Wariactwa Kity-pon

Tak, znowu mi odbija... Wybaczcie, ale jak to zobaczyłam (szczególnie to drugie zdjęcie) to myślałam, że się popłaczę ze śmiechu xD 

Pierwszy z nich jest łagodniejszy, ale za razem jest czymś, co może mnie natchnąć i do czego będę się odwoływać w moich przygłupich komediach (które nie zawsze są śmieszne, huh) xp

"Wypełnię łóżko kotami" - tylko Yuuki mógł napisać coś podobnego xD
Sama teraz szukam świnki-poduszki C: Co prawda na "zastępstwo" to się nie nadaję, ale cóż... mogę tylko pogratulować i pozazdrościć tej różowej "ochotniczce", jak ją nazwała xp Już pędzi, żeby pomóc Yuukiemu x.x


Tu z kolei mamy skutki niedoboru snu i poduszki-świnki (a to może mniej niż śmieszne wygląda bardziej... no może trochę seksownie? Ach, te jego spodnie, których prawie nie ma, bo są właściwie długości mojej bielizny xp) 
Ale to nie jest drugie zdjęcie, które chciałam wam pokazać - to tak tylko w gwoli ścisłości :]


Wybaczcie, ale nie mogłam się powstrzymać xp
U mnie w gimbazie funkcjonowało kiedyś coś takiego jak "wąż" i właśnie owy "wąż" przyjmował taką formę jak ręka Cazquiego na zdjeciu *lol* Jak zobaczyłam to zdjęcie to aż się popłakałam ze śmiechu xD Ogółem nie jestem fanką ani grzywki Caza (która jest złem absolutnym) ani jego poz, które przyjmuje, gdyż są dla mnie po prostu śmieszne, ale to to już mnie po prostu zabiło xp
Leżę, rechoczę i nie wstaję xp

Oczywiście, jak zwykle zaznaczę, że ta notka nie jest wymigiwaniem się, a więc w niedzielę, standardowo, widzimy się na kolejnej notce "do poczytania" C:

"Książę z bajki" cz.4

Do napisania tej części specjalnie dla was nawet zrobiłam podobny "rekonesans" jak Hiro xD

Tytuł: „Książę z bajki” cz.4
Paring: Hiro (Nocturnal Bloodlust) x Crena Ketsueki (Bird as Omen)
Typ: mini-seria
Gatunek: ?
Beta: -
Ostrzeżenia: nagminne wulgaryzmy

Przeciągnąłem się, z żalem wsłuchując się w trzask własnych kości. Skrzywiłem się, czując znajomy, tępy ból rozsadzający mięśnie. Cóż, może i nigdy nie byłem typem, któremu mama wypisywała lewe zwolnienia z zajęć wychowania fizycznego, ale muszę przyznać, że raczej byłem zwolennikiem ćwiczeń siłowych czy wytrzymałościowych niż rozciągających – a co jak co, ale Crena tamtej nocy zafundował mi niezłą jogę, jeśli mogę się tak wyrazić. Chłopak był nieźle wygimnastykowany, tego nie można było mu odmówić.
Cholera… ale właściwie to co mnie to obchodzi? Dlaczego, mimo iż nie jest mi nikim bliskim, nie jest wart mojej zakichanej pseudo-troski, dlaczego, pytam się, dlaczego nie mogłem przestać o nim myśleć? Przyłapywałem się na rozmyślaniu o Ketsuekim przy niby nic nie znaczących, rutynowych czynnościach – były to niby luźne uwagi, porównania, które w gruncie rzeczy również nie wykazywały niczego.
Nic.
Wszędzie cholerne nic.
A jednak, kurwa, coś ewidentnie jest na rzeczy.
Coś było nie tak.
Bardzo nie tak…

***

Siedziałem na podłodze studia w naszej sali nagraniowej, próbując naskrobać jakiś tekst. Stukałem naostrzonym ołówkiem w szklany blat niskiego stolika, nieprzytomnie wpatrując się niewidzącym wzrokiem w pustą ścianę. Cazqui i Masa zawzięcie dyskutowali na temat tego, jak ma wyglądać okładka naszej nowej płyty, z uporem maniaka kreśląc kolejne niewyraźne projekty na drących się serwetkach, mimo iż niedaleko nich leżała cała ryza papieru. Daichi wprowadzał ostatnie poprawki do melodii, którą udało mu się ostatnio skomponować, niemalże nienawistnie wpatrując się w kartkę z pięcioliniami, na których nuty, jak na złość, nie chciały ułożyć się w spójną, harmonijną melodię. A Natsu…
- Mógłbyś się tym razem porwać na coś bardziej ambitnego niż ciągłe „fuck yeah!” i „fuck yeah!” – sarknął.
- Jasne… - mruknąłem, dalej pozostając w swoim małym świadku myśli, który dziś wydawał mi się być dziwnie pusty i cichy.
- Serio mówię – warknął, rozeźlony tym, iż próbowałem go zbyć.
- Ja też – niechętnie przeniosłem wzrok na perkusistę. – Właśnie ułożyłem piękny poemat, ale wyleciał mi z głowy przez twoje ględzenie; więc jeśli rzeczywiście nie chcesz, żeby skończyło się znów na „fack yeah!”, „fuck yeah!”, to się przymknij – odparłem z obojętnym wyrazem twarzy. Szczerze powiedziawszy to nawet nie chciałem wyjść na jakoś nadmiernie grubiańskiego, ale naprawdę nie miałem ochoty gadać z Natsu, kiedy widać było jak na dłoni, że od wczorajszego popołudnia jego humor nie uległ zbytniej zmianie.
Muzyk prychnął niczym obrażony kot i odwrócił się na pięcie, odchodząc. Normalnie za podobne odzywki czy zachowanie wybiłbym mu zęby tym porcelanowym kubkiem, który tak kusząco stał na stole, akurat pod ręką, ale stan apatii, w jaką popadłem, wciąż usilnie trzymał mnie w swoich sidłach, podobnie jak i perkusista usilnie wciąż próbował bawić się w księcia Mordoru zamiast mnie… albo księcia Roszpunka… w zasadzie, kto go tam wie? Może z obu ról na raz próbował mnie wygryźć?
Siedziałem tak dość długo, nie zapisawszy nawet jednego słowa. Ot po prostu nie mogłem nic wymyślić. Miałem absolutną pustkę w głowie… i chyba nie tylko w niej. Ogółem czułem się taki… pusty. Nie było to złe uczucie – z pewnością lepsze niż ciągły stan wkurwienia – ale nie było to też zbyt miłe. To było takie… zimne… i śliskie…
Nie umiem tego opisać.
Od wpatrywania się w białą ścianę, na której, chyba z nudów, zacząłem sobie wyobrażać fantastyczne pejzaże, ponownie oderwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Spojrzałem w tamtą stronę, aby napotkać ciepłe spojrzenie Seiichiego Hoshiko, który właśnie stanął w progu pomieszczenia.
- Hiro, mogę cię prosić na moment? – zapytał jak zwykle z uśmiechem, przywołując mnie gestem ręki. Bez słowa podniosłem się z posadzki, kierując się za starszym mężczyzną na korytarz. – Mam do ciebie ogromną prośbę – zaczął bez ogródek, momentalnie poważniejąc. – Widzisz… Nasza wytwórnia ostatnio ma problem z nowymi zespołami, które bardzo szybko kończą swoją działalność. Wiesz, co to oznacza dla nas, prawda? Koszty, ogromne koszty! – odpowiedział, nie czekając na moją reakcję, kręcąc jednocześnie głową w geście dezaprobaty dla „świeżej krwi” oraz zacinając usta. – Dlatego właśnie przychodzę z tą sprawą do ciebie…
- A co ja mogę na to poradzić? – wzruszyłem ramionami. – Może czas zmienić headhunter’ów? – rozłożyłem ręce.
- To nie w tym leży kłopot – zaprzeczył Seiichi-sama. – Te dzieciaki naprawdę są zdolne i pomysłowe… tylko wytrwałości im brak… Kiedy natrafią na jakiś problem, poddają się. Pamiętasz, jak to było, kiedy zaczynaliście, prawda? – wróciłem pamięcią do tych „zamierzchłych” czasów. – Wygryzaliście się z kolejnymi zespołami nawzajem, walcząc o sławę… a teraz te młode zespoły gryzą swój własny ogon, kłócąc się i nie mogąc dojść do porozumienia między sobą, między muzykami z tej samej grupy…
- To ich problem – upierałem się przy swoim. – Najwyraźniej nie są wystarczająco dojrzali. Może jak im poziom hormonów trochę opadnie, to coś z tego będzie – wywróciłem oczyma. – Może za rok albo…
- Hiro! – Hoshiko-san przerwał mi, spoglądając na mnie gniewnie. – To nie są lalki, które możesz odstawić na półkę, kiedy nie masz ochoty się nimi bawić – zgromił mnie. – To ludzie! Ludzie, którzy mają emocje, uczucia i swoje problemy. Nie wszystko można zostawić swojemu własnemu biegowi, tak, jak ty to robisz – spojrzał na mnie nieco zawiedziony. – Jeśli teraz nic z tego nie wyjdzie, to później tym bardziej – pokręcił głową. – Jeśli teraz odpuszczą, potem do tego nie wrócą. Zniechęcą się, zajmą się czymś innym. Nie mówię już o tym, że będzie to strata potencjalnie dochodowych ludzi dla wytwórni, ale pomyśl, – ściszył nieco głos – choć spróbuj spojrzeć na nich jak na zwykłe dzieciaki. Jeśli zrezygnują z powodu kilku kłótni i zbyt dużej dawki adrenaliny we krwi z tego, co kochają, potem już nigdy nie będą w pełni szczęśliwi; bo utracili już jedną, prawdziwą miłość – spoglądał na mnie niczym zbity pies, czego nie mogłem znieść. Zakłopotany odwróciłem wzrok. – Każdemu czasem trzeba pomóc, wyciągnąć pomocną dłoń. No już, nie bądź taki twardogłowy – szturchnął mnie. – Wiem, że zawsze starasz się być niezależny i samodzielny, ale czy i tobie nikt nigdy nie pomógł? Ich wystarczy tylko lekko popchnąć do przodu, dać trochę motywacji i…
- Dobra, już dobra, rozumiem! – uniosłem ręce w obronnym geście. – Zrobię, cokolwiek tylko zechcesz, Seiichi-sama! – poddałem się.
- Dziękuję – spojrzał na mnie ukontentowany. Hoshiko-san zawsze umiał świetnie manipulować ludzkimi emocjami… Cholera, że też za każdym razem dawałem się na to nabrać… Bo choć może starałem się udawać, że jest inaczej, ale przecież nie mogłem zaprzeczyć, że nawet takie zło wcielone jak ja, jakieś tam uczucia ludzie przejawiało… rzadko, bo rzadko, ale zawsze jednak…

