"Nowy Świat" cz.12



„Nowy Świat” cz.12

- Wiesz… - [Genshō] zmrużył oczy, przyglądając mi się jeszcze uważniej. – Masz w sobie coś takiego, że ludzie chcą ci zaufać… - westchnął. – Jedynym problemem jest twoja orientacja… (…) Nie lubię gejów – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- No to masz problem, bo ja… - nie było mi dane skończyć, gdyż Ryūdōin przerwał mi pocałunkiem, a właściwie całusem. Musnął moje usta, a ja zamilkłem, wpatrując się w niego z przerażeniem wypisanym na twarzy. – Ale… ale powiedziałeś, że… że nie lubisz…? – wydukałem będąc zszokowanym do granic możliwości.
- No powiedziałem, że nie lubię gejów – wzruszył ramionami – i to się zgadza. Ale orientacja nie jest chyba wszystkim, co cię determinuje, prawda? – spojrzał na mnie wymownie.
Odskoczyłem od Genshō niczym oparzony, kiedy usłyszałem ten charakterystyczny, cichy dźwięk otwieranego zamka w drzwiach łazienki. (…) [Karma] z ręcznikiem przerzuconym przez ramiona, z wciąż wilgotnymi włosami usiadł między mną a blondynem. (…) Muzyk kilkakrotnie przenosił spojrzenie ze mnie na Ryūdōina i z powrotem, będąc zdezorientowanym.
- Ominęło mnie coś ciekawego? – zapytał prosto z mostu.
(…) Coś czuję, że następne kilka nocy spędzę razem z brunetem w salonie na czytaniu haiku… (…)
- Alex… Alex… Alex! – brunet dźgnął mnie łokciem pod żebra. - (…) Śpisz mi na ramieniu, gdybyś nie zauważył. (…) Idź się połóż do łóżka.
- Nie.
- Dlaczego? - na to pytanie aż uchyliłem powieki. Zacisnąłem szczęki, z trudem przełykając ślinę. Podniosłem się z pozycji półleżącej i sięgnąłem po tom, którego wciąż nie skończyłem czytać.
- No przecież nie śpię, nie śpię… - wymamrotałem pod nosem, leniwie przesuwając wzrokiem po pionowych linijkach tekstu, absolutnie nic nie rozumiejąc z tego, co przeczytałem.
- Nie, wcale – zaśmiał się pod nosem. – No już, nie męcz się – zabrał mi tomik poezji i z powrotem odłożył go na stolik. Wskazał wymownie na swoje kolana. Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ucieszyłem się na tę propozycję. – Skoro nie chcesz tak bardzo wracać do swojego pokoju, to możesz spać tutaj, ale połóż się już, bo jesteś ledwo żywy.
- Dzięki – mruknąłem, kładąc głowę na jego kolanach. Karma delikatnie gładził mnie po włosach, co wpływało na mnie wręcz kojąco, działało niczym kołysanka. (…) Ciepło bijące od ciała chłopaka było niczym delikatna pieszczota. Czułem się przy nim naprawdę dobrze, bezpiecznie, swobodnie… O miłosierny Buddo, jeszcze trochę i się w nim zakocham…


Unikanie blondyna i sypianie Karmie na kolanach nie było dobrym pomysłem, jeśli ktoś chciałby poznać moją opinię. Sypiałem mało, a w dodatku zapadałem jedynie w krótkie, niespokojne drzemki, przez co sen nie przynosił mi odpowiedniego ukojenia i nie pozwalał zrewitalizować sił. „Jakość” mojego snu można było zaliczyć z czystym sumieniem do tej najniższej kategorii, gdyż mimo iż wokalista AvelCain był na tyle dobry, żeby zawsze gasić wszelkie niepotrzebne światła, to faktem było, że nie umiał czytać w ciemności, więc zawsze jakieś źródło światła jednak mnie oślepiało. Przy brunecie czułem się naprawdę dobrze, jednak jego kolana były dość kościste i nie mogły równać się poduszce – nie ma co ukrywać.
Cholera! A to wszystko znowu przez Ryūdōina, psiamać! Zachciało mu się odwalać jakieś dziwne teatralne scenki, przez które serce podjeżdżało mi do gardła! Nie to, żebym podejrzewał go o coś, ale po prostu wolałem nie kusić losu, a więc nie dawać mu nawet szansy zostania sam na sam – to właśnie z tego powodu, tak przezornie, trzymałem się muzyka niczym ostatniej deski ratunku – tonący Karmy się chwyta, nie? Nie, chwila… Chyba coś przekręciłem…
Przez zaistniałą sytuację w ostatnich kilku dniach chodziłem niczym żywy zombie. Byłem zmęczony, rozdrażniony, a pod moimi oczami zaczęły malować się wory większe niż te, które zwyczajowo na kartkach bożonarodzeniowych Mikołaj-strong-man ciąga ze sobą po świecie. Zmęczony tym wszystkim podczas przerwy na lunch wybrałem się do parku. W okolicy, w której mieszkałem nie znajdował się żaden choćby zielony skwerek, przez co zatęskniłem za roślinnością, chociażby tak ściśle kontrolowaną przez rękę człowieka. W zasadzie to nigdy nie przepadałem za lasami czy ogółem terenami zielonymi „pozostawionymi samym sobie”, to znaczy, całkowicie naturalnych; umiałem docenić kunszt japońskich ogrodników, ich ciężką pracę i oddanie, a przede wszystkim dziękowałem im za to, że nie musiałem walczyć z chmarą insektów, aby móc przez chwilę nacieszyć oko zielenią – choćby parkową.
Od mojego miejsca pracy nie było znowu aż tak daleko do osławionego i gigantycznego Yoyogi Park. Była to ogromna plama zieleni na szarym tle planu miasta; mieściło się tu pięć zbiorników wodnych, świątynia Meiji Jingū, jej biuro (widział ktoś kiedyś, żeby założyć coś podobnego jak Shrine Office?), Mejiji-jingū Kaikan Hall, Treasure Museum, a także National Olympics Memorial Youth Center. Ponad to park mieścił się zaraz przy stacji metra Yoyogi-hachiman Station oraz Stacji Harajuku, a więc łatwo było do niego dotrzeć. Przez dłuższą chwilę kręciłem się po alejkach, umyślnie wybierając te mniej zatłoczone. W końcu dotarłem do „serca” parku, gdzie w zasadzie ludzie przewijali się jedynie w pojedynczych egzemplarzach, jeśli mogę się tak wyrazić. Większość raczej kierowała się do znanych przybytków mieszących się na obrzeżach parku lub wybierała go jako „drogę przelotową”, nie zapuszczając się tak głęboko jak ja.
Klapnąłem ciężko na ławce, wzdychając. Na jej drugim końcu siedział młody chłopak, ale nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi – zmęczenie było zbyt przytłaczające, abym mógł skupić się na czymkolwiek innym niż to, jak bardzo chciało mi się spać. Głowa opadała mi na pierś, gdyż nie miałem sił utrzymać jej prosto. W końcu poddałem się i przymknąłem powieki, jak mi się zdawało, jedynie na chwilkę…

***

Obudził mnie zimny podmuch wiatru szarpiący moimi włosami. Niechętnie podniosłem powieki, orientując się, że jestem czymś przykryty. Była to lekka, czarna, skórzana kurtka, która mimo wszystko dość dobrze chroniła mnie przed porywistym wiatrem, który właśnie się zerwał. Rozejrzałem się dookoła, szukając jej właściciela. Dopiero po chwili dostrzegłem tego samego chłopaka, który siedział na drugim końcu ławki, kiedy tutaj przyszedłem, a teraz aktualnie leżał na tej samej ławce z rękami pod głową i podkurczonymi nogami; zdawało się, że również spał.
Przyjrzałem mu się uważnie. Miał długie, różowe włosy i mocny makijaż. Miał drobną twarz o delikatnych rysach i bladej cerze. Był dość niski. Całe jego ciało było drobne i wydał mi się nawet nieco za szczupły; nawet jak na Japończyka. Ubrany był w czarne spodnie i szary sweter zapinany na duże białe guziki. Sweter wyglądał na wełniany, a więc ciepły, jednak po bladym kolorze jego ust i drżących z zimna dłoniach wnioskowałem, że jednak odczuwał chłód otoczenia dość dobitnie.
Przypominał mi kogoś – w zasadzie to nawet nie „kogoś” a dokładnie pewną osobę, ale nie chciało mi się wierzyć, że to naprawdę on. Może to jakiś cosplay’owicz? Albo ktoś, kto przynajmniej zawzorował się na osobie, którą miałem na myśli? Albo ich podobieństwo to zwyczajnie czysty przypadek…
Z niechęcią zdjąłem z siebie skórzaną kurtkę i wstałem, okrywając nią chłopaka. Wygrzebałem z kieszeni telefon, orientując się, która godzina…
- Cholera! – syknąłem pod nosem, dowiedziawszy się, że przespałem ponad godzinę!
Na wyświetlaczu komórki pysznił się mrożący krew w żyłach sms od Genshō, którego treść brzmiała następująco: „Masz przejebane. Nie wiem, gdzie jesteś, ale jeśli myślałeś, że takie ciągłe znikanie działa na twoją korzyść, to grubo się przeliczyłeś. Moja ciotka jest na ciebie wściekła. Lepiej, żebyś już dzisiaj nie pokazywał się w hotelu; przejąłem za ciebie zmianę. Licz się jednak z tym, że jutro będziesz musiał się z tego solidnie wytłumaczyć.”. Cudnie! Po prostu cudnie! Barwo, Alex! Oby tak dalej! Gratulacje, kretynie – masz pracę, którą mogłaby wykonywać małpa, ale wygląda na to, że nawet to potrafisz spartolić! Doprawdy, geniusz!
- Coś się stało? – doszedł mnie zaspany głos. Spojrzałem na różowowłosego, który, ziewając rozdzierająco, windował się do pozycji siedzącej. – Wyglądasz na zmartwionego… - zauważył.
- Em… - zająknąłem się. – Nie, to nic takiego – posłałem mu standardowy uśmiech, który rzucałem wszystkim klientom, podając im klucze do ich pokojów lub przedstawiając oferty hotelu. – Dziękuję za użyczenie kurtki i… przepraszam za kłopot – skinąłem mu głową w geście przeprosin.
- Nie masz, za co dziękować ani tym bardziej za co przepraszać – machnął ręką i uśmiechnął się ciepło.
- Obudziłem cię? – zaniepokoiłem się.
- Nie, nie – pokręcił głową. – Już od dawna nie spałem, ale nie mogłem się podnieść – zaśmiał się. – Niestety, zrobiło się już zimno… - spojrzał w niebo, które zasnuło się ciężkimi, ołowianymi chmurami, gotowymi uraczyć nas rzęsistym deszczem w każdej chwili. – Chyba rozsądnie byłoby się już zbierać – zauważył.
Nie odpowiedziałem. Cóż, nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić. Z pewnością dłuższe przesiadywanie w parku nie miało sensu, ale w takim razie, gdzie miałem iść? Mój zmiennik odradzał mi wrócenie do pracy… ale czy w dobrym tonie byłoby gdybym od tak poszedł do domu? Czy nie pogorszyłbym przez to swojej i tak już nienajlepszej sytuacji? Choć z drugiej strony, gdybym teraz wpadł do hotelu i spotkał rozsierdzoną do granic możliwości panią Yukimoto to również mogłoby się skończyć nienajlepiej… Gdybym pojawił się tam dopiero jutro, właścicielka miałaby trochę czasu na ochłonięcie i wyzbycie się tych niezwykle kuszących planów, które obejmowały urwanie mi głowy lub wyrzucenie mnie na zbity pysk… A może nie? Może moja zwłoka w czasie zdenerwowałaby ją tylko jeszcze bardziej?
Chłopak wystawił dłoń, spodem do góry, na którą spadła pierwsza kropla deszczu.
- Kropi – oświadczył. – No i jest zimno – spojrzał na mnie wymownie. – Mieszkam niedaleko. Co ty na to, gdybym zaproponował ci herbatę? – zapytał z uśmiechem.
Ja tu się właśnie martwię o to, co zrobić, aby zachować pracę i nie wyjść przy tym na skończonego aroganta czy idiotę, a ten wyjeżdża mi tu z herbatą! Jak ja mogę w takiej chwili myśleć o herbacie?!
Czy chcę herbatę?!
Ależ oczywiście, że tak!
- Z przyjemnością przyjąłbym zaproszenie – odparłem spokojnie. – Więc jak? Zaproponowałbyś tę herbatę? – spojrzałem na niego rozbawiony.
- Jeszcze się pytasz – chłopak wstał i przywołując mnie gestem ręki, ruszył przed siebie, kierując mnie w stronę swojego domu.
Musiałem skupić moje myśli na czymś innym – myślę, że herbata mogłaby mi w tym pomóc.

