Le Ciel cz.2


2. Pierwsza noc
– Niedługo osiemnasta, o dziewiętnastej otwierają, więc możemy zacząć się już przygotowywać. Nauczę cię robić makijaż – obiecał. – Nie ma innego wyjścia – dopowiedział szybko, widząc moją minę.

Okazało się, że makijaż był całkiem przyjemny. W sumie… spodobało mi się manipulowanie własnym wyglądem – używając czerni i metalicznych odcieni szarości, wyglądałem drapieżnie, kiedy natomiast stawiałam na delikatne odcienie bieli i beżów, wyglądałem niewinnie i, jak to określił Will, wręcz rozkosznie. Mój współlokator stwierdził, że już wcześniej musiałem być zniewieściały, skoro podobało mi się siedzenie przed lustrem i przeglądanie się w nim.
W końcu nadeszła godzina dziewiętnasta, a serce podeszło mi do gardła. Oprócz makijażu, Will pomógł wybrać mi ubrania i dobrać fryzurę. Ubrałem się w czarne legginsy i coś białego, tuniko-podobnego; owa bluzka, którą założyłem miała bardzo długie, szerokie rękawy sięgające mi niemalże do samych kolan, głęboki dekolt i odsłaniała ramiona. Była szeroka i bardzo wygodna, a w dodatku wykonana z przyjemnego w dotyku materiału.
- Tak tu o nas dbają? – zapytałem zdziwiony.
- Tak – przytaknął chłopak. –Kiedy prosisz o ciuchy, zawsze dostaniesz te z najwyższej półki; ale tu nie chodzi o to, żeby nam dogodzić… Chodzi o to, abyśmy lepiej się prezentowali i kusili możliwie jak najwięcej potencjalnych klientów – westchnął ciężko.
Chwilę później do drzwi pokoju zapukał Karyu, który w geście powitania ucałował moją dłoń. Następnie ujął mnie pod łokieć i sprowadził po schodach piętro niżej. Will szedł za nami, przez co miałem wrażenie, że kroczył w moim cieniu, a mój „opiekun” specjalnie promuje mnie już na wejściu. Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy wyglądało jak bawialnia w barokowym zamku. Jak zwykle wszystko opływało tu w przepych. Parkiet był wykonany z ciemnego drewna, takiego samego, z jakiego zostały wykonane schody, którymi zeszliśmy. Ich podstawa była znacznie szersza niż szczyt, dlatego kiedy spojrzałem na nie z dołu, zauważyłem, że zostały wykonane na kształt trójkąta – początkowe stopnie były bardzo długie, a wyższe coraz mniejsze. Na ścianach zostały pozawieszane wielkie obrazy przedstawiające przyrodę nieożywioną, a same ściany zostały obklejone kremową tapetą w złote i miedziane wzory. Naprzeciw schodów mieścił się wielki, biały kominek, w którym palił się ogień. Pod ścianami czekali już potencjalni klienci, przyglądający się wchodzącym „opiekunom” ze swoimi „podopiecznymi”. Na środku sali w okręgu zostało ustawione kilkanaście masywnych krzeseł, na których siedziało już kilku chłopców; wszyscy byli mniej więcej w moim wieku. Karyu poprowadził mnie w stronę najbliższego wolnego krzesła i gestem dłoni kazał mi usiąść. Bezzwłocznie wykonałem jego polecenie, po czym rudzielec oddalił się ode mnie; wmieszał się w tłum klientów i obserwował mnie z daleka. Podczas gdy inni chłopcy uśmiechali się zalotnie do podstarzałych mężczyzn, z którymi zapewne dzisiaj będą musieli spędzić noc, ja spuściłem głowę i wbiłem wzrok w podłogę. Nie miałem odwagi jej podnieść. Czułem na sobie ciekawskie spojrzenia, które wcale nie dodawały mi odwagi. Przełknąłem głośno ślinę i zacisnąłem mocno dłonie na szerokim siedzisku krzesła.
Goście zaczęli krążyć wokół nas, przyglądając się nam. Użyłem liczby mnogiej, choć tak naprawdę miałem wrażenie, że gapią się tylko i wyłącznie na mnie. Nadal nie podnosząc głowy, kątem oka przyglądałem się osobom, które kręciły się najbliżej mnie. Byli to głowie, tak jak już wcześniej wspomniałem, mężczyźni po czterdziestce, ubrani w bardzo drogie eleganckie stroje, które miały odzwierciedlić ich majątek. Przyszło tu także kilka młodszych oraz całkiem siwych panów, zauważyłem też cztery, czy pięć kobiet w długich sukniach… Zastanawiałem się,ile będą trwać te podchody i kiedy w końcu ktoś do mnie podejdzie i zaprowadzi dopokoju. Zadrżałem… dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo się tego bałem. Przecież… zupełnie nie wiedziałem, co miałbym zrobić, a nawet nie zapytałem o to Willa! Nie przyszło mi to do głowy!
Wykrakałem. Jakiś facet w bordowej marynarce ruszył w moją stronę, a ja zacząłem się stresować. Nagle do sali wbiegł Hizumi. Odwróciłem głowę w jego stronę i już miałem odpowiedzieć uśmiechem na przyjazne spojrzenie, które mi rzucił, jednak w tym momencie niespodziewanie z tłumu wyłonił się Karyu. Podszedł do bruneta i szarpnął go za ramię, szepcząc mu coś na ucho, przy czym marszczył brwi. Widocznie nie był zadowolony z tego, że Hizu pojawił się tutaj…
- Jeśli nie ja, to on – powiedział głośno, a jego głos odbił się echem. Mówiąc to, wskazał dłonią na mężczyznę w bordowej marynarce, który zatrzymał się w pół kroku i zmierzył nowoprzybyłego groźnym spojrzeniem. – Och, najmocniej przepraszam panie Burton – ukłonił się niezbyt nisko. – Oczywiście to nie było żadne oskarżenie – uśmiechnął się sztucznie. – Tak, jak kiedyś zwrócił mi pan uwagę, powinienem bardziej panować nad swoim niewyparzonym językiem i przede wszystkim nad tym, jak głośno mówię – szybko podszedł do faceta i złapał go za łokieć. – Czy byłby pan łaskaw mi wybaczyć?
- Oczywiście, panie Yoshida – burknął tamten, tęskno spoglądając w moją stronę. Hizumi widocznie grał na zwłokę… ale dlaczego i po co? – Ale niech mi to będzie ostatni raz… Naprawdę, jeśli już chce pan kogoś omawiaćza placami, niech przynajmniej robi pan to ciszej – fuknął, po czym chciał podejść do mnie, jednak brunet szarpnął go.
- Jeszcze raz przepraszam. Chciałbym to panu jakoś wynagrodzić, choć zapewniam, że nie były to żadne pomówienia ani oskarżenia względem pana – pociągnął go w stronę wyjścia. Mężczyzna sapnął niezadowolony, jednak najwidoczniej nie wypadało mu odmówić. Bo co miał powiedzieć? „Nie przepraszaj mnie, bo zaraz ktoś zabierze mi sprzed nosa chłopaka, którego chciałem zaciągnąć do pokoju i…”… Nawet w myślach nie chciałem kończyć tego zdania. Obaj wyszli.
Kilku kolejnych rzucało sobie wyzywające spojrzenia i zaczęli się do mnie zbliżać. O matko… jeszcze gorzej – jęknąłem w myślach. Pierwszy podszedł do mnie wąsaty, postawny mężczyzna w popielatym garniturze, przez co wyglądał jak polityk… ale co niby miał robić polityk w burdelu? Ach, zapomniałem, że to Francja… Tu takie rzeczy nie były szokujące; a bynajmniej tak twierdził Will – wierzyłemmu, bo cóż innego mogłem zrobić? Przecież nie miałem własnych wspomnień, a doświadczenia (o ile takie posiadałem) utraciłem przez zanik pamięci…
- Witaj, azjatycki chłopczyku – przywitał się i dotknął opuszkami zrogowaciałych palców mojego policzka, uśmiechając się… w przerażający dla mnie sposób.
Ktoś zaczął się przepychać przez ludzi.Po chwili ze zgromadzenia znów wyłonił się Hizu, który złapał mnie za rękę i pociągnął, zmuszając w ten sposób, abym wstał. Przyciągnął mnie do siebie i objął jedną ręką w pasie.
- Ta azjatycka piękność jest moja – fuknął, po czym skierował się ze mną z powrotem w stronę schodów.
Kilka osób zaczęło rzucać nieprzyjemne komentarze pod jego adresem, jednak się tym nie przejął. Wspięliśmy się po schodach na wyższe piętro, po czym Hizumi poprowadził mnie w przeciwny korytarz do tego, którym szedłem razem z rudzielcem. Dziwnie się czułem, kiedy on mnie prowadził, a nie ja jego… W sumie, ja tu mieszkałem, nie? Ale, jak widać, on znał ten budynek lepiej niż ja, bo przecież utraciłem pamięć. Ciekawiło mnie, czy Hizumi często tutaj przychodził…