***

Profesor Hiro, wykład pt. „Jak zostać dobrą gwiazdą sceny Visual-kei”, sala 203. Życzymy udanego seansu – jeśli nie rozbawi to Naszego Szanownego Gościa do łez, zwrot pieniędzy gwarantowany.
…
A przynajmniej ja tak to mniej więcej widziałem.
Zasada numer jeden do zapamiętania na resztę życia: nie zgadzaj się na cokolwiek, dopóki dokładnie się nie dowiesz, na co zamierzasz się zgodzić.
Chlapnąłem głupotę, przystając na prośbę mężczyzny, nim ten zdążył mi szczegółowo wyjaśnić, na czym moje zadanie miałoby polegać – a teraz było już za późno. Byłem w ciemnej dupie.
Wszedłem do tej nieszczęsnej sali 203, która naprawdę przypominała aulę studencką, choć normalnie ponoć pełniła funkcję miejsca, w którym odbywały się spotkania biznesowe.
Cholera, serio?
Większość miejsc była już zajęta, a ja poczułem się jak prawdziwy wykładowca. Ktoś tam przysypiał na ławce, ktoś żuł gumę nieprzyzwoicie głośno, co piorunująco trafiało w mój gust estetyczny, ktoś kończył swój lunch, ktoś kichał, ktoś pił, ktoś grał na tablecie, ktoś gadał przez telefon… jak Buddę kocham, że zaraz mnie szlag jasny trafi i krew zaleje…
Powstrzymując swoje rzeźnickie zapędy i nieopisaną, przemożną chęć przeprowadzenia masowego mordu i eksterminacji, wszedłem na podwyższenie, na którym stało pokaźnych rozmiarów biurko. Za owym biurkiem mieściła się tablica interaktywna, oświetlana przez rzutnik, zupełnie tak jakby ktoś czekał aż zacznę coś prezentować; jakby ktoś myślał, że byłem do tego przedstawienia jakkolwiek przygotowany.
Bezceremonialnie usiadłem na blacie, gdyż wysłużone drewniane krzesło nie wyglądało zbyt zachęcająco. Powlokłem spojrzeniem po zgromadzonych raz jeszcze, biorąc głębszy wdech.
- Zamknąć paszcze, do cholery! – wydarłem się, a jako że dopiero co skończyłem palić papierosa, przez co wciąż trąciło ode mnie tytoniem, mógł głos był nieco zachrypnięty. Na auli nagle zapanowała idealna cisza, tak drastycznie różniąca się od radosnego gwaru, który wypełniał ją jeszcze chwilę temu. – Do cholery jasnej! Wam nie potrzeba żadnej motywacji a dyscypliny! Zupełnie jakbym przyszedł do bandy przedszkolaków a nie dorosłych osób! – piekliłem się. Wielkie, zdumione ślepia wpatrywały się we mnie niemalże przerażone. Znów rozbolała mnie głowa… A już tak dobrze było mi w objęciach apatii… - O dobra Beznaiten (jedna z bogiń należąca do 7 bogów szczęścia od aut.), gorzej niż małpy w zoo! – szok szybko ustąpił miejsca urażonym spojrzeniom, które teraz taksowały mnie niemal z każdej strony. – No co się tak na mnie gapicie, co? – fuknąłem. – Jeśli tak zachowujecie się na co dzień, to znaczy, jeśli ktoś zarzuci wam krytykę, a wy obrażacie się niczym małe dzieci, to nic dziwnego, że między wami panuje taka a nie inna atmosfera! – prychnąłem. – Wygląda na to, że chcecie, żeby o was dobrze mówiono, jednak nie robicie absolutnie nic, aby rzeczywiście dać komukolwiek jakikolwiek powód do tego – spuściłem nieco z tonu. – Nie znam żadnego z was, ale takie jest moje zdanie i moje pierwsze wrażenie; a chyba nie muszę tłumaczyć, że od niego zależy najwięcej? – ponownie powlokłem spojrzeniem po zebranych. – No dobra, ale od początku… Jestem Hiro z Nocturnal Bloodlust i zyskałem tę wątpliwą przyjemność „pokrzepienia” was – wywróciłem oczyma. – Ta, możecie to potraktować jako coś w rodzaju terapii grupowej… - na ten komentarz po sali rozniósł się cichy szum śmiechów. – Nie, wcale nie żartuję – rozłożyłem ręce. – Właściwie to miałem wam dzisiaj naopowiadać, jak na dobrego „semapi’a” przystało, jak to dobrze jest być sławnym i jak to dobrze jest dążyć do sławy, ileż to się na tym nie zyskuje… i takie tam banały… - machnąłem lekceważąco ręką. – Ale jeśli mam być szczery, a kłamstwa nie znoszę, to powiem wam, że wcale nie jest tak różowo, jak to sobie wyobrażacie. Siedzę w tym gówni… przepraszam, sławie trochę czasu i teraz spoglądam na was tęsknie, zazdroszcząc wam świętego spokoju i anonimowości. Już nie chodzi o to, że nie mogę nawet spokojnie wyjść do sklepu, bez obawy, że ktoś mnie rozpozna na ulicy i urządzi maraton przez połowę naszej pięknej stolicy… - pokręciłem głową. – Sława po prostu zmienia ludzi. Nie ma nikogo, kto pozostałby taki sam od momentu, w którym po raz pierwszy przekroczył próg studia, po tę chwilę, w której naprawdę wycieczka do osiedlowego sklepu może okazać się dla niego torem przeszkód, a może nawet otarciem się o śmierć – znów rozległ się cichy szmer śmiechów. – Nie śmiejcie się, bo to wcale nie jest zabawne. Nie jestem człowiekiem wynajętym przez studio, które po prostu usilnie próbuje zatrzymać przy sobie to, na czym tak naprawdę zarabia; bo ani wy, ani ja nie jesteśmy w tej chwili niczym innym jak towarem, a sława polega na tym, aby jak najlepiej się sprzedać – rozłożyłem ręce. – Powinniście zdawać sobie sprawę z tego, w co tak usilnie próbujecie się wpakować. Ale już może nawet mniejsza o to… To, na czym bardziej chciałbym się skupić to to, że jeśli już w obecnej sytuacji nie możecie się dogadać, to może jest to sygnał, że powinniście zająć się czymś innym; i nie mówię tego wcale złośliwie. Pomyślcie sobie, że do waszych obecnych sporów dojdzie jeszcze sława, pieniądze, przywłaszczanie sobie zasług, pycha, alkohol… w złych proporcjach może to stworzyć mieszankę wybuchową. Pamiętajcie, że sukces ma wielu ojców… tylko porażka jest sierotą – westchnąłem. – A nawet jeśli teraz nie odstraszyły was moje słowa i wciąż uparcie twierdzicie, że świat kariery muzycznej to miejsce dla was, to mam dla was jedną rewelacyjną radę – zauważyłem, że wszyscy zaczęli mi się przysłuchiwać z uwagą. – Zacznijcie używać mózgu – uśmiechnąłem się ohydnie. – Gdybyście już teraz potrafili go używać, to nie byłoby tego całego zamieszania, a Seiichi-sama nie prosiłby mnie, żebym robił z siebie przed wami pajaca; gdybyście już teraz potrafili go używać, to wiedzielibyście, że w pojedynkę nigdzie nie dojdziecie, niczego nie osiągniecie, dlatego tak ważne jest to, aby pozostawać w dobrych stosunkach z osobami, na których nam zależy. Sława nigdy nie jest zasługą jednej osoby. Wy tylko siedzicie na czubku góry lodowej, a w waszym cieniu stoi sztab ludzi, którzy wynoszą was na ten cholerny szczyt na własnych plecach, więc nauczcie się ich szanować – mój głos nabrał jakiegoś dziwnie dydaktycznego tonu. – Człowiek to taka dziwna istota, która chyba nigdy nie będzie w pełni szczęśliwa… - uśmiechnąłem się do siebie pod nosem niewesoło. – Ja patrzę na was i wam zazdroszczę; wy patrzycie na mnie i zazdrościcie mi – rozłożyłem ręce. – Jeśli nie zmienicie swojego postępowania, skończycie tak jak ja – zaśmiałem się pod nosem. – Co z tego, że robię to, co kocham; to, co jedyne potrafię? Co z tego, kiedy nie szanowałem zawczasu ludzi, którzy byli mi bliscy, sądząc, że w każdej chwili mogę znaleźć kogoś innego, kto zajmie ich miejsce? Teraz przez to nie jestem szczęśliwy, mimo iż spełniłem właściwie wszystkie moje wcześniejsze marzenia i osiągnąłem wszystko to, o czym wy, póki co, tylko śnicie po nocach – wbiłem wzrok we własne splecione dłonie. – Ludzie teraz odpłacają mi się tym samym, co niegdyś ja robiłem im; i słusznie. Mogę mieć o to pretensje tylko do siebie… i mam je, owszem… ale teraz jest już za późno, a żaden żal za dawne przewinienia tego nie zmieni. Zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę poniewczasie, obudziłem się z ręką w nocniku – wzruszyłem ramionami. – Więc dobrze by było gdyby was to ominęło… - podniosłem wzrok, spoglądając na początkujących muzyków. Większość miała wykrzywione twarze w płaczliwym grymasie, co poniektórzy, bardziej wrażliwi, ocierali już kąciki oczu rękawami. – Ale żeby nie było tak nostalgicznie… - uśmiechnąłem się drapieżnie. – Seiichi-sama skarżył się, że obijacie się całymi dniami, nie tworząc nic nowego! Jutro, punkt czwarta popołudniu, w tej sali na tym cholernym biurku ma się znaleźć jeden nowy utwór każdego zespołu! – zagrzmiałem. – Wymagam melodii, pod którą ma się podpisać kompozytor oraz tekstu również z podpisem twórcy i nazwy zespołu! Jak ktoś nie odda na czas, to ja już zadbam o to, żeby gorzko tego pożałował… - warknąłem, a ci bardziej wrażliwi wydawali się być wystraszeni moją nagłą zmianą nastrojów.
Biedne istotki…

