"Książę z bajki" cz.5

To dopiero piąta część, a ja się czuję, jakbym pisała dwudziestą... Huh...

„Książę z bajki” cz.5

Minęło kilka dni.
Kilka – pojęcie względne; jednak nie dla relacji międzyludzkich. Co to dokładnie oznacza? No, między innymi to, że głęboka i szczera nienawiść, jaką żywili członkowie mojego zespołu do początkującego wokalisty Bird as Omen, zdążyła w tym owym czasie kilku dni doszczętnie wygasnąć.
Dosłownie.
Zdawało się, że moi współpracownicy zaczęli go po prostu tolerować – jego nachalność i dociekliwość, upierdliwość i szczeniacką miłość, jaką żywił do wszystkich i wszystkiego… no dobra, może do mnie już mniej.
A mnie zaczął wkurwiać.
Ot co.
Bo ja zawsze musiałem być na przekór wszystkim i wszystkiemu – ot tak dla zasady.
Stan apatii, którego czułe ramiona przecież jeszcze nie tak dawno temu ciasno mnie obejmowały, teraz wydawał mi się być tak odległy i nierealny, ulotny niczym mgła i podobnie też przezroczysty. Właściwie to w obecnym momencie wolałbym napić się terpentyny i naszczać do ognia niż jeszcze raz popaść w ten przeklęty stan; za dużo podczas niego popełniałem błędów i na zbyt wiele sobie pozwalałem.
Znów powrócił stary, dobrze mi znany stan wiecznego wkurwu, z którego przecież słynąłem… i z tej racji właśnie mogłem zabić. Zajebać, cholera. I przy tym nawet powieka by mi nie drgnęła. Tylko szukałem zwady, jakiegokolwiek powodu, który mógłby zadziałać na mnie niczym zapalnik i dać mi powód do zrobienia czegoś, co sam nazywałem „wejściem smoka” – polegało to na tym, że darłem się od progu na wcześniej upatrzone ofiary, a kiedy nie przynosiło to pożądanych efektów, co oznaczało, że nie zauważyłem widocznego aktu skruchy za wszystkie grzechy tego świata lub, co gorsza, ktoś wpadł na pomysł stawiania mi się, przechodziłem do rutynowego mordobicia.
Znaczy… przynajmniej taką miałem nieodpartą ochotę i tak zakładała teoria. Póki co nie doszło jeszcze do rękoczynów, ale, jak mniemałem, to tylko kwestia czasu.
Właśnie szedłem korytarzem, zmierzając na balkon, który na naszym piętrze pełnił funkcję palarni, kiedy nagle doszły mnie pewne głosy.
- Zawsze taki był? – odezwał się Crena.
Wyjrzałem zza rogu, jednocześnie wciąż pozostając ukrytym za ścianą. Zorientowałem się, kogo rozmowę mam przyjemność podsłuchiwać. Jak się okazało na korytarzu dysputę uskuteczniali Ketsueki i Cazqui.
- Nie zawsze – odpowiedział Caz. – Właściwie to zmienił się odkąd wrócił ze Stanów. Nie wiem, co tam się wydarzyło, że wymusiło na nim aż tak diametralną zmianę, ale po prostu stało się. Jeśli mogę wyrazić swoje zdanie to powiem, że USA, to dla mnie dziki kraj. Wszyscy tam chodzą z bronią i w ogóle… nie możesz czuć się bezpiecznie, cały czas jesteś w stanie gotowości, żeby momentalnie móc przejść na tryb natychmiastowej defensywy. Może to tak na niego wpłynęło?… a może zastrzelili mu w tej Ameryce ukochanego chomika czy coś? – sarknął.
Szybko zorientowałem się, że mówili o mnie – no i masz, znalazłem swój „zapalnik”…
Takiej zniewagi nie mogłem puścić płazem, oj nie. Właśnie nadszedł czas na „wejście smoka”.
- Mój ulubiony gitarzysto – wychyliłem się, ujawniając się z mojej prowizorycznej kryjówki. – Ty lepiej uważaj, żebym ja ci nie zastrzelił twojego ukochanego chomika – wymownie spojrzałem na jego krocze. – Bo będzie bolało. I będziesz śpiewał altem – prychnąłem.
Muzyk przewrócił oczyma, podczas gdy brunet wbił we mnie zdziwione, może nawet przerażone spojrzenie. Widocznie moja obecność okazała się być dla niego nie lada szokiem. Możliwe także, iż oczekiwał, że przejdę od razu do drugiej części „wejścia smoka”, ale na nic podobnego się nie porwałem. Właściwie to byłem ukontentowany reakcją chłopaka, który rekompensował mi lekceważące podejście jasnowłosego.
Po dogłębnym zastanowieniu doszedłem także do wniosku, że jego zachowanie mogło być uwarunkowane również tym, jak potraktował mnie w klubie. Z jednej strony chciał pokazać, jaki to stał się nagle okrutny, twardo stąpający po ziemi, jak to nie był na mnie obrażony i wściekły, kiedy w rzeczywistości wyszło, że wciąż się mną interesuje i za moimi plecami uskutecznia swoje ociekające lukrem optymizmu i wiarą w moją „lepszą stronę” poczynania. Pewnie zastanawiał się, ile zdążyłem już usłyszeć.
Minąłem ich, znikając za kolejnym zakrętem korytarza, choć wciąż nie przestałem nasłuchiwać. Zatrzymałem się, aby być pewnym, co do reakcji, jakie udało mi się wywołać. Cóż, skłamałbym gdybym nie przyznał, że zawsze byłem ciekaw skutków, jakie niosło ze sobą moje zachowanie.
- Myślisz, że coś jeszcze da się z tym zrobić? – dociekał młody muzyk, kontynuując rozmowę jakby nigdy nic.
- Wątpię – wyznał Cazqui. – Przez tyle lat się nie zmienił, to chyba już nic go nie ruszy. Wątpię, aby coś nagle tknęło go niczym samo oświecenie – fuknął. – Chociaż… w zasadzie…
- Co? Co takiego? – brunet widocznie się ożywił.
- W sumie wydaje mi się, że jest jedna rzecz, właściwie osoba, która mogłaby nim zatrząsnąć; i to porządnie, tak od podstaw… ale nie jestem pewien, co do rezultatów. Zmiana z pewnością będzie drastyczna, ale nie potrafię przewidzieć czy na plus, czy na minus. Tak samo jak mógłby zamienić się w hasającego po łące radości skrajnego optymistę, mógłby przeobrazić się w jeszcze gorszego pesymistę, dla którego Mordor to nawet byłoby za mało… Jesteś pewien, że chcesz tak ryzykować? – upewnił się.
Prychnąłem.
Co za idioci.
Co oni niby mogliby na mnie mieć?
- Kto to jest? Godzilla? – ironizował Ketsueki.
- Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że nawet gorzej… - wyznał jasnowłosy, a w jego głosie zaczęła dominować nuta strachu.

***

- Nie przeszkadzam? – zapytałem retorycznie, a właściwie to warknąłem na gitarzystę mojego zespołu, który jakby nigdy nic wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wyjął z niej dwa piwa, po czym podał jedno rozwalonemu na kanapie brunetowi; kurwa, wszedł do MOJEJ kuchni, otworzył MOJĄ lodówkę, zabrał MOJE piwo, a na ten drugi wylegiwał się na MOJEJ kanapie! Co tu się, do cholery jasnej, dzieje?! – A wy tu w ogóle po co? – burknąłem. – Ktoś was tu zapraszał? – posłałem obu miażdżące spojrzenie. Caz nie przejął się tym jednak, podczas gdy Crena uciekł wzrokiem, nie mogąc dłużej na mnie spoglądać.
- No niby nikt nie zapraszał – odparł obojętnie Cazqui. – My tak z ciekawości wpadliśmy na ten spektakl – oświadczył, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Spektakl? – powtórzyłem zdziwiony.
Nie dane było mi jednak dowiedzieć się, o co dokładnie mu chodziło, gdyż znów rozległ się dźwięk dzwonka przy drzwiach. Sapnąłem ciężko, kierując się do wejścia, jednocześnie odpowiednio się tym razem ustawiając, aby nikt nie mógł prześlizgnąć się ani wcisnąć na siłę do mojego mieszkania bez mojego wyraźnego pozwolenia, w przeciwieństwie do tego jak zrobili to dwaj muzycy. Otworzyłem drzwi i… stanąłem jak wryty w podłogę.
Przede mną stała niewysoka, szczupła kobieta w kwiecie wieku. Jej drobną, ładną twarz zdobiły już gdzieniegdzie bruzdy zmarszczek, jednak spojrzenie jej przenikliwych ciemnych oczu wciąż pozostawało czujne i chłodne. W żadnym razie nie przypominała tych roześmianych mamusiek i babć z kreskówek dla dzieci. Jej czarne, półdługie włosy były idealnie proste, zupełnie tak jakby nawet pojedynczy włosek nie śmiał ruszyć się ze swojego miejsca, dobrze wiedząc, że mogłoby skończyć się to surową karą. Wszystko w niej – postawa, wyraz twarzy, ubiór, spojrzenie – zdradzało zamiłowanie do twardej dyscypliny. Jej mina w zasadzie przypominała bardziej wyraz twarzy dowódcy wojskowego niż nieszkodliwej kobietki, którą przecież w istocie była.
… nie, poprawka. Wcale nie była nieszkodliwa – za dobrze ją znałem, aby wierzyć w to, że była to pierwsza lepsza kobieta, która nie ma nic do powiedzenia.
- Mama? – wydusiłem z siebie z trudem, będąc zszokowanym do granic możliwości.
- A kogo się spodziewałeś? – prychnęła, mierząc mnie nieprzychylnym spojrzeniem. – Panienki lekkich obyczajów? – pokręciła głową z dezaprobatą. – Zresztą, długo zamierzasz jeszcze tu tak stać? Zamierzasz mnie dziś wpuścić czy postoimy sobie jeszcze na tym przeciągu? – posłusznie odsunąłem się, przepuszczając rodzicielkę w drzwiach. Ku mojej rozpaczy zauważyłem, że ciągnęła za sobą niewielką czarną walizeczkę. O przewrotny losie, czemuż mnie tak pokarałeś?!
Kobieta skierowała się od razu do salonu, gdzie urzędowali moi nieproszeni goście. W jednej chwili obydwaj poprawili się na siedzeniach ze swoich półleżących pozycji. Zdążyli także wypić do dna po piwie, które, jak zgadywałem, opróżnili zapewne „na odwagę”. Malowniczo ustawili puste butelki za jedną z nóg niskiej ławy, która stała przed sofą, tym samym odsuwając od siebie wszelkie podejrzenia i zrzucając je na mnie.
- Hiro! – huknęła moja matka, tak jak się tego spodziewałem. – Kto to widział, żeby przyjmować gości w takim chlewie?! – ściągnęła groźnie brwi. – I co mają oznaczać te puste butelki?! Ty moczymordo jeden! Już ja się za ciebie wezmę! – obiecała, a ja poczułem, że cała krew odpływa mi z twarzy i nagle robi mi się słabo. Z trudem udało mi się wycelować w fotel, na który opadłem ciężko, aby następnie zakryć twarz dłońmi w akcie rozpaczy. – Dobrze, że po mnie zadzwoniłeś, Caz-kun – odezwała się już znacznie łagodniej, klepiąc chłopaka po ramieniu w akcie uznania. – Miałeś rację, że mój syn zaniedbał się i przestał sobie radzić – zgromiła mnie spojrzeniem ciskającym gromami. – Dobrze przynajmniej, że ma takich dobrych przyjaciół jak wy – westchnęła, spoglądając niemal rozczulona na obydwu nieproszonych gości. – Choć szczerze powiedziawszy to nie wiem, czemu wciąż się z nim zadajecie i dlaczego jesteście dla niego tacy dobrzy, jeśli to, co mi powiedziałeś przez telefon, Caz-kun, jest prawdą – wzięła głębszy oddech, aby nieco się uspokoić. – Niemniej mój Hiro ma u was ogromny dług wdzięczności – spojrzała na mnie wyczekująco.
Pod naciskiem twardego spojrzenia rodzicielki niechętnie i powoli skinąłem głową, jednocześnie posyłając jednoznaczną niewerbalną wiadomość brunetowi i jasnowłosemu: „Zabiję, zabiję kurwa. Zginiecie obaj; w okropnych męczarniach.”, a na koniec zakończyłem przymilnym uśmiechem, który był niczym znak interpunkcyjny i nadawał całej wypowiedzi obrzydliwego, przerażającego tonu. Cazqui starał się pozostać na to niewzruszonym, jednak na dnie jego oczu dojrzałem obawę, a Crena aż zadrżał ze strachu. Musiałem wyglądać naprawdę okropnie, skoro udało mi się wystraszyć nawet gitarzystę mojego zespołu, który jednocześnie był moim wieloletnim znajomym.
I zdrajcą.
Ale o tym miałem tę nieprzyjemność dowiedzieć się dopiero teraz.
Zapłacą mi, oj zapłacą… Coś czuję, że w odwecie poleje się krew…

