"Książę z bajki" cz.10

„Książę z bajki” cz.9

Kopnięcie.
Lewy prosty.
Prawy od dołu.
Uskok.
Nie ma ludzi „bez serca”. W jakimś stopniu wszyscy o coś dbamy i wszystkim nam na czymś zależy. Wydaje się to być rzeczą oczywistą, ale kierowani przez emocje ludzie często zapominają o oczywistych rzeczach. Z tej racji w pewnym momencie mojego życia mnie również został przypisany podobny przydomek, mimo iż nawet nie wiedziałem, dlaczego tak się stało ani kto tak właściwie to zrobił.
Lewy prosty.
Jeszcze raz.
Prawy z góry.
Czasem wydaje mi się, że ludzie nazywani w podobny sposób cierpią jeszcze bardziej niż wszyscy inni. No bo jednak coś musi być na rzeczy, skoro nie okazywali swoich uczuć i emocji tak jak cała reszta świata, prawda? Niestety, zamiast pomocy czy zainteresowania zostawali zarzuceni gradem obelg i bolesnych słów, które tylko jeszcze bardziej odwodziły ich od pomysłu zakładającego otworzenie się przed jakąkolwiek osobą postronną.
Tak było ze mną.
Kolano.
Prawy prosty.
Lewy od dołu.
Wszyscy dzielimy te same uczucia i emocje. Wszyscy czujemy radość, smutek, złość… Dlaczego więc ludzie postrzegali mnie jako osobę „bez serca” tylko ze względu na to, że mnie częściej przychodziło zmierzyć się z tymi dwoma ostatnimi uczuciami? Czy to była moja wina? Albo przynajmniej tylko i wyłącznie moja wina? Nie bardzo wiedziałem, jak cały ten system działał, ale nawet nowopoznane osoby zaledwie po kilku spojrzeniach potrafiły z kretesem stwierdzić, iż bliżej mi było do bestii niżby człowieka. Bliżej mi do potwora – do rodzaju nijakiego niżby jakiegokolwiek innego.
A to bolało.
Niestety, tylko w bajkach bestia mogła znaleźć sobie piękną księżniczkę i na końcu zamienić się w urodziwego księcia. W prawdziwym życiu potwór był szczuty przez ludzi aż oddalał się od ich siedliska, zaszywał się w najodleglejszej części lasu i wsłuchiwał się w straszne opowieści o samym diable mieszkającym w owym lesie, którymi matki i babki straszyły dzieci, podczas gdy on tylko siedział. Siedział i nic nie robił. Może czasem zdarzyło mu się westchnąć. Albo poczuć smutnym. Lub samotnym.
Następne kopnięcie wyprowadziło z równowagi sapiącego jak parowóz młodzika, który nosił dumny tytuł „asystenta trenera”. Chłopaczek odrzucił od siebie ochraniacz, w który uderzałem już od dłuższego czasu i z trudem wywindował się do pozycji siedzącej. Wyciągnąłem do niego rękę w geście pomocy, jednak ten tylko wyniośle uniósł głowę i sam dźwignął się na rozchwiane, drżące nogi.
Ale koniec końców i tak wyjdzie, że to ja jestem ten zły i niedobry, nie? Bo przecież dałem chłopakowi wycisk, za dużo od niego wymagałem, a to przecież dopiero stażysta… O tym, że wyciągnąłem do niego pomocną dłoń to już nikt nie będzie pamiętał, a nawet jeśli, to nikt nie raczy o tym wspomnieć, nie? W końcu nikt nie liczy zalet bestii. W tym wypadku wszyscy potrafią dostrzec tylko i wyłącznie wady.
Wywróciłem oczyma i ściągnąłem rękawiczki, które chroniły moje dłonie przed otarciami. Gestem ręki odprawiłem asystenta trenera i odrzuciłem ochraniacz na swoje miejsce. Rozejrzałem się po sali w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zwrócić moją uwagę. Co by tu jeszcze zrobić?... To wszystko jeszcze wciąż za mało. Może sztanga?
Jakoś podczas edukacji w szkole średniej odkryłem, że sport był niezłym sposobem na wyładowanie złości. Od tamtej pory stałem się regularnym bywalcem siłowni. Może to kogoś zdziwi, ale nawet kiedy boksowałem worek lub ćwiczyłem z trenerem, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyobrazić sobie, jakobym po prostu uderzał kogoś, kto mnie zdenerwował, kogo nie lubiłem… Nie tak to działało. Przynajmniej w moim wypadku. Ćwiczenia wymagały skupienia, a więc pozwalały oderwać się od nieprzyjemnych myśli. Ból fizyczny uwalniał od bólu psychicznego. Zmęczenie po treningu nie pozwalało na roztrząsanie przeszłości i pieklenie się w nieskończoność. Wyrzut endorfiny towarzyszący świadomości, iż podczas danej sesji udało mi się zrobić więcej i szybciej, odwracał uwagę od problemów dnia codziennego.
W ostatnim czasie musiałem przyznać, że nieco się opuściłem, gdyż ze względu na koczującą w moim mieszkaniu matkę byłem niejako uziemiony – zupełnie tak jakbym wrócił do lat nastoletnich, kiedy otrzymywałem szlabany. Teraz jednak zrehabilitowałem się i w końcu wróciłem na siłownię, co obecnie mogłem nazwać wręcz zbawczą decyzją, nawet jeśli rwanie w plecach podczas wykonywania martwego ciągu było praktycznie nie do zniesienia.
Położyłem się na drewnianym parkiecie, wlepiając ślepe spojrzenie w podwieszany sufit. Ostatni raz wypchnąłem sztangę biodrami i opadłem z głuchym hukiem na podłogę. Dyszałem ciężko, próbując uregulować oddech. Tak, czasem dobrze było o niczym nie myśleć…

***

- Ile ty jesz! – wykrzyknął oburzony Daichi. – Czy ty masz czarną dziurę zamiast żołądka? – prychnął rozgniewany. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. – Przy takiej ilości kalorii powinieneś przypominać zawodnika sumo! – wycelował we mnie oskarżycielsko palcem.
Ano tak, gitarzysta nigdy nie był przesadnym zwolennikiem wysiłku fizycznego, dlatego też od dłuższego już czasu liczył kalorie i odmawiał sobie wielu rzeczy, podczas gdy ja najzwyczajniej w świecie obżerałem się na jego oczach. No jak ja mogłem być tak okrutny? A pomyślał ktoś może o tym, że po prostu byłem głodny po treningu? Nie, bo po co? Przecież Dai i jego dieta opierająca się na listku sałaty i dwóch plasterkach ogórka dziennie była ważniejsza. Bo przecież on należał do tej uprzywilejowanej grupy ludzi „akceptowalnych”, podczas gdy ja zdecydowanie byłem „bestią”. Bezmózgą kreaturą, której teraz akurat włączył się tryb odkurzacza. Biedny muzyk musiał na to wszystko patrzeć i się denerwować. Skoro już chciałem się tak karygodnie obżerać, to przynajmniej powinienem się gdzież tym schować, prawda?
Powołuję się na miłość do moich dwóch kotów, więcej nie idę z nimi na obiad…
- Serio, Hiro, może powinieneś zacząć zastanawiać się nad tym, co jesz – podsunął Cazqui. – Wiesz, póki jesteś młody i masz jeszcze szybki metabolizm, to wszystko jest w porządku, ale potem będzie już tylko gorzej…
Oho, zaczyna się! Najpierw radzenie, a potem czarnowidztwo! Cholera, jak ja kocham ten świat i ludzi… A niby to ja tu jestem tym negatywnym bohaterem, nie?
- Rozważę to – mruknąłem, sięgając po napój.
Odłożyłem pałeczki, jednocześnie tłumiąc ziewnięcie. Po sytym posiłku zachciało mi się spać. Chłopcy dyskutowali o czymś zawzięcie, Daichi wciąż prawił mi jakieś wytyczne odnośnie mojej diety, a ja sobie z tego nic nie robiłem. Zastanawiałem się czy gdybym się uparł, to udałoby mi się zrobić jeszcze jedną serię pompek…
- Jesteś bez serca! – fuknął rozsierdzony gitarzysta.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – zaśmiałem się gardłowo.
Z jakiej racji on mógł powiedzieć, że ja jestem bez serca i nikt nie zwrócił mu przy tym najmniejszej uwagi? Gdybym ja porwał się na coś podobnego w rewanżu, nie zdziwiłbym się, gdyby Dai rozpłakałby się, a reszta zespołu w ramach kary postanowiłaby przerobić mnie na mielone. Bo w sumie dlaczego nie, prawda? Coraz częściej łapałem się na myśleniu, że tym światem rządziło mnóstwo zasad, których nie pojmowałem. Najbardziej jednak dręczył mnie fakt, iż nie każda z owych reguł działała w dwie strony, przez co czasem zdarzało mi się łamać dobry ton i wychodzić na bydlaka. Co dziwne jednak, z czasem, im starszy się stawałem, zamiast pojmować coraz więcej, ja rozumiałem z tego wszystkiego coraz mniej. Czasami wydawało mi się, że nie pasuję do otaczającej mnie rzeczywistości tak bardzo, że to aż ciężko opisać. Wyróżniałem się jak skarpetki pośród masy wspaniałych, bożonarodzeniowych i noworocznych prezentów. Sam mój widok rozczarowywał i sprawiał, że ludzie krzywili się. Może to właśnie dlatego traktowali mnie w taki, a nie inny sposób…? Ale czy to moja wina, że przyszło mi być zwykłą parą skarpet zamiast nowym laptopem czy biletem na dwutygodniowe, opłacone z góry wakacje na Karaibach? Serio, gdybym tylko mógł, to bym się zmienił… gdybym tylko wiedział jak…
Niemniej, nie da się ukryć, że nie znajdywałem się w jakiejś naprawdę podbramkowej sytuacji. Jakby nie patrzeć, dookoła mnie było mnóstwo osób, które borykały się z większymi problemami, które miały ciężej w życiu ode mnie. Przykładem takiej osoby mogłaby być choćby moja matka – wdowa z dwójką synów, którym robiła za oboje rodziców. Jakby tego mało, przynajmniej jeden z jej synów (tak, o mnie chodzi) wyrósł na godnego pożałowania dupka, za co, rzecz jasna, moja rodzicielka srogo się obwiniała. W jej własnym mniemaniu poniosła klęskę wychowawczą. To głównie z tego powodu zdecydowała się przyjechać do Tokio po telefonie od Cazquiego. Drugi syn, mój brat, może już był nieco lepszym materiałem, który także bardziej przypominał istotę ludzką, jednak z kolei jego żona była totalną porażką. Matka nie znosiła swojej synowej i z wielką chęcią z pewnością by ją zamordowała, gdyby tylko mogła… a ja w sumie z chęcią pomógłbym jej w tym zadaniu…
No, ale nie rozwodząc się dłużej nad problemem mojej rodziny samym w sobie oraz przechodząc do sedna, chciałem powiedzieć tylko, że nie miałem znowu aż tak źle. Właściwie to prowadziłem życie, jakiego wielu z pewnością mogłoby mi pozazdrościć. Niestety, moim głównym problemem był fakt, iż byłem pesymistą, który nie potrafił przejść obojętnie wobec żadnego problemu. Problemy pojawiają się na drodze każdego człowieka i nie ma w tym nic dziwnego. Jest pewien typ ludzi, którzy mają w sobie tą siłę, żeby być ponad to, co ich boli. Ja byłem ich zupełnym przeciwieństwem. Jakby na przekór sam sobie drapałem i dłubałem w każdym, nawet najmniejszym zadrapaniu, nie pozwalając zagoić się ranom powstałym po ciosach życia. W ten oto sposób zamiast z niewielkim skrzepem musiałem borykać się z niechcącą zabliźnić się, ropiejącą raną. Na własne życzenie. Od po prostu taki byłem. Czy to się nazywa masochizm?
A może zwyczajnie słabość, co?...
W takich chwilach zdawało mi się, że niechęć, która biła do mnie od innych nie była znowu taka nieuzasadniona. Może nie byłem święty, ale nie byłem też najgorszym sukinsynem na świece – niestety, zwyczajnie byłem słaby. Czy było to aż tak łatwe do zauważenia i to właśnie z tego powodu ludzie byli tak dla mnie nieprzychylni? A jeśli tak, to jak to zmienić? Siłę fizyczną można nabyć przez bywanie na siłowni. Ale jak zdobyć tę psychiczną? Są na to jakieś ćwiczenia? Zajęcia grupowe czy magiczne przyrządy? Może powinienem zacząć oglądać telezakupy, żeby się o tym przekonać…
- Hiro – odezwał się Masa, wyrywając mnie tym samym z letargu – napój… - mruknął, a ja dopiero zorientowałem się, że szklanka, która cały czas trzymałem w ręku przechyliła się, przez co na podłodze powstała już sporych rozmiarów kałuża.
Ups…
Wiedziałem, żeby nie zamyślać się w miejscu publicznym…