***

- W co ja się wpakowałem? – westchnąłem, wpatrując się w stos kartek pyszniący się na moim stole w salonie, głaszcząc jednocześnie Nyasa po głowie. Nyappy z kolei ułożył się wygodnie na szczycie tego białego wieżowca, ukontentowany spoglądając na mnie, jakby oczekiwał za to pochwały.
Cudnie, Hiro.
Po prostu cudnie.
Wydarłeś się na tych małolatów za to, że nie używają mózgu, a sam zapomniałeś włączyć myślenie, kretynie. Przecież przejrzenie tego wszystkiego zajmie ci kolejne dwadzieścia parę lat życia!
Westchnąłem ciężko.
- Słowo się rzekło… - mruknąłem skwaszony.

***

- Jej, jakie ckliwe… - mruknąłem rozszyfrowując tekst starannie wykaligrafowany pod pięciolinią, jednocześnie próbując w miarę składnie zagrać melodię na gitarze akustycznej.
Serio, takie… aż mnie dreszcze przeszły…
(taka uwaga wtrącona: dla mnie taką piosenką, przy której zawsze płaczę [cholera, najbardziej wykurzające jest to, kiedy w pełnym makijażu jadę do szkoły] i której nie potrafię przewinąć jest „Anemone” – Lycaon. Macie jakąś taką własną piosenkę, której nie potraficie pominąć i która wzbudza was jakieś skrajne uczucia? od aut.)
Odwróciłem kartkę, aby przeczytać podpis:
Kompozytor: Crena Ketsueki
Autor tekstu: Crena Ketsueki
Zespół: Bird as Omen
No proszę, ciekawe rzeczy…

