Miniaturka Nezumi x Shion (No.6) "Połowa prawdy"

Uwaga! Uwaga! Potrzebuję bety! Hoshii. jest zajęta i nie zawsze ma czas na sprawdzanie moich wypocin, więc... Potrzebuję bety i kropka, bo takiego niezbetowanego tekstu to niezbyt lubię wstawiać ;_;
Proszę o pomoc!
Jest tu jakiś dobry samarytanin, który zechciałby czytać moje wypociny i poprawiać w nich błędy? Jeśli tak to proszę o kontakt - napisz mi maila! Adres podany powyżej!


Na „dzień dobry” wyjaśnię, że nezumi po japońsku oznacza szczur – żeby nie było żadnych „ale” ani nie było wątpliwości, co do tego.

Tytuł: „Połowa prawdy”
Paring: Nezumi x Sion (No.6)
Typ: miniaturka
Gatunek: ?
Beta: -

„Im mocniej próbujesz coś zatrzymać przy sobie, tym szybciej to stracisz” – każdego wieczora rozmyślałem nad znaczeniem słów jakie powiedział mi kiedyś Nezumi.
Pamiętam doskonale okoliczności w jakiś to powiedział; siedzieliśmy wtedy w jego małym mieszkaniu, o ile można było to tak nazwać, ukrytym pod ziemią. Wróciłem po skończonej pracy u Psiary. Za zarobione pieniądze za mycie i przystrzyżenie psów kupiłem więcej jedzenia niż zwykle. Obiad, który ugotowałem tamtego dnia nie przypominał już brudnej wody spływającej do kanalizacji, a powiedziałbym, że był prawie na poziomie tych, które serwowała moja mama jeszcze wtedy, kiedy nie zostaliśmy przeniesieni z „Kronos” do „Utraconego Miasta”.
Szczur wszedł do domu, kiedy postawiłem talerz z dwoma kawałkami ciasta wiśniowego na niskim stoliku. Ciasto wiśniowe chyba już zawsze będzie kojarzyć się nam obojgu z naszym pierwszym spotkaniem. Mnie napawało ono szczęściem, mimo iż przez ukrywanie VC* straciłem wszystko, co liczyło się dla ludzi mieszkających w No.6 – dom w „Kronos”, możliwość zostania badaczem i uczęszczania na specjalny kurs ekologii w wieku 12 lat, co teoretycznie zwiastowało, że miałem już utorowaną drogę życiową, która usiana była wszelkimi luksusami. Nie żałowałem tego. Cieszyłem się, że pomogłem wtedy Nezumiemu, mimo iż następny raz spotkaliśmy się dopiero po czterech latach. Byłem szczęśliwy z tego, że Szczur pomógł odkryć mi moje własne uczucia. Pokazał mi je i nauczył o nich wszystkiego, co sam wiedział. Niesamowicie się z tego radowałem, gdyż dopiero po spotkaniu szarowłosego zrozumiałem jakim jestem człowiekiem. Gdyby nie to, wyrósłbym na posłusznego, apatycznego idiotę podlegającemu No.6… a co najważniejsze No.6 wciąż stałoby niewzruszone. Mimo tak wielu plusów jakich przysporzyło mi spotkanie z tym chłopakiem, byłem pewien, że Nezumi nie jest z tego zadowolony. Obwiniał się o to, że zniszczył mi życie, mógłbym sobie za to rękę dać uciąć! Zapewne nigdy sobie tego nie wybaczył – to dlatego uratował mnie, kiedy ludzie z departamentu pokoju mieli zamiar zamknąć mnie w zakładzie karnym.
Dziś jest 17 września 2015 roku. Minęły dwa lata od zniszczenia No.6. Jedyne co pozostało po szóstym mieście-państwie to wzniesienia po gigantycznym murze, jaki je ogradzał. Lubiłem przychodzić na wschodnią część tego wzniesienia, usiąść i pomyśleć. To miejsce było dla mnie tak ważne ze względu na to, że to tu ostatni raz widziałem Szczura. To tutaj pocałował mnie na „do widzenia”. To tutaj się pożegnaliśmy.
Ale… dlaczego w sumie o tym myślę? Jaki ma to związek z tym, co powiedział mi szarowłosy? Otóż mimo że spędziłem z Nezumim tle czasu, mimo iż mieszkałem u niego… ja… nie pamiętam… Nie potrafię sobie przypomnieć wyrazu jego twarzy, kiedy wszedł do mieszkania i zobaczył tą „ucztę”, ciasto wiśniowe, które jest dla nas niczym kamień milowy. Uśmiechał się? A może był zasmucony? Może zły? Nie wiem… Pamiętam jedynie, że kiedy skończyliśmy jeść rzucił sucho te słowa, a następnie znów wyszedł i nie wrócił na noc.
Starałem się zatrzymać w pamięci obraz jego twarzy, jednak to również mi nie wychodziło. Z każdym kolejnym dniem i chwilą, którą spędzałem na rozmyślaniu, siedząc na wschodnim wzniesieniu jego twarz stawała się coraz bardziej rozmyta w moich wspomnieniach. Im bardziej próbowałem przypomnieć sobie jego wygląd, tym bardziej stawał się niewyraźny, nieuchwytny. Tak jakbym… patrzył na jego postać przez krzywe zwierciadło albo przez pobitą szybę, po której spływa woda – teoretycznie coś widać, ale nie jest się w stanie określić dokładnie, czym jest to „coś”.
Zawsze, kiedy ta myśl gościła w moim umyśle, do oczu napływały łzy. Pochyliłem głowę, przecierając pięścią oczy i biorąc głębszy wdech na uspokojenie. Drugą, wolną ręką objąłem mocniej kolana, które przyciągnąłem pod brodę. Kilka słonych kropli spłynęło po mojej twarzy. Nie pamiętałem nawet dotyku jego ust ani ich smaku… Przesunąłem kciukiem po wargach uporczywie próbując przypomnieć sobie to, co czułem kiedy pocałowałem go niby „na dobranoc”, choć w planach w istocie miałem samotną wędrówkę do zakładu karnego oraz ten moment, kiedy to Nezumi pocałował mnie, żegnając się, po upadku No.6. Jednak i tym razem nie było inaczej – wspomnienia jak na złość jedynie jeszcze bardziej zacierały się i stawały nie do odgadnięcia, przez co po mojej twarzy spłynęło jeszcze więcej łez.
Z amoku i letargu w jaki popadłem wyrwał mnie Hamlet. Biała myszka, jedyne co pozostało mi z przeszłości, która może była ciemna, brudna i śmierdząca, ale do której zawsze chciałem wrócić; bo był w niej Szczur.
Hamlet wspiął się po moich plecach i zajął swoje stałe miejsce na moim ramieniu, po czym… niespodziewanie ugryzł mnie w ucho! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego!
- Ał… - syknąłem, biorąc myszkę w ręce. – Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałem z wyrzutem.
- Mówi ci, że masz wziąć się w garść – dobiegł mnie wciąż odległy głos.
Przez chwilę siedziałem otępiały, a brzmienie tego głosu roznosiło się w mojej głowie dudniącym echem, który jakby mocą swojej fali dźwiękowej stłukł wszystkie krzywe zwierciadła, przez która patrzyłem na własne wspomnienia. Wydarzenia z przeszłości nagle stały się ostre niczym brzytwa, a wszelkie uśmiechy, wyrazy smutku i złości stały się dla mnie tak oczywiste jak nigdy dotąd. W dodatku w mojej pamięci stanął pełny obraz twarzy Nezumiego – nie był on niczym zmącony. Wyraźny jak nigdy przedtem.
- Pamiętasz, co powiedziałem ci na odchodnym? – spojrzałem w górę, gdyż teraz stamtąd dochodził głos. – Że dasz sobie radę. A jak tak powiedziałem, to tak ma być; więc nie waż mi się tu więcej płakać.
Z niedowierzaniem i zachwytem patrzyłem na postać stojącą koło mnie. Nie mogłem uwierzyć, że on tu naprawdę jest… że nie jest jedynie wymysłem mojej fantazji. Stał nade mną z delikatnym uśmiechem na ustach, wpatrując się w widok przed nami. Promienie zachodzącego słońca pięknie go oświetlały złotym snopem światła. Delikatny wiatr bawił się jego, jak zwykle, związanymi włosami, wyciągając pojedyncze kosmyki z upiętej z tyłu głowy całości i unosił je.
Powoli wstałem na słaniających się nogach. Wpatrywałem się w niego z nabożną czcią, jednak sam widok to było dla mnie za mało. W końcu odważyłem się i wyciągnąłem rękę, a następnie przyłożyłem ją do jego piersi. Pod palcami poczułem opór ciała oraz rytmiczne bicie serca… Był prawdziwy…
Nezumi nakrył własną dłonią moją, ściskając moje palce.
- Wciąż bije… Wciąż ciepły… Wciąż żyję – uśmiechnął się szerzej, spoglądając na mnie. Przypomniałem sobie jak podczas naszego pierwszego spotkania miał gorączkę, jednak nie chciał leków, mówiąc, że kiedy człowiek jest ciepły, to znaczy, że żyje. – A ty wciąż nic nie urosłeś – zaśmiał się pod nosem, głaszcząc mnie pod głowie. – Wciąż jestem wyższy.
Nie myśląc wiele przysunąłem się do niego, a następnie przytuliłem, kładąc głowę na jego barku. Objąłem go za szyję, a on mnie na wysokości bioder. Przymknąłem powieki, wsłuchując się w bicie serca, które tak mnie uspokajało. Poczułem się bezpiecznie. W końcu bezpiecznie i na swoim miejscu. Uśmiechnąłem się, wtulając w niego jeszcze bardziej i zaciągając jego zapachem.
- Ej, miałeś już nie płakać – przypomniał mi.
- To łzy szczęścia – wytłumaczyłem się, odzywając po raz pierwszy od dłuższego czasu. Spojrzałem na niego z dołu, widząc malujący się błogi grymas na jego twarzy. – Gdzie byłeś przez te dwa lata?
- Wiesz… Zakończyć pewne sprawy jest o wiele trudniej niż je rozpocząć… - westchnął.
- Ale… teraz już zostaniesz, prawda? – zapytałem z nadzieją, zaciskając kurczowo palce na jego bluzce.
- Chcesz tego?
- Oczywiście! – chłopak uśmiechnął się szeroko i pogładził mnie po dolnych partiach pleców.
- Pamiętasz jak powiedziałem ci, że im bardziej starasz się coś zatrzymać, tym szybciej to stracisz? – pokiwałem głową na potwierdzenie. Nezumi wziął głębszy wdech i ponownie zaczął mówić. – To tylko połowa prawdy. Ta zasada tyczy się tego, co od ciebie ucieka. Ucieka czas, niektórzy ludzie, wspomnienia, pieniądze… ale są też tacy, który chcą przy tobie zostać. O stratę tego nie masz co się martwić, bo prędzej czy później to i tak do ciebie wróci. Nawet jeśli przez długi czas tego nie widziałeś…
- Nawet jeśli nie widziałem tego przez dwa lata?
- Nawet gdybyś nie widział tego przez sto lat to i tak do ciebie wróci – posłał mi spojrzenie pełne spokoju i radości, po czym nachylił się nade mną i musnął moje usta.
Na początku nieśmiało jedynie dotknął moich warg swoimi, jednak zaraz potem ośmielił się i pocałował mnie pewniej. Zasmakowałem jego ust. Mocniej objąłem go, aby nie upaść, gdyż nogi odmówiły mi posłuszeństwa i ugięły się samoistnie pode mną. Kiedy szarowłosy polizał moje wargi uchyliłem je. Całowaliśmy się długo i namiętnie, dopóki nie zabrakło nam tchu. Kiedy to już się stało odsunęliśmy się od siebie odrobinę. Nezumi spojrzał mi w oczy i wyszeptał:
- Jestem tym, który chce być przy tobie – a następnie ponownie złączył nasze usta.

