Pech, nie zycie codzienne...


To nie jest żaden one shot, czy coś w tym stylu- to po prostu wyrażenie moich myśli w opowiadaniu, a że jakoś lubię Uru i lubię pisać w jego imieniu to powstało takie coś.... Nie trzeba tego komentować, więc nie spodziewam się żadnego komentarza, chyba że mnie zaskoczycie. Napisane z potrzeby serca, podczas spaceru do nikand.

Tytuł: Pech? Nie, życie codzienne…

Narrator: Uruha



Czasami mam wielką ochotę położyć się i czekać aż przejedzie mnie walec… Szczególnie, kiedy remontują ulicę pod moim blokiem, a z okna z mojej sypialni mam widok centralnie na walec. Mam ewidentnie dość wszystkiego i wszystkich. Nawet najmniejsza głupota potrafi zepsuć mi cały humor… nie wiem od kiedy zacząłem przejmować się wszystkim, co dzieje się wokoło, ale mniejsza z tym. Nawet kiedy jest już wspaniale, zaczyna mi się układać; koncert wyszedł idealnie, menager dał nam wolne, wygrałem na loterii pieniądze, zaszalałem na zakupach, poszedłem na imprezę i wyszalałem się; wracam do domu i włączam komputer, wchodzę na pierwszą lepszą stronkę internetową i przeczytam choćby jedno złe słowo na swój temat, znów popadam w melancholię… Dlatego właśnie robię sobie wolne- od myślenia.

Ostatnio wszystko wali mi się na łeb i zostałem przyczyną wszystkich nieszczęść moich znajomych i nieznajomych… Jak to możliwe? Ja też nie wiem… A bo to napisałem słowo za dużo, albo za mało, powiedziałem nie to, co trzeba, lub najzwyczajniej w świecie nie mam nic wspólnego z daną sprawą… ale zawsze jest moja wina!

Westchnąłem i wygodniej umościłem się na parapecie w mojej sypialni. Widok walca doprawdy kusił mnie, żeby zostać zgniecionym… Ach, marzenia… Oparłem głowę o zimną szybę i nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem wspominać.

Nagle stałem się jakiś uczuciowy i bardzo delikatny, wtedy po raz pierwszy złe zdanie na mój temat w Internecie zirytowało mnie, a co więcej, mało nie doprowadziło do łez. Byłem zły i spóźniłem się na próbę. Zdawało się, że chłopaków również coś ugryzło, bo gdy tylko przekroczyłem próg studia ofukali mnie, a Kai łaskawie poinformował, że próba odwołana. Wściekłem się jeszcze bardziej i postanowiłem trochę pomyśleć, dlatego wróciłem do domu piechotą, przez co na krzywym chodniku skręciłem kostkę. Nie wiedząc, jak poważnego urazu doznałem, odreagowałem ból, kopiąc uszkodzoną nogę w śmietnik sąsiada. Śmierci rozsypały się, a na moje nieszczęście sąsiad stał na ganku swojego domu i wściekł się. Kazał mi to sprzątnąć, na co ja oczywiście się nie zgodziłem i zwyzywałem go, przez co trafiłem do sądu. Jak można by się spodziewać przegrałem sprawę i musiałem zapłacić wysoką karę porządkową, gdyż nie odmówiłem sobie jeszcze wybuchnięcia gniewem podczas rozprawy, obrzucenia obelgami sędziny i znokautowania jednego z ochroniarzy oraz własnego prawnika. Z trudem wyskrobałem pieniądze na uiszczenie opłaty, albowiem w magiczny sposób większa ich część zniknęła z mojego konta bankowego. Później dowiedziałem się, że zostałem okradziony i oszukany, gdyż bank, w którym miałem wszystkie swoje oszczędności, nigdy tak naprawdę nie istniał, a był jedynie przekrętem jakiegoś oszusta, którego policja złapała, ale nie była w stanie zwrócić mi moich pieniędzy. Okazało się, że na odszkodowanie będę musiał czekać pół roku, a w dodatku nie będzie to żadna wielka suma. Przez to, że nie miałem pieniędzy, nie opłaciłem abonamentu za telefon i czeka mnie jeszcze jedna sprawa sądowa… Tym razem jestem pewny, że nie skończy się na karze porządkowej.

A wszystko to zaczęło się od głupiej błahostki… Wszystko zaczyna się od błahostki…

Pech? Nie, życie codzienne… I tak właśnie wygląda ono co dnia- wszystko zaczyna się niepozornie, a potem problemy spadają jakby z nieba. A najgorsze jest w tym wszystkim to, że nie mogę tego zmienić, nie potrafię. Ktoś powiedziałby, że powinienem się już przyzwyczaić do nieszczęść, skoro walczę z nimi przez całe życie, ale nie. Tego też nie potrafię. Irytuje mnie mój pech. I to chyba jest jeszcze gorsze. Jak widać… zawsze może być jeszcze gorzej…

I mam już tego wszystkiego dość, chcę odpocząć, dlatego nie myślę. Ale słabo mi to idzie- w ogóle nie idzie! Przeczesałem dłonią zniszczone włosy i z niesmakiem spojrzałem na kilka pojedynczych włosów, które wypadły i utknęły między moimi palcami. Dlaczego to właśnie ja muszę być takim nieudacznikiem? Chyba właśnie dlatego wszyscy zrzucają na mnie całą winę- bo jestem tak beznadziejny, że wiedzą, że mogą się spokojnie na mnie wyżyć, a ja i tak nic nie zrobię. A jak już zrobię to na niekorzyść własną…

Jeszcze raz rzuciłem tęskne spojrzenie walcowi i zrezygnowany wstałem, aby nastawić wodę na kawę. Pewnie znów się poparzę- pomyślałem, spoglądając na zabandażowaną dłoń. Ech… Niech będzie; skoro taka wola boża…

W tym momencie przypomniała mi się jedna z piosenek MUCC- „Suna no Shiro”. Całe moje życie jest właśnie jak ten zamek z piasku, którego fundamenty podmywają morskie fale. Z całą pewnością mogę nadać sobie miano „zabawkowego króla”…



Ale przysięgam, że jeśli jeszcze raz będzie moja wina…

Nie oszukujmy się;

Pech? Nie, życie codzienne…


Burdel, nie zycie - epilog


[Uruha]

-I co?- dopytywał się niecierpliwie Shinya.

-Odebrał… Kai…-  mruknąłem, uśmiechając się.

-Kai?- zdziwił się Kyo.- A przypadkiem nie dzwoniłeś do Rukiego?

-No właśnie- wyszczerzyłem zęby.

-Nie rozumiem- wtrącił się Aoi, spoglądając na mnie z zainteresowaniem.

-Zadzwoniłem do Rukiego, odebrał Kai i powiedział, że…- zrobiłem efektowną pauzę, żeby podtrzymać napięcie.

-Jak zaraz nie powiesz, to ci wjebie- burknął Die.

-A coś ty taki nerwowy?- prychnąłem, a uśmieszek nie schodził mi z ust.

-Bo, kurwa, to ja musiałem go uświadamiać i przeprowadzić z nim rozmowę umoralniającą! Czy ja wyglądam na kogoś z opieki społecznej?!- warknął.- Kurwa, wiem, że jestem przystojny, ale czy z tym muszą wiązać się takie sprawy?- jęknął żałośnie, a Kaoru, któremu siedział na kolanach wybuchnął śmiechem.

-Ach, jaki ty skromny- skwitował.

-Po prostu znam swoją wartość- mruknął, poprawiając czerwone włosy.

-No to powiesz nam w końcu co odpowiedział Kai, czy nie?- zniecierpliwił się Toshiya, znudzony obserwowaniem lidera i gitarzysty Dir’u obściskujących się na kanapie.

Umościłem się wygodniej na Yuu i objąłem się jego dłońmi w pasie. Oparłem głowę o jego bark siedząc do niego tyłem.

-W każdym razie, Die, nie musisz się już awanturować- zachichotałem.- Zadanie wykonane. Kai pieprzy się z Rukim- zaśmiałem się, a Shinya prychnął.

-Jakaś krótka ta akcja… Tak jakoś strasznie szybko się ze sobą zeszli- zauważył.

-Jak dla mnie, to trwało za długo- warknął czerwonowłosy.- Jeśli jesteś taki mądry, to następnym razem ty będziesz kozłem ofiarnym, a nie ja i wyjdziesz na kompletnego idiotę, w czym oczywiście ci pomogę- dodał „życzliwie” czerwonowłosy.

-Oj daj spokój, Daisuke- Kyo wywrócił oczyma.- W końcu sam się do tego zgłosiłeś…

-Nieprawda!- ryknął.- Padło tylko pytanie, kto jest najprzystojniejszy i z łatwością rozkocha w sobie jakiegoś faceta, no to chyba oczywistym było, że się zgłosiłem, nie?- odparł tak, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Aoi westchnął i zrezygnowany pokręcił głową.

-Jak ty z nim wytrzymujesz?- zapytał lidera.

-Sam nie wiem…- mruknął Kaoru.- Może dlatego, że jest dobry w łóżku i wtedy tak nie szczeka, to go jeszcze nie zabiłem…- myślał głośno, a jego głos przy tym był tak beztroski, jakby mówił o dzisiejszej pogodzie.

-Dzięki…- fuknął drugi gitarzysta.

-Proszę- ciemnowłosy uśmiechnął się promiennie, tym samym jeszcze bardziej wkurzając swojego kochanka, który obraził się na wszystko i wszystkich, przeklinając, na czym świat stoi. Usłyszałem jeszcze jak burczy coś pod nosem mając pretensje do swojej urody i seksapilu, którym emanuje na kilometry. Słysząc to wybuchnąłem gromkim śmiechem, a za mną poszła w ślady cała reszta. Nawet Die nie powstrzymał uśmiechu, który wkradł się na jego usta.

-Więc rozumiem, że to koniec?- zapytał basista.

-Koniec czego?- nie zrozumiałem.

-Bawienia się w swatkę i ustawiania Reity z Yune, a Kai’a z Ruki’m?- sprostował.

-Tak- wyszczerzyłem się.- W końcu można odpocząć- odetchnąłem głęboko i pocałowałem swojego czarnowłosego w policzek, na co on uśmiechnął się i sięgnął moich ust.

