Liceum cz.6

A jak chcecie to wam daję :) Świeżutkie, dopiero co przed chwilą skończone!
Acha... i wiecie co?
Kocham was za te wasze komentarze!
Dzięki nim aż chce mi się pisać dalej, dlatego piszę na przerwach, matmie, WOS'ie, geografii, religii, angielskim i polskim w szkole w moim specjalnym zeszyciku do opowiadań ;]

Z dedykacją dla wszystkich, którzy kiedyś pokwapili się o wystukanie tutaj choćby kilku słów :*
           
„Liceum cz.6”

Przez długi czas zastanawiałem się nad znaczeniem słów Shimizu. Próbowałem zrozumieć, co też chłopak mógł mieć na myśli i dlaczego powiedział to po angielsku, a nie w naszym ojczystym języku, japońskim. Przez tę zagadkę nie mogłem zasnąć. Wierciłem i rzucałem się w łóżku, kiedy reszta spokojnie spała – to jeszcze bardziej mnie irytowało i powodowało, że jeszcze usilniej próbowałem zasnąć, co oczywiście dawało odwrotny skutek. Nawet Ōta został na noc i teraz, wciśnięty w tors Sugi, spał z nim na małym, jednoosobowym łóżku. Westchnąłem i przewróciłem się na wznak. Ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie, dlatego odwróciłem głowę i spojrzałem w bok.
Jak widać pomyliłem się – nie wszyscy spali spokojnie…
Shimizu spoglądał na mnie załzawionymi oczami, w których malowało się ciche błaganie. Wyglądał tak żałośnie, że aż jakaś stalowa obręcz ścisnęła moje serce, przez co, mimo przestrogi Sugi, wstałem i postanowiłem pomóc rudemu.
Był to pierwszy raz, kiedy mogłem przyjrzeć się jego twarzy. Z pewnością byłaby piękna… gdyby nie ten wyraz fizycznego, jak i psychicznego bólu, który się na niej malował. Gdyby nie ten grymas żenującej bezsilności i zdania na czyjąś łaskę…
Podszedłem do niego bezszelestnie i zacząłem mocować się z zadziwiająco grubym sznurem, którym były spętane jego nadgarstki. Niestety, węzły były niemalże marynarskie, przez co miałem z nimi niemały problem. Postać Sakiego pod cienką kołdrą poruszyła się, a mi mocniej zabiło serce, na myśl o tym, że mógłby zobaczyć, jak pomagam Shimizu, choć jego brat surowo mi tego zabronił. Coś czułem, że jakoś nie byłby z tego zadowolony…
Poczułem, jak adrenalina wydziela mi się do krwi i nie zważając na to, że sam ranię sobie opuszki palców, zacząłem szarpać za pęta.
- Szybciej… - szepnął chłopak, nerwowo spoglądając w stronę brata Sugi.
Szamotałem się ze sznurami, aż w końcu, nie widząc innego wyjścia, zacząłem gryźć linę. W moich ustach rozlał się gorzki smak, od którego skrzywiłem się. Zęby bolały od grubych włókien sznura. Owe włókna, kiedy pękały, kaleczyły mi język i wewnętrzne strony policzków. Mimo to w końcu udało mi się uwolnić chłopaka. Odwiązałem jego nadgarstki, które naznaczone były czerwonymi pręgami. Saki westchnął, przewrócił się na drugi bok, jednak nie obudził się.
Odetchnąłem z ulgą, podobnie jak Shimizu, który przez chwilę wyglądał, jakby chciał się do mnie przytulić z wdzięcznością, jednak szybko odrzuciłem tę niedorzeczną myśl, widząc, jak rudy wstaje i rozmasowuje obolałe nadgarstki oraz dłonie, do których przez pewien czas chyba nie dochodziła już krew.
- Dzięki – szepnął, jednak w tym słowie kryło się tyle wdzięczności, że gdybym tego nie usłyszał na własne uszy, z pewnością nie uwierzyłbym, że można zawrzeć tyle emocji w jednym słowie. Chłopak czym prędzej popędził do drzwi i wyszedł, cicho je za sobą zamykając.

***

Kiedy obudziłem się, w pokoju już nikogo nie było. Przestraszyłem się, gdyż w pierwszej chwili pomyślałem, że zaspałem na lekcje i nikt mnie nie obudził, jednak przypomniałem sobie, że była sobota. Niespiesznie wstałem i ubrałem się. Doprowadziłem włosy do porządku i podkreśliłem oczy czarną kredką. Wróciłem do pokoju, stanąłem na jego środku i zamarłem. Nie wiedziałem, co mam zrobić ani tym bardziej, gdzie pójść. Znajdowałem się w wielkim budynku, którego nie znałem, a w dodatku zaczynałem być głodny. „W sumie to mógłbym poczekać, bo z pewnością ktoś tu przyjdzie… Ale z drugiej strony chłopacy mogli wyjść na miasto, a ja mógłbym tu siedzieć do wieczora, więc…” – pomyślałem, jednocześnie decydując, że wyruszam na samotne poszukiwania czegoś do jedzenia.
Uprzednio zabierając ze sobą pieniądze, które wczoraj dostałem od mężczyzny w garniturze, który myślał, że jestem ulicznym grajkiem, ruszyłem do drzwi i szarpnąłem za klamkę… jednak drzwi nie ustąpiły przede mną.
- Co, do cholery…? – wyszeptałem, mocując się z klamką jeszcze raz. Dalej nie uzyskałem pożądanego skutku. Drzwi były zamknięte na klucz!
Spojrzałem tępo na nie, przez chwilę nie mogąc uwierzyć, że naprawdę są zamknięte. Stałem tak i wpatrywałem się w drzwi, naiwnie wierząc, że zamek ustąpi pod naciskiem mojego wzroku. Przeżyłem rozczarowanie, kiedy tak się nie stało…
Westchnąłem i już miałem zamiar przetrząsnąć pokój w poszukiwaniu jakiegoś dodatkowego klucza, który mógł być tutaj zostawiony przez jakąś wspaniałomyślną osobę, kiedy zamek w drzwiach zazgrzytał. Ucieszyłem się, śmiejąc się w myślach, że pokonałem Harry’ego Potter’a i za sprawą mojej magicznej mocy, która wcześniej jakoś się nigdy nie ujawniała, pokonałem przeszkodę, jaką były w tym wypadku drzwi, kiedy nagle przede mną wyrosła jak spod ziemi postać Sakiego. Był cały ubrany na czarno, przez co jego skóra o pergaminowym zabarwieniu wyraźnie odcinała się od ubrań. Wyglądał jak jakiś wampir z horroru klasy B, a może nawet i C, jednak moje serce i tak przyspieszyło. Nie wiem, dlaczego tak panicznie bałem się go, ale wolałem się nad tym nie zastanawiać. Z dwojga złego to wolałbym spotkać teraz Sugę niż jego brata, który uśmiechnął się do mnie niebezpiecznie. Poczułem gulę w gardle, która utrudniała mi oddychanie i przełykanie śliny.
- Cześć – przywitał się. Jego głos był zachrypnięty, jakby właśnie co wypalił przynajmniej dwie paczki papierosów, jednak nie było czuć od niego tytoniu. – Przyszedłem sprawdzić czy się obudziłeś. Tak słodko spałeś, że aż żal było cię budzić wcześniej – jego uśmiech stał się łagodniejszy.
Chłopak podszedł do mnie i pogładził po włosach. Momentalnie cofnąłem się, a uśmiech z jego ust zniknął całkowicie. Na jego twarzy nie malował się już ani agresywny, ani pobłażliwy grymas. Nie było na niej nic.
- Dlaczego mnie zamknęliście? – zapytałem prosto z mostu.
Bruneta zaskoczyła moje bezpośredniość i przez chwilę myślałem, że mi nie odpowie, jednak oczywiście myliłem się. Jego wargi na powrót wygięły się w nonszalanckim uśmieszku.
- To taki rodzaj zabezpieczenia – zapewnił mnie.
„Zabezpieczenia? Taka „prezerwatywa”, żebym nie uciekł jak Shimizu? Jestem tutaj więźniem?!” – pomyślałem spanikowany.
- Tu ludzie mają dziwne nawyki… Jednym z nich jest to, że cała grupa wchodzi ci do pokoju i budzi, wrzeszcząc do ucha jakieś sprośne teksty – skrzywił się, kontynuując objaśnianie mi panujących tu zwyczajów. – Mało przyjemne doznanie, uwierz. Suga i ja po prostu nie chcieliśmy, żeby ktoś cię obudził – wyjaśnił, choć byłem pewien, że żadne z jego słów nie było prawdą.
- Och… - wyrwało mi się, co Saki odebrał chyba jako skruchę z mojej strony za to, że tak na niego naskoczyłem.
Kiedy ja rozważałem, jak chłopak mógł zrozumieć moje westchnienie, on zamknął za sobą drzwi i zbliżył się do mnie, czego nawet nie zauważyłem. Ocknąłem się i spojrzałem na niego dopiero wtedy, kiedy przesunął zimnymi, szczupłymi palcami po moim policzku. Ponownie chciałem się odsunąć, jednak ciemnowłosy skutecznie uniemożliwił mi to, mocno obejmując w pasie. Położyłem dłonie na jego torsie, próbując go odepchnąć, ale to jedynie zmotywowało go do działania i sprawiło, że jego uścisk stał się niczym ze stali… hartowanej, dodam…
Był ode mnie silniejszy i nie miałem szans na wyswobodzenie się. Brunet nachylił się nade mną i zaledwie musnął moje wargi. Wiem, że teoretycznie cholernie się go bałem i teoretycznie powinienem mu się wyrywać, jednak to wszystko teoria – w rzeczywistości coś we mnie pękło z hukiem i nagle zapragnąłem czyjejś bliskości. Obojętnie czyjej. Założyłem mu ręce na szyję, a on jeszcze bardziej zacieśnił uścisk. Zrobił to tak mocno, iż tym samym niemal odebrał mi dech w piersiach. Z moich ust wydostał się zduszony jęk; na wpół wywołany bólem, na wpół przyjemnością, przez co mój ciepły oddech owiał jego szyję. Wplotłem palce w jego miękkie, półdługie włosy, które okalały mu twarz. Saki chciał mi spojrzeć w oczy, ale ja bałem się tych bezdennych tęczówek, które niemalże stanowiły jedną całość ze źrenicami i nie szło ich odróżnić – aby uniknąć tego spojrzenia, tym razem to ja go pocałowałem. Wpiłem się zachłannie w jego ciepłe, pełne wargi. Po chwili poczułem jak zaczyna pieścić mnie językiem, dlatego uchyliłem usta, z czego on chętnie skorzystał. Całowaliśmy się ostro, nawzajem gryząc swoje usta. Odsunęliśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam tchu. Obaj mieliśmy spuchnięte wargi od pocałunku. Chłopak spojrzał na mnie błyszczącymi z podniecenia oczyma i uśmiechnął się w słodkiej ekstazie, rozkoszując się wspomnieniami sprzed kliku chwil. Chciał pocałować mnie ponownie, jednak kiedy tylko poczułem, że jego uścisk rozluźnił się nieco, odepchnąłem go i wybiegłem z sercem łomoczącym boleśnie o żebra.
Nie wiem, dlaczego pomyślałem w tej chwili o Reicie…


