Miniaturka "W poszukiwaniu weny" Zero x Hizumi (D'espairsRay)

Cieszę się, że seria "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia" odniosła taki sukces - na poprawę humoru powiem wam, że mam już kolejną część, w której zamierzam nieźle namącić xD 
Jednocześnie jestem niezadowolona, że shot z Lycaon okazał się kompletną klapą, ale cóż... No trudno. Mam z nimi napisanego jeszcze jednego shota (18 stron), ale w takim razie nie wiem czy go wstawię...

No i jeszcze BARDZO WAŻNE:
Mam uwagę do Was, Czytelniczek - na litość boską, słów mi brak! Zrobiłam głosowanie, gdzie podawałyście własne paringi, była dogrywka... I co czytam pod shotem Aoi x Reita, na który tak znaczna większość głosowała? "Dziwny paring", "Seme z seme? Jak to tak?" - głosujecie na coś, a potem jesteście z tego powodu niezadowolone? No to ja już chyba nie rozumiem...
Sama napisałam ten shot z opóźnieniem, bo niezbyt pasował mi ten paring i przyznam to bez bicia, ale mój głos nie ma w tym momencie znaczenia - chodzi o Was. Proszę uprzejmie, niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego narzekacie na paring, który jako jeden z naprawdę wielu (ponad trzydziestu pozycji!) zdobył naprawdę dużą ilość głosów? Bodajże zdobył dwadzieścia siedem czy coś w ten deseń - to jest naprawdę dużo! Więc, gdzie, do licha, jest te dwadzieścia parę osób? 
Co jest nie tak, bo nie rozumiem?

Bez dalszych wstępów:


Tytuł: „W poszukiwaniu weny”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Typ: miniaturka
Gatunek: komedia
Beta: -

- Nie mam weny – poskarżył się znów Hizumi.
To nie był zwykły „dołek” weny, który zdarza się każdemu artyście od czasu do czasu; prawda była taka, że młody pisarz przechodził istny kryzys, a terminy nieubłaganie goniły.
Yoshida wpieprzył się w to, za przeproszeniem, gówno przez przypadek. Od tak napisał sobie kiedyś krótki romans pod wpływem chwili, jednak to właśnie to ścierwo przypadło najbardziej do gustu czytelnikom. Mało tego – dzięki tej książce stał się niemalże sławny! Romans miał ledwo ponad sto stron, ale sprzedał się w pokaźnym nakładzie, co rzecz jasna cieszyło Hiroshiego, nawet jeśli teraz siedział przybity w salonie nie mogąc wymyślić absolutnie nic, co mogłoby się wydarzyć w kontynuacji książki.
- Nie zmuszaj się do pisania – poradził mu Zero, który opadł na miejsce obok niego i pocałował go w policzek. – Dobrze wiesz, że każda czynność wykonywana pod presją jest do kitu – wzruszył ramionami, po czym włączył telewizor i zaczął przeskakiwać po kanałach.
Hizumi doskonale zdawał sobie sprawę, że jego ukochany miał rację, ale nie mógł przecież siedzieć bezczynnie i czekać aż wena sama do niego przyjdzie – tym bardziej, iż przewidywał, że jeśli znów przyjdzie, to da mu natchnienie do napisania czegoś mrocznego, zagadkowego, z dużą ilością krwi i ostrych narzędzi, a tego, rzecz jasna, kawaii dziewczynki nie czytały.
Wiadomości – nie, mecz siatkówki – nie, teleturniej – nie… do ciężkiej cholery, czy w tej telewizji nie nadają nic dla normalnych ludzi? – irytował się Shimizu, aż w końcu znalazł program z porno nadawanym przez dwadzieścia cztery godziny. Uśmiechnął się do siebie triumfalnie i rozsiadł wygodnie, jednak w tej samej chwili Hizumi wyrwał mu pilota z ręki i przełączył na przypadkową stację. Brunet zmroził go spojrzeniem, na co Michi wzruszył niewinnie ramionami.
- To i tak była powtórka – machnął ręką, za co został brutalnie skopany z kanapy i wylądował na twardej podłodze. Jego tyłek bliżej zaznajomił się z panelami podłogowymi… a w sumie to z kotem, bo to właśnie na niego spadł szatyn.
Po pokoju rozniósł się nieziemski wrzask składający się z wycia bólu Zero oraz żałosnego miauknięcia zwierzęcia, które uciekło z prędkością światła do sypialni, kiedy tylko zdołało się wyswobodzić spod swojego właściciela.
Hiroshi uśmiechnął się zadowolony widząc, jak jego kochanek powstrzymuje się od rzucania wiązkami przekleństw na prawo i lewo. Kiedy już upoił się widokiem ukaranego Shimizu, skupił uwagę na telewizorze. Właśnie leciała jedna z tak licznych i dennych telenowel. Yoshida postanowił obejrzeć ją, poświęcając się w poszukiwaniu weny.

***

Michi wciąż był nieco zły na swojego chłopaka za tak brutalne potraktowanie jego szanownego zakończenia pleców, jednak serce mu się krajało, kiedy widział, jak jego ukochany czwartą godzinę ogląda jeden z tych seriali gatunku „never ending story”. Hizumi zdawał się przez te kilka godzin znacznie postarzeć – jego skóra poszarzała, wokół opuchniętych powiek pojawiły się cienie, zmarszczki wokół ust i oczu stały się nagle bardzo widoczne, a sam pisarz wyglądał, jakby ktoś wyssał z niego całe życie.
Szatyn westchnął ciężko i usiadł przy biurku. Złapał pierwszą lepszą kartkę, która zaścielała jego blat, pióro i zaczął pisać to, co jego zdaniem mogłyby kupić nastolatki rządne miłości i przystojnych chłopaków. Zmienił nieco swój charakter pisma, aby Hiroshi nie rozpoznał go – przede wszystkim między znaki wciskał gwiazdki i serduszka chcąc, aby tekst wyglądał na napisany przez jedną z potencjalnych czytelniczek poprzedniego romansu.
Męczył się z tym pisaniem długo, ale opłacało się. Czternaście stron ręcznie zapisanych drobnymi znaczkami – miał nadzieję, że to jakoś pomorze jego kochankowi, który wyglądał jak swój własny cień, kiedy przywlókł się do łóżka i zasnął, tak, jak na nie padł.
Shimizu włożył swoją pracę do koperty, po czym zjechał windą na parter i umieścił list w skrzynce pocztowej, aby wyglądało to przekonująco. Odetchnął głęboko, po czym uśmiechnął się zadowolony z własnych rezultatów, po czym wrócił do Yoshidy padając na miejsce obok niego i również od razu zasypiając.

***

Rano Hiroshi znalazł list. Przyniósł go do mieszkania i poinformował ukochanego o znalezisku, a szatyn udawał, że o niczym nie wie. Hizumi usiadł przy stole w kuchni i szybko przesuwał wzrokiem po kolejnych linijkach, podczas gdy Michi krzątał się po kuchni przygotowując śniadanie. Shimizu czekał na reakcję pisarza. Oczekiwał czegoś w rodzaju wrzasku: „Eureka!” albo nagłego zerwania się z krzesła i rzucenia do klawiatury laptopa, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zdziwiony spojrzał na bruneta, który z krzywą miną czytał jego wypociny, aż w końcu rzucił kartki na stół i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Kurwa, jak można rozpisać się na pięć stron o zastawie, którą podano w restauracji podczas romantycznej kolacji? Na litość boską, mnie interesują relacje między bohaterami, a nie to, jaki kolor miała porcelana; czy „przechodziła z błękitu czystego letniego nieba przy krawędziach do turkusu głębokiego jeziora podobnego do koloru jej oczu na środku mając jednocześnie biały, delikatny wzorek, który nadawał wrażenia, iż obłoki nieba przeglądają się w nieskazitelnej tafli jeziora”, czy „jej złote, ogniste kolory przywodziły na myśl wrzące wnętrze gwiazdy z wyraźnymi jaśniejszymi refleksami pomarańczu, przez co przypominała barwną mozaikę ciepłych barw, taką samą, jaką on nosił w sercu, kiedy widział ją za każdym razem; zdawało się, że od samego patrzenia można było się poparzyć”. Poważnie? – podniósł jedną brew w wyrazie dezaprobaty. – Kto to niby ma kupić? – prychnął.
- Nie wiem – wzruszył ramionami Shimizu. – Pewnie jakiś imbecyl – odpowiedział słodko, jednocześnie tak mocno ściskając w dłoni drewnianą łopatkę, że ta pękła na dwie części.
- Ja tam jestem zwolennikiem białych talerzy – mruknął Yoshida, machając lekceważąco ręką.

A morał z tego taki – w poszukiwaniu weny trzeba być cierpliwym; a mimo wszystko ona sama nas odnajdzie wtedy, kiedy będzie miała na to ochotę.

