że nogi odmawiały mu już na tyle
posłuszeństwa, że sam nie mógł chodzić, będąc totalnie zdanym na naszą łaskę
lub jej brak.
- Wstaję! – oświadczył z mocą. Dźwignął się na
kolana, po czym znowu z hukiem wylądował na podłodze. – Nie wstaję! –
sprostował, poddając się i układając na podłodze w przedpokoju.
- O dobra Kannon, czym ty go nafaszerowałeś? –
szepnął zdziwiony muzyk.
- Ja? – prychnąłem. – To on chciał mnie tym
nafaszerować! – broniłem się.
Jedyną odpowiedzią ze strony Creny było niepewne
spojrzenie, którym mnie potraktował oraz ciche westchnienie wydane podczas
kręcenia głową z dezaprobatą. Bez słowa odwrócił się i ruszył w głąb
mieszkania.
***
Rano, kiedy wróciłem do domu, poczułem się jak
dzieciak. Miałem wrażenie, jakbym wrócił do nastoletnich czasów, kiedy wymykałem
się na imprezę pod pretekstem całonocnego zakuwania. Wjeżdżając już na
odpowiednie piętro, przeglądałem się w lustrze w windzie, poprawiając
rozczochrane włosy i pogniecione ubranie. Spryskiwałem się obficie
dezodorantem, a następnie perfumami, które nosiłem w swojej torbie szkolnej
właśnie na takie okazje. Do ust wciskałem kolejne pastylki gumy do żucia, aż w
końcu w pewnym momencie orientowałem się, że policzki mam już wypchane jak
chomik, żując niemal pół opakowania owej gumy na raz. Jednocześnie próbowałem
przy tym także zachować obojętny wyraz twarzy, jakby było to rzeczną normalną,
na porządku dziennym. Nieważne, że przez owy zabieg z trudem udawało mi się
wyartykułować pojedyncze słowa, gdyż reszta zdania przemieniała się w jakiś
niezrozumiały bełkot. Właściwie… z punktu widzenia czasu to nawet dobrze. Jako
nastolatek nie miałem głowy do picia, toteż nad ranem udawało mi się wracać
wciąż w stanie lekkiego upojenia alkoholowego lub na kacu; w tamtym wypadku i
tak wychodziło to jednak na to samo, gdyż na kacu potrafiłem tak samo
bezsensownie bełkotać jak i w czasie, kiedy byłem po prostu pijany.
Dziś historia zatoczyła koło. Wykonałem te same
wszystkie czynności, aby w końcu przekroczyć próg własnego mieszkania. Dobra,
czas na jakąś tanią wymówkę. Tym razem nie mogłem wykręcić się nauką do testów.
Moje szare komórki wciąż jeszcze nie do końca się obudziły, toteż przystanąłem
na chwilę przed drzwiami, aby dać sobie czas do namysłu. Miałem wrażenie, że
moje synapsy w mózgu zostały zerwane, obumarły. Szare komórki dzieliły
odległości tak gigantyczne jak te, które rozciągają się między kolejnymi
galaktykami. Oczami wyobraźni już widziałem te spiralnie skręcone obłoki gwiezdnego
pyłu, które emanowały wszystkimi
kolorami tęczy. Takie piękne…
Skupiłem się na mapie nieba, która nagle pojawiła
się przed moimi oczyma tak mocno, iż nawet nie zorientowałem się, kiedy moja
ręka nacisnęła klamkę. W każdym razie drzwi w końcu ustąpiły, a ja musiałem
zmierzyć się ponownie z własną rodzicielką. Kobieta wychyliła się z kuchni
zwabiona odgłosem dobiegającym z przedpokoju i trzymając kubek z wciąż parującą
kawą, wbiła we mnie ponaglające spojrzenie.
Chyba sama Amaterasu powstrzymała mnie od wydania z
siebie zdradzieckiego, a zarazem jakże inteligentnego: „Yyy…”, które mogłoby
mnie tylko pogrążyć. Gdyby coś podobnego wydało się spomiędzy moich warg,
byłoby to jawnym przyznaniem się nie tylko do tego, że piłem, ale także do
tego, że jestem w takim stanie, w którym w mojej głowie rozciąga się jedynie
bezbrzeżna pustka, w której ku mojemu nieszczęściu, nie pojawił się żaden
pomysł na wymówkę.
