Wyniki głosowania

1. Aoi x Uruha 26 głosów na 106 = 24,52%
2. Reita x Ruki 10 głosów na 106 = 9,43%
3. Uruha x Ruki 0 głosów na 106 = 0%
4. Toshiya x Kyo 4 głosy na 106 = 3,77%
5. Toshiya x Ruki 12 głosów na 106 = 11,32%
6. Ruki x Shinya 2 głosy na 106 = 1,88%
7. Ruki x Kyo 5 głosów na 106 = 4,71%
8. Ruki x Yo-ka 27 głosów na 106 = 25,47&
9. Ruki x Takeru 0 głosów na 106 = 0%
10. Kai x Die 2 głosy na 106 - 1,88%
11. Hizaki x ? 1 głos na 106 = 0,94%
12. Kazuki x ? 8 głosów na 106 = 7,54%
13. Miyavi x ? 0 głosów na 106 - 0%
I paringi dodatkowe, które proponowałyście w trakcie głosowania:
14. Die x Shinya 1 głos na 106 = 1,88%
15. Kaoru x Kyo 1 głos na 106 = 1,88%
16. Die x Shinya 1 głos na 106 = 1,88%
17. Reita x Uruha 4 głosy na 106 = 3,77%
18. Reita x Ruki x Kazuki 1 głos na 106 = 1,88%

Oto wyniki;  jak widać wygrał paring 8! 


Szczerze to i ja cieszę się z takiego obrotu sprawy, bo sama  mam już dość Aoihy.
(Dodam jeszcze tylko, że w głosowaniu wzięło udział jeszcze kilku moich znajomych ze szkoły.)
Niedługo możecie się spodziewać czegoś z nowej serii :)

Wy decydujecie! Cz.2

No dobra, to sprawy mają się tak:
Najczęściej zostały typowane oto te zespoły:

The GazettE:
1. Aoi x Uruha
2. Reita x Ruki
3. Uruha x Ruki

Dir en Grey:
4. Toshiya x Kyo (to akurat na wiadomości prywatnej dostałam od kolejnego kochanego anonima)

I mieszanki xD:
5. Ruki x Toshiya (The GazettE x Dir en Grey)
6. Ruki x Shinya (The GazettE x Dir en Grey)
7. Ruki x Kyo (The GazettE x Dir en Grey)
8. Ruki x Yo-ka (The GazettE x DIAURA)
9. Ruki x Takeru (The GazettE x SuG)
10. Kai x Die (The GazettE x Dir en Grey)

Oraz "paringi niepełne", jak to nazwałam, czyli wytypowana jedynie jedna osoba:
11. Hizaki (Versailles)
12. Kazuki (ScReW)
13. Miyavi

Piszcie w komentarzach numer paringu (lub osoby "niesparingowanej" + kogoś z kim chcielibyście ją zobaczyć) - to co uzyska największą ilość głosów; wygrywa!

A teraz kilka słów ode mnie, tak prywatnie:
Jak widzę największym zainteresowaniem i poparciem cieszy się nasz drogi Ruki, do którego oczywiście nic nie mam, ale do Reity... jak dla mnie to on jest trochę... hm... zbyt toporny jak na "rolę" w tym fanficku... Z kolei wydaje mi się, że Uruha jest zbyt wpatrzony w siebie...
Nie chcę nic nikomu sugerować, bo jeżeli wygra Aoiha, czy Reituki no to i tak z tym napiszę, ale... no przyznam się, po raz kolejny, że gazeciaki mi się przejedli i mimo to że bardzo mi schlebiacie, kochane, mówiąc, że umiem ich fajnie wykreować, to ja mam wrażenie, że oni w tych naszych wszystkich opowiadaniach mają "swoją własną osobowość" - to takie stereotypy, których żadna z nas nie potrafi złamać... A co do tej toporności Reity - ja nie chcę wam za dużo zdradzać, więc nie będę mówiła dlaczego tak mi się wydaje, ewentualnie kiedyś zaznaczę w tekście powód dlaczego taka myśl zagościła w moim bolącym od nadmiaru pomysłów umyśle.
Fajnie byłoby coś wybrać niekonwencjonalnego, nie uważacie? Nie chcecie się tak oderwać od tych stereotypów?
Jak dla mnie na przykład, pasował by mi to Toshiya i Kazuki, albo Toshiya i Shinya - ale jeszcze raz powtarzam; JA NIE CHCĘ WAM NIC ZDRADZAĆ ANI SUGEROWAĆ! To takie moje prywatne rozterki, bo w końcu ja też chcę swój głos powiedzieć jawnie i głośno :)