Miniaturka "Lekcja dobrego wychowania i jej skutki" Reita x Aoi (The GazettE)

Zgodnie z obietnicą... Mocno spóźnione, ale cóż...
Pisane w trakcie oczekiwania na część rejonową konkursu biologicznego - wszyscy uczą się ziół, a ja piszę miniaturki na bloga... Chyba nie jestem normalna...

Tytuł: „Lekcja dobrego zachowania i jej skutki”
Paring: Reita x Aoi (The GazettE)
Typ: miniaturka
Gatunek: obyczajowy
Bata: -

Znasz to uczucie, kiedy wracasz do domu w nocy, kiedy jest tak cholernie ciemno, że nie widzisz czubka własnego nosa, a w tej nieskończonej ciemności zdaje ci się, że jest tylko jeden realny punkt - punkt światła. I jest nim oczywiście nic innego, jak mdłe światło lampki nocnej wścibskiej sąsiadki, która nawet o tak później porze pełni rolę monitoringu miejskiego?
Jeśli tak, to wiesz, jak bardzo cierpiałem w tym momencie.
Westchnąłem ciężko, przyglądając się, jak mój oddech staje się ulotnym, białym kłębem pary. Wcisnąłem ręce głębiej w kieszenie, rozpaczliwie próbując nie poddać się osaczającemu mnie chłodowi. Pokręciłem głową, próbując przekonać sam siebie, że nie będzie gorzej niż zwykle.
No tak, miałem wrócić do domu przed północą, ale się nie wyrobiłem. Wyciągnąłem telefon i spojrzałem na wyświetlacz, który mało mnie nie oślepił. 2:54. Tragedia…
Starsza kobieta wyglądająca z okna wciąż mnie obserwowała, co doprowadzało mnie do szału - poniekąd dlatego że w istocie była strasznie irytująca, ale głównie dlatego że moja złość została skropiona alkoholem. Co prawda szedłem prosto o własnych siłach i miałem wrażenie, że z każdym wdechem, podczas którego wypełniałem swoje płuca mroźnym powietrzem, trzeźwiałem, jednak sake zawsze podsycało moje zachowania; dobry humor zamieniało w euforię, a zły w nerwicę.
Zakląłem pod nosem na myśl o tym, że mimo iż jej mieszkanie (tak samo jak moje) mieściło się na trzecim piętrze, to ona doskonale widziała stamtąd, jaki maiałem kolor skarpetek. Cholera, byłem tego pewny!...
A może po prostu na starość w człowieku budziły się jakieś nadludzkie mocne?
Nie, głupie gadanie. Gdyby tak było w rzeczywistości, to ta stara… jak jej tam było? Shimora? No coś w ten deseń… W każdym razie nie potrzebowałaby za każdym razem pomocy w przyniesieniu zakupów oraz przejściu przez ulicę…
Wszedłem do odpowiedniego bloku i wjechałem windą na trzecie piętro. Kierowałem się do własnego mieszkania, kiedy dokładnie trzy kroki przed drzwiami starej Shimory zaczął ujadać jej głupi kundel. Ten pies był tak samo irytujący jak ona sama! W dodatku miał jakieś dziwne pole rażenia niczym przeciwnik w grze MMORPG – zaczynał szczekać zawsze kiedy stałem idealnie trzy kroki przed drzwiami. To samo działo się w drugą stronę – gdybym stał przez cały dzień trzy kroki za jej drzwiami, pies ujadałby przez cały ten czas. Niemniej gdybym wykonał jeden krok w przód – cisza jak makiem zasiał. Podsumowując, jego pole rażenia wynosiło sześć kroków (w mojej mierze). Ten pies też był nienormalny… W dodatku chyba potrafi wzrokiem przenikać przez drzwi albo miał wbudowany detektor ciepła, bo nawet jeśli się nie poruszałem, a stałem w jego „polu rażenia”, to on wciąż szczekał.
Już miałem przejść obok mieszkania Shimory szybkim krokiem, kiedy nagle zreflektowałem się. Obudziła się we mnie cząstka agenta 007. Przylgnąłem do ściany niczym maskujący się kameleon (pomińmy to, że ściana była biała, a ja ubrany prawie cały na czarno) i zamierzałem tym razem niezauważony przemknąć pod jej drzwiami. Niestety nie udało się. Piskliwe szczekanie zdawało się być nienaturalnie głośne w ciszy, którą jak do tej pory mącił tylko odgłos przesuwającego się kaptura mojej zimowej kurtki po ścianie. Wtem w szczelinie między drzwiami a podłogą dostrzegłem wąziutki paseczek światła - już wiedziałem, że poległem sromotnie.
Drzwi otworzyły się z hukiem, a w przejściu stanęła gruby babsztyl i wbił we mnie świdrujące spojrzenie małych oczek, zupełnie tak, jakby chciała zabrać mi duszę. Przewróciłem oczyma, na co ona zaczęła się „na dzień dobry” wydzierać:
- Trochę szacunku, młody człowieku!
- Taa… - mruknąłem.
- Gdzie ty się szlajasz po nocach?! Czy twoja matka wie o tym i ci na to pozwala?!
- No tak, teraz już z pewnością wie – wzruszyłem ramionami i odwróciłem się w stronę ciemnego korytarza, na którego końcu mieściły się drzwi do mojego mieszkania. Stamtąd dobiegł mnie cichy odgłos przekręcanego klucza w zamku. Chwilę potem w progu drzwi ukazała się moja mama w koszuli nocnej i szlafroku z zaniepokojoną miną. – Wielkie dzięki… - syknąłem.
- Bezczelny!
- Ta, już to dzisiaj słyszałem jakieś sześć milionów czterysta dziewięćdziesiąt jeden razy – pokiwałem głową, jakby podkreślając, że zgadzam się z własnymi słowami.
- Cham!
- O, poszerzamy swój słownik wyzwisk? – rzuciłem jadowicie.
- Akira! – krzyknęła moja mama. – Skończ!
- Z wielką przyjemnością – machnąłem lekceważąco ręką i skierowałem się w stronę rodzicielki.
- Jak mogła pani go tak nie wychować! On absolutnie nie umie się zachować! – wciąż wydzierała się Shimora.
- A przepraszam, kiedy przeszliśmy na „ty”, bo nie zauważyłem? – jak zwykle musiałem się odezwać, przy czym byłem całkowicie świadom tego, iż sam kopałem sobie grób.
- Akira! – ponownie upomniała mnie kobieta, kładąc mi rękę na ramieniu.
- No co? – prychnąłem, po czym udałem się do łazienki w celu wzięcia długiego i gorącego prysznica.
Po drodze całkowicie zignorowałem oburzone spojrzenia starszej siostry i ojca. No tak, wszyscy już zostali obudzeni… Pięknie, jutro prawdopodobnie zostanę wydziedziczony…

***

Po długiej rozmowie w stylu „narady rodzinnej”, podczas której byłem wytykany palcami dla podkreślenia, że to właśnie ja (nikt inny!) byłem winowajcą zaistniałej w nocy sytuacji, zostałem skazany na przymusowe prace, aby odkupić swoje winy. Ponad to matka stwierdziła, iż konieczne muszę zacząć uczęszczać na lekcje dobrego zachowania. Kiedy usłyszałem ten „werdykt”, pacnąłem się otwartą dłonią w czoło, co tylko zmotywowało mamę do tego, aby iść w zaparte.
Po skończonej pracy, na którą składało się odkurzenie, umycie oraz nawoskowanie (litości!) dwóch samochodów, pozmywania podług, pościerania kurzu wszędzie, gdzie tylko on osiadł, wymienieniu pościeli w całym domu oraz pozmywaniu po obiedzie padłem ledwo żywy na łóżko. Ukryłem twarz w poduszce. Plusem tego wszystkiego było to, że przynajmniej czysta pościel przyjemnie pachniała kwiatowym płynem do płukania.