I nagle stało się! Przyszło niczym olśnienie! Dwie
galaktyki z prędkością ponaddźwiękową wpadły na siebie – Andromeda spotkała się
z Drogą Mleczną! Ku mojej radości nie była to jednak zapowiedź absolutnego
kataklizmu i zniszczenia, ale prawdziwe wybawienie! Wpadłem na pomysł!
Ta opowieść była dłuższa. Zacząłem opowiadać, jak
to Natsu zadzwonił do mnie, podczas gdy byłem w drodze do kiosku po papierosy i
bezzwłocznie kazał mi przyjechać do studia. A jako żem człek pracowity,
pognałem tam, co sił w nogach. Spędziłem w studiu długie godziny, ciężko
pracując, aż w końcu w środku nocy zasnąłem na stole, pisząc kolejną piosenkę,
toteż z tego powodu mogę wyglądać… odrobinę nieświeżo, delikatnie rzecz
ujmując.
Matka skinęła głową, spoglądając na mnie z
politowaniem i krzywym wyrazem twarzy. Nie uwierzyła – zresztą jak zwykle.
Wymówka była tylko proformą. Można powiedzieć, że w ten sposób moja rodzicielka
zmuszała mnie do kreatywności. Uch, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się
stało, gdybym ośmielił się nie podać żadnego, nawet najbardziej naciąganego
wyjaśnienia mojej nocnej nieobecności. Zapewne zginąłbym śmiercią tragiczną…
Potem miałem chwilę dla siebie. Prysznic, czyste
ciuchy, garść tabletek przeciwbólowych na śniadanie i piwo na kaca. Rozsiadłem
się na kanapie w salonie z przyjemnie chłodną butelką, którą przykładałem do
czoła niczym kompres. Niestety, kobieta nie zamierzała być na tyle miła, aby
dać mi cierpieć w spokoju.
Zaczęła narzekać. Ze zgrozą odnotowałem, że w
rękach trzymała mój zeszyt, który służył mi jako brudnopis. W owym zeszycie powstawały
pierwowzory moich tekstów piosenek. Na nic zdały się tłumaczenia, że to tylko
luźne notki, które w późniejszym czasie zamierzałem rozwinąć, nadać im
głębszego sensu, o nie. Co gorsza okazało się, że moja matka śledziła
działalność mojego zespołu, toteż była na bieżąco. Zarzucała mi brak
pomysłowości, głębszych rozmyślań, nie wspominając już o moim prostackim języku
i formie, która z grubsza nie wyrażała nic. Porównywała mnie do gwiazd z
zeszłego stulecia, które ona sama ukochała, powtarzając przy tym jak najęta
zdanie: „Kiedyś to była muzyka!”. Czasem serio zastanawiałem się, jakim cudem
ojciec wybrał właśnie TĘ kobietę na towarzyszkę swojego życia…
Wpatrywałem się niczym zahipnotyzowany w tabletkę,
która rozpuszczała się na powierzchni wody w kubku. Żeń-szeń pomagał na kaca,
ale nie uciszał tyrad głoszonych przez niedoszłych dyktatorów ani nie powodował
głuchoty – a szkoda. Tak poza tym to moja matka chciała kiedyś zostać
politykiem, ale akurat wtedy zaszła w ciążę i po siedmiu miesiącach męki tak
oto przyszedłem na ten padół łez. Tak, po siedmiu miesiącach, gdyż byłem
wcześniakiem; i był to powód, którym moja rodzicielka usprawiedliwiała większość
moich potknięć i błędów życiowych. Teraz, kiedy tak o tym rozmyślałem, to
doszedłem do wniosku, że to musiał być jakiś znak od sił wyższych. Pewnie
wszyscy zgodnie tam na górze doszli do wniosku, że ta kobieta nie może położyć
swoich łapsk na polityce – w przeciwnym razie w Japonii mielibyśmy dzisiaj
jeszcze gorszy reżim niż w Korei Północnej.
