"Książę z bajki" cz.8

„Książę z bajki” cz.8

- Hiro, wybacz, że zawracam ci głowę… - w progu mojego mieszkania stanął zmieszany Daichi. – Wiem też, że w ostatnim czasie nie czułeś się zbyt dobrze, więc to, co robię nie jest za bardzo na miejscu, ale mała od trzech dni nie mówi o nikim innym jak o tobie i codziennie kilkakrotnie płacze, bo ona chce do wujka – gitarzyście nie udało się ukryć delikatnego uśmiechu.
Setsuko wychyliła się zza nóg ojca i spojrzała na mnie niepewnie, po czym znów skryła się za rodzicielem. Zmusiła go, aby stanął w lekkim rozkroku, gdyż przez cały czas czujnie obserwowała mnie spomiędzy nóg dorosłego.
- Acha – mruknąłem, nie wiedząc, jak inaczej mógłbym skomentować jego słowa.
- Wiesz… Jasne, zwalam ci się na głowę i to w dodatku nie pierwszy raz, ale gdybyś się zgodził zostać z nią na parę godzin, mógłbym skoczyć do studia i dokończyć kilka ścieżek. Dzięki temu miałbyś też trochę mniej do roboty w studiu… - próbował mnie przekonać.
A więc ponownie miałem zostać wujkiem. Świetnie. Nie no, pewnie, tym razem ponoć miałem jakiś wybór – mogłem przecież bezceremonialnie zamknąć muzykowi drzwi przed nosem i w spokoju oddać się swoim sprawom, ale w gruncie rzeczy przecież i tak wszystko było już przesądzone. Reszta zespołu zapewne już czekała na Daichiego, który po drodze do studia miał po prostu podrzucić dzieciaka Hiro-niańce. Proste, nie?
- Przedszkole znowu zamknęli? – zgadywałem.
- Nie, przedszkole nie ma tu nic do tego – zaprzeczył szybko. – Mała naprawdę chciała cię po prostu zobaczyć – zapewniał. – Niemniej, jeśli się nie zgodzisz, odwiozę ją do przedszkola.
Spojrzałem na Setsuko. Dziecko patrzyło na mnie wielkimi, lśniącymi oczami, które w każdej chwili gotowe były przeobrazić się w dwie małe fontanny i zrosić jej pyzatą buzię oraz ubranie tatusia wylewanymi pod ciśnieniem łzami. Przezornie już przystroiła się w płaczliwą minkę, wydymając przy tym drobne usteczka. Małe piąstki zaciskały się nerwowo na spodniach jej ojca.
Ta, i niby ja nie zostałem postawiony przed faktem dokonanym, co?
- Dobra, mała może zostać – westchnąłem, odsuwając się z przejścia.
- Dzięki – gitarzysta odetchnął z ulgą. W tym samym momencie dziewczynka wypadła spomiędzy jego nóg i wtuliła się we mnie, obejmując mnie ramionami na wysokości kolan.
- O której mogę się ciebie spodziewać z powrotem? – dopytywałem.
- Powinniśmy uporać się z robotą przed osiemnastą – oświadczył, po czym przyklęknął na jedno kolano. – Chodź Setsuko, pożegnaj się z tatą – uśmiechnął się szeroko, rozkładając ramiona i czekając, aż córeczka w nie wpadnie.
 Ta jednak ani myślała się ruszać. Stała niczym słup soli przyklejona do moich nóg, a chwilę potem schowała się za mną i zaczęła ciągnąć mnie za szlufki od spodni w głąb mieszkania. Tatusiowi zrzędła mina, a mnie zachciało się śmiać.
- Tak, na razie, Dai – rzuciłem, chichocząc pod nosem, za co zostałem obrzucony morderczym spojrzeniem.
- Do zobaczenia – odpowiedział chłodno chłopak i zamknął drzwi, a następnie skierował się ciemnym korytarzem w stronę winy.
- No, księżniczko – wziąłem dziecko na ręce, na co ta zapiszczała radośnie i objęła mnie spoconymi rączkami za szyję – muszę ci przyznać, że masz fatalny gust, jeśli chodzi o facetów – zaśmiałem się. – Mam nadzieję, że w przyszłości ci się to zmieni – podrzuciłem ją. Dziewczynka zaśmiała się radośnie, nie robiąc sobie zupełnie nic z moich słów.
- Wujek – wtuliła się we mnie – tęskniłam za tobą – wyznała, na co ja uśmiechnąłem się nikle pod nosem i pogładziłem ją delikatnie po plecach.
- Ja za tobą też, skarbie… - mruknąłem.

***

Moja matka nie mogła wyjść z podziwu dla cierpliwości, jaką odznaczałem się w stosunku do dziecka. Od naszej poprzedniej rozmowy mijaliśmy się właściwie bez słowa, schodząc jedno drugiemu z drogi. Teraz jednak moja rodzicielka przysiadła na fotelu i z niedowierzaniem wpatrywała się w uroczą scenkę, jaka rozgrywała się dokładnie tuż przed nią. W telewizji leciały bajki, jednak Stesuko nie była nimi zainteresowana. Całą swoją uwagę poświęcała mnie. Mała siedziała na kanapie, podczas gdy ja umościłem się na podłodze. Dziewczynka wręcz z zapartym tchem czesała mnie plastikowym, zabawkowym, różowym grzebieniem i wpinała mi we włosy spinki oraz tworzyła niestworzone fryzury przy pomocy gumek i klamer, które przyniosła ze sobą w swojej malutkiej i a jakże różowej torebeczce z połyskującego materiału. Ja w tym czasie poszukiwałem rozrywki w odmętach Internetu za pośrednictwem telefonu.
Tak, w takiej chwili byłem bardzo szczęśliwy z tego, iż ściąłem włosy. W przeciwnym wypadku po interwencji córki gitarzysty zapewne już nigdy nie rozplątałbym ich. Teraz, kiedy były dużo krótsze, przynajmniej łatwo i szybko dało je się rozczesać, a więc nie musiałem już poświęcać godzin na ich szczotkowanie.
I wtem mnie olśniło.
- Setsuko, chcesz jechać na wycieczkę do lasu? – zapytałem.
- „Lasu”? – powtórzyła zdziwiona. – A będę mogła zbielać kwiatki? – zapytała, wciąż sepleniąc z lekka.
- Pewnie – zgodziłem się. – Nazbierasz tyle kwiatków, ile tylko zdołasz – zapewniłem.
- Jej! – zakrzyknęła radośnie i znów uwiesiła mi się na szyi. Może była mała i nie miałem problemu z podniesieniem jej, ale dziewczynka ważyła swoje, gdyż Daichi pozwalał jej jeść nieco za dużo słodyczy. Z tej racji niemal mnie udusiła, zakleszczając mnie w morderczym uścisku. Jakby nie patrzeć, oddychanie może stać się nieco problematycznym zadaniem, kiedy masz uwieszone na szyi ponad dwadzieścia kilogramów… - Wujek Hilo jest najlepszy! – puściła mnie wreszcie i zaczęła radośnie pląsać po dywanie.
- Jasne, wujek Hilo… - zaśmiałem się pod nosem, nie mogąc uwierzyć, do czego wszystkiego to doprowadziło. – Chcesz iść przed wyjściem do łazienki? – upewniłem się.
- Nie – odpowiedziała śpiewnie, a chwilę potem uraczyła mnie jedną ze swoich piosenek z wymyślonego repertuaru.
W czasie, kiedy dziecko zajęte było tworzeniem nowego języka, ja wysłałem wiadomość do menagera z pytaniem o dokładną lokalizację miejsca, do którego zamierzałem się udać. Może mężczyzna głównie zajmował się sprawami dotyczącymi mojego zespołu, ale skoro załatwił wszystko to, o co go poprosiłem, to powinien dysponować potrzebnymi mi w tej chwili informacjami.
- Wrócimy niedługo – zapewniłem matkę, kiedy mijałem ją, jednocześnie odczytując wiadomość zwrotną. Kobieta w milczeniu skinęła mi głową, choć w jej oczach widziałem malujące się niezrozumienie.
- Wujek, pomóż mi! – zaskomlała Setsuko, nie mogąc poradzić sobie z butkami ze sznurówkami.
Matko, kto to widział, żeby takiemu małemu dziecko kupować buty ze sznurówkami? Muzyk był jednak wyrodnym ojcem…