***

Stałem oparty o blat kuchenny, trzymając w dłoni piękną filiżankę z gorącym naparem, która parzyła moje zmarznięte dłonie. Opuszki moich palców stały się już czerwone, ale przyjemność jaką dawało mi rozpełzające się powoli po moim ciele ciepło, uzależniało zbyt mocno, abym mógł odstawić gorące naczynie. Różowowłosy siedział na owym blacie, gdyż w jego mieszkaniu nie było krzeseł – właściwie to w ogóle było w nim mało mebli, bo, jak już zdążył poinformować mnie wcześniej, dopiero co zaczął się wprowadzać do nowego mieszkania.
Herbata skutecznie uciszyła moje nerwowe myśli dotyczące pracy. Wpatrywałem się w zielony, parujący napój, stwierdziwszy, że co ma być to będzie i nic już nie mogę z tym zrobić. Zniosę to, co znieść będę musiał i tyle – sam nawarzyłem sobie piwa, to teraz muszę je wypić.
- Alex, – głos chłopaka przywrócił mnie do rzeczywistości – co cię tak gryzie? – zaciekawił się.
Chwila… Nie przypominam sobie, żebym się przedstawiał…
- Skąd znasz moje imię? – zdziwiłem się.
- Hm? – zamrugał kilkakrotnie, ściągając brwi w niezrozumieniu. – No przecież cię poznałem, kiedy tylko usiadłeś obok – wyjaśnił, jakby to było oczywiste. – Logicznym jest chyba, że nie zaprosiłbym tak bezpardonowo obcej osoby z parku do domu na herbatę – rozłożył ręce. Teraz to ja z kolei ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
W zasadzie jego wytłumaczenie, biorąc pod uwagę to, jak poznałem Crenę, nie było już dla mnie znowu tak logiczne i oczywiste, ale wolałem przemilczeć tę kwestię, skupiając się na ważniejszych pytaniach, które nie dawały mi spokoju.
- To my się znamy? – zapytałem dość niepewnie.
- No… W sumie tak nie do końca – zaśmiał się i wyciągnął do mnie rękę w geście powitania. – Yuuki – przedstawił się.
- Alex – uścisnąłem jego dłoń. – Więc… skąd mnie znasz?
- Z branży, można powiedzieć – zaśmiał się. – Ochida ponoć dość dużo o tobie mówił, ale ja go zbyt dobrze nie znam. Mnie o tobie opowiedział Hiro – spojrzałem na niego zdziwiony. – No wiesz, z Nocturnal Bloodlust…
- Wiem, wiem, który Hiro – zaoponowałem.
- Karma też o tobie wspominał – dodał. – Wiesz, ta dwójka to moi bliscy przyjaciele, więc można powiedzieć, że dzięki ich opowieściom miałem okazję całkiem nieźle cię poznać – posłał mi ciepły uśmiech, jednocześnie zakładając włosy za ucho.
Byłem zszokowany. Że też muzycy nie mają, o czym innym nawijać podczas spotkań towarzyskich jak o mnie… Trochę mnie to speszyło, przyznaję. Miałem nadzieję, że snując opowieści o mnie, ci dwaj nie wykreowali ze mnie jakiegoś monstrum w oczach Yuukiego… choć może z drugiej strony to dość oczywiste, gdyż gdyby tak było w rzeczywistości, z pewnością nie zaprosiłby mnie do siebie i nie chciałby mnie poznać. O ile o opinię Karmy byłem jeszcze spokojny, o tyle bałem się, że Hiro mógł przedstawić mnie w niezbyt łaskawym świetle – w końcu zachowałem się wobec niego okropnie. Kiedy tylko wróciłem wspomnieniami do momentu, kiedy Ochida wyrzucił mnie i wokalistę Nokuruby z mieszkania… Uch, aż nie mogłem powstrzymać kwaśnego grymasu, który wpłynął na moje usta.
- Spokojnie – zaoponował różowowłosy, widząc moją minę. – Mówili o tobie same dobre rzeczy – jego uśmiech był naprawdę cudowny. – Możesz być spokojny – poklepał mnie po ramieniu. – Ale… - zająknął się, co ponownie zmusiło mnie do pełnego skupienia. – Właściwie była jedna rzecz, którą obaj powtarzali z uporem maniaka i to nie daje mi spokoju… Właściwie… ani z Karmą, ani z Hiro nie znasz się zbyt długo, prawda? – zapytał, odbiegając nieco od tematu.
- No… nie – przyznałem zgodnie z prawdą.
- No właśnie – skinął głową, jakby się ze mną zgadzał. – A obaj tak powtarzają, że… hm, jakby to ująć? Dobrze patrzy ci z oczu… Nie, to nie to. To tak jakbyś… wzbudzał zaufanie! – pstryknął palcami, kiedy wpadł w końcu na to, jak można ubrać w słowa to, co miał na myśli. Uśmiechnąłem się słabo pod nosem, przypominając sobie, że Genshō powiedział coś podobnego. Naprawdę… co z tymi ludźmi jest nie tak?
- Ty też tak uważasz? – spojrzałem na niego rozbawiony. Chłopak wzruszył ramionami.
- Wyglądasz na miłego chłopaka – przekrzywił głowę, przyglądając mi się uważnie. – Reszta wyjdzie w praniu – ponownie wzruszył ramionami. W odpowiedzi skinąłem głową, zgadzając się z nim.
Nagle Yuuki zeskoczył z blatu i błyskawicznie się do mnie przysunął, lustrując mnie niemal z nabożną czcią. Zmrużył oczy, jakby starał się coś we mnie dojrzeć. W końcu zbliżył się do mnie tak bardzo, iż opierał się o mnie całym ciałem, niemal przygniatając mnie do mebli kuchennych za moimi plecami. Jako, że byliśmy równego wzrostu (Yuuki ma 160cm wzrostu, a Alex 161cm… ale to tak w gwoli ścisłości xp a tak w uściśleniu ścisłości to jeśli ktoś pamięta jeszcze z prologu [o co nikogo nie podejrzewam], Alex waży 47kg, podczas gdy Yuuki 45kg [prawdziwa waga Yuukiego], na co wychodzi, że Alex jest cięższy o 2kg, a wyższy tylko o 1cm, co raczej nie jest jakąś dużą różnicą – piję oczywiście do tego, kiedy Alex rzekomo wspominał, że Yuuki jest trochę zbyt szczupły… No wiecie, lepiej się patrzy na kogoś innego niż na siebie, nie? od aut.) żaden z nas nie górował nad drugim – przyznam, że była to przyjemna odmiana, gdyż, jak do tej pory, wszyscy mężczyźni, których spotkałem na swojej drodze – Daisuke, Genshō, Crena i Hiro – byli ode mnie sporo wyżsi. Niemniej, odległość w jakiej znajdował się ode mnie wokalista Lycaon nie była już tak przyjemna. Czułem się niezręcznie, kiedy stał tak blisko, iż wystarczyłoby tylko, żebym minimalnie ruszył głową, a nasze usta zetknęłyby się.
- Masz bardzo ładnie wykonany makijaż – stwierdził w końcu, uśmiechając się promiennie i owiewając mój policzek ciepłym oddechem o zapachu zielonej herbaty z dodatkiem kwiatów wiśni, którą, notabene, jeszcze nie dopił. – Wybacz mi moje zachowanie – odsunął się na normalną, „zdrową” odległość – ale zastanawiałem się czy w końcu masz ten makijaż, czy też nie. Wygląda to tak naturalnie, iż musiałem przyglądać się naprawdę z bliska, żeby dostrzec w końcu, że jednak go wykonujesz – wyjaśnił. – W sumie… Może pozwoliłem sobie na zbyt wiele – speszył się po chwili, przez którą nie odpowiedziałem. – Może to było dla ciebie trochę niekomfortowe… prawda? – spojrzał na mnie ze skruchą. – Wybacz, ale wiesz… jestem dalekowidzem – rozłożył bezradnie ręce.
- Nie mam ci tego za złe – pokręciłem głową. – Ale zaskoczyłeś mnie… to fakt – uśmiechnąłem się nieco sztucznie. Wokalista odpowiedział mi tym samym gestem, jednak już w stu procentach szczerym.
- Cieszę się, że się nie gniewasz – wyciągnął rękę i przeczesał palcami moje włosy. – Masz takie ładne włosy… - mruknął, przyglądając się ich pasmom. Odniosłem dziwne wrażenie, że różowowłosy ma jakiś odruch dotykania wszystkiego, aby lepiej to poznać… choćby to miałaby być nawet druga osoba. – Nie myślałeś kiedyś, żeby zająć się… no nie wiem… makijażem? Bo z tego co słyszałem i widzę – wskazał na mój uniform – póki co pracujesz w hotelu, prawda?
- Tak, zgadza się – przytaknąłem. – Proponujesz mi, żebym został wizażystą? – upewniłem się, że dobrze zrozumiałem, o co mu chodzi.
- „Proponuję”? – powtórzył zamyślony. – W zasadzie to tak. Właśnie tak; proponuję. Proponuję ci zostanie wizażystą. Jedna z wizażystek mojego zespołu zaszła w ciążę i wzięła urlop, więc potrzebujemy kogoś na zastępstwo. Co ty na to? – spojrzał na mnie wyczekująco.
- Ale… - zająknąłem się. – Jak to? – zaśmiałem się nerwowo, choć wcale do śmiechu mi nie było. – Przecież w ogóle się nie znamy, nie wiesz czy nadaję się do tego w jakimkolwiek stopniu, więc…
- Bazuję na opowieściach o tobie – przerwał mi. – Cóż, jasne, że póki co nie wiem o tobie praktycznie nic, ale to przecież może się zmienić, racja? – uśmiechnął się delikatnie. – Gdybyś przystał na moją propozycję, miałbym możliwość ocenienia, ile w tych wspaniałym historiach krążących wokół ciebie jest prawdą, a ile nie; mógłbym wtedy dopiero stwierdzić czy nadawałbyś się do tego, czy też nie – wyjaśnił. – Więc jak, spróbujesz? Dasz sobie chociaż szansę? – posłał mi ciepłe spojrzenie. – Pamiętaj, że zgadzając się na to, nie robisz tego dla mnie, a dla siebie; ja prędzej czy później znajdę na to miejsce kogoś lepszego lub gorszego, to nie jest problem. Ale dlaczego nie miałbyś to być właśnie ty, gdybyś miał być w tym dobry i dobrze się w tym czuć? – miałem wrażenie, że w jego ciemnych oczach zamieszkały dwa małe słońca.

