Oneshot Sena (Jiluka) x Luvia (Canival / Hiz)

Dobra, postanowiłam coś wstawić (coś z tych ukończonych resztek ^^''), bo na blogu od dłuższego czasu halny wieje C'':
No chociaż niby nie powinnam, nie? Bo wymóg jest, żeby było ok. 10 komentarzy pod postem, a pod ostatnim jest piękne 0 - nawet jeśli ostatnia część "księcia" była najczęściej odwiedzanym postem na blogu; nie rozumiem tej matematyki, która miała tutaj miejsce x.x

No, w każdym razie teraz pięknie żebrzę o komentarze C'': ♥
Nakarmcie autora, proszę C'': ♥

Swoją drogą, był to oneshot pisany na urodziny Seny i Luvii (bo ci panowie faktycznie mają urodziny tego samego dnia - 25.08). Ktoś by pomyślał, że można mieć taką obsuwę z publikacją? C'':

Muszę porządnie zabrać się za coś Halloweenowego... Jakieś życzenia, konkrety? Może w końcu machnęłabym się na jakiś quiz? Przydałby się tak na rozruszanie towarzystwa...

Tytuł: ?
Paring: Sena (Jiluka) x Luvia (Canival / Hiz)
Typ: oneshot
Gatunek: obyczajowe, dramat
Beta: -

- Że niby co zrobiłeś?! – Ricko, wokalista Jiluki, wydarł się na gitarzystę swojego zespołu, wpatrując się w niego oczami okrągłymi niczym spodki od zastawy do herbaty.
- No… Jakoś tak wyszło… nie? – Sena rozłożył bezradnie ręce i spojrzał na mnie, oczekując, że go wesprę. Ja jednak ograniczyłem się do wzruszenia ramionami. Co niby mogłem powiedzieć w takiej chwili?
Haruya spojrzał na mnie z niemą reprymendą i westchnął ciężko, kręcąc przy tym głową, jakby odnosił się w stosunku do małego dziecka. Wyglądał, jakby zastanawiał się czy był sens w podnoszeniu głosu na przygłupiego bachora, który po raz tysięczny powtórzył ten sam błąd. Może to już był najwyższy czas uznać, że owa miniaturka człowieka miała jakieś problemy natury psychicznej i lepiej było zostawić ją w spokoju? Przecież na przygłupie dzieci się nie krzyczy… a przynajmniej ja tak uważałem.
Kosukë położył dłoń na ramieniu gitarzysty mojego zespołu w pocieszającym geście, a drugą machnął lekceważąco, dając mu do zrozumienia, żeby dał sobie spokój. W końcu głową muru nie przebijesz, nie?
- Wiedziałem, że to będzie zły pomysł… - burknął Siki. – Z Luvią zawsze są jakieś problemy! – fuknął rozzłoszczony, na co ja jedynie przewróciłem oczyma i w ciszy dalej sączyłem swoją mocną kawę. – Sena, bardzo cię przepraszam za tego troglodytę – wskazał na mnie oskarżycielsko palcem. – Wiem, że pewnie jesteś wściekły, ale czy mogę mieć nadzieję, że nie podasz tego barana do sądu? – zapytał niemal płaczliwie wokalista mojego zespołu.
- Do sądu? – zdziwił się różowowłosy.
- Zdaję sobie sprawę, że zapewne targają teraz tobą różne emocje… - brunet kontynuował swój wywód.
Niemniej, jednak chyba niezbyt trafny, gdyż muzyk z drugiego zespołu wcale nie wyglądał, jakby faktycznie coś nim targało. Siedział spokojnie na krześle i nie dawał po sobie poznać żadnych oznak znerwicowania. O rozstrój nerwowy już prędzej posądzałbym Boogiego, który miażdżył mnie nienawistnym spojrzeniem lub Zyeana, który jak zwykle zachowywał maskę porcelanowej lalki, jednak jego złość zdradzała wręcz konwulsyjnie zaciskająca się dłoń na oparciu krzesła gitarzysty.
- Nie zamierzam iść z Luvią do sądu! – zaprzeczył szybko, nim Siki zdążył rozkręcić się na dobre.
- No jasne, że nie – parsknął Kosukë. – Przecież Sena nie jest głupi! Wie, że z baranami nie chodzi się do sądu tylko co najwyżej do obory… albo stodoły… ale raczej nie do chlewu, bo tam to świnie są… - zamyślił się. – Chociaż jakby się tak zastanowić to z naszego perkusisty to też niezły kawał prosiaka – skwitował, uśmiechając się paskudnie. Jak zwykle ich obelgi mnie nie obeszły. – Cholera, czy ktoś wie, gdzie się trzyma barany? – czerwonowłosy gitarzysta poddał się.
- Na hali? – podsunął Ricko.
- Na halę to się raczej owce wyprowadza… - mruknął Haruya. – Kosukë, co z tobą! – zakrzyknął niespodziewanie. – Jak możesz nie wiedzieć, gdzie się trzyma barany? Przecież mieszkałeś przez pewien czas z Luvią! Powinieneś takie rzeczy wiedzieć! – wytknął mu.
- A co ja jestem, pasterz? – fuknął muzyk. – No niby z nim mieszkałem… - przyznał. – Ale długo to ja tam nie zabawiłem… - westchnął ciężko.
Oglądałem to całe przedstawienie bez zainteresowania. Głowa mnie bolała, a ci durnie przekrzykiwali się jak przekupy na targu. Z niezadowoleniem odnotowałem, że moja kawa zdążyła już znacznie wystygnąć. A ja nie lubiłem zimnej kawy. To był w obecnej chwili mój największy problem.
- Więc co teraz zamierzasz, Sena? – rozmowa wróciła na swoje stare tory za sprawą wokalisty mojego zespołu.
- Nic – główny zainteresowany wzruszył ramionami.
- Jak to nic? – brunet nie mógł uwierzyć jego słowom.
- No tak to, nic – różowowłosy powtórzył ten sam gest. – Co się stało, to się nie odstanie – stwierdził obojętnie. – Poza tym nie ma, o co robić awantury – przewrócił oczyma. – Nie rozumiem, o co wam wszystkim chodzi. Roztrząsacie temat, jakby od tego co najmniej wasze życia zależały, a jednak to, co zaszło między mną a Luvią, to raczej nasza prywatna sprawa, nie uważacie? – założył ręce na piersi. – Więc byłbym wdzięczny, gdybyście się więcej do tego nie wtrącali – zakończył ostro. Wszyscy obecni na sali muzycy wbili w niego zdziwione spojrzenia. Nie ukrywam, że tym razem i ja do nich należałem.
Ale o co właściwie chodziło? W gruncie rzeczy rozchodziło się o to, że przespałem się z gitarzystą Jiluki i to w dodatku podczas naszej połączonej imprezy urodzinowej. Obchodziliśmy urodziny tego samego dnia, więc chłopcy z naszych zespołów postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Niegłupie posunięcie, przyznam. Cała impreza ograniczyła się do regularnej, niewielkiej nasiadówki i kilku tandetnych prezentów, więc, można powiedzieć, żeby to sobie w jakiś sposób odbić, postanowiliśmy z Seną trochę zaszaleć. W chwili, kiedy większość zaproszonych kontemplowała już mapę nocnego nieba, w czym nie przeszkadzał im nawet sufit i dach, udaliśmy się na piętro i… no wiadomo już, nie?
No a więc zapytacie teraz, co jest takiego złego w fakcie, że trochę przesadziliśmy z alkoholem i wylądowaliśmy wspólnie w łóżku? O co całe to zamieszanie? Prawdopodobnie nikt by się nie przyczepił, gdyby osobą, z którą różowowłosy postanowił spędzić noc był ktokolwiek inny ode mnie. Bo ja niestety miałem opinię dość rozwiązłego człowieka. Nie kryłem się z tym, że nie zależało mi na związkach. Chciałem jedynie chwilowej przyjemności. Z tej racji z kolei byłem uważany za dupka, chama, świnię, barana czy co tam jeszcze… Nie przejmowałem się tym jednak za bardzo. Byłem zbyt samolubny, żeby zawracać sobie głowę opinią innych, która i tak nie wpływała na moją sytuację właściwie w żaden sposób.
Bo pomimo tego, że już powszechnie było wiadomo, iż byłem dupkiem, chamem, świnią, baranem etc., to jakoś wciąż nie narzekałem na trudności w znalezieniu partnera, tudzież partnerki na jedną noc. Prędzej czy później ktoś i tak zawsze do mnie przychodził. Nie rozumiałem w tym wszystkim tylko jednego. Nie kryłem się z tym, jaki byłem i na czym mi zależało, ale mimo to po tym świecie wciąż chodzili jacyś masochiści, którzy próbowali się ze mną związać. Zazwyczaj po okrojonej dozie flirtu i upojnej nocy, dana osoba wracała do mnie jak bumerang, mimo iż dobitnie zaznaczałem, że dla mnie liczył się tylko seks. Owa osoba skakała i kręciła się wokół mnie, przez co w efekcie trafialiśmy do łóżka zazwyczaj jeszcze raz lub dwa. Dopiero potem zaczynały się schody. Pojawiały się płaczliwe pytania, typu: „A ty mnie w ogóle jeszcze kochasz?!”, zarzucanie mi braku zaangażowania w związek i zainteresowania tą drugą osobą… W takim momencie na ogół pozwalałem sobie luźno stwierdzić, że nie pisałem się na żadne transakcje wiązane i nie było mowy o żadnym związku. Potem w dziewięciu przypadkach na dziesięć dostawałem w twarz. Po całej tej żałosnej akcji pokrzywdzona bidula wybiegała z miejsca, w którym się znajdowaliśmy, biegnąc na oślep przed siebie, aby ogłosić światu, w jak tragiczny sposób została wykorzystana przez tego dupka, chama, świnię, barana etc. bez serca i krzty przyzwoitości.
I właśnie dlatego pytam się, co jest z tymi ludźmi nie tak?
Na początku wszyscy jak jeden mąż byli pewni, że będą w stanie mnie zmienić, rozkochać mnie w sobie czy coś podobnego… ostatecznie jednak ich starania spełzały na niczym, za co ja byłem karany. To się nazywa sprawiedliwość, co? W średniowieczu za kradzież też nie powinni odcinać uszu złodziejom, tylko sprzedawcom! No bo po kiego grzyba durny kupiec wystawiał te wszystkie dobra na straganie i kusił złodzieja? Trzeba było zawczasu myśleć, co się robi!
Można powiedzieć, że już zaakceptowałem sam siebie takim, jaki byłem i przyzwyczaiłem się do obecnego trybu życia. Nie chciałem zmian. Nie chciałem związków. Z czasem nawet obelgi, docinki i komentarze osób postronnych przestały robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Chyba nieco zgnuśniałem przez to wszystko…
A, zapomniałbym! Tym razem sytuacja była jednak wyjątkowa, dlatego zarówno całe Canival jak i Jiluka zdecydowali się postawić mnie przed sądem polowym oraz wykastrować mnie w nieprzystosowanych do tego warunkach, gdyż przespałem się z Seną. Z Seną! Kiedy zabawiałem się jeszcze z kimś obcym lub pseudo-znajomym chłopcy mogli puścić mi to płazem, ale teraz było zupełnie inaczej. Gitarzysta przecież był jednym z naszej „paczki”, był przyjacielem, a ja zacząłem się do niego dobierać… Wedle wyroku pozostałych muzyków musiałem za to zapłacić w odpowiedni sposób. Wcześniej jeden przez drugiego przekrzykiwał się, jak to najlepiej mnie ukarać, jednak wszystko spaliło na panewce, kiedy sam różowowłosy stwierdził, że nic do mnie nie ma, a oni mogą ugryźć się w dupę. To, co zaszło między nami było ściśle tajne, compadre. Jeśli ktoś miał już o tym rozprawiać, to tylko my dwoje. Byłem mu za to cholernie wdzięczny. Dzięki jego postawie właśnie zaoszczędziłem sobie biegu przełajowego przez pół stolicy w ucieczce przed rozsierdzonymi obrońcami gitarzysty Jiluki.
Ocknąłem się z letargu, odnotowując, że w sali nagle zapadła niezręczna cisza, a co gorsza, wszyscy uporczywie się we mnie wpatrują. No co? Oczekiwali, że padnę na kolana i będę błagał o przebaczenie za swój niedopuszczalny czyn? Niedoczekanie! Sena nie był żadnym niedotykalnym świętym ani bożkiem! Sam wyraził ochotę i zainteresowanie moją osobą. Wina leżała po środku. Zresztą… jaka znowu wina? Przecież byliśmy dorośli! Mieliśmy prawo zaspokajać swoje rządze w taki sposób, w jaki najbardziej nam to odpowiadało w danym momencie.
Westchnąłem ciężko i podniosłem się z trudem z kanapy. Przeciągnąłem się i wrzuciłem do kosza papierowy kubek z resztką niedopitej, zimnej już kawy. Coś nieprzyjemnie strzeliło mi w kręgosłupie. Na usta cisnęło mi się rozdzierające ziewnięcie, które tylko jakimś cudem udało mi się powstrzymać. Przydałoby mi się jeszcze kilka godzin snu… Cóż, musiałem przyznać, że noc spędzona z różowowłosym była całkiem intensywna…
- Idę po kawę – oświadczyłem w końcu i wyszedłem.
Kiedy tylko drzwi zamknęły się za mną, w pomieszczeniu znów zaczęła się wrzawa. Tym razem muzycy prawdopodobnie rozwodzili się nad moim godnym pożałowania zachowaniem. Że też nawet nie potrafiłem przeprosić i pokajać się, kiedy należało! Ta, dobre sobie…
Wstąpiłem do kawiarni i zakupiłem jeszcze raz to samo, co wcześniej. Szeroko uśmiechnięta sprzedawczyni podała mi moje zamówienie. Przeszło mi przez myśl, że coś dziwnie podejrzanie szczerzyła się na mój widok… Czyżby była kolejną księżniczką urwaną z księżyca, która myślała, że pod tą powłoką zimnego drania skrywałem ciepłe i słodziutkie wnętrze? I w dodatku, że to właśnie jej uda się przebić przez tę skorupę? Nie wątpiłem, że pracując w studyjnej kafejce zapewne zdążyła już zapoznać się z plotkami na mój temat…
- Poproszę to samo – usłyszałem za sobą znajomy głos. Zdziwiony odwróciłem się do gitarzysty drepczącego mi po piętach. – Jak się trzymasz? – zapytał z delikatnym uśmiechem, czekając na swoją kawę. – Chyba trochę przesadziliśmy wczoraj z piciem… - jęknął.
- No nie da się ukryć, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę to, że byliśmy świadomi, że na następny dzień po imprezie będziemy musieli iść do pracy – mruknąłem, uciekając gdzieś spojrzeniem.
- Usiądziemy gdzieś? Potrzebuję chwili odpoczynku od tego harmideru na górze – muzyk wskazał palcem na sufit, mając na myśli pokój na wyższym piętrze, gdzie obrady moich niedoszłych katów zapewne będą jeszcze trwały przez długie godziny.
- Jasne – zgodziłem się, choć czułem, że równie dobrze mógłbym powiedzieć „Śmiało, dobij mnie!” i wyszłoby na to samo.
Sena zapłacił za swój napój i podziękował dziewczynie za kontuarem, która faktycznie przeciągała posyłane mi spojrzenia. W duchu jęknąłem z żalem. Już czułem nadchodzącą falę kolejnych kłopotów…
Chłopak miał lekkie problemy z chodzeniem, co nie umknęło mojej uwadze. Po mojej minie z pewnością szybko zorientował się, o co mi chodziło, jednak nie skomentował tego. W odpowiedzi jedynie wzruszył szczupłymi ramionami i posłał mi hamowany uśmiech.
Wciąż byłem mu wdzięczny za to, że nie dał reszcie chłopaków zielonego światła, żeby ci mogli się nade mną znęcać i płakać nad nim, jakiż to był poszkodowany, jednak nie śmiałem nawet marzyć o tym, żeby po prostu przeszedł do porządku dziennego nad tym, co miało miejsce w nocy. Usiedliśmy przy pierwszym lepszym stoliku. Kawiarenka o tej porze była właściwie pusta. Spodziewałem się, że różowowłosy wykorzysta ten moment, żeby dać mi reprymendę, zastrzec, żebym się do niego więcej nie zbliżał czy coś… ale on właściwie nie wracał do tego tematu. Opowiadał o badziewnych prezentach, jakie dostał, naśmiewał się z gustu pozostałych muzyków. Nie wyglądał na skrępowanego moją obecnością. Zachowywał się swobodnie. A to już było naprawdę dziwne. I w gruncie rzeczy niebezpieczne. Zdawałem sobie sprawę, że tłumiony gniew z czasem rósł tylko w siłę, więc jak w końcu wskaźnik na „wkurwo-mierzu” gitarzysty przesunie się na czerwone pole, to mogę znaleźć się w realnym zagrożeniu życia i zdrowia. Po stokroć wolałem już, żeby zrobił mi dramatyczną scenę tu i teraz, i żebyśmy mieli to za sobą.
- Sena – przerwałem mu wreszcie. – Nie musisz się hamować – ponagliłem go w dość delikatny sposób.
- Co proszę? – zdziwił się. – O co ci chodzi? – nie zrozumiał.
- Może wcześniej nie powiedziałeś, że zamierzasz mnie zamordować, ale jeśli to z siebie zrzucisz, to będzie ci lżej – rozłożyłem ręce. – Więc się nie krępuj – uśmiechnąłem się krzywo. – Możesz na mnie wrzeszczeć, wyzywać… jeśli ci to pomoże, to możesz nawet mnie zdzielić – dałem mu przyzwolenie.
- Co? – zmarszczył brwi w niezrozumieniu. – Luvia, daj spokój! – zamachał rękami w powietrzu w obronnym geście. – Czy oni ci serio mózg wyprali tymi durnymi gadkami? – skrzywił się. – Wcale nie jestem na ciebie zły – zaoponował.
- Jasne… - przewróciłem oczyma. – Tylko wszyscy inni są, ale ty jako ten jedyny nie…
- Właśnie dlatego kazałem im się do tego nie mieszać – prychnął. – To, co stało się między nami to nasza sprawa – wzruszył ramionami. – Trochę za dużo wypiliśmy no i… no cóż, stało się – zaśmiał się nieco zakłopotany. – Ponoć jak nikt się z nikim nie prześpi na imprezie to, to nie jest impreza – parsknął. Posłałem mu sceptyczne spojrzenie. Wciąż niedowierzałem w jego wyrozumiałość i dobroduszność. – Mówię poważnie – zapewnił. – Nie zamierzam cię linczować, bo i nie mam za co – upił łyk gorącej kawy. – Przecież mnie nie zgwałciłeś – przewrócił oczyma. – Chciałem tego tak samo jak i ty – uśmiechnął się przewrotnie. – Nie rozumiem, dlaczego oni tak na ciebie naskoczyli – pokręcił głową z dezaprobatą. – Poza tym… nie mogę narzekać… było całkiem przyjemnie… - zagryzł dolną wargę w reakcji na powracające wspomnienia. Drgnąłem. Czy to oznaczało, że on chciał się teraz ze mną umawiać? – Mimo wszystko chyba byłoby lepiej, gdybyśmy więcej tego nie powtarzali – zaznaczył nieco speszony. – Gdyby chłopacy dowiedzieli się, że drugi raz wylądowaliśmy ze sobą w łóżku, odbiłoby im do reszty! – prychnął.
- Masz rację… - zgodziłem się.
- Ale między nami wszystko w porządku, tak? – upewnił się. – Nie chcę, żeby nasze relacje jakoś na tym ucierpiały – podkreślił. – To był po prostu… taki jednorazowy wypad, tak? – spojrzał na mnie wyczekująco.
- Bez zobowiązań – przytaknąłem. – Ale wciąż możemy przecież się zadawać i nie musimy wzajemnie schodzić sobie z drogi – rzuciłem mu kontrolne spojrzenie. Chłopak odetchnął z widoczną ulgą.
- Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy – uśmiechnął się.
Szczerze powiedziawszy to byłem osłupiały. Nie wiedziałem czy Sena tylko robił mnie w konia, czy faktycznie nie żywił do mnie jakiejś urazy, ale… zdawało się, że chyba oto trafiłem na pierwszą osobę na tym świecie, która potrafiła zrozumieć, że wdawanie się ze mną w jakieś bliższe korelacje było bezsensowne, tym bardziej, jeśli zaczęły się one od strony sypialni.
Właściwie to nie znałem się z gitarzystą jakoś bardzo dobrze i bardzo długo. Kosukë, Haruya i Siki znali się z chłopcami z Jiluki już od jakiegoś czasu, jednak ja poznałem ich dopiero przy wstąpieniu do Canival, a więc stosunkowo niedawno. Lubiłem różowowłosego. Nie był roszczeniową osobą i nie miał w zwyczaju głośno oceniać innych, szczególnie jeśli jego ocena była niepochlebna. Na ogół był bezproblemowy i pogodny. Był bardzo drobnej postury i cechował się delikatną, wręcz eteryczną urodą. Właściwie to był piękny. Tak, określiłbym go raczej jako pięknego niżby przystojnego. Poza tym był także niesamowicie utalentowanym gitarzystą.
Naprawdę go lubiłem.
Może dlatego, że nigdy otwarcie na mnie nie naskoczył i nie skarcił mnie za mój hulaszczy tryb życia. Nawet jeśli to potępiał, to nie dawał tego po sobie poznać. Byłem mu za to wdzięczny.
Wtem odezwała się komórka muzyka. Chłopak drgnął i wyjął telefon z kieszeni, uprzednio obrzucając spojrzeniem wyświetlacz, aby zorientować się, kto dzwonił.
- Już wracam do sali – rzucił od razu. – Tak, nic mi nie jest – westchnął. – W porządku. Poszedłem tylko po kawę. Zaraz będę z powrotem – zapewnił i rozłączył się. – Obrady grupy „Papierowego Topora” zakończone – zachichotał. – Mój zespół idzie już do siebie. Musimy wziąć się do roboty – zsunął się z wysokiego stołka i zgarnął swój kubek z niedopitym napojem. – Będziesz miał przynajmniej o trzech przewrażliwionych mniej na głowie – próbował pocieszyć mnie uśmiechem. – Trzymaj się – poklepał mnie po ramieniu i skierował się do wyjścia, zostawiając mnie samego.
Po chwili dostałem wiadomość od wokalisty mojego zespołu: „Zamierzasz dziś pracować czy jesteś zbyt zajęty szukaniem sobie nowej OFIARY na wieczór?”
Westchnąłem ciężko i nie odpisałem. Wstałem ze swojego miejsca i z miną skazańca idącego na szafot ruszyłem w stronę wind, aby zmierzyć się oko w oko z moim obrażonym zespołem. Doprawdy, jak dzieci w piaskownicy…