***

Obudził mnie powiew zimnego powietrza. Rozejrzałem się zaspany w poszukiwaniu jego źródła, którym okazało się być uchylone okno. Chciałem podnieść się z kanapy, na której najwyraźniej zasnąłem, jednak lewa ręka, na której chciałem się podeprzeć była zdrętwiała do tego stopnia, iż nie mogłem nawet nią ruszyć. Chwilę potem zorientowałem się, że nie tylko była ona zdrętwiała, ale właściwie to została unieruchomiona.
Na moim przedramieniu leżała Setsuko, która opatuliła się połami mojej rozpiętej bluzy niczym kocem. Wtuliła małą twarzyczkę w mój tors, owiewając moją skórę ciepłym oddechem oraz niemal muskając ją wciąż lepkimi, po najwidoczniej niedawno jedzonych słodyczach, ustami. Niewielkie piąstki zaciskały się na mojej koszulce. Jakoś dziwnie rozczulony wpatrywałem się w pogrążoną we śnie, rozanieloną dziewczynkę. Ta, dzieci chyba jednak nie były takie złe jak myślałem… W każdym razie z czasem powoli zaczynałem rozumieć tę chęć poświęcenia się dla drugiej osoby, którą zazwyczaj pałali rodzice do dzieci. To po prostu… naturalne, że chcesz chronić taką małą, drobną i niewinną istotkę…
Zamarłem w dość niewygodnej pozycji, żeby nie obudzić małej. Nie mogłem się jednak powstrzymać, żeby nie wyciągnąć drugiej, wolnej ręki i nie pogłaskać jej po głowie. Słysząc jej rytmiczny, głęboki oddech czułem się spokojny jak jeszcze nigdy wcześniej. Cała jej postawa zdradzała, że dziewczynka czuła się bezpiecznie w moim towarzystwie. Ta świadomość wywołała u mnie uśmiech na ustach.
Zacząłem analizować całą sytuację, w której się znaleźliśmy. Po obiedzie z zespołem rozbolała mnie głowa, dlatego postanowiłem na moment się położyć i przymknąć oczy… przy czym wyszło na to, że zasnąłem, tym samym bezczelnie obijając się w pracy. Setsuko musiała zakraść się do mnie po cichutku i wtulić we mnie, kiedy mocno już spałem. Ale co ona robiła w studiu? Daichi przyprowadził córkę do naszego miejsca pracy tylko raz, ten pamiętny raz, kiedy przedszkole na jego osiedlu było zamknięte, przez co przyszło mi wtedy bawić się w wujka po raz pierwszy. Nigdy wcześniej ani później jej nie przyprowadzał – głównie dlatego, że studio nagraniowe nie było odpowiednim miejscem dla dzieci, a poza tym mała przecież jako-tako nie miała tu prawa wstępu. Co to się stało, że ta mała, różowa księżniczka ponownie znalazła się w moich objęciach?
Nim zdążyłem chociażby zacząć zgadywać, wtem drzwi otworzyły się z hukiem. Wystraszony drgnąłem, a dziewczynka aż podskoczyła ze strachu, zaciskając spocone dłonie na moim podkoszulku jeszcze mocniej. Chwilę potem rozpłakała się rzewnie.
W progu drzwi stał Daichi w obstawie dwóch ochroniarzy budynku. Muzyk dyszał ciężko i miał zaróżowione policzki.
- Tu jest! – krzyknął, zupełnie nie zwracając uwagi na płacz przestraszonej latorośli. – Znalazłem ją!
- Czego się drzesz, idioto?! – warknąłem na niego, przygarniając do siebie dziecko. – Nie widzisz, co narobiłeś? – syknąłem.
- Setsuko! – krzyczał rozemocjonowany gitarzysta, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co do niego mówiłem. – Postawiłem całe studio do góry nogami, żeby cię znaleźć! Nie możesz tak uciekać! – zganił ją, na co ta rozpłakała się jeszcze głośniej. – Czy ty chcesz, żebym z twoją matką zawału dostał?!
- Ucisz się wreszcie! – potraktowałem go morderczym spojrzeniem. – Nie widzisz, że tylko pogarszasz sytuację? – fuknąłem, gładząc uspakajająco małą po włosach i plecach.  Wywindowałem się z nią do pozycji siedzącej, sadzając ją sobie na kolanach. Pozwoliłem, żeby dziewczynka wtuliła się w mój bark i moczyła moje ubranie krokodylimi łzami. – Teraz jesteś z siebie zadowolony? – prychnąłem.
- Nie udzielaj się – burknął. – Nie ty jesteś jej ojcem – wypomniał mi. – Poza tym, co ty sobie myślałeś? Siedziałeś tu nic nie robiąc, a mnie stąd mało nogami do przodu nie wywieźli! – lamentował.
- To było pilnować dziecka – „zauważyłem”. W Daim aż zagotowało się ze złości na te słowa.
- Kiedy ta zwiała! – wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. – Umówiłem się z jej matką, że ta przyjedzie po małą na parking pod studiem, żeby ją ode mnie odebrać, ale kiedy tylko rozpiąłem jej pasy, ta poszła w długą! – sapał ciężko z nerwów. – Wbiegła do budynku i nie mogłem jej znaleźć! Kazałem wszystkim jej szukać! Już myślałem, że stało się coś złego! – wyjaśnił.
Setsuko cały czas pochlipywała, wycierając łzy o moją koszulkę. Demonstracyjnie odwróciła głowę w drugą stronę, tak, żeby nie patrzeć na ojca.
- To prawda? – zapytałem spokojnie. Dziewczynka nie odpowiedziała tylko mocno zacisnęła oczy, krzywiąc się w płaczliwym grymasie. – Setsuko… - westchnąłem. – Napędziłaś tacie stracha – starałem się przemawiać łagodnie, żeby dodatkowo nie pogorszyć jej stanu. – Tata zaczął krzyczeć, bo się przestraszył, a nie dlatego, że jest zły – próbowałem ją jakoś uspokoić. Dziecko niepewnie rzuciło okiem na rodzica, który cały czas ściągał brwi w gniewnym wyrazie. Na ten widok z powrotem odwróciło spojrzenie. – Brawo, Daichi – warknąłem do chłopaka, który na mój przytyk jedynie przewrócił oczyma i założył ręce na piersi. – No już, nie płacz – odsunąłem ją nieco od siebie i otarłem łzy z jej pyzatych policzków. – Dlaczego uciekłaś od taty? – zapytałem.
- Bo… bo ja n-nie chcę… być z tatą!... – wydusiła z siebie z trudem, na co oczy gitarzysty rozszerzyły się w zdumieniu. – Ani z mamą! – dodała.
- Dlaczego? – dociekałem, sam będąc niemniej zdziwionym niż chłopak.
- Bo… oni… oni nie mają czasu! – wykrzyknęła. – I nie zajmują się mną! Cały czas pracują! A ja muszę oglądać bajki! – zawyła żałośnie. – A ja nie chcę! Chcę być z wujkiem! Wujek się ze mną bawi! – znów rozpłakała się na dobre, ukrywając twarz w moim torsie. W odpowiedzi bez słowa jedynie objąłem ją ciaśniej.

***

- Myślę, że musisz porozmawiać ze swoją byłą – wyraziłem swoją opinię. – Nie chcę za bardzo się wtrącać czy cię pouczać, ale wygląda na to, że małej mocno doskwiera fakt, iż nie jesteście już razem – zauważyłem, wskazując brodą na dziewczynkę, która znów zasnęła; tym razem wyczerpana po długim płaczu.
- Może masz rację… - westchnął muzyk. – Hiro… - zająknął się widocznie zmieszany. Oderwałem spojrzenie od trzylatki, przenosząc je na jej ojca.
- Hm? – mruknąłem przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i zakładając ręce na piersi.
- Właściwie… to jestem winny ci podziękowania… i przeprosiny – przyznał, drapiąc się po karku w nieporadnym geście. – Wiem, że sprawiłem ci dużo kłopotów z Setsuko, ale ona naprawdę się do ciebie przywiązała…
- Nawet jeśli zastanawiasz się, jak to w ogóle możliwe, bo mnie przecież nawet bakterie i wirusy się nie czepiają – prychnąłem, przerywając mu i przewracając oczyma.
Zaśmiałem się, choć jak zwykle w takich sytuacjach, nie było mi do śmiechu. Niby w jakiś sposób żartowałem sam z siebie, jednak każde podobne stwierdzenie padające z moich własnych ust było dla mnie niemalże tożsame ze smagnięciem bata. Sam zadawałem sobie rany, którym potem na domiar złego nie pozwalałem się zagoić…
Daichi nie zaśmiał się. Jemu również jakoś nie było do śmiechu. Nie puścił nawet tej uwagi mimo uszu tylko skarcił mnie spojrzeniem. Wbił we mnie morderczy wzrok, zupełnie tak jakbym obraził jego latorośl czy jego samego, a nie… siebie samego.
- Przestań – burknął. – Mówię poważnie – zagryzł wewnętrzną stronę policzka. – Przepraszam za wszelkie kłopoty i dziękuję za twoją pomoc – powiedział patrząc mi prosto w oczy. – Naprawdę bardzo mi pomogłeś – usilnie starał się utrzymać ze mną kontakt wzrokowy, co w pewnym stopniu było przejawem odwagi z jego strony.
- Nie masz, za co mi dziękować – machnąłem lekceważąco ręką. – Nic nie zrobiłem – wzruszyłem ramionami.
- No właśnie o to chodzi, że zrobiłeś – argumentował. – Setsuko nie chce zostawać z nikim innym niż z tobą. Mówi, że nie lubi Masy i Natsu, a Caza się boi… - mruknął nieco zmieszany. – Nawet prywatna opiekunka, którą opłacamy na spółę z moją byłą, jej nie odpowiada. Chętnie zostaje jedynie w przedszkolu i z tobą – wyznał. – Słuchaj… - niemal jęknął. – Wiem, że jestem upierdliwy jak wrzód na dupie i cały czas zawracam ci głowę, ale… ale chyba bez twojej pomocy się nie obędę – w końcu spuścił wzrok, uważnie lustrując czubki swoich butów. – Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem beznadziejnym ojcem… - próbowałem zaprzeczyć, jednak gitarzysta ubiegł mnie i nie pozwolił mi się wciąć. – Nie, Hiro, serio, wiem, jak jest… Cóż, nie jest tajemnicą, że po prostu wpadliśmy z moją dziewczyną. Oboje jesteśmy za młodzi na dzieci i nie znamy się na ich wychowywaniu – rozłożył bezradnie ręce. – Jakby tego było mało ja w końcu miałem dość, doprowadziłem do którejś z rzędu kłótni i wyszedłem z trzaskiem drzwi, zostawiając ją z dzieckiem samą. Jasne, zabieram raz na jakiś czas Setsuko, kupuję jej ubrania, zabawki… ale to nie do tego sprowadza się rola rodzica – pokręcił głową z dezaprobatą dla samego siebie. – Ani ja nie jestem dobrym ojcem, ani ona dobrą matką – westchnął. – Nie potrafimy stworzyć naszej córce rodzinnej atmosfery, w której czułaby się dobrze. Potrafimy jej tylko zapewnić dobra materialne, bo to jest prostsze zadanie – cmoknął z niezadowoleniem. – Ty tymczasem dajesz jej coś, czego my nie potrafimy. Ona po prostu do ciebie lgnie – uśmiechnął się delikatnie pod nosem. – Dajesz jej to ciepło i poczucie bezpieczeństwa, którego szuka każde dziecko… którego szukamy my wszyscy – dodał nieco ciszej. – Hiro, zrozum, ona ma dopiero trzy lata, a już ode mnie zwiewa! A co będzie, kiedy będzie miała trzynaście? Albo siedemnaście? Nie chcę stale przesiadywać na komisariacie, martwiąc się czy tym razem też przyprowadzą ją w jednym kawałku lub czy w ogóle ją znajdą… - na jego twarzy malował się ucisk żalu i troski.
- Myślę, że trochę przesadzasz – próbowałem przerwać jego samonakręcający się, depresyjny monolog. – Może trochę ci nie wyszło z tą dziewczyną, ale chyba jeszcze nie jest za późno, żeby spróbować odratować waszą relację, prawda? – uśmiechnąłem się lekko na zachętę. – Poza tym Setsuko to jeszcze małe dziecko. Ani wy nie zdążyliście go jeszcze skrzywdzić, ani jej przywiązanie do mnie o niczym nie świadczy – rozłożyłem ręce. – To, że przyszła do mnie nie oznacza, że cię nie kocha, że zrobiłeś coś źle albo że stawia mnie ponad tobą – próbowałem przemówić mu do rozsądku. – Ja jestem tylko „pseudo-wujkiem”, podczas gdy ty jesteś ojcem – wycelowałem w niego palcem. – Jestem tylko przypadkową osobą, która wmieszała się w jej niedługie życie. Pewnie zniknę z niego tak samo jak i się pojawiłem – wzruszyłem ramionami. – Ale ty zostaniesz. Myślę, że nawet ona to rozumie. Jakby nie patrzeć, ojciec w życiu córki zawsze jest mężczyzną stawianym na piedestale – szturchnąłem go w bok. – Nie musisz się obawiać. To jeszcze nie jest ten czas, w którym już ją tracisz – zaśmiałem się.
- Taa, potem znajdzie sobie chłopaka, męża i to on będzie na piedestale… - mruknął niezadowolony.
- Ale to wciąż odległa przyszłość – przypomniałem mu. – Poza tym ty jesteś pierwszym facetem, który pojawił się w jej życiu – zauważyłem. – Nie masz żadnych powodów do czucia się zdetronizowanym – parsknąłem.
- Do czasu – fuknął, choć nie umknęło mojej uwadze, iż brunet odzyskał już nieco humoru. – Ja już teraz muszę wysłuchiwać o waszym ślubie – westchnął. – Wiesz, jak ona potrafi to wszystko barwnie opisać? Aż czasami jak cię widzę to mam ci ochotę nawrzucać i najlepiej jeszcze przywalić – wyszczerzył się zaczepnie.
- Co? – wydusiłem z siebie zdziwiony.
- No, szykuj się – gitarzysta zaśmiał się. – Po hucznym weselu zamieszkasz w różowym zamku z tęczową fosą – przestrzegł, po czym parsknął śmiechem.
- Nie przyznawałem się do tego otwarcie, ale zawsze o tym marzyłem – odpowiedziałem, również się śmiejąc. – Widzisz, kobiety to jednak mają jakiś taki szósty zmysł czy coś w tym rodzaju… podświadomie wyczuwają, czego tak naprawdę pragniesz – pokręciłem głowa z niedowierzaniem.
- Chcesz powiedzieć, że między tobą a moją córką wywiązała się tak silna więź, że już niemal komunikujecie się telepatycznie? – spojrzał na mnie z ukosa.
- To się nazywa miłość, „tato” – parsknąłem i zaniosłem się śmiechem. Aż zgiąłem się w pół nie mogąc nabrać tchu, podczas gdy Dai znów miażdżył mnie spojrzeniem.
- Nie pozwalaj sobie za dużo… - warknął.

