"Nowy świat" cz.2


Nowy świat cz.2

Siedziałem właśnie w jednej z najbardziej uroczych Maid Café (kawiarnie, w których kelnerki przebrane są za „francuskie pokojówki” od aut.), a wokoło stolika, przy którym zasiadłem razem z moim sposną (japoński obywatel opiekujący się gaijinem od aut.) kręciły się kelnerki w pięknych, koronkowych sukienkach, przy czym przy każdym ich bardziej energicznym ruchu towarzyszył im furkot spódnic i halek. Obok mnie o krzesło opierały się dwie kule, które rano przyniósł mi Daisuke. Nie wiem, skąd je wytrzasnął i chyba raczej wolę o to nie pytać… Przede mną stał ogromny talerz z crêpe (słodkawy naleśnik, w który mogą być zawinięte zarówno słodkie jak i słone smakołyki od aut.). Jako że nie jadłem śniadania normalnie zapewne rzuciłbym się na jedzenie niczym wygłodniałe zwierzę, jednak teraz było inaczej – a tę odmienną sytuację zawdzięczałem właśnie mojemu sponsie.
Pan Takarashi był wykładowcą literatury pięknej i posługiwał się odmianą języka japońskiego, której tak barbarzyńskiemu gadzinowi nigdy nie było dane poznać. Jego mowa była kwiecista, a sam jego ton przywodził na myśl aktora odgrywającego swą rolę na deskach teatru. Nie za wiele zrozumiałem z jego monologu, który zapewne miał być przywitaniem, co próbowałem mu zasygnalizować kilkakrotnie, jednak zdawało się, że siwiejący mężczyzna ma to w głębokim poszanowaniu. Zorientowałem się, że po angielsku nie mówił wcale, a i nie zamierzał zacząć posługiwać się japońszczyzną, która byłaby dla mnie zrozumiała. Z tego, co zdążyłem zaobserwować po reakcjach obsługi i siedzących niedaleko klientach, którzy rzucali dziwne spojrzenie ma mojego rozmówcę, oni również nie spotkali się wcześniej z takim ewenementem. Jedna z kelnerek-pokojówek wyjaśniła mi, że pan Takarashi posługiwał się starojapońskim.
Oto miałem przed sobą swojego sponsę, który dumnie wyprostowany siedział na krześle i popijał od czasu do czasu swoją wcześniej zamówioną mocną kawę. Jego usta były rozciągnięte w szerokim uśmiechu, z czego wnioskowałem, że wyraz mojej twarzy przedstawiający czarną rozpacz nijak nie dawał mu do myślenia. Zdawało się, jakby był zadowolony z tego, że nic nie mogę zrozumieć…
W tym momencie pytanie podstawowe brzmiało: jak niby ten człowiek ma mi w jakikolwiek sposób pomóc, skoro nie rozumiem, co on do mnie mówi? No i pytanie poboczne: po co zgodził się zająć miejsce sponsy, skoro nie zna angielskiego choćby w minimalnym stopniu, nie wspominając już o tym, że nie był tak łaskaw, żeby odezwać się do mnie w prosty i zrozumiały sposób?
Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem. Przeszło mi przez myśl, że przy takim obrocie spraw możliwość, iż zagoszczę u Saitou na dłużej niżbym sobie tego życzył robiła się coraz bardziej prawdopodobna. Ponadto jak na razie jedyną pełnoletnią osobą, którą tutaj znałem, jaka mogłaby mi pomóc i posługiwała się językiem, jaki byłem w stanie rozszyfrować był Daisuke, a to, mówiąc szczerze, nie uśmiechało mi się zbytnio… Ostatkami sił walczyłem z przemożną chęcią zespolenia mojego czoła z tym pięknie wyglądającym i wciąż nietkniętym crêpe z dużą ilością bitej śmietany i polanym sosem czekoladowym.
Po kilkunastu minutach, podczas których uporczywie wpatrywałem się w Japończyka siedzącego naprzeciw mnie, ten zmieszał się i w ekspresowym tempie dokończył swój napój, po czym odezwał się łamaną angielszczyzną:
- I haven’t more time for you – jako że miał bardzo wyrazisty akcent, ciężko było go zrozumieć, jednak jakoś udało mi się „rozsupłać” słowa, które do mnie skierował.
Patrzyłem, jak zahipnotyzowany na szybko oddalającą się postać mężczyzny. Zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w niezłym bagnie… Szczerze powiedziawszy, myślałem, że pan Takarashi będzie dla mnie ogromnym wsparciem, który pomoże mi stanąć na własne nogi i poczynić tych kilka pierwszych, chwiejnych kroków wśród japońskiego społeczeństwa. Jak widać, przeliczyłem się…
Na poprawę humoru napchałem się przepysznym, przesłodzonym naleśnikiem – niestety nie pomogło to w takim stopniu, w jakim sobie tego życzyłem, jednak muszę przyznać, iż fakt, że w końcu mój żołądek przestał kategorycznie domagać się pożywienia był dużą zmianą na plus.
Po uregulowaniu rachunku wyszedłem z kawiarni, a następnie z jednej z wielu nienazwanych, wąskich uliczek, które okalały zewsząd deptak Takeshita-dori, jedną z najbardziej rozpoznawalnych ulic Akihabary. Można tu było zaopatrzyć się w ubrania charakterystyczne dla fanów visual-kei, lolit, gothic lolit, gankuro, decory, punku oraz cosplay’u – czyli wszędobylskie koronki. Poza tym sklepy mieszczące się tutaj słynęły także z tego, że można tu było znaleźć (nie wszędzie, jednak było to poniekąd możliwe) ubrania w rozmiarze odpowiednim dla gajdzina; to znaczy, że znalazło się tu coś większego niż rozmiar 36. Dla mnie akurat nie była to żadna ważna informacja, gdyż mieściłem się w japońskich rozmiarówkach, jednak uważam, że warto podkreślić tak niespotykany fakt.
Oprócz tego nieraz słyszałem, że gdzieś w pobliżu Takeshita-dori w jednej z okalających jej uliczek mieści się znana wytwórnia płytowa (informacja zaciągnięta z książki „Japonia oczami fana” – the book 01 autorstwa Pawła „MrJedi” Musiałowskiego od aut.), a same gwiazdy j-rocka zaopatrują się właśnie w tym miejscu w swoje oryginalne stroje.
W normalnie sytuacji, czyli jeszcze jakieś półgodziny temu, ruszyłbym na poszukiwania tej wytwórni i bardzo prawdopodobnym byłoby to, że czatowałbym przy wejściu oczekując na wyjście lub wejście kogoś sławnego, jednak aktualnie nie miałem na to ochoty. Moja głowa była zaprzątnięta moją niezbyt różową sytuacją. Musiałem sam sobie ze wszystkim poradzić – znaleźć pracę, mieszkanie; i to szybko! – opierając się jedynie na wiedzy teoretycznej, którą zaczerpnąłem z książek. Szczególnie przerażała mnie myśl o rozmowie kwalifikacyjnej, która miałaby zadecydować o przyjęciu mnie do pracy; obawiałem się, że moim „grubiańskim”, gajdzinowskim zachowaniem mógłbym nieumyślnie urazić mojego potencjalnego pracodawcę lub zrobić bądź powiedzieć coś, co w japońskim świecie jest tematem „tabu” jak np. love hotele (co w japońskiej wymowie brzmi: rabu hoteru).
Zastanawiałem się czy mógłbym poprosić o pomoc Saitou… chociaż patrząc na to z drugiej strony, to jeszcze uczniak i zbyt wiele zapewne o tym nie wie. Większą wiedzę na ten temat zapewne miałby Daisuke, który dodatkowo obraca się wśród ludzi z wyższych sfer hierarchii japońskiego społeczeństwa – a to właśnie tacy ludzie są pracodawcami w Japonii. Problem polegał na tym, że oni egzystowali na innym „poziomie”. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że do osoby, w tym wypadku dodatkowo szefa czy starszego współpracownika, należy odnosić się z szacunkiem i stosować się do reguł „innej” kultury, którą codziennie przejawia się względem współlokatora, znajomych czy rodziny. Pytanie tylko, co dokładnie oznaczało to określenie „innej”; co się za tym kryło?
W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że sam Ochida, jako sławny i ceniony muzyk, znajduje się na wierzchołku piramidy tej cholernej hierarchii, której działania i zależności ponoć jeszcze żadnej gadzin nie pojął. Czy w ogóle wypada, żebym pytał go o takie rzeczy? I jak niby miałbym to zrobić? Rzucić coś w rodzaju: „Hej, mógłbyś mi powiedzieć, co mam zrobić, żeby dostać pracę?” albo „Czy wiesz może, co należy zrobić, aby podlizać się umiejętnie szefowi w taki sposób, żeby patrzył na mnie przychylnie pomimo tego, że jestem gajdzinem?”.
Właśnie; pozostaje jeszcze kwestia uprzedzenia Japończyków do obcokrajowców. Oczywiście nie objawiało się to na każdym kroku (przykładem jest pojawienie się w niektórych sklepach rozmiarów, w których zmieścić się mogli nawet Amerykanie), jednak jeśli chodziło o rynek pracy nagle zjawisko to stawało się bardzo widoczne – dlaczego? Otóż dlatego, że z założenia gadzin nie jest tak pracowity jak Japończyk, który jest przyzwyczajony do pracowania od rana do nocy, nie jest tak sumienny i oddany… i jest to prawdą. W szczególności Europejczycy (którym w końcu sam jestem) przywykli do systemu „osiem godzin i do domu” – osiem godzin w szkole lub pracy i wracam do domu; nie więcej, inaczej żądam dodatkowego wynagrodzenia za nadgodziny, podczas gdy mieszkaniec Kraju Ryczącej Godzilli (czy też Gadzilli, jak kto woli) jest utwierdzony w poczuciu, że on jedynie wykonuje swoje obowiązki. Zatrudnianie gadzinów jest dla pracodawcy zwyczajnie nieopłacalne.
Byłem pogrążony we własnych rozmyślaniach do tego stopnia, że nie zauważyłem niemalże dwumetrowego murzyna, który zastąpił mi właśnie drogę. Wpadłem na niego, przez co „na własne życzenie” stałem się jego ofiarą. Nie, nie chciał mnie okraść – nic z tych rzeczy! Pamiętajcie, jesteśmy w Japonii; w kraju, w którym nikt nie kradnie, a jedynie pożycza! Ale o tym może później…
W każdym razie rosły Afroamerykanin, jeden z, na oko, pięciu-sześciu, którzy kręcili się po całej ulicy chwycił mnie za ramiona i z szerokim uśmiechem zaczął zachwalać sushi z pobliskiego baru. Był jednym z tak zwanych „naganiaczy” – osób zatrudnionych przez sklepy/bary/kawiarnie, które zachwalały towar sprzedawany w tych właśnie przybytkach. Praca ich polegała na spacerowaniu po głównych ulicach i krzyczeniu. Szczerze powiedziawszy to nie mam bladego pojęcia, dlaczego zatrudniano do tego zajęcia z takim upodobaniem ludzi czarnoskórych, skoro w okolicy znajdzie się jakiś dwudziestu Japończyków, którzy mieli poniżej metra pięćdziesięciu, a potrafili wrzeszczeć dwa razy głośniej.