Zastanawiałem się, czy nie powinienem podziękować mu za ratunek od tych zboczeńców… kiedy nagle sobie uświadomiłem, że ja przecież w żadnym stopniu nie znam Hizumiego! Nie wiem, czy jest taki sam jak inni, czy może nawet jeszcze gorszy… Przypomniał mi się incydent sprzed kilku godzin, kiedy to brunet przyciskał do ściany Willa, niemal go w nią wbijając, dając mu ostatnią szansę na zwrot pieniędzy. Wystraszyłem się nieco…
Doszliśmy na koniec korytarza. Hizumi podszedł do ostatnich drzwi, otworzył jei wszedł, ciągnąc mnie za sobą. Zamknął drzwi od środka na klucz, zapewne, żeby… nikt nam, to znaczy mu, nie przeszkadzał; zadrżałem z przerażenia, zdając sobie sprawę, że to, co nieuniknione stanie się już niedługo… dokładnie za chwilę…
- Nie bój się – przyciągnął mnie do siebie i objął w pasie. – Mówiłem, że cię nie skrzywdzę – uśmiechnął się ciepło i przeczesał moje włosy w ten sam sposób, w jaki zrobił to w moimpokoju.
Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Stałem jak słup soli w jego objęciach i z przerażeniem wpatrywałem się w niego. Serce waliło mi jak szalone, a w głowie nieprzyjemnie huczało…
- Ja… Znaczy… - zająknąłem się.
- Spokojnie. Wszystkiego cię nauczę – szepnął mi na ucho, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej i zacieśniając uścisk.
Zaraz po tym jak to powiedział, zjechał dłońmi z moich pleców na pośladki, a następnie wziął mnie na ręce. Pisnąłem, nie spodziewając się tego, na co zachichotał cicho. Odruchowo oplotłem go nogami w pasie i rękami za szyję, żeby nie spaść. Położył mnie delikatnie na łóżku, a następnie usiadł na mnie okrakiem.
- Więc, Zero… - uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco i powoli zaczął o mnie ocierać. – To twój pierwszy raz po utracie pamięci, tak? – zapytał, a ja spojrzałem na niego zdziwiony.
- Skąd wiesz?
- Karyu mi powiedział – zaczął gładzić moją szyję. – Nie miał wyboru; mógł oddać cię w moje ręce albo komuś innemu, kto z pewnością by cię skrzywdził – nachylił się nade mną i zaczął całować od prawego obojczyka w górę. Zatrzymał się przy linii szczęki. – Więc jak? To twój pierwszy raz?
- T… Tak – szepnąłem cicho, a on owiał moje ucho gorącym oddechem. Przeszły mnie dreszcze.
- Obiecuję, że będę delikatny, ale mimo wszystko i tak możesz poczuć dyskomfort – polizał moje ucho, a ja zarumieniłem się. – Nie opierajsię i nie wyrywaj, a na pewno na tym skorzystasz, rozumiesz? – upewnił się.
- Mhm… - mruknąłem na potwierdzenie.
Podwinął moją bluzkę i zaczął mnie dotykać. Zachłysnąłem się powietrzem, kiedy poczułem zimne palce na podbrzuszu. Odsłonił mój brzuch i przejechał dłońmi po bokach mojego ciała. Uśmiechnął się do siebie, po czym zdjął ze mnie górną część garderoby. Zaczął całować mnie wzdłuż mostka, a następnie językiem drażnić prawy sutek. Wciągnąłem głośno powietrze. Drugi podszczypywał dłonią. Pomrukiwałem cichutko, starając się nad sobą panować, jednak to nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Kiedy znudziło mu się to zajęcie, wznowił pocałunki, którymi obsypywał moją klatkę piersiową i brzuch. Kiedy doszedł do pępka, wsunął do niego język, a ja położyłem ręce na jego barkach, delikatnie je masując. Następnie brunet uniósł delikatnie moje biodra i zdjął ze mnie legginsy. Leżałem pod nim w samej bieliźnie i czułem się co najmniej… źle. Dorodne rumieńce wykwitły na mojej twarzy, huczenie w głowie wzmogło się, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ból brzucha i odruch wymiotny. Hizumi wyprostował się i ogarnął mnie wzrokiem, przekrzywiając głowę. Spojrzał na mnie z bólem w oczach i nachylił się nade mną ponownie.
- Wiem, że gdybyś miał wybór, nigdy byś tego nie zrobił – założył mi włosy za ucho, które uwolniły się z klamry, spiętej z tyłu głowy w mało wyszukanej fryzurze. – Ale niestety nie masz wyboru… Oszczędziłbym ci tego i mógłbym przesiedzieć tu z tobą całą noc grając w karty, czy po prostu gadając o pierdołach, ale to nie miałoby wtedy sensu. Wiesz, że od dziś każdy twój dzień będzie wyglądał właśnie tak – skrzywił się. – W końcu musiałbyś się komuś oddać; a janie chcę dla ciebie źle. Chcę, żebyś wiedział, czego mogą od ciebie oczekiwać klienci – spojrzał mi w oczy. – Proszę, nie bój się mnie… naprawdę nie ma czego – uśmiechnął się do mnie miło, a ja spróbowałem odpowiedzieć mu tym samym, chociaż nie byłem pewien, czy mi się udało. Chciał mnie pocałować, kiedy nagle zebrałem w sobie tyle odwagi, by się odezwać:
- Hizu? – zapytałem cicho.
- Tak? – spojrzał na mnie uważnie.
- A zagrasz kiedyś ze mną w karty? – chłopak zaśmiał się serdecznie, a ja widząc, że naprawdę nie chce mnie skrzywdzić, rozluźniłem się nieco i również pozwoliłem sobie na szczery uśmiech.
- Pewnie – zgodził się.
- Jutro? – zaproponowałem.
- Zobaczymy… Nie wiem, czy jutro, ale obiecuję, że wpadnę pograć z tobą w karty – ponownie zaśmiał się, po czym pocałował mnie.
Objąłem go za szyję i oddawałem pieszczotę. Rozchyliłem usta, kiedy polizał moją dolną wargę. Wsunął język do środka, co nieco mnie skrępowało. Nie wiedziałem, jak miałem się zachować, jednak zaraz mnie nakierował, wciąż zachęcając mój język do zabawy. Nasze koniuszki splotły się w erotycznym tańcu. Hizumiał wprawę i świetnie całował. Całkowicie mu się oddałem, gdyż to, co robił, podobało mi się i sprawiało przyjemność.
Jedną ręką opierał się na wysokości mojej głowy, a drugą gładził moje udo, powoli zbliżając się do krocza. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że leżałem już prawie nagi, a on wciąż był kompletnie ubrany. Zacząłem rozpinać guziki kamizelki, którą miał na sobie, a następnie koszuli. Przejechałem dłonią po jego odsłoniętym torsie.  Nie mogłem zdjąć z niego ubrań, gdyż nie chciał mi w tym pomóc i nie oderwał ode mnie dłoni. Wsunął rękę pod moją bieliznę. Mój jęk zatonął w jego pełnych wargach, które ściśle przylegały do moich. Palcami przesuwał po całej długości mojego przyrodzenia, wywołując u mnie dreszcze i kolejne jęknięcia, które skutecznie tłumił. Zaczął mnie onanizować. Zalała mnie fala gorąca. „Obiecuję, że będę delikatny, ale mimo wszystko i tak możesz poczuć dyskomfort” – przypomniały mi się jego słowa. Zacząłem zastanawiać się, o co też mogło mu chodzić z tym dyskomfortem? Przecież było mi tak dobrze…
Hizumi zdjął ze mnie bokserki, po czym wyprostował się i zsunął z siebie kamizelkę oraz koszulę. Spojrzał na mnie raz jeszcze i uśmiechnął się, a ja speszyłem się, odruchowo złączając uda i próbując zasłonić wiadome miejsce. Niestety, Hizu nie pozwolił mi na to i ponownie rozłożył przed sobą moje nogi. Nachylił się nad moim kroczem i polizał żołądź. Jęknąłem głośno, zaciskając dłonie na pościeli. Chłopak uśmiechnął się, po czym przejechał językiem po prąciu. Wypuściłem powietrze z płuc, na chwile zapominając jak się oddycha. Następnie wziął do ust żołądź i zaczął delikatnie ssać i drażnić mnie językiem. Dłońmi masował wewnętrzne strony moich ud. Chwilę się tak ze mną bawił, po czym wziął mnie całego w usta i zaczął poruszać głową w przód i w tył, liżąc i ssąc, od czasu do czasu przygryzając. Zrobiło mi się gorąco, a odruch wymiotny i ból brzucha ustąpiły. W głowie nadal huczało, ale już nie tak nieprzyjemnie; teraz był to jedynie głuchy odgłos pędzącej krwi pompowanej przez zawrotnie szybko bijące serce. Po niedługim czasie doszedłem w jego ustach z krzykiem. Brunet przełknął wszystko, oblizując się.
- Dobrze, że jestem twoim pierwszym – zaśmiał się niby obrażony, a ja zarumieniłem się obficie.
- Prze… Przepraszam – wysapałem.
- Nie szkodzi, ale… klienci raczej tego nie lubią, chociaż sam Bóg nie wie, jakie potrafią mieć fetysze – wzruszył ramionami, trochę mnie strasząc. – Zresztą… Jedynie niewielki odsetek będzie się z tobą tak bawił; większość będzie oczekiwała, że ty się nimi zajmiesz…