***

- Nieprawda! – oburzyła się dziewczynka wciąż lekko sepleniąc. – Wujek Hilo jest mój!
- Ale on nie może zostać twoim mężem, kiedy jest już wujkiem – argumentował Crena.
- Może! – kłóciła się zaciekle. – Wujek, powiedz mu coś! – jęknęła płaczliwie, wskazując palcem na bruneta.
- Weź się nie kłóć, co? – spojrzałem z politowaniem na Ketsuekiego, który irytował dziecko od samego rana.
- Ja jej tu wykładam podstawy, na których opiera się nasza rzeczywistość – burknął chłopak, zakładając ręce na piersi.
- Nieprawda! – Setsuko ponownie krzyknęła. – Nieprawda! Prawda, że to nieprawda, wujku Hilo? To nieprawda, co on mówi, prawda? – spojrzała na mnie wielkimi oczami.
- Prawda – mruknąłem, po czym sięgnąłem po swoją kawę, nie chcąc kontynuować tej rozmowy, która prowadziła do nikąd.
- A wiesz, że żeby się z kimś ożenić to trzeba tę osobę mocno kochać? – kontynuował początkujący muzyk, za co miałem ochotę złapać go za kark i walić jego głową raz za razem o blat stołu, dopóki głupi pomysł podpuszczania trzylatki nie wypadnie mu z tej pustej mózgownicy.
- Ale ja kocham wujka! – wykrzyknęła i uśmiechnęła się szeroko.
- A on ciebie?
- Wujek też mnie kocha! – dziewczynka aż stanęła nogami na krześle. – Prawda, wujku? Kochasz mnie, prawda? – uwiesiła mi się na szyi.
- Prawda, prawda – mruknąłem, delikatnie gładząc ją po plecach. – Setsuko – odezwałem się, nim Crena zdążył wyjechać z kolejnym, genialnym tekstem – masz tu pieniążek – wcisnąłem jej w dłoń monetę. – Idź do automatu i wybierz sobie coś słodkiego – poleciłem.
Może nie było to zbyt dydaktyczne zagranie, jednak chciałem chociażby na chwilę odseparować od siebie tę dwójkę. Ucieszona latorośl Daichiego zeskoczyła z krzesła z furkotem halek różowej sukienki i radośnie skierowała się skocznym krokiem do stojącej nieopodal maszyny ze słodkościami. Trzylatka była już mistrzynią w jej obsługiwaniu…
- Czy tobie jest gorzej? – warknąłem na bruneta. – Przecież to dopiero dziecko, a ty się z nią kłócisz o jakieś pierdoły! – spojrzałem na niego ostro. – Ponoć jesteś starszy, więc bądź też mądrzejszy – poleciłem. – Daj jej spokój. Przecież za tydzień i tak nie będzie wiele z tego pamiętała… - zauważyłem.
- Serio lubisz tego dzieciaka, co? – wokalista wyszczerzył się zaczepnie. – Bronisz jej jak na prawdziwego księcia przystało – zaśmiał się.
- Po prostu walczę z ludzką głupotą, której nie toleruję – skwitowałem kwaśno. Niezrażony chłopak nie zwrócił jednak zbytniej uwagi na tą pośrednią obelgę.
- Załatwić ci miecz, żebyś mógł występować w pełnym rynsztunku podczas walki? – zachichotał. – No chyba, że zamierzasz używać tego, którym zostałeś obdarzony naturalnie… – parsknął śmiechem.
- No bardzo śmieszne – przewróciłem oczyma. – Żarty rodem z podstawówki. Masz świetne poczucie humoru – rzuciłem sarkastycznie. – Ty się chyba nie czujesz dzisiaj najlepiej, co? – uniosłem jedną brew w nonszalanckim geście.
- W istocie, niekoniecznie – przyznał, odchylając się na krześle. – Szczerze powiedziawszy to jestem trochę zazdrosny – rozłożył ręce. – Do mnie taką jawną miłością nie pałasz jak do tej małej – uśmiechnął się półgębkiem. – Co więcej, gdybym to ja zaproponowałbym ci małżeństwo, to pewnie byś mnie wyśmiał – cały czas szczerzył się jak głupi, mając ze mnie niezły ubaw.
- Cóż, może dlatego, że nie jesteś trzyletnią dziewczynką? – westchnąłem cierpiętniczo.
- A więc gustujesz w dużo młodszych, tak? – parsknął.
- Przymknij się! – kopnąłem go pod stołem, na co muzyk syknął. – Wygadujesz jakieś idiotyzmy i jesteś przy tym obrzydliwy! Weź się opanuj! – skarciłem go.
- To zostań przynajmniej moim boyguardem, jeśli możesz okupować tylko jedno stanowisko księcia! – przyłożył grzbiet dłoni do czoła w teatralnym geście.
- Zaczynasz mi poważnie działaś na nerwy… - warknąłem ostrzegawczo.
- No już, nie denerwuj się! – uniósł ręce w obronnym geście. – Nie chciałem cię rozzłościć – zapewnił i nieco spuścił z tonu. – Niemniej, nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo opiekuńczy się stałeś względem tej małej – wyznał. W odpowiedzi spojrzałem na niego zdziwiony. – Naprawdę o nią dbasz. Ciężko tego nie zauważyć – Ketsueki uśmiechnął się ciepło. – Rozmawiałem na ten temat z Daichim… Aż dziw bierze, że mimo tego, iż sam raczej nie zaznałeś zbyt wiele domowego ciepła, co mogę wywnioskować chociażby z twoich obecnych relacji z matką, to sam z takim powodzeniem dajesz jej wszystko to, czego sam nie miałeś – sięgnął przez stół po moją dłoń. – Traktujesz ją jak prawdziwą, małą księżniczkę. Udajesz przy tym niewzruszonego i niezainteresowanego, bo taki już jest twój styl i maska, którą przywdziałeś, ale w gruncie rzeczy troszczysz się o nią jak o największy skarb. Dajesz jej tyle ciepła, że mała nawet w wieku trzech lat jest gotowa zwiać od własnych rodziców dla ciebie – zachichotał. – Hiro, jesteś naprawdę dobrą osobą… - powiedział z jakimś ciepłym błyskiem w oku.
Nie mogłem znaleźć słów, aby mu odpowiedzieć. Szczerze powiedziawszy to nawet nie myślałem o tym w ten sposób… Czy to było możliwe? Czy naprawdę chciałem otoczyć to dziecko ciepłem, którego sam nie zaznałem? Ale z drugiej strony, skąd niby mógłbym wiedzieć, jak to zrobić? Jak mógłbym dać jej coś, czego sam nigdy nie dostałem? Czy to nie trąci lekkim paradoksem? Chociaż, jakby nie patrzeć, mówimy przecież o ludzkich uczuciach… W tej kwestii prawa fizyki niekoniecznie zawsze mają zastosowanie.
Wtem obok mnie znów pojawiła się Setsuko. Dziewczynka odtrąciła dłoń bruneta, spoglądając na niego spod byka. Z trzaskiem położyła na blacie stołu miniaturową tabliczkę czekolady. Zręcznie otworzyła opakowanie i poczęstowała mnie. W odpowiedzi na pytanie czy Crena również może się poczęstować jedynie wystawiła mu język i wtuliła się w moje ramię, zagarniając słodkości dla naszej dwójki. Chłopak znów się naburmuszył, a zaborcza trzylatka ani myślała poluźnić uścisk małych kleszczy tuż nad moim łokciem, przez co miałem wrażenie, że po pewnym czasie krew przestała mi dopływać do lewego przedramienia. Zaśmiałem się, obserwując tę dwójkę. Byli naprawdę komiczni. Kiedy tak na nich spoglądałem czułem spokój i radość. Nieprzyjemne uczucie ucisku i ciężarku w klatce piersiowej wydawało się już być dawno zapomnianym, nic nieznaczącym wspomnieniem. Czułem się wręcz błogo.