[Reita]

Na izbę wytrzeźwień przyjechała po mnie siostra. Opowiedziała mi, że rodzice wściekli się, kiedy dostali telefon od policjanta i po powrocie do domu z pewnością będę mógł spodziewać się urwania głowy przez własną matkę. Starała się jakoś mnie pocieszyć, powtarzając, że przejdziemy przez to piekło razem, jednak i w jej oczach znalazłem żal. Nie pochwalała tego, co zrobiłem – w sumie to dobrze, bo co tu niby pochwalać? W końcu nie wytrzymałem i po drugim kwadransie jej zapewnień, że wszystko będzie dobrze, wciąłem się jej w słowo.
- Nie – powiedziałem cicho, a jednocześnie stanowczo, przez co dziewczyna zamilkła. – Dobrze wiesz, że nie będzie dobrze. Staczam się, bo próbuję uciszyć swoje smutki. Nie wierzysz we mnie. Już dawno przestałaś. Zresztą… ja też w siebie nie wierzę. Może być już tylko gorzej – pokręciłem głową, po czym ukryłem twarz w dłoniach. – Jedyną osobę, która nigdy nie przestawała we mnie wierzyć, odprawiłem już zdaje mi się, że wieki temu. To był olbrzymi błąd. Chciałem być „cool” i odrzuciłem ją od siebie, i tak oto zyskałem przyjaciół, którzy nie są moimi przyjaciółmi oraz straciłem najważniejszą osobę w moim życiu… - westchnąłem. – Próbuję zapomnieć o tej osobie, robiąc czasami rzeczy, których nie chcę robić. Po prostu… próbuję się czymś zająć, żeby nie myśleć, tylko że… odkąd popełniłem ten wielki błąd, każda kolejna moje decyzja również jest błędna. Zawsze wybieram większe zło! Dlaczego już nie umiem trzeźwo myśleć? Dlaczego, do cholery, zawsze muszę się mylić? – zapytałem ścieżki wyłożonej szarą kostką brukową, w którą uporczywie się wpatrywałem. Siedzieliśmy teraz w parku pod dwoma rozłożystymi drzewami, których liście szumiały na wietrze, a mnie zdawało się, że naśmiewają się ze mnie.
- Aki… - westchnęła siostra, najwyraźniej nie wiedząc już, jak mnie pocieszyć. – Posłuchaj… Ja też kiedyś miałam te swoje szesnaście lat i wydawało mi się, że jak mnie rzucił chłopak, to cały świat nagle stanął przeciw mnie. Ale tak nie było, teraz już to wiem. Tylko mi się tak zdawało, bo użalałam się nad sobą, zamiast wziąć się w garść i iść dalej. Ty też musisz tak zrobić. Jesteś młody, przystojny i wysportowany; która dziewczyna by cię nie zechciała? – uśmiechnęła się na zachętę, a ja spojrzałem na nią jak na kretynkę.
- Dziewczyna? – powtórzyłem z niedowierzaniem.
- No… - zmieszała się. – Tak. Myślałam, że przez cały ten czas mówiłeś o dziewczynie. Ale jeśli nie… To kogo miałeś na myśli? – zapytała, a ja ponownie zwróciłem wzrok w kierunku kostki brukowej. Po chwili dziewczyna położyła mi rękę na ramieniu. – Chodzi o Takanoriego, prawda?
Westchnąłem i pokiwałem głową. Po co miałem ukrywać przed nią prawdę? Jeżeli mnie znienawidzi za to, że jestem homoseksualistą, to niech i tak się stanie – gorzej z pewnością już nie będzie.
- Zawsze można znaleźć nowych przyjaciół… - mruknęła.
- Przyjaciół? – zdziwiłem się. Czy ona naprawdę była taka tępa, czy tylko udawała? A może chciała mnie wkurzyć? – Ruki nigdy nie był TYLKO przyjacielem – podkreśliłem. Siostra potrzebowała chwili na „przetrawienie” moich słów. Kiedy w końcu ich sens trafił do niej, ta wytrzeszczyła na mnie oczy i spojrzała na mnie zdumiona.
Można się tego było spodziewać…


[Ruki]

Wybiegłem, zdawało mi się, że drugim wyjściem z akademika. Nie stałem już na jednokierunkowej, rzadko uczęszczanej uliczce, na której wczoraj spotkałem Ōtę, ale znajdowałem się na boisku. Dużym boisku do piłki nożnej z pięknie zadbaną murawą i doskonale widocznymi białymi liniami na niej. Dwie, nowe, wielkie bramki stały naprzeciw siebie niczym dwóch wrogów mierzących się na odległość morderczymi spojrzeniami. Westchnąłem i rozejrzałem się. Nikogo oprócz mnie tutaj nie było. Niewiele myśląc udałem się w stronę dużych, drewnianych stołów z przyspawanymi do nich metalowymi nogami obszernych ławek. Takich stolików z ławkami było kilka i mieściły się przed boiskiem na betonowym tarasie. Zgadywałem, że wiosną i latem, kiedy była piękna pogoda, rzesze uczniów przesiadywały tutaj i wygrzewały się na słońcu jak jaszczurki na kamieniach. Teraz była jesień; prawie zimna i było tu pusto. Usiadłem na jednej z ławek i oparłem łokcie o blat stolika, następnie układając głowę na dłoniach. „Co to, do ciężkiej cholery, miało być? Tam w pokoju z Sakim?!” – wrzasnąłem na siebie w myślach.
Zdawało mi się, że usłyszałem za sobą czyjeś kroki, ale nie zwróciłem na to uwagi. Byłem zbyt pochłonięty myślami. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, że ktoś mi się przygląda z daleka. Jęknąłem i potarłem skronie. „Takanori, ty masz chyba jakieś omamy…”
Niebo zasnuło się ciemnymi chmurami. Wyglądało na to, że w każdej chwili mogło zacząć padać.
- „November rain”, co Ruki? – usłyszałem znajomy głos, na którego brzmienie aż podskoczyłem. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem za sobą Sakiego, który stał za mną z założonymi rękami i przewieszoną kurtką przez ramię. – Zmarzniesz – podał mi swoją kurtkę, podczas gdy ja nadal wpatrywałem się w niego tępo. – Weź – polecił, a ja niczym robot spełniłem jego rozkaz. Chłopak pomógł mi ją założyć i niczym mama ubierająca małe dziecko, zapiął mi suwak, przesuwając przy tym dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda, gdyż aż dotąd sięgała mi jego kurtka.
- Przestań – odtrąciłem jego dłoń.
- Przecież ci się podoba – wyszczerzył się i spróbował mnie objąć, jednak ja wywinąłem mu się.
- Odsuń się! – krzyknąłem, a mój głos załamał się. Oczy zaczęły mnie piec. Co on, do cholery, chce mi zrobić?
- Nie chcesz powtórzyć tej sceny z pokoju? Bo powiem szczerze, że ja mam na to ochotę… i to wielką – wyszczerzył się groźnie, przez co przeszły mnie ciarki. Zaczął zbliżać się do mnie, na co ja oczywiście zacząłem się cofać. – Chyba nie zaprzeczysz, że było miło, hm? – zapytał retorycznie.
Nagle uderzyłem o coś łydkami. Odwróciłem się i zobaczyłem, że za mną wyrosła jakby spod ziemi ławka, na której jeszcze niedawno siedziałem. Saki przyskoczył do mnie i pchnął mnie, tak, że leżałem na stole. Wykorzystał chwilę, kiedy odwróciłem od niego wzrok. Przekląłem siarczyście. Chłopak zwisał nade mną i nie przewidywałem, żeby chciał zrobić mi coś miłego.
- A wiesz, że ja zawsze dostaję to, na co mam ochotę? – zachichotał, a ja zacząłem trząść się ze strachu.
- Wiesz, że ja też? – rozległ się kolejny głos, który należał do… - A teraz mam ci ochotę wjebać tak, aż z tej twojej pięknej twarzyczki zostanie miazga.
„O dobra Kannon…” – pomyślałem, ledwo powstrzymując okrzyk radości.
– Zostaw go – warknął głos nad moją głową, na co Saki zsunął się ze mnie i spojrzał na swojego przeciwnika. Przewróciłem się na brzuch, żeby również go zobaczyć i upewnić się, czy to aby na pewno on…

- Akira… - szepnąłem.

Liczeum cz. 5

Tak, tak, jestem szybka! Publikuję drugiego posta w ciągu dnia! Wow! Znaczy... ten wcześniejszy tekst nie był mojego autorstwa, ale pomińmy ten nieistotny fakt... xp
No nic, ten odcinek za ciekawy nie jest... W ogóle to taki wstęp do dalszych części, które mam nadzieję będę bardziej dynamiczne. A wiadomo jak to wstępy - są zazwyczaj nudne.