Ale wracając do tabletki… Obserwowałem jak powoli
znikała, barwiąc przy tym wodę. Musowała, sycząc przy tym cicho. Na powierzchni
wody tworzyły się drobne bąbelki… Ten widok niemal wpędził mnie w rozmyślania o
ulotności i kruchości życia. No proszę… dawni arystokraci japońscy potrzebowali
kwitnących sakur, żeby wpaść na coś podobnego, podczas gdy mnie wystarczyła
jedynie tabletka musująca. Cholera, i matka zarzucała mi brak głębokich
przemyśleń czy braki w kreatywności? Przecież ze mnie to niemal poeta!
Ale jednak to „niemal” bardzo dużo zmieniało…
- Idę zapalić – oświadczyłem w końcu, przerywając
jej w pół słowa i wychodząc na balkon, nie przejmując się morderczym
spojrzeniem, jakim zostałem potraktowany.
***
Popołudniu z powrotem pojechałem do Creny, aby
odebrać Martina. Wnioskowałem, że coś musiało pójść nie tak, gdyż kiedy tylko
chłopak otworzył mi drzwi, otaksował mnie krzywym spojrzeniem. Miałem nadzieję,
że przez te kilka godzin mój amerykański znajomy nie wywinął czegoś głupiego…
przynajmniej nie nazbyt głupiego.
- Gdzie Martin? – zapytałem od progu.
- Tam, gdzie go wczoraj zostawiliśmy – oświadczył
zimno. – Obudził się dopiero przed chwilą.
- Dopiero? – zdziwiłem się. No to nieźle go
trzymało…
Ketsueki przewrócił oczyma i wszedł do sypialni – a
więc do pomieszczenia mieszczącego się naprzeciw salonu, w którym dogorywał
obcokrajowiec. Widać, jednak coś musiało zajść między nimi…
- Bardzo ci przeszkadzał? – zapytałem, stojąc w
progu pomieszczenia. – Mam nadzieję, że niczego nie zniszczył…
- On? – brunet obrócił się w moją stronę na krześle
biurowym. – On nie – spojrzał na mnie wymownie. Niestety nie zrozumiałem jego
aluzji. Byłem pewien, że na mojej twarzy malowało się jedynie niezrozumienie.
Młody muzyk poirytowany moim wciąż spowolnionym procesem myślenia, westchnął
cierpiętniczo. – Raczej ty mi bardziej przeszkadzałeś – powiedział otwarcie.
- Ja? – uniosłem brwi w wyrazie zaskoczenia.
- Tak, ty – fuknął. – Przez to, że zostawiłeś u
mnie swojego nawalonego kumpla, musiałem odwołać spotkanie z agentem z wytwórni
płytowej, wiesz? – warknął. – Nie mogłem przecież zostawić go nieprzytomnego na
podłodze w salonie i od tak sobie wyjść! – dodał, widząc, że nie bardzo umiałem
połączyć rzeczy, o których mówił.
- Ja bym tak zrobił… - mruknąłem pod nosem.
- Jasne, że byś tak zrobił! – zdenerwowany poderwał
się z krzesła. – Ale wyobraź sobie, że nie jestem tobą; a więc zdarza mi się
martwić o ludzi, nawet jeśli ci są mi zupełnie obcy! – prychnął.
- O co ci chodzi? – spojrzałem na niego jak na
idiotę. – A co, ja się o niego nie martwiłem? Gdyby tak nie było, zostawiłbym
go w barze samego sobie – zauważyłem.