Mogłoby już tak zostać na zawsze…

Oneshot "Karma - człowiek, którego bożek miłości ukochał bardziej niż innych" Karma (AvelCain) x Yuuki (Initial L [ex Lycaon])

Jestem zbyt zmęczona, żeby się dzisiaj rozpisywać. Wyspowiadam się przed następnym postem xD

Tytuł: „Karma – człowiek, którego bożek miłości ukochał bardziej niż innych”
Paring: Karma (AvelCain) x Yuuki (Initial L [ex Lycaon])
Typ: oneshot
Gatunek: obyczajowe, szkolne, komedia (?)
Beta: -
Ostrzeżenia: „makaronizowanie” w kwestii narracji

Głośny gwizd robotników naprawiających nawierzchnię chodnika doszedł moich uszu. Uch… czy to kiedyś się skończy? Czy naprawdę wszyscy robotnicy musieli zachowywać się jak ostatnie, zboczone chamy? A może tylko tacy pojawiali się na mojej drodze?... Albo ta kiecka faktycznie była trochę przy krótka…?
Materiał sukienki co chwila podjeżdżał do góry przy każdym moim większym kroku, podniesieniu wyżej nogi, aby pokonać krawężnik lub po prostu za sprawą torby szkolnej, która bujała mi się na ramieniu i przez którą co chwila było widać mi tyłek. Albo przynajmniej takie było moje wrażenie… Z moich ust wydostało się ciężkie westchnięcie towarzyszące cichemu przeklinaniu tego dnia. Serio, że też do tego wszystkiego doszło…
„Mam jeszcze dużo do zrobienia…” – przeszło mi przez myśl. – „Muszę odrobić prace domowe, przygotować się na jutrzejszy dzień, zrobić kolację, nakarmić kota, wstawić pranie, wypisać lewe zwolnienie z wychowania fizycznego… Ech, i pewnie jeszcze dużo więcej…” – moje usta skrzywiły się właściwie mimowolnie na wydźwięk mojego wyimaginowanego głosu w głowie. – „Ale nie… po co zajmować się obowiązkami i rzeczami ważnymi? Lepiej wszystko to olać i iść na grupową randkę (w Japonii jest to dość popularne. Nastolatki po prostu spotykają się w mieszanym towarzystwie [damsko-męskim] i zapoznają się, próbując znaleźć dla siebie drugą połówkę od aut.). A co! W dodatku w takim stroju! A wszystko to przez Ichiro, który mnie w to wrobił!” – mój wewnętrzny monolog zakończył się wraz z dotarciem przeze mnie do celu. Za mną rozległ się jeszcze klakson samochodowy. Kierowca mijającego mnie samochodu gapił się na mnie obleśnie.
Cholera…

Karma siedział znudzony na kanapie i bez zainteresowania wpatrywał się w swój napój ze słomką. Dziewczyny jak zwykle zwracały uwagę tylko na niego, jednak on nie robił sobie z tego wiele. Zbywał je półsłówkami lub głębokimi pomrukami, które w gruncie rzeczy nie oznaczały nic. Całą swoją postawą pokazywał, jak bardzo nie chciał tu być. Tym razem jednak nie miała to być zwyczajna, grupowa randka. Planowałem dla niego coś innego. W pewien sposób chciałem się na nim odegrać za to, że wzbudzał takie zainteresowanie u płci przeciwnej, przez co żaden inny chłopak z naszej grupy nie mógł sobie znaleźć dziewczyny. Wszystkie trajkotały jak najęte i przylepiały się do bruneta jak do lepu na muchy. Irytowało mnie to. Byłem zazdrosny. Oczywiście nie mogłem być na niego zły za mój brak powodzenia u dziewczyn, ale dzisiaj po prostu chciałem dać mu wyzwanie i odgryźć się w jednym. Dzisiaj chciałem mu przedstawić kogoś, kogo z pewnością nie zaczaruje swoim urokiem osobistym… którego, swoją drogą, ja nie dostrzegałem… Karma był mrukiem i nie rozumiałem, co widzą w nim te wszystkie, zafascynowane nim dziewczyny… cóż, może nie rozumiałem tego, bo sam byłem chłopakiem. Zdawało się, że on też tego nie rozumiał. I raczej nie starał się tego zmienić. W ogóle się nie starał. Był znudzony. Znudzony tym, że dziewczyny na niego leciały, mimo iż ten nawet nie kiwnął palcem. Dziś miało być jednak inaczej. Chciałem skonfrontować go z osobą, która z pewnością się nim nie zainteresuje. Chciałem, żeby choć raz teraz to on o kogoś zabiegał, żeby przekonał się, jak to jest być „zwyczajnym” chłopakiem – a więc kiedy biegasz za swoją wybranką, która nie daje ci w ogóle szans – a nie Karmą, człowiekiem, którego bożek miłości z jakiś względów ukochał bardziej niż innych. Chciałem mieć z niego ubaw, widząc, jak na próżno wypruwa sobie żyły.
Taak, w zasadzie to byłem złym człowiekiem…
- Długo jeszcze? – burknął brunet.
- Jeszcze nie przyszła dziewczyna, z którą chciałem cię dzisiaj zapoznać – oświadczyłem.
- Spóźnia się – skwitował. – Nie lubię osób, które się spóźniają. Wiesz o tym, Ichiro.
- Nie spóźnia się. To my przyszliśmy zbyt szybko – zaoponowałem. Chłopak tylko prychnął.
Wtem drzwi otworzyły się, a w nich stanęła urocza blondynka w kusej sukience – tej, którą sam wybrałem na tę okazję. Na ramieniu wciąż miała szkolną torbę, co wskazywało na to, iż przyszła tu zaraz po zajęciach i zapewne zmuszona była do przebierania się z mundurka w wyzywający strój w szkolnej toalecie lub tej publicznej w metrze. Wyglądała na zawstydzoną. Jej policzki były lekko różowe, mimo iż przecież spotkanie nawet jeszcze się nie zaczęło.
Była naprawdę śliczna. Szczupła, dobrze ubrana… za moją sprawą, ale już nawet mniejsza o to. Sukienka eksponowała jej zgrabne nogi. Włosy sięgające ramion zostały ładnie upięte w niskiego koka na karku. Poprawiła ubranie w nerwowym geście. Chyba nie czuła się zbyt pewnie ani zbyt komfortowo. Na pierwszy rzut oka można było już stwierdzić, że nie była przyzwyczajona do takich, powiedzmy sobie szczerze, nieco przykrótkich strojów. Wszystkie spojrzenia zatrzymały się na niej. Dziewczyny z miejsca spochmurniały, trafnie oceniając, że nie mogły równać się z jej urodą. Wyczuwały zagrożenie. Chłopcy z kolei wyszczerzyli się na jej widok. Nawet Karma zwrócił na nią uwagę. A to był dobry znak. Bardzo dobry.
Blondynka posłała mi krzywe, jakby urażone spojrzenie. Oprócz mnie nie znała tutaj nikogo. Zapewne tak jak i brunet chciała jak najszybciej wrócić do domu. Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem jej na to pozwolić. Na przekór jej niepewnej minie, uśmiechnąłem się szeroko, przywołując ją do siebie gestem dłoni.
- To właśnie Yuuki, którą chciałem ci przedstawić – odezwałem się do chłopaka siedzącego obok. – Yuuki, to jest Karma. Karma to Yuuki – zapoznałem ich ze sobą pobieżnie.
Dziewczyna niechętnie wyciągnęła dłoń do mojego znajomego, którą on zamiast standardowo uścisnąć, ucałował. Yuuki spłoszyła się i wyrwała dłoń z jego uścisku, momentalnie rumieniąc się. Zaśmiałem się na tę scenkę.
- Nie bądź taka wstydliwa, Yuuki – parsknąłem. – Proszę, usiądź – zwolniłem jej miejsce. – Porozmawiajcie w spokoju – ulotniłem się.
Karma wpatrywał się w nowoprzybyłą niczym w obrazek. Nie odrywał od niej spojrzenia. Nie umknęło to uwadze innych dziewczyn. Kiedy ich bożyszcze było zainteresowane kimś innym, siadły w ciasnej grupie obrażone, z rękami założonymi na piersiach. To był wręcz idealny moment na wkroczenie do akcji. Pozostali chłopcy również zwietrzyli okazję do działania. Z miejsca przysiedli się do dziewczyn i zaczęli je pocieszać, wmawiając im, że nie warto przejmować się brunetem. W końcu udało im się zyskać jakąś uwagę płci przeciwnej. Grając dobrego księcia-pocieszyciela zwiększali swoje szanse na znalezienie sobie dziewczyny. W tym czasie Karma próbował zbliżyć się do Yuuki, jednak ta uparcie od niego uciekała i z czasem jedynie rumieniła się coraz mocniej. Mój plan działał wręcz idealnie na obu frontach. Ja i moi koledzy w końcu mogliśmy zająć się podrywaniem dziewczyn, gdyż te dostrzegły naszą obecność. Przestały wpatrywać się w bruneta maślanymi oczami. Ten z kolei w końcu się kimś zainteresował – kimś, kto dla odmiany nie bardzo chciał się z nim bratać. Miał nauczkę… właściwie chyba za swoje szczęście w miłości, za co winić go jednak nie można było, ale i tak miał nauczkę. Pozwoliłem sobie zażartować z niego i nieco zabawić się jego kosztem. Wykorzystywałem też przy tym nieco Yuukiego, który miał dług do spłacenia względem mnie, ale cóż… w końcu cel uświęca środki, nie? Poza tym wizja wygranej była naprawdę kusząca i obiecująca. A ja serio chciałem w końcu znaleźć sobie dziewczynę, a nie tylko oglądać jak wszystkie przedstawicielki płci pięknej wzdychają do Karmy. Irytowało mnie to już od dłuższego czasu.
Tak też ostatecznie upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu. Byłem genialny! Po prostu genialny!

- Musimy to koniecznie powtórzyć! – wykrzyknął rozradowany Ichiro, odprowadzając mnie do domu. Stwierdził, że w tej kiecce wyglądałem naprawdę ponętnie, przez co mogłem mieć pewne nieprzyjemności z racji późnej godziny… - Przyjdziesz też na następne spotkanie, prawda? – zapytał z nadzieją.
- Co?! – wrzasnąłem. – Chyba cię pogięło! – prychnąłem wściekły. – Kazałeś mi udawać dziewczynę, założyć sukienkę i dać się podrywać jednemu z twoich znajomych! A teraz jeszcze masz czelność wymagać ode mnie, żebym to powtórzył?! – trzasnąłem go w ramię torbą z książkami. – Nie ma mowy! Ja będę miał po tym jakąś traumę! – zawołałem zrozpaczony i zażenowany do granic możliwości.
- No weź! – jęknął. – Dzisiaj już prawie udało mi się umówić z Yuko na randkę tylko we dwoje! – spojrzał na mnie błagalnie. – Tylko jeszcze jeden raz! Proszę, Yuuki, zgódź się! – zaczął się płaszczyć.
- Prędzej umrę w męczarniach… - syknąłem. Ichiro był moim wieloletnim, sprawdzonym, choć nieco niecodziennym przyjacielem. W przeszłości jednak zaciągnąłem u niego spory dług wdzięczności, dlatego teraz musiałem tak cierpieć… - Nie możesz po prostu nie zapraszać tego całego Karmy na te randki grupowe? Wtedy twój problem rozwiązałby się sam, bez mojego zbędnego poniżenia – wytknąłem mu.
- Ale dziewczyny chcą się spotykać tylko jak on jest! – chłopak wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. – Interesują się tylko nim… - spochmurniał. – Ale teraz było inaczej! Kiedy poświęcił ci całą swoją uwagę, dziewczyny w końcu zaczęły ze mną rozmawiać! – na powrót odzyskał dobry humor.
- No właśnie, i w tym jest problem – warknąłem. – On się mną interesował! – sapnąłem ciężko. – Nie chcę robić mu nadziei, a potem musieć mu tłumaczyć, że jestem facetem… - speszyłem się.
Kiedy próbowałem wyobrazić sobie tę sytuację, czułem się bardzo niezręcznie. Chyba spłonąłbym ze wstydu, gdyby do czegoś podobnego doszło.
- Tylko jeszcze jeden raz! – jęknął Ichiro.
- Nie ma mowy! – nie zamierzałem się zgodzić. – I tak już wystarczająco mnie upokorzyłeś! – zirytowałem się. – Poza tym, jeśli komukolwiek o tym kiedykolwiek powiesz, to nogi z dupy powyrywam! – wycelowałem w niego oskarżycielsko palcem. – W ogóle nie powinienem się na to zgadzać! Czemu ja to dla ciebie zrobiłem?! – zacząłem głośno myśleć.
- Bo jesteśmy przyjaciółmi – zastąpił mi drogę i złapał mnie za ramiona, spoglądając mi prosto w oczy. – Yuuki, proszę cię… Naprawdę mi na tym zależy – spojrzał na mnie przeraźliwie poważnie.
Cholera, chyba teraz już wiedziałem, dlaczego poprzednio zgodziłem się na coś tak absurdalnego… Zawsze ulegałem Ichiro, kiedy spoglądał na mnie w ten sposób. Na ogół był kompletnie zwariowany, więc jeśli nagle tak drastycznie się zmieniał, mogłem zrozumieć, że naprawdę mu na czymś zależało…
- Wystawiasz naszą przyjaźń na bardzo trudną próbę – burknąłem. – Skąd wiesz, że po czymś takim będę chciał cię jeszcze kiedykolwiek widzieć? – fuknąłem śmiertelnie obrażony.
- Bo mnie kochasz – uśmiechnął się. – A ja ciebie – dodał. – Jak brata – sprostował, widząc moją niepewność malującą się na twarzy. – Poza tym nie będziesz musiał z niczego tłumaczyć się Karmie. Po prostu zmienisz ciuchy, zmyjesz makijaż i z seksownej laski Yuuki znów staniesz się zwykłym nastolatkiem-chłopakiem Yuuki – wzruszył ramionami. – Po następnym spotkaniu po prostu znikniesz z jego życia, a on nie będzie nawet wiedział, gdzie cię szukać. Nikt mu nie pomoże w jego poszukiwaniach, bo przecież ta urocza blondyneczka tak naprawdę nie istnieje, prawda? – jego uśmiech nabrał cwaniackiego wyrazu. – Ale o tym wiemy tylko my dwoje – poklepał mnie pokrzepiająco po plecach.
- Jesteś okropny – syknąłem. – Dla niego i dla mnie – skrzywiłem się.
- Więc jak będzie? – nie ustępował. Z obrażoną miną wyminąłem go, szukając kluczy w torbie.
- Zobaczymy… - burknąłem, przekręcając klucz w zamku.
Całe szczęście w mieszkaniu było ciemno, co oznaczało, że nikogo oprócz mnie jeszcze nie było. Dzięki temu rodzice nie musieli oglądać ich syna paradującego w sukience starszej córki. Poza tym mogłem też w spokoju przebrać się i oddać siostrzaną część garderoby prawowitej właścicielce bez wzbudzania podejrzeń. Mogłem także zbyć makijaż i wziąć długą, gorącą kąpiel, która miała zmyć ze mnie zmęczenie i poniżenie dzisiejszego dnia…