***

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, to byłbym już trupem. Nawet potrójnym.
Po kilku godzinach przebywania w towarzystwie, które usilnie próbowało zabić mnie w sposób bezkontaktowy, gdyż rękoczyny zostały im wyraźnie zabronione, miałem tego już serdecznie dość. Korzystając z dobrodziejstwa przerwy obiadowej wymknąłem się z sali i wyszedłem na balkon, aby w spokoju zapalić i trując się, podziwiać panoramę miasta.
Na całe moje nieszczęście balkon był już przez kogoś okupowany. Zakląłem pod nosem, widząc w oddali niewyraźną sylwetkę opierającą się o balustradę. Nie chciałem jednak wychodzić na dwór na parking, gdyż tam zapewne w krótkim czasie odbędzie się zlot moich niedoszłych, aczkolwiek wciąż wielce chętnych do wyrządzenia mi krzywdy oprawców w liczbie podwojonej, gdyż chłopcy z Canival i Jiluka często wychodzili razem coś zjeść. Ja zazwyczaj stroniłem od tych wspólnych pielgrzymek do pobliskiego sklepu z ramenem. Ot tak przezornie. Dla własnego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego.
Po następnych kilku krokach rozpoznałem purdroworóżowe włosy. Przede mną, oddzielona jedynie szklanymi drzwiami balkonowymi, stała osoba, która obecnie wzbudzała we mnie mieszane uczucia. Wciąż nie byłem pewny czy mogłem zakładać, że jej słowa były prawdą. W sumie… znając naturę ludzką instynktownie doszukiwałem się w nich kłamstwa.
Niby przyznaliśmy, że nie będziemy wzajemnie się unikać ze względu na to, co między nami zaszło, jednak sam zdawałem sobie sprawę, że to chyba wciąż jeszcze za szybko na kolejną konfrontację i to w dodatku sam na sam. Tym razem chyba jednak wolałem się wycofać. Już chciałem odwrócić się na pięcie i skierować do łazienki, aby tam w spokoju oddać się nałogowi tytoniowemu – zupełnie jakbym wrócił do szkoły średniej – jednak w ostatnim czasie pech wyjątkowo mnie polubił, gdyż mój mały, prywatny zamęt odwrócił się właśnie w tym momencie i uśmiechnął do mnie promiennie.
No i dupa. To by było na tyle z planu szybkiego, zorganizowanego odwrotu.
Oszczędnie odpowiedziałem na uśmiech i wziąłem głębszy wdech, zanim przekroczyłem próg szklanych drzwi. Skinąłem chłopakowi w minimalistycznym geście powitania i zacząłem przeszukiwać własne kieszenie. Kiedy znalazłem upragnioną paczkę papierosów, wyciągnąłem z niej jednego i osłaniając płomień zapalniczki przed wiatrem, odpaliłem go. Wydmuchnąłem szary obłok dymu z płuc. Między nami panowała cisza. W zasadzie nie było nic do powiedzenia…
Bez słowa zbliżyłem się do gitarzysty i oparłem koło niego o barierkę. Śledziłem wzrokiem autobus sunący ulicą pod nami, dopóki ten nie zniknął mi za szklaną ścianą jednego z wieżowców, który zasłaniał mi widok. Potem nie miałem już, co robić. Nie potrafiłem nawet udawać, że na coś się zapatrzyłem lub głęboko zamyśliłem i stąd ta niezręczna cisza.
- Dalej jesteś pewien, że wszystko w porządku? – zapytałem w końcu. Niby z jednej strony chciałem już dać temu tematowi spokój i zostawić tę sprawę tak, jak jest, ale z drugiej to wciąż mnie dręczyło.
- Jasne – zgodził się. – Dlaczego miałoby być inaczej? – zdziwił się.
- Nie wiem… Może dlatego, że przeważnie ZAWSZE jest inaczej… - zaśmiałem się niewesoło. Przez chwilę znów milczeliśmy. W witrynach biurowca naprzeciwko widziałem nasze małe, rozmyte odbicie. – Więc nie zamierzasz się awanturować, płakać ani chociażby ostentacyjnie ignorować mnie do końca moich dni? – upewniłem się.
- Zgadza się, nie zamierzam – parsknął.
- Ale… nie zamierzasz się też ze mną umawiać, prawda? – odezwałem się zdławionym głosem. To było do mnie tak niepodobne, że mój własny głos zabrzmiał obco nawet w moich uszach. Zazwyczaj nie cierpiałem na niedobór odwagi, aby postawić sprawę jasno.
- Um… - Sena zafrasował się. – Wiesz… - zająknął się. – Lubię cię, Luvia, ale… poszliśmy do łóżka raczej przez alkohol i przypadek niżby pchnięci nagłym uczuciem… - próbował się uśmiechnąć, ale słabo mu to wychodziło. - …mam rację?
- Spokojnie, nie zamierzam się za tobą uganiać – podniosłem ręce w obronnym geście. – Tak tylko pytam, bo zazwyczaj wszystko idzie albo w jedną, albo w drugą stronę; to znaczy, albo ktoś mi robi jakieś dramatyczne scenki i posądza o wykorzystanie, albo chce się spotykać po… no wiesz, jednej nocy – przewróciłem oczyma.
- Ja też niczego od ciebie nie chcę – zapewnił i tym razem uśmiechnął się już normalnie. – Możesz być o to spokojny. Po prostu pozwólmy naszym relacjom wrócić do dawnego porządku rzeczy – przekrzywił głowę, przyglądając mi się uważnie. Czekał aż potwierdzę, aż się zgodzę.
No i się doczekał.
Właściwie to przytaknąłem mu tylko dlatego, że oczekiwał tego ode mnie. W zasadzie to nie byłem nawet do końca pewien, co jego słowa miały oznaczać. „Dawny porządek rzeczy”… czyli właściwie co? Przyznam szczerze, że wcześniej nie zwracałem zbytniej uwagi na tego muzyka. Miałem świadomość jego istnienia, ale w swoim samolubnym jestestwie po prostu ją ignorowałem. Czasem zamieniliśmy słowo. Krótka pogawędka na temat pracy. Nic wielkiego. Zdarzało się, że niekiedy pożyczał mi papierosy. Bywało, że spotkaliśmy się przypadkiem w kolejce w kawiarni lub na stacji metra. Rzucaliśmy sobie wtedy tylko krótkie i bezduszne „cześć”, po którym każdy z nas rozchodził się w swoją stronę. Mieliśmy do tego wrócić? Niby jak? Jak mógłbym znów zacząć ignorować prawdopodobnie jedyną osobę, która mnie nie krytykowała lub przynajmniej potrafiła być na tyle taktowna, żeby nie robić tego głośno? Jak mógłbym znów stać się obojętny względem osoby, która jako jedyna zachowała się logicznie? Cóż… Znał mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że ode mnie nie dostanie niczego więcej niż przygodę na jedną, góra dwie noce. Zachował się we wręcz wymarzony dla mnie sposób, a więc zamiast zapałać do mnie skrajną nienawiścią lub wpierw wielką miłością, a dopiero potem skrajną nienawiścią, on pozostał na mnie obojętny. Zrobiliśmy swoje i teraz mieliśmy znów się rozejść. W zasadzie tak jak wcześniej to robiliśmy – tylko, że tym razem zamiast rzucania sobie pojedynczych słówek powitań, spędziliśmy razem noc. I mieliśmy się rozejść. Znów. Obojętni. Wrócić ponad tym do dawnego porządku rzeczy.
Normalnie zapewnie skakałbym ze szczęścia, że w końcu udało mi się znaleźć na tym świecie człowieka, który nie chciał się angażować w nic głębszego tak samo jak i ja. Normalnie jednak tak się nie działo. Normalnie wysłuchiwałem lamentów i płaczów. Narzekałem na to, jak na nic innego na świecie, ale prawdą też było, że w jakiś sposób się do tego przyzwyczaiłem. To była pewna nierozerwalna część mojej rzeczywistości i codzienności. Teraz, kiedy spotkałem się z taką anomalią w postaci zachowania różowowłosego, czułem się z tym dziwnie nie na miejscu. Jakby ten cały czas mnie oszukiwał i wciąż tylko zbierał w sobie złość, żeby niedługo wyładować się na mnie gorzej niż wszyscy moi poprzedni partnerzy na jedną noc razem wzięci. Obawiałem się tego. Czułem się niepewnie.
I nic nie mogłem na to poradzić.
Jak przez mgłę pamiętałem pożegnanie gitarzysty, który szybciej skończył palić. Machnął mi na odchodne i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi balkonowe, a ja miałem dziwne wrażenie, że tym gestem wyszedł także z mojego życia.
I czułem się z tym niesamowicie źle.
Bo dopadły mnie wyrzuty sumienia.
Nie rozumiałem, co się ze mną działo. Przez wiele lat nasłuchałem się wrzasków, płaczów i próśb. Różni ludzie próbowali zmienić mnie prośbą i groźbą, ale ostatecznie nic nie dawało wymiernych skutków. Wszyscy chcieli ruszyć moje sumienie, jednak ja uparcie twierdziłem, że te nie istnieje. A teraz oto, kiedy w końcu pojawił się ktoś, kto postanowił zrezygnować z tej całej szopki, sam z siebie poczułem się winny. Może skrzywdziłem go tym tak bardzo, że aż nie chciał lub, co gorsza, nie mógł o tym mówić? Sam już nie wiedziałem… Z tego wszystkiego tylko jeszcze bardziej rozbolała mnie głowa.

***

Przede mną na niskim stoliku stał obiad wzięty na wynos przez chłopaków, których chyba dotknął nagły przypływ miłosierdzia. Nie przeczę, był to miły gest z ich strony, jednak ja jakoś nie mogłem nic w siebie wmusić. Podkuliłem nogi pod brodę na niewielkiej kanapie i z zapartym tchem obserwowałem muchę łażącą po podłodze. Wciąż nie mogłem przestać myśleć o Senie…
- Luvia! – insekt nagle poderwał się do lotu, kiedy o mały włos nie został rozdeptany przez but wokalisty. – Luvia! – zamachał mi ręką przed oczami, na co ja jedynie zamrugałem kilkakrotnie. – Źle się czujesz? – zapytał niemal troskliwie.
- Nie… - wydusiłem z siebie z trudem.
- Pewnie jeszcze dobrze nie wytrzeźwiał i go mdli – skwitował Haruya.
Nie odpowiedziałem. Przesunąłem wzrokiem po podłodze w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłbym go zawiesić. Powinienem wygarnąć Sikiemu za to, że spłoszył moją muchę, ale jakoś nie mogłem zmotywować się, żeby chociażby otworzyć usta. W ciszy wciąż błądziłem spojrzeniem po jasnych panelach podłogowych.
- Luvia! – znów usłyszałem głos bruneta. Niechętnie rzuciłem mu spojrzenie spode łba. – Na pewno wszystko w porządku? – ściągnął brwi, przyglądając mi się uważnie.
- Mhm… - mruknąłem niewyraźnie.
Martwił mnie ten przypływ empatii ze strony Sikiego. Najpierw przyniósł mi obiad, a teraz troskliwie wypytywał o moje samopoczucie… Coś tu było mocno nie tak… Może napluli do tego styropianowego pudełka i teraz miał wyrzuty sumienia? Albo lepiej, coś tam dodali! Coś szkodliwego! Nie mogli wykończyć mnie wręcz, bo gitarzysta Jiluki zezłościłby się na nich, ale ostatecznie mogli w końcu pozbyć się mnie podstępem…
- Zostaw go – burknął bez zainteresowania Kosukë.
O czym ja w ogóle bredzę? Może lepiej zostawić ten temat… Powinienem skupić się na Senie… Może wreszcie uda mi się go rozpracować. W końcu to niemożliwe, żeby był ewenementem w skali ludzkości, który zachowuje się wobec mnie inaczej! Coś musiało stać za jego postępowaniem. Tylko pytanie, co? Złość? Smutek? Odraza? Nie miałem zielonego pojęcia.
Westchnąłem ciężko, zaczynając analizować wszystko od początku. W tym czasie mucha wylądowała na oparciu kanapy. Znów mogłem na nią patrzeć. Szczęście powoli zwracało się w moją stronę.