***

Po wielogodzinnym truciu, jakiego musiałem pokornie wysłuchać – bo przecież nie mogłem wydrzeć się na własną rodzicielkę ani tym bardziej wyjść w trakcie jej despotycznego monologu, nawet jeśli miał nieco obraźliwe zabarwienie, z trzaskiem drzwi; tak się po prostu nie robi – moja matka stwierdziła, że moje mieszkanie jest urządzone absolutnie bez gustu. Jeśli chodzi o styl, to nigdy nie mogłem się z nią w tej kwestii dogadać; ja lubiłem proste i funkcjonalne modernistyczne kształty, podczas gdy ona uwielbiała przepych i zbytek, kwiatki i szlaczki, wzorki i różne inne takie, które mnie przypominały gryzmoły Stesuko. Niemniej rodzicielka ma zawsze rację i jest to prawda niepodważalna; a ona właśnie uznała, że należy jak najszybciej zmienić wystrój mojego sanctrum. W tym celu musieliśmy udać się do jednego z centrów.
Oczywiście na dobieraniu fikuśnych wazonów czy kwiatków w masywnych doniczkach, na które kobieta wydała wyrok śmierci w chwili włożenia je do koszyka, który ja z kolei musiałem pchać, nie mogło się skończyć. Oprócz sklepów z akcesoriami domowymi musieliśmy odwiedzić także nieskończoną ilość sklepów odzieżowych, przez co mój miernik wkurwu znalazł się na niebezpiecznym czerwonym polu, osiągając stan tak wysoki, że nawet nie potrafiłem już sięgnąć pamięcią, kiedy ostatnio byłem tak wściekły. Gdybym był postacią z anime i w wyrazie złości rysownik rysowałby mi te pulsujące znaczki na czole, w tej chwili musiałby pokryć nimi całą moją postać… a może nawet jeszcze więcej.
Ale nie mogłem nic zrobić. Gryzłem wewnętrzne strony policzków aż do krwi, żeby nie chlapnąć czegoś głupiego lub obraźliwego – tu już nawet nie chodziło o szacunek, którego, bądź co bądź, ale matka mnie nauczyła, ale o to, że musiałbym potem znosić długofalowe i bardzo ciężkie skutki jednego głupiego wybryku.
Teraz, kiedy stałem pod ścianą korytarza, który prowadził do toalet, z których wciąż wydobywał się świergot ptaków (w Japonii w damskich toaletach jest taki przycisk, który kiedy naciśniemy to zaczyna lecieć muzyczka ćwierkających ptaszków, żeby zagłuszyć plusk wody w toalecie od aut.). Już nawet nie bardzo miałem siłę się wkurzać. Po prostu stałem opadnięty z sił, opierając się o zimną ścianę wyłożoną czarnymi kafelkami. Poprawiłem nieodłączne okulary przeciwsłoneczne na nosie i przestąpiłem z nogi na nogę, krytycznie przyglądając się kręgowi toreb, torebek i torebeczek, którymi byłem szczelnie otoczony, zarzucony niczym wielbłąd.
Ta, dromader się znalazł…
Bez zainteresowania przyglądałem się kolejce do damskiej toalety. Kiedyś próbowałem rozgryźć tę zagadkę, dlaczego to właśnie do męskiej toalety nigdy jej nie ma, ale wtedy poległem sromotnie – teraz, kiedy właściwie nie zagłębiałem się w jakieś problemy egzystencjonalne, nie wyzwałem na pomoc sił transcendentnych ani nie szukałem podpowiedzi w gwiazdach, odpowiedź jakby nasunęła się sama.
Co można robić tak długo w łazience? No dobra, w domu można brać kąpiel, malować się, przebierać… ale w publicznej? Co łączy publiczną toaletę i tą prywatną w domu? Umywalka – ale co można robić przy niej tak długo? Myć ręce? Nie, to raczej odpada. Lustro – w domu wykonanie makijażu czy fryzury od zera może zająć trochę czasu, ale poprawianie wyglądu, wprowadzenie delikatnych upiększających zmian i detali nie rozciąga się jakoś drastycznie w czasie. Więc to też odpada. Także zostaje tylko toaleta – pomijając fizjologię (gdyż nie zakładam, że w toaletach publicznych kobiety dostają zbiorowych problemów fizjologicznych ani nie jest to ich nieustanna naturalna przypadłość) człowieka zostaje tylko filozofia. Dziwne? Głupie? Już wyjaśniam – zdawało się, że mimo iż to faceci zyskali przydomek tej płci, która rozmyśla nad sensem istnienia lub skończoności Wszechświata w toalecie, jednak wychodziło na to, że kobiety wcale nie są od nas w tym gorsze lub nawet przodują w tym – tak oto rozwiązałem zagadkę, która trawiła ludzkość od wielu pokoleń.
- Hej – usłyszałem tuż przy uchu. Zwróciłem rozbiegane, nieobecne spojrzenie w stronę mojego rozmówcy; był nim nikt inny jak Crena. Czasem zastanawiałem się czy on mnie śledzi?... – Co tu robisz? – zapytał.
Jesteśmy, kurwa, w centrum handlowym, a ja stoję obładowany siatami – a ty się pytasz, co tu robię? Przyszedłem, cholera, podziwiać glazurę w publicznych toaletach, ot co! Taki nowy fetysz! – pomyślałem… ale w gruncie rzeczy nic nie powiedziałem. Nawet nie wydałem z siebie cichego mruknięcia. Moje usta jakby się zrosły. Przez cały czas, odkąd moja matka przekroczyła próg mojego mieszkania, a więc właściwie od rana, a podkreślę, że było już późne popołudnie, właściwie wieczór, nie odezwałem się ani razu; jedynie kiwałem lub kręciłem głową, snując się jak cień. Byłem wycieńczony. Czułem się, jakby ktoś mnie spałował, a potem kazał przebiec maraton, wypuszczając za mną jednocześnie stado rozemocjonowanych psycho-fanek, które miały „usprawnić” moje tempo, abym przypadkiem się nie wlókł.
- Uch, to było głupie pytanie… - zafrasował się i zakłopotany podrapał po karku.
Brawo, a więc jednak czasem włączasz myślenie! Moje gratulacje! Słyszysz w tle te oklaski, te owacje na stojąco; to wszystko dla ciebie! – wrzeszczałem w myślach, ale moje usta wciąż nie chciały się otworzyć. Nawet jeden mięsień nie drgnął na mojej twarzy, zupełnie tak jakby ta została sparaliżowana albo ktoś wstrzyknął mi za dużo jadu kiełbasianego… choć w gruncie rzeczy to i tak wyszłoby na to samo…
- Jesteś wściekły za to, co zrobiłem ci razem z Cazem? – a ten wciąż trajkotał jak najęty; a ja wciąż milczałem uparcie niczym zaklęty. – Huh… - zaśmiał się pod nosem. – Przypomina mi się trochę nasze pierwsze spotkanie… Na początku też mi nie odpowiadałeś, starając się mnie ignorować – uśmiechnął się, mimo iż wcale nie było mu do śmiechu.
Z daleka rozpoznałem ten twardy, niemal żołnierski chód i głośny stukot wysokich obcasów. Odepchnąłem Ketsekiego, chowając go zza rogiem ściany, a sam chwyciłem wszystkie tobołki i co tam się jeszcze dało, kierując się zaraz za moją rodzicielką, która przywołała mnie do siebie jedynie gestem ręki.
Serio, wolałem, żeby jednak nie zauważyła bruneta…