***

Rozmowa z panią Yukimoto nie przebiegła gładko – choć skłamałbym, gdybym powiedział, że spodziewałem się, iż mogła ona w ogóle tak wyglądać. Ta z pozoru tak łagodna i spokojna kobieta w kwiecie wieku potrafiła wyciągnąć tak wysokie dźwięki, którymi mogła torturować decydenta bez przerwy, aż ten przyznał się do najgorszych zbrodni – w tym ludobójstwa włącznie.
Rozumiałem swój błąd i właściwie nie dziwiłem się reakcji właścicielki hotelu. Oficjalnie dostałem upomnienie, jednak zdawało się, że to właśnie „nieoficjalnie” poniosłem gorszą karę; wyglądało na to, że przychylności kobiety nie uda mi się odzyskać… prawdopodobnie już nigdy… Wnioskowałem to nie tylko po jej wybuchu złości, który, gdybym miał do czegoś porównać, przyrównałbym go do wybuchu bomby wodorowej, ale także po słowach blondyna, który w końcu znał ją lepiej niż ja, gdyż pracował tam dłużej, a ponad to była jego ciotką…
Westchnąłem ciężko, zmieniając koszulę uniformu na swój wygodny t-shirt. Właśnie zamykałem swoją szafkę na zapleczu, gdzie zazwyczaj zostawiałem rzeczy, kiedy do pomieszczenia wpadł niczym błyskawica Ryūdōin.
- Alex! – zacharczał od progu. Spojrzałem na niego przerażony. Czyżby on także zamierzał prawić mi jakieś morały odnośnie mojej pozostawiającej wiele do życzenia postawy względem pracy? – Alex! – chłopak mocno złapał mnie za ramię i potrząsnął. – Błagam cię, błagam… - wydyszał zmęczony. – Biegnij do domu! Byle szybko!
- Co?... Dlaczego? – wydusiłem z siebie z trudem.
- O dobra Kannon… - dyszał ciężko. – I wszyscy bożkowie shinto… miejcie nas w swojej opiece! Karma chce gotować! – jęknął żałośnie; pierwszy raz w życiu widziałem emocje tak wyraźnie malujące się na tej, zazwyczaj, tak kamiennej i statycznej twarzy.
- Co? Karma? – nie mogłem uwierzyć. Ten kompletny paliwoda?
- Nie stój tu jak kołek tylko leć do domu! – popchnął mnie w kierunku wyjścia. – Byle szybko! Udało mi się na jakiś czas odwieść go od tego pomysłu, ale kiedy wyszedłem do pracy pewnie znowu coś mu strzeliło do łba! – ciężko klapnął na ławeczkę, która stała pod rzędem szafek i miała nam ułatwić przebieranie się. – No już! – ponaglał mnie.
Zdziwiony do granic możliwości opuściłem miejsce pracy szybkim krokiem. Nie biegłem, tak jak życzył sobie tego Genshō, ale szedłem dość szybko, stwierdzając, że połączenie wokalisty AvelCain i kuchni to może naprawdę niekoniecznie dobre zestawienie. Zapewne spieszyłbym się bardziej, gdyby nie niespokojne myśli, które kołatały mi się w głowie, na których skupiałem się bardziej. Nikomu póki co nie powiedziałem o propozycji, jaką złożył mi tak nagle Yuuki, z nikim jeszcze tego nie przedyskutowałem, ale intensywnie nad tym rozmyślałem. Cóż, w mojej obecnej pracy nagrabiłem sobie, więc może dobrym pomysłem byłoby się zmyć? Szczerze powiedziawszy i tak nie traktowałem tego stanowiska jakoś poważnie. Bycie recepcjonistą to nigdy nie był szczyt moich marzeń. Nie spełniałem się w tym; nie umiałem czerpać tej dumy i satysfakcji z pełnionego zadania, tak jak to robili Japończycy – to chyba właśnie dlatego doprowadziłem do takiej a nie innej sytuacji.
Ale z drugiej strony – czy spełniałbym się jako wizażysta? Nigdy nie widziałem siebie w tej roli. Nie to, że teraz mam na celu urażenie kogoś, ale wydawało mi się być to dość niemęskim zajęciem – nawet dla mnie. Co prawda może jakieś podstawy wykonywania makijażu znałem, ale żeby zaraz bawić się w wizażystę? Nie skończyłem żadnej szkoły w tym kierunku ani nawet kursu… pewnie gdybym złożył podanie, to odrzuciliby je bez wahania… Chociaż może to nie miało wyglądać tak. Może nie było zwykłej rekrutacji pracowników, może nawet nigdzie nie dali ogłoszenia o poszukiwaniu człowieka na to stanowisko; może po prostu Yuuki zamierzał wkręcić mnie „po znajomości”? Nie powiem, żebym był z tego zadowolony, gdyż było to po prostu nieuczciwe, ale musiałem także przyznać, że byłem zainteresowany. Niemniej, nawet jeśli wokalista Lycaon zamierzał mnie po prostu wcisnąć na tę posadę ze względu na to, kim sam był, przydałoby się, żebym przynajmniej skończył jakiś kurs i zaczął uważniej oglądać toturiale na youtube. No cóż, taka prawda… Wypadałoby też, żebym dowiedział się o tym stanowisku nieco więcej – kogo oni tam właściwie chcą? Czego będą ode mnie oczekiwać? Żeby znowu nie wyszło tak jak z tą wytwórnią filmów erotycznych… Brr… Na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze…
Tak czy siak, musiałem jeszcze spotkać się z różowowłosym i pociągnąć go za język – inaczej na nic nie będę się pisał. Raz poszedłem w ciemno i nie skończyło się to dla mnie dobrze; dziękuję, postoję.
Jednym co jest pewne to, to że chcę zmienić pracę. Nie mogę zatrzymać się na stanowisku, do którego właściwie również nie mam żadnych kwalifikacji, na którym męczę się i przestaję rozwijać. Powinienem zacząć szukać czegoś w swojej profesji, ale myślę, że nawet zmiana pracy z recepcjonisty na wizażystę mogłaby coś wnieść do mojego życia. Później zawsze znowu ewentualnie będę mógł zmienić pracę – grunt, żeby przestać robić coś, co kompletnie mi nie leży.
Chyba zacznę się nad tym poważnie zastanawiać…
Z głową w chmurach doszedłem do stacji metra. Już widziałem schody prowadzące w betonowe trzewia podziemi miasta, kiedy nagle ktoś mnie złapał – notabene ponownie za to bolące ramię, które mój współpracownik jeszcze chwilę temu potraktował stalowym uściskiem.
- Huh? – podniosłem głowę, aby spojrzeć prosto w oczy…! – Daisuke?! – wydarłem się zdziwiony i nagle wściekły do granic możliwości.
- Ty cholerny dzieciaku! – wokalista Kagerou jak zwykle roztaczał wokół siebie burzliwą atmosferę. – Gdzie on jest?! Gadaj!
- Co? O co ci chodzi?! – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu, próbując mu się wyrwać, jednak bezskutecznie.
- Gdzie on jest?! – ryknął wściekle, wykręcając mi rękę. – Gadaj, do kurwy nędzy, albo pożałujesz!
- Au! – zawyłem żałośnie. – Niby kto, do cholery?!
- Nie udawaj idioty! – wściekł się jeszcze bardziej… o ile to możliwe… - Gdzie jest Saitou?!
- A skąd ja mam to, kurwa, wiedzieć?! Nie spotykam się z nim! – odparowałem, zagryzając wargi, aby nie wrzeszczeć z bólu, gdyż muzyk nie zamierzał wciąż puścić mojej wykręconej ręki. Przechodnie omijali nas z daleka, rzucając nam zaniepokojone spojrzenia.
- Przyniósł ci rzeczy do hotelu, w którym pracujesz, po tym jak cię wyrzuciłem! Utrzymywałeś z nim kontakt! – upierał się przy swoim.
- Widziałem go wtedy ostatni raz!
- Nie kłam, bo…
- Nie kłamię, do cholery, kretynie! Po co niby miałbym to robić?! – przerwałem mu.
Ochida posłał mi miażdżące spojrzenie. Przez chwilę walczył sam ze sobą, ale w końcu puścił mnie, gdyż zdawało się, że nie chciał robić większego widowiska niż już robił. Ktoś jeszcze mógłby wezwać policję…
Jednak mnie w tej chwili to nie obchodziło. W ramach rewanżu zamachnąłem się i przywaliłem mu pięścią w twarz. Daisuke zachwiał się, zrobił kilka chwiejnych kroków w tył, ale ostatecznie udało mu się utrzymać pion. Złapał się za obolałą szczękę.
- Weź ty się, kurwa, lecz psychicznie, człowieku! – wydarłem się. – Napadasz ludzi na środku ulicy, bijąc ich i drąc się na nich za Budda wie co! – spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Gdzie on jest? – powtarzał jak mantrę, tym razem jednak o wiele spokojniej.
- Saitou? – rozłożyłem bezradnie ręce. – Skąd mam to wiedzieć? Mówię przecież, że nie widziałem się z nim, odkąd ostatni raz przyszedł do hotelu, oddać mi rzeczy – syknąłem wściekle. – Ale co się dziwić… - fuknąłem, wywracając oczyma. – Całe szczęście ja już nie muszę się z tobą użerać, ale za to wielokrotnie współczułem temu biednemu chłopakowi, że musiał z tobą mieszkać – warknąłem. – Nie dziwię się, że uciekł. Też bym na jego miejscu tak zrobił – skrzywiłem się.
Wokalista Kagerou drgnął. Przez moment nawet jego bezbrzeżna złość ustąpiła zdziwieniu, które zdominowało jego wyraz twarzy – jednak był to tylko krótki moment; błyskawiczny skurcz mięśni mimicznych, po którym przyjął jeszcze gorszy wyraz twarzy.
- A więc myślisz, że uciekł przeze mnie?... – spuścił głowę, śmiejąc się pod nosem.
- A niby przez kogo innego? – prychnąłem. – Chyba nie przeze mnie? – pokręciłem głową z politowaniem dla jego krótkowzroczności. Czy on naprawdę był tak ślepy? Jeśli tak, przyjdzie mu to przypłacić samotnością…
- Może i nie byłem święty, zgoda – o dziwo przytaknął – ale ty też nie – posłał mi krzywy uśmiech.
- Co takiego? – ściągnąłem brwi.
- Sam wypominałeś mi egocentryzm, a nie jesteś lepszy ode mnie; wyszedłeś z jego życia z trzaskiem drzwi. Ze mną mogłeś zakończyć swój rozdział, ale zapomniałeś o tym cholernym, rozemocjonowanym dzieciaku, który w międzyczasie zdążył obdarzyć cię silnym uczuciem… - odezwał się cicho, co było u niego rzadkością.
Zamarłem.
Nie… to nie może być prawda…

…nie może, prawda?

A few tears & "Milionerzy" - kolejna zabawa Kity-pon

Dobra, na wstępie zawrę kilka skrótowych informacji, żeby większość (chyba) to przeczytała, a potem przejdę już do kolejnej gry.
No to zaczynając od dobrej wiadomości, to pochwalę się, że udało mi się w końcu usunąć tego cukierka na suficie w mojej sypialni, z czego jestem niezmiernie dumna i szczęśliwa ~(^-^)~ Jednocześnie przechodząc do nieco bardziej pesymistycznych informacji, to zaznaczę, że wciąż nie mam biurka, a więc nadal nic nie tworzę tylko bazuję na wcześniej napisanych tworach. Niestety nie zapowiada się, żebym miała w najbliższym czasie to zmienić, gdyż plan był taki, iż w zeszłą sobotę miałam już mieć samochód, z którego pomocą mogłabym już dokupić brakujących mebli, ale nic z tego nie wyszło i póki co nie jest różowo, jeśli chodzi o te sprawy. Ponad to, jak się niedawno dowiedziałam, w wynajmowanym przeze mnie domu są pluskwy i jestem cała pogryziona - to też nie wpływa zbyt dobrze na moje pisanie, gdyż schodzi ono w takim wypadku na dalszy plan. Właściwie brzydzę się przesiadywać w tym domu i całymi dniami krążę gdzieś indziej, a niestety umowa wynajmu została podpisana na pół roku, więc... ;_; Oczywiście nie oznacza to, że nie będę pisać przez pół roku, ale wiecie jak jest... Niestety nie mogę póki co jej zerwać, bo i nie mam pieniędzy na wynajem czegoś innego, a jakby tego było mało mam pewne problemy z pracą, w której nie chcą mi wypłacić należnych mi pieniędzy... Huh, nie najlepiej, jeśli mogę to tak łagodnie nazwać. To wciąż nie jest jeszcze mój okres "emowania" i chęci powrotu do kraju cebuli, ale ostrzegam, że jeśli coś w najbliższym czasie zwali mi się na głowę, to mogę zacząć "emować", więc proszę, bądźcie dla mnie wyrozumiałe (/.-)''
Tymczasem pozdrawia was pogryziona przez insekty, spłukana i nie posiadająca biurka yaoistka na emigracji~... ^^''

No to teraz przejdźmy do czegoś, co zapewne zainteresuje was bardziej niż moja historia - kolejna gra. Bo choć wciąż nie mam warunków do pisania, to nie znaczy, że się lenię i nie robię nic. Cały czas wymyślam jakieś zabawy i inne pierdoły, żebyście się nie nudziły i żebyście nie mówiły, że was zaniedbuję ^^'' Co więcej przeprowadzanie takich rzeczy jest dużo łatwiejsze, gdyż edytowanie paru zdjęć jest dużo mniej czasochłonne niż pisanie i moje plecy wyrażają jako taką zgodę na garbienie się na łóżku podczas pracy nad tymi zabawami - co do pisania już nie wyrażają tej zgody, bo ból jest potem tak dotkliwy, że ledwo co mogę się wyprostować (narzekam jak stara babcia, wybaczcie x.x'')

A więc zaczynajmy już, bez dalszych wstępów~!

Kolejna gra nazywa się po prostu "Milionerzy", gdyż jest jako taką parodią tego programu telewizyjnego i gry xp

Reguły:
Reguły w tej grze są chyba najprostszymi, jakie można sobie wyobrazić, a więc po prostu czytacie pytanie i odpowiedzi, zapisując następnie według was tę poprawną w komentarzu. Proszę was przy tym jednocześnie o to, abyście starały się nie podglądać tego, co pisały wcześniej inne "graczki" i nie szukały informacji w internecie, a jedynie bazowały na własnej wiedzy. Pytania, rzecz jasna, będą dotyczyły świata j-rocka. Osoby, które odpowiedzą poprawnie, przechodzą do następnej rundy - będę wypisywała, kto się dostał i ile obecnie ma na "koncie" xD Ciekawa jestem, kto dotrze do miliona xp Pytania oczywiście staram się wymyślać zgodnie z rosnącą sumą, a więc im większa nagroda do zgarnięcie, tym trudniejsze pytanie ^^ Szczerze powiedziawszy to mam już wymyślone pytanie za milion, jednak jest ono jedynie pośrednio związane z j-rockiem, a ponad to planuję, żeby było ono pytaniem otwartym, więc ciekawa jestem czy ktoś na nie odpowie xD

Czas na rundę pierwszą - odpowiedzi można zgłaszać do wtorku, czyli 5 sierpnia, nie dłużej. Jeżeli któraś z was nie załapie się na którąś rundę, a dalej będzie chciała brać udział w zabawie, niestety będzie musiała poczekać do drugiej tury (o ile będzie takie zainteresowanie tą grą, że będziecie chciały drugą turę) - więc powiedzcie swoim znajomym o tej zabawie, jeśli myślicie, że będą chcieli wziąć w niej udział i same nie zwlekajcie z odpowiedziami! (I nie oszukujcie, proszę was bardzo @.@)

0).(0 - Kita-pon i tak pacza, kto oszukuje xD


 Pytanie nr 1 za 1000$ - Jak nazywał się poprzedni zespół Kazukiego (obecnego gitarzysty Screw)?
a) Ayabie
b) Royz
c) Unsraw
d) Xepher

Czekam na wasze odpowiedzi w komentarzach~! ♥

Oneshoot "Miłość od pierwszego potrącenia" Yuuki (Lycaon) x Karma (AvelCain)

Tytuł: „Miłość od pierwszego potrącenia”
Paring: Karma (AvelCain) x Yuuki (Lycaon)
Gatunek: ?
Typ: oneshoot
Beta: -