***

Widząc z oddali znajomą, pudroworóżową czuprynę przyspieszyłem kroku i zacząłem przepychać się między ludźmi. Posyłałem przeprosiny na prawo i lewo, jednocześnie rozpychając się łokciami i brnąc bokiem w kierunku jednej z bramek prowadzącej do stacji metra. Wepchnąłem się przed dwie gawędzące nastolatki, za co zostałem zwyzywany. Koniec końców jednak udało mi się dotrzeć do mojego celu i przy okazji także wyminąć sporą część kolejki czekającej na metro.
- Sena! – złapałem chłopaka za ramię. Ten w odpowiedzi spojrzał na mnie zdziwiony. – Wracasz już do domu? – upewniłem się.
- Tak – skinął mi głową. – A co? Stało się coś? – uniósł delikatnie brwi.
- Nie… Ach, czekaj! Kupię ci bilet! – odtrąciłem jego rękę od automatu. – I tak nie mam drobnych… - palnąłem pierwsze lepsze usprawiedliwienie, które przyszło mi do głowy. Ucieszyłem się, że akurat udało mi się wyciągnąć z kieszeni banknot o grubszym nominale.
- Oddam ci… - zaczął zdezorientowany.
- Nie trzeba! – wcisnąłem mu w dłoń jego bilet i popchnąłem przed siebie. Rożowowłosy spojrzał na mnie podejrzliwie. – Pomóc ci z tą torbą? – zapytałem, wskazując na bagaż który taszczył na ramieniu i który sprawiał, że drobny muzyk mocno przechylał się na prawą stronę. – Mogę ci pomóc zanieść to do domu – zaoferowałem.
- Przecież my nawet nie mieszkamy blisko siebie – zauważył. – Mieszkasz w innej dzielnicy – przypomniał sobie.
- No tak… - mruknąłem. – Ale to nie problem! I tak nie mam nic do roboty – wzruszyłem ramionami.
- Jeśli liczysz na powtórkę z wczoraj, to…
- Na nic nie liczę! – podniosłem dłonie w obronnym geście. – Chcę ci po prostu pomóc…
- Od kiedy stałeś się taki pomocny? – parsknął. – Dzięki za dobre chęci, ale nie potrzebuję pomocy – machnął ręką. – Na razie! – pożegnał się i ruszył w stronę jednego z betonowych korytarzy, który prowadził na peron, na którym mieścił się przystanek jego linii meta.
Odruchowo postąpiłem krok w jego stronę, kiedy ten już zdążył odwrócić się i odejść kawałek. Chciałem go jeszcze zawołać, coś powiedzieć, coś zrobić… ale nie miałem najmniejszego pomysłu, co. Mogłem więc tylko stać jak kołek wbity w ziemię i blokować ruch, obserwując jak gitarzysta znika gdzieś wśród tłumu. Potem już nie zostało mi nic innego, jak skierowanie się w inny korytarz, na peron, z którego ja zazwyczaj odjeżdżałem.
Czułem, że między nami jest kilometrowa przepaść, której nie byłem w stanie pokonać. Niestety, Sena również nie chciał mi w tym pomóc. W sumie nie miał nawet ku temu cienia powodu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że sam wykopałem tę pustą fosę dookoła siebie, a teraz nie mogłem jej sforsować. W przeszłości nie chciałem, żeby nikt się do mnie zbliżał, więc się odizolowałem. To między innymi także przez to ludzie po pewnym czasie zrażali się do mnie. Chłopcy z zespołu już nawet nie za bardzo zwracali na mnie uwagę, gdyż wiedzieli, że kontakt ze mną jest utrudniony. Teraz jednak ja sam chciałem podejść do kogoś innego chociażby odrobinę bliżej, jednak nie mogłem ruszyć się z miejsca. Stałem w martwym punkcie.
Takie śmieszne, że aż boki zrywać, co? Jaja, że ja nie mogę…
No właśnie, kurde, niekoniecznie…

***

- Luvia… - Haruya dosiadł się do mnie, jednak ja nie raczyłem nawet podnieść na niego spojrzenia. – Wciąż jeszcze jesteś na nas zły? – zapytał cichutko, tak, żeby Kosukë go nie usłyszał. Gdyby tak się stało, gitarzysta zapewne powyrywałby mu palce ze stawów w ramach kary za zbyt pobłażliwe traktowanie mnie.
- Zły? – mruknąłem tylko i rzuciłem mu szybkie spojrzenie znad kubka. Potem znów skupiłem się na wirującej cieczy, która oblewała ścianki naczynia.
- Proszę cię, tylko już nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi albo że się nie dąsasz – westchnął ciężko. – Przecież cała twoja postawa wskazuje na to, że jesteś na nas obrażony – przysunął się bliżej, tak, żeby czerwonowłosy muzyk z pewnością nas nie usłyszał. – W sumie… jakby nie patrzeć to może nawet masz ku temu powody… - przyznał niechętnie. – Może niepotrzebnie tak na ciebie naskakiwaliśmy… Koniec końców to twoje życie i tylko ty możesz o nim decydować – wzruszył ramionami. – Poza tym nie musieliśmy być znowu aż tak dla ciebie wredni, nawet jeśli nie pochwalamy tego, co robisz… - speszony wbił spojrzenie w swoje własne dłonie, które trzymał splecione na kolanach. Wyglądało, jakby serio bał się, że kolega z zespołu zaraz zrobi mu krzywdę…
- Daj spokój… - przewróciłem oczyma.
- Nie, Luvia, mówię poważnie – złapał mnie za ramię przejęty. – Ostatnio chodzisz przybity i markotny. Nie odzywasz się prawie wcale, nie jesz… - zdawało się, że sposępniał jeszcze bardziej. – Przesadziliśmy – powiedział, przyznając się do winy. – Jesteś, jaki jesteś, ale cóż… jesteś też człowiekiem, nie? I też masz uczucia, więc można cię zranić – spojrzał na mnie niczym zbity pies. Już chciałem zaprzeczyć, ale gitarzysta kontynuował. – Siki też się martwi. Nie powie tego wprost, ale czuje się winny – kontrolnie rzuciłem okiem na wokalistę, który siedział w kącie sali i przyglądał mi się uważnie. Zasępiony z pasją maltretował własny kciuk, który nerwowo przygryzał w geście zdradzającym niepewność i, w istocie, poczucie winy.
- Haruya! – zakrzyknął czerwonowłosy, który w końcu skończył stroić gitarę i odłożył ją na stojak. – Masz papierosy? – zapytał. Muzyk w odpowiedzi wygrzebał paczkę i rzucił ją głównemu zainteresowanemu. Kosukë skrzywił się. Chyba oczekiwał, że chłopak odejdzie ode mnie na jego komendę. – A co ty się tak przystawiasz do Luvii? – odezwał się z kpiną. – Samotny jesteś czy jak? – prychnął. – Dostałeś kosza i szukasz „pocieszenia” na jedną noc, żeby zapomnieć? – zaśmiał się paskudnie.
- Zamknij się – warknął zirytowany gitarzysta. – Jesteś przyjemny jak kamień w bucie, mówił ci to już ktoś? – fuknął jasnowłosy. Negatywnie nastawiony do mnie chłopak zdziwił się reakcją swojego, jak do tej pory, nierozłącznego kompana w wyśmiewaniu mnie. Właściwie to ja też byłem zdziwiony tą nagłą zmianą w jego zachowaniu. – Zostaw Luvię w spokoju – burknął ostrzegawczo… nie wierzę, wstawiając się za mną?! – Każdy może mieć gorszy dzień… albo tydzień… - usprawiedliwił mnie w odpowiedzi na niedowierzające spojrzenie ze strony czerwonowłosego.
- Ta, weź go przytul jeszcze – Kosukë przewrócił oczyma. Haruya w wyrazie ostentacyjnego buntu faktycznie objął mnie ramieniem i do siebie przyciągnął. Zdziwiony, aż zapomniałem oponować. Przyzwyczaiłem się raczej, że chłopcy ode mnie stronili… - No patrz… - burknął gitarzysta i już szykował się do rzucenia kolejnego, nieprzyjemnego komentarza, jednak tym razem ubiegł go brunet.
- Kosukë, weź się zamknij, jak ktoś cie uprzejmie prosi, co? – Siki wstał ze swojego miejsca. – Już nie mogę cię słuchać…
- O, opozycja się znalazła – fuknął.
- Daj spokój. Nie rób awantury o nic – ciągnął wokalista. – Luvia w ostatnim czasie nie zrobił nic złego, więc odwal się od niego i nie znęcaj się nad nim bez przyczyny – posłał rozmówcy miażdżące spojrzenie.
- A więc fakt, że przez kilka dni zachowywał się jak mniej więcej cywilizowana istota to go rozgrzesza? – sarknął czerwonowłosy.
- Może i nie – wtrącił się ponownie drugi gitarzysta. – Ale całe szczęście to nie ty udzielasz rozgrzeszeń, więc się nie udzielaj. Nie musisz być bardziej uszczypliwy niż to konieczne – zganił go.
Co to się stało, że we wszystkich nagle odezwały się sumienia? Nie rozumiałem, co tu się działo i dlaczego… i w gruncie rzeczy nie przeszkadzało mi to jakoś wybitnie, gdyż większość czasu spędzałem gdzieś daleko, w najciemniejszych odmętach mojego umysłu… albo przy Senie…
Nie dało się nie zauważyć, że atmosfera w naszym zespole nie była zbyt przyjazna. Od samego początku nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka. Z tej racji nie wróżyłem Canival zbyt długiej działalności… albo przynajmniej nie podejrzewałem sam siebie o zagrzanie miejsca perkusisty nazbyt długo. Byłem pewien, że prędzej czy później albo grupa się rozpadnie, albo mnie wyrzucą. Na boku już od jakiegoś czasu szukałem sobie innego zespołu, do którego mógłbym dołączyć. Interesowałem się „wolnymi” muzykami lub też zespołami o niepełnym składzie, czasem dorabiałem sobie przy jakimś suporcie, jednorazowym występie na koncercie… Teraz jednak coś się zmieniło. Chłopcy nagle zechcieli się ze mną asymilować. Czyżby dostrzegli tę moją bardziej ludzką stronę?... o ile w ogóle coś takiego posiadałem? A może zwyczajnie chcieli jednak ratować Canival i nie zamierzali dopuścić do disbandu?

***

Zapukałem. Nic. Zapukałem drugi raz. Mocniej. Znowu nic. Za trzecim razem zacząłem się wręcz desperacko dobijać do drzwi, aż te w końcu stanęły przede mną otworem, a w ich progu pojawił się właściciel mieszkania.
- Pali się?! Nawet w spokoju wykąpać się nie można! – wrzasnął gitarzysta Jiluki, jednocześnie wycierając mokre włosy ręcznikiem przerzuconym przez ramiona. – Och, Luvia… - mruknął zbity z tropu na mój widok. – Wybacz, spodziewałem się, że o tej porze może przyjść do mnie tylko ktoś z mojego zespołu – wytłumaczył swoją wcześniejszą reakcję.
- Jasne, rozumiem – uśmiechnąłem się sztucznie. – Przepraszam, że przychodzę o tak późnej porze – potarłem kark w nerwowym geście.
- Nic nie szkodzi – zapewnił. – Wejdź – przesunął się i od razu wpuścił mnie do mieszkania. Zdziwiłem się, że mnie nie spławił lub przynajmniej nie zatrzymał w progu drzwi. – Coś się stało? – zapytał, kiedy obaj staliśmy już w miniaturowym przedpokoju.
- Nie… albo właściwie tak… ale w sumie… - dukałem nieskładnie. – Uch, chyba mam do ciebie prośbę… - wydusiłem w końcu, unikając jego spojrzenia.
- „Chyba”? Nie jesteś tego pewien? – jego twarz rozjaśnił słaby uśmiech.
- No właśnie nie do końca… - przyznałem.
- Dobrze, słucham – rozłożył ręce. – O co chodzi? – dociekał.
- O… - zająknąłem się. – Mógłbyś w końcu się na mnie wydrzeć i zrobić mi awanturę? – wyrzuciłem z siebie szybko na jednym wydechu. Różowowłosy spojrzał na mnie z niezrozumieniem. – Chodzi mi o to, co miało miejsce na naszych wspólnych urodzinach… Wiesz… Poczułbym się lepiej, gdybyś jednak zrobił mi dramatyczną scenę – wykrztusiłem zakłopotany jak chyba jeszcze nigdy. – Jakoś nie mogę zrozumieć ani zaakceptować tego, że przeszedłeś obok tej całej sprawy tak obojętnie… Chyba przyzwyczaiłem się już do takiej, a nie innej rutyny… - mruknąłem, uważnie przyglądając się kurtkom wiszącym na wieszakach. Wszystko, byle nie patrzeć mu w oczy…
- Co? – spojrzał na mnie jak na kretyna. – Luvia, czy ty się dobrze czujesz? Chłopcy dalej nie dali ci spokoju? – zgadywał.
- Przyszedłem tu z własnej woli – wyznałem. – Sena, proszę… Wiem, że brzmię dla ciebie jak wariat, ale…
- Luvia, skończ – pokręcił głową. – Nie ma, o czym rozmawiać. Nie rozumiem, czemu nie dasz tej sprawie spokoju i czemu tak bardzo nie chcesz odpuścić. Czy nie tego właśnie chciałeś? Żeby ktoś w końcu bez słowa odszedł po całym zajściu? – ściągnął brwi. Nie czekał na moją odpowiedź. Znał ją. – Więc czemu teraz to ty przyczepiłeś się do mnie i łazisz za mną jak drugi cień? Skoro to nie chłopcy wymogli na tobie takie zachowanie, to o co ci chodzi? – założył ręce na piersi.
- Nie mogę uwierzyć, że cię to tak kompletnie nie obeszło…
- A co? Wszyscy muszą się od razu w tobie zakochiwać? – prychnął. Drgnąłem na jego słowa. – Może takie było twoje szczęście, że jak do tej pory trafiałeś na osoby, które w jakiś sposób się tobą interesowały i bolała ich świadomość twojego odejścia, ale… ale ja do nich nie należę – wycofał się nieco. – Luvia, zrozum, nie jesteś aniołem. Nie wszyscy padną ci do stóp na sam twój widok. Ja tak nie zrobię. Ja się w tobie nie zakochałem – postawił sprawę jasno. Przez moment między nami trwała uporczywa cisza. – Słuchaj… Nie chciałem, żeby zabrzmiało to obraźliwie – uniósł ręce w obronnym geście. – Po prostu… wydaje mi się, że ty bardziej nie możesz przeżyć samego faktu, że ktoś się tobą nie zainteresował po wspólnej nocy niżby faktycznie samymi moimi uczuciami – zagryzł dolną wargę.
- Uważasz, że chcę się zabawić twoim kosztem? – zdziwiłem się.
- Nie wiem… Może… - wzruszył ramionami. Zrobiło mi się przykro słysząc te słowa. Pierwszy raz od dłuższego czasu czyjeś słowa mnie ubodły. Znieczulony przez nieustanne docinki chłopców z zespołu nie zwracałem już uwagi na cudze opinie… a teraz to jednak zabolało. Przygryzłem wewnętrzną stronę policzka. – Albo nie umiesz odnaleźć się w nowej sytuacji – ciągnął. – Szczerze powiedziawszy, to widzę dwa wyjaśnienia dla twojego zachowania: albo, tak jak już powiedziałem, popadłeś niemal w samozachwyt i nie możesz znieść tego, że ktoś przeszedł koło ciebie obojętnie i chcesz kontynuować wszystko „po staremu”, bo w gruncie rzeczy lubisz te awantury i ckliwe scenki, choć publicznie na nie narzekasz, albo postawiony w nowej sytuacji postanowiłeś spróbować czegoś innego, żeby sam przekonać się, co czuły osoby, które odrzuciłeś… żeby sprawdzić, jak to jest stać po tej drugiej stronie i dostać odmowę, a nie odmawiać… - zakończył cicho. – Skłaniam się jednak ku temu pierwszemu wyjaśnieniu – zaznaczył.
- Um… Jasne, rozumiem… - pokiwałem głową.
- Nie zaprzeczysz? – zdziwił się.
- Nie… Nie ma, czemu zaprzeczać… Wygląda na to, że chyba mnie rozpracowałeś – zaśmiałem się sztucznie. Nazbyt sztucznie. Po minie rozmówcy z łatwością wywnioskowałem, że ten zdawał sobie sprawę, że to nie był prawdziwy śmiech. Bo w rzeczywistości wcale nie było mi do śmiechu. Moje serce krwawiło. Chyba właśnie pierwszy raz w życiu byłem tak dobitnie świadom posiadania tego organu. – Przepraszam, że zawracam ci głowę takimi głupotami o tak późnej porze… - mruknąłem, powoli wycofując się do wyjścia.
- Luvia…
- Przepraszam… - powtórzyłem, stojąc z powrotem na klatce schodowej. – Sena… - zająknąłem się na odchodnym. – Naprawdę nic do mnie nie czujesz? – upewniłem się.
- Wybacz… - przymknął oczy, unikając mojego spojrzenia.
- Nie masz, za co przepraszać – posłałem mu ostatni wymuszony uśmiech. – Dobranoc i jeszcze raz przepraszam za kłopot – wycofałem się, odchodząc w stronę schodów. Chłopak rzucił mi ostatnie, bolesne spojrzenie, po czym bez słowa zamknął drzwi. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk przekręcanego klucza w zamku. – Ale chyba za to ja cię kocham… - mruknąłem do siebie, opierając czoło o zimną ścianę.
Byłem tak cholernie załamany, że w tej chwili świat mógłby przestać dla mnie istnieć. Teraz przynajmniej rozumiałem już lamentujące nastolatki z dram i harlequinów. Jednak to prawda, że właściwie to niewiele było potrzeba, żeby zniszczyć cudzy świat…
Rozbolała mnie głowa, którą jakby coś rozsadzało od środka. W ustach poczułem paskudny smak żółci. Pojawiły się trudności z przełykaniem. Coś rosło mi w płucach i przygniatało mnie. Oczy zaczęły mi łzawić. Oddech przyspieszył i stał się urywany. Mocniej zagryzłem wewnętrzną stronę policzka, aż poczułem metaliczny smak w ustach. Wziąłem głębszy oddech, żeby się uspokoić.
Nie będę przecież płakał.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon i paczkę papierosów. Wybrałem numer wokalisty, od razu oddając się również uzależnieniu nikotynowemu. Ruszyłem w dół schodami.
- Luvia? Coś się stało? – usłyszałem zaspany głos w słuchawce po kilku sygnałach. – Czemu dzwonisz tak późno?
- Potrzebuję dnia wolnego – odezwałem się tak cicho i słabo, że sam ledwo mogłem dosłyszeć własny głos wśród hałasu dobiegającego z ruchliwej ulicy, na którą właśnie wyszedłem.
- Luvia, w porządku? Co jest? – Siki zaniepokoił się. – Brzmisz jakoś nieswojo… Coś się stało? Potrzebujesz pomocy?
- Nie, wszystko w porządku – skłamałem. – Mogę jutro nie przychodzić do studia? – zapytałem wręcz błagalnie niczym mały dzieciak, który chciał wymigać się od testu, do którego zapomniał się przygotować.