***

Wracaliśmy piechotą. Moja matka zawsze odmawiała mi zdolności do prowadzenia wszelakich pojazdów zmotoryzowanych; twierdziła nawet, że jak na chłopca jako dziecko słabo radziłem sobie z samochodzikami sterowanymi na pilota…
Oczywiście w jedną stronę skorzystaliśmy z udogodnień komunikacji miejskiej, jednak drogę powrotną nie mogliśmy już za jej pomocą odbyć, o nie. Musieliśmy wracać piechotą; nawet jeśli od mojego domu do centrum handlowego było z dobre dwa kilometry, przez które moja rodzicielka z dumą kroczyła w monstrualnie wysokich szpilkach. Nie skrzywiła się przy tym ani razu, utrzymując stałe, szybkie tempo marszowe, podczas gdy ja usilnie próbowałem nie wyłożyć się na bruk, obwieszony tobołkami wszelkiej maści i rozmiaru niczym choinka bożonarodzeniowa, której, psiamać, nawet nie stawiałem w domu na święta, gdyż ich najzwyczajniej w świecie nie obchodziłem – bo w końcu byłem buddystą… albo właściwie to nawet i nie… Sam nie wiem czy mógłbym zaliczyć się do jakiejkolwiek wspólnoty wyznaniowej (no może oprócz międzygalaktycznej wspólnoty wyznawców Wkurwu, pisanego wielką literą), ale tej kobiecie, temu szatanowi wcielonemu moje moralne rozterki naprawdę nie przeszkadzały w zrobieniu ze mnie żywego drzewka świątecznego…
Przechodziliśmy koło placu zabaw, na którym, mimo późnej pory, wciąż kręciło się kilka dzieciaków. Zwolniłem kroku jeszcze bardziej, przyglądając się im. Oczywiście nie umknęło to uwadze mojej towarzyszce.
Przyglądałem się tym beztroskim twarzom, wsłuchiwałem się w radosne, niewymuszone śmiechy. Ze zdziwieniem, jakbym nagle zdał sobie sprawę z tego pierwszy raz w życiu, stwierdziłem, że ja też kiedyś taki byłem – i nie, nie miało to miejsca w epoce dinozaurów. Bo przecież kłamstwem by było, gdybym powiedział, że od początku byłem zgorzkniały; bo nikt tak absolutnie od początku nie był zacietrzewiały i zepsuty. Wszyscy w swoim czasie żyliśmy w swoistej sielance, kiedy najgorszym problemem, z jakim przyszło nam się spotkać był brak słodyczy lub złamana kredka – w czasach, kiedy nie umieliśmy długo rościć do czegoś pretensji, obrażać się, nie mieliśmy w zwyczaju szukać dziury w całym. Przypomniało mi się, jak Crena pytał Cazquiego o to, kiedy przeszedłem na tę „złą stronę mocy”… Właściwie… dobre pytanie; kiedy? Sam nie umiałem nawet z grubsza określić, w jakim okresie mojego życia mogło to się zadziać. Jasnowłosy twierdził, że zmieniłem się po powrocie ze Stanów Zjednoczonych… czy to możliwe, że moja „przemiana” mogła dokonać się tak stosunkowo niedawno?
Moja rodziciela przystanęła i odwróciła się do mnie. Ja również na moment stanąłem, by zaraz jednak zrównać z nią krok. Kobieta zwolniła, maszerując ze mną ramię w ramię.
Trwaliśmy w ciszy. Zdawało się, że po długich godzinach umoralniania mnie i dawania mi niezbędnych, bezcennych życiowych rad, powiedziała już wszystko, co powiedzieć miała. Kiedy tak nadawała i ganiła mnie bez końca, marzyłem tylko o tym, aby w końcu zamilkła, a teraz, wbrew sobie, wręcz zatęskniłem za jej głosem. Dziwnie się czułem nie mając nawet żadnego tematu, jaki mógłbym poruszyć z własną matką.
- Co u taty? – odezwałem się po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu.
- W porządku – odparła lakonicznie. – To co zwykle – rozłożyła bezradnie ręce. – Ale mógłbyś przyjeżdżać częściej, żeby nas odwiedzić.
Skinąłem głową – bo cóż innego mogłem zrobić? Nie było sensu w tym, aby tłumaczyć jej, że byłem zajęty, że pracuję, a jeśli już nie pracuję, to chciałbym też czasem odpocząć. Niemniej, prawdą było też to, że w rzeczywistości nie odwiedzałem ich zbyt często.
- Kupiłaś w końcu ten nowy…
- Nie – przerwała mi. – Bo w końcu przecież nie wybrałeś koloru kamienia.
- Czy moje zdanie jest naprawdę aż tak ważne? – spojrzałem na nią z pobłażaniem. Nie mogłem uwierzyć, że tylko dlatego iż nie wyraziłem swojej opinii, wstrzymała się z zakupem tak ważnej rzeczy.
- Ależ oczywiście! – zgromiła mnie wzrokiem. – Przecież to sprawa rodzinna, więc powinniśmy decydować wszyscy razem! Twojemu bratu podobał się inny kolor niż mnie, więc twój głos mógłby rozwikłać tę sporną sytuację i…
- Przecież mam beznadziejny gust – zaśmiałem się, przerywając jej. – Sama tak powiedziałaś – wypomniałem jej.
- Owszem – skinęła głową. – Dlatego podejrzewałam, że wybierzesz ten drugi odcień, ten sam, co twój brat…
- Nieważne – przewróciłem oczyma. – Czy kolor naprawdę ma jakieś większe znaczenie? Dla mnie niekoniecznie, więc rozstrzygnijcie to między sobą – wzruszyłem ramionami.
- Hiro! – matka zmroziła mnie spojrzeniem, jednak gromy, które biły z jej oczu szybko straciły na swej zabójczej mocy, a sam wyraz twarzy kobiety z rozsierdzonego zmienił się na bardziej zasmucony. – Od kiedy jesteś takim ignorantem? Z tego co zaobserwowałam dzisiaj, naprawdę mało rzeczy cię interesuje, żeby nie powiedzieć, że właściwie nic.
Przystanąłem raz jeszcze, tym razem pod furtą prowadzącą na niewielkie ogrodzone podwórze dookoła mojego bloku. Cudem wyswobodziłem jeden palec z supłów rączek toreb, które dzierżyłem, i wystukałem kod policyjny, otwierając bramkę rodzicielce.
- Ignorantem? – powtórzyłem. – Cóż… Może masz rację, że w ostatnim czasie nie przejawiałem jakiejś nad wyraz silnej inicjatywy twórczej ani chociażby zaangażowania, ale czy nie uważasz, że porwałaś się na zbyt ostre słowa? – spojrzałem na nią wymownie. – Może to nie ja jestem totalnym ignorantem, a wy jesteście nadgorliwymi pedantami dbającymi o szczegóły, które w istocie nie mają żadnego większego znaczenia? Czy naprawdę kolor kamienia jest tu czynnikiem priorytetowym? – pokręciłem głową z dezaprobatą. – Faktem jest, że po prostu trzeba postawić nowy pomnik, bo stary popękał od mrozów – rozłożyłem ręce, jednocześnie przywołując przyciskiem windę. – Czy ze względu na to, że nie możecie się między sobą dogadać co do koloru kamienia, ojciec ma mieć popękany pomnik? Czy całym swoim życiem nie zapracował na nic więcej niż wyszczerbiony, podniszczony kawałek kamienia? – zirytowałem się.
Rodzicielka spojrzała na mnie zaskoczona. Stała nieruchomo z uchylonymi ustami i wpatrywała się we mnie tak, jakby zobaczyła mnie pierwszy raz w życiu.
Ja też w zasadzie spoglądałem na nią podobnie – bo w istocie po raz pierwszy zdarzyło mi się ją zobaczyć w takim stanie, kiedy zabrakło jej słów.
Winda przyjechała.

***

- Ja obstawiałam przy impali, ale twój brat twierdzi, że lepsza byłaby kayani grey (kolory granitów nagrobkowych od aut.) – tłumaczyła matka, wskazując na kolejne zdjęcia wyświetlone na stronie internetowej. – A tobie, który bardziej się podoba, Hiro?
- Mnie też bardziej podoba się impala – przyznałem. Kobieta spojrzała na mnie wręcz przerażona.
W zasadzie ja również byłem poruszony, choć nie dawałem tego po sobie aż tak dobitnie poznać – bo prawdą było, że niezwykle rzadko udawało nam się dojść do porozumienia.
Prawie niemożliwe, a jednak wykonalne.
Zaskakujące, prawda?
Równie zaskakujące dla mnie było też to, że moja matka tak dobitnie pokazywała dziś wszystkie swoje emocje. To było u niej raczej niespotykane. Można powiedzieć, że to właśnie na niej wzorowałem się, kiedy po raz pierwszy próbowałem przywdziać tę statyczną maskę, za którą chowałem swoje prawdziwe uczucia – jej twarz jednak była po prostu chłodna i opanowana, podczas gdy ja mojej nadałem jeszcze obrzydliwego prześmiewczego wyrazu, kreując sam siebie przy tym na skończonego dupka.
Teraz, z perspektywy czasu zastanawiało mnie to, dlaczego właśnie tak postąpiłem? Dlaczego nie wystarczyło mi po prostu przekopiowanie maski matki? Jak zwykle musiałem wtrącić przy tym swoje trzy grosze, co, jak później się okazało, nie wyszło mi to jednak na zdrowie.
Uch, uparty to ja jednak byłem zawsze…

***

Stałem zgarbiony na balkonie. opierałem się przedramionami o zimną barierkę i paliłem papierosa. Było już naprawdę późno, o czym informował mnie kolor nieboskłonu oraz fakt, że moja rodzicielka poszła już spać, przy czym, rzecz jasna, musiała zająć moje łóżko, w czego efekcie ja wylądowałem na kanapie. Ach, ta sprawiedliwość… Mówili, będziesz miał swój dom, będziesz ustalał w nim swoje zasady – acha, już, akurat…
Próbowałem odnaleźć odpowiedzi na dręczące mnie przez cały dzień pytania – czy rzeczywiście wina mogła leżeć tylko po jednej stronie? Czy rzeczywiście tylko ja byłem tu winny i byłem skończonym ignorantem, chamem i bucem, podczas gdy inni nie mogli sobie niczego zarzucić? A nawet jeśli wina leżała gdzieś pośrodku, to nie unikało wątpliwości, że byłem okropny i nie próbowałem się z tym kryć – właściwie to kiedy przybrałem tę maskę i dlaczego nadałem jej tak paskudnego wyrazu?
Na żadne z tych pytań wciąż nie umiałem odpowiedzieć.
Jedyne, do czego doszedłem, kontemplując tak zawzięcie rozgwieżdżone niebo to, to że moja maska naprawdę dużo ważyła. Nagle jakby cały jej ciężar przygniótł mnie; do tego stopnia, że niemal nie miałem sił ruszyć się z miejsca – ale dlaczego nigdy wcześniej tak dobitnie nie czułem jej wagi tak jak teraz?
W mojej głowie wciąż rodziły się nowe pytania, a odpowiedzi, standardowo, ani widu, ani słychu.
Pogubiłem się gdzieś – to było pewne.
Ale jak miałem niby teraz się odnaleźć?
Czy w ogóle to jeszcze było możliwe?
Wtem coś mokrego spłynęło po moim policzku. Zdziwiony przesunąłem palcami po twarzy, ocierając pojedynczą kroplę. Rozejrzałem się, ale przecież nie kropiło – więc skąd ta woda?
Rozglądając się tak, dostrzegłem własne, niewyraźne odbicie w szybie. Zszokowany zdałem sobie sprawę, że płaczę.

Ta woda… to łzy.

"Nowy Świat" cz.12



„Nowy Świat” cz.12

- Wiesz… - [Genshō] zmrużył oczy, przyglądając mi się jeszcze uważniej. – Masz w sobie coś takiego, że ludzie chcą ci zaufać… - westchnął. – Jedynym problemem jest twoja orientacja… (…) Nie lubię gejów – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- No to masz problem, bo ja… - nie było mi dane skończyć, gdyż Ryūdōin przerwał mi pocałunkiem, a właściwie całusem. Musnął moje usta, a ja zamilkłem, wpatrując się w niego z przerażeniem wypisanym na twarzy. – Ale… ale powiedziałeś, że… że nie lubisz…? – wydukałem będąc zszokowanym do granic możliwości.
- No powiedziałem, że nie lubię gejów – wzruszył ramionami – i to się zgadza. Ale orientacja nie jest chyba wszystkim, co cię determinuje, prawda? – spojrzał na mnie wymownie.
Odskoczyłem od Genshō niczym oparzony, kiedy usłyszałem ten charakterystyczny, cichy dźwięk otwieranego zamka w drzwiach łazienki. (…) [Karma] z ręcznikiem przerzuconym przez ramiona, z wciąż wilgotnymi włosami usiadł między mną a blondynem. (…) Muzyk kilkakrotnie przenosił spojrzenie ze mnie na Ryūdōina i z powrotem, będąc zdezorientowanym.
- Ominęło mnie coś ciekawego? – zapytał prosto z mostu.
(…) Coś czuję, że następne kilka nocy spędzę razem z brunetem w salonie na czytaniu haiku… (…)
- Alex… Alex… Alex! – brunet dźgnął mnie łokciem pod żebra. - (…) Śpisz mi na ramieniu, gdybyś nie zauważył. (…) Idź się połóż do łóżka.
- Nie.
- Dlaczego? - na to pytanie aż uchyliłem powieki. Zacisnąłem szczęki, z trudem przełykając ślinę. Podniosłem się z pozycji półleżącej i sięgnąłem po tom, którego wciąż nie skończyłem czytać.
- No przecież nie śpię, nie śpię… - wymamrotałem pod nosem, leniwie przesuwając wzrokiem po pionowych linijkach tekstu, absolutnie nic nie rozumiejąc z tego, co przeczytałem.
- Nie, wcale – zaśmiał się pod nosem. – No już, nie męcz się – zabrał mi tomik poezji i z powrotem odłożył go na stolik. Wskazał wymownie na swoje kolana. Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ucieszyłem się na tę propozycję. – Skoro nie chcesz tak bardzo wracać do swojego pokoju, to możesz spać tutaj, ale połóż się już, bo jesteś ledwo żywy.
- Dzięki – mruknąłem, kładąc głowę na jego kolanach. Karma delikatnie gładził mnie po włosach, co wpływało na mnie wręcz kojąco, działało niczym kołysanka. (…) Ciepło bijące od ciała chłopaka było niczym delikatna pieszczota. Czułem się przy nim naprawdę dobrze, bezpiecznie, swobodnie… O miłosierny Buddo, jeszcze trochę i się w nim zakocham…