***

Zaparkowałem, właściwie kryjąc samochód wśród innych aut ludzi z zaplecza technicznego. Wysiadłem, a następnie rozpiąłem pasy i pomogłem wyjść z pojazdu dziewczynce, dla której uprzednio pożyczyłem fotelik samochodowy od sąsiadki. Kobieta była zdziwiona moją prośbą, gdyż zapewne pomyślała, iż towarzysząca mi latorośl gitarzysty była moim dzieckiem, ale nie miałem zbytnio ani czasu, ani ochoty na uświadamianie jej w błędzie.
Skierowaliśmy się w stronę miejsca, skąd dochodziła przytłumiona muzyka. Weszliśmy w las. Sucha ściółka trzeszczała pod naszymi stopami. Zainteresowana Setsuko rozglądała się dookoła siebie, choć nie odstępowała mnie na krok. Pierwsze, co zrobiła zaraz po wyjściu z auta, to chwyciła mnie za rękę i nie wyglądało na to, jakby miała ochotę samodzielnie się oddalać.
Zaledwie kilkanaście metrów od skraju lasu zostało ustawione kilka lamp na statywach i niewielkich głośników, które miały pomóc muzykom wejść w swoje role. Dookoła kręciło się kilkoro ludzi z kamerami i aparatami oraz ze dwie wizażystki z pasami pędzli na wysokości bioder. Pokrótce przyjrzałem się kilku osobom tkwiącym w samym centrum tego zamieszania. Pięć osób ubranych na czarno, z czarnymi włosami. Na pierwszy rzut oka żaden z nich nie wyróżniał się niczym specjalnym, nie prezentował żadnej cechy, która odróżniałaby go w jakiś znaczący sposób od innych. Trzech miało gitary. Jeden siedział za perkusją. Ostatni bujał się w rytm muzyki z mikrofonem w ręce.
Skupiłem się na tym ostatnim tylko dlatego, że go znałem. Wyglądał naprawdę dobrze – w przeciwieństwie do reszty zespołu, której nie podejrzewałem o przesadne zainteresowanie u płci przeciwnej… czy chociażby nawet u tej samej, kto wie. „Mimo to uroda wokalisty to z pewnością za mało, żeby się wybić na rynku muzycznym.” – oceniłem szybko. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli niemalże identycznie, na czarno, przez co ich skóra mocno kontrastowała, zdając się mieć niezdrowy, popielaty odcień. Tworząc pierwszy singiel, a tym bardziej pierwszy klip muzyczny powinni postawić na oryginalność, a nie od razu wpasowywać się w utarty stereotyp metalowego zespołu, który zakładał czerń, biel, czerwień i szarość jako jedyne dopuszczalne kolory oraz długie włosy i masę kolczyków w uszach, może nieco już mniej w twarzy jako niezbędny element. Potrzebowali czegoś więcej, żeby zostać zauważonym, żeby zwrócić na siebie uwagę słuchaczy i wytwórni…
…ale z drugiej strony czy to w ogóle powinno mnie obchodzić? Nikt nie pytał mnie o zdanie czy radę, więc siedziałem cicho. To była ich szansa. Jego szansa. Ja po prostu naprawiłem to, co wcześniej spieprzyłem, dając mu ponownie tę możliwość, którą wcześniej przeze mnie stracił. Tyle w temacie. To, co on zrobi z tą możliwością to już jego sprawa. Sam pokieruje swoim życiem i karierą tak, jak mu się będzie podobało. Ja już nie zamierzałem się do tego mieszać, bawić się w przemądrzałego nauczyciela przedmiotu życia i przestrzegać go przed złem tego świata, a już w szczególności branży. Dostał to, czego chciał. Powinien być szczęśliwy, a więc ja powinienem mieć teraz już czyste sumienie… no, względnie czyste…
Po kilku namowach udało mi się posłać dziecko na pobliską polanę, gdzie mała zajęła się kwiatkami. Ja w tym czasie dopadłem jednego z fotografów, który w chwili obecnej bardziej zajmował się paleniem papierosów niżby własną robotą. Mimo wszystko facet był konkretny, a przede wszystkim miał nosa do nowych talentów. Znałem się z nim stosunkowo dobrze, gdyż często towarzyszył mnie i mojemu zespołowi podczas sesji. Po krótkim przywitaniu od razu przeszedłem do rzeczy:
- Jak im idzie? – wskazałem głową na produkujących się muzyków.
- Ujdzie w tłoku – przyznał z przekąsem. – Ale szału nie ma – dodał cierpko.
Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań, kiedy nagle muzyka przestała płynąć z głośników i rozniosły się podziękowania za pracę kierowane do wszystkich i wszystkiego. Spiąłem się. To był najwyższy czas, żeby się zbierać.
- Setsuko! – zawołałem dziewczynkę. – Chodź szybko! – ponagliłem ją, jednak widząc jak ta powoli przedziera się przez wysokie chaszcze, sam wlazłem między nie i podniosłem córkę gitarzysty, zarzucając ją sobie na bark.
- Łii! – zawołała uradowana.
- Cicho – zganiłem ją, starając się niepostrzeżenie przedostać się do własnego auta. Kiedy już myślałem, że mi się udało, kiedy już stawiałem dziewczynkę na nogi tuż przed drzwiami samochodu, usłyszałem za sobą:
- Wiedziałem! – od razu rozpoznałem głos osoby stojącej za mną. – Co ty tu robisz? – niechętnie odwróciłem się w stronę Creny, który wpatrywał się we mnie wrogo z rękami założonymi na piersi.
Co tu robię? Dobre pytanie. Ale jeszcze lepsze to takie, jak zgrabnie wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Co powinienem mu powiedzieć? Potrzebowałem jakiegoś gładkiego kłamstwa. Przyjechałem na grzyby? Akurat w to jedno jedyne miejsce, gdzie akurat dzisiaj oni kręcili klip do swojego pierwszego singla? Takie dość podejrzane to zrządzenie losu… Przyjechałem podziwiać piękne okoliczności przyrodnicze? Zachciało mi się uczyć trzylatkę botaniki? Wszystko to może jeszcze jakoś by przeszło, gdyby nie fakt, że nie umiałem wytłumaczyć tego, dlaczego pojawiłem się właśnie w tym, a nie żadnym innym miejscu. Coś czułem, że chłopak nie dałby się nabrać na przypadek.
- Mało ci jeszcze po tym wszystkim, co już zdążyłeś zepsuć? – syknął. – Tylko za sprawą jakiegoś cudu wytwórni przywidziało się dać mnie i mojemu zespołowi drugą szansę, którą przez ciebie straciłem – zmrużył groźnie oczy. – Chcesz mi odebrać i tę możliwość? – fuknął.
Co mogłem powiedzieć w takiej chwili? W mojej głowie zionęła przerażająca pustka. Gdybym zaczął rzewnie zaprzeczać, wyśmiałby mnie, a potem wszcząłby kłótnię. Od tak. Bo przecież wciąż był na mnie zły i musiał dać tej złości jakieś ujście, prawda?
Nim jednak zdążyłem się odezwać pomiędzy nami przeszedł znajomy fotograf z wciąż tlącym się niedopałkiem między wargami.
- Dzieciaki… - jęknął. – Ty chcesz dla nich jak najlepiej, a one zawsze swoje, co? – zaśmiał się chrapliwie i wcisnął mi w rękę paczkę papierosów. Spojrzałem na niego zdziwiony. – Tobie teraz bardziej się przydadzą – poklepał mnie po ramieniu. – Do następnego – rzucił i skierował się ze statywem na ramieniu i aparatem zawieszonym na szyi w swoją stronę.
- Co? – Ketsueki ściągnął brwi w niezrozumieniu. – O co mu chodziło? – spojrzał na mnie żądny odpowiedzi, jednak ja nie raczyłem mu jej dać. Kierując się za radą znajomego wyciągnąłem jedną z używek i odpaliłem ją.
- Wujek, zobacz jaki mam bukiecik! – Setsuko wskazała na kwiatki trzymane w rączce.
- Piękny – mruknąłem.
- To dla ciebie – wręczyła mi prezent, na co uśmiechnąłem się pod nosem. Dziewczynka widocznie pękała z dumy, mogąc podarować mi coś od siebie.
- Poczekaj, mam lepszy pomysł – odwróciłem ją do siebie tyłem i powpinałem kwiaty w jej włosy. Następnie podniosłem ją, aby mogła przejrzeć się w lusterku bocznym samochodu. – Podoba ci się? – zapytałem.
- Jest pięknie! Wyglądam jak księżniczka! – uradowana aż podskoczyła w miejscu. – Jesteś moim najukochańszym wujkiem, wujku Hilo – wyszczerzyła się w swoim szczerbatym uśmiechu.
- Idź jeszcze sprawdź czy tam nie ma jakiś kwiatków – poleciłem, chcąc, aby mała na moment się odsunęła. – Zrób bukiet dla taty, bo inaczej znów będzie mu przykro – zleciłem jej zadanie, na co ta dziarsko skinęła głową i pobiegła we wskazanym przeze mnie kierunku.
- Po co tu przyjechałeś? – wokalista powtórzył swoje pytanie, kiedy mała już się oddaliła. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami. – Chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, po co tu przyjechałeś? – prychnął.
- Może przyjechałem sprawdzić jak się zadziewają cuda, bo jak dotąd w żadne jakoś nie wierzyłem – palnąłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Przekląłem się w myślach. Ostatnio coś nie panowałem nad tym, co mówiłem z takim powodzeniem, z jakim mógłbym sobie tego życzyć…
- Że co? – wydusił z siebie z trudem. Nie minęła chwila, a w jego dwukolorowych za sprawą soczewek oczach rozbłysło zrozumienie. – A więc to twoja sprawka? – uniósł brwi w geście niedowierzania. Nie odpowiedziałem i skupiłem się na paleniu papierosa. – To dzięki tobie wytwórnia dała nam drugą szansę? – szybko się wszystkiego domyślił.
Będę musiał oddać fotografowi te papierosy. W sumie wyglądało na to, że całkiem spoko z niego gość. Wypadałoby, żebym w końcu się zainteresował i zapamiętał jego imię…
- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał znaczne ciszej.
- Byłem ci to winny – wzruszyłem ramionami. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i rzuciłem okiem na wyświetlasz, orientując się, która godzina. – Setsuko! – przywołałem do siebie trzylatkę. – Chodź już, musimy się zbierać. Tata niedługo po ciebie przyjedzie.
Dziewczynka przybiegła z powrotem, trajkocząc o pięknych kwiatkach, które zebrała dla tatusia. Nie słuchając jej oraz jedynie kiwając jej głową, zapiąłem ją w foteliku i obszedłem auto dookoła. Już szykowałem się do zajęcia miejsca po stronie kierowcy, kiedy nagle doszedł mnie głos:
- Dziękuję – Crena wciąż stał w tym samym miejscu niczym wmurowany w podłoże.
- Nie masz przecież za co – rozłożyłem ręce. – Przysporzyłem ci kłopotów, które teraz postarałem ci się możliwie zminimalizować – wyjaśniłem swój punkt widzenia.
- Nie musiałeś tego robić – zauważył. Spojrzałem na niego z pobłażaniem. Wyczuwałem, że znów zamierzał strzelić mi jakąś dłuższą gadkę na temat istoty naszej egzystencji, ludzkiej psychiki i innych, górnolotnych tematów, których w danej chwili zapragnąłem unikać jak ognia. – Gdybyś był takim potworem, za jakiego się uważasz, przeszedłbyś koło tego obojętnie i nie próbowałbyś mi pomóc. To właśnie za to ci dziękuję – zakończył wyjątkowo szybko.
- Jeszcze chwilę temu ty też mnie uważałeś za tego potwora – uśmiechnąłem się krzywo. – Tak jak wszyscy inni… - dodałem.
- Źle cię oceniłem – odpowiedział niezrażony. – Wszak wszyscy mamy prawo popełniać błędy, prawda? – uśmiechnął się lekko, nieco zakłopotany. – Przepraszam, że w ciebie zwątpiłem – spuścił wzrok na ziemię. – I dziękuję za to, co dla mnie zrobiłeś.
- Nie przyjechałem tu po to, żeby słuchać twoich pięknych słów – zaprzeczyłem. – Tym bardziej, że nie masz nawet najmniejszego powodu, żeby je do mnie kierować – przewróciłem oczyma. – To miała być eskapada incognito – zaśmiałem się pod nosem.
- Więc może następnym razem nie bierz na podobne wypady dziecka – Ketsueki zachichotał. – Zauważyłem ją w pobliżu, a jak już dostrzegłem ją, to domyśliłem się, że ty też musisz być gdzieś w pobliżu, gdyż znów bawisz się w wujka – prychnął rozbawiony.
- A więc to ta mała mnie zdradziła? – przelotnie rzuciłem spojrzeniem na dziecko. – Wezmę sobie twoją radę do serca – uśmiechnąłem się pod nosem. – Następnym razem nie będziesz wiedział o mojej obecności – obiecałem.
- Następnym razem z miejsca zacznę się za tobą rozglądać – zaśmiał się.
Chciałem odpowiedzieć jakąś zaczepką na jego słowa, jednak nim zdążyłem się odezwać, Setsuko wtrąciła się do naszej rozmowy.
- Wujek… - mruknęła z marsową miną. - …muszę siku – wyznała, na co ja jedynie westchnąłem głośno.