***

Słowa Seny nie dawały mi spokoju. Czy to możliwe, abym faktycznie podświadomie uganiał się za różowowłosym tylko i wyłącznie z powodu jakiegoś nieuzasadnionego, masochistycznego odruchu i chęci bycia odrzuconym? Chęci zrozumienia, jak czuły się moje „ofiary”, wobec których zawsze pozostawałem obojętny? To brzmiało co najmniej naciąganie, choć mogłoby mieć jakiś sens… na przykład w bestsellerowym romansie dla nastolatek sprzedawanym w każdej księgarni i stacji metra. No, może ewentualnie jeszcze w historii obrazkowej z przystojnym modelem w roli głównej w jednym z babskich pisemek…
Może gitarzysta nie trafił w samo sedno, ale był przynajmniej blisko? Może faktycznie nie przejawiałem żadnych oznak masochizmu. Może zwyczajnie zainteresowałem się osobą, która była inna niż wszystkie te, które spotkałem dotychczas. Zainteresowałem się akurat tym jedynym chłopakiem, który z kolei nie interesował się mną. Paradoks. Miałem wiele okazji, żeby odpowiedzieć na czyjeś uczucia. Możliwe, że wciąż znalazłoby się kilka takich, które pomimo odrzucenia, mogłoby zdecydować się dać mi drugą szansę. Ale ja nie chciałem tego. Zadurzyłem się w muzyku, któremu byłem absolutnie obojętny. Nie chciałem powiedzieć, że jemu jedynemu, gdyż miałem wielu wrogów lub przynajmniej osób, które nie lubiły mnie „z samej zasady”, bo przecież robiłem źle, bawiłem się ludzkimi uczuciami…
Nie chciałem tych, którzy przejawiali mną zainteresowanie.
Pragnąłem tego, dla którego mógłbym w jednej chwili zniknąć, a ten nawet nie przejąłby się tym.
Co za ironia… Może to jednak był lekki przejaw masochizmu?
Skuliłem się w skotłowanej pościeli, z której nie wygrzebałem się ani razu, mimo iż było już grubo po południu. Byłem cholernie głodny, ale nie miałem w sobie wystarczająco sił ani motywacji, aby ruszyć się do kuchni. Wciąż leżałem w łóżku i nie mogłem przestać o nim myśleć.
Sytuacja malowała się co najmniej źle. Sena nie był mną zainteresowany. Nie był mi wrogi, ale po wczorajszej rozmowie wywnioskowałem, że nie był też do mnie specjalnie pozytywnie nastawiony. Nie przeszedł tej dziwnej przemiany tak jak Siki i Haruya. Raczej pozostawał względem mnie obojętny. Przejawiał jednak też tę niepocieszającą skłonność do przerzucenia się na wrogie stosunki. Był miły i nie okazywał tego wprost, jednak domniemałem, że było to czasowe. Gdybym teraz coś porządnie spartolił, z pewnością dłużej już by się nie powstrzymywał. Skreśliłby mnie. I dobitnie dałby to odczuć. Do tego jednak nie mogłem dopuścić. Nie chciałem borykać się z kimś pokroju drugiego Kosukë…
A zatem stąpałem po cienkim lodzie. Musiałem uważać, gdzie stawiałem kolejne kroki. W dobrym tonie byłoby zastosowanie się do woli chłopaka, żeby mu nie podpaść. Problem w tym polegał na tym, że ten chciał wrócić do „dawnego porządku rzeczy”, czyli do punktu wyjścia. Bo nic dla niego nie znaczyłem. Bo byłem mu obojętny. Chciał, żebym znów stał się jedynie cieniem z imieniem, który kręcił się gdzieś w pobliżu, raz bliżej, raz dalej. Czy mogłem się z tym jakoś pogodzić?
Chyba niekoniecznie…
Naciągnąłem poduszkę na twarz i westchnąłem ciężko. Jeśli tak cierpiały wszystkie osoby, których względy orzucałem, to chłopcy mieli rację – będę smażył się w piekle. Zasłużyłem sobie.
Obojętność gitarzysty bolała mnie chyba bardziej niż jego nienawiść. Gdyby dobitnie dał mi odczuć, że nie chce się ze mną zadawać, przebolałbym to i w końcu odpuścił. Uświadomił sobie, że nie mam u niego żadnych szans i nic na to nie poradzę. Po prostu nie byliśmy sobie pisani. Niemniej, jego postawa z grubsza niewyrażająca nic była po stokroć gorsza, bo dawała nadzieję na to, że jednak mam chociażby minimalne szanse na zdobycie jego zainteresowania. Na razie nie chciałem wiele. Nie chciałem od razu powtarzać z nim upojnej nocy. Póki co zadowoliłbym się, gdyby po prostu spojrzał na mnie i przywitał się, uśmiechając przy tym niewymuszenie. Gdybym zauważył, że uśmiech, który pojawił się na jego ustach, powstał za moją sprawą…
Jego oziębłość stawiała mnie w martwym punkcie. Z jednej strony wystarczyło jedno, nieostrożne słowo, żeby wszystko zaprzepaścić, a z drugiej pozostawało tak wiele do powiedzenia. Wystarczył jeden, zły ruch, żeby wszystko się posypało, a przecież wciąż tak wiele nas od siebie dzieliło. Wciąż właściwie się nie znaliśmy… Gdybym teraz wszystko spartolił, nie wiem czy potrafiłbym to sobie kiedyś wybaczyć. To była inna sytuacja niż w momencie, gdyby różowowłosy od razu pałałby do mnie niechęcią. Wtedy to on by mnie skreślił. On jednak pozostawił mnie samemu sobie. Nie dał mi ani zielonego światła, ani czerwonego. Wszystko zależało od moich następnych posunięć. Jeśli coś pójdzie nie tak, to tylko i wyłącznie z mojej winy. Sam przekreślę się w jego oczach i stracę to, na czym mi tak bardzo zależało.
Balansowałem na cienkiej granicy między pozostaniem nikim, tłem a zostaniem znienawidzonym. Niemniej, do drugiej strony, a więc granicy pomiędzy pozostaniem nikim a zostaniem kimś bliskim dla gitarzysty, miałem bardzo daleko. Tu nie wystarczył już jeden, dobry ruch czy słowo. Tutaj potrzebowałem już rewelacyjnego, zorganizowanego planu i prawdopodobnie interwencji sił wyższych.
Jednym słowem, byłem w ciemnej dupie.
No cóż, w okrężnicy, jak to w okrężnicy było ciemno. Niemiej, sam fakt tego, gdzie się znajdywałem nie był najgorszy. Problem leżał w tym, że nie dość, że byłem już w tym najmniej szlachetnym odcinku układu pokarmowego, to jeszcze zaczynałem się tam urządzać. Chyba powinienem zacząć rozważać możliwość zmiany adresu…
Wtem rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Zdziwiłem się, gdyż nie spodziewałem się gości. Ci odwiedzali mnie może kilka razy do roku. Rygorystycznie przestrzegałem także zasady, żeby nie sprowadzać swoich kochanków na jedną noc do własnego mieszkania. Niczego też nie zamawiałem, a mój adres prywatny znało zaledwie kilka osób…
Niechętnie dźwignąłem się z materaca. Otworzyłem drzwi, bez uprzedniego upewniania się, kto za nimi stoi ani poprawiania wyglądu – a więc stanąłem w ich progu zaledwie w czarnych spodniach dresowych i z burzą fioletowych, nieułożonych włosów. Z tej racji niespodziewany gość, którym okazał się być Kosukë, obrzucił mnie krytycznym spojrzeniem.
- Przeszkodziłem?... – zawiesił znacząco głos, zapewne spodziewając się, że wziąłem dzień wolny, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Roztrzepane włosy i niepełny strój w jego mniemaniu mogły być dowodami za postawioną przez niego hipotezą.
- Nie – odezwałem się wypranym z wszelkich emocji głosem i oparłem się ramieniem o futrynę.
- Więc mogę wejść? – zapytał podejrzliwie. Niedowierzał.
Rozłożyłem ręce w geście zaproszenia i przepuściłem gitarzystę w drzwiach. Czerwonowłosy rozejrzał się po moim niewielkim mieszkaniu, jednak nie znalazł żadnych śladów obecności drugiej osoby. Wyglądał przez to na… zawiedzionego? Czyżby chciał przyłapać mnie na gorącym uczynku, żeby wybić z głowy wokaliście i drugiemu gitarzyście troskę o moją osobę?
- Chciałeś czegoś konkretnego? – zapytałem.
- Byłem w pobliżu i postanowiłem zajrzeć… - mruknął, wciąż rozglądając się uważnie, jakby oczekiwał aż ktoś w końcu wyskoczy z szafy lub spod łóżka, krzycząc, że już dłużej nie wytrzyma w niewygodnej pozycji, w jakiej go tam wrzuciłem. – Dlaczego wziąłeś dzień wolny? – zatrzymał spojrzenie na dłużej na mnie. Westchnąłem.
- Bez powodu – wzruszyłem ramionami. – Urlop jest po to, żeby z niego korzystać, nie? – oparłem się plecami o ścianę. – Nie muszę tłumaczyć się tak jak przy zwolnieniu, dlaczego byłem nieobecny…
- Nie wyglądasz, jakbyś wczoraj zabalował – zauważył. – Więc to nie wina kaca. Nikogo też nie ma u ciebie w mieszkaniu. Siedzisz tu sam, więc nie wziąłeś wolnego ze względu na towarzystwo – myślał głośno. – Więc ze względu na co? – zainteresował się.
- Na nic – uparcie brnąłem w to dalej.
- Jak to na nic? – fuknął. – Więc mam rozumieć, że marnujesz urlop na leżenie w łóżku i gapienie się w sufit? – przewrócił oczyma.
- Czy to dla ciebie jakiś problem? – podniosłem nonszalancko jedną brew. Między nami zapadła chwila ciszy, w której słychać było tylko ciężkie sapanie muzyka.
- Ta sprawa z Seną nie daje ci spokoju, prawda? – zapytał otwarcie.
- Nie wiem, o czym mówisz – skłamałem.
- Dlaczego on potrafił przejść obok tego obojętnie, a ty nie? Przecież jesteś mistrzem ignorowania innych i ich uczuć! – parsknął. Nie odpowiedziałem. – Nie wierzę… Lubisz go? – wytrzeszczył na mnie oczy.
- Nie wiem – znów wzruszyłem ramionami.
- Och, no zlituj się! – Kosukë zdenerwował się. – Właśnie za to tak cię nie lubię! – wykrzyknął. – Do wszystkiego podchodzisz obojętnie! Nawet do własnych uczuć! – prychnął. – Jak możesz oczekiwać, że ktoś okaże ci serce, kiedy ty nie masz go nawet sam dla siebie? – spojrzał na mnie może już nawet nie tyle zły, co… zasmucony? – Lubisz go? – powtórzył.
- A co to za różnica? – upierałem się przy swoim. – On nie lubi mnie. Tyle chyba wystarczy, żeby zamknąć temat, prawda? – zirytowałem się tą rozmową, choć sam do końca nie wiedziałem dlaczego. Przecież czerwonowłosy nawet nie zdążył mnie obrazić tak, jak to miał w zwyczaju. Możliwe, że był to dla mnie po prostu drażliwy temat… - A nawet gdyby już jakimś cudem było inaczej, to przecież wy i tak wyperswadujecie mu, że lepiej trzymać się ode mnie z daleka! – podniosłem głos, co nie zdarzało mi się zbyt często.
Zdradziłem się.
- Ty… - gitarzysta aż zamrugał kilkakrotnie. – Luvia, ty go naprawdę lubisz… - przyznał ze zdziwieniem.

***

Siedziałem za kulisami ze słuchawkami w uszach i przesłuchiwałem utwory własnego zespołu. Wystukiwałem rytm na kolanach, przygotowując się do występu, który miał się niedługo odbyć. Ze skupienia wyrwała mnie czyjaś ręka, która wylądowała na moim ramieniu. Średnio zainteresowany podniosłem wzrok, wyciągając jedną słuchawkę z ucha.
- Hej – różowowłosy gitarzysta przywitał się z delikatnym uśmiechem. Na jego widok zamrugałem kilkakrotnie, nie mogąc uwierzyć w to, że faktycznie się tutaj znajdywał. W końcu Jiluka dzisiaj tutaj nie grali… - Jak przygotowania? Nastrój przed występem? – zapytał.
- Dobrze… - odpowiedziałem zwięźle.
- Hm… - chłopak mruknął. – Właściwie… Słyszałem, że od pewnego czasu z nikim się nie umawiasz – rzucił prosto z mostu. – Ponoć nawet odrzucasz bezpośrednie oferty wyskoków na jedną noc – spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Coś strasznie dużo osób interesuje się moim życiem prywatnym, a już w szczególności seksualnym – zauważyłem kwaśno.
- Cóż, nie da się ukryć, że to ciekawy temat – Sena zachichotał. Spojrzałem na niego niepewnie. Czy on mnie obrażał? Czy tylko sprawdzał moją reakcję? – No już, spokojnie – uniósł dłonie w obronnym geście. – Może po występie będziesz miał ochotę wyskoczyć ze mną na piwo? – zaproponował, a mnie zatkało.
To nie mógł być kaprys muzyka. Już ja dobrze wiedziałem, że w tym wszystkim musiał mieszać swoje brudne paluchy ktoś postronny…
- Jasne – zgodziłem się, mimo zwęszonego podstępu. Bądź co bądź była to jednak okazja, którą tylko głupek mógłby przepuścić.

***

Jak ktoś mógł się od razu domyślić, moje wyjście z Seną nie skończyło się na kilku piwach. Uściślę tylko, że to różowowłosy upił się, podczas gdy ja wolałem raczej pozostać przy pełni świadomości. Obawiałem się, że wraz z przypływem alkoholu mogłem zrobić lub powiedzieć coś, czego później mógłbym żałować…
Chłopak miał już poważne problemy z chodzeniem i mówił bełkotliwie. Z tej racji w pewnym momencie po prostu postanowiłem wyciągnąć go z baru, gdyż nie umknęło mojej uwadze, że jeszcze chwila i musiałbym go nieść do taksówki na plecach. Właściwie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyż gitarzysta był drobnej budowy i z pewnością nie ważył dużo, jednak wolałem nie wzbudzać sensacji. Jeszcze ktoś gotów byłby mnie posądzić o upicie lub, o zgrozo, podanie jakiś środków otumaniających muzykowi i uprowadzenie go. No co? W końcu miałem opinię czarnego charakteru, nie?
Obszukałem go w poszukiwaniu kluczy do mieszkania. Pomogłem mu wejść do sypialni i usadziłem na łóżku. Przyklęknąłem przed nim i zdjąłem mu buty, a następnie odkryłem materac. Trzymałem kołdrę w ręku, czekając, aż ten się położy, żeby go przykryć.
- Kładź się – poleciłem.
- Nie chcę spać… - burknął i założył ręce na piersi niczym obrażone dziecko.
- Nie wygłupiaj się – wywróciłem oczyma. Może i byłem nim zainteresowany, ale użeranie się z pijaną osobą zawsze było upierdliwe. – Idź już spać – popchnąłem go lekko do tyłu, jednak ten tylko się bujnął i z powrotem usiadł w miarę prosto. – Nic ci nie zrobię – zapewniłem, gdyż do głowy nagle wpadła mi myśl, że ten może się obawiać, iż zamierzam wykorzystać stan, w którym się znalazł. – Tylko cię przykryję i wychodzę. Zostawię klucze na szafce nocnej – obiecałem.
- Nie idź… - ku mojemu zdziwieniu różowowłosy przyciągnął mnie do siebie za przód koszulki z takim impetem, że obaj przewróciliśmy się na łóżko. Obecnie leżałem na nim i go przygniatałem. Muzyk zachichotał i wziął głębszy oddech, jakby czymś się upajał. – Zostań… - objął mnie ramionami za szyję. – Będzie przyjemnie… - uśmiechnął się przebiegle i sięgnął moich ust.
Całował mnie nieco niezdarnie z powodu wlanych w siebie drinków, które widocznie dawały mu się we znaki. Jego niecierpliwe dłonie zaczęły błądzić po moim ciele, wsuwać się pod ubranie. Przeszły mnie elektryzujące dreszcze, których już od dawna nie czułem…
Nie byłem jednak głupi. Wyrwałem się z jego objęć i wręcz siłą ułożyłem go pod kołdrą. Nie zamierzałem uprawiać z nim seksu, kiedy był pijany. To z pewnością skreśliłoby mnie w jego oczach. Dwa piwa to jednak jeszcze za mało, żeby odebrać mi rozum.
Pewnie mnie sprawdzał. Znając życie i przebiegłość Kosukë, gitarzysta mojego zespołu zapewne postanowił wystawić mnie i moje ludzkie odruchy na próbę, a Sena mu uległ. Specjalnie doprowadził się do takiego stanu na moich oczach. Chciał sprawdzić czy go wykorzystam, czy pałam do niego pustym pożądaniem. Gdybym go zawiódł, w najgorszym wypadku znów wylądowalibyśmy razem w łóżku. Nie miał chyba zbyt wiele do stracenia, co? Ostatecznie jednak nie dałem się na to nabrać. W takim razie… co mu to udowodniło?...
No tak, w obecnym stanie nic. Najpierw musiał wytrzeźwieć i zadzwonić do mojego czerwonowłosego gitarzysty, żeby się skonsultować i wyciągnąć z tego wszystkiego jakieś wnioski. Mogłem dać sobie rękę uciąć, że to sprawa Kosukë. On nigdy nie odpuszczał łatwo. Zapewne zależało mu na przetestowaniu mojego „lubienia” gitarzysty Jiluki jeszcze bardziej niż samemu głównemu zainteresowanemu.