„Liceum cz.5”

[Ruki]

- Takanori, spakowałeś się już? – zapytała babcia, kiedy na dworze zaczynało już powoli robić się ciemno.
- Taa… - mruknąłem cicho, ześlizgując się z parapetu, na którym siedziałem i obserwowałem, jak zapalają się latarnie uliczne.
- W takim razie chodź już. Zawiozę cię do internatu. Będziesz miał weekend na rozpakowanie się i zapoznanie z nowymi kolegami…
- Nie trzeba. Przejdę się – wcisnąłem telefon do kieszeni i spojrzałem na nią oczami pełnymi bólu. Babcia podeszła do mnie i uścisnęła mocno.
- Wiem, że będzie ci ciężko… Wiem, że teraz znalazłeś sobie tego nowego kolegę, który do ciebie przychodził, jednak… nie mogę pozwolić, żeby działa ci się krzywda, rozumiesz? – kiwnąłem nieznacznie głową, wtulając się w kobietę. – Będzie mi cię tutaj brakowało… - zaśmiała się i pocałowała w czubek głowy, jednak widziałem, jak hamowała łzy. Nie chciała żebym się przenosił. Byłem jej tutaj potrzebny. – Zawiozę cię – powtórzyła.
- Przejdę się – upierałem się.
- Na drugi koniec miasta? – spojrzała na mnie krzywo, na co ja spuściłem wzrok na ziemię i westchnąłem, dając jej tym samym znać, że nie mam teraz ochoty na rozmowę i potrzebuję chwili na uporządkowanie myśli.
Kobieta odpuściła, rozumiejąc, że naciskając niczego nie wskóra. Ubrałem buty i kurtkę, po czym wróciłem się do pokoju i wziąłem swoje bagaże. Przerzuciłem pasek futerału gitary akustycznej przez ramię, przez co sam instrument niosłem na plecach. Drugie ramię obciążyłem dużą torbą, w której znajdowały się wszystkie moje rzeczy, które pomógł mi spakować Yuu. Jeszcze raz westchnąłem i bez słowa pożegnania wyszedłem.
Kiedy znalazłem się na ulicy owiał mnie przeszywający podmuch wiatru. Głowa pękała mi w szwach, ale z każdą minutą i każdym kolejnym krokiem czułem, jak emocje we mnie gasły. Miałem wrażenie, że kolejne masy powietrza, niesione wraz z wiatrem, zaglądały do mojego umysłu, penetrując go i zabierając ze sobą niepotrzebne, skotłowane myśli. Przeszedłem przez pasy, przy czym kierowca jakiego samochodu mało mnie nie przejechał. Mężczyzna za kierownicą otworzył okno i wydarł się na mnie, ale kiedy spojrzałem na niego, zamilkł. Nie znałem przyczyny jego nagłej zmiany nastawienia do mnie – czy wyglądałem aż tak marnie, jak mi się wydawało, czy też może UFO wylądowało za moimi plecami, a ja tego nie zauważyłem?
Mijałem kolejnych ludzi, wtapiając się w bezimienny tłum. Wszyscy oglądali się za mną… choć możliwe, że to jedynie głupie wrażenie, która mną zawładnęło.
Niebo stało się niemal czarne, kiedy znalazłem się na jakimś osiedlu, którego nie znałem. Między blokami dojrzałem wąskie przejście, które prowadziło wprost na schody punktu widokowego. To tam zawsze przesiadywał Reita i jego banda. Teraz jednak było tam pusto. Zastanawiałem się czy Akira przypadkiem nie trafi do poprawczaka… mimo iż sprawił mi wiele bólu i sam chętnie bym mu przyłożył, gdybym tylko był na tyle wysoki i silny, nie chciałem, żeby tak skończył. Zdążyłem go już znienawidzić i zamknąć rozdział, kiedy byliśmy przyjaciółmi, ale mimo wszystko w pewnym sensie było mi go żal…
Usiadłem na trzecim stopniu od dołu i podkuliłem nogi pod brodę. W tym miejscu wiało jeszcze mocniej, ale nie przeszkadzało mi to. Lubiłem taką pogodę. Lubiłem jesień i zimę. Normalnie pewnie bym się uśmiechnął, ale nie miałem na to siły. Czułem się, jakbym przebiegł maraton… z jakieś dwadzieścia razy…
Odłożyłem torbę z ciuchami na bok i zdjąłem futerał z gitarą. Sam futerał ułożyłem poniżej swoich stóp, a instrument położyłem na kolanach. Przesunąłem palcami po gryfie i nie myśląc, pozwoliłem opuszkom palcom dociskać struny, które się pod nimi znalazły. Nie wiedziałem i szczerze powiedziawszy to nie obchodziło mnie to zbytnio, czy grałem jakąś wcześniej skomponowaną przez siebie melodię, czy zasłyszałem ją gdzieś w radiu, a może była to moja ulubiona piosenka, której słuchałem każdego wieczoru przed pójściem spać. Możliwe też, że po prostu improwizowałem, choć muszę przyznać, że w takim razie wyszło mi to dziś nadzwyczaj dobrze, gdyż melodia bardzo spodobała mi się. Czułem się jakby słuchał piosenki wygrywanej przez kogoś innego, a nie przez siebie samego, jednak to nie miało znaczenia. Na chwilę zaprzestałem gry i odetchnąłem głęboko. W mojej głowie rozlała się pustka, która przystrojona była jakimś przyjemnym uczuciem odrętwienia i spokoju. Zacząłem wygrywać te same akordy, jakby ktoś wcisnął guzik „replay”. Sam nie wiem kiedy, zacząłem śpiewać:
- Face to face, in the depths of two he arts. Close, yes, but still far. I close my eyes, turn around, because I'm so bad. I'll find strength. Is there anything else we can come close? Do you ever say what we feel? Let's go back to the core and destroy the wall. Do be happy ending? Did you ever stop to pretend? Mystery does not issue any gesture. Does not give any of us. And if you feel what I do, how do I know this?
Wyśpiewałem wszystkie swoje myśli, niezbyt przejmując się faktem, że ktoś mógł to usłyszeć. Mężczyzna w garniturze, który właśnie przechodził obok, wrzucił kilka jenów do mojego futerału, zapewne myśląc, że jestem jakimś ulicznym grajkiem. Obejrzałem się za nim i wzruszyłem ramionami. Uśmiechnąłem się na widok kilku banktonów leżących na dnie futerału i zgarnąłem je do kieszeni, zanim zdążył porwać je wiatr, po czym wstałem i znów ruszyłem w trasę. Miałem jeszcze długą drogę do przebycia, a wolałem zdążyć dojść do akademika przed zmierzchem…


[Reita]

Kopnąłem puszkę, która nawinęła mi się pod nogi i naciągnąłem kaptur bluzy, którą miałem pod skórzaną kurtką na głowę, gdyż zerwał się mocny wiatr, od którego świszczało mi w uszach. Nie wiedziałem, dokąd mam pójść. Kręciłem się po mieście od dłuższego czasu, aż w końcu zaczęły boleć mnie nogi. Westchnąłem i przełożyłem ręce z kieszeni kurtki do kieszeni spodni… sam nie wiem dlaczego… ot tak jakoś, kiedy nagle poczułem kilka szeleszczących papierków pod palcami. Wyjąłem je i rozradowany spojrzałem na pieniądze. Uśmiechnąłem się szeroko, wiedząc jak je „mądrze” wydać. W dodatku jakimś takim dziwnym trafem zatrzymałem się pod nocnym klubem ze striptizem…

***

Wydałem wszystko i upiłem się. Upodliłem się do takiego stanu, że stałem się agresywny, za co wyrzucili mnie z baru. Było gdzieś po drugiej w nocy… a przynajmniej tak mi się wydawało. Zataczając się i wpadając na przypadkowych ludzi, znów zacząłem krążyć po mieście. Skręciłem w jakąś boczną uliczkę, kiedy nagle oślepiło mnie cholernie jasne światło… jakby światło mogło być ciemne, brawo Rei, ale… ale to było jakieś nieludzkie, które sprawiało, że oczy wcisnęły mi się głębiej w oczodoły i starały się zbić z mózgiem w jedną całość. Zachwiałem się i wpadłem na ścianę, która mieściła się za mną. Światło zdawało się zbliżać do mnie, aż w końcu minęło mnie i ujrzałem ciągnącą się za blaskiem ciemną smugę. Owa smuga wydała z siebie dziwny dźwięk, jakby ktoś otwierał drzwi od samochodu, po czym wynurzył się z niej jeszcze jeden cień. Był znacznie wyższy od tej smugi ciągnącej się za światłem i szczerze to wyglądał jak granatowy, wielki patyk z beżowym pączkiem nierozwiniętego kwiatu na samym czubku. Cień-patyk podszedł do mnie i kiedy znalazł się na tyle blisko, żeby zaciągnąć się moim zapachem, w beżowym pączku poznałem twarz; twarz groźną, ze zmarszczonym czołem i ściągniętymi brwiami.
- Zabalowało się, co kolego? – zagadnął cień. – Czy ty chłopcze nie myłeś się od tygodnia? – prychnął, czując słodkawy, aczkolwiek gryzący zapach alkoholu, którym byłem przesiąknięty na wylot. – Wyglądasz mi na licealistę… Proszę, powiedz mi tylko, że masz osiemnaście lat, pokaż dowód osobisty i zostawię cię w spokoju – westchnął, kiedy nie ruszyłem się ani o milimetr, nie dając mu tym samym żadnej odpowiedzi. – Dokumenty, proszę – sprostował, widząc, że nie załapałem, o co mu chodziło.
- Bo co? – warknąłem, nie panując nad tym, co mówiłem.
- W takim razie mama będzie musiała odebrać cię z izby wytrzeźwień… - wzruszył ramionami policjant, pakując mnie do radiowozu.
Ale o tym, że cholerną jasnością miały być reflektory, ciemną smugą radiowóz, a cieniem-patykiem policjant, miałem dowiedzieć się dużo później.


[Ruki]