-Potrójny miesiąc miodowy czas zacząć!- roześmiał się perkusista.

-Zapomniałeś o naszej połówce- wtrącił lider.

-Jakiej połówce?

-No Uruha jest z Aoi’em, Die ze mną, ty z Toshi’m, a Kyo bez pary…

-Chcesz zeswatać z kimś naszego wokalistę?!- wykrzyknął zdumiony Die.

-To ja idę zapalić- najniższy z towarzystwa szybko się ulotnił, a reszta roześmiała się radośnie, po czym każdy przyssał się do swojego partnera. Tak, w końcu wolne…

ReitaxRuki 04

Następna notka będzie epilogiem, a potem biorę się za "nienawiść" :)

Tytuł: "Tomorrow never dies"
Paring: Reita x Ruki (The GazettE)
Typ: oneshoot
Gatunek: obyczajowe, romans, angst przeradzający się w słodką lolitkę xD
Beta: -

Jak zwykle przyszedłem późno do domu. Cały przemoknięty i zziębnięty zrzuciłem buty w przedpokoju i podążyłem do sypialni, gdzie czekałeś na mnie Ty. Siedziałeś na łóżku wśród niezliczonej ilości kartek i czegoś szukałeś. Kląłeś pod nosem, że też nigdy wcześniej nie wpadłeś na tak genialny pomysł, aby zrobić porządek w szufladach biurka, przez co teraz musiałeś borykać się z całą tą białą falą makulatury, chcąc znaleźć jedną głupią kartkę. Gdy tylko wszedłem, podniosłeś na mnie wzrok i uśmiechnąłeś się ciepło. Wstałeś i podszedłeś do mnie, mocno przytulając.
- Czekałem na ciebie - mruknąłeś, wtulając twarz w mój tors.
 Objąłem Cię i pocałowałem w czoło. Wtedy spojrzałeś na mnie z tymi iskierkami radości w oczach, dla których żyłem przez ostatnie miesiące, przedłużając swoją bezsensowną egzystencję na tym padole łez. Uśmiechnąłem się kącikami ust, a Ty stanąłeś na palcach i pocałowałeś mnie w czoło.
- Tęskniłem - wyszeptałeś, a ja zacząłem gładzić Cię po włosach.
 - Ja też - odpowiedziałem. - Kocham cię, wiesz? Nawet po śmierci będę Cię kochać – powiedziałem, bardziej kierując to do siebie niżby do Ciebie, myśląc o tym, co zaraz miałem zamiar zrobić.
- Wiem. Ja ciebie też kocham - uśmiechnąłeś się szeroko. - Ale nie mów o śmierci, bo robi mi się przykro… - posmutniałeś, a ja pocałowałem Cię w policzek.
- Przepraszam - musnąłem Twoje wargi i wyswobodziłem się z uścisku. - Idę wziąć prysznic - oznajmiłem.
- Dobrze - kiwnąłeś głową i wróciłeś do swojego małego, białego tsunami.
Spojrzałem jeszcze raz na Ciebie i Twoją radosną buźkę… Będzie mi cię brakować, Ruki…
Dla niepoznaki wyjąłem z szafy piżamę i wszedłem do łazienki. Rzuciłem ciuchy gdzieś w kąt i nachyliłem się nad umywalką, biorąc głęboki oddech. "Spokojnie Reita, spokojnie… Już dawno powinieneś to zrobić…" - powtarzałem w myślach, gdy nagle usłyszałem melodię zza drzwi, którą wygrywałeś. Zawahałem się. Rozpoznałem tę piosenkę. Często ćwiczyłeś w domu. Ciekawe, co wybrałeś na dzisiejszy recital. Mimowolnie uśmiechnąłem się smutno… Będzie brakować mi twojego wieczornego brzdąkania na gitarze i śpiewu, który zawsze utulał mnie do snu.
- „Rzecz, którą zrealizowałem jedynie Cię potem skrzywdziła. Szukałem liczby wad w Tobie, kiedy powinienem opiekować się Tobą. Nasze dni zostały pogrzebane w małych kłamstwach, dlatego wciąż możemy walczyć z wątpliwościami. Nasze serca znają znaczenie wzajemnej zguby…” - rozległ się Twój głos, który był dobrze słyszalny nawet w łazience. Czy musiałeś wybrać akurat TAKĄ piosenkę, kiedy chciałem zrobić coś TAKIEGO? Westchnąłem, starając się nie słuchać Twojego głosu. – „Jesteś zgubiona, bo nie możesz ujrzeć jutra; Twój podniosły głos, kiedy płakałaś. Nie byłem w stanie znaleźć słów, ścierając Twoje łzy. Otulone samotnością dni, przesiąknięte Nami. Wielokrotnie szukaliśmy zrozumienia; dziś mogę czuć to równie głęboko. Nie było kłamstwa w tym, kiedy powiedziałem, że czuję wieczność. Na pewno będę przy tobie. Nie potrzebuję więcej „Kocham Cię”, jeśli zostaniesz ze mną na zawsze…”*
„Nie! Ty robisz to specjalnie!” – pomyślałem. Nie wytrzymałem i uchyliłem drzwi łazienki.
- Takanori, skarbie, czy mógłbyś zagrać coś innego? - zapytałem.
- Oczywiście - uśmiechnąłeś się i posłałeś mi całusa, a ja zniknąłem za drzwiami.
Znów rozległa się melodia, tym razem inna. Przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie Twoją beztroską minę, kiedy szarpiesz za kolejne struny, przesuwając wzrokiem po pięcioliniach. Zawsze byłeś dla mnie taki dobry, a ja zamierzałem zrobić Ci coś takiego… Nie zasługiwałem na Ciebie…
Kucnąłem przed umywalką i otworzyłem ostatnią szufladę mieszczącą się w szafce pod nią. Nigdy tam nie zaglądałeś, a ja to wykorzystałem. Wyciągnąłem ze skrytki broń i wyprostowałem się. Spojrzałem na swoje marne odbicie, przykładające lufę pistoletu do skroni. Odblokowałem broń i zacisnąłem mocno oczy, mając zamiar nacisnąć spust, gdy usłyszałem twój głos.
- „ Wizje znikają. To miejsce jest piekłem na Ziemi. Czułem chłód. Rozczarowanie, które wciąż narasta. Nikt nie może cofnąć czasu. Nie odwracaj wzroku. Cyrk samobójców”** - śpiewałeś, a ja otworzyłem oczy. Sapnąłem i odłożyłem pistolet na brzeg umywalki.
„Czy Ty nie pozwolisz mi odejść w spokoju? Nie dasz mi się tak po prostu zabić? Musisz mi to utrudniać? Robić wyrzuty sumienia? Wzbudzać poczucie winy? I tak już jestem zdesperowany!” – zirytowałem się. Znów wychyliłem się z łazienki i spojrzałem na Ciebie szklistymi oczami.
- Proszę… Zagraj coś innego… Mniej dołującego… - poprosiłem.
 - Coś szybkiego? - zapytałeś.
- Na przykład… - mruknąłem i zanurzyłem się w czeluściach łazienki.
Niepewnie spojrzałem na broń. Musiałem to w końcu zrobić. Tak będzie lepiej - dla mnie, dla Ciebie, dla wszystkich… Miałem tylko nadzieję, że szybko znajdziecie zastępcę na miejsce basisty w zespole, ale to już nie była najważniejsza sprawa. Tym razem melodia była znacznie szybsza. Zacząłeś śpiewać, choć naprawdę starałam się nie słuchać. Przemyłem twarz zimną wodą i odetchnąłem. Ponownie chwyciłem pistolet, a twoje słowa znów uderzyły do mojej głowy, mimo iż za wszelką cenę starałem się do tego nie dopuścić.
„Wypluj ten ból, wymarz wahanie. Czy możesz to usłyszeć? Do dnia dzisiejszego… Ile razy myślałeś o śmierci na tym małym świecie? Śmierć nie da Ci wolności, nawet jeśli uczucia znikną. Jak wiele razy myślałeś o śmierci na tym zniszczonym świecie? Jeśli możesz w nic nie wierzyć, wypluj tu swój ból. Zanim zdecydujesz, że to koniec, odpowiedz mi na pytanie: jaka jest wartość Ciebie, będącego wciąż żywym przed walką, wartość nonsensu odcinania się od jutra, wartość jutra, o które ktoś błaga…”***
            „NIE!” – krzyknąłem w mylach. Teraz już byłem pewien, że robiłeś to specjalnie. Zablokowałem broń i odrzuciłem ją gdzieś daleko, wychodząc z łazienki. Wyrwałem Ci gitarę z rąk i rzuciłem się na Ciebie, mocno całując. Byłeś zszokowany, ale odwzajemniałeś pocałunki. Wręcz wepchnąłem język do twoich ust, przewracając Cię na łóżko. Założyłeś mi ręce na szyję i wplotłeś palce w moje włosy. Zwolniłem nieco tempo i zacząłem rozkoszować się smakiem twoich słodkich ust, które jeszcze przed chwilą miałem zamiar osierocić. Odsunęliśmy się od siebie dopiero wtedy, kiedy zabrakło nam już tchu. Spojrzałeś na mnie i wydąłeś seksownie wargi.
- A to za co? - zaszczebiotałeś.
- Za to, że nie pozwalasz mi ze sobą skończyć - mruknąłem, całując Twoją szyję.
- Nie rozumiem… - zacząłeś gładzić mnie po plecach.
 - I może niech tak zostanie - uśmiechnąłem się szczerze, chyba pierwszy raz od kilku miesięcy.
Tak, Ruki, dziękuję Ci. Dziękuję za wszystko, bo właśnie tym dla mnie jesteś. Nie mogę bez Ciebie żyć… ani tym bardziej umrzeć. Mam nadzieję, że kiedyś zmądrzeję i już nigdy nie popełnię żadnych głupot tego typu. I mam nadzieję, że nigdy mnie nie opuścisz… bo ja bynajmniej już nie zamierzam Cię zostawiać.