***

I tak mijały dnie, tygodnie… Wszystko to przepełnione strachem, że w końcu popełnię jakiś błąd, który sprawi, że Sena nie będzie chciał już widzieć mnie na oczy. Świadomość, że wszyscy popełniamy błędy, a więc moja pomyłka była jedynie kwestią czasu, dobijała mnie. Mogłem się starać, ale z góry wiadomo było, że w końcu i tak kiedyś coś spartolę i koncertowo się wyłożę. Normalna kolej rzeczy… Ktoś mógłby powiedzieć, że to wciąż przecież nie koniec świata. Ludzie wciąż się mylą. Grunt to żeby potrafić podnieść się z kolan, otrzepać spodnie i wzruszyć ramionami, mówiąc: „Nic mi się nie stało”. Gdyby ktoś tak właśnie powiedział, to miałby rację. W końcu ja sam nie raz już wywinąłem popisowego orła. Myliłem się i podnosiłem. Tak miało być i teraz. Więc czego się bałem? Co się zmieniło? Nie obawiałem się samego błędu czy upadku samego w sobie, ale konsekwencji następującym po nim. Wystarczył jeden zły ruch, żeby wszystko zaprzepaścić. Ostre słowa chłopaka z pewnością zabolałyby mnie bardziej niż sama pomyłka. Dobiłyby mnie, przez co podniesienie się byłoby jeszcze trudniejsze. Nie mówię, że niemożliwe, że nie podołałbym mu. Kiedyś w końcu pewnie dźwignąłbym się na nogi, ale domyślałem się, że w takim wypadku potrzebowałbym na to znacznie więcej czasu niż normalnie.
Bo bałem się go stracić.
Mimo iż nawet go nie miałem.
W ostatnim czasie moje dni były wypełnione nie tylko strachem, ale także uganianiem się za muzykiem. Starałem się trzymać blisko, ale w granicach rozsądku, tak, żeby nie poczuł się niekomfortowo. Nie wykonywałem żadnych gwałtownych ruchów. Wiedziałem, że przez to mógłby się do mnie zrazić. Z tej racji po prostu kręciłem się w jego pobliżu, stałem przy jego boku i uczyłem się czerpać z tego radość i satysfakcję. I o dziwo szło mi to bardzo dobrze. Nagle z jakiś niezrozumiałych dla mnie powodów możliwość spędzenia z nim pół godziny na balkonie podczas przerwy, którą zazwyczaj marnowaliśmy na picie kawy, palenie papierosów i rozmawianie o niczym niezobowiązującym, stała się dla mnie dużo atrakcyjniejsza niżby oferta niezapomnianej nocy z dowolną osobą z całego świata, którą mógłbym sobie wybrać. Jego bliskość stała się dla mnie bezcenna. Uspakajała tajfun myśli w mojej głowie, który powstawał w niej za każdym razem, kiedy nie było go przy mnie. Moja hierarchia wartości powoli ulegała zmianie. Zaczynałem doceniać relacje międzyludzkie i ich wpływ na moje samopoczucie.
- Wykorzystujesz go! – usłyszałem zza drzwi ostry głos Ricko.
- Wcale nie – zaprzeczył szybko różowowłosy.
- Wysługujesz się nim na każdym kroku – upierał się wokalista Jiluki. – Zachowujesz się okropnie! Wiesz, że Luvia to też człowiek? Też ma uczucia? Zlituj się trochę nad nim! – burknął.
- No proszę, i kto to mówi – byłem pewny, że gitarzysta przewrócił oczyma. – Wcześniej jakoś miałeś co do tego pewne obiekcje… - wytknął mu.
- Może się pomyliłem? – fuknął wściekle blondyn. – Wtedy byłem na niego zły i nie byłem w stanie wystawić mu obiektywnej oceny – usprawiedliwił się. – Ty jednak nie masz nic na swoją obronę – syknął.
Ricko zawsze był bardzo miłą i empatyczną osobą. Strasznie przejmował się problemami innych – może nawet bardziej niż własnymi. Kiedyś uważałem go przez to za głupka, ale obecnie, zdaje się, że w jakiś sposób nawet mi to imponowało. Czasami żałowałem, że osobą, którą obdarzyłem uczuciem, nie był właśnie wokalista zaprzyjaźnionego zespołu. Może wtedy wszystko byłoby łatwiejsze…
Zważyłem kubek trzymany w ręku, jakby chcąc się upewnić czy nic z niego nie ubyło przez czas, jaki ten zalegał mi w dłoni. Kawa powoli zaczynała stygnąć. Cóż, w takim wypadku musiałem się jednak pospieszyć w jej dostarczeniem…
Energicznie zapukałem do drzwi i bez pozwolenia wszedłem do środka, tym samym przerywając dyskusję toczącą się między dwoma muzykami. Obaj spojrzeli na mnie wytrzeszczonymi w zdziwieniu oczami. Różowowłosy uchylił usta. Podałem mu napój, po którą wcześniej mnie wysłał.
- Chciałem poczekać, aż skończycie rozmawiać, ale trochę wam schodziło i kawa zaczęła stygnąć – wyjaśniłem swoje nagłe wtargnięcie obojętnym tonem głosu. Już chciałem odwrócić się na pięcie i odejść, kiedy nagle głos zabrał blondyn:
- L-Luvia… - wydukał z trudem. – Wszystko słyszałeś? – spojrzał na mnie z autentycznym strachem.
- Tak – przytaknąłem.
- J-ja… - zająknął się. – Przepraszam… - mruknął, spuszczając głowę w geście pokory.
- Niby za co? – spojrzałem na niego z niezrozumieniem. – Przecież nic nie zrobiłeś – wzruszyłem ramionami.
- Ale powiedziałem, że… - urwał zbyt zawstydzony, żeby kontynuować.
- Nie powiedziałeś nic złego – ponownie wzruszyłem ramionami. – Muszę się zbierać – oświadczyłem. – Moja przerwa już prawie dobiegła końca – zakomunikowałem i wyszedłem.
Wciąż czułem na sobie spojrzenie Seny, które było mieszanką niedowierzania ze strachem. Kiedy odwracałem się, zauważyłem jeszcze jego jakby pobladłą twarz. Wyglądał jakby wystraszył się nie na żarty… pytanie tylko czego?
Czyżby myślał, że nie byłem świadom tego, co ze mną robił? Doskonale wiedziałem, na co się zgadzałem i na co mu pozwalałem. Czy przeszkadzało mi to? W jakimś stopniu na pewno. Łatwiej było być egoistą, ale z drugiej strony będąc snobem mogłem kochać tylko siebie. W chwilach zwątpienia we własne możliwości i słuszność działań zostawałem sam. Byłem samotny. Dlatego chyba lepiej było już kochać kogoś. Cudza obecność w moim życiu, chociażby tak śladowa jak gitarzysty Jiluki, była w jakimś sensie pocieszająca.
Właściwie to już od jakiegoś czasu nawet nie marzyłem o tym, aby stać się kimś bliższym dla różowowłosego. Zadawalałem się samą jego obecnością. A przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić. Za bardzo bałem się odrzucenia i bólu, żeby spróbować się do niego zbliżyć. Za bardzo bałem się stanąć twarzą w twarz z porażką. W końcu on się mną nie interesował, a ja tak właściwie nie miałem nic, czym mógłbym to zmienić. Poza tym wciąż postawałem czarnym charakterem. Nie zasługiwałem na happy end. Nawet we własnym mniemaniu.

***

Zaskakujące, jak wiele może się zmienić w krótkim okresie czasu. Wystarczy zaprzestać na jakiś czas jakichkolwiek aktywności seksualnych i ludzie nagle z powrotem zaczynają cię traktować, jakbyś należał do ich gatunku. Huh, a mówią, że seks to naturalna sprawa… jak widocznie nie dla wszystkich. Albo przynajmniej nie wypadało mówić o tych „naturalnych sprawach” głośno, a jako że ja nieświadomie załamałem to tabu, to musiałem ponieść tego konsekwencje.
Nawet Kosukë zmienił do mnie swoje nastawienie. Odkąd przeprosiłem jego siostrę, zaczął zachowywać się inaczej. Miałem wrażenie, jakby na jego twarzy malowała się ulga.
Bo prawdą było, że głównym powodem nienawiści gitarzysty był fakt, iż przespałem się z jego siostrą, a potem potraktowałem ją jak wszystkich innych. Ona się we mnie zakochała, a ja pozostałem bezdusznym dupkiem i ją odrzuciłem. Ponoć wtedy jeszcze czerwonowłosy dzielił z nią mieszkanie, więc musiał wysłuchiwać jej lamentów odnośnie złamanego przeze mnie serca. Jeśli dziewczyna przechodziła przez coś chociażby podobnego do tego, z czym mnie przyszło się borykać, to naprawdę współczułem i jej, i jej bratu. Więc były to autentyczne przeprosiny. Żałowałem tego, co zrobiłem. Co prawda nawet gdybym mógł cofnąć czas, nie zmieniłbym ani jej, ani swoich uczuć, jednak przynajmniej mogłem być delikatniejszy z odrzuceniem jej względów…
Teraz przynajmniej już rozumiałem, dlaczego Kosukë tak bardzo mnie nie znosił. Nie chodziło już nawet o to, że zraniłem jego ukochaną, młodszą siostrzyczkę, ale o to, jakie jemu samemu zgotowałem piekło. Ja przynajmniej mieszkałem sam, więc moich dziwnych zachowań i zmiennych humorów wywołanych niepewnością emocjonalną nie musiał nikt oglądać. Gitarzysta jednak miał zapewnione miejsce w pierwszym rzędzie, kiedy podobny show odstawiała jego siostra. Najłatwiejszym sposobem, żeby uniknąć kłopotu było ominięcie przedstawienia, jednak ten nie mógł sobie na to pozwolić. W końcu to była siostra. Bliska rodzina. Musiał ją wspierać, kiedy ta chodziła po ścianach, zbierało jej się na płacz, a zaraz potem robiła awanturę o nic, kiedy nie jadła całymi dniami, a potem nadrabiała to, pożerając od razu hurtowe ilości… a przynajmniej ja miałem takie „objawy”. Mogłem tylko domyślać się, jak ona mogła zareagować na moje odrzucenie. Wszak każdy mógł przechodzić przez coś podobnego na swój sposób.
Odgarnąłem wilgotne włosy z twarzy. Przemoknięty papieros przygasł i nie chciał się tlić. Westchnąłem poirytowany i wrzuciłem go do popielniczki. Nie mogłem dojść z sobą do ładu. Im dłużej cała ta sytuacja z Seną się ciągnęła, tym gorzej ze mną było…
Człowiek to taka dziwna istota… i taka skomplikowana…
- Hej – usłyszałem za sobą. Zdziwiony odwróciłem się.
- Co ty tu robisz? – zapytałem zachrypniętym głosem. – Zmokniesz… - mruknąłem. Różowowłosy wzruszył ramionami.
- Skoro tobie nie przeszkadza moknięcie, to mnie również – oparł się o mokrą barierkę obok mnie.
- Przeziębisz się – ostrzegłem i zdjąłem z siebie bluzę, narzucając ją na chłopaka. Może nie było to zbyt pomocne, ale w gruncie rzeczy chyba lepsze niż nic…
- A ty? – spojrzał na mnie ciekawsko. – Ach, no tak, ty już jesteś chory – cmoknął z niezadowoleniem. – Powinieneś wrócić do domu i odpocząć – poradził.
- Nic mi nie jest – zbyłem go, próbując odpalić kolejnego papierosa. Na próżno.
- Właśnie widzę – prychnął, przewracając oczyma. Zaraz jednak przysunął się i okrył mnie moją własną bluzą, tak, że teraz obaj staliśmy pod prowizorycznym zadaszeniem. – Mówię poważnie, Luvia, nie powinieneś ignorować siebie – odezwał się łagodnie. – Popadasz ze skrajności w skrajność. Raz jesteś samolubny, a raz kompletnie się ze sobą nie liczysz – spojrzał na mnie zmartwiony. – I nawet nie zaprzeczaj! – uprzedził mnie, nim zdążyłem się odezwać. Już wiedział, co chciałem powiedzieć. – Właściwie… - westchnął. – Nie jesteś znowu taki zły… - uśmiechnął się i oparł głowę na moim ramieniu. Zdziwiłem się na ten gest.
- Do czego dążysz? – dopytywałem.
- Ludzie rzadko się zmieniają… a może raczej robią to bardzo powoli i przychodzi im to z trudem. To dlatego chyba duża część z nas w ogóle nie wierzy, że ludzie potrafią się zmienić – zaczął okrężnie. – Ja myślałem, że ludzie się nie zmieniają – spojrzał mi w oczy z jakąś skruchą. – Ja myślałem, że ty się nie zmienisz… - przyznał i w końcu spuścił wzrok zawstydzony. – Przepraszam, że w ciebie zwątpiłem…
- Nie ty pierwszy, nie ty ostatni – parsknąłem, choć wcale nie było mi do śmiechu. Gitarzysta zdawał się to podświadomie wiedzieć, bo nie zaśmiał się. Spojrzał na mnie karcąco.
- Nie mów tak – ściągnął brwi. – Wykazałeś się dużą wytrwałością  i cierpliwością. Należy ci się coś w zamian – jego wyraz twarzy złagodniał. Uśmiechnął się delikatnie i stanął na palcach, żeby krótko musnąć moje usta. – Więc… Więc gdybyś wciąż był zainteresowany – zaczął nieco niepewnie – to mam dzisiaj wolny wieczór – uśmiechnął się na zachętę, jednak w jego oczach mogłem dostrzec czającą się niepewność. Nie wiedział czy wciąż chciałem się z nim spotykać, czy zdążyłem się już nim znudzić.
- Czekaj, moment… - ściągnąłem brwi w niezrozumieniu. – Więc właściwie… to ty chcesz…? – urwałem, gdyż jakoś nie mogłem w to uwierzyć. Chyba coś tu źle zrozumiałem…
- Oh, do ciebie to jednak trzeba wielkimi literami – westchnął, ale zaraz się uśmiechnął. Palcem rysował na mokrej balustradzie miniaturowy, schematyczny rysunek parasolki, pod którą widniały litery „L” i „S”*. Woda jednak spływała po barierce, rozmazując jego próby artystyczne. Niezrażony muzyk wciąż uparcie powtarzał swoje ruchy. – Chcę się z tobą umówić – oświadczył jasno.


*W Japonii jest to symboliczny wyraz miłości taki, jak u nas wyryte inicjały z serduszkiem. 

"Książę z bajki" cz.10

„Książę z bajki” cz.9

Kopnięcie.
Lewy prosty.
Prawy od dołu.
Uskok.
Nie ma ludzi „bez serca”. W jakimś stopniu wszyscy o coś dbamy i wszystkim nam na czymś zależy. Wydaje się to być rzeczą oczywistą, ale kierowani przez emocje ludzie często zapominają o oczywistych rzeczach. Z tej racji w pewnym momencie mojego życia mnie również został przypisany podobny przydomek, mimo iż nawet nie wiedziałem, dlaczego tak się stało ani kto tak właściwie to zrobił.
Lewy prosty.
Jeszcze raz.
Prawy z góry.
Czasem wydaje mi się, że ludzie nazywani w podobny sposób cierpią jeszcze bardziej niż wszyscy inni. No bo jednak coś musi być na rzeczy, skoro nie okazywali swoich uczuć i emocji tak jak cała reszta świata, prawda? Niestety, zamiast pomocy czy zainteresowania zostawali zarzuceni gradem obelg i bolesnych słów, które tylko jeszcze bardziej odwodziły ich od pomysłu zakładającego otworzenie się przed jakąkolwiek osobą postronną.
Tak było ze mną.
Kolano.
Prawy prosty.
Lewy od dołu.
Wszyscy dzielimy te same uczucia i emocje. Wszyscy czujemy radość, smutek, złość… Dlaczego więc ludzie postrzegali mnie jako osobę „bez serca” tylko ze względu na to, że mnie częściej przychodziło zmierzyć się z tymi dwoma ostatnimi uczuciami? Czy to była moja wina? Albo przynajmniej tylko i wyłącznie moja wina? Nie bardzo wiedziałem, jak cały ten system działał, ale nawet nowopoznane osoby zaledwie po kilku spojrzeniach potrafiły z kretesem stwierdzić, iż bliżej mi było do bestii niżby człowieka. Bliżej mi do potwora – do rodzaju nijakiego niżby jakiegokolwiek innego.
A to bolało.
Niestety, tylko w bajkach bestia mogła znaleźć sobie piękną księżniczkę i na końcu zamienić się w urodziwego księcia. W prawdziwym życiu potwór był szczuty przez ludzi aż oddalał się od ich siedliska, zaszywał się w najodleglejszej części lasu i wsłuchiwał się w straszne opowieści o samym diable mieszkającym w owym lesie, którymi matki i babki straszyły dzieci, podczas gdy on tylko siedział. Siedział i nic nie robił. Może czasem zdarzyło mu się westchnąć. Albo poczuć smutnym. Lub samotnym.
Następne kopnięcie wyprowadziło z równowagi sapiącego jak parowóz młodzika, który nosił dumny tytuł „asystenta trenera”. Chłopaczek odrzucił od siebie ochraniacz, w który uderzałem już od dłuższego czasu i z trudem wywindował się do pozycji siedzącej. Wyciągnąłem do niego rękę w geście pomocy, jednak ten tylko wyniośle uniósł głowę i sam dźwignął się na rozchwiane, drżące nogi.
Ale koniec końców i tak wyjdzie, że to ja jestem ten zły i niedobry, nie? Bo przecież dałem chłopakowi wycisk, za dużo od niego wymagałem, a to przecież dopiero stażysta… O tym, że wyciągnąłem do niego pomocną dłoń to już nikt nie będzie pamiętał, a nawet jeśli, to nikt nie raczy o tym wspomnieć, nie? W końcu nikt nie liczy zalet bestii. W tym wypadku wszyscy potrafią dostrzec tylko i wyłącznie wady.
Wywróciłem oczyma i ściągnąłem rękawiczki, które chroniły moje dłonie przed otarciami. Gestem ręki odprawiłem asystenta trenera i odrzuciłem ochraniacz na swoje miejsce. Rozejrzałem się po sali w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zwrócić moją uwagę. Co by tu jeszcze zrobić?... To wszystko jeszcze wciąż za mało. Może sztanga?
Jakoś podczas edukacji w szkole średniej odkryłem, że sport był niezłym sposobem na wyładowanie złości. Od tamtej pory stałem się regularnym bywalcem siłowni. Może to kogoś zdziwi, ale nawet kiedy boksowałem worek lub ćwiczyłem z trenerem, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyobrazić sobie, jakobym po prostu uderzał kogoś, kto mnie zdenerwował, kogo nie lubiłem… Nie tak to działało. Przynajmniej w moim wypadku. Ćwiczenia wymagały skupienia, a więc pozwalały oderwać się od nieprzyjemnych myśli. Ból fizyczny uwalniał od bólu psychicznego. Zmęczenie po treningu nie pozwalało na roztrząsanie przeszłości i pieklenie się w nieskończoność. Wyrzut endorfiny towarzyszący świadomości, iż podczas danej sesji udało mi się zrobić więcej i szybciej, odwracał uwagę od problemów dnia codziennego.
W ostatnim czasie musiałem przyznać, że nieco się opuściłem, gdyż ze względu na koczującą w moim mieszkaniu matkę byłem niejako uziemiony – zupełnie tak jakbym wrócił do lat nastoletnich, kiedy otrzymywałem szlabany. Teraz jednak zrehabilitowałem się i w końcu wróciłem na siłownię, co obecnie mogłem nazwać wręcz zbawczą decyzją, nawet jeśli rwanie w plecach podczas wykonywania martwego ciągu było praktycznie nie do zniesienia.
Położyłem się na drewnianym parkiecie, wlepiając ślepe spojrzenie w podwieszany sufit. Ostatni raz wypchnąłem sztangę biodrami i opadłem z głuchym hukiem na podłogę. Dyszałem ciężko, próbując uregulować oddech. Tak, czasem dobrze było o niczym nie myśleć…