- W takim razie… dlaczego mi to zrobiłeś? – zapytałem nie rozumiejąc jego intencji.
- Żebyś poczuł trochę przyjemności i rozluźnił się – pogładził mnie po włosach. –Poza tym… teraz wiesz, jak to się robi – zamienił nas pozycjami, tak, że teraz on był na dole, a ja na górze. – Powtórz wszystko, co ci pokazałem – poprosił i rozłożył przede mną nogi. Spojrzałem na niego przestraszony.
- Ale…
- Wiem, że nie umiesz. Teraz tylko się uczysz, jasne? – przyciągnął mnie do krótkiego pocałunku.
Niepewnie kiwnąłem głową, po czym rozpiąłem jego spodnie. Powoli, z jego pomocą, zsunąłem je z niego. Następnie zacząłem masować jego uda, próbując odwzorować każdy jego ruch. Brunet mruknął zadowolony, ale wciąż wpatrywał się we mnie, co trochę mnie krępowało. Mimo to postanowiłem dodać coś od siebie; zacząłem uciskać jego krocze przez bokserki. Hizumi mruknął głośniej, co trochę mnie wystraszyło, choć sam nie wiedziałem dlaczego. Obawiając się, że zrobiłem coś złego, szybko spojrzałem na jego twarz.
- Dobrze… - szepnął. – Tylko… szybciej… Ach! – odchylił głowę do tyłu, oddając się pieszczocie.
Po chwili zdjąłem z niego bieliznę i oblizałem wargi. Bałem się, że cośspieprzę, że coś mu zrobię i stracę jedyną osobę, która zdawało się, że chce dla mnie dobrze, że już więcej go nie zobaczę… Bałem się i jego samego, ale zdecydowanie wolałem spędzić tę noc z Hizu, niż z którymś z tych zboczeńców, którzy kręcili się piętro niżej.
Nachyliłem się nad jego męskością i niepewnie polizałem ją, wciąż uważnie obserwując jego twarz. Chłopak pokiwał głową, dając mi znak, żebym kontynuował. Wziąłem do ust żołądź i zacząłem ssać, a następnie chciałem wziąć go całego, ale… nie potrafiłem. Nie miałem wprawy i nie umiałem tego zrobić. Gdy włożyłem sobie jego penisa za głęboko do ust, mało nie zacząłem się krztusić. Mimo wszystko starałem się sprawić mu jak najwięcej przyjemności, co chyba mi wychodziło, gdyż brunet jęczał, wyginając się w moją stronę. Kiedy doszedł, zachłysnąłem się jego nasieniem i zacząłem kaszleć. Nie byłem na to przygotowany! Odsunąłem się od niego i próbowałem się uspokoić, ale to znów nie okazało się takie proste. Łzy napłynęły mi do oczu i zrobiło mi się niedobrze. Hizumi poklepał mnie po plecach, po czym przyciągnął mnie do siebie.
- Spokojnie… - szepnął, a mnie zrobiło się naprawdę głupio. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. – Nic się nie stało… - uspokajał mnie. – Już dobrze? – w odpowiedzi pokiwałem głową. Jeszcze raz pogłaskał mnie po plecach, po czym ułożył mnie na wznak na łóżku, ponownie siadając na mnie okrakiem. – Jesteś gotowy na zabawę główną?
- A… W takim razie… co to było? – zamrugałem kilkakrotnie.
- Gra wstępna – odpowiedział bez skrupułów i sięgnął do szafki, po czym wyjął z niej małą buteleczkę i otworzył ją. W powietrzu rozniósł się przyjemny zapach wiśni. – To jest lubrykant – wyjaśnił, widząc moją minę. – Muszę cię nawilżyć, żeby tak nie bolało, kiedy będę w ciebie wchodził – dodał i rozsunął moje nogi, po czym podniósł mnie delikatnie. Wylał trochę żelu na palce, po czym rozdzielił moje pośladki i zaczął napierać jednym z nich na mnie. Spiąłem się. – Jeśli się rozluźnisz, na pewno odczujesz masę przyjemności – zachęcił. Czułem się co najmniej dziwnie, ale spełniłem jego prośbę… a bynajmniej w pewnym stopniu.
Brunet wsunął we mnie palec, na co jęknąłem głośno. W końcu dowiedziałem się, jak czuje się mniej więcej osoba, która dostała skierowanie na kolonoskopię lub badanie prostaty… Nic przyjemnego…
Hizumi poruszał we mnie palcem, a ja wzdychałem i prężyłem się, nie wiedząc zbytnio jak się zachować. Następnie dodał drugi palec, a ja jęknąłem z bólu i zrobiłem nieciekawą minę. Zagryzłem wargi. Brunet szeptał mi do ucha uspakajające słówka, uparcie powtarzając, żebym się rozluźnił. W pewnym momencie chciałem mu przypomnieć, że to ja miałem jego palce w tyłku, a nie odwrotnie i skoro jest taki mądry, możemy się zamienić, ale na całe szczęście nie powiedziałem tego głośno. I weź tu się poczuj swobodnie, człowieku, kiedy ktoś w łóżku bawi się z tobą w urologa i zwiedza ostatni odcinek twojego układu pokarmowego…
Dodał trzeci palec, a ja krzyknąłem z bólu. To już była przesada; czy on chciał mnie rozerwać?! Po moich policzkach spłynęły łzy…
- M… Mówiłeeś, że… że zroobisz to…. To deli… delikatnie – wychlipałem, łapiąc go za nadgarstek.
- Uwierz mi, że właśnie tak robię – drugą ręką zaczął mnie onanizować. – Wybacz… Pierwszy raz zawsze jest najboleśniejszy.
Przyjemność mieszała się z bólem, jednak to drugie było znacznie silniejsze. Wziąłem głęboki wdech drżącymi ustami, a chłopak wyjął ze mnie palce, kiedy uznał, że byłem już odpowiednio przygotowany. Obrócił mnie na brzuch i kazał się wypiąć. Czułem się wręcz upokorzony… Cała ta sytuacja wydała mi się nierealna… „Wiesz, że od dziś każdy twój dzień będzie wyglądał właśnie tak” – i jeszcze jego słowa, które dobijały mnie i odbijały się echem w mojej głowie.
Już zrozumiałem, co miał namyśli, mówiąc o „dyskomforcie”…
Brunet przyciągnął mnie do siebie, a następnie znów zaczął mnie onanizować, przez co zgadywałem, że i tym razem zamierza zrobić mi coś nieprzyjemnego. Po chwili poczułem jak coś ponownie rozdziela moje pośladki. Skrzywiłem się i jęknąłem, kiedy Hizu zaczął we mnie wchodzić. Zwiesiłem głowę między ramionami, z trudem mogąc się utrzymać w pozycji klęczącej. Cały drżałem, jednak najgorzej było z rękami, na których musiałem głównie się utrzymywać. Ledwo potrafiłem utrzymać wyprostowane łokcie… Chłopak poruszył się i wszedł we mnie głębiej; jęknąłem głośniej, po czym zacząłem ciężko dyszeć. W tym momencie ręce ugięły się pode mną i upadłem na poduszki, jednak nie odsunąłem się od Hizumiego, nie mogłem tego zrobić – trzymał mnie w pasie. Wszedł we mnie do końca, a ja ponownie zagryzłem usta, żeby nie krzyknąć. Poczułem w ustach metaliczny smak. Krew spłynęła mi po brodzie i skapnęła na białą poduszkę. Brunet zauważył to.
- Nie rób sobie krzywdy – zganił mnie i zmusił mnie, abym przestał gryźć wargę, po czym podsunął mi dłoń pod usta. Ugryzłem go, kiedy poruszył się delikatnie.
- Boli! – jęknąłem żałośnie. Teraz mogłem zauważyć odciski własnych zębów na grzbiecie jego dłoni.
- Zaraz przestanie, obiecuję – szepnął mi na ucho, po czym powoli zaczął się we mnie poruszać.
Jęczałem, sapałem i gryzłem go, powoli oswajając się z obecnością czegoś (lub raczej kogoś) obcego w moim wnętrzu. Kolejne pchnięcia stawały się głębsze i mocniejsze, a ja powoli zaczynałem odczuwać przyjemność. Rozluźniłem się nieco, co spowodowało pomruk u chłopaka. Znów zrobiło mi się gorąco, dodatkowo czułem jego gorący oddech na plecach. Hizu zaczął całować mnie po karku i barkach. Przyjemność wciąż rosła wraz z siłą pchnięć i ich coraz szybszym tempem. Łapczywie nabierałem powietrza, jednak wciąż było mi go mało. Płuca paliły żywym ogniem. Oddech stał się nierówny i płytki, serce waliło boleśnie o żebra… ale było mi dobrze.
- Aaa! Nnn! Właśnie tu! – krzyknąłem, kiedy brunet odnalazł mój czuły punkt.
Uderzał w niego raz za razem doprowadzając mnie na skraj wytrzymałości. Byłem już naprawdę blisko. Hizumi mocniej zacisnął dłoń na moim przyrodzeniu i zaczął nią szybciej poruszać, przez co doszedłem. Zacisnąłem na nim mięśnie, a on rozlał się we mnie. Wyczerpany opadłem na łóżko, a on na mnie.
- Podobało się? – zaśmiał się, wychodząc ze mną. Jęknąłem, znów czując pustkę wewnątrz… To naprawdę dziwne uczucie.
- Mmm… - odmruknąłem, jednak sam nie wiedziałem, czy było to potwierdzenie, czy zaprzeczenie. Byłem zbyt zmęczony, żeby dać nawet krótką odpowiedź. Oczy same mi się zamykały…