- Aha, a więc odholowanie pijanego znajomego do
czyjegoś mieszkania rozumiesz jako przejaw troski? – fuknął. – Zostawiłeś go
nieprzytomnego w obcym mieszkaniu z obcym facetem! – wytknął mi. – Tym samym
stawiając również mnie w patowej sytuacji! – założył ręce na piersi. – Rano
wyszedłeś bez słowa, przez co nie wiedziałem, co zrobić. Nie byłem nawet pewny
czy w ogóle po niego wrócisz! – ruszył w moim kierunku. – Zostawiłeś mnie z
pijanym do nieprzytomności gościem, którego nigdy wcześniej nie widziałem na
oczy, tym samym uziemiając mnie w domu! – już chciałem mu przerwać, jednak nim
tylko zdążyłem otworzyć usta, wokalista uprzedził mnie. – Jak niby miałem
wyjść? Nie znam go, więc nie wiem czy jest jakimś złodziejem, czy psychopatą…
nie wiem czy nie zarzyga mi podłogi w salonie, dławiąc się przy tym własnymi
wymiocinami. Niemniej mniemam jednak, że nawet gdyby coś podobnego się stało,
nie za bardzo garnąłbyś się do sprzątania, prawda? Mam na myśli sprzątania
zarówno wymiocin jak i zwłok – sprostował, po czym puknął mnie palcem
wskazującym w mostek. – Może nie wyglądam, ale ja też mam trochę oleju w
głowie. Nie wyjdę z mieszkania, zostawiając je na pastwę nieznajomej osoby –
sapnął. – Gdybyś tak naprawdę troszczył się o któregokolwiek z nas, zapytałbyś
mnie czy nie muszę może rano gdzieś wyjść, czy nie mam może umówionego jakiegoś
długo wyczekiwanego spotkania, a jeśli miałbym już jakieś plany, sam zostałbyś
z nim – wymownie wskazał w stronę bezowocnie próbujących wywindować się do
pozycji siedzącej zwłok amerykańskiego turysty. – Już prędzej zostawiłbym
mieszkanie pod twoją opieką… choć jak teraz na to patrzę, to nie jestem pewien
czy byłby to najlepszy pomysł – skrzywił się malowniczo. – Skoro tak dbasz o
ludzi, o PRZYJACIÓŁ – podkreślił – to aż boję się pomyśleć, jak opiekujesz się
przedmiotami nieożywionymi…
- Cóż… - westchnąłem, drapiąc się nerwowo po karku.
Z pobliskiego pokoju doszył nas jakieś niewyraźne jęki i sapnięcia. Nie mogłem
nic znaleźć na własną obronę.
- Przez ciebie straciłem wielką szansę – spojrzał
na mnie z urazą. – Możliwe, że nigdy więcej już takiej nie dostanę… - był tak
zrezygnowany, iż wydawało się, że nie miał już nawet siły na mnie krzyczeć. –
Reszta mojego zespołu jest na mnie wściekła. Nie wiem czy po takim numerze,
jaki im wyciąłem, będą jeszcze chcieli mieć ze mną cokolwiek wspólnego… -
spuścił wzrok na podłogę.
Widziałem, że silił się na to, aby być spokojnym,
ale w oczach miał łzy. Crena nie wyglądał raczej na chłopaka, którego można
było łatwo wzruszyć, więc… nie ukrywam, poczułem się niekoniecznie
usatysfakcjonowany z tego, co zrobiłem.
Przestrzegałem go przed tym, aby nie pakował się w
to wielkie bagno, jakim była sława, ale widać było, że on tego naprawdę chciał.
Mogłem teraz wyskoczyć z jakimś wielce umoralniającym tekstem, że w gruncie rzeczy
wyjdzie mu to jeszcze na zdrowie i zapewne podziękuje mi za to w przyszłości,
ale… to nie była prawda. Mogłem bawić się z nim w przemądrzałego rodzica i
urażone dziecko, ale to nie miało sensu. To tak, jakbym kazał mojemu dziecku
(nie żebym jakieś miał) zostać lekarzem, kiedy ono bardzo chciałoby zostać mangaką.
Nieważne, że to dziecko nie ma ku temu żadnych predyspozycji, że nikt nie
będzie chciał wydać jego pracy ze względu na jej niski standard, słabe
wykonanie, brak fabuły… że tylko się ośmieszy i zostanie wyśmiany. Nieważne, że
zawód, który ja mu wybrałem był lepiej płatny, bardziej stabilny i możliwe, że
nawet w jakimś zadawalającym stopniu to dziecko radziło sobie z realizacją
przedmiotów, które były potrzebne, aby w rezultacie zostać w przyszłości
lekarzem. To wszystko nie miało znaczenia, ponieważ nawet gdyby to dziecko
zostało najlepiej opłacanym, najsławniejszym lekarzem na świecie, w gruncie
rzeczy i tak żywiłoby do mnie urazę za to, że nie pozwoliłem mu spełnić swoich
marzeń, ograniczając je. Zostałby tym lekarzem z przymusu, przez co wykonywanie
pracy w tym zawodzie byłoby dla niego katorgą. W istocie pewnie wciąż
rozmyślałoby o tym, jak wspaniale byłoby wydawać swoje mangi. Niemniej, kiedy
zostawiłbym wolną rękę takiemu dziecku, pozwalając mu się sparzyć, ono samo
szybko wróciłoby do mnie z pokornie spuszczoną głową. Przyznałoby mi rację,
obiecując posłuszeństwo następnym razem i w końcu samowolnie wybrałoby drogę,
którą ja pierwotnie dla niego zaplanowałem.