***

- Ile ty jesz! – wykrzyknął oburzony Daichi. – Czy ty masz czarną dziurę zamiast żołądka? – prychnął rozgniewany. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. – Przy takiej ilości kalorii powinieneś przypominać zawodnika sumo! – wycelował we mnie oskarżycielsko palcem.
Ano tak, gitarzysta nigdy nie był przesadnym zwolennikiem wysiłku fizycznego, dlatego też od dłuższego już czasu liczył kalorie i odmawiał sobie wielu rzeczy, podczas gdy ja najzwyczajniej w świecie obżerałem się na jego oczach. No jak ja mogłem być tak okrutny? A pomyślał ktoś może o tym, że po prostu byłem głodny po treningu? Nie, bo po co? Przecież Dai i jego dieta opierająca się na listku sałaty i dwóch plasterkach ogórka dziennie była ważniejsza. Bo przecież on należał do tej uprzywilejowanej grupy ludzi „akceptowalnych”, podczas gdy ja zdecydowanie byłem „bestią”. Bezmózgą kreaturą, której teraz akurat włączył się tryb odkurzacza. Biedny muzyk musiał na to wszystko patrzeć i się denerwować. Skoro już chciałem się tak karygodnie obżerać, to przynajmniej powinienem się gdzież tym schować, prawda?
Powołuję się na miłość do moich dwóch kotów, więcej nie idę z nimi na obiad…
- Serio, Hiro, może powinieneś zacząć zastanawiać się nad tym, co jesz – podsunął Cazqui. – Wiesz, póki jesteś młody i masz jeszcze szybki metabolizm, to wszystko jest w porządku, ale potem będzie już tylko gorzej…
Oho, zaczyna się! Najpierw radzenie, a potem czarnowidztwo! Cholera, jak ja kocham ten świat i ludzi… A niby to ja tu jestem tym negatywnym bohaterem, nie?
- Rozważę to – mruknąłem, sięgając po napój.
Odłożyłem pałeczki, jednocześnie tłumiąc ziewnięcie. Po sytym posiłku zachciało mi się spać. Chłopcy dyskutowali o czymś zawzięcie, Daichi wciąż prawił mi jakieś wytyczne odnośnie mojej diety, a ja sobie z tego nic nie robiłem. Zastanawiałem się czy gdybym się uparł, to udałoby mi się zrobić jeszcze jedną serię pompek…
- Jesteś bez serca! – fuknął rozsierdzony gitarzysta.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – zaśmiałem się gardłowo.
Z jakiej racji on mógł powiedzieć, że ja jestem bez serca i nikt nie zwrócił mu przy tym najmniejszej uwagi? Gdybym ja porwał się na coś podobnego w rewanżu, nie zdziwiłbym się, gdyby Dai rozpłakałby się, a reszta zespołu w ramach kary postanowiłaby przerobić mnie na mielone. Bo w sumie dlaczego nie, prawda? Coraz częściej łapałem się na myśleniu, że tym światem rządziło mnóstwo zasad, których nie pojmowałem. Najbardziej jednak dręczył mnie fakt, iż nie każda z owych reguł działała w dwie strony, przez co czasem zdarzało mi się łamać dobry ton i wychodzić na bydlaka. Co dziwne jednak, z czasem, im starszy się stawałem, zamiast pojmować coraz więcej, ja rozumiałem z tego wszystkiego coraz mniej. Czasami wydawało mi się, że nie pasuję do otaczającej mnie rzeczywistości tak bardzo, że to aż ciężko opisać. Wyróżniałem się jak skarpetki pośród masy wspaniałych, bożonarodzeniowych i noworocznych prezentów. Sam mój widok rozczarowywał i sprawiał, że ludzie krzywili się. Może to właśnie dlatego traktowali mnie w taki, a nie inny sposób…? Ale czy to moja wina, że przyszło mi być zwykłą parą skarpet zamiast nowym laptopem czy biletem na dwutygodniowe, opłacone z góry wakacje na Karaibach? Serio, gdybym tylko mógł, to bym się zmienił… gdybym tylko wiedział jak…
Niemniej, nie da się ukryć, że nie znajdywałem się w jakiejś naprawdę podbramkowej sytuacji. Jakby nie patrzeć, dookoła mnie było mnóstwo osób, które borykały się z większymi problemami, które miały ciężej w życiu ode mnie. Przykładem takiej osoby mogłaby być choćby moja matka – wdowa z dwójką synów, którym robiła za oboje rodziców. Jakby tego mało, przynajmniej jeden z jej synów (tak, o mnie chodzi) wyrósł na godnego pożałowania dupka, za co, rzecz jasna, moja rodzicielka srogo się obwiniała. W jej własnym mniemaniu poniosła klęskę wychowawczą. To głównie z tego powodu zdecydowała się przyjechać do Tokio po telefonie od Cazquiego. Drugi syn, mój brat, może już był nieco lepszym materiałem, który także bardziej przypominał istotę ludzką, jednak z kolei jego żona była totalną porażką. Matka nie znosiła swojej synowej i z wielką chęcią z pewnością by ją zamordowała, gdyby tylko mogła… a ja w sumie z chęcią pomógłbym jej w tym zadaniu…
No, ale nie rozwodząc się dłużej nad problemem mojej rodziny samym w sobie oraz przechodząc do sedna, chciałem powiedzieć tylko, że nie miałem znowu aż tak źle. Właściwie to prowadziłem życie, jakiego wielu z pewnością mogłoby mi pozazdrościć. Niestety, moim głównym problemem był fakt, iż byłem pesymistą, który nie potrafił przejść obojętnie wobec żadnego problemu. Problemy pojawiają się na drodze każdego człowieka i nie ma w tym nic dziwnego. Jest pewien typ ludzi, którzy mają w sobie tą siłę, żeby być ponad to, co ich boli. Ja byłem ich zupełnym przeciwieństwem. Jakby na przekór sam sobie drapałem i dłubałem w każdym, nawet najmniejszym zadrapaniu, nie pozwalając zagoić się ranom powstałym po ciosach życia. W ten oto sposób zamiast z niewielkim skrzepem musiałem borykać się z niechcącą zabliźnić się, ropiejącą raną. Na własne życzenie. Od po prostu taki byłem. Czy to się nazywa masochizm?
A może zwyczajnie słabość, co?...
W takich chwilach zdawało mi się, że niechęć, która biła do mnie od innych nie była znowu taka nieuzasadniona. Może nie byłem święty, ale nie byłem też najgorszym sukinsynem na świece – niestety, zwyczajnie byłem słaby. Czy było to aż tak łatwe do zauważenia i to właśnie z tego powodu ludzie byli tak dla mnie nieprzychylni? A jeśli tak, to jak to zmienić? Siłę fizyczną można nabyć przez bywanie na siłowni. Ale jak zdobyć tę psychiczną? Są na to jakieś ćwiczenia? Zajęcia grupowe czy magiczne przyrządy? Może powinienem zacząć oglądać telezakupy, żeby się o tym przekonać…
- Hiro – odezwał się Masa, wyrywając mnie tym samym z letargu – napój… - mruknął, a ja dopiero zorientowałem się, że szklanka, która cały czas trzymałem w ręku przechyliła się, przez co na podłodze powstała już sporych rozmiarów kałuża.
Ups…
Wiedziałem, żeby nie zamyślać się w miejscu publicznym…

***

Obudził mnie powiew zimnego powietrza. Rozejrzałem się zaspany w poszukiwaniu jego źródła, którym okazało się być uchylone okno. Chciałem podnieść się z kanapy, na której najwyraźniej zasnąłem, jednak lewa ręka, na której chciałem się podeprzeć była zdrętwiała do tego stopnia, iż nie mogłem nawet nią ruszyć. Chwilę potem zorientowałem się, że nie tylko była ona zdrętwiała, ale właściwie to została unieruchomiona.
Na moim przedramieniu leżała Setsuko, która opatuliła się połami mojej rozpiętej bluzy niczym kocem. Wtuliła małą twarzyczkę w mój tors, owiewając moją skórę ciepłym oddechem oraz niemal muskając ją wciąż lepkimi, po najwidoczniej niedawno jedzonych słodyczach, ustami. Niewielkie piąstki zaciskały się na mojej koszulce. Jakoś dziwnie rozczulony wpatrywałem się w pogrążoną we śnie, rozanieloną dziewczynkę. Ta, dzieci chyba jednak nie były takie złe jak myślałem… W każdym razie z czasem powoli zaczynałem rozumieć tę chęć poświęcenia się dla drugiej osoby, którą zazwyczaj pałali rodzice do dzieci. To po prostu… naturalne, że chcesz chronić taką małą, drobną i niewinną istotkę…
Zamarłem w dość niewygodnej pozycji, żeby nie obudzić małej. Nie mogłem się jednak powstrzymać, żeby nie wyciągnąć drugiej, wolnej ręki i nie pogłaskać jej po głowie. Słysząc jej rytmiczny, głęboki oddech czułem się spokojny jak jeszcze nigdy wcześniej. Cała jej postawa zdradzała, że dziewczynka czuła się bezpiecznie w moim towarzystwie. Ta świadomość wywołała u mnie uśmiech na ustach.
Zacząłem analizować całą sytuację, w której się znaleźliśmy. Po obiedzie z zespołem rozbolała mnie głowa, dlatego postanowiłem na moment się położyć i przymknąć oczy… przy czym wyszło na to, że zasnąłem, tym samym bezczelnie obijając się w pracy. Setsuko musiała zakraść się do mnie po cichutku i wtulić we mnie, kiedy mocno już spałem. Ale co ona robiła w studiu? Daichi przyprowadził córkę do naszego miejsca pracy tylko raz, ten pamiętny raz, kiedy przedszkole na jego osiedlu było zamknięte, przez co przyszło mi wtedy bawić się w wujka po raz pierwszy. Nigdy wcześniej ani później jej nie przyprowadzał – głównie dlatego, że studio nagraniowe nie było odpowiednim miejscem dla dzieci, a poza tym mała przecież jako-tako nie miała tu prawa wstępu. Co to się stało, że ta mała, różowa księżniczka ponownie znalazła się w moich objęciach?
Nim zdążyłem chociażby zacząć zgadywać, wtem drzwi otworzyły się z hukiem. Wystraszony drgnąłem, a dziewczynka aż podskoczyła ze strachu, zaciskając spocone dłonie na moim podkoszulku jeszcze mocniej. Chwilę potem rozpłakała się rzewnie.
W progu drzwi stał Daichi w obstawie dwóch ochroniarzy budynku. Muzyk dyszał ciężko i miał zaróżowione policzki.
- Tu jest! – krzyknął, zupełnie nie zwracając uwagi na płacz przestraszonej latorośli. – Znalazłem ją!
- Czego się drzesz, idioto?! – warknąłem na niego, przygarniając do siebie dziecko. – Nie widzisz, co narobiłeś? – syknąłem.
- Setsuko! – krzyczał rozemocjonowany gitarzysta, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co do niego mówiłem. – Postawiłem całe studio do góry nogami, żeby cię znaleźć! Nie możesz tak uciekać! – zganił ją, na co ta rozpłakała się jeszcze głośniej. – Czy ty chcesz, żebym z twoją matką zawału dostał?!
- Ucisz się wreszcie! – potraktowałem go morderczym spojrzeniem. – Nie widzisz, że tylko pogarszasz sytuację? – fuknąłem, gładząc uspakajająco małą po włosach i plecach.  Wywindowałem się z nią do pozycji siedzącej, sadzając ją sobie na kolanach. Pozwoliłem, żeby dziewczynka wtuliła się w mój bark i moczyła moje ubranie krokodylimi łzami. – Teraz jesteś z siebie zadowolony? – prychnąłem.
- Nie udzielaj się – burknął. – Nie ty jesteś jej ojcem – wypomniał mi. – Poza tym, co ty sobie myślałeś? Siedziałeś tu nic nie robiąc, a mnie stąd mało nogami do przodu nie wywieźli! – lamentował.
- To było pilnować dziecka – „zauważyłem”. W Daim aż zagotowało się ze złości na te słowa.
- Kiedy ta zwiała! – wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. – Umówiłem się z jej matką, że ta przyjedzie po małą na parking pod studiem, żeby ją ode mnie odebrać, ale kiedy tylko rozpiąłem jej pasy, ta poszła w długą! – sapał ciężko z nerwów. – Wbiegła do budynku i nie mogłem jej znaleźć! Kazałem wszystkim jej szukać! Już myślałem, że stało się coś złego! – wyjaśnił.
Setsuko cały czas pochlipywała, wycierając łzy o moją koszulkę. Demonstracyjnie odwróciła głowę w drugą stronę, tak, żeby nie patrzeć na ojca.
- To prawda? – zapytałem spokojnie. Dziewczynka nie odpowiedziała tylko mocno zacisnęła oczy, krzywiąc się w płaczliwym grymasie. – Setsuko… - westchnąłem. – Napędziłaś tacie stracha – starałem się przemawiać łagodnie, żeby dodatkowo nie pogorszyć jej stanu. – Tata zaczął krzyczeć, bo się przestraszył, a nie dlatego, że jest zły – próbowałem ją jakoś uspokoić. Dziecko niepewnie rzuciło okiem na rodzica, który cały czas ściągał brwi w gniewnym wyrazie. Na ten widok z powrotem odwróciło spojrzenie. – Brawo, Daichi – warknąłem do chłopaka, który na mój przytyk jedynie przewrócił oczyma i założył ręce na piersi. – No już, nie płacz – odsunąłem ją nieco od siebie i otarłem łzy z jej pyzatych policzków. – Dlaczego uciekłaś od taty? – zapytałem.
- Bo… bo ja n-nie chcę… być z tatą!... – wydusiła z siebie z trudem, na co oczy gitarzysty rozszerzyły się w zdumieniu. – Ani z mamą! – dodała.
- Dlaczego? – dociekałem, sam będąc niemniej zdziwionym niż chłopak.
- Bo… oni… oni nie mają czasu! – wykrzyknęła. – I nie zajmują się mną! Cały czas pracują! A ja muszę oglądać bajki! – zawyła żałośnie. – A ja nie chcę! Chcę być z wujkiem! Wujek się ze mną bawi! – znów rozpłakała się na dobre, ukrywając twarz w moim torsie. W odpowiedzi bez słowa jedynie objąłem ją ciaśniej.

***

- Myślę, że musisz porozmawiać ze swoją byłą – wyraziłem swoją opinię. – Nie chcę za bardzo się wtrącać czy cię pouczać, ale wygląda na to, że małej mocno doskwiera fakt, iż nie jesteście już razem – zauważyłem, wskazując brodą na dziewczynkę, która znów zasnęła; tym razem wyczerpana po długim płaczu.
- Może masz rację… - westchnął muzyk. – Hiro… - zająknął się widocznie zmieszany. Oderwałem spojrzenie od trzylatki, przenosząc je na jej ojca.
- Hm? – mruknąłem przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i zakładając ręce na piersi.
- Właściwie… to jestem winny ci podziękowania… i przeprosiny – przyznał, drapiąc się po karku w nieporadnym geście. – Wiem, że sprawiłem ci dużo kłopotów z Setsuko, ale ona naprawdę się do ciebie przywiązała…
- Nawet jeśli zastanawiasz się, jak to w ogóle możliwe, bo mnie przecież nawet bakterie i wirusy się nie czepiają – prychnąłem, przerywając mu i przewracając oczyma.
Zaśmiałem się, choć jak zwykle w takich sytuacjach, nie było mi do śmiechu. Niby w jakiś sposób żartowałem sam z siebie, jednak każde podobne stwierdzenie padające z moich własnych ust było dla mnie niemalże tożsame ze smagnięciem bata. Sam zadawałem sobie rany, którym potem na domiar złego nie pozwalałem się zagoić…
Daichi nie zaśmiał się. Jemu również jakoś nie było do śmiechu. Nie puścił nawet tej uwagi mimo uszu tylko skarcił mnie spojrzeniem. Wbił we mnie morderczy wzrok, zupełnie tak jakbym obraził jego latorośl czy jego samego, a nie… siebie samego.
- Przestań – burknął. – Mówię poważnie – zagryzł wewnętrzną stronę policzka. – Przepraszam za wszelkie kłopoty i dziękuję za twoją pomoc – powiedział patrząc mi prosto w oczy. – Naprawdę bardzo mi pomogłeś – usilnie starał się utrzymać ze mną kontakt wzrokowy, co w pewnym stopniu było przejawem odwagi z jego strony.
- Nie masz, za co mi dziękować – machnąłem lekceważąco ręką. – Nic nie zrobiłem – wzruszyłem ramionami.
- No właśnie o to chodzi, że zrobiłeś – argumentował. – Setsuko nie chce zostawać z nikim innym niż z tobą. Mówi, że nie lubi Masy i Natsu, a Caza się boi… - mruknął nieco zmieszany. – Nawet prywatna opiekunka, którą opłacamy na spółę z moją byłą, jej nie odpowiada. Chętnie zostaje jedynie w przedszkolu i z tobą – wyznał. – Słuchaj… - niemal jęknął. – Wiem, że jestem upierdliwy jak wrzód na dupie i cały czas zawracam ci głowę, ale… ale chyba bez twojej pomocy się nie obędę – w końcu spuścił wzrok, uważnie lustrując czubki swoich butów. – Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem beznadziejnym ojcem… - próbowałem zaprzeczyć, jednak gitarzysta ubiegł mnie i nie pozwolił mi się wciąć. – Nie, Hiro, serio, wiem, jak jest… Cóż, nie jest tajemnicą, że po prostu wpadliśmy z moją dziewczyną. Oboje jesteśmy za młodzi na dzieci i nie znamy się na ich wychowywaniu – rozłożył bezradnie ręce. – Jakby tego było mało ja w końcu miałem dość, doprowadziłem do którejś z rzędu kłótni i wyszedłem z trzaskiem drzwi, zostawiając ją z dzieckiem samą. Jasne, zabieram raz na jakiś czas Setsuko, kupuję jej ubrania, zabawki… ale to nie do tego sprowadza się rola rodzica – pokręcił głową z dezaprobatą dla samego siebie. – Ani ja nie jestem dobrym ojcem, ani ona dobrą matką – westchnął. – Nie potrafimy stworzyć naszej córce rodzinnej atmosfery, w której czułaby się dobrze. Potrafimy jej tylko zapewnić dobra materialne, bo to jest prostsze zadanie – cmoknął z niezadowoleniem. – Ty tymczasem dajesz jej coś, czego my nie potrafimy. Ona po prostu do ciebie lgnie – uśmiechnął się delikatnie pod nosem. – Dajesz jej to ciepło i poczucie bezpieczeństwa, którego szuka każde dziecko… którego szukamy my wszyscy – dodał nieco ciszej. – Hiro, zrozum, ona ma dopiero trzy lata, a już ode mnie zwiewa! A co będzie, kiedy będzie miała trzynaście? Albo siedemnaście? Nie chcę stale przesiadywać na komisariacie, martwiąc się czy tym razem też przyprowadzą ją w jednym kawałku lub czy w ogóle ją znajdą… - na jego twarzy malował się ucisk żalu i troski.
- Myślę, że trochę przesadzasz – próbowałem przerwać jego samonakręcający się, depresyjny monolog. – Może trochę ci nie wyszło z tą dziewczyną, ale chyba jeszcze nie jest za późno, żeby spróbować odratować waszą relację, prawda? – uśmiechnąłem się lekko na zachętę. – Poza tym Setsuko to jeszcze małe dziecko. Ani wy nie zdążyliście go jeszcze skrzywdzić, ani jej przywiązanie do mnie o niczym nie świadczy – rozłożyłem ręce. – To, że przyszła do mnie nie oznacza, że cię nie kocha, że zrobiłeś coś źle albo że stawia mnie ponad tobą – próbowałem przemówić mu do rozsądku. – Ja jestem tylko „pseudo-wujkiem”, podczas gdy ty jesteś ojcem – wycelowałem w niego palcem. – Jestem tylko przypadkową osobą, która wmieszała się w jej niedługie życie. Pewnie zniknę z niego tak samo jak i się pojawiłem – wzruszyłem ramionami. – Ale ty zostaniesz. Myślę, że nawet ona to rozumie. Jakby nie patrzeć, ojciec w życiu córki zawsze jest mężczyzną stawianym na piedestale – szturchnąłem go w bok. – Nie musisz się obawiać. To jeszcze nie jest ten czas, w którym już ją tracisz – zaśmiałem się.
- Taa, potem znajdzie sobie chłopaka, męża i to on będzie na piedestale… - mruknął niezadowolony.
- Ale to wciąż odległa przyszłość – przypomniałem mu. – Poza tym ty jesteś pierwszym facetem, który pojawił się w jej życiu – zauważyłem. – Nie masz żadnych powodów do czucia się zdetronizowanym – parsknąłem.
- Do czasu – fuknął, choć nie umknęło mojej uwadze, iż brunet odzyskał już nieco humoru. – Ja już teraz muszę wysłuchiwać o waszym ślubie – westchnął. – Wiesz, jak ona potrafi to wszystko barwnie opisać? Aż czasami jak cię widzę to mam ci ochotę nawrzucać i najlepiej jeszcze przywalić – wyszczerzył się zaczepnie.
- Co? – wydusiłem z siebie zdziwiony.
- No, szykuj się – gitarzysta zaśmiał się. – Po hucznym weselu zamieszkasz w różowym zamku z tęczową fosą – przestrzegł, po czym parsknął śmiechem.
- Nie przyznawałem się do tego otwarcie, ale zawsze o tym marzyłem – odpowiedziałem, również się śmiejąc. – Widzisz, kobiety to jednak mają jakiś taki szósty zmysł czy coś w tym rodzaju… podświadomie wyczuwają, czego tak naprawdę pragniesz – pokręciłem głowa z niedowierzaniem.
- Chcesz powiedzieć, że między tobą a moją córką wywiązała się tak silna więź, że już niemal komunikujecie się telepatycznie? – spojrzał na mnie z ukosa.
- To się nazywa miłość, „tato” – parsknąłem i zaniosłem się śmiechem. Aż zgiąłem się w pół nie mogąc nabrać tchu, podczas gdy Dai znów miażdżył mnie spojrzeniem.
- Nie pozwalaj sobie za dużo… - warknął.