THE END.



*VC – dla niewtajemniczonych, czip VC był wszywany pod skórę wyjątkowo niebezpiecznym przestępcom, aby można było określić ich położenie nawet jeśli udałoby im się zbiec z zakładu karnego. Nezumi był wtedy dzieckiem tak jak Shion (12 lat), co wydało się głównemu bohaterowi głupie, że takiemu dzieciakowi wszyto VC. Ciężko to opisać – polecam przeczytanie mangi choćby pierwszego rozdziału lub obejrzenie pierwszego odcinka anime.

Yo-ka x Ruki 4

Opierniczam się i nie mam wam nic więcej do powiedzenia x.x Jakoś w ostatnim czasie nie mam ochoty na yaoi, więc wciąż czytam książki (pokaźny stos wciąż widnieje na mojej szafce nocnej), oglądam anime i czytam mangi. W najbliższym czasie możecie się spodziewać jakiegoś shot'a z Nezumim i Shionem z No.6.
Przez kolejne kilka dni wciąż leżałem w łóżku, wracając do zdrowia. Yo-ka przychodził codziennie i przypisywał mi zeszyty, a ja czytałem jego notatki. Muszę przyznać, że spodziewałem się po nim zobaczyć w moich zeszytach jakieś szlaczki podobne do pisma arabskiego, może ptaszki, oczy i słoneczka z egipskich hieroglifów lub ewentualnie kropki i kreski z alfabetu Morse’a, jednak okazało się, że miał naprawdę piękny charakter pisma. Bez trudu się rozczytałem, notatki były rzetelne i wszystko było wyjaśnione, przysłowiowo, jak chłop krowie na rowie.
- Chyba nigdy w życiu tyle nie notowałem – zaśmiał się, kiedy przyszedł do mnie któregoś z kolei dnia.
- Przepraszam, że sprawiam ci taki kłopot – spuściłem głowę.
- Takanori – zawołał mnie, więc ponownie podniosłem głowę, a on ujął mój podbródek w dwa palce. – To żaden problem. Cieszę się, że mogę ci pomóc – uśmiechnął się i wrócił do przepisywania.
Moje serce biło nienaturalnie szybko. Wystraszył mnie. Cholernie mnie wystraszył; znowu – tak, jak wtedy, kiedy przyszedł oddać mi torbę; myślałem, że chce mnie pocałować. Spojrzałem niepewnie na chłopaka siedzącego przy biurku, który właśnie przerysowywał schemat z biologii. Sam chwyciłem pierwszy lepszy zeszyt i również zacząłem przepisywać, aby odsunąć od siebie niewygodne myśli.
-  A tak w ogóle… - mruknął po jakimś czasie. – To chyba powoli wracasz do zdrowia, prawda?
- Tak. Dzisiaj już chciałem iść do szkoły, ale pielęgniarka powiedziała, że dopiero od poniedziałku mogę ponownie zacząć uczęszczać na zajęcia – odpowiedziałem chyba jednym z najdłuższych zdań, jakie kiedykolwiek skierowałem pod jego adresem.
- Dobrze, że dzisiaj cię nie puściła. Piątek to najcięższy dzień dla naszej klasy; uważam, że to naprawdę niesprawiedliwe, że w ostatni dzień roboczy mamy aż osiem lekcji! – pokręcił głową. – Ale ciesz się; ominęła cię kartkówka z chemii – uśmiechnął się.
- Ech, wcale się nie cieszę, bo zapewne na najbliższej lekcji nauczyciel mnie zapyta i, i tak dostanę jedynkę, i tak… - westchnąłem.
- W takim razie, jeśli masz problem z chemią, dlaczego nie poprosisz o pomoc w nauce? – odłożył pióro i odchylił się na krześle, spoglądając na mnie ciekawsko.
- Prosiłem już Kaia nie raz i nie dwa, ale nie chcę nadużywać naszej przyjaźni do takich błahych spraw…
- Jak będziesz miał test komisyjny z chemii, to też powiesz, że to „błaha sprawa”? – podniósł jedną brew.
- No nie… Ale… Nie uważam, że nauka to błaha sprawa, ale zdaję sobie sprawę, że Kai ma ciekawsze zajęcia niż tłumaczenie chemii takiemu tłumokowi, jak mi. Nie chcę, żeby pomyślał, iż uważam go za darmowego korepetytora, którego mogę wykorzystywać, kiedy mi się podoba – przeczesałem palcami włosy.
- A czy w tej szkole jedyny Kai rozumie chemię i tylko on jest cito w stanie wytłumaczyć? Hm? Jest tutaj wielu innych uczniów dobrych z tego przedmiotu… - w tym momencie przypomniałem sobie, jak Yo-ka odpowiadał ze mną pod tablicą… znaczy ja miałem odpowiadać pod tablicą w ramach kary za spóźnienie, a po chwili dołączył do mnie, bo stanął w mojej obronie. W sumie, nie można powiedzieć, że odpowiadałem, gdyż nie odezwałem się ani razu. Blondyn pomylił się tylko w jednym pytaniu i to ze względu na pośpiech, jednak ten stary belfer i tak wyrzucił nas z klasy i postawił oceny niedostateczne. – Nie chcę się chwalić, ale nieraz wygrywałem olimpiady z chemii, a jeśli nie zawsze, to przynajmniej jestem laureatem – bawił się swoimi włosami, kręcąc jeden kosmyk na palcu.
- Więc… Rozumiem. Pomożesz mi w zamian… właśnie: w zamian za co?
- Słucham? – spojrzał na mnie zdziwiony.
- Za przepisywanie zeszytów dałem ci moje słowo i możesz żądać ode mnie jednej, dowolnej rzeczy. Więc czego chcesz w zamian za pomoc w nauce?
- Niczego – chłopak zaśmiał się wracając do pracy. – To tak nie działa. Pomogę ci w zamian za nic. To właśnie jest bezinteresownapomoc.
- Więcdlaczego za przepisywanie zeszytów chciałeś moje słowo? – nie rozumiałem; jak bezinteresowna pomoc, to chyba bezinteresowna, nie? A może to tylko taki kaprys? Może dzisiaj mówi, że niczego nie będzie żądałw zamian, a jutro już wymyśli sobie Bóg wie co?
- Bo… - uśmiechnął się pod nosem. – Wszystko w swoim czasie – zachichotał.
- Coś uknułeś – stwierdziłem. – Skłamałeś, kiedy mówiłeś, że jeszcze nie wiesz, czego możesz ode mnie chcieć. Mogłem się tego spodziewać…
- Ej, nie obrażaj się – przysunął się do mojego łóżka na krześle obrotowym. – Czujesz się oszukany? Masz rację, wiem, o co chcę cię poprosić, ale jeszcze na to nieczas. Obiecałem, że nie zmuszę cię do zabijania, gwałcenia ani brania udziału w orgiach i zamierzam tej obietnicy dotrzymać. Nie bój się, nie ucierpisz na tym – chciał pogłaskać mnie po głowie, jednak odtrąciłem jego dłoń. Uśmiech zniknął z jego ust. – Przepraszam, jeśli w jakikolwiek sposób moje zachowanie cię ubodło – spuścił głowę, a ja oddałem mu zeszyt, który właśnie skończyłem przepisywać. – Będziesz się teraz na mnie boczył? Mam wyjść?
- Zostań, jeśli chcesz – wzruszyłem ramionami. – I nie boczę się na ciebie, tylko próbuję zgadnąć, czego mógłbyś ode mnie chcieć.
- Powiedziałem, że na tym nie ucierpisz, więc…
- Nie mam żadnych wpływów w tej szkole, a ty i tak nie potrzebujesz naciągania ocen, bo uczysz się bardzo dobrze. Nie jestem bogaty, ani lubiany; zresztą, jakbyś potrzebował, żeby ktoś załatwił ci coś po znajomości, zwróciłbyś się do swoich znajomych, bo znasz pięć razy więcej osób niż ja… Nie, co ja gadam, przecież zna cię cała szkoła! W sumie… znajomość ze mną nie daje ci żadnych korzyści, a jedynie same minusy – dygasz z moją torbą z książkami, którą zostawiłem w stołówce, bronisz mnie, pomagasz nadrabiać zaległości…
Blondyn bez słowa przysunął się z powrotem do biurka i znów zaczął przepisywać, przesadnie się garbiąc. Spochmurniał… Czyżbym go czymś uraził? Ech, nieważne… Zacząłem zastanawiać się nad tym, co kiedyś powiedział mi Kai – czy to możliwe, żeby TAKI chłopak się we mnie zakochał? Nie… Oczywiście, że nie! Jest wysportowany, przystojny, bogaty, kocha się w nim połowa naszej męskiej szkoły, a druga połowa jedynie go podziwia, ma świetne oceny, dużo znajomych… po co mu taki ciężar jak ja? Czyli moje obawy były uzasadnione… Jednak chce mnie wykorzystać… Tylko w jaki sposób? Najpierw zamierzał zdobyć moje zaufanie, a potem zrobić ze mnie swojego kundelka i chłopca na posyłki? A może po prostu chciał się ze mnie pośmiać?
Nagle Yo-ka rzucił pióro, które odbiło się od blatu biurka i wylądowało na podłodze. Wstał z krzesła i szybko do mnie podszedł, łapiąc mocno za ramiona. Wcisnął mnie w poduszkę, równając nasze twarze i spoglądając mi prosto w oczy.
- Jeśli myślisz, że chcę cię wykorzystać, to naprawdę grubo się mylisz! – powiedział nieprzyjemnie, twardo. – Przestań w końcu myśleć o mnie jak o zagrożeniu! Chcę ci po prostu pomóc, poznać cię… a ty mi w tym nie chcesz pomóc, dlatego uciekam się do wszelkich sposobów; nawet takich, jakie ty nazywasz oszustwem! – puścił mnie i ponownie usiadł na krześle. Podniósł pióro i wznowił przepisywanie.
Nie wiedziałem jak się zachować… Nigdy wcześniej się tak nie zachowywał, dlatego byłem totalnie zaskoczony. Spoglądałem na niego przez chwilę, jednak starał się to ignorować. Stwierdziłem, że nie mam nic mądrego do powiedzenia, więc również zacząłem przepisywać notatki.
Po kolejnych trzydziestu minutach, niczym niezmącona cisza panująca między nami, zaczęła mi doskwierać. Zacząłem co i rusz rzucać mu krótkie, ukradkowe spojrzenia. Zdałem sobie sprawę, że nie minęła nawet godzina, a ja już tęskniłem za jego głosem i uśmiechem. Świadomość, że tu jest, ale nie odzywa się i nie uśmiecha, była dla mnie bardzo nieprzyjemna; paradoksalna. Yo-ka = gadulstwo + uśmiech; takie równanie powstało w mojej głowie, a w tym momencie zostało złamane. To tak jakby ktoś na siłę próbował mi wmówić, że dwa plus dwa to pięć. To było takie… nielogiczne, niemal głupie...
- Jeśli nie chcesz tutaj siedzieć, to możesz wyjść – mruknąłem cicho. Nie chciałem, żeby siedział tu na siłę i się męczył.
- Czy to była delikatna sugestia, że mam wypierdalać? – uśmiechnął się jadowicie, co mnie zabolało. Spojrzałem na niego wystraszony, a następnie spuściłem głowę w pokorze.
- Przepraszam… ja… - dukałem, a w moich oczach zaczęły gromadzić się łzy.
- Nie, to ja przepraszam – westchnął i usiadł obok mnie, obejmując jedną ręką. – Poniosło mnie… Przepraszam. Uwierz, że jesteś dla mnie bardzo ważny – uśmiechnął się ciepło, a mi kamień spadł z serca. Ponownie poczułem się bezpiecznie przy jego boku i – tak jak w parku – jego bliskość nie przeszkadzała mi. Oparłem głowę na jego torsie, a chłopak objął mnie ciaśniej. – Zróbmy sobie przerwę od tego przepisywania, co? – zaproponował.
- Dobry pomysł – zgodziłem się.
- Tyle dni leżysz w łóżku, przydałoby się przewietrzyć, nieprawdaż? – pogłaskał mnie po głowie. – Przejdziemy się? – chwilę nad tym myślałem, jednak moja odpowiedź…
- Nie - …była przecząca. Yo-ka westchnął zawiedziony.
- W takim razie pójdę już. Robi się ciemno – wyjrzał przez okno i wstał. – Do zobaczenia jutro – rzucił i wyszedł, zostawiając mi zeszyty.
Przez chwilę siedziałem tak w ciszy i zastanawiałem się, czy aby na pewno dobrze zrobiłem. Dziś blondyn zachowywał się nieco inaczej niż zawsze… Czy zacząłem go irytować? A może ma jakiś problem, o którym nie chce mówić? Zacząłem przebierać nogami i przygryzać nerwowo wargi, aż w końcu nie wytrzymałem i szybko wyciągnąłem jakieś ciuchy z szafy. Założyłem pierwsze lepsze rzeczy, które nawinęły mi się pod rękę – trafiło na podarte jeansy i czarną bokserkę. Wypadłem z pokoju jak burza jednocześnie czesząc włosy. Kiedy mniej więcej doprowadziłem niesforne kosmyki do ładu schowałem składaną szczotkę z małym lusterkiem do tylnej kieszeni spodni. Zacząłem rozglądać się po korytarzu, ale chłopaka nie było już w pobliżu. Pobiegłem na główny hol, gdzie mieściły się czerwone kanapy, telewizor oraz schody prowadzące na pierwsze i drugie piętro akademika. Z oddali usłyszałem jego głos. Wbiegłem po schodach na drugie piętro, kierując się za jego głosem. Stojąc u szczytu schodów zobaczyłem powoli oddalającą się postać. Podbiegłem do niej i prawie złapałem ją za rękę. Cofnąłem dłoń w ostatnim momencie.
- Więc jednak czujesz się na tyle dobrze, żeby biegać? – dobiegł mnie głos blondyna z lewej strony. Zobaczyłem jak Yo-ka opiera się o futrynę drzwi swojego pokoju. Chłopak, którego chciałem zaczepić okazał się być jakimś innym pierwszoroczniakiem, którego nie znałem.
- Jak widzisz… - uśmiechnąłem się pod nosem. Odpowiedział mi tym samym gestem, po czym ruchem ręki nakazał mi podążać za sobą.
- W takim razie chodźmy…