***

Ledwo udało mi się wepchnąć rozżaloną dziewczynkę w objęcia ojca. Dziecko nie miało najmniejszej ochoty opuszczać mojego boku, co obwieściło całemu blokowi za sprawą płaczu, który mógłby kruszyć ściany i służyć za alarm dla armii zombie. Całe szczęście cmentarz mieścił się daleko od mojego osiedla…
Serio, ta mała będzie miała fatalny gust, co do mężczyzn… Daichi będzie musiał się z nią w przyszłości namęczyć…
Ostatecznie gitarzysta podziękował mi zdawkowo i wyniósł na własnych plecach córkę, która zrobiła się już cała czerwona od nieustającej histerii. Na nic zdały się obietnice rychłego spotkania, przekupstwa słodyczami i innymi duperelami… Zaczynałem się już poważnie niepokoić tym dziwnym przywiązaniem, jakim zaczęła mnie darzyć latorośl muzyka. To było niepokojące i trochę niezręczne…
Po ich wyjściu odetchnąłem głęboko, przykładając dwa palce do pulsującej skroni. Z czasem ja też coraz bardziej przyzwyczajałem się do Setsuko i chyba nawet ją polubiłem, gdyż nie była jakoś specjalnie problematycznym dzieckiem. Dziś jednak wyjątkowo dała mi w kość. Niemal czułem jak galaretowata maź, która niegdyś stanowiła mój mózg, wyciekała mi uszami przez przerwane błony bębenkowe, które nie wytrzymały tak wysokich decybeli. Cholera, a myślałem, że ja tu jestem tym, który ma mocny głos… Najwyraźniej pomyliłem się. I to bardzo. Przy pociesze Daiego mogłem schować się zawstydzony i przebrać w różową sukienkę z koronkami i kokardkami, gdyż mój krzyk był przy jej jedynie cichym i czułym szeptem. Zaśmiałem się pod nosem do własnych myśli. „Chyba będę musiał się zapisać na jakieś korepetycje u tej małej.” – parsknąłem w myślach.
Naprawdę polubiłem tego dzieciaka. Sam nigdy nie planowałem posiadania potomstwa, gdyż odgórnie wiedziałem, że nie nadawałem się do roli ojca, ale przyłapałem się na tym, iż myślałem o Setsuko tak ciepło, jakbym sam był jej rodzicem. Fakt, iż zrobiła taką awanturę tylko dlatego, iż nie chciała mnie opuszczać, był dla mnie w jakiś sposób pocieszający. Już nie obchodziło mnie to, że dziewczynka była zbyt mała, żeby zrozumieć złożoność tego świata, a za kilka lat pewnie będzie nabzdyczona zakładać ręce na piersi i wywracać oczyma, kiedy ojciec będzie wypominał jej to rozpaczanie po mnie, ale cóż… pomimo tego wszystkiego sama świadomość, iż chciała przy mnie zostać była naprawdę miła. A więc skoro ktoś chciał spędzać ze mną swój czas, to chyba nie mogłem być znów aż takim potworem, prawda?... chociaż z drugiej strony to tylko niczego nieświadome dziecko… ale z kolei, jakby ugryźć temat z innej strony, to przecież mówi się, że dzieci ponoć instynktownie wyczuwają złych ludzi i od nich uciekają, nie? Ech, sam już nie wiedziałem, co o tym myśleć…
Rzuciłem zdawkową informację matce o mojej naprędce podjętej decyzji o wieczornym spacerze. Nie chciałem łykać kolejnych proszków przeciwbólowych, gdyż obawiałem się, że przez to w jakiś sposób mógłbym pogorszyć uczucie ucisku i ciężaru w klatce piersiowej, o którym na pewien czas udało mi się zapomnieć dzięki latorośli Daichiego. Musiałem się przewietrzyć. Ewentualnie uwędzić nieco w dymie tytoniowym. I przestać tęsknić za moją małą, różową księżniczką, bo przecież ta dopiero co wyszła ode mnie z mieszkania…
Wyszedłem przed blok i usiadłem na pobliskiej ławce, wyjmując z kieszeni papierosy podarowane przez fotografa. Nie chciałem palić na balkonie, gdyż kiedy spoglądałem z jego wysokości w dół, robiło mi się słabo i dopadały mnie zawroty głowy. W ostatnim czasie coś zdecydowanie było ze mną nie tak… A może by się tak w końcu zacząć przejmować własnym zdrowiem? Nie, po co?... W sumie… dla kogo niby? Dla samego siebie? Za dużo zachodu. To tak samo jak z gotowaniem obiadu dla jednej osoby. Owszem, możesz ugotować gar zupy, którą będziesz jeść przez następny tydzień, ale właściwie po co? Przecież równie dobrze możesz kupić jakąś niezdrową przekąskę w sklepie osiedlowym. Jasne, wyjdzie ci to drożej i mniej zdrowotnie, ale za to będziesz mógł się cieszyć większym urozmaiceniem, a co za tym idzie, nie będziesz znudzony jedzeniem w kółko tego samego. Słowem, kilkoma drobnymi i mniej zdrowotnymi wyborami możesz kupić sobie trochę szczęścia. To takie proste, co? Wystarczy tylko myśleć o sobie. Stać się snobem. I przestać dbać o wszystko. Nawet o samego siebie. Beztroska równa się radości. Z tego, co tam jeszcze zostało mi w głowie z moich lat edukacji pamiętałem, że swego czasu był nawet taki filozof, co to tam głosił takie podobne hasła reklamowe czy coś… Znaczy, w jego pojmowaniu wyzbycie się zbędnych rzeczy, takich jak na przykład doba materialne, uwalniało nas od martwienia się o nie. Jeśli nie masz samochodu, nie boisz się, że ci go ukradną. Jeśli nie masz mieszkania, nie obawiasz się, że spłonie, zostanie zalane albo ktoś je okradnie. Jeśli nie masz zdrowia, nie martwisz się o to, że któregoś dnia możesz je stracić. Z tego co mi tam jeszcze świtało to ponoć ten filozof sam żył jak nędzarz ze względu na te swoje przemyślenia… Ale czy faktycznie da się być szczęśliwym, jednocześnie wyzbywając się wszystkiego i nie mając nic? Szczególnie, kiedy wszyscy dookoła ciebie mają cokolwiek, gdy ty stoisz z pustymi rękami i masz się z tego cieszyć?
Ej, kołtun, weź się ucisz, co? Bo pieprzysz takie przykre farmazony, że aż smutno. Do budy, już! I ani słowa, ty przeklęta cholero!
Wypuściłem dym nosem, przecierając dłonią twarz w zmęczonym geście. Z tego, co mi się wydawało, nie dało się być szczęśliwym nie mając niczego. Ludzie są zbyt wielkimi egoistami, żeby wyzbyć się wszelkich zbędnych dóbr. W końcu niejako większa część naszego życia obraca się wokół gonienia za nimi. Od dziecka wpajane nam są skrzywione wartości, przez co w efekcie jesteśmy w stanie poświęcić drugiego człowieka dla własnych korzyści. Nie widzimy ludzi tylko okazje, możliwości, szanse. Zbyt dużo wymagamy, aby potrafić się odciąć się od wszelkich zbytków. Jesteśmy wygodniccy. Wymagamy. W kółko. I więcej. Coraz więcej. Od innych. Rzadko kiedy od siebie samych. Właściwie w każdym aspekcie życia. To między innymi stąd bierze się w nim samotność.
Większość rzeczy próbujemy spieniężyć, przeobrazić w zysk i korzyść. Jeśli jest to niemożliwe, przechodzimy obojętnie obok lub kopiemy nieprzydatnego śmiecia, który nawinął nam się pod nogi. Żeby go odtrącić. Od po prostu dla zabawy i zabicia czasu. Nawet jeśli owym śmieciem miałby być drugi człowiek.
Nie umiemy pochylić się nad drugą osobą i zastanowić się, co mu się stało. Nie chcemy tego. Jesteśmy krótkowzroczni. Nie zastanawiamy się, dlaczego człowiek naprzeciw nas jest zły, krzyczy. Przeszkadza nam. Może nawet nas obraził. Więc jest dupkiem. A nikt nie lubi dupków. Niech radzi sobie sam. Są w końcu na tym świecie jakieś zasady moralne i kulturalne, prawda? Więc należy ich przestrzegać. Trzymać język za zębami, kiedy ciśnie się na niego coś obelżywego lub dogłębnie prawdziwego. Gryźć się w ten cholerny język aż do krwi, aż go sobie mało nie odgryziesz. Milcz, głupku! Wszak milczenie jest złotem.
Nikogo nie obchodzi, co ta druga osoba tak naprawdę myśli, za iloma maskami skrywa swoją twarz i z czym przyszło lub przychodzi jej się zmagać. Chcemy po prostu widzieć uśmiechnięte twarze. Od tak, żeby nasze życie było łatwiejsze i przyjemniejsze. Nie próbujemy dotrzeć do innych. Nie musimy nawet odgradzać się od nikogo murem. W końcu i tak nikt nie zada sobie tyle trudu, żeby na nas spojrzeć, żeby się nami zainteresować. Mimo wszystko my i tak, tak dla pewności, lubimy wkładać różne maski. Żeby czuć się bezpieczniej. A potem gubisz się już w tym, co jest prawdą, a co kłamstwem, co jest częścią twojej osobowości, a co jest kolejnym kawałkiem wyimaginowanej tożsamości, którą przybrałeś. Zaczynasz tracić kontrolę i wtedy właśnie zaczynasz liczyć na cudzą pomoc, jednak równie dobrze mógłbyś wypatrywać Gwiazdy Betlejemskiej... w dodatku w środku czerwca. Nadzieja gaśnie. I choć może na początku byłeś nawet jej źródełkiem, światełkiem w ciemnym tunelu dla ludzkości, to przecież wszyscy mamy prawo czuć się zmęczeni, zdradzeni i niedoceniani. Mamy prawo nie mieć ochoty. Zaczynamy zastanawiać się, dlaczego to właśnie JA mam być tym, który ma wyciągnąć rękę jako pierwszy, zrobić pierwszy krok i wszystko zmienić. W końcu każdy głupi wie, że ten, kto jedzie w pierwszym konwoju jest tylko mięsem armatnim.
Więc światełko gaśnie. Bo łatwiej jest zgasić pojedynczy punkt niż rozjaśnić otaczający mrok.
I tak w kółko. Wszyscy pytamy: „Czemu ja pierwszy?”, jednocześnie czekając aż ta druga osoba zacznie. Czekamy… tylko właściwie już na co? Na cud?