***

Siedziałem w tym podrzędnym barze, czekając aż rozpocznie się występ, przy czym systematycznie zalewała mnie krew, gdyż jak wiadomo, do najcierpliwszych typów to ja nigdy nie należałem. Muszę kiedyś nauczyć się czekać… W końcu samodoskonalenie jest kluczem do sukcesu, nie? Zacznę od dziś – a jak nie wyjdzie (co jednak dość jednoznacznie czułem w kościach), to zacznę od jutra.
Kiedyś zacznę.
Grunt, że przynajmniej mam motywację – a to już zawsze coś.
Byłem podenerwowany, ale to już nie była wina mojego szanownego i osławionego wkurwu, ale po prostu strachu. Z której strony by nie patrzeć, sława odebrała mi normalne życie, a więc nie mogłem od tak sobie po prostu szlajać się jak „bezpański” student po wszystkich spelunach w okolicy. Obawiałem się, że ktoś może mnie rozpoznać, a wtedy nie byłoby już tak różowo… To właśnie między innymi dlatego wybrałem ten najbardziej wciśnięty w kąt, zacieniony stolik, przy który popijałem nędzne, stare piwo, które kosztowało zaledwie sto jenów mniej niż sama wejściówka na koncert typu multi-man. Nie było warte swojej ceny, ale w końcu musiałem wtopić się w tłum – prawdopodobnie gdybym nie popijał nic, stałbym się obiektem zainteresowania, może nawet drwin klubowiczów, a tego przecież chciałem uniknąć. To była wyprawa incognito, compadre. Tajne przez poufne łamane przez nie wiem. Człowiek-duch. Kamuflaż idealny – nawet agent 007 mógłby mi pogratulować – a to wszystko za sprawą okularów słonecznych i czapki z daszkiem. Nieważne, że siedziałem w zamkniętym pomieszczeniu, w którym było na tyle ciemno, że ledwo widziałem przed twarzą swoje własne dłonie nerwowo obracające zimną butelkę; nieważne, że zapewne wyglądałem jak skończony kretyn – kamuflaż przede wszystkim! Nikt nie może mnie rozpoznać.
Pamiętaj, Hiro, pamiętaj – człowiek-duch! Nie daj się wybić z roli!
Nie to, żebym był jakimś zagorzałym spirytystą czy coś, ale nawet z moją skromną wiedzą na temat zjawisk paranormalnych mogłem wnioskować, że duchy jednak nie śmierdziały piwem, które w istocie piwo słabo przypominało, gdyż smakowało i trąciło jak zepsuty sok jabłkowy.
W końcu na małą scenę, która od parkietu była wyższa może o jakieś trzydzieści centymetrów, wyszedł zespół. Wokalista krótko przywitał się ze statyczną publiką, po czym rozpoczął się występ. Nagłośnienie było dość słabe – choć może użyłem dość mylnego określenia, gdyż w istocie było zbyt głośne; tak cholernie głośne, aż stolik drżał, a mnie ciężko było oddychać. Muzyka zagłuszała wokal, który tonął gdzieś w głębokich pomrukach basu. Sprawa nagłośnienia została po prostu źle rozwiązana. Wyglądało to tak, jakby ktoś kupił sobie całkiem przyzwoity sprzęt i chcąc się popisać jego możliwościami, zamierzał przebić słuchaczom błony bębenkowe albo po prostu szybko go zniszczyć i kupić sobie nowy. Niemniej, tym, co mnie w tym wszystkim najbardziej przeraziło było to, że muzycy nie mieli nawet słuchawek wyciszających, a głośniki przecież okalały ich, zamykając w czułym półkolu… że też oni jeszcze nie stracili słuchu…
Występ był krótki, nieukazujący pełnych zdolności i potencjały zespołu – czyli tak jak to zazwyczaj bywa na takich małych koncertach w równie niewielkich klubach muzycznych. Zagrali może sześć, może pięć piosenek, nim zeszli; nawet nie byłem za bardzo w stanie rozróżnić, gdyż przejścia między kolejnymi utworami były płynne, nie robili przerw na zapowiedzenie kolejnych kawałków.
W zasadzie to nic mi to nie powiedziało, ani nie wyjaśniło. Strata czasu… i pieniędzy na to paskudne piwo.
Właściwie już chciałem się zbierać, kiedy nagle wokalista wskoczył w mały tłumek pod sceną, spośród którego niektórzy wciąż nie zaprzestali czynności, którą ja obrazowo nazywałem „ostrym trzepaniem łupieżu”. Nikt nie był zdziwiony takim zachowaniem. Nikt go nie obmacywał, tłum nie poniósł go na rękach. Po prostu klika osób zeszło mu z drogi, pozwalając mu swobodnie przejść – no tak, w końcu to jeszcze nie jest ten etap, na którym muzyk staje się osobą z „higher level”.
Błagam, niech pójdzie do baru – powiedzcie, że mnie nie poznał! Nie miał prawa! Kurwa, jestem człowiek-fantom, nie? Do cholery, co z moim wspaniałym kamuflażem?!
Jak widać nie okazał się być tak wspaniały, jak starałem sobie to wmówić…
Nagle coś w mojej głowie odezwało się cienkim głosem: „Nie bój się, nie jest źle; będzie tylko gorzej.” (tekst mojego nauczyciela od historii od aut.), a co najgorsze w tym wszystkim, jakieś niepokojące przeczucie podpowiadało mi, że lepiej nie bagatelizować tych słów, gdyż mogą okazać się boleśnie prawdziwe.
Crena odsunął sobie czarne, wysłużone, trzeszczące krzesło i klapnął na nie ciężko. Wcale nie wyglądał jakby był szczególnie zmęczony – przynajmniej nie fizycznie. Spojrzał na mnie ciężko, choć widać było, że starał się zachować pozory i nie udawać bardziej zranionego, niż był w rzeczywistości.
- Co ty tu robisz? – w tle zaczęły lecieć stare, rockowe amerykańskie kawałki, których poziom głośności nie rozsadzał przynajmniej czaszek. Pracownicy klubu zaczęli demontować perkusję i ustawiać nową, zawieszać nowe logo nad sceną; przygotowywali się na występ drugiego zespołu, dając chwilę klubowiczom na rozmowę i wymienienie swoich uwag, co do zespołu, który właśnie zszedł.
- Taki mały… rekonesans – uśmiechnąłem się sztucznie.
- Nie wiem, co ci ten świat zrobił, że stałeś się właśnie taki, ale czy mógłbyś chociażby nie robić ze mnie tak ostentacyjnie kretyna? – skrzywił się. – Wiem, że może nie mam najbardziej inteligentnego wyrazu twarzy, ale zapewniam, że mój poziom IQ sięga ponad 50, a więc jestem trochę bardziej rozumny niż pies – w jego oczach nie widziałem złości czy pretensji, a czyste rozgoryczenie.
- Wcale tego nie negowałem – rozłożyłem ręce, udając, że to, iż mnie poznał, nie jest dla mnie żadnym problemem. – Skąd u ciebie, panie optymisto, takie pesymistyczne nastawienie, co? – pozwoliłem sobie na lekką drwinę.
- Może stąd, że wyzwałeś mnie od kurw z niewiadomego mi powodu, a potem jak wielki mędrzec zacząłeś organizować spotkania towarzyskie, na których wygłaszasz swoje spaczone prawdy, wbijając je innym do głów? – fuknął.
- Ej, zacznijmy od tego, że te „spotkania AA” to nie był mój pomysł i nie robię tego z przyjemnością, okej? – wywróciłem oczyma. Ketsueki aż zadrżał z tłumionych emocji.
- Czy ty naprawdę niczego nie rozumiesz?! – wrzasnął. Maska złości, którą przybrał, ładnie ukrywała i odciągała uwagę od jego szklistych oczu. Zamrugałem kilkakrotnie, spoglądając na niego bez większego zrozumienia.
- Prawdopodobnie – przyznałem. – Obstawiałbym nawet 75:25 na to, że nie pojmuję twojego toku myślenia, ale jako że zawsze byłem słaby w zakładach…
- Nie znoszę cię! – sapnął wściekle. – Jesteś tak cholernie zacietrzewiały, wredny, arogancki… tak… tak… - zabrakło mu słów. – Żałosny! …tak… tak…
- Tego również nie neguję – wzruszyłem ramionami. Brunet spojrzał na mnie zdziwiony; chyba spodziewał się, że po tych słowach wścieknę się, ale ja nadal spokojnie siedziałem przy stole. – Nie takie epitety słyszałem – zaśmiałem się pod nosem. – Poza tym przywykłem do takich reakcji, więc nie patrz tak na mnie. Jesteś po prostu kolejną rozemocjonowaną nastolatką, której górnolotne marzenia o swoim idolu legły w gruzach; bo wyobrażałeś mnie sobie zupełnie inaczej, prawda? – uśmiechnąłem się jadowicie.
- Oczywiście, że tak! – uderzył dłonią w blat stołu. – Do cholery, kto wyobraża sobie jakąkolwiek drugą osobę jako zakompleksionego, aroganckiego cynika, który otacza się murem czarnego humoru i stanem wiecznego podminowania tylko po to, aby odciąć się od innych, a potem ubolewać nad swoją samotnością?! – naprawdę się zirytował. Spojrzałem na niego zaskoczony.
- A więc tak myślisz, hm? – posłałem mu długie spojrzenie spod przymrużonych powiek.
- Tak! – krzyknął, będąc pewnym, że tym razem z pewnością nie uda mi się pohamować gniewu.
- Hm… - mruknąłem. – W takim razie może jeszcze będą z ciebie ludzie – uśmiechnąłem się pod nosem. – Nie jesteś jeszcze tak zepsutą, bezwładną lalką, która ląduje w łóżku tego, który wykaże nią chociażby śladowe ilości zainteresowania – poklepałem go po ramieniu. Chłopak spoglądał na mnie kompletnie zdezorientowany i zbyty z tropu. Nachyliłem się nad nim. – Uwierz mi, że w tych „kręgach sławy” czają się jeszcze dużo gorsi ode mnie. Mało tego, pomyśl sobie, że będziesz zmuszony z nimi współpracować, regularnie ich oglądać… pewien jesteś, że to wytrzymasz? Pewien jesteś, że na własną odpowiedzialność chcesz wdepnąć w to gówno? – spojrzałem na niego porozumiewawczo. – Jeśli wzbudzam teraz w tobie obrzydzenie i nie chcesz skończyć tak jak ja, to dobrze; ale w takim razie zastanów się jeszcze trzy razy czy jakaś szkoła policealna nie byłaby lepszym wyjściem niż podpisywanie cyrografu z wytwórnią… na twojej własnej skórze – uśmiechnąłem się ohydnie. – Serio, zastanów się nad tym jeszcze – tym razem posłałem mu już zwyczajny, zdrowy uśmiech, po czym wstałem i zacząłem kierować się w stronę wyjścia.
Może jednak ten wypad nie był znowu taką wielką stratą… w końcu jakby nie patrzeć, coś udało mi się zrobić.
- Hej, Hiro! – zawołał za mną początkujący muzyk. Niechętnie przystanąłem i obróciłem się w jego stronę. – Naprawdę dzięki, że przyszedłeś! Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaprosisz mnie na swój koncert, bo na Liquid room (19.12.2014 od aut.) było naprawdę świetnie! – zawołał przesadnie głośno.
Spojrzałem na niego nienawistnie.
A więc to była twoja zemsta, panie Ketsueki…
Z niepokojem wśród szmerów, które podniosły się po sali wyłapałem jak kilka razy ktoś wymienił nazwę mojego zespołu. Zamierzałem zmyć się, póki jeszcze nie zaczęło się prawdziwe apogeum, ale właściwie nie miałem szans. Klubowicze zorganizowali się szybciej niż myślałem, przez co chwilę potem stałem już w ciasnym kole na środku parkietu, a wokół mnie skakali rozemocjonowani fani, domagając się autografów, zdjęć, dedykacji… Wszyscy oni chcieli mnie dotknąć niczym posążek Buddy Amidy – choćby na chwilę, jakby było to jakimś wielkim wyróżnieniem lub jakbym posiadał jakieś niesamowite zdolności i właściwości, za których sprawą, choćby krótki kontakt z moją skromną osobą, miałby zapewnić dobrobyt i szczęście fanom.
Byłem jak ten stary pies wśród grupki dzieciaków. Bez entuzjazmu po prostu stałem i dawałem ciągać się za uszy i ogon, będąc bardziej tym wszystkim znudzony i zniesmaczony niż rozbawiony, mimo iż kiedyś z pewnością oddałbym wiele, żeby znaleźć się w podobnej sytuacji – kiedyś, kiedy byłem mniej więcej na obecnym poziomie Creny; kiedy wciąż jedynie marzyłem o sławie, będąc szczerze przekonanym, że będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, kiedy te tłumy będą już mnie tak ściśle oblepiać, niemalże na mnie osiadać niczym druga, nieznośnie ciężka i problematyczna skóra.
Proszę, proszę, młody muzyk potrafi być zawistny… Mało tego potrafi się nieźle mścić. Zapamiętam to sobie – na pewno.
Nie puszczę mu tego płazem!
Chociaż z drugiej strony… w sumie tylko mi się odpłacił. Muszę pamiętać, że to wciąż jeszcze tylko dzieciak. Może byłem dla niego za ostry? Może powinienem był trochę spuścić z tonu? Może…
Rzuciłem ostatnie spojrzenie brunetowi, który właśnie znikał za kotarą, która odgradzała pomieszczenie dla muzyków od sali dla klubowiczów. Chłopak wyłapał to i spojrzał na mnie chłodno, a przynajmniej się starał, gdyż na dnie jego oczu dostrzegłem tę zdradziecką nutę, która jasno dawała mi do zrozumienia, że nie był zbyt zadowolony z tego, co zrobił i źle się z tym czuje. W sumie… może on znowu nie był taki najgorszy? Nie wszystko można załatwić za pomocą metody kija i bata – czasem serio trzeba trochę odpuścić… ale zdawało się, że ja o tym zapomniałem… Podobnie jak i on zapomniał o tym, że wiecznie głaszcząc wszystkich po głowach też nic się nie osiągnie. Czasem trzeba się postawić – ale w tym wszystkim trzeba mieć umiar, którego nam obojgu zabrakło w ostatnim czasie; zdawało się, że i on doszedł do podobnego wniosku.
Przestałem się wyrywać, stwierdzając, że poniosę moją „karę” jak przystało mężczyźnie. Zniosę to. Przeżyję. W końcu mi się należało. Stary pies klapnął z rozmachem na drewniany parkiet, pozwalając, żeby to stadko dzieciaków powyrywało mu niemal doszczętnie futro, z którego przecież i tak już obłaził kłębami.
Crena zdawał się być zdziwiony zmianą w moim postępowaniu, ale słaby uśmiech, który zagościł na jego ustach świadczył o tym, że albo mi przebaczył (w jakimś stopniu), albo przynajmniej się uśmiał – już nawet nieważne, która wersja była bliższa prawdzie; niech raz wyjdzie na jego, ten jeden raz odpuszczę…