***

- Nieprawda! – oburzyła się dziewczynka wciąż lekko sepleniąc. – Wujek Hilo jest mój!
- Ale on nie może zostać twoim mężem, kiedy jest już wujkiem – argumentował Crena.
- Może! – kłóciła się zaciekle. – Wujek, powiedz mu coś! – jęknęła płaczliwie, wskazując palcem na bruneta.
- Weź się nie kłóć, co? – spojrzałem z politowaniem na Ketsuekiego, który irytował dziecko od samego rana.
- Ja jej tu wykładam podstawy, na których opiera się nasza rzeczywistość – burknął chłopak, zakładając ręce na piersi.
- Nieprawda! – Setsuko ponownie krzyknęła. – Nieprawda! Prawda, że to nieprawda, wujku Hilo? To nieprawda, co on mówi, prawda? – spojrzała na mnie wielkimi oczami.
- Prawda – mruknąłem, po czym sięgnąłem po swoją kawę, nie chcąc kontynuować tej rozmowy, która prowadziła do nikąd.
- A wiesz, że żeby się z kimś ożenić to trzeba tę osobę mocno kochać? – kontynuował początkujący muzyk, za co miałem ochotę złapać go za kark i walić jego głową raz za razem o blat stołu, dopóki głupi pomysł podpuszczania trzylatki nie wypadnie mu z tej pustej mózgownicy.
- Ale ja kocham wujka! – wykrzyknęła i uśmiechnęła się szeroko.
- A on ciebie?
- Wujek też mnie kocha! – dziewczynka aż stanęła nogami na krześle. – Prawda, wujku? Kochasz mnie, prawda? – uwiesiła mi się na szyi.
- Prawda, prawda – mruknąłem, delikatnie gładząc ją po plecach. – Setsuko – odezwałem się, nim Crena zdążył wyjechać z kolejnym, genialnym tekstem – masz tu pieniążek – wcisnąłem jej w dłoń monetę. – Idź do automatu i wybierz sobie coś słodkiego – poleciłem.
Może nie było to zbyt dydaktyczne zagranie, jednak chciałem chociażby na chwilę odseparować od siebie tę dwójkę. Ucieszona latorośl Daichiego zeskoczyła z krzesła z furkotem halek różowej sukienki i radośnie skierowała się skocznym krokiem do stojącej nieopodal maszyny ze słodkościami. Trzylatka była już mistrzynią w jej obsługiwaniu…
- Czy tobie jest gorzej? – warknąłem na bruneta. – Przecież to dopiero dziecko, a ty się z nią kłócisz o jakieś pierdoły! – spojrzałem na niego ostro. – Ponoć jesteś starszy, więc bądź też mądrzejszy – poleciłem. – Daj jej spokój. Przecież za tydzień i tak nie będzie wiele z tego pamiętała… - zauważyłem.
- Serio lubisz tego dzieciaka, co? – wokalista wyszczerzył się zaczepnie. – Bronisz jej jak na prawdziwego księcia przystało – zaśmiał się.
- Po prostu walczę z ludzką głupotą, której nie toleruję – skwitowałem kwaśno. Niezrażony chłopak nie zwrócił jednak zbytniej uwagi na tą pośrednią obelgę.
- Załatwić ci miecz, żebyś mógł występować w pełnym rynsztunku podczas walki? – zachichotał. – No chyba, że zamierzasz używać tego, którym zostałeś obdarzony naturalnie… – parsknął śmiechem.
- No bardzo śmieszne – przewróciłem oczyma. – Żarty rodem z podstawówki. Masz świetne poczucie humoru – rzuciłem sarkastycznie. – Ty się chyba nie czujesz dzisiaj najlepiej, co? – uniosłem jedną brew w nonszalanckim geście.
- W istocie, niekoniecznie – przyznał, odchylając się na krześle. – Szczerze powiedziawszy to jestem trochę zazdrosny – rozłożył ręce. – Do mnie taką jawną miłością nie pałasz jak do tej małej – uśmiechnął się półgębkiem. – Co więcej, gdybym to ja zaproponowałbym ci małżeństwo, to pewnie byś mnie wyśmiał – cały czas szczerzył się jak głupi, mając ze mnie niezły ubaw.
- Cóż, może dlatego, że nie jesteś trzyletnią dziewczynką? – westchnąłem cierpiętniczo.
- A więc gustujesz w dużo młodszych, tak? – parsknął.
- Przymknij się! – kopnąłem go pod stołem, na co muzyk syknął. – Wygadujesz jakieś idiotyzmy i jesteś przy tym obrzydliwy! Weź się opanuj! – skarciłem go.
- To zostań przynajmniej moim boyguardem, jeśli możesz okupować tylko jedno stanowisko księcia! – przyłożył grzbiet dłoni do czoła w teatralnym geście.
- Zaczynasz mi poważnie działaś na nerwy… - warknąłem ostrzegawczo.
- No już, nie denerwuj się! – uniósł ręce w obronnym geście. – Nie chciałem cię rozzłościć – zapewnił i nieco spuścił z tonu. – Niemniej, nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo opiekuńczy się stałeś względem tej małej – wyznał. W odpowiedzi spojrzałem na niego zdziwiony. – Naprawdę o nią dbasz. Ciężko tego nie zauważyć – Ketsueki uśmiechnął się ciepło. – Rozmawiałem na ten temat z Daichim… Aż dziw bierze, że mimo tego, iż sam raczej nie zaznałeś zbyt wiele domowego ciepła, co mogę wywnioskować chociażby z twoich obecnych relacji z matką, to sam z takim powodzeniem dajesz jej wszystko to, czego sam nie miałeś – sięgnął przez stół po moją dłoń. – Traktujesz ją jak prawdziwą, małą księżniczkę. Udajesz przy tym niewzruszonego i niezainteresowanego, bo taki już jest twój styl i maska, którą przywdziałeś, ale w gruncie rzeczy troszczysz się o nią jak o największy skarb. Dajesz jej tyle ciepła, że mała nawet w wieku trzech lat jest gotowa zwiać od własnych rodziców dla ciebie – zachichotał. – Hiro, jesteś naprawdę dobrą osobą… - powiedział z jakimś ciepłym błyskiem w oku.
Nie mogłem znaleźć słów, aby mu odpowiedzieć. Szczerze powiedziawszy to nawet nie myślałem o tym w ten sposób… Czy to było możliwe? Czy naprawdę chciałem otoczyć to dziecko ciepłem, którego sam nie zaznałem? Ale z drugiej strony, skąd niby mógłbym wiedzieć, jak to zrobić? Jak mógłbym dać jej coś, czego sam nigdy nie dostałem? Czy to nie trąci lekkim paradoksem? Chociaż, jakby nie patrzeć, mówimy przecież o ludzkich uczuciach… W tej kwestii prawa fizyki niekoniecznie zawsze mają zastosowanie.
Wtem obok mnie znów pojawiła się Setsuko. Dziewczynka odtrąciła dłoń bruneta, spoglądając na niego spod byka. Z trzaskiem położyła na blacie stołu miniaturową tabliczkę czekolady. Zręcznie otworzyła opakowanie i poczęstowała mnie. W odpowiedzi na pytanie czy Crena również może się poczęstować jedynie wystawiła mu język i wtuliła się w moje ramię, zagarniając słodkości dla naszej dwójki. Chłopak znów się naburmuszył, a zaborcza trzylatka ani myślała poluźnić uścisk małych kleszczy tuż nad moim łokciem, przez co miałem wrażenie, że po pewnym czasie krew przestała mi dopływać do lewego przedramienia. Zaśmiałem się, obserwując tę dwójkę. Byli naprawdę komiczni. Kiedy tak na nich spoglądałem czułem spokój i radość. Nieprzyjemne uczucie ucisku i ciężarku w klatce piersiowej wydawało się już być dawno zapomnianym, nic nieznaczącym wspomnieniem. Czułem się wręcz błogo.

Mogłoby już tak zostać na zawsze…

Oneshot "Karma - człowiek, którego bożek miłości ukochał bardziej niż innych" Karma (AvelCain) x Yuuki (Initial L [ex Lycaon])

Jestem zbyt zmęczona, żeby się dzisiaj rozpisywać. Wyspowiadam się przed następnym postem xD

Tytuł: „Karma – człowiek, którego bożek miłości ukochał bardziej niż innych”
Paring: Karma (AvelCain) x Yuuki (Initial L [ex Lycaon])
Typ: oneshot
Gatunek: obyczajowe, szkolne, komedia (?)
Beta: -
Ostrzeżenia: „makaronizowanie” w kwestii narracji

Głośny gwizd robotników naprawiających nawierzchnię chodnika doszedł moich uszu. Uch… czy to kiedyś się skończy? Czy naprawdę wszyscy robotnicy musieli zachowywać się jak ostatnie, zboczone chamy? A może tylko tacy pojawiali się na mojej drodze?... Albo ta kiecka faktycznie była trochę przy krótka…?
Materiał sukienki co chwila podjeżdżał do góry przy każdym moim większym kroku, podniesieniu wyżej nogi, aby pokonać krawężnik lub po prostu za sprawą torby szkolnej, która bujała mi się na ramieniu i przez którą co chwila było widać mi tyłek. Albo przynajmniej takie było moje wrażenie… Z moich ust wydostało się ciężkie westchnięcie towarzyszące cichemu przeklinaniu tego dnia. Serio, że też do tego wszystkiego doszło…
„Mam jeszcze dużo do zrobienia…” – przeszło mi przez myśl. – „Muszę odrobić prace domowe, przygotować się na jutrzejszy dzień, zrobić kolację, nakarmić kota, wstawić pranie, wypisać lewe zwolnienie z wychowania fizycznego… Ech, i pewnie jeszcze dużo więcej…” – moje usta skrzywiły się właściwie mimowolnie na wydźwięk mojego wyimaginowanego głosu w głowie. – „Ale nie… po co zajmować się obowiązkami i rzeczami ważnymi? Lepiej wszystko to olać i iść na grupową randkę (w Japonii jest to dość popularne. Nastolatki po prostu spotykają się w mieszanym towarzystwie [damsko-męskim] i zapoznają się, próbując znaleźć dla siebie drugą połówkę od aut.). A co! W dodatku w takim stroju! A wszystko to przez Ichiro, który mnie w to wrobił!” – mój wewnętrzny monolog zakończył się wraz z dotarciem przeze mnie do celu. Za mną rozległ się jeszcze klakson samochodowy. Kierowca mijającego mnie samochodu gapił się na mnie obleśnie.
Cholera…

Karma siedział znudzony na kanapie i bez zainteresowania wpatrywał się w swój napój ze słomką. Dziewczyny jak zwykle zwracały uwagę tylko na niego, jednak on nie robił sobie z tego wiele. Zbywał je półsłówkami lub głębokimi pomrukami, które w gruncie rzeczy nie oznaczały nic. Całą swoją postawą pokazywał, jak bardzo nie chciał tu być. Tym razem jednak nie miała to być zwyczajna, grupowa randka. Planowałem dla niego coś innego. W pewien sposób chciałem się na nim odegrać za to, że wzbudzał takie zainteresowanie u płci przeciwnej, przez co żaden inny chłopak z naszej grupy nie mógł sobie znaleźć dziewczyny. Wszystkie trajkotały jak najęte i przylepiały się do bruneta jak do lepu na muchy. Irytowało mnie to. Byłem zazdrosny. Oczywiście nie mogłem być na niego zły za mój brak powodzenia u dziewczyn, ale dzisiaj po prostu chciałem dać mu wyzwanie i odgryźć się w jednym. Dzisiaj chciałem mu przedstawić kogoś, kogo z pewnością nie zaczaruje swoim urokiem osobistym… którego, swoją drogą, ja nie dostrzegałem… Karma był mrukiem i nie rozumiałem, co widzą w nim te wszystkie, zafascynowane nim dziewczyny… cóż, może nie rozumiałem tego, bo sam byłem chłopakiem. Zdawało się, że on też tego nie rozumiał. I raczej nie starał się tego zmienić. W ogóle się nie starał. Był znudzony. Znudzony tym, że dziewczyny na niego leciały, mimo iż ten nawet nie kiwnął palcem. Dziś miało być jednak inaczej. Chciałem skonfrontować go z osobą, która z pewnością się nim nie zainteresuje. Chciałem, żeby choć raz teraz to on o kogoś zabiegał, żeby przekonał się, jak to jest być „zwyczajnym” chłopakiem – a więc kiedy biegasz za swoją wybranką, która nie daje ci w ogóle szans – a nie Karmą, człowiekiem, którego bożek miłości z jakiś względów ukochał bardziej niż innych. Chciałem mieć z niego ubaw, widząc, jak na próżno wypruwa sobie żyły.
Taak, w zasadzie to byłem złym człowiekiem…
- Długo jeszcze? – burknął brunet.
- Jeszcze nie przyszła dziewczyna, z którą chciałem cię dzisiaj zapoznać – oświadczyłem.
- Spóźnia się – skwitował. – Nie lubię osób, które się spóźniają. Wiesz o tym, Ichiro.
- Nie spóźnia się. To my przyszliśmy zbyt szybko – zaoponowałem. Chłopak tylko prychnął.
Wtem drzwi otworzyły się, a w nich stanęła urocza blondynka w kusej sukience – tej, którą sam wybrałem na tę okazję. Na ramieniu wciąż miała szkolną torbę, co wskazywało na to, iż przyszła tu zaraz po zajęciach i zapewne zmuszona była do przebierania się z mundurka w wyzywający strój w szkolnej toalecie lub tej publicznej w metrze. Wyglądała na zawstydzoną. Jej policzki były lekko różowe, mimo iż przecież spotkanie nawet jeszcze się nie zaczęło.
Była naprawdę śliczna. Szczupła, dobrze ubrana… za moją sprawą, ale już nawet mniejsza o to. Sukienka eksponowała jej zgrabne nogi. Włosy sięgające ramion zostały ładnie upięte w niskiego koka na karku. Poprawiła ubranie w nerwowym geście. Chyba nie czuła się zbyt pewnie ani zbyt komfortowo. Na pierwszy rzut oka można było już stwierdzić, że nie była przyzwyczajona do takich, powiedzmy sobie szczerze, nieco przykrótkich strojów. Wszystkie spojrzenia zatrzymały się na niej. Dziewczyny z miejsca spochmurniały, trafnie oceniając, że nie mogły równać się z jej urodą. Wyczuwały zagrożenie. Chłopcy z kolei wyszczerzyli się na jej widok. Nawet Karma zwrócił na nią uwagę. A to był dobry znak. Bardzo dobry.
Blondynka posłała mi krzywe, jakby urażone spojrzenie. Oprócz mnie nie znała tutaj nikogo. Zapewne tak jak i brunet chciała jak najszybciej wrócić do domu. Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem jej na to pozwolić. Na przekór jej niepewnej minie, uśmiechnąłem się szeroko, przywołując ją do siebie gestem dłoni.
- To właśnie Yuuki, którą chciałem ci przedstawić – odezwałem się do chłopaka siedzącego obok. – Yuuki, to jest Karma. Karma to Yuuki – zapoznałem ich ze sobą pobieżnie.
Dziewczyna niechętnie wyciągnęła dłoń do mojego znajomego, którą on zamiast standardowo uścisnąć, ucałował. Yuuki spłoszyła się i wyrwała dłoń z jego uścisku, momentalnie rumieniąc się. Zaśmiałem się na tę scenkę.
- Nie bądź taka wstydliwa, Yuuki – parsknąłem. – Proszę, usiądź – zwolniłem jej miejsce. – Porozmawiajcie w spokoju – ulotniłem się.
Karma wpatrywał się w nowoprzybyłą niczym w obrazek. Nie odrywał od niej spojrzenia. Nie umknęło to uwadze innych dziewczyn. Kiedy ich bożyszcze było zainteresowane kimś innym, siadły w ciasnej grupie obrażone, z rękami założonymi na piersiach. To był wręcz idealny moment na wkroczenie do akcji. Pozostali chłopcy również zwietrzyli okazję do działania. Z miejsca przysiedli się do dziewczyn i zaczęli je pocieszać, wmawiając im, że nie warto przejmować się brunetem. W końcu udało im się zyskać jakąś uwagę płci przeciwnej. Grając dobrego księcia-pocieszyciela zwiększali swoje szanse na znalezienie sobie dziewczyny. W tym czasie Karma próbował zbliżyć się do Yuuki, jednak ta uparcie od niego uciekała i z czasem jedynie rumieniła się coraz mocniej. Mój plan działał wręcz idealnie na obu frontach. Ja i moi koledzy w końcu mogliśmy zająć się podrywaniem dziewczyn, gdyż te dostrzegły naszą obecność. Przestały wpatrywać się w bruneta maślanymi oczami. Ten z kolei w końcu się kimś zainteresował – kimś, kto dla odmiany nie bardzo chciał się z nim bratać. Miał nauczkę… właściwie chyba za swoje szczęście w miłości, za co winić go jednak nie można było, ale i tak miał nauczkę. Pozwoliłem sobie zażartować z niego i nieco zabawić się jego kosztem. Wykorzystywałem też przy tym nieco Yuukiego, który miał dług do spłacenia względem mnie, ale cóż… w końcu cel uświęca środki, nie? Poza tym wizja wygranej była naprawdę kusząca i obiecująca. A ja serio chciałem w końcu znaleźć sobie dziewczynę, a nie tylko oglądać jak wszystkie przedstawicielki płci pięknej wzdychają do Karmy. Irytowało mnie to już od dłuższego czasu.
Tak też ostatecznie upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu. Byłem genialny! Po prostu genialny!