Wszystko znów szło jak po maśle. Karma siedział zauroczony Yuukim, a dziewczyny przestały zwracać uwagę na bruneta. W końcu dotarło do nich, że ten najprawdopodobniej zakochał się w naszej uroczej „blondyneczce”. Z tej racji każda z nich musiała znaleźć sobie inny obiekt westchnień, gdyż w przeciwnym razie czekała je nieszczęśliwa, nieodwzajemniona miłość. A przecież nikt nie chciał, żeby takie ładne dziewczyny wypłakiwały sobie oczy przez takiego buca, prawda? No właśnie. Od tego, żeby je pocieszać, byłem tu ja.
Zgarniałem niemałe zainteresowanie. Cieszyłem się nim póki mogłem. W głębi duszy wciąż obawiałem się, że lada chwila sytuacja znów się odmieni i Karma wróci na swoje dawne „stanowisko” głównego punktu zainteresowań płci przeciwnej. Nie było ku temu żadnych podstaw, gdyż ten zdawał się nie widzieć świata poza Yuukim, ale cóż… wciąż się bałem.
W tym wszystkim szkoda mi było Yuukiego, bo kiedy ja zyskiwałem, to mój przyjaciel był tym poszkodowanym. Na jego twarzy jasno malowało się zażenowanie, kiedy brunet starał się utrzymać między nimi jak najmniejszą odległość, kiedy sięgał po jego dłoń, kładł rękę na kolanie… w skrócie mówiąc, ewidentnie się przystawiał. Możliwe, że blondyn był tym też w jakiś sposób zniesmaczony. W końcu, jakby nie patrzeć, przeze mnie przywalał się do niego drugi facet…
Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że mój genialny plan postawił nas w nieco dziwnej i mocno niezręcznej sytuacji. Miał on swoje plusy i minusy, ale był także mocno pokręcony. Wymusiłem na Yuukim, żeby przebrał się za dziewczynę, przez co postawiłem go niejako w niezbyt przyjemnej sytuacji. Ponad to przeze mnie zarywał do niego chłopak, który był święcie przekonany, że Yuuki był dziewczyną. Karma zarywał do chłopaka i nie był nawet tego świadom. W pewnym sensie wychodziło na to, że był homoseksualistą… albo przynajmniej zdradzał przejawy homoseksualizmu… nieświadomie, ale jednak. Niemniej, brunet wychodził na tym wszystkim na plus chociażby ze względu na to, że w końcu kimś się zainteresował. Nie siedział już skwaszony i burkliwy. Był szczęśliwy, zajęty i zainteresowany. Pobudziłem jego ludzkie odruchy, zasadzając w nim ziarenko uczucia do mojego przyjaciela… ziarenko, które w krótkim czasie musiałem zniszczyć. Bo przecież urocza Yuuki w istocie nie istniała. Była to tylko rola, w którą wcielał się Yuuki. Karma tak naprawdę zakochał się w jego grze aktorskiej i wyglądzie. Oszukałem go. Zdawałem sobie sprawę, że przez moje krętactwo będzie przez jakiś czas cierpiał po tajemniczym zniknięciu jego ulubienicy… Cóż, nie mogłem powiedzieć, jakobym był z tego dumny… No i na końcu pozostawałem ja. Łamiąc serca „fankom” bruneta zyskałem ich upragnione zainteresowanie. W końcu byłem popularny wśród płci przeciwnej. Byłem z tego powodu szczęśliwy, jednak moją radość tonizowała świadomość, że osiągnąłem swój cel podstępem okupionym poniżeniem mojego przyjaciela, oszukaniem Karmy i zranieniem uczuć dziewczyn, z którymi próbowałem się umówić. Koniec końców jednak wychodziło na to, że mój plan wcale nie był taki genialny, jak na początku myślałem…
Zrobiło mi się głupio. Chyba cel nie zawsze jednak uświęcał środki… Poza tym zdałem sobie sprawę, że to, co osiągnąłem nie było chyba warte poświęceń, na które się zdecydowałem… szczególnie, że owe poświęcenia dotyczyły innych osób niżby mnie. Westchnąłem ciężko, orientując się, że jednak niekoniecznie mogłem zostawić tę sprawę samą sobie, tak, jak to początkowo chciałem zrobić. Narobiłem bajzlu, więc teraz musiałem go posprzątać – a więc oznaczało to, że w gruncie rzeczy jednak musiałem wytłumaczyć to wszystko Karmie. Jakoś musiałem… pytanie tylko jak to zrobić?
- Ichiro – odezwała się Yuko, dziewczyna, którą interesowałem się od pewnego czasu. – Mam wolny piątkowy wieczór, gdybyś chciał się spotkać – uśmiechnęła się.
- J-jasne… - zająknąłem się, wyrwany z własnych rozmyślań. – Z przyjemnością – odpowiedziałem jej fałszywym uśmiechem.

Po ostatnim spotkaniu na grupowej randce nie widziałem już Yuuki ani razu. Byłem z tego powodu zawiedziony. Naprawdę ją polubiłem i chciałem, żeby coś z tego wyszło. Wypytywałem o nią Ichiro, ale ten uparcie twierdził, że nie miał już z nią kontaktu i nie wiedział, co się z nią stało ani gdzie mieszkała. Ponoć nie miał także jej numeru telefonu ani żadnych innych dróg, którymi mógłby się z nią skontaktować… Nie wierzyłem mu. Coś mi podpowiadało, że dziewczyna po prostu nie chciała się już więcej ze mną widzieć. Pewnie zabroniła mu dawać mi do siebie jakichkolwiek kontaktów. Byłem przez to jeszcze bardziej dobity. Może byłem zbyt nachalny?
Rozmyślając tak szedłem po korytarzu, kierując się w stronę wyjścia ze szkoły. Zamyślony nawet nie zauważyłem, że ktoś szedł z przeciwnej strony. Ocknąłem się dopiero w momencie, kiedy wpadłem na ową osobę.
- Och, przepraszam! – wydusił z siebie drobny chłopak, który nie zdołał utrzymać się na nogach i wylądował na podłodze.
- Nie, to ja przepraszam… - mruknąłem, podając mu rękę w geście pomocy. Przyjrzałem mu się.
Blond włosy sięgające ramion. Duże, migdałowe, brązowe oczy. Pełne usta. Drobny nos. Niski. Szczupłe, delikatne dłonie. Aż do złudzenia przypominał mi moją Yuuki… wyglądał jak jej brat bliźniak albo co…
- Wszystko w porządk…? - urwałem, kiedy chłopak nagle odskoczył ode mnie na dobre kilka metrów jak oparzony. Spojrzał na mnie ze strachem w oczach i pobladł. Zdziwiłem się na tę nagłą reakcję. – Spokojnie – uniosłem dłonie w obronnym geście. Schyliłem się i podniosłem z podłogi książki, które upuścił. – Zdaje się, że to twoje – wyciągnąłem jego własność w jego kierunku.
Blondyn szybko sięgnął po podręczniki i wręcz wyrwał mi je z dłoni. Mając już w garści książki, cofnął się o następne dwa kroki, zupełnie tak, jakby bał się, że coś mu zrobię. Przekrzywiłem głowę, przyglądając mu się ciekawsko.
- D-dziękuję… - mruknął cicho.
W normalnej sytuacji zapewne uznałbym go za dziwaka i przeszedł koło niego obojętnie, ale coś nie pozwalało mi zachować się tak jak normalnie. Z niezrozumiałych dla mnie powodów gapiłem się na niego z zainteresowaniem. Było w nim coś magnetycznego… znajomego?... czy o zgrozo, pociągającego?!...
Nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło. Na przekór postąpiłem w jego stronę kilka kroków. Chłopak zaczął się cofać, aż w końcu uderzył plecami o ścianę i nie miał już żadnej drogi ucieczki. Spoglądał na mnie spanikowany. Jego oddech przyspieszył, a policzki delikatnie zaróżowiły się.
- Jak masz na imię? – zapytałem.
Nie odpowiedział. Speszony, rumieniąc się obficie, odwrócił wzrok. Zagryzł wargi. Coś tu było nie halo…
Wtem moją uwagę zwrócił drobny, srebrny naszyjnik, który ukrywał pod koszulą mundurka. Podważyłem palcem łańcuszek i wysunąłem zawieszkę spod poły ubrania. Naszyjnik miał kształt mandali z misternymi zdobieniami w środku. Od razu go poznałem. Yuuki nosiła identyczny.
Moja Yuuki.
Która była dziewczyną.