Odetchnąłem, widząc budynek internatu. Nie myślałem, że ta droga będzie aż tak daleka i wyczerpująca! Mimo iż byłem szczupły, to za sportem nie przepadałem i niewiele się ruszałem, przez co mogłem przewidywać, że jutro będę miał zakwasy.
Ogarnąłem wzrokiem szarego kolosa z małymi okienkami i skrzywiłem się z niesmakiem. Budynek bardziej przypominał więzienie niż akademik dla licealistów, jednak zawsze lepsze już to niż codzienne zrywanie się o piątej rano i wydawanie majątku na miesięczne bilety…
- Taa… Do światowej klasy zabytków UNESCO to, to się nie nadaje, co? – usłyszałem za sobą głos. Gwałtownie obejrzałem się i zobaczyłem stojącego za sobą chłopaka.
Był niski, mniej więcej mojego wzrostu, choć biorąc pod uwagę to, że miałem buty na koturnach, a on zwykłe trampki, byłem od niego wyższy. Miał farbowane blond włosy, które sięgały mu do połowy szyi. Ubrany był w czarne spodnie i rozpiętą flanelową koszulę, pod którą nosił białą bokserkę. Całości jego stroju dopełniał długi, ciężki naszyjnik i kilka bransoletek na prawym nadgarstku.
- Jestem Ōta – uśmiechnął się i podał mi rękę.
- Takanori – uścisnąłem jego dłoń. – Takanori Matsumoto, ale wolałbym żebyś mówił na mnie Ruki – niepewnie uśmiechnąłem się.
- Ostatnio stałeś się tematem rozmów całego akademika… To ty jesteś ten nowy? – zapytał ciekawsko.
- Ee… Na to wygląda – mruknąłem, dziwnie się czując, gdyż jeszcze niedawno słyszałem jak większość uczniów z mojej poprzedniej szkoły mówiło tak na Aoia. – Uczysz się tutaj?
- Nie, ale mieszkam w pobliżu – ruszył w stronę internatu i machnął na mnie ręką, żebym dołączył do niego.
- W takim razie co tu robisz? Możesz sobie tutaj od tak wchodzić i wychodzić? – zdziwiłem się.
- No… teoretycznie nie, ale wiesz jak jest z tą teorią – uśmiechnął się szerzej. – Przychodzę tutaj do mojego chłopaka.
Zdziwiło mnie, jak otwarcie o tym mówił. Przecież mogłem okazać się jakimś homofobem… Czy on nie bał się odrzucenia ze strony środowiska? No dobra, to jest męska szkoła i na pewno znajdzie się tu parę gejów, ale bez przesady… nie każdy chłopak, który uczęszcza do takiej szkoły lubi tę samą płeć…
- Ach… Zapomniałem… Nie przeszkadza ci to, że jestem homoseksualistą? – zapytał, jakby czytając mi w myślach. – Przyzwyczaiłem się, że tutaj większość to geje, a pozostała mniejszość heteryków jest przyzwyczajona do… no wiesz… takich widoków – zaśmiał się. – Pomóc ci z tą torbą? – szybko zmienił temat, widocznie nie wiedząc, jak kontynuować rozpoczętą rozmowę dotyczącą jego orientacji.
- Nie, dzięki…
- Oj, daj spokój – wziął ode mnie bagaż, a ja aż odetchnąłem z ulgą. Nie wiedziałem, że to tyle waży…- Który masz numer pokoju? – z zamyślenia wyrwał mnie głos Ōty.
- Ee… Znaczy… Nie wiem – podrapałem się w tył głowy. – Jestem tu pierwszy raz i… w sumie to nie wiem, co sobie myślałem, kiedy tutaj szedłem… - przystanąłem na dużym holu wejściowym.
- No widzę, że pierwszy raz – wskazał na torbę. – Spoko. Pewnie dadzą ci klucz w poniedziałek – powiedział spokojnie. – Mogę zapytać się Sugi, gdzie na te kilka dni mógłbyś zająć miejsce… - mruknął zamyślony sam do siebie.
- Kto to jest Suga? – zapytałem zainteresowany.
- Suga? To mój chłopak – uśmiechnął się. – Wydaje mi się, że chyba nawet w jego pokoju jest jedno wolne łóżko, ale nie wiem czy będzie odpowiadało ci takie towarzystwo….
- Jakie towarzystwo? – podniosłem jedną brew. Chłopak pociągnął mnie w stronę schodów.
- Jak poznasz Shimizu, to się dowiesz… - zachichotał.
Wpełzliśmy na drugie piętro i zatrzymaliśmy się pod jakimiś obdrapanymi drzwiami, na których nawet nie było numerka. Ōta złapał za klamkę i pchnął drzwi, jednak te nie ustąpiły. Westchnął i wywrócił oczyma, po czym spróbował jeszcze raz otworzyć drzwi, tym razem pchając je ramieniem. Po chwili mocowania, blondyn w końcu odniósł zwycięstwo i mogliśmy wejść do środka.
- Suga! Mówiłem ci, żebyś w końcu tu posprzątał! Drzwi się nie da otworzyć, bo wielka sterta twoich ciuchów pod nimi leży! – krzyknął od progu.
Pierwszy pokój, do którego bezpośrednio wchodziło się z korytarza był czymś w rodzaju przedpokoju. Stało tutaj pod ścianą kilka par butów, wieszak z kurtkami i lustro. Po lewej stronie mieściły się drzwi, które prowadziły do łazienki. Drugim, i ostatnim zarazem, pokojem była sypialnia, w której mieściły się cztery jednoosobowe łóżka i stolik na środku. Ogólnie całe to „akademickie mieszkanko” było malutkie i na pewno nie miało więcej niż dwadzieścia metrów kwadratowych. Na łóżku pod oknem leżał chłopak – miał półdługie, rude włosy. Wyglądało na to, że spał. Leżał na brzuchu, więc nie mogłem o nim powiedzieć za dużo. Miał na sobie granatowe spodnie i białą koszulę, tak samo jak dwóch następnych, przez co wywnioskowałem, że musiał to być ich mundurek.
Drugi chłopak siedział przy stoliku i albo odrabiał lekcje, albo rysował. Był bardzo wysoki, co było widać nawet, kiedy siedział. Miał czarne włosy i ostre rysy twarzy. Odniosłem wrażenie, że gdybym znalazł się za blisko niego, mógłbym skaleczyć się o jego policzek. Dodatkowo miał przenikliwe spojrzenie i dziwnie niepokojący uśmiech. Spojrzał na mnie i przekręcił ciekawsko głowę, lustrując mnie dokładnie.
Trzeci siedział na łóżku pod ścianą i bawił się telefonem. Był przystojny, choć miał nieco dziecinną urodę. Wielkie oczy, szeroki uśmiech i gigantyczne dołeczki, które mógłbym śmiało porównać z dołeczkami Kai’a. Był szatynem. Ōta podszedł do niego, na co chłopak rozpromienił się. Blondyn usiadł mu na kolanach i pocałował czule w usta, po czym przesunął dłonią po jego policzku i zetknął się z nim czołem. Przez chwilę wpatrywali się sobie w oczy, a następnie szatyn ponownie musnął usta chłopaka. Chciał pogłębić pieszczotę, jednak Ōta odsunął się od niego i wskazał na mnie. Krótko mnie przedstawił i powiedział, że potrzebuję miejsca do spania.
- Chwila, chwila… - zaprotestował szatyn. – Ōta, skarbie, spokojnie… Powoli – machnął ręką na blondyna, po czym zsunął go ze swoich kolan, wstał i podszedł do mnie. – Mój chłopak dostał słowotoku… - zaśmiał się i podał mi rękę. – Jestem Suga. Ten tam – wskazał na bruneta siedzącego przy stoliku i przyglądającego mi się uważnie – to Saki, mój brat – wymieniony kiwnął mi głową i uśmiechnął się. – A to coś – wskazał na rudego – to Shimizu.
- Jak mnie tylko rozwiążesz, to ci wyjebię, Suga! – zagroził „śpiący”.
- Tak, tak, mówiłeś już to – szatyn jakoś niezbyt przejął się groźbami kierowanymi pod jego adresem.
- Em… Nie chcę się wtrącać, ale… Czemu on jest przywiązany do ramy łóżka? – zdumiałem się.
- Jakbyś mieszkał z Shimizu, to wiedziałbyś, że jego można poskromić tylko i wyłącznie w taki sposób. Kiedyś przywiązywaliśmy do grzejnika, ale urwał rurę i znów narobił nam kłopotów, dlatego teraz preferujemy to bezpieczniejsze rozwiązanie – odezwał się Saki. – On jest niebezpieczny… - syknął.
Rudzielec posłał mi błagalne spojrzenie zbitego szczeniaka, od którego zmiękło mi serce. Już chciałem do niego podejść i go rozwiązać, kiedy Suga położył rękę na moim ramieniu.
- Nie daj mu się zwieść! On tylko czeka na to, żebyś go uwolnił! To dzikie zwierzę – zagroził mi. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jakich szkód mógłbyś narobić, odwiązując go – pokręcił głową. – Dobra… ale wracając do twojego tematu… Dobrze trafiłeś – uśmiechnął się. – W sumie to mamy jedno wolne łóżko – wskazał na mebel mieszczący się za plecami Sakiego.
- Zgaduję, że to twoja torba… chyba, że maluch się do nas wprowadza? – ciemnowłosy wskazał na torbę, którą nadal trzymał Ōta.
- Jeszcze raz spróbuj mnie tak nazwać… - syknął blondyn.
- Tak, to moja – skinąłem głową brunetowi, ignorując zbulwersowanego chłopaczka.
- Świetnie, w takim razie chyba możesz się już rozpakować, co Suga? – najwyższy zadał pytanie bratu.
- Pewnie – przytaknął szatyn, momentalnie znajdując się przy swoim chłopaku, obejmując go czule i jednocześnie uspakajająco. Odciągnął Ōtę od Sakiego, który najwyraźniej świetnie się bawił grając na nerwach niższemu.
Odebrałem swój bagaż i ściągnąłem futerał z gitarą z barków, po czym starannie oparłem go o ścianę. Położyłem torbę na łóżku i rozpiąłem suwak, kiedy odezwał się ponownie Saki.
- Tu nie ma jako takiej szafy. Ubrania i wszelkie rzeczy, które chcesz uchronić przed lepkimi łapkami Shimizu, układamy tutaj – wskazał na coś w rodzaju wielkiej szuflady, która mieściła się pod materacem w łóżku.
- Acha… Dzięki… za objaśnienie – uśmiechnąłem się sztucznie i skinąłem głową, na co on wyszczerzył się drapieżnie. Jego oczy błysnęły, odbijając sztuczne światło lampy. Wyglądał co najmniej groźnie, zupełnie tak jakby szykował się, żeby zrobić mi jakąś krzywdę. Ten gość zaczynał mnie przerażać. Niby z pozoru uśmiechnięty i miły, jednak coś mi w nim nie pasowało…
„Nie! Takanori opanuj się! – zbeształem się w myślach. – Saki jedynie powiedział ci, gdzie masz zostawić rzeczy, a ty już wyobrażasz sobie Kannon wie, co… Nie można oceniać ludzi tak powierzchownie.” – pouczyłem sam siebie. Mimo tych obiektywistycznych myśli, nadal coś nie dawało mi spokoju. Może nie odpowiadało mi to, w jaki sposób ci dwaj bracia odnosili się do Shimizu? I jeszcze ta obojętność ze strony Ōty…
- Zgaduję, że teraz pewnie myślisz, dlaczego też jesteśmy tacy okrutni dla naszego kochanego Shimizu? – zapytał Suga.
„Skąd on wie?!” – zdziwiłem się, jednak nie dając nic po sobie poznać, odwróciłem się do szatyna przodem i spojrzałem na niego uważnie.
- Nie myślałem o tym – skłamałem.
- Och… - zmarszczył brwi. – W takim razie uprzedziłem twoje myśli – jego ton głosu był pełen wyższości, co przyczyniło się do przyjęcia przeze mnie buntowniczej pozy. – Wszyscy się nad tym zastanawiają, kiedy nas poznają. Żeby nie było niejasności – zrobił surową minę – sam zasłużył sobie na takie traktowanie… - syknął, a mi żołądek zrobił fikołka.
Dobra, ewidentnie stwierdzam, że ci goście są dziwni. I wcale nie muszę ich poznawać, żeby to stwierdzić… Szczerze, to chyba nie zamierzam nawet poznawać ich lepiej…
Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałem, że rzeczą niewykonywaną jest obojętne przejście obok Sugi i Sakiego, i niepoznanie ich dokładnie…
- Better a diamond with a flaw than a pebble without one..*. – usłyszałem głos Shimizu. Odwróciłem się i spojrzałem na niego.
- Co proszę? – chłopak posłał mi spojrzenie pełne bólu i skrzywił się, po czym zamknął oczy, a nasza rozmowa zakończyła się. – Możesz powtórzyć? – nie odpowiedział. Zostawił mnie samego z mętlikiem w głowie i dziwną zagadką, jaką były jego słowa…