[Hizumi]
Wiedziałem, że teoretycznie nie powinienem pozwalać mu zasypiać, a jeśli nawet to już się stało, miałem go obudzić, kazać mu się ubrać i z powrotem iść na dół, ale zrobiło mi się go szkoda. Naprawdę polubiłem tego dzieciaka. Może dlatego, że jako jedyny nie był zepsuty, a może miałem po prostu ochotę na seks z prawiczkiem…
„A zagrasz kiedyś ze mną w karty?” – przypomniało mi się pytanie, które zadał i znów zaśmiałem się cicho. Był po prostu rozczulający… Szkoda, że trafił do „Le Ciel” chociaż… gdyby tutaj nie trafił, nigdy bym go nie poznał. Zero spodobał mi się. Ułożyłem się koło niego, objąłem jedną ręką w pasie i sam zasnąłem.

***

Z rana obudziłem się skołowany, ale i szczęśliwy. Poruszyłem się i wywindowałem do siadu. Zero nadal spał jak zabity; wyglądał jak aniołek z poczochranymi włosami i rozchylonymi ustami, przez które oddychał. Uśmiechnąłem się ciepło i pogładziłem go po głowie, po czym sięgnąłem po swoje spodnie i wyjąłem z nich telefon. Spojrzałem na zegarek na wyświetlaczu. 9;04! Pięknie! Godzinę temu powinienem być w robocie! Pewnie pod moim gabinetem stoi już sznur ludzi czekających na wypłatę lub rozkazy, co mają robić, aby przygotować lokal do wieczornego otwarcia, bo przecież te sieroty nie poradzą sobie beze mnie! Przekląłem siarczyście i szybko zacząłem się ubierać. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że jestem obserwowany przez parę zaspanych oczek. Zapiąłem ostatni guzik koszuli i zacząłem zapinać guziki kamizelki, spoglądając na Zero… Tuląc się do kołdry znad której widać było jedynie jego rozczochrane włosy i jedno oko, wyglądał przesłodko. „Było warto” – pomyślałem, po czym podszedłem do niego i pocałowałem w czoło… jakoś nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie zrobić. Szatyn uśmiechnął się do mnie ciepło, obejmując mnie ze szyję.
- Idziesz już? – zapytał zaspany.
- Już dawno temu powinienem wyjść – rzuciłem. – Przepraszam i do zobaczenia – pożegnałem się z nim krótkim całusem i wyszedłem z pokoju, zostawiając go i dając mu czas na doprowadzenie się do porządku. Dopiero po opuszczeniu pomieszczenia zdałem sobie sprawę, że potraktowałem go jak kochanka, a nie jak… nawet w myślach nie chciałem go tak nazwać.
Kierowałem się do wyjścia, kiedy niespodziewanie na mojej drodze pojawił się Karyu, który zatrzymał mnie szarpnięciem za ramię.
- Jeśli go skrzywdziłeś… - syknął.
- Nic mu nie zrobiłem – prychnąłem. – Ile razy mam ci powtarzać, że nie wszyscy zachowują się jak twój ojciec? – rudzielec zgrzytnął zębami.
- Dlaczego nie odprowadziłeś go z powrotem?
- Bo nie – warknąłem.
- Słuchaj – pchnął mnie na ścianę. – W swoim kasynie możesz się rządzić i robić, co ci się podoba, ale nie tutaj, jasne? To już nie jest twoje podwórko i…
- Zapłacę za całą noc, nie bój się! – odepchnąłem go. – Nie jestem durny, znam zasady! – wyciągnąłem z kieszeni plik pieniędzy i wcisnąłem go w ręce Matsumurze.
- Nie o to mi chodziło!
- A o co? – zdziwiłem się.
- Dobra, spędziłeś z nim całą noc i o to nie mogę mieć do ciebie żalu, w końcu taka jego profesja… - skrzywił się. - … ale możesz mi wyjaśnić, co zrobiłeś Burtonowi?
- Uśpiłem go – wzruszyłem ramionami.
- Snem wiecznym! – rudzielec wyrzucił ręce w powietrze.
- Jak to? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Zabiłeś go! – ryknął.
- Co?! – wrzasnąłem. – Nigdy w życiu! Przycisnąłem mu do twarzy gazę nasączoną środkiem usypiającym i zostawiłem go pod ścianą!
- Facet się przekręcił! Podobno ktoś podał mu trutkę na szczury! Policja szuka winnego, a ty będziesz głównym podejrzanym, bo z nim wyszedłeś i są tego świadkowie!
- Nie otrułem go! Miałem na pieńku z sukinsynem, ale nie posunąłbym się do czegoś takiego! Uwierz, że jedynie przytknąłem mu do twarzy gazę ze środkiem usypiającym! To był zwykły lek, tylko w dużej dawce! Sam to biorę, kiedy nie mogę zasnąć! – broniłem się.
- Wiesz, że nie jesteś lubiany i wszyscy staną przeciwko tobie, a policji nie będzie się chciało dociekać prawdy… to jest Francja, nie Japonia! Szykuj się na proces!
Zbladłem i poczułem mdłości.
- Cholera, że też się przeprowadziłem… - szepnąłem do siebie, wbijając wzrok w podłogę. Nagle dostrzegłem czyjeś nogi… podniosłem wzrok i zobaczyłem… - Zero? Co ty tu robisz?
- Ty nie potrafiłbyś zabić – odezwał się słabo - … prawda?