Zawstydzony i zażenowany do granic możliwości siedziałem w mieszkaniu Karmy i miałem ochotę walić głową w stół. Nie przeszkadzało mi nawet to, że stał na nim kubek z zieloną herbatą. Właściwie to mógłbym się nią poparzyć. Wszystko, byleby tylko uciec stąd jak najszybciej i jak najdalej…
Zabiję Ichiro… Zabiję go, cholera!
Musiałem wyjaśnić całą sytuację brunetowi. Chłopak z początku nie chciał uwierzyć, ale ostatecznie chyba nie miał innego wyboru. Moja reakcja była  najlepszym potwierdzeniem mojej prawdomówności…
Spodziewałem się, że się wścieknie, że zacznie krzyczeć i koniec końców wyrzuci mnie za drzwi, zastrzegając, że nie chce mnie widzieć więcej na oczy. Domniemałem nawet, że kierowany złością mógł rozpowiedzieć całą tą historię w szkole, tym samym robiąc ze mnie pośmiewisko. Ten jednak siedział sztywno na krześle i zdawał się to wszystko analizować, przyglądając mi się uważnie.
- Przepraszam… - mruknąłem cicho po raz nie wiem już który.
- Co się stało, to już się nie odstanie – wzruszył ramionami w końcu. – Nic już nie da się z tym zrobić – pokręcił głową. Spojrzałem na niego z niezrozumieniem.
- Zrobić… z czym? – ściągnąłem brwi.
- Z tym, co do ciebie czuję – ponownie wzruszył ramionami. – Nieważne czy jesteś chłopakiem, czy dziewczyną. Dalej cię lubię – oświadczył rozbrajająco, na co ja jedynie zamrugałem kilkakrotnie w niedowierzaniu.
- Chwila… - wydusiłem z siebie z trudem. – Co proszę? – byłem niemal pewny, że musiałem się przesłyszeć albo przynajmniej nie zrozumiałem tego, co miał na myśli.
- Lubię cię – powtórzył i obszedł dookoła stół, nachylając się nade mną. – Naprawdę cię lubię – podkreślił i oparł się jedną ręką o blat stołu, a drugą położył na moim ramieniu. Uśmiechnął się delikatnie i musnął moje usta.
Właśnie pocałował mnie facet.
Mój pierwszy pocałunek należał do faceta.
FACETA!

- Więc… Yyy… Wy teraz… - dukałem nieskładnie, nie mogąc przyjąć do wiadomości tego, co właśnie oświadczyła mi dwójka siedząca przede mną.
- Jesteśmy parą – powtórzył Karma, na pokaz mocniej obejmując Yuukiego, który wtulił się w jego bok.
- Aha… - mruknąłem jedynie, gdyż nie wiedziałem, jak inaczej mógłbym zareagować na tę wiadomość. Byłem totalnie zszokowany. – W takim razie… szczęścia… życzę… - podrapałem się zafrasowany po karku.
- Dziękujemy – odparł brunet za ich dwójkę. – Ale na tym nie koniec – zaznaczył. – Nie przyszliśmy tutaj, żeby cię tylko o tym poinformować – uśmiechnął się diabolicznie, na co mnie aż przeszły dreszcze.
- To znaczy? – podniosłem jedną brew, spoglądając niepewnie na dwójkę cieszącą się nowym związkiem.
- Mamy dla ciebie prezent – odezwał się blondyn. Wygrzebał ze swojej torby niewielki skrawek papieru, który wyglądał jak wejściówka lub bilet. – Będziesz zajęty w piątkowy wieczór, więc lepiej się nie umawiaj – zaśmiał się okrutnie.
- Chwila, ale ja już mam randkę z Yuko! – zaoponowałem i obrzuciłem spojrzeniem zaproszenie. – Klub dla gejów…? – wydusiłem z siebie z niedowierzaniem. – No chyba sobie żartujecie… - byłem pewny, że pobladłem.
- Absolutnie nie – odezwał się Karma. Sięgnął po torbę, którą ze sobą przyniósł i wyjął z niej coś szeleszczącego… a dokładniej to plisowany strój francuskiej pokojówki! – A ponad to pójdziesz ubrany w to – wyszczerzył się szeroko. – Osobiście dopilnujemy, żebyś dotarł na miejsce na czas – zaznaczył.
- No co wy, chłopacy! – zakrzyknąłem przerażony wizją upokorzenia, jakie musiałem odebrać. – Nie zrobicie mi tego! – zamachałem rękami w powietrzu w akcie desperacji. – Mam randkę z Yuko! – oponowałem.
- Było z nami nie zadzierać! – parsknął Yuuki.

Jęknąłem żałośnie i załamany ukryłem twarz w dłoniach. Po minach chłopców mogłem być pewien, że ci nie odpuszczą. Byli zdeterminowani, żeby się na mnie odegrać. Przez rozczapierzone palce widziałem, jak brunet czule całuje w usta swojego nowego chłopaka.

Oneshot "Let me go to hell" (Ricko x Sena [Jiluka])

No robaczki, w końcu udało mi się przeprowadzić (choć wciąż brakuje mi paru znaczących mebli - jak na przykład szafy ^^''), więc wracam do życia... mniej więcej x''D Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że w końcu mam porządny intetnet, a więc powinnam nie mieć już problemów z publikowaniem... o ile oczywiście za sprawą dobrego dostępu do sieci nie stanę się leniwa i między kursem inżynierii, informatyki i 12 godzin ZEGAROWYCH matmy tygodniowo nie skończę jedynie na wieczornym oglądaniu "Naruto" x''p Życzcie mi, żeby tak się nie stało C'':
Wybaczcie mi tę przerwę w publikowaniu, ale serio, dałabym sobie rękę uciąć, że w zeszły wtorek już publikowałam tego shota >.< Najwyraźniej jedynie mi się to przyśniło ;_;

Pozwolę sobie jeszcze tylko napomknąć, że w ostatnim czasie wzięłam się za pisanie jakiś dramatów i niemal angstów, mimo iż wcale nie depresuję ani nic podobnego... nie wiem, skąd mi się to wzięło x.x

Dobra, bez dalszych wstępów: 

Tytuł: „Let me go to hell”
Paring: Sena x Ricko (Jiluka)
Typ: oneshoot
Gatunek: obyczajowe, dramat (?)
Beta: -

Ricko uparcie torturował własne usta, gryząc dolną wargę. Marszczył przy tym gniewnie brwi i nos, przez co wyglądał, jakby dopiero co zjadł coś naprawdę paskudnego. Wątpiłem jednak, żeby ten w ogóle chociażby myślał w danej chwili o jedzeniu. Wokalista był pochłonięty przez swój własny świat, dlatego tak przyziemne rzeczy jak głód już go nie obchodziły, a może nawet nie dotykały. Siedział w studiu, na podłodze przed niską ławą już od bladego świtu i próbował napisać nowy tekst. Po jego minie mogłem jednak wywnioskować, że coś mu nie szło.
W końcu blondyn zirytował się, wyrwał kartkę z notesu, zgniótł ją i wrzucił do kosza na śmieci, z którego wystawał już papierowy Mount Everest. Sapnął ciężko i pochylił się nad stołem, opierając łokcie na blacie. Jego czoło niemal dotykało polerowanego drewna. Tkwił w takiej pozycji przez kilka dobrych minut, aż w końcu nagle zerwał się na równe nogi. Podbiegł do śmietnika i wysypał całą jego zawartość na podłogę. Całe szczęście nasza „zespołowa kultura i zasady” nie pozwalały nam na wrzucanie odpadków organicznych do kubła w sali, dlatego obyło się bez nieprzyjemnego widoku rozkładających się resztek jedzenia czy poślizgu na skórce od banana i teatralnym orle. Cóż, to głównie ze względu na dość dziwne i ekscentryczne zachowanie Ricko stwierdziliśmy, iż wszelkie inne śmieci niż makulatura czy pojemniki należy wyrzucać do kosza na korytarzu. Wokalista co jakiś czas powtarzał cały ten rytuał, a jakoś chętnych do sprzątania resztek z podłogi brakowało…
Chłopak usiadł wśród morza zgniecionych kartek i zaczął je rozwijać, poszukując tej szczególnej, która akurat w tym momencie nie wydała mu się znowu aż taka zła, a co za tym idzie, nie zasługiwała na zakończenie swojego żywota w kuble na śmieci. Rozwijał kolejne kartki i szybko przesuwał spojrzeniem po ich zawartości. Orientując się, iż nie jest to tekst, którego szukał, z powrotem go zgniatał i odrzucał za siebie. I tak aż do momentu, kiedy znalazł zapiski, o których nagle zmienił zdanie.
W już nieco lepszym humorze wstał z podłogi ze zmaltretowaną kartką w ręce i wrócił na swoje poprzednie miejsce przy ławie. Wygładził pognieciony papier i jeszcze raz przeczytał zapisany na nim tekst. Tym razem śledził każdy wyraz, znak i literę z osobna, bardzo dokładnie, wręcz z chorobliwą pieczołowitością. Zacisnął szczęki i zgrzytnął zębami. Kiedy skończył czytać z powrotem zgniótł kartkę i wrzucił ją do kosza. Tym razem jego czoło zderzyło się już z blatem. Po pomieszczeniu rozniósł się głuchy odgłos uderzenia i kolejne, ciężkie westchnięcie.
- Idę po kawę – oświadczył po dłużej chwili, podnosząc się z miejsca i kierując w stronę wyjścia.
Przysypiający z nudów Zyean skinął mu głową, podczas gdy Boogie nie raczył nawet oderwać spojrzenia od swojego telefonu. Basista był zbyt zajęty pielęgnowaniem swojej wirtualnej farmy, żeby zwrócić uwagę na drugiego członka zespołu.
Perkusista podniósł się z miejsca i wrzucił do śmietnika porozrzucane przez wokalistę papiery. Kiedy skończył, przeciągnął się i ziewnął. W tym momencie zacząłem zastanawiać się po cholerę my tu właściwie siedzimy…
- Idę do domu – rzucił Zyean. – Nie ma sensu, żebyśmy ślęczeli Ricko nad głową – zauważył, zupełnie jakby czytał w moich myślach. – Pod presją i tak niczego nie wymyśli. Dajmy mu trochę czasu – zaproponował. – Poza tym ja jestem śpiący i głodny – poskarżył się.
- Dobra, to ja też idę – brunet oderwał spojrzenie od telefonu. – Idziemy coś zjeść? – zapytał drugiego muzyka, na co ten się zgodził. – Sena, idziesz z nami? – zainteresował się.
W odpowiedzi jedynie machnąłem na niego ręką, pozwalając im iść beze mnie. Przesiadłem się na kanapę, przed którą jeszcze nie tak dawno tego siedział wokalista. Chłopcy wyszli, a ja rzuciłem spojrzeniem na notatki walające się po blacie. Urwane zdania, pojedyncze myśli, nieskładne sentencje…
Wszystko pełne bólu i złości.
Ricko czasami miewał chwile, kiedy wręcz produkował taśmowo teksty piosenek, pisał linie melodyczne i od razu chciał tym wszystkim podzielić się ze światem, wskoczyć na scenę i wykrzyczeć to, o czym nigdy nie mówił. Bo blondyn był z natury dość małomównym człowiekiem. Nawet podczas nagrywania komentarzy do naszego nowego PV czy wiadomości do fanów o nadchodzącej trasie głównie musiałem mówić ja. Wokalista zdecydowanie wolał obserwować wszystko z boku i wyciągać własne wnioski, którymi niechętnie dzielił się z innymi. Dziś jednak widocznie dopadł go „zastój artystyczny”, gdyż układanie tekstu do już gotowych linii melodycznych szło mu jak krew z nosa… Chociaż może znowu niekoniecznie… No jakby nie patrzeć, Ricko wciąż pisał. Od rana stworzył mnóstwo tekstów, ale wszystkie odrzucał. Nigdy nie rozmawiałem z nim o tym wprost, ale nie wydawało mi się, żeby dręczącym go w tej chwili problemem była niemożność napisania czegoś składnego. To też nie tak, że chłopak próbował być jakiś super ambitny i po prostu nie zadawalały go jego własne prace, gdyż nie były wystarczająco wzniosłe czy co tam jeszcze… Z tego, co udało mi się zaobserwować, to w takich chwilach jak ta on po prostu bał się lub nie chciał pokazać innym tego, co myśli i czuje. Niezależnie od tego, jak bardzo komercyjnym gruntem stał się rynek muzyczny, osoba, która pisze piosenki, zawsze w jakiś sposób przedstawia swój punkt widzenia i tok myślenia. Nie da się AŻ tak do końca pisać o niczym. Sam temat tekstu i motyw przewodni już dużo mówią o jego twórcy. A Ricko raz chciał to wszystko z siebie wyrzucić, a innym razem wyglądało jakby wręcz chciał się schować, ukryć wszystkie swoje emocje i uczucia, nie pokazywać i nie dzielić się nimi z nikim. Starał się wyobcować, wycofać.
A ja byłem ciekaw dlaczego.
Kiedy chłopak nie wracał już przez dłużą chwilę postanowiłem go poszukać. Zamknąłem za sobą drzwi, zostawiając rozgardiasz wokalisty w nienaruszonym stanie. Jego samego znalazłem w pobliskiej kafeterii. Siedział przy jednym z mniejszych, wciśniętych w kąt stolików ze zwieszoną głową nad kubkiem kawy. Czubek jego nosa dzieliły zaledwie milimetry od gorącej, czarnej powierzchni napoju. Wyglądał przez to, jakby połączył aromaterapię i inhalacje w jednym. Bez pytania dosiadłem się do niego.
- Co jest? – zagadnąłem.
- A co ma być? – oburknął, podnosząc na mnie wzrok. Dopiero w tej chwili spostrzegłem, że pisał. Na niemal samej krawędzi stołu leżała chusteczka drobno pokryta zapiskami. Bez słowa ostrzeżenia wyrwałem mu ją i zacząłem rozszyfrowywać niewyraźne wersy. – Ej! – fuknął obruszony, ale nie zwróciłem na niego najmniejszej uwagi.