* Lepszy diament ze skazą, niż kamień bez niej (rozwiązanie zagadki w następnych częściach opka)


Liceum cz.4

„Liceum cz.4”

Nie mogłem uwierzyć w to, że mnie pocałował… Znaczy… Lubił chłopców! Wciąż miałem szansę! Z takimi oto pogodnymi myślami dojechałem do domu i nawet ochrzan od kobiety w roli podobnej guwernerki, która mnie wychowywała z racji, że moich rodziców wiecznie nie było w domu, nie zepsuł mi dobrego humoru

Po wysłuchaniu lamentów starszej kobiety, skierowałem się do swojego pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi i pomyślałem o Yuu… O matko… jak ja go pragnąłem… teraz, już, natychmiast! Pół miasta do mnie wzdychało (biorąc pod uwagę, że druga połowa to lesbijki i dziadkowie), w tym obie płcie, a ja musiałem się zakochać w tym jedynym, którego nie interesowałem? Poczułem podniecenie na myśl o brunecie. Wszedłem do łazienki, która mieściła się w moim pokoju i zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Oparłem się plecami o kafelki i zsunąłem się na podłogę, rozpinając jednocześnie spodnie. Na moich policzkach wykwitł rumieniec… Co ten chłopak ze mną zrobił? Przecież mogłem napisać do kogokolwiek, iść na jakąkolwiek imprezę i już byłbym zaspokojony… ale nie, ja chciałem jego. Tylko i wyłącznie jego. Powoli zsunąłem z siebie bokserki i przymknąłem powieki, wyobrażając sobie, że to wszystko robi tak naprawdę Aoi. Oblizałem się mimowolnie i chwyciłem swoją męskość w dłoń. Wolno przesuwałem po niej palcami, wyginając się i jęcząc cicho. Była to dla mnie nowość, gdyż przywykłem, że zawsze to ktoś inny mnie zaspokajał. Po chwili zacząłem poruszać dłonią w rymie własnego, przyspieszonego oddechu. Z każdą chwilą, kiedy przyspieszałem, przyjemność narastała. Jęczałem coraz głośniej, czując, że długo już nie wytrzymam. Wyobraziłem sobie Yuu, który onanizuje mnie ręką i mocno całuje w usta, które nieświadomie uchyliłem, tak, jakby w rzeczywistości zaraz miał wtargnąć w nie język ciemnowłosego. Krzyknąłem jego imię, dochodząc we własną zaciśniętą dłoń. Przez chwilę siedziałem tak jeszcze i regulowałem oddech, przyglądając się białej cieczy, która spływała z moich palców.
- Pięknie… - szepnąłem do siebie z niedowierzaniem. Jak ja mogłem… zrobić coś takiego? To było dla mnie nie do pomyślenia! Coś zupełnie innego!
Kiedy już uspokoiłem oddech, wstałem i ubrałem się, a następnie umyłem rękę i „miejsce pobojowiska”. Trochę bardziej zadowolony wyszedłem z łazienki i rzuciłem się na łóżko. Ułożyłem się na brzuchu z rękami pod głową i zamknąłem oczy. Przywołałem miłe wspomnienie o Shiroyamie, który pocałował mnie w policzek. Och, ile dałbym, żeby choć musnął moje usta… Westchnąłem i poczułem, że na powrót się podniecam. Uniosłem delikatnie biodra i przesunąłem ręką po własnym kroczu. W tym momencie rozległo się energiczne pukanie i ktoś wszedł do pokoju.
- Co panicz wyprawia?! – niemalże krzyknęła moja „guwernerka”.
- Sięgam po telefon? – zapytałem niby retorycznie, a mój z mojego tonu głosu aż kapało nonszalancją.  Dla niepoznaki w istocie wyciągnąłem telefon z przedniej kieszeni spodni.
- Ach… Tak – kobiecina spuściła głowę. – Pańscy rodzice spóźnią się dziś i…
- Nie będzie ich na noc… bla, bla, bla… - wywróciłem oczyma. – Wiem; czyli tak jak zawsze – mruknąłem znudzony. Spojrzałem na tapetę, na której miałem ustawione zdjęcia bruneta. Owe zdjęcie potajemnie zrobił dla mnie jakiś chłopak, któremu zapłaciłem za to. No bo przecież ja nie mogłem od tak zrobić mu zdjęcia! Jeszcze ktoś zauważyłby to, albo jeszcze gorzej – on by to zauważył…
Kobieta wyszła z mojego pokoju bez słowa, a ja przewróciłem się na plecy. Spoglądając spod półprzymkniętych powiek na Aoia, znów zacząłem się masturbować, tym razem nieco ciszej. W głowie nadal huczało mi jedno pytanie : „Co on ze mną zrobił?!”


[Aoi]

Przez kilka ostatnich dni Ruki nie chodził do szkoły, gdyż jego babcia dowiedziała się, iż jej wnuk zostawiał kule w domu i cały czas kuśtykał. Kiedy Takanori próbował jej wytłumaczyć, że jego zdaniem chodzenie z kulami do szkoły to „siara”, ta postanowiła zostawić go w domu, byleby tylko wyzdrowiał. Oczywiście nie powiedział, że Reita mógłby go nimi pobić, tak jak przypuszczał i się tego obawiał… Zresztą nawet nie powiedział, że to banda blondyna tak go sponiewierała. Nie wiedziałem, dlaczego nie chciał powiedzieć swojej babci prawdy… Rozmyślałem nad tym, kiedy właśnie dostałem sms’a, co obwieścił mój telefon w postaci dzikiego wibrowania w mojej kieszeni. Sprawdziłem czy nauczyciel aby na pewno nie spoglądał w moją stronę, po czym szybko wyjąłem urządzenie i odczytałem wiadomość. „Musimy się spotkać i poważnie pogadać. Jak tylko skończysz lekcje, przyjdź do mnie!” O co mogło chodzić Maleństwu? Mimo wszystko sam przyzwyczaiłem się do nazywania go w ten sposób…
Nie zamierzałem jednak czekać ani do końca lekcji, ani nawet dzwonka kończącego godzinę angielskiego, na którym teraz siedziałem. Pod pretekstem udania się do toalety opuściłem salę lekcyjną, uprzednio informując kolegę z ławki, że ma zabrać mój plecak i schować go w swojej szafce. Szybkim krokiem skierowałem się pod blok Rukiego. Wbiegłem po schodach na odpowiednie piętro i zadzwoniłem trzy razy dzwonkiem do drzwi. Po chwili otworzyła mi babcia Taki z pochmurnym wyrazem twarzy, co było u niej raczej nie na miejscu. Nieco zmartwiłem się tym i po wymienieniu grzecznościowego „dzień dobry”, wparowałem do pokoju Rukiego.
- Co jest? – zapytałem od progu.
Blondyn spojrzał na mnie zaczerwienionymi i załzawionymi oczami, po czym podszedł do mnie i mocno przytulił. Objąłem go i pogłaskałem po głowie.
- Takanori… Co się stało? – zapytałem z troską w głosie.
- Ja… Ja… - wychlipał. – Przenoszę się do innej szkoły… - wyszeptał i znów zaczął rzewnie płakać, mocząc mi przy tym koszulkę.
- Co?! – niemalże krzyknąłem. – Jak to?!
- Babcia dowiedziała się o tym, że to Reita mnie pobił… Jego matka tutaj przyszła i zaczęła mnie przepraszać. Podobno któryś z gapiów nakablował dyrektorowi i Akira dostał naganę, o czym dowiedziała się jego matka… - wydusił słabym, drżącym głosikiem. Zadrżał w moich ramionach, a ja mocniej go objąłem. – Babcia powiedziała, że wystarczy, że mieszkamy z nim w jednym bloku i nie muszę chodzić z nim do jednej szkoły – załkał żałośnie, po czym rozpłakał się na dobre.
Usiedliśmy na łóżku… Znaczy ja usiadłem, a Ruki ułożył się na mnie. Takanori objął mnie na wysokości żeber i wtulił głowę w moje ramię. W odpowiedzi objąłem go w pasie i cały czas uspakajająco gładziłem po plecach. Jego oddech owiewał moją szyję. Chciałem go jakoś pocieszyć, ale nie wiedziałem jak…


[Reita]

- Jak mogłeś go pobić?! – darła się moja matka. – Byliście przyjaciółmi! Jak mogłeś okłamywać mnie i całą naszą rodzinę, że nadal nimi jesteście?!
- Ile razy mam ci powtarzać, że nawet go nie tknąłem! To te dekle z mojej szkoły rzuciły się na niego, a ja zjawiłem się po fakcie! – krzyczałem.
- Nie wyrażaj się! Straciłeś moje zaufanie! Już nigdy więcej ci nie uwierzę! Bo w końcu jaką mam gwarancję, że nie kłamiesz?! Czy ty koniecznie chcesz trafić do tego poprawczaka?!
- Kiedy mówię, że go nawet nie tknąłem! To nie moja wina! Próbowałem ich powstrzymać, ale było za późno!
- Przyznaj się! Szantażowałeś go?!
- Co?! Nie! – ryknąłem.
- To dlaczego niby wcześniej nic nie powiedział o tym swojej babci?! Dlaczego bał się o tym komukolwiek powiedzieć?!
- A bo ja wiem?! Ja mu nic nie zrobiłem! – broniłem się.
- Masz dożywotni szlaban na wychodzenie z domu, telewizor, komputer i telefon! – matka szarpnęła mnie za ramię.
- Dlaczego ty mi, do cholery, nie wierzysz?! – wydarłem się i wyrwałem z jej uścisku, po czym wyszedłem z domu trzaskając drzwiami.