*tekst piosenki "Pledge" ze strony tekstowo.pl
** tekst piosenki "The suicide circus" ze strony tekstowo.pl
*** tekst piosenki "Tomorrow never dies" ze strony tekstowo.pl


Burdel, nie zycie cz.7

Chciałam podkreślić, że tło bloga jest dziełem Hoshii, która jest zajebista i każdy kto czyta tego bloga ma zrobić sobie w domu jej ołtarzyk i składać na nim krwawe ofiary- musiałam to napisać, żeby nie zostać zatłuczoną trzonkiem od siekiery przez moją betę, która potem cofnęła te słowa, ale ja i tak się boję (ludzie są nieprzewidywalni) i wolę to napisać. Więc jeśli nie chcesz mojej śmierci, droki czytelniku, wygospodaruj odrobinę miejsca na stół ofiarny i skombinuj jakiegoś gołębia czy coś podobnego, czego zostanie przelana krew. Jeśli chcecie, aby posty tutaj nadal się pojawiały to robimy zrzutkę (nie pieniężną), bo budujemy małą świątynię pod Gdańskiem. Więc niech każdy znajdzie jakiegoś pustaka i zrobi pielgrzymkę do mojego domu, gdzie w ogródku już posgtawiłam fundamenty xD Każdy pustak to kolejna notka i oddalenie mnie o 0,001 do śmierci. Czy są tu jacyś dobrzy samalrytanie, którzy mnie wspomogą? xD


Dni mijały, a poczucie bezbrzeżnego idiotyzmu, jakim zostałem obdarzony nie mijało. Kilka razy zastanawiałem się nad wizytą u psychologa lub szukaniem przyjaciela, któremu mógłbym się wyżalić, jednak w końcu przystanąłem na libację alkoholową z Rukim. Nigdy nie byłem z nim jakoś blisko, bo… bo tak i już. Lubiłem go, ale był jedynie moim znajomym, nawet nie przyjacielem, choć to w zupełności wystarczało, żeby się z nim upić. Normalnie, pewnie wolałbym spędzić czas z Uruhą albo Aoi’em, ale oni byli zajęci sobą, gdyż wyjechali na swój „miesiąc miodowy”, aby uczcić związek, w którym trwali już dwa lata. Nawet wolałbym spotkać się z Reitą, ale z wiadomych przyczyn nie zrobiłem tego…

Taka przyszedł do mnie pół godziny po tym, jak do niego zadzwoniłem, choć mówił, że będzie za pięć minut. Wokalista był już nieco wstawiony i zdawał się wykonywać wszelkie ruchy w zwolnionym tempie. Mimo wszystko wpuściłem go i zaprosiłem do salonu, gdzie i ja zdążyłem wypić już kilka drinków. Pomyślałem, że w sumie to dobrze- najwyżej szybciej padniemy i zarzygamy dywan, na którym usiedliśmy przy niskiej ławie między kanapami. Bynajmniej będę miał szczęście uniknąć zbyt długiej rozmowy z pijanym blondynem. Mój gość bez słowa otworzył butelkę whisky, którą ze sobą przyniósł i nalał sporą ilość alkoholu do dwóch niskich szklaneczek, wylewając przy tym trochę na stół. Wypiłem zawartość swojej szklaneczki, krzywiąc się. I tak jakoś to wszystko odbywało się- piliśmy w ciszy, a Ruki dolewał trunku coraz mniej sprawną ręką, przez co blat ławy lśnił od coraz większej ilości bursztynowego płynu rozlewającego się na nim.

-A co ty taki cichy?- w końcu przerwałem tę nieznośną ciszę. Z jednej strony cieszyłem się, że blondyn nie odzywał się, a z drugiej było mi jakoś niezręcznie.

-A po co mam się odzywać?- wybełkotał, wbijając wzrok w białą ścianę mieszczącą się naprzeciw niego.

-Żeby rozmawiać?- zapytałem sarkastycznie, spoglądając na niego jak na kosmitę.

-A po co masz ze mną rozmawiać?

Ściągnąłem brwi i w milczeniu przyjrzałem się jego mlecznej cerze, ciemnym oczom, delikatnemu noskowi i wydatnym ustom.

-Nie rozumiem cię…- odezwałem się po chwili.

-A co tu jest do rozumienia? Zadzwoniłeś do mnie, żebym przyszedł się z tobą napić, bo nie chciałeś chlać samotnie, żeby nie wyjść na jakiegoś pijaka, koniec opowieści- wzruszył ramionami i drżącą ręką sięgnął po szklaneczkę z whisky.

-To nie tak- pokręciłem głową.

-A niby jak?- w końcu spojrzał na mnie.

-Myślisz, że cię nie lubię?- zapytałem, przysuwając się do niego.

-A tak nie jest?

-Nie- uśmiechnąłem się pijacko.- Lubię cię- pogłaskałem go po głowie.- Bardzo lubię- wyszczerzyłem się i położyłem na podłodze układając głowę na jego udach. Był kościsty, ale z pewnością wygodniejszy niż podłoga. Wyciągnąłem z kieszeni jego telefon, który wbijał mi się w kość policzkową. W tym momencie komórka Takanori’ego zaczęła wibrować. Zmrużyłem oczy i spojrzałem uważnie na niebieskawy ekran.- Ktoś dzwoni- podsumowałem w końcu.

-Daj- wyciągnął rękę po swoją własność.

Spojrzałem na jego dłoń i uśmiechnąłem się. Podniosłem się na łokciach i ucałowałem jej wnętrze, po czym sam odebrałem.

-Moshi, moshi?

-Ee… Ruki?- zapytał zdziwiony głos w słuchawce.

-Nie, nie jestem Ruki- zachichotałem, kiedy Taka próbował wyrwać mi telefon z dłoni.

-A mogę z nim rozmawiać?

-Nie- odparłem, siadając okrakiem na wokaliście i wolną ręką przytrzymując jego nadgarstek. Drugą rękę unieruchomiłem mu, wciskając ją pod swoje kolano i przyciskając mocno do podłogi. Chłopak syknął z bólu.

-Dlaczego?- zapytała osoba po drugiej stronie linii.

-Bo Takanori jest teraz zajęty pieprzeniem się ze mną- zaśmiałem się i rozłączyłem, rzucając jego komórkę gdzieś za siebie.

-Pojebało cię?- spojrzał na mnie, jak na idiotę.

-Nie- uśmiechnąłem się.- Ale to, co powiedziałem jest prawdą… znaczy będzie za jakieś dziesięć minut, jak się rozbierzemy- wzruszyłem ramionami i zrobiłem niewinną minkę.

-Kai, za dużo wypiłeś? Nie będę się z tobą pieprzyć! Przecież nawet nic nie robię!- zbulwersował się.

-Tak? A znasz obecne położenie swojej prawej dłoni?- zaśmiałem się, wskazując na jego rękę, która wyślizgnęła się spod mojego kolana i teraz jeździła po wewnętrznej stronie mojego uda.

Blondyn speszył się i szybko zabrał rękę. Próbował się spode mnie uwolnić, jednak nie dawałem za wygraną. Mocniej przyszpiliłem go do dywanu i na powrót chwyciłem jego prawą dłoń, kierując ją w miejsce, w którym znajdowała się przed chwilą.

- C-Co ty robisz?- spojrzał na mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczyma.

Zmieniłem pozycję, tak, że teraz opierałem się na dłoniach po obu bokach jego głowy i wisiałem nad nim. Dzięki tej zmianie mogłem otrzeć się kroczem o jego rękę. Jęknąłem cicho, gdy to zrobiłem.

-Nie krępuj się- uśmiechnąłem się uspakajająco.

- Ja… J-Ja tak nie mogę… Tanabe zejdź ze mnie- wyszeptał, próbując mnie odepchnąć.

-Dlaczego? Proszę cię… Tylko ten jeden raz…- namawiałem go.

-Właśnie dlatego- nie chcę tak jeden raz- uciekał wzrokiem gdzieś po bokach, żeby tylko na mnie nie patrzeć.

-Chcesz stałego związku?- zapytałem i pocałowałem go w policzek.

-Ja… Ee… Znaczy…- jąkał się.

Polizałem go po szyi, na co chłopak zadrżał i cicho westchnął, przymykając oczy. Odruchowo rozłożył przede mną nogi, a ja uśmiechnąłem się na ten widok.

-Zakochałeś się w kimś… nieszczęśliwie.

-Skąd wiesz?!- niemalże krzyknął.

-Bo łakniesz mojego dotyku, zresztą nie mojego, a jakiegokolwiek. Chcesz żeby ktoś był blisko ciebie- wyjaśniłem i zacząłem całować go wzdłuż linii szczęki.

-Ach…- westchnął i objął mnie rękami za szyję.

-Kto to jest?- zapytałem cicho.

-Ja… Znaczy… Nie wiem, o czym mówisz- skłamał.

-Proszę cię- przestałem go całować i spojrzałem mu w oczy.- Nie rób ze mnie kretyna…

Ruki spłonął rumieńcem i widać, że miał ochotę zapaść się pod ziemię.

-To… to… ty…- wyszeptał tak cichutko, że musiałem niemalże czytać z ruchu jego warg.



[Yune]

Obudziłem się wtulony w Reitę. Chyba pierwszy raz wyspałem się i miałem ochotę żyć. Byłem szczęśliwy i zadowolony, jak jeszcze nigdy w życiu. Przyjemne ciepło biło od chłopaka obok mnie i sprawiało, że czułem się przy nim bezpiecznie. Miałem wrażenie, że w jego ramionach mogę skryć się przed całym złem tego świata.

Blondyn objął mnie w pasie i pocałował w czoło, otwierając zaspane oczy.

-Dzień dobry- uśmiechnął się, a ja od razu pocałowałem go w usta.

-No, z tobą na pewno będzie dobry- wyszczerzyłem się i ułożyłem głowę na jego nagim torsie.- Kocham cię…- wyszeptałem.

-Ja ciebie też- odpowiedział, gładząc mnie wierzchem dłoni po policzku.

Pocałowałem go w szyję, a następnie przejechałem językiem wzdłuż jego grdyki. Zadowolony basista mruknął.

-Poproszę powtórkę z nocy- zaśmiałem się.

-Masochista- westchnął.

-Mówię poważnie- oderwałem się od jego szyi i spojrzałem w jego cudne oczka.

-Yune… nie przesadzasz? Kochaliśmy się już trzy razy w ciągu jednej nocy. Nie będziesz mógł chodzić- zauważył.

