Oneshoot MiA x Tsuzuku (Mejibray)


Em, no dobra, powiem to tylko i wyłącznie raz: MASAKRA! Masakra jest z waszymi komentarzami - ludzie, czemu wam się nie chce komentować? Czy moje wpisy są już tak denne, że wam się nie chce? Trzy komentarze; dwa? O.o Co to jest? Gdzie ja jestem? Gdzie te 63 obserwatorów~? 
Bunt. To jest bunt i jawny szantaż. Od dziś (a mam dalej napisane) nie pojawi się żadna notka dopóki pod wpisem nie będzie przynajmniej DWUDZIESTU - 20 (!) komentarzy! Możecie mnie wyklinać (osoby, które komentują zazwyczaj), ale naprawdę mam wrażenie, że moje opowiadania są zawieszone w eterze, co równa się z tym, że wychodzi na to, że nie są czytane, więc nie muszę ich pisać.
Wiąże się to także z tym, że nie będzie dalszej części ani "Mosnters", ani "Closer to Ideal", ani "Liceum" (wiem, że większość czyta tylko to ostatnie, a nie jestem z tego powodu zadowolona).

Więc jak? Żegnamy się?


Tytuł: Perfekcyjny.
Paring: MiA x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshoot
Gatunek: sama nie wiem, jak to określić (/.-)
Beta: Hoshii.