Niestety jednak Crena nie był takim dzieckiem.
Co więcej to nie tak, że on urwał się z księżyca i
nie miał żadnych predyspozycji do wykonywania zawodu wokalisty.
Miał te cholerne predyspozycje. Nie tylko dobrze
śpiewał jak na początkującego, ale miał też zapał, był wytrwały, szybko
nawiązywał znajomości z ludźmi z branży, co w przyszłości mogłoby mu przynieść
jakieś profity…
Nieważne, iż ja uważałem, że to, co próbował zrobić
brunet było głupie – teraz liczyło się tylko to, że on tego pragnął, to było
jego marzeniem, które ja zrujnowałem w tak głupi i banalny sposób. Z tego też
powodu chłopak prawdopodobnie będzie mnie przeklinał już do końca swoich dni…
Nie to, żeby był pierwszą taką osobą, ale nawet pomimo mojego osobistego
„uroku” i wrodzonej „dobroduszności” wiedziałem, że lepiej byłoby utrzymać
liczbę osób, które z chęcią złożyłby mnie w ofierze na czarnej mszy ku czci pradawnych,
straszliwych mocy jak najbliższą zeru.
- Wiesz, jaki jest twój główny problem? – zacisnął
zęby, opanowując się. Na jego twarzy znów odmalował się grymas złości. – O
nikogo nie dbasz – warknął, nie czekając na moją odpowiedź. – Wszystko zwalasz
na sławę i innych ludzi, ale tak naprawdę powodem, dla którego wszyscy zaczęli
być wobec ciebie obojętni jest to, że jesteś grubiańskim snobem – wytknął mi.
- Ach tak? – prychnąłem. Nagle z niezrozumiałego
nawet dla mnie powodu rozbawiły mnie jego słowa.
- Przepraszam… Wiem, że to najbardziej
nieodpowiedni moment… - zielonkawy już na twarzy Martin wciął się słabym
głosem. Nim obcokrajowiec zdążył choćby dokończyć zdanie, brunet otworzył mu
drzwi do łazienki, na co ten rzucił się w powrotem w objęcia muszli klozetowej.
Interwencja Amerykanina nie zmieniła nic pomiędzy
mną a Ketsuekim. Cały czas mierzyliśmy się nieprzychylnymi spojrzeniami. On
spoglądał na mnie surowo z kamiennym wyrazem twarzy, podczas gdy ja uśmiechałem
się obrzydliwie pod nosem.
Ta, chciał zbawiać świat, a tu proszę… wyszło, jak
zawsze, można powiedzieć. W końcu i on sklasyfikował mnie podobnie jak i
wszyscy inni. Ludzie już po prostu tacy są, że z czasem odchodzą. Można
stwierdzić, że w naszej naturze nie leży wytrwałość…
Ale w sumie czy ja się spodziewałem czegoś innego?
No właśnie…
Chciałbym powiedzieć, że nie, ale jakaś nikła
iskierka nadziei została kiedyś przez niego we mnie rozpalona, przez co teraz to
trochę zabolało. To nie tak, że zadurzyłem się w tym małolacie czy miałem
nadzieję, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Po prostu chciałem wierzyć,
że on jest trochę inny od całej reszty… Przyjemnie się na niego spoglądało z tą
myślą – niemniej ostatecznie okazał się pasować do nich jak ulał, zupełnie
jakby ktoś wyciął całą ludzkość z wyjątkiem mnie jedną foremką.