Wielki murzyn z t-shiertem z jakimś rosyjskim napisem w cyrylicy zachwalający sushi. Nie miałem pewności czy sam pochodził z Rosji, czy może jego pracodawcy byli Rosjanami, czy też to, że akurat założył taką, a nie inną bluzkę było przypadkiem, ale poczułem się niczym przeniesiony do świata „Durarary!”. Otępiały wpatrywałem się w „naganiacza”, który zdążył już wyłożyć mi cały wykład, dlaczego to warto stołować się w tym, a nie innym barze. Od czasu do czasu potrząsał mną, przez co kłębek skotłowanych myśli odbijał się w mojej głowie od kości czaszki. Patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczami, w których malowało się bezbrzeżne zdziwienie. Zapewne stałbym tak przy nim jeszcze długi czas, gdyż nie zanosiło się, żeby mój nowy czarnoskóry przyjaciel zamierzał niedługo zakończyć swój wywód, jednak z odsieczą przyszedł mi pewien przechodzień.
- I was looking for you! – zadbana dłoń wylądowała na moim ramieniu, wyrywając mnie z „objęć” „naganiacza”. – Come on! We have to buy a gift for Naoto! – zostałem szarpnięty do tyłu, a następnie poprowadzony w tłum ludzi.
- Thanks – wydusiłem z siebie, kiedy wraz z moim wybawcą z opresji odeszliśmy od nachalnego Afroamerykanina.
- You're welcome – padła odpowiedź; bardzo wyraźna i bez akcentu. Spojrzałem na mojego „bohatera” i… ze zdziwieniem stwierdziłem, że to Japończyk! – What happended? – zapytał, widząc, że nagle zatrzymałem się w miejscu.
- Nic, nic – podniosłem ręce w obronnym geście, jednocześnie przechodząc na japoński. – Tak świetnie mówisz po angielsku, że w pierwszej chwili myślałem, że jesteś gajdzinem – wytłumaczyłem się.
- Cóż… Dziękuję za komplement – uśmiechnął się. – Rozmowa w tym języku nie jest dla ciebie problemem? – upewnił się.
- Nie.
Mój rozmówca miał długie, czarne włosy sięgające nieco za łopatki. Długa grzywka opadała mu na lewe oko zasłaniając je. Mój „jednooki” towarzysz nosił fioletowe szkła kontaktowe i miał podkreślone oczy czarną kredką. Miał jasną, zadbaną cerę, wąskie usta o bladoróżowym kolorze oraz kolczyk pod wargą po lewej stronie (nie wiedziałam jak to ująć =.=’’ wiecie, o co chodzi, nie? W sensie, że przy wardze, a nie w wardze… od aut.), a także w nosie. W uszach miał łącznie kilkanaście kolczyków oraz tunele. Ubrany był w czarną koszulę z nadrukiem oraz również tego samego koloru spodnie, przy których szlufkach doczepiony miał gruby łańcuch, który brzęczał, kiedy jego właściciel się poruszał. Na jego szyi wisiał jeden drobny naszyjnik oraz drugi dłuższy, sięgający torsu, na którym został zawieszony ciężki wisiorek. Muszę przyznać, że był naprawdę przystojny i atrakcyjny – szczególnie dla mnie, gdyż podobali mi się tacy „źli” i zbuntowani chłopcy. Poza tym spod krótkich rękawów t-shirtu widać było umięśnione ręce. Barki, choć już zakryte, łatwo dało się poznać, że również były rozbudowane i szerokie – jednym słowem: przystojniak! W jednej chwili moje problemy osobiste… wyszły gdzieś na spacer.
- Jeszcze raz stokrotne dzięki za pomoc – odezwałem się tylko po to, aby podtrzymać niezobowiązującą rozmowę.
- Naprawdę nie ma za co – uśmiechnął się. – Stałeś tam taki przestraszony, że aż mi się ciebie żal zrobiło – zachichotał.
- No wiesz… Nie codziennie nachodzą mnie tacy goście i z uporem maniaka namawiają do spróbowania sushi z tego konkretnego baru… - mruknąłem.
- Przyzwyczajaj się; taki klimat tego miejsca – wzruszył ramionami. – Zgaduję, że niedawno przyjechałeś, co?
- Tak. Przyleciałem tu wczoraj – odparłem zgodnie z prawdą.
- O! To jeszcze wiele rzeczy cię tu zdziwi – zaśmiał się serdecznie. – Na jak długo tu przyjechałeś; tydzień? Dwa? – dociekał.
- Na stałe – teraz to ja się zaśmiałem; nerwowo.
- Na stałe? – powtórzył, po czym zagwizdał. – No to skok na głęboką wodę! Jesteś tu pierwszy raz, prawda?
- Tak.
- Oj, twoja podróż może być naprawdę ciekawa… - popatrzył na mnie z powątpiewaniem.
- Znaczy, ja… Wiesz… Wiedziałem niby, że tacy „naganiacze” chodzą po Takarashi-dori, ale co innego czytać o tym w książce, a spotkać ich w rzeczywistości… - bąknąłem.
- Fakt – przytaknął. – Dlatego mówię, że twoja podróż może być ciekawa… W ogóle to jak się nazywasz?
- Alex Wright. A ty masz na imię Hiro, prawda? – upewniłem się.
- Tak – zdziwił się. – Skąd wiedziałeś? Jakiś jasnowidz czy co?
- Nie – zaśmiałem się. – Wiem, że gdzieś w okolicy znajduje się wytwórnia płytowa i słyszałem, że czasem można tu spotkać kogoś ze świata muzyki. Połączyłem twoją bardzo dobą znajomość języka angielskiego razem z twoim wyglądem… no i vòila! – klasnąłem w dłonie. – Hiro z Nocturnal Bloodlust gotowy – dodałem ciszej, żeby osoby postronne nie usłyszały i uśmiechnąłem się zwycięsko.
- O masz ci los… Fani na każdym kroku – zaśmiał się. – Dobrze, że przynajmniej nie piszczysz i nie próbujesz mnie zgwałcić!
- Fan próbował cię zgwałcić? – zdziwiłem się.
- Fanka – sprostował. –Zdarzyło się raz, że zakradła się pod drzwi mojego pokoju hotelowego, ale ochroniarz ją odciągnął. Usłyszałem jakieś wrzaski z korytarza, więc wyjrzałem zza drzwi, a ona wtedy zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, że znajdzie jakiś inny sposób, żeby się do mnie dostać i…
- …zgwałcić cię? – dokończyłem za niego.
- Dokładnie – kiwnął głową z wyrazem twarzy przepełnionym politowaniem. – A tak właściwie, to gdzie się wybierasz? – zainteresował się. – Na zakupy?
- Nie. Przed chwilą spotkałem się z moim sponsą, który mówi po starojapońsku i nie chce zacząć wysławiać się w sposób dla mnie zrozumiały – westchnąłem ciężko. Wokalista Nokuruby (Nokuruba – japońska wersja oryginalnej nazwy Nocturnal Bloodlust zmieniona przez to, że mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni niekoniecznie poprawnie potrafią ją wymówić od aut.) popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Mówiłem, że spotka cię tu dużo ciekawych przygód – rozłożył bezradnie ręce. - Więc, gdzie się wybierasz?
- Skoro już mam za sobą to beznadziejne spotkanie, to muszę znaleźć jakieś biuro nieruchomości i rozejrzeć się za jakimś mieszkaniem… - przyznałem niechętnie.
- Wiesz, mój kolega po fachu szuka jakiegoś współlokatora… Znaczy, nie on sam, ale kogoś dla jego dzieciaka czy dzieciaka, którym się opiekuje… Jakoś tak… Nie jestem pewien, bo tak naprawdę znamy się z widzenia, jednak…
- Masz na myśli Daisuke Ochidę? – przerwałem mu.
- Tak…
- Chwilowo przystąpiłem na jego propozycję, gdyż zostałem przyparty do muru. Hotel, w którym zarezerwowałem pokój już nie istnieje… - westchnąłem ciężko.
- Skoro masz, gdzie mieszkać, to po co ci drugie mieszkanie? – zdziwił się.
- Wiesz, jednak co własne mieszkanie to własne… – odparłem niechętnie.
- W sumie tak… A przeszedłeś tę „rozbieraną próbę”?
- Jaką „rozbieraną próbę”? – zdziwiłem się. Co jeszcze Daisuke zamierza mi zgotować?!
- Słyszałem plotki, że Ochida sprawdza ewentualnych współlokatorów, którzy chcieliby mieszkać z tym dzieciakiem. Ponoć szuka na całym ciele nakłuć po igłach, które miałyby dowodzić na to, że delikwent ćpa. To prawda?
- Taa… - sapnąłem, przypominając sobie te upokarzające chwile...
- Niezbyt go lubisz? – zgadywał.
- Możemy pomówić o czymś lub kimś innym niż Daisuke? – jęknąłem błagalnie. – Niekoniecznie się z nim dogaduję, jeśli cię to interesuje…
- Jasne – odparł lekko. – Wracając do tematu samego mieszkania; myślę, że mogę ci w tym pomóc w razie co; jakbyś „pogryzł” się z Daisuke możesz wpaść do mnie – zaoferował. Spojrzałem na niego zdziwiony. – No co?
- No to, że znamy się jakieś piętnaście minut, a ty oferujesz, że mogę u ciebie nocować, jakbyśmy byli starymi znajomymi – westchnąłem. – Jare, jare… (w języku polskim nie znalazłam jakiegoś dobrego odpowiednika tego zwrotu, więc… po prostu będzie po japońsku ^^’’ od aut.) Czy w Tokio wszyscy tak chętnie oferują nocleg nowopoznanym gajdzinom?
- Cóż… Wydaje mi się, że nie, jednak jeśli Ochida pozwolił ci zamieszkać z tym dzieciakiem to musisz być naprawdę święty – zaśmiał się. – On jest lepszy niż policja!
- Mówiłeś, że go praktycznie nie znasz… - zauważyłem.
- Słucham plotek – uśmiechnął się cwaniacko i puścił mi oczko.
- Jasne… - mruknąłem. – A ja myślałem, że Japończycy są tacy płochliwi… - nadałem mojemu głosowi teatralny ton. – Znaczy… - zreflektowałem się. – To nie jest jakaś obraza czy…
- Spokojnie, rozumiem, o co ci chodzi. Zdaję sobie sprawę z tego, że obcokrajowcy postrzegają nas jako ludzi nieśmiałych – odpowiedział z uśmiechem. – Ale poniekąd to prawda… Tylko ja jestem inny! – zaśmiał się, po czym sięgnął do kieszeni i wcisnął mi w dłoń wizytówkę. – Muszę już z powrotem wracać do pracy. Właściwie to miałem tylko iść po kawę i coś do jedzenia… Zadzwoń do mnie wieczorem! – obrócił się na pięcie, pomachał mi ostatni raz, po czym odszedł, a następnie zniknął mi z pola widzenia zasłonięty przez żywą kurtynę, którą tworzyli ludzie.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Może  ta wyprawa do Akiby (skrót używany przez Japończyków do określania Akihabary od aut.) nie była aż taka zła?