[Aoi]

- Spokojnie, Ruki… - szeptałem mu do ucha.
- Ja nie chcę zmieniać szkoły!... – zaszlochał.
W tym momencie spojrzałem na niego, a żal ścisnął moje serce. Nieświadomie zbliżyłem się do niego. Chłopak spojrzał na mnie wzrokiem zbitego szczeniaka, a ja niewiele myśląc pocałowałem go. Musnąłem jego usta, nie będąc pewien czy mnie nie odtrąci. Kiedy poczułem, że nie protestuje, pocałowałem go nieco bardziej zdecydowanie. Blondyn oddał pieszczotę, a ja zachęcony jego przejawem inicjatywy, przewaliłem go tak, że leżał pode mną. Zawisłem nad nim i ponownie pocałowałem. Oparłem ręce po obu stronach jego głowy, a on objął mnie rękami za szyję. Polizałem jego dolną wargę, aby Ruki uchylił usta, co on zrobił bezzwłocznie. Wsunąłem język między jego wargi i przesunąłem nim po podniebieniu Maleństwa, które zadrżało z przyjemności. Nasze koniuszki języka zaczęły wspólną zabawę, a ja otarłem się o niego. W tym momencie blondyn odepchnął mnie.
- Yuu… przestań – szepnął i odwrócił głowę, rumieniąc się.
- Przepraszam – zszedłem z niego. Przez chwilę miedzy nami panowała niezręczna cisza.
- Pomożesz mi się spakować? – zagadnął młodszy.
- Spakować? – zdziwiłem się.
- Tak… Będę chodził do szkoły na drugim końcu miasta i muszę zamieszkać w akademiku. Nie wyobrażam sobie, żebym codziennie miał dojeżdżać autobusem, bo przecież bym zbankrutował! – rozłożył bezradnie ręce.
- Pewnie… pomogę ci się spakować – uśmiechnąłem się blado. – Kiedy się tam przenosisz? – zapytałem, kiedy Ruki wyjmował ogromną walizkę z dna szafy.
- Natychmiast. Moje podanie zostało już pozytywnie rozpatrzone, więc tak praktycznie już tam jestem zapisany… - mruknął.
- Tak szybko cię przyjęli? I to tak w ciągu trwającego roku szkolnego? – zdziwiłem się.
- Tak. Babcia nakazała natychmiastowe rozpatrzenie… - burknął, znosząc pierwsze ubrania do walizki. Zacząłem mu pomagać. Dziwne, ale jego ubranka wydały mi się śmiesznie małe…
- Boisz się, że mogą tam nie zaakceptować twojej orientacji?
- Myślę, że raczej nie będę tam pierwszym gejem… To męska szkoła. Tylko… ja… mimo iż nie czułem się w tej szkole dobrze, to nie lubię zmieniać otoczenia… - skrzywił się. – Przyzwyczaiłem się…
- Nie martw się. Będzie dobrze – poklepałem go po plecach. – Będę cię odwiedzał – uśmiechnąłem się pokrzepiająco.
- Dzięki – Taka oddał gest i przytulił się do mnie. Zastygliśmy w dość niezręcznej sytuacji, zważywszy na to, że przed chwilą się całowaliśmy. – Przepraszam – szepnął i znów zajął się ubraniami zresztą tak samo jak ja. Kolejna pusta cisza zagościła między nami.
- Jeśli chodzi o ten pocałunek… Em… to ja nie chciałem nic więcej, tylko… ja… - dukałem nieskładnie.
- Rozumiem – przerwał mi. – Nie jestem zły – uśmiechnął się nieco sztucznie. – Zapomnijmy o tym, okej? – zaproponował. Pokiwałem głową na znak, że się zgadzam.
Przez jeszcze jakiś krótki czas czuliśmy się dość niezręcznie, jednak w końcu atmosfera rozluźniła się i jak zawsze zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Tematy nam się nie kończyły, jednak zrobiło się już późno i musiałem iść do domu. Ruki odprowadził mnie do samych drzwi i wyszedł ze mną na klatkę schodową.
- Jak już się tam zaklimatyzujesz i w ogóle znajdziesz czas, to zadzwoń do mnie, spotkamy się – uśmiechnąłem się.
- Zgoda – przytaknął i pociągnął mnie za rękę, żebym zniżył się do jego poziomu. – Znacznie bliższy jesteś mi jako przyjaciel – cmoknął mnie w policzek i szybko wrócił do mieszkania, zostawiając mnie samego… no może niezupełnie…


[Reita]

Właśnie schodziłem ze schodów, kiedy zauważyłem jak Ruki całuje w policzek tego nowego, a zaraz potem znika w mieszkaniu. Posłałem nienawistne spojrzenie brunetowi i przybrałem groźną minę. Chłopak dał mi do zrozumienia, że mam wyjść z bloku, to się policzymy. Obaj szybko zbiegliśmy po schodach i na parkingu wręcz rzuciliśmy się na siebie. W końcu udało mi się przyprzeć go do muru.
- Odwal się od Takanoriego, jasne?! – syknąłem wściekle.
- Bo co?! – warknął. – Mógłbym powiedzieć ci to samo… Zresztą to nie ja go skrzywdziłem… - uśmiechnął się wrednie… zupełnie jakby wiedział, że mnie to zaboli.
Sapnąłem wściekły i mimo wszystko puściłem go, po czym odwróciłem się na pięcie i odszedłem szybkim, sprężystym krokiem, dając ponieść się nogom. Zrobiło się zimno, ale nie zamierzałem wracać do domu i zgarnąć jeszcze jednego ochrzanu. Postawiłem kołnierz skórzanej kurtki, rozpaczliwie ratując się przed zimnem i wciskając ręce w kieszenie.

- Cholerny obrońca uciemiężonych i uciśnionych… - burknąłem do siebie i skręciłem w kolejną uliczkę.

Liceum cz.3

„Liceum cz.3”

[Reita]

Mizui zawiózł mnie do przychodni, gdzie po godzinie stania w kolejce i przeklinania na czym świat stoi, lekarz łaskawie przyjął mnie do swojego gabinetu. Rzucił na mnie okiem i zawyrokował, że nos jest złamany. Cholera, on ma rentgen w oczach czy jak? Nawet mnie nie dotknął!
- To widać na pierwszy rzut oka - wyjaśnił, jakby czytając w moich myślach. – Przekrzywiona nasada nosa. Pewnie ciężko ci się teraz oddycha, mam rację?
- Może to dlatego, że cały czas leje mi się z nosa krew… tak, myślę, że to nie jest zbyt pomocne… - udałem, że się zastanawiam, przykładając palec wskazujący do brody. Powiedziałem to tak beztroskim tonem, iż wyszło mi to niemal komicznie, mimo iż moje słowa przesiąknięte były ironią.
I tak oto biały opatrunek wylądował na moim nosie, przez co wyglądałem jak jakiś debil. Oczywiście po powrocie do domu jeszcze dostałem solidny opieprz od rodziców i starszej siostry za to, że znów się biłem. W ramach kary mama nie pozwoliła mi zostać w domu i czekać aż ściągną mi to cholerstwo z nosa, więc zostałem zmuszony, aby iść z tym czymś do szkoły. Na początku próbowałem to zdjąć, ale jak później przekonałem się, był to zły pomysł. Nie no, jak ja mam się pokazać z tym czymś na twarzy? Reita, najgroźniejszy chłopak w szkole, z opatrunkiem na nosie, świetnie, po prostu świetnie; wyglądałem przez to jak słabo zacerowana szmaciana lalka z łatką na środku twarzy… Litości! Ludzie zabiją mnie śmiechem! Zacząłem intensywnie myśleć, co by tu zrobić, żeby nie iść do szkoły? Na magiczną chorobę rodzice z pewnością się nie nabiorą, a każdy inny pretekst do zostania w domu pewnie jak zawsze zignorują… Więc musiałem sobie jakoś z tą białą zmorą poradzić – tylko jak? Nie mogłem przecież cały czas chodzić z ręką na twarzy, zasłaniając to! Kurde… Ruki na pewno wymyśliłby coś…
Nie, nie, nie ma Rukiego, sam muszę sobie poradzić. Sapnąłem wściekle i opadłem na łóżko, rozmasowując obolałe skronie. W tym momencie rozległo się ciche pukanie, a chwilę później do mojego pokoju weszła siostra.
- Sorry Aki, że ja też tak na ciebie naskoczyłam – usiadła obok mnie.
- Nie no spoko… Rozumiem, że się martwisz – uśmiechnąłem się sztucznie. – A teraz mam do ciebie prośbę…
- Jaką? – zainteresowała się.
- Pomóż mi wymyślić coś, żeby nie iść do szkoły – jęknąłem zażenowany.
- Nie chcesz pokazać się z opatrunkiem? – kiwnąłem głową, na co dziewczyna prychnęła. – Ale masz problem… - wywróciła oczyma i uśmiechnęła się pod nosem. – Wiesz, zrób wokół siebie nagonkę, jaki ty to jesteś twardy, że znów się biłeś i rozwalili ci nos, a ty nie przejąłeś się tym i przyszedłeś do szkoły – zaproponowała.
- Gdybym się tym nie przejął to nie pojechałbym do lekarza, żeby sprawdzić swój stan zdrowia – zauważyłem. – Zresztą ze mną byli chłopcy i wszystko widzieli… i gapiów też nie zabrakło, więc wiedzą, że żadna yakuza na mnie nie napadła – westchnąłem.
- A tak w ogóle, to kto ci to zrobił i o co się pokłóciliście? – dociekała.
- Taki jeden… nowy – sapnąłem na myśl o brunecie. – A powód jak zawsze – wyszczerzyłem się.
- Aha… Więc samiec alfa zaznacza swój teren? – zaśmiała się i pacnęła mnie otwartą dłonią w czoło. – Głupi ty jesteś… - pokręciła głową.
- Takie czasy – wzruszyłem ramionami. – Żeby być „cool” trzeba być twardym.
- I bić się z kim popadnie? Akira, źle na tym wyjdziesz… - przestrzegła mnie.
- Dobra, nieważne – uciąłem temat. – Masz jakiś pomysł, żeby poratować młodszego brata? – spojrzałem na nią z nadzieją.
- Hm… Można by to jakoś zasłonić… - zadumała się.
- Ale jak? Czym? – irytowałem się jej nieścisłością.
- Poczekaj chwilę – rzuciła i wybiegła z mojego pokoju, po czym zaraz wróciła z kawałkiem jakiegoś materiału w dłoniach. – Tada! – krzyknęła uradowana, pokazując mi skrawek… czegoś.
- Co to? – spojrzałem na nią podejrzliwie.
- Bandana – wyjaśniła i obwiązała mnie ową bandaną wokół twarzy, zasłaniając opatrunek na nosie i wiążąc jej dwa końce tuż pod włosami, tak ażeby nie było ich widać.
Wstałem i podszedłem do lustra, wiszącego na ścianie naprzeciw łóżka. Przyjrzałem się sobie i delikatnie dotknąłem materiału – był aksamitny i przyjemnie pachniał. Bandana miała srebrzysty kolor z ciemniejszymi, szarymi wzorami, które lekko połyskiwały.
- Możesz powiedzieć, że to twój nowy image – zaproponowała. – Że jesteś taki oryginalny i „cool” – uśmiechnęła się. Jeszcze raz przyjrzałem się swojemu odbiciu.
- Nawet nie jest tak źle – zaśmiałem się krótko i rzuciłem się na siostrę, po czym pocałowałem ją w czoło. – Dzięki! Jesteś super!
- Sie wie – również zaśmiała się i wyszła, zostawiając mnie samego.
Przez dłuższy czas rozmyślałem o tym, jak ludzie ze szkoły mogą zareagować na ten widok. Rozważałem różne scenariusze, leżąc na łóżku z rękami pod głową. Nawet nie zorientowałem się, kiedy zasnąłem.