- Ty jesteś zbyt sztuczny! – oskarżycielskim gestem wycelowałem palcem w MiA, maszcząc przy tym śmiesznie nos. – Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Ty po prostu musiałeś mieć choć jedną operację plastyczną! Chociaż nosa! Normalni ludzie nie rodzą się z takimi nosami! Więc albo jesteś kosmitą, albo miałeś operację plastyczną! – genialnie wydedukowałem.
- Tsuzuku, czy ty właśnie upiłeś się dwoma piwami? – Barbie, której właśnie strzeliłem kazanie na temat jej twarzy, popatrzyła na mnie z politowaniem. Tak, wolałem mówić o gitarzyście mojego zespołu w rodzaju żeńskim (ona), niż męskim (on), gdyż moim zdaniem, w istocie miał więcej wspólnego z płcią piękną.
- Weź się uspokój, bo atmosferę psujesz! – burknął Koichi, rozwalając się na wielkim fotelu. – Po prostu mu zazdrościsz, ot co! A nawet gdyby MiA miał na koncie jakąś operację plastyczną, to co z tego? Przecież to nie twoja sprawa! Jak lubi, to niech se je robi! – machnął ręką. – Grunt, że potrafi grać na gitarze i gra z nami.
- Wiesz, ja myślę, że Tsuzu nawiązuje do naszej poprzedniej rozmowy odnoście orientacji… - mruknął Meto, pijąc swojego krwiścieczerwonego drinka.
- Nie! Wcale nie! – zaprotestowałem szybko, po czym zdecydowałem się na sarkazm. – Bo przecież wcale nie zdziwiło mnie to, że basista mojego zespołu jest pedałem, perkusista jest totalnie aseksualny i zapewne onanizuje się swoim „wyłupanym” okiem, bo bez seksu w jakiejkolwiek postaci nie da się żyć i nie wciśniesz mi, Meto, że jest inaczej, a gitarzysta w ramach potrzeby udaje transwestytę, zarabiając w ten sposób na operacje plastyczne! Boże, z kim ja się zadaję?! – jęknąłem przerażony. Pozostała trójka muzyków zmierzyła mnie nienawistnymi spojrzeniami.
- Po pierwsze, nie lubię kiedy ktoś nazywa mnie „pedałem” – warknął różowowłosy. – Jestem w związku z Ryogą od dwóch lat i nie zamierzam tego zmieniać tylko dlatego, że tobie nie odpowiada, że mój blondyn, a nie blondynka, robi mi lepiej niż ty wszystkim dziewczynom, z którymi do tej pory spałeś! Po drugie, nie wchodzisz mi do sypialni, więc co cię interesuje, z kim sypiam? Po trzecie, to, że Meto woli być sam niż wskakiwać do łóżka wszystkim po kolei, tak jak ty masz w zwyczaju, jest jego prywatną sprawą, podobnie jak to, że wolę chłopców niż dziewczynki. Po czwarte, to, że MiA jest biseksualny nie oznacza, że jest transwestytą i przede wszystkim, że zarabia w ten sposób! Moim zdaniem jest najrozsądniejszy z naszej czwórki; spróbował w życiu zarówno związków hetero i homoseksualnych, jak i samotności – odezwał się „filozof XXIw.” znany pod pseudonimem Kucyka Pony (a bynajmniej tak Koichiego nazywał Ryoga).
- I po piąte, nie miałem żadnej operacji plastycznej! – dodał gitarzysta.
- Wmawiaj sobie… ja i tak wiem lepiej – założyłem ręce na piersi, obserwując MiA spod przymrużonych powiek. –Ale wracając do poprzedniego tematu… - spojrzałem na basistę. - Dobra, niech Meto siedzi w sieci na jakiś stronkach xxx po kilka godzin dziennie i masturbuje się tym „wyłupanym” okiem, niech cię posuwa facet, niech MiA raz będzie posuwany, a raz niech on posuwa… to wszystko mogę zrozumieć i zgodzić się z tym, ale za nic w świecie nie przekonasz mnie, że on – wskazałem na gitarzystę – nie miał operacji plastycznej! Myślisz, że dlaczego przezywam go „Barbie”? – Koichi westchnął cierpiętniczo i uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym zgarnął ze stolika swoje piwo i podciągając nogi pod brodę, znów zaczął je sączyć.
- Dobra, załóżmy, że MiA rzeczywiście miał operację plastyczną; w czym ci to przeszkadza? – zapytał perkusista. Spojrzałem na niego i na chwilę utkwiłem w nim wzrok, dochodząc do wniosku, że zawsze się go bałem… Wzdrygnąłem się; naprawdę, ten facet zawsze mnie przerażał…
- W niczym nie przeszkadza mi to, że zrobił sobie tą operację! – odpowiedziałem, wymachując przy tym rękoma.
- Więc o co ci chodzi?
- O to, że on nie chce się do tego przyznać! Irytuje mnie w ten sposób! – warknąłem.
- Typowy heteroseksualny samiec alfa; zakuty łeb, prostak, cham i ćwierćinteligent – podsumowała mnie Barbie, zakładając nogę na nogę. – Kiedy do ciebie dotrze, że nigdy nie miałem operacji plastycznej? Co ci nie odpowiada w proporcjach mojej twarzy?
- To, że jesteś zbyt symetryczny! – krzyknąłem. – Wyglądasz, jakbyś został narysowany od cyrkla i linijki! Jesteś zbyt perfekcyjny! Natura jest piękna, bo nie jest idealnie symetryczna! Symetrię wymyślił człowiek!
- Schlebia mi, iż uważasz, że jestem perfekcyjny, ale czy musisz wyrażać to zainteresowanie w sposób, do jakiego uciekają się dzieci z podstawówki? – prychnął. – Końskie zaloty w tym wieku? Tsuzuku, to trochę banalne… - westchnął.
- Ej! Wypraszam sobie! – naburmuszyłem się. – W tym towarzystwie tylko ja jestem normalny: hetero bez żadnych operacji plastycznych! Nie zarywam do ciebie ani do żadnego innego chłopaka, bo jestem hetero. H-E-T-E-R-O! Jak dobitniej mam powiedzieć, abyś w końcu to zrozumiał?
- Jak dobitniej mam powiedzieć, że nie miałem operacji plastycznej? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie. – Dobrze, że nie mam warkoczy, bo byś mnie za nie ciągnął – zachichotał.
- Dobrze, że kuchnia w moim domu jest tak daleko od salonu i nie chce ci się iść po żaden ostry przedmiot, żeby własnoręcznie dokonać kolejnej poprawki swojej twarzy – wywróciłem oczyma.
- To było chamskie! – wtrącił się Koichi. – Tsuzu, tobie chyba już wystarczy alkoholu – skrzywił się, kiedy na złość upiłem kolejny łyk piwa.
- Wiecie, jeśli ten wieczór ma tak wyglądać, to ja spadam do domu – Meto westchnął, po czym podniósł się z kanapy.
- Co? Dostałeś powiadomienie, że na RedTube zostały dodane nowe filmiki? – zapytałem kąśliwie, za co zostałem zrugany spojrzeniami przez wszystkich.
- Nie. Mam dość twoich durnych komentarzy – wyznał, odstawiając pustą szklankę na stolik.
- Wiecie co? – zagadnął gitarzysta. – Chyba mam pomysł, jak w końcu uciszyć Tsuzukiego! – wykrzyknął uradowany.
- Nie ma szans, żeby ci się to udało! – zaśmiałem się okropnie.
- Jak? – zapytali z nadzieją basista i perkusista.
- Proponuję zakład – uśmiechnął się w sposób, który nie wróżył nic dobrego. – Co ty na to, Tsuzu? – odezwał się przesłodzonym głosikiem.
- O co chodzi? – dopytywałem.
- Jest jeszcze w miarę wcześnie. Pojedziemy do szpitala, gdzie poproszę o wgląd do mojej historii. Udowodnię ci, że nie miałem żadnej operacji plastycznej, a ty się zamkniesz i… Hm… - zamyślił się. – Czego w życiu byś nie zrobił?
- Nie pocałowałby chłopaka! – zamiast mnie odezwał się Meto. – Przecież sam widziałeś jak wielkim problemem okazały się dla niego nasze orientacje seksualne. Największy problem miał z zaakceptowaniem Koichi’ego i ciebie – cały czas zwracał się do gitarzysty – z czego łatwo wydedukować, że w życiu nie pocałowałby chłopaka!
- Pewnie, że bym tego nie zrobił! – wzdrygnąłem się. Przyznałem się bez oporów,nie brałem przegranej pod uwagę; byłem pewien, że wygram, a MiAsię zbłaźni.Teraz mógł mówić, co chciał i wymyślać mi najgorsze zadania… i tak przecież wygram, więc nie będę musiał tego robić! – A jeśli okaże się, że kłamałeś to… cholera, wymyślę ci coś w drodze do szpitala – szybko wstałem. – Chodźcie!
- Wszyscy? – zdziwił się różowowłosy.
- Będziecie obserwatorami! Potwierdzicie moją wygraną! – krzyknąłem uradowany i czym prędzej popędziłem w stronę drzwi.
Zdecydowaliśmy się pojechać taksówką – zgodnie stwierdziliśmy, że prowadzenie auta nawet po wypiciu zaledwie dwóch piw, czy drinków, może skończyć się tym, że zatrzymamy się dopiero na najbliższym drzewie, czy latarni ulicznej. Od mojego domu do szpitala nie było daleko. Po niedługiej przejażdżce dotarliśmy pod budynek białego kolosa, pod którym wysiedliśmy. Kazaliśmy kierowcy zaczekać, aby później odwiózł nas z powrotem. Koichi i Meto trzymając się nieco z tyłu stanęli za nami, podczas gdy ja z MiAzatrzymaliśmy się przed wysokim biurkiem z metalowym blatem. Uprzejma, młoda kobieta, która za nim siedziała rzuciła nam kilka niepewnych spojrzeń, po czym z nietęgą miną, gdy usłyszała powód, dla którego gitarzysta chce zajrzeć do swojej historii, podała to, o co została poproszona. Barbie podsunęła mi pod nos stos papierów, które zacząłem przeglądać. Nastawiana ręka, złamana noga, pęknięta żuchwa, cztery szwy na głowie… ale nic o żadnej operacji! Nawet takiej zwykłej! Jedynym „operacjo-podobnym” był zabieg usunięcia migdałków.To był jedyny raz, kiedy gitarzysta wylądował na stole operacyjnym… Przejrzałem wszystko trzy razy, aby upewnić się, że niczego nie przegapiłem, jednak jak na złość między kartami nie chciało pojawić się nic związanego z operacją plastyczną! Zbolały przeniosłem wzrok na MiA, który ledwo powstrzymywał się od wybuchnięcia gromkim śmiechem. Spojrzał na mnie rozbawiony, po czym uśmiechnął się triumfalnie, ale bez wyższości. Zawsze był taki ciepły…
- Nawet… wiesz… przegroda nosa? Nic? A usta? – dukałem.
- Tak jak widzisz – wskazał na historię. – Nie miałem przeprowadzonych żadnych zabiegów upiększających.
- Upojnej nocy życzę – basista poklepał mnie po ramieniu, po czym wyszedł z perkusistą.
Jeszcze przez chwilę patrzyłem na Barbie, niemo błagając o litość, ale okazał się bezlitosny. W końcu pociągnął mnie za ramię i wyprowadził ze szpitala. Dwaj pozostali muzycy pojechali innymi taryfami (chyba do domu), bo nasza taksówka wciąż stała na parkingu. Tempem galopującego żółwia dopełzłem do niej i wtoczyłem się na tylną kanapę. Obok mnie usiadł MiA i położył mi rękę na kolanie.
- Pod ten sam adres – rzucił, po czym przesunął ręką znacznie wyżej, a ja poczułem jak zbiera mi się na wymioty.
Naprawdę nie widziało mi się obściskiwanie z gitarzystą z mojego zespołu; szczególnie, że był to facet – zniewieściały, bo zniewieściały, ale facet i niestety to, że się malował, farbował włosy, miał delikatny głos i rysy twarzy, nie miało wpływu na zmianę tego, co znajdowało się między jego nogami. Boże, jego – jego nogami! Jak to brzmi! Załamany ukryłem twarz w dłoniach.
W tym momencie przeklinałem fakt, że mieszkałem tak blisko szpitala. Droga była za krótka – stanowczo za krótka! Dojechaliśmy pod mój dom. Chłopak wysiadł, a następnie siłą wyciągnął mnie z auta, przez co taksówkarz patrzył na mnie ja na człowieka niespełna rozumu – no tak, kto normalny próbuje wcisnąć się pod siedzenie samochodowe, chcąc się ukryć przez przyjacielem i drąc się, że chce zachować swoje dziewictwo? Chyba tylko ja – ale ja nie jestem normalny…
MiA zaciągnął mnie do środka. Od razu skierował się w stronę sypialni. Rzucił mnie na łóżko, a następnie usiadł na mnie okrakiem.
- Błagam! Daj mi się chociażupić, żebym tego nie pamiętał! – jęknąłem żałośnie.
- Hm… Nie – odpowiedział wesoło, a następnie zawisł nade mną, opierając się rękami po obu stronach mojej głowy.
- Znienawidzę cię, jeśli mi to zrobisz – ostrzegłem.
- Sam zgodziłeś się na ten zakład. Nie zmuszałem cię – zaśmiał się, po czym spojrzał mi w oczy. –Spodoba ci się, zobaczysz – próbował mnie przekonać. Ugiął ręce w łokciach, zmniejszając dystans między naszymi twarzami. – Zamknij oczy – polecił, co niechętnie wykonałem. Nie to, żebym chciał go oglądać, kiedy mnie całował, nie! Ale… wyjątkowo w tym momencie byłem oporny do każdego jego rozkazu i prośby.
Zamknąłem oczy, a po chwili poczułem jak wargi gitarzysty idealnie wpasowują się w moje. Zaledwie musnął moje usta, a odniosłem wrażenie, że mam motyle w brzuchu i mrowią mnie wargi. Zrobiło mi się gorąco, na policzkach pojawiły się rumieńce. Chłopak odsunął się, a ja powoli otworzyłem oczy. Zamrugałem kilkakrotnie, spoglądając na niego zdumiony.
- To… tyle? – zapytałem chcąc się upewnić.
- A ty myślałeś, że co ci zrobię? – zaśmiał się. – Zgwałcę? – wytknął mi język. – Możesz pomarzyć – machnął ręką, po czym znów wyprostował się, siadając na moich biodrach. Szykował się, żeby ze mnie zejść, kiedy niespodziewanie złapałem go za koszulkę, zatrzymując go. Tym ruchem zdziwiłem sam siebie.
- Za… zaczekaj – wydukałem, po czym ciągnąc za materiał jego bluzki, przyciągnąłem go do kolejnego pocałunku.
Nie wiedziałem dokładnie, co robię, ale nie mogłem się powstrzymać – jego usta były zbyt wspaniałe, żeby się od nichoderwać. Gdybym pozwolił mu teraz wyjść, z pewnością czułbym niedosyt, a w nocy mógłbym myśleć o… ekhm… rzeczach, o których nie powinienem myśleć… Jego wargi były przesłodkie: miękkie i gorące i idealnie pasowały do moich. Nie byłem w stanie opisać wszystkich emocji, jakie wywołał u mnie podczas tych kilku krótkich chwil. Było ich niezliczenie wiele, a niektórych z nich nie potrafiłem nawet nazwać, gdyż doznałem ich po raz pierwszy.
Drugi pocałunek był znacznie dłuższy od poprzedniego i o wiele bardziej absorbujący. Ciężko mi było nabrać tchu w krótkich przerwach, przez co płuca paliły żywym ogniem, ale było mi takdobrze; czułem, jakbym stał na krawędzi przepaści – w dole czaiło się coś złego, co wyciągało w moją stronę szponiaste dłonie… a ja nie mogłem się temu oprzeć. Wiedziałem, że powinienem był zawrócić, wycofać się, kiedy jeszczebyła ku temu okazja, ale byłem zbyt otumaniony wszystkimi odczuciami, które wypełniły moje ciało i zdawało mi się, że uniosły je na pewną wysokość. Bez cienia wątpliwości mogłem powiedzieć, że zalało mnie morze uczuć, którego fale, co i rusz przykrywały mnie, pozwalając doznać coraz to nowego, lepszego, rozkoszniejszego…  Te uczucia mieszały się, jednak zawsze z pozytywnym skutkiem –nie zawsze mieszały się te same, nie zawsze w tych samych ilościach i stężeniach, jednak każda z tych mieszanek, która powstała, była nową definicją euforii i przyjemności. Za każdym razem inna, pobudzająca nowe ośrodki w mózgu, a jednak w jakiś niezrozumiały sposób wciąż tak samo sprawiająca rozkosz i zwiększająca łaknienie. „Więcej, więcej… WIĘCEJ!” – coś wrzeszczało w mojej głowie, rozsadzając ją.
Nigdy w życiu nie było mi tak dobrze, a przecież to był dopiero pocałunek…
Odsunęliśmy się od siebie, gdy zabrakło nam tchu i obaj musieliśmy zaczerpnąć powietrza. MiA trochę mnie przydusił, ale w gruncie rzeczy sam tego chciałem. Gitarzysta spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się. Tak jak ja miał wypieki na twarzy, jego oczy lśniły i widziałem w nich czyste pożądanie.
- Połóż się na brzuchu… - szepnął mi na ucho, przygryzając je.
Westchnąłem nieco rozżalony, że już nie będę mógł oglądać jego pięknej twarzy, która jednak okazała się być naturalna, ale wykonałem polecenie. Przekręciłem się pod nim i ułożyłem na brzuchu. Chłopak usiadł na moich nogach i zaczął masować delikatnie moje barki. Wzdychałem, kiedy mocniej wbijał swoje długie, szczupłe palce w moje ramiona, sprawiając, że rozluźniałem się. Po chwili znudziło mu się to, dlatego nachylił się nade mną i zaczął muskać ustami mój kark. Następnie chwycił mnie za dolną szczękę i zmusił, abym przekręcił głowę w bok. W ten sposób uzyskał dostęp do mojej szyi, na której zostawił pokaźnych rozmiarów malinkę. Jego dłonie przesunęły się z moich pleców na pośladki, które zaczął ugniatać. To było dla mnie coś zupełnie innego, ale bardzo przyjemnego. Prężyłem się pod nim, wyginając z przyjemności. Tak na mnie działał… A to dopiero gra wstępna! Jęknąłem, myśląc, co może zrobić ze mną dalej. Postanowiłem całkowicie mu się oddać.
Przejechał palcem po szwie moich spodni tak, jakby próbował rozdzielić moje pośladki. Następnie dał mi mocnego klapsa i… zszedł ze mnie. Przekręciłem głowę na bok, aby móc go widzieć. Spojrzałem na niego jednocześnie zdziwiony i nienasycony. MiA jedynie zaśmiał się i stanął na nogach koło łóżka, spoglądając na mnie z góry.
- Chyba zapomniałeś, że jesteś hetero – prychnął, choć widziałem, że sam miał ochotę kontynuować. Podziwiałem, że w imię tak durnej sprawy, w którą się zaangażował i uparcie w niej trwał, potrafił odmówić sobie przyjemności i utrzymać nad sobą tak niesamowitą samokontrolę, której mi zawsze brakowało. Ów sprawą było ukaranie mnie. Rzuciłem mu błagalne spojrzenie, ale okazał się być nieugięty. – Do zobaczenia na następnej próbie, Tsuzuku – pomachał mi, po czym wyszedł.
No tak, zapomniałem, że MiA jest perfekcyjny. Pod każdym względem.