Oneshoot Daichi x Hiro (Nocturnal Bloodlust)

Zbierałam się za pisanie tego shota już trzy razy, ale w końcu się udało ~(^-^)~ Podkreślę, że każda z tych trzech wersji była zupełnie inna X''D



Daichi - czyż on nie jest słodki? *ślinotok*


Postanowiłam napisać coś z Nocturnal Bloodlust, gdyż nie znalazłam o nich żadnego fanficka! Nawet po angielsku *foch*! Trzeba nadrobić zaległości!

Tytuł: ? (tytułu nie ma, bo nie przychodziło mi do głowy nic ambitnego (/.-)''
Paring: Daichi x Hiro (Nocturnal Bloodlust)
Typ: oneshoot
Gatunek: yaoi, komedia (?)

Nocturnal Bloodlust:
Hiro – wokalista
Daichi – gitarzysta
Cazqui – gitarzysta
Masa – basista
Natsu - perkusista
- Hiro, kochanie – w słuchawce usłyszałem śpiewny głos Daichiego – gdzie ty, do ciężkiej cholery, jesteś? – warknął już rozeźlony.
- Utknąłem w korku – westchnąłem.
Nie było w tym kłamstwa. W rzeczywistości utknąłem w sznurze samochodów, który poruszał się tempem galopującego żółwia, a więc od jakichś dwudziestu minut posunąłem się do przodu może niecały metr. Stałem w tym przeklętym korku już niemal półtorej godziny, przez które noga zdążyła mi zdrętwieć, a mięśnie niekontrolowanie drgać od dociskania sprzęgła. Zachciało mi się auta z manualną skrzynią biegów do miasta…
- Och… - jęknął rozżalony blondyn. Jego ton głosu zmieniał się z każdym zdaniem, jednak po dwuletnim związku zdążyłem się już do tego przyzwyczaić… a może nawet pokochać? – Szkoda… Wciąż jesteś daleko od domu?
- Jestem mniej więcej w połowie drogi… tak bardziej mniej niż więcej… - wyznałem zrezygnowany.
- Mhm… Rozumiem – mruknął zawiedziony. – Wiesz, właściwie to pomyślałem sobie, że gdyby w końcu udało ci się dotrzeć do naszego mieszkania to może miałbyś ochotę na loda? – wypalił bezceremonialnie, a mnie zatkało, przez co przegapiłem moment, w którym powinienem posunąć się do przodu o te zniewalające dwadzieścia centymetrów, za co zostałem solidnie obtrąbiony. – Moglibyśmy sobie umilić jakoś ten wieczór, nie uważasz?
- Ee… - zaciąłem się. – Co…? Ale ty tak… Jak? – dukałem będąc zszokowanym do granic możliwości.
Gitarzysta nigdy nie lubił mówić o naszym współżyciu seksualnym tak dosłownie, dokładnie; zazwyczaj, kiedy chciał mi coś zasugerować oblewał się soczystymi rumieńcami i peszył się, mimo iż byliśmy już ze sobą dość długo. Zawsze podkreślał, że nie wstydzi się mnie, jednak jakoś ciężko mówić mu o tym, co chce, abym mu zrobił… Aż przeszły mnie dreszcze podniecenia. W łóżku Dai był bardziej odważny, niekiedy pozwalał mi na różne fantazje i urozmaicenia, lubił się bawić i pieścić, dlatego też nasze stosunki bardzo rozciągały się w czasie; nawet do kilku godzin. Nie znosił „szybkich numerków”, które jego zdaniem były pozbawione tej magicznej otoczki uczuć i traktowaniem drugiej osoby przedmiotowo – poniekąd zgadzałem się z nim, zresztą nigdy nie byłem amatorem uprawiania seksu w miejscach publicznych lub jakkolwiek niestosownych do tego, dlatego kiedy już się do siebie dobieraliśmy obaj woleliśmy przedłużać swoje słodkie tortury, podkreślić, że nie jest to jedynie zabawa, ale jedną z form wyrażania uczuć.
W każdym razie blondyn nigdy nie był skory do rozmowy o naszym życiu intymnym. Nieraz próbowałem przełamać jego opór drocząc się z nim, że jeśli nie powie, czego chce to się nim nie zajmę, jednak to przyniosło słabe rezultaty. Bardziej od słów wolał czyny, dlatego teraz tak bardzo zdziwiła mnie jego bezpośredniość. Czyżby nastąpił w końcu jakiś przełom?
- Nie chcesz? – zdziwił się.
- Skarbie, ależ oczywiście, że chcę! – szybko opanowałem się. – Tylko… zdziwiła mnie twoja propozycja – tłumaczyłem się.
- Dlaczego? – roześmiał się. – Przecież już nie raz to robiliśmy…
- Masz rację – przytaknąłem. – Jednak…
- Jest jakieś „jednak”? – niemalże usłyszałem, jak podniósł jedną brew i wydął nieco usta, co zazwyczaj robił w takich sytuacjach.
- Ten korek zdaje się nie mieć końca! – sapnąłem poirytowany. – Nie wiem, o której wrócę…
- Spokojnie, poczekam na ciebie – uspokajał mnie. – Mimo to postaraj się nie wrócić zbyt późno, gdyż przyznam szczerze, jestem nieco zmęczony. Pa, kochanie! – pożegnał się i rozłączył.
Niby wszystko pięknie, ładnie… Jednak doskonale wyczuwałem w jego wypowiedzi drugie dno, które brzmiało: „Poczekam na ciebie, jednak nie myśl, że będę tu ślęczeć w nieskończoność – twój czas jest ograniczony!”. Może niekoniecznie była to znowu groźba, tak jak to sobie w tamtej chwili wyobraziłem, a jedynie informacja, że jeśli przyjadę w środku nocy – a było już po dwudziestej drugiej, a mnie wciąż pozostała jeszcze długa droga powrotna - to moja szansa na upojne chwile z ukochanym przepadnie, gdyż ten będzie o tej porze zapewne już spać; do tego czasu może przejść mu ochota na pieszczoty.
Zagryzłem wargi. Kochałem Daichiego i uwielbiałem także się z nim kochać; był wspaniałym kochankiem, który potrafił doprowadzić mnie do tak cudownego uniesienia, jakiego nie przeżyłem nigdy z żadnym z wcześniejszych partnerów lub partnerek. Dodatkowo fakt, że niedawno zakończyliśmy trasę koncertową, podczas której siłą rzeczy nie mogliśmy sobie pozwolić na chwile namiętności, dawał mi się we znaki. Reszta zespołu wiedziała o naszym związku od długiego czasu i nie przeszkadzało im to, jednak po całonocnym koncertowaniu ciężko jest wykrzesać jeszcze z siebie energię, aby zaspokoić ukochanego; tym bardziej, że nie było ku temu zbyt wielu miejsc, w których moglibyśmy się kochać. Większość czasu spędzaliśmy w naszym zespołowym busie (a mimo iż muzycy nas tolerują i gratulują udanego związku to jednak nie myślę, żeby byli zadowoleni, gdyby musieli wysłuchiwać naszych jęków i krzyków) lub w hotelach, w których ściany miały grubość kartki papieru, przez co słychać było nawet jak za ścianą sąsiad ogląda telewizję, a co dopiero jakbyśmy mieli uprawiać seks. Nie powiem, targnęło mną wielkie pożądanie, ale co mogłem zrobić w takiej patowej sytuacji? Z wielką chęcią wyszedłbym z siebie i stanął obok, zostawiając jednego siebie w tym nieszczęsnym aucie, a drugiego posłałbym na stację metra, skąd dojechać miałby do domu, a następnie przeżyć naprawdę przyjemne momenty… Niestety, takie rzeczy tylko w anime i mangach.
Nerwowo przebierałem palcami po kierownicy, aż w końcu stwierdziłem, że innej opcji po prostu nie ma – nie będę naiwnie liczył na uśmiech przewrotnego losu, któremu możliwe, że nagle zachciałoby się rozładować ten korek, o nie. Trzeba wziąć się do działania; jak? Po piracku! Miałem niewiele miejsca do manewru, aby skierować samochód na równoległy pas, który w odległości jakichś stu metrów zmieniał się w prawoskręt. Jakby tego było mało moje auto ma pole skrętu równe polu powierzchni księżyca, jednak mimo to, po kolejnej salwie klaksonów, jaką zostałem obdarzony, udało się. Znalazłem się w zupełnie innej dzielnicy niż powinienem i zdawałem sobie z tego doskonale sprawę, jednak właśnie o to chodziło. Autostrada była zablokowana, jednak nie wszystko stracone – wciąż pozostawały wąskie uliczki między osiedlami i między blokami, którymi mogłem poruszać się… w ogóle jakkolwiek się poruszać i nie stać w martwym punkcie. Zdziwiłem się, że wcześniej nie wpadłem na to, aby wybrać tą okrężną, ale znacznie szybszą drogę…
Jeśli uważacie, że przeżyliście już ekstremalną przejażdżkę w swoim życiu, to ja Was zapewniam, że się mylicie. Która z Was, Drogie Czytelniczki, miała okazję przejechać się po wąskich tokijskich uliczkach ze wskazówką prędkościomierza na 12o, podczas gdy ściany budynków od lusterek samochodu dzieliło zaledwie kilka centymetrów? To i tak nic, jeśli weźmie się pod uwagę, że nieomal przejechałem dwie babcie oraz kilka kotków i piesków. Może źle to zabrzmi, ale nie pałam miłością do zwierząt, dlatego nie ubolewałbym nad rozjechanym jednym czy drugim zwierzakiem, jednak podejrzewałem, że auto mogłoby stracić przyczepność na flaczkach, co z kolei mogłoby się skończyć dla mnie zatrzymaniem w cudzym żywopłocie, ogródku, oknie lub słupie wysokiego napięcia.
A propos flaczków… Żołądek za każdym razem podjeżdżał mi do gardła, kiedy ze stanowczo zbyt dużą prędkością pokonywałem kolejne progi zwalniające. Nieco przed nimi zwalniałem, jednak nie mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek zdjął stopę z pedału gazu. Kiedy przednie koła pokonywały przeszkodę zdarzyło się kilka razy, że moja kość ciemieniowa bliżej poznała się z dachem samochodowym, a z kolei kiedy tylne koła przez nią przejeżdżały za każdym razem obawiałem się czy aby na pewno nie urwę tylnej osi napędowej…
Mimo tej pirackiej przejażdżki, która przyprawiła mnie o kilka mocniejszych wrażeń, udało mi się dotrzeć wreszcie do celu. Czym prędzej zająłem miejsce na podziemnym parkingu (pomińmy to, że nie moje; mam nadzieję, że sąsiad się nie pogniewa i zrozumie – siła wyższa!) i biegiem ruszyłem w stronę wind. Wjechałem na odpowiednie piętro i wpadłem do mieszkania niczym burza będąc wciąż roztrzęsionym po wyczynowej jeździe. Zrzuciłem z siebie kurtkę i ruszyłem w stronę salonu, skąd dochodziły mnie odgłosy z telewizora. Stanąłem w progu pokoju opierając się o ścianę i przyglądając ukochanemu. Dai półleżał w ponętnej pozycji na kanapie z rozsuniętymi nieco nogami, z których jedna była ugięta w kolanie. Ubrany był jedynie w kimono niedbale przewiązane na wysokości bioder. Jego tors i brzuch w większej mierze były odsłonięte, zgrabne nogi zostały wyeksponowane… Krocze tyle, o ile było zasłonięte przez materiał, jednak mimo to mogłem dostrzec skraj odrobinę rozsuniętych pośladków. Jego długie blond włosy sięgające niemalże pasa spływały kaskadami po jego smukłym ciele. Wyglądał niczym wcielenie jednego z greckich bogów; obstawiałbym Apolla (bóg odpowiadający za wyobraźnię, wróżby, sztukę, muzykę oraz poezję, a przy tym najpiękniejszy z bogów od aut.).
Przeszedł mnie elektryzujący dreszcz.
- Hiro? – blondyn spojrzał na mnie zdziwiony. – Już jesteś? Przecież mówiłeś, że… - usiadł, złączając nogi, a chwilę potem wstał i podszedł do mnie. – Drżą ci dłonie. Coś się stało? – zapytał z troską.
- Nie, nic – uśmiechnąłem się. Ponad jego ramieniem dostrzegłem stojącą na stoliku do kawy butelkę czerwonego półwytrawnego wina oraz dwa, wciąż nienapełnione kieliszki. – Wszystko w jak najlepszym porządku – pogłębiłem uśmiech. Sięgnąłem po jego dłonie i splotłem nasze palce. Byłem od niego wyższy, dlatego mogłem przyglądać mu się z góry, co zresztą bardzo lubiłem robić. Przez moment lustrowałem jego anielską twarzyczkę, po czym nachyliłem się nad nim i złożyłem na jego ustach gorący pocałunek.
Przyciągnąłem go do siebie i objąłem w pasie. Chłopak nie pozostawał mi dłużny i objął mnie za szyję, jednocześnie jedną nogę zakładając na moje biodro. Przesunąłem dłonią po jego udzie, aż do pośladka. Gitarzysta zachichotał.
- Mogłeś zadzwonić, że już jedziesz. Nie zdążyłem nic przygotować…
- Nic nie musisz przygotowywać – przerwałem mu.
Daichi uśmiechnął się pięknie i ponownie złączył nasze usta. Przesunąłem językiem po jego wargach, a on uchylił je w zapraszającym geście, z czego skorzystałem z wielką chęcią. Kochanek nie walczył ze mną o dominację; od razu poddał mi się. Pozwalał mi pieścić swoje podniebienie z pasją. Naprzemiennie zaciskałem i rozluźniałem dłoń na jego pośladku, przez co ukochany chichotał w krótkich przerwach między pocałunkami. Kiedy w końcu się od siebie odsunęliśmy nasze usta połączyła nasza zmieszana ślina, którą muzyk zlizał z wprawą i uśmiechem.
- No proszę… - zaśmiał się i wplótł palce w moje włosy. – A więc to dlatego tak się pospieszyłeś?
- Zatęskniłem… - pocałowałem go w czubek nosa.
- Więc rozumiem, że umilamy sobie dzisiaj wieczór? – spojrzał na mnie błyszczącymi oczami.
- Oczywiście – przytaknąłem.