Ten jeden jedyny raz…

Zabawa "your boyfriend "- "your lover" - "best friend" - "your twin (sibling)" - "your ex" - "don't like you" vol.2

Bry~!
A więc zacznę od razu rzeczowo: komuś szkoda, że nie załapał się na jakąś grę/ankietę/cokolwiek innego? Kita-pon zrobi dogrywkę, drugą wersję, kolejną serię - spokojnie. Bo to przecież wszystko dla was, nie? Nie chcę na nikim wywierać presji, że jak nie zdąży czegoś przeczytać na moim blogu to się na coś nie załapie... nie lubię czegoś takiego (głównie dlatego, że sama jestem takim typem człowieka, który orientuje się poniewczasie xD). Ponad to czytam wszystko, co tylko napiszecie, gdziekolwiek nasmarujecie, więc nie ma obawy, że coś zbagatelizuję. Nie zawsze odpisuje, nie zawsze jestem w stanie uwzględnić wszystkie prośby, ale się staram - naprawdę!

No, a więc teraz rozdaję "sześciopaki" dla tych, które się "nie załapały" i żałowały, że w pierwszej "turze" nic im nie dałam xp

Pierwszy z nich ląduje w łapkach Lady Kiry ♥:

(Przyznam, że chłopaka masz przeuroczego, bliźniaka cudnego, byłego chłopka naprawdę ciekawego, a kochanek... @.@ W ostatnim czasie mam manię na punkcie Morrigan, a w szczególności Aryu, który urzekł mnie zarówno swoim głosem jak i wyglądem. Jest boski i powalający ♥ *tryb fangirl move on* Aż ci go zazdroszczę~! Uważaj, bo jeszcze będę próbowała ci go odbić [co z tego, że nie mam szans?; pogrozić zawsze mogę, nie? C':]!)

Drugim obdarowuję płochliwą Yumi, która, orientując się chyba, że gra dobiegła końca, wycofała się z życzenia, a ja na przekór i tak postanowiłam je spełnić:

(cudo chłopak... cudo @.@ Będziesz go wypożyczać? Cóż, szczerze powiedziawszy to myślę, że mogłabyś zbić na tym niezłą fortunę, ale nie wiem, czy na twoim miejscu bawiłabym się w to, bo wolałabym go zatrzymać tylko dla siebie. Co do kochanka to... tak średnio, moim zdaniem. Lubię ICE za jego barwę głosu, przebojowość ect... ale nie lubię umięśnionych facetów. Ktoś może uznać to za dziwne, ale ja naprawdę nie znoszę umięśnionych typów; w jakiś dziwny sposób mnie przerażają [wyjątek to Hiro z Nocturnal Bloodlust]. Skoro wylosował ci się taki Friends to przyznam, że musisz mieć ciekawą osobowość xD Podoba mi się także twój były... i właściwie to się zastanawiam... czemu rzuciłaś takiego dobrego chłopa? xD)

No i tak jeszcze w gwoli ścisłości, oczywiście ta gra wciąż ma charakter "pobocznej", a więc w niedzielę, jak zwykle, wrzucę coś do poczytania. Ostrzegam tylko, że (może nie w tym tygodniu, ale w następnych) mogę wrzucać teksty, w których akcja może potoczyć się zgoła nietypowo, bo dostałam napadu dziwnego Wena... ale za to jakiego płodnego! Nic nie chcę wam zdradzać, ale możecie być pewne, że to naprawdę "oryginalnymi", że tak to ładnie nazwę, ścieżkami potoczą się losy pewnych bohaterów z tego bloga xp

Miniaturka Tsuzuku x Koichi (Mejibray) "Hanami"

Chciałyście angsty, to zgodnie z życzeniem angsty będą... Choć od razu przyznam, że ja angstów pisać nie umiem i chyba nigdy się nie nauczę... Huh... T^T
Może trochę nie wyrobiłam się w czasie na hanami, ale cóż... Wen nie zna poczucia czasu xp

Tytuł: „Hanami”
Paring: Tsuzuku z Koichi (Mejibray)
Gatunek: angst
Typ: miniaturka
Beta: -

Tydzień.
Tylko tyle, a może aż tyle.
Tydzień.
To dużo, czy mało?
Komu właściwie to oceniać? Nie jestem może jakimś wielkim filozofem ani fizykiem, więc nie będę roztrząsał pojęcia czasu samego w sobie – bo przecież w gruncie rzeczy nie o to w tym wszystkim chodzi. To, o czym chciałem dzisiaj pisać jest znacznie bardziej prozaiczne; tematem, który dzisiaj sobie wybrałem, jest po prostu tydzień.
Tydzień.
…niby za mało, aby zacząć coś tak na dobre.
…a jednocześnie wystarczająco, aby wszystko zniszczyć, niemalże pogrzebać żywcem.
Wszystko…
…cóż za tandetny ogólnik!...