Więc jednakdzisiejszą noc spędzę jedynie z myślami i wyobrażeniami… Ech, a miało do tego nie dojść…

Closer to Ideal cz.2


Okazało się, że Hoshii. już dawno temu to sprawdziła, a ja posiałam to w czeluściach mojego dysku i znalazłam dopiero teraz xD Sorry, że tak późno to dodaję... choć w sumie nie powinnam tego jeszcze dodawać, bo pod oneshootem Tsu x Tsuzu nie ma jeszcze 10 komentarzy, ale cóż... powiedzmy, że dzisiaj robię za dobrego człowieka i wspieram polskie yaoi ;p



Closer to Ideal cz.2

- Wiem, że to twój koniec, bo osobiście dopilnuję tego, abyś upadł widowiskowo i z wielkim hukiem – wyszczerzył się wrednie. – Wiem również, że nowy wokalista świetnie będzie do nas pasował i nie jest to żaden tani grajek z ulicy, za którego go uważasz, mimo że go nie znasz.
- A niby skąd to wiesz, panie mentalisto? – spojrzałem na niego z politowaniem.
- Bo to mój chłopak – powiedział dobitnie, po czym… po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami.

Minęły owe trzy dni błogiego lenistwa, co wiązało się z tym, że musiałem stawić się na kolejnej próbie. Na całe szczęście nie obijałem się przez te krótkie wakacje – wręcz przeciwnie – mądrze je wykorzystałem; prawie cały czas spałem, żeby choć raz wstać o zniewalająco wczesnej godzinie siódmej trzydzieści. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że na niebie nie ma już gwiazd, kiedy odsłaniałem zasłony… a kiedyś mógłbym się założyć, że o tej godzinie była jeszcze noc… Pomijając moją marną orientację w czasie, ubrałem się i wykonałem makijaż, po czym zjadłem coś na szybko i pojechałem do studia. Na parkingu wytwórni byłem już o 9:05. Co prawda planowałem raz w życiu się nie spóźnić, jednak przekonałem się, że to nie było takie proste… Westchnąłem ciężko i pokręciłem głową, wysiadając. W każdym razie pięć minut to nie trzy godziny tak jak zawsze, nie? Już tyle powinni mi wybaczyć… W końcu wszyscy doskonale wiedzieli, że uwielbiałem wszystko bagatelizować i bardzo dobitnie pokazywać ludziom, że mam ich w głębokim poszanowaniu, więc dzisiejszy wybryk, jakim było dojechanie na próbę na czas, był wielkim sukcesem – Karyu nie powinien się gniewać. Może nawet się ucieszy? Tak, z pewnością! I przy okazji zapomni o wcześniejszych planach wyrzucenia mnie z zespołu!
No dobra, dobra… przyznaję się, Zero napędził mi stracha. Ale takiego małego… takiego mini-mini. Nie chciałem zmieniać zespołu, dobrze było mi na miejscu wokalisty D’espairsRay.
Wszedłem do studia i skierowałem się do naszej sali. Wspiąłem się schodami na pierwsze piętro, z racji tego, że nie chciało mi się czekać na windę. Stanąłem przed odpowiednimi drzwiami i… jakież było moje zdziwienie, kiedy szarpnąłem za klamkę, a owe drzwi okazały się być zamknięte! Zmarszczyłem brwi i nacisnąłem klamkę jeszcze raz, jednak i tym razem nie ustąpiły. Spojrzałem na numerek na drzwiach (jeszcze nie byliśmy na tyle sławni, żeby mieć na nich własne logo) upewniając się, że dobijam się do odpowiedniego pomieszczenia. Nie pomyliłem się. Wzruszyłem ramionami i wyjąłem pęk kluczy z kieszeni, po czym sam otworzyłem sobie drzwi. Wszedłem do środka, tłumacząc sobie, że chłopcy robią mi jakiś durny kawał, chcąc się na mnie odegrać. Rozejrzałem się po sali, jednak… była pusta. Bawią się w chowanego? Co to za dziecinada?
- Ej, chłopaki wyłaźcie! – krzyknąłem zamykając za sobą drzwi. Odpowiedziała mi głucha cisza.
Rozejrzałem się jeszcze raz, jednak nadal nikogo nie znalazłem. Zacząłem ich szukać. Zaglądałem we wszystkie wnęki, za wszystkie szafy, szafki, szafeczki, stoły i we wszelkie miejsca, gdzie muzycy mogliby się ukryć, jednak nadal nikogo nie znalazłem. Spojrzałem na zegarek na moim przegubie – szukałem ich już pół godziny! Zgrzytnąłem zębami i westchnąłem głośno, po czym stwierdziłem, że nie dam dłużej robić z siebie idioty. Usiadłem na kanapie, ciężko na nią opadając i zakładając ręce na piersi. Uznałem, że kiedyś w końcu znudzi im się ta zabawa i wylezą ze swoich ukryć… swoją drogą ciekaw byłem, gdzie się przede mną schowali. Ale nie no… poważnie? Odwalić taką dziecinadę to już gruba przesada, ale cóż… postanowiłem tego nie komentować, nie chciałem jeszcze bardziej narażać się Karyu, który i tak podobno był na mnie wściekły.
Założyłem nogę na nogę, nerwowo drapiąc obicie kanapy. Minęło już drugie półgodziny! Zaczynałem się niecierpliwić… Zagryzłem wargi, żeby nie zakląć głośno, po czym zgarnąłem jakiś szmatławiec ze stolika i zacząłem go przeglądać. Postanowiłem nie dać się sprowokować takim dziecinnym zagraniem…