***

Obudziłem się nadzwyczaj wcześnie, dlatego też miałem dużo czasu. Wziąłem szybki prysznic i ułożyłem włosy – tak, tak nawet taki rozrabiaka jak ja musi układać włosy. Następnie ubrałem się, starając się dopasować ubrania do bandany. Założyłem szare jeansy, czarny podkoszulek, białą, skórzaną, krótką kurtkę, która sięgała mi jedynie do końca żeber i czarne, bezpalczaste rękawiczki. Do tego jak zawsze glany i byłem gotowy. Spakowałem książki do torby i wyszedłem z pokoju, zgarniając z komody z przedpokoju pieniądze, które mama zawsze zostawiła mi na śniadanie. Po drodze minąłem siostrę, która uśmiechem przywitała się ze mną i zmierzyła mnie od stóp do głów, szczerząc się jak głupia do sera. Zachichotałem pod nosem i wyszedłem. Wstąpiłem do piekarni, która mieściła się naprzeciwko mojego bloku i kupiłem coś słodkiego, po czym skierowałem się w stronę szkoły. Młoda dziewczyna, która stała na przystanku autobusowym odwróciła się za mną. Przyjrzała mi się uważnie, po czym oblizała się lubieżnie, na co ja zareagowałem prychnięciem. „Nie tak łatwo poderwać najsławniejszego rozrabiakę w tej prefekturze!” – pomyślałem uśmiechając się do siebie i zwalniając kroku, aby każda mogła się na mnie wystarczająco długo napatrzeć. Jakaś inna dziewczyna odstąpiła od chłopaka, który ją obejmował, zapewne jej „wybrana serca”, i podeszła do mnie. Kręciła biodrami przy tym tak mocno, w tak nienaturalnym geście, iż na początku myślałem, że jest to spowodowane jakiś schorzeniem, na przykład dysplazją bioder czy czymś podobnym. Niemniej miałem okazję przekonać się w niedalekiej przyszłości o tym, że powodem, dla którego chodziła jak kaczka, była próba uwiedzenia mnie – zrozumiałem, że miała to być chyba jakaś dość nieudana wersja sztuki seksapilu... no ale powiedzmy, że starania też się liczą…
- Cześć, przystojniaku – uwiesiła się na moim ramieniu, jeszcze bardziej eksponując swój wielki dekolt, który sięgał jej niemal do pępka.
- Cześć, piękna – odpowiedziałem, uśmiechając się zalotnie, choć wcale mnie nie interesowała.
- Jakiś ty tajemniczy – wymruczała i odgarnęła moją długą grzywkę, która zaraz z powrotem znalazła się na swoim miejscu, czyli lewym oku. – Tak… ukrywasz tą przystojną twarzy – nachyliła się, dając do zrozumienia, że mam zainteresować się jej biustem, który z pewnością był sztuczny, a w dodatku w ogóle mnie nie pociągał.
Zawsze uważałem się za biseksualnego, ale w ostatnim czasie dziewczyny przestały mnie kusić… Ich biodra wydawały mi się za szerokie, ciało niewystarczająco umięśnione, a piersi nienaturalnym uwypukleniem na klatce piersiowej, przez co wyglądały jakby miały na niej jakieś narośle czy gigantyczne guzy rakowe. Ale przede wszystkim irytowało mnie w nich to, że były takie słabe i kruche, ale jak przyjdzie co do czego, to potrafiły zrobić awanturę o najmniejszą pierdołę. No i ich zachowanie to była kompletna porażka – albo jakieś seksowne siksy, które sprzedają się na prawo i lewo jak ta tutaj, albo cnotki, których broń boże dotknąć choćby za rękę! A jak jeszcze mają okres to w ogóle… ratuj się kto może! Wahania nastrojów, z seksu nici, płacze po kątach, a potem wrzeszczy na biednego chłopa…
- Masz czas dziś wieczorem? – zapytała kuszącym tonem.
- Mam – uśmiechnąłem się szyderczo – ale nie dla ciebie – wyrwałem się z jej objęć i powędrowałem w swoją stronę. Otępiała dziewczyna jeszcze długo się za mną oglądała, a ja zaśmiałem się pod nosem. Czasami bycie okropnym sprawiało mi taką nieopisaną radość…
W końcu dotarłem do szkoły i przeszedłem długim korytarzem pod klasę, w której za jakieś dziesięć minut miałem mieć matematykę. Ludzie, kto ustalał ten plan zajęć? Matma na pierwszej lekcji?! Świat nie zna litości dla przeciętnego licealisty…
Zanim jeszcze rozbrzmiał dzwonek ogłaszający rozpoczęcie się godziny lekcyjnej, „dopadli” mnie chłopacy z mojej grupy i razem poszliśmy zapalić do łazienki. W drodze do naszej polowej palarni udawałem, że słucham, o czym mówi do mnie Teru, kiedy nagle zdałem sobie sprawę, że najtwardszy chłopak w szkole, który trzęsie nią już od fundamentów, nie może przecież być z facetem! Zaraz zaczęłyby się wyzywanki od pedałów, a to przecież nie wchodziło w rachubę.
- A co ty z tą szmatą na ryju? Nowy image? – zapytał Mizui, kiedy otwierałem drzwi toalety.
- Można tak to ująć – odpowiedziałem chłodno i stanąłem jak wryty, kiedy zobaczyłem, że oprócz nas o tej wcześniej porze przesiadywał tu ktoś jeszcze.
Na parapecie siedział ten nowy z Rukim. Oni również palili papierosy. Zacisnąłem usta i wygrzebałem z kieszeni paczkę fajek. Spojrzałem zawistnie na bruneta, jednak nie odezwałem się. Razem z moją grupą przeszedłem spokojnie koło nich do drugiego pomieszczenia, gdzie znajdowały się kabiny i pisuary, albowiem tam gdzie siedział ciemnowłosy z Matsumoto było jedynie lustro i kilka umywalek. Sam również umościłem się na parapecie, otwierając okno na oścież i odbierając zapalniczkę od jakiegoś chłopaka. Ściągnąłem brwi, zamknąłem oczy i zaciągnąłem się dymem. Myśl o tym, że Ruki miał limo sprawiała, że miałem wyrzuty do samego siebie. Tak, zauważyłem to. Nie umiałem przejść obok tego obojętnie. Czułem się winny, gdyż nie chroniłem go wystarczająco dobrze… Gdybym się lepiej postarał, podobna sytuacja nigdy nie miałaby mniejsca…
Takanori nie wykonał nawet makijażu. Zgadywałem, że to zapewne dlatego iż nawet nie mógł dotknąć opuchniętego oka, tak samo jak ja nosa. Z tego co zauważyłem to nowy miał jedynie kilka zadrapań na twarzy i rozciętą wargę, co znaczył ciemny strup na jego ustach.
- A teraz wywiad – odezwałem się, kiedy usłyszałem, że drzwi zamykają się za wychodzącą dwójką. – Jak ten skurwiel miał na imię?
- Ten, którego pobiłeś na cmentarzu? – upewnił się Teru.
- Tsa… - syknąłem.
- Shiroyama Yuu – odpowiedział ktoś stojący pod drzwiami. – Widziałem jak wczoraj zadawał się z tym „celebrytą”…
- Jakim „celebrytą”? – aż otworzyłem oczy, kiedy to usłyszałem.
- Z tym… no… Uruhą! – wykrzyknął uradowany, że w końcu przypomniał sobie przezwisko Kouyou.
- Cholera – zakląłem pod nosem.
Nie dość, że chciał mnie wygryźć z miejsca, że zagarnął tylko dla siebie Rukiego, to jeszcze miał czelność kraść mi wszystkich starych przyjaciół? Mimo to, że nie zadawaliśmy się już ze sobą, to nie życzyłem sobie, żeby ktoś miał zająć moje miejsce wśród nich! Jak matkę kocham, że uduszę tego szczeniaka…


[Ruki]

- Dzięki… - mruknąłem, spuszczając głowę.
- Za co? – zdziwił się Aoi.
- Za to, że się ze mną zadajesz. Miło jest odezwać się do kogoś innego niż kot – uśmiechnąłem się krzywo. Yuu objął mnie ramieniem po przyjacielsku.
- Przestań – uśmiechnął się promieniście. – Fajny z ciebie chłopak – poklepał mnie po plecach, a ja wtuliłem się w niego nieco. Akurat w tym momencie przechodziliśmy koło grupki szkolnych „celebrytów”, których uwagę przyciągał oczywiście Uruha.
- Cześć – rzucił brunet do rudego, na co ten odpowiedział mu tym samym.
Spojrzałem zaskoczony na Shiro. Kouyou mu odpowiedział? Szok! A przecież Shiroyama nie był żadnym bogaczem tylko przeciętnym chłopakiem… a może to ja o czymś nie wiedziałem?
- Znacie się? – zapytałem.
- Wczoraj zagadał do mnie, jak wyszedłem od ciebie – odpowiedział spokojnie, nadal obejmując mnie.
- On ciebie? Tak sam z siebie zagadał? – spojrzałem na bruneta, jakby nagle przemienił się w ufoludka.
- Tak – uśmiechnął się. – Co się tak na mnie patrzysz?
- To do niego niepodobne… - pokręciłem głową.