Jechałem szybko, spiesząc się, aby zdążyć przed zamknięciem zakładu. Co prawda jego właścicielem był dobry znajomy mojego ojca, który, ze względu właśnie na tę znajomość, obiecał mi wstrzymać się godzinę z pójściem do domu, jednak nie chciałem nadużywać jego życzliwości i kazać mu czekać na siebie w nieskończoność.
Ale od początku – o co właściwie chodzi? Cóż, dziś nie był mój najszczęśliwszy dzień, gdyż wszędzie się spóźniałem. Zaspałem, przez co gnałem na złamanie karku do studia – z tej racji z kolei zostałem zatrzymany przez policję. Nie dość, że musiałem zabulić za mandat za przekroczenie prędkości, to także karę za jazdę bez ważnego przeglądu technicznego. A mógłbym przysiąc na wszystkie szesnaście buddyjskich piekieł, że miałem go zrobić dopiero za miesiąc…
W każdym razie, jako że dotarłem, mimo wszelkich usilnych starań, do studia spóźniony, to wyszedłem z pracy również później niż zwykle, co przekładało się na to, że nie zdążyłbym już dotrzeć na stację diagnostyczną na czas, aby zrobić przegląd – a chciałem załatwić to jeszcze dzisiaj, aby powtórnie nie płacić za to samo. Całe szczęście pan Saiki był na tyle miły, żeby wstrzymać się z zamknięciem zakładu, aby mnie przyjąć po wysłuchaniu mojej opowieści, którą uraczyłem go niemal płaczliwym głosem przez telefon.
Także to naprawdę nie był mój szczęśliwy dzień.
Ale najgorsze w tym wszystkim, że się jeszcze nie skończył – a to oznaczało, że pasmo nieszczęść, jakie za sobą ciągnął owy dzień, również jeszcze się nie zakończyło.
Licho nie śpi. Zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że po zmroku jego aktywność się wzmaga.
Nagle coś wyskoczyło mi przed maskę – a właściwie ktoś. Ostro wcisnąłem hamulec, z żalem wsłuchując się w wysoki pisk opon. Zatrzymałem się tuż przed blondwłosym chłopakiem, który właśnie wszedł na pasy jakby nigdy nic. Przewrócił się, gdyż chyba nogi odmówiły mu posłuszeństwa ze strachu, albowiem udało mi się wyhamować na czas i nie uderzyć go. Otworzyłem drzwi, wyskakując z auta niczym z procy. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach palonej gumy, a na odcinku kilkudziesięciu metrów ciągnęły się teraz czarne ślady świadczące o moim nagłym hamowaniu. Chłopak wyjął słuchawki z uszu, spoglądając na mnie przerażony.
- Co ty sobie, do cholery, wyobrażasz?! – ryknąłem na niego wściekle, a jako że byłem przecież wokalistą w metalowym zespole, to mój wrzask przypominał nieco growlowanie. – Myślisz trochę?! – skarciłem go. – Nie wiesz, że się, kurwa, rozgląda przed wejściem na pasy? – normalnie zapewne podbiegłbym do niego, pytając czy nic mu się nie stało, ale dziś byłem naprawdę rozwścieczony do granic możliwości i nie myślałem racjonalnie.
- A ty nie wiesz, że w terenie zabudowanym nie jeździ się z taką prędkością?! – odkrzyknął, z trudem z powrotem windując się do pozycji stojącej. – Poza tym piesi mają pierwszeństwo!
- Może i tak – prychnąłem – ale nie wtedy, kiedy nadjeżdżający samochód jest już praktycznie na tych pasach! Jeśli jesteś jakimś samobójcą, to błagam, wybierz sobie kogoś innego na twojego zabójcę, co? Mnie się jakoś nie widzi iść do pierdla ze to, żeś mi wlazł pod maskę! – sapnąłem wściekle. – A jeśli nie zamierzałeś robić tego specjalnie, to proponuję następnym razem dla odmiany wyjąć słuchawki z uszu – uśmiechnąłem się złośliwie.
- Jakim znowu samobójcą? – spojrzał na mnie jak na idiotę, marszcząc groźnie brwi. – A ja z kolei proponowałbym tobie zacząć używać oczu, do cholery! Kto dał ci prawo jazdy? Masz ty je w ogóle? – fuknął.
Westchnąłem ciężko, kręcąc głową – nie było sensu się z nim kłócić. Traciłem tu tylko niepotrzebnie czas. Ta akcja była zarówno moją jak i jego winą, jednak w napadzie złości niepotrzebnie zacząłem się od razu na niego drzeć, sprowadzając naszą dwójkę na wojenną ścieżkę.
Wiedziałem, że zachowuję się nieodpowiedzialnie, ale w tym momencie naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Bez słowa z powrotem wsiadłem do auta i odjechałem, przezornie spoglądając jeszcze w lusterko wsteczne, aby ujrzeć jak chłopak pokazuje mi środkowy palec. Niby przecież nic się nie stało, ale nie powinienem od tak się zabrać. Mogłem mu chociaż zaoferować podwózkę na przeprosiny, ale naprawdę się spieszyłem; no i byłem wkurwiony do tego stopnia, iż nie wiedziałem czy w przypływie „rzeźnickiej weny” nie rozbiłbym mu głowy o kokpit, gdyby znów wypowiedział coś, co mogłoby mi się nie spodobać.
Ale w końcu udało mi się dotrzeć na miejsce. Z rezygnacją stwierdziłem, iż mimo pośpiechu spóźniłem się aż o pół godziny.
- Bardzo pana przepraszam – zacząłem, wysiadając z samochodu i witając się z właścicielem stacji diagnostycznej oraz warsztatu w jednym. – Wiem, że miałem być wcześniej, ale jakiś imbecyl wyskoczył mi tuż przed maskę i mało jeszcze nie miałem wypadku… - westchnąłem ciężko.
- Nic się nie stało, Karma – starszy mężczyzna o miłym uśmiechu machnął lekceważąco ręką. – Grunt, że dojechałeś szczęśliwie cały i zdrowy, i bezwypadkowo – pokiwał głową, jakby na znak, że zgadza się z własnymi słowami. – Ale teraz z kolei to ja muszę cię przeprosić, gdyż odesłałem już pracowników do domu, nie chcąc ich dłużej zatrzymywać, a mój syn jeszcze nie wrócił – wyjaśnił. – Obiecał mi pomóc. Wiesz, ja już stary jestem… Nie znam się na tych nowych samochodach – rozłożył bezradnie ręce. – Na tej elektronice, na tym wszystkim… Ja to pamiętam jeszcze auta o konstrukcji ramowej! – zawołał z dumą. – Kto to widział, żeby teraz głównym elementem nośnym samochodu było nadwozie? – oburzył się.
Skinąłem mu głową, gdyż nic innego nie mogłem zrobić. Nie byłem jakimś wybitnym znawcą samochodów, więc wolałem nie zagłębiać się w ten temat. Pan Saiki chyba to zauważył, gdyż uciął swój monolog w zalążku. Uruchomił podnośnik, windując auto niemal pod sam dach warsztatu i przyglądając się krytycznie, choć dość pobieżnie podwoziu.
- Pana syn tutaj nie pracuje, a mimo wszystko jest mechanikiem? – zacząłem nieco inny temat, żeby nie trwać w ciszy.
- A kto powiedział, że jest mechanikiem? – zdziwił się staruszek.
- A nie jest? – teraz to ja się zdziwiłem. – No skoro ma zająć się przeglądem, to myślałem, że…
- Ach! – przerwał mi. – Nic się nie bój. Mój syn jest bardzo zdolny. Nie jest mechanikiem tak dosłownie, ale zna się na tym bardzo dobrze – jego słowa wzbudziły we mnie niepokój. – Chciałem, żeby przejął po mnie zakład, bo to moje jedyne dziecko, ale samochody nigdy nie pasjonowały go tak jak mnie. Jest technikiem awionikiem. Zajmuje się maszynami latającymi wszelkiej maści, gdzie potrzeba dużo większej precyzji i wiedzy, więc naprawdę możesz czuć się spokojny – rzeczywiście nieco mi ulżyło, że nie jest to jedynie jakiś domorosły kadet, którego wiedza opierała się na toturial’ach z youtube.
Po chwili usłyszałem trzask zamykanych drzwi.
- Wróciłem! – odezwał się głos z tej części warsztatu, która była czymś w rodzaju łącznika między domostwem a halą zakładu.
- Co tak długo, Yuuki? – zapytał ojciec chłopaka.
- Jakiś idiota mało mnie nie zabił, kiedy przechodziłem przez pasy – głos aż mu zadrżał ze złości. – I jeszcze dostałem za to opiernicz, rozumiesz? Co za kretyn! – i właśnie w tym momencie wyszedł.
To jakiś głupi żart, tak?
Cała siódemka bogów szczęścia postanowiła sobie ze mnie zadrwić, czy co?
Bo w progu stacji diagnostycznej stał właśnie on – blondwłosy chłopak, który niemal rzucił mi się pod maskę. Stanął jak wryty i wpatrywał się we mnie na wpół oszołomiony, na wpół wciąż wściekły.
- Widzę, że dziś wam obojgu szczęście na drodze nie dopisywało – skwitował pan Saiki. – Cóż, pozwolicie, że was już zostawię. Przyszły dziś nowe części zamienne dla tego klienta z zeszłego tygodnia i muszę je w końcu rozpakować. Yuuki, resztę zostawiam w twoich rękach – i po tych słowach wyszedł, naprawdę zostawiając nas samych sobie.
Naprawdę to zrobił.
Naprawdę…
Przez moją głowę przewinęło się w tej chwili wiele czarnych scenariuszy, wedle których to spotkanie nie mogło zakończyć się dobrze. Najbardziej realistyczny z nich wszystkich wydał mi się ten, w którym owy Yuuki w „zadośćuczynieniu” zaraz miał przywalić mi jakimś kluczem francuskim czy czymkolwiek innym posiadającym sporą masę w głowę, a następnie zapakować mnie do bagażnika mojego własnego samochodu i wywieźć do jakiegoś ciemnego lasu, gdzie dokończyłby „dzieła”, a następnie zakopałby mnie gdzieś pod jakąś beziglastą sosenką.
Tak, nawet sosenka będzie właściwie bez igliwia.
To takie smutne.
Cholera, skąd mi się wzięła ta sosenka?
Blondyn narzucił na ramiona koszulę flanelową w czerwoną kratę, którą znaczyło kilka plam, których pewnie nie dało się już sprać, a która była odpowiednikiem jego uniformu, jak mniemałem. Ruszył niepewnym, sztywnym krokiem pod podnośnik, próbując mnie ignorować.
Minęło kilka naprawdę długich chwil wypełnionych ciszą, przerywaną jedynie cichym brzdękiem towarzyszącym poszukiwaniem różnych przyrządów przez chłopaka. W końcu westchnąłem ciężko, stwierdzając, że nie ma sensu w tym, abym zachowywał się jak dziecko z podstawówki.
- Przepraszam – wydusiłem.
- Co proszę? – młody Saiki (jest to rzecz jasna wymyślone nazwisko, gdyż personalia Yuukiego nie są ujawnione od aut.) spojrzał na mnie zdziwiony.
- Przepraszam za to, co się stało i za moje zachowanie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, więc twój gniew jest absolutnie na miejscu – przyznałem.
- Ach… - mruknął pod nosem.
- Wcale nie chodzi mi o to, że robisz mi przegląd auta! Nie próbuję się podlizać! – zaoponowałem, domyślając się, co może mu chodzić po głowie.
- Nie, wcale… - uśmiechnął się krzywo.
- Słuchaj, naprawdę mi przykro… - wziąłem głębszy oddech. – Normalnie się tak nie zachowuję, ale dzisiaj to nie jest mój dzień i wszystko idzie nie tak. Byłem wściekły i niesłusznie wyżyłem się na tobie.
- A gdybyś mnie potrącił, to co? – spojrzał na mnie z naganą. – Też byś mnie tak zostawił, bo miałeś zły humor? – prychnął. Spuściłem wzrok w akcie skruchy.
- Tak jak mówiłem, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – rozłożyłem bezradnie ręce. – Mogę się jedynie cieszyć z tego, że jednak cię nie potrąciłem. Miałeś rację, że jechałem stanowczo zbyt szybko, ale, jak widzisz, spieszyłem się, żeby zdążyć tutaj na czas… co i tak mi nie wyszło – westchnąłem. – Jeszcze raz wybacz – skłoniłem się w geście przeprosin. Chłopak obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem. – Szczerze to już wolałem jak byłeś na mnie po prostu wściekły niż jak teraz spoglądasz na mnie z tą rezerwą, myśląc, że podlizuję ci się, żebyś umyślnie czegoś nie zepsuł, na przykład, przecinając przewody hamulcowe w ramach „rekompensaty”… - odezwałem się burkliwie.
- Bez przesady – prychnął. – Nie jestem taki.
- Wiem – odparłem. – Dlatego próbuję ci też uświadomić, że ja niekoniecznie jestem taki, jaki myślisz, że jestem… znaczy jak mnie oceniłeś. Na ogół nie jestem niedoszłym mordercą, a potem żałosnym lizusem…
- Cóż… Powiedzmy, że jestem skłonny w to uwierzyć – zaśmiał się pod nosem. – Choć twój image może sugerować coś innego – zamrugałem kilkakrotnie, nie rozumiejąc o co mu chodzi. – Mam na myśli twój sceniczny image; ten stały rekwizyt w postaci noża czy zwyczaj chodzenia umazanym substancją krwio-podobną – uśmiechnął się. – Znam twój zespół.
- Och… - wyrwało mi się. – Um… - zafrasowałem się.
Świetnie! Po prostu świetnie! W dodatku mnie rozpoznał! Już to widzę, jak sprzedaje relacje z wydarzenia, w którym mało go nie przejechałem, do jakiejś plotkarskiej gazety, rujnując mi i mojemu zespołowi opinię. Cudnie! Zen i Kaede zabiją mnie jak nic!
 - Spokojnie – rzucił, wyrywając mnie z wiru własnych myśli. – „Niekoniecznie jestem taki, jaki myślisz, że jestem” – zacytował moje słowa. – Założę się, że pomyślałeś, iż pójdę z tym newsem do jakiegoś szmatławca, co? – cisza z mojej strony była bardzo wymowna. – To ci teraz gwarantuję, że nie pójdę, okej? – spojrzał na mnie już w zdecydowanie lepszym humorze. – Zapomnijmy o tej sprawie, co? To nie była tylko twoja wina. Miałeś rację, nie rozejrzałem się, a ponad to powinienem wyciągnąć wcześniej słuchawki z uszu, więc można powiedzieć, że jesteśmy tak samo winni – wzruszył ramionami. – W sumie oprócz tego, że obiłem sobie tyłek, a ty zdarłeś opony, to nic się nie stało, więc nie ma co tego dłużej roztrząsać – spojrzałem na niego zdziwiony. Szczerze to nie przypuszczałem, że tak szybko odpuści.
- To… miłe z twojej strony – wydukałem. – A więc… Yuuki, tak? - chłopak skinął głową. – Twój ojciec wspomniał, że interesują cię bardziej maszyny latające niż pojazdy poruszające się po ziemi, tak? (pomysł ten wziął mi się stąd, iż Yuuki w jednym z wywiadów wspominał, że zanim spróbował sił w muzyce pasjonował się właśnie awioniką oraz, a może przede wszystkim, statkami kosmicznymi, jednak to muzykę [całe szczęście] ukochał bardziej i postanowił się temu poświęcić od aut.) – próbowałem podtrzymać rozmowę, aby nie było tak sztywno.
- Owszem – przytaknął.
- W takim razie co tu robisz? – dociekałem.
- Dorabiam sobie po godzinach – wyznał. – Wiesz, biedny student wiecznie spłukany – zaśmiał się.
- A co cię bardziej pociąga; lotnictwo czy mechanika? Wolałbyś zostać w przyszłości pilotem czy mechanikiem pracującym przy maszynach latających? – drążyłem.
- Raczej mechanikiem – odparł po chwili namysłu. – Może wstąpiłbym do wojska, żeby tam zająć się maszynami bojowymi? A może zostałbym w cywilu i zatrudnił w jakimś lotnisku? – zastanowił się, przykładając w zadumie do brody brudną część wskaźnika poziomu oleju, który zostawił ciemną smugę na jego jasnej skórze. Orientując się, że się ubrudził, wierzchem dłoni starł plamę, którą następnie przyozdobił koszulę. – Jeszcze nie zdecydowałem…
Przyjrzałem mu się uważnie. Blondyn był niski i cechował się drobną budową ciała; był szczupły, żeby nie powiedzieć po prostu chudy. Jego jasne, farbowane włosy miękko opadały mu na ramiona i plecy. Nieskazitelna, jasna cera oraz delikatny, podkreślający jego urodę makijaż sprawiały, że nijak nie pasował do otoczenia takiego jak warsztat samochodowy ani hangar lotniczy. Wyglądał jak wyciągnięty z obrazka, z plakatu, jakby dopiero co zszedł z wybiegu dla modelek, więc nietrudno się dziwić, że nie mogłem go sobie wyobrazić jako mechanika. Był bardzo przystojny, młody, atrakcyjny… Moim zdaniem lepiej nadawał się na fotomodela czy hosta w klubie, ale nie mnie o tym decydować. Był zniewieściały, ale za to bardzo piękny – właśnie przez to tak bardzo nie pasował mi do tego jednego z najbardziej męskich zawodów. Kiedy już rzucamy hasło „seksownego mechanika” to raczej na ogół w większości głów pojawia się wyobrażenie „amerykańskiego ideału faceta”, wysokiego, umięśnionego, często spoconego faceta w krótkich włosach, a nierzadko też z kilkudniowym zarostem, a nie bisha rodem wyciągniętego z anime dla dziewczyn, na którego widok przedstawicielki płci pięknej dostają masowego i zbiorowego krwotoku z nosa.
Yuuki zatrzasnął maskę samochodu i podszedł do mnie uśmiechnięty.
- Wszystko w porządku – oświadczył. – Wymieniłem płyny i to w zasadzie byłoby na tyle – podał mi rękę, którą dość niedokładnie oczyścił ze smaru, niemniej nie zawahałem się jej uścisnąć.
- Wielkie dzięki – również uśmiechnąłem się do niego. – Ile jestem ci krewny?
- Co łaska – zaśmiał się. – Warsztat jest już teoretycznie nieczynny, więc robię to na własną rękę i nie muszę się za to z nikim rozliczać.
- Ach tak… - mruknąłem, nie przestając się uśmiechać. – Właściwie to… Wiem, że nie zrobiłem na tobie dziś zbyt dobrego pierwszego wrażenia… delikatnie rzecz ujmując – potarłem kark w nerwowym geście. – Ale… ale czy dałbyś mi może szansę, żebym mógł to naprawić?
- Co masz na myśli? – spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
- Może spotkalibyśmy się jeszcze; co ty na to? – zaproponowałem.