***

- O, otwarte – usłyszałem zdziwiony głos lidera. – Tsu, nie zamknąłeś sali?
- Zamknąłem. Jestem tego pewien – zaprzeczył perkusista. Po chwili obaj weszli do pomieszczenia, w którym gniłem już od, zdawało mi się, kilku wieków…
- Hizumi? – zapytał zszokowany rudzielec. – Tsukasa, uszczypnij mnie, bo chyba śnię! Czy ja dobrze widzę? Tu jest Hizumi, czy ja mam tylko zwidy?
Już otworzyłem usta, aby odpowiedzieć coś, kiedy nagle przypomniało mi się, że gitarzysta już kiedyś mi mówił, iż cały zespół nie czeka na mnie od godziny dziewiątej w studiu, a przyjeżdżają zaledwie kilka minut przede mną, to znaczy przed dwunastą. Wtedy nie chciało mi się w to wierzyć, ale teraz… udowodnili mi to.
To znaczy, że ja… Ja nie wyrządzałem im AŻ takiej krzywdy jak myślałem? Byłem zaskoczony… Matko, muszę się poprawić! Czyli nie dogryzałem im znowu aż tak, a oni już mieli mnie dość? A to dziwne… Uśmiechnąłem się cierpko, już planując zemstę.
- Tak, to ja – odpowiedziałem spokojnie. – Czyżbyś przez te trzy dni zapomniał jak wyglądam, drogi Karyu? – wysiliłem się na najgrzeczniejsze formy.
- Zgaduję, że nie o to mu chodzi – wtrącił się Tsu. – Zdziwiła nas sama twoja obecność… - wyznał, wzdychając.
- O tak wczesnej porze? – dopytywałem.
- Nie. Raczej… ogólnie twoja obecność jest zaskakująca, Zero powiedział, że odchodzisz z zespołu – wytłumaczył, a mi szczęka opadła.
W mojej głowie coś głośno wrzasnęło: „Zabiję sukinsyna!”.
…a tak, już wiem, co było źródłem tego krzyku - mój instynkt mordercy…
- Rozumiem, że macie już zastępstwo w postaci tego chłystka, którego przyprowadził wam basista, prawda? – uśmiechnąłem się, nie dając po sobie nic poznać.
- No wiesz, taki był pierwotny zamys…
- Kogo nazywasz „chłystkiem”, anorektyku? – w wypowiedź perkusisty wtrącił się jakiś gruby, zachrypnięty głos.
Po chwili w drzwiach pojawił się dobrze zbudowany facet bliżej trzydziestki niż dwudziestki. Miał półdługie czarne włosy i również takiego koloru oczu. Był wysoki, cholernie wysoki! Był nawet wyższy od Karyu o kilka dobrych centymetrów! Kiedy tylko go zobaczyłem, nasunęło mi się jedno słowo – żyrafa. Chłopak palił papierosa, taksując mnie nieprzyjemnym spojrzeniem, jednocześnie obejmując Shimizu jedną ręką w pasie. Jego spojrzenie było pełne wyższości; biła od niego ta cholernie irytująca pewność siebie. Wstałem i wykrzywiłem usta w brzydkim grymasie.
- To Osamu – przedstawił go Michi, następnie sięgając po jego papierosa i zaciągając się nim. – Wam obojgu przyda się konkurencja – zaśmiał się, po czym oddał używkę swojemu chłopakowi.
- Konkurencja? – prychnął czarnowłosy. – Nie rozśmieszaj mnie, skarbie – pogładził Zero po dolnych partiach pleców. – To – wskazał na mnie palcem – nie jest żadna konkurencja. Zresztą… Jak wy z tym występowaliście? Przecież to takie chude, że prawie przezroczyste! – zacisnąłem szczęki, a on zaśmiał się dźwięcznie.
- Wiesz, ja akurat nie mam kompleksów dotyczących mojego wyglądu – trochę kłamstwa nie zaszkodzi… - i w przeciwieństwie do ciebie nie muszę kilogramami wpieprzać jakiś białek kulturystycznych, żeby czuć się dobrze. Poza tym cieszę się, że mogę swobodnie przejść przez drzwi, a nie schylać się jak ty – wzruszyłem ramionami, jakby było mi to obojętne… Co jak co, ale wygląd to był mój słaby punkt. Doskonale wiedziałem, że byłem zbyt chudy, a wszystkie ciuchy wisiały na mnie jak worki, ale… cóż mogłem na to poradzić? – Ale najbardziej mnie cieszy, że nie mam fizjonomii neandertalczyka… – prychnąłem, wywracając oczyma. Nie dokończyłem tego zdania, jednak jego zakończenia każdy z tutaj obecnych mógł się domyślić, co chyba najbardziej zdenerwowało Żyrafę.
- Pozabijają się… - szepnął Karyu do Tsukasy, na co ten drugi jedynie zachichotał, przytakując. Żyrafa już chciał mi coś odpowiedzieć, jednak uprzedził go lider, zwracając się już do wszystkich. – Więc mamy dwóch ubiegających się o miejsce wokalisty w naszym zespole! Normalnie jesteśmy sławni – zaśmiał się. – W takim wypadku nie wiedzę innego rozwiązania, jak konkurs talentów – klasnął w dłonie.
- A czy my jesteśmy w przedszkolu? – burknął Osamu.
- Nie będzie żadnego konkursu! To ja jestem wokalistą i koniec kropka! – warknąłem, mierząc się spojrzeniem z czarnowłosym.
- Może w przedszkolu nie jesteśmy, ale jakoś musimy wybrać wokalistę z waszej dwójki, a wypadałoby przekonać się, który z was jest lepszy – odpowiedział Tsukasa.
- Cholera, głusi jesteście?! To ja jestem wokalistą! – krzyknąłem. – Nie będzie żadnego konkursu! Wokalista jest jeden i jestem nim ja! Ja! – podkreśliłem.
- Hizu, nie bulwersuj się – zgasił mnie Zero. Spojrzałem na niego z chęcią mordu w oczach. To wszystko była jego wina! – Myślę, że ten konkurs to dobry pomysł. Wiecie, w sumie to będzie taki sprawdzian – uśmiechnął się ciepło do swojego partnera. – Dobrze, że wiem, kto go wygra – powiedział ciszej i cmoknął go w policzek. – To jak, zgadzacie się?
- Niech ci będzie – odpowiedział Żyrafa. – Nie wiem, po co chcecie się bawić w te podchody, skoro z góry wiadomo, kto wygra, ale dobrze; zgadzam się – wzruszył ramionami – dla ciebie – popatrzył z czułością na basistę.
- Nie! Nie zgadzam się! – zaprotestowałem…
- Świetnie! – … jednak zostałem totalnie zignorowany. – Może zaczniemy od czegoś łatwego? – zaproponował rudzielec.
- To znaczy? – dopytywał mój rywal.
- Może od teorii?
- Będziesz nas pytał ze znajomości czytania nut? – parsknął śmiechem.
- Nie. Chciałem powiedzieć, że… zaczniemy od kilku pytań – sprostował Karyu. – No to na początek… Na czym nasi kandydaci potrafią grać? Im więcej instrumentów tym lepiej – spojrzał na mnie, dając mi znać, że mam odpowiedzieć pierwszy.
- Gitara elektryczna, bas, pianino – wymieniłem.
- Gitara elektryczna, bas, pianino, perkusja, flet poprzeczny, skrzypce – wymienił dwa razy więcej instrumentów. Spojrzałem na niego zaskoczony. Wyglądał na jakiegoś przygłupiego osiłka… ale nie na muzyka.
Nie chciało mi się wierzyć… „1;0 dla niego” – pomyślałem kwaśno, krzywiąc się.
Padały kolejne pytania – począwszy od tego, czy uczęszczaliśmy do jakiejś szkoły muzycznej, ile lat gramy i jak długo jesteśmy związani z muzyką, po nasz największy dorobek. Po kolejnym pytaniu z rzędu i kolejnej sromotnej klęsce, zaczęło brakować mi już sił, aby się denerwować. W tym momencie uświadomiłem sobie, że mam przed sobą osobę, która jest ode mnie lepsza… teoretycznie! Poprzysiągłem sobie, że odbiję to sobie na nim, kiedy przyjdzie czas na śpiewanie, czyli praktykę. Może i ukończył szkołę muzyczną, grał dłużej ode mnie, potrafił grać na większej ilości instrumentów i jego dorobek muzyczny wzbudzał większy respekt, ale… to w końcu ja jestem wokalistą! To ja tu potrafię śpiewać!
- Może czas na próbę? – zaproponowałem, zgrzytając zębami. – Przy okazji dowiedzielibyśmy się, kto tu umie śpiewać – podsunąłem liderowi, jednak on szybko zaprzeczył.
- Nie. Od dłuższego czasu ćwiczymy te same piosenki. Przydałoby się napisać nową; i to będzie wasze zadanie domowe. Obaj macie coś skomponować na następną próbę… Co jest jutro? A tak, czwartek… ale nie na czwartek, na piątek! – podkreślił. – Macie dwa dni. Tekst i melodia.
- To trochę mało czasu, żeby napisać i dopracować piosenkę… - mruknąłem.
- Nie wystarczy ci, ślamazaro? Ja będę miał piosenkę na piątek – wyszczerzył się obrzydliwie mój rywal.
- Może od razu spasujesz, Hizumi? – odezwał się Zero, a ja zmroziłem go spojrzeniem.
- Nigdy w życiu – warknąłem. – Będzie na piątek – zacisnąłem dłonie w pięści, wbijając sobie paznokcie w wewnętrzne strony dłoni.
- Hm… No dobrze, panowie, to by było na tyle – wzruszył ramionami rudzielec. – Zmarnowaliśmy trochę czasu, przyznaję, ale cóż… dopiero następna próba coś pokaże. Napiszcie tą piosenkę, a my – wskazał na siebie, perkusistę i basistę – jako jury ocenimy to. 
- Co? – krzyknąłem. – Przecież on chce mnie wykopać! – wskazałem na Shimizu. – Specjalnie zrobi mi na złość!
- Twierdzisz, że jestem subiektywny? – prychnął oburzony Michi. – Mylisz się. Może cię nie lubię, ale umiem docenić prawdziwą muzykę… chociaż masz po części rację. Pewnie i tak wystawię ci negatywną opinię; wiem, na co stać mojego chłopaka – wyszczerzył się do czarnowłosego. –Nie masz z nim szans! – zaśmiał się wrednie, a ja spochmurniałem jeszcze bardziej, o ile to było jeszcze możliwe.
- Nie przesadzaj, Hizu – machnął ręką Tsu w lekceważącym geście, co sprawiło, że zagotowało się we mnie jeszcze bardziej. Czułem jak krew pulsuje mi w skroniach, rozsadzając je. Miałem ochotę roznieść to całe studio w cholerę! Czułem, że jeszcze chwila, a komuś zrobię krzywdę… i tym kimś będzie basista…
- Potem… – kontynuował gitarzysta, który wydawał się zupełnie nie zwrócić uwagi na to, że ktoś wszedł mu w słowo. – Potem, to znaczy na piątkowej próbie, wymyślimy wam kolejne zadanie do zaliczenia. Zobaczymy, komu będzie szło lepiej. Oczywiście, zwycięzca zostanie wokalistą – dodał radośnie, po czym wyszedł z sali, uznając to „spotkanie towarzyskie” (gdyż próbą tego nazwać nie można było) za skończone.