***

Spacerowaliśmy po parku w nie za wielkiej, ale także nie minimalnej odległości od siebie. Yo-ka oddał mi swoją bluzę, gdyż zrobiło się już zimno, a ja wypadłem z pokoju w samej podkoszulce. W jego, za dużej na mnie, sportowej bluzie, musiałem wyglądać dość śmiesznie, ale nie przeszkadzało mi to. Podobało mi się, jak ta bluza pachniała – chciałbym ją zachować, ale wiedziałem, że to niemożliwe.
- Więc kiedy chciałbyś, żebym przyszedł i wytłumaczył ci chemię? – zapytał.
- Nie wiem… Może być jutro?
- Jutro jest impreza w szkole… Właśnie, miałem przekazać ci tą wiadomość! Chciałbyś może pójść?
- Wiesz, że ja… niezbyt lubię zatłoczone miejsca – wykręciłem się.
- A ze mną? Poszedłbyś, gdybym obiecał ci, że będziesz tylko przy mnie?
- Przecież to niemożliwe. Twoi koledzy nie dadzą ci spokoju… - wiatr delikatnie targał naszymi włosami. Spacerując z tym chłopakiem po oświetlonejalejce wyłożonej kostką brukową,między drzewami parku, czułem się… na swoim miejscu?
- O to się nie martw. Już dam im powód, żeby nie zawracali nam głowy – uśmiechnął się zachęcająco.
- Nawet gdyby to było możliwe, nawet twoja bliskość nie zmieni tego, że wciąż będzie tam dużo osób, co mnie krępuje…
- Też racja… Ale… ale myślałem, że kiedy pójdziesz z przyjacielem, skupisz się głównie na nim, ignorując otoczenie. Wiesz, ja tak właśnie robię, kiedy spotykam się z tobą.
- Uważasz mnie za przyjaciela? – zdziwiłem się.
- A ty mnie nie?
- No wiesz… W sumie to krótko się znamy…
- Tak, ale… Nieważne – machnął ręką. – Więc pójdę sam. W takim razie mógłbym przyjść do ciebie w niedzielę?
- Jasne. Byłoby miło – uśmiechnąłem się delikatnie.
Nawet nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do akademika, a tym bardziej, kiedy doszliśmy pod mój pokój. Zdumiony rozejrzałem się po korytarzu. Byłem tak skupiony na chłopaku, że zignorowałem otoczenie… więc jednak też tak potrafię…
- W takim razie do niedzieli – pomachał mi i odszedł w swoją stronę.
- Yo-ka! Twoja bluza! – krzyknąłem, a on zareagował cichym śmiechem i machnięciem ręki.
- Zatrzymaj ją! – odkrzyknął.
Więc jednak niemożliwe czasem staje się możliwe… Dał mi bluzę, uświadomił, że potrafię ignorować otoczenie skupiając się tylko i wyłącznie na nim… to znaczy, że jesteśmy przyjaciółmi? Cholera…
Skoro niemożliwe jest możliwe,to dlaczego by nie…?
Ech, raz kozie śmierć; muszę spróbować!
Jeśli on mnie nie złamie, nie zrobi tego nikt inny…
„Złam mnie, Yo-ka – pomyślałem – bo mam już dość tej nieśmiałości. Mam dość czołgania się na dnie mojej cholernej nieśmiałości.”*


*wers piosenki „Without a Trace”


Oneshoot MiA x Tsuzuku (Mejibray) "Lovely Cheeks" + rocznica~!

Z paringiem MiA x Tsuzuku napisałam jeszcze część drugą oneshoota "Perfekcyjny". Pamiętacie to? ^^ Poza tym beta właśnie odesłała mi część czwartą "Ruki x Yo-ka" - a to taki tam spojler, czego możecie się spodziewać w najbliższych dniach xD

Aoi, dziękuję za piękny komentarz Ale z tymi kartonami to chodziło mi o to, że one są w środku czymś wypełnione, dlatego Sono jeszcze podkreślał, że woli między nimi się nie przeciskać, żeby ich zawartość nie wypadła mu na głowę :)

Dziękuję także Alexandrze Rothe za "+1" dla poprzedniego oneshoota Sono x You (Matenrou Opera). Arigatooo~!

A teraz z innej beczki: wiecie, że dziś mija dokładnie rok odkąd piszę na blogerze? Ten blog nieprzerwanie działa już od roku~! Pierwsze urodzinki mojego bloga~!




Kolejne inspirujące zdjęcie pochodzące z profilu facebooka "Tsuzuku Mejibray", z którym ostatnio ucięłam sobie rozmowę xD Normalnie prawie poczułam się, jakbym pisała z prawdziwym Tsuzu ;p

Tytuł:” Lovely Cheeks”
Paring: MiA x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: Oneshoot
Gatunek: ?
Beta: Hoshii.