***

- Karma, nie powinniśmy – wydyszał chłopak, próbując odtrącić od siebie moje ręce.
- Daj spokój – mruknąłem mu do ucha, całując go po linii szczęki. – Połóż się – próbowałem zmusić go do tego, aby w końcu położył się na tylnej kanapie samochodu, ale on wciąż był oporny.
- Tata zostawił nam otwarty warsztat tylko po to, żebym zrobił ci przegląd – syknął.
- No to co? – rzuciłem się na niego, przewalając go. – Najpierw ja zrobię ci przegląd (przypominam, że przegląd samochodu robi się raz na rok, więc wychodzi na to, że przeniosłyśmy się w czasie właśnie o rok kalendarzowy od aut.) – zaśmiałem się – a potem ty zrobisz przegląd mojemu samochodowi; co nie pasuje ci w tym układzie? – uśmiechnąłem się, obsypując jego szyję pocałunkami.
- A jak ktoś usłyszy? – panikował. – Karma, proszę, potem pojedziemy do ciebie i będziesz mógł już zrobić ze mną wszystk… ACH! – jęknął, kiedy zacisnąłem dłoń na jego erekcji, wsuwając rękę pod linię spodni i bielizny chłopaka.
- Chyba sam widzisz, że ani ja, ani ty już dłużej nie wytrzymamy – przesunąłem językiem po jego mostku, odsłaniając jego tors, rozsuwając przy tym poły flanelowej koszuli. – Yuuki… - jęknąłem błagalnie. Blondyn dyszał coraz ciężej.
- Och, niech będzie! – sapnął, unosząc biodra, aby ułatwić mi pozbawienie go zbędnej odzieży. Prężył się rozkosznie, kiedy go onanizowałem. – Um, Karma? – wydusił.
- Słucham cię, skarbie – zatoczyłem koło językiem wokół jego sutka, owiewając jego wrażliwą w tym miejscu skórę ciepłym oddechem.
- Nie uważasz, że to dość wymowne? – zaśmiał się i jęknął głośno, kiedy przyspieszyłem ruchy ręki.
- Co takiego, kochanie? – dociekałem.
- Rok temu… tym samym autem mało mnie nie potrąciłeś – wydyszał – a dziś… chcesz się w nim ze mną kochać – zagryzł wargi, kiedy zacząłem pocierać kciukiem jego żołądź.

- Masz rację – zgodziłem się i zaśmiałem się krótko, gdyż przerwał mi mój ukochany, zamykając mi usta długim i namiętnym pocałunkiem.

Oneshot autorski "Chcę to zobaczyć na własne oczy..."

Cóż, powstał sobie oto właśnie taki dziwny twór… więc pozwolicie, że go przedstawię i opiszę w skrócie w słowach kilku:
W zasadzie można powiedzieć, że jest to oneshot bezparingowy, gdyż nie występują w nim postacie ze świata j-rocka, ale jednocześnie ukryć się nie da, że ktoś tam jakieś role odgrywa. Niniejsze postacie mają imiona, jakiś swój charakter i usposobienie, a więc nie są „mydłami”, jak to określam bohaterów bez żadnych wyraźnych cech. Są to moje postacie autorskie, że tak to nazwę; porwałam się na coś podobnego głównie dlatego, iż dużo osób pisało, jak to wspaniale by było, gdybym napisała coś zupełnie swojego – no to właśnie jest. Mam nadzieję, że mnie za to nie skrzyczycie, bo na blogu to moje pierwsze kroki w kierunku „samodzielności”… Huh…
Powodem, między innymi, dla którego postanowiłam wykreować własne postacie, a nie dobierać pod ich charaktery japońskich muzyków, był dość prosty – jeden z głównych bohaterów… ma pewien defekt. Tyle powiem; w przedmowie nie będę nic więcej zdradzać. Jako dopełnienie wyjaśnień dopiszę jeszcze „po słowie”, ale żeby do tego doszło, musicie najpierw przeczytać tego shota, który naprawdę rządzi się własnymi prawami.

Tytuł: „Chcę to zobaczyć na własne oczy…”
Paring: autorski (?)
Typ: oneshoot
Gatunek: angst (? – chyba taki nie do końca)
Beta: -