Nic co ludzkie nie jest mi obce – strach, nienawiść, smutek, żal… dlaczego zatem współczucie jest mi tak obce? Przecież nie powinno, a jednak samo brzmienie tego słowa przyprawiało mnie o dreszcze, jakbym wspominał coś obrzydliwego. Dziwna sprawa…
Westchnąłem raz jeszcze. Kiedy podniosłem głowę było już ciemno. Zdawało się, że ziemia została nakryta gigantycznym durszlakiem, przez którego oczka wpadało migotliwe światło gwiazd. Mówiłem już, że moje porównania są epickie? Serio powinienem był zostać poetą. Minąłem się z moim prawdziwym powołaniem.
- Hej – usłyszałem nad sobą. Podniosłem wzrok i zdumiony zlustrowałem drobną postać Creny. – Mogę się dosiąść? – zapytał, na co ja skinąłem mu głową.
- Co ty tu robisz? – zdziwiłem się. – Tym bardziej o tej porze?
- Chciałem ci zadać jedno pytanie – usprawiedliwił się. – Nie odbierałeś telefonów, więc się pofatygowałem – wzruszył ramionami.
- Pewnie zostawiłem telefon w domu… - mruknąłem, gasząc niedopałek na desce ławki, z której sterczał już mały kopczyk przypominający jeża z popiołów… coś w rodzaju takiej alternatywnej wersji feniksa albo co…
- Jasne… - mruknął nieprzekonany, będąc pewnym, iż ignorowałem jego telefony ze względu na jego wcześniejsze zachowanie. Nie zamierzałem jednak zmieniać jego zdania na ten temat, gdyż zapewne kosztowałoby to nas kolejną kłótnię.
- Więc o co chciałeś zapytać? – dociekałem, chcąc mieć to wszystko już za sobą.
- Dlaczego w ogóle zająłeś się muzyką? – zapytał.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Tak jakoś wyszło – rozłożyłem ręce. – Znając życie i historię, która lubi się powtarzać, to pewnie wszystko zaczęło się któregoś alkoholowego wieczoru z karaoke – parsknąłem.
- Z tego co mnie wiadomo to na karaoke nie śpiewa się metalu – zauważył. – Dlaczego wybrałeś akurat taki gatunek muzyki? – dopytywał, a ja znów wzruszyłem ramionami. Przez chwilę między nami panowała cisza. – Twoja mama powiedziała mi i Caz’owi o waszej rozmowie – odezwał się znienacka, a ja poczułem się jakby oberwał w twarz i brzuch jednocześnie. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. – Domyślasz się już, że Cazqui powiedział także reszcie zespołu o całej sytuacji? – rzucił mi spokojne spojrzenie, kiedy ja właśnie miałem ochotę rzucić się pod najbliższy przejeżdżający samochód. Akurat pech chciał, że na osiedlowej uliczce było cicho i spokojnie, i niestety nic nie nadjeżdżało. – Powiedziała, że jeśli ona nie jest w stanie ci pomóc, to może twoi przyjaciele będą – dodał nieco ciszej. – Więc jeśli chcesz, możesz w końcu zacząć mówić… - mruknął już ledwo słyszalnie. – Znamy się najkrócej, więc mniemam, że dzięki temu łatwiej będzie ci się przełamać w stosunku do mnie niżby do reszty. W końcu w razie czego będziesz mógł mnie po prostu od siebie odsunąć i o wszystkim beztrosko zapomnieć – starał się przemawiać wypranym z wszelkich emocji głosem.
Przez kolejne minuty uparcie milczałem. W tym czasie wiatr wzmógł się, zrobiło się zimniej. Zapaliły się latarnie uliczne, które wykrzywiały otaczającą nas rzeczywistość i nadawały jej jakiegoś przerażającego uroku. Gdzieś w oddali słychać było wyjącego psa i jazgot jadącej na sygnale karetki. Odgłosy miasta.
- Zawsze lubiłem taką muzykę – odezwałem się w chwili, kiedy chłopak był już pewien, że i tym razem nic ze mnie nie wyciągnie. – Zawsze także jakoś mocno się z nią identyfikowałem – wzruszyłem ramionami. – To było dla mnie naturalne. Myślę, że z czasem znalazłem w tym pewne ujście dla emocji, których nie mogłem okazać i uczuć, o których nie mogłem mówić. Duszenie w sobie tego wszystkiego sprawiało, że byłem wściekły. Wszystko, dosłownie wszystko zamieniałem w gniew; smutek, żal, rozgoryczenie… tak po prostu było mi łatwiej. Wtedy lepiej było mi się tego pozbyć – nerwowo przygryzałem wewnętrzną stronę policzka. – Krzyk mnie uspokaja – wyznałem w końcu. – Nie zawsze mogę krzyczeć w codziennych sytuacjach, ale mogę to robić na scenie. Mogę się w tym wyrazić. Krzyk mnie wyzwala. Sam jego wydźwięk jest dla mnie kojący, nawet jeśli to nie ja krzyczę właśnie w tym momencie. Potrafię w jakiś sposób zjednoczyć się z krzyczącymi ludźmi w mojej głowie – zakończyłem, a Ketsueki spoglądał na mnie z niedowierzaniem. Z pewnością nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
- D-dziękuję, że mi o tym powiedziałeś… - wydusił z siebie.
- Proszę – parsknąłem śmiechem.
- Dziękuję też za to, że dałeś mi drugą szansę – odezwał się w chwili, kiedy już chciałem się podnieść z miejsca. – Za to, że pozwoliłeś zrealizować mnie i mojemu zespołowi nasz pierwszy singiel „Evoke” – uściślił.
- Już ci mówiłem, że tylko naprawiałem to, co sam zniszczyłem…
- Ale zrobiłeś to z własnej woli – brunet uśmiechnął się lekko. – Nie musiałem błagać cię o to na kolanach. Sam zrobiłeś pierwszy ruch, żeby wszystko naprawić – pogłębił delikatnie uśmiech. – Chociaż mogłeś się już do tego przyznać, wiesz? A nie działałeś jak jakiś anonimowy darczyńca… - szturchnął mnie w ramię, na co i ja uśmiechnąłem się lekko. – Akurat takimi rzeczami powinieneś się szczycić – poradził.
- A co z moją opinią największego dupka w uniwersum, ha? – prychnąłem. – Myślisz, że od tak pozwolę pójść w niwecz tym wszystkim latom ciężkiej pracy? – uśmiechnąłem się półgębkiem. W końcu wstałem z ławki. – Późno już – rzuciłem.
- Będę się zbierał – oznajmił wokalista.
- Wybacz, że nie zaprosiłem cię do środka, ale…
- Nie ma sprawy, wiem, matka – poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się, żeby dodać mi trochę otuchy. – Nie żywię do ciebie za to urazy – zapewnił. – Nie żywię do ciebie urazy już za nic – wyszczerzył się w uśmiechu, na co ja uniosłem wysoko brwi.
Crena odwrócił się na pięcie i z powrotem ruszył w stronę, z której przyszedł. Byłem mu wdzięczny za to, że nie zaczął tematu związanego z matką, że od razu nie kazał mi skakać na głęboką wodę i postanowił zacząć mnie otwierać powoli i z wyczuciem, z początku stając na minimalnie pewniejszym gruncie. Zdawało się, że wiedział, co robi… albo przynajmniej ja chciałem w to wierzyć.
Chyba w końcu dobitnie zdałem sobie sprawę z tego, jak samotny byłem. Chyba też w końcu dorosłem do decyzji, aby chociażby spróbować to zmienić. Chciałem mu zaufać. Myślę, że i tak zrobiłem już wiele. Tym razem to ja zrobiłem pierwszy krok. To ja się przełamałem pierwszy i wyciągnąłem rękę w jego kierunku. Bo w sumie… dlaczego niby to ja nie miałbym być pierwszy? Chyba właśnie z tego samego powodu, dla którego mogłem być tym pierwszym. Nic nie stało na przeszkodzie. Wystarczyło tylko chcieć. I w końcu coś zrobić. Ruszyć się.
- Dziękuję… - niemal szepnąłem pod nosem do odchodzącej postaci.
- Jeszcze tu wrócę! – wykrzyknął chłopak, wznosząc w górę rękę zaciśniętą w pięść w triumfalnym geście.
Szczerzył się przy tym radośnie i szczerze. Wyglądało na to, że i on rozumiał pełnię odniesionego dziś sukcesu. Byłem mu za to cholernie wdzięczny. Zaśmiałem się pod nosem, czując jak robi mi się cieplej na sercu na widok jego niewymuszonego, niehamowanego uśmiechu, dzięki któremu ucisk i ciężar w klatce piersiowej znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Mam nadzieję… - mruknąłem do siebie i sam również odwróciłem się na pięcie, żeby wrócić do mieszkania w znacznie lepszym humorze.
Niby właściwie nie powiedziałem jeszcze nic bardzo bolesnego, ale już czułem się lepiej. Poza tym świadomość, iż ktoś jeszcze poza Setsuko chciał zostać przy moim boku napawała mnie prawdziwym szczęściem. Chciałem w niego wierzyć… mimo iż raz mnie już rozczarował, znów chciałem w niego wierzyć. Może to jakiś przejaw masochizmu z mojej strony, a może… kto wie? Może już jakieś zmiany powoli zaczęły we mnie swój proces. Przecież, jakby nie patrzeć, ja też go zraniłem, a ten mimo wszystko i tak do mnie wracał. Po więcej krzywd. Po kłótnie. Po to, żeby się na mnie wydrzeć i obrazić. Po to, żeby zostać obrażonym. Po to, żeby mnie wspierać, nawet jeśli krył swoje dobre intencje za lodowatym spojrzeniem, bo przecież nie mógł bezustannie wybaczać mi wszystkiego z prędkością dźwięku. Bał się, że mógłbym to zacząć wykorzystywać i nie brać go wtedy na poważnie. I dobrze, że się bał. Ze mną nic nigdy nie wiadomo. A przezorny zawsze ubezpieczony. Teraz przynajmniej zbierał efekty swojej pracy.
Nie było już dla mnie odwrotu. Była droga tylko w jedną albo drugą stronę. Wóz albo przewóz. Lewo albo prawo. Albo Ketsueki naprawdę okaże się być cudotwórcą, albo ja skończonym idiotą. Niezależnie od tego, która wersja brzmiała bardziej prawdopodobnie, ja chciałem wierzyć w tę drugą. Pierwszy raz od wielu lat przepełniała mnie wiara w coś dobrego. Chciałem zachować tę chwilę i żyć w niej już wiecznie. To było takie cudowne, błogie uczucie…
Albo on mnie zmieni na lepsze, albo…