Duszne, gorące powietrze przesycone było słodkim zapachem kwiatów, od którego kręciło się w głowie. W złotym, miękkim świetle zachodzącego słońca, w nastrojowej scenerii, jaką stworzyły rosnące dookoła nas drzewa wiśni, obsypane w tej porze tak bujnie kwieciem, świat wydał mi się być nagle łagodniejszy, piękniejszy. Podmuch wiatru delikatnie gładził moją twarz i nawet nie irytowało mnie to, że niszczył moją misterną fryzurę, unosząc moje sztywne, od zbyt dużej ilości lakieru, włosy. Podmuch niósł ze sobą pojedyncze płatki, czasem całe delikatne kwiaty, które ugięły się pod jego siłą, dając się porwać. Czułem, że wśród tych sztywnych pasm włosów tkwi mi już całe mrowie zbytku różowo-białej materii organicznej zleciałej wprost z drzewa – ale to również mi nie przeszkadzało. Właściwie to nic mi nie przeszkadzało… Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu czułem się tak spokojny i wyciszony…
Przede mną szedł Koichi. Basista wśród tej barwnej zawieruchy w swoim jasnym stroju i pasteloworóżowych włosach wyglądał jakby od zawsze był nierozerwalną częścią zjawiska kwitnienia sakur – czymś tak oczywistym jak ich zapach i ulotność; czymś, co nadawało mu tego specjalnego, swoistego i niepowtarzalnego uroku, czymś, co czyniło je zjawiskowym… Nie musiałem nawet o tym myśleć – to było jak prawda ostateczna, która spłynęła na mnie niczym oświecenie. W jednej chwili muzyk wydał mi się częścią tej ulotnej, drżącej chwili, co w pewien sposób było nostalgiczne, gdyż towarzyszyła mi świadomość, że jest tak samo kruchy i nietrwały jak te kwiaty, a z drugiej strony poczucie stabilności i cykliczności czasu było w dziwny sposób budujące – bo przecież wiśnie kwitną co roku, prawda? Co roku wśród tej różowo-białej zawieruchy pojawia się ten niesamowity chłopak.
W zasadzie znałem go od dawna.
W zasadzie widywałem go na co dzień.
W zasadzie to nawet kilka razy dziennie…
A jednak teraz wydał mi się być zupełnie inną osobą – tak eteryczną i zwiewną, nieskazitelną i kruchą, że aż nierealną – pięknym złudzeniem, fatamorganą.
Koichi tańczył wśród kwiecia niczym natchniony. Wyglądał rozczulająco, pląsając niczym małe dziecko. Takie zachowanie przystało malcom, a nie dorosłym ludziom, ale zdawało się, że różowowłosy nic sobie z tego nie robił. Mało tego, nikt inny też nie robił z tego problemu. Nikt nie spoglądał na niego dziwnie z ukosa, z naganą, z potępieniem – przechodnie, których mijaliśmy, krocząc szerokim deptakiem, odwracali się, aby choć chwilę dłużej przyjrzeć się tej wiśniowej zjawie, duszy całego tego kwietnego przedstawienia, jego sensowi i istocie, by uśmiechnąć się jedynie na moment pod nosem i zaraz potem wrócić do swoich codziennych, rutynowych spraw, próbując sprostać kolejnym wyzwaniom.
Imponował mi.
Potrafił sprawić, że na usta nieznajomych cisnął się mimowolny uśmiech samą swoją niewymuszoną obecnością – nawet jeśli był to tylko krótki moment, który nieraz było ciężko uchwycić – ale w tej chwili nie wydało mi się to być niczym dziwnym. Basista, ulotny niczym te płatki tańczące wraz z nim, w ten sposób prezentował tylko swoją naturę – ulotną, drżącą, nietrwałą, piękną, lecz szybko przemijającą, niesioną wiosennym podmuchem.
Był chwilą.
Cudowną chwilą.
Jedynie chwilą.
- Tsuzuku – odezwał się tak cicho i łagodnie, iż równie dobrze mógłbym ten odgłos uznać za szmer, jaki wydają ponownie wzbite w powietrze kwiaty, które zdążyły osiąść na ziemi – wybierzesz się ze mną na hanami (japońskie święto oglądania kwitnących kwiatów od aut.)? – uśmiechnął się pięknie, a mnie aż zaparło dech w piersi.


- Tsuzuku – odezwał się raz jeszcze, tym razem bardziej zasmucony. – Kwiaty już przekwitły, a my nie zdążyliśmy ich obejrzeć.
- Wiem, Koichi, wiem… - odpowiadam dość nieśmiało. – Wybacz mi, nie miałem odwagi podjąć nawet próby… - spuściłem w pokorze głowę, przyglądając się boleśnie szaremu chodnikowi, który już nie był tak pięknie przystrojony kobierczykami różowego kwiecia.
- Nie przepraszaj – pokręcił głową, uśmiechając się smutno. – Nie masz za co przepraszać. Masz prawo do wątpliwości, nawet jeśli nie są one słuszne.
Wiem, że teraz odejdzie z mojego życia. Nie zniósłby mojego widoku, a ja jego. Odejdzie razem z tą całą biało-różową zawieruchą, zabierając ze sobą wszystkie kolory z mojego życia, pozostawiając mi tylko tę zimną i szorstką szarość , której zapewne stanę się ostoją.
Wszystko przez moją głupotę.
I arogancję.
I strach.
I wątpliwości.
Wszystko to stało się w tydzień.
Tydzień.
Tylko tyle, a może aż tyle.
Tydzień.
To dużo, czy mało?
Komu właściwie to oceniać? Tak jak już wspomniałem, nie jestem może jakimś wielkim filozofem ani fizykiem, więc nie będę roztrząsał pojęcia czasu samego w sobie – bo przecież w gruncie rzeczy nie o to w tym wszystkim chodzi. To, o czym chciałem dzisiaj pisać jest znacznie bardziej prozaiczne;…
W tej chwili nie zostaje mi nic innego jak wierzyć – mieć nadzieję i pokładać ją całą w cykliczności czasu. Może za rok przyjdzie tu raz jeszcze, wymawiając tak miękko i cicho moje imię. Może za rok nie będę miał wątpliwości. Może za rok i ja stanę się częścią tego różowo-białego przedstawienia.
Może za rok tydzień… może wtedy tydzień to będzie wystarczająco.
Może…
Za rok…


Jednak teraz tematem, który dzisiaj sobie wybrałem jest po prostu strata ukochanej osoby...

Zabawa "your boyfriend "- "your lover" - "best friend" - "your twin (sibling)" - "your ex" - "don't like you".


A więc czas zacząć zabawę!

Pierwszy "sześciopak" dla Tsuśka ♥:
(Uwielbiam pozę Yuukiego na tym zdjęciu -.O'' Jest rewelacyjna xD Przypadł ci tu cudny kochanek; Kuina w tej kreacji wyglądał bosko, jeśli chodzi o moje zdanie)

Następny dla Akai World ♥:
(swoją drogą to chyba jedno z moich ulubionych zdjęć Yoshiatsu ever ^^; poza tym przypadł ci przesłodki chłopak - aż zazdroszczę normalnie~!)

No i jeszcze jeden dla Rukisiowej Kotałki ♥:
(Przyznam, że wyszło trochę mrocznie - Hrio, Ai, Ryoga [no Ryoga jest dość mroczny, jeśli poczyta się jego teksty...]; ale za to masz cudnego ex-chłopaka! Uwielbiam to zdjęcie! Komandos Hiyuu - idealny kamuflaż! To się nazywa zlać się z otoczeniem! xD Szkoda mi tylko, że przypadł ci taki słodziak jak Minpha na kogoś, kto cię nie lubi T^T)


Dobra, mam nadzieję, że się podobało ☺ i będziecie chciały jeszcze więcej podobnych (choć może następnym razem nieco bardziej ambitnych) konkursów ;]

A teraz jeszcze tak ze spraw nie związanych tak ściśle z blogiem:

Uważajcie na Visual Scandal, swoją drogą - nawet taką wiochę jak moja znalazło... xD 

No to... na razie tylko tyle mam dla was C:
Żegnam się gorąco, bo teraz umówiłam się na wyjście na ...
...-ę; tak wiem, pizzę, nie pizza; deklinacja nie jest mi obca, ale cii...

(swoją drogą z tych dwóch gifów, które zamieściłam w tej notce, śmiałam się dzisiaj tak mocno, że aż się popłakałam ze śmiechu xD)
[Dla bardziej dobitnego wyjaśnienia, co mnie tak rozbawiło w tym pierwszym z nich, dodam taką sobie przyśpiewkę, która funkcjonuje w moim otoczeniu: "Boom shakalaka! Łaj du badili, o łaj di op um! Boom shakalaka! (...) [i tak w kółko]" - kiedyś była taka piosenka, swego czasu nawet hit któregoś z minionych lat, którą śpiewał jakiś murzyn... no i, że tak powiem, w ramach dość rasistowskiej zabawy, kiedy byłam, chyba, jeszcze w podstawówce ze znajomymi nie mogliśmy dosłyszeć w niej żadnych "ludzkich" słów, a więc śpiewaliśmy to, co udało nam się zasłyszeć... no i właśnie powstała sobie właśnie taka ciekawa interpretacja ^^'']

Kolejna zabawa Kity-pon "your boyfriend "- "your lover" - "best friend" - "your twin (sibling)" - "your ex" - "don't like you".