Lato – dziwna pora roku, na którą wszyscy wyczekują, a następnie z kolei wszyscy na nią narzekają z powodu nieustannie lejącego się żaru z nieba. Cóż, niemniej byłbym nikim innym jak hipokrytą, gdybym nie przyznał się, że sam narzekałem – bo narzekałem, a jak!, i to w dodatku jak diabli…
Ale prawdą też było, że go nie wyczekiwałem. Nie lubiłem tej pory roku; możliwe, że ze względu na to, iż wychowałem się w górach, gdzie lato było krótkie i raczej dość chłodne w porównaniu do centralnej części wyspy, gdzie obecnie mieszkałem. Byłem przyzwyczajony do chłodów i przymrozków, przez co źle znosiłem upały. Na moje nieszczęśnie nic jednak nie wychodziło mi na ratunek. Meteorolodzy zapowiadali tylko kolejną falę rosnących temperatur, na co mój wentylator, zmuszony już i tak do ponadprzeciętnego wysiłku,  nie posiadał się z radości. Metalowe pudło przyczepione do zewnętrznej krawędzi okna dyszało i sapało ciężko, wydając z siebie monotonny, głośny, wibrujący dźwięk, który nie dawał mi się skupić na czytanym tekście. Doprawdy, i jak ja miałem się dobrze przygotować do kolokwium? Rzuciłem ciężkie, niemalże grobowe spojrzenie w stronę, gdzie mieściła się chłodząca machina, jednocześnie obrzucając spojrzeniem także szarą ścianę następnego budynku, na którą centralnie miałem widok z własnego mieszkania. Tam również przy każdym oknie zwisał smętnie taki „pasożyt”, jeden głośniejszy od drugiego – razem tworzyły magnetyczną kakofonię. Zdawało mi się, że nawet moje myśli dostosowały się do tego irytującego buczenia.
Westchnąłem ciężko. Z jednej strony mogłem pozbyć się klimatyzatora i cierpieć upał, z drugiej mogłem godzić się na dyskomfort hałasu, ale jednocześnie nie pozwolić sobie na ugotowanie się żywcem. Młot czy kowadło? – oto jest, zaprawdę powiadam wam, pytanie.
Cóż, jak widać jednak byłem hipokrytą.
Z jednej strony narzekałem na klimatyzację, z drugiej nie mogłem bez niej funkcjonować. Jak wiele jeszcze takich pozornie bezsensownych sytuacji w życiu mnie czekało?
A więc w zasadzie to nie wiem, jak się tu znalazłem. Nie było tu ani żadnej machiny chłodzącej, ani nawet warunków do nauki. Żeby tu przyjechać musiałem zerwać się z wykładów, przez co potem jeszcze ciężej będzie mi się przygotować do kolokwium, ale i tak tu przyjechałem – a owe „tu” nie było niczym innym jak działką jednego z moich znajomych.
Owa działka, żeby nie przesadzić, była po prostu ogromna. Z dala od miast, w zasadzie pośrodku niczego. Nie dało się tu dojechać transportem podmiejskim, a i od najbliższego dworca kolejowego było z dobre kilka kilometrów. Okoliczne domy były porozstawiane rzadko, rozrzucone jakby w nieładzie. Jedynym wspólnym dla nich punktem była piaszczysta, wąska droga – aby na nią trafić trzeba było mieć ogromne szczęście (lub nieszczęście, jeśli ktoś zgubił się w tych okolicach) lub też świetnego GPS’a. Owa droga mieściła się daleko od autostrady, z której po kolei trzeba było zjeżdżać w coraz węższe i coraz bardziej kręte, strome uliczki wiodące przez coraz mniejsze miejscowości, aż w końcu trafiło się w odpowiednie miejsce, a więc tutaj – właściwie na koniec świata.
Jeśli w istocie tak wyglądał koniec świata (mimo iż mieścił się w centralnej części wyspy), to wyglądał naprawdę pięknie; nie była to żądna Apokalipsa. Mało tego, powiedziałbym, że nawet chciałbym, aby taki koniec nadszedł.
Ale nie zagłębiając się już w jakieś problemy egzystencjonalne czy też te związane z siłami transcendentalnymi, działka była ogromna. W dodatku tak gęsto porośnięta roślinnością, iż przypominała niewielki, prywatny las... choć może po bardziej dogłębnym przyjrzeniu się, ktoś mógłby się ze mną nie zgodzić, gdyż w lesie na ogół nie rosły drzewa owocowe. W istocie, z tego jak zasłyszałem, mieścił się tu kiedyś sad, ale od wielu lat nikt już za bardzo się nim nie przejmował, dlatego zieleń rosła tak jak chciała, nieprzycinana despotyczną ręką człowieka.
W starym sadzie rosły głównie sękate jabłonie i śliwy. Ich gałęzie były powyginane, jakby poskręcane w ułożeniach świadczących o trawiących ich chorobach, które dodatkowo utrwaliły się przez zesztywnienie pośmiertne. Gałęzie te splatały się ze sobą wysoko nad moją głową, tworząc naturalne korytarze, które chroniły przed promieniami słońca i obdarowywały owocami, gdyż wśród zielonego, mięsistego listowia co i rusz gęsto połyskiwały czerwone, jakby wypolerowane, brzuszki jabłek i fioletowe, matowe główki śliwek. Wśród gęstwiny drzew dało się dostrzec także rozrośnięte kłęby krzewów jagód, porzeczek czy ciernie malin. Niektóre z nich rosły pojedynczo niczym małe zielone obłoki, inne kłębiły się niczym warstwowe ciężkie chmury burzowe, które jakby specjalnie odstraszały, jak się zdawało, ciemniejszą barwą liści. Wysoka trawa sięgała niemal kolan, ale to w niczym nie przeszkadzało; wręcz przydawało uroku temu miejscu. Właściwie, uświadomiłem sobie, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak „niewymuszonego” krajobrazu.
To wszystko mieściło się z tyłu, za średniej wielkości domkiem, który pełnił jedynie funkcję chatki letniej i w porównaniu do ogrodu (o ile jeszcze można go tak nazwać), nie wzbudził we mnie żadnych większych emocji. W tej chwili wydało mi się to ot zwykłe miejsce do spania, zdolne pomieścić kilka osób, które zamierzały wziąć udział w „green party”, jakie miało się tu odbyć – nic ciekawego i godnego opisywania.
Zdawało się, że większość miała podobne odczucia, gdyż kiedy tylko wysiedliśmy całą grupą z aut, którymi tutaj podjechaliśmy, wszyscy jak na komendę rzuciliśmy się w stronę starego sadu. Szybko znalazły się jakieś ławki i krzesła, rozstawiono grilla, ktoś ułożył kamienie w okręgu, gdzie następnie rozpalono ognisko, mimo iż było wciąż wcześnie i nieznośnie gorąco. Duszne, parne, jakby lepkie powietrze osiadało na człowieku niczym druga skóra; paskudne, a jednocześnie tak niemożliwie słodkie od naturalnych olejków eterycznych i kwitnącego samosiewnego kwiecia, szybko wypełniło się także zapachem grillowanego mięsa i warzyw, przypraw i sosów. Puszki i butelki piwa zaczęły strzelać radośnie, kiedy zostały odkorkowane, gdzieś za moimi plecami nawet rozniósł się wesoły śmiech czegoś mocniejszego, towarzyszący zrywaniu folii przy zakrętce. Zapowiadało się naprawdę wesoło.
Nie wiem, ilu było nas dokładnie – może sześciu, może ośmiu… ktoś co jakiś czas gdzieś umykał, znikał za drzewem lub w domu, kręcił się w pobliżu składziku ze skorodowanymi narzędziami ogrodowymi. Nie znałem wszystkich; nawiązywałem przelotne znajomości, szczerze powiedziawszy, nie starając się nawet zapamiętać zbędnych imion.
Ale było jedno, które chciałem zapamiętać.
Naprawdę chciałem – i nawet udało mi się to.
- To Michio – gospodarz imprezy przedstawił mi kolejnego z gości. – Naprawdę miły chłopak. Znam się z nim od dziecka; od dziecka też tutaj ze mną przyjeżdża, więc właściwie to też i jego dom – oświadczył.
Michio był szczupłym, niewysokim chłopakiem. Mógł być starszy ode mnie, góra, o trzy lata. Miał bladoróżowe włosy opadające w delikatnych strąkach na jego drobną i bladą twarz, na której figurowały duże okulary przeciwsłoneczne o brązowych szkłach. Miał idealną cerę niczym porcelanowa lalka, drobny nos i dość wąskie, ale za to pięknie wykrojone usta w podobnym kolorze co jego włosy. Był naprawdę piękny – wręcz zjawiskowy, powiedziałbym. Kiedy tylko go zobaczyłem moje serce zabiło mocniej. Nie wiem jak to określić… zauroczenie? Raczej nie… To chyba… pożądanie… W jednej chwili zapragnąłem go mieć tylko dla siebie, odgrodzić go od innych. Było to dla mnie czymś zupełnie nowym, gdyż jak do tej pory, nigdy nie czułem nic podobnego. Zazwyczaj byłem spokojny, może nawet apatyczny czy flegmatyczny; niewiele rzeczy potrafiło mnie zainteresować i nigdy jakoś specjalnie nie starałem się, aby ich grono się powiększyło. Tak wyraziste i silne uczucie na tle mojego jednolicie spokojnego, choć może nieco irytującego niczym buczenie klimatyzatora życia było dla mnie ogromnym zaskoczeniem – pozytywnym, choć niosącym ze sobą spore dozy obawy.
- A ten obok to Yoichi – kontynuował mój znajomy. – Yoichi i Michio znają się od bardzo dawna… choć może powinienem powiedzieć, że są razem od bardzo dawna – uściślił.
- Są parą? – dociekałem.
- Owszem – chłopak skinął głową. – Bardzo dobrze się ze sobą dogadują. Wśród znajomych nawet zyskali przydomek pary, która nigdy się nie rozejdzie – zaśmiał się pod nosem.
- Nie wątpię – przyznałem obojętnym tonem głosu, choć w istocie sam zamierzałem się przekonać o tym, czy są tacy nierozłączni.
Yoichi, wyższy od swojego chłopaka o dobre pół głowy brunet, posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, zupełnie tak jakby mógł czytać mi w myślach lub przynajmniej odgadł moje niecne intencje po samym wyrazie mojej twarzy, który przecież w gruncie rzeczy nie wyrażał nic. Czarnowłosy miał ciemne oczy o drapieżnym błysku, którymi teraz lustrował mnie podejrzliwie. Uśmiech, który mi posłał, mógł z grubsza wyglądać na przyjazny gest na powitanie, jednak za nim równie dobrze mógł kryć nóż, który tylko czekał na okazję, aby wbić mi w plecy – i w zasadzie zapewne tak było.
Czy poczuł się zagrożony? Najwyraźniej…
Jeśli istniało coś takiego jak rozmowa telepatyczna, to do naszej dyskusji włączył się także Michio. Również spojrzał w moją stronę, posyłając mi, dla odmiany, o wiele bardziej przystępny, może nawet nieco przepraszający za zachowanie swojego ukochanego, uśmiech. Zwrócił twarz w moją stronę tylko na chwilę, by zaraz potem szepnąć coś do bruneta.
Czas mijał szybko – powiedziałbym nawet, że o wiele szybciej płynął on na „prowincji” niż w mieście. Słońce szybko zwinęło swój złoty krąg z horyzontu i zapadł zmrok, choć nic nie wskazywało na to, jakoby impreza miała się zakończyć. W tym momencie ognisko przyszło nam z pomocą, pozwalając nam nie siedzieć w absolutnej ciemności ani nie używać reflektorów samochodowych jako oświetlenia, a przy tym nie narażać się na rozładowanie akumulatorów. Przez ten czas piłem i rozmawiałem, śmiałem się z innymi, poznawałem ich historie, o których szybko zapominałem, byłem raczony niemal pikantnymi ciekawostkami z życia kolejnych imprezowiczów, do których niezmiennie nie przywiązywałem żadnej wagi. W mojej głowie było miejsce tylko dla jednej osoby, która niby wciąż siedziała naprzeciw mnie, a jednocześnie zdawała się być tak odległa, przez odgradzającego ją chłopaka.
Cóż, w zasadzie nie byłem zdziwiony.
Zachowywałbym się identycznie na miejscu Yoichiego.
Aż w końcu przyszedł ten moment. Różowowłosy podniósł okulary, zakładając je niczym opaskę na głowę i rozmasowując obolałą nasadę nosa. Przesunął spojrzeniem po zebranych, a ja miałem okazję po raz pierwszy ujrzeć jego piękne, błękitne, choć dość mocno rozmyte i wodniste oczy, które po prostu nie mogły okazać się kolorowymi soczewkami.
Nie mogły.
Chwilę potem poszedł do domu.
Sam.
A ja nie mogłem przepuścić takiej okazji.
Pod tradycyjną wymówką wyjścia do łazienki udało mi się nawet dość zgrabnie opuścić towarzystwo. Ledwo powstrzymując się przed tym, żeby nie biec, skierowałem się w stronę domu.
Chłopak krzątał się po kuchni. Nim jeszcze zdążyłem wejść do tego samego pomieszczenia, on już odwrócił się w moją stronę, mimo iż światło było zgaszone – to się dopiero nazywa dobry słuch…
- Hej – odezwałem się, co dziwne, dość niepewnie. – Nie mieliśmy jeszcze wcześniej okazji się poznać – zacząłem dość neutralnie. – Nazywam się Seiji – przedstawiłem się, gdyż wcześniej nie miałem okazji tego zrobić.
- Och, miło mi – uśmiechnął się. – Jestem Michio – wyciągnął rękę w moim kierunku. – Wybacz, to zapewne przez mojego chłopaka… Yoichi potrafi być nieco zaborczy – jeszcze raz posłał mi przepraszający, nieco zakłopotany uśmiech.
- Skłamałbym, gdybym powiedział, że tego nie zauważyłem – postanowiłem grać z nim w otwarte karty. – A więc… Dlaczego właściwie opuściłaś nasze towarzystwo? – zainteresowałem się. – Coś się stało?
- Nie, nic – pokręcił głową. – Tylko trochę mi zimno – przyznał, otwierając szafkę nad swoją głową i wyciągając z niej pierwsze lepsze pudełko. Otworzył je i powąchał jego zawartość, jakby nie był pewien czy opakowanie, które mówiło o tym, iż jego zawartością powinna być zielona herbata z jaśminem, nie kłamie. – Też chcesz herbatę? – zaproponował.
- W zasadzie… dlaczego nie? – oparłem się o blat, przyglądając się ruchom różowowłosego.
Michio otwierał kolejne szafki, przesuwając delikatnie opuszkami palców po ich zawartości, aż w końcu natrafił na tę, w której stały kubki. Wyciągnął dwa i włożył do nich saszetki z herbatą. Następnie chwycił czajnik z wodą, która zdążyła się zagotować w międzyczasie i kładąc rękę płaskiem na brzegu naczynia, nalewał wrzątku. Kiedy poziom wody zbliżał się do jego dłoni, zabierał ją i zaprzestawał wykonywanej czynności.
Właściwie to dało mi do myślenia…
- Michio? – zapytałem w końcu, przełamując się, aby zadać pytanie, które tak mnie dręczyło, a jednocześnie wydawało mi się być bardzo nie na miejscu. – Czy… Czy z twoimi oczami… jest wszystko w porządku?
- Co takiego? – odwrócił się, wręczając mi kubek z naparem. – Znaczy… jak to? Nie zauważyłeś? – zaśmiał się. – Jestem niewidomy – odparł bez problemu. – Naprawdę nie zwróciłeś na to uwagi? – zachichotał. – Chyba ciężko to przeoczyć, co?
- Wiesz… w twoim wypadku dość ciężko… - przyznałem szczerze, choć słowa z trudem przechodziły mi przez gardło z powodu zawstydzenia. Co za dureń ze mnie, żeby czegoś podobnego nie zauważyć! Może i ja powinienem w końcu przebadać sobie wzrok? Jak mogłem nie zauważyć jego rozbieganego spojrzenia, którego nie mógł skupić dokładnie na żadnym przedmiocie? Jak mogłem nie zwrócić uwagi na to, jak na mnie patrzył; jedynie w moją stronę, kierując się głównie moim głosem. Jak mogłem nie dostrzec tego, jak większość rzeczy badał rękami, wcześniej jeszcze zagadując swojego chłopaka, aby upewnić się, że to, co trzyma w dłoniach, jest tym, co powinien trzymać? – Radzisz sobie tak dobrze, że nawet bym nie podejrzewał… - urwałem, gdyż odniosłem wrażenie, że tylko się pogrążam.
- Dziękuję – uśmiechnął się głęboko, ukazując białe, równe zęby.
- Nosisz zwykłe okulary przeciwsłoneczne, które nie zwracają zbytniej uwagi, szczególnie w taką pogodę – wyliczałem na palcach – ponad to jesteś samodzielny, nikogo nie prosisz o pomoc, więc nawet nie pomyślałem o tym… Co prawda zwróciłem uwagę na kolor twoich oczu, ale… - chłopak, który wciąż miał otwarte oczy, choć przesuwał nimi w błędnym, niewidzącym spojrzeniu, którym obejmował właściwie wszystko i nic lub na przekór utykał nim w jednym martwym punkcie, nagle zacisnął mocno powieki, jakby to, co powiedziałem, sprawiło mu fizyczny ból. – Coś się stało?
- Ach, nie… - westchnął. – Znaczy chyba nie… Tylko… trochę się zapomniałem – znów posłał mi ten przepraszający uśmiech. – Zapomniałem, że nie każdemu odpowiada to… - zamilkł na moment, zastanawiając się jak ubrać w słowa to, co miał na myśli. - … jak wyglądają moje oczy – dokończył wreszcie. – Yoichi przez długi czas namawiał mnie, abym ich nie zamykał. Mówi, że lubi w nie patrzeć, choć to trochę dla mnie krępujące… - spuścił głowę. – Zapomniałem, że dla innych to…
- Mnie to nie przeszkadza – przerwałem mu. – Również uważam, że masz piękne oczy - różowowłosy zdziwił się. – Ale zmieniając nieco temat… Właściwie… jak ty to robisz? Jak udaje ci się być tak samodzielnym? – dociekałem, z czasem przestając być tak skrępowanym.