-Jakiś ty słodki- uśmiechnąłem się szeroko i pocałowałem go mocno.- Lubię, kiedy jesteś taki troskliwy- moja dłoń zjechała w dół jego brzucha.- A zresztą nie muszę chodzić, bo nie chcę się od ciebie odchodzić choćby na krok- jęknął, kiedy powoli zacząłem go onanizować.

-Yune, to niezdrowe- wysapał, a ja wywróciłem oczyma.

-Skoro nie chcesz to nie- przestałem sprawiać mu przyjemność, zabierając dłoń.- Jeśli nie masz na mnie ochoty…- wzruszyłem ramionami.

-Nie o to chodzi- złapał mnie za rękę, kiedy chciałem wyjść z łóżka, co i tak by trochę zajęło, gdyż tyłek bolał mnie niemiłosiernie, a w dodatku Reita ma gigantyczne łóżko.

-A o co?- spojrzałem na niego naburmuszony.

Mój mężczyzna zaśmiał się pod nosem, widząc minę, jaką strzeliłem i przyciągnął do namiętnego pocałunku. Lubiłem go nazywać „moim mężczyzną”… Wtedy utwierdzałem się w tym, że jest tylko i wyłącznie mój.

-Chodzi o to, że nie musimy się tak spieszyć- odpowiedział w końcu.- Mamy dla siebie masę czasu- uśmiechnął się i musnął moje usta.

-Ale ja się nie mogę tobą nasycić- wyszeptałem mu na ucho, przygryzając jego płatek.- Im częściej to robimy, tym większy pociąg do ciebie czuję…- wyznałem.

-To może powinienem dać ci jakiś szlaban na seks, czy celibacik?- zaśmiał się.

-Ha, ha, ha- bardzo śmieszne- żachnąłem, mrużąc groźnie oczy.- Sam byś go nie przestrzegał- wytknąłem mu język.

-A też prawda- zaśmiał się i ponownie pocałował.

Polizał moją dolną wargę, a ja uchyliłem usta. Całowaliśmy się zachłannie, kiedy nagle poczułem w sobie jeden z jego palców. Jęknąłem głośno, odrywając się od niego.

-Zboczeniec- uśmiechnąłem się, lekko prostując, przez co jeszcze bardziej nabiłem się na jego palec.

-Ale za to jaki seksowny- zaśmiał się, rozciągając mnie.



[Kai]

Już jakiś dłuższy czas leżałem z Rukim w łóżku. Chłopak miał zlepione od potu włosy i nadal ciężko oddychał. Obaj byliśmy wykończeni wspaniałym seksem, ale żaden z nas nie mógł zasnąć.

-Powiem ci coś, ale obiecaj mi dwie rzeczy- odezwał się w końcu mój kochanek.

-Co mam ci obiecać?

-Nie wyśmiejesz mnie- postawił warunek.

-Oczywiście, że nie zrobię tego- głaskałem go po mokrych włosach.

-I nigdy nie będziesz bawił się w coś podobnego, jak z Yune- dodał.

Zmieszałem się. Wciągnąłem chrapliwie powietrze przez nos.

-Obiecuję, choć na swoje usprawiedliwienie dodam, że to nie był mój pomysł i zrobiłem to, żeby komuś się przypodobać…

-Ale nie zrobisz tego więcej?!- upewnił się.

-Nie- odpowiedziałem.- Więc co chciałeś mi powiedzieć?

-…

-Takanori?

Wokalista zmieszał się i bił z myślami, upewniając się, czy rzeczywiście dotrzymam złożonych obietnic i czy powiedzenie mi tego, będzie dobrym pomysłem.

-Kocham cię…- szepnął.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia, a chłopak spłonął rumieńcem i niemalże słyszałem, jak w myślach gani się za to, co zrobił.

-Ja… Przepraszam… Pójdę już- wstał ze mnie i chciał wyjść z łóżka, kiedy złapałem go za rękę.

Usiadłem obok niego i pocałowałem czule, obejmując w pasie.

-Ja ciebie też- uśmiechnąłem się, a blondyn natychmiast się rozpogodził i rzucił mi na szyję, przewalając mnie tym samym na łóżko i ponownie złączając nasze usta.



HAPPY END



Nie mam siły kontynuować już tego ścierwa, choć jeśli uzbiera się na tyle dużo komentarzy i przychylnych opinii ku kontynuacji to może napiszę epilog. Jeśli nie to wznowię serię „Nienawiść”, która cieszyła się dużym zainteresowaniem.

Burdel nie zycie cz.6

I | II | III | IV | V |


[Kai]
Wróciłem do domu w średnim humorze. Chyba zbyt ostro potraktowałem Yune i teraz miałem wyrzuty sumienia… Ale cóż, raz się żyje, nie? Nie zawsze można być miłym i dobrym dla wszystkich i wszystkiego. Zresztą chłopaki z DeG uważają to za świetną zabawę, a ja za wszelką cenę chciałem się im przypodobać. A w szczególności Die’owi, dlatego przed wejściem do domu zmusiłem się do sztucznego uśmiechu. Wszedłem do salonu, gdzie urzędowali muzycy. Już od progu drzwi powitało mnie głośne beknięcie Kyo.
-Świnia- Shinya szturchnął wokalistę łokciem.
-Siła wyższa- wzruszył ramionami najniższy z towarzystwa.
-Cześć- rzuciłem krótko od razu zasiadając na jedynym wolnym fotelu.
-Hej- przywitali się.
Daisuke uśmiechał się złowieszczo, jakby coś knuł… Nie podobała mi się ta mina, jednak musiałem przyznać, że fakt, że nie wiem o czym myśli i jest teraz taki nieprzewidywalny, dodawał mu w moich oczach jakiegoś tajemniczego seksapilu, przez co jego wszystkie ruchy stawały się bardziej zwinne, kocie, kokieteryjne.
-I jak z Yune?- zapytał Toshiya.
-Pytasz o seks, czy jego reakcję po?- założyłem nogę na nogę i spróbowałem podrobić wyraz twarzy czerwonowłosego.
-I to i to.
-No więc w łóżku to powalający nie był, a poranna reakcja na wagę złota- zaśmiałem się wrednie, co nie przyszło mi łatwo.- Normalnie lepiej niż w jakiejś operze mydlanej!
-Uciekł z płaczem?- wtrącił się Kaoru, który dotychczas był zajęty oglądaniem swoich paznokci i przeklinaniem, na czym świat stoi, bo mu lakier odprysnął
-Taa- przytaknąłem.- Nawet nie myślałem, że tak szybko biega- wyszczerzyłem się.
-Kurwa, sprinter, a to dobre- zarechotał wokalista zapadając się głębiej w fotelu i wygodnie przerzucając nogi przez jego oparcie.
-Urządzimy wyścig ze skokami przez płotki dla szmat, co wy na to?- mruknął Shin.
-Pewnie Yune będzie pierwszy- odezwałem się.
-Nie, bo go pewnie dupa boli- wtrącił lider zespołu.
-Ej, odkryłem chyba nową zasadę fizyczną!- wykrzyknął uradowany Toshi.- Z tego, co ja rozumiem…
-…a rozumiesz bardzo mało…- mruknął Kyo, przez co został zmrożony wzrokiem przez basistę.
-Więc z tego, co ja rozumiem- kontynuował- im większa kurwa, tym szybciej biega. Może w reprezentacji Japonii we wszelkich sportach powinniśmy wystawiać same dziwki i alfonsów?
-Niegłupie- mruknął perkusista z uznaniem.- Zgłoś ten pomysł do parlamentu! Niech go refundują z kasy państwa!
-Nie, bo mi jeszcze basistę zabiorą i zrobią z niego ciecia w garniturku- jęknął ciemnowłosy gitarzysta.
-W sensie urzędnika?- zapytałem.
-Nom- kiwnął głową.
Rozmowa na ten i jeszcze parę innych tematów, których już przybliżać nie będę ze względu na zdrowie, a nawet życie niektórych czytelników, trwała jeszcze dwie godziny. Przez cały ten czas Die się nie odzywał. Zdziwiło mnie to, bo on zazwyczaj ma właśnie najwięcej do powiedzenia. A teraz? Wsłuchaj się w ciszę, a usłyszysz mój głos… Non stop go obserwowałem, nie spuszczając z niego oka, co widocznie gitarzysta zauważył, lecz nie przeszkadzało mu to, gdyż posłał mi chytry uśmieszek. Chwilę po tym, jak to zrobił, wstał, podszedł do drzwi i otworzył je. Wszyscy grzecznie wyszli, a ja siedziałem jak ten kołek i patrzyłem tępo na czerwonowłosego. W końcu dźwignąłem swoje cztery litery, a wtedy chłopak podszedł do mnie i z powrotem pchnął na fotel.
-Ty nie idziesz- odezwał się po raz pierwszy tego dnia.
Usiadł mi na kolanach i przez chwilę przyglądał się z delikatnym uśmieszkiem, po czym znów przyjął ten tajemniczy wyraz twarzy i przesunął dłonią po moim policzku, następnie kierując swoje palce na moją szyję i tors oraz brzuch. Podwinął moją bluzkę i wsunął pod nią rękę, a ja mało nie dostałem palpitacji serca.
-C… Co ty robisz?- zdziwiłem się.
-Ciii… Wiem, że tego chcesz- przybliżył się i pocałował mnie mocno.
Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje, ale zaraz się zreflektowałem i oddałem pocałunek. Zdałem sobie sprawę, że już nigdy więcej mogę go do tego nie nakłonić, a skoro to on zaczyna i ewidentnie daje mi znać, że ma ochotę, to niby dlaczego miałbym tego nie wykorzystać?