Nie mogę doczekać się na ostateczne wyniki <3

OGŁASZAM WSZEM I WOBEC, ŻE GŁOSOWANIE ZAKOŃCZY SIĘ RÓWNO O GODZINIE PIĘTNASTEJ W CZWARTEK, DWUDZIESTEGO GRUDNIA 2012!!!

Głosowanie rozpoczęte: ;]



Wy decydujecie! (głosowanie)

Kolejne kazanie, czyli kilka informacji...

Po pierwsze - nie wiem, czy w ogóle skończę serię "Co by było gdyby..."; tak zastanawiam się nad tym i mam masę pomysłów, ale zaraz potem zawsze wpadam na jakiś fajniejszy i odstawiam to na bok, więc... Może skończę to, kiedy będę miała jakiś kryzys weny (choć takowego jak dotąd nigdy nie miałam, bo mam 147498374347389479374 pomysłów na minutę, tylko czasu brak na spisanie ich wszystkich), ale nie spodziewajcie się tego za szybko.

Jakoś tak zawsze wychodziło, że wszystkie opka miały po siedem-dziewięć części, ale "Liceum" będzie jeszcze myślę, że przez parę ładnych rozdziałów trwać, tylko że nie wiem kiedy kolejne się pojawią - dlaczego? Informacje niżej.

"Monsters" tak samo jak "Liceum" będzie miało kontynuację, ale nie wiem kiedy... Raczej "Monsters" możecie spodziewać się szybciej z racji tego, że trzecią część mam już napisaną, tylko moja beta musi to jeszcze sprawdzić. A co dalej? Znów się powtórzę - nie wiem.

A teraz wyjaśnienie, dlaczego te trzy serie będą chwilowo zastopowane lub ich kolejne epizody będą pojawiać się rzadziej - nowa. Tak, tak, kolejna seria. Wiem, że to z jednej strony głupie, bo przecież tych trzech, wyżej wymienionych jeszcze nie skończyłam, a zaczynam kolejną, (nie bać się! Na poprzednim blogu przecież kiedyś ciągnęłam pięć na raz i wszystkie skończyłam! Pamiętacie? xD Kto pamięta?) ale po prostu nie mogę się powstrzymać!
Będzie to coś również o tematyce szkolnej, prawdopodobnie również o liceum. Taką rzeczą, która popchnęła mnie do tego była wiedza, o liceum w Japonii (bo przecież w serii "Liceum" akcji w samej szkole praktycznie nie ma, a tak w ogóle to japońska szkoła wygląda zupełnie inaczej - teraz już to wiem), którą zdobyłam z... tamtaratatam! Z filmu yaoi pt. "Takumi-kun" (swoją drogą świetne yaoi [choć moim zdaniem jest to bardziej shounen-ai], które naprawdę przyjemnie się ogląda - od razu uprzedzę, że ten kto zamierza obejrzeć to: pierwszą część z polskimi napisami można obejrzeć nawet na youtube, ale kolejne [ja odlądałam do czwartej części] są już tylko w angielskiej wersji językowej. Poszatkowane części z angielskimi napisami można obejrzeć na youtube albo ściągnąć z chomika; ja preferuję chomika, bo tam jest od razu cały film). Jest tam pokazana szkoła męska, która po prostu mnie urzekła! Przyznam się od razu, że ściągnę trochę z fabuły filmu, ale przerobię to po swojemu, rzecz jasna.