- Cóż… - mruknął pod nosem. – Cieszę się, że w twoich oczach wyglądam na takiego – zachichotał. – Ale prawdą jest, że nie jestem znowu taki samodzielny, gdyż widzenia nie zrozumiem właściwie nigdy. Po tym terenie poruszam się dość swobodnie, bo znam go od dziecka. Ponad to ukończyłem kurs orientacji przestrzennej. Najgorzej jest zimą, bo ciężko wyczuć krawężniki pod laską… - zaczął tłumaczyć. – No i te przystanki autobusowe… Nie każdy ma zatoczkę, więc czasem ciężko mi się zorientować czy jestem w dobrym miejscu. No i są jeszcze te przystanki na żądanie; naprawdę irytująca sprawa! Wybijają z rytmu! – sapnął poirytowany. – A ludzie… Czasem, kiedy zorientują się, że jestem niewidomy, potrafią mnie wręcz wnieść do budynku czy środka lokomocji; jakby nie wiedzieli, że utrata gruntu pod stopami dla niewidomego to najgorsze, co może być! – pokręcił głową z dezaprobatą. – Ale wiem, że chcą dobrze, więc zawsze grzecznie dziękuję – uśmiechnął się samymi kącikami ust. – Ale są i ci wredni, który awanturują się, kiedy uderzę ich przez przypadek laską… przecież nie robię tego umyśle – rozłożył bezradnie ręce. – Czasem też burczą, żeby dać im spokój, kiedy pytam o drogę… - skrzywił się. – To zraża; ale co mogę zrobić? – wzruszył ramionami. – Poza tym niewiele wychodzę. Spacer to wysiłek umysłowy. Niewidomi nie chadzają na romantyczne spacery, choć Yoichi stara się mnie gdzieś wyciągnąć. Z nim jeszcze wyjdę, ale sam zazwyczaj chodzę tylko po utartych szlakach – wyznał. – No i nie mogę mieć zbyt wielu rzeczy… Nie może być zbyt dużo przeszkód; muszę znać każdy kant, zakręt, śmietnik… Nawet w domu mam mało rzeczy; choćby na półkach. Kiedy jest ich za dużo, robią się zakamarki, a jak już coś tam wpadnie, to szukaj wiatru w polu! Wszystko jest opisane folią z wypukłym alfabetem, wszystko ma swoje stałe miejsce i nie ma prawa się z niego ruszyć… choć to raczej jest plus, bo w przeciwieństwie do Yoichiego ja rzadko coś gubię – uśmiechnął się. – Mam też problem z ubieraniem się. Denerwuje mnie, kiedy ludzie krytykują innych za ubiór; kiedy jest to ktoś widomy, śmieją się, że nie ma gustu; kiedy mówią o mnie, krzywią się z politowaniem, że nawet nie wiem, co zakładam… bo w sumie taka prawda. Mam podzielone ubrania na dwie grupy: jasne, które mają obcięte do połowy metki i ciemne, które mają całe metki; tak je rozpoznaję. W tym wypadku też jestem dość mocno zdany na osoby trzecie, gdyż to Yoichi często wybiera mi ubrania. Co prawda opisuje mi je, ale i tak, prawdę mówiąc, mało mi to daje. Ja nie rozumiem kolorów. Dla mnie niebieski to słowo, nie kolor. Nic mi to nie zrobi, kiedy przyrównasz to do koloru nieba, bo ja nie wiem, jaki kolor ma niebo. Po prostu wierzę na słowo, uczę się na pamięć. Tak samo było z kolorem włosów; to Yoichi go wybrał – rozłożył bezradnie ręce. – Ale dużo osób mówi, że mi pasuje, więc chyba jestem zadowolony – skinął głową, jakby na potwierdzenie własnych słów. – Wielu rzeczy nie rozumiem; na przykład perspektyw. Wiem, że coś takiego jest. Wiem, że rzeczy oddalone wydają się mniejsze niż te, które są blisko. Znam perspektywę linearną i powietrzną, ale do końca tego nie rozumiem. Rzadko kiedy mogę zrozumieć wysokość, gdyż rzadko kiedy jest ona na tyle mała, abym mógł ją zmierzyć, policzyć, dotknąć. Kiedy byłem w liceum, znajomi kiedyś spuścili linę z dachu szkoły, a potem położyli ją na płasko na boisku, żebym mógł wzdłuż niej przejść i wyobrazić sobie jak to wysoko, ale to nie jest dokładnie istota tego – ściągnął lekko brwi. – Słabo też orientuję się w czasie. Często bywa, że budzę się w środku nocy i nie mogę spać. Lekarz mówił mi, że to przez brak oddziaływania światła na przysadkę mózgową. Wtedy nie wiem, co ze sobą zrobić. Najczęściej włączam jakieś czytane książki… chyba że nocuje u mnie Yoichi. Wtedy tylko leżę i udaję, że śpię, gdyż nie chcę go obudzić… - wyglądał, jakby chciał ciągnąć dalej, ale nagle urwał, jakby orientując się, że powiedział za dużo. – Uch, wybacz… - zasępił się. – Niepotrzebnie się rozgadałem…
- Niepotrzebnie? – zdziwiłem się. – Mnie to bardzo interesuje – przysunąłem się do niego, opierając się o blat tuż obok, tak, że nasze ramiona się stykały. – Mieszkasz sam? – dopytywałem.
- Od niedawna z Yoichim – przyznał.
- Pracujesz?
- Jako masażysta – upił łyk herbaty. – Ludzie czasem są dziwni… Szczególnie kobiety… Często słyszę jakieś stwierdzenia, typu: „Nieważne, że dotknie; ważne, że nie zobaczy.” albo „To nic, że pan nie zobaczy, przecież pan poczuje, prawda?”. Czasami to naprawdę głupie. Denerwuje mnie to, że ludziom, którzy widzą, wydaje się, że rozumieją ociemniałych – wydął usta, robiąc przy tym minę jak naburmuszone dziecko. Zaśmiałem się pod nosem.
- Właściwie… jak to się stało…?
- Straciłem wzrok, kiedy miałem rok w wyniku nowotworu – odparł spokojnie. – Byłem zbyt mały, żeby pamiętać, jak to jest widzieć – wzruszył ramionami. – Właściwie, kiedy dorastałem, jeszcze przez długi czas nie wiedziałem, że jestem niewidomy – zaśmiał się. – Myślałem, że tak po prostu wygląda życie. Wiesz, chyba żaden rodzic od początku nie wmawia dziecku, że jest ślepe. Póki byłem na etapie poznawania świata przez dotyk, nie odczuwałem braku możliwości widzenia. Dopiero kiedy pojawiły się takie rzeczy jak, na przykład, czarny druk, rzeczy, których nie można poznać za pomocą dotyku, coś zaczęło do mnie trafiać. Dzieciaki wołały: „Spójrz, samolot!”, ale ja nic nie widziałem – zaśmiał się.
- Zdaje się, że podchodzisz do tego bardzo swobodnie – zauważyłem.
- A co mam robić? – wzruszył ramionami. – W sumie to nawet nie chciałbym już odzyskać wzroku. Przez dwadzieścia kilka lat uczyłem się żyć bez niego, tak, że jeśli teraz bym go odzyskał, musiałbym się uczyć wszystkiego od nowa. Myślę, że to wszystko mogłoby mnie przerazić – westchnął.
- A gdybyś mógł odzyskać wzrok tylko na chwilę; co chciałbyś najbardziej zobaczyć? – ciągnąłem.
- Hm… - zamyślił się. – Striptiz – odparł rozbawiony. – Ludzie często mówią, że lepiej jest najpierw popatrzeć, a dopiero potem dotknąć. Chciałbym się o tym przekonać na własnej skórze – zaśmiał się, ale za moment spoważniał. – Właściwie to… mogę cię dotknąć? – zapytał dość nieśmiało.
W odpowiedzi nachyliłem się nad nim, gdyż byłem od niego nieco wyższy. Chwyciłem jego dłoń i przyciągnąłem do swojego policzka. Chłopak przez dłuższą chwilę wodził palcami po mojej twarzy. Miał delikatne i zadbane dłonie.
- Uśmiechasz się – zauważył ze zdziwieniem.
- To źle? – zapytałem.
- Nie, to dobrze – zaśmiał się. – Ale zazwyczaj ludzie mają taki sam grymas, kiedy ich poznaję; lekko przymrużone powieki i płaczliwy wyraz twarzy – przesunął dłoń na moją szyję.
- Nie przeszkadza ci to, że nie zawsze masz okazję „poznać” czyjąś twarz? – pytałem dalej.
- Przy przelotnych znajomościach nie – wyznał. – Problematyczne to się zaczyna robić tylko w momentach, kiedy mam poznać kogoś lepiej. Wiesz, to trochę krępujące… tak zapytać czy mogę kogoś dotknąć. Wiem, że niektórym może to się dziwnie kojarzyć. Poza tym wstyd to coś, czego ciężko nauczyć niewidome dziecko – wyjaśniał. – Wytłumacz ociemniałemu dziecku, że nie wolno dłubać w nosie w każdym miejscu, kiedy ono nie zawsze wie czy jest samo, nie zawsze jest w stanie określić czy już wypada coś zrobić, czy jeszcze nie…
- Zdaje się, że nawet udaje mi się to sobie wyobrazić… choć zawsze zostaje jakaś dozna niepewności, że moje wyobrażenia diametralnie różnią się od twoich – zaśmiałem się.
- Możliwe – przytaknął całkiem poważnie. – Właściwie to nigdy nie będziemy mogli w pełni skonfrontować naszych poglądów – rozłożył ręce.
Wtem wprost do kuchni wpadł Yoichi, zapewne zwabiony zbyt długą nieobecnością zarówno Michio, jak i moją, co niezaprzeczalnie musiało wzbudzić u niego jakieś podejrzenia. W pierwszej chwili posłał mi miażdżące spojrzenie, jednak szybko straciło ono na swojej twardości, kiedy chłopak zobaczył spokojny, może nawet nieco trącący sielanką obraz rozmawiających i pijących herbatę dwóch nowo zaprzyjaźnionych przyjaciół – bo w istocie przecież nic się nie stało.
…jeszcze.
- Wszystko w porządku? –zapytał brunet kontrolnie.
- W jak najlepszym – różowowłosy uśmiechnął się promiennie, zupełnie niezdziwiony tym, że jego chłopak wpadł do pomieszczenia; zupełnie tak jakby to widział. – Poznałem po krokach – odpowiedział, jakby czytając mi w myślach.
W triplecie dołączyliśmy z powrotem do grupy urzędującej przy ognisku. W ciężkim powietrzu przesyconym tak licznymi zapachami i aromatami z czasem coraz bardziej zaczynała dominować chmielowa nuta. Zdziwiłem się, kiedy zorientowałem się, że trafiliśmy już w ten moment, kiedy imprezowicze zaczęli przechwalać się swoimi łamanymi tańcami, gnani nagłymi podmuchami wiatru, które mają to do siebie, że lubią się niespodziewanie zrywać, kiedy człowiek ma w pobliżu pewną określoną ilość napojów zawierających alkohol oraz opowiadać sprośne żarty. Więc trochę czasu jednak minęło…
Wieczór mijał naprawdę szybko – jednak działało to tylko na moją korzyść. Nim się obejrzałem, chmielowe opary przywarły do każdego z osobna na tyle mocno, że z czasem z tegoż powodu pojawiły się masowe problemy z chodzeniem. Piosenki zamieniły się w niewyraźne bełkotanie, a tańce w zawziętą walkę o równowagę i godność, aby nie upaść twarzą w mokrą od rosy trawę… i zapewne nie tylko od rosy… W każdym razie, uznajmy, że była to rosa.
Ktoś, kto zachował jeszcze bardziej przytomny umysł, zaproponował w pewnym momencie, abyśmy przenieśli się do domu, co było genialnym pomysłem. Kiedy podniosłem się z ławki, sam ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie jestem już w najlepszym stanie, więc przydałoby się pójść spać, nim zdążyłem się upokorzyć absolutnie.
Nogi mi się nieco plątały, a głowa stała się przyjemnie pusta i lekka, ale, co zadziwiające, udawało mi się wciąż myśleć w miarę trzeźwo. Moje myśli zajmował Michio. W pewnym momencie trafiło do mnie, że ten chłopak jest właściwie lalką w rękach swojego chłopaka, który ubiera go, czesze, przytula niczym ulubioną zabawkę. Zastanawiałem się czy kochałby go tak samo mocno, gdyby nie był niewidomy – gdyby mógł być bardziej niezależny? Yoichi, jak widać, dobrze się czuł w roli obrońcy swojego chłopaka przed „złem całego świata”. Wyśmienicie wychodziło mu decydowanie za niego i podsuwanie różowowłosemu gotowych rozwiązań – a Michio nie narzekał na to, ba!, nawet był zadowolony. Dlaczego? Bo tak było mu łatwiej. Czuł się bezpieczniej i chociaż brunet mógłby próbować go ubezwłasnowolnić w każdym zakresie, ten zapewne by nie protestował – bo bądź, co bądź, ale na dnie tych niewidomych, rozmytych, błękitnych oczu widziałem strach.
Możliwe, że ten chłopak wcale nie potrzebował Yoichiego w takim wymiarze, w jakim czarnowłosy o niego dbał. Możliwe, że radziłby sobie bez niego tak samo dobrze, jak wychodziło mu to teraz – ale niezaprzeczalnie on wciąż się bał. Nie obawiał się tego, że któregoś dnia stanie pośrodku swojego świata, który nie jest ani jasny, ani ciemny, nie wiedząc, w którą stronę ma iść; on bał się czegoś zupełnie innego – właściwie tego, czego chyba większość ludzi się boi, ale głośno tego nie przyzna: samotności.
Samotność jest problematyczna.
Choć bycie z kimś w związku wcale nie oznacza łatwiejszej drogi; czasami nawet wymaga więcej poświęceń, tak jak to było w przypadku Michio – niemniej, nie wyglądało na to, jakby ten miał zrezygnować z drogi, na którą przecież sam się zgodził i którą sam sobie wybrał… bo jednak wątpiłem, aby Yoichi zastraszał go czy trzymał przy sobie na siłę – może i wyglądał na nerwowego i nieco nadopiekuńczego, ale z pewnością nie był to jakiś czarny charakter.
Ci, którzy nie byli już w stanie wtoczyć się na piętro do pokoi, uwalili się w salonie – a zaznaczę, że była ich większość. Ja znalazłem się w tej mniejszej garstce, która znalazła w sobie jednak na tyle werwy, żeby wdrapać się po tych kilku stopniach.
Co ciekawe, jak od razu zauważyłem, wśród tych, którzy się poddali, był właśnie Yoichi.
A to oznaczało kolejną wielką szansę od niebios, której nie zamierzałem przepuścić.
Przez dłuższą chwilę jeszcze biłem się z własnymi myślami. Może jednak nie powinienem tego robić? Ale w zasadzie… Czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal, nie?
Cóż za okropne powiedzenie.
Zakradłem się… chociaż nie. W zasadzie to po prostu wszedłem do pokoju, do którego, jak widziałem wcześniej, udał się drobny chłopak. Moje oczy były już przyzwyczajone do panującej ciemności, a więc bez problemu zauważyłem jego drobną postać leżącą w łóżku. Odpychając od siebie wszelkie zbędne myśli, na początku jedynie usiadłem na materacu. Przyjrzałem się mu, orientując się, iż on tylko udaje, że śpi. Zapewne uznał, że to brunet jednak wtoczył się na piętro, nie chcąc zostawiać go samego. Czekał, aż jego pijany chłopak uwali się na miejsce obok niego i zaśnie snem sprawiedliwego.
…przeliczył się.
Zawisłem nad nim i pocałowałem go.
Z początku jedynie musnąłem jego usta, jednak nie czując oporu z jego strony, sięgnąłem po więcej. Przywarłem mocno do jego warg, na których wciąż pozostał nieco gorzkawy smak alkoholu. Łapczywie i zachłannie całowałem go, a on nie opierał się ani nie angażował.
- Yoichi? – wyszeptał między kolejnymi pocałunkami. Przyłożył dłoń do mojego policzka, przeciągając opuszkami palców po mojej twarzy. – Nie… Wiedziałem, że to ty… Seiji… - wziął głębszy oddech. – Nie powinieneś… - odsunął się ode mnie nieznacznie.
- Wiem, ale…
- Ja nie powinienem – zaoponował ostro.
I niech mi jeszcze raz ktoś powie, że miłość jest ślepa. Jeśli w istocie jest ślepa, to może wyjść na to, że czasem zdarza jej się widzieć jeszcze więcej od nas samych.
Bo oczy wcale nie są potrzebne do poznania prawdziwej miłości – nawet jeśli ta potrafi być nieco zaborcza. Tym, co potrzebne jest do jej prawdziwego poznania jest zupełnie co innego – w tym wszystkim przeszkadza właśnie wzrok. Gdybyśmy potrafili czasem go odrzucić, nie sugerować się jedynie grą pozorów i złudnymi obrazkami… może wtedy łatwiej byłoby sięgnąć głębiej.
Zdaje się, że dla Michio to było oczywiste.
Dla mnie, zaślepionego głupca, niekoniecznie.
Na co mi oczy, które widzą jedynie kłamstwa, wmawiając mi, że to szczera prawda?
Na co mi oczy, które, mimo iż widzą, tak naprawdę są ślepe?
Z nas dwóch, okazało się, że to niewidomy widział więcej…
Z nas dwóch, okazało się, że to ja byłem tym ślepym…
- Wiesz, Seiji… - zaczął miękko. – Żeby się zakochać, nie musisz szukać kogoś z jakimś defektem. Wystarczy, że nauczysz się patrzeć – uśmiechnął się ciepło.
- Cóż… to chyba trudna sztuka, skoro nie potrafiłem nauczyć się jej przez całe moje dotychczasowe życie? – parsknąłem.
- Nie aż tak, jak myślisz – różowowłosy przesunął dłonią po moim policzku raz jeszcze. – Mogę cię nauczyć, jeśli chcesz – zaproponował.
- Z chęcią zostanę twoim uczniem – uśmiechnąłem się. – Ale… w zasadzie, jak mnie tak szybko przejrzałeś? – zaciekawiłem się.
- Po prostu umiem patrzeć – odparł lekko, z powrotem opadając na poduszki. – Yoichi też potrafi, więc od razu cię przejrzał, chociaż on czasami przymyka oko na rzeczy, których nie chce widzieć – wyjaśnił.
- Rzeczywiście dobrana z was para… - przyznałem z uznaniem.
- Prawda? – Michio rozpromienił się. – Wiesz… To właśnie chyba jest w tym wszystkim najtrudniejsze; nauczyć się dobrze patrzeć. Jeśli kiedyś naprawdę się w kimś zakochasz, naucz go tej sztuki – posłał mi jeszcze jeden uśmiech. – Jestem pewien, że będzie to inwestycja, która ci się zwróci.
- Liczysz na jakieś profity? – zaśmiałem się.
- Chcę zobaczyć twój szczęśliwy koniec – przeczesał palcami moje włosy. - …ale nie ze mną – dodał dobitnie. – Chcę to zobaczyć na własne oczy…
A więc jednak byłem hipokrytą.
Nikim więcej jak hipokrytą od samego początku…