[Yune]
Reita nie przestawał mnie tulić nawet, kiedy już się uspokoiłem. Chłopak był zmęczony, z pewnością nie wyspał się na tym parapecie. Ułożyłem wygodniej głowę na jego barku i przymknąłem na chwilę oczy, a kiedy znów je otworzyłem znajdowałem się w swojej sypialni. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem w bok. Obok mnie spał Akira… Szybko zerwałem się do siadu i spojrzałem na siebie. Uff… Byłem ubrany, więc z pewnością do niczego nie doszło. Oczywiście tak nagły ruch spowodował niemiłosierny ból w szanownym dole moich pleców, przez co skrzywiłem się. Rei niechętnie otworzył oczy i spojrzał na mnie zaspany. Również wywindował się do siadu i objął mnie ramionami.
-Koszmar?- zapytał.
-Eem… Tak- skłamałem. Przecież nie mogłem mu powiedzieć, że bałem się, że i on mnie wykorzystał.- A… Znaczy… Czemu jesteśmy w mojej sypialni, kiedy przed chwilą byliśmy na korytarzu?
Blondyn uśmiechnął się ciepło i pogłaskał mnie po włosach.
-Zasnąłeś na moim ramieniu, więc pozwoliłem sobie wyciągnąć ci klucze z kieszeni i zanieść do łóżka. Siedziałem przy tobie, ale jakoś sam też zasnąłem- wyjaśnił.
-A… Acha…- mruknąłem, a on oparł czoło o moje ramię, przez co jego ciepły oddech owiewał moją szyję. Przeszedł mnie dreszcz; sam nie wiem czy przyjemny, czy też nie.- Mam jeszcze jedno pytanie…
-Hm?
-Dlaczego zostałeś? Przecież nie musiałeś. Mogłeś iść do domu i zapomnieć o tym wszystkim, co się stało. W dodatku po tym, jak cię potraktowałem i wyrzuciłem z mieszkania, ty czekałeś na mnie, a kiedy w końcu się pojawiłem, a to przed czym próbowałeś mnie uchronić stało się prawdą, zamiast prawić mi jakiś kazań, po prostu przytuliłeś mnie i pocieszałeś… Dlaczego?
-A co by to dało, gdybym prawił ci kazania?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Pewnie nic…
-No właśnie. A poza tym, nie potrafiłem wyjść i o tym wszystkim zapomnieć. Zresztą to jest niemożliwe. Kai jest liderem i perkusistą zespołu, więc będę się z nim musiał widywać, czy tego chcę, czy nie chcę, a to oznacza, że zawsze będzie mi się przypominała ta sprawa. I… I jakoś nie umiem trzasnąć drzwiami, kiedy ktoś płacze i cierpi. Szczególnie, kiedy jest to osoba, która przeszła już tak dużo, jak ty…- wyszeptał mi na ucho, a mi momentalnie zrobiło się ciepło na sercu. Troszczył się o mnie? To takie… takie… sam nie wiem jak to nazwać. Nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego. I nagle ogarnęła mnie myśl, która zburzyła to miłe uczucie… A jeśli on też chce mnie tylko wykorzystać? Może to jakiś głupi żart całego Gazetto? Wczorajszej nocy Kai, dzisiejszej Reita, jutro Ruki, a pojutrze Aoi z Uruhą? Po moich policzkach znów popłynęły łzy…
-Yune… Co się stało?- zapytał cicho, przytulając mnie.
Przez chwilę nie byłem w stanie mu odpowiedzieć. Zacząłem głośno szlochać, wczepiając się w niego. Był taki ciepły… Właśnie tego teraz najbardziej potrzebowałem- ciepła drugiej osoby.
-Powiedz mi, że to nie jest żart…- wychlipałem.
-Jaki żart? O co chodzi?
-Powiedz, że nie jesteś taki jak Kai! Że nie zrobisz mi tego!
Akira odsunął się ode mnie i spojrzał mi w oczy ze zdziwieniem.
-Oczywiście, że nie jestem taki, jak on! Za to, co zrobił, to jeszcze ode mnie dostanie, nie bój się- pokręcił głową i przeczesał dłonią moje włosy.- Dlaczego o tym pomyślałeś?
-Bo… Bo on, znaczy… Tanabe za… zachowywał się tak… tak samo i ja myślałem, że ty… ty… no wiesz- zacząłem się jąkać i zrobiło mi się strasznie głupio. Przecież on od samego początku chciał dla mnie dobrze, więc jak mogłem go o coś podobnego posądzać? W każdym razie czułem się nieco pewniej, kiedy usłyszałem z jego ust taką właśnie odpowiedź. To chciałem właśnie usłyszeć. Chciałem się upewnić, że on nie zrobi mi krzywdy, że przy nim mogę czuć się bezpiecznie.
Wtuliłem się w chłopaka i nagle znów ogarnęła mnie senność. Byłem kompletnie wykończony płaczem i ciągłym przeżywaniem. Suzuki objął mnie ciaśniej i głaskał uspakajająco po plecach. Prężyłem się pod jego dotykiem, jak kot, co nie umknęło jego uwadze i wywołało na jego wąskich wargach nikły uśmieszek.
-Jestem śpiący…- mruknąłem, a blondyn ułożył mnie z powrotem na łóżku.
-Chyba będę się już zbierać…
-Co? Nie idź- chwyciłem go za rękę, kiedy chciał już wstać.- Nie zostawiaj mnie. Proszę…- spojrzałem na niego błagalnie.
Reita znów przysunął się do mnie, a ja dłonią nacisnąłem na jego tors, tym samym zmuszając go, żeby się położył. Kiedy już to zrobił, ułożyłem głowę na jego klatce piersiowej i wsłuchiwałem się w rytmiczne bicie jego serca, który mnie powoli usypiał. Niespodziewanie coś mi się przypomniało i podniosłem się na łokciach, spoglądając na twarz basisty.
-Nawet ci nie podziękowałem…
-Nie musisz- uśmiechnął się.- Nie ma za co.
-Jest, oj, jest za co- również uśmiechnąłem się i nawet sam nie wiedzieć kiedy, przysunąłem się do niego.
Blondyn spojrzał na mnie wyczekującym wzrokiem, tak jakby czekał na kontynuację mojej wypowiedzi, a następnie uśmiechnął się delikatnie, kiedy zrozumiał, co mam zamiar zrobić, choć się nie kontrolowałem. Podniósł się delikatnie i złączył nasze usta, kiedy ja zamarłem ze strachu, że może mnie odrzucić. W końcu miał do tego miliony powodów, ale tego nie zrobił. Pocałował mnie namiętnie i czule. Położyłem się na nim całkowicie, a on objął mnie w pasie. Akira miał o wiele bardziej miękkie i słodsze usta od Yutaki. Basista całował mnie spokojniej i wkładał to więcej pasji. Nie poruszał dłońmi, nie rozbierał mnie, nie chciał więcej, jak tylko pocałunku. Wkładał w to więcej… uczucia?

[Kai]
Do niczego z Die’em nie doszło. Chłopak zaczął ze mnie szydzić i wyśmiewać się. Powiedział, że to wcale nie Yune jest głupi, tylko ja, bo jego bynajmniej należałoby pocieszyć, ale od tego ma już Reitę. Nie zrozumiałem, o co chodziło mu z Akirą, ale nie wnikałem, gdyż byłem zbyt zajęty użalaniem się nad sobą i płakaniem.
-Myślałeś, że robienie komuś krzywdy jest fajne?! Czy tobie padło na mózg?!- wydarł się.
-Sa… Sami tak mówiliście…
-To był tylko sprawdzian. Nie zadajemy się z ludźmi, którzy nie mają charakteru i jedynie udają takich fajnych, żeby nam się przypodobać. Kai, to było żałosne… Współczuję Yune, że musiał przez ciebie przejść przez coś takiego…- pokręcił głową i wyszedł.
Pięknie… Straciłem wszelkich przyjaciół. GazettE nie chcieli się ze mną zadawać, gdyż uważali, że odkąd zacząłem kumplować się z Dir en grey, stałem się bardzo opryskliwy i nie jestem już tym samym lider-samą, co wcześniej. Mówili, że mnie nie poznają. Chłopacy z DeG również nie chcą mnie znać, bo uważają, że nie mam własnego charakteru, że jestem za słaby. Popadałem w depresję, a to wszystko potęgowała jeszcze świadomość, że zraniłem Yune… i to mocno… Nie powinienem bawić się jego uczuciami, nawet jeśli to oznaczałoby, że Die w jakiś magiczny sposób miał mnie pokochać. Zresztą on jest z Kaoru… Przynajmniej tak mi powiedział. Czułem się głupio, bo rzeczywiście się zmieniłem… i to na gorsze- dużo gorsze. A wszystko tylko dlatego, żeby w końcu Daisuke zwrócił na mnie uwagę… „Wiesz, może nie jesteś taki zły, ale nie toleruję ludzi, którzy rzucą się dla mnie w ogień. Chcę otaczać się takimi osobami, którym będę ufał i będę mieć ten komfort świadomości, że w razie problemów będę się mógł do nich zwrócić o pomoc, ale w razie, kiedy już zacznę przesadzać, przywalą mi w ryj i dadzą do zrozumienia, że zaczyna mi odpierdalać. Mają dać mi znać, że mam przestać, a nie cieszyć się i przez całe życie mi poklaskiwać i mnie chwalić. Chcę zadawać się z ludźmi, nie z marionetkami, którą jesteś ty…”- w głowie dźwięczały mi jego słowa.
Miłość jest do dupy… Już nigdy więcej się nie zakocham- bynajmniej nie w Die’u.