Dai przytulił się do mnie mocno na moment, by zaraz odskoczyć i skierować swoje kroki… do kuchni. Zdziwiony jego zachowaniem podążyłem za nim. Myślałem, że albo przejdziemy do salonu, aby najpierw wypić wino i zacząć naszą zabawę od subtelniejszych pieszczot, albo od razu rzucimy się do sypialni, a tu… proszę, coś nowego.
Blondyn podszedł do zamrażarki i otworzył ją, by zaraz… wyjąć z niej litrowe opakowanie lodów.
- Aa… - zająknąłem się. – To… Ach, tobie chodziło o takie lody? – wydusiłem z siebie.
- No tak – gitarzysta spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. – Myślałem, że po pracy będziesz miał ochotę spędzić ze mną wspólnie czas przy jakimś dobrym filmie i winie. Uznałem, że lody też będą niezłym pomysłem, więc… a właściwie to niby o co innego mogłoby chodzić? – odwrócił się w moją stronę. Po mojej minie zorientował się, o czym pomyślałem, dlatego zaraz zarumienił się i utkwił spojrzenie w podłodze. – H-Hiro… No… No wiesz… - wydusił z siebie zażenowany.
Dobra, więc w tej kwestii jednak nic się nie zmieniło.
Podszedłem do niego i położyłem dłoń na jego biodrze. Muzyk był nieco sztywny, tak jak zwykle, kiedy zaczynaliśmy w jakikolwiek sposób rozmawiać na tematy związane z przyjemnościami cielesnymi. Drugą ręką sięgnąłem jego podbródka i ująłem go w dwa palce, zmuszając go tym samym, aby na mnie spojrzał.
- Jasne, twój pomysł był bardzo dobry… - nachyliłem się nad nim. – Jednak przyznasz, że mój też nie należy do najgorszych, prawda? – szepnąłem uwodzicielsko i pociągnąłem za pas, którym przewiązane było kimono, a ten z łatwością rozwiązał się.
Zsunąłem materiał z ramion chłopaka. Delikatne ubranie bezwładnie upadło na ziemię, a Daichi stanął przede mną całkiem nagi. Znów utkwił spojrzenie w podłodze. Muszę przyznać, że ta jego początkowa nieśmiałość pociągała i podniecała mnie.
Przesunąłem po jego biodrze, aby następnie skierować dłoń na jego krocze. Musnąłem opuszkami palców jego penisa, przez co przeszły go dreszcze podniecenia. Z jego ust wyrwało się ciche westchnienie. Niepewnie podniósł głowę i spojrzał na mnie wciąż oblany rumieńcami. Przysunąłem się do niego jeszcze bardziej i złączyłem nasze wargi w namiętnym pocałunku, jednocześnie biorąc w dłoń całe jego przyrodzenie. Zacząłem przesuwać nią, miarowo przyspieszając ruchy. W pewnym momencie muzyk nie był już w stanie oddawać moich pocałunków i jedynie pojękiwał głośno, wyginając się w moją stronę rozkosznie. Dłońmi chwycił się kuchennego blatu i wypchnął biodra w moją stronę. Z uśmiechem na ustach wsłuchiwałem się w kolejne słodkie odgłosy, które wydobywały się niekontrolowanie z jego gardła.
- Och, Hiro! Proszę cię… Ach! Prze… Przestań… Ja zaraz…! – udało mu się wydusić między kolejnymi jęknięciami.
Czując, że w rzeczywistości niewiele mu już potrzeba, aby osiągnąć spełnienie zaprzestałem wykonywanej czynności. Uklęknąłem naprzeciw niego i opierając dłonie na jego biodrach, wziąłem go do ust. Zacząłem ssać i lizać, nadając jego ulubione tempo. Z czasem zacząłem także delikatnie go gryźć, co przelało czarę rozkoszy i zakończyło się słonawą, białą cieczą w moich ustach. Przełknąłem wszystko i oblizałem się wulgarnie, ponownie windując do pozycji stojącej.
- Więc jak? Umilimy sobie ten wieczór? – zapytałem zadziornie z błyskiem w oku.
- Tak… proszę – westchnął i objął mnie za szyję, przylegając do mnie całym ciałem.
Chwyciłem go za pośladki, a następnie podniosłem, by zanieść do sypialni. Rzuciłem go na łóżko, a następnie zawisłem nad nim, całując; tym razem bardziej agresywnie. Blondyn wsunął dłonie pod moją bluzkę, podwijając ją i dotykając mojego brzucha oraz podbrzusza. Pomogłem mu pozbawić mnie tej zbędnej części garderoby. Usiadłem na jego biodrach i zacząłem się o niego ocierać, a gitarzysta wciąż błądził dłońmi po moim brzuchu. Przesuwał długimi, smukłymi palcami wzdłuż widocznie zarysowanych mięśni (Hiro ma kaloryferek ^^ od aut.). Ponownie przylgnąłem ustami do kochanka, tym razem jednak skupiłem się na jego szyi. Obsypywałem pocałunkami jego delikatną skórę, a tuż nad prawym obojczykiem potraktowałem ją zębami, zostawiając na niej dużych rozmiarów malinkę. W tym czasie Dai nie próżnował i dobrał się do moich spodni. Rozpiął rozporek i dotykał mojego krocza przez materiał bokserek, w których aktualnie miałem o wiele za mało miejsca.
Przesunąłem językiem po jego mostku. Zająłem się lewym sutkiem, którego objąłem ustami i drażniłem językiem, a drugi podszczypywałem dłonią. Mój ukochany pojękiwał rozkosznie i stymulował mnie coraz mocniej. Czułem, jak jego męskość ociera się o moje podbrzusze, co dodatkowo mnie pobudzało.
W końcu chłopak pozbawił mnie spodni, a ja w „podziękowaniu” na moment przeniosłem usta na jego prawy sutek, który lekko podgryzałem. Kiedy już znudziła mi się ta zabawa, zsunąłem się niżej, całując jego brzuch. Wsunąłem język do jego pępka, celowo zahaczając o kolczyk i delikatnie za niego ciągnąc. Daichi wsunął dłoń pod materiał bielizny i robił co tylko mógł, aby odwdzięczyć mi się, co szło mu wyśmienicie. Od czasu do czasu, kiedy również z mojego gardła wydał się jakiś nieartykułowany dźwięk owiewałem jego skórę gorącym oddechem.
W pewnym momencie kochanek zamienił nas miejscami. Teraz to ja znajdywałem się na dole. Zdjął ze mnie ostatnią część garderoby, po czym spojrzał z zadowoleniem na efekty swojej pracy. Odgarnął długie włosy na plecy i patrząc mi wyzywająco w oczy nachylił się nad moim penisem, aby wciąż go do ust. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, kiedy poczułem język na mojej męskości. Dai przesuwał nim po całej długości prącia ze szczególną uwagą skupiając się na żołędziu, aby doprowadzić mnie na skraj wytrzymałości. Ssał, lizał, gryzł… Wiedział doskonale, co sprawia mi najwięcej przyjemności. Dodatkowo stymulował moje jądra dłonią, dzięki czemu szybciej osiągnąłem spełnienie. Jęknąłem głośno, odrzucając głowę do tyłu w nieopisanej rozkoszy. Chłopak nie przełknął od razu wszystkiego tylko wsunął palec do ust, zanurzając go w mojej spermie. Przesunął nim przez całą swoją klatkę piersiową oraz brzuch kończąc na własnym przyrodzeniu. Jego ciało znaczyła teraz długa, nierówna linia. Dopiero teraz połknął resztę mojego nasienia i uśmiechnął się uroczo. Zagryzł wargę, a ja zrozumiałem o co mu chodziło. Ponownie zamieniliśmy się miejscami. Znów zawisłem nad nim i przesuwałem językiem po jego ciele, zlizując z niego własną spermę. Pamiętam, że początkowo, kiedy dopiero zaczęliśmy uprawiać seks i nie znaliśmy jeszcze swoich gustów aż tak dobrze, miałem, co do tego pewne opory, jednak z czasem, kiedy zorientowałem się, że blondyna bardzo podnieca to, kiedy zlizuję własne nasienie, przyzwyczaiłem się do tego. Miał taki nieco dziwny fetysz…
Zadowolony blondyn wplótł palce w moje włosy i znów zaczął pojękiwać głośniej, kiedy zbliżałem się do jego podbrzusza. Niekontrolowanie zaczął poruszać biodrami, co znaczyło, że był bardzo napalony. Zaśmiałem się pod nosem i dokończyłem „pracę”, którą mi „zadał”, a dopiero potem przeszedłem do nagradzania go kolejnymi pieszczotami.
Uniosłem jego nogi i rozsunąłem je. Nachyliłem się nad jego pośladkami i polizałem je. Uwielbiał to. Przez dłuższą chwilę droczyłem się z nim, jednak w końcu postanowiłem mu dać to, czego chciał – wsunąłem w niego język. Daichi krzyknął donośnie:
- OH, HIRO! TAAAK!...
Pieściłem go w ten sposób do czasu, kiedy zorientowałem się, że ukochany znów jest na skraju wytrzymałości. Tym razem jednak postanowiłem nie dać mu tej przyjemności i nie pozwolić mu dojść od razu. Odsunąłem się, na co on jęknął nieco zawiedziony.
- Kocham cię… - szepnąłem, podgryzając jego ucho.
- Ja ciebie… AH!... też… Nnn! – mruknął, kiedy zacząłem ocierać się o niego. Następnie zsunąłem się nieco i zacząłem delikatnie napierać erekcją na jego wejście. Muzyk prężył się, wzdychał i jęczał, wił się z rozkoszy i skomlał cicho, błagając o więcej… Doprawdy, rozkoszny widok.
W końcu postanowiłem się nad nim zlitować, gdyż sam już traciłem nad sobą kontrolę. Sięgnąłem do szafki nocnej, w której szufladzie znajdował się lubrykant. Wziąłem buteleczkę z pachnącym żelem, a następnie wylałem jego odpowiednią ilość na palce. Rozprowadziłem na nich lepką substancję, po czym zacząłem drażnić blondyna jednym z nawilżonych palców. Spiął się nieco, jednak moje usta zamykające się na jednym z jego sutków ponownie pomogły mu się rozluźnić. Powoli wsuwałem w niego palec. Dai wydawał z siebie urywane westchnięcia i rozkładał przede mną szerzej nogi, jakby to mogło sprawić, że mógłbym sięgnąć w nim głębiej. Zacząłem poruszać palcem naprzemiennie w przód i tył, przygotowując go. Po pewnym czasie dodałem także drugi palec, przy czym kochanek zaczął ponownie pojękiwać, a przy trzecim skomlał błagalnie odchylając głowę do tyłu oraz poruszał biodrami. Objął mnie rękami za szyję i nogami w pasie. Od czasu do czasu czułem, jak wbija paznokcie w moją skórę, jednak nie robił mi przy tym krzywdy.
Kiedy uznałem, że jest wystarczająco przygotowany nawilżyłem także swoją męskość i powoli zacząłem w niego wchodzić. Ukochany zamknął oczy i ściągnął nieznacznie brwi oraz zagryzł spierzchnięte usta. Mimo iż już nie raz się kochaliśmy zawsze starałem się być dla niego delikatny na początku, gdyż zdawałem sobie sprawę, że wiąże się to z pewną dozą bólu. Gdy wszedłem w niego do końca, chłopaka przeszły dreszcze rozkoszy. Wydał z siebie głośny jęk, po czym przyciągnął mnie do siebie mocno i złączył nasze usta w gorącym pocałunku. Zacząłem wykonywać w nim pierwsze, powolne ruchy. Nasze języki splotły się w erotycznym tańcu, podobnie jak nasze ciała; mimo to sypialnię wciąż wypełniały nasze urywane odgłosy przyjemności. Z czasem moje pchnięcia zyskiwały na sile oraz szybkości, co nieubłaganie przybliżało oboje z nas do kolejnego orgazmu tej nocy. Nasze ciała były rozgrzane do granic możliwości; ukrop był nie do wytrzymania, jednak rozkosz, która przy tym nam towarzyszyła oraz nieopisane, fantastyczne uczucie zbliżającego się spełnienia nie pozwalało nam przestać. Dai krzyczał coraz głośniej popędzając mnie, to znów prosząc, abym wszedł w niego mocniej, głębiej – starannie wypełniałem każde z jego życzeń.
Pierwszy doszedł on, brudząc przy tym nasze brzuchy. Ja osiągnąłem spełnienie chwilę później, rozlewając się w jego gorącym i ciasnym wnętrzu. Z ociąganiem wyszedłem z niego i opadłem na miejsce obok ukochanego. Przez moment leżeliśmy regulując oddechy i zawrotnie szybko bijące serca, których ogłuszające łomotanie odbijało się echem gdzieś w naszych czaszkach – po tym blondyn przysunął się do mnie i ułożył głowę na moim torsie. Jego gorący oddech torturował moją rozpaloną skórę. W końcu gitarzysta podniósł się na łokciach i sięgnął moich ust, całując je krótko.
- Tak… - mruknął. – Miałeś naprawdę dobry pomysł z tymi „lodami” – zaśmiał się i umościł się na moich biodrach. – Naprawdę dobry… - oblizał seksownie wargi.
- Pozwolisz, że na razie twój plan odłożymy na później – uśmiechnąłem się.
- Przecież nie protestuję – odpowiedział mi tym samym gestem. – Tym, o czym ja myślałem możemy zająć się rano, a teraz… - zaczął ocierać się o mnie, aby ponownie mnie pobudzić; na efekty nie trzeba było długo czekać. – Chyba nie myślałeś, że to już koniec? – uśmiechnął się figlarnie.
- Ależ oczywiście, że nie – odparłem rozbawiony.
Tak jak już wspomniałem wcześniej nasze stosunki potrafiły w porywach trwać do kilku godzin, więc nie było nawet mowy o tym, aby muzyk zadowolił się tak krótką zabawą. Z zadowoleniem obserwowałem, jak chłopak wsuwa w siebie mojego penisa, a następnie zaczyna unosić biodra w górę i w dół przynosząc tym samym sobie oraz mnie rozkosz. Lubiłem, kiedy budziła się w nim ta perwersyjna strona… jednak lubiłem także tą jego wręcz chorobliwą nieśmiałość… lubiłem także to, że potrafił niemalże z prędkością światła zmieniać humory – lubiłem w nim to wszystko, gdyż to właśnie to sprawiało, że był sobą; tą słodką i niezastąpioną osobą, którą kochałem.
…kochałem ponad życie.