***

Ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju.
- Czego? – warknąłem wciąż ledwo żywy po karze nałożonej przez rodziców.
Siedziałem na podłodze oparty plecami o nogi łóżka. W rękach trzymałem kontroler konsoli, który i tak co chwila spadał z hukiem na podłogę, przez co moja postać raz po raz ginęła albo przynajmniej zostawała poważnie ranna. Do pokoju weszły dwie osoby właśnie wtedy, kiedy znów moje zdrętwiałe palce zawiodły, a postać zginęła.
- Cholera… - syknąłem pod nosem.
Spojrzałem na nowoprzybyłych. Pierwsza weszła dziewczyna. Była niezbyt wysoka, miała krótkie czarne włosy i duże ciemne oczy. Urodą nie powalała na łopatki, ale brzydka też nie była. Pod maską grzecznej dziewczynki czaił się dyktator; zauważyłem to za pierwszym razem – w końcu sam miałem starszą siostrę, która przybierała identyczną minę. Dzięki nabytemu doświadczeniu już dawno nauczyłem się rozróżniać miłą dziewczyną od tej, która tylko takową udawała.
Za brunetką szedł o głowę wyższy od niej chłopak. Miał takiego samego koloru włosy oraz oczy; byli do siebie podobni, przez co wnioskowałem, że musieli być rodzeństwem. Chłopak miał kolczyk w wardze i szczerze powiedziawszy to on sam bardziej podobał mi się niż dziewczyna. Półdługie, wycieniowane włosy nadawały mu niegrzecznego wyglądu, a ładnie wykrojone, pełne usta wyglądały dość ponętnie…
Zamrugałem kilkakrotnie orientując się, że w moim pokoju stoi dwójka osób, których kompletnie nie znam.
- Wycieczka się zgubiła? – prychnąłem. – Jeśli tak, to mogę zagwarantować, że to nie jest kolejny punkt zwiedzania – sarknąłem i znów sięgnąłem po kontroler.
- Mam uczyć cię dobrego zachowania, młocie – warknęła dziewczyna i bez pardonu trzasnęła drzwiami, po czym padła na łóżko.
- Niby z jakiej racji? – spojrzałem na nią jak na kosmitkę odrywając się od gry, przez co po raz miliardowy moja postać została zabita.
- Bo mi babcia kazała – westchnęła. – Też nie jestem z tego powodu zadowolona – skrzywiła się. – A tak w ogóle to jestem Shiemi Shiroyama – przedstawiła się.
- Jestem Reita – przedstawiłem się kwaśno. – A ty to kto? – spojrzałem na chłopaka, który sięgnął po drugi kontroler i włączył się do gry.
- Yuu Shiroyama, ale wolałbym Aoi – uśmiechnął się cierpko. – Jestem jej bratem i zostałem wysłany jako rycerz cnoty Shiemi, bo, cholera, nie mam nic ciekawszego do roboty tylko łazić za nią krok w krok – wywrócił oczyma.
- Ty klniesz, – wskazałem na Yuu – ona w ogóle nie przestrzega żadnych zasad dobrego zachowania, a mimo to macie mnie czegoś nauczyć? – zaśmiałem się. – Wolne żarty – prychnąłem. Nagle coś do mnie dotarło… - Ta stara jędza to wasza babcia? – wypaliłem. – Oj, sorry… Nie chciałem być aż taki grubiański…
A rękę dałbym sobie uciąć, że ona nazywa się Shimora, a nie Shiroyama… No cóż; dobrze, że się z nikim o to nie zakładałem, bo straciłbym rękę i ciężko byłoby mi grać na konsoli…
- Nie przejmuj się – mruknął chłopak wciskając kolejne przyciski. – Też za nią nie przepadamy; szczególnie, że nasi rodzice postanowili zwiać do gorących źródeł, a nas zostawić na jej pastwę – pokręcił głową, jakby wciąż nie mógł się z tym pogodzić. – Szczególnie nie znoszę jej, kiedy każe mi kąpać tego durnego pchlarza… - warknął pod nosem.
- Albo sprzątać po nim, kiedy zesra się na dywan – dodała dziewczyna ukrywając twarz w dłoniach. – Zresztą… Serio myślisz, że przeprowadzę ci jakąkolwiek lekcję? Z dwojga złego wolę siedzieć tu niż u babci.
- Shiemi tylko przy rodzicach, babci i nauczycielach jest miła i potulna. Między nami jest coś w rodzaju zmowy. Kiedy ja nie dostanę tego, czego chcę, wysyłam Shiemi. Ona robi słodkie oczka i oddaje mi to, co dadzą jej rodzice, za co pobiera ode mnie „prowizje” – wyjaśnił Shiroyama.
- W sumie… niegłupie – pokiwałem z uznaniem głową. – Szkoda, że z moją siostrą nie da się dojść do takiego konsensusu…
- Dlaczego? – dociekała dziewczyna. – To jest czysty biznes. Wystarczy, że ładnie się uśmiechnę, co nic dla mnie nie znaczy, a on  - wskazała na brata – płaci mi za to. Same zyski.
- No, a jakby nie patrzeć gitary elektrycznej nigdzie nie znajdę za pięć tysięcy jenów (ok. stu złotu od aut.) – kontynuował Aoi. – Wystarczy, że Shiemi powie, że „zaraziłem” ją miłością do muzyki, a tata kupuje jej gitarę. Postoi tydzień w jej pokoju, potem ona mówi, że już jej przeszło, więc gitarę rekwiruję ja, a ona jest pięć tysięcy do przodu.
- Niby fajnie, ale moja siostra woli dolewać oliwy do ognia, kiedy już mam kłopoty. Ona też jest córeczką tatusia, ale wykorzystuje to jedynie dla swoich potrzeb. Mnie ma w głębokim poszanowaniu… no chyba, że może się na mnie wyżyć, bo ja i tak nie mogę nic jej zrobić; zaraz szlaban i tak dalej… - westchnąłem ciężko. – Właśnie, ta egocentryczka chyba jest u siebie w pokoju; Shiemi, nie chcesz z nią pogadać? Jako dwie dziewczyny chyba lepiej się dogadacie, nie? – zaproponowałem.
- Gdzie jest jej pokój? – dziewczyna zwlekła się z łóżka. – Nudzi mnie ta wasza gra…
- Następne drzwi po lewej – odparłem. – Cholera… - warknąłem, kiedy znów przegrałem, na co Yuu zaśmiał się. – I czego rżysz?
- Jesteś do dupy – parsknął śmiechem.
- Jakbyś wykonał tyle prac domowych, co ja dzisiaj, też palce nie działałyby ci poprawnie – fuknąłem. – Ledwo utrzymuję kontroler w rękach…
- Pomogę ci – zaoferował i przysunął się bliżej. Uruchomił grę od początku i naciskał odpowiednie przyciski lub poruszał dżojstikiem, kiedy ja nie zdążyłem tego zrobić.
- Niezły jesteś – przyznałem z uznaniem.
- Dzięki – uśmiechnął się pod nosem. – Aa – mruknął, jakby coś właśnie się mu przypomniało. – Ale od mojej siostry wara – warknął.
- I vice versa – zaznaczyłem. – Inaczej będę miał znów problemy – westchnąłem. – Zresztą, spokojnie; jakoś nie interesuje mnie twoja siostra.
- Wolę zaznaczyć to na początku, żeby potem nie było zdziwienia w razie, gdyby coś nagle ci się odwidziało – spojrzał na mnie uważnie. – Ty też nie musisz martwić się o to, że zainteresuję się twoją siostrą.
- Nawet jej nie widziałeś – zauważyłem. – Aż tak bardzo zniechęcił cię do niej mój opis? – zaśmiałem się.
Nastała chwila ciszy.
- Żadna dziewczyna nie jest w moim typie – wydusiliśmy z siebie w jednym momencie.
Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni, przestając interesować się grą. W oddali słychać było odgłos towarzyszący śmierci postaci, ale żaden z nas nie zwrócił na to uwagi.

*kilka miesięcy później*

Naciskałem wszystkie przyciski na kontrolerze z prędkością dźwięku, jakby od tego zależało moje własne życie. Z niepokojem obserwowałem, jak pasek z punktami HP mojej postaci zmniejszał się w zastraszającym tempie. Z tego powodu aż zapomniałem kontrolować także tegoż samego paska u mojego przeciwnika, dlatego nawet nie możecie wyobrazić sobie mojego zdziwienia, kiedy na ekranie telewizora pojawił się napis obwieszczający moją wygraną.
- Co…? – wydusiłem z siebie zdziwiony zanim chwilę potem zacząłem drzeć się jak opętany, ciesząc się ze zwycięstwa. – W końcu mi się udało! – krzyknąłem uradowany skacząc w miejscu. – Siedem miesięcy zajęło mi opracowanie taktyki, jak cię pokonać! – zaśmiałem się, a Yuu uśmiechnął się pod nosem.
- Taktyka polegająca na wciskaniu wszystkiego co popadnie? – podniósł jedną brew.
- Grunt, że skuteczna! – założyłem ręce na piersi.
- Masz rację – przysunął się do mnie i pocałował mnie krótko. – Cieszę się, że ty się cieszysz.
Nieważna jest taktyka; grunt, żeby była skuteczna – i nieważne czy dotyczy to lekcji dobrego zachowania, czy gry video. Bo faktem jest, że mojemu zach0waniu nie można było już nic zarzucić, a i podszkoliłem się w grach video… 
No i co najważniejsze zyskałem nowego chłopaka, którego nazwiska byłem stuprocentowo pewny – Shiroyama.
Yuu Shiroyama.