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.7

I | II | III | IV | V | IV |



[Ruki]
Uruha wyszedł, kiedy zacząłem całować się z Reitą. Aoi zrobił ze mnie niewyżytego zboczeńca i chciałem się zaspokoić, a skoro i Rei miał ochotę na seks, którego odmówił mu Uru, to na otarcie łez chyba może wziąć i mnie, nie? Po chwili uświadomiłem sobie, że zacząłem myśleć jak typowy zboczeniec- wejść, przelecieć coś lub kogoś, wyjść. W tym momencie basista odepchnął mnie.
-Przestań…- szepnął i… zarumienił się? Boże, jeszcze nigdy w życiu nie widziałem rumieniącego się Reity dlatego stanąłem jak wryty i przyglądałem mu się. Musiałem zapamiętać ten widok, bo coś podpowiadało mi, że szybko tego ponownie nie zobaczę.
-Aaa…- mruknąłem tępo.- Ja to nie Uruha, sorry- wzruszyłem ramionami i chciałem odejść.
Nagle coś zakuło mnie w serce. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nikt mnie nie chce… Aoi, Reita- nikt. A przez te moje humorki i szukania swojej „true love” Gazetto może przestać istnieć. Zrobiło mi się jeszcze smutniej, bo przecież od początku wkładaliśmy w ten zespół całe nasze zaangażowanie i ostatnie pieniądze. Teraz doszedł do nas Uruha i muzyka lepiej brzmi z gitarą prowadzącą, więc wszystko powinno być już dobrze. Powinniśmy znaleźć dobrego menagera, wytwórnię, podpisać kontrakt- powinno być jak w bajce… ale tak nie jest… nie jest tak przeze mnie…
 Po chwili dotarło do mnie coś jeszcze- to ja jestem źródłem wszystkich nieszczęść; smutku Aoia- gdybym nie wpierdolił się do jego życia prywatnego z butami może nie było tak źle. Chłopak z pewnością by cierpiał, ale mniej i bynajmniej może kiedyś jego zabieganie o Kouyou zostałoby wynagrodzone w postaci randki czy pocałunku? A tak przeze mnie Yuu nie ma już szans, bo odpuścił sobie…
 Jestem winny płaczu Uruhy. Gdybym na jego oczach nie zaczął lizać się z Reitą z pewnością poradziłby sobie lepiej ze słowami blondyna. Może by się wściekł, może go uderzył, ale z pewnością byłoby mu łatwiej- przynajmniej nie miałby podstaw do myślenia, że Akira zdradza go ze mną lub jest mną bardziej zainteresowany niż nim, co oczywiście było jedną wielką bzdurą.
Rumieniec i spłoszony wzrok basisty jest również moją sprawką. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby od tak sobie go pocałować. W końcu nie wszyscy są takimi kurwami, jak ja…
Niespodziewanie poczułem stalowy uścisk na swoim nadgarstku. Odwróciłem się i spojrzałem zaskoczony na blondyna. Nie chciał żebym odszedł? Dlaczego?
-To nie tak jak myślisz…
-Nie jest tak, że chciałeś przelecieć Uruhę, a mnie nie chcesz?
-Posłuchaj… To jest skomplikowana sprawa…- mruknął.- Ja go wcale nie chciałem przelecieć. Wiedziałem, że Aoi kocha się w nim- w końcu to było widać jak na dłoni- i chciałem mu jakoś pomóc, ale nie wiedziałem jak. Nieważne co bym zrobił, Uru i tak to się podobało i zauważałem, że z każdym dniem chciał być coraz bliżej mnie. Ja go lubię, ale nie kocham. Chcę być jego przyjacielem, nie kochankiem. W delikatny sposób próbowałem mu to uświadomić, ale on zdawał się to ignorować, więc postanowiłem potraktować go dość brutalnie. Wiem, że teraz się do mnie zrazi i może nawet nie będzie chciał mnie znać, ale wiem też, że z pewnością poszedł teraz do Yuu…
-Skąd ta pewność?- zaciekawiłem się.
-A do kogo innego mógłby pójść?
-Do swojego domu, rzucić się na łóżko i w samotności się wypłakać?
-A jak tobie jest źle i niedobrze to tak robisz czy idziesz do Yuu?
-Ja to inna sprawa…- burknąłem.
-Wcale nie. Wszyscy chodzą do Aoia, kiedy mają jakiś problem. Zresztą Kouyou dobrze wie, że Yuu się w nim zakochał, a co za tym idzie ma stuprocentową gwarancję, że go nie odtrąci, wysłucha i pocieszy. Mam tylko nadzieję, że Shiro wykorzysta to na swoją korzyść i spróbuje coś zrobić. No i może Uruha w końcu zrozumie, że nie patrzył na tego faceta, co trzeba…
Zatkało mnie. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że Reita okaże się taki dobroduszny i będzie w stanie poświęcić przyjaźń z Uru dla szczęścia Aoia… To było takie… słodkie. Chciałbym, żeby ktoś kiedyś okazał się taki dobry względem mnie. Popatrzyłem na blondyna z zachwytem. Szczerze, zawsze myślałem, że to on jest „ten zły i niedobry”, a tu proszę… ludzie jednak lubią zaskakiwać.
-Dobry z ciebie przyjaciel- podsumowałem.
-I nie chodzi o to, że nie chcę cie przelecieć- kontynuował.- Tylko o to, że wiem jak to się skończy. Chcesz powtarzać historię z Yuu? Chyba dobrze pamiętasz, jak to się skończyło, prawda?
-Prawda- przyznałem ponuro.- Ale zaraz, zaraz…- dopiero teraz trafiły do mnie jego wcześniejsze słowa. „I nie chodzi o to, że nie chcę cię przelecieć…”- To w końcu chcesz mnie przerżnąć czy nie, bo się już pogubiłem…- pokręciłem głową.
-Takanori…- westchnął.- Życie to nie tylko seks. Liczy się coś poza nim.
-No… teoretycznie wiem- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo bynajmniej w praktyce ta wiedza u mnie nie znalazła zastosowania.- Czyli chcesz, ale nie chcesz mnie przelecieć?
-Ruki…- speszył się i znów się zarumienił.- Ja wiem, że ty ostatnio dużo przeszedłeś i… i zapewnie nie będziesz chciał tego słuchać…- spuścił głowę.- ale ty… ty dla mnie znaczysz coś więcej i ja nie chcę żeby to się skończyło na jednej wspólnej nocy… Wiem, że ty do mnie nic nie czujesz, ale…- zamilkł, kiedy zobaczył moje szeroko otwarte oczy ze zdziwienia. Wpatrywałem się w niego tak, jakby był duchem.
-Żartujesz?- zapytałem słabym głosem, czując jak do oczu napływają mi łzy, a gula w gardle uniemożliwiająca mi mowę rośnie.
-N… Nie- pokręcił głową.
-Nie wierzę ci…- po moim policzku spłynęła jedna łza.
-Takanori ja cię naprawdę kocha…
-Zamknij się!- wrzasnąłem i rozpłakałem się na dobre.- Myślisz, że to jest śmieszne?! Że fajnie jest grać sobie na cudzych uczuciach?! Jesteś podły!- uderzyłem go w twarz z taką siłą, że chłopak mało nie przewrócił się.
-Kiedy ja nie żartuję- złapał się za obolałe miejsce.
-No oczywiście!- piekące strumienie spływały po mojej twarzy. Nawet niebo buntowało się razem ze mną, gdyż na dworze rozpętała się burza.- Jak możesz?! Dobrze wiesz, że zakochałem się w Yuu i nic z tego nie wyszło, a ty mi jeszcze takie szopki odstawiasz?! Myślisz, że jestem aż tak tępy żeby w to uwierzyć?!
-Ale ja cię kocham! Naprawdę! Uwierz!- bronił się.
-Nienawidzę cię!- krzyknąłem i osunąłem się na kolana. Zakryłem twarz dłońmi i zacząłem głośno szlochać.
-Mogłem ci tego nie mówić…- szepnął sam do siebie.
-Masz zajebiste poczucie humoru…- chlipnąłem.
-To nie jest żaden pierdolony żart!- przykucnął przy mnie.- Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył, że z ciebie nie drwię?- zapytał już ciszej i spokojniej.
-Wyjść stąd… Wyjdź stąd!- siorbnąłem nosem.
-Nie potrafię…- odciągnął moje dłonie od twarzy.- Nie mogę po prostu stąd wyjść, kiedy ty płaczesz. Tak samo nie potrafię patrzeć na ciebie, kiedy jesteś w takim stanie. Ale nie mogę cię opuścić- szepnął i przytulił mnie mocno, a ja nie wiedząc czemu wtuliłem się w niego. Reita gładził mnie uspakajająco po włosach i oparł brodę na moim ramieniu.
-I tak ci nie wierzę…- syknąłem cicho, spoglądając w górę na jego twarz.