Oneshoot Tsukasa (ex. D'espairsRay, TMH4N'S) x Tsuzuku (Mejibray)


No tak, co prawda ten paring nie wygrał w ankiecie (spokojnie MiA x Tsuzuku jest już gotowy i wysłany do bety), ale na specjalną prośbę Amidamaru napisałam również coś z tym paringiem - a zresztą miał dużo głosów, więc można powiedzieć, że to był mój obowiązek xD
Z dedykiem dla Amidamaru ;p

Tytuł: To więcej niż mógłbym chcieć
Paring: Tsukasa (ex. D’espairsRay, The Micro Head 4N’S) x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshoot
Gatunek: ?
Beta: Hoshii.

Z Tsuzuku znałem się jeszcze ze szkolnych lat. Zdawało mi się,że poznałem go w gimnazjum, ale już dokładnie nie pamiętałem – to wspomnienie przykrył ogrom przedziwnych przeżyć, których przysporzył mi wokalista Mejibray.
Zazwyczaj to on wracał wcześniej do domu, dlatego gotował. Drugim powodem był fakt, że po skończonej próbie zawsze zajeżdżałem do sklepu, aby uzupełnić zapasy, które uszczuplał Tsuzu, przygotowując obiad. Tak było i teraz; stanąłem przed drzwiami mieszkania z dwoma wielkimi siatami zakupów i nasłuchiwałem. Zawsze wolałem upewnić się, że w przedpokoju nic na mnie nie czyha. Po pięciu minutach czekania, w końcu się odważyłem i nacisnąłem klamkę. Wszedłem do naszego wspólnego mieszkania. Nie wspomniałem, że mieszkamy razem? Ach, pewnie i tak można się było tego domyślić po przeczytaniu powyższego tekstu; mieszkałem z Tsuzuku od kilku lat. Nasze dziewczyny utrzymywały, że dziwnie to wygląda, a jakby fanki się dowiedziały, z pewnością zaczęłyby wymyślać jakieś yaoi z naszym udziałem (czego chciałem za wszelką cenę uniknąć!), ale cóż… mimo rewelacji, których dostarczał mi drugi muzyk, mieszkanie z nim było całkiem wygodne. Choćby ze względu na to, że gotował obiady i kiedy przychodziłem, dostawałem talerz z ciepłym jedzeniem pod nos, zamiast stać przy garach i bawić się w kuchmistrza, którym, notabene, byłem marnym – Tsuzuku nie był wiele lepszym kucharzem, ale cóż… nie mogłem wybrzydzać.
Ściągnąłem buty, po czym wszedłem do kuchni, gdzie poczułem swąd spalenizny, który wzbudził we mnie pewne podejrzenia. Podszedłem do wokalisty i zajrzałem mu przez ramię.
- Znów smażysz? Ostatnim razem nie skończyło się to najlepiej… - przypomniałem usłużnie.
- Tsukasa! – krzyknął przestraszony i odwrócił się w moją stronę, upuszczając drewnianą łyżkę. – Wystraszyłeś mnie! – podniósł ową łyżkę z podłogi i nawet nie obmywając jej, znów zaczął przewracać coś na patelni.
- Smażysz używając do tego łyżki? – podniosłem jedną brew, kręcąc głową z politowaniem.
- Nie mogłem znaleźć łopatki – wzruszył ramionami. Spojrzałem na podłogę, uznając, że znów będzie obiad z piachem… Może w końcu któryś z nas nauczy się sprzątać choćby w kuchni? Raczej wątpię… - Siadaj do stołu. Zaraz podam obiad – oświadczył, po czym zaczął wyjmować talerze z szafki.
Zrobiłem tak, jak mi kazał. W istocie po chwili dostałem danie złożone z poczernionych prostokątów, które zapewne miały być rybą i duszonych warzyw (które także nie zostały przygotowane po mistrzowsku, ani choćby w stopniu poprawnym, ale cóż…). Tknąłem ów przypalony prostokąt pałeczką, krzywiąc się.
- Czego się krzywisz? – prychnął, lekko naburmuszony. – Nie wybrzydzaj!
- Nie wybrzydzam!
- Wczoraj nawet chciałeś dokładkę! – założył ręce na piersi.
- Wczoraj była pizza, którą znalazłeś w zamrażalniku – zaśmiałem się.
- Nie!... – krzyknął, po czym zaciął się. Przyłożył palec do brody, zamyślając się. – Jednak… No tak, masz racje – pokiwał głową, spuszczając ją w pokorze.
Zjedliśmy, rozmawiając o tym, co działo się na naszych próbach. Tsuzuku, jako lider, ustalił te same godziny dla jego zespołu, na które również ja miałem pojawić się w studiu – dzięki temu kończyliśmy o tej samej porze i mogliśmy wspólnie zjeść obiad. Chwilę po tym, jak odłożyłem pałeczki, rozległ się huk, podobny do tego, który towarzyszy wystrzałowi z pistoletu. Spojrzałem okrągłymi oczami na współlokatora, który zdawał się być tak samo wystraszony jak ja.
- Co… Co to było? – wydukałem.
- Nie wiem… To dobiegało jakby… z kuchni? – spojrzał na mnie niepewnie, wiedząc, o czym myślę. Minęła dość długa chwila zanim wypowiedziałem to na głos.
- Co znów wrzuciłeś do odpływu?
- Nic… - wyszeptał, ale zagłuszył go dźwięk dzwonka do drzwi.
Westchnąłem ciężko i wstałem, a następnie skierowałem się do przedpokoju. Otworzyłem drzwi, w których stanęło dwóch funkcjonariuszy.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że ktoś słyszał strzały padające w tym mieszkaniu – odepchnął mnie od drzwi, przycisnął do ściany, po czym skuł mi ręce, wykręcając je do tyłu.