No, cholera, czemu mnie nie?! Moje życie byłoby
dużo łatwiejsze, gdybym potrafił być taki jak oni…
Obróciłem się na pięcie i wyszedłem z trzaskiem
drzwi.
Doprawdy, uwielbiałem ten stereotyp ucieleśnienia
zła, który zawsze był do mnie przypisywany. To działało na mnie, jak płachta na
byka! Cholera, choć raz w życiu tak po prostu dla odmiany chciałbym usłyszeć,
że to nie ja jestem tym złym i niedobrym…
Cieszę się na ,,Nowy Świat'' ^^
OdpowiedzUsuńW ogóle uświadomiłaś mi że istnieją styropianowe kubki... Dziękuję, czuję się teraz mądrzejszy. xp
Pijackie myśli Hiro były świetne. Szczególnie, kiedy przyłapałem się na tym, że nie widzę w nich niczego nadzwyczajnego, wydawały mi się tak bardzo logiczne... X"D
I tekst Martina o tańszym sushi... Wydałem przez to bardzo dziwny dźwięk. XDDDD
Uwielbiam te początkowe fragmenty i mamę Hiro. XD
Co do końcowych przemyśleń - Oho! Chce się zmienić? Ile części planujesz? XD
I coś przeczuwam, że Hiro i Crena niedługo wsiądą na jednorożca i zaczną zbawiać świat swoim rainbow powerem. *-*
/Naxy
Wczoraj przeczytałam całą tą serię. Nie wiem czemu miałam przeczytane tylko dwa pierwsze rozdziały.
OdpowiedzUsuńStrasznie mnie zaciekawiło. Lubię w opowiadaniach takie postacie jak Hiro.
Co do "Uważaj czego pragniesz", tak myślałam, że tak zrobisz (>y<) ale może to nawet lepiej?
Musiałam przypomnieć sobie całą serię od początku, ale to nic.
OdpowiedzUsuńPijany Martin był genialny. XD Poza tym to szkoda mi Crena i mam nadzieję, że Hiro w końcu przyzna się sobie, że go kocha... bo to przecież widać. A bynajmniej tak mi się wydaje.
Pijany Martin był świetny i genialny. Wywody Hiro ciekawe szkoda tylko, że się tak przejechał na tym co sądził o Crenie.
OdpowiedzUsuńWszystko cudowne ale końcówka, ten monolog w jego głowie, ukazał takiego trochę innego jego, ukazał jego skryte pragnienie schowane za wyćwiczoną maską. Cudowne
OdpowiedzUsuńBoże, cudo. Kolejne cudowne cudo. Zakochałam się w Hiro. Troszkę się z nim utożsamiam. Też potrafię potraktować ludzi z taka dozą nienawiści w sumie to bez powodu :D Ale on jest w tym niezaprzeczalnym mistrzem. Nie dorastam mu do pięt. W każdym razie szkoda mi go...jest samotny i jest mu po prostu wewnętrznie pusto i zle. Chciała bym z nim pogadać i jakoś go wesprzeć, serio. ;)
OdpowiedzUsuńKiedy czytałam, jak po jego policzku spłynęła łza (!) aż zamarłam. Wtedy to już się w ogóle utwierdziłam w przekonaniu, że on po prostu jest zagubiony i cholernie samotny.
Powiem Ci, że kolejne opowiadanie, w którym się zakochałam i pragnę więcej. DAJ MI WIĘCEJ ;C. No nic, życzę weny, weny i może weny jeszcze. Pozdrawiam i liczę, że niebawem zobaczę kolejną część :*
Szczerze, musiałam sobie przypomnieć ten rozdział, bo chciałam wiedzieć na czym się skończyło. :)
OdpowiedzUsuńTeż bym chciała nie być zawsze tą złą i niedobrą.
Teraz idę czytac to, co powinnam ;D
I wielbię Cię.
Szczerze, musiałam sobie przypomnieć ten rozdział, bo chciałam wiedzieć na czym się skończyło. :)
OdpowiedzUsuńTeż bym chciała nie być zawsze tą złą i niedobrą.
Teraz idę czytac to, co powinnam ;D
I wielbię Cię.