Blondyn przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzą, po czym zaniechał odzywania się i przybliżył twarz do mojej. Moje serce przyśpieszyło, a mięśnie spięły się wywołując straszny ból. W każdej chwili byłem gotowy do ucieczki, kiedy pocałował mnie. Delikatnie i bardzo zmysłowo. Mój oddech stał się płytszy. Przez moment nie wiedziałem, co zrobić, ale w końcu oddałem pieszczotę. Sam nie wiem dlaczego- zupełnie jakby ktoś inny sterował moim ciałem. Serce wrzeszczało tak, podpowiadało mi, że dobrze robię, natomiast rozum mówił stanowcze nie, twierdząc, że Akira tylko mnie zrani i zostawi.
Ująłem twarz chłopaka w dłonie i wsunąłem język między jego uchylone usta, przejeżdżając językiem po wnętrzu jego policzków, podniebieniu i zębach. Odpowiedział mi tym samym i objął w pasie, przyciągając do siebie jeszcze mocniej. Czułem ciepło bijące od jego ciała i nagle rozum przestał się liczyć. Całkowicie oddałem się chwili, rozkoszując się nią. Rei miał lekko spierzchnięte usta, ale całował wybornie. Objąłem go nogami w pasie, tym samym wpychając się na jego kolana. Jego ręce powędrowały na moje pośladki, na co zareagowałem cichym westchnieniem.
-Teraz wierzysz?- zapytał z delikatnym uśmiechem, kiedy się od siebie odsunęliśmy by nabrać powietrza.
Kiwnąłem głową w odpowiedzi. Chłopak musnął mój policzek, a ja przysunąłem się do niego i polizałem go za uchem, szepcząc:
-Kochaj się ze mną…- przygryzłem płatek jego ucha.
-Ale… Takanori, na pewno tego chcesz?- zapytał z obawą.
-Mhm…- mruknąłem i zacząłem jeździć dłonią po jego umięśnionym udzie.- Weź mnie, jeżeli mnie kochasz…- uśmiechnąłem się figlarnie. Blondyn chciał mnie wziąć na ręce i chyba zanieść do sypialni, ale nie pozwoliłem mu na to.- Tutaj- wyszczerzyłem się.- Rżnij mnie tutaj…
Położyłem się na podłodze. Byliśmy u niego w mieszkaniu w przedpokoju. Akira usiadł na mnie okrakiem i zaczął się o mnie ocierać. Jęknąłem z zachwytem i sam zacząłem poruszać biodrami.
-Mmm…- mruczałem.- Dobrze mi…
-Jeszcze nawet nie zacząłem- uśmiechnął się i wsunął dłonie pod moją koszulkę.
Jego gorące ręce dotykały mojego brzucha i torsu. Czułem, że już się podniecam. Zachłysnąłem się powietrzem i odrzuciłem głowę do tyłu, kiedy chłopak zerwał ze mnie górną część garderoby, po czym przyssał się do mojej szyi.
-Mhm… Właśnie tak- szeptałem, kierując jego dłonie niżej na moje podbrzusze. Sam zacząłem rozpinać jego koszulę.
Kiedy Reiemu znudziła się moja szyja i zabawa w pozostawianie na niej malinek, wrócił do moich ust. Całował mnie zachłannie. Zdjąłem jego koszulę i spojrzałem na jego tors. Był idealny, tak samo jak całe jego ciało. Chłopak zsunął ze mnie spodnie, a ja przygryzłem jego dolną wargę. Westchnął zadowolony. Chwyciłem jego dłoń i wsunąłem ją pod materiał swoich bokserek i jęknąłem głośno czując jego zwinne palce na swoim członku. Onanizował mnie, podczas gdy ja nadal bawiłem się z jego rozporkiem. Gdy w końcu udało mi się go rozpiąć i pozbawić go spodni, on odwdzięczył mi się zerwaniem ze mnie bielizny. Spojrzał na moją erekcję i uśmiechnął się, przyspieszając ruchy ręki.
-Akira!- krzyknąłem, wypychając biodra w jego stronę.
Blondyn zachichotał i ściągnął swoje bokserki.
-Na pewno nie chcesz iść do sypialni? Tu będzie ci niewygodnie…- mruknął.- Zresztą mam tam kilka zabawek, jeśli chcesz…- uśmiechnął się złowieszczo.
Dotknąłem jego penisa, na co on odpowiedział mi mruknięciem.
-Kiedy indziej, skarbie- musnąłem palcem jego żołądź.- Kiedy indziej… Chcę cię tu i teraz- również uśmiechnąłem się i rozłożyłem przed nim nogi, po czym objąłem go nimi w pasie.- Tylko proszę… daruj sobie gry wstępne… Chcę cię poczuć w sobie… mocno…
-Nie mamy niczego do nawilżenia, kotku…- zauważył.
-Powiedziałem bez gier wstępnych- wyszczerzyłem się, widząc jego zdziwioną minę.- I bez przygotowania- dodałem.- Weźmiesz mnie wreszcie czy mam się sam zaspokoić?- mruknąłem uwodzącym głosem i zacząłem się dotykać, pojękując cicho.
-Będzie boleć- powiedział, odpychając moją dłoń od mojego przyrodzenia i całując jej wnętrze.
-Nie szkodzi- uśmiech nie schodził mi z twarzy.
-Jak sobie życzysz…- szepnął i zaczął napierać ja moje wnętrze.
Jęknąłem głośno, kiedy wszedł we mnie do połowy. Zatrzymał się.
-Jest dobrze- próbowałem go przekonać.- Dalej…- wysapałem, obejmując go rękami za szyję.
Gdy wszedł we mnie do końca krzyknąłem. Bolało jak cholera, ale jednocześnie sprawiało mi to radość. Niewyobrażalną… Większą nawet niż wtedy, kiedy kochałem się z Yuu, choć wtedy myślałem, że już lepiej mi być nie może. A jednak. Świadomość, że uprawiasz seks z kimś kogo kochasz potęguje wszystkie doznania. Reita odczekał aż przyzwyczaję się do uczucia wypełnienia, po czym zaczął się powoli poruszać. Jęczałem i wzdychałem głośno, wbijając paznokcie w jego plecy.
-Aach… Szybciej! Akira, mocniej! Jeszcze! Jeszcze!- pospieszałem go.- AAA! ACH! Tak, tak!- krzyknąłem, kiedy trafił w moją prostatę.
Było strasznie gorąco. Miałem wrażenie, że zaraz nasze ciała zapalą się jasnym płomieniem. Było mi tak dobrze, że już nic mi nie przeszkadzało- ani twarda podłoga, ani mój rozmazany makijaż, ani świadomość, że zaraz ktoś mógł tutaj wejść; w końcu byliśmy w przedpokoju.
Doszedłem pierwszy brudząc jego i swój brzuch. Blondyn doszedł chwile po mnie, rozlewając się w mnie i zalewając falą gorąca. Wyszedł ze mnie i położył się obok, po czym przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Ułożyłem głowę na jego torsie i regulowałem oddech. W tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka telefonu basisty. Chłopak przeklną pod nosem i wygrzebał komórkę z kieszeni spodni, które leżały przy szafie.
-Moshi, moshi- wysapał.
-Co ty, biegasz?- na całe szczęście Kai mówił tak głośno, że nawet ja mogłem go usłyszeć.
-Mniej więcej- zaśmiał się, spoglądając na mnie i całując w czoło. Uśmiechnąłem się.
-Ok., nie wnikam. Przypominam, że zaraz jest próba. Aoi zadzwonił i powiedział, że już dobrze się czuje. Uruha jest jego lekarstwem, jak to powiedział… A wiesz może, gdzie jest Ruki? Nie mogę się do niego dodzwonić.
-Jest u mnie- odpowiedział mój kochanek.
-Aa… To ja już chyba wiem czemu ty taki zasapany… Nie żebym coś tam do was miał, ale zbierajcie się, co?
***
Przyjechałem na próbę razem z Reitą. O dziwo zdążyliśmy nawet przed przyjazdem lidera. Udaliśmy się do sali, w której zazwyczaj mieliśmy próby.  Weszliśmy do środka, gdzie czekali już Uruha i Aoi. Uru siedział czarnowłosemu na kolanach i całowali się. Gdy nas tylko zobaczyli, a raczej mnie, odskoczyli od siebie, jak oparzeni, przez co Kouyou wylądował na podłodze.
-Em… My… Znaczy Ruki… no wiesz…- zaczął dukać Yuu.
Miło było, że nie chciał mnie urazić i chciał się wytłumaczyć. Uniosłem do góry dłoń, której palce splotłem z dłonią mojego ukochanego. Akira uśmiechnął się i ucałował krawędź mojej ręki, na co ja uśmiechnąłem się promieniście.
-Znaczy, że wszystko w porządku?- zapytał nieśmiało Uruha.
-W jak najlepszym- odpowiedziałem równocześnie z moim blondynem. Byłem dumny z tego, że mogłem go tak nazwać.
Reita usiadł na kanapie koło Shiro, ciągnąc mnie za sobą. Usiadłem mu na kolanach. Aoi pomógł wstać swojemu szatynowi z podłogi, który również wdrapał się na kolana swojemu kochankowi.
-Więc nie musimy sobie nic tłumaczyć?- zapytał czarnowłosy.
-Oczywiście, że nie- uśmiechnąłem się szerzej i pocałowałem Akirę.
Kouyou również pocałował swojego ukochanego. W tym samym momencie do pomieszczenia wszedł Kai.
-I co? Jakieś tu sex party urządzacie i nawet mnie nie zaprosicie? Foch!- udał, że się obraża i założył ręce na piersi, po czym wszyscy razem wesoło się roześmieliśmy .
Tak… Już nic nie trzeba sobie wyjaśniać…