***

Areszt tymczasowy.
Ponownie westchnąłem ciężko i ulokowałem się wygodniej na pryczy, starając się nie przejmować tym, że dzisiejszą noc spędzimy w tymczasowym areszcie. W duchu modliłem się, aby ta sprawa nie została nagłośniona, bo inaczej paparazzi i dziennikarze nie dadzą nam już spokoju... tym bardziej, kiedy dowiedzą się, że mieszkamy razem.
Tsuzu przysunął się do mnie i spojrzał na mnie z bólem w oczach.
- Przepraszam… - szepnął.
- Ech… Nic się nie stało – uśmiechnąłem się do niego pokrzepiająco. – Przecież w rzeczywistości nie padły żadne strzały. Kiedy tylko to się wyjaśni, wypuszczą nas stąd – położyłem się na czymś, czego łóżkiem, czy nawet materacem nazwać nie było można.
W sumie, nie byłem nawet zły. Mieszkając z wokalistą Mejibray, nauczyłem się, że wszystko jest możliwe – a przede wszystkim to, co wydaje się niemożliwe. Z Tsuzukim mieliśmy na koncie naprawdę sporo podobnych akcji; może niekoniecznie wszystkie kończyły się w areszcie tymczasowym, tak jak teraz, ale były podobnie zakręcone.
Pewnego pięknego dnia, brunet stwierdził, iż ma serdecznie dość, że w dni wolne, kiedy pracuję przy komputerze, nie słyszę, kiedy woła mnie z salonu czy kuchni; jednak najbardziej irytowało go to, że zanim się zebrałem i doszedłem do niego, film, który chciał ze mną obejrzeć był już w punkcie kulminacyjnym, a obiad musiał podgrzewać w mikrofali drugi raz. Postanowił to zmienić – a zrobił to mocując dwie gaśnice do mojego krzesła obrotowego. Miało to nadać prędkości mojemu siedzisku, co wiązało się z tym, że ja sam miałem szybciej się przemieszczać, ale skończyło się na tym, że cały salon był biały i zadymiony przez gaśnicę, a ja spadłem na podłogę i obiłem sobie tyłek, przez co chodziłem przez tydzień jak kaleka. To z kolei skutkowało tym, że do tej pory chłopcy z mojego zespołu uważają, że jestem w związku z Tsuzuku, ale boję się do tego przyznać.
Tak jak powiedziałem, takich akcji było naprawdę sporo, więc pewnie niektórych nawet już nie pamiętałem… Z zamyślenia wyrwał mnie głos współwięźnia.
- Tsu…?
- Tak? – spojrzałem na niego.
- Mogę…? – wskazał na moje ramię. Od razu zrozumiałem, o co mu chodzi.
Kiwnąłem głową, a chłopak ułożył się obok mnie. Położył głowę na moim torsie i delikatnie mnie objął. Zrobiłem to samo – objąłem go po przyjacielsku. Brunet wtulił się we mnie ufnie i zamknął oczy. Po chwili poczułem, jak jego dłonie wsuwają się pod moją bluzę i zastygają w bezruchu na moim podbrzuszu. Wcale nie zareagowałem na to tak, jak ktoś mógłby pomyśleć. W sumie, nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi, gdyby nie to, że jego dłonie od mojej nagiej skóry oddzielał już tylko materiał cienkiej bluzki, a ja poczułem chłód jego zmarzniętych palców. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że podczas gdy ja mam na sobie bluzę, on ma tylko podkoszulkę. Spojrzałem na niego z troską, a on, jakby to wyczuwając (mimo, że miał zamknięte oczy i nie mógł zauważyć, że właśnie w tym momencie na niego spojrzałem) zadrżał, jakby na potwierdzenie moich domysłów.
- Zimno ci? – zapytałem głupio, chyba dla utwierdzenia.
- Troszkę… - przyznał.
Zdjąłem bluzę i choć nie miałem na to najmniejszej ochoty, oddałem mu ją. Tsuzu przyjął ją z wdzięcznością. Włożył jedną rękę do rękawa, kiedy nagle zamarł w pół ruchu i spojrzał na mnie.
- Tobie też jest zimno – dotknął mojego przedramienia, na którym pojawiła się gęsia skórka.
Wokalista ponownie ułożył się na moim torsie, przy czym przykrył nas oboje bluzą, rozkładając ją niczym kołdrę. Ponownie go objąłem, zamykając w objęciach.