Dorośnij! cz.2


Wybaczcie, moje miłe, za taką zwłokę w czasie... Szczerze powiedziawszy to napisałam tę część już bardzo dawno temu, jednak nie wstawiałam, bo... no właśnie sama nie wiem dlaczego.
Jeśli czekacie na cokolwiek to proszę, piszcie do mnie na maila lub w komentarzach, gdyż bez żadnej motywacji z waszej strony możecie sobie nieco poczekać na niektóre opowiadania... To nie tak, że nie mam weny albo znów strzeliłam focha - co to to nie. Wyszło tak raczej... samoistnie. Prowadząc bloga już kolejny rok z rzędu zaobserwowałam, że mój okres "płodny" na pisanie yaoi to jesień/zima, podczas gdy na wiosnę odzywa się we mnie instynkt mordercy i wypisuję jedynie jakieś brutalne opowiastki, w których leją się tony czerwonej farby i ketchupu... no a w lato nic mi się nie chce; no chyba, że czytać wypociny kogoś innego. Taka kolej rzeczy, można by powiedzieć. Wraz z wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, ja mam ochotę to wszystko zamordować i chyba właśnie o tym będzie następny fick xD

Endżoj!
„Dorośnij!” cz.2


- Maya – zacząłem, a głos mi zadrżał – powiedz mi szczerze; chcesz wrócić do domu czy zostać ze mną? – zapytałem.

Chłopiec spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. Przez moment stał jak wmurowany w podłoże, przez co, przyznam się otwarcie, zląkłem się. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy chłopiec w wieku mniej więcej siedmiu-ośmiu lat stoi bez ruchu i gapi się na ciebie oczami wielkimi jak spodki i błyszczącymi niczym dwie szklane kulki. W końcu zamrugał, a zaraz potem przytulił się do moich nóg. Rozpaczliwie wczepił palce w moje jeansy, jakby ktoś chciał go siłą ode mnie odciągnąć i zaszlochał.
- Aiji! – zawył. – Ja cię tak bardzo przepraszam! Obiecuję, że już więcej nie będę robić kakao, tylko mnie nie zostawiaj!
Teraz z kolei zamurowało mnie. Zamrugałem kilkakrotnie totalnie zdezorientowany. Potrzebowałem chwili, żeby zrozumieć myślenie dziecka, a kiedy już mi się to udało ledwo powstrzymałem się od uderzenia się otwartą dłonią w czoło – i to wcale nie z powodu kierunku, w którym wybiegły myśli malca, a mojej głupoty. Zapomniałem, że mini-Maya tak naprawdę nie wie, po co go tutaj przywiozłem. Powinienem był mu wszystko wcześniej wyjaśnić, żeby się nie bał. Teraz zapewne myślał, że już po raz drugi podczas niecałych dwudziestu czterech godzin, które był pod moją opieką, próbowałem się go pozbyć… no i po raz drugi doprowadziłem go do płaczu. Jestem fatalną niańką…
- Maya – odezwałem się delikatnie i odsunąłem od siebie blondynka, by móc przy nim kucnąć, a następnie przytulić go. Chłopiec ukrył twarz w zagłębieniu mojej szyi i pochlipywał od czasu do czasu – to nie ma nic wspólnego z twoim porannym urzędowaniem przy kuchence – uśmiechnąłem się, kiedy dziecko spojrzało na mnie zdziwione. – Polubiłem cię, ale prawda jest taka, że nie możesz u mnie zostać. Musisz wrócić do domu – starałem się mówić spokojnie, jednak głos co jakiś czas drżał mi zdradziecko.
- Ale ja nie wiem, gdzie on jest!
- Właśnie dlatego przyjechaliśmy na komisariat. Panowie policjanci na pewno pomogą nam go odnaleźć – próbowałem uśmiechnąć się zachęcająco, jednak z jego miny wyczytałem, że niekoniecznie mi się to udało.
- Nie chcę! – zacietrzewił się. – Nie chcę! Nie chcę! – tupnął ze złości nogą. – Chcę zostać z tobą, Aiji! – spojrzał na mnie błagalnie, a mnie zmiękło serce.
Gdzieś tam wgłębi mojego umysłu ta samolubna, niemyśląca racjonalnie część mnie skakała z radości z powodu, że mini-Maya chciał zostać ze mną, jednak tę radość tonizował racjonalizm i moralne wyrzuty sumienia. Oczami wyobraźni widziałem siebie, jako rodzica, któremu zaginęło dziecko… Prawdopodobnie oszalałbym z niepokoju! Ale… z drugiej strony, jeśli chłopiec nie chciał wracać do swojego domu to znaczyło, że działo się tam coś złego albo po prostu go nie miał i uciekł z sierocińca. I znów te same rozterki… Dlaczego czułem się do niego tak bardzo przywiązany?

***

Rzecz jasna nawet nie przekroczyliśmy progu komisariatu. Zawróciliśmy się do auta, a następnie dojechaliśmy do studia. Po krótkiej wymianie zdań z recepcjonistką, której imienia wciąż nie pamiętałem, dowiedziałem się, że Maya jeszcze się nie pojawił. Wciąż zamierzał bawić się w tę idiotyczną grę? Niech będzie i tak…
Spojrzałem na malucha, który siedział naprzeciw mnie i beztrosko bawił się frytkami niczym samochodzikami, które następnie zanurzał w ketchupie i kreślił nimi zmyślne czerwone wzory na talerzu. Przesiadywaliśmy w studyjnej kafejce, gdyż obaj zgłodnieliśmy z tej racji, że nie było czasu na przyrządzanie i zjedzenie śniadania. Nie byłem zwolennikiem fast-food’ów, ale cóż… powiedzmy, że był to taki jednorazowy wypadek. Uważałem, że dziecko należało karmić czymś bardziej wartościowym i odżywczym niż mięsem, które w istocie mięsem nie było i tym podobnymi rzeczami, jednak zrozumiałem, że to nie zawsze jest takie proste zadanie, jak mogłoby się wydawać. Fast food nie był drogi i jak sama nazwa wskazuje, nie czekało się na niego długo, dlatego będąc na mieście rodzice często faszerowali właśnie tym swoje dzieci – powoli zaczynałem widzieć w tym jakąś, może niezbyt mądrą, ale zawsze, logikę; było to po prostu wygodne. Po głębszym zastanowieniu doszedłem także do wniosku, że z opisów, jakie podał mi wokalista, jego matka była bardzo wygodnicka stąd chłopak miał takie, a nie inne nawyki żywieniowe… Postanowiłem, iż jeśli mam się jakkolwiek przyczynić do dalszego rozwoju i nauki mini-Mayi to z pewnością zacznę od wyeliminowania tego, co tak denerwowało mnie w prawdziwym Mayi, a co jednakowo nie było jego bezpośrednią winą, a błędnym wychowaniem.
Opierałem głowę na dłoni i nerwowo przygryzałem paznokieć, który w końcu pękł. Mini-Mayi powiedziałem, że odłożymy wizytę na komisariacie na później, a sam teraz próbowałem rozgryźć, co w moich ustach mogło znaczyć słowo „później”. Za dwie godziny? Dwa dni? Tygodnie? Nigdy?
Zastanawiało mnie również, co się stanie, kiedy sprawa zaginionego dziecka zostanie nagłośniona, jego zdjęcia pojawią się niemalże wszędzie i ktoś w końcu zauważy, że maluch był cały czas przy mnie. Zapewne wytoczą mi proces o utrudnianie śledztwa… a może nawet posądzą mnie o porwanie? Media zapewne jak zwykle przerysują sprawę i wyjdę na pedofila albo sadystę! Zamkną mnie w więzieniu? Byłem rozdarty… Nie chciałem mieć kłopotów, ale nie chciałem również oddawać malca. W co ja się wpakowałem?...
Poprawka: W co mnie Maya wpakował?!
Westchnąłem ciężko. Zapewne wynajdywałbym kolejne czarne scenariusze, gdyby ktoś nie dosiadł się do stolika, przy którym urzędowałem wraz z blondynkiem. Mini-Maya spojrzał nieufnie na recepcjonistkę, która postawiła przede mną papierowy kubek z kawą.
- Nie przeszkadzam? – uśmiechnęła się będąc pewną, że to pytanie jest jedynie pytaniem retorycznym.
Szczerze powiedziawszy to miałem ochotę warknąć: „Wypierdalaj!”, ale ostatkami sił powstrzymałem się i zmusiłem do uśmiechu. Serio, co w takich typowo „dziewczęcych” zachowaniach jest słodkiego czy pociągającego dla innych mężczyzn? Mnie tam to irytowało…
- Nie – odparłem głosem wypranym ze wszelkich emocji.
- Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o tym, że umówiliśmy się na kawę? – pogłębiła uśmiech.
„Och, oczywiście, że nie zapomniałem. Miałem to na liście najważniejszych rzeczy do zapamiętania razem z takimi sprawami, jak oddanie znalezionego dziecka na komisariat i włączenie racjonalnego myślenia, które od pewnego czasu szwankuje u mnie.” – przeszło mi przez myśl, jednak znów wypowiedziałem coś zupełnie innego:
- Oczywiście, że nie.
Chłopiec przysunął się do mnie wraz z krzesłem, nie odrywając wzroku od recepcjonistki. Po chwili zauważyłem, że zaczął pakować mi się na kolana.
- Co jest? – zapytałem malca, który już wygodnie umościł się na moich nogach, siedząc przodem do mnie, a tyłem do kobiety. Oparł głowę na moim torsie i objął mnie w taki sposób, jakby chciał pokazać, że należę jedynie do niego.
- Nie lubię jej – powiedział głośno, tak, że recepcjonistka z pewnością również to usłyszała. – Ona jest niedobra – burknął. – Chcę do domu.
Momentalnie rozpromieniłem się. Stłumiłem uśmiech i posłałem kobiecie przepraszające spojrzenie, po czym wstałem biorąc blondynka na ręce. Zostawiłem i tak przesłodzoną kawę na blacie stolika i skierowałem się w stronę wyjścia. Byłem pewien, że młody pokazał jej język, kiedy myślał, że nie patrzyłem.
Kiedy znaleźliśmy się już w głównym holu, z którego byłem pewien, że kobieta mnie nie usłyszy, roześmiałem się niemalże triumfalnie. Cmoknąłem chłopca w skroń, po czym postawiłem go na podłodze i wziąłem go za rękę.
- Uratowałeś mi życie, mały – pogłaskałem go po głowie uśmiechając się radośnie. Maluch odpowiedział mi równie promiennym uśmiechem, w którym pięknie zaprezentował brak górnej prawej jedynki. Zdziwiłem się. – Wypadł ci ząb – zauważyłem. Mini-Maya przesunął językiem po nagim dziąśle w miejscu, w którym powinien znajdować się siekacz. Spojrzał na mnie wystraszony, na co ja jedynie zachichotałem. – Spokojnie, wyrośnie ci nowy – zapewniłem.
Rozbawiła mnie myśl o tym, że najwyraźniej dzisiejszego wieczoru będę musiał zabawić się we wróżkę-zębuszkę.
Jako że Mayi nie było, to wychodziło na to, że nie miałem zbyt wiele do roboty w studiu. Wyszedłem wraz z chłopcem z budynku i skierowaliśmy się na parking. Zamierzałem wrócić do domu z maluchem, tak jak ten sobie tego życzył, jednak moją uwagę przykuł sklep z ubraniami i innymi artykułami dziecięcymi, który mieścił się dokładnie naprzeciwko. Obkupiłem w nim blondynka – w końcu nie mógł przez cały czas chodzić w tych za dużych ubraniach wokalisty! Oprócz ubranek na co dzień kupiłem mu także dwie piżamy, a po dłuższym zastanowieniu zdecydowałem się nawet na zakup tego nieszczęsnego fotelika samochodowego, co było jednoznaczne z tym, że użyty przeze mnie termin „później” naprawdę rozciągnie się w czasie…
Uparłem się, że mini-Maya musi wszystko przymierzyć, więc po niezliczonych przebierankach chłopiec był zmęczony i znudzony. Z wielką ulgą przyjął wiadomość o powrocie do domu. Już podczas jazdy powrotnej ziewał i przecierał piąstkami oczy, jednak tym razem udało mu się nie zasnąć. W mieszkaniu od razu przebrał się w piżamę, w czym oczywiście trochę mu pomogłem. Następnie chłopiec rozsiadł się wygodnie w salonie na kanapie z miseczką ryżu w dłoni i oglądał pierwszy lepszy odcinek anime, który mu włączyłem w telewizji. Wyglądał rozkosznie, kiedy był niemalże nieprzytomny ze zmęczenia w żółtej piżamce z pikatchu na bluzce i mniejszymi zwielokrotnionymi podobiznami pokemona na spodenkach z nosem niemalże w jedzeniu. Uśmiechnąłem się do siebie, przysiadając się do niego. Chłopiec oparł głowę o moje ramię, a po chwili podniósł na mnie wzrok.
- Ona już nie przyjdzie, prawda? – zapytał.
- Kto? – w pierwszej chwili nie zrozumiałem, o kogo mu chodziło.
- No ONA – zaznaczył.
- Ach… - domyśliłem się, że chodziło o recepcjonistkę. – Nie. Ona już nie przyjdzie – pogłaskałem go po plecach. Malec uśmiechnął się delikatnie.
- Nie zostawisz mnie i nie pójdziesz sobie z nią, prawda Aiji? – upewnił się.
- Ależ oczywiście, że nie. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? – zdziwiłem się. W odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.
- Jesteś tylko mój, tak?
Zaciąłem się. Spoglądał na mnie tak rozbrajająco i szczerze… W jego dużych, błyszczących oczach widziałem potrzebę bliskości i zapewnienia o nim. Uśmiechnąłem się do niego ciepło i powoli skinąłem głową.
- Owszem. Jestem tylko twój – przytaknąłem.
Chłopiec uśmiechnął się błogo, po czym zamknął powieki, które od dłuższego czasu ciążyły mu. Rączka, w której trzymał miseczkę z ryżem przechyliła się, przez co kilka białych ziarenek rozsypało się. Wyjąłem z jego bezwładnej dłoni naczynie i odstawiłem je na stolik mieszczący się przed sofą. Wziąłem go na ręce, trzymając pod plecami i ugiętymi kolanami. Delikatnie i ostrożnie przeniosłem go do sypialni, gdzie ułożyłem go na łóżku i szczelnie przykryłem kołdrą.  Zasłoniłem okna, po czym wyszedłem. Nie zamknąłem za sobą drzwi, a jedynie je przymknąłem, aby w razie czego usłyszeć, gdyby zaczął płakać lub obudził się. Spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie – było ledwo po siedemnastej. Ech, jeśli teraz się wyśpi z pewnością później nie da mi spokoju w nocy… Westchnąłem.
Wróciłem do salonu i sam zacząłem oglądać anime, które aktualnie było nadawane. Po chwili przypomniało mi się o moim dzisiejszym zadaniu i zacząłem szukać po kieszeniach jakiś drobnych…