Unikanie blondyna i sypianie Karmie na kolanach nie było dobrym pomysłem, jeśli ktoś chciałby poznać moją opinię. Sypiałem mało, a w dodatku zapadałem jedynie w krótkie, niespokojne drzemki, przez co sen nie przynosił mi odpowiedniego ukojenia i nie pozwalał zrewitalizować sił. „Jakość” mojego snu można było zaliczyć z czystym sumieniem do tej najniższej kategorii, gdyż mimo iż wokalista AvelCain był na tyle dobry, żeby zawsze gasić wszelkie niepotrzebne światła, to faktem było, że nie umiał czytać w ciemności, więc zawsze jakieś źródło światła jednak mnie oślepiało. Przy brunecie czułem się naprawdę dobrze, jednak jego kolana były dość kościste i nie mogły równać się poduszce – nie ma co ukrywać.
Cholera! A to wszystko znowu przez Ryūdōina, psiamać! Zachciało mu się odwalać jakieś dziwne teatralne scenki, przez które serce podjeżdżało mi do gardła! Nie to, żebym podejrzewał go o coś, ale po prostu wolałem nie kusić losu, a więc nie dawać mu nawet szansy zostania sam na sam – to właśnie z tego powodu, tak przezornie, trzymałem się muzyka niczym ostatniej deski ratunku – tonący Karmy się chwyta, nie? Nie, chwila… Chyba coś przekręciłem…
Przez zaistniałą sytuację w ostatnich kilku dniach chodziłem niczym żywy zombie. Byłem zmęczony, rozdrażniony, a pod moimi oczami zaczęły malować się wory większe niż te, które zwyczajowo na kartkach bożonarodzeniowych Mikołaj-strong-man ciąga ze sobą po świecie. Zmęczony tym wszystkim podczas przerwy na lunch wybrałem się do parku. W okolicy, w której mieszkałem nie znajdował się żaden choćby zielony skwerek, przez co zatęskniłem za roślinnością, chociażby tak ściśle kontrolowaną przez rękę człowieka. W zasadzie to nigdy nie przepadałem za lasami czy ogółem terenami zielonymi „pozostawionymi samym sobie”, to znaczy, całkowicie naturalnych; umiałem docenić kunszt japońskich ogrodników, ich ciężką pracę i oddanie, a przede wszystkim dziękowałem im za to, że nie musiałem walczyć z chmarą insektów, aby móc przez chwilę nacieszyć oko zielenią – choćby parkową.
Od mojego miejsca pracy nie było znowu aż tak daleko do osławionego i gigantycznego Yoyogi Park. Była to ogromna plama zieleni na szarym tle planu miasta; mieściło się tu pięć zbiorników wodnych, świątynia Meiji Jingū, jej biuro (widział ktoś kiedyś, żeby założyć coś podobnego jak Shrine Office?), Mejiji-jingū Kaikan Hall, Treasure Museum, a także National Olympics Memorial Youth Center. Ponad to park mieścił się zaraz przy stacji metra Yoyogi-hachiman Station oraz Stacji Harajuku, a więc łatwo było do niego dotrzeć. Przez dłuższą chwilę kręciłem się po alejkach, umyślnie wybierając te mniej zatłoczone. W końcu dotarłem do „serca” parku, gdzie w zasadzie ludzie przewijali się jedynie w pojedynczych egzemplarzach, jeśli mogę się tak wyrazić. Większość raczej kierowała się do znanych przybytków mieszących się na obrzeżach parku lub wybierała go jako „drogę przelotową”, nie zapuszczając się tak głęboko jak ja.
Klapnąłem ciężko na ławce, wzdychając. Na jej drugim końcu siedział młody chłopak, ale nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi – zmęczenie było zbyt przytłaczające, abym mógł skupić się na czymkolwiek innym niż to, jak bardzo chciało mi się spać. Głowa opadała mi na pierś, gdyż nie miałem sił utrzymać jej prosto. W końcu poddałem się i przymknąłem powieki, jak mi się zdawało, jedynie na chwilkę…

***

Obudził mnie zimny podmuch wiatru szarpiący moimi włosami. Niechętnie podniosłem powieki, orientując się, że jestem czymś przykryty. Była to lekka, czarna, skórzana kurtka, która mimo wszystko dość dobrze chroniła mnie przed porywistym wiatrem, który właśnie się zerwał. Rozejrzałem się dookoła, szukając jej właściciela. Dopiero po chwili dostrzegłem tego samego chłopaka, który siedział na drugim końcu ławki, kiedy tutaj przyszedłem, a teraz aktualnie leżał na tej samej ławce z rękami pod głową i podkurczonymi nogami; zdawało się, że również spał.
Przyjrzałem mu się uważnie. Miał długie, różowe włosy i mocny makijaż. Miał drobną twarz o delikatnych rysach i bladej cerze. Był dość niski. Całe jego ciało było drobne i wydał mi się nawet nieco za szczupły; nawet jak na Japończyka. Ubrany był w czarne spodnie i szary sweter zapinany na duże białe guziki. Sweter wyglądał na wełniany, a więc ciepły, jednak po bladym kolorze jego ust i drżących z zimna dłoniach wnioskowałem, że jednak odczuwał chłód otoczenia dość dobitnie.
Przypominał mi kogoś – w zasadzie to nawet nie „kogoś” a dokładnie pewną osobę, ale nie chciało mi się wierzyć, że to naprawdę on. Może to jakiś cosplay’owicz? Albo ktoś, kto przynajmniej zawzorował się na osobie, którą miałem na myśli? Albo ich podobieństwo to zwyczajnie czysty przypadek…
Z niechęcią zdjąłem z siebie skórzaną kurtkę i wstałem, okrywając nią chłopaka. Wygrzebałem z kieszeni telefon, orientując się, która godzina…
- Cholera! – syknąłem pod nosem, dowiedziawszy się, że przespałem ponad godzinę!
Na wyświetlaczu komórki pysznił się mrożący krew w żyłach sms od Genshō, którego treść brzmiała następująco: „Masz przejebane. Nie wiem, gdzie jesteś, ale jeśli myślałeś, że takie ciągłe znikanie działa na twoją korzyść, to grubo się przeliczyłeś. Moja ciotka jest na ciebie wściekła. Lepiej, żebyś już dzisiaj nie pokazywał się w hotelu; przejąłem za ciebie zmianę. Licz się jednak z tym, że jutro będziesz musiał się z tego solidnie wytłumaczyć.”. Cudnie! Po prostu cudnie! Barwo, Alex! Oby tak dalej! Gratulacje, kretynie – masz pracę, którą mogłaby wykonywać małpa, ale wygląda na to, że nawet to potrafisz spartolić! Doprawdy, geniusz!
- Coś się stało? – doszedł mnie zaspany głos. Spojrzałem na różowowłosego, który, ziewając rozdzierająco, windował się do pozycji siedzącej. – Wyglądasz na zmartwionego… - zauważył.
- Em… - zająknąłem się. – Nie, to nic takiego – posłałem mu standardowy uśmiech, który rzucałem wszystkim klientom, podając im klucze do ich pokojów lub przedstawiając oferty hotelu. – Dziękuję za użyczenie kurtki i… przepraszam za kłopot – skinąłem mu głową w geście przeprosin.
- Nie masz, za co dziękować ani tym bardziej za co przepraszać – machnął ręką i uśmiechnął się ciepło.
- Obudziłem cię? – zaniepokoiłem się.
- Nie, nie – pokręcił głową. – Już od dawna nie spałem, ale nie mogłem się podnieść – zaśmiał się. – Niestety, zrobiło się już zimno… - spojrzał w niebo, które zasnuło się ciężkimi, ołowianymi chmurami, gotowymi uraczyć nas rzęsistym deszczem w każdej chwili. – Chyba rozsądnie byłoby się już zbierać – zauważył.
Nie odpowiedziałem. Cóż, nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić. Z pewnością dłuższe przesiadywanie w parku nie miało sensu, ale w takim razie, gdzie miałem iść? Mój zmiennik odradzał mi wrócenie do pracy… ale czy w dobrym tonie byłoby gdybym od tak poszedł do domu? Czy nie pogorszyłbym przez to swojej i tak już nienajlepszej sytuacji? Choć z drugiej strony, gdybym teraz wpadł do hotelu i spotkał rozsierdzoną do granic możliwości panią Yukimoto to również mogłoby się skończyć nienajlepiej… Gdybym pojawił się tam dopiero jutro, właścicielka miałaby trochę czasu na ochłonięcie i wyzbycie się tych niezwykle kuszących planów, które obejmowały urwanie mi głowy lub wyrzucenie mnie na zbity pysk… A może nie? Może moja zwłoka w czasie zdenerwowałaby ją tylko jeszcze bardziej?
Chłopak wystawił dłoń, spodem do góry, na którą spadła pierwsza kropla deszczu.
- Kropi – oświadczył. – No i jest zimno – spojrzał na mnie wymownie. – Mieszkam niedaleko. Co ty na to, gdybym zaproponował ci herbatę? – zapytał z uśmiechem.
Ja tu się właśnie martwię o to, co zrobić, aby zachować pracę i nie wyjść przy tym na skończonego aroganta czy idiotę, a ten wyjeżdża mi tu z herbatą! Jak ja mogę w takiej chwili myśleć o herbacie?!
Czy chcę herbatę?!
Ależ oczywiście, że tak!
- Z przyjemnością przyjąłbym zaproszenie – odparłem spokojnie. – Więc jak? Zaproponowałbyś tę herbatę? – spojrzałem na niego rozbawiony.
- Jeszcze się pytasz – chłopak wstał i przywołując mnie gestem ręki, ruszył przed siebie, kierując mnie w stronę swojego domu.
Musiałem skupić moje myśli na czymś innym – myślę, że herbata mogłaby mi w tym pomóc.