Oneshoot Yuuki x Rito (Lycaon) "Za co mnie kochasz?"

Przyznam się od razu, że od pewnego czasu mam manię na Lycaon ♥ Uwielbiam ten zespół, a szczególnie Yuukiego, który jest po prostu rozkoszny (i na niektórych zdjęciach wygląda bardziej dziewczęco niż ja, ale to już pomińmy; w każdym razem mistrzem w zawstydzaniu dziewczyn i doprowadzaniu ich do depresji z powodu zaniżenia ich samooceny jest Teru). 

W każdym razie uprzedzam, że w niedługim czasie znów może się coś pojawić z Lycaon @.@

Dla niewtajemniczonych:
Yuuki - wokalista
Rito - gitarzysta
Satoshi - gitatrzysta
Hiyuu - basista

(to jest obecny skład. W tym shoocie występują jedynie Yuuki i Rito, ale piszę to tak na wszelki zwyczaj, żeby wszyscy się z tym zapoznali, bo niedługo już będzie coś dłuższego z tymi panami :) W następnym opowiadaniu z Lycaon będą już występować wszyscy :D )

Poza tym to jestem smutna z tego powodu, że jest tak mało opowiadać (praktycznie wcale) z tym zespołem, więc postanowiłam to naprawić, tak jak w przypadku Zero x Hizumi (D'espairsRay) :p 
Matko, chyba powinnam założyć coś w rodzaju Polskiej Czerwonej Księgi Paringów z Muzykami J-Rocka xD Jakimś dziwnym trafem zawsze pociąga mnie to, czego jest mało ;p
Nie przedłużając już; ta-dam! Proszę!
Endżoj! Miłej lektury! (mam nadzieję, że przypadnie wam to do gustu; pisane na matematyce xD)

Tytuł: „Za co mnie kochasz?”
Paring: Rito x Yuuki (Lycaon)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?
Beta: -

Czasem zadajesz głupie pytania, wiesz?
Och, oczywiście, że o tym wiesz; to właśnie dlatego je zadajesz. Sam przecież nie jesteś głupi, specjalnie mnie prowokujesz, bo zdajesz sobie sprawę z tego, że nie umiem mówić, o tym, co czuję i myślę głośno. Czasami mam wrażenie, że po prostu mnie sprawdzasz lub próbujesz mnie w ten dziwny sposób trenować; i nawet jeśli tak miałoby być w rzeczywistości, to dobrze wiesz, że nie przeszkadzałoby mi to.
Bo Cię kocham.
A ty pytasz: za co? Dlaczego?
Nie mógłbyś zadać łatwiejszego pytania, na przykład: jak mnie kochasz?
Nie, oczywiście, że nie mógłbyś. Nie miałbyś wtedy takiej radości z widoku mojej zafrasowanej miny, kiedy próbuję dobrać odpowiednie słowa. Straciłbyś całą zabawę, gdybym po prostu mógł odpowiedzieć „na zabój i na zawsze”.

Lubię w Tobie rzeczy… Kurwa, nawet ciężko mi to słowo przechodzi przez gardło! Wiem, że nie powinienem kląć podczas takiego wyznania, ale to silniejsze ode mnie; a poza tym to Twoja wina.
Naprawdę, czy aż tak bardzo bawi Cię znęcanie się nade mną?
Nawet jeśli tak, to cieszę się, że w jakikolwiek sposób mogę Cię rozbawić i poprawić Ci humor; mimo iż bawisz się moim kosztem, to Twój piękny uśmiech rekompensuje mi wszystko, a świadomość, że uśmiechasz się tak cudownie tylko dla mnie daje mi siły, by znów zrobić z siebie błazna w Twoich oczach.
Mimo wszystko wybacz mi; nie zrobię tak, jakbyś sobie tego życzył. Wybieram łatwiejszą dla mnie wersję i wolę trzymać się tego „lubienia”… ale podejrzewam, że nawet to Cię rozbawi. Ale co mam zrobić?; w końcu zawsze byłem nieporadny w sprawach uczuciowych…
A więc… Kuźwa, nie zaczyna się zdania od „a więc”… Dobra, spróbuję jeszcze raz:
Lubię Cię za to, że jesteś miły, troskliwy i… Proszę Cię, nie męcz mnie tak i sam dopisz sobie w tym miejscu tą sztywną formułkę zazwyczaj powtarzaną z uporem maniaka w telenowelach. Bo prawda jest taka, że wypadałoby, żebym to napisał, ale byłoby to kłamstwem; a ja nie znoszę Cię okłamywać.
Szczerze powiedziawszy to lubię Cię za to, że nie zawsze jesteś miły i czasem potrafisz być wredny. To miłe urozmaicenie, bo wcale nie chciałbym żyć w takiej wyimaginowanej sielance, gdzie obaj udawalibyśmy, że jesteśmy idealni, że nasz związek jest idealny, że Twoja matka mnie lubi (lub choćby toleruje i akceptuje moją egzystencję na tym świecie), że rodzice nie zakrywają oczu dzieciom, kiedy całuję Cię na ulicy; to byłby stek kłamstw, a jak już wspomniałem, nienawidzę Cię okłamywać.
Lubię Cię za to, że nie jesteś idealny i potrafisz się do tego przyznać, że nie udajesz i jesteś sobą, nawet jeśli to oznacza, że zawsze musi wyjść na Twoje. Ilekroć razy byśmy się nie spierali, Ty zawsze wygrasz, a ja w końcu potulnie skinę głową przyznając Ci rację, nawet jeśli nie będę do końca przekonany. Wtedy na Twojej twarzy gości zwycięski grymas, ale szybko zmienia się w ciepły uśmiech, który daje mi jasny przekaz: „Cieszę się, że nasza kłótnia nie skończyła się rzucaniem talerzami i trzaskaniem drzwiami” – w tej kwestii akurat zawsze się z Tobą zgodzę.
Lubię ten uśmiech.
W ogóle lubię, kiedy się uśmiechasz ukazując swoje białe zęby, nawet jeśli nie jestem zwolennikiem Twojej wybielającej pasty.
Lubię też, kiedy wpychasz mi się do łazienki, kiedy wykonuję poranną toaletę; lubię kiedy wyrywasz mi z ręki szczotkę do włosów i ze smutną miną patrzysz na kolejne pojedyncze włosy, które na niej pozostały. To dość komiczne, kiedy raz po raz obiecujesz, że w końcu skończysz z farbowaniem włosów i wrócisz do naturalnego koloru (choć moim zdaniem już jest to niemożliwe, ale w końcu to Ty masz zawsze rację), a następnego dnia zawzięcie dyskutujesz z fryzjerką o nowej fryzurze i kolorze włosów. Szczególnie śmiać mi się chciało, kiedy z niemal platynowego blondu przefarbowałeś włosy na różowo. Kiedy wypomniałem Ci Twoje obietnice cały twój zachwyt nowym kolorem prysł niczym bańka mydlana i byłeś niemal bliski łez, powtarzając, że już niedługo będziesz musiał stosować środki na porost włosów lub, o zgrozo, nosić perukę. Mimo wszystko myślę, że przesadzasz. Masz piękne włosy; nieważne w jakim kolorze i jakiej długości – zawsze będą mi się podobać, bo podobasz mi się właśnie Ty, Yuuki.
Lubię Twoje włosy.
Ale za to nie lubię Twojego kota. Cholerny pchlarz zawsze drze moje kartki z nutami, które komponowałem przez całą noc. Nie znoszę, kiedy sierść tej szarej, futrzanej kulki zostaje na kanapie, łóżku, pościeli, poduszkach czy, nie daj boże, ubraniach! Szczególnie mnie irytuje, kiedy ten wredny kot włazi do szafy i jak na złość ociera się o moje rzeczy. Szlag mnie jasny trafia i krew zalewa, ale w sumie to go rozumiem. To niby tylko kot, ale jest do Ciebie strasznie przywiązany. Myśli, że należysz do niego, a ja jestem dla niego zagrożeniem. Lubię w nim ten upór (który zapewne przejął od właściciela), ale denerwuje mnie, że jest zwrócony przeciwko mnie. Gdybyśmy połączyli siły obaj moglibyśmy Cię lepiej chronić… nie wierzę! Czy ja naprawdę napisałem, że chcę połączyć siły z kotem?! Chyba pada mi na mózg… ale to też Twoja wina.
Lubię to, że zawsze mogę powiedzieć, że to Twoja wina. Mam w zwyczaju zwalać na Ciebie całą odpowiedzialność nawet (a raczej w szczególności), jeśli nie miałeś z daną sprawą żadnego związku; jak wtedy, kiedy spaliłem garnek razem z całą jego zawartością, bo zamiast siedzieć w kuchni, poszedłem do salonu i jakoś tak wyszło, że zasnąłem przed telewizorem. Była to Twoja wina, bo mnie nie dopilnowałeś, a przecież wiesz, że kucharz ze mnie marny.
Lubię, kiedy kręcisz głową z dezaprobatą i wywracasz oczami, gdy znów powiem, że to wszystko przez Ciebie, choć wiem, że tak naprawdę wciąż Cię bawię.
Lubię, kiedy razem siedzimy razem w salonie, kiedy ja udaję, że oglądam telewizję lub czytam książkę, a Ty posyłasz mi przeszywające spojrzenia i raz po raz notujesz coś na kartce. Często właśnie tak piszesz piosenki; obserwując mnie. Między innymi tak powstał „Mayaku”. Tę piosenkę lubię szczególnie, a już w największej szczególności, kiedy seksownie ubrany kusisz mnie i zaciągasz do sypialni, by rzucić na łóżko, pocałować krótko, a zaraz potem wyswobodzić się z moich objęć i zniknąć za drzwiami łazienki, mówiąc, że idziesz wziąć prysznic i nie mam na co liczyć, bo jesteś zmęczony.
Lubię, kiedy tak się mną bawisz.
Czuję się wtedy, jak  marionetka w rękach lalkarza – ale nie taka zwykła lalka; taka wyjątkowa, ukochana, do której zawsze chcesz wrócić, choćby po to, żeby ją poobserwować. Taka, która żyje własnym życiem, a jednocześnie częściowo jest związana z twoim żywotem, bo wszystko, co dotyczy Ciebie, dotyczy także mnie. Taka, która jest uzależniona od swojego właściciela, mimo iż jest od niego samego dużo silniejsza. Niewiele potrzebowałbym, żeby Ci się sprzeciwić, zbić jeden z tych paskudnych talerzy z zastawy, którą podarowała nam Twoja matka i którą wyciągasz tylko wtedy, kiedy ona nas odwiedza (żeby zabijać mnie wzrokiem), po czym wyjść z trzaskając drzwiami. Przecież nawet bym się przy tym nie zmęczył; ale nie chodzi o siłę fizyczną, którą nad Tobą góruję. Rzecz jasna chodzi o siłę przywiązania, którą wokół siebie roztaczasz. Uzależniłeś mnie od siebie. Jesteś moim narkotykiem; powiedziałem Ci to kiedyś i tak z kolei powstała piosenka „I love sex. I love drugs. I love rock’n’roll”. Fakt, uwielbiam się z Tobą kochać, uwielbiam Cię, jako mój narkotyk i kocham rock. Wiem, że pisałeś to z myślą o mnie, choć nie przyznałbyś się do tego za żadne skarby tego (i innego też) świata.
Odnośnie muzyki to lubię też, kiedy wstajesz w środku nocy, by zasiąść przy fortepianie, który stoi na poddaszu. Melodia wygrywana przez Ciebie jest zależna od Twojego humoru, ale tym, co jest stałe i niezmienne to to, że zawsze zaczynasz od „forte”, mocno uderzając w klawisze, aby mieć pewność, że się obudzę i Cię usłyszę. Doprawdy… jakbyś nie wiedział, że budzę się za każdym razem, kiedy tylko poruszysz się mocniej w moich objęciach, nie wspominając o tym, że automatycznie próbuję powstrzymać Cię przed wydostaniem się z moich ramion.
Lubisz, kiedy po kilkunastu minutach idę za Tobą na poddasze i staje w drzwiach opierając się o futrynę ramieniem. Czekam aż skończysz grać utwór, po czym siadam przy tobie i pozwalam Ci wypłakać się w moją koszulkę lub razem z Tobą śmieję się w głos.
Lubisz te nocne recitale.
I ja też je lubię.
Lubię, kiedy na kubku, który zalega od kilku dni na blacie w kuchni, zostaje ślad szminki, błyszczyku lub pomadki wiernie odwzorowujący Twoje idealne i kształtne usta. Lubię to, mimo iż za każdym razem drę się na Ciebie, że to najwyższy czas, aby nauczyć się korzystać ze zmywarki i wkładać do niej brudne naczynia.
Lubię Twoje usta.
Są zawsze takie miękkie i ciepłe. Raz tylko były zimne, kiedy wypadłeś za burtę jachtu, którym płynęliśmy po zatoce z naszymi znajomymi i mało brakowało a byłbyś się utopił. Byłem wtedy przerażony. I znów wrócę do przyrównania Cię do lalkarza; jestem zależny od ciebie. Jeśli wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej… nie umiem sobie nawet tego wyobrazić… i nie chcę. Jakaś część mnie, dokładnie to ta, która jest z Tobą tak mocno związana, z pewnością umarłaby, jednak nie wiem czy potrafiłbym bez niej już dalej żyć. Tak jak już mówiłem, to, co dotyczy Ciebie, dotyczy także mnie, więc…
Może nie będę kończył już tego zdania.
W każdym razie lubię Twoje usta.
Uwielbiam je całować. Uwielbiam całować całe Twoje ciało. Uwielbiam, kiedy jesteś tylko mój.