Witajcie, moje kochane~! ♥
Dziś Wasza równie "kochana" Kita-pon wychodzi do Was z kolejną propozycją na zabawę - głupią, bo głupią (jak chyba wszystkie, które wymyślam), ale jednak xD
Oczywiście nie wymiguję się od "pracy", bo w niedzielę standardowo wrzucę coś do poczytania (normalnie czuję się, jakbym prowadziła tygodnik xp), a zabawa to tak tylko pobocznie (żebym miała co robić i żebym mogła się wymigać od uczenia się na pierdyriald sprawdzianów ^^", ale ciii...)

A więc, o co chodzi w proponowanej przeze mnie grze?
Jak pewnie większość z was zna stronę na facebooku "Visual Kei and Jrock Fanservice" (klik) - tam niejaka administratorka Hoshiko w ostatnim czasie zapoczątkowała grę (do której również się dołączyłam i postanowiłam ją nawet kontynuować na blogu) - polega ona na tym, iż wystarczy tylko zaznaczyć swoją chęć dołączenia się w komentarzu, a w zamian dostaje się "sześciopak j-rockerów", że tak to nazwę, xD tzn. sześć zdjęć gwiazd ze świata j-rocka, z czego pierwsze trzy zawsze dotyczą tego samego ("your boyfriend"-"your lover"-"best friend"), następne dwa zmieniają się i zależą od pomysłu czy preferencji uczestnika (które też można dodawać w komentarzu - np. uwzględnić, że chciałoby się "wylosować" kogoś z danego zespołu), a więc czasami może to być "someone who invite you for a date, who change hair color for you, who buy you food" ect. Ostatnie zdjęcie muzyka też miało stały podpis, a więc "someone who don't like you". Rozumiecie, nie?
W układnie wyglądałoby to mniej więcej tak:

„your boyfriend”
„your lover”
„best friend”

        Dwa elementy zmienne
 

„don’t like you”


Może na przykładnie będzie łatwiej wyjaśnić - oto, co Hoshiko wylosowała dla mnie:


Z tego widać, że moim chłopakiem został Zen z AvelCain (współczuję... x'D), Yusuke x Dadaromy został moim najlepszym przyjacielem (również wsółczuję xp), Meto z Mejibray da mi bilety na koncert, Uruha x The GazettE pokaże mi swój dom (no tego to akurat byłabym ciekawa -.O'') i Yuuki z Lycaon mnie nie lubi... (czemu? ;_; A ja go tak bardzo lubiam... T^T)
(Dobra, przyznam, że tego gościa, który miał tę wątpliwą przyjemność wylądowania na pozycji mojego kochanka jest mi nieznany - może któraś z Was go rozpoznaje?)
Teraz już wszystko wiecie, nie?

Dobra, ale nie byłabym sobą, gdybym czegoś tu nie zmieniła; widziałabym to troszkę inaczej, a więc zmieniłabym te dwa elementy zmienne na stałe. W moim układzie wyglądałoby to następująco: "your boyfriend "- "your lover" - "best friend" - "your twin (sibling)" - "your ex" - "don't like you".
Kurde, w zasadzie dlaczego piszę po angielsku? >.<''
No w każdym razie wiecie, o co mi chodzi?

Chciałabym się z Wami tak pobawić, żeby rozruszać troszkę atmosferę, bo widzę, że takie konkursy wychodzą i mi, i Wam na dobre ♥ Był już "twój j-rockowy chłopak" i "soulmate", to dlaczego teraz nie pójść na całość i od razu nie rzucić aż sześć postaci? ^^
Ale żeby nie było, że wybiorę komuś postać która nie będzie mu odpowiadała, to, żeby dodać trochę "pikanterii", zrobimy sobie losowanie i oddamy wszystko w ręce mojej magicznej, szklanej kuli (czyt. przepastnej ilości zdjęć j-rockowców na moim telefonie, pendrive i czeluściach dysku xD). Jeśli ktoś porwałby się na zapis na grę, wykonam dla niego sześć losowań kolejno i proporcjonalnie ze wszystkich źródeł, a następnie opublikowałabym wyniki w wieczornej notce. 
Więc jak, jest ktoś, kto chciałby się pobawić w głupie gry z Kitą-pon? @.@