Teraz pozostaje pytanie: Jaki chcecie paring? I to jest to właśnie GŁOSOWANIE!
Najlepiej byłoby gdyby to nie były takie... równorzędne paringi jak np. Kaoru x Die, gdzie tak na dobrą sprawę niekoniecznie wiadomo kto MUSI być seme, a kto uke (chodzi o to, że Die nie jest uważany za taką delikatną, zniewieściałą postać, której potrzebuję do tego opowiadania - więc ci panowie są "tak samo męscy w naszych wyobrażeniach")
Potrzebuję takich paringów, gdzie będzie wyraźnie zaznaczone zniewieściałe uke i męski ale nie zaborczy seme.
Więc:
JAKI CHCECIE PARING? Z KIM CHCECIE KOLEJNE OPOWIADANIE? O KIM NAPISAĆ?

Odpowiedzi oczywiście piszcie w komentarzach - liczę na was!!!!

Dziękuję za uwagę :)

Liceum cz.9

No tak... Miały być Despy, ale trzecia część się jeszcze pisze, więc jak na razie wrzucam wam to :) To jest wersja druga, bo pierwszą zjebałam, najnormalniej w świecie zjebałam... Pisane o 5:50 nad ranem (o 6:50 wstaję do szkoły ^^), więc wybaczcie, ale właśnie o tej porze mój mózg jest najbardziej spaczony - oto tego efekty.
Endżoj!

Liceum cz.9”

[Ruki]

Kilka kolejnych dni Akira spędził u mnie. Powoli dochodził do siebie, jednak po bójce z Sakim zostały mu wyraźnie odznaczające się sińce i zadrapania. Chłopak był cichy i spokojny… jeszcze nigdy w życiu nie widziałem Reity w takim stanie. Wyglądał, jakby ktoś wymordował mu połowę rodziny! Chodził jak struty i w pewnym momencie zrobiło mi się go nawet żal. Ten moment miał miejsce w moim pokoju, kiedy zaledwie wyszedłem spod prysznica i ubrany jedynie w niezapięte spodnie stałem przed biurkiem  wycierając mokre włosy ręcznikiem, jednocześnie czytając sms’a, którego właśnie dostałem. Znowu te wiadomości sieciowe…
Byliśmy sami w mieszkaniu, gdyż moja babcia poszła załatwić coś w urzędzie. Stałem tyłem do drzwi, dlatego nie zauważyłem, kiedy blondyn bezszelestnie wszedł do mojego pokoju. Przesunął palcami wzdłuż mojego kręgosłupa, na co podskoczyłem jak oparzony i momentalnie obróciłem się w jego stronę.
- Wystraszyłeś mnie! – odetchnąłem głębiej, widząc, że to tylko on.
- Takanori… ja… - zacinał się niczym porysowana płyta. – Chciałem ci podziękować i przeprosić. Już dawno powinienem był to zrobić – spuścił głowę, jednak kątem oka dostrzegł, jak ściągam brwi w niezrozumieniu, dlatego kontynuował, ponownie podnosząc wzrok na mnie. – Dziękuję, że przekonałeś swoją babcię, żebym mógł tutaj zostać… gdyby nie ty pewnie teraz wałęsałbym się po ulicach, nie mając nawet dokąd pójść. Dziękuję, że nie zostawiłeś mnie na lodzie… chociaż powinieneś był tak postąpić. Za to całe ubliżanie z mojej strony w szkole, powinieneś jeszcze śmiać się z mojej patowej sytuacji, jednak ty postanowiłeś mi pomóc. Właśnie za to przepraszam; za moje zachowanie – mówił cicho i powoli, jakby ważył wartość każdego słowa. Jego twarz była ściągnięta wyrazem bólu i skruchy. – Jesteś prawdziwym aniołem… - szepnął, uśmiechając się blado. – Chcę żebyś wiedział, że wszystko, co wcześniej mówiłem o tobie i do ciebie, było jednym, wielkim kłamstwem. Taka… Jesteś dla mnie bardzo ważny – nachylił się nade mną. Wciąż przybliżał się do mnie, nie zamykając oczu i przyglądając mi się uważnie. Stałem jak słup soli i nie wiedziałem, co mam zrobić, ani tym bardziej nie wiedziałem, co on chce zrobić… kiedy nagle mnie olśniło! On chciał mnie pocałować! Spanikowałem. Moje ciało nie reagowało na żadne impulsy z mózgu, dlatego też nie poruszyłem się choćby o milimetr, jednak serce ścisnęło mi się boleśnie, przestając bić; zupełnie tak, jakbym zaraz miał mieć zawał. W moich oczach widniało bezbrzeżne przerażenie; doskonale o tym wiedziałem, musiało tak być. Kiedy Akira miał już mnie pocałować, a jego usta znajdowały się zaledwie milimetry od moich, chłopak zatrzymał się. Spojrzał mi w oczy i odsunął się. – Przepraszam… - wyszeptał, odskakując na drugi koniec pokoju. – Ja… Znaczy… Przepraszam!... To, co chciałem zrobić jest niewybaczalne! Ale… Proszę, wybacz mi… To nie tak miało wyglądać… Takanori, zrozum… - gubił się i plątał we własnych słowach.
Kiedy się odsunął, serce znów zaczęło bić, a wszystkie mięśnie rozluźniły się. Zadrżałem mimowolnie i chwyciłem wilgotny ręcznik, który spadł na podłogę. Odwróciłem się i ruszyłem ku drzwiom.
- Proszę – powiedziałem, kierując się z powrotem do łazienki, by kompletnie się ubrać.