Gara x Tetsu 4


Zgodnie z zamówieniem :)
Następne będzie "Le Ciel", a potem oneshoot Koichi (Mejibray) x Ryoga (BORN) - ostrzegam już, że to ostatnie jest psychiczne... (/.-)            

Gara założył nogę na nogę i posłał mi ciężkie spojrzenie. Ewidentnie chciał mnie sprowokować, jednak tym razem nie zamierzałem ulegać mu, tak jak to miałem w zwyczaju. Prychnąłem, trzymając niedopalonego papierosa w ustach i jednocześnie szukając zapalniczki po kieszeniach.
            - Proszę – Die podsunął mi pod nos przedmiot, którego szukałem.
Spojrzałem na czerwonowłosego bez wyrazu i przyjąłem zapalniczkę. Wokalistę strasznie irytowała obecność gitarzysty z innego zespołu na naszej próbie. Mężczyźni próbowali nie zwracać na siebie uwagi, ale Garze szło to co najmniej beznadziejnie. Kątem oka wciąż widziałem jak ciemnowłosy zaciskał szczęki, a żyłka na jego skroni co chwilę się ukazywała, co zdradzało jak bardzo przeszkadzało mu to. Daisuke natomiast całą swoją uwagę skupiał na mnie i próbował zmusić mnie, abym i ja zaabsorbował się nim – niestety bez skutku.
Z jednej strony chyba właśnie tego pragnąłem – żeby Die w jakiś magiczny sposób zainteresował mnie do tego stopnia, żebym w końcu nie zwracał uwagi na tę pieprzoną żyłkę na skroni Gary i jego zaciśnięte szczęki! Żebym w końcu traktował go jak normalnego człowieka, a nie fascynujący eksponat muzealny, z którym trzeba delikatnie się obchodzić i najlepiej go nie dotykać; najlepiej stać od niego jak najdalej, aby nawet powietrze, które wydychałem nie zaszkodziło mu – a jednocześnie nie dało się o „od tak” zapomnieć o tym chłopaku i nawet, kiedy próbowałem od niego odejść zawsze musiałem się odwrócić i spojrzeć na niego ten ostatni raz… który, rzecz jasna, nie był ostatnim razem, bo Asada wyłapywał to moje spojrzenie i nawiązywał między nami jakąś niewidzialną i nieokreśloną nić porozumienia, która kazała mi do niego wrócić.
To się nazywa być między młotem a kowadłem… Z jednej strony wokalista terroryzował mnie spojrzeniem, z drugiej gitarzysta po raz drugi próbował złapać mnie na smycz. I komu tu się poddać?
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się dymem do dna płuc, próbując nie oszaleć – a bynajmniej nie w obecności tych dwóch pępków świata.
Siedziałem na krześle naprzeciw Gary, który taksował mnie spojrzeniem. Ja natomiast utkwiłem wzrok w punkcie bliżej nieokreślonym nad jego głową, próbując ignorować to, że jego spojrzenie było jak stężony kwas, którym ktoś oblał mnie od stóp do głów, kiedy nagle na kolana zwalił mi się czerwonowłosy. Jednocześnie założył mi ręce na szyję. Niechętnie objąłem go, gdyż czułem, że chłopak zaraz zleciałby z moich nóg, gdybym tego nie zrobił. Zaciągnąłem się i wypuściłem szary obłok z ust, po czym gitarzysta ułożył głowę na moim ramieniu, przylegając do mnie całym ciałem.
- Widzę, że wróciłeś na stare śmieci, Tetsu – odezwał się jadowicie Gara, który wyglądał jakby zaraz miał się na mnie rzucić i udusić gołymi rękami. – A może zostałeś na nie z powrotem zaciągnięty? – spojrzał przelotnie na Andou. Oczy ciemnowłosego błysnęły niemalże drapieżnie. Chłopak, którego trzymałem na kolanach już chciał jakoś nieprzyjemnie odpowiedzieć prowokatorowi, ale na szczęśnie uprzedziłem go.
- Jak widzisz… - odpowiedziałem obojętnie, co Dai uznał chyba za potwierdzenie tego, że należę już do niego, gdyż wtulił się we mnie jeszcze mocniej i wytknął język wokaliście. Mówiłem, że on czasami zachowywał się jak dziecko?
Atmosfera pod zdechłym Azorkiem…

***

Wyszliśmy ze studia, a Die skakał wokół mnie szczęśliwy – aż w nadmiarze; nawet jak na niego. Westchnąłem i otworzyłem samochód, po czym wsiadłem do niego. Włożyłem kluczyk do stacyjki, kiedy nagle coś plasnęło. Zdziwiony spojrzałem na roześmianego chłopaka, który właśnie wsiadł i zamknął za sobą drzwi.
- Coś się stało? – zapytał nadal uśmiechnięty.
- Co ty tu robisz? – podniosłem jedną brew.
- Wpraszam się do ciebie – oznajmił wesoło, kładąc mi rękę na udzie. – Chyba nie masz nic przeciwko, kochanie? – zapytał przesłodko.
- A co z Kaoru? – zdobyłem się na cynizm.
- Pieprz go – skrzywiłem się na jego słowa. – Znaczy… Nie przejmuj się nim. Tą sprawą zajmę się później – jego ręka zawędrowała wyżej. – Jedźmy już do ciebie – szepnął uwodzącym głosem i pocałował mnie w policzek.

***

Po kolejnym, ostrym seksie z gitarzystą nie miałem nawet siły podnieść się i otworzyć drzwi, kiedy ktoś zaczął w nie bezceremonialnie nawalać pięściami.
- Będę się zbierać, kotku – Daisuke zapiął szarą bluzę i pochylił się nade mną by ostatni raz pocałować.
- Zadzwoniłeś po Kaoru, żeby po ciebie przyjechał?
- Tak – kiwnął głową i założył buty, krzywiąc się, kiedy musiał się schylić. – Nie chcę tułać się taryfami…
- Powiesz mu?
- O czym? O nas? – upewnił się. – Oczywiście! Ale jeszcze nie teraz… Najpierw pomału będę pakował jego rzeczy, aż nadejdzie dzień, kiedy wystawię dwie walizki do przedpokoju i wskażę mu drzwi, oznajmiając, że ty się do mnie wprowadzasz, skarbie – przeczesał palcami moje włosy.
- Brutalne – zaśmiałem się. – Podoba mi się – uśmiechnąłem się cierpko, stawiając się w sytuacji lidera zespołu czerwonowłosego. Nie lubiłem Kaoru, ale… cóż… to było trochę nie na miejscu. On naprawdę kochał Die i doskonale o tym wiedziałem. On był zdecydowany, a ja nie. Andou także nie był zdecydowany; kto wie, czy ja kiedyś nie wystawię tak walizek z rzeczami gitarzysty? Albo on moich? Ten związek miał wiele wątpliwości i składał się głównie z niedopowiedzeń… - Nie pakuj go znowu aż tak szybko – dodałem.
- Jak sobie życzysz – posłał mi całusa, po czym wyszedł z sypialni i otworzył drzwi, gdzie spotkał swojego rozjuszonego kochanka. – Kaoru! Co tak długo?! – zbeształ go na „dzień dobry”.
- Piętnaście minut na ciebie czekałem! I co ty, do kurwy nędzy, robisz u Tetsu?! – wydarł się i zaczął wyglądać w poszukiwaniu mojej szanownej osoby. Oparłem się o framugę drzwi, jednocześnie zapinając pogniecione spodnie. Ciemnowłosy obrzucił mnie nieprzyjemnym spojrzeniem i skrzywił się na mój widok.
- Interesy, skarbie. Kanały przerzutowe na papierosy same się nie zrobią – prychnął. – A coś palić trzeba – zachichotał i wyjął paczkę papierosów z kieszeni, po czym wsunął między wargi ostatniego z nich. Odwrócił się i pomachał mi, uśmiechając się miło, po czym przecisnął się między kochankiem a framugą i wyszedł na korytarz. W tym momencie w dwóch susach doskoczyłem do lidera i złapałem go za rękę.
- Schowaj wszystkie walizki, torby i temu podobne, i obserwuj, czy twoje rzeczy nie znikają ze swoich miejsc – odezwałem się konspiracyjnym szeptem.
- Co? – zdziwił się.
- Jestem na tyle dobry, że cię ostrzegam. Niedługo możesz się wynieść i zostać postawionym przed faktem dokonanym. Nie pozwól sobie na to – spojrzałem na niego ostro. Chłopak wydawał się niewiele rozumieć z moich słów, a wyraz jego twarzy niemo prosił o to, abym powiedział coś jeszcze, ale to było niemożliwe. I tak za dużo mu przekazałem. Odepchnąłem go od drzwi, po czym zamknąłem je tuż przed jego nosem i przekręciłem klucz w zamku.
Nie minęła chwila, a już ktoś znów zaczął dobijać się do moich drzwi. Westchnąłem rozżalony i otworzyłem.
- Czego? – warknąłem. W odpowiedzi zostałem oślepiony fleszem. Zamrugałem kilkakrotnie i przetarłem oczy, po czym niepewnie znów je otworzyłem. – Hizumi, czy ciebie posrało?! – krzyknąłem na chłopaka, który śmiał się do ekranu aparatu, który trzymał w rękach.
- Ale minę strzeliłeś – zachichotał. – Idziemy robić zdjęcia? Podobno kiedyś to lubiłeś… Ładna dziś pogoda. Nie będzie potrzeba lampy błyskowej – wyszczerzył się.
- Nigdzie nie idę – chciałem i jemu zamknął drzwi przed nosem, ale nie dał się tak zbyć.
- Idziesz – poinformował mnie i wepchnął w głąb mieszkania, po czym zaczął się po nim rozglądać.
- Czego szukasz? – zmarszczyłem brwi. Był u mnie pierwszy raz. Ogólnie nigdy jakoś nie trzymałem się z nim szczególnie blisko, dlatego dziwiło mnie jego najście. Czyżby… o nie! Teraz on chciał się bawić w mojego nauczyciela?!
- Gdzie jest sypialnia? – zapytał, a ja spojrzałem na niego jak na debila.
- A co ty chcesz od mojej sypialni? Mam z kim sypiać, dziękuję! – prychnąłem, po czym pod siłą nacisku jego wzroku dodałem ciszej. – Pierwsze drzwi na lewo.
Chłopak bez słowa wszedł do pokoju i chwilę się tam krzątał, po czym wyszedł i rzucił czymś we mnie.
- Zakładaj koszulkę i idziemy – poinformował mnie.
- Przecież powiedziałem, że nigdzie nie idę! – zaprotestowałem. – Zresztą… Mam jeszcze parę spraw do załatwienia na mieście… - próbowałem się wymigać.
- To się świetnie składa. Załatwisz te wszystkie sprawy po drodze, bo jedziemy właśnie do miasta. Będziemy kręcić się po centrum.
- Matko! Ty też będziesz mnie tam ciągnąć?! Po co? Widzę po twojej minie, że nie odpuścisz, ale wybacz, jestem zmęczony po prawie dwugodzinnym seksie i chciałbym odpocząć. Poza tym… czemu chcesz jechać do centrum robić zdjęcia? Przecież na obrzeżach jest ładniej. Więcej wolnej przestrzeni i w ogóle…
- Nawet nie wiesz, ile piękna można znaleźć w centrum naszej stolicy – nie dawał za wygraną. – Wiem, że nie chcesz tam jechać, bo nie lubisz ludzi, Tetsu. Ty nie lubisz każdego, kto nie jest Garą albo Die. Nie lubisz ludzi, których nie znasz; nawet tych, z którymi nie musisz rozmawiać. Po prostu irytuje cię to, że oni mają takie samo prawo do egzystowania na tym świecie tak jak ty – a co gorsza, egzystują obok ciebie. Ich sama obecność doprowadza cię do szału – spojrzał na mnie z politowaniem. Oj, chyba Hizu nie zamierzał być tak litościwy jak Tatsu.
- Nieprawda – fuknąłem, ale mimo wszystko założyłem koszulkę. Przecież ja nie Kaoru, żeby przyjmować gości będąc do połowy roznegliżowanym.
- Prawda. Przykładem tego jest choćby to, że mnie nie lubisz. A tak nawiązując do tego dwugodzinnego seksu… To jest dla ciebie dużo? Dla Zero to jest gra wstępna… - zaśmiał się.
- A kto powiedział, że cię nie lubię? Po prostu cię nie znam i jakoś nie fascynuje mnie to, ile twój chłopak potrafi cię rżnąć… Zresztą to zależy jeszcze od tego jaki uke jest „żywotny” – odbiłem piłeczkę.
- Nie znasz mnie i nie lubisz jednocześnie. Przyznaj to! Nie chcesz mnie poznać, dlatego nie chcesz ze mną wyjść! A tak na marginesie… Jestem bardzo „żywotny”, o to się nie martw – uśmiechnął się oszczędnie.
- Nie znanie kogoś, a nie lubienie to dwie różne sprawy, wiesz? I nie chodzi o to, że nie chcę cię poznać, tylko to ty przyszedłeś w nieodpowiednim czasie! – broniłem się.
- Ja wiem, że to są dwie różne sprawy – ale nie dla ciebie. Jak widać teoretycznie o tym wiesz, ale w praktyce… tego nie stosujesz. Zamykasz się, Tetsu. W ten sposób nic nie osiągniesz… a bynajmniej nie to, co byś chciał osiągnąć. I to twoje wieczne zwalanie na kogoś winy… Nigdy nie jest twoja wina; nigdy! Lepiej jest zgonić na kogoś, prawda? Ale powiedzmy sobie szczerze: zawsze przyjdę o nieodpowiedniej porze, bo mnie nie lubisz – jak prawie całego społeczeństwa japońskiego i ludności świata. Z siedmiu miliardów ludzi na Ziemi tolerujesz dwie. Nawet własna matka cię irytuje; przyznaj mi rację!
- Nieprawda!
- Prawda! I skończyły ci się argumenty!
- Hizumi, jak Boga kocham, zaraz zrobię ci krzywdę… - warknąłem, zaciskając ręce w pięści.
- Przyznaj to! Przyznaj to! Przyznaj to! Nie lubisz ludzi! Zamykasz się w sobie! Przyznaj to! – krzyczał, podskakując, przez co był jeszcze bardziej irytujący.
- Dobra! Nie lubię cię i mam cię dość! Przyznałem to, więc teraz daj mi święty spokój i wynocha! – wskazałem mu drzwi. Hiroshi momentalnie się opanował i stanął w miejscu. Ochłonął i uśmiechnął się do mnie ciepło, przez co totalnie zgłupiałem.
- Ty spełniłeś moją prośbę, ja spełnię twoją – ukłonił się nisko i wyszedł, tak jak mu kazałem.
Cicho zamknął za sobą drzwi, a ja przez dłuższą chwilę tępo się w nie wpatrywałem. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez niego odbiło się echem w mojej głowie. To taka… zależność? Niepewnie sięgnąłem po klamkę i otworzyłem drzwi. Za nimi nadal stał były wokalista D’espairsRay.
- Wiedziałem, że zrozumiesz, bo tępy nie jesteś i nigdy nie byłeś – powiedział, gasząc papierosa na ścianie i rzucając niedopałek na podłogę. – Tylko trochę się zagubiłeś… Chodź, wyjaśnię ci wszystko po drodze – pociągnął mnie za rękę w stronę windy.