THE END

Kopciuszek gubiacy bluzki cz.6

I | II | III | IV | V |



Uruha bez słowa wyszedł, trzaskając drzwiami. Westchnąłem ciężko.
-Brawo… zbłaźniłeś się…- mruknąłem sam do siebie.
Patrzyłem w ścianę, jak cielę na malowane wrota, a w mojej głowie szumiała czarna pustka. Zero. Zero złości, rozpaczy, gniewu, furii, oburzenia, zawiedzenia, czy przykrości. Zero.
Dopiero po jakimś czasie, wpadłem na genialny pomysł posprzątania w mieszkaniu. Rozejrzałem się wokół siebie.
-Miałeś rację… Przydałoby się posprzątać…- szepnąłem i podniosłem się z kanapy.
Tak naprawdę postanowiłem się czymś zająć, aby uniknąć myślenia. Kiedy szatyna nie było w pobliżu, mogłem oddać się tej przyjemnej pustce i lekkości w mojej głowie. Ktoś powie, że to śmieszne, bo przecież pustka nie jest przyjemna, ale akurat TA pustka była dobra. Pozwalała odetchnąć, wykonywać ciału odpowiednie czynności, nie męcząc mózgu; zupełnie jakby impulsy były wysyłane z jakiegoś innego miejsca, jakby w tym czasie głowa nie była potrzebna reszcie ciała.
Kiedy mieszkanie lśniło, zaparzyłem herbatę. Dałem sobie spokój z pomysłem utopienia jeża z mojego gardła w lodowatej wodzie. Nie wiem dlaczego, ale zrobiłem dwie herbaty, mimo że Uru już dawno wyszedł. Usiadłem na kuchennym blacie i spojrzałem na drugi kubek z parującym napojem. Przyglądałem się herbacie, jakbym zobaczył ją po raz pierwszy w życiu, kiedy nagle usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Nadal o niczym nie myśląc, odstawiłem swój kubek i zsunąłem się z blatu wędrując do przedpokoju. Otworzyłem drzwi, a w nich stał… Kouyou! Cały ociekał wodą, był zgarbiony i trząsł się z zimna. Płakał, a jego makijaż rozmazał się i zostawił czarne smugi na bladych policzkach. Widocznie byłem tak zajęty sprzątaniem, że nawet nie usłyszałem, kiedy rozpętała się burza.
W tym momencie przez moją głowę przebiegły miliony, jeśli nie miliardy, myśli. Głosy wrzeszczały i przekrzykiwały się, starając się zwrócić na siebie moją uwagę. I nagle wszystko ucichło, a jeden bardzo głęboki i opanowany, tak dobrze mi znany głos przemówił: „Kolory wiosny… Można oszaleć od ich mnogości. (…) Kogoś może zasmucić oglądanie piękna rozpadu, ktoś inny roześmieje się twierdząc, że to samotność. Kolory wiosny rozkwitły po raz trzeci, powoli wstrzymując mój oddech… (…)” Przez chwilę zastanawiałem się skąd znam te słowa, po czym olśniło mnie, że jest to początek jednej z piosenek Gazetto. Spojrzałem na twarz Uruhy, która nadal wyrażała to samo- bezbrzeżną rozpacz i uświadomiłem sobie, że moje rozmyślania trwały zaledwie kilka nanosekund.
-Ja… Ja cię prze… przepraszam… Wiem, że nie… nie powiniene…m do ciebie przy… przychodzić, ale...- wydukał chłopak, spuszczając głowę, a mokra grzywka przykleiła się do jego czoła.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwałem mu podchodząc do niego i mocno przytulając. Szatyn był zaskoczony, ale po chwili wtulił się we mnie i zaczął jeszcze bardziej płakać. Wciągnąłem go do mieszkania i zamknąłem za nami drzwi. Cały czas przytulałem go i uspakajająco głaskałem po głowie. W końcu Uruha się ode mnie odkleił.
-Ja… Ja przepraszam. Cały jesteś przeze mnie mokry- wyszeptał, a ja spojrzałem na swoją bluzkę.
-Reita?- zapytałem, choć zabrzmiało to jak stwierdzenie. Nie obchodziło mnie teraz, w jakim stanie są moje ciuchy.
Szatyn w odpowiedzi jeszcze raz wybuchnął płaczem. Ponownie go przytuliłem.
-Co się stało?- szepnąłem wprost do jego ucha.
-Bo… Bo on powiedział, że… że nic mi nie… nie może dać i jedyne, co… co może zrobić to… to mnie przelecieć, bo mu o to tylko chodziło…- zaczął dławić się własnymi łzami, na co ja mocniej go objąłem.- Spo… Spojrzałem na niego… zdziwiony, a wtedy… wtedy przyszedł Ruki i powie… powiedział, że jeśli ja nie… nie skorzystam, to on z chęcią i… i zaczął się z nim całować…- ukrył twarz w moich włosach.- Gdy… Gdybym cię posłuchał, to by do tego… nie doszło… Przepraszam…!- szepnął.- Nie… Nie powinienem był cię tak po… potraktować…- wychlipał.
-Ciii… Już dobrze- uspakajałem go.
-Ostrzegałeś mnie, ale… ale cię nie posłuchałem… i cię tak po… potraktowałem- siorbnął nosem.- I ja… ja przepraszam… i że tu przyszedłem, ale… ale…
-Ciii…- przerwałem mu.- Nie przejmuj się. Nic się nie stało.
Staliśmy tak jeszcze kilka dobrych chwil, po czym Uru odsunął się ode mnie.
-Przepraszam…- chlipnął.
-Wiem- pogłaskałem go po mokrych włosach.- Nie masz za co przepraszać- uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
Przeszliśmy do salonu. Kouyou usiadł na podłodze i oparł się plecami o sofę. Usiadłem obok niego i objąłem go. Chłopak chyba wybrał podłogę, żeby nie zamoczyć kanapy. Czemu on zawsze myślał nie o tym, o czym powinien? Ułożył głowę na moim ramieniu. Mimowolnie pogłaskałem go po policzku.
-Nie wiem… Jeśli cię to pocieszy, powiem ci, że Reita zawsze taki był i nigdy nie angażował się w związki- mruknąłem.
-Wiesz… W sumie chyba dobrze się stało, bo… bo zdałem sobie z czegoś sprawę…
-Z czego?
-Jak bardzo namieszałeś w moim życiu- uśmiechnął się przez łzy.- I, że zapatrzyłem się nie na tego faceta, co trzeba- dodał ciszej, a ja spojrzałem na niego zaskoczony.
Niespodziewanie przysunął się bliżej mnie, tak, że nasze twarze dzieliło zaledwie kilka milimetrów. Spojrzałem w jego piękne, ciemne oczy, wokół których powstała czarna obwódka od rozmazanego cienia do powiek. Uruha uśmiechnął się nieznacznie i splótł nasze dłonie. Spojrzał na nasze złączone palce, a drugą ręką pogładził wierzch mojej dłoni. Robił to tak delikatnie i z taką czułością, że przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Mimowolnie również się uśmiechnąłem. Uru widząc moją reakcję, jeszcze bardziej się do mnie zbliżył i zetknął się ze mną czołem, po czym przymknął powieki. Zrobiłem to samo. Poczułem się tak błogo… tak lekko… Nagle poczułem jego usta na swoich. W pierwszym momencie wystraszyłem się i ze zdziwieniem otworzyłem oczy, ale nie przerwałem pocałunku. Gdy zrozumiałem, co robi, zacząłem oddawać pieszczotę, na powrót zamykając oczy. Jego skóra była zimna, ale wargi gorące. Całowaliśmy się namiętnie i bardzo leniwie. Polizałem jego dolną wargę, a on uchylił usta. Wsunąłem język do środka, przesuwając nim po jego podniebieniu. Chłopak mruknął zadowolony. Wplotłem palce w jego mokre włosy.
W pewnym momencie poczułem, jak jego ręka wsuwa się pod moją koszulkę. Przerwałem pocałunek i spojrzałem na niego zaskoczony. Kouyou momentalnie cofnął dłoń.
-Zrobiłem coś nie tak?- zapytał cichutko.
-Nie, nie, ale… Nie pospieszyłeś się za bardzo?
-Och…- speszył się.- Przepraszam. Teraz pewnie czujesz do mnie niesmak… W sumie się nie dziwię… Najpierw cię odrzucam, idę do kogoś innego, a potem wracam do ciebie z płaczem, licząc, że może jeszcze nie przeszła ci na mnie ochota… Wiem, to głupie- pokręcił głową i podniósł się.
-Nie, Kouyou, ja cię kocham- złapałem go za rękę i zmusiłem, żeby ponownie usiadł. Zamrugałem kilkakrotnie, kiedy trafiły do mnie jego słowa.- Ty chcesz się po prostu ze mną przespać?
-NIE!- krzyknął.- Znaczy… tak, tylko źle się wyraziłem. Wróciłem do ciebie z płaczem, licząc, że może coś jeszcze do mnie czujesz i mnie nie przekreśliłeś, choć tak naprawdę powinieneś był zrobić to już dawno… Bo ja, dopiero teraz się do tego przyznałem przed samym sobą… ale… ja jeszcze nie umiem tego nazwać. Nie wiem, czy to jest miłość, czy tylko pożądanie, bo… gdy jesteś blisko mnie…- ściszył głos i przejechał dłonią po moim biodrze.- Nie mogę się opanować…- przesunął dłonią po moim udzie, a następnie szybko zabrał rękę.- Przepraszam! Ja… ja…
Nie pozwoliłem mu dokończyć, gdyż przyciągnąłem go do kolejnego pocałunku. Był zdezorientowany, co ja wykorzystałem i wziąłem go na ręce. Okazał się cięższy, niż sobie wyobrażałem, ale godziny spędzone na siłowni w końcu się na coś przydały. Zaniosłem go do sypialni i delikatnie położyłem na łóżku, po czym usiadłem na nim okrakiem, uśmiechając się figlarnie. W jednym momencie cała melancholia ze mnie uleciała, a zastąpiło ją dzikie podniecenie i nienasycenie Uruhą.
-Skoro ty masz na mnie ochotę… ja na ciebie…- przesunąłem dłonią po wewnętrznej stronie jego uda, zatrzymując się niebezpiecznie blisko jego krocza.- To w sumie, dlaczego by nie?- poszerzyłem uśmiech, na co chłopak odpowiedział mi tym samym gestem i rozłożył przede mną nogi.
-Weź mnie…- szepnął mi do ucha.
Znów się całowaliśmy, jednocześnie zdejmując z siebie ubrania. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy.
***
Obudziłem się, kiedy Uru nie było już w łóżku. Usiadłem i przeciągnąłem się leniwie ziewając. Zauważyłem, że światło w łazience jest zapalone, co dało mi podstawy do myślenia, że mój ukochany bierze prysznic. Uśmiechnąłem się pod nosem i znalazłem swoje bokserki wśród porozrzucanych po całej sypialni ubrań. Wszedłem do łazienki spoglądając na szatyna, który był jedynie przepasany białym ręcznikiem i przecierał dłonią zaparowane lustro.
-O matko boska, obojętnie, z którego kościoła…- szepnął sam do siebie widząc swój rozmazany makijaż.
Wywróciłem oczyma, uśmiechając się i przyglądając, jak mój kochanek bierze płatki kosmetyczne i płyn do demakijażu, doprowadzając się do naturalnego wyglądu. Podszedłem do niego i objąłem go od tyłu, przytulając się do jego pleców. Aż podskoczył ze strachu.
-O… Yuu… Przepraszam, że wziąłem twój…
-Przestań- uciszyłem go.- Możesz brać wszystkie moje rzeczy bez pytania- pauza.- I przestań mnie w końcu za wszystko przepraszać- mruknąłem, mocniej się do niego przytulając i zaciągając się jego zapachem.- Kocham cię…
-Wiesz…- odwrócił się do mnie przodem i założył mi ręce na szyję.- Przyglądałem ci się, kiedy spałeś, i rozmyślałem nad wszystkim, co stało się wczoraj. Doszedłem do pewnego wniosku…- powiedział smutno.
-Jakiego?- zmartwiłem się, że to nie będzie miła wiadomość.
-Też cię kocham!- wykrzyknął uradowany i pocałował mnie.
-Matko…- odetchnąłem z ulgą.- Bałem się, że zaraz powiesz, że wolisz… Em… kogoś innego…
-Chciałeś powiedzieć, Reitę?
-Nie no, przecież nie użyłem imienia…
-Przecież słyszałem. Nie pytam, co powiedziałeś, tylko, co chciałeś powiedzieć- zauważył. Przez chwilę milczałem.- Aoi?
-Może…- bąknąłem. Uruha widząc moją kwaśną minę zaraz mnie pocałował.
-Ale tak nie jest- uśmiechnął się.- Kocham tylko ciebie- przytulił się do mnie mocniej, a ja zaraz rozpromieniłem się.- Byłeś boski w nocy- szepnął mi na ucho.- Nie miałem siły ci tego wczoraj powiedzieć- zachichotał.
-Ty też byłeś wspaniały- pogładziłem go po plecach i nagle znów spoważniałem.
-Co się stało?- Uru zauważył mój stężony wyraz twarzy.
-Sprawę Reity mamy załatwioną, tak?
-No tak- kiwnął głową.- A co?
-Właśnie… A co z Rukim?

CDN