[Uruha]

Nie no, teraz to ja miałem ochotę przywalić Rukiemu! A jak on do niego coś czuje? Znaczy Yuu do Taki? Szli tacy radośni, a ciemnowłosy obejmował blondyna… I jeszcze zrobił to przy mnie. No za co? Za co muszę tak cierpieć i to oglądać? Choć muszę przyznać, że zrobiło mi się miło, kiedy Shiro przywitał się ze mną, co znaczyło, że zapamiętał mnie. Może miałem jeszcze u niego jakieś szanse? Niemniej, żeby to zweryfikować, najpierw musiałem go lepiej poznać… i odciągnąć od Matsumoto…
- Uruha? – ktoś przerwał moje rozmyślania.
- Tak? – dopiero teraz zorientowałem się, że wszyscy gapią się na mnie tak, jakby kaktus wyrósł mi na czole. Ogarnąłem się i wróciłem na ziemię. – Co? – spojrzałem na moich znajomych z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Ty zadajesz się z… przeciętniakami? – zdziwił się Suga.
- No… Nie jest on taki przeciętny… W końcu postawił się Reicie! – elegancko wybrnąłem z patowej sytuacji. Pech chciał, że akurat w tym momencie obok nas przechodził Akira i spojrzał na mnie krzywo, ściągając brwi groźnie. Przełknąłem głośno ślinę, odprowadzając go wzrokiem.
- W sumie masz rację… - przytaknął niebieskowłosy.

***

Lekcje skończyły się. Matko, jak ja nienawidziłem poniedziałków! Jeszcze tak daleko do weekendu! Sapnąłem wściekle na myśl, że dodatkowo musiałem zostać godzinę dłużej, gdyż jędza od fizyki uparła się, że mam tragiczne oceny w porównaniu do tego, co było na początku i postanowiła pomóc mi w nauce zostając ze mną po godzinach. I tak nic mi to nie da! Nie mam czasu się uczyć, muszę dbać o reputację!
Wyszedłem ze szkoły i skierowałem się na parking za nią. Wygrzebałem kluczyki do mojego samochodu i otworzyłem go pilotem. Mimo iż nie miałem prawa jazy, nie przeszkadzało to moim rodzicom w kupieniu mi Mercedesa SLS w kabriolecie. Wsiadłem i jednym przyciskiem złożyłem dach, gdyż była piękna pogoda. Wyjeżdżałem już przez główną bramę, kiedy zauważyłem idących na piechotę Rukiego i Aoia. Rozejrzałem się czy nikogo wokół nie ma i zatrzymałem się.
- Hej – przywitałem się.
- Cześć – odpowiedział mi jedynie Shiroyama. W sumie to nie dziwię się, że Ruki mógł być na mnie zły. W końcu miał ku temu powody. – Popisujesz się swoim autkiem? – prychnął, uśmiechając się.
- Nie, chciałem was podwieźć, ale skoro nie chcecie - wzruszyłem ramionami i przejechałem jakieś dwadzieścia metrów, kiedy usłyszałem za sobą krzyk:
- Czekaj!
Posłusznie zatrzymałem się i poczekałem aż dojdą do mnie.
- Jak już się oferujesz to weź Rukiego; ma zwichniętą kostkę i kuleje – powiedział poważnie Yuu.
- Przestańcie, to był tylko taki głupi żart – zaśmiałem się nerwowo. – Obaj wsiadajcie – poleciłem.
- Ja się przejdę – zaoponował brunet. – Idę w zupełnie innym kierunku niż Ruki.
- Daj spokój, zawiozę cię – odpowiedziałem, uśmiechając się łagodnie.
Chłopcy popatrzyli się po sobie, po czym niechętnie skinęli głowami. Czyżby mi nie ufali? Dobra, jestem głupi bo zostawiam przyjaciół i opuszczałem się w nauce dla reputacji i sławy, ale nikogo nie zabiłem ani nie zgwałciłem i jak przyjdzie co do czego to można na mnie polegać; ludzie, ja nie gryzę!
Chociaż dla Yuu mógłbym zrobić wyjątek…
Ruki usadowił się z przodu, z czego nie byłem zadowolony, ale nie dałem tego po sobie poznać.
- A gdzie masz kule Taka-kun? – chciałem zacząć jakoś rozmowę, żeby nie było, że odzywam się jedynie do ciemnowłosego.
- W domu – mruknął, spoglądając gdzieś w bok.
- A czemu nie przy sobie? Łatwiej byłoby ci chodzić… - zauważyłem „błyskotliwie”.
- Ta, a Reicie fajnie by się nimi mnie okładało – burknął.
- Dobra, sorry nie chciałem cię jakoś urazić – przyjąłem obronną postawę.
- Skręć tutaj – polecił nadal naburmuszony blondyn i bez słowa wysiadł.
- Przyjdę do ciebie o ósmej – powiedział brunet, a Maleństwo momentalnie się rozpromieniło.
- Okej. Będę czekać – uśmiechnął się i odszedł w stronę swojego bloku.
Shiro przeskoczył na przednie siedzenie, co bardzo mi się spodobało.
- To gdzie mieszkasz? – zapytałem.
- Na obrzeżach – powiedział, zapinając pasy.
Ruszyłem i włączyłem się do ruchu. Cieszyłem się, że Yuu mieszka tak daleko, ponieważ dzięki temu mielićmy trochę czasu na pogawędkę i zapoznanie się. Modliłem się, żebyśmy trafili na korek, dlatego specjalnie pojechałem przez centrum.
- Codziennie drałujesz do Rukiego taki kawał, a potem idziecie do szkoły? – zapytałem.
- Tak – kiwnął głową. – W końcu ruch to zdrowie, nie? – zaśmiał się. – Czy jakoś tak…
- A co myślisz o Takanorim? – zainteresowałem się.
- Fajny chłopak, ale szkoda mi go… jest strasznie sponiewierany… przeszedł już dużo w życiu… - westchnął. - A ty? Co o nim myślisz? – spojrzał na mnie ciekawsko, a zarazem z jakąś rezerwą.
- Zgadzam się z tobą – przytaknąłem i na całe szczęście trafiłem na czerwone światło.
- Skoro myślisz, że jest w porządku, dlaczego go zostawiłeś? – zapytał poważnie. Przez chwilę nie odpowiadałem i wpatrywałem się w rejestrację półciężarówki, która stała przed nami.
- Bo jestem głupi… – odezwałem się w końcu.
Przez moment między nami panowała cisza zakłócana jedynie odgłosami miasta.
- Ej, nie mów tak – położył mi rękę na ramieniu, a mnie zalała fala gorąca. W tym właśnie momencie zdałem sobie sprawę, że nie wiedziałem nawet czy on lubi chłopaków?! Spanikowałem… - Nie chciałem ci robić jakiś wyrzutów sumienia czy coś…
- Taka jest prawda – westchnąłem i nacisnąłem sprzęgło, wrzucając jedynkę, kiedy w końcu ruszyliśmy te zaskakujące aż cztery metry! Miałem nadzieję, że nawet jeśli nie lubi chłopaków to polubi mnie… - Podziwiam cię. Szczerze, to chciałbym być taki jak ty…
- Żartujesz sobie? – zaśmiał się. – Ja mam więcej wad niż zalet!
- Podziwiam cię, ponieważ postawiłeś się Reicie w obronie Rukiego; za to, że nie obchodzi cię czyjeś zdanie, że podchodzisz do wszystkiego tak na luzie, że… stawiasz ultimatum: albo towarzystwo dopasuje się do ciebie, albo ty zmieniasz to towarzystwo; nigdy odwrotnie. Też bym tak chciał… ale nie potrafię… - skrzywiłem się.
- To zmień towarzystwo. Na początku stopniowo. Zadawaj się z ludźmi, którzy cię interesują, których lubisz, a nie z tymi, z którymi ktoś ci każe się zadawać – wzruszył ramionami.
Dla niego to było takie proste…
- Czyli mam się zadawać z tobą? – uśmiechnąłem się, spoglądając na niego.
- Jeżeli ci odpowiadam – odwzajemnił gest.
- Bardzo… - mruknąłem, zaraz łapiąc się na tym, że powiedziałem to na głos, jednak na tyle cicho, że brunet tego nie usłyszał. – W takim razie, kiedy moglibyśmy się spotkać? – wypaliłem prosto z mostu.
- Kiedy chcesz… - odparł lekko. – Ale co z twoimi kumplami? Nie będą ci truć, że zadajesz się z tym „zwykłym”? – zmartwił się.
- Nie, ty nie jesteś ten „zwykły” – zaśmiałem się. - Poza tym, uczę się ignorować tych „kumpli”, nie? – uśmiechnąłem się szeroko.
- Też racja – Yuu wyszczerzył się. – To jak? Kiedy by ci odpowiadało?
- Może w piątek? Zaraz po lekcjach?
- Spoko. O której kończysz zajęcia?
- O po piętnastej, a ty?
- Wpół do pierwszej.
- Em… To może w jakiś inny dzień, kiedy mamy tyle samo lekcji? – speszyłem się trochę.
- Spokojnie – jego ręka wylądowała na moim kolanie, przez co przez przypadek nacisnąłem gaz i szarpnęło samochodem. Aoi zabrał rękę, a ja zacząłem karcić się w myślach. – Mogę na ciebie poczekać – zaproponował.
- Nie chcę robić ci kłopotu…
- To żaden kłopot – przerwał mi i uśmiechnął się.
- Heh… Dzięki – spojrzałem na niego. – No i mogę cię podwozić od czasu do czasu… Znaczy wiesz… Nie zawsze mam taki luz. Czasem mam zawalony cały samochód tymi „kumplami” – westchnąłem.
- Jasne, rozumiem – przytaknął. – Zatrzymaj się tutaj.  Dzięki – wysiadł z auta.- To, co? Do następnej podwózki albo do piątku – zaśmiał się.
- Albo do korytarza – wyszczerzyłem się.
- Właśnie. W szkole jeszcze będziemy się widywać – nachylił się i pocałował mnie w policzek. – W takim razie do jutra! – odwrócił się i pomachał mi.
- Do jutra… - powiedziałem cicho.

Nie mogłem uwierzyć w to, że mnie pocałował… Znaczy… Lubił chłopaków! Wciąż miałem szansę! Z takimi oto pogodnymi myślami dojechałem do domu i nawet ochrzan od kobiety w roli podobnej do guwernerki, która mnie wychowywała, z racji tego, że moich rodziców wiecznie nie było w domu, nie zepsuł mi dobrego humoru.