…?

"Książę z bajki" cz.7

Dziś już bardziej w klimacie przewodnim bloga C: Wracam z "Księciem z bajki", którego, z tego co zauważyłam, polubiłyście @.@ "Książę" ma branie nawet jeśli piszę to opowiadanie tylko, kiedy nie dopisuje mi humor ^^'' Niemniej, zauważyłam, że im więcej personalnych przemyśleń zawieram w tekście, im więcej główny bohater ma ze "mnie", tym bardziej lubicie czytać moje prace - dowodem są tego serie "Closer to Ideal" i właśnie "Książę" C'':


Btw następna część "Closer to Ideal" będzie już ostatnią



„Książę z bajki” cz.7

Syknąłem pod nosem, kiedy poczułem metaliczny smak krwi w ustach. Przestałem przygryzać wewnętrzną stronę policzka i oderwałem spojrzenie od pustej ściany, jednocześnie orientując się, iż w ostatnim czasie spędzałem mnóstwo czasu na jej kontemplowaniu.
- Co? – zapytałem, a pytanie to wcale nie było burkliwe. Spojrzałem na grupę muzyków, którzy od dłuższego czasu wlepiali we mnie zbiorowe, zdziwione spojrzenie, co po pewnym czasie stało się dla mnie niekomfortowe.
- Ale… dlaczego? – zapytał Daichi. Reszta nawet nie drgnęła.
- Bo tak – wzruszyłem ramionami.
Powodem ich szoku był fakt, iż ściąłem włosy. Jeszcze niedawno te sięgały mi niemal pasa, podczas gdy teraz nie dosięgały nawet ramion. Zdawałem sobie sprawę, że była to drastyczna zmiana w moim wyglądzie, ale nigdy nie przypuszczałbym, że z tego powodu mój zespół oraz plączący się pod nogami niczym kundel Crena zaczną spoglądać na mnie niczym na kosmitę. Z rana nawet ochroniarz zatrzymał mnie, każąc okazać identyfikator, gdyż z daleka mnie nie poznał.
- W długich było ci lepiej – skwitował Ketsueki, na co tylko wywróciłem oczyma.
Nawet nie miałem zamiaru się z nim kłócić – a doskonale zdawałem sobie sprawę, że ten tylko czekał na to, aby wszcząć wojnę. Non stop szukał zwady, ale ja nie byłem na tyle uprzejmy, aby tańczyć pod jego dyktando. W ostatnim czasie ponownie nawiedził mnie stan apatii. Mój sławetny już Wkurw wyjechał na kolejne wakacje, a ja zacząłem się zastanawiać po jaką cholerę w ogóle ja się tak pieklę o… na dobrą sprawę, o wszystko? Przecież na większość rzeczy z owego „wszystkiego” nie miałem wpływu. Co śmieszniejsze, ta druga, mniejsza część, na którą już jakiś tam mniejszy lub większy wpływ wywierałem była błaha i koniec końców nie warto było się nią nawet przejmować i tracić na nią energię, kiedy coś nie szło po mojej myśli. Więc dlaczego przez długie lata jednak to wszystko robiłem?
- Manager wie o twojej zmianie imagu? – zapytał Masa.
- Nie – odparłem zgodnie z prawdą.
- Wiesz… Myślę, że powinieneś mu się pokazać. Pewnie trzeba będzie teraz jakąś nową sesję zrobić czy coś… - mruknął basista.
- Możliwe – zgodziłem się.
Zauważyłem, że kiedy nie siliłem się na zbyt długie odpowiedzi, a ograniczałem się jedynie do półsłówek, wokalista Bird as Omen nie mógł znaleźć żadnego powodu, żeby się do czegoś przyczepić. Usilnie się starał, co mogłem wyczytać z jego miny, jednak jego starania kończyły się fiaskiem.

***

- W długich było ci lepiej – skomentowała moja matka.
Moja rodzicielka nie przejęła się moją zmianą wyglądu tak bardzo jak muzycy. Przyjęła to spokojnie, choć z ledwo zauważalnym grymasem niezadowolenia na twarzy. Doprawdy, co za ironia… Kiedy byłem nastolatkiem i nosiłem długie włosy wytykała mi, że wyglądam jak hipis albo kloszard, który spędził długie lata na ulicy. Nigdy nie spodziewałbym się po niej, że jednak kiedyś przyzwyczai się do tego, iż miałem dłuższe włosy od niej, mimo iż byłem mężczyzną.
Skinąłem jej głową, zgadzając się w ciszy. Nie miałem zamiaru się kłócić. Może akurat moja matka nie szukała zwady tak jak brunet, ale wystarczył jeden nieostrożny ruch bądź nieprzemyślane słowo, żeby wywołać prawdziwe piekło. Wszak był to diabeł wcielony.
Zaiste milczenie jest złotem.
Nie poczułem się jednak urażony. Nie zmieniłem wyglądu po to, aby wysłuchiwać pochwał i zachwytów. Wiedziałem, że tych nie dane będzie mi usłyszeć. Czarnych charakterów się nie komplementuje. To była spontaniczna decyzja. Błyskawiczna. Przechodząc koło zakładu fryzjerskiego po prostu stwierdziłem, że może w końcu warto coś zmienić po latach. Choćby taką drobnostkę jak fryzura.

***

- Hiro, następnym razem uprzedzaj mnie, proszę, o takich rzeczach – westchnął manager.
- Dobra – zgodziłem się i już chciałem skierować się do wyjścia, jednak w ostatniej chwili mnie olśniło. – Właściwie… - zająknąłem się, na co mężczyzna w garniturze podniósł na mnie wzrok znad kartki, na której właśnie coś zapisywał. – Mam prośbę… - mruknąłem. – Tak, to chyba prośba… Tak mi się wydaje… - zamyślony przytknąłem palec wskazujący do ust.
- O co chodzi? – westchnął. – Potrzebujesz wolnego?
- Nie, nie – pokręciłem głową. – W sumie to tu nawet nie chodzi o mnie…
- Więc o kogo?
- No właśnie… - ponownie usiadłem na fotelu i zacząłem objaśniać managerowi szczegóły planu, który dopiero co zrodził się w mojej głowie.

***

Siedziałem na studyjnej kanapie, jakbym połknął kij od szczotki i wpatrywałem się w martwy punkt, na który obrałem sobie dzisiaj zegar ścienny. Obserwowałem ruch wskazówek, starając się nie myśleć o niczym innym. Ciche tykanie wyznaczało rytm mojemu oddechowi.
Czułem dziwny, nieznośny ucisk i ciężar w klatce piersiowej. Miałem przez to problemy z oddychaniem i przełykaniem. Mój oddech był płytki i nierówny, jednak starałem się nad nim zapanować przy pomocy zegara. Miałem wrażenie, jakbym zaraz miał zwymiotować, jednak z drugiej strony z jakiegoś niewiadomego, transcendentnego i wszechwiedzącego źródła wiedziałem, iż było to niemożliwe. Starałem się siedzieć prosto, żeby choć minimalnie zmniejszyć doskwierający mi dyskomfort, ale to nie pomagało. W takim momencie człowiek zaczyna zastanawiać się czy to grypa żołądkowa, czy tabletka przeciwbólowa, którą łyknąłem rano z racji męczącego mnie bólu głowy, stanęła mi w gardle, czy to już zawał, a mnie zaraz przyjdzie zejść sobie z tego świata i przywitać się z niebytem.
Drażniące uczucie odpuszczało nieco, kiedy zalewałem je dużymi ilościami kawy, która pomagała mi także się nieco rozbudzić i odgonić od siebie jakąś nostalgiczną apatię, w którą momentami popadałem.
- Hiro, wszystko w porządku? – zapytał Masa. – Jesteś blady… - zauważył.
- Nie wyglądasz najlepiej – dodał Daichi.
„Jasne, weźcie się jeszcze zacznijcie rozwodzić na temat moich braków w urodzie, no jasne!” – przeszło mi przez myśl, jednak całe szczęśnie nijak nie skomentowałem ich słów.
- Źle się czujesz? – zatroskał się Cazqui. – Może chcesz, żeby zadzwonić po pogotowie? – zaproponował. – Wyglądasz, jakbyś miał tu zaraz zemdleć… - mruknął ciszej.
„Pewnie, dzwońcie po pogotowie i pozbądźcie się odpowiedzialności. W końcu jakby jednak wyszło, że faktycznie coś mi dolega, to będziecie mogli bronić się argumentem, iż zrobiliście dla mnie wszystko, co tylko mogliście; a więc zadzwoniliście po ambulans. Chrońcie swoje dupska i zrzućcie niepotrzebny ciężar. Serio, dzięki, chłopcy.” – pomyślałem jakoś nadzwyczaj kwaśno.
- Nic mi nie jest – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić.
Cóż, musiałem przyznać, że to nie był już pierwszy raz, kiedy czułem się tak fatalnie… no dobra, może pierwszy, kiedy czułem się AŻ tak źle, ale w ogólnym pojęci podobne uczucie towarzyszyło mi już wcześniej. Z tego, co zdążyłem już u siebie zaobserwować, pojawiało się ono nieregularnie, zazwyczaj w towarzystwie jakiegoś rozstrojenia nerwowego, chwilowej depresji lub porządnej nerwicy. Nigdy jednak nic z tym nie zrobiłem. Uważałem, że na tym świecie ludzie żyją z dużo gorszymi problemami, a więc nie było, o co robić szumu, nie było sensu dramatyzować. Starannie ignorowałem ten tępy ból i nikomu się na to nie skarżyłem. Teraz jednak ten doskwierał mi dobitniej niż kiedykolwiek wcześniej, przez co naprawdę zaczynałem rozmyślać nad złożeniem wizyty lekarzowi…