***

Nie jestem w stanie opisać tego, jak maluch się cieszył po znalezieniu kilku drobnych banknotów pod poduszką. Skakał po materacu i śmiał się w głos; stał się kłębkiem szczęścia, a ja czułem się wspaniale móc oglądać go w takim stanie.
Chłopiec wypytywał mnie o wróżkę-zębuszkę przez dobre półtorej godziny, jednak tym, co najbardziej zapadło mi w pamięci i rozbawiło mnie, było pytanie o jej stan majątkowy.
- A wróżka-zębuszka to musi być bogata, nie? – zagadnął.
- Dlaczego tak uważasz? Przecież nie dała ci jakiejś wielkiej fortuny…
- No niby tak, ale przecież dzieci na całym świecie jest mnóstwo! No i sam powiedziałeś, że każdy człowiek ma trzydzieści sześć zębów i kiedy jest mały to mu wypadają; to znaczy, że wróżka-zębuszka musi przyjść do każdego człowieka trzydzieści sześć razy w ciągu jego życia i dać mu pieniążki. Nawet jeśli wróżka nie daje jakiejś ogromnej fortuny, to jednak jeśli weźmie się pod uwagę to, ile jest dzieci na świecie i ilość razy, jakie musi odwiedzić każde z nich to wychodzi na to, że musiałaby być jakąś miliarderką! – wydedukował, a mnie opadła szczęka. Siedmioletnie dziecko właśnie strzeliło mi czysto ekonomiczny rachunek…
- Wiesz… Myślę, że na świecie jest więcej wróżek-zębuszek niż tylko jedna – odparłem wymijająco.
- To taka organizacja? Coś jak policja? Albo bardziej urząd skarbowy? – zdziwiło mnie, że w ogóle dziecko zna takie słownictwo, jak urząd skarbowy…
- Nie – mruknąłem zmieszany. Szczerze powiedziawszy to już nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć… - To raczej tak, że jedna wróżka przypada na jeden kraj – palnąłem.
- Tak? – zasępił się. – Ale to i tak musi być bogata – wzruszył ramionami. – No i szybka! – spojrzałem na niego wyczekująco, a blondynek zaraz kontynuował wypowiedź. – No bo przecież może się zdarzyć, że dwojgu dzieci wypadnie ząb w tym samym momencie albo chwilę później, prawda? A jak to jedno dziecko będzie na w Tokio, a drugie w Osace? – zainteresował się. – Aiji, co wtedy zrobi wróżka-zębuszka? - zasępiłem się. Przez dość długą chwilę milczałem, szukając jakiejś odpowiedzi, która ucięłaby temat. – Aiji? – ponaglał mnie mini-Maya.
- Wróżka-zębuszka pożyczyła sobie turbo-renifery od Świętego Mikołaja…
- A co zrobi Mikołaj, jak dziecku wypadzie ząb w Święta? – dociekał. – Zresztą reniferów w zaprzęgu Mikołaja było dwanaście, a krajów na świecie jest więcej, więc i wróżek jest więcej i…
- Maya – jęknąłem – proszę cię, skończ. Nie wiem, co zrobi ani wróżka-zębuszka, ani Święty Mikołaj w takich wypadkach – poddałem się. – Czy ja ci wyglądam na którekolwiek z nich?
- No nie…
- No widzisz – rozłożyłem ręce. – Nie wiem, co zrobi Mikołaj czy wróżka, ale wiem za to, co zrobię ja.
- Co? – zaciekawił się. – Mogę iść z tobą? – dodał od razu.
- Zrobię kolację – wyciągnąłem dłoń w jego stronę. – A ty mi pomożesz – uśmiechnąłem się, a mały odpowiedział mi tym samym.
Wdrażanie dziecka w tajniki gotowania zawsze uważałem za coś bardzo ważnego. Ponad to liczyłem, że w ten sposób odwiodę chłopca od śmieciowego żarcia. Niewykluczone także, że moje zabiegi w przyszłości poskutkują tym, iż mini-Maya nie stanie się nigdy taką ofermą w kuchni, jaką był prawdziwy Maya; a bynajmniej takie miałem nadzieje.

Closer to Ideal cz.7

Wybaczcie za taką zwłokę i przerwę w pisaniu, ale same wiecie jak to jest... Testy, szkoła, młodsze rodzeństwo i jakoś tak to samo wyszło. Poza tym mój szanowny Wen ukierunkował się w trochę innych (czyt. bardziej krwawych) klimatach (jednak nie mam tu na myśli sado-maso, a po prosu sceny walk ect.) i popycha mnie w kierunku rysowania niż pisania... także tego... Nie przedłużając już:
Endżoj!



„Closer to Ideal” cz.7

- Ty… - wymierzyłem oskarżycielsko palcem w stronę Zero, który rozsiadł się wygodniej na fotelu naprzeciw mnie. – Skąd, do kurwy nędzy, wytrzasnąłeś klucz do mojego mieszkania? – warknąłem.
- Wiesz, uważam, że robótki ręczne są całkiem fajne. Podczas długich zimowych wieczorów niektórzy robią na drutach, a ja ślęczę nad szlifierką kątową i…
- Jeśli zadaję konkretne pytanie, to oczekuję konkretnej odpowiedzi – syknąłem, przerywając mu.
- Nie, Hizu, nie zadałeś konkretnego pytania; zadałeś głupie pytanie. Ostatnio włamałem się do ciebie i musiałem płacić za wymianę zamka, więc tym razem postanowiłem nie przepłacać, zwinąć ci klucze i je sobie dorobić – wzruszył ramionami. – Nic prostszego – założył nogę na nogę.
- Czy ty masz jakieś skłonności przestępcze? – podniosłem jedną brew. – Najpierw jakieś kłamstwa i teatrzyki z Osamu, potem zacząłeś mnie nachodzić, włamałeś mi się do mieszkania, a teraz nawet kradniesz? – spojrzałem na niego karcąco.
- Oj tam, przesadzasz… - machnął lekceważąco ręką.
- A tak poza tym to nie przesiadujesz u mnie zbyt często? Przypominam, że to przez ciebie zostałem bezrobotnym, a obecnie czas, który powinienem przeznaczyć na poszukiwanie pracy marnuję na usilnych próbach wymazania śladów twojej egzystencji z mojego życia. Postanowiłem zacząć od bezceremonialnego wyrzucenia cię za drzwi, jednak za cholerę mocno trzymasz się tego podłokietnika… - cedziłem przez zęby.
- Och, chomiczek nie ma siły? – uśmiechnął się przesłodko. – Proponuję, żebyś zaczął jeść, to może w końcu będziesz w stanie poderwać mnie z fotela – poradził.
- A może czas się wziąć za odchudzanie tej grubej dupy? – warknąłem i kopnąłem go w kostkę. Basista syknął.
- Yoshi-chan, mówię poważnie…
- Nie nazywaj mnie tak – założyłem ręce na piersi i nachyliłem się nad nim w taki sposób, aby czuł się osaczony, a co za tym idzie, aby w końcu pojawiła się w nim samoistna chęć ucieczki z mojego domu. Niestety, odniosłem sromotną porażkę, gdyż Shimizu zdawał się być absolutnym ignorantem i ani znaki werbalne, ani niewerbalne nie mogły zmusić go, żeby ruszył się z miejsca. Westchnąłem ciężko.
Czułem, że pieką mnie policzki ze złości. Zapewne udusiłbym go własnymi rękami, gdyby nie to, że później nie miałbym, gdzie ukryć zwłok, nie wspominając już o tym, że Michi był ode mnie cięższy, a ja z pewnością nie miałbym siły, żeby gdziekolwiek zatachać jego truchło. Taa, cudownie… Od juta zaczynam chodzić na siłownię!
Z drugiej strony jednak interesowało mnie jego zachowanie. Czy był taki naprawdę, czy przywdziewał maskę, tak jak ja? W moich chwilach słabości stawał się zupełnie innym człowiekiem… Więc jaki jest naprawdę? Zdawało się, że ten chłopak zamiast uczuć posiadał rozbudowany i za cholerę skomplikowany układ chłodzący. Szczelnie zamknięty obieg ze sprężarkami powietrza, tak, i wszelkimi innymi ciekawymi elementami klimatyzującej machiny, której nawet ja – ja, który naprawia laptopa młotkiem, telewizor zabójczym spojrzeniem, radio groźbami, a telefon cebulą (nie pytajcie) – nie potrafiłem zrozumieć jej budowy, a co się z tym łączy, odwzorować jej i wszczepić ją we własne ciało. Chciałem się dowiedzieć, co tak naprawdę ten układ Zero studzi…
On się po prostu nie denerwował. Nie potrafiłem go rozwścieczyć, co oczywiście było równoznaczne z tym, że mój plan mający na celu złamanie szatyna, tak jak on to próbował uczynić ze mną, spalił na panewce. W moich wyobrażeniach wściekał się tak, że dostawał piany na pysku… A tu co? Michi siedział sobie wygodnie w moim salonie i czepiał się oparcia fotela z siłą wszystkich ramion ośmiornicy, tylko po to, żebym nie mógł go stąd wyrzucić… Nie działało na niego nic.
W przeciwieństwie do mnie. Kuźwa, on naprawdę robił mi wszystko na złość! Jakby nie mógł już usiąść na kanapie! Założę się, że specjalnie okupował fotel, gdyż doskonale wiedział, że to moje ulubione miejsce, na którym lubiłem przesiadywać i wymyślać kolejne sposoby pozbawienia życia muzyka. O tak, z pewnością to wiedział…
- Mogę chociażby poznać powód, dla którego spędzasz u mnie tyle czasu i nie chcesz się wynieść z mojego mieszkania? – zapytałem, odzyskując rezon.
- Cóż, skoro ostatniego ranka krzyczałeś jak spanikowana dziewica po tym, jak pozwoliłem sobie na niewinny żart, wnioskuję, że przechodzisz przez coś w rodzaju PMS, a w tak trudnym okresie lepiej nie zostawiać dziewcząt samych sobie, gdyż może się to skończyć depresją, hikikomori, a nawet próbą samookaleczenia czy samobójstwa, więc…
„Żart” – to pojedyncze słowo odbiło się w mojej czaszce. – „To, co mówił było… żartem..”. (jeśli nie pamiętacie, co powiedział Zero zapraszam do powtórki poprzedniego rozdziału :D od aut.) Poczułem, jakby ktoś próbował z moich trzewi wyciągnąć drut kolczasty… Nie ukrywam, zabolało.
- Jaja sobie znowu ze mnie robisz? – fuknąłem. – Jakim cudem niby miałbym dostać PMS, skoro jestem facetem? – prychnąłem.
- A kto cię tam wie? – wzruszył ramionami. – Skoro mogłeś zamknąć się w swoich ideałach do TAKIEGO stopnia, żeby doprowadzić się do TAKIEGO stanu – spojrzał na mnie wymownie – to równie dobrze mógłbyś udawać z takim samym powodzeniem mężczyznę – rozłożył ręce.
- Ha, ha – wywróciłem oczyma. – Pozwolę sobie przypomnieć, że spałeś ze mną… w jednym łóżku! – dodałem pospiesznie, żeby ta wypowiedź nie zabrzmiała dwuznacznie. - Czy zauważyłeś, żebym, na przykład, posiadał biust? – spojrzałem na niego z politowaniem.
- Te dziewczyny w dzisiejszych czasach potrafią być takie płaskie… - westchnął teatralnie.
- Nie wiem czy mam ci dziękować za komplement, gdyż poniekąd przyznałeś, że potrafię być naprawdę dobrym aktorem, czy wściekać się za to, że śmiesz podważać moją płeć – zmrużyłem groźnie oczy.
- Zastanów się nad tym, a ja tymczasem zmyję się już – spojrzał na zegarek na swoim przegubie. – Niedługo mam pociąg. Wkrótce wpadnie do ciebie Tsukasa i Karyu; chyba zżerają ich wyrzuty sumienia. Na razie!
I tyle, co go widziałem.
Doprawdy, co za dziwny z niego typ człowieka…

***

- Czego? – spojrzałem srogo na dwóch nowoprzybyłych muzyków, którzy nerwowo przestępowali z nogi na nogę w moim przedpokoju, przy czym wokół nich zdążyła utworzyć się już sporych rozmiarów kałuża. Woda ściekała strugami z ich przemoczonych ubrań; na dworze rozpętała się prawdziwa nawałnica dodając naszemu spotkaniu odpowiedniego charakteru.
„Jeszcze trochę, a mój dom stanie się miejscem spotkań publicznych…” – przeszło mi przez myśl.
- No bo my… - zaczął niepewnie Tsukasa. – Wiesz…
- My nic nie wiedzieliśmy o tym chorym planie Shimizu! – krzyknął Karyu, drżąc przy tym ze złości lub zimna… albo jednego i drugiego. – Nie masz się, co na nas złościć, Hiroshi, bo my nie wiedzieliśmy, że ten pieprzony Osamu to zwykły nieudacznik podstawiony przez Michiego, żeby zrobić ci na złość! – ciągnął z zaciętym wyrazem twarzy.
- I to tak mają wyglądać wasze przeprosiny? – prychnąłem, odwracając się na pięcie i oddalając w stronę salonu. – Jeden mruczy coś pod nosem – rzuciłem, mając na myśli Tsukasę – a drugi wrzeszczy, jakby chciał się ze mną bardziej pokłócić niż pogodzić – dodałem głosem wypranym z wszelkich emocji. – Szczerze powiedziawszy to myślałem, że rzucicie się na kolana błagając mnie o wybaczenie, trochę więcej dramatyzmu… a tu wyszło nieco jak na szkolnym przedstawieniu – odwróciłem się stojąc w progu pokoju w stronę rudego i szatyna, po czym uśmiechnąłem się cierpko.
- Yoshi-kun, rozumiem, że jesteś… cóż, rozczarowany naszym postępowaniem i rozgoryczony zachowaniem Zero, jednak nie licz, że będziemy ci tu urządzać jakieś szopki – skarcił mnie Kenji.
- Poza tym, chyba chcesz wrócić do zespołu, nie? – Matsumura spojrzał na mnie wyniośle, co spowodowało, że coś w mojej głowie nieprzyjemnie huknęło.
Był święcie przekonany, iż to, że pofatygowali się do mnie jest czystą formalnością… Czy myślał, że naprawdę od tak sobie wrócę i wszyscy udamy, że obecna sytuacja w ogóle nie miała miejsca? Naprawdę był tak głupi…?
- Ktoś w ogóle o tym wspomniał? – udałem zdziwienie.
- No… Skoro ty jesteś naszym „byłym” wokalistą, a jego miejsce właśnie się zwolniło to chyba logiczne, że…
- … że z powrotem mam je zająć? – dokończyłem zamiast gitarzysty.
- Tak – przytaknął niczym niezrażony.
- Ale ja nie pytam o to, Karyu. Nie zrozumiałeś mnie. Nie pytam o to, kto wspominał o moim „powrocie”, ale o tym, kto niby powiedział, że ja tego chcę – posłałem rudzielcowi przeszywające spojrzenie, pod którego naciskiem Yoshitaka cofnął się o dwa kroki.
- Więc… nie chcesz? – zdumiał się Tsu.
- Właśnie – kiwnąłem głową. – O to chodzi, że nie chcę.
- Daj spokój, Hizu! – Matsumura wywrócił oczyma. – Nie udawaj jakiejś pieprzonej księżniczki na ziarnku grochu! Atmosfera jest pod zdechłym kotem, rozumiem, że się na nas boczysz, foch z przytupem i te sprawy… ale serio, przecież jakąś robotę w końcu musisz znaleźć, nie? Zero mówił nam, że jak na razie siedzisz w domu i nic nie robisz, więc zrozumieliśmy twoją bierną postawę, jako sygnał, że czekasz, aż to my pierwsi wyciągniemy do ciebie rękę. Fakt, to my zawaliliśmy, dlatego to też my teraz przepraszamy. Więc jak, teraz już wróciła ci ochota grać z nami? – westchnąłem cierpiętniczo.
- Nie – odpowiedziałem twardo. – Wiesz, Karyu, zawsze byłem zdania, że człowiek nie powinien robić tego, czego nie chce. Przykładem może być nauczycielka, która kiedyś mnie uczyła historii; w pierwotnym zamyśle chciała zostać filologiem japońskim, ale przyczepili się do jej wymowy. Fakt, nieco sepleniła. Nie mając innego wyboru poszła na pokrewny wydział studiów; historię Japonii. I wiesz jak to się skończyło? Tak, że została grubą, wredną, starą panną, a właściwie to suką, której wszyscy nie znosili, a ona sama wiecznie była niezadowolona, bo robiła coś, czego nie lubiła. Nie chcę tak skończyć. Co prawda też już mam swoje lata, jestem wredny, wiele osób mnie nie „trawi” i, tak, potrafię być prawdziwym sukinsynem, ale przynajmniej nie jestem gruby. Jakoś nie widzi mi się, żebym miał przybrać na wadze… - prychnąłem rozbawiony.
Posłałem im ostatnie lekceważące spojrzenie, po czym zniknąłem im z pola widzenia w salonie, co miało oznaczać, że ich „audiencja” u mojej szanownej osoby dobiegła końca. Niestety Karyu nie zrozumiał tego niewerbalnego przekazu i z uporem maniaka trwał przy swoim.
- Hiroshi! – huknął, wchodząc do pokoju zaraz za mną. – Czy ciebie do reszty popierdoliło? Dobrze się czujesz? – ostentacyjnie go ignorując zgarnąłem książkę ze stolika do kawy, który stał przed kanapą i rozsiadłem się na sofie. Otworzyłem lekturę na stronie, na której uprzednio skończyłem i nie przejmując się jego słowami ani tym bardziej nie kwapiąc się o odpowiedź, zacząłem czytać. – Nie wiem, co ci się poprzestawiało pod tym deklem – zawisł nade mną i popukał mnie palcem w czoło – ale, do cholery, wróć do rzeczywistości, człowieku! Zamiast opowiadać jakże fascynujące historie ze swoich lat szkolnych, które nijak się do ciebie nie odnoszą w chwili obecnej, zepnij w końcu pośladki i bierz się do roboty! Piosenki same się nie napiszą, a płyta się sama nie nagra! Przedstawienie pod tytułem: „Mały, obrażony książę” już się skończyło! Nie udawaj, że nie wiesz, że w końcu musisz zacząć pracować, bo trzeba czymś zapłacić choćby za czynsz za mieszkanie, nie? – niechętnie podniosłem na niego wzrok.
- Z wykształcenia jestem informatykiem – odparłem, ale po jego minie zdążyłem się zorientować, że znów nie pojął, o co mi chodzi. Do takich ludzi jak Yoshitaka to trzeba prosto… - Nasz zespół nie jest wcale nie wiadomo jak popularny, więc i pensja nie jest zachwycająca, nie wspominając już o tym, że jest ona niepewna; wszystko zależy od sprzedaży płyt, biletów, gadżetów z logiem zespołu… Z tego, jak się zdążyłem już zorientować praca informatyka byłaby dla mnie lepszym źródłem dochodów. Ponad to zmiana pracy oznacza także zrezygnowanie z towarzystwa Shimizu, co bardzo jest mi na rękę. Jak widzisz, odrzucenie waszej nędznej oferty jest dla mnie dużo lepszym wyjściem niż jej przyjęcie.
- Żeby zostać informatykiem najpierw trzeba zostać przez kogoś zatrudnionym – syknął rozzłoszczony gitarzysta.
- Nieprawda – odparłem niewzruszony. – Mogę działać na własną rękę. Poza tym, nie oszukujmy się, kto w dzisiejszych czasach nie jest uzależniony przynajmniej w jakimś stopniu od komputerów? Duże firmy posiadające oddziały w różnych częściach kraju mają zatrudnionych po kilkanaście własnych informatyków. Myślisz, że problemem dla mnie będzie znalezienie pracy? Szczerze powiedziawszy to czekam właśnie na odpowiedź dwóch studiów graficznych, do których zgłosiłem się na miejsce grafika komputerowego.
- Hiroshi, myślisz, że naprawdę będziesz się spełniać jako grafik czy informatyk? – odezwał się w końcu Tsukasa, który stał w progu drzwi opierając się ramieniem o futrynę.
- Owszem – odparłem pewnie. – Technika i elektronika były moją pierwszą miłością; dopiero potem w moim życiu pojawiła się muzyka – wzruszyłem ramionami. – A teraz kończąc już mój wywód… - znów spojrzałem na Matsumurę, który wciąż wisiał nade mną i taksował mnie nienawistnym spojrzeniem. – Mam do ciebie jedną sprawę.
- Jaką? – zdziwił się rudzielec.
- Wyjdź z salonu i wróć na korytarz – muzyk zamrugał kilkakrotnie, nie wiedząc, o co mi chodzi, jednak w końcu wykonał moje polecenie z ociąganiem. – Drugie drzwi na lewo – poinstruowałem go dalej.
- To jest łazienka, Yoshida! – krzyknął.
- Brawo! Dotarłeś do celu! – klasnąłem w dłonie. – Teraz weź ten jakże skomplikowany wynalazek stojący w kącie po twojej prawej. Wiesz w ogóle do czego on służy?
- Chodzi ci o mop? – upewnił się.
- Tak, dokładnie tak.
- Po kiego chuja mam wziąć ten pieprzony mop?! – zirytował się.
- Teraz wróć do salonu i pozmywaj po sobie. Naniosłeś mi błota do mieszkania, wieśniaku… - odparłem, po czym znów skupiłem się na przerwanej lekturze, ignorując siarczyste przekleństwa gitarzysty i wymowne westchnięcie perkusisty.

***

- Spóźnię się! Cholera, spóźnię się! – mruczałem wściekle do siebie biegnąc, co sił w stronę wysokiego biurka, za którym siedziała pielęgniarka w ładnie skrojonym różowym kitlu.
Odetchnąłem dopiero, kiedy opadłem na krzesło w gabinecie. Pan Shinji, który był moim lekarzem prowadzącym od dwóch lat, spojrzał na mnie rozbawiony.
- Od kiedy to do pulmonologa przychodzi się zaraz po ukończeniu maratonu? – nadał swojemu nadal przyjaznemu głosowi nieco karcącego tonu.
- Przepraszam, ale nie chciałem się spóźnić i… - wydusiłem z siebie wciąż ciężko dysząc.
- No nic, spokojnie. Postaraj się uregulować oddech, dopiero potem będziemy mogli ponowić próbę na spirometrze – zasiadł na swoim obrotowym fotelu i wyciągnął ze stosu dokumentów wcześniej przyniesioną moją teczkę z historią choroby. – Wziąłeś ze sobą wyniki z ostatnich badań? – zapytał, a ja pacnąłem się ręką w czoło.
- Zapomniałem! – jęknąłem żałośnie. – Chociaż… Chwila, chyba kopie miały być dołączone do…
- Ach, no tak, są – stwierdził, otwierając teczkę. Wyjął zdjęcie rentgenowskie przedstawiające moje płuca i przyjrzał mu się dokładnie. Zmarszczył brwi, po czym sięgnął po starsze zdjęcie i porównał je. – Spójrz – odezwał się zaniepokojony. – Mimo iż nie palisz coraz większy odsetek pęcherzyków płucnych nie jest zdolny do przeprowadzania wymiany gazowej. Jesteś pewny, że nie przebywasz notorycznie w obecności osoby palącej? Wiesz doskonale, że bierny palacz cierpi jeszcze bardziej niż…
- Jestem tego absolutnie pewien – zaprzeczyłem jego słowom.
„Zero, co prawda, pali, jednak zdarzyło się tylko raz, żebym widział go z papierosem w moim mieszkaniu.” – przeszło mi przez myśl…
- Może powinieneś wyprowadzić się z centrum miasta; myślałeś o tym? Spaliny i smog…
- Ale ja lubię centrum – odparłem pospiesznie. Pan Shinji westchnął, kręcąc głową.
- Czy zauważyłeś jakieś zmiany w swoim stanie zdrowia? Pogarsza się? – dopytywał lekarz.
- Coraz częściej braknie mi oddechu… Nie mówię już, że podczas takich czynności jak bieganie, ale takich zwykłych, bez wysiłkowych… Ostatnio zdarzyło się, że zdenerwowałem się na znajomego i krzyknąłem na niego, przez co potem miałem wrażenie, jakby gardło mi się zaciskało i brakło mi tchu, żeby cokolwiek powiedzieć – wyznałem szczerze.
- Nie śpiewasz już, prawda?
- Tak, skończyłem z tym… - odpowiedziałem znacznie ciszej.
- Wiem, że ci ciężko, Hiroshi, ale dobrze zrobiłeś. Gdybyś nie przestał śpiewać mógłbyś w końcu stracić głos zupełnie. Znamy się już kilka ładnych lat, więc nie będę cię oszukiwać; nie jesteś chory na żadną konkretną chorobę, więc i nie da się tego wyleczyć. Cierpisz na typową przypadłość osób, które w swojej pracy bazują głównie na głosie; wokaliści, nauczyciele, seiyuu… takie osoby często muszą rezygnować ze swoich zawodów ze względu na zdrowie. Twoja niewydolność płuc się pogłębiła, a i słyszę zmiany w twoim głosie, nawet kiedy teraz zwyczajnie mówisz. Masz problemy z artykułowaniem, prawda?
- Tak – przytaknąłem niechętnie.
- Jeśli nie przestałbyś śpiewać te dolegliwości jedynie by się pogarszały. Nasze spotkania są jedynie kontrolami, bo jako takiej kuracji nie mogę ci zalecić. Musimy pozostać przy oszczędzaniu twojego głosu i inhalacjach – rozłożył bezradnie ręce, a ja pokiwałem głową na znak, że rozumiem.
Próba na spirometrze również nie wypadła zbyt pomyślnie – kolejne utwierdzenie w tym, że moje płuca są coraz mniej wydolne.
- Wiesz, że problemy z układem oddechowym stwarzają poważne zagrożenie dla życia, prawda? Jeśli dojdzie do niedotlenienia serca lub mózgu…
- Wiem – uciąłem.
- Ech, może to nie moja sprawa, ale wciąż będę ci powtarzał, że lepiej byłoby, gdybyś z kimś zamieszkał. Jeśli taka seria zasłabnięć i omdleń jak podczas twojej ostatniej trasy koncertowej powtórzy się i będziesz sam w mieszkaniu, a pomoc nie nadejdzie wystarczająco szybko, tym razem może nie skończyć się na utraceniu przytomności, a na…
- Wiem… - warknąłem posępnie.
- Dbaj o siebie i nie poświęcaj się dla kariery – uśmiechem próbował podnieść mnie na duchu, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że w tym momencie mało mogło mi to pomóc.
Po wizycie u lekarza drogę do domu przebyłem w żółwim tempie. Co i rusz wzdychałem, a jedyne na czym mogłem skupić wzrok to betonowe płyty, z których ułożony był chodnik oraz czubki moich butów.
Miałem dość.
Cholernie dość tego wszystkiego.
Leniwie przekręciłem klucz w zamku i wszedłem do mieszkania. Zrzuciłem buty i kurtkę, po czym udałem się do sypialni. Po dawce pesymistycznych informacji na temat mojego pogarszającego się stanu zdrowia byłem wykończony zarówno psychicznie jak i fizycznie. Miałem ochotę paść na materac i zasnąć z miejsca, jednak zamiast tego stanąłem jak wryty w progu pokoju i spojrzałem na pochmurne oblicze Shimizu, który siedział na środku łóżka. Po jego prawej stronie leżały oryginały wyników badań, które zapomniałem uprzednio ze sobą wziąć, a jakie zostawiłem w widocznym miejscu na blacie komody stojącej w przedpokoju tuż przy drzwiach wyjściowych, natomiast po jego lewej stronie stał biały inhalator, który zazwyczaj skrzętnie ukrywałem w czeluściach dolnej szuflady szafki nocnej, co utwierdziło mnie, że basista musiał zrobić przegląd w moich rzeczach.
- Więc mówisz, że NIE CHCESZ znów śpiewać, tak? – zapytał lodowatym tonem głosu. – Może CHCESZ o tym porozmawiać? – dobitnie akcentował odpowiednie słowa, aby jasno dać mi do zrozumienia, że zostałem zdemaskowany oraz postawiony przed faktem dokonanym. Michi westchnął ciężko, po czym wstał i podszedł do mnie. Ciekawsko przechylił głowę na bok i przyjrzał się mojemu zmęczonemu wyrazowi twarzy. – Powiedz mi, Hiroshi, ile jeszcze masek przede mną skrywasz? O jak wielu rzeczach jeszcze nie mam pojęcia?... Ale najważniejsze, po co, do kurwy nędzy, sam się tak katujesz?! – krzyknął. Poczułem się wyczerpany. Spuściłem głowę, moje ciało drżało. Nie umiem opisać towarzyszącego mi w tej chwili uczucia, gdyż nie potrafiłem się na nim skupić, jednak mogę założyć się, że nie było ono niczym miłym. – Dlaczego tak uparcie dążysz do autodestrukcji?! – był zły. Szatyn wściekł się na mnie, choć nie do końca rozumiałem dlaczego. Antagonistycznie do tego, co malowało się na jego twarzy, przyciągnął mnie do siebie i mocno objął. Oparłem czoło na jego ramieniu. – Dasz sobie w końcu pomóc, Yoshi-chan?
- Odwal się – prychnąłem.
- Co proszę? – spojrzał na mnie na wpół zdziwiony, na wpół rozeźlony. Chyba liczył na to, że się przesłyszał…
- Powiedziałem, odwal się – odepchnąłem go. – Mam dość tego, że wiecznie wtrącasz się w nie swoje sprawy – ciągnąłem głosem wypranym z wszelkich emocji. – Uparcie powtarzasz, że chcesz mi pomóc; a ja już ci mówiłem, że nie pomożesz tym, którzy nie chcą twojej pomocy – usiadłem na łóżku i założyłem nogę na nogę.
 - Hiroshi…
- Nie, nie ma żadnego, kurwa, Hiroshi – warknąłem. – No nie patrz tak na mnie! To ty tu zawiniłeś! – wywróciłem oczyma. – Kiedy w końcu zrozumiesz, że nie chcę cię w moim życiu? Nie lubię ludzi. Mało powiedziane, nie potrzebuję ich. Co do jednego miałeś rację; jestem zmęczony tym odgrywaniem roli ideału. Przyznaję się, udawałem, nie jestem wcale święty… dlatego robię sobie wolne od ludzi. Chcę się zaszyć gdzieś i mieć święty spokój. Jeżeli mam dojść do jakiś logicznych wniosków, to muszę zrobić to sam. Nie chcę, żebyś dyktował mi, co ma się znaleźć w mojej głowie, a co nie, szanowny panie psychologu – założyłem ręce na piersi. – Chyba nie proszę to tak wiele, co? Chcę, żebyś po prostu wyszedł stąd i już nigdy nie wracał… - dodałem znacznie ciszej.
- Dlaczego tak bardzo nienawidzisz ludzi?... i w tym samego siebie? – zapytał z wahaniem.
- Oj, to długa i nieciekawa historia… której nie będzie dane ci poznać – spojrzałem na niego spode łba ponaglającym wzrokiem, jednak ten wciąż stał w miejscu jak wmurowany w podłogę.
„No idź już!” – wrzasnąłem w myślach, jednak Shimizu wciąż nie drgnął nawet o milimetr. Jak widać, jego układ chłodzący był doskonały…
- Zdradzę ci pewną tajemnicę – odezwał się po chwili. Spojrzał na mnie uważnie, podczas gdy ja unikałem patrzenia mu w oczy. – Obaj mamy poważny problem ze sobą.
- Jak widać na załączonym obrazku – uśmiechnąłem się cierpko.
Nieodparte wrażenie, że chwila, w której i tak wszystko ze mnie wyciągnie, zbliża się w zastraszającym tempie napawała mnie strachem. Ale cóż mogę zrobić? Co ma być, to będzie. Przeszedłem przez wiele piekieł; jeszcze jedno nie zrobi mi zbyt dużej różnicy…