„Days that I was standing in the death
Let me go to hell
Deep down… Deep dark…
You don’t remember what I am at all
I will never forget what you are
DIE
Damn it… Death or lie
Break it… Blood it…
I know what you want to say
You know what I am saying
I am the worse person who knows who you are
CRY
Let me go to hell”*

Nie wszystko udało mi się odczytać, jednak już tylko tyle wystarczyło, żeby przekonać się, że blondyn znów był pełen złości i bólu. Nim zdążyłem się obejrzeć, chłopak odebrał mi swoją własność i potraktował mnie spojrzeniem spod byka.
- Znasz takie magiczne słowo jak „proszę”? – prychnął rozjuszony.
- Jakbym poprosił, to przecież i tak byś mi tego nie pokazał – wzruszyłem ramionami. – Już cię trochę znam, Ricko – uśmiechnąłem się oszczędnie. – Wiem, że to nie jest ten czas, w którym piszesz, aby pokazać coś innym, ale robisz to po to, żeby po prostu dać jakiekolwiek ujście swoim emocjom i jakoś sobie z nimi poradzić – wyjaśniłem. Wokalista popatrzył na mnie zszokowany, jednak szybko ukrył swoją prawdziwą ekspresję pod maską obojętności.
- Nie wiem, o czym mówisz… - mruknął, gniotąc i chowając zapisaną chusteczkę do kieszeni.
- Wiesz… - zacząłem nieco nieskładnie. – Zdaję sobie sprawę, że nie znamy się jakoś bardzo długo, bo poznaliśmy się dopiero podczas zakładania zespołu, ale pomimo tego mogę łatwo zauważyć, że ty nie próbujesz się asymilować tak jak reszta – postawiłem sprawę jasno. – Chciałbym wiedzieć dlaczego – wbiłem w niego nieustępliwe spojrzenie. – Po prostu nie odpowiadamy ci jako przyjaciele czy problem leży gdzieś indziej? – dociekałem.
- Co? – wydusił z siebie z trudem. Już ponownie chciał zaprzeczyć, że nie rozumie, o co mi chodzi, jednak moja jednoznaczna mina uświadomiła mu, iż było to bezcelowe, gdyż i tak nie zamierzałem się na to nabrać. – To nie ma nic wspólnego z wami… - odpowiedział w końcu.
- No właśnie jakby nie patrzeć ma – ripostowałem. – Całkiem sporo. W końcu jesteśmy twoimi najbliższymi współpracownikami, osobami, z którymi spędzasz mnóstwo czasu – zauważyłem.
- A to oznacza, że powinienem wam się zwierzać z każdego jednego mojego problemu? – sarknął, przewracając oczyma.
- Może niekoniecznie – rozłożyłem bezradnie ręce. – Ale miło by było, gdybyś przynajmniej nie uciekał w popłochu na nasz widok – uśmiechnąłem się cierpko.
- Przecież nie uciekam – argumentował jak dziecko.
- No nie, wcale – parsknąłem. – Raz gonisz na scenę jak szalony, wymijając nas i zostawiając nas w tyle, a raz pchasz nas przed siebie i kryjesz się za naszymi plecami, a jak nikt nie widzi, to robisz w tył zwrot i dajesz nogę – założyłem ręce na piersi. – Co jest z tobą albo z nami nie tak? – zapytałem otwarcie.
Chłopak przez chwilę milczał. Mogłem założyć się, że nie musiał zastanawiać się nad odpowiedzią, gdyż ją doskonale znał, jednak zwyczajnie nie chciał się nią ze mną podzielić. Lustrował mnie uważnie, zastanawiając się, jakie były moje prawdziwe intencje i powód, dla którego nagle postanowiłem się nim zainteresować. Ricko bywał bardzo podejrzliwym typem. W jego świecie ludzie nie obdarzali się zainteresowaniem „od tak”. Dla niego wszystko musiało mieć swoją przyczynę – czasem niewidoczną na pierwszy rzut oka, a więc ukrytą.
- Postanowiłeś zacieśnić więzi w zespole? – zapytał z lekką kpiną.
- Nie – uśmiechnąłem się paskudnie. – Dostrzegłem twój wewnętrzny ból i postanowiłem okazać ci nieco dobrego serca, aby potem wysłuchać twojej wzruszającej historii życia i w przyszłości móc cię w ten sposób szantażować – zgrzytnąłem zębami. – Takie wytłumaczenie bardziej ci odpowiada? – przewróciłem oczyma.
- Jest bardziej realistyczne – skwitował, uśmiechając się pod nosem.
- Nie żyjesz w serialu kryminalnym, wiesz? – sapnąłem. Czasami jego podejrzliwość mnie irytowała. – Zluzuj trochę, co? Nie musisz się zaraz tak odgradzać od wszystkich betonowym murem wysokim na pięć metrów i grubym na kolejne trzy… z drutem kolczastym – dodałem po namyśle. – Dlaczego jesteś taki nieufny? – drążyłem.
- Czy właśnie nie odpowiedziałeś na swoje poprzednie pytanie? – uniósł nonszalancko jedną brew. – Nie asymiluję się z ludźmi i próbuję się od nich odgrodzić, bo jestem nieufny – jego spojrzenie stało się chłodniejsze.
- Przyznałeś się? – zdziwiłem się.
- Wyobraź sobie, że mam świadomość tego, co robię – odparł zimno.
- Więc chcesz mi powiedzieć, że celowo stałeś się samotny? – niedowierzałem.
- Sena! – warknął już nieźle rozeźlony. – Przestań – potraktował mnie miażdżącym spojrzeniem, jednak ja się nie ugiąłem. – To, co ty nazywasz samotnością jest dla mnie normalne. Nie asymiluję się z innymi, bo tego nie chcę i nie lubię – zacisnął szczęki. – Zaakceptuj to w końcu, że jesteśmy innymi typami ludzi. Nie przekabacisz mnie na siłę na swoją stronę i nie zrobisz ze mnie swojego klona. Uszanuj to, że różni ludzie lubią i nie lubią różnych rzeczy – skrzywił się nieznacznie.
Przez dłuższą chwilę szukałem słów, które mogłyby ułożyć się w jakąś spójną odpowiedź na jego mowę. Po raz pierwszy, odkąd tylko, jak to uważał wokalista, zacząłem go „nękać”, odpowiedział tak bezpośrednio na moje pytanie. Ponad to poniekąd przyznał się, że nie lubi zespołowego towarzystwa… W końcu udało mi się wyciągnąć z niego jakiś konkret.
W czasie, kiedy ja wciąż szukałem słów, blondyn wstał ze swojego miejsca i zgarnął swoją kawę. Szykował się do wyjścia.
- Więc… - zacząłem szybko, póki jeszcze nie odszedł. – Więc tak jak ja lubię lody czekoladowe, to ty lubisz się pieklić? – chłopak zatrzymał się przy moim krześle, spoglądając na mnie z góry. – Tak jak ja lubię koty, ty lubisz dusić w sobie emocje i lubisz ból towarzyszący temu, że nie możesz się nikomu z niczego zwierzyć? – mówiłem, nie patrząc na niego. – Czego ty się tak panicznie boisz? Przed czym uciekasz? – złapałem go za nadgarstek, w końcu przenosząc na niego wzrok.
Muzyk nie odpowiedział. Oblizał tylko spierzchnięte usta i znów je przygryzł, jednak nie wydobył z siebie nawet pojedynczego dźwięku. Wyrwał dłoń z mojego uścisku i ruszył przed siebie, zostawiając mnie samego w tyle.
Jak zawsze.
Na odchodne usłyszałem tylko radosny trel dzwonka przy drzwiach informujący o ich otwarciu. Sapnąłem ciężko, opierając głowę na ręce. Metoda małych kroczków się nie sprawdzała…
- Czy zechciałby pan złożyć już zamówienie? – zapytała kelnerka, która zatrzymała się przy moim stoliku.
- Jasne – burknąłem. – Poproszę sens życia – uśmiechnąłem się krzywo. – Dla mojego kolegi z podwójnym szczęściem – parsknąłem na własne słowa. Dziewczyna obrzuciła niepewnym spojrzeniem drugie, puste siedzisko. Czyżby pomyślała, że mam jakiś urojonych przyjaciół? – Już wyszedł – sprostowałem. – No to chyba ja też jednak będę się już zbierał… - mruknąłem, wstając, zauważywszy, że kelnerkę wcale nie rozbawiły moje słowa tak jak mnie. – Chociaż w sumie mógłbym mu wziąć na wynos… - odezwałem się już do siebie.