[Aoi]

- I? – zapytałem, zakładając nogę na nogę i rozsiadając się wygodniej na ławce w parku.
- I nie zamierzam ci go oddać – warknął Saki, taksując mnie spojrzeniem.
- Suga… Weź mu coś powiedz – machnąłem ręką, będąc znudzonym tym całym przedstawieniem.
Saki zakochał się w MOIM Takanorim… Doprawdy… żałosne. Przecież od początku było ustalone, że blondyn będzie należał tylko i wyłącznie do mnie. Nie wiem, co strzeliło ciemnowłosemu do łba, ale zamierzałem mu to wybić. Że niby ma jakiś bunt przeciwko mnie powstawać? O dobra Kannon… Jaki Saki jest tępy… Przecież doskonale wiedział, że ze mną nie wygra. Poza tym, mam po swojej stronie jego brata.
- Wiesz, Aoi… - mrugnął Suga, rzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go butem. – Znamy się już kilka ładnych lat i szczerze powiedziawszy, to nawet cię lubię… ale Saki to mój brat, i wybacz, ale jestem zmuszony stanąć po jego stronie. Rozumiesz, więzy krwi do czegoś zobowiązują – zaśmiał się. Spojrzałem na niego zszokowany.
- Że co?! – wrzasnąłem.
- No właśnie to; zostajesz sam – syknął brunet i spojrzał na mnie wyzywająco. Poderwałem się z ławki na równe nogi.
- Jaja sobie ze mnie robicie?! Nie dam się na to nabrać!
- Aoi, to nie są żarty… - powiedział niepokojąco poważnie szatyn.
Saki wyłamał sobie palce ze stawów, przez co rozniósł się charakterystyczny trzask chrząstek. Bracia zbliżyli się do mnie o krok, zaciskając dłonie w pięści. Dwaj na jednego? Niech będzie i tak…


[Uruha]

Ogólnie to nienawidziłem poniedziałków. Są straszne, a w dodatku mam wtedy najwięcej lekcji. Dziś jednak zapowiadało się bardzo ciekawie, gdyż miałem zamiar dotrzymać słowa danego Yuu i zniszczyć jego reputację w szkole. Shiro był uważany za supermana, bo miał odwagę postawić się Reicie, ale odkąd  nie chodził do szkoły, nie wykazał się w żadnej innej dziedzinie. Postanowiłem pobawić się w taką „przekupę na targu” i rozgadać parę niemiłych słów na jego temat. Co jak co, ale akurat fantazji do takich rzeczy, to ja miałem aż nadto, dlatego nim skończyła się piąta lekcja, wszyscy wiernie powtarzali między sobą moje kłamstwa i plotkowali o nich. Idąc środkiem korytarza, przyglądałem się grupkom uczniów stojących pod ścianą i rozmawiających przyciszonymi głosami. Słyszałem jedynie strzępki zdań, ale to wystarczyło, aby na moich ustach pojawił się triumfalny uśmiech.
Tak, panie Shiroyama, jest pan oficjalnie skończony…


[Ruki]