***

Stałem oparty o blat kuchenny, trzymając w dłoni piękną filiżankę z gorącym naparem, która parzyła moje zmarznięte dłonie. Opuszki moich palców stały się już czerwone, ale przyjemność jaką dawało mi rozpełzające się powoli po moim ciele ciepło, uzależniało zbyt mocno, abym mógł odstawić gorące naczynie. Różowowłosy siedział na owym blacie, gdyż w jego mieszkaniu nie było krzeseł – właściwie to w ogóle było w nim mało mebli, bo, jak już zdążył poinformować mnie wcześniej, dopiero co zaczął się wprowadzać do nowego mieszkania.
Herbata skutecznie uciszyła moje nerwowe myśli dotyczące pracy. Wpatrywałem się w zielony, parujący napój, stwierdziwszy, że co ma być to będzie i nic już nie mogę z tym zrobić. Zniosę to, co znieść będę musiał i tyle – sam nawarzyłem sobie piwa, to teraz muszę je wypić.
- Alex, – głos chłopaka przywrócił mnie do rzeczywistości – co cię tak gryzie? – zaciekawił się.
Chwila… Nie przypominam sobie, żebym się przedstawiał…
- Skąd znasz moje imię? – zdziwiłem się.
- Hm? – zamrugał kilkakrotnie, ściągając brwi w niezrozumieniu. – No przecież cię poznałem, kiedy tylko usiadłeś obok – wyjaśnił, jakby to było oczywiste. – Logicznym jest chyba, że nie zaprosiłbym tak bezpardonowo obcej osoby z parku do domu na herbatę – rozłożył ręce. Teraz to ja z kolei ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
W zasadzie jego wytłumaczenie, biorąc pod uwagę to, jak poznałem Crenę, nie było już dla mnie znowu tak logiczne i oczywiste, ale wolałem przemilczeć tę kwestię, skupiając się na ważniejszych pytaniach, które nie dawały mi spokoju.
- To my się znamy? – zapytałem dość niepewnie.
- No… W sumie tak nie do końca – zaśmiał się i wyciągnął do mnie rękę w geście powitania. – Yuuki – przedstawił się.
- Alex – uścisnąłem jego dłoń. – Więc… skąd mnie znasz?
- Z branży, można powiedzieć – zaśmiał się. – Ochida ponoć dość dużo o tobie mówił, ale ja go zbyt dobrze nie znam. Mnie o tobie opowiedział Hiro – spojrzałem na niego zdziwiony. – No wiesz, z Nocturnal Bloodlust…
- Wiem, wiem, który Hiro – zaoponowałem.
- Karma też o tobie wspominał – dodał. – Wiesz, ta dwójka to moi bliscy przyjaciele, więc można powiedzieć, że dzięki ich opowieściom miałem okazję całkiem nieźle cię poznać – posłał mi ciepły uśmiech, jednocześnie zakładając włosy za ucho.
Byłem zszokowany. Że też muzycy nie mają, o czym innym nawijać podczas spotkań towarzyskich jak o mnie… Trochę mnie to speszyło, przyznaję. Miałem nadzieję, że snując opowieści o mnie, ci dwaj nie wykreowali ze mnie jakiegoś monstrum w oczach Yuukiego… choć może z drugiej strony to dość oczywiste, gdyż gdyby tak było w rzeczywistości, z pewnością nie zaprosiłby mnie do siebie i nie chciałby mnie poznać. O ile o opinię Karmy byłem jeszcze spokojny, o tyle bałem się, że Hiro mógł przedstawić mnie w niezbyt łaskawym świetle – w końcu zachowałem się wobec niego okropnie. Kiedy tylko wróciłem wspomnieniami do momentu, kiedy Ochida wyrzucił mnie i wokalistę Nokuruby z mieszkania… Uch, aż nie mogłem powstrzymać kwaśnego grymasu, który wpłynął na moje usta.
- Spokojnie – zaoponował różowowłosy, widząc moją minę. – Mówili o tobie same dobre rzeczy – jego uśmiech był naprawdę cudowny. – Możesz być spokojny – poklepał mnie po ramieniu. – Ale… - zająknął się, co ponownie zmusiło mnie do pełnego skupienia. – Właściwie była jedna rzecz, którą obaj powtarzali z uporem maniaka i to nie daje mi spokoju… Właściwie… ani z Karmą, ani z Hiro nie znasz się zbyt długo, prawda? – zapytał, odbiegając nieco od tematu.
- No… nie – przyznałem zgodnie z prawdą.
- No właśnie – skinął głową, jakby się ze mną zgadzał. – A obaj tak powtarzają, że… hm, jakby to ująć? Dobrze patrzy ci z oczu… Nie, to nie to. To tak jakbyś… wzbudzał zaufanie! – pstryknął palcami, kiedy wpadł w końcu na to, jak można ubrać w słowa to, co miał na myśli. Uśmiechnąłem się słabo pod nosem, przypominając sobie, że Genshō powiedział coś podobnego. Naprawdę… co z tymi ludźmi jest nie tak?
- Ty też tak uważasz? – spojrzałem na niego rozbawiony. Chłopak wzruszył ramionami.
- Wyglądasz na miłego chłopaka – przekrzywił głowę, przyglądając mi się uważnie. – Reszta wyjdzie w praniu – ponownie wzruszył ramionami. W odpowiedzi skinąłem głową, zgadzając się z nim.
Nagle Yuuki zeskoczył z blatu i błyskawicznie się do mnie przysunął, lustrując mnie niemal z nabożną czcią. Zmrużył oczy, jakby starał się coś we mnie dojrzeć. W końcu zbliżył się do mnie tak bardzo, iż opierał się o mnie całym ciałem, niemal przygniatając mnie do mebli kuchennych za moimi plecami. Jako, że byliśmy równego wzrostu (Yuuki ma 160cm wzrostu, a Alex 161cm… ale to tak w gwoli ścisłości xp a tak w uściśleniu ścisłości to jeśli ktoś pamięta jeszcze z prologu [o co nikogo nie podejrzewam], Alex waży 47kg, podczas gdy Yuuki 45kg [prawdziwa waga Yuukiego], na co wychodzi, że Alex jest cięższy o 2kg, a wyższy tylko o 1cm, co raczej nie jest jakąś dużą różnicą – piję oczywiście do tego, kiedy Alex rzekomo wspominał, że Yuuki jest trochę zbyt szczupły… No wiecie, lepiej się patrzy na kogoś innego niż na siebie, nie? od aut.) żaden z nas nie górował nad drugim – przyznam, że była to przyjemna odmiana, gdyż, jak do tej pory, wszyscy mężczyźni, których spotkałem na swojej drodze – Daisuke, Genshō, Crena i Hiro – byli ode mnie sporo wyżsi. Niemniej, odległość w jakiej znajdował się ode mnie wokalista Lycaon nie była już tak przyjemna. Czułem się niezręcznie, kiedy stał tak blisko, iż wystarczyłoby tylko, żebym minimalnie ruszył głową, a nasze usta zetknęłyby się.
- Masz bardzo ładnie wykonany makijaż – stwierdził w końcu, uśmiechając się promiennie i owiewając mój policzek ciepłym oddechem o zapachu zielonej herbaty z dodatkiem kwiatów wiśni, którą, notabene, jeszcze nie dopił. – Wybacz mi moje zachowanie – odsunął się na normalną, „zdrową” odległość – ale zastanawiałem się czy w końcu masz ten makijaż, czy też nie. Wygląda to tak naturalnie, iż musiałem przyglądać się naprawdę z bliska, żeby dostrzec w końcu, że jednak go wykonujesz – wyjaśnił. – W sumie… Może pozwoliłem sobie na zbyt wiele – speszył się po chwili, przez którą nie odpowiedziałem. – Może to było dla ciebie trochę niekomfortowe… prawda? – spojrzał na mnie ze skruchą. – Wybacz, ale wiesz… jestem dalekowidzem – rozłożył bezradnie ręce.
- Nie mam ci tego za złe – pokręciłem głową. – Ale zaskoczyłeś mnie… to fakt – uśmiechnąłem się nieco sztucznie. Wokalista odpowiedział mi tym samym gestem, jednak już w stu procentach szczerym.
- Cieszę się, że się nie gniewasz – wyciągnął rękę i przeczesał palcami moje włosy. – Masz takie ładne włosy… - mruknął, przyglądając się ich pasmom. Odniosłem dziwne wrażenie, że różowowłosy ma jakiś odruch dotykania wszystkiego, aby lepiej to poznać… choćby to miałaby być nawet druga osoba. – Nie myślałeś kiedyś, żeby zająć się… no nie wiem… makijażem? Bo z tego co słyszałem i widzę – wskazał na mój uniform – póki co pracujesz w hotelu, prawda?
- Tak, zgadza się – przytaknąłem. – Proponujesz mi, żebym został wizażystą? – upewniłem się, że dobrze zrozumiałem, o co mu chodzi.
- „Proponuję”? – powtórzył zamyślony. – W zasadzie to tak. Właśnie tak; proponuję. Proponuję ci zostanie wizażystą. Jedna z wizażystek mojego zespołu zaszła w ciążę i wzięła urlop, więc potrzebujemy kogoś na zastępstwo. Co ty na to? – spojrzał na mnie wyczekująco.
- Ale… - zająknąłem się. – Jak to? – zaśmiałem się nerwowo, choć wcale do śmiechu mi nie było. – Przecież w ogóle się nie znamy, nie wiesz czy nadaję się do tego w jakimkolwiek stopniu, więc…
- Bazuję na opowieściach o tobie – przerwał mi. – Cóż, jasne, że póki co nie wiem o tobie praktycznie nic, ale to przecież może się zmienić, racja? – uśmiechnął się delikatnie. – Gdybyś przystał na moją propozycję, miałbym możliwość ocenienia, ile w tych wspaniałym historiach krążących wokół ciebie jest prawdą, a ile nie; mógłbym wtedy dopiero stwierdzić czy nadawałbyś się do tego, czy też nie – wyjaśnił. – Więc jak, spróbujesz? Dasz sobie chociaż szansę? – posłał mi ciepłe spojrzenie. – Pamiętaj, że zgadzając się na to, nie robisz tego dla mnie, a dla siebie; ja prędzej czy później znajdę na to miejsce kogoś lepszego lub gorszego, to nie jest problem. Ale dlaczego nie miałbyś to być właśnie ty, gdybyś miał być w tym dobry i dobrze się w tym czuć? – miałem wrażenie, że w jego ciemnych oczach zamieszkały dwa małe słońca.