***

Z rana wypuścili nas, informując przy okazji, że wypadałoby wezwać hydraulika, bo moje przypuszczenia się sprawdziły i Tsuzu ZNÓW rozsadził rury i ZNÓW nie wiedział czym.
Gdy wyszliśmy z budynku, zderzyliśmy się z niewidzialną, lodowatą ścianą wiatru, przez który oboje zaczęliśmy dygotać i niemalże szczękać zębami. Podszedłem do Tsuzuki’ego i ponownie objąłem go po przyjacielsku, abyśmy mogli się rozgrzać. Brunet ułożył głowę na moim barku.
- To więcej niż mógłbym chcieć…  - szepnął, uśmiechając się pod nosem.
- Słucham? – spojrzałem na niego ciekawsko, pragnąc, aby rozwinął tę myśl.
- Muszę zerwać z Misą – powiedział obojętnie, zmieniając temat.
- Dlaczego? – zdziwiłem się; Misa była jego dziewczyną od dwóch lat!
- Bo mnie rozpieściłeś – zaśmiał się pod nosem. – Nie mogę już dłużej udawać, że ją kocham i przede wszystkim wmawiać sobie tego… Naprawdę chciałem w to uwierzyć, ale… od początku kiepsko mi szło. Nie umiałem się w niej zakochać. Ani w niej, ani w żadnej innej dziewczynie. Po prostu… nie umiałem… A teraz, kiedy dostałem więcej niż mógłbym chcieć, to stało się dla mnie jak cierń; niewygodne i przeszkadzające. Przez to, jak w ostatnim czasie mnie traktowałeś, jeszcze dobitniej zdałem sobie sprawę, że kocham tylko i wyłącznie jedną osobę na świecie – uśmiechnął się rozmarzony. Wolnym krokiem ruszyliśmy przed siebie.
- Matkę? – palnąłem, nie mogąc powstrzymać się od wypowiedzenia tego na głos.
- Mówię o innej miłości! – uderzył mnie lekko w ramie, na co ja zachichotałem. – Mówię o miłości, jaka rodzi się między kochankami! – wymachiwał jedną ręką, gdyż drugą obejmował mnie w pasie.
- Mimo wszystko nie rozumiem, w jaki niby sposób moje zachowanie uświadomiło ci, że nie kochasz Misy. Wiesz… jeśli tak na ciebie wpływam, wcale nie jestem z tego zadowolony – przyznałem zgodnie z prawdą. W żaden sposób nie chciałem sugerować mu, że ma się rozstać z tą dziewczyną!
- Ale ja jej nigdy nie kochałem! – zaśmiał się. – Po prostu nie chciałem przyznać się sam przed sobą, kim tak naprawdę się interesuję.
- Aaa… - mruknąłem mało inteligentnie. – A kim się interesujesz? – zapytałem z czystej ciekawości. Tsuzu zatrzymał się na pustej, bocznej uliczne, którą wracaliśmy do domu. Wybraliśmy taką drogę, aby nikt nas nie rozpoznał, tym bardziej, kiedy się obściskiwaliśmy.
- Tsukasa – westchnął – nadal nie rozumiesz? – spojrzał na mnie rozbawiony. – Przecież powiedziałem, że nie interesuję się ani Misą, ani ŻADNĄ inną dziewczyną – rzucił mi wyczekujące spojrzenie. Chyba myślał, że to rozjaśni mi coś w głowie… Zasępiłem się i po chwili doszedłem do pewnego wniosku.
- To znaczy, że… że nie interesują cię kobiety, tak?
- Ciepło – zaśmiał się.
- Interesujesz się tą samą płcią?
- Cieplej – wyszczerzył się.
- I to tego się wstydziłeś?
- Zimno – ponownie westchnął. – Zawsze uważałem się za biseksualnego. Otwarcie przyznawałem się do tego, że interesowały mnie tak samo kobiety, jak i mężczyźni, ale nie mogłem pogodzić się z tym, w kim się zakochałem – powiedział „otwarcie”, jednak nadal nie rozumiałem z tego zbyt wiele. Nadal nie dostałem odpowiedzi na pytanie, które zadałem. – Tsu! Powiedziałem, że uświadomiłem to sobie przez zmianę w TWOIM zachowaniu, więc to TY byłeś czynnikiem, który na mnie wpłynął. W ostatnim czasie obejmowałeś mnie, przychodziłeś do domu z zakupami, a ja czekałem na ciebie z obiadem; rozmyślając nad tym doszedłem do wniosku, że zachowujemy się jak małżeństwo! – zaśmiał się, a ja znów zacząłem intensywnie myśleć, jednak na nic się to zdało. – Aż tak idealnie być nie mogło… - pokręcił głową. – Mieszkamy razem, mamy wspólną sypialnię i śpimy w jednym łóżku, mimo że TY nadal uważasz mnie TYLKO za przyjaciela, czekam na ciebie z obiadem i piorę twoje brudne rzeczy niczym wzorowa żona, a ty, niczym mój mąż, przynosisz mi zakupy, żebym znów mógł wysadzić rury w kuchni i zawsze pozwalasz wypłakać mi się w swój rękaw, przytulasz i obejmujesz mnie… ale nie możesz się tego domyślić – wywrócił oczyma. – To ciebie kocham! – wykrzyknął, a ja stanąłem jak wryty. Uśmiech przez chwilę figurował na jego ustach, ale widząc moją minę, która nie wyrażała zachwytu, w końcu spełzł z jego twarzy. Tsuzu pochylił głowę i sposępniał. – Przepraszam… - szepnął. Głos mu zadrżał, co znaczyło, że był bliski łez. – To więcej, niż mógłbym chcieć… - powiedział jeszcze ciszej.
Odwrócił się do mnie tyłem i zamierzał szybko odejść, ale w ostatniej chwili złapałem go za rękę, nie pozwalając mu na to.
- Nie – powiedziałem twardo. – To wcale nie jest więcej, niż mógłbyś chcieć. Wręcz przeciwnie. Możesz mnie mieć; pytanie tylko, jak rozdasz karty – spojrzałem mu głęboko w oczy. – Pamiętaj, że możesz mieć wszystko, czego chcesz… Ale jak na razie, daj mi trochę czasu – puściłem go i sam ruszyłem przed siebie. Po kilkunastu krokach odwróciłem się ponownie do niego. – Idziesz? – zapytałem z uśmiechem. Chłopak przez chwilę się wahał, jednak ostatecznie odwzajemnił gest i podbiegł do mnie. Złapał mnie za rękę i splótł nasze palce. Mocno ścisnąłem jego dłoń
„Wszystko jest w twoim zasięgu, Tsuzu-chan” – pomyślałem spoglądając na jego rozpromieniony profil. 

Głoosowanie! cz.2

7 komentarzy - trochę słabo, ale cóż... ostatnio nikomu nie chce się komentować ;( Ale teraz macie (chwilowo) taryfę ulgową, rozumiem, są święta etc.
Pomijając to, wytypowaliście paringi:
1. Reno (ViViD) x Tsuzuku (Mejibray)
2. Ryoga (BORN) x Tsuzuku (Mejibray)
3. Mia (Mejibray) x Tsuzuku (Mejibray)
4. Tsukasa (ex. D'espairsRay, The Micro Head 4'NS) x Tsuzuku (Mejibray)
5. Koichi (Mejibray) x Tsuzuku (Mejibray)

Oto pięć pairngów, które same stworzyłyście. Głosowanie odbywa się przez napisanie numerka paringu w komentarzu ;D Mam nadzieję, że będzie dużo głosów i zacięta rywalizacja ;p Zobaczymy, kto wygra, choć z grubsza już widzę zwycięzcę xD

Monsters cz.8


Sorry, że tak krótko, ale to jest wprowadzenie do kolejnej akcji, a nie wyobrażałam sobie, żeby zdradzić wam od razu wszystko xD


MOSTERS CZ.8

Ashley chcąc zrobić mi na złość, zaczęła zarywać do pozostałych chłopaków z zespołu, jednak najbardziej skupiła się na Ashu, gdyż wiedziała, że to mój przyjaciel. Myślała, że to mnie zaboli, jednak pomyliła się. Odkąd zobaczyłem zdjęcie, które podarował mi Zero, Ash stał się dla mnie zupełnie obojętny. Zacząłem w nim dostrzegać wady, których wcześniej nie chciałem zobaczyć… Między innymi okazało się, że był strasznie tępy, bo myślał, że blondynka naprawdę się w nim zakochała i zmusił Marca, aby ten zgodził się wziąć ją ze sobą do Nowego Jorku. Lider zapierał się rękami i nogami, twierdząc, że dziewczyna będzie nam przeszkadzać – reszta go poprała. Wtrąciłem się i przypomniałem, że mamy tylko pięć biletów, jednak to nie okazało się być problemem; Ash wydał swoje ostatnie pieniądze na bilet dla jego „różowej landryneczki”, jak zwykł ją nazywać, i powiedział, że zostanie naszą wizażystką. Po trzeciej godzinie kłótni Marc skapitulował, a blondynka posłała mi spojrzenie pełne wyższości… To nie mogło skończyć się dobrze…
Pojechaliśmy na lotnisko. Tradycyjnie – czekanie, nadanie bagażów i znów czekanie na odprawę celną. Podczas tego drugiego czasu oczekiwania, oddaliłem się od chłopaków i poszedłem do baru kupić sobie wodę. Z butelką zimnego napoju usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem telefon, zamierzając włączyć tryb offline, aby nikt do mnie nie dzwonił podczas lotu, kiedy spostrzegłem, że mam nieodczytanego maila. Wszedłem w skrzynkę odbiorczą i zorientowałem się, że nadawcą był Zero. „Efekty naszej krótkotrwałej współpracy” – przeczytałem treść, a następnie pobrałem kilka załączników, które przesłał mi Shimizu. Ów załącznikami były piosenki zespołu Monsters. Włączyłem w końcu ten tryb offline i wyciągnąłem słuchawki, po czym zacząłem przesłuchiwać nagrania. Mocne wejście, nieźle się zaczynało… Rozpoznałem, że pierwszą piosenką było „Furachi na toiki to amaiuso”. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ale zaraz, zaraz – melodia basu była trochę inna, jakby bardziej wprawiona, ulepszona… to znaczyło, że grał Michi, a nie ja, więc z jakiej racji napisał, że przesyła mi „efekty NASZEJ krótkotrwałej WSPÓŁPRACY”? Zrozumiałem dopiero po chwili… kiedy usłyszałem swój głos – i to nie jako wokal wspierający! Byłem zszokowany… szczególnie, że to brzmiało dobrze… bardzo dobrze…
Nagle ktoś wyjął mi jedną słuchawkę z ucha i przysiadł się do mnie. To byłMarc, który wyglądał na odrobinę zniesmaczonego.
- Musimy porozmawiać – powiedział poważnie.
- Coś się stało? – wyłączyłem muzykę, obiecując sobie, że będę tego słuchał podczas lotu.
- Wiem, że rozeszliście się z Ashley, ale nie wiem, o co poszło…
- Interesuje cię to? – zdziwiłem się, przerywając mu.
- Nie. Słuchaj; nie wiem, o co poszło, ale w każdym razie macie się jakoś dogadać. Ten debil ją ze sobą zaciągnął na nasz występ, a ty nie możesz się rozpraszać przez tą głupią piczkę, jasne? I przede wszystkim nie odpowiadaj na jej głupie komentarze i docinki – pouczył mnie.
- Nie zwracam na nią uwagi – wzruszyłem ramionami i upiłem łyk wody. – Zresztą… nic na mnie nie gada – zauważyłem.
- Właśnie teraz zaczęła – westchnął cierpiętniczo. – Próbowała nam wmówić, że w Japonii poznałeś jakiegoś chłopaka, w którym się zakochałeś i zdradzałeś ją z nim – wywrócił oczyma. – Oczywiście wiem, że to nieprawda, ale chłopaki źle to przyjęli…
- Ale to prawda – odpowiedziałem szybko.
- Co? – spojrzał na mnie zszokowany.
- No… w sumie nie tak do końca. Nie wiem, czy go kocham, ale jest ładny i mi się podoba – wzruszyłem ramionami, mówiąc o tym jak o najoczywistszej rzeczy na świecie.No co, każdy ma prawo się zakochać, nie? I to w dodatku w kim chce, prawda? – Z jednej strony można uznać, że zdradzałem ją, bo całowałem się z Shimizu – Marc zamrugał kilkakrotnie, wpatrując się we mnie, jakbym powiedział mu, że masturbuję się kaktusem. – Byliśmy już wtedy trochę podpici… Zresztą graliśmy w butelkę i to było zadanie, jakie wymyślił mi Tsukasa.
- Kim jest Tsukasa? – zapytał, a ja dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że on przecież ich nie znał…To było dla mnie takie dziwne; ta trójka była tak specyficzna, jedyna w swoim rodzaju… Nagle uświadomiłem sobie, że wywrócili moje życie do góry nogami; i dobrze, bo bez nich z pewnością byłoby nudne. Pozostawiali po sobie ślad na wszystkim, czego się dotknęli – chyba dlatego teraz tak bardzo nierealne było dla mnie przejście obok nich obojętnie.
- Taki perkusista zespołu, w którym grałem przez te półtora tygodnia – wyjaśniłem.
- Grałeś w innym zespole? – oburzył się.
- Rekreacyjnie – zaśmiałem się cicho. – Ale wracając do głównego tematu; to była jedna strona. Druga jest taka, że to jego zdradzałem z nią.
- Nic już z tego nie rozumiem… - westchnął.
- Ja też, więc jedziemy na jednym wózku – zachichotałem. – To długa i zakręcona historia… ale według Shimizu, kiedyś byłemz nim w związku, apotem miałem wypadek, amnezję i matka wywiozła mnie do Ameryki, gdzie poznałem was i Ashley. Jeśli tak przedstawi się sprawę, wychodzi na to, że mój związek z tym chłopakiem nie miał jakiegoś formalnego i jasnego zakończenia, a przecież w międzyczasie byłem z Ashley; więc to jego, a nie ją zdradzałem – upiłem kolejny łyk.
- Trochę to… zagmatwane i niedorzeczne… - spojrzał na mnie z dystansem.
- Wiem. Sam ledwo się w tym łapie i do tej pory nie mogę w to uwierzyć – wzruszyłem ramionami.
- Więc… Więc ty naprawdę jesteś pedałem? – skrzywił się brzydko i odsunął odrobinę.
- Przecież mówię ci, że sam nie wiem – przypomniałem mu. – Nie wiem czy wierzyć w tą historię, czy nie… Wiesz, są pewne jednoznaczne dowody, jednak nadal nie mogę przekonać się do tego w stu procentach… Zresztą, moja matka nie wygląda na przemytnika, ale… dziwnie się ostatnio zachowuje, zawsze miałem do niej duży dystans i nigdy nie obdarowałem jej takim zaufaniem, jakim dziecko obdarowuje swoją matkę… Może podświadomie czułem, że coś jest nie tak? – zadałem sam sobie pytanie, na które nie potrafiłem odpowiedzieć.
- Ale przecież powiedziałeś, że ci się podoba! – perkusista zdawał się mieć moje problemy i rozterki na temat przeszłości gdzieś i interesowała go jedynie sprawa mojej orientacji. Zdawało mi się, że usłyszał tylko to.
- Nie mogę zaprzeczyć; brzydki nie jest – zaśmiałem się, jednak chłopakowi siedzącemu naprzeciwko wcale nie było do śmiechu. Najwyraźniej zmienił o mnie zdanie.
- A… Aha… - mruknął i gwałtownie wstał, szybko odchodząc.
Pięknie…