- Musimy to koniecznie powtórzyć! – wykrzyknął rozradowany Ichiro, odprowadzając mnie do domu. Stwierdził, że w tej kiecce wyglądałem naprawdę ponętnie, przez co mogłem mieć pewne nieprzyjemności z racji późnej godziny… - Przyjdziesz też na następne spotkanie, prawda? – zapytał z nadzieją.
- Co?! – wrzasnąłem. – Chyba cię pogięło! – prychnąłem wściekły. – Kazałeś mi udawać dziewczynę, założyć sukienkę i dać się podrywać jednemu z twoich znajomych! A teraz jeszcze masz czelność wymagać ode mnie, żebym to powtórzył?! – trzasnąłem go w ramię torbą z książkami. – Nie ma mowy! Ja będę miał po tym jakąś traumę! – zawołałem zrozpaczony i zażenowany do granic możliwości.
- No weź! – jęknął. – Dzisiaj już prawie udało mi się umówić z Yuko na randkę tylko we dwoje! – spojrzał na mnie błagalnie. – Tylko jeszcze jeden raz! Proszę, Yuuki, zgódź się! – zaczął się płaszczyć.
- Prędzej umrę w męczarniach… - syknąłem. Ichiro był moim wieloletnim, sprawdzonym, choć nieco niecodziennym przyjacielem. W przeszłości jednak zaciągnąłem u niego spory dług wdzięczności, dlatego teraz musiałem tak cierpieć… - Nie możesz po prostu nie zapraszać tego całego Karmy na te randki grupowe? Wtedy twój problem rozwiązałby się sam, bez mojego zbędnego poniżenia – wytknąłem mu.
- Ale dziewczyny chcą się spotykać tylko jak on jest! – chłopak wyrzucił ręce w powietrze w akcie desperacji. – Interesują się tylko nim… - spochmurniał. – Ale teraz było inaczej! Kiedy poświęcił ci całą swoją uwagę, dziewczyny w końcu zaczęły ze mną rozmawiać! – na powrót odzyskał dobry humor.
- No właśnie, i w tym jest problem – warknąłem. – On się mną interesował! – sapnąłem ciężko. – Nie chcę robić mu nadziei, a potem musieć mu tłumaczyć, że jestem facetem… - speszyłem się.
Kiedy próbowałem wyobrazić sobie tę sytuację, czułem się bardzo niezręcznie. Chyba spłonąłbym ze wstydu, gdyby do czegoś podobnego doszło.
- Tylko jeszcze jeden raz! – jęknął Ichiro.
- Nie ma mowy! – nie zamierzałem się zgodzić. – I tak już wystarczająco mnie upokorzyłeś! – zirytowałem się. – Poza tym, jeśli komukolwiek o tym kiedykolwiek powiesz, to nogi z dupy powyrywam! – wycelowałem w niego oskarżycielsko palcem. – W ogóle nie powinienem się na to zgadzać! Czemu ja to dla ciebie zrobiłem?! – zacząłem głośno myśleć.
- Bo jesteśmy przyjaciółmi – zastąpił mi drogę i złapał mnie za ramiona, spoglądając mi prosto w oczy. – Yuuki, proszę cię… Naprawdę mi na tym zależy – spojrzał na mnie przeraźliwie poważnie.
Cholera, chyba teraz już wiedziałem, dlaczego poprzednio zgodziłem się na coś tak absurdalnego… Zawsze ulegałem Ichiro, kiedy spoglądał na mnie w ten sposób. Na ogół był kompletnie zwariowany, więc jeśli nagle tak drastycznie się zmieniał, mogłem zrozumieć, że naprawdę mu na czymś zależało…
- Wystawiasz naszą przyjaźń na bardzo trudną próbę – burknąłem. – Skąd wiesz, że po czymś takim będę chciał cię jeszcze kiedykolwiek widzieć? – fuknąłem śmiertelnie obrażony.
- Bo mnie kochasz – uśmiechnął się. – A ja ciebie – dodał. – Jak brata – sprostował, widząc moją niepewność malującą się na twarzy. – Poza tym nie będziesz musiał z niczego tłumaczyć się Karmie. Po prostu zmienisz ciuchy, zmyjesz makijaż i z seksownej laski Yuuki znów staniesz się zwykłym nastolatkiem-chłopakiem Yuuki – wzruszył ramionami. – Po następnym spotkaniu po prostu znikniesz z jego życia, a on nie będzie nawet wiedział, gdzie cię szukać. Nikt mu nie pomoże w jego poszukiwaniach, bo przecież ta urocza blondyneczka tak naprawdę nie istnieje, prawda? – jego uśmiech nabrał cwaniackiego wyrazu. – Ale o tym wiemy tylko my dwoje – poklepał mnie pokrzepiająco po plecach.
- Jesteś okropny – syknąłem. – Dla niego i dla mnie – skrzywiłem się.
- Więc jak będzie? – nie ustępował. Z obrażoną miną wyminąłem go, szukając kluczy w torbie.
- Zobaczymy… - burknąłem, przekręcając klucz w zamku.
Całe szczęście w mieszkaniu było ciemno, co oznaczało, że nikogo oprócz mnie jeszcze nie było. Dzięki temu rodzice nie musieli oglądać ich syna paradującego w sukience starszej córki. Poza tym mogłem też w spokoju przebrać się i oddać siostrzaną część garderoby prawowitej właścicielce bez wzbudzania podejrzeń. Mogłem także zbyć makijaż i wziąć długą, gorącą kąpiel, która miała zmyć ze mnie zmęczenie i poniżenie dzisiejszego dnia…

Wszystko znów szło jak po maśle. Karma siedział zauroczony Yuukim, a dziewczyny przestały zwracać uwagę na bruneta. W końcu dotarło do nich, że ten najprawdopodobniej zakochał się w naszej uroczej „blondyneczce”. Z tej racji każda z nich musiała znaleźć sobie inny obiekt westchnień, gdyż w przeciwnym razie czekała je nieszczęśliwa, nieodwzajemniona miłość. A przecież nikt nie chciał, żeby takie ładne dziewczyny wypłakiwały sobie oczy przez takiego buca, prawda? No właśnie. Od tego, żeby je pocieszać, byłem tu ja.
Zgarniałem niemałe zainteresowanie. Cieszyłem się nim póki mogłem. W głębi duszy wciąż obawiałem się, że lada chwila sytuacja znów się odmieni i Karma wróci na swoje dawne „stanowisko” głównego punktu zainteresowań płci przeciwnej. Nie było ku temu żadnych podstaw, gdyż ten zdawał się nie widzieć świata poza Yuukim, ale cóż… wciąż się bałem.
W tym wszystkim szkoda mi było Yuukiego, bo kiedy ja zyskiwałem, to mój przyjaciel był tym poszkodowanym. Na jego twarzy jasno malowało się zażenowanie, kiedy brunet starał się utrzymać między nimi jak najmniejszą odległość, kiedy sięgał po jego dłoń, kładł rękę na kolanie… w skrócie mówiąc, ewidentnie się przystawiał. Możliwe, że blondyn był tym też w jakiś sposób zniesmaczony. W końcu, jakby nie patrzeć, przeze mnie przywalał się do niego drugi facet…
Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że mój genialny plan postawił nas w nieco dziwnej i mocno niezręcznej sytuacji. Miał on swoje plusy i minusy, ale był także mocno pokręcony. Wymusiłem na Yuukim, żeby przebrał się za dziewczynę, przez co postawiłem go niejako w niezbyt przyjemnej sytuacji. Ponad to przeze mnie zarywał do niego chłopak, który był święcie przekonany, że Yuuki był dziewczyną. Karma zarywał do chłopaka i nie był nawet tego świadom. W pewnym sensie wychodziło na to, że był homoseksualistą… albo przynajmniej zdradzał przejawy homoseksualizmu… nieświadomie, ale jednak. Niemniej, brunet wychodził na tym wszystkim na plus chociażby ze względu na to, że w końcu kimś się zainteresował. Nie siedział już skwaszony i burkliwy. Był szczęśliwy, zajęty i zainteresowany. Pobudziłem jego ludzkie odruchy, zasadzając w nim ziarenko uczucia do mojego przyjaciela… ziarenko, które w krótkim czasie musiałem zniszczyć. Bo przecież urocza Yuuki w istocie nie istniała. Była to tylko rola, w którą wcielał się Yuuki. Karma tak naprawdę zakochał się w jego grze aktorskiej i wyglądzie. Oszukałem go. Zdawałem sobie sprawę, że przez moje krętactwo będzie przez jakiś czas cierpiał po tajemniczym zniknięciu jego ulubienicy… Cóż, nie mogłem powiedzieć, jakobym był z tego dumny… No i na końcu pozostawałem ja. Łamiąc serca „fankom” bruneta zyskałem ich upragnione zainteresowanie. W końcu byłem popularny wśród płci przeciwnej. Byłem z tego powodu szczęśliwy, jednak moją radość tonizowała świadomość, że osiągnąłem swój cel podstępem okupionym poniżeniem mojego przyjaciela, oszukaniem Karmy i zranieniem uczuć dziewczyn, z którymi próbowałem się umówić. Koniec końców jednak wychodziło na to, że mój plan wcale nie był taki genialny, jak na początku myślałem…
Zrobiło mi się głupio. Chyba cel nie zawsze jednak uświęcał środki… Poza tym zdałem sobie sprawę, że to, co osiągnąłem nie było chyba warte poświęceń, na które się zdecydowałem… szczególnie, że owe poświęcenia dotyczyły innych osób niżby mnie. Westchnąłem ciężko, orientując się, że jednak niekoniecznie mogłem zostawić tę sprawę samą sobie, tak, jak to początkowo chciałem zrobić. Narobiłem bajzlu, więc teraz musiałem go posprzątać – a więc oznaczało to, że w gruncie rzeczy jednak musiałem wytłumaczyć to wszystko Karmie. Jakoś musiałem… pytanie tylko jak to zrobić?
- Ichiro – odezwała się Yuko, dziewczyna, którą interesowałem się od pewnego czasu. – Mam wolny piątkowy wieczór, gdybyś chciał się spotkać – uśmiechnęła się.
- J-jasne… - zająknąłem się, wyrwany z własnych rozmyślań. – Z przyjemnością – odpowiedziałem jej fałszywym uśmiechem.

Po ostatnim spotkaniu na grupowej randce nie widziałem już Yuuki ani razu. Byłem z tego powodu zawiedziony. Naprawdę ją polubiłem i chciałem, żeby coś z tego wyszło. Wypytywałem o nią Ichiro, ale ten uparcie twierdził, że nie miał już z nią kontaktu i nie wiedział, co się z nią stało ani gdzie mieszkała. Ponoć nie miał także jej numeru telefonu ani żadnych innych dróg, którymi mógłby się z nią skontaktować… Nie wierzyłem mu. Coś mi podpowiadało, że dziewczyna po prostu nie chciała się już więcej ze mną widzieć. Pewnie zabroniła mu dawać mi do siebie jakichkolwiek kontaktów. Byłem przez to jeszcze bardziej dobity. Może byłem zbyt nachalny?
Rozmyślając tak szedłem po korytarzu, kierując się w stronę wyjścia ze szkoły. Zamyślony nawet nie zauważyłem, że ktoś szedł z przeciwnej strony. Ocknąłem się dopiero w momencie, kiedy wpadłem na ową osobę.
- Och, przepraszam! – wydusił z siebie drobny chłopak, który nie zdołał utrzymać się na nogach i wylądował na podłodze.
- Nie, to ja przepraszam… - mruknąłem, podając mu rękę w geście pomocy. Przyjrzałem mu się.
Blond włosy sięgające ramion. Duże, migdałowe, brązowe oczy. Pełne usta. Drobny nos. Niski. Szczupłe, delikatne dłonie. Aż do złudzenia przypominał mi moją Yuuki… wyglądał jak jej brat bliźniak albo co…
- Wszystko w porządk…? - urwałem, kiedy chłopak nagle odskoczył ode mnie na dobre kilka metrów jak oparzony. Spojrzał na mnie ze strachem w oczach i pobladł. Zdziwiłem się na tę nagłą reakcję. – Spokojnie – uniosłem dłonie w obronnym geście. Schyliłem się i podniosłem z podłogi książki, które upuścił. – Zdaje się, że to twoje – wyciągnąłem jego własność w jego kierunku.
Blondyn szybko sięgnął po podręczniki i wręcz wyrwał mi je z dłoni. Mając już w garści książki, cofnął się o następne dwa kroki, zupełnie tak, jakby bał się, że coś mu zrobię. Przekrzywiłem głowę, przyglądając mu się ciekawsko.
- D-dziękuję… - mruknął cicho.
W normalnej sytuacji zapewne uznałbym go za dziwaka i przeszedł koło niego obojętnie, ale coś nie pozwalało mi zachować się tak jak normalnie. Z niezrozumiałych dla mnie powodów gapiłem się na niego z zainteresowaniem. Było w nim coś magnetycznego… znajomego?... czy o zgrozo, pociągającego?!...
Nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło. Na przekór postąpiłem w jego stronę kilka kroków. Chłopak zaczął się cofać, aż w końcu uderzył plecami o ścianę i nie miał już żadnej drogi ucieczki. Spoglądał na mnie spanikowany. Jego oddech przyspieszył, a policzki delikatnie zaróżowiły się.
- Jak masz na imię? – zapytałem.
Nie odpowiedział. Speszony, rumieniąc się obficie, odwrócił wzrok. Zagryzł wargi. Coś tu było nie halo…
Wtem moją uwagę zwrócił drobny, srebrny naszyjnik, który ukrywał pod koszulą mundurka. Podważyłem palcem łańcuszek i wysunąłem zawieszkę spod poły ubrania. Naszyjnik miał kształt mandali z misternymi zdobieniami w środku. Od razu go poznałem. Yuuki nosiła identyczny.
Moja Yuuki.
Która była dziewczyną.

Zawstydzony i zażenowany do granic możliwości siedziałem w mieszkaniu Karmy i miałem ochotę walić głową w stół. Nie przeszkadzało mi nawet to, że stał na nim kubek z zieloną herbatą. Właściwie to mógłbym się nią poparzyć. Wszystko, byleby tylko uciec stąd jak najszybciej i jak najdalej…
Zabiję Ichiro… Zabiję go, cholera!
Musiałem wyjaśnić całą sytuację brunetowi. Chłopak z początku nie chciał uwierzyć, ale ostatecznie chyba nie miał innego wyboru. Moja reakcja była  najlepszym potwierdzeniem mojej prawdomówności…
Spodziewałem się, że się wścieknie, że zacznie krzyczeć i koniec końców wyrzuci mnie za drzwi, zastrzegając, że nie chce mnie widzieć więcej na oczy. Domniemałem nawet, że kierowany złością mógł rozpowiedzieć całą tą historię w szkole, tym samym robiąc ze mnie pośmiewisko. Ten jednak siedział sztywno na krześle i zdawał się to wszystko analizować, przyglądając mi się uważnie.
- Przepraszam… - mruknąłem cicho po raz nie wiem już który.
- Co się stało, to już się nie odstanie – wzruszył ramionami w końcu. – Nic już nie da się z tym zrobić – pokręcił głową. Spojrzałem na niego z niezrozumieniem.
- Zrobić… z czym? – ściągnąłem brwi.
- Z tym, co do ciebie czuję – ponownie wzruszył ramionami. – Nieważne czy jesteś chłopakiem, czy dziewczyną. Dalej cię lubię – oświadczył rozbrajająco, na co ja jedynie zamrugałem kilkakrotnie w niedowierzaniu.
- Chwila… - wydusiłem z siebie z trudem. – Co proszę? – byłem niemal pewny, że musiałem się przesłyszeć albo przynajmniej nie zrozumiałem tego, co miał na myśli.
- Lubię cię – powtórzył i obszedł dookoła stół, nachylając się nade mną. – Naprawdę cię lubię – podkreślił i oparł się jedną ręką o blat stołu, a drugą położył na moim ramieniu. Uśmiechnął się delikatnie i musnął moje usta.
Właśnie pocałował mnie facet.
Mój pierwszy pocałunek należał do faceta.
FACETA!

- Więc… Yyy… Wy teraz… - dukałem nieskładnie, nie mogąc przyjąć do wiadomości tego, co właśnie oświadczyła mi dwójka siedząca przede mną.
- Jesteśmy parą – powtórzył Karma, na pokaz mocniej obejmując Yuukiego, który wtulił się w jego bok.
- Aha… - mruknąłem jedynie, gdyż nie wiedziałem, jak inaczej mógłbym zareagować na tę wiadomość. Byłem totalnie zszokowany. – W takim razie… szczęścia… życzę… - podrapałem się zafrasowany po karku.
- Dziękujemy – odparł brunet za ich dwójkę. – Ale na tym nie koniec – zaznaczył. – Nie przyszliśmy tutaj, żeby cię tylko o tym poinformować – uśmiechnął się diabolicznie, na co mnie aż przeszły dreszcze.
- To znaczy? – podniosłem jedną brew, spoglądając niepewnie na dwójkę cieszącą się nowym związkiem.
- Mamy dla ciebie prezent – odezwał się blondyn. Wygrzebał ze swojej torby niewielki skrawek papieru, który wyglądał jak wejściówka lub bilet. – Będziesz zajęty w piątkowy wieczór, więc lepiej się nie umawiaj – zaśmiał się okrutnie.
- Chwila, ale ja już mam randkę z Yuko! – zaoponowałem i obrzuciłem spojrzeniem zaproszenie. – Klub dla gejów…? – wydusiłem z siebie z niedowierzaniem. – No chyba sobie żartujecie… - byłem pewny, że pobladłem.
- Absolutnie nie – odezwał się Karma. Sięgnął po torbę, którą ze sobą przyniósł i wyjął z niej coś szeleszczącego… a dokładniej to plisowany strój francuskiej pokojówki! – A ponad to pójdziesz ubrany w to – wyszczerzył się szeroko. – Osobiście dopilnujemy, żebyś dotarł na miejsce na czas – zaznaczył.
- No co wy, chłopacy! – zakrzyknąłem przerażony wizją upokorzenia, jakie musiałem odebrać. – Nie zrobicie mi tego! – zamachałem rękami w powietrzu w akcie desperacji. – Mam randkę z Yuko! – oponowałem.
- Było z nami nie zadzierać! – parsknął Yuuki.

Jęknąłem żałośnie i załamany ukryłem twarz w dłoniach. Po minach chłopców mogłem być pewien, że ci nie odpuszczą. Byli zdeterminowani, żeby się na mnie odegrać. Przez rozczapierzone palce widziałem, jak brunet czule całuje w usta swojego nowego chłopaka.