***

Rozmowa z panią Yukimoto nie przebiegła gładko – choć skłamałbym, gdybym powiedział, że spodziewałem się, iż mogła ona w ogóle tak wyglądać. Ta z pozoru tak łagodna i spokojna kobieta w kwiecie wieku potrafiła wyciągnąć tak wysokie dźwięki, którymi mogła torturować decydenta bez przerwy, aż ten przyznał się do najgorszych zbrodni – w tym ludobójstwa włącznie.
Rozumiałem swój błąd i właściwie nie dziwiłem się reakcji właścicielki hotelu. Oficjalnie dostałem upomnienie, jednak zdawało się, że to właśnie „nieoficjalnie” poniosłem gorszą karę; wyglądało na to, że przychylności kobiety nie uda mi się odzyskać… prawdopodobnie już nigdy… Wnioskowałem to nie tylko po jej wybuchu złości, który, gdybym miał do czegoś porównać, przyrównałbym go do wybuchu bomby wodorowej, ale także po słowach blondyna, który w końcu znał ją lepiej niż ja, gdyż pracował tam dłużej, a ponad to była jego ciotką…
Westchnąłem ciężko, zmieniając koszulę uniformu na swój wygodny t-shirt. Właśnie zamykałem swoją szafkę na zapleczu, gdzie zazwyczaj zostawiałem rzeczy, kiedy do pomieszczenia wpadł niczym błyskawica Ryūdōin.
- Alex! – zacharczał od progu. Spojrzałem na niego przerażony. Czyżby on także zamierzał prawić mi jakieś morały odnośnie mojej pozostawiającej wiele do życzenia postawy względem pracy? – Alex! – chłopak mocno złapał mnie za ramię i potrząsnął. – Błagam cię, błagam… - wydyszał zmęczony. – Biegnij do domu! Byle szybko!
- Co?... Dlaczego? – wydusiłem z siebie z trudem.
- O dobra Kannon… - dyszał ciężko. – I wszyscy bożkowie shinto… miejcie nas w swojej opiece! Karma chce gotować! – jęknął żałośnie; pierwszy raz w życiu widziałem emocje tak wyraźnie malujące się na tej, zazwyczaj, tak kamiennej i statycznej twarzy.
- Co? Karma? – nie mogłem uwierzyć. Ten kompletny paliwoda?
- Nie stój tu jak kołek tylko leć do domu! – popchnął mnie w kierunku wyjścia. – Byle szybko! Udało mi się na jakiś czas odwieść go od tego pomysłu, ale kiedy wyszedłem do pracy pewnie znowu coś mu strzeliło do łba! – ciężko klapnął na ławeczkę, która stała pod rzędem szafek i miała nam ułatwić przebieranie się. – No już! – ponaglał mnie.
Zdziwiony do granic możliwości opuściłem miejsce pracy szybkim krokiem. Nie biegłem, tak jak życzył sobie tego Genshō, ale szedłem dość szybko, stwierdzając, że połączenie wokalisty AvelCain i kuchni to może naprawdę niekoniecznie dobre zestawienie. Zapewne spieszyłbym się bardziej, gdyby nie niespokojne myśli, które kołatały mi się w głowie, na których skupiałem się bardziej. Nikomu póki co nie powiedziałem o propozycji, jaką złożył mi tak nagle Yuuki, z nikim jeszcze tego nie przedyskutowałem, ale intensywnie nad tym rozmyślałem. Cóż, w mojej obecnej pracy nagrabiłem sobie, więc może dobrym pomysłem byłoby się zmyć? Szczerze powiedziawszy i tak nie traktowałem tego stanowiska jakoś poważnie. Bycie recepcjonistą to nigdy nie był szczyt moich marzeń. Nie spełniałem się w tym; nie umiałem czerpać tej dumy i satysfakcji z pełnionego zadania, tak jak to robili Japończycy – to chyba właśnie dlatego doprowadziłem do takiej a nie innej sytuacji.
Ale z drugiej strony – czy spełniałbym się jako wizażysta? Nigdy nie widziałem siebie w tej roli. Nie to, że teraz mam na celu urażenie kogoś, ale wydawało mi się być to dość niemęskim zajęciem – nawet dla mnie. Co prawda może jakieś podstawy wykonywania makijażu znałem, ale żeby zaraz bawić się w wizażystę? Nie skończyłem żadnej szkoły w tym kierunku ani nawet kursu… pewnie gdybym złożył podanie, to odrzuciliby je bez wahania… Chociaż może to nie miało wyglądać tak. Może nie było zwykłej rekrutacji pracowników, może nawet nigdzie nie dali ogłoszenia o poszukiwaniu człowieka na to stanowisko; może po prostu Yuuki zamierzał wkręcić mnie „po znajomości”? Nie powiem, żebym był z tego zadowolony, gdyż było to po prostu nieuczciwe, ale musiałem także przyznać, że byłem zainteresowany. Niemniej, nawet jeśli wokalista Lycaon zamierzał mnie po prostu wcisnąć na tę posadę ze względu na to, kim sam był, przydałoby się, żebym przynajmniej skończył jakiś kurs i zaczął uważniej oglądać toturiale na youtube. No cóż, taka prawda… Wypadałoby też, żebym dowiedział się o tym stanowisku nieco więcej – kogo oni tam właściwie chcą? Czego będą ode mnie oczekiwać? Żeby znowu nie wyszło tak jak z tą wytwórnią filmów erotycznych… Brr… Na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze…
Tak czy siak, musiałem jeszcze spotkać się z różowowłosym i pociągnąć go za język – inaczej na nic nie będę się pisał. Raz poszedłem w ciemno i nie skończyło się to dla mnie dobrze; dziękuję, postoję.
Jednym co jest pewne to, to że chcę zmienić pracę. Nie mogę zatrzymać się na stanowisku, do którego właściwie również nie mam żadnych kwalifikacji, na którym męczę się i przestaję rozwijać. Powinienem zacząć szukać czegoś w swojej profesji, ale myślę, że nawet zmiana pracy z recepcjonisty na wizażystę mogłaby coś wnieść do mojego życia. Później zawsze znowu ewentualnie będę mógł zmienić pracę – grunt, żeby przestać robić coś, co kompletnie mi nie leży.
Chyba zacznę się nad tym poważnie zastanawiać…
Z głową w chmurach doszedłem do stacji metra. Już widziałem schody prowadzące w betonowe trzewia podziemi miasta, kiedy nagle ktoś mnie złapał – notabene ponownie za to bolące ramię, które mój współpracownik jeszcze chwilę temu potraktował stalowym uściskiem.
- Huh? – podniosłem głowę, aby spojrzeć prosto w oczy…! – Daisuke?! – wydarłem się zdziwiony i nagle wściekły do granic możliwości.
- Ty cholerny dzieciaku! – wokalista Kagerou jak zwykle roztaczał wokół siebie burzliwą atmosferę. – Gdzie on jest?! Gadaj!
- Co? O co ci chodzi?! – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu, próbując mu się wyrwać, jednak bezskutecznie.
- Gdzie on jest?! – ryknął wściekle, wykręcając mi rękę. – Gadaj, do kurwy nędzy, albo pożałujesz!
- Au! – zawyłem żałośnie. – Niby kto, do cholery?!
- Nie udawaj idioty! – wściekł się jeszcze bardziej… o ile to możliwe… - Gdzie jest Saitou?!
- A skąd ja mam to, kurwa, wiedzieć?! Nie spotykam się z nim! – odparowałem, zagryzając wargi, aby nie wrzeszczeć z bólu, gdyż muzyk nie zamierzał wciąż puścić mojej wykręconej ręki. Przechodnie omijali nas z daleka, rzucając nam zaniepokojone spojrzenia.
- Przyniósł ci rzeczy do hotelu, w którym pracujesz, po tym jak cię wyrzuciłem! Utrzymywałeś z nim kontakt! – upierał się przy swoim.
- Widziałem go wtedy ostatni raz!
- Nie kłam, bo…
- Nie kłamię, do cholery, kretynie! Po co niby miałbym to robić?! – przerwałem mu.
Ochida posłał mi miażdżące spojrzenie. Przez chwilę walczył sam ze sobą, ale w końcu puścił mnie, gdyż zdawało się, że nie chciał robić większego widowiska niż już robił. Ktoś jeszcze mógłby wezwać policję…
Jednak mnie w tej chwili to nie obchodziło. W ramach rewanżu zamachnąłem się i przywaliłem mu pięścią w twarz. Daisuke zachwiał się, zrobił kilka chwiejnych kroków w tył, ale ostatecznie udało mu się utrzymać pion. Złapał się za obolałą szczękę.
- Weź ty się, kurwa, lecz psychicznie, człowieku! – wydarłem się. – Napadasz ludzi na środku ulicy, bijąc ich i drąc się na nich za Budda wie co! – spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Gdzie on jest? – powtarzał jak mantrę, tym razem jednak o wiele spokojniej.
- Saitou? – rozłożyłem bezradnie ręce. – Skąd mam to wiedzieć? Mówię przecież, że nie widziałem się z nim, odkąd ostatni raz przyszedł do hotelu, oddać mi rzeczy – syknąłem wściekle. – Ale co się dziwić… - fuknąłem, wywracając oczyma. – Całe szczęście ja już nie muszę się z tobą użerać, ale za to wielokrotnie współczułem temu biednemu chłopakowi, że musiał z tobą mieszkać – warknąłem. – Nie dziwię się, że uciekł. Też bym na jego miejscu tak zrobił – skrzywiłem się.
Wokalista Kagerou drgnął. Przez moment nawet jego bezbrzeżna złość ustąpiła zdziwieniu, które zdominowało jego wyraz twarzy – jednak był to tylko krótki moment; błyskawiczny skurcz mięśni mimicznych, po którym przyjął jeszcze gorszy wyraz twarzy.
- A więc myślisz, że uciekł przeze mnie?... – spuścił głowę, śmiejąc się pod nosem.
- A niby przez kogo innego? – prychnąłem. – Chyba nie przeze mnie? – pokręciłem głową z politowaniem dla jego krótkowzroczności. Czy on naprawdę był tak ślepy? Jeśli tak, przyjdzie mu to przypłacić samotnością…
- Może i nie byłem święty, zgoda – o dziwo przytaknął – ale ty też nie – posłał mi krzywy uśmiech.
- Co takiego? – ściągnąłem brwi.
- Sam wypominałeś mi egocentryzm, a nie jesteś lepszy ode mnie; wyszedłeś z jego życia z trzaskiem drzwi. Ze mną mogłeś zakończyć swój rozdział, ale zapomniałeś o tym cholernym, rozemocjonowanym dzieciaku, który w międzyczasie zdążył obdarzyć cię silnym uczuciem… - odezwał się cicho, co było u niego rzadkością.
Zamarłem.
Nie… to nie może być prawda…

…nie może, prawda?

A few tears & "Milionerzy" - kolejna zabawa Kity-pon

Dobra, na wstępie zawrę kilka skrótowych informacji, żeby większość (chyba) to przeczytała, a potem przejdę już do kolejnej gry.
No to zaczynając od dobrej wiadomości, to pochwalę się, że udało mi się w końcu usunąć tego cukierka na suficie w mojej sypialni, z czego jestem niezmiernie dumna i szczęśliwa ~(^-^)~ Jednocześnie przechodząc do nieco bardziej pesymistycznych informacji, to zaznaczę, że wciąż nie mam biurka, a więc nadal nic nie tworzę tylko bazuję na wcześniej napisanych tworach. Niestety nie zapowiada się, żebym miała w najbliższym czasie to zmienić, gdyż plan był taki, iż w zeszłą sobotę miałam już mieć samochód, z którego pomocą mogłabym już dokupić brakujących mebli, ale nic z tego nie wyszło i póki co nie jest różowo, jeśli chodzi o te sprawy. Ponad to, jak się niedawno dowiedziałam, w wynajmowanym przeze mnie domu są pluskwy i jestem cała pogryziona - to też nie wpływa zbyt dobrze na moje pisanie, gdyż schodzi ono w takim wypadku na dalszy plan. Właściwie brzydzę się przesiadywać w tym domu i całymi dniami krążę gdzieś indziej, a niestety umowa wynajmu została podpisana na pół roku, więc... ;_; Oczywiście nie oznacza to, że nie będę pisać przez pół roku, ale wiecie jak jest... Niestety nie mogę póki co jej zerwać, bo i nie mam pieniędzy na wynajem czegoś innego, a jakby tego było mało mam pewne problemy z pracą, w której nie chcą mi wypłacić należnych mi pieniędzy... Huh, nie najlepiej, jeśli mogę to tak łagodnie nazwać. To wciąż nie jest jeszcze mój okres "emowania" i chęci powrotu do kraju cebuli, ale ostrzegam, że jeśli coś w najbliższym czasie zwali mi się na głowę, to mogę zacząć "emować", więc proszę, bądźcie dla mnie wyrozumiałe (/.-)''
Tymczasem pozdrawia was pogryziona przez insekty, spłukana i nie posiadająca biurka yaoistka na emigracji~... ^^''

No to teraz przejdźmy do czegoś, co zapewne zainteresuje was bardziej niż moja historia - kolejna gra. Bo choć wciąż nie mam warunków do pisania, to nie znaczy, że się lenię i nie robię nic. Cały czas wymyślam jakieś zabawy i inne pierdoły, żebyście się nie nudziły i żebyście nie mówiły, że was zaniedbuję ^^'' Co więcej przeprowadzanie takich rzeczy jest dużo łatwiejsze, gdyż edytowanie paru zdjęć jest dużo mniej czasochłonne niż pisanie i moje plecy wyrażają jako taką zgodę na garbienie się na łóżku podczas pracy nad tymi zabawami - co do pisania już nie wyrażają tej zgody, bo ból jest potem tak dotkliwy, że ledwo co mogę się wyprostować (narzekam jak stara babcia, wybaczcie x.x'')

A więc zaczynajmy już, bez dalszych wstępów~!