„Nowy Świat” sequel z Creną

„Nowy Świat” sequel z Creną

- Na drodze nr 2 w kierunku Tokio doszło do wypadku. Samochód osobowy zderzył się z ciężarówką, która zablokowała całą jezdnię, zatrzymując się w poprzek. Kierowca nie jest zdolny do wykonania żadnego manewru, gdyż pojazd został zbyt mocno uszkodzony podczas uderzenia o betonowe barierki; została naruszona kolumna kierownicy. Odpowiednie służby pracują już nad tą sprawą i przepraszają za nieudogodnienia – odezwała się przesłodzonym głosikiem spikerka z radia.
- Cudnie… - mruknąłem. – Zachciało im się zderzać akurat teraz? – fuknąłem niezadowolony.
- Przynajmniej wiemy, co się dzieje – Crena ściszył radio, aby móc swobodnie rozmawiać. – Cóż… Wygląda na to, że jeszcze sobie tutaj postoimy… - westchnął.
On również nie był zadowolony, jednak nie okazywał swojej frustracji tak dobitnie jak ja. Może jego tak cholernie nie bolał tyłek od siedzenia w jednym miejscu od kilku godzin… Zachciało mi się zwiedzać Fukanakę, psia mać…
Ketsueki wyłączył silnik, aby zaoszczędzić na paliwie – w końcu możliwe, że postoimy tu sobie całkiem sporo czasu. Niektórzy ludzie uwięzieni w korowodzie aut zaczęli z nich wychodzić, przeciągać się i rozprostowywać kości. Kierowcy nawiązywali przelotne znajomości, wymieniając się słowami dezaprobaty dla osób, które spowodowały wypadek, narzekając na to, że się spóźnią…
- Zagrajmy w coś – zaproponowałem. – Nudzi mi się.
- W co?
- Nie wiem. Nie mam pomysłu… - westchnąłem. – Może ty maż jakiś?
Brunet przez chwilę rozglądał się dookoła, jakby szukał podpowiedzi w otoczeniu. Przygryzł dolną wargę, by zaraz potem rozciągnąć usta w tym charakterystycznym dla niego, szelmowskim uśmieszku, którego, ku mojej zgrozie, zorientowałem się, że nie widziałem już całkiem dawno – a to oznacza, że Crena będzie nadrabiał ten czas intensywnością swojej bezpośredniości, że tak się wyrażę…
- Słoneczko.
- Co? – podniosłem jedną brew.
- Zagrajmy w słoneczko – zaśmiał się i przysunął tak blisko jak tylko mógł, biorąc pod uwagę, że oddzielał nas od siebie drążek zmiany biegów i podłokietnik.
- Powaliło cię?! – z kolei ja odsunąłem się jak najdalej tylko mogłem; co skończyło się dla mnie bliższym poznaniem głową z szybą. Chwyciłem się za obolałe miejsce. – Z… Zresztą w dwie osoby się nie da… w to grać… - wydusiłem z siebie. – I tu (całe szczęście) nie ma miejsca…
- Weteran się znalazł – zaśmiał się, przewracając oczyma. – Normalnie widzę, że wszystkie zasady znasz na blachę – chwycił mnie za bluzkę i przyciągnął do siebie. – Ale wiesz jak to mówią; dla chcącego nic trudnego. Wystarczy się trochę postarać – zachichotał. – No a tak w dwójkę będzie bardziej kameralnie… a na tylnich siedzeniach jest naprawdę dużo miejsca – cmoknął mnie w policzek. – Nawet nie wyobrażasz sobie jak dużo – zaśmiał się ponownie, a ja poczułem jak zbiera mi się gula w gardle.
- Ee… Niekoniecznie – próbowałem rozluźnić jego palce, jednak te były zaciśnięte w stalowym uścisku. – Może jakaś inna propozycja? – mój ton głosu zdradzał, że stałem się nerwowy.
- Myślę, że nie ma potrzeby głowić się nad czymś innym – przyciągnął mnie do głębokiego pocałunku.
Od razu rozsunął językiem moje wargi. Jęknąłem wprost w jego usta, na co chłopak zaśmiał się. Jego ręka wylądowała na moim udzie, po którym przesuwał nią po jego wewnętrznej stronie; stanowczo zbyt blisko krocza. Jego pocałunki było gorące, namiętne i zachłanne. Odruchowo objąłem go za szyję i choć czułem się nieco skrępowany świadomością, że ludzie dookoła mogą nas zobaczyć, muszę przyznać, że było mi naprawdę przyjemnie. Zalewały mnie fale gorąca, kiedy muzyk raz za razem zbliżał dłoń do mojego rozporka. W końcu wsunął rękę między moje nogi, przez co znów wydałem z siebie zdradliwy jęk. Czułem jak palą mnie policzki.
- Crena… - jęknąłem.
- Widzisz, podoba ci się – uśmiechnął się, co może was zaskoczy, naprawdę pięknie i złożył jeszcze jeden pocałunek na moich ustach; tym razem dużo delikatniejszy i krótszy. – Może przejdziemy do tyłu? – zaproponował.
- Ale… - zająknąłem się. – To wciąż za szybko…
- Dlaczego stopujesz się na siłę? – odgarnął włosy, które zakrywały mi twarz. – Przecież masz na to ochotę – stwierdził; nie zapytał. – Chcesz tego – cmoknął mnie w skroń. – Więc dlaczego wciąż uparcie wmawiasz sobie, że to, co chcę ci zrobić jest złe?
- Ale my się ledwo co znamy… - mruknąłem.
- No bez przesady; w końcu nie poznaliśmy się wczoraj – wywrócił oczyma. – Jasne, może wciąż nie wiemy o sobie wszystkiego, ale czy to znaczy, że nie możemy dać sobie szansy?
- Możemy, pewnie, że możemy… Tylko dlaczego zaraz mamy zaczynać to od seksu? – spojrzałem na niego dość niepewnie. – Nie chcę, żeby to było tak… Um… ciężko mi dobrać słowa… tak, tak… żeby to nie było tak łatwo… Rozumiesz o co mi chodzi? – gryzłem wewnętrzną stronę lewego policzka z nerwów.
- Chwila… - Ketsueki aż wyprostował się na siedzeniu i wypuścił mnie z objęć. – „Łatwo”? – powtórzył z niedowierzaniem. – Alex, czy ty myślisz, że jeśli pójdziesz ze mną do łóżka, to pomyślę, że jesteś łatwy? – zdziwił się. – Czy przez cały ten czas naprawdę tylko o to ci chodziło? – nie odpowiedziałem ani nawet nie drgnąłem. Po prostu wpatrywałem się w niego zażenowanym spojrzeniem, nie wiedząc nawet, co w takiej sytuacji powinienem zrobić. – Aleex… - przeciągnął słodko. – Jak mogłeś tak pomyśleć? – spojrzał na mnie z naganą. – Jak mógłbym określić mianem „łatwego” osobę, którą kocham? – ponownie przysunął się i chciał mnie pocałować, ale zatrzymałem go.
- Kochasz mnie?
- Oczywiście, że cię kocham – spuściłem wzrok, na co brunet westchnął. – Nie wiem, ile wy tam w Europie potrzebujecie czasu, aby nawzajem się w sobie zakochać, ale uświadomię cię, że w Japonii istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia… albo nie. Właściwie to sam w to nie wierzę – pokręcił głową. – No po prostu cię kocham i już! – sapnął. – Odpowiada mi twój charakter, czuję się w twoim towarzystwie swobodnie, pociągasz mnie, chcę być przy tobie i dla ciebie… Czy to nie jest miłość? – spojrzał na mnie wyczekująco.
- Ja… - zająknąłem się. – Nie wiem…
- Naoglądałeś się za dużo dram – westchnął. – Słuchaj, Alex-chan – objął mnie ramieniem – w życiu nie zawsze związki tworzą osoby, które znają się od dziecka. Jasne, nie wiemy o sobie wszystkiego, znamy się… cóż, wydaje mi się, że koło trzech miesięcy, więc faktem jest, że nasza znajomość nie trwa długo, ale czy to przekreśla nas; nas jako parę? Dlaczego nie chcesz ze mną spróbować? Seks jest jednym z części składowych związku; nie mówię, że najważniejszym, ale po prostu jest. I jest to logiczne. Kochasz się z osobą, którą kochasz. Jeżeli coś do mnie czujesz, pragniesz mnie, to dlaczego wciąż się powstrzymujesz? Życie składa się z pasm nieporozumień i błędów, na których się uczysz. Nie zagwarantuję ci, że będziemy żyć długo i szczęśliwie, i uda nam się zbudować związek, który przetrwa wszelkie najgorsze kryzysy, bo zapewne przyjdą też i gorsze chwile, kiedy będziemy się kłócić, ale… cóż, to też jest normalne – rozłożył ręce. – Ale nawet jeśli przyjdzie nam się pokłócić i wykrzyczę ci w twarz słowa, które w złości będą cisnęły mi się na usta, to miej na uwadze, że w rzeczywistości zapewne i tak tak nie myślę; że cię kocham. Kocham cały czas, nawet jeśli się pokłócimy czy wtedy, kiedy robisz problemy tam, gdzie ich nie ma – zaśmiał się. – Alex, może i nam nie wyjdzie; nie wiem, bo w końcu wszechwiedzącym nie jestem, ale wiem na pewno to, że dołożę wszelkich starań, aby mimo wszystko nam wyszło. Bo cię kocham – ponownie pocałował mnie w skroń. – I wiem, że ty też mnie kochasz, ale boisz się tego przyznać. Wiem, że masz na mnie ochotę. Ja na ciebie też – dodał ciszej, po czym potarł nosem o moją szyję. Przeszły mnie przyjemne dreszcze. Jego gorący oddech owiał moją skórę. – Masz popędy jak każdy inny człowiek. Pragniesz mnie, więc dlaczego mnie sobie nie weźmiesz, hm? – zmusił mnie, abym na niego spojrzał. – Wiem, że to twój pierwszy raz i jest ci ciężko podjąć decyzję, ale kiedyś będziesz musiał stracić dziewictwo… No chyba, że zamierzasz zostać ciastem świątecznym? (mianem „ciasta świątecznego” w Japonii określa się stare panny od aut.)
- No nie… - przyznałem.
- Ja kocham ciebie, ty kochasz mnie, zdeklarowałeś, że nie chcesz zostać starą panną – wyliczał na palcach, chichocząc – więc niby dlaczego mielibyśmy się nie kochać? Nawet jeśli nam nie wyjdzie, nawet jeśli mielibyśmy się rozstać w wyniku kłótni, to nie zmienia to faktu, że w tym momencie się kochamy. Ja ciebie i ty mnie. Więc nie będzie niczym dziwnym, jeśli okażemy sobie nasze uczucia w sposób cielesny, prawda? Nie chcę cię przelecieć, chcę się z tobą kochać – założył mi włosy za ucho. – Nawet jeśli się rozstaniemy i będziesz już z kimś innym, to będziesz wypominać swojemu ukochanemu, jakiego to miałeś poprzedniego wspaniałego kochanka i jakże to on mi nie dorównuje – szepnął mi na ucho, śmiejąc się. Ja również się zaśmiałem. Spojrzałem na niego z pobłażaniem. – No dobra, dobra – wywrócił oczyma. – I tak ci nie dam odejść, więc nie ma szans, żeby taki scenariusz zaistniał – prychnął.
- Dziękuję – pocałowałem go w kącik ust. Dla muzyka zdawało się być zaskoczeniem to, że teraz to ja go całuję, a nie on mnie. Spojrzał na mnie z zapytaniem wypisanym na twarzy. – Dziękuję ci za to, że jesteś taki wyrozumiały; że rozumiesz moje obawy i próbujesz je rozwiać – oparłem głowę na jego ramieniu. – Dziękuję ci za to, że jesteś dla mnie takim oparciem. No i… - zawahałem się - …kocham cię. Ufam ci i kocham cię – wyznałem.
- Ja ciebie też kocham, skarbie – kolejny raz ucałował mnie w skroń.
- Lubię to – zaśmiałem się.
- Co?
- Kiedy całujesz mnie w skroń.
- Ja też to lubię – zachichotał i wplótł palce w moje włosy, delikatnie mnie gładząc. W jego objęciach naprawdę czułem się spokojny, bezpieczny i kochany. Czułem się wręcz błogo. – To co? Idziemy na tę tylną kanapę? – zaśmiał się.
W tym właśnie momencie samochód przed nami ruszył. Droga znów stała się przejezdna.
- Chyba nici z twojego niecnego planu – pokazałem mu język. Ketseki mruknął coś pod nosem, ponownie włączając silnik. – W zasadzie to dobrze.
- Co? – zdziwił się. – Alex, ty znowu…
- Żadne „znowu” – prychnąłem. – Po prostu uważam, że tylna kanapa samochodowa jest niewygodna. Chyba się ze mną zgodzisz? – spojrzałem na niego rozbawiony. Crena przytaknął. – O wiele bardziej cenię sobie łóżko – położyłem mu rękę na kolanie, przez co chłopak przez przypadek docisnął gaz i autem szarpnęło. Zaśmiałem się, na co chłopak cmoknął niezadowolony.
- Ja też skarbie, ja też… - zgodził się.