***

- Na pierwszy rzut oka ciężko określić, co może być tego przyczyną – zawyrokowała lekarka. – Ma pan jedynie nieco podniesione ciśnienie… - powiedziała beztrosko. – Niemniej, jeśli nie ma pan nic przeciwko, możemy zrobić pełen zestaw badań – zaproponowała. – Niestety, to wiązałoby się z zostaniem na oddziale pod obserwacją – dodała.
W jej dużych, brązowych oczach, które mrugały do mnie zza grubych szkieł okularów widziałem pewność. Ona już podjęła decyzję za mnie. Była przekonana, że odmówię. W końcu nie umieram, nie? Powiedziałem, że bywało już tak wcześniej. Skoro przeżyłem wcześniejsze napady tego dziwnego uczucia, przeżyję i tym razem. Przecież to logiczne. Ludzie nie lubią szpitali. Unikają ich jak ognia, a z pewnością już jakiś dłuższych pobytów w tym miejscu. Nie było sensu, żeby mnie tu trzymać. Normalni ludzie chcą przecież wrócić do domu. Najlepiej wypoczywa im się we własnym łóżku, w znajomych i komfortowych warunkach. Ja też powinienem tak zrobić. Wrócić do mieszkania, położyć się, zwinąć w kłębek, zasnąć i rano obudzić się jak nowonarodzony. Po kiego ja w ogóle zawracałem jej głowę?
Ano dlatego, że chłopcy z zespołu jednak uparli się mnie tu przywieźć. Odpuścili sobie w końcu pomysł z pogotowiem, ale za to Natsu przywiózł mnie swoim własnym samochodem i niemalże siłą wepchnął mnie do przychodni. W recepcji narobił szumu i podkolorował mój stan, przez co chwilę potem dostałem białą, gumową bransoletkę z imieniem, nazwiskiem, grupą krwi i czerwonym kółeczkiem, które miało symbolizować, iż byłem pacjentem, który nie mógł czekać. Na wszystkie słowa perkusisty kręciłem przecząco głową, ale kobieta za kontuarem nie zwracała na mnie uwagi. Była zbyt zajęta słuchaniem przejmującej opowieści muzyka. Koniec końców uległem pod naciskiem połączonych sił tej dwójki, gdyż kiedy stałem zbyt długo, odruch wymiotny wzmagał się. Musiałem koniecznie usiąść, nawet jeśli przez to miałem przegrać z nimi tą małą, choć zażartą batalię.
Tak oto trafiłem do gabinetu lekarskiego i patrzyłem sobie w oczy z młodą lekarką, będąc już po podstawowym zestawie badań. Dobra, czas było się zbierać – mogłem to wyczytać z jej wyrazu twarzy. Dupa w troki i wychodzimy. Dawaj, Hiro, czas do domu.
Ale ja nie chciałem do domu. Może w normalnej sytuacji ucieszyłbym się, że wszystko poszło tak zgoła bezproblemowo i faktycznie wolałbym się zaszyć w mojej samotni, ale ta w obecnej chwili była okupowana przez moją matkę. Rodzicielka znacząco naruszała mój spokój. Cholera, nie po to czekałem z wytęsknieniem tyle lat, żeby się wyprowadzić i zacząć żyć na własną rękę, żeby teraz wrócić do punktu wyjścia, do czasów, kiedy wymigiwałem się od powrotu do domu. Nie chciałem się z nią widzieć. Jeszcze nie teraz.
- Dobrze, zostanę – mruknąłem, gdyż dłuższe wypowiedzi sprawiały, iż się zapowietrzałem, gubiłem rytm oddechu, przez co w efekcie uczucie ucisku i ciężaru w klatce piersiowej wzmagało się.
Kobieta popatrzyła na mnie zdziwiona. Idiota. No przecież, że regularny idiota. Z jej oczu płynął do mnie jasny przekaz, iż skwalifikowała mnie jako zwyczajnego ćwierćinteligenta i symulanta. I za takich degeneratów jak ja musiało płacić państwo za publiczną opiekę zdrowotną…? do czego to doszło, co, pani lekarz? Żyjemy w dziwnych czasach…
Skrzywiła się nieznacznie, ale skinęła mi głową. W końcu nie mogła odwieść mnie od tego pomysłu, nawet jeśli jej propozycja została mi przedstawiona tylko i wyłącznie ze względu na kurtuazję i zasady, jakie obowiązywały w jej miejscu pracy. Bo tak było trzeba, nie?

***

Twardy materac szpitalny, odgłosy z korytarza i sztywna, biała pościel nie służyły wysypianiu się. Mimo to w jakiś sposób byłem usatysfakcjonowany, że udało mi się odwlec powrót do domu. Co więcej, mój telefon już dawno zdążył się rozładować, co również przemawiało na moją korzyść. Cisza, spokój… no, względnie.
Koło południa do mojej sali weszła inna, nieco bardziej doświadczona lekarka niż ta z wczoraj. Stanęła przede mną, przedstawiła się śpiewnym głosem ze sztucznym uśmiechem na twarzy i oświadczyła:
- Muszę panu pogratulować – uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ma pan wzorowe wyniki, wręcz książkowe. Nic tylko pozazdrościć – omiotła spojrzeniem dokumenty i wyniki trzymane w rękach.
- Och… - mruknąłem tylko.
A więc jednak pierwsza diagnoza była właściwa – symulant.
- Niemniej… - zaczęła już nieco mniej entuzjastycznie, jakby wyczuwając moje zmieszanie. – Nie wszystkie dolegliwości mają przyczyny fizyczne – delikatnie próbowała nakierować mnie na właściwy tor myślenia. – Zastanawiał się pan może nad swoim samopoczuciem psychicznym w ostatnim czasie? Może miał pan dużo stresów albo innych nieprzyjemności…
Nie, nie symulant. Lepiej – hipochondryk. Brawo, zbierasz coraz lepsze opinie, nic tylko pogratulować. Widzisz, kretynie? Nawymyślałeś sobie jakiś urojonych bólów i teraz zawracasz dupę porządnym ludziom. Weź się ogarnij, co? Co ty tu, do cholery, jeszcze robisz? Wylegujesz się w szpitalnej pościeli za pieniądze z ubezpieczenia? Niezły sposób na zrobienie sobie wakacji, nie ma co. Jak już się płaci za tą opiekę medyczną, ubezpieczenia i inne te bzdety, to przynajmniej niech będą z tego jakieś korzyści, nie? Na przykład jednodniowe wakacje, za które nie musisz wykładać z własnej kieszeni. Znaczy… właściwie to już zdążyłem je sobie opłacić, ale fakt, iż zadziało się to w przeszłości, a w dodatku kwota opłacona została w mniejszych „ratach”, podnosił mnie jakoś na duchu. Cała ta impreza znacznie bardziej zabolałaby mnie, gdybym musiał w tej właśnie chwili wyciągnąć już portfel. A tak swoją drogą… gdzie on tak właściwie się podział?
- Pielęgniarki zwróciły uwagę, że jest pan małomówny i osowiały – kontynuowała swój wywód, kiedy ja myślami byłem przy moim zagubionym portfelu. – Ponoć także niewiele pan je i zdarza się panu często odpływać gdzieś myślami… tak jak teraz – zauważyła, uśmiechając się delikatnie, przyjaźnie.
Zacząłem wyczuwać, że coś tu śmierdzi… Ta, ewidentnie paniusia krążyła wokół drażliwego tematu, umyślnie nie przechodząc bezpośrednio do sedna. Owijała w bawełnę tak, że niemal dostawałem zawrotów głowy, ale to wszystko było ukartowane. Zbity z tropu miałem wyśpiewać jej, co mi wadzi i co mnie boli.
- Jest pani psychologiem? – zapytałem otwarcie.
- Cóż… zgadza się – przyznała zdumiona, iż udało mi się ją rozpracować, kiedy ta zapewne posługiwała się poznaną podczas studiów techniką z nalepką „niezawodne”. Jednak nie wszyscy ludzie są tacy sami, co? – Przejrzał mnie pan – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się bezradnie, nieco zawstydzona. – Niemniej, jeśli jest coś, o czym chciałby pan porozmawiać, to…
- Nie ma niczego takiego – przerwałem jej ostro. Kobieta spojrzała na mnie zdziwiona. – Po co właściwie pani tutaj przyszła? – zapytałem, nie mając ochoty certolić się z nią w tańcu niedomówień, zgrabnych przeinaczeń i fałszywych komplementów oraz zapewnień o świetlanej przyszłości. – Po opisie zdanym przez pielęgniarki zdiagnozowała pani u mnie książkowe objawy załamania nerwowego albo czegoś podobnego? – prychnąłem. – Mało ma pani pacjentów? Potrzebuje pani jelenia, który zapisze się na prywatne sesje, za które za samo trzaśnięcie drzwiami zapłacę więcej niż za tygodniowy zapas jedzenia? – zaśmiałem się niewesoło. Lekarka spoglądała na mnie jak na kosmitę. Najwyraźniej nie spodziewała się, że mogę okazać się takim chamem i odezwać się do niej tak szorstko, kiedy ta rozsypywała dookoła siebie cukier i brokat w ilościach fabrycznych. – Nie, dziękuję – uśmiechnąłem się krzywo, paskudnie. – Obejdę się bez tego. Serio, jeszcze mam, co robić z pieniędzmi – fuknąłem rozbawiony. Psycholog już szykowała się do odpowiedzi, będąc jeszcze bardziej przekonaną o moim problemie za sprawą mojej mowy niżby będąc zniechęconą. Nim jednak zdążyła nabrać tchu, uprzedziłem ją: - Zawsze taki byłem – stwierdziłem, na co kobieta zamknęła z powrotem usta. – W tym wypadku sądzi pani, że mam depresję czy coś tam jeszcze bardziej interesującego w zasadzie od… urodzenia? Odkąd nauczyłem się mówić? – przewróciłem oczyma, uśmiechając się półgębkiem.
- Czasem sami nie jesteśmy w stanie wystawić sobie obiektywnej oceny – ripostowała.
- Na całe pani nieszczęście ja jestem tym chlubnym wyjątkiem, który to potrafi – parsknąłem śmiechem. – Nie tylko nie potrzebuję pani pomocy, ale także jej nie chcę – upierałem się przy swoim. – A niestety pomóc da się tylko tym, którzy tej pomocy pragną i się na nią zgadzają – zauważyłem.
- Ale nie omówiliśmy nawet planu…
- „Planu”? – znów wciąłem jej się w wypowiedź. – Więc pani ma już ułożony cały plan, na który powinienem się zgodzić? – prychnąłem.
- To nie tak…
- Nie jestem zainteresowany – skrzyżowałem ręce na piersi. – Dziękuję – uciąłem.
- Ale…
- Dziękuję – powtórzyłem z naciskiem.
Jeszcze tego mi brakowało, żeby wcisnęli mnie do czubków. Uważałem, że jak na tak krótki czas i tak miałem wyjątkowo dużo ekscesów, więc póki co nie szukałem żadnych nowych.
Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, jakoś nie czułem, żebym był stworzony do przesiadywania na kozetce i opowiadania o tym, co też „straszliwego” stało się dzisiaj w moim życiu, przy czym wycierałbym załzawione oczy i cieknący nos chusteczkami w ilościach hurtowych. Nie bardzo mi się to widziało. W końcu jestem facetem, nie? Mam jakąś swoją godność… może podeptaną i zaplutą, ale zawsze jakąś. Ponad to wszystko, zostawała jeszcze reakcja matki i członków zespołu. Gdyby dowiedzieli się, że zostałem zdiagnozowany jako ten, który nie ma najrówniej pod sufitem, nasze relacje zmieniłyby się drastycznie. Na gorsze, naturalnie. Byłbym traktowany z pobłażaniem - jak duże dziecko z pełnym pampersem, do którego wszyscy machają z daleka, gdyż obawiają się, że kiedy tylko podejdą zbyt blisko, zawartość pieluchy może właśnie w tym momencie ujrzeć światło dzienne. A niestety nikt nie zakładał, iż składać się ona będzie ze złotych monet i truskawkowych galaretek.
A szkoda.
Właściwie to zjadłbym coś słodkiego…