Kolejna gra nazywa się po prostu "Milionerzy", gdyż jest jako taką parodią tego programu telewizyjnego i gry xp

Reguły:
Reguły w tej grze są chyba najprostszymi, jakie można sobie wyobrazić, a więc po prostu czytacie pytanie i odpowiedzi, zapisując następnie według was tę poprawną w komentarzu. Proszę was przy tym jednocześnie o to, abyście starały się nie podglądać tego, co pisały wcześniej inne "graczki" i nie szukały informacji w internecie, a jedynie bazowały na własnej wiedzy. Pytania, rzecz jasna, będą dotyczyły świata j-rocka. Osoby, które odpowiedzą poprawnie, przechodzą do następnej rundy - będę wypisywała, kto się dostał i ile obecnie ma na "koncie" xD Ciekawa jestem, kto dotrze do miliona xp Pytania oczywiście staram się wymyślać zgodnie z rosnącą sumą, a więc im większa nagroda do zgarnięcie, tym trudniejsze pytanie ^^ Szczerze powiedziawszy to mam już wymyślone pytanie za milion, jednak jest ono jedynie pośrednio związane z j-rockiem, a ponad to planuję, żeby było ono pytaniem otwartym, więc ciekawa jestem czy ktoś na nie odpowie xD

Czas na rundę pierwszą - odpowiedzi można zgłaszać do wtorku, czyli 5 sierpnia, nie dłużej. Jeżeli któraś z was nie załapie się na którąś rundę, a dalej będzie chciała brać udział w zabawie, niestety będzie musiała poczekać do drugiej tury (o ile będzie takie zainteresowanie tą grą, że będziecie chciały drugą turę) - więc powiedzcie swoim znajomym o tej zabawie, jeśli myślicie, że będą chcieli wziąć w niej udział i same nie zwlekajcie z odpowiedziami! (I nie oszukujcie, proszę was bardzo @.@)

0).(0 - Kita-pon i tak pacza, kto oszukuje xD


 Pytanie nr 1 za 1000$ - Jak nazywał się poprzedni zespół Kazukiego (obecnego gitarzysty Screw)?
a) Ayabie
b) Royz
c) Unsraw
d) Xepher

Czekam na wasze odpowiedzi w komentarzach~! ♥

Oneshoot "Miłość od pierwszego potrącenia" Yuuki (Lycaon) x Karma (AvelCain)

Tytuł: „Miłość od pierwszego potrącenia”
Paring: Karma (AvelCain) x Yuuki (Lycaon)
Gatunek: ?
Typ: oneshoot
Beta: -

Jechałem szybko, spiesząc się, aby zdążyć przed zamknięciem zakładu. Co prawda jego właścicielem był dobry znajomy mojego ojca, który, ze względu właśnie na tę znajomość, obiecał mi wstrzymać się godzinę z pójściem do domu, jednak nie chciałem nadużywać jego życzliwości i kazać mu czekać na siebie w nieskończoność.
Ale od początku – o co właściwie chodzi? Cóż, dziś nie był mój najszczęśliwszy dzień, gdyż wszędzie się spóźniałem. Zaspałem, przez co gnałem na złamanie karku do studia – z tej racji z kolei zostałem zatrzymany przez policję. Nie dość, że musiałem zabulić za mandat za przekroczenie prędkości, to także karę za jazdę bez ważnego przeglądu technicznego. A mógłbym przysiąc na wszystkie szesnaście buddyjskich piekieł, że miałem go zrobić dopiero za miesiąc…
W każdym razie, jako że dotarłem, mimo wszelkich usilnych starań, do studia spóźniony, to wyszedłem z pracy również później niż zwykle, co przekładało się na to, że nie zdążyłbym już dotrzeć na stację diagnostyczną na czas, aby zrobić przegląd – a chciałem załatwić to jeszcze dzisiaj, aby powtórnie nie płacić za to samo. Całe szczęście pan Saiki był na tyle miły, żeby wstrzymać się z zamknięciem zakładu, aby mnie przyjąć po wysłuchaniu mojej opowieści, którą uraczyłem go niemal płaczliwym głosem przez telefon.
Także to naprawdę nie był mój szczęśliwy dzień.
Ale najgorsze w tym wszystkim, że się jeszcze nie skończył – a to oznaczało, że pasmo nieszczęść, jakie za sobą ciągnął owy dzień, również jeszcze się nie zakończyło.
Licho nie śpi. Zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że po zmroku jego aktywność się wzmaga.
Nagle coś wyskoczyło mi przed maskę – a właściwie ktoś. Ostro wcisnąłem hamulec, z żalem wsłuchując się w wysoki pisk opon. Zatrzymałem się tuż przed blondwłosym chłopakiem, który właśnie wszedł na pasy jakby nigdy nic. Przewrócił się, gdyż chyba nogi odmówiły mu posłuszeństwa ze strachu, albowiem udało mi się wyhamować na czas i nie uderzyć go. Otworzyłem drzwi, wyskakując z auta niczym z procy. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach palonej gumy, a na odcinku kilkudziesięciu metrów ciągnęły się teraz czarne ślady świadczące o moim nagłym hamowaniu. Chłopak wyjął słuchawki z uszu, spoglądając na mnie przerażony.
- Co ty sobie, do cholery, wyobrażasz?! – ryknąłem na niego wściekle, a jako że byłem przecież wokalistą w metalowym zespole, to mój wrzask przypominał nieco growlowanie. – Myślisz trochę?! – skarciłem go. – Nie wiesz, że się, kurwa, rozgląda przed wejściem na pasy? – normalnie zapewne podbiegłbym do niego, pytając czy nic mu się nie stało, ale dziś byłem naprawdę rozwścieczony do granic możliwości i nie myślałem racjonalnie.
- A ty nie wiesz, że w terenie zabudowanym nie jeździ się z taką prędkością?! – odkrzyknął, z trudem z powrotem windując się do pozycji stojącej. – Poza tym piesi mają pierwszeństwo!
- Może i tak – prychnąłem – ale nie wtedy, kiedy nadjeżdżający samochód jest już praktycznie na tych pasach! Jeśli jesteś jakimś samobójcą, to błagam, wybierz sobie kogoś innego na twojego zabójcę, co? Mnie się jakoś nie widzi iść do pierdla ze to, żeś mi wlazł pod maskę! – sapnąłem wściekle. – A jeśli nie zamierzałeś robić tego specjalnie, to proponuję następnym razem dla odmiany wyjąć słuchawki z uszu – uśmiechnąłem się złośliwie.
- Jakim znowu samobójcą? – spojrzał na mnie jak na idiotę, marszcząc groźnie brwi. – A ja z kolei proponowałbym tobie zacząć używać oczu, do cholery! Kto dał ci prawo jazdy? Masz ty je w ogóle? – fuknął.
Westchnąłem ciężko, kręcąc głową – nie było sensu się z nim kłócić. Traciłem tu tylko niepotrzebnie czas. Ta akcja była zarówno moją jak i jego winą, jednak w napadzie złości niepotrzebnie zacząłem się od razu na niego drzeć, sprowadzając naszą dwójkę na wojenną ścieżkę.
Wiedziałem, że zachowuję się nieodpowiedzialnie, ale w tym momencie naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Bez słowa z powrotem wsiadłem do auta i odjechałem, przezornie spoglądając jeszcze w lusterko wsteczne, aby ujrzeć jak chłopak pokazuje mi środkowy palec. Niby przecież nic się nie stało, ale nie powinienem od tak się zabrać. Mogłem mu chociaż zaoferować podwózkę na przeprosiny, ale naprawdę się spieszyłem; no i byłem wkurwiony do tego stopnia, iż nie wiedziałem czy w przypływie „rzeźnickiej weny” nie rozbiłbym mu głowy o kokpit, gdyby znów wypowiedział coś, co mogłoby mi się nie spodobać.
Ale w końcu udało mi się dotrzeć na miejsce. Z rezygnacją stwierdziłem, iż mimo pośpiechu spóźniłem się aż o pół godziny.
- Bardzo pana przepraszam – zacząłem, wysiadając z samochodu i witając się z właścicielem stacji diagnostycznej oraz warsztatu w jednym. – Wiem, że miałem być wcześniej, ale jakiś imbecyl wyskoczył mi tuż przed maskę i mało jeszcze nie miałem wypadku… - westchnąłem ciężko.
- Nic się nie stało, Karma – starszy mężczyzna o miłym uśmiechu machnął lekceważąco ręką. – Grunt, że dojechałeś szczęśliwie cały i zdrowy, i bezwypadkowo – pokiwał głową, jakby na znak, że zgadza się z własnymi słowami. – Ale teraz z kolei to ja muszę cię przeprosić, gdyż odesłałem już pracowników do domu, nie chcąc ich dłużej zatrzymywać, a mój syn jeszcze nie wrócił – wyjaśnił. – Obiecał mi pomóc. Wiesz, ja już stary jestem… Nie znam się na tych nowych samochodach – rozłożył bezradnie ręce. – Na tej elektronice, na tym wszystkim… Ja to pamiętam jeszcze auta o konstrukcji ramowej! – zawołał z dumą. – Kto to widział, żeby teraz głównym elementem nośnym samochodu było nadwozie? – oburzył się.
Skinąłem mu głową, gdyż nic innego nie mogłem zrobić. Nie byłem jakimś wybitnym znawcą samochodów, więc wolałem nie zagłębiać się w ten temat. Pan Saiki chyba to zauważył, gdyż uciął swój monolog w zalążku. Uruchomił podnośnik, windując auto niemal pod sam dach warsztatu i przyglądając się krytycznie, choć dość pobieżnie podwoziu.
- Pana syn tutaj nie pracuje, a mimo wszystko jest mechanikiem? – zacząłem nieco inny temat, żeby nie trwać w ciszy.
- A kto powiedział, że jest mechanikiem? – zdziwił się staruszek.
- A nie jest? – teraz to ja się zdziwiłem. – No skoro ma zająć się przeglądem, to myślałem, że…
- Ach! – przerwał mi. – Nic się nie bój. Mój syn jest bardzo zdolny. Nie jest mechanikiem tak dosłownie, ale zna się na tym bardzo dobrze – jego słowa wzbudziły we mnie niepokój. – Chciałem, żeby przejął po mnie zakład, bo to moje jedyne dziecko, ale samochody nigdy nie pasjonowały go tak jak mnie. Jest technikiem awionikiem. Zajmuje się maszynami latającymi wszelkiej maści, gdzie potrzeba dużo większej precyzji i wiedzy, więc naprawdę możesz czuć się spokojny – rzeczywiście nieco mi ulżyło, że nie jest to jedynie jakiś domorosły kadet, którego wiedza opierała się na toturial’ach z youtube.
Po chwili usłyszałem trzask zamykanych drzwi.
- Wróciłem! – odezwał się głos z tej części warsztatu, która była czymś w rodzaju łącznika między domostwem a halą zakładu.
- Co tak długo, Yuuki? – zapytał ojciec chłopaka.
- Jakiś idiota mało mnie nie zabił, kiedy przechodziłem przez pasy – głos aż mu zadrżał ze złości. – I jeszcze dostałem za to opiernicz, rozumiesz? Co za kretyn! – i właśnie w tym momencie wyszedł.
To jakiś głupi żart, tak?
Cała siódemka bogów szczęścia postanowiła sobie ze mnie zadrwić, czy co?
Bo w progu stacji diagnostycznej stał właśnie on – blondwłosy chłopak, który niemal rzucił mi się pod maskę. Stanął jak wryty i wpatrywał się we mnie na wpół oszołomiony, na wpół wciąż wściekły.
- Widzę, że dziś wam obojgu szczęście na drodze nie dopisywało – skwitował pan Saiki. – Cóż, pozwolicie, że was już zostawię. Przyszły dziś nowe części zamienne dla tego klienta z zeszłego tygodnia i muszę je w końcu rozpakować. Yuuki, resztę zostawiam w twoich rękach – i po tych słowach wyszedł, naprawdę zostawiając nas samych sobie.
Naprawdę to zrobił.
Naprawdę…
Przez moją głowę przewinęło się w tej chwili wiele czarnych scenariuszy, wedle których to spotkanie nie mogło zakończyć się dobrze. Najbardziej realistyczny z nich wszystkich wydał mi się ten, w którym owy Yuuki w „zadośćuczynieniu” zaraz miał przywalić mi jakimś kluczem francuskim czy czymkolwiek innym posiadającym sporą masę w głowę, a następnie zapakować mnie do bagażnika mojego własnego samochodu i wywieźć do jakiegoś ciemnego lasu, gdzie dokończyłby „dzieła”, a następnie zakopałby mnie gdzieś pod jakąś beziglastą sosenką.
Tak, nawet sosenka będzie właściwie bez igliwia.
To takie smutne.
Cholera, skąd mi się wzięła ta sosenka?
Blondyn narzucił na ramiona koszulę flanelową w czerwoną kratę, którą znaczyło kilka plam, których pewnie nie dało się już sprać, a która była odpowiednikiem jego uniformu, jak mniemałem. Ruszył niepewnym, sztywnym krokiem pod podnośnik, próbując mnie ignorować.
Minęło kilka naprawdę długich chwil wypełnionych ciszą, przerywaną jedynie cichym brzdękiem towarzyszącym poszukiwaniem różnych przyrządów przez chłopaka. W końcu westchnąłem ciężko, stwierdzając, że nie ma sensu w tym, abym zachowywał się jak dziecko z podstawówki.
- Przepraszam – wydusiłem.
- Co proszę? – młody Saiki (jest to rzecz jasna wymyślone nazwisko, gdyż personalia Yuukiego nie są ujawnione od aut.) spojrzał na mnie zdziwiony.
- Przepraszam za to, co się stało i za moje zachowanie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, więc twój gniew jest absolutnie na miejscu – przyznałem.
- Ach… - mruknął pod nosem.
- Wcale nie chodzi mi o to, że robisz mi przegląd auta! Nie próbuję się podlizać! – zaoponowałem, domyślając się, co może mu chodzić po głowie.
- Nie, wcale… - uśmiechnął się krzywo.
- Słuchaj, naprawdę mi przykro… - wziąłem głębszy oddech. – Normalnie się tak nie zachowuję, ale dzisiaj to nie jest mój dzień i wszystko idzie nie tak. Byłem wściekły i niesłusznie wyżyłem się na tobie.
- A gdybyś mnie potrącił, to co? – spojrzał na mnie z naganą. – Też byś mnie tak zostawił, bo miałeś zły humor? – prychnął. Spuściłem wzrok w akcie skruchy.
- Tak jak mówiłem, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – rozłożyłem bezradnie ręce. – Mogę się jedynie cieszyć z tego, że jednak cię nie potrąciłem. Miałeś rację, że jechałem stanowczo zbyt szybko, ale, jak widzisz, spieszyłem się, żeby zdążyć tutaj na czas… co i tak mi nie wyszło – westchnąłem. – Jeszcze raz wybacz – skłoniłem się w geście przeprosin. Chłopak obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem. – Szczerze to już wolałem jak byłeś na mnie po prostu wściekły niż jak teraz spoglądasz na mnie z tą rezerwą, myśląc, że podlizuję ci się, żebyś umyślnie czegoś nie zepsuł, na przykład, przecinając przewody hamulcowe w ramach „rekompensaty”… - odezwałem się burkliwie.
- Bez przesady – prychnął. – Nie jestem taki.
- Wiem – odparłem. – Dlatego próbuję ci też uświadomić, że ja niekoniecznie jestem taki, jaki myślisz, że jestem… znaczy jak mnie oceniłeś. Na ogół nie jestem niedoszłym mordercą, a potem żałosnym lizusem…
- Cóż… Powiedzmy, że jestem skłonny w to uwierzyć – zaśmiał się pod nosem. – Choć twój image może sugerować coś innego – zamrugałem kilkakrotnie, nie rozumiejąc o co mu chodzi. – Mam na myśli twój sceniczny image; ten stały rekwizyt w postaci noża czy zwyczaj chodzenia umazanym substancją krwio-podobną – uśmiechnął się. – Znam twój zespół.
- Och… - wyrwało mi się. – Um… - zafrasowałem się.
Świetnie! Po prostu świetnie! W dodatku mnie rozpoznał! Już to widzę, jak sprzedaje relacje z wydarzenia, w którym mało go nie przejechałem, do jakiejś plotkarskiej gazety, rujnując mi i mojemu zespołowi opinię. Cudnie! Zen i Kaede zabiją mnie jak nic!
 - Spokojnie – rzucił, wyrywając mnie z wiru własnych myśli. – „Niekoniecznie jestem taki, jaki myślisz, że jestem” – zacytował moje słowa. – Założę się, że pomyślałeś, iż pójdę z tym newsem do jakiegoś szmatławca, co? – cisza z mojej strony była bardzo wymowna. – To ci teraz gwarantuję, że nie pójdę, okej? – spojrzał na mnie już w zdecydowanie lepszym humorze. – Zapomnijmy o tej sprawie, co? To nie była tylko twoja wina. Miałeś rację, nie rozejrzałem się, a ponad to powinienem wyciągnąć wcześniej słuchawki z uszu, więc można powiedzieć, że jesteśmy tak samo winni – wzruszył ramionami. – W sumie oprócz tego, że obiłem sobie tyłek, a ty zdarłeś opony, to nic się nie stało, więc nie ma co tego dłużej roztrząsać – spojrzałem na niego zdziwiony. Szczerze to nie przypuszczałem, że tak szybko odpuści.
- To… miłe z twojej strony – wydukałem. – A więc… Yuuki, tak? - chłopak skinął głową. – Twój ojciec wspomniał, że interesują cię bardziej maszyny latające niż pojazdy poruszające się po ziemi, tak? (pomysł ten wziął mi się stąd, iż Yuuki w jednym z wywiadów wspominał, że zanim spróbował sił w muzyce pasjonował się właśnie awioniką oraz, a może przede wszystkim, statkami kosmicznymi, jednak to muzykę [całe szczęście] ukochał bardziej i postanowił się temu poświęcić od aut.) – próbowałem podtrzymać rozmowę, aby nie było tak sztywno.
- Owszem – przytaknął.
- W takim razie co tu robisz? – dociekałem.
- Dorabiam sobie po godzinach – wyznał. – Wiesz, biedny student wiecznie spłukany – zaśmiał się.
- A co cię bardziej pociąga; lotnictwo czy mechanika? Wolałbyś zostać w przyszłości pilotem czy mechanikiem pracującym przy maszynach latających? – drążyłem.
- Raczej mechanikiem – odparł po chwili namysłu. – Może wstąpiłbym do wojska, żeby tam zająć się maszynami bojowymi? A może zostałbym w cywilu i zatrudnił w jakimś lotnisku? – zastanowił się, przykładając w zadumie do brody brudną część wskaźnika poziomu oleju, który zostawił ciemną smugę na jego jasnej skórze. Orientując się, że się ubrudził, wierzchem dłoni starł plamę, którą następnie przyozdobił koszulę. – Jeszcze nie zdecydowałem…
Przyjrzałem mu się uważnie. Blondyn był niski i cechował się drobną budową ciała; był szczupły, żeby nie powiedzieć po prostu chudy. Jego jasne, farbowane włosy miękko opadały mu na ramiona i plecy. Nieskazitelna, jasna cera oraz delikatny, podkreślający jego urodę makijaż sprawiały, że nijak nie pasował do otoczenia takiego jak warsztat samochodowy ani hangar lotniczy. Wyglądał jak wyciągnięty z obrazka, z plakatu, jakby dopiero co zszedł z wybiegu dla modelek, więc nietrudno się dziwić, że nie mogłem go sobie wyobrazić jako mechanika. Był bardzo przystojny, młody, atrakcyjny… Moim zdaniem lepiej nadawał się na fotomodela czy hosta w klubie, ale nie mnie o tym decydować. Był zniewieściały, ale za to bardzo piękny – właśnie przez to tak bardzo nie pasował mi do tego jednego z najbardziej męskich zawodów. Kiedy już rzucamy hasło „seksownego mechanika” to raczej na ogół w większości głów pojawia się wyobrażenie „amerykańskiego ideału faceta”, wysokiego, umięśnionego, często spoconego faceta w krótkich włosach, a nierzadko też z kilkudniowym zarostem, a nie bisha rodem wyciągniętego z anime dla dziewczyn, na którego widok przedstawicielki płci pięknej dostają masowego i zbiorowego krwotoku z nosa.
Yuuki zatrzasnął maskę samochodu i podszedł do mnie uśmiechnięty.
- Wszystko w porządku – oświadczył. – Wymieniłem płyny i to w zasadzie byłoby na tyle – podał mi rękę, którą dość niedokładnie oczyścił ze smaru, niemniej nie zawahałem się jej uścisnąć.
- Wielkie dzięki – również uśmiechnąłem się do niego. – Ile jestem ci krewny?
- Co łaska – zaśmiał się. – Warsztat jest już teoretycznie nieczynny, więc robię to na własną rękę i nie muszę się za to z nikim rozliczać.
- Ach tak… - mruknąłem, nie przestając się uśmiechać. – Właściwie to… Wiem, że nie zrobiłem na tobie dziś zbyt dobrego pierwszego wrażenia… delikatnie rzecz ujmując – potarłem kark w nerwowym geście. – Ale… ale czy dałbyś mi może szansę, żebym mógł to naprawić?
- Co masz na myśli? – spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
- Może spotkalibyśmy się jeszcze; co ty na to? – zaproponowałem.