***

Poprawiłem torbę na ramieniu i upewniłem się, że stoję przed odpowiednimi drzwiami, które wskazywał mi adres na kartce zapisany przez perkusistę. Nigdy wcześniej jeszcze tu nie byłem… Nagle zdałem sobie sprawę, że to nieco dziwne, że mimo iż gramy razem już ponad rok to ja wciąż jeszcze ani razu nie odwiedziłem wokalisty w jego mieszkaniu. Mało tego, aż do dziś nawet nie wiedziałem, gdzie mieszkał! W sumie Boogie też nie wiedział… Tylko Zyean z jakiś względów znał adres zamieszkania Ricko… Czyżby to dowodziło tego, że długowłosy muzyk odwiedzał już wcześniej naszego samotnika w jego pustelni? Czyżby Ricko trzymał się nieco bliżej perkusisty niżby reszty zespołu? Może on wcale nie był znowu aż tak wyalienowany, jak mi się wydawało… Może po prostu nie byłem osobą, do której chciał się zbliżyć… Tolerował mnie jako gitarzystę, ale nie miał ochoty się ze mną bratać bardziej niż było to konieczne…
W jednej chwili zwątpiłem w naprędce sklecony plan. Zawahałem się. Moja wyciągnięta ręka zamarła w powietrzu, a ja sam zasępiłem się, jeszcze raz analizując całą sytuację. Może…
Moje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi brzmiący niczym sam budzik szatana. Ze strachu aż podskoczyłem w miejscu, zaskoczony orientując się, że moja ręka samoistnie znalazła się na przycisku dzwonka. Zrządzenie losu? Interwencja sił wyższych? Czy po prostu opadająca ręka, która zmęczyła się bezczynnym wiszeniem w powietrzu?
Spiąłem się, jednak nie zamierzałem dać tego po sobie poznać. Przełknąłem z trudem dokładnie w momencie, kiedy usłyszałem odgłos przekręcanego klucza w drzwiach. Po chwili w ich progu stanął przede mną właściciel mieszkania. O dziwo nie skrzywił się nawet na mój widok. Nie odezwał się jednak ani słowem. Jak zwykle tylko lustrował mnie badawczym spojrzeniem, żeby zawiesić je na dłużej na moim niewielkim bagażu.
- Cześć – przywitałem się. – Widzisz… Wiem, że zwalam ci się na głowę i w ogóle, ale sąsiad z góry zalał mi mieszkanie i…
- Szkoda, że nie uwzględniłeś jeszcze w tej fascynującej historii Świętego Mikołaja, który zbombardował twój blok i wróżek, które próbowały go odbudować, ale nie udało im się, bo chomiki w kółkach strajkują ze względu na za wysokie ceny karmy – uśmiechnął się cynicznie. – Przecież wiem, że kłamiesz – wzruszył ramionami, a następnie oparł się jednym z nich o framugę drzwi. – Gdyby faktycznie zalało ci mieszkanie, to najpierw poszedłbyś do Zyeana, bo z nim dogadujesz się najlepiej – wyliczał na palcach. – Gdyby jednak nasz kochany perkusista z jakiś powodów nie mógłby cię przyjąć pod swój dach, poszedłbyś do Boogiego – oświadczył pewny swojego. – Jego rodzice są bogaci i kupili mu całkiem spory apartament, więc pewnie nie byłoby problemu, żebyś tam został – kontynuował swój wywód. – Ostatecznie jeszcze zostają ci także inni znajomi i krewni, którzy nie grają w zespole – założył ręce na piersi. – Założę się, że plasuję się na samym szarym końcu listy osób, pod którymi drzwiami mógłbyś się pojawić błagając o nocleg – odezwał się obojętnie. – A jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby wszyscy sprzeniewierzyli się przeciwko tobie i wszelkie inne opcje zawiodły, żebyś faktycznie potrzebował akurat mojej pomocy – uśmiechnął się zwycięsko, będąc pewnym, że zrobił na mnie wrażenie swoją niebanalną dedukcją.
- Dobra, przyznaj się, Zyean uprzedził cię, że wziąłem od niego twój adres – przewróciłem oczyma.
- Ech, no i zepsułeś mi takie fajne wejście… - westchnął ciężko.
- W porządku Sherlocku, to jak? Będziemy tu tak kwitnąć na korytarzu czy jednak pozwolisz mi wejść? – poprawiłem ciążącą mi coraz bardziej torbę na ramieniu. Blondyn nie odpowiedział i ponownie wbił we mnie przeszywające spojrzenie. – Chciałem się po prostu spotkać, okej? – prychnąłem. – Wymyśliłem jakiś błahy powód, żeby się do ciebie wkręcić, bo przecież doskonale wiedziałem, że w normalnej sytuacji nie zaprosiłbyś mnie w spontanicznym geście na herbatę – skrzywiłem się nieznacznie. – Nie chcę się wprowadzić tylko pogadać – sprostowałem.
- Znowu? – fuknął. – Dziś się jeszcze nie nagadałeś? Coś dzisiaj masz niesamowicie długi monolog do wygłoszenia – ironizował. – Jeszcze się nie nauczyłeś, że rozmowa ze mną do niczego nie prowadzi?
- Jak widać wolno się uczę – zaśmiałem się. – Więc jak będzie? – zapytałem z nadzieją. Powoli zaczynało mi się już robić zimno od tego przeciągu…
Ricko zastanawiał się jeszcze przez chwilę, ale ostatecznie przesunął się w drzwiach, pozwalając mi wejść do mieszkania.
- Dalej będziesz naciskał, prawda? – upewnił się, na co ja jedynie wyszczerzyłem się jednoznacznie. Chłopak westchnął cierpiętniczo. – Serio wolno się uczysz… - mruknął pod nosem.
- Skoro tak ci to przeszkadza, to dlaczego wpuściłeś mnie do własnego domu? – zainteresowałem się.
- Bo jesteś uparty jak wół i gdybym tego nie zrobił, to pewnie siedziałbyś na klatce schodowej i wył tak długo, aż w końcu osiągnąłbyś to, po co tu przyszedłeś – przewrócił oczyma. – Poza tym zaczyna już robić się zimno i ciemno… - zauważył.
- No nie gadaj! – z wrażenia aż zatrzymałem się w miejscu. – Jak tak to unikasz mnie niemal jak ognia, a jak tak to martwisz się, żebym nie zmarzł? – spojrzałem na niego zaskoczony. – Weź jeszcze powiedz, że ci na mnie zależy, to chyba się wzruszę – zironizowałem.
- Ano zależy – o dziwo przytaknął. – Wyobraź sobie, że zależy mi na całkiem sporej liczbie osób. Może to dowodzi tego, że nie jestem jednak aż takim dupkiem bez serca, za jakiego mnie masz? – łypnął na mnie nieprzychylnie, prowadząc mnie do salonu.
- Skoro zależy ci na ludziach, to dlaczego się z nimi nie asymilujesz, nie rozmawiasz, uciekasz? – dociekałem. – Zależy ci na nich, ale im nie ufasz, tak? To dlatego z nikim nie rozmawiasz o swoich problemach? – zgadywałem.
- Nie – zaprzeczył nadzwyczaj spokojnie. – Nie rozmawiam z nimi na podobne tematy właśnie ze względu na to, że mi na nich zależy – wyjaśnił dość szorstko.
- Nie rozumiem… - przyznałem. Nie widziałem w tym zachowaniu niczego logicznego.
- Chcę zatrzymać przy sobie osoby, na których mi zależy – zasiadł na sofie, wskazując mi miejsce obok siebie. – Gdybym rozmawiał z nimi o tym wszystkim, z pewnością nie zostałby już przy mnie nikt – stwierdził dość mało optymistycznie.
- Ale kiedy milczysz ludzie myślą, że ich ignorujesz lub próbujesz się od nich odsunąć, więc także odchodzą – wytknąłem mu.
- Ale robią to wolniej – wzruszył ramionami. Zdumiony tą odpowiedzią kilkakrotnie zaledwie otworzyłem i zamknąłem usta, zanim zdołałem wydusić z siebie jakikolwiek dźwięk.
- Więc… - zająknąłem się. – Więc ukrywasz się przed tymi, na których ci zależy, żeby zatrzymać ich przy sobie? – spojrzałem na niego z niedowierzaniem. – Przecież przez to wychodzi na to, że bliskie ci osoby zupełnie cię nie znają! – zauważyłem.
- Może nie muszą… - burknął wyraźnie poirytowany tym, dokąd zmierzała ta rozmowa.
- A co z osobami, na których ci nie zależy? – nie odpuszczałem. – Tym pokazujesz już swoją prawdziwą twarz? Czy po prostu tak z „zasady” dusisz wszystko w sobie? – nie mogłem uwierzyć, że dorosły facet mógł myśleć w tak śmieszny sposób…
- Skończ – warknął.
- W ten sposób zmierzasz donikąd! – wytknąłem mu. – Nie można wiecznie się ukrywać i okłamywać innych oraz samych siebie! To toksyczne! Czasem trzeba zaufać komuś innemu i zrzucić z siebie to, co…
- Przymknij się w końcu! – wokalista nagle poderwał się z miejsca, przerywając mi. – Pieprzysz jakieś dyrdymały, jak natchniony filozof – fuknął rozeźlony. – Przestań się wymądrzać – spojrzał na mnie ostro. – Masz jakieś swoje przekonania i prawdy, w które chcesz wierzyć; i dobrze, wierz w nie sobie! – prychnął. – Ale nie każ przestawiać mi się na twój tok myślenia – założył ręce na piersi. – Każdy człowiek ma swoje przekonania i poglądy. Uszanuj to – jego mina stała się jeszcze sroższa. – Nawet jeśli w obecnej chwili wydaje ci się, że jestem skończonym kretynem i nie mam racji, to przynajmniej postaraj się to uszanować i pozwól mi być tym, kim chcę być – przewrócił oczyma. – Swoimi niekończącymi się, moralizatorskimi gadkami nie zmienisz mnie – nieco spuścił z tonu. – Po prostu spróbuj w końcu przyjąć do wiadomości, że jestem inny niż ty – westchnął ciężko. – Mam inny bagaż doświadczeń i inne przemyślenia. Jestem po prostu innym człowiekiem niż ty, Sena – rozłożył ręce, jakby chciał podkreślić, że mówił o czymś oczywistym… a przecież w istocie mogło okazać się, że nie do końca tak było.
- Więc co? – wykonałem nieokreślony ruch ramionami. – Mam od tak po prostu zignorować to, co właśnie się o tobie dowiedziałem i pozwolić ci uparcie dążyć do autodestrukcji? – spojrzałem na niego jak na osobą niedomagającą umysłowo. – Wyniszczysz się! – zaoponowałem.
- A może takie jest właśnie moje życzenie? – sapnął. – Pomyślałeś kiedyś, że nie zawsze musi być wszystko tak, jak ty tego chcesz? – pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
- Przecież chcę ci pomóc!
- Ale ja nie chcę twojej pomocy! – krzyknął. Przez chwilę między nami panowała cisza. – Nie pomożesz komuś, kto nie chce lub nie może zaakceptować twojej pomocy – odezwał się już znacznie ciszej, niemal szeptem.
- Więc mam się poddać? – zapytałem z niedowierzaniem. Chłopak w odpowiedzi jedynie skinął mi głową.
Nagle w złości poderwałem się na własne nogi i wyszedłem z mieszania muzyka, nie bacząc już nawet na to, że wcześniej miałem tak ogromny problem, żeby się do niego dostać. Drzwi plasnęły za mną głośno. Kiedy wypadłem na klatkę schodową z torbą na ramieniu, dyszałem ciężko. Czułem nieznośny ucisk w klatce piersiowej. Zagryzłem wargi, kiedy obraz przede mną zaczął rozmazywać się za sprawą napływających mi do oczu łez. Wziąłem głęboki wdech drżącymi ustami, żeby nieco się uspokoić. Na próżno. Pierwsza łza i tak potoczyła się po moim policzku. Paliła niczym kwas.
Bo to bolało – cholernie bolało to, że ktoś mi bliski, ktoś, kto był na wyciągnięcie ręki, ktoś, komu ja sam nie byłem obojętny… nie chciał po prostu chwycić się tej ręki, którą do niego wyciągałem. Bolała mnie świadomość, że mój przyjaciel nie był pokrzywdzony przez zrządzenie losu czy innego człowieka, ale okaleczał sam siebie. Bo nie miał wiary. Ani w siebie, ani w innych. Bo nie potrafił zaufać. Ani sobie, ani nikomu innemu.
Bo tego nie chciał.
Zastanawiałem się, przez co musiał przejść w życiu, jakie zdarzenie zmieniło go w takiego człowieka, jakim był teraz. Do cholery, co mogło zgasić w nim wszelką nadzieję?! Co było tak cholernie traumatyczne i bolesne, że nie chciał więcej wrócić do świata ludzi i wolał się od nich odizolować, nawet jeśli przynosiło mu to jedynie kolejne fale nieustającego bólu?!
Przypomniałem sobie jeden z wersów niedokończonej piosenki blondyna:

„Let me go to hell…”

Piekło nie było miejscem wyimaginowanym. Ono istniało naprawdę. I mieściło się tutaj. Dokładnie to za moimi plecami. Oddzielały mnie od niego zaledwie drzwi mieszkania Ricko.
Ludzie sami potrafili zgotować sobie piekło.
A niektórzy w dodatku zamykali się w nim na własne życzenie, będąc zbyt przerażonym wizją życia wśród ludzi. Woleli trwać wśród swoich własnych demonów. Sami zsyłali na siebie karę.
I to bolało.
Cholernie bolało.
Bo niezależnie od tego, jak bardzo chciałem mu pomóc, to nie byłem w stanie tego zrobić. Naciskając mogłem jedynie pogorszyć sytuację. A tego przecież nie chciałem…
Boli.
Świadomość, że bliska ci osoba idzie na dno bez walki i oporu, boli.
Boli nawet bardziej od faktu, że ciągnie cię za sobą.
Bo kto myśli o sobie, kiedy twoja ukochana osoba idzie dobrowolnie na samo dno piekła? W takiej sytuacji po prostu chcesz jej przynajmniej towarzyszyć. Bo nic innego nie jesteś już w stanie zrobić. Chcesz przynajmniej przy niej być. I cierpieć. Tak jak ona. By w końcu zostać zniszczonym przez ból. Dla tej bliskiej osoby. Dla tej ukochanej osoby. Nawet jeśli dla niej to nie jest nic wielkiego, gdyż na wszystko jest już zobojętniała. Albo nawet jeśli nie dostrzega cię przy swoim boku…
Nawet jeśli twoja ukochana osoba jest kompletnym ślepcem…



*tekst pochodzi z piosenki Jiluka – „Zone”