THE END


Dobra, parę słów wyjaśnień końcowych… Tak jak mówiłam, jeden z głównych bohaterów ma pewien defekt, a więc nie chciałam okaleczać żadnego z muzyków, toteż pojawiły się tu postacie autorskie. Cóż, szczerze powiedziawszy to chyba nawet żadna z gwiazd by mi tu nie pasowała – takie to jakieś „charakterystyczne” opowiadanie jest, taki mój punkt widzenia, że nie chciałabym podciągać pod to jakiś osób trzecich.
Prawdę mówiąc do napisania tego opka zainspirował mnie mój własny stan zdrowia, kiedy okulista powiedział mi, że tracę widzenie centralne i mam jaskrę (niedługo, żeby coś wam naskrobać będę musiała siedzieć bokiem do laptopa, bo centralnie widzę coraz gorzej T.T’’), a przy moim pierdyrialdzie powikłań nie mogę zapisać się na korektę laserową. No cóż, mówi się trudno, nie? Ale właściwie uściślając wszystkie ścisłości to powiem, że jest taki test… już zapomniałam kogo, jakiegoś uczonego, który polega na tym, że wpatrujesz się w kropkę nasmarowaną na kraciastym tle, który przypomina mi układ współrzędnych. Ludzie nie mający problemów takich jak ja powinni widzieć te linie wokół kropki proste, podczas gdy według mnie są one trochę wygięte – stąd się wziął pomysł. Każdy widzi trochę inaczej te same rzeczy.
Potem miałam tę „przyjemność” pobawić się w niewidomego, kiedy po kolejnej dawce leków musiałam mieć zaklejone oboje oczu, a nie mogłam sobie pozwolić na siedzenie w domu; dostałam laskę taką jak mają niewidomi i zostałam rzucona w miasto – i tak narodził się w mojej głowie Michio, do którego zapałałam jakimś dziwnie głębokim uczuciem, może nawet głębszym niż do Alexa… właściwie to chyba nie może, a nawet na pewno.
Seiji, niby główny bohater, jest tu postacią naprawdę mało ważną. Tym, na którym chciałam się skupić był Michio.
Propos jeszcze wyglądu postaci to proszę nie sugerujcie się kolorem włosów Michio. Wiem, że różowe włosy mocno nawiązują do Koichiego, ale naprawdę w moim wyobrażeniu Michio nie wyglądał w żadnym stopniu podobnie do basisty Mejibray. Poza tym Michio miał jasnoróżowe włosy, a nie takie pastelowe jak Koiczan. Jeśli już chcecie sobie kogoś wyobrazić na jego miejscu to wolałabym, abyście kojarzyły go z Yuukim z Lycaon, kiedy ten miał krótkie, takie bladoróżowe włosy albo z Minphą z Pentagon – może nawet bardziej z basistą Pentagon.
Yoichiego, zarówno jak i Seijiego nie mam za bardzo sklarowanych, gdyż początkowo miały być to „mydła”, a wszystko miało kręcić się wokół Michio, ale po pewnym czasie stwierdziłam, że zrobiłoby się zbyt „mydłowo” i powstałoby zbyt dużo „mydlin”, gdyż sama postać niewidomego chłopaka nie została wykreowana przeze mnie jakoś bardzo dobitnie i kontrastowo jak, np. Hiro w „Księciu z Bajki” – ale w ogóle nie o to chodziło. Michio miał być delikatny i taki… „pozostawiający wiele do życzenia”, aby każda z was mogła zobaczyć w nim to, co chciała – jego postać nie miała być jednoznaczna i prosta, ale stwarzać możliwości do interpretowania wielu rzeczy na wielorakie sposoby.
Dobra, zrobiłam wyjaśnienie rodem jak z „O utworze” w książce od polskiego… Super, mam ochotę walić głową w ścianę ^^’’ Nie lubię opisywać w taki sposób tekstów, gdyż myślę, że to zabija interpretację własną czytelnika, ale tutaj wręcz musiałam wtrącić parę… dobra, parędziesiąt słów wyjaśnień…

A teraz najważniejsze pytanie – jak wam się podobało?

Zabawa "your boyfriend "- "your lover" - "best friend" - "your twin (sibling)" - "your ex" - "don't like you" vol.3

Dobra, w końcu udało mi się znaleźć chwilę wolnego czasu. Przyznam szczerze, że cieszy mnie fakt, iż znalazło się parę duszyczek, które chciałyby czytać wypociny yaoistki na emigracji, ale wciąż nie wiem czy się na to porwę. W zasadzie korci mnie, aby pokazać wam moje "DIY" w wersji takiej, której zawalić nie mógłby nawet idiota, ale cii... xD 

No, ale do sedna - bo w końcu o coś innego chodzi w tej notce! A, no i pamiętajcie, że Kita-pon o wszystkim pamięta!... znaczy może nie o wszystkim, bo czasem mam wrażenie, że dopadła mnie przedwcześnie skleroza starcza, ale w każdym razie to, co jest związane z blogiem pamiętam - głównie za sprawą mojego wspaniałego "Wenowego zeszytu", jak go nazywam - wszystko zapisane, zaznaczone kolorowymi zakładkami, których kolor dotyczy innych opowiadań, innych spraw; no, tak się tylko chciałam pochwalić - a teraz do rzeczy!

Sześciopak dla Akai Haruki:


(Przyznam, że trafiło Ci się dość dziwnie, bo zdarzyły się powtórki z zespołów, ale cóż... moja kryształowa kula nie kłamie! No dobra, dobra, telefon nie jest zrobiony z kryształu, podobnie jak i karta pamięci ani żadne z nich nie jest okrągłe, ale... no chciałabym mieć kryształową kulę i już... ;_; W tym sześciopaku podoba mi się Twój przyjaciel [czemu w tym miejscu pierwotnie chciałam napisać pasztet? O.o''], bliźniak i były chłopak. Co do rodzeństwa, to jeśli w istocie również masz wciąż w zwyczaju łazić po ogrodzeniach to łączmy siły, bo ja też wciąż z tego nie wyrosłam xD A tak swoją drogą to dlaczego rzuciłaś Natsu? Taki dobry chłopaczyna, no! @.@ Jak już z nim nie kręcisz, to mogę ubiegać się o zajęcie Twojej posady i nie obrazisz się z tego powodu, prawda? xp)

Sześciopak dla Atiro Hanekawy (Herbaty - tak, musiałam to napisać):


(Gosh, Meto Cię prześladuje. Jakbyś jako chłopaka wylosowała kogoś innego, to nieźle bym się zdziwiła. Swoją drogą to Spójrz na to wymowne serduszko ♥ Co do kochanka, to muszę przyznać, że jest zupełnie z innej beczki niż Twój chłopak. A może lubisz takie skrajne różnice między nimi? Z kolei bliźniak to w ogóle nietrafiony. Chyba kryształowa kula mi szwankuje, bo nie dość, że blondyn, jasna cera, jasne oczy [dobra, wiem, że soczewki], to w dodatku robi sobie kreski eyelinerem xp Twój były jest... cóż, dość specyficzny xp Nie to, że chcę cię urazić, ale może nawet nieco bardziej dziewczęcy niż ty sama ^^'' A co do tego, kto Cię nie lubi... Ja wiem, że to nie jest przypadek xD Po prostu inaczej być nie mogło - Hizu to moja miłość i niestety jego nie przywiążesz do kaloryfera w naszym singapurskim mieszkanku [dla niezorientowanych - długa historia; tajne/poufne, a tak serio to wymagałoby dużego nakładu pracy przy tłumaczeniach xD])

No, to mam nadzieję, że się podobało: Ostrzegam tylko, że to jeszcze nie koniec moich "wspaniałych" pomysłów na zabawę. W następną środę wrzucę pierwszą z części następnej gry, która będzie nosiła dumny tytuł "Milionerzy" (by Kita-pon, oczywiście). Zdradzę tylko jeszcze, że mam już nawet wymyślone finałowe pytanie, które będzie najtrudniejsze - między innymi dlatego też, że będzie pytaniem otwartym i nie będzie dotyczyło żadnej z rzeczy, którą mogłybyście sprawdzić w internetach xp