***

- Karma, nie powinniśmy – wydyszał chłopak, próbując odtrącić od siebie moje ręce.
- Daj spokój – mruknąłem mu do ucha, całując go po linii szczęki. – Połóż się – próbowałem zmusić go do tego, aby w końcu położył się na tylnej kanapie samochodu, ale on wciąż był oporny.
- Tata zostawił nam otwarty warsztat tylko po to, żebym zrobił ci przegląd – syknął.
- No to co? – rzuciłem się na niego, przewalając go. – Najpierw ja zrobię ci przegląd (przypominam, że przegląd samochodu robi się raz na rok, więc wychodzi na to, że przeniosłyśmy się w czasie właśnie o rok kalendarzowy od aut.) – zaśmiałem się – a potem ty zrobisz przegląd mojemu samochodowi; co nie pasuje ci w tym układzie? – uśmiechnąłem się, obsypując jego szyję pocałunkami.
- A jak ktoś usłyszy? – panikował. – Karma, proszę, potem pojedziemy do ciebie i będziesz mógł już zrobić ze mną wszystk… ACH! – jęknął, kiedy zacisnąłem dłoń na jego erekcji, wsuwając rękę pod linię spodni i bielizny chłopaka.
- Chyba sam widzisz, że ani ja, ani ty już dłużej nie wytrzymamy – przesunąłem językiem po jego mostku, odsłaniając jego tors, rozsuwając przy tym poły flanelowej koszuli. – Yuuki… - jęknąłem błagalnie. Blondyn dyszał coraz ciężej.
- Och, niech będzie! – sapnął, unosząc biodra, aby ułatwić mi pozbawienie go zbędnej odzieży. Prężył się rozkosznie, kiedy go onanizowałem. – Um, Karma? – wydusił.
- Słucham cię, skarbie – zatoczyłem koło językiem wokół jego sutka, owiewając jego wrażliwą w tym miejscu skórę ciepłym oddechem.
- Nie uważasz, że to dość wymowne? – zaśmiał się i jęknął głośno, kiedy przyspieszyłem ruchy ręki.
- Co takiego, kochanie? – dociekałem.
- Rok temu… tym samym autem mało mnie nie potrąciłeś – wydyszał – a dziś… chcesz się w nim ze mną kochać – zagryzł wargi, kiedy zacząłem pocierać kciukiem jego żołądź.

- Masz rację – zgodziłem się i zaśmiałem się krótko, gdyż przerwał mi mój ukochany, zamykając mi usta długim i namiętnym pocałunkiem.