***

Hizumi zaprowadził mnie do starej altanki, w której po raz pierwszy spotkałem Garę. Chłopak w międzyczasie, kiedy szliśmy do tego parku robił zdjęcia. Ja nie wziąłem aparatu – od pewnego czasu stał się on dla mnie urządzeniem zakazanym. Za każdym razem, kiedy brałem go w ręce wspomnienia zalewały mój umysł, co, wbrew temu, co ktoś mógłby pomyśleć, nie było wcale przyjemnym doświadczeniem. Usiadłem na kamiennych, popękanych płytach i ostrożnie oparłem się o próchniejące drewno owinięte przez dziki bluszcz. Hizu nie wszedł do środka, a jedynie przykucnął przy wejściu i zaczął robić mi zdjęcia.
- Co ty robisz? – spojrzałem na niego gniewnie. – Przestań – spuściłem głowę doznając również mało przyjemnego deja vu. Chłopak wykonał moje polecenie i zajął miejsce obok mnie. Wcisnął mi w ręce aparat, pokazując po kolei zdjęcia, które mi wykonał. – Usuń to – warknąłem. Znów przypomniał mi się Gara…
- Wiem, że próbujesz zapomnieć. Czasem zapomnienie jest najlepszym rozwiązaniem… a czasem zupełnie odwrotnie. To wszystko odnosi się do zależności międzyludzkich – wzruszył ramionami.
- Ee? – spojrzałem na niego jak na kogoś niespełna rozumu. – Nie rozumiem.
- Dobrze, że przynajmniej masz odwagę to przyznać – uśmiechnął się delikatnie. – To jest coś podobnego do naszego sporu w twoim mieszkaniu. Ty wykonałeś to, o co cię prosiłem, ja wykonałem to, o co ty prosiłeś. Oczywiście w życiu nie zawsze jest tak pięknie, bo nie wszyscy ludzie będą chcieli iść z tobą na ugodę, ale to był tylko taki przykład. Może wyjaśnię ci to na twoim życiu, tak bardziej ogólnikowo: wpadłeś w błędne koło. Izolujesz się od ludzi, więc oni też się od ciebie chcą odizolować, co ty rozumiesz jako delikatną sugestię, że jesteś niechciany. Uważasz, że oni nie lubią ciebie, więc ty nie lubisz ich. Człowiek ma taki system ochronny, który każe mu zapomnieć o tym, co niedobrego spotkało go w życiu, o tym, co go skrzywdziło. Dlatego często osoby, które padły ofiarą, na przykład, gwałtu prawie zawsze nie pamiętają twarzy gwałciciela. I to również działa u ciebie. Ty próbujesz zapomnieć o ludziach, więc oni też nie chcą o tobie pamiętać. Tylko nie wiesz, że porwałeś się z motyką na księżyc – nie da się zapomnieć o całym świecie! Tetsu, ludzie to świat! Gdyby nie ludzka praca nie byłoby dzisiaj Tokio, tego apartamentowca, w którym mieszkasz, tej altanki, w której teraz siedzimy! To wszystko to ludzka praca – nasza praca, a więc można powiedzieć, że to po prostu… my, ludzie. Świadectwo, które po sobie zostawiliśmy – spojrzał na mnie pytająco. – Rozumiesz już?
- Chcesz mi powiedzieć, że mam być bardziej otwarty?
- Dokładnie – kiwnął głową.
- Czyli… jeśli nie jestem otwarty i nie chcę poznawać ludzi, oni też nie chcą mnie poznawać i wydają opinię o mnie, że jestem jakiś dziwny i nie warto się ze mną zadawać. Zależy mi tylko na Garze lub Die, jednak w tym ferworze, w którym chcę zapomnieć o ludziach, którzy wydali o mnie taką niepochlebną opinię, próbuję zapomnieć również o Asadzie i Andou, co przekłada się na to, że…
- Gara zachowuje się jak się zachowuje, a Die szaleje i robi co mu się żywnie podoba – prychnął. – Wiesz, czasem nie trzeba czekać na reakcję innych, czasem tą reakcję trzeba spowodować – poklepał mnie po ramieniu i wstał. – Nie oszukujmy się, obaj wiemy jaki jest Daisuke. Dasz mu palec, on weźmie całą rękę – jak wsadzisz rękę do kieszeni, to on też ci tak zrobi i nie będzie patrzył na konsekwencje swojego czynu. Ja go widzę jako faceta, który mimo swoich lat, jeszcze nie dorósł. Kaoru kocha tego dzieciaka całym sercem i stara się go chronić jak tylko potrafi. Ma do niego naprawdę ogrom cierpliwości; odpowiedz sobie, czy ty też potrafiłbyś okazać jej aż tyle? A jeżeli nawet tak, to przez jaki okres czasu? Die to przykład człowieka, który wywołuje reakcję, nie czekając na nią. Sam do ciebie przyszedł. Ale to, że on chce wywołać reakcję, nie oznacza, że ty musisz mu rzeczywiście ulegać. Wiesz, nie chcę ci nic sugerować, ale ja zawsze uważam, że skoro coś raz się zakończyło to nie ma sensu wracać do tego pięćdziesiąt razy… Może JUŻ powinieneś dać sobie spokój z Die? Szczególnie, że on… sam wiesz jaki jest; zresztą nie będę się powtarzał. Gara ma tak samo ciężki charakter jak ty, ale… to on jest tą stroną, która łaknie okazywania wobec niej miłości w bardzo dobitny sposób…
- Chcesz powiedzieć, że mimo iż nie byłeś u nas w sypialni to domyślasz się, że to on był uke? – niepewnie skinął głową. – Masz rację… Ale czy tu znowu nie ma tej zależności międzyludzkiej?... To nie będzie tak, że kiedy ja okażę mu uczucie to on mi też? – zacząłem głośno rozmyślać.
- Wiesz… Te zależności międzyludzkie różnie wyglądają między różnymi ludźmi. Słabo znam Garę, ale widzę, że się męczycie. Nie znam cię zbyt dobrze, ale chcę ci pomóc – uśmiechnął się. – Jakby co wiesz, gdzie mnie szukać – odwrócił się i odszedł.
„Może te wszystkie nauki tych moich „nauczycieli” nie są takie głupie? Może… oni rzeczywiście nie chcą dla mnie źle?... Bo w sumie… to wszystko, co powiedział mi Tatsu i Hizu… miało sens i przełożenie na życie codzienne; co gorsza na moje życie codzienne, co potwierdzało choćby to, że chłopcy zawsze tłumaczyli mi wszystko na przykładach sytuacji, z którymi nierzadko się spotykałem…”
Ktoś mógłby powiedzieć, że po dojściu do takiego wniosku z pewnością musiałbym od chwili obecnej zacząć stosować się do wszystkich rad, które zostały mi udzielone przez najbliższe kilka dni – nic bardziej mylnego. Nawet nie wiesz, drogi Czytelniku, jak trudno jest zmienić choćby odrobinę swoje życie; a co dopiero wywrócić je do góry nogami… A jako że byłem człowiekiem nerwowym, który chce wszystko teraz, już i natychmiast moja metamorfoza zakończyła się na, tym razem, samotnym wieczorze z butelką whisky i rozbitą szklanką, której nie mogłem utrzymać w roztrzęsionych dłoniach.
Smutne? Nie do końca – gdyby nie alkohol z pewnością nie porwałbym się na wycieczkę przez pół miasta, żeby stanąć porządnie przyćmiony niemałą dawką bursztynowego trunku pod drzwiami Makoto. Przez chwilę zastanawiałem się, jak ja się tutaj, do ciężkiej cholery, znalazłem, bo drogi bynajmniej nie pamiętałem, aż w końcu bezpardonowo zacząłem napierdalać do drzwi.
- Gara wiem, że tam jesteś! Otwieraj! – zacząłem się drzeć.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Potem usłyszałem kilka szeptów, aż w końcu drzwi stanęły otworem, a w nich wokalista w…
- Tetsu, co ty tu robisz? – zapytał oschle. Jego słowa były jak pociski z lodu. Jebany, zimowy książę się znalazł… - Jesteś kompletnie pijany! – fuknął.
- A ty to abstynent? – prychnąłem i szarpnąłem go za szarą bluzę, którą miał na sobie. – No tak totalnie zalany to nie jestem… bo poznam to nawet w grobie – potrząsnąłem nim. – To nie jest twoja bluza. A na całe twoje nieszczęście wiem do kogo ona należy… - syknąłem, zataczając się.
- Nie wiem, o czym mówisz – wzruszył ramionami i wyrwał się z mojego uścisku. – Zresztą… nie będę rozmawiał z tobą w takim stanie! – odwrócił się i chciał zamknąć drzwi, ale uniemożliwiłem mu to.
Wcisnąłem się do jego mieszkania i rozejrzałem. Pusto; no tak, mogłem się domyśleć, że nie znajdę go na środku pokoju. Pewnie kazał mu się ukryć – choćby na wszelki wypadek.
- Wyłaź Die! Wiem, cholero, że gdzieś tu się ukrywasz! – krzyknąłem na całe gardło.
- Oszalałeś! – wrzasnął Gara. – Co niby miałby u mnie robić Die? Czy ty jesteś normalny?! Przecież dobrze wiesz, że od dłuższego czasu nie utrzymujemy już ciepłych stosunków – wywrócił oczyma i założył ręce na piersi, będąc pewnym tego, co mówi.
- Nigdy nie widziałem bardziej przekonującego kłamcy niż ty, Makoto – uśmiechnąłem się do niego krzywo. – No! Śmiało, Dai! Miej tą cywilną odwagę pokazać mi się!
W pokoju po lewej coś ciężko westchnęło, następnie skrzypnęło, a po chwili na korytarzu, w którym staliśmy pojawił się czerwonowłosy. Wokalista spojrzał zszokowany, a jednocześnie wściekły na gitarzystę. Zgadywałem, że nie spodziewał się tego, iż Dai naprawdę się ujawni.
- Daj spokój, Gara. On i tak wiedział – wytłumaczył się Andou. Ciemnowłosy spojrzał na mnie wstrząśnięty.
- Asada, za jakiego ty masz mnie idiotę? – spojrzałem na niego z wyższością. Pierwszy raz wzbudziłem w tym chłopaku uczucia, które odmalowałyby się na jego twarzy tak wyraźnie. – Mimo wszystko muszę ci pogratulować, Andou. Świetnie to wymyśliłeś. Można powiedzieć na ciebie wiele złego, ale na pewno nie to, że nie jesteś pomysłowy i nie masz wyobraźni – zaśmiałem się gorzko.
- Kiedy się zorientowałeś? – zapytał chłodno, a raczej mroźnie, Daisuke.
- Wiesz… Mam kilka takich dobrych wróżek, które z każdym spotkaniem otwierają mi szerzej oczy. Na razie były dwie, ale myślę, że to nie koniec. Dziś jedna zasugerowała mi, żebym zastanowił się nad tobą… zawsze badałem pod tym względem Garę – spojrzałem na chłopaka, o którym teraz mówiłem. – Badałem każdy twój ruch i przyglądałem mu się z nabożnością… Dziś z tej samej perspektywy oceniłem i ciebie – znów zwróciłem się do gitarzysty. – Zobaczyłem wiele pojedynczych puzzli, które razem składały się w jedną całość. Cholera, nie chciałem w to wierzyć! Aż musiałem się napić! – znów zaśmiałem się niewesoło. – Nie wiedziałem, że potrafisz być taką szują, Die… Chciałeś mieć każdego z nas; przywiązywałeś nas do siebie różnymi zagraniami psychologicznymi i nie powiem, nawet dobrze ci to wychodziło. Skłóciłeś nas między sobą, żebyśmy nie myśleli zbiorowo – wiadomo, że co dwie, czy nawet trzy głowy to nie jedna i razem moglibyśmy na coś wpaść; ba, wydałoby się, że po prostu się kurwisz – spojrzałem na niego z obrzydzeniem. – Miałeś ze mną największy problem, więc poświęciłeś mi najwięcej czasu, ale przecież nie mogłeś zapomnieć także o Garze i Kaoru… prawda? Kaoru zaczął cię nudzić, bo z nim prowadziłeś „legalny” związek i tylko on kochał cię tak naprawdę. Gara został twoim przyjacielem, z którym równie dobrze jak pogadać, mogłeś także się przespać, a ja… kim ja byłem dla ciebie? Jakbyś to ładnie określił?
- Kochankiem. Odskocznią od pozostałej dwójki, kiedy tamci mi się znudzili – uśmiechnął się wrednie, a Asada wybałuszył na niego oczy.
- Znudzili…? – szepnął zszokowany wokalista.
- Chciałeś mieć wszystkich, Dai, nie będziesz miał nikogo – zaśmiałem się okrutnie. – Gara już wie – wie o tym, że oszukiwałeś jego, Kaoru i mnie, skłóciłeś naszą trójkę i bawiłeś się nami – wie już, że oszukiwałeś nas wciskając słodkie kłamstewka… Jego już straciłeś, mnie także… Kaoru zaraz się dowie – wzruszyłem ramionami.
- Myślisz, że ci uwierzy? – prychnął. – Prędzej już ty byś ode mnie odszedł. Wiem, że nie odejdziesz, Tetsu. Jesteś za słaby. To było takie zagranie, tak? Chcesz, żebym poświęcał ci najwięcej uwagi z tej trójki? Proszę bardzo – rozłożył ręce, podkreślając tym gestem jaki on to też jest „szczodry”. – Przyszedłeś mnie odbić, mój rycerzu na białym koniu? – zaśmiał się.
- Nie – pokręciłem głową i uśmiechnąłem się drapieżnie. – Przyszedłem porozmawiać z Garą, ale skoro sam już się do wszystkiego przyznałeś, to chyba temat zakończony? Oczywiście jeszcze tylko odwiedzę Kaoru i wszystko wróci do porządku dziennego… - odwróciłem się na pięcie i chciałem wyjść.
- Nic mu nie powiesz! – syknął czerwonowłosy, szarpiąc mnie za ramię. W jego oczach zobaczyłem strach. Dopiero teraz zrozumiał, że nie żartowałem.
- Przecież mówiłeś, że Kaoru to przeszłość… - szepnął zagubiony Makoto.
- Widzisz? Wpadłeś – zaśmiałem się w twarz gitarzyście. – Chciałeś mieć wszystkich, nie będziesz miał nikogo – wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Monsters cz.10


Ach niech wam będzie, że już wstawię... xD W tym rozdziale przede wszystkim chciałam podkreślić to, że nie jest tak łatwo przeprowadzić się z Ameryki do Japonii (choćby problemy prawne - zmiana adresu zamieszkania, tłumaczenia kart, dokumentów) etc. i dalej związki, związku uczucia, przywiązania xD Wiem, że to lubicie ;p Ach, i przypominam, że na razie w tym opowiadaniu jest Le'veil (ze zmienionym składem rzecz jasna, bo w rzeczywistości oprócz Hizu był tam jeszcze Tsukasa) oraz Monsters (fikcyjny zespół, który sobie wymyśliłam) i nie są oni jeszcze sławni, bo nawet nie ma D'espairsRay, a tak na dobrą sprawę porządne (czyt. rozchwytywane) EP Despów ukaże się dopiero w 2004 roku, czyli pięć lat po ich założeniu. Ale dobra, czytajcie, a wszystkiego się dowiecie ;) 
Endożoj!




MONSTERS CZ.10

– Coś… Coś wymyślimy – westchnął, zdając sobie sprawę, w jak patowej sytuacji się znaleźliśmy…