***

Przez lata wytrenowałem sobie pewne „sposoby” na własną rodzicielkę. Oprócz ogarniania się w ekspresowym tempie w windzie po alkoholowej nocy i wymyślaniu na poczekaniu historyjek na usprawiedliwienie swojej nieobecności, których nie powstydziłby się niejeden bajkopisarz, nauczyłem się także odpowiadać na znienawidzone przez wielu pytanie: „Jak było?” niezależnie od tego jak podstępnie nie zostałoby ono zadane oraz jego wszelkie pokrewne pytania. Wystarczyło trzymać się prostej kolejności w odpowiedziach: „znośnie”, „w porządku”, „całkiem nieźle”. Kto by pomyślał, że kluczem do sukcesu mogłaby być taka banalna rzecz, prawda?
- Jak było w pracy? – padło pytanie, kiedy tylko przekroczyłem próg mieszkania.
- Znośnie – odpowiedziałem bez zająknięcia, zdejmując buty w przedpokoju.
- Jak się dziś czujesz? – padło następne.
- W porządku – odparłem, rozglądając się za najbliższym przedmiotem, który mógłby posłużyć mi za siedzenie. Odruch wymiotny wciąż mi doskwierał, kiedy zbyt długo stałem wyprostowany.
- Jak ci idzie komponowanie i pisanie tekstów? – dociekała.
- Całkiem nieźle.
Dźwignąłem się z fotela raz jeszcze i przeszedłem do kuchni. Chwyciłem szklankę i wypełniłem ją wodą, czując na sobie mordercze spojrzenie kobiety za plecami. Odetchnąłem głęboko, starając się nie pozwolić sobie na ciężkie westchnięcie, które mogłoby zdradzić moje poirytowanie.
Opróżnione już naczynie obmyłem pod bieżącą wodą, nie widząc sensu wstawiania jednej szklanki do zmywarki. Rozejrzałem się w poszukiwaniu ścierki, jednak wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że nie było jej w kuchni.
Gryząc już z nerwów wewnętrzną stronę policzka skierowałem się do sypialni. Już zamierzałem otworzyć szafę w poszukiwaniu nowej ścierki, kiedy zauważyłem starą, rozwieszoną na kaloryferze. Jaki był sens w wieszaniu ścierki w sypialni, kiedy grzejnik znajdował się także w kuchni? Normalnie zapewne skomentowałbym to nielogiczne zachowanie, ale dziś wolałem to przemilczeć. Nie było sensu niepotrzebnie wywoływać wilka z lasu. Ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowałem była kłótnia z matką, a potem długoterminowe płaszczenie się przed nią, żeby ta zechciała mi w końcu wybaczyć moje „niewybaczalne” zachowanie. Jakby nie patrzeć prosiłem niemalże o paradoks, nie? A to całkiem sporo. Więc może jej nieustępliwość nie była znowu aż taka nieuzasadniona?
- Zachowujesz się dziwnie – skwitowała moja rodzicielka.
- Nie wiem, o co ci chodzi – mruknąłem, ściągając wciąż wilgotny kawałek materiału z grzejnika i wycierając w niego ręce.
- Zbywasz mnie – wycelowała we mnie oskarżycielsko palcem. Oho, zaczęło się. No patrz, starasz się jak tylko umiesz, żeby nie robić problemów, a to i tak za mało… - i oszukujesz – dodała z wyrzutem. – Cazqui-kun zadzwonił do mnie i poinformował, że trafiłeś wczoraj do szpitala! – sapnęła wściekle. – Sam nawet nie raczyłeś chociażby wysłać mi zdawkowej wiadomości na ten temat! Mało tego, gotów byłeś nawet zataić przede mną ten fakt! – naburmuszyła się niczym nastolatka, która otrzymała oficjalną odmowę w sprawie podwyższenia kieszonkowego. – Zawsze odpowiadasz w ten sam sposób – zauważyła. – Nawet podajesz odpowiedzi w tej samej kolejności!
Cholera, przejrzała mnie… Co to był, jakiś dzień prawdy dzisiaj czy co? Jakiś dzień niepowodzenia spisków i tajnych planów? Najpierw pani psycholog się nie udało, teraz mnie…
- Nie ma, o czym mówić – machnąłem lekceważąco ręką. – Przecież jestem tu cały i zdrowy, stoję przed tobą, tak? – rozłożyłem ręce. – Więc nie masz się, o co martwić – wzruszyłem ramionami.
- A więc w twoim mniemaniu pobyt w szpitalu to nic takiego?! – oburzyła się. – Przecież zostawili cię pod obserwacją!
- Ale nic mi nie jest – upierałem się.
- Gdyby nic ci nie było, to nie musiałbyś pojawiać się w szpitalu! – kłóciła się, na co ja w końcu pozwoliłem sobie na ciężkie westchnięcie. – Hiro, jeśli coś się dzieje, chcę o tym wiedzieć! – zażądała. – Jeśli masz jakieś problemy, niezależnie od tego czy dotyczą one twojego zdrowia, finansów czy psychicznego samopoczucia, możesz mi o tym powiedzieć – spuściła z tonu, zaczynając przemawiać łagodniejszym głosem. – Jeśli tylko jest coś, co cię trapi…
- Nie ma niczego takiego – przerwałem jej szybko.
- Przecież widzę, że jest! – wyrzuciła ręce w powietrze w akcie frustracji. – Czy ty, dziecko, myślisz, że ja jestem ślepa? Przecież znam cię jak nikt inny i wiem, kiedy coś jest nie tak – próbowała do mnie dotrzeć, zburzyć mur, którym już dawno się otoczyłem od reszty świata. – Przyjechałam tu dla ciebie, więc mnie nie odtrącaj. Mogę i chcę ci pomóc. Jedyne, co musisz zrobić, żeby uwolnić się od tego wszystkiego, co cię dręczy, to porozmawiać ze mną…
- No właśnie o to chodzi, że nie! – nie wytrzymałem w końcu i wrzasnąłem. – Teraz zebrało ci się na matkowanie, słuchanie i radzenie? – prychnąłem. – A gdzie byłaś, kiedy ja chciałem z tobą rozmawiać? – wyrzuciłem z siebie to, co ciążyło mi na sercu od wielu lat. – Nie możesz wymagać ode mnie, że nagle zacznę z tobą rozmawiać o wszystkim i niczym, zwierzając się z władnych problemów jakby to była jakaś opera mydlana! Życie tak nie działa! – cały wręcz drżałem ze złości. – To, że ty chcesz rozmawiać, nie znaczy, że ja chcę, zrozum to w końcu! Kiedy ja przychodziłem do ciebie z jakimś problemem, ty mówiłaś, że nie masz czasu albo przewracałaś oczami i mówiłaś: „Zmień nastawienie do życia”, „Uśmiechnij się trochę, a nie ciągle na wszystko narzekasz”, „Dramatyzujesz” – wymieniałem na palcach zwroty, które słyszałem od matki najczęściej, kiedy jeszcze byłem nastolatkiem i z nią mieszkałem. – Może i dramatyzowałem – wzruszyłem ramionami – ale wtedy wystarczyło tylko posiedzieć przez chwilę cicho i rzucić durne: „Będzie dobrze”. Tyle by wystarczyło, żeby zażegnać całą sprawę – głos mi zadrżał. – Tyle tylko oczekiwałem od ciebie jako od matki… - przyznałem już niemal szeptem, czując, że oczy zaczynają mnie piec. – Nie dziw się teraz, że po latach robię dokładnie to samo, co ty wcześniej! – znów podniosłem głos, chcąc ukryć swoją chwilę słabości. – Teraz już jest za późno, żeby cokolwiek zmieniać. Teraz już nie chcę rozmawiać. Nie chcę! – głos znów mi się załamał. – Nie potrafię! – palnąłem, zanim zdążyłem się opanować.
- Co to ma znaczyć: „Nie potrafię”? – zapytała zszokowana kobieta.
- Jak się czegoś nie chce zrobić, to się nie potrafi – zbyłem ją burknięciem i próbowałem ją wyminąć, chcąc wyjść na balkon i zapalić.
- Może i nie byłam perfekcyjną matką – kobieta złapała mnie za ramię, zatrzymując w miejscu – ale chyba wciąż nie wszystko jest stracone? – zapytała z nadzieją. – Jest w tobie choćby jakaś drobina z mojego dawnego Hiro, którą mogę uratować, prawda?
- „Twojego dawnego Hiro”? – prychnąłem. – Nie ma żadnego dawnego Hiro! – wykrzyknąłem wściekły. – Twierdzisz, że znasz mnie najlepiej ze wszystkich, a nie byłaś nawet w stanie zauważyć, że do pewnego momentu tańczyłem jak mi zagrałaś tylko dlatego, że potrafiłem gryź się w język i na wszystko ci przytakiwać – warknąłem. – Ale w końcu nastąpił ten przełomowy moment, proces ewolucji dopadł i mnie, a więc zacząłem myśleć i nie mogłem już tego dłużej znieść – pokręciłem zrezygnowany głową. – Usamodzielnienie się było dla mnie zbawieniem… - wyznałem cicho.
Wiedziałem, że ją ranię i choć sam nie raz zostałem dotkliwie zraniony przez tego tyrana, nie matkę, mimo iż to przez nią stałem się takim, jakiego wszyscy mnie znają i na jakiego wszyscy zgodnie narzekają… to z jakiegoś powodu nie umiałem czerpać z tego radości. Było mi przykro. Czułem wstyd.
- Więc naprawdę nie chcesz…? Ograniczałeś ze mną kontakt jedynie do informowania mnie o tym, że wciąż żyjesz kilka razy do roku, bo… chciałeś się odciąć ode mnie? – stałem do niej plecami, ale wiedziałem, że po jej policzkach spływają łzy, mimo iż jej głos nawet nie zadrżał.
Była lepsza w udawaniu i odgradzaniu się od własnych uczuć ode mnie. W końcu miała dłuższy „staż” w tej dziedzinie. Podejrzewałem jednak, że w jej wieku też dojdę w tym już niemalże do perfekcji… a może nawet uczeń przerośnie mistrza, kto wie?
- Nie chcę wracać do przeszłości – sprostowałem. – Nie mogę tego zrobić. Nie poradziłbym sobie z tym drugi raz… - mruknąłem. – Może nawet chciałbym ci powiedzieć, co było źle w przeszłości… Może nawet wyobrażałem sobie setki razy różne scenariusze tej rozmowy… Może naprawdę chciałem wziąć sobie twoje uwagi do serca, bo przecież zdaję sobie sprawę, że ja też nie byłem idealnym synem – uśmiechnąłem się krzywo pod nosem. – Może… ale to już nieważne, bo nawet jeśli wciąż tego chcę i wierzę, że to mogłoby wiele zmienić, to nie mogę – westchnąłem.
- Dlaczego?
- Dlatego, że za długo milczałem – przyznałem, odwracając się w końcu do niej przodem, aby zobaczyć przed sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nigdy nie widziałem własnej rodzicielki w tak fatalnym stanie. Barwo, Hiro. Możesz sobie pogratulować. Wszystko koncertowo pieprzysz, jedną sprawę za drugą. Zastanawiałeś się kiedyś nad sensem własnej egzystencji? Może jesteś kimś w rodzaju mściwego ducha albo przeklętym człowiekiem przez jakieś piekielne istoty, przez co przynosisz ludziom tylko żal i cierpienie? – Chciałbym… powiedzieć… - dukałem nieskładnie, czując wręcz namacalną blokadę w moim umyśle. – Ale… - zająknąłem się. – Nawet jeśli… jeśli wyobrażałem to sobie tysiące razy to… nie mogę. Kiedy mam chociażby powiedzieć to głośno… przyznać się sam przed sobą… nie mogę… - urywałem. – Mam chaos i mętlik w głowie… Nie mogę… wykrztusić z siebie słowa na ten temat… - pokręciłem głową z dezaprobatą dla samego siebie.
Wyrwałem się w końcu z uścisku i wyszedłem na balkon. Drżącymi dłońmi odszukałem paczkę papierosów i odpaliłem jednego. Zaciągnąłem się siwym dymem, pozwalając, aby delikatny deszczyk zrosił całą moją postać.
- Kurwa… - syknąłem pod nosem sam do siebie, ledwo powstrzymując się od walenia głową o barierkę.
Naprawdę chciałem w końcu zrzucić z siebie ten ciężar wszystkich problemów, które przez większą część mojego życia kolekcjonowałem w sobie i zamykałem w czarnym pudełeczku na dnie serca. Kiedy te już wypełniło się po brzegi, musiałem jakoś odreagować. Zależnie od sytuacji albo się z kimś pobiłem, albo spiłem do nieprzytomności, albo po prostu byłem cyniczny i obrażałem i odtrącałem od siebie ludzi, którzy chcieli mi pomóc. Aż w końcu zostałem sam. Całkiem sam. Tak, jak sobie tego życzyłem. Tak, jak sam sobie ciężko na to zapracowałem.
O czym ja bredzę? Nikt nie chce być sam. Przynajmniej nie na dłuższą metę. Po pewnym czasie samotność staje się wrogiem człowieka niżby jego przyjacielem.
Teraz jednak byłem już tak zgnuśniały i zacietrzewiały, że nie mogłem już nic na to poradzić. Kiedy próbowałem chociażby wspomnieć o tym, co naprawdę mnie kiedyś zabolało lub boli do dziś, potrafiłem jedynie ruszać bezdźwięcznie ustami, przypominając rybę wyrzuconą na brzeg. Ryba chciała zaczerpnąć powietrza atmosferycznego, które przecież było rozpuszczone w wodzie, ale nie mogła tego zrobić, gdyż jej skrzela nie były do tego przystosowane. W efekcie tego umierała w męczarniach. Ogółem zabawna dość z tego historia, gdyż ryba przecież miała pod dostatkiem, a nawet jeszcze więcej powietrza niż w wodzie, ale nie mogła z niego korzystać, gdyż nie potrafiła tego zrobić. A przecież wszystko, czego potrzebowała znajdywało się na wyciągnięcie płetwy albo jeszcze bliżej. Ze mną było identycznie… choć nie miałem płetw.
Kiedy próbowałem odezwać się na ten przeklęty temat w moim umyśle powstawał jeden, wielki, bezkształtny kołtun myśli, którego nie dało się rozplątać. Wszystkie te złe wspomnienia, które faktycznie może niepotrzebnie roztrząsałem i wracałem do nich tylko po własną krzywdę, aby zranić sam siebie, nawarstwiły się do tego stopnia, że nie mogłem już sobie z nimi poradzić. Prawdę mówiąc, to one miały nade mną władzę a nie odwrotnie.
Może właśnie dlatego ściąłem włosy? Żeby pozbyć się kołtuna? Myśl całkiem niegłupia, jednak sam sposób mało skuteczny, żeby po prostu nie rzec, iż była to klapa, dno i wodorosty… a właściwie trawa umazana w śluzie martwej ryby. Tak, moje porównania są epickie. Zdecydowanie powinienem zacząć pisać wiersze. Może wziąłbym się za jakieś haiku?
Przyczyn i winnych sytuacji, w której znalazłem się z moją matką jak i całą resztą świata było wiele. Mogłem wiele zarzucić rodzicielce, choć jakby się nad tym tak chwilę zastanowić to wychodziło na to, że ona nie była nikim innym jak ofiarą podobną do mnie. Ofiarą niezrozumienia i niewystarczającej ilości uwagi. Winnym temu z kolei był mój ojciec, który całymi dniami pracował, a kiedy już późną nocą wracał do domu to chciał tylko wziąć ciepły prysznic, wypić piwo i iść spać, żeby następnego dnia powtórzyć cały rytuał. Ojciec był nieobecny w naszym życiu rodzinnym, co potwierdzał choćby fakt, iż kiedy byłem jeszcze w podstawówce, a dla odmiany z jakiegoś powodu miał odebrać mnie tata, a nie mama, nie poznałem rodziciela. Wychowawczyni nie widziała go nigdy na oczy, a więc uwierzyła Hiro-brzdącowi, który uparcie zarzekał się, że ten facet z worami i cieniami pod oczami oraz brodą i wąsami, który mimo iż wciąż był przed czterdziestką to już zaczął siwieć, nie był jego tatusiem. W rezultacie ojciec został oskarżony przez nauczycielkę o próbę porwania dziecka i podszywania się pod jednego z rodziców, przez co wszyscy razem wylądowaliśmy na komisariacie, gdzie, całe szczęście, sprawa już się wyjaśniła.
Na usprawiedliwienie rodziciela mogłem przypomnieć, iż żył on w związku małżeńskim z prawdziwym dyktatorem-tyranem, a więc całe życie spędził pod kloszem. Niezbyt przyjemna sprawa, ale taka była prawda. Matka na pierwszy rzut oka wydawała się być kobietą ze stali, która musiała zastępować mi oboje rodziców, troszczyć się o cały dom, pokrewną rodzinę i finanse sama ze względu na wiecznie nieobecnego, zatyranego, przynoszącego w zębach pieniądze małżonka, którego sam zapamiętałem jako człowieka, który nie szczędził sobie napojów wyskokowych. To była jego ucieczka od rzeczywistości. Niemniej, wracając znów do kobiety, pozwolę sobie przypomnieć, że na tym świecie tak naprawdę nie ma ludzi ze stali lub innych metali, tudzież ich stopów. Nawet jeśli gdzieś tam są jakieś humanoidy czy temu podobne rzeczy, to moja matka z pewnością nie była jednym z nich. Była człowiekiem, ba!, kobietą! Tą niby bardziej wrażliwą płcią… Niestety, żeby podołać stawianym jej przez życie obowiązkom musiała uśmiercić w sobie tą bardziej emocjonalną część, która kazała jej płakać za zmarłą matką, tęsknić za nieobecnym mężem, ubolewać nad teściem trawionym demencją, martwić się o zamknięcie miesięcznego budżetu i przy tym wysłuchiwać jakiś błahych problemów, które mógł mieć jej syn. W końcu to był tylko dzieciak, nie?
I tak „kółeczko wzajemnej adoracji” zamykało się. Wszyscy byli pokrzywdzeni, jednak nikt nie był bez winy. Ale fajnie, co?
No właśnie niekoniecznie…
Zwiesiłem głowę między ramionami, pozwalając, aby dreszcze zimna oraz te towarzyszące latami wstrzymywanemu płaczowi targały moim ciałem. Oparłem łokieć na mokrej, śliskiej barierce, a następnie wsparłem czoło na dłoni, jednocześnie zakrywając przez całym światem moją wykrzywioną w żałosnym grymasie twarz.
Ach, nie odważyłem się wspomnieć o jeszcze jednym zwrocie, który za młodu często słyszałem od rodzicielki: „Musisz być silny. Nie możesz okazywać innym swojej słabości.”.
Czy moje zachowanie świadczyło o tym, że dobrze zinterpretowałem jej słowa i przez cały ten czas podążałem za ich przesłaniem?