- Tsuzu-kun? – zapytał przesłodko Mia, odwracając się w moją stronę.
- Tak?
- Mogę się dowiedzieć, dlaczego molestujesz moją twarz? – popatrzył na mnie jak na idiotę.
- Ależ ja nie molestuję twojej twarzy! – prychnąłem. – Co mam poradzić na to, ze masz takie urocze policzki? – uszczypnąłem go i wytarmosiłem za owe urocze policzki niczym zawodowa babcia. Jeszcze tylko brakowało, żebym zaczął do niego mówić „gudziu-gudziu-gu” jak do małego dziecka i wciskać w niego jedzenie.
- Tsuzuku! To boli! – jęknął, odsuwając się ode mnie. Na policzkach chłopaka pojawiły się czerwone ślady.
- Miałeś źle rozprowadzony podkład. Już go roztarłem, więc się nie irytuj – machnąłem ręką, jednak nie przewidziałem jednego… najgorszego…
Za moimi plecami w magiczny sposób zmaterializowała się nasza wizażystka. Teoretycznie nic strasznego, ale biorąc pod uwagę to, że pochodziła z Rosji, była wyższa i miała bardziej rozbudowane barki niż ja i Mia razem wzięci, trochę napawała strachem… trochę bardzo, przyznam… Ponadto wysunięta, kwadratowa szczęka jak u Arnolda Schwarzenegger’a i małe oczka, teraz dodatkowo groźnie zmrużone, przez co wyglądały jak dwie poziome, nachylone do siebie nawzajem pod kątem ostrym kreski, nadawały jej twarzy wyrazu mordercy lub niedoszłego mordercy, który dziwnym trafem za nieudaną zbrodnię chciał się zemścić właśnie na mnie. Przełknąłem głośno ślinę i powoli odwróciłem się w jej stronę. Tak, jak do tej pory wciąż siedziałem do niej tyłem, jednak wiedziałem, że stoi za mną i właśnie tak wygląda – skąd to wiedziałem? Jej pojawienie się zwiastowało złowieszcze strzelenie stawów wyłamywanych palców, które obwieszczało, że zaraz oberwę. Za co oberwę? Za to, że powiedziałem, iż podkład Mia został źle rozprowadzony; to z kolei było powodem jej okropnej miny. Ta kobieta była przerażająca i zarówno swoją budową, jak i wyrazem twarzy bardziej przypominała mężczyznę, jednak, co jak co, przyznać trzeba, że makijaż robiła perfekcyjnie. W istocie podkład gitarzysty z mojego zespołu został idealnie rozprowadzony, jednak to była tylko moja wymówka przed szatynem (na zdjęciu MiA wciąż ma brązowe włosy, więc się tego trzymam, mimo iż obecnie jest blondynem od aut.), dlaczego go uszczypnąłem. Niestety wizażystka musiała to usłyszeć, co oznaczało, że wydałem na siebie wyrok śmierci – zapewne będę katowany dopóki nie zdechnę w męczarniach… Przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze…
- Witaj, Olgo – szepnąłem przerażony, a mój niski głos niespodziewanie stał się strasznie wysoki, niemalże piszczący. Ręce zaczęły mi się trząść.
Mia zauważył, że boję się konsekwencji swoich słów. Nakrył moje drżące dłonie swoimi, gładząc kciukami moje palce w uspakajającym geście. Przelotnie spojrzałem na gitarzystę, niemo się z nim żegnając i przekazując krótki testament: „Weź mojego kota, Koichi niech dostanie moje garnki, bo ostatnio opowiadał, że prawie wszystkie swoje spalił, a Meto niech odziedziczy moją kolekcję kolczyków i niech wciąż torturuje nimi swoje ciało”.
Przeniosłem wzrok na Olgę; żeby to zrobić w istocie musiałem zadrzeć głowę do góry, gdyż, jak wspomniałem, była wyższa ode mnie. Miała chyba z jakieś metr osiemdziesiąt, albo i więcej… Pierwszy raz w życiu poczułem się taki malutki…
Podsumowując: wizażystka była wielka, rozbudowana (chyba chodziła na siłownię), miała fizjonomię „Terminatora” i w takich momentach była straszna. Ogólnie była to ciepła i dobra kobieta, jednak kiedy tylko usłyszała choć strzępek zdania na temat niedociągnięć w makijażu, jaki wykonała zamieniała się w ów „Terminatora”. Ogólnie, bałem się jej nawet, kiedy miała dobry humor – kiedy śmiała się, nie opuszczała mnie obawa, że zaraz zmieni się jej nastrój i zacznie mnie dusić... Nie wiem dlaczego, ale nie mogłem pozbyć się wizji, jak Olga łapie mnie za szyję (moja szyja wyglądała jak jej przedramię – a bynajmniej tak mi się zdawało przez ogarniający mnie strach) i podnosi, kurczowo zaciskając palce, jednocześnie odcinając mi dopływ powietrza. Aż zrobiło mi się słabo… Zachwiałem się i bujnąłem do tyłu, a z racji tego, że zmieniłem pozycję, aby móc spojrzeć na Olgę, to teraz siedziałem tyłem do gitarzysty. Oparłem się o Mia, który również zaczął drżeć. Mocniej zacisnął dłonie na moich.
- Witaj Tsuzuku-chan – warknęła.
Z opisu wizażystki, jaki podałem, zapewne, drogi Czytelniku, w twojej głowie powstał obraz Schwarzenegger’a z farbowanymi włosami do ramion – i dobrze. Bo tak właśnie wyglądała Olga. Dodatkowo miała ogromny biust, którym zapewne potrafiła udusić człowieka, a w każdym razie potrafiła nim przywalić – Meto był tym nieszczęśnikiem, który kiedyś nim oberwał. Akurat robiła makijaż perkusiście, kiedy niespodziewanie zadzwonił jej telefon. Podobno oczekiwała jakiegoś i poderwała się z krzesła, jak oparzona, przez co Meto dostał w twarz pokaźnym biustem i do dziś wspomina to, jako otarcie się o śmierć… Bałem się tegoż biustu, jak i jej właścicielki, jednak tylko dzięki niemu potrafiłem stwierdzić, że jest wizażystką, a nie wizażystą. To był jej jedyny widoczny, kobiecy atrybut.
- Więc, co powiedziałeś na temat podkładu gitarzysty, Tsuzuku-chan?
- Nic – pokręciłem głową, którą opierałem na ramieniu Mia. Byłem kompletnie bezwładny. Jedyne, co potrafiłem, to drżeć z przerażenia i wydusić z siebie pojedyncze słówka.
- Nic, mówisz… - westchnęła. – A ja jednak coś słyszałam…
- Ja… Znaczy… Eee… mówiłem, że… - dukałem.
- Powiedział, że podkład był źle roztarty – odezwał się szatyn. Odwróciłem głowę, spoglądając na niego z niedowierzaniem i miną pt. „I ty, Brutusie, mnie zdradziłeś?!”. – To rzeczywiście mogła być prawda, bo… opierałem głowę na dłoni i może… może jakaś smuga się zrobiła, czy jak wycierałem nos chusteczką, to niechcący wytarłem trochę podkładu… W każdym razie, Tsuzu-chan chciał dobrze! – więc jednak mnie bronił, a nie pogrążał! Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
Wykręciłem rękę do tyłu i złapałem go za kark, przyciągając bliżej siebie. Szepnąłem mu na ucho:
- Chcesz zginąć razem ze mną?
- Próbuję cię bronić – odpowiedział równie cicho.
- Ryzykując własne życie?!  - oburzyłem się.
- Jestem twoim przyjacielem, Tsuzu-kun. To chyba logiczne, że się tak zachowałem, prawda?
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Mia! Kocham cię! – uścisnąłem go i pocałowałem w policzek. – Miło jest wiedzieć, że przynajmniej zginę z przyjacielem…
- Razem staniemy na sądzie ostatecznym – mruknął płaczliwie.
- Będzie nam raźniej – uśmiechnąłem się, próbując go jakoś pocieszyć.
- Co tam szepczecie? – fuknęła i podeszła do nas, a my przerażeni, jak małe dzieci, wtuliliśmy się w siebie jeszcze bardziej, jednak to nic nam nie dało.
Olga chwyciła nas za bluzki i, tak jak w moim wyobrażeniu, podniosła nas (co prawda plus, że za bluzki, a nie za gardła, jednak wciąż to nie było przyjemne). Obaj straciliśmy grunt pod nogami. Ponownie przełknąłem głośno ślinę. Miałem tak zaciśnięte gardło, iż myślałem, że przełykam kamień sporych rozmiarów, a nie ślinę.
- Więc obaj jesteście winni; ty – brodą wskazała na Mia – za to, że zniszczyłeś moją pracę (choć Mia wciąż wyglądał tak samo dobrze), a ty – wskazała na mnie – za to, że ośmieliłeś się cokolwiek poprawiać.
Była wściekła, a ja byłem pewien, że nie wyjdziemy z tego w jednym kawałku. Na szczęście z pokoju obok nagle rozległ się wybawczy głos.
- Olga, gdzie jest ten nowy lakier do włosów?!
- W szafce po lewej! – odkrzyknęła wizażystka.
- No właśnie nie ma!
Rosjanka spojrzała na nas groźnie i zmierzyła nieprzyjemnym spojrzeniem, po czym rzuciła nas na stół, a sama poszła pomóc szukać współpracowniczce nowego lakieru do włosów. Rzuciła nas z takim impetem, że przeturlaliśmy się po blacie stołu, lądując na podłodze po jego drugiej stronie.Ja wylądowałem nieco dalej niż Mia. Niestety, stołowi zachciało się przewrócić po tym, jak się po nim prześlizgnęliśmy – byłby przygniótł gitarzystę, gdybym w porę nie przyciągnął go do siebie. Szatyn wylądował na moim torsie, na którym ułożył głowę.
- Żyjemy… - odetchnął i opadł na mnie bezwładnie.
- Nigdy więcej tak nie ryzykuj… - szepnąłem.
- A ty uważaj na słowa, bo inaczej obaj zginiemy… - westchnął, a ja objąłem go w pasie.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Naprawdę cię kocham – pogładziłem go po policzku, który według mnie, wciąż był uroczy.
- Też cię kocham; dlatego nie dałbym ci zginąć samotnie – podniósł się na łokciach i zrównał nasze twarze.
Nasza miłość była rzecz jasna przyjacielska, jednak… kiedy Mia spoglądał tak w moje oczy, nie mogłem mu się oprzeć. Powoli przesunąłem dłoń z jego lędźwi po całych plecach, aż dotarłem do karku. Przyciągnąłem go i złożyłem delikatny pocałunek na jego ustach. Szatyn nie opierał się, dlatego powoli muskałem jego wargi, aż w końcu odważyłem się i polizałem je. Chłopak uchylił wciąż drżące usta, a ja wsunąłem w nie język. Mruknął, kiedy zacząłem pieścić jego język i uwięziłem go między dwoma częściami mojego. Przeszły go dreszcze. Wygiął plecy w łuk nie odrywając się ode mnie. Chwycił moją twarz w dłonie, a ja mocno go do siebie przycisnąłem, zakładając mu stalowy uścisk – objąłem go tak mocno, że czułem jak szybko bije jego serce. Całowaliśmy się, dopóki nie skończyło nam się powietrze. Odsunęliśmy się od siebie nieznacznie, aby nabrać tchu, a następnie ponownie, jedynie na krótkie chwile, łączyliśmy nasze wargi w drobnych całusach. Po pewnym czasie gitarzysta ponowie położył się na mnie i wziął głęboki oddech.
- Zamilcz… - usłyszeliśmy cichutki głos.
Obaj odwróciliśmy głowy w stronę wejścia. W progu drzwi stał Koichi, który zatykał usta czerwonemu jak cegła Meto.
- Mówiłem, żebyś się nie odzywał! Przez ciebie nas usłyszeli! – prychnął basista.
- Ale oni się tu pieprzyli! – lamentował perkusista, który wyglądał, jakby zaraz miał uciec.
- Co? My nie… - odezwaliśmy się z Mia w tym samym momencie, ale blondyn nam przerwał.
- Nawet nie zaprzeczajcie! Wszystko jest jasne! Zaczęliście na stole, ale spadliście – wskazał na przewrócony mebel – potem wyznawaliście sobie miłość. Tak, słyszeliśmy te „kocham cię” – był spanikowany, jednak mimo to udało mu się przedrzeźnić nas słodziutkim głosikiem. – I całowaliście się!
- Meto, to nie tak, jak myślisz… - zaczął gitarzysta, podnosząc się.
- Nie! – wrzasnął perkusista, zakrywając sobie oczy. – Nie podnoś się Mia! Ja was nie chcę widzieć z rozpiętymi spodniami! – krzyknął i wybiegł z pomieszczenia.
Koichi obejrzał się za blondynem, ale za nim nie pobiegł. Wzruszył ramionami i podszedł do nas. Przykucnął, a następnie pogłaskał nas po głowach.
- A mnie wasz związek nie przeszkadza – uśmiechnął się ciepło. – Meto też z czasem przywyknie. Tylko nie rozumiem, dlaczego to przed nami ukrywaliście? I… Czy naprawdę jesteście tak niewyżyci, żeby uprawiać seks w pracy? – różowowłosy przechylił głowę.
- Ale my nie uprawialiśmy seksu! – westchnąłem.
- Nie wiem, czy w istocie robiliście to najpierw na stole, tak jak mówił Meto, ale zdaje mi się, że ani blat, ani podłoga nie są zbyt wygodne, co? – zaśmiał się, wciąż trzymając się swojej wersji wydarzeń. – Zboczeńce jedne… - wystawił język. – Możecie zaprzeczać sobie, ile chcecie, ale wasza pozycja i westchnięcia Mia mówią wszystko…
W istocie, gitarzysta wciąż na mnie leżał, a ja go obejmowałem. Nasze biodra znajdowały się na jednej wysokości. Zdałem sobie sprawę, że musieli wejść w momencie kiedy zaczęliśmy się całować, albo kiedy kończyliśmy – w drugim przypadku zakładałem, że w czasie kiedy się całowaliśmy, stali za drzwiami i po prostu nasłuchiwali, ale ciekawski basista nie wytrzymał i musiał zajrzeć do środka, czym Meto był przerażony.
- A tak w ogóle… - różowowłosy kontynuował swój wywód. – Nie pomyśleliście o tym, że za ścianą jest Olga i w każdej chwili mogła tu wejść?
Na myśl o wizażystce skrzywiłem się. Spojrzeliśmy na siebie z gitarzystą niepewnie i w jednej chwili poderwaliśmy się z podłogi, czym prędzej wychodząc.
- Na jakiś czas mam jej dość. Nie mam zamiaru jej oglądać… - wzdrygnąłem się.
- Ja również – pokiwał głową Mia, biegnąc korytarzem zaraz za mną.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że trzymam go za dłoń, a on mi się nie wyrywa. Może to „kocham cię” miało jednak… inny wydźwięk? A może… może to i dobrze?