Przesadzam? Chyba przechodzę ze skrajności w skrajność; od śmierci do perwersji… No cóż, ale tak właśnie jest splątany mój umysł.
I to też Twoja wina.
I dobrze o tym wiesz.

Lubię, kiedy leżysz na mnie w swojej ulubionej pozycji – z głową na moim torsie, z przerzuconą przeze mnie lewą nogą ugiętą w kolanie, podciągniętą na wysokość mojego biodra. Masz skłonności do zasypiania na mnie w takiej pozycji, zazwyczaj w środku filmu, który razem oglądamy podczas jednego z niewielu wolnych dni; to także lubię. Lubię nawet to, że po porządnej gimnastyce, jaką muszę wykonać, żeby wstać z sofy, wziąć Cię na ręce, i zanieść Cię do sypialni oraz przykryć kołdrą, Ty mamroczesz pod nosem, że już dzięki mnie nie śpisz. Nadąsany prychasz i każesz mi iść do diabła, a chwilę potem z powrotem przyciągasz mnie do siebie, znów wygodnie się na mnie moszcząc i zasypiając.
Lubię patrzeć na Ciebie, kiedy śpisz.
Może to dziwne, ale naprawdę to lubię. Jesteś wtedy taki słodki, powiedziałbym kawaii, ale za takie określenie zapewne wyrzuciłbyś mnie z domu, dlatego nie użyję tego słowa. Dobrze wiesz, że w nocy zamiast spać, jak normalny człowiek, obserwuję Cię, ale nigdy Ci to nie przeszkadzało.  Nigdy nie skarżyłeś się na to i nigdy nie prosiłeś, żebym przestał. Minusem tego jest jedynie to, że przeważnie jestem niewyspany i ziewam rozdzierająco na próbach, jednak ma to też swoje plusy; kiedy w dni wolne budzisz mnie koło godziny jedenastej gorącym pocałunkiem, mówiąc, że śniadanie już czeka – to głównie dlatego tak bardzo lubię, kiedy mamy wolne.
Lubię, kiedy gotujesz.
Wychodzi Ci to świetnie, więc nic dziwnego, że lubię jeść to, co przygotujesz. Twoją specjalnością są przeróżne ciasta, których potrafię pochłonąć niemalże całą blachę w zastraszającym tempie. I już nawet nie denerwuje mnie to, że po Twoim urzędowaniu kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado, a potem ktoś rzucił tam bombę C4.
W sumie to nawet lubię to Twoje bałaganiarstwo. Jesteś chyba najbardziej zakręconą osobą, jaką znam. Nigdy nie pamiętasz, gdzie co położyłeś lub skutecznie potrafisz to ukryć pod warstwą śmieci, makulatury i niepotrzebnych rzeczy wyrzuconych w desperacji ze wszystkich szafek, szuflad i do czego tam się jeszcze dobierzesz. Lubię, kiedy zaczynasz panikować, a ja bez słowa podaję Ci przedmiot, którego szukałeś. Uśmiechasz się wtedy pięknie i całujesz mnie w policzek.
Lubię Twój uśmiech.
Lubię też Twoje usta.
Wszystko to, co w Tobie lubię zazębia się; jedno wynika z drugiego, więc w sumie nie ma takiej rzeczy, której bym w Tobie nie lubił.
Bo lubię Ciebie.
Całego Ciebie.
Co ja gadam, do ciężkiej cholery?!
Ja Cię kocham!
Ale to przecież wiesz, mimo iż mówię to stanowczo za rzadko. Nie wiem dlaczego tak trudno przechodzi mi to przez gardło, ale Ciebie to bawi, więc jest dobrze.
Póki Cię to bawi jest dobrze; kiedy przestanie, zmienię się. Jeśli Ty się zmienisz i przestanie Cię rozbawiać moja nieporadność, to zmienię się i ja; i będę stanowczy… lub jakikolwiek będziesz chciał, żebym był. Bo jestem od Ciebie uzależniony.
Ale to także już wiesz.