Chyba niekoniecznie…

PROJECT: DREAMS

Dziś bez notki (ale spokojnie, "Książę z bajki" jest już ukończony - znaczy jeden rozdział, rzecz jasna, nie cała seria!... znaczy tak właściwie to już nawet półtora, a może jedna i trzy czwarte rozdziału, więc niedługo będziecie mogły spodziewać się czegoś do poczytania C:), ale za to z pewnym ogłoszeniem. Otóż zostałam poproszona o udostępnienie na blogu informacji o projekcie DREAMS. Polega on na tym, iż fani wysyłają zdjęcia z koncertów, z których potem założyciele tworzą film. 
Pozwolę sobie zacytować tekst wiadomości, którą otrzymałam, żeby być pewną, że niczego nie pominęłam:
"Hejka,
My, czyli Project Dreams, organizujemy fan akcje dla The GazettE. Polega ona na stworzeniu filmu - pamiętnika. Fani wysyłają nam zdjęcia z koncertów (nie podczas występów!) i tworzymy z tego film. Jeśli znasz kogoś, kto był na ich koncercie podczas światowej trasy lub, jeśli nie będzie to dla ciebie problem, udostępniłabyś wiadomość o fan akcji na swoim blogu, byłybyśmy wdzięczne :D

Pozdrawiam
Alex"

Także, jeśli ktoś dysponuje jakimiś zdjęciami to zachęcam do wzięcia udziału, gdyż w moim mniemaniu wszelkie akcje fanowskie powinny być wspierane (o prywatnych opiniach na ten temat możemy porozmawiać sobie na grupie na facebooku xp). Sama niestety nie wybrałam się (jeszcze) nigdy na Gazetto, toteż nie mogę sama bezpośrednio wziąć udziału, ale przynajmniej staram się nieco rozgłosić sam projekt.

Możecie kontaktować się z założycielkami projektu przez maila: project.dreams.gazetto@gmail.com lub poprzez ich stronę na facebooku, do której dołączam wam link: https://www.facebook.com/ProjectDreams/?ref=aymt_homepage_panel


PS Pozwolę sobie tylko zastrzec (może i głupotę, ale jednak ^^’’), że jeżeli piszecie do mnie to jestem przeszczęśliwa, ale o ile serio nie macie na imię Alex, to proszę nie wybierajcie sobie tego nicku =.=’’ Obecnie piszę/pisałam już z sześcioma Alexami, z czego pod tym imieniem skrywały się osoby obojga płci, przez co trochę już ciężko mi ogarnąć, który Alex jest który… x.x’’ Przepraszam za to, ale taka prawda ;_;