Rozmyślając, nie zatrzymywałem się. Dobiegliśmy do windy. Wsiadając do dźwigu obaj potknęliśmy się i wpadliśmy na siebie. Odruchowo złapałem szatyna, chroniąc go przed upadkiem. Jeszcze przed zamknięciem się drzwi dobiegł nas serdeczny śmiech Koichiego – więc to jednak nie „może”, to „na pewno”.

Oneshoot Sono x You (Matenrou Opera)

Beta jeszcze mi tego nie odesłała, ale po prostu nie mogę powstrzymać się od wstawienia tego tutaj, z racji tego, że tego shota obiecałam Lilien już wieki temu i czuję się niesłowna... Normalnie zżerają mnie wyrzuty sumienia, że tak długo zwlekam z wstawieniem tego, mimo iż zakończyłam to już bardzo dawno temu...
Jak tylko Hoshii. przyśle mi już sprawdzoną wersję poprawię wszystkie błędy.

A! Jeszcze jedno... To było pisane w częściach, a nie tak na "jednym wydechu", jak mam w zwyczaju to robić, dlatego nie wydaje mi się być to koniecznie spójne ani tym bardziej fajne czy coś, więc... No zresztą... Ocena należy do was!
Endżoj!


Tytuł: „Idiota”
Paring: Sono x You (Matenrou Opera)
Typ: oneshoot
Gatunek ?
Beta: Hoshii. (chwilowo jeszcze nie, ale będzie)

Westchnąłem ciężko i mocniej wtuliłem się w poduszkę, próbując nie poddać się powoli ogarniającemu mnie uczuciu, że coś jest nie tak. Mruknąłem pod nosem, przekręcając się na drugi bok, jednak to owe „coś” nie dawało mi spokoju… W końcu dałem za wygraną i otworzyłem oczy. Na „dzień dobry” oślepiło mnie jasne światło (cholera, naprawdę nie wiedziałem, że światło może być tak jasne!), a zaraz potem uderzył we mnie potworny ból głowy razem z odorem przetrawionego alkoholu i tytoniu. Skrzywiłem się, a kiedy mój wzrok wyostrzył się, dostrzegłem przed sobą beżowy owal w ciemnym obramowaniu…
- Długo się budzisz… Weź już wstań, bo mi się nudzi! – do moich uszu z dużym opóźnieniem trafił tak dobrze znany mi głos, który był dla mnie niczym kabel HD; ten głos jakby wyrwał mnie z amoku, brutalnie sprowadzając do parteru rzeczywistości. Beżowy owal okazał się być twarzą basisty, a ciemnym obramowaniem jego włosy. Zamrugałem kilkakrotnie zanim dotarło do mnie, że…
- TY LEŻYSZ W MOIM ŁÓŻKU!!! – wydarłem się na całe gardło, a następnie wykopałem You z posłania, czego skutkiem było bliskie spotkanie trzeciego stopnia chłopaka z podłogą.
- Do cholery, to tak się teraz wita kochanków po upojnej nocy? – prychnął śmiertelnie obrażony, spoglądając na mnie spod byka. Zachłysnąłem się powietrzem, będąc zszokowanym.
- My… znaczy… Wiesz…? – dukałem, uporczywie wbijając wzrok w kołdrę, której krawędź skubałem nerwowo palcami.
- Czy się przespaliśmy? – spojrzał na mnie z błyskiem w oczach. – Oczywiście! – szybko ponownie znalazł się na łóżku i uklęknął obok mnie. – Nie pamiętasz? Kochaliśmy się przez całą noc! – uśmiechnął się szeroko, po czym rzucił się na mnie, przytulając do torsu. Zaciągnął się moim zapachem, a ja westchnąłem, na co on szybko odskoczył, odpychając mnie. – Kurwa, stary, ale oddechem to ty możesz zabić! Serio, i te plamy na twojej koszuli też nagietkami nie pachną… nawet nie chcę wiedzieć, czym się ubrudziłeś – machnął ręką. – Idź weź prysznic, jeśli nie chcesz szukać nowego basisty! – wskazał mi drzwi prowadzące do łazienki, a jego mina przypominała mi wyraz twarzy matki karcącej dziecko za to, że nie umyło zębów po kolacji.
Chwila, chwila… koszula…
Spojrzałem na siebie i ze zdziwieniem stwierdziłem, że jestem w pełni ubrany. Co prawda moje czerwone rurki miały teraz kilka dziur, których wcześniej nie było, a szara koszula śmierdziała nieprzeciętnie… jak i cały ja. Zdałem sobie sprawę, że smród który uderzył we mnie po przebudzeniu pochodził ode mnie.
- Jezu, czy mnie Yuu wrzucił do szamba? – ściągnąłem brwi, obrzucając wzrokiem ciemnowłosego.
- Hm… Jeśli mogę wyrazić swoje zdanie to myślę, że obrzucił cię nawozem do kwiatów i zepsutym mięsem, a następnie pozwolił zwymiotować na ciebie małpie… - przyłożył palec do brody.
You również był kompletnie ubrany, jednak jego strój był świeży i pachnący (a jeżeli nie pachnący to bynajmniej nie śmierdział na tyle, żeby przebić się przez mój fetor). Jego fryzura była ułożona po mistrzowsku, a delikatny makijaż pasujący do jego urody z pewnością nie został wykonany wczoraj, dzięki czemu nie wyglądał jak panda (zapewne w porównaniu do mnie).
Wczoraj oblewaliśmy pięciolecie naszego zespołu. Stroniłem od alkoholu, więc miałem słabą głowę, przez co stałem się obiektem żartów Yuu. Nie wątpiłem, że to właśnie to nasienie szatana spiło mnie i zostawiło na pastwę losu.
- Nie znowu na taką pastwę losu… na pastwę mnie – zaśmiał się basista. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że powiedziałem to głośno. – Ale chyba nie było tak źle, co? – puścił mi oczko i chciał mnie przytulić jednak zatrzymał się w pół ruchu. – Ale najpierw idź weź prysznic, proszę… - skrzywił się i ponownie wskazał mi łazienkę.
Po kolejnych czterdziestu minutach, kiedy byłem już wykąpany i przebrany w czyste ubrania bez zbędnych dziur niewiadomego pochodzenia i tajemniczych, śmierdzących plam, zasiadłem do stołu w jadalni, gdzie czekało już na mnie śniadanie. Chwyciłem pałeczki w dłoń i rzucając przelotne spojrzenia chłopakowi, przełykałem kolejne kęsy.
- You-kun, to co powiedziałeś było kłamstwem, prawda? – odezwałem się po chwili ciszy.
- Dlaczego tak uważasz? – ułożył głowę na splecionych dłoniach, przyglądając się mi uważnie.
- Bo nie jestem idiotą – odpowiedziałem dość zgryźliwie.
- Nigdy tak nie uważałem – uśmiechnął się słodko. – W przeciwieństwie do Yuu i reszty, prawda? – spojrzał wymownie na swój telefon, który leżał na blacie stołu.
Nie myśląc wiele wziąłem urządzenie, orientując się, że rozmowa została włączona na tryb głośnomówiący.
- Mam dość waszych głupawych żartów – odezwałem się. – Dla mnie to nie jest już śmieszne – zgrzytnąłem zębami, a następnie rozłączyłem się. Cisnąłem komórką w ciemnowłosego, który zręcznie ją złapał i wsunął do kieszeni.
Wstałem od stołu i zamierzałem skierować się do sypialni, jednak basista zatrzymał mnie stalowym uściskiem na nadgarstku.
- Oj nie gniewaj się, Sono – uśmiechnął się do mnie przymilnie. – To nie był mój pomysł – wzruszył ramionami.
- Ale mogłeś nie brać w tym udziału, kretynie! – popukałem go palcem w czoło, prychając. – Mogłeś mi powiedzieć zaraz po tym, jak się obudziłem, że to głupi żart!
- Nie mogłem.
- Mogłeś!
- Nie mogłem; przegrałem w karty z Yuu, a on mnie do tego zmusił. Wybacz, Sono, ale hazard nie jest moją mocną stroną… szczególnie poker – wywrócił oczyma, wracając do wspomnień.
- Mam już serdecznie dość Yuu! Dlaczego on chce zrobić ze mnie debila? Nudzi mu się? Na ma innych znajomych do dręczenia? – westchnąłem cierpiętniczo. – A zresztą… Zacznijmy od tego, co ty robisz w moim mieszkaniu?
- Wczoraj po imprezie zapakowałem cię w taksówkę i miałem zamiar wysłać do domu, jednak zorientowałem się, że ty nie byłeś już w stanie nawet przejść tych dwustu metrów od samochodu do wejścia twojego bloku i od wejścia kolejnych stu metrów do windy i dalej do mieszkania. Przewidywałem, że zaraz po wyjściu z samochodu poszedłbyś w siną dal, a potem ktoś musiałby cię odebrać z wytrzeźwiałki, dlatego wolałem pojechać z tobą. Ładnie utuliłem cię do snu, a następnie wróciłem do siebie. Rano przyjechałem tutaj ponownie, aby zobaczyć jak się czujesz i…
- …i zrealizować durny pomysł Yuu – dokończyłem, spoglądając na niego wściekle.
- Oj już nie przeżywaj tylko siadaj i dokończ śniadanie, bo zaraz jedziemy na próbę – westchnął.
- No chyba żartujesz! Jak niby w takim stanie mam śpiewać? – spojrzałem na niego z politowaniem. Mój głos był zachrypnięty od za dużej ilości papierosów, przez co brzmiałem co najmniej źle. Matko… próba? Chyba łeb mi pęknie…
- Nie ja ustalam terminy prób ani imprez. Także nie ja kazałem ci tyle pić i palić – wzruszył ramionami, a ja zasiadłem ponownie do stołu, wiedząc, że tej potyczki nie wygram.
- Może ty nie, ale Yuu…
- To było się go nie słuchać – przerwał mi w pół słowa.
- Kiedy on zawsze wymyśla jakieś podstępy! – krzyknąłem zrozpaczony.
- W takim razie wynajmij sobie przyzwoitkę – usiadł na swoim poprzednim miejscu.
- Niby skąd mam ją wytrzasnąć?
- Z wielką chęcią następnym razem to ja cię popilnuję. Widzisz, wystarczyło zapytać przyjaciela…
- Żeby to zawsze było takie proste! – zbulwersowałem się. – Jak miałem zapytać cię o to? Rzucić coś w rodzaju: „Hej. You, popilnujesz mnie na imprezie i dopilnujesz, żeby Yuu mnie nie spił, bo ten bęcwał knuje coś przeciwko mnie?” – wywróciłem oczyma.
- Na przykład – wzruszył ramionami.
- I zgodziłbyś się?
- Oczywiście.
- Jesteś dziwny… - pokręciłem głową.
- Jestem twoim przyjacielem – uśmiechnął się, a ja w końcu zająłem się jedzeniem. Długo jednak nie wytrzymałem w tej uciążliwej dla mnie ciszy, gdyż pewna myśl wzbudziła we mnie niepokój. Ponowie odezwałem się.
- Ne, You? Ta historia była prawdziwa, tak? – upewniłem się.
- Jaka historia? – spojrzał na mnie uważnie.
- No ta z tym powrotem z imprezy… Tak naprawdę do niczego między nami nie doszło, mam rację?
- Oczywiście.
- Czyli to wszystko było żartem Yuu?
- Tak.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Na pewno?!
- Na pewno.
- Ale na pewno?!
- Na pewno! – krzyknął. – Sono, jeśli mówię ci, że się nie przespaliśmy to tak w istocie jest. Bądź o to spokojny, dalej jesteś dziewicą – zaśmiał się, a ja cmoknąłem niezadowolony.
Chwila ciszy.
- Ale na pewno, na pewno do niczego nie doszło? – upewniłem się po raz ostatni.
- Na pewno, na pewno – zaśmiał się, rozbawiony moją dziecinnością, a następnie potargał mi włosy w miłym geście. – Zbierajmy się już do studia, bo zaraz chłopcy zaczną wydzwaniać z pytaniem, gdzie jesteśmy – uciął rozmowę.
Pokiwałem głową, zgadzając się z nim. Szybko dokończyłem posiłek, po czym wrzuciłem brudne naczynia do zlewu. Nieprzyjemny brzdęk rozniósł się po całym mieszkaniu, jednak ja nie zwróciłem na to uwagi. You jedynie wywrócił oczyma. Obaj skierowaliśmy się do przedpokoju, gdzie założyliśmy buty i kurtki. Następnie wyszliśmy na korytarz, a ja zamknąłem drzwi na klucz.
- Wiesz… Myślę, że Yuu mnie nie lubi… - mruknąłem, kiedy staliśmy już w windzie. – Te wszystkie jego żarciki, z pozoru nikomu nie wyrządzające szkody, są naprawdę irytujące… I to już ciągnie się od dwóch miesięcy! Czy on uważa mnie za kretyna?
- Ja z kolei uważam całkiem odwrotnie; myślę, że on się w tobie zakochał, jednak nie wie jak to wyrazić ani co zrobić, więc ucieka się do metod dzieci z podstawówki. Zapewne chce, żebyś zwrócił na niego uwagę – spojrzał na mnie, ciekawy mojej reakcji.
- Daj spokój – machnąłem ręką, ale kiedy zorientowałem się, że nie żartuje, zdziwiłem się. – Ty to tak na poważnie…? Przecież gdyby się we mnie zakochał, nie kazałby wmawiać innemu chłopakowi, że się z nim przespałem, nie?
- Nie wiem jak on to sobie wyobraża… Zresztą nie wiem, czy to w ogóle prawda; ja tylko głośno myślę – poklepał mnie po ramieniu. – W każdym razie zapytać nie zaszkodzi – uśmiechnął się. – Wywiedz się, o co tak naprawdę chodzi…
- Przed chwilą zarzekałeś się, że nie uważasz mnie za idiotę, a teraz ze mnie drwisz? – prychnąłem. – Niby jak mam się wywiedzieć, o co mu tak naprawdę chodzi? Mam do niego podejść, zaczepić i walnąć tekst typu: „Hej, Yuu, nie zakochałeś się może we mnie? Bo You uświadomił mi, że twoje zachowanie przypomina zauroczonego ucznia podstawówki”? Chyba zabiłby mnie śmiechem!
- A czemu od razu tak kolokwialnie? – spojrzał na mnie z niezrozumieniem. – Ty to wszystko tak prosto z mostu, jak chłop krowie na rowie… - wywrócił oczyma. – Nie możesz po prostu podejść do niego i zapytać, dlaczego wciąż z ciebie żartuje? Powiedz, że irytuje cię to i nie życzysz sobie takiego traktowania to może w końcu coś zrozumie – wzruszył ramionami, pochmurniejąc. Założył ręce na piersi i wbił wzrok w podłogę, niewerbalnie dając znać, że ten temat nie jest mu na rękę, a to, co powiedział odnośnie domniemanych uczuć jakie Yuu kieruje pod moim adresem było jego prywatnym rozmyślaniem, które wypowiedział przez przypadek na głos.
Winda zatrzymała się; wysiedliśmy na parkingu, kierując się w stronę samochodu ciemnowłosego.
- You, dlaczego tak zamilkłeś nagle? – zapytałem, zajmując miejsce pasażera.
- Zamyśliłem się – mruknął pod nosem, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Droga do studia upłynęła nam w ciszy. Ruch na drodze nie był duży, dlatego dotarliśmy na miejsce sprawnie i bez zbędnych rewelacji – basista jechał szybko; na tyle szybko, że udało nam się dotrzeć jeszcze dwadzieścia minut przed czasem. Odważyłem się ponownie odezwać, kiedy przekraczaliśmy próg budynku.
- Lubisz Yuu? – zagadnąłem znienacka.
- Nie – odpowiedział szczerze.
- Dlaczego? – dociekałem.
- Bo oszukuje.
- W kartach? To dlatego z nim przegrałeś?
- Yuu oszukuje nie tylko w kartach – odparł, kierując się w stronę schodów.
Wspięliśmy się na drugie piętro, a w momencie, kiedy pokonałem ostatni schodek ledwo powstrzymałem się od krzyknięcia zwycięsko: „Victoria!”. Zasapany oparłem się o ścianę i zgiąłem w pół, opierając dłonie na udach. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że…
- Po kiego grzyba wspinaliśmy się po schodach, kiedy na głównym holu jest winda? – spojrzałem wyczekująco na muzyka, który uśmiechnął się pod nosem i podał mi styropianowy kubek z zimną wodą.
- Teraz pobieżnie można mówić, że zaliczyłeś poranną gimnastykę. Poza tym chciałem sprawdzić w jakiej jesteś formie; wyszły skutki wczorajszych papierosków, co? – zaśmiał się, a ja prychnąłem.
- Piję i palę od wielkiego dzwonu, więc daj mi święty spokój! – oburzyłem się. – Nie każdy tak lubi sport, jak ty. Ktoś musi być leniwy, żeby ktoś inny mógł być pracowity – wygłosiłem swoją „myśl filozoficzną”. – A że ja jestem tą leniwą osobą to już nie moja wina… - wystawiłem mu język i niemalże dwoma łykami opróżniłem kubeczek z napoju.
- To zapewne wina twoich rodziców, że nie rozwinęli u ciebie zamiłowania do sportu? – spojrzał na mnie rozbawiony.
- Nie. To wina rządu – ironizowałem.
- Dobrze, że chociaż to nie jest winą Yuu – machnął ręką, a ja zgniotłem styropian w dłoni i wyrzuciłem go do śmietnika mieszczącego się nieopodal.
Razem ruszyliśmy do naszej sali, gdzie odbywały się próby. W środku zastaliśmy Yuu siedzącego na podłodze pod oknem, czytającego jakiś szmatławiec. Niestety nie mieliśmy tu żadnej kanapy czy choćby foteli, nie wspominając już o stoliku, który był istnym marzeniem – oprócz sprzętu muzycznego mieściło się tu jedynie pięć niewygodnych jak cholera, plastikowych stołków, od których wszyscy woleli już podłogę i dlatego to zawsze na niej siadaliśmy.
- O wilku mowa… - wymamrotałem pod nosem.
- A tu przyszedł niedźwiedź – zaśmiał się muzyk siedzący pod oknem, odkładając gazetę. – Cześć You. Cześć ćwierćinteligencie – przywitał się rozbawiony, a ja zgrzytnąłem zębami. – Jak tam po upojnej nocy?
- A przypierdolił ci ktoś kiedyś? – warknąłem, zaciskając dłonie w pięści. – W twarz? Krzesłem? – syknąłem, mrużąc wściekle oczy.
- Nie…
- Więc może czas najwyższy na ten pierwszy raz – przerwałem mu.
- Hola, nie denerwuj się znowu aż tak – podniósł ręce w obronnym geście, jednak ten durnowaty uśmieszek wciąż nie chciał spełznąć z jego ust.
- Zabiję… - ruszyłem po jeden ze złożonych stołków, który stał pod ścianą i już chciałem użyć go jako broni, kiedy niespodziewanie powstrzymał mnie You.
- Daj spokój. Szkoda stołka – mruknął, stając za mną i łapiąc mnie za ręce. Westchnąłem cierpiętniczo, posłusznie odkładając przedmiot na swoje miejsce. – Idę po coś do jedzenia. Nie zabij go – przechylając głowę, wskazał Yuu, a następnie wyszedł z sali, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Nie wiem dlaczego mnie tak nie lubicie – wzruszył ramionami muzyk.
- Nie znoszę cię, bo robisz sobie ze mnie durne żarty i wkurwiasz mnie tym! – wyrzuciłem ręce w powietrze.
- Ale ja właśnie robię to po to, żeby cię zdenerwować! – zaśmiał się.
- Więc czego głupio się pytasz, dlaczego cię nie lubię? Robisz mi na złość, a potem dziwisz się, że chcę ci przypierdolić krzesłem… - warknąłem.
- Ale to naprawdę zabawne! Lubię cię denerwować, bo tak śmiesznie na to reagujesz i robisz z siebie kretyna – uśmiechnął się szerzej.
- CO?! – wrzasnąłem.
- No nie patrz tak na mnie z chęcią mordu – klasnął w dłonie. – Lubię robić z ciebie idiotę, bo przez to jest śmieszniej w zespole – wzruszył ramionami.
- Szkoda, że nikogo oprócz ciebie to nie bawi – prychnąłem śmiertelnie obrażony.
- Widzisz, nawet teraz jesteś ofiarą – zachichotał. – Gdybyś nie był głupi nie dawałbyś mi się zirytować; nie reagowałbyś na moje zaczepki. Swoją złością jedynie mnie bawisz, dlatego wciąż z ciebie żartuję. Jeśli przestałbyś na mnie zwracać uwagę zapewne znudziłbym się i przestałbym brnąć w to tak uparcie; a wiesz, że ja się bardzo szybko nudzę – rozłożył ręce, jakby podkreślając, że wszystko co miał mi do powiedzenia w tej sprawie, już powiedział. – Dobrze, ty nie znosisz mnie ze względu na swoją bolesną głupotę, ale You?
- Powiedział, że nie lubi cię za to, że oszukujesz; i przestań mnie w końcu obrażać! Dobrze wiesz, że mam usposobienie choleryka, więc przestań to wykorzystywać!
- Ale mnie to bawi – wzruszył ramionami. – Co ja zrobię, że mam paskudny charakter? – chwilę zamyślił się, aby zaraz potem kontynuować wypowiedź. – You myśli, że go oszukałem…? Ach, jest tak samo zabawnym idiotą, jak ty! – klasnął w dłonie, śmiejąc się w głos. – Doprawdy, będziecie do siebie pasować…
- Co? O czym ty mówisz? – nic z tego nie rozumiałem.
- Ty jesteś kretynem, a on zakochanym w kretynie! – parsknął śmiechem. – W sumie za te żarty nie powinieneś być zły na mnie, a właśnie na You – gestykulował żywo rękami. – Kiedyś, kiedyś, z jakieś dwa miesiące do tyłu, nasz kochany, ułomny basista poprosił mnie o pomoc w zdobyciu twojego serca, Sono-chan! Pewnie myślał, że dyskretnie wypytam cię o to, co o nim sądzisz i tak dalej… jednak ja postanowiłem trochę z ciebie pożartować, licząc na to, że You stanie w twojej obronie, a potem rzucicie się sobie w objęcia. On w istocie bronił cię i pocieszał, jednak ty byłeś zbyt tępy, żeby zauważyć to, że on czuje do ciebie coś więcej niż przyjaźń, a jego zachowanie wychodzi poza granice obowiązków przyjaciela. Niestety You ma na twoim punkcie obsesję, delikatnie rzecz ujmując, dlatego, kiedy ktoś choćby stanie za blisko ciebie zaraz robi się zazdrosny, a gdy ty tylko się odwrócisz bierze tą osobę „na słówko”, a potem wygłasza jej kazanie, jakiego niejeden klecha nie potrafiłby przebić – zachichotał pod nosem. – Ja znalazłem pewne korzyści w tym układzie dla siebie; rozbawiałeś mnie, dlatego, jak już wiesz, żartowałem sobie z ciebie i żartuję nadal. Naprawdę cię lubię, Sono-chan, ale chęć podpuszczenia cię jest silniejsza ode mnie – zaśmiał się. – Więc ja wciąż bawiłem się, a You musiał pomyśleć, że w ten sposób próbuję cię poderwać – rozłożył ręce. – Ubzdurał to sobie, oczywiście – podkreślił. – Doprawdy, dwa matoły z was… - prychnął. – Szczerze to niepotrzebnie wtrącaliście osoby trzecie pomiędzy siebie; w tym wypadku w postaci mojej skromnej osoby. Myślę, że dwaj idioci tacy jak wy, dogadaliby się ze sobą bez najmniejszego problemu, jeśli tylko zdobylibyście się na szczerą rozmowę.
- Zamknij się! – krzyknął basista, który nie wiadomo jak ani kiedy zjawił się ponownie w sali i tym razem to on wyskoczył z zamiarem przyłożenia Yuu złożonym stołkiem. Byłoby mu się udało gdyby Ayame i Anzi, którzy również niewiadomo jakim cudem znaleźli się w pomieszczeniu, nie zatrzymaliby go. Gitarzysta szybko wyrwał basiście „broń”, odrzucając ją w przeciwległy kąt pokoju.
 - Czy wam do reszty odpierdoliło?! – wrzasnął klawiszowiec, patrząc na naszą trójkę spod byka. – Yuu, jak ci się nudzi i chcesz się pośmiać to zapisz się do wędrownej trupy cyrkowej, a wy, Sono i You… to napięcie między wami jest nie do zniesienia! Niby jeden drugiemu pomaga i jest wszystko pięknie, ale to wy jesteście przyczyną tego całego zamieszania; prześpijcie się w końcu ze sobą, wyznajcie sobie miłość i niech wreszcie zapanuje spokój!

***

- Anzi! Wypuść nas stąd! – jęknąłem żałośnie, waląc głową w drzwi kantorka, w którym zostaliśmy uwięzieni razem z You.
- Nie ma mowy! – odkrzyknął chłopak zza drzwi. – Macie w końcu dojść do jakiegoś porozumienia! A tak w ogóle to weź się nie drzyj, bo Ayame śpi.
Yuu wszystko zostało puszczone płazem, dlatego chłopak mógł pójść do domu, mimo moich gorących sprzeciwów. Klawiszowiec i gitarzysta uważali, że problemem są moje stosunki z basistą, dlatego „wspaniałomyślnie” zamknęli nas w składziku, gdzie trzymaliśmy sprzęty muzyczne, zapasowe kable i różne elektroniczne maszyny niewiadomego pochodzenia, a tym bardziej przeznaczenia. Anzi i Ayame pilnowali nas na zmianę, abyśmy nie wyszli z naszej prowizorycznej celi przed osiągnięciem porozumienia. Co prawda drzwi zamknęli na klucz, ale woleli nas tu samych nie zostawiać, wiedząc, że zapewne udałoby nam się otworzyć zamek jakimś drucikiem albo najnormalniej w świecie wyważylibyśmy drzwi.
- Ale Anzi! – znów zacząłem lamentować. – Jest już po dwudziestej drugiej; ja chcę spać! I tu jest zimno! W dodatku tu nie ma okna!
Tak, kiedyś mieściło się tu niemalże pod samym  sufitem małe, prostokątne okienko, ale teraz go nie ma. Ktoś je, najbezczelniej w świecie, wyrwał i została po nim tylko oprawa. Nikt nie wiedział, kto to zrobił ani dlaczego, ale jak okna nie było od dwóch lat, tak wciąż go nie ma.
- Masz problem – odpowiedział okrutnie mój „kat”.
- A! Tu coś jest! – krzyknąłem przestraszony, kiedy to owe coś owinęło się wokół mojej nogi. – Anzi! Ratuj!
- Jak dla mnie to „coś” może cię nawet zeżreć – burknął, a ja zacząłem się szarpać, jednak to tylko pogorszyło sytuację. To „coś” jeszcze mocniej zacisnęło się na mojej łydce.
- To mi chce zeżreć nogę! A… Czekaj… To tylko przedłużacz – machnąłem ręką i uspokojony, wyplątałem się z czarnego kabla. You zachichotał siedząc pod przeciwną ścianą.
Składzik, jak każdy może się domyślać, był mały i zawalony kartonami. Niektóre wieże zbudowane z kartonowych pudeł groźnie przechylały się w jedną lub drugą stronę, przez co wyglądały jakby zaraz miały się zawalić; w obawie, że zawartość tych kartonów wyląduje na mojej głowie postanowiłem nie kusić losu i nie szwędać się po tym „tekturowym blokowisku”, podczas gdy basista zwinnie przeciskał się między nimi. Tak jak już mówiłem, było po godzinie dwudziestej drugiej, więc na dworze było absolutnie ciemno – tak samo jak i tu. Ciemnowłosy co prawda znalazł włącznik światła, jednak okazało się, że żarówka była zbita i byliśmy skazani na siedzenie w ciemności. Jedynym źródłem światła była dziura, jaka została po wyrwanym oknie, przez którą wdzierało się słabe, mdłe światło jednej z latarni ulicznych – niestety światło padało głównie na sufit, więc tak naprawdę nic nie dawało. You chyba z nudów zaczął szperać w szufladach starego regału stojącego pod ścianą.
- Wątpię, żebyś znalazł tam siekierę – mruknąłem.
- A na co mi siekiera?
- Żeby rozwalić te drzwi i zabić Anziego i Ayame – odpowiedziałem, kładąc się na brudnej, betonowej podłodze. – Dlaczego my tu nigdy nie sprzątamy? Teraz musimy siedzieć w syfie…
- Jak chcesz to możesz zacząć sprzątać – rzucił drwiąco, wiedząc, że tego nie zrobię.
- Ale tak po ciemku? – machnąłem ręką, wykręcając się.
- Spokojnie, właśnie szukam żarówki. Przypomniało mi się, że kiedyś gdzieś ją tutaj odkładałem… - westchnął, przetrząsając kolejną szufladę. – Mam! – krzyknął uradowany.
- I co ci to dało? Przecież nawet nie masz jak dostać się do tej cholernej lampy – zauważyłem. – Nie ma tu żadnej drabiny czy coś…
- Wystarczy, że ustawię kilka kartonów na sobie i...
- Przecież one są niestabilne! – zaprotestowałem. – Spadniesz i zrobisz sobie krzywdę!
- Dlatego ty będziesz mnie asekurował – jego białe zęby błysnęły w świetle latarni. Chłopak nie czekając na moje przyzwolenie przesunął na środek pomieszczenia dwa wielkie kartony. Ustawił je na sobie i wskoczył na górę. – Wstawaj, Sono! Podaj mi jeszcze coś na czym mógłbym stanąć – poprosił, a ja przeklinając go w myślach, niechętnie dźwignąłem się z podłogi.
Starałem się wybierać dość duże pudła, które nie były zbytnio zniszczone. Chłopak wspinał się na kolejne z nich, a gdy w końcu dosiągł lampy wykręcił to, co pozostało z poprzedniej żarówki i wkręcił nową. Podszedłem do ściany i włączyłem światło, które rozbłysnęło natychmiastowo oświetlając małe pomieszczenie.
- Matko, tu jest jeszcze brudniej niż myślałem… Lepiej zgaszę światło… – zrobiłem tak jak powiedziałem; zresztą od dłuższego czasu mrok mi już nie przeszkadzał. Mój wzrok przyzwyczaił się, więc widziałem w ciemności całkiem nieźle. – You, złaź stamtąd! – zawołałem basistę.
- No… żeby to było takie proste – syknął, kiedy w coś się uderzył.
 Z narastającym niepokojem obserwowałem jak ciemnowłosy wciska stopy między kolejne kartony, aby móc zejść. Jedno z pudeł ugięło się pod jego ciężarem, przez co zachwiał się, jednak udało mu się odzyskać równowagę. Muszę powiedzieć, że szło mu to całkiem nieźle. You schodził powoli i ostrożnie, rozważając każdy krok.
- Chyba w końcu przydało ci się na coś trenowanie wspinaczki – zaśmiałem się pod nosem.
- Co? – odwrócił w moją stronę głowę.
- Mówię, że w końcu przydało ci się… - nie dokończyłem, gdyż tym razem chłopak zleciał.
Przewidywałem, że mógłby się nieźle poobijać, gdyby upadł na podłogę, dlatego wciąż krążyłem w pobliżu wieży, po której schodził; całe szczęście, gdyż tylko dzięki temu udało mi się go złapać… chociaż, to może złe określenie. Udało mi się jedynie zamortyzować jego upadek, jako że basista spadł wprost na mnie. Runąłem do tyłu, przewalając przy okazji kilka kartonów, które przygniotły ciemnowłosego, leżącego na mnie. Chłopak zdążył osłonić dłońmi moją głowę, dlatego nie uderzyłem nią zbyt mocno o beton.
- Ał… - jęknęliśmy obaj w tym samym momencie.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nasze twarze dzielą zaledwie milimetry. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Jego gorący oddech delikatnie muskał mój policzek; było niemalże jak w filmie… ale to było życie, więc takiego epickiego zakończenia być nie mogło. Chyba naprawdę jestem idiotą, jeśli liczyłem na to… Basista westchnął z ulgą, po czym opadł na mój tors, oddychając rytmicznie i głęboko.
- Po cholerę zgasiłeś to światło? Przez ciebie nic nie widziałem! To twoja wina, że spadłem! Zresztą… po co w ogóle je gasiłeś? Przecież wlazłem tam po to, żebyśmy nie musieli siedzieć w ciemnościach, a ty zrobiłeś wszystko na przekór…
- A czy ja kazałem ci tam włazić? – wzruszyłem ramionami, zrzucając go z siebie. – Boli… - syknąłem.
- Co cię boli? – zainteresował się.
- Plecy…
- Mocno się uderzyłeś? – dociekał.
- Mhm… - mruknąłem, próbując jakoś samemu rozmasować źródło bólu.
You wstał i ponownie włączył światło, po czym usiadł za mną i podwinął moją koszulkę. Wzdrygnąłem się, odsuwając od niego odrobinę.
- No nie bój się. Nic ci nie zrobię – obiecał.
Wziąłem głębszy oddech i pozwoliłem mu zdjąć z siebie bluzkę. Dziwnie się czułem, gdy rozbierał mnie mój przyjaciel, który okazał się być we mnie zakochany. To nie to, że byłem homofobem czy coś… Nie miałem nic do związków osób tej samej płci, ale po prostu jeszcze nigdy nie byłem z mężczyzną, dlatego czułem się tak dziwnie… Gdybym tylko mógł zaprzeczyć myśli, że ciemnowłosy mnie kocha; zrobiłbym to – ale nie mogłem. Jego zachowanie wobec Yuu tuż przed próbą, która się nie odbyła potwierdzało, że chłopak coś musiał do mnie czuć; coś więcej niż przyjaźń. Basista przesunął palcami wzdłuż mojego kręgosłupa, a następnie delikatnie sunął dłońmi po moich łopatkach i barkach.
- Będziesz miał siniaki – stwierdził, a następnie oparł się o ścianę i usadził mnie między swoimi rozkraczonymi nogami. Przyciągnął mnie do siebie, zmuszając, abym oparł głowę na jego torsie. On sam oparł brodę na mojej głowie i splótł palce na moim podbrzuszu. Czułem się zaskakująco dobrze czując bijące od niego ciepło. – Masz mi to za złe?
- Niby co takiego?
- Moje uczucia wobec ciebie – odpowiedział prosto z mostu. Odwróciłem głowę, aby móc na niego spojrzeć.
- Nie, nie mam ci tego za złe…
- Więc daj mi szansę – przerwał mi, a ja otworzyłem usta ze zdziwienia. Wiedziałem, że ta rozmowa kiedyś musi nastąpić, ale nie wiedziałem, że przebiegnie ona tak ostentacyjnie. Ciemnowłosy czekał na moją odpowiedź, podczas gdy ja próbowałem ułożyć myśli w głowie i ogarnąć chaos, jaki się w niej zrodził.
- Ja… Znaczy… - dukałem.
You powoli zaczął się do mnie przybliżać. Kompletnie nie wiedziałem, jak mam się zachować, co zrobić. Siedziałem sztywno w jego objęciach, dając mu sobą pokierować. Chłopak musnął delikatnie moje wargi, dotykając delikatnie mojego torsu, zahaczając o sutki. Westchnąłem wprost w jego usta, a on odsunął się minimalnie i uśmiechnął do mnie miło. Nawet nie zamknąłem oczu podczas pocałunku…
- Więc? – podniósł jedną brew, wyczekując odpowiedzi.
- Dam ci szansę… mój idioto – nieśmiało go objąłem, po czym strzeliłem w potylicę z otwartej dłoni. – Nie można było tak od razu, tylko musiałeś bawić się ze mną w jakieś podchody? – fuknąłem.
- Mój słodki Sono-chan – zaśmiał się i potargał mi włosy tak jak to miał w zwyczaju i ucałował mnie w skroń, na co ja zarumieniłem się. – Jeszcze raz? – zapytał z uśmieszkiem, jednak tym razem zrozumiałem o co mu chodzi. Pokiwałem głową, zgadzając się.
Chłopak ponownie nachylił się nade mną chcąc mnie pocałować, kiedy nagle…
- No w końcu! Cholera, myślałem, że zgnijemy już w tym studiu! – jęknął Anzi, stojąc w drzwiach.
- Zamknij się! – zganił go Ayame. – Mówiłem ci, żebyś jeszcze poczekał to mielibyśmy porno na żywo za darmo!
- Jakoś nie chciałbym oglądać kolegów z zespołu w „akcji”. Zresztą, Ayame, czy ja cię nie zaspokajam, że ty wciąż jesteś taki napalony? – ich głosy niosły się echem po pustym budynku, kiedy odchodzili w stronę windy.
- Oczywiście, że mnie nie zaspokajasz! Kto mi dzisiaj rano odmówił seksu?- niemal zaczęli się kłócić, a ja z You popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani.
- Oni tu mają kamery? Skąd wiedzieli, w którym momencie wejść? – zdziwił się basista.
- Więc nas podglądali?! Wiedzieli, co robiliśmy? – spanikowałem, jeszcze bardziej rumieniąc się.
- Spokojnie, Sono-chan – cmoknął mnie w policzek. – Wygląda na to, że nasz gitarzysta i klawiszowiec również są razem – wzruszył ramionami i wstał, otrzepując tyłek, a następnie podał mi rękę i pomógł wstać z podłogi. Podał mi koszulkę, którą na siebie zarzuciłem.
Wyszliśmy ze składziku, a następnie z sali udając się na korytarz. Okazało się, że czekał tu na nas jeszcze jeden gość; mianowicie Yuu.
- Siedziałeś cały czas na korytarzu? – zapytałem.
- Tak. Chciałem zobaczyć jak nasze dwa, głupiutkie gołąbeczki razem wyglądają – zaśmiał się.
- I jak się prezentujemy? – basista nie dał się sprowokować, obejmując mnie jedną ręką w pasie. Zawstydzony nieco wcisnąłem się w bok jego ciała.
- Ładnie… choć nieco idiotycznie – zarechotał.
- Zazdrościsz? – fuknąłem.
- Oczywiście, że tak, Sono-chan – uśmiechnął się nieco inaczej niż poprzednio i pocałował mnie w czoło, po czym odszedł, machając nam na pożegnanie. Stanąłem w osłupieniu nie wiedząc za bardzo, jak ustosunkować się do tego, co stało się przed chwilą.
- Więc… - zacząłem, ale nie wiedziałem jak skończyć.

- Tak, Sono, on naprawdę zakochał się w tobie; to dlatego tak z ciebie żartował, ale kiedy poprosiłem go dwa miesiące temu o pomoc, zrozumiał, że nie ma szans na zdobycie ciebie. Mimo iż sam był w tobie zakochany, nie odbił mi cię; Yuu to jednak dobry przyjaciel – podsumował, splatając nasze dłonie i ciągnąc mnie w stronę windy.