- Jutro pewnie babcia nie pozwoli ci zostać w domu i będziesz musiał iść do szkoły, co? – zagadnął Reita, kiedy wspinaliśmy się po schodach na punkt widokowy.
- Nie wiem… Może coś wymyślę, żeby jednak zostać. Jakoś nie widzi mi się konfrontacja z którymś z tych psychopatów w szkole… szczególnie, że ciebie tam nie będzie… - dodałem ciszej.
- Tak, mnie też się to nie podoba. Najwyżej dorysuję ci czerwonym mazakiem parę kropek na twarzy i powiemy, że masz ospę wietrzną – uśmiechnął się.
- Ach, nie ma to jak pomysły rodem z przedszkola – zaśmiałem się.
Doszliśmy na kraniec punktu widokowego, gdzie dalej rozciągała się tylko przepaść. Oparliśmy się o barierkę. Spojrzałem w niebo – było już ciemno, gwiazdy lśniły dziś mocniej niż kiedykolwiek… albo to tylko mi się zdawało… już sam nie wiedziałem. Czasami myślałem, że wszystko jest snem… Tyle nierealnych wydarzeń miało miejsce w tak krótkim czasie, że aż ciężko objąć to rozumem…
- Zostało ci to – zauważył Akira.
- Co takiego mi zostało? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Wpatrywanie się w gwiazdy. Zawsze lubiłeś obserwować nocne niebo. Pamiętam – pokiwał głową, wracając do wspomnień. – Czasami, nawet kiedy już zacząłem zachowywać się jak skończony idiota, kiedy wracałem w nocy do domu, widziałem słaby blask lampki nocnej z okna twojego pokoju i zarys twojej postaci siedzącej na parapecie z zeszytem na kolanach. Zawsze pisałeś wtedy piosenki i wiersze - zatkało mnie. Nie wiedziałem, że Akiego nadal w pewnym stopniu interesowało to, co robiłem. – Ty lubisz obserwować gwiazdy, a ja ciebie. Pamiętasz, jak często tu razem przychodziliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, podziwiając to, co według nas najpiękniejsze… ty gwiazdy, ja ciebie – uśmiechnął się, a ja poczułem, że się rumienię. Uważał, że jestem piękny?
- Pamiętam – przytaknąłem.
- Nigdy nie przestałem cię obserwować. Nawet, kiedy widziałem cię tylko w oknie, lubiłem siadać na krawężniku czy na ławce i przyglądać się, jak szybko notujesz kolejne pomysły, aby te ci nie uciekły… ten nikły uśmieszek, którego mimo iż nie mogłem zobaczyć, zawsze byłem pewien, że widnieje na twoich ustach… ten niepocieszony gest, kiedy przeczesywałeś dłonią włosy, spoglądając na zegarek i stwierdzając, że jest już po drugiej w nocy, a ty jeszcze musisz wziąć prysznic i przygotować się do lekcji… - jego uśmiech pogłębił się, a ja wytrzeszczyłem oczy. On… znał te wszystkie szczegóły? Widział mnie? Obserwował? Lubił to robić?
- Jak… Znaczy… Skąd ty to wszystko wiesz?
- Jesteś dla mnie ważny. Obojętnie, co mówiłem wcześniej i jak bardzo broniłem się przed tą myślą; wiedz, że nadal jesteś dla mnie ważny – przysunął się do mnie i zaczął gładzić wierzch mojej dłoni, zaciśniętej na zimnej barierce.
Rozprostowałem palce, które on momentalnie pochwycił i splótł nasze dłonie. Zalała mnie fala gorąca… ten niewinny gest wstrząsnął mną od góry do dołu. Znów poczułem, że się rumienię. Reita przyglądał się naszym dłonią z uwagą, jakby to był ostatni raz, kiedy mógł mnie dotknąć. Czy… Czy on chciał wykonać pierwszy ruch? Pierwszy krok ku zmianie naszych nastawień do siebie? Zachęcony tą myślą, tym razem to ja przysunąłem się do niego. Nasze ramiona stykały się. Chłopak spojrzał na mnie z sielankowym wyrazem twarzy; to było coś pięknego. Chciałem oglądać go zawsze w takim stanie. Uśmiechnąłem się ciepło i stanąłem na palcach, by zbliżyć się do