Więc, za co cię kocham, pytasz?
Gdybym odpowiedział „za wszystko” brzmiałoby to co najmniej banalnie, prawda? Zresztą mógłbyś pomyśleć, że po prostu Cię olewam… Ale jeśli nie mogę wyrazić tego w kilku zwięzłych słowach, to co mam zrobić? Powiedzieć to wszystko, co kłębi się w mojej głowie? Naprawdę muszę to wszystko mówić?
- Za co mnie kochasz? – pytasz ponowie nie spuszczając ze mnie oczu.
- Nie znoszę twojego kota – odpowiadam w końcu, a Ty wybuchasz gromkim śmiechem.
I niech raz wyjdzie na moje!
Zrozumiałeś aluzję; bo jakże mogłoby być inaczej?
Rozumiesz, że jedynej rzeczy, której nie cierpię to ten cholerny pchlarz. Ale to tylko zwierzę. Zwierzę, które przynależy do Ciebie, podobnie jak ja sam; ale przecież w gruncie rzeczy nie jest Tobą.
Bo w Tobie kocham wszystko – i mówię to głośno i wyraźnie!
Nieważne, jak banalnie to zabrzmi i w ilu telenowelach padł już ten tekst.
Kocham Cię za wszystko – taka jest prawda.

Kocham Cię, Yuuki.

Po prostu Cię kocham.

Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia cz.2

Serio byłam pewna, że już dawno to wstawiłam... ;_; Ale cóż, pomyliłam się; ja-lama x.x'' 
Przepraszam...


Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia cz.2

Do końca zajęć szkolnych nie mogłem uwolnić się od Aoia. Z tego właśnie powodu ledwo powstrzymałem się od krzyknięcia zwycięsko: „Victoria!”, kiedy kończąc dziś zaskakująco szybko, bo zaledwie po sześciu lekcjach, wyszedłem przed budynek szkoły. Kierowałem się w stronę głównej bramy, skąd następnie chciałem dojść do stacji metra i wrócić do domu, jednak ktoś zaczepił mnie. W duchu modliłem się, żeby to nie był Yuu i powoli odwróciłem w stronę owej osoby.
- Cześć Kiyoko! – przywitała się Yui, jedna z milszych dziewczyn z mojej klasy. – Um… Mimo iż wygląda na to, że jesteśmy razem w klasie drugi rok to… jakoś nie miałam okazji dobrze cię poznać – uśmiechnęła się, co trochę dodało mi sił. Odpowiedziałem jej tym samym gestem. – Jako że nauczyciel fizyki jest nieobecny i skończyłyśmy lekcje wcześniej, to… może zechciałabyś pójść ze mną na pizzę? – zaproponowała, a ja zdziwiłem się.
W tym momencie odezwała się we mnie ta męska strona, która podpowiadała mi, że to ja powinienem zaprosić dziewczynę na wspólny wypad na miasto a nie odwrotnie. Chwilę potem zorientowałem się, że przecież wciąż jestem dziewczyną! Więc… w sumie to, co powinienem zrobić? Nigdy jak do tej pory nie byłem na randce – może to kogoś zdziwi, ale naprawdę nie czułem potrzeby umawiania się z kimś. Miałem jednego przyjaciela o imieniu Takanori Matsumoto i przezwisku Ruki, i spotkania z nim mi wystarczały. Nie to, że chodziłem z nim na randki! Nie! Po prostu przyjaźniliśmy się i tyle. Obaj zaliczaliśmy się do grupy „tych na nie” – to znaczy tych, którymi dziewczyny się nie interesowały. Przedstawicielki płci pięknej z mojej szkoły zdecydowanie wolały sportowca, kapitana drużyny koszykarskiej, o lśniących włosach i powalającym uśmiechu Yuu Shiroyamę niż wątłego, malującego się Kouyou Takashimę o przezwisku „modelka”. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że przez ignorowanie płci przeciwnej, teraz kompletnie nie wiedziałbym, jak zachować się na spotkaniu z dziewczyną… ale zaraz, zaraz… Spotkania dziewczyna-chłopak i dziewczyna-dziewczyna wyglądają całkiem inaczej, nie? Poza tym tak właściwie to byłem chłopakiem w damskim ciele, więc nasze spotkanie było czymś w rodzaju dziewczyna/chłopak-dziewczyna – a więc można powiedzieć, że była to taka „pół-randka”, „pół-spotkanie przyjacielskie”. Trochę dziwna sprawa… i niezręczna…
W sumie… Raz kozie śmierć! Yui naprawdę wydawała się być miłą osobą w porównaniu do tej bandy tlenionych plastików, które przedefilowały koło nas kołysząc się przy tym na stanowczo za wysokich obcasach. Jeśli zbłaźnić się to tylko przy Yui – ona z pewnością nauczyłaby mnie, jak zachowywać się dziewczęco i stać się dziewczyną. Z kolei jeśli wyciąłbym jakiś głupi numer przy tej obślizgłej blondynce z kilogramami gładzi szpachlowej na twarzy, zapewne zostałbym wyśmiany… a tego raczej bym nie chciał… No co? W końcu musiałem przyzwyczaić się do bycia w tym ciele, nie? Bo nie wiadomo, jak długo jeszcze mogę być w nim uwięziony… a może już nie wrócę do swojej męskiej postaci? I co wtedy? Przecież muszę się jakoś wpasować w społeczeństwo!
- Jasne. Z przyjemnością – zgodziłem się w końcu.
Razem poszliśmy do mieszczącej się niedaleko pizzerii, którą lubiła dziewczyna. Po drodze rozmawialiśmy o kosmetykach, których używałyśmy. Temat zaczęła moja towarzyszka, która zachwycała się moją cerą. Co, jak co, ale w istocie nawet jako chłopak byłem zadbany i nigdy nie miałem problemów z cerą; z kolei na twarzy dziewczyny nieraz było widać małe blizny na czole i policzkach po trądziku, które próbowała ukryć pod warstwą pudru. Yui miała czarne włosy sięgające do ramion i takowego koloru, duże oczy. Usta miała dość wąskie, jednak bezbarwny błyszczyk optycznie je powiększał. Nos miała mały i szczupły, lekko zadarty;  miała przeciętną urodę, ale resztę nadrabiała charakterem.
W knajpie zamówiliśmy jedną pizzę, która postanowiłyśmy zjeść razem. Tematy płynnie przechodziły z jednego w drugi, przez co przestałem się już tak stresować. Początkowo myślałem, że rozmowa będzie wyglądała na zasadzie „wsłuchaj się w ciszę, a usłyszysz mój głos”, jednak spotkała mnie miła niespodzianka. Podczas jedzenia zaczęliśmy rozmawiać o chłopakach.
- Zdaje mi się, że wpadłaś w oko Shiroyamie Yuu – stwierdziła, biorąc pierwszy kawałek pizzy do ręki.
- Naprawdę? Nie zauważyłam… - mruknąłem nieco speszony.
- Oj nie udawaj! I nie wstydź się! To powód do radości!
- Myślisz? Ja raczej tak nie uważam… - westchnąłem.
- Dlaczego? – dociekała. – Aoi jest fajny. Miły, pomocny, żartobliwy… przystojny – rozmarzyła się, a ja w tym momencie miałem wielką ochotę walnąć głową w tą pizzę. Naprawdę nie mam pojęcia dlaczego, ale strasznie mnie podkusiło… - Bylibyście ładną parą!
- CO?! – aż zakrztusiłem się kawałkiem, który właśnie przełykałem.
- Czemu się tak oburzyłaś? Masz już jakiegoś innego chłopaka, że Yuu ci tak nie pasuje? – dociekała.
- Nie, nie mam nikogo, ale… po prostu jakoś nie mogę wyobrazić sobie nas razem – „bo w gruncie rzeczy obaj jesteśmy facetami”, dodałem w myślach.
Naprawdę… jak mógłbym mieć faceta skoro sam nim jestem? No… znaczy teoretycznie nim jestem, bo praktycznie zawartość mojej bielizny mówi co innego, ale… Czułbym się wtedy tak, jakbym go oszukiwał; albo lepiej – jakbym był transwestytą. Dobra, może mam ciało dziewczyny, ale to nie zmienia faktu, że wciąż myślę jak chłopak i doskonale pamiętam siebie… w tamtej formie? Jak to inaczej ująć? Zresztą… skoro zamieniłem się w dziewczynę wczorajszej nocy to możliwe, że dzisiejszej znów powrócę do bycia chłopakiem. Wszystko jest możliwe… Dzisiaj umówiłbym się z nim jaka Kiyoko, a na randkę przyszedłby Kouyou? Mógłby pomyśleć, że dziewczyna sobie z niego zadrwiła… Ale dobra; inny scenariusz: powiedzmy, że nawet bylibyśmy parą, a ja przyzwyczaiłbym się do bycia dziewczyną. Bylibyśmy ze sobą tak długo, że chcielibyśmy przeżyć nasz pierwszy raz, a tu nagle ~puf!~ i zamiast seksownej dziewczyny w koronkowej bieliźnie wychodzi facet w bokserkach? W takim momencie na miejscu Shiro dostałbym zawału na miejscu… A potem weź się wytłumacz! „Skarbie, naprawdę nie wiem jak to się stało, że ZNÓW stałem się mężczyzną”…
- Ale on się do ciebie kleił! Choćby na przerwie obiadowej! – zapiszczała cieniutkim głosikiem. – Nie odstępował cię na krok! I wypytywał o ciebie; to znaczy, że chciał się dowiedzieć czegoś więcej o tobie, więc musi mu na tobie zależeć! – szczebiotała.
- Nie pleć bzdur… Auu… - zawyłem zwijając się z bólu.
- Coś się stało? – zmartwiła się.
- Brzuch mnie rozbolał… Od końca lekcji mnie bolał, ale teraz to już przesada… - westchnąłem.
- Może z przejedzenia? Albo odwrotnie; z głodu? Albo ze stresu? – wymyślała.
- Nie; to nic związanego z żołądkiem… Bardziej boli mnie podbrzusze… - przyznałem. Jeszcze nigdy nie bolał mnie tak brzuch! Cholera, co się dzieje?
- Aaa… - mruknęła ze zrozumieniem. – Więc może chodzi o… - przybliżyła się do mnie i szepnęła mi na ucho - …kobiece sprawy? – a następnie wcisnęła mi coś do torby z książkami. – Idź do łazienki. Poczekam tu na ciebie.
Niezbyt zrozumiałem, o co chodzi, ale mimo wszystko posłuchałem. Przynajmniej mogłem się odświeżyć. Wszedłem do jednej z kabin razem z torbą i wyciągnąłem to „coś”, co wcisnęła mi Yui. Zrobiła to bardzo dyskretnie, więc domyślałem się, że nie była to żadna rzecz, którą można byłoby publicznie się popisać. Okazało się, że była to… podpaska. Nie no… poważnie? Marząc o tym, że jestem dziewczyną jakoś nigdy nie uwzględniałem okresu – i bólu brzucha, jaki przy tym towarzyszył. Przeżegnałem się, licząc, że ten ból naprawdę będzie spowodowany stresem, jednak… jednak moje modły nie zostały tym razem wysłuchane.
- Pięknie… - syknąłem.
I co ja mam teraz zrobić? A, chwila, przecież czarnowłosa dała mi podpaskę… No to chyba dziewczyny używają tego w takich sytuacjach, o ile się nie mylę, nie? Tylko… Był kolejny problem, bo nie wiedziałem, jak się to zakłada – niestety nie miałem przy sobie laptopa ani nawet Internetu w telefonie, żeby douczyć się w zakresie czarnej magii, jak w przypadku biustonosza. Kuźwa, skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć? Spodziewałem się, że to będzie… Dobra, sam nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale na pewno nie różowych, szeleszczących kwadratów (Always xD od aut.), w których w środku coś było! Co ja mam z tym, do cholery, zrobić?! Mam coś wyjąć, pociągnąć, narysować, włożyć, wypowiedzieć zaklęcie? „Hokus pokus…” i co dalej? Wymierzyłem sobie cios z otwartej dłoni w czoło, po czym jeszcze raz przyjrzałem się opakowaniu, w którym podpaski się znajdowały. Tak! Dobra Kannon mnie jednak nie opuściła! Znajdowała się tam instrukcja – i to jeszcze z obrazkami!
1.       Rozerwać to różowe, szeleszczące coś i jak mniemam, pozbyć się tego. W moich rękach zostało takie coś białego złożone na trzy i obklejone długimi karteczkami z dwóch stron. Przez chwilę zastanawiałem się czy na pewno dobrze odczytałem instrukcję obrazkową zrywając to szeleszczące różowe, ale mimo wszystko postanowiłem brnąć w to dalej.
2.      To białe coś trzeba było rozłożyć i nagle zrobiło się dużo dłuższe… Normalnie magia!
3.      Zerwać te dwie szeleszczące karteczki… czy co to tam było; dla mnie to wyglądało jak szeleszcząca kartka, więc tego się trzymałem. Z jednej strony pojawiły się na białym, niemalże ceratowym materiale ładne niebieskie szlaczki. Ledwo powstrzymałem się od mruknięcia „kawaii”. Z drugą karteczką było gorzej, bo jak się okazało druga strona była wysmarowana klejem. Podpaska przyklejała mi się do rąk i niezbyt potrafiłem sobie z tym poradzić, jednak w końcu odniosłem sukces.
4.      Och, słodka Glorio i Victorio, chciałoby się krzyknąć! Udało mi się to umieścić odpowiednio ( tak przynajmniej mi się zdawało) w bieliźnie. Zwycięsko opuściłem toaletę, będąc zadowolonym, że na moich czerwonych rurkach nie powstaną już żadna ciemniejsze plamy, które mogłyby mnie zdradzić.
Wróciłem do Yui i równie dyskretnie jak ona podała mi podpaski, tak ja jej je teraz oddałem.
- Dziękuję – szepnąłem, nieco speszony.
- Nie ma za co – uśmiechnęła się i mówiła głośno, tak, jakby to nie był temat tabu. A może nie był? No bo… gdyby to było jakieś dziwne czy niedozwolone to nie dałaby mi podpaski, nie? – Masz – wręczyła mi również tabletki. – Weź dwie, bo widzę jak się kulisz z bólu. Nie są zbyt mocne, ale zawsze lepiej wziąć cokolwiek przeciwbólowego niż nic – wzruszyła ramionami. Podziękowałem jej skinieniem głową i popiłem tabletki colą, którą zamówiliśmy do pizzy. - A…. wracając do poprzedniego tematu – nawiązała. – Dlaczego uważasz, że nie możesz związać się z Yuu?
- To nie mój poziom – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Jako chłopak nawet nie pomarzyłbym o rozmowie z nim, bo to był szkolny „celebryta”. – Zawsze wokół sportowców kręci się dużo tych sztucznych, dmuchanych lal… Ja nie jestem taka; nie stać mnie, żeby co tydzień chodzić na solarium i co dwa tygodnie tlenić włosy, a rodzicie nie daliby mi na to pieniędzy. Nie pozwoliliby mi tak wyglądać… Zresztą, ja nawet nie chcę. Nie lubię butów na obcasach ani malować powieki aż po same brwi na różowo… Mam zupełnie inny styl. Mnie się to nie podoba…
- Ale właśnie o to chodzi, że nie masz taka być – wyjaśniła spokojnie. – Chodziłam z Yuu do gimnazjum i wierz mi, on zawsze miał takie powodzenie u dziewczyn; niestety u tych pustych. Zakochać się w takiej skwarce to ostatnie, co mógłby zrobić. Dla niego liczy się charakter, a nie wygląd. Zresztą… jesteś naprawdę ładna Kiyoko – uśmiechnęła się i chciała powiedzieć coś jeszcze, jednak przeszkodził jej w tym telefon, który nagle zaczął wygrywać słodziutką melodyjkę, która jak na mój gust brzmiała jak ending do bajki dla najmłodszych i brzmiała mniej więcej: „Tiri-tiri-tata! Titi-tiri-tutu!”. Czy to dziwne, że ja, nawet jako dziewczyna, miałem ustawioną jako dzwonek piosenkę Dir en grey – „Agitated screams of maggots”?
Właśnie… a tak propos to, co wypada dziewczynie? Czy mogę słuchać dalej j-rocka? A co z mangą i anime? Wiedziałem, że dziewczyny oglądają anime i czytają mangi, ale czy dziwne będzie jeśli pochwalę się kolekcją „D.gray-man” (ja się zakochałam w tym <3 od aut.), a niektóre kwestie z „Another” znam już na pamięć?
W czasie, kiedy ja intensywnie rozmyślałem, dziewczyna skończyła rozmowę telefoniczną. Spojrzała na mnie przepraszająco i skinęła głową.
- Wybacz, ale muszę już wracać…
- Nie szkodzi. Ja też będę się już zbierać – uśmiechnąłem się. – A mogę jeszcze zapytać jakie jest twoje ulubione anime czy manga?
- K-on (anime o dziewczynach, które założyły swój zespół muzyczny – typowo babskie… od aut.) – odpowiedziała radośnie. – Też to lubisz?
- Em… Tak, tak, oczywiście… - skłamałem.
- Super! Dzięki, że ze mną wyszłaś! Do zobaczenia jutro! – rachunek podzieliłyśmy na pół i zapłaciłyśmy, po czym każda ruszyła w swoją stronę.