Trzymając się blisko siebie, krążyliśmy po parku. Obaj zamyśliliśmy się, pogrążając w małym świecie naszych myśli. Po naprawdę długiej chwili, ciszę przerwał Zero, który raptownie zatrzymał się i usiadł na ławce, ciągnąc mnie za sobą.
- W sumie… Skoro nie chcesz wracać do domu, możesz zamieszkać ze mną – zaproponował.
- Shimizu… Nie wiem, czy byłeś orłem z geografii, ale widzisz różnicę między położeniem Japonii, a Ameryki? Bo ja tak, i to ogromną! W sumie… dobrze mi się z tobą mieszkało przez te kilkanaście dni, ale ty mieszkasz na drugim końcu świata, a nie drugim końcu ulicy, czy miasta – nie mogę sobie od tak polecieć znowu do Japonii – westchnąłem.
- Niby czemu? – wzruszył ramionami. – Nic nie stoi na przeszkodzie…
- Stoi – przerwałem mu. – Choćby to, że nie mam pieniędzy, a logicznym jest, że lot z Nowego Jorku do Albany będzie tańszy, niż do Tokio. Poza tym… mam się tak po prostu spakować i z tobą polecieć? Moja matka nie będzie nic wiedziała; zacznie się denerwować aż w końcu zgłosi moje zaginięcie i zrobi się nieprzyjemna sytuacja… Skoro nienawidziła cię do tego stopnia, że potrafiła opuścić swoją ojczyznę tylko po to, żeby „ratować” mnie przed tobą, myślę, że gdyby dowiedziała się, że nie dość, że cię ponownie spotkałem, to uciekłem do Japonii właśnie z tobą i mieszkam właśnie u ciebie, pozwałaby cię do sądu – rozłożyłem bezradnie ręce.
- Niby o co by mnie pozwała? – prychnął.
- O uprowadzenie… albo wymyśliłabycoś innego – wzruszyłem ramionami. – Skoro potrafiła zrobić zemnie Amerykanina i zmienić całą moją historię, wywracając życie do góry nogami, to raczej udupienie ciebie nie byłoby dla niej problemem – wywróciłem oczyma.
- Normalnie możnaby z tej historii zrobić scenariusz do filmu kryminalnego! – próbował mnie rozbawić, ale niezbyt mu to wyszło. Uśmiechnąłem się sztucznie samymi kącikami ust. – Oj, wiem Yoshi-chan, że nie jest ci do śmiechu – objął mnie jedną ręką w pasie. – Ale ty byś nie zeznawał przeciwko mnie? – upewnił się.
- Shimizu, przestań pieprzyć farmazony! Ten plan jest nierealny i tyle! Zresztą… dobra, może moja matka jest spiskowcem, może nabrałem do niej uprzedzeń, jednak… to nie zmienia faktu,że dalej jestmoją matką. Jedyne, co było prawdą w historii, którą mi wcisnęła jest to, że mój ojciec nie żyje. Wychowywała mnie samotnie, a to wcale nie jest łatwe zadanie; zdaję sobie z tego sprawę… Wiele przeszła: śmierć męża, mój wypadek samochodowy, amnezja… może wiadomość o naszym związku była dla niej dobijająca i postanowiła rozpocząć nowe życie w Ameryce. Może nawet zniosłaby nasz związek, gdyby nie ten cholerny wypadek; może to było dla niej za wiele… Nie wiem, co myślała, jakie miała zamiary… może postąpiła źle, ale w końcu każdy popełnia błędy, a jakby nie patrzeć, ubierała mnie, karmiła, zapewniała dach nad głową, wykształcenie… nie mogę tak po prostu zwiać, jak jakiś rozkapryszony bachor!
- Najpierw na nią naskakujesz, a potem bronisz…
- Michi, zrozum, jestem rozdarty! Nie wiem, co mam robić… nagle świat, w którym zdawało mi się, egzystowałem od urodzenia, upadł. Wszystko straciło barwy, wydaje mi się być szare, takie same i bezsensu… Mam wrażenie, że nikomu nie mogę zaufać, bo wszyscy knują jakieś intrygi… - ponownie westchnąłem, a chłopak objął mnie ciaśniej.
- Mi możesz zaufać – spojrzał mi w oczy.

***

Obudziłem się gdzieś po godzinie dwunastej. Tak to jest, kiedy szlaja się w nocy po parku i idzie spać po godzinie trzeciej nad ranem…
Wróciliśmy z Zero do hotelu. Basista uznał, że pomimo tego, iż już nie braliśmy udziału w konkursie, raczej nie powinni wyrzucić nas z pokoi. W końcu były zarezerwowane i opłacone, więc co za różnica, czy ktoś w nich rzeczywiście mieszkał, czy stały puste?
Wywindowałem się do siadu, przyciągając przy tym i ziewając rozdzierająco. Ogarnąłem wzrokiem pokój, orientując się, że jestem w nim sam. Pozostałe trzy łóżka były już idealnie, jak od linijki, zaścielone i puste. Zasłony wciąż były zaciągnięte – pewnie dlatego, że nie chcieli mnie budzić. Uśmiechnąłem się pod nosem… Pewnie Shimizu nie chciał mnie budzić.
Ziewnąłem jeszcze raz, po czym wstałem i odsłoniłem okna. „Przynajmniej pogoda ładna.” – stwierdziłem, czując się o wiele lepiej niż wczoraj. Ubrałem się i względnie doprowadziłem do porządku, wykonując poranną toaletę, po czym wyszedłem z pokoju. Skierowałem się do windy i zjechałem na parter, gdzie mieściła się restauracja. Już po przekroczeniu progu zobaczyłem pozostałą trójkę muzyków; Karyu pomachał w moją stronę. Podszedłem do stolika, przy którym siedzieli i zająłem miejsce koło Tsukasy, który chyba wciąż czuł wyrzuty sumienia za to, że tak na mnie wczorajnaskoczył.
- Która najlepsza? –zapytał rudzielec, podsuwając mi pod nos zapisaną serwetkę. Niektóre wyrazy na niej były pokreślone, inne ledwo dało się przeczytać…
- Co najlepsza? – nie zrozumiałem, o co mu chodzi.
- No nazwa!
- Ale na co?
- Nazwa zespołu!
- Zakładacie nowy zespół? – zdziwiłem się. – A co z „Monsters”?
- „Monsters” nie ma wokalisty i się sypie – westchnął Matsumura.
- Tak a propos… nie „zakładacie”, a „zakładamy” – odezwał się Zero, uśmiechając do mnie miło. – Pomyśleliśmy, że skoro już tutaj jesteśmy, szkoda byłoby przesiedzieć cały wyjazd na dupie i słuchać jak grają inni. Niech też posłuchają, jak my gramy!
- Poza tym, Michi powiedział, że nie masz pieniędzy na powrót, więc wymyśliliśmy, że gdyby udało nam się coś wygrać, zyskałbyś kasę na lot powrotny! – dodał Tsu, który widząc, iż nie jestem już na niego zły, ośmielił się nieco.
- Ale… dalej nie rozumiem – pokręciłem głową. – To ja zostałem zdyskwalifikowany, a wy nie. Wy mieliście znaleźć sobie wokalistę – przypomniałem. – Wciąż jesteście zapisani w składzie „Mosters” w tym konkursie – zauważyłem.
- Już nie – Karyu ponownie zabrał głos. – Zgłosiliśmy organizatorom, że „Monsters” wycofuje się. Ten zespół nigdy nie mógł znaleźć wokalisty…  - pokręcił głową. – Dlatego chcemy założyć nowy, który weźmie udział w tym konkursie; a ty, mój drogi, zostałeś zdyskwalifikowany, jako basista „Le’veil” i wokalista „Monsters”. Nie było mowy o tym, że nie możesz znaleźć sobie nowego zespołu i zagrać w nim – uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. – Tylko potrzebujemy nazwy i logo…
- Jestem w desperacji… - westchnąłem. (po angielsku brzmiałoby to „I’m in despair” – to ważne dla dalszego rozwinięcia opowiadania od aut.).
To wszystko wydało mi się być takie desperackie – zakładanie zespołuna siłę, aby zyskać dla mnie kasę…choć szansa, że w istocie zdobylibyśmy ją była maleńka; szukanie ratunku tam, gdzie go nie ma…
- Musisz szukać promienia nadziei – odpowiedział Shimizu. (ang. „You mus tlooking for a ray of hope” – też bardzo ważne; przypominam, że mówią po angielsku, bo japoński Hizumiego wciąż kuleje i ma tylko te „przebłyski” od aut.)
- Tsa… - mruknąłem. – Zaraz… Co ty powiedziałeś? – spojrzałem na chłopaka zdziwiony.
- Że musisz szukać promienia nadziei – powtórzył. – A co?
- A co powiecie na… - wyrwałem Tyczce długopis z ręki i na odwrocie serwetki napisałem wielkie: „Despairs Ray”, a następnie impokazałem.
- Fajne – uśmiechnął się Tsukasa.
-Ale mało oryginalne – skrytykował gitarzysta.
- A może „Mosters” było bardziej oryginalne? – spojrzałem na niego z politowaniem, na co on jedynie wywrócił oczyma. – No właśnie… - prychnąłem. – Jak się nie podoba, mogę to połączyć – wzruszyłem ramionami.
- Zrobić z tego jedno słowo? Tak byłoby lepiej – wciął się Michi. Według życzenia zrobiłem kreskę, którą połączyłem „s” i „R”, i tak oto wyszło „DespairsRay”.
- Ale przydałoby się coś takiego od siebie… - jęknął wciąż nieprzekonany Yoshitaka.
- A co ja mam ci tu wstawić od siebie? Portret narysować? – sarknąłem, kręcąc głową.
- Portret możesz sobie darować, ale jakiś znak by się przydał…
- Znaki są w logo – zauważył perkusista.
- Może jakiś znak interpunkcyjny? – zaproponował Zero. – Mamy do wyboru: dwukropek, średnik, kropkę, przecinek, nawias, cudzysłów, apostrof, znak zapytania, wykrzyknik… - zaczął wymieniać.
Lider przejął ode mnie długopis i serwetkę i na końcu nazwy napisał wykrzyknik, przez co otrzymaliśmy: „DespairsRay!”.
- Wygląda to, co najmniej, banalnie – skrzywił się Kenji. – Już lepiej było bez tego…
- Masz rację – poparłem go. – Moim zdaniem kropkę, przecinek, nawias, dwukropek, wykrzyknik i znak zapytania możemy sobie darować, bo będzie wtedy wyglądało, jakby dwa słowa wyrwane z jakiegoś zdania były sklejone w jedno. Trzeba wstawić coś takiego, żeby nie było AŻ tak widać, że to są dwa słowa, a nazwa własna.
- Czyli znak nie może być pomiędzy „despairs” a „ray”, bo uwydatniałby to, że są to dwa słowa, a nie nazwa własna – odezwał się Tsukasa.
- Do dyspozycji został nam średnik, cudzysłów i apostrof – podsumował basista. – Ja bym stawiał na średnik. Tylko gdzie go wstawić?
Rudzielec napisał poniżejkolejną wersję nazwy naszego nowego zespołu: „D;espairsRay”.
- Co wy na to? – zapytał, będąc dumnym z siebie.
- A może tak? – Oota wziął od niego chusteczkę i napisał jeszcze inaczej: „Despair’sRay”.
- Sam już nie wiem… - westchnął Michi. – W sumie… to nie jest ważne… Może być „DespairsRay” i tyle – wzruszył ramionami. – Nie róbmy problemu tam, gdzie go nie ma i nie zastanawiajmy się nad pierdołami, typu, gdzie wstawić średnik, a gdzie apostrof…
Długopis i serwetka znów wylądowały przede mną. Zacząłem kombinować, a jednym z efektów jaki otrzymałem było połączenie dwóch powyższych pomysłów: „D;espair’sRay”. Uznałem, że to już przesadzone. Zamieniłem kolejnością znaki, kiedy nagle mnie olśniło, a tak naprawdę, kiedy zobaczyłem, jaka kombinacja liter i znaków wygląda naprawdę dobrze. „D’espairsRay”.
- Ta-dam! – wydarłem się, pokazując im moje dzieło.
- Dobra, nieważne, może być i tak – Shimizu machnął ręką w lekceważącym geście.
- Nie znasz się! To jest ważne! – udałem, że się obrażam. – To jak? Może być?
- No… może – Karyu niechętnie się zgodził, nie będąc zadowolonym z tego, że jego pomysł nie przeszedł. – A co z logo?
- Mówisz, masz – mruknąłem robiąc kolejną poprawkę; pogrubiłem litery i zmieniłem ich „czcionkę” na bardziej mroczną i fikuśną (coś w rodzaju czcionki, którą został zapisany „DeathNote”), a następnie dodałem kolejne znaki i otrzymałem: „+D’espairsRay+”.
- Dlaczego dostawiłeś z przodu i z tyłu plusy? – zdziwił się Tsukasa.
- To są krzyże!
- Yyy… Niech już będzie… ale kształt liter fajny – uśmiechnął się Shimizu.