***

- Hello New York City! – wydarł się Rob.
Wszyscy zawtórowali i zaczęli ciekawsko rozglądać się po lotnisku, popiskując cicho z zachwytu. Nie rozumiałem, co ich tak cieszyło, dlatego w ciszy, trzymając się nieco z boku, ściągnąłem swoją torbę z taśmy i przerzuciłem jej pasek przez ramię. Pozostała piątka szła trzy kroki przede mną i żywo o czymś rozmawiała, mając mnie w głębokim poszanowaniu. Zgadywałem, iż była to wina tego, że Marc przekazał im to, czego dowiedział się podczas naszej ostatniej rozmowy – to znaczy przekazał im, że w rzeczywistości jestem pedałem. Myślałem, że może nawet przyjęliby to do wiadomości, gdyby nie było tu Ashley, która starała się, aby jej niechęć względem mnie przeszła również na chłopaków… i szło jej coraz lepiej, niestety. Tacy byli z nich przyjaciele…
- Ej, Hizumi! – krzyknął Ash, który mimo wiadomej sytuacji próbował udawać, że nic się nie stało. – Nie cieszysz się z tego, że przyjechaliśmy do Nowego Jorku?
- Cieszę się, cieszę… - uśmiechnąłem się oszczędnie. Mogłem nie mówić tego wszystkiego perkusiście, ale teraz było jużza późno. Uważałem go za przyjaciela, myślałem, że zrozumie… że oni wszyscy zrozumieją…
- Jakoś tego nie okazujesz… Nie podoba ci się tu? Nie czujesz potęgi tej metropolii? – wypytywał dalej.
- Tokio zrobiło na mnie większe wrażenie – wzruszyłem ramionami. – Nowy Jork przy stolicy Japonii wypada dość mizernie – powiedziałem z przekąsem, rozglądając się po okolicy, kiedy już wyszliśmy z lotniska.
- Pewnie tak mówi, bo zostawił tam swojego chłoptasia – Ashley „szepnęła” do chłopaków, jednak zrobiła to na tyle głośno, że usłyszałem to również ja.
Muzycy skrzywili się… No tak, pięknie się zapowiadało… Moi przyjaciele, z którymi miałem grać, brzydzili się mną – lepiej być nie mogło…

***

Znacie to, kiedy mówicie, że gorzej już być nie może, a właśnie w tej chwili robi się jeszcze gorzej – specjalnie, jakby los chciałby zrobić wam na złość? No to ja właśnie przeżyłem coś identycznego.
W końcu dotarliśmy do hotelu, gdzie okazało się, że mamy jeden, wspólny, pięcioosobowy pokój, więc nie było nawet mowy o prywatności, a co się z tym łączyło, wolnej chwili od blondynki. W dodatku, podkreślę, że było tylko PIĘĆ łóżek, więc przewidywałem, że dziewczyna zajmie moje, a ja będę musiał zadowolić się w najlepszym wypadku fotelem, czy krzesłem. Oczywiście nie pomyliłem się. Wszedłem do pokoju jako ostatni, a wszyscy zdążyli już sobie wybrać łóżka, postawić na nich swoje torby i zacząć wyciągać z nich najprzydatniejsze rzeczy.  Bez słowa rzuciłem swój bagaż pod ścianę i wyszedłem na balkon, zapalić papierosa. Oparłem się przedramionami o barierkę i przerzucałem fajkę z jednego do drugiego kącika ust, zaciągając się szarym, duszącym dymem. Po chwili zdałem sobie sprawę, że mogłem wziąć ze sobą torbę, bo zaraz Ashley zacznie się do niej dobierać albo wytnie mi jakiś numer. Westchnąłem ciężko i pokręciłem głową. Stwierdziłem, że jest już za późno na odkręcenie wszystkiego. Spuściłem głowę i rozmasowałem obolałe skronie. Cóż, musiałem pogodzić się z tym, co już zdążyło się wydarzyć… Przynajmniej grać i wyrażać w ten sposób swoich uczuć nikt nie może mi zabronić – jedynie ta myśl podniosła mnie na duchu. Chciałem wrócić do środka po swoją gitarę, kiedy nagle, jak na zawołanie, wszyscy zjawili się na balkonie. Marc trzymał jakąś kartkę w dłoni.
- Nie jesteś z nami już w zespole – oświadczył, wpatrując się cały czas w skrawek papieru, a nie we mnie.
- Co?! – wrzasnąłem.
- Przed chwilą dostałem informację, że zostałeś zgłoszony przez dwa zespoły; przez nas i przez „Monsters”. Zostałeś przez to zdyskwalifikowany, a my mamy znaleźć sobie innego basistę – szczęka opadła mi do podłogi, mocno w nią uderzając i wbijając się w dół na dobre kilka centymetrów.
Jak to…
… zdyskwalifikowany?