***

Kiedy tylko przyszedłem do domu, pierwsze co zrobiłem to położyłem się na łóżku. Rzuciłem torbę w kąt i padłem na materac. Zwinąłem się w kulkę, oddając bezgranicznemu cierpieniu. Proszki od Yui powoli przestawały działać… Zaczynałem przysypiać, kiedy nagle jedna myśl otrzeźwiła mnie do końca. Szybko wstałem i pobiegłem do łazienki. Otworzyłem szafkę pod lustrem i… uff, jak dobrze mieć dwie starsze siostry, które robią zapas podpasek. Wstając, przez przypadek zrzuciłem krem do rąk mamy, dlatego musiałem ponownie się schylić, żeby go podnieść. W tym momencie kątem oka zauważyłem, że… na moim tyłku i tak rozkwitły ciemnoczerwone plamy. Cholera! Czy to dopiero teraz się stało, czy miałem już tak w metrze? Ponownie uderzyłem się otwartą dłonią w twarz – dziewczyny mają przekichane z tym okresem, ale jak dotąd to chyba jedyny minus zmiany w płeć piękną (jeszcze ci dam popalić, Uru xD Od aut.).
Zamknąłem drzwi do łazienki i zacząłem się przebierać.
- To te podpaski trzeba wymieniać tak często? Myślałem, że to jedna na cały dzień… - mruknąłem pod nosem, wrzucając brudne spodnie do kosza na pranie.
Kiedy już się przebrałem w wygodne dresy, wróciłem do swojego pokoju i ponownie położyłem na łóżku, próbując zasnąć. Musiałem jeszcze odrobić pracę domową, ale w tym stanie? Nie ma mowy! Najwyżej jutro rano przed lekcją od kogoś przepiszę…
- Dzień dobry, czy jest Kouyou? – rozpoznałem głos Rukiego. Zaraz, zaraz… Czy on mnie nazwał Kouyou?!
- Słucham? – zdziwiła się moja matka. – Takanori, czy to nie jest przypadkiem męskie imię? Przecież wiesz, że mam trzy córki.
- Trzy? – zdziwił się chłopak.
- Tak, trzy: Jyou, Miko i Kiyoko.
- Kiyoko? – nasłuchiwałem z coraz większym napięciem.
- Dlaczego jesteś taki zdziwiony? Przecież jesteś przyjacielem Kiyoko, prawda? Skoro już przyszedłeś, to możesz ją odwiedzić.
Słyszałem jak chłopak wszedł do domu i ściągnął buty, a następnie szybko wbiegł po schodach i skierował się do mojego pokoju. Zapukał do drzwi, po czym wszedł. Odwróciłem się w jego stronę, a on…
- Oj, przepraszam panią… Chyba pomyliłem pokoje…
- Takanori, idioto, to ja! – krzyknąłem na niego. Blondynek spojrzał na mnie tak, jakbym był z Marsa i zamrugał kilkakrotnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Z całym szacunkiem, ale jaki „ja”? – zapytał zmieszany.
Westchnąłem cierpiętniczo i niechętnie wstałem. Zamknąłem za nim drzwi i pociągnąłem go za rękę, zmuszając, aby usiadł na łóżku. Sam natomiast zająłem miejsce obok niego.
- To ja, Kouyou – szepnąłem.
- Czy w tym domu robi się ze mnie wariata? Najpierw pani domu mówi mi, że ma trzy córki,  potem jedna z nich podaje się za mojego najlepszego przyjaciela, który jest CHŁOPAKIEM! – złapał się za głowę.
- To nie tak! – usadziłem go z powrotem, kiedy chciał wstać. – Nie rozumiesz… Ja też tego nie rozumiem, ale… Wczoraj położyłem się jeszcze jako chłopak, a dziś jestem już dziewczyną i wszyscy nazywają mnie Kiyoko. Traktują mnie w domu tak, jakbym był tu od zawsze i nic się nie zmieniło. W szkole teoretycznie wszyscy wiedzą o kogo chodzi, ale nikt mnie za dobrze nie zna…
- To naprawdę ty Kouyou? – Maleństwo spojrzało na mnie zdumione. – To nie jest śmieszne! Przebrałeś się?!
- Nie wrzeszcz! – uciszyłem go. – Wygląda na to, że tylko ty pamiętasz mnie jako chłopaka… Co więcej dziś rano znalazłem w szafie same damskie ubrania i… - wstałem i otworzyłem szufladę, gdzie znajdowały się staniki.
- Nie pokazuj mi tego, bo wyjdę na zboczeńca! – zasłonił dłonią oczy, a ja zamknąłem szufladę.
- Takanori, pomóż mi… - jęknąłem błagalnie. – Ja nie wiem jak mam się zachować…
- Nabierasz mnie! Nie możesz być Kouyou!
- Niby dlaczego?
- Bo masz cycki!
- I okres, i co z tego? To naprawdę ja! – otworzyłem ponownie szafę, na co Matsumoto odruchowo zasłonił oczy.  – Patrz! – podstawiłem mu jedną z koszulek pod sam nos. – Pamiętasz to? Kupiłeś mi kiedyś bluzkę z Luna See na urodziny; czytaj, co tu jest napisane! – pokazałem mu metkę.
- „Woman’s t-shirt” – przeczytał na głos.
- No właśnie! – jęknąłem załamany.
- Kyou… Co ci się stało? – zmarszczył brwi.
- Żebym jeszcze wiedział! Wczoraj przyniosłem kolejną jedynkę z w-f’u, naganę za podrobienie podpisu mamy na lewym zwolnieniu i pomyślałem, że łatwiej byłoby być dziewczyną, a rano… no samo jakoś tak wyszło…
- Zrobili ci operację plastyczną czy jak?
- Nie ironizuj!
- Nie ironizuję tylko głośno myślę! Przecież chciałeś pomocy! – oburzył się.
- Ta, zrobili mi operację plastyczną jak spałem i wyprali mózgi wszystkim, których znałem oprócz ciebie – fuknąłem.
- To rzeczywiście dziwne… - pokiwał głową i zamyślił się.
- Dziwne to jest to, że podrywał mnie chłopak z naszej szkoły! – wyrzuciłem ręce w powietrze.
- Kto? – zainteresował się.
- Shiroyama Yuu… - przyznałem, spuszczając głowę.
- No, no, no… - mruknął, po czym zagwizdał, uśmiechając się półgębkiem. – Niezłe masz branie, Kiyoko – specjalnie zaakcentował moje damskie imię.
- Nie śmiej się! To nie jest śmieszne! – warknąłem. – Ja się załamię…
- Ej, czekaj, czekaj… Czy powiedziałeś… Znaczy, powiedziałaś, że masz okres?
- No, a co? Chyba nie chcesz mnie przelecieć, nie? – prychnąłem. Ruki zamachnął się, żeby uderzyć mnie w głowę tak, jak to zwykle robił, kiedy gadałem głupoty. Zacisnąłem oczy, czekając na cios, jednak jak się okazało, nie nadszedł.
- Zapomniałem, że dziewczyn nie wolno bić… - westchnął ciężko. – A co do tego okresu to ci współczuję…
- Przyjmuję kondolencję… Czuję, że mój koniec jest bliski… - położyłem się na łóżku, a chłopak spojrzał na mnie z niezrozumieniem. – Boooli…. – zawyłem.
- Aaa… - mruknął. – Ale ja nie dlatego ci współczuję.
- A to niby dlaczego?
- Bo jutro są na zaliczenie biegi przełajowe!
- Zabij mnie! – wrzasnąłem, zakrywając twarz poduszką.
- Ej, Kiyoko… - zagadnął, a ja odsłoniłem twarz. – Jak to w ogóle jest mieć okres? – zapytał ciekawsko, za co zrugałem go spojrzeniem. – No co? Przecież ja nigdy nie miałem okresu!
- To się ciesz… - syknąłem.
- A jak to jest mieć cycki?
- Przeginasz… - zmarszczyłem brwi.
- No chcę wiedzieć! – podskoczył z rozpierających go emocji i ciekawości. – Powiedz! Powiedz! Powiedz!
- Ech… Ciężko jest mieć cycki… Kręgosłup mnie boli od tego…
- No fakt, masz co dźwigać – uśmiechnął się, za co dostał poduszką w łeb.
- Ej, to nie fair! Ty możesz mnie bić, a ja cię nie!
- Plus bycia dziewczyną – wystawiłem mu język i odwróciłem się do niego tyłem.
- A… Jak to jest mieć… No wiesz… No bo wnioskuję, że skoro masz okres to już nie możesz mieć…
- RUKI! – wrzasnąłem, przerywając mu.