***

Karyu, gdyż znów on bezsprzeczniezostał wybrany liderem zespołu,poszedł zgłosić nas ponownie na konkurs, licząc, że organizatorzy nas dopuszczą. Poszli z nim również Tsukasa i Zero, ale w sumie nie wiedziałem dlaczego… może miało to coś wspólnego z zadaniem, jakie dostałem do wykonania?
Mianowicie miałem napisać tekst piosenki. Tyczka powiedział, że mają skomponowanych kilka utworów jeszcze z czasów „Monsters”, które nigdy nie były przedstawiane publicznie, bo nie mieli wokalisty, co z kolei łączyło się z tym, że nie miał kto napisać do nich tekstów.
Siedziałem na balkonie, pijąc już drugą kawę i starając się wymyślić coś sensownego. Nie było łatwo… Uczucie, że z wybijającej się jednostki stałem się składnikiem szarej masy demotywowało mnie. Nie, wcale nie uważałem się za „nadczłowieka” – w końcu nie byłem ani specjalnie sławny, ani bogaty, czy choćby piękny. Byłem zwykłym chłopakiem z przedmieścia, który lubił głośno i przede wszystkim metaforycznie wyrazić wszystko, co czuł i myślał. Szary tłum nie składał się w moim mniemaniu z ludzi, którzy zaliczają się do tych „zwykłych” – wstają, piją kawę, ubierają dzieci i robią im kanapki do szkoły; odwożą dzieci do owej szkoły, idą do pracy, odbierają dzieci ze szkoły, jedzą kolację i idą spać. Tak wygląda życie większości ludzi na tym świecie, ale to, czy człowiek zawozi te dzieci do szkoły Fiatem 126p („maluchem” od aut.) czy Mercedesem SLS, to już nie ważne. Nie każdy ma szczęście urodzić się w pełnej, bogatej rodzinie, w której wszyscy są dyrektorami i mają co najmniej magistrat na koncie – szarą masę tworzą ludzie ubezwłasnowolnieni. Bo co z tego, że pan magister inżynier do spraw budowlanych jeżdżący Ferrari Enzo ma najnowsze ciuchy, na które ja musiałbym pracować cały rok? Co z tego, że przez innych jest odbierany, jako człowiek sukcesu i kwintesencja dobrego gustu, skoro mu się te zajebiście drogie ciuchy nie podobają i ma zupełnie inny gust, ale nie okaże tego tylko dlatego, aby być całkowicie akceptowanym przez społeczeństwo. Będzie gonił za nieustannie zmieniającą się modą, mimo że będzie już rzygał wiosenną kolekcją Gucciego; właśnie dlatego będzie należał do tej szarej masy – i nieważne jak kolorowo się ubierze, ani jak bardzo oczojebny będzie lakier jego nowego samochodu – i tak będzie szary.
Z kolei facet z niepełnym wykształceniem podstawowym, który może z matematyką nie miał zbyt wiele wspólnego, ale za to ma zdolności manualne, w moich oczach będzie o wiele bardziej kolorowy, jeśli tylko będzie chciał taki być. Wiadomo, że nie będzie śledził nowych kolekcji Armaniego, bo po prostu nie byłoby go stać na takie ubrania. Nie będzie udawał kogoś, kim nie jest. Jadąc do miasta, wcale nie będzie udawał mieszczanina; pozostanie sobą i ani to, że sweterek w serek już dawno wyszedł z mody, ani to, że coś bardziej „na topie” można dostać choćby w secondo handzie nie wpłynie na niego; bo sweterek jest ciepły, na dworze, do cholery, piździ, a o zdrowie trzeba dbać, prawda? I to jest ważne. Ten sam facet z niepełnym wykształceniem podstawowym zostanie budowlańcem i będzie zajmował się wykończeniami i malowaniem ścian – ale nie będzie podawał się za Van Gogha czy Picasso; i o to w tym wszystkim chodzi. Taki facet z osobowością skomplikowaną jak prosty metalowy drut nie będzie pisał wierszy, komponował piosenek ani pisał do nich tekstów – może nawet nigdy nad tym się nie zastanowi, bo będzie miał ważniejsze sprawy na głowie i to wyda mu się błahe. I dobrze. Taka będzie jego opinia. I będzie miał do niej prawo. Muzyka nie jest jedyną formą wyrażenia się – można to robić malując, rysując, tańcząc, szyjąc… praktycznie wykonując każdą czynność, którą się lubi, ale w szczególności dodając do tego odrobinę swojego „ja”. Niektórym przychodzi to tak łatwo, że nawet tego nie zauważają – ten facet swoją postawą, ubiorem i niezbyt wysublimowanymi żartami będzie wyrażał się, mimo iż pewnie nigdy nie będzie tego świadom.
Taka jest definicja „szarego tłumu”.
„Grunt to nie dać się zwariować” – jak mówiła moja nauczycielka w liceum. Szkoda, że tak ciężko trzymać się tego gruntu…
Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie. Odwróciłem się w stronę drzwi balkonowych, w których stał Shimizu i uśmiechał się do mnie delikatnie.
- Dostaliśmy jeszcze jedną szansę. D’espairsRay przeszło – pogłębił uśmiech i usiadł na podłodze koło mnie.
- To dobrze – mruknąłem i przymknąłem oczy, odchylając głowę do tyłu, opierając ją na ścianie.
- Źle się czujesz? – zmartwił się.
- Nie… ja raczej… Wciąż czuję się… nie na miejscu… - wyznałem. – Czuję się jak jakiś obcy…
- To minie – zapewnił mnie i złapał za rękę. Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego niepewnie, po czym wysunąłem dłoń z jego uścisku. – Coś nie tak?
- Ja… Jeszcze nie przywykłem do tego, że okazujesz mi uczucia tak… dobitnie. Zapewnianie mnie o nich w smsach to zupełnie co innego…
- Wczoraj jakoś ci to nie przeszkadzało – zauważył. – Sam chciałeś, żebym cię pocałował na korytarzu, a teraz…
- To był… kaprys? – przerwałem mu.
- Kaprys? – powtórzył z niedowierzaniem, a następnie ściągnął brwi. – Yoshida, naprawdę staram się być dla ciebie wyrozumiały i próbuję postawić się na twoim miejscu; rozumiem, że przeżyłeś szok po tym, jak nagle fundamenty twojego życia zostały porządnie naruszone, ale moja cierpliwość też ma swoje granice – jego oblicze stało się surowe. – Nigdy więcej nie mów mi, że przez kaprys, czy pod wpływem chwili zebrało ci się na uczuciowość. Albo mnie kochasz, albo nie. Nie chcę się bawić w „dziś mnie pocałuj, jutro przytul, pojutrze wypierdalaj” – warknął. Najwidoczniej gouraziłem, mimo iż nie miałem takiego zamiaru.
- Shimizu… przepraszam, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – powiedziałem cicho.
- Kocham cię i wiem, że nie jest ci teraz łatwo, ale na litość boską, chociaż spróbuj się w końcu określić, bo, bez urazy, ale zachowujesz się jakbyś dostał okresu. Raz mnie kochasz, raz odtrącasz, raz całujesz, raz wyrywasz mi rękę… Przez takie zachowanie nie wiem, jak mam się przy tobie zachować, a uwierz, że chcę ci jedynie pomóc – wziął głębszy oddech, żeby się uspokoić.
- Ja… Ja naprawdę przepraszam – spuściłem głowę, a on odwrócił się i zamierzał odejść, zapewne chcąc dać mi czas do namysłu nad własnymi uczuciami, jednak w ostatniej chwili złapałem go za rękę. – Zaczekaj! – wstałem i stanąłem naprzeciw niego. – Naprawdę nie chciałem cię urazić… To źle zabrzmiało. Palnąłem głupotę, nawet nie przemyślawszy wcześniej tego, co chcę powiedzieć. Przepraszam – spuściłem głowę w pokorze. – Podziwiam cię za ten ogrom cierpliwości, którym wykazujesz się względem mnie. I… I przepraszam za to, że jestem dla ciebie takim utrapieniem…
Chłopak westchnął i pokręcił głową, a następnie ujął mój podbródek w dwa palce i zmusił, abym na niego spojrzał.
- Wcale nie jesteś utrapieniem – nachylił się i chciał mnie pocałować, jednak w ostatniej chwili zreflektował się i musnął ustami jedynie mój policzek. – Mimo wszystko prosiłbym, żebyś dał mi jasną odpowiedź, bo nie wiem czy mam się przyzwyczaić do traktowania cię jak przyjaciela, czy jednak mogę okazywać ci uczucia – przeczesał palcami moje włosy. – Raz się z tego cieszysz, raz jest ci to obojętne, raz ci to przeszkadza…
- Wiem, że jestem niezdecydowany – zaśmiałem się nerwowo, ponownie mu przerywając. – A biorąc pod uwagę to, że zjadłem dziś dwie tabliczki czekolady…
- Nie zaszkodzi ci – uśmiechnął się i wbił mi palec pomiędzy żebra, na co ja odskoczyłem. – Więc…
- Nie odchodź – ponownie złapałem go za rękę i pociągnąłem na podłogę. Szatyn usiadł obok mnie. – Opowiedz mi.
- Co mam ci opowiedzieć? – zdziwił się.
- O nas. Chcę się z tym oswoić, żeby później nie mieć już żadnych „kaprysów” i stwierdzić, co do ciebie czuję…
- Wiesz, minęło kilka ładnych lat, a nikt nie powiedział, że ponownie musisz się we mnie zakochać – stwierdził dość smutno.
- Przestań – delikatnie uderzyłem go w ramię, a następnie ułożyłem na nim głowę. – Opowiedz mi jak było kiedyś… między nami. Tak ze szczegółami – poprosiłem.
- Od samego początku?
- Tak. Opowiedz mi o każdym spleceniu dłoni i czułym spojrzeniu – uśmiechnąłem się do niego.
- No… dobrze – odwzajemnił gest i nakrywając własną dłonią moją, zaczął opowiadać głębokim, spokojnym głosem, od którego zrobiło mi się ciepło… sam nie wiem dlaczego.
W mojej głowie rozbrzmiało jedno stwierdzenie: „Ten chłopak nie mógłby kłamać”; a było to dla mnie tak oczywiste, jak to, że od szarej masy oddziela mnie właśnie on. To on był moją „wyjątkowością” i formą wyrażenia się. To on był moim „my ray in my despair”; a zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz.

Wiecie, że „Monsters” ma już 73 strony? ;D