Oneshoot Ryoga (BORN) x Tsuzuku (Mejibray)

przy BORN - "Devilish of the Punk"

"Ficzek o niczym"

Tytuł: ?
Paring: Ryoga (BORN) x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshot
Gatunek: ?
Beta: -
Ostrzeżenia: tekst jest… jakby to ująć? Skomplikowany… Myślę, że niewiele osób to zrozumie, bo sama zastanawiam się nad tym, co brałam, kiedy to pisałam. W każdym razie obiecuję, że następnym razem wezmę pół…

      - Ej, Tsuzuku - zagadnąłem przyjaciela siedzącego obok mnie. Brunet wyjął z ust słomkę, przez którą sączył swoje mohito i spojrzał na mnie pytająco. - Nie uważasz, że niebo dzisiaj jest bardziej błękitne niż kiedykolwiek wcześniej? - zapytałem poważnie. Wokalista spojrzał przelotnie na nieboskłon w swoich dużych, zakrywających niemalże połowę twarzy okularach przeciwsłonecznych, po czym znów wbił wzrok we mnie; tym razem obdarował mnie spojrzeniem pełnym politowania.
      - Ryoga, czego ty tam sobie dolałeś do tej puszeczki? - wskazał na puszkę coli w moich rękach. Ja, w przeciwieństwie do Tsuzuku, nie mogłem sobie pozwolić dziś na raczenie się alkoholem, gdyż przyjechałem samochodem i zamierzałem jeszcze dzisiaj wrócić nim do domu.
      Znajdowaliśmy się w ogrodzie muzyka - nienagannie utrzymanym ogrodzie z równymi rabatami kolorystycznie komponujących się ze sobą kwiatów oraz symetrycznie przyciętymi drzewami - jednak sam fakt, że ten kawałek ziemi prawnie należał do niego, nie był jednoznaczny z tym, że wokalista Mejibray zakasał rękawy i sam zabrał się do roboty. Wręcz przeciwnie, miał do tej brudnej roboty zatrudnionego ogrodnika.
      - Nic - odparłem niezrażony.
      Siedzieliśmy koło siebie na ogrodowej huśtawce - on w siadzie skrzyżnym ze szklanką między nogami, ja z jedną nogą podciągniętą pod brodę, a drugą płasko opartą na ziemi. Od czasu do czasu bujałem nas, aby huśtawka nie zatrzymała się.
      A propos ogrodnika... Ogrodnik - młody, nawet niebrzydki chłopak - właśnie pojawił się w naszym widnokręgu; ukłonił się głęboko w geście pożegnania. Ja odpowiedziałem mu skinieniem głowy, podczas gdy Tsuzu go zignorował. Chłopak wyszedł tylną furtą ogrodu na rzadko uczęszczaną przez samochody piaskową drogę, zapewne kierując się do domu. Zadziwiające, że w stolicy Japonii jest gdzieś choćby jedna niewyasfaltowana droga? No, gdyby ktoś mi tak powiedział, to też bym się zdziwił. Zgadywałem, że właściwie to nie ma takich dróg ani w Tokio, ani w jego pobliżu - ale ja dodam znacząco, że nie byliśmy w pobliżu Tokio. Są wakacje, każdy potrzebuje odpoczynku i właśnie z tej racji brunet zaszył się w swoim niewielkim domku położonym na wsi. W tym roku zaprosił mnie do siebie, jednak ja nie zamierzałem długo tu zabawić...
      - Już? - zapytałem po chwili.
      - Co "już"? - spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
      - Przeleciałeś go już? - sprostowałem. Muzyk uśmiechnął się drapieżnie. - Oj daj spokój, przecież nie od dziś wiem, że takie zagrywki są bardzo w twoim stylu - wywróciłem oczyma. - A... No i jak w ogóle było z tą panienką wynajętą, rzekomo, do sprzątania?
      - Zaczęła płakać i prosić, żebym nie robił jej krzywdy - prychnął.
      - Usłuchałeś jej?
      - Ryoga! - zganił mnie spojrzeniem. - Aż takim erotomanem to nie jestem! - oburzył się i spojrzał na mnie z urazą, zakładając ręce na piersi. - Nic jej nie zrobiłem - dodał dobitnie.
      - Aha... - mruknąłem beznamiętnie. - A co z nim?
      - Jest zaręczony.
      - To jakiś problem?
      - Ryoga, dobrze się dzisiaj czujesz? - spojrzał na mnie podejrzliwie. - Gdzie podział się ten nieskalany blondas, który zawsze ganił mnie za to, że jestem, cytuję, "bezdusznym, szowinistycznym seksoholikiem bez krzty moralności i sumienia"? - zaśmiał się pod nosem.
      - Przefarbowałem włosy, gdybyś nie zauważył - wskazałem na moje, obecnie, niebieskie kosmyki, które w bezładzie tańczyły po mojej twarzy do rytmu świszczącego między gałęziami wiatru, łaskocząc mnie.
      - Ach, i to pozwala ci być teraz bezlitosnym skurwielem, który na wszystko ma wywalone? - fuknął.
      - Mniej więcej - wzruszyłem ramionami. - Więc jak z tym ogrodnikiem? - dopytywałem.
      - Nijak. Niedługo bierze ślub... a bynajmniej tak twierdzi... Zresztą nieważne, nie będę przecież tego sprawdzać. To nie moja sprawa - wzruszył ramionami. - W każdym razie w akcie miłosierdzia stwierdziłem, że dam mu się nacieszyć wiernością małżeńską, bla, bla, bla... i tak dalej, i tak dalej... - uśmiechnął się z przekąsem.
      - Musiał albo nie słyszeć, że zatrudniasz ludzi nie tylko jako pomoc domową, ale także jako przelotnych kochanków, albo był bardzo zdesperowany i szybko potrzebował gotówki - mruknąłem kwaśno.
      - Nie wiem - wzruszył ramionami. - Nie pytałem go o motywy czy powody, ale zapewne masz rację - upił łyk napoju.
      Wiatr wzmógł się. Ciepłymi, niemalże aksamitnymi podmuchami muskał moją twarz i wbijał w nozdrza dusząco słodki zapach, od którego kręciło się w głowie. Kwiecie szumiało cicho, uspakajająco. Miejsce to w tym momencie wydało mi się być naprawdę bliskie odwzorowaniu znaczenia słowa "raj" i przestało mnie dziwić, że Tsuzuku - zwierzę imprezowe, seksoholik, sadysta - zaszywał się tu, kiedy tylko miał ku temu okazję. Czasami przyjemnie było odciąć się od świata zewnętrznego; choćby pozornie i na chwilę.
      - Co cię ugryzło? - szturchnął mnie w ramię. - Wydaje mi się, że dzisiaj jakoś dręczy cię fakt, że jesteśmy tak różni... – nie doczekawszy się odpowiedzi z mojej strony postanowił kontynuować. Wziął głębszy oddech. - Pamiętasz jak się poznaliśmy? - nieznacznie skinąłem głową, dziwiąc się, że zebrało mu się na wspominki. - Ty, kłębek szczęścia i ja, desperat-melancholik - zaśmiał się, jednak nie był to zbyt wesoły śmiech. - Już przy naszym pierwszym spotkaniu powiedziałem ci, że nigdy nie znajdziemy wspólnego języka, dlatego byłem zdziwiony, kiedy z dnia na dzień okazywało się, że mamy ze sobą coraz lepszy kontakt. Właściwie to w pewnym momencie nawet mnie to przeraziło... - uśmiechnął się do siebie, wpatrując się w soczysto zielone źdźbła trawy. - Ale było dobrze... dobrze, prawda? - spojrzał na mnie wyczekująco, jednak ja wciąż uparcie i wymownie milczałem. - Też tak myślałem... - westchnął i wtedy to ja na niego spojrzałem; zaskoczony. - Już dawno temu w mojej głowie pojawiła się myśl, że tym, co tak naprawdę nas łączy i podtrzymuje naszą przyjaźń, jesteś ty i twoja dobra wola. Gdybyś tak desperacko nie próbował wciąż utrzymywać ze mną kontaktu, zapewne dzisiaj bylibyśmy dla siebie obcymi ludźmi; dzięki twoim staraniom mogę powiedzieć, że mam "przyjaciela"... Jednak teraz nie widzę w tobie tej chęci. Jesteś przygaszony, zrezygnowany. Nigdy wcześniej nie widziałem cię w takim stanie. Może i się denerwowałeś, irytowałeś na mnie, ale... nigdy jeszcze nie widziałem cię w takim stanie, w którym wyglądałbyś tak jak teraz - jakbyś chciał zrezygnować ze mnie.
      - O czym ty mówisz? - spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami ze zdumienia.
      - Nie chciałeś tutaj przyjeżdżać, prawda? - zadał kolejne pytanie, nie odpowiadając na moje. Niepewnie skinąłem. - Dlaczego? Co się we mnie zmieniło, aż tak bardzo, że odepchnęło nawet ciebie?
      - Jestem po prostu zmęczony - przetarłem rękoma twarz. - Tsuzuku, nie oszukujmy się, twój dom jest daleko od Tokio, a ja chciałbym jeszcze dziś wrócić do siebie i odpocząć.
      - Dlaczego nie możesz odpocząć ze mną?
      Odchyliłem głowę do tyłu i znów utkwiłem spojrzenie w błękicie nade mną. Obserwowałem jak porwane strzępy chmur szybko mkną po niebie. Niewielki czarny ptak przefrunął z gałęzi na gałąź.
      - Ptaszek... - mruknąłem, a brunet zaśmiał się. - O Buddo, a ty jak zwykle o jednym... - wywróciłem oczyma, jednak nie powstrzymałem się od mimowolnego uśmiechu, który sam pchał mi się na usta.
      - Jak do tej pory to "umoralnianie" mnie bawiło cię... a bynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Śmiałeś się z tego, jaki jestem płytki. Czasem się denerwowałeś, kiedy przeginałem, jednak zawsze myślałem, że ten kontrast, jaki tworzymy względem siebie, bawi cię, a teraz... teraz odnoszę wrażenie, jakbym cię męczył; jakbyś miał mnie dość... - przyglądał mi się uważnie. Przymknąłem powieki.
      - To nie tak... - mruknąłem.
      - Więc jak?
   - Zastanawiałem się… Zastanawiam się nad tym... ile jeszcze czasu nam zostało – wydukałem.
      - Nie rozumiem... - pokręcił głową.
   - W sensie... - zaciąłem się. - Jak długo jeszcze będziemy przyjaciółmi... kiedy mnie potraktujesz tak jak innych; tak jak tego ogrodnika i resztę... - zrobiłem kwaśną minę. - Bo... Tsuzuku, ja, owszem, bawiłem się dobrze przy twoim boku, ale nigdy nie śmiałem się z ciebie. Po prostu bawiłem się z tobą; nigdy twoim kosztem - otworzyłem oczy, aby ujrzeć go tuż nad sobą. Pochylał się nade mną, nasze twarze dzieliła naprawdę niewielka odległość. Czułem jego gorący oddech na policzku. - Bo... Bo przecież ty wiesz, że to nie zabawa trzymała mnie przy tobie... ja... - zająknąłem się.
      - Nie wiem - odparł szybko. - Mogę się jedynie domyślać - odsunął się na swoje poprzednie miejsce. Teraz to on wyglądał na strapionego.
      - Uraziłem cię? - położyłem dłoń na jego ramieniu.
   - Nie - uśmiechnął się słabo. - Ale... Zrozumiałem, że, zresztą jak zawsze, masz rację. Ciekawe, ile czasu nam zostało... nam jako przyjaciołom... - zaciskał mocno szczęki, jakby hamował złość lub łzy... lub jedno i drugie.

***

      - Szybciej! - wrzasnąłem. – AAAACH~! Nnn! OCH~! Właśnie tu! - wbijałem paznokcie w jego plecy. Przyciągałem go do siebie, aby poczuć jego obecność jeszcze dobitniej. - Tsuzuku, zabiję cię, jeśli teraz przestaniesz! - krzyknąłem, wiedząc, że chłopak lubił bawić się w maksymalnie długie opóźnianie orgazmu kochanka.
      - Nie zamierzam... - wysapał owiewając moją szyję gorącym oddechem, po czym znów przylgnął do niej ustami, znacząc ją czerwonymi śladami.
       Jęczałem i wiłem się pod nim z rozkoszy. Jeszcze nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. Ledwo potrafiłem nabrać tchu spękanymi, zeschniętymi ustami. Gardło miałem zdarte od całonocnych wrzasków, a płuca paliły mnie wręcz żywym ogniem, jednak było mi dobrze. Cholernie dobrze. Brunet przyspieszył we mnie ruchy, przez co wyciągałem coraz wyższe dźwięki. Tej nocy doszedłem już dwa razy i naprawdę niewiele brakowało mi do osiągnięcia po raz trzeci spełnienia. Jego dłoń na moim członku poruszała się zgodnie z jego mocnymi pchnięciami we mnie. Raz za razem uderzał w mój czuły punkt. Wrzasnąłem jeszcze głośniej, kiedy pozwolił mi kolejny raz dojść - pobrudziłem przy tym nasze brzuchy. Muzyk również osiągnął spełnienie; nie wytrzymał i doszedł we mnie.
      - Przepraszam... - wydyszał, opadając na miejsce obok mnie.
   - Nie przepraszaj - przysunąłem się do niego. - Byłeś wspaniały - pocałowałem go namiętnie.
      - Ty... również... - wydusił z siebie między kolejnymi pocałunkami.

***

Leżałem z głową ułożoną na kolanach Tsuzuku, który siedział wyprostowany na ogrodowej huśtawce i od czasu do czasu nas bujał. Obaj wpatrzeni byliśmy w niebo, na którym pięknie zachodziło słońce barwiąc nieboskłon na pomarańczowo i żółto. Niebo nad nami przypominało nieco płynne złoto. Brunet gładził mnie opuszkami palców po szyi, co było bardzo przyjemne. Mimo wspaniałych okoliczności przyrodniczych oraz niewinnej przyjemności, którą sprawiał mi mój kochanek, wcale nie czułem się dobrze.
- Jaki dzisiaj kolor ma niebo, Ryoga? – wokalista Mejibray odezwał się niespodziewanie. – Czy dzisiaj też ma jakiś wyjątkowy kolor?
- Tak.
- Jaki? – dopytywał.
- Chujowy – wypaliłem grubiańsko.
Tsuzu jedynie westchnął i nie odpowiedział już, jednak chwilę potem zrobił to za niego jego telefon. Urządzenie odezwało się piskliwą melodyjką, przy czym mało mnie nie ogłuszyło, gdyż muzyk trzymał je w kieszeni spodni, a więc tuż przy moim uchu. Zerwałem się jak oparzony do siadu. Tsuzuku spojrzał na mnie przepraszająco, po czym skierował się w stronę domu, aby móc spokojnie porozmawiać. Tym razem to ja westchnąłem - ciężko.
- Przepraszam, że przeszkadzam… - dobiegł mnie nieśmiały głos zza moich pleców. Odwróciłem się, żeby spojrzeć na ogrodnika, który najwidoczniej nie do końca wiedział, jak ma się zachować. – Może to nie moja sprawa, ale… ale mam jedno pytanie…
- Wal.
- Bo ja… Ja myślałem, że pan i pan Tsuzuku jesteście przyjaciółmi, a teraz wydaje mi się, że wasze relacje… znaczy mnie nic do tego! – podniósł ręce w obronnym geście. – Nie mam nic do tego!
- Po prostu mnie przerżnął i tyle – wzruszyłem ramionami. – Radzę ci zmienić pracę, jeśli nie chcesz, aby ciebie także przeleciał w niedługim czasie – powiedziałem beznamiętnie. Chłopak spojrzał na mnie przestraszony i czym prędzej zniknął wśród zarośli, kiedy dojrzał, że Tsuzu znów kieruje się w moją stronę.
Bez słowa usiadł, a ja znów ułożyłem głowę na jego kolanach. Tym razem głaskał mnie po głowie, czule wplatając palce w moje włosy i bawiąc się nimi.

***

- Aach~! Mocniej! – wrzeszczałem, kiedy kochanek raz za razem wchodził we mnie, zdawałoby się, coraz głębiej. – Nnn! Tsuzuku! – jęczałem wyciągając coraz wyższe tonacje.
- Nie chcę zrobić ci krzywdy… - szepnął mi na ucho, po czym przygryzł je.
- Rżnij mnie! – zażądałem.
- Wedle życzenia… - uśmiechnął się sadystycznie. Jego pchnięcia były jeszcze mocniejsze i szybsze. Czułem ból, a przy tym również nieopisaną przyjemność. – Tak dobrze? – upewnił się.
- Taa…ak!… - wydusiłem z siebie między kolejnymi krzykami.

***

Miałem wrócić do domu już po pierwszym dniu, jednak jakoś tak wyszło, że zostałem u, obecnie, mojego kochanka na dziesięć dni. W zasadzie sam nie wiem dlaczego – może spodobały mi się to conocne orgie?
Nosiłem ubrania Tsuzuku; były na mnie dobre z tej racji, że nosiliśmy ten sam rozmiar. Aktualnie leżałem na ogrodowej huśtawce w krótkich jeansowych spodenkach, które nie sięgały mi nawet połowy uda oraz białej bokserce i flanelowej koszuli w kratkę. Owszem, chciałem nieco skusić wokalistę, odsłaniając moje najatrakcyjniejsze partie ciała, to znaczy nogami; w końcu nie wiadomo, jak długo będę go jeszcze pociągał…
Dziś całą huśtawkę miałem dla siebie. Leżałem z założonymi rękami pod głową i bujałem się jedną nogą. Pogoda nie sprzyjała. Niebo zasnuło się popielatymi, ciężkimi chmurami i nie wyglądało na to, żeby miało się rozpogodzić. Wiał przeszywający wiatr, który wzbijał w powietrze co słabsze płatki kwiatów i zmuszał delikatne gałązki krzewów do ukorzenia się przed jego potęgą. Jak zwykle przyglądałem się maratonowi chmur. Mimo zimna, które doskwierało mi już od dłuższego czasu, nie zamierzałem się stąd ruszać.
Dlaczego?
Dobre pytanie…
Byłem naprawdę zdziwiony, kiedy przyszedł Tsuzu; w dodatku z grubym kocem i kubkiem zielonej herbaty, którą wcisnął w moje zmarznięte dłonie. Przykrył mnie szczelnie, a sam przykucnął przy huśtawce opierając jedynie dłonie na jej krawędzi.
- Może wrócisz do domu? – zaproponował.
- Nie – odpowiedziałem twardo.
- Zaraz będzie padać.
- Trudno.
- Rozchorujesz się.
- Trudno.
Brunet westchnął – od pewnego czasu robił to coraz częściej… i ciężej.
- Kochasz mnie, prawda? – zapytał otwarcie.
- Zamknij się – burknąłem i odwróciłem się do niego plecami.
- To dlatego tyle ze mną wytrzymałeś; dlatego tak uparcie chciałeś się do mnie zbliżyć i utrzymać naszą przyjaźń, która, gdyby nie twoje karkołomne starania, w warunkach naturalnych nigdy nie miałaby prawa istnieć – uśmiechnął się samymi kącikami ust. – To dlatego, że mnie kochasz, prawda?
- Jak Buddę kocham, zaraz ci strzelę… - warknąłem.
- Powiedz to – zażądał.
- Nie!
- Powiedz to!
Uderzyłem go w twarz. Na jego prawym policzku odcisnęło się pięć moich palców.
- Kochasz mnie, ale nie potrafisz przyjąć do wiadomości, że ja nie umiem odwzajemnić twojego uczucia, mimo iż bardzo się staram. Rozkochałeś mnie w sobie, Ryoga… problem leży we mnie. Już dawno temu powinieneś był dać sobie ze mną spokój i być szczęśliwy z kimś innym.
Między nami zapanowała cisza, którą po długiej chwili dopiero grzmot nadchodzącej gdzieś z oddali burzy odważył się przerwać.
- A ty mnie kochasz? – zapytałem cicho.
- Ryoga… - westchnął. – Ja… Ja nie umiem… Moje życie emocjonalne praktycznie nie istnieje, więc… - zająknął się. - Przecież wiesz, jak bardzo bym tego chciał…
- Więc nie pokazuj mi się na oczy, dopóki mnie nie pokochasz – nasze spojrzenia skrzyżowały się na krótką chwilę. Podniosłem się do siadu, po czym zająłem się piciem herbaty i absolutnie go zignorowałem.
Tsuzuku przysiadł na krawędzi huśtawki. Przez długi czas siedzieliśmy razem w ciszy, wpatrując się w niebo. W końcu zaczęło mrzeć, a potem rozpętała się prawdziwa burza; jednak my, wciąż niezmienni i statyczni, trwaliśmy na swoich miejscach. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Nawałnica była bardzo gwałtowna; deszcz zacinał tak mocno, że krople, które rozbijały się na mojej skórze sprawiały mi ból.
Miałem wrażenie, że mijają wieki.
Cała wieczność.
Aż dziw, że jeszcze tego dożyłem; że moje ciało nie rozsypało się w drobny pył.
Aż wreszcie…
Poczułem lodowatą dłoń bruneta zamykającą się na mojej.
Niemożliwe? Naprawdę?!
Ze zdziwieniem spojrzałem na niego, a on uśmiechnął się delikatnie. Rozszerzyłem oczy w bezbrzeżnym zdumieniu i przez chwilę nie wiedziałem, co mam zrobić. Tyle uczuć i emocji przelewało się we mnie, tworząc w moim umyśle mieszanki, których nie potrafiłem nazwać, których, byłem pewien, nie czułem nigdy wcześniej. Tak szybko jak się pojawiały, tak szybko także spływały wraz z pierwszym w tym sezonie tak ulewnym, letnim deszczem. W końcu rzuciłem się na niego i mocno przytuliłem.
W jednej chwili burza ustała.
Czas zamarzł i pękł niczym delikatne i kruche szkło.
Zegary znów zaczęły cicho tykać.
Chmury szybko rozwiewał wiatr, robiąc miejsce dla bezkresnego błękitu.
- Nie uważasz, że niebo dzisiaj jest bardziej błękitne niż kiedykolwiek wcześniej? – zapytał Tsuzu, a ja zacząłem się śmiać.

Po policzkach popłynęły mi łzy radości. 

mini-seria „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.3 Mitsuki (Delacxroix) x KON (CelL) z dedykacją dla Kizu



Z dedykacją dla Kizu, która jest chyba największą fanką tego opowiadania :D
Szczerze to jestem zdziwiona,. że ktoś to przeczytał, a nawet skomentował; ale rzecz jasna pozytywnie! 
Mam nadzieję, że wyjaśnienia się nie domyślałyście xD


Tytuł: „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.3 dla Kizu
Paring: Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)
Gatunek: obyczajowe romansidło, mam nadzieję, że nie wyjdzie smutne
Typ: mini-seria cz.3/3 END
Beta: -

Delacroix                                                 CelL 
Mitsuki – wokalista                             KON – wokalista
Saya – gitarzysta                                       NAO - gitarzysta
Rei – basista                                               SIN - gitarzysta
Tomo – perkusista                                    YUKI- basista
(perkusista jako tako nie należy do                                         zespołu; nie widnieje nawet na zdjęciach grupowych, dlatego go pomijam)

Nikt o takim nazwisku nie uczył się w tych samych latach co ja w tych samych szkołach. Dlaczego więc powiedział, że podziwiał mnie już w szkole? Kłamał… Był oszustem.
Ale czy aby na pewno?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem rozczarowany. Może naprawdę uległem sugestii? Kiedy w swoim mieszkaniu odsłonił przede mną tą bliznę, spojrzał na mnie tym smutnym wzrokiem… czułem się naprawdę, jakby wyrwał z mojego serca bardzo ważną część, którą niegdyś mi ofiarował – ale on był tylko zwykłym kłamcą. Dobrym aktorem, ale nic poza tym. Tak jak inni po prostu chciał mnie wykorzystać; to właśnie dlatego sławni muszą trzymać się ze sławnymi – takie niepisane prawo – żeby unikać ciągłego i nieustannego wykorzystywania przez ludzi, którzy jak zwykle szukają drogi „na skróty”, chcą załatwiać wszystko „po znajomości”…
Sam nie wiem dlaczego, ale wpisałem jego imię w wyszukiwarce internetowej; może dlatego, że nie miałem, co robić i z nudów surfowałem po internecie, a może dlatego, że notebook po prostu leżał w zasięgu mojej ręki…
„Shirai Takano” – powtarzałem w myślach jak mantrę.
Enter.
Oprócz kilku sławnych osób noszących to samo nazwisko lub imię oraz linków do kilkunastu profilów na facebooka w wynikach wyszukiwania wyświetlił mi się link do archiwalnego artykułu z gazety. Nie myśląc wiele kliknąłem właśnie na niego. Przeczytałem krótką notatkę:
2. maj 2008r.
Tragiczny wypadek w Zespole Szkół nr 3 w Imaichi (gimnazjum oraz liceum). Uczeń klasy 3-1 (to po naszemu jakby oznacza klasa IIIa. W Japonii raczej używa się systemu „numerowania” klas tego samego rocznika niż nadawanie im poszczególnych liter z alfabetu od aut.)  gimnazjum został ranny podczas rutynowego treningu klubu łuczniczego. Shirai Takano był na tyle zdolny, że pozwolono mu ćwiczyć z bardziej zaawansowaną grupą z liceum. Jako najmłodszy został, aby posprzątać po skończonych zajęciach, kiedy wszyscy już wyszli (zawsze tak jest, że pierwszoroczniaki w Japonii sprzątają po zajęciach dodatkowych od aut.), gdy niespodziewanie został trafiony strzałą. Został ugodzony w szyję; grot minął aortę jedynie o kilka milimetrów – mimo to chłopiec z pewnością wykrwawiłby się, gdyby nie bohaterska postawa jego starszego o trzy lata kolegi, Mitsukiego Tsukady, z klasy 3-3 z liceum, który na całe szczęście wrócił się do sali treningowej i wezwał pomoc. Sprawca nie został ujęty.”
Ze zdziwienia, aż otworzyłem usta i przez długą chwilę otępiały wpatrywałem się w monitor. Ja… ja tego zupełnie nie pamiętałem… A może zwyczajnie nie chciałem? Wyparłem te wspomnienia?
To dlatego Kon pamiętał o mnie przez te wszystkie lata? Bez chwili zastanowienia poznał mnie na ulicy, obserwował jak rozwija się mój zespół… pomógł mi w potrzebie… Byłem dla niego tak ważny, ponieważ uratowałem mu życie?...
Przełknąłem głośno ślinę i opadłem ciężko na kanapę. Odchyliłem głowę na oparcie i zamknąłem oczy. Teraz wszystko się zgadzało. Obie sekretarki odpowiedziały na moje pytanie przecząco – ponieważ z tej racji, że byłem od niego starszy o trzy lata on chodził wciąż do szkoły podstawowej, kiedy ja już uczęszczałem do gimnazjum i tak samo było liceum – kiedy ja skończyłem ostatnią klasę on dopiero rozpoczął w nim naukę.
Wziąłem głębszy oddech.
2008 rok.
Drugi maj.
Zajęcia klubu łuczniczego.
Dzień jak co dzień.
Wróciłem się do sali treningowej po skończonych zajęciach.
Po co?
No tak… zapomniałem mojej yotsugake (rękawica okrywająca cztery palce wykorzystywana w łucznictwie od aut.).
Cichy jęk; jakby ktoś nie mógł nabrać tchu.
Odwracam się w stronę, z której dochodzi.
Pierwsze, co wiedzę to krew.
Duża plama jasnoczerwonej krwi, a w niej skąpane tego samego koloru włosy chłopaka.
Shirai zawsze był buntownikiem. Nie stosował się do regulaminu. Farbował włosy.
Załzawione oczy zdradzające przerażenie.
Rozchylone nieco spierzchnięte usta wykrzywione jakby w niemym krzyku.
Pojedyncza łza spływająca po jego policzku.
Wyciąga w moją stronę otwartą dłoń, jakby chciał błagać mnie o ratunek.
Strzała.
Ten okropny widok strzały utkwionej w jego szyi…
Otworzyłem oczy i łapczywie zaczerpnąłem tchu, jakbym wstrzymywał oddech od bardzo dawna. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że płaczę… Ogłupiony własną reakcją powoli podniosłem rękę do mokrych policzków, aby otrzeć je wierzchem dłoni. Przełykając ślinę miałem wrażenie, że w istocie przełykam kamień sporych rozmiarów. Moje serce biło wolno; zbyt wolno…
Momentalnie zerwałem się z miejsca i wybiegłem z domu nawet nie zamykając za sobą drzwi. Wypadłem na ulicę tym razem nie próbując się ukryć. Nie myślałem o tym, że ktoś może mnie rozpoznać. Po prostu gnałem na złamanie karku kierowany pamięcią. Nie wiedziałem jak dotrzeć do osiedla Kon „tradycyjną” drogą, dlatego też musiałem ponownie kluczyć między wąskimi, nienazwanymi uliczkami, a następnie pokonać mur w ślepym zaułku. Tym razem poszło mi nadzwyczaj sprawnie. Dopadłem do furty i ją również przeskoczyłem nie bawiąc się w dzwonienie domofonem, tym bardziej, że nie wiedziałem, jaki numer ma mieszkanie czerwonowłosego. Szczęście mi sprzyjało, gdyż w momencie, w którym dopadłem drzwi do budynku wychodziła z niego właśnie starsza pani z pieskiem. Zdążyłem je złapać, nim te się zatrzasnęły i wpadłem do windy niczym zawodnik do mety; w wielkim stylu, z poślizgiem. Siódme piętro. Ostatnie mieszkanie w korytarzu po lewej. Stanąłem przed drewnianymi drzwiami z połyskującym w ciemności złotym numerkiem i wziąłem głęboki oddech. Mocno zapukałem. Minęła chwila nim usłyszałem niespieszne kroki, dźwięk odsuwanej zasuwy i w końcu drzwi stanęły przede mną otworem.
- Mitsuki? – Kon zdawał się być zdziwiony do granic możliwości.
Chciałem wykrzyczeć w tym momencie wszystkie swoje skotłowane myśli, jednak odebrało mi mowę, kiedy go w końcu zobaczyłem. Czarne dresy i obcisła, również czarna bokserka – niby tak prosty ubiór, a wyglądał w tym tak dobrze. Wciąż wilgotne włosy i ręcznik przerzucony przez ramiona wskazywały na to, że niedawno wziął kąpiel. Nie miał wykonanego makijażu ani założonych soczewek, przez co mogłem dostrzec jego prawdziwe tęczówki, które były niemalże czarne i ciężko było je odróżnić od nienaturalnie rozszerzonych w zdziwieniu źrenic. Długą grzywkę, która wcześniej zasłaniała mu połowę twarzy, spiął spinką.
- Shirai… - zacząłem niepewnie. Mój głos załamał się. Czerwonowłosy odsunął się z przejścia i wpuścił mnie do środka. – Shirai… - powtórzyłem. – Tak… Tak bardzo cię przepraszam… - czułem, że do oczu znów napływają mi łzy. – Teraz wszystko już rozumiem… Byłem takim imbecylem! Tchórzem! Arogantem! Tak wiele razy próbowałeś się do mnie zbliżyć, a ja… a ja cię odtrącałem, ignorowałem cię, bo… bo się bałem… Bałem się tych wspomnień, które w końcu zrzuciłem do podświadomości i wyparłem się ich… Mimo wszystko ty wciąż… wciąż mnie podziwiałeś, obserwowałeś, choćby z daleka… A ja cię tylko raniłem… - nie myśląc wiele przytuliłem go do siebie z impetem. Ukryłem twarz w jego pachnących włosach. – Tak bardzo cię przepraszam… - szepnąłem mu do ucha.
Poczułem jak chłopak również mnie obejmuje i kładzie głowę na moim ramieniu.
- Jak mogę być na ciebie zły? Przecież uratowałeś mi życie – wplątał dłoń w moje włosy i delikatnie gładził mnie po karku. Byłem pewien, że uśmiecha się. – Tak bardzo próbowałem się do ciebie upodobnić… Chciałem, abyś zwrócił na mnie uwagę, chciałem ci się przypodobać, ale nigdy nie chciałem wzbudzić w tobie poczucia winy. Nie zrobiłeś nic źle.
- Jak to nie? Shirai… - odsunął się ode mnie i przyłożył mi palec do ust kręcąc głową, czym dał mi znak, że mam się nie odzywać.
Poprowadził mnie do salonu i tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu usadził na kanapie. Sięgnął po jedno ze zdjęć z parapetu, które stało najbliżej okna i podał mi je.
Przedstawiało ono całą naszą grupę łuczniczą. Fotografia została zrobiona tuż po rozpoczęciu nowego roku szkolnego, mojego ostatniego roku w liceum, a więc zarazem miesiąc przed wypadkiem Takano (przypominam, że rok szkolny w Japonii rozpoczyna się w kwietniu od aut.). Staliśmy obok siebie. Obaj uśmiechnięci i wpatrzeni w obiektyw. Niewymuszeni. Szczęśliwi. Żyjący naprawdę.
- Myślałem, że kiedy zobaczyłeś to zdjęcie, to zrozumiałeś, kim jestem… - odezwał się.
- Nie zauważyłem tego zdjęcia – wyznałem. – A może nawet nie chciałem? Byłem takim egoistą… - chciałem ponownie zacząć go przepraszać, ale on uciszył mnie delikatnym uśmiechem. – Wybaczysz mi kiedyś?
- Nie jestem zły.
- A powinieneś.
- Nie powinienem – pogłębił uśmiech. – Kocham cię – szepnął, przysuwając się do mnie. – Zawsze cię kochałem. To dlatego nie mogę się na ciebie wściekać – chciał wstać, jednak nie pozwoliłem mu na to.
- Przecież minęło tyle czasu… a ty… wciąż o mnie pamiętałeś, nie przestałeś się mną interesować… - nie mogłem w to uwierzyć.
- Nie przestaje się kochać, jeśli robi się to dobrze – uśmiechnął się do mnie ciepło.
Złapałem go za rękę i zmusiłem, aby z powrotem usiadł; tym razem znacznie bliżej mnie. Nasze uda się stykały, podobnie jak nasze ramiona. Tylko nasze twarze znajdowały się w minimalnej odległości od siebie. Spoglądałem w jego bezdenne oczy i upajałem się ich ciepłym spojrzeniem. Położyłem dłoń na jego kolanie, by następnie przesunąć ją w górę na biodro chłopaka. Nachyliłem się nad nim i niechętnie zacząłem przymykać powieki. Nie chciałem tracić widoku jego pięknej twarzy sprzed oczu, jednak nie potrafiłem całować się z otwartymi.
Na początku jedynie musnąłem jego usta. Złożyłem na nich kilka motylich pocałunków. Nie czując oporów z jego strony zacząłem całować go nieco bardziej zdecydowanie. Nasze wargi spotykały się w krótkich, lecz czułych całusach. Kon objął mnie za szyję, ciągnąc w swoją stronę. Złapałem go w pasie i podniosłem, sadzając na swoich kolanach, aby nam obu było wygodniej. Jego usta były słodkie i gorące; idealne. W końcu polizałem jego dolną wargę, a on w odpowiedzi rozchylił je zapraszająco. Skorzystałem z chęcią i wsunąłem język do jego ust. Czerwonowłosego przeszły dreszcze podniecenia. Jego jęk zatonął w moich ustach. Całowaliśmy się gorąco i namiętnie. Przesuwałem dłońmi po jego plecach, kiedy niespodziewanie Shirai sam zsunął moje ręce na swój tyłek. Uśmiechnąłem się nie przestając go całować. Odsunęliśmy się od siebie dopiero w momencie, kiedy zabrakło nam tchu.
- Kocham cię – szepnął jeszcze raz.
- Ja ciebie też – odpowiedziałem, po czym złapałem jego dolną wargę zębami i delikatnie za nią pociągnąłem. – Jesteś ode mnie o trzy lata młodszy, prawda? – upewniłem się.
- Tak – przytaknął. – Przeszkadza ci to? – zmartwił się.
- Nie – zaśmiałem się. – Oczywiście, że nie.
- Więc o co chodzi? – dopytywał.
- Masz skończone dwadzieścia jeden lat, tak?
- Tak. Ale o co ci cho…
- Teraz przynajmniej mam pewność, że skoro jesteś już pełnoletni, to nikt nie zarzuci mi pedofilii – zaśmiałem się, po czym położyłem go na kanapie, a sam zawisłem nad nim.
- No wiesz co… - uśmiechnął się wyzywająco.
Przylgnąłem ustami do jego szyi. Całowałem ją dokładnie, nie pomijając najmniejszego skrawa skóry. Pieściłem go wargami, językiem oraz od czasu do czasu zębami, o czym świadczyły drobne czerwone ślady. Wokalista mruczał z przyjemności i przeczesywał palcami moje włosy. Odchylał głowę do tyłu eksponując szyję jeszcze bardziej i ułatwiając mi do siebie dostęp.
Kiedy doszedłem do blizny spiął się nieco. Jego palce zacisnęły się na moim karku, jednak nie sprawił mi tym bólu. Zatoczyłem językiem koło wokół wrażliwego miejsca, po czym czule je ucałowałem. Kon rozluźnił się na powrót i znów zaczął mruczeć z aprobatą. Potarłem nosem o jego szyję, przesuwając po całej jej długości, przy czym zaciągałem się jego zapachem. Powróciłem do jego ust, które gorąco ucałowałem.
- Uratuj mnie… - szepnąłem mu na ucho, po czym polizałem jego krawędź.
- To przecież ty uratowałeś mnie… Nie rozumiem – spojrzał na mnie niemo prosząc, abym rozwinął tę myśl.
- Naucz mnie znów żyć, dobrze? – posłałem mu proszące spojrzenie.
Czerwonowłosy zamrugał kilkakrotnie dalej nie rozumiejąc dokładnie, o co mi chodzi. Był dopiero początkującym muzykiem, nie był jeszcze zepsuty przez to sławne towarzystwo, więc logicznym było, że nie rozumiał…
- Zrobię, co tylko zechcesz – uśmiechnął się i ponownie złączył nasze usta.
Całowaliśmy się jeszcze przez długą chwilę, po czym podciągnąłem jego bluzkę i odsłoniłem jego płaski brzuch oraz tors. Skupiłem się na jego prawym sutku. Zatoczyłem wokół niego koło, by zaraz potem zacząć go drażnić. Takano wydał z siebie cichy jęk i wziął głęboki oddech. Prężył się pode mną i pomrukiwał coraz głośniej. Chłopak delikatnie masował moje barki.
- Shirai… - oderwałem się na moment od jego ciała. – A co… co się stało z tym, kto wtedy do ciebie strzelił? – zadałem pytanie, które zaczęło mnie dręczyć od dłuższego czasu.
- Co? – czerwonowłosy wydawał się jakby wyrwany z amoku. Był niezadowolony z tego, że przerwałem pieszczotę. – Ach… Nie wiem. Nigdy go nie złapano, mimo iż sprawę prowadziła policja. W zasadzie nigdy nie interesowało mnie to, kto to zrobił ani dlaczego. Ja wyjaśniłem to sobie tak, że to był po prostu przypadek… Może Kupidyn nie trafił albo co…? – wzruszył ramionami. Zdziwiło mnie to, jak łatwo o tym mówił. – Wolałem skupić się na tobie niż na sprawcy – wyznał.
Odpowiedziałem mu ciepłym uśmiechem, po czym musnąłem jego usta i ponownie wróciłem do pieszczenia jego ciała, które w końcu czekało na mnie przez sześć długich lat…

mini-seria „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.2 Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)



Tytuł: „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.2
Paring: Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)
Gatunek: obyczajowe romansidło, mam nadzieję, że nie wyjdzie smutne
Typ: mini-seria cz.2/3
Beta: -


Delacroix                                                 CelL 

Mitsuki – wokalista                                   KON – wokalista
Saya – gitarzysta                                       NAO - gitarzysta
Rei – basista                                               SIN - gitarzysta
Tomo – perkusista                                    YUKI- basista
(perkusista jako tako nie należy do zespołu; nie widnieje nawet na zdjęciach grupowych, dlatego go pomijam)

Przez długi czas sprawa z Kon (dziwnie to brzmiało, kiedy odmieniałam ten pseudonim przez przypadki np. „Przez długi czas sprawa z Konem (…)”, dlatego zdecydowałam pominąć naszą kochaną, ojczystą deklinację od aut.) nie dawała mi spokoju. Punktem zaczepienia były dla mnie jego słowa: „Zawsze cię podziwiałem, nawet w szkole”. Pytanie tylko, jakiej? Co prawda nie zmieniałem szkół wraz z kolejnymi semestrami, ale powiedział, że nasze spotkanie było już tak dawno… Więc kiedy mogliśmy się spotkać? W szkole podstawowej? Gimnazjum? Liceum? Studiach?, tak, tak wyobraźcie sobie, że byłem na studiach. Caluśkie dwa semestry; potem udało nam się wybić i zostałem muzykiem „pełnoetatowym”, że tak powiem…
Po przeprowadzeniu eliminacji drogą dedukcji postawiłem na dwie szkoły – gimnazjum bądź liceum. Studia za późno; podstawówka za wcześnie –  właśnie tak proste było moje myślenie.
Wyciągnąłem stare albumy, które kurzyły się na dnie jednej z szaf w mojej sypialni. Sam zdumiałem się, ile radości przyniosło mi oglądanie zdjęć i przez chwilę zastanawiałem się czy dla poprawy nastroju nie zrobić sobie takiej wystawki, jak w mieszkaniu u Kon na parapecie, ale jako żem jest leniwy cieć malinowy (teksty menagera wymiatają) [haha, nie menagera, bo moje xD od aut.] to nie chciało mi się tego robić; za dużo zachodu. W każdym razie odnalazłem w końcu fotografie, które  mnie interesowały – zdjęcia klasowe. Chyba nikt w szkole ich nie lubi, jednak teraz były naprawdę pomocne. Przyglądałem się uważnie każdej z twarzy na zdjęciu z trzech lat gimnazjum i liceum, liczyłem uczniów aby upewnić się czy na pewno wszyscy byli obecni podczas zdjęć, jednak wszystko się zgadzało, a żaden z nich nie przypominał czerwonowłosego. Chociaż w sumie… Ciężko było mi wyobrazić sobie, jak wokalista mógł wyglądać w latach szkolnych, gdyż podczas tego niedługiego czasu, kiedy miałem okazję przyjrzeć mu się, miał wykonany pełen makijaż, kolorowe soczewki i farbowane włosy – w szkole żadna z tych rzeczy nie była dopuszczalna, więc mógł się zmienić, jednak… czy aby na pewno? Wciąż dręczyło mnie to, że ten chłopak może być zwykłym oszustem. Już nie raz wielu próbowało mnie sobie zjednać, aby zyskać jakieś chody w wytwórni, jednak ja byłem nieugięty. Nie działały na mnie prośby, słodkie słówka, płacze, groźby czy przekupstwo – no, na zapłatę w naturze kilka razy dałem się nabrać, ale skończyło się tylko na szybkim numerku w toalecie. Nikomu nigdy nie udostępniłem drogi do sławy „na skróty” czy „po znajomości”. Raziło i gorszyło mnie coś podobnego…
Zazwyczaj łatwo było dostrzec, że ktoś zwyczajnie próbuje mnie podejść, gdyż kłamstwa i obietnice, którymi się posługiwali początkujący muzycy były łatwe do przejrzenia; ich motywy były banalne. A co jeśli Kon posunął się nieco dalej? Przypadkiem na siebie wpadliśmy, rozpoznał mnie i postanowił wykorzystać sytuację – widział dokąd pobiegłem, mieszkał w pobliżu, znał okolicę – wyprzedził mnie i pomógł w ucieczce przed fanami, a potem na szybko sklecił historyjkę o tym, że się znamy, ale ja go nie pamiętam, zrobił smutną minkę i na koniec postawił wisienkę na torcie; żebym poczuł się dobity, pokazał bliznę. Może ta blizna nie miała nic wspólnego ze mną; może kiedyś ktoś go napadł albo jakoś nieszczęśliwie upadł po pijaku… kto go tam wie?
Najgorsza w tym wszystkim była niepewność, bo jeśli w rzeczywistości był oszustem, to okazałby się świetnym aktorem – ja... naprawdę poczułem się w jakiś niewytłumaczalny sposób związany z tym chłopakiem... a może to jakaś sztuczka? Uległem jakiejś sugestii?
Nie podał mi swojego prawdziwego imienia, więc, prawdę mówiąc, byłem bezradny. Gdybym dysponował choćby jego nazwiskiem mógłbym przecież zadzwonić do szkoły, do której uczęszczałem i zapytać się czy kiedykolwiek ktoś taki chodził tam w tym samym przedziale czasowym, co ja; a tak, co mogłem zrobić? Nic…
Wciąż pogrążony we własnych myślach poszedłem na próbę. Miałem szczęście, gdyż dzisiaj Saya się spóźniał, a więc zyskałem chwilę na uporządkowanie myśli. Przez czas, w którym Rei stroił gitarę, Tomo rozstawiał bębny, a ostatni z muzyków wciąż pozostawał nieobecny, poszukiwałem informacji na temat Kon w internecie. Byłem pewien, że miał zespół, jednak nic o nim nie znalazłem. Nie wiedziałem nawet jaką nazwę nosi się jego grupa – wiedziałem tylko, jak wyglądają i jak teoretycznie nazywa się ich wokalista. Żebym chociaż tytuł jakiejś piosenki znał!... Ech…
- Mitsuki, znów się obijasz? – zawisł nade mną menager.
Nasz menager to Soichiro Koruba – wysoki mężczyzna o postawie kija od miotły oraz kościstych dłoniach, ale za to bardzo boleśnie bijących niewinnych wokalistów, takich jak ja. Soichiro był już po czterdziestce i często zwykł mówić, że to przez nas tak szybko siwieje – w istocie, tuż przy skroniach oraz nad czołem z czasem pojawiało się coraz więcej włosów przyprószonych siwizną. Mimo to nie wyglądał staro. Jego twarz nie była poznaczona głębokimi zmarszczkami, a spojrzenie było drapieżne niczym u młodego człowieka, który chce zdobywać świat, więc nie wyglądał źle. Jego oblicze zazwyczaj miało dość surowy wyraz, choć Koruba sam w sobie nie był jakim gburem; jedynie cenił dokładność i punktualność, a jako że nie posiadałem nadmiaru tych cech, to właśnie z tego powodu byłem tak często ganiony.
Menager poprawił kwadratowe okulary w czarnych oprawkach na nosie i usiadł koło mnie na kanapie. Rzucił okiem na hasło, które wpisałem w wyszukiwarce i wyniki poniżej.
- Ja się nigdy nie obijam – prychnąłem.
- Teraz też pracujesz? – zaśmiał się pod nosem.
- No ba! Szukam takiego jednego zespołu, ale nie wiem, jak on się nazywa…
- A wiesz o nim cokolwiek innego? Jakieś single, członkowie zespołu albo coś? – dopytywał.
- Wokalistą jest Kon. Singli nie znam, ale wiem, że mieli taki krwisty image. Wiesz, cali ubrani na biało i jakby zakrwawieni – próbowałem jak najkrócej i najbardziej zrozumiale streścić ubiór zespołu chłopaka. – O! I wszyscy mieli taki sam kolor włosów; czerwone! To jakiś początkujący zespół…
- Niech będzie, że poszukam ich dla ciebie, ale w zamian ty musisz w końcu wziąć się do roboty – ponownie wstał i spojrzał na mnie z góry.
- A co ja mam niby robić, skoro Sayi nie ma? – spojrzałem na niego jak na idiotę.
- Napisz coś w końcu – rzucił mi notatnik i długopis ze stołu, który znajdował się przed sofą. – Myślisz, że cały czas będziecie mogli opierać się na sukcesie singla „Mugen Kairou” (swoją drogą fantastyczna piosenka! od aut.)?
W odpowiedzi jedynie prychnąłem. Przez aferę z czerwonowłosym nie miałem weny. Nie mogłem myśleć o niczym innym, jak o nim…
***
- O dobry Buddo… - jęknąłem. – Nareszcie koniec… - mruknąłem do siebie wychodząc z sali.
- Coś ty taki dzisiaj rozkojarzony, co Mitsuki? – zapytał Saya.
- Skończylibyśmy wcześniej, gdybyśmy nie musieli powtarzać za każdym razem, kiedy ty myliłeś tekst albo za późno wszedłeś w rytm – Rei spojrzał na mnie karcąco.
- Dobra, macie racje; moja wina – przyłożyłem rękę do serca w akcie skruchy. – Możecie mnie zlinczować.
- Jakoś nie mam ochoty – odparł beznamiętnie perkusista.
- Moje szczęście? – bardziej zapytałem niż stwierdziłem.
- Nie, ręce mnie bolą od całodziennego nawalania po perkusji – minął mnie w drzwiach. – To na razie! Muszę trochę odpocząć, jeśli następna próba ma wyglądać tak samo przez Mitsukiego…
- No ej, przecież przeprosiłem! – zbulwersowałem się.
- Przyznaj się, co ci tak zaprzątnęło głowę, co? – dociekał gitarzysta z diabelskim uśmieszkiem.
- Jest taka pewna sprawa, która nie daje mi spokoju… i muszę ją rozwiązać sam – zreflektowałem się szybko zanim zdążyłem powiedzieć o słowo za dużo, widząc, że gitarzysta już szykuje się do „pomocy”.
- Mitsuki! – z korytarza dobiegł mnie głos menagera. – Znalazłem ten zespół, który cię interesował – w tym momencie byłem pewien, że oczy zaświeciły mi się niczym dwie małe pochodnie. W trybie natychmiastowym dopadłem Soichiro, by pociągnąć go w stronę jego gabinetu. Mężczyzna odwrócił ekran komputera w moją stronę. Na monitorze widniało zdjęcie zespołu. Od razu rozpoznałem Kon, który stał na środku w wyzywającej pozie. – Zespół nazywa się CelL i, rzeczywiście, działa od niedawna.
- To on… - mruknąłem do siebie. – Masz o nich więcej informacji?
- Jedynie imiona pozostałych muzyków i tytuły singli. Nie ma żadnych informacji odnoście członków zespołu; kompletnie nic.
- Szlag! – krzyknąłem poirytowany.
- Chciałeś dowiedzieć się czegoś konkretnego?
- Chcę znać jego tożsamość – wymierzyłem palcem w wokalistę, który patrzył na mnie wciąż w ten sam wyzywając sposób, jednak teraz wydawało mi się, że odnajdywałem w nim pewną dozę drwiny… - Chwila… - nagle mnie olśniło. – Chwila! A wiesz może, gdzie mają mieć następny występ?
Koruba wzruszył ramionami, po czym zasiadł za biurkiem. Przez moment stukał w klawiaturę, przeglądał strony, aż w końcu znalazł to, o co go prosiłem.
- Następny piątek. Klub „Noroi” (jap. klątwa – jakże mrocznie xD wiem od aut.) w Tomigaya niedaleko Uniwersytetu Tōkai – rzucił. – Wejściówka 1500¥ (45zł w obecnym kursie walut, ale bierzcie poprawkę na to, że obecnie kurs jena podskoczył o 50% od aut.). Zarezerwować ci bilet? – uśmiechnął się drapieżnie.
- Nie.
- Zamierzasz wbić się tam jako gość specjalny? – popatrzył na mnie z powątpiewaniem. – Wielki Mitsuki promuje nieznany nikomu zespół? To byłaby dla nich dobra reklama – jego spojrzenie stało się jadowite. - Jeśli to zrobisz, urwę ci jaja i…
- Nie, mam inny plan – zdusiłem jego tyradę w zalążku. – Nie chcę w ogóle iść na koncert. Chcę tylko zamienić parę słów z muzykami – oświadczyłem spokojnie. – Dzięki za pomoc, Koruba-san – uśmiechnąłem się do niego promiennie. – Jestem twoim dłużnikiem – gdyby był młodszy i nie miał żony oraz dwójki dzieci prawdopodobnie cmoknąłbym go w policzek. – Jak w ogóle ich znalazłeś dysponując tak małym zasobem informacji? – zaciekawiłem się.
- Mitsuki, siedzę w tej branży prawie trzydzieści lat – zaśmiał się. – Umiem szukać i mam swoje znajomości – uśmiechnął się przebiegle.
- To znaczy, że niedługo stuknie ci pięćdziesiątka?! – wykrzyknąłem.
- Zdziwiony?
- Kurna, trzeba ci jakieś urodziny zorganizować… - mruknąłem.
- Dzięki, że mnie uprzedzasz – ponownie się zaśmiał.
- Cii… - syknąłem na niego i posłałem mu spojrzenie z jasnym przekazem: „Ty o niczym, kurwa, nie wiesz, czaisz?”.

***
Klub „Noroi” nie był jakiś okazały ani w środku, ani na zewnątrz. Przyjechałem przedwcześnie, aż półtorej godziny, gdyż chciałem mieć pewność, że zdążę przed muzykami; niemniej, siedzenie na schodkach prowadzących do tylnego wejścia dla personelu było cholernie nudne. W trakcie zdążyłem szybko skoczyć po drinka, żeby umilić sobie czekanie, jednak okazało się to złym pomysłem – zamówiłem shota, który nosił dumną nazwę „blue revolution”, przez co rzeczywiście miałem wrażenie, że w moim żołądku rozgrywa się jakaś rewolucja… Obawiałem się, że mogło to się skończyć tak jak za dawnych czasów, a więc kolorowym pawiem na asfalcie, jednak teraz przecież mi nie wypadało. W końcu byłem sławny – jeśli miałem już rzygać to pod jakimś drogim klubem i w towarzystwie sławnych znajomych, a nie pod podrzędną knajpą i w dodatku sam, skrzętnie ukrywający swoją tożsamość. Nie daj Buddo jeszcze trafię na jakiegoś paparazzi…
W chwili, kiedy miałem wrażenie, że mój tyłek zaczyna już zespalać się z betonowym schodkiem w jednolitą całość, doszły mnie odgłosy nadchodzącej grupy chłopców. Szczęście mi najwyraźniej sprzyjało, gdyż szło ich jedynie trzech, a w dodatku wśród nich nie zauważyłem wokalisty. Zwolnili kroku, kiedy tylko mnie spostrzegli i przybrali niepewne miny. Wstałem, otrzepałem tyłek z niewidzialnego kurzu i podszedłem do trzy czwarte CelL.
- Cześć – przywitałem się luźno. – Wybaczcie, że przeszkadzam w przygotowaniach do występu, ale mam jedno bardzo ważne pytanie – muzycy popatrzyli po sobie nietęgo. Możliwe, że w panującym półmroku nie poznali mnie. – Interesuje mnie prawdziwe nazwisko waszego wokalisty.
- Jeśli będzie chciał, to sam ci powie, jak się nazywa – odparł najwyższy z grupy.
- Problem w tym, że nieco się… pokłóciliśmy… - westchnąłem.
- Po co ci jego nazwisko? – zapytał szorstko najniższy. – Chcesz w coś wrobić Kon? – łypnął na mnie złowrogo.
- W nic nie chcę go wrabiać – wywróciłem oczyma. – Chcę jedynie sprawdzić czy uczęszczał do tej samej szkoły, co ja, jednak do tego potrzebuję jego prawdziwego nazwiska – wyznałem prawdę.
- Nie, Kon nie chodził do szkoły dla ćwierćinteligentów, jeśli o to pytasz – burknął ten najbardziej gburowaty.
- Słabe kłamstewko – wzruszył ramionami najwyższy. – Mógłbyś się choćby postarać trochę bardziej, żebyśmy zechcieli ci uwierzyć.
Bez słowa pożegnania minęli mnie i weszli po schodkach prowadzących do tylnego wejścia. Jeden z nich już sięgał klamki, kiedy rozległo się wołanie:
- Nao! Sin! Yuki! – zza zakrętu wyleciał zdyszany wokalista.
Momentalnie odskoczyłem w tył kryjąc się w najgęstszych cieniach, aby mnie nie dostrzegł; pomińmy ten małoistotny fakt, że znalazłem się między workami ze śmieciami okalającymi kontener, do którego te się już nie mieściły. Skryłem się za śmietnikiem. Za ten nieziemski smród i odruch wymiotny oraz dodatkowe pobudzenie rewolucji w moim żołądu zamierzałem policzyć się z czerwonowłosym później. – Sorry za spóźnienie – dopadł pozostałych członków grupy. – Nie mogłem wcześniej wyjść z pracy – wydyszał.
- Wcale się nie spóźniłeś – uspokoił go wysoki.
- Sami dopiero przyjechaliśmy – dodał gbur.
- Jakiś gość o ciebie wypytywał.
- Co? Niby kto? – zdziwił się wokalista.
- Nie wiem. Ciemno było, a ten w dodatku zakapturzony jak jakiś asasyn czy coś no i nosił maseczkę – wzruszył bezradnie ramionami średniego wzrostu chłopak.
Weszli do środka. Nie poznali mnie, wiec jest dobrze. Gdyby mnie rozpoznali i donieśli o pojawieniu się nadmiernie ciekawskiego Mitsukiego z Delacroix Kon, mój plan ległby w gruzach. Nie chciałem, żeby chłopak wiedział o tym, że próbuję dowiedzieć się czegoś na jego temat. Jeśli jest oszustem, mógłby jakoś wykorzystać moje zainteresowanie jego osobą na swoją korzyść; choćby donosząc o tym gazetom lub ciągnąc swoją farsę z „zapomnianym przyjacielem” dalej, widząc, że połknąłem haczyk.
Wylazłem ze śmieci. Odetchnąłem głębiej świeżym powietrzem. Poczułem kwas w gardle, jednak udało mi się stłumić odruch wymiotny i nie zwrócić mojej wątpliwej treści żołądkowej. Poczekałem jeszcze kilka chwil, dopóki z budynku nie rozległy się odgłosy przytłumionej muzyki. Wtedy byłem już pewien, że zajęli się koncertem lub przynajmniej próbą generalną do niego. Niezauważony wślizgnąłem się do budynku i przemknąłem do miejsca, w którym muzycy zostawili swoje prywatne rzeczy – nie musiałem szukać długo, gdyż zaplecze składało się tylko z jednego, choć dość obszernego pomieszczenia. Znajdowała się tutaj rozpadająca się sofa przykryta kocem w kolorową kratkę podziurawionym przez żar niedopałków papierosów, obdrapany stolik oraz kilka prostych szafek BHP z odpadającą turkusową farbą. Przez wywietrzniki w górnej części drzwiczek mogłem zorientować się w których szafkach znajdują się ubrania, a w których nie. Otworzyłem pierwszą z nich, która była zajęta – oczywiście była zamknięta, jednak miałem doświadczenie w walkach z takimi szafkami. Sam nieraz zostawiałem rzeczy w takowych i doskonale wiedziałem, że ich zamki miały to do siebie, że lubiły się zacinać; w takim wypadku, aby otworzyć metalowego złośnika należało odgiąć górną krawędź drzwiczek, a dolną docisnąć nogą i mocno szarpnąć (sprawdzony sposób z gimbazy xD od aut.). Rozległ się szczęk metalu, jednak nikogo to nie skłoniło do odwiedzenia zaplecza. Skoro CelL nie miało jeszcze podpisanego kontraktu z żadną z wytwórni, to z pewnością nie mieli jeszcze sztabu fryzjerów i wizażystów oraz ekipy technicznej, a więc właściwie nie miał, kto tu przyjść. Pospiesznie zacząłem przeglądać prywatne rzeczy jednego z muzyków. W końcu trafiłem na indeks z uczelni ze zdjęciem; szlag! To nie ten! To ten gbur! Zabrałem się za drugą szafkę w ten sam sposób. Znów rozległ się jęk metalu, jednak tym razem nie przejąłem się tym zbytnio. Przeszukałem torbę drugiego z muzyków, aż w końcu znalazłem portfel, a w nim dowód osobisty.
- Shirai Takano… (jest to oczywiście zmyślone imię; w rzeczywistości personalia KON’a nie są ujawnione od aut.) - mruknąłem do siebie, po czym usatysfakcjonowany zwycięstwem czym prędzej opuściłem klub „Noroi”.
***

- Dzień dobry – przywitałem się grzecznościowo. - Czy dodzwoniłem się do sekretariatu Liceum nr 3 w Imaichi (Imaichi to miasto położone na północ od Tokio o 164 kilometry od aut.)?
- Tak – przytaknęła kobieta po drugiej stronie linii.
- Przepraszam, że dzwonię z tak nietypową sprawą, jednak muszę zdobyć pewne potwierdzenie. Widzi pani, jestem byłym uczniem tej szkoły i chciałbym się dowiedzieć czy w latach, w których do niej uczęszczałem chodził do tej palcówki także niejaki Shirai Takano. Czy jest taka możliwość, abym uzyskał taką informację?
- Shirai Takano, zgadza się? – upewniła się sekretarka.
- Tak – przytaknąłem.
- Pana godność?
- Mitsuki Tsukada (nazwisko Mitsukiego również jest zmyślone ze względu na to, że jego personalia również nie zostały ujawnione od aut.) – przedstawiłem się.
- W jakich latach uczęszczał pan do tej szkoły?
- 2005-2008 (akcja opowiadania toczy się w roku dzisiejszym, a więc 2014. Skoro Mitsuki skończył liceum w 2008 to wychodzi na to, że od tego czasu minęło sześć lat, więc wszystkie jego dane są wciąż przechowywane w szkole. Jednocześnie świadczy to o tym, że w chwili obecnej Mitsuki ma dwadzieścia cztery lata – jest to wiek zmyślony przeze mnie. Jego wiek również nie został ujawniony od aut.).
- Zobaczę, co da się zrobić w tej sprawie i z pewnością jeszcze dziś otrzyma pan informację zwrotną – obiecała.
- Dziękuję bardzo. Do usłyszenia – rozłączyłem się.
Podobną rozmowę odbyłem raz jeszcze podczas rozmowy z sekretarką z gimnazjum, do którego uczęszczałem. Tak jak kobiety obiecały, odpowiedzi dostałem jeszcze tego samego dnia – i były one negatywne w obu przypadkach. Nikt o takim nazwisku nie uczył się w tych samych latach, co ja w tych samych szkołach. Dlaczego więc powiedział, że podziwiał mnie już w szkole? Kłamał… Był oszustem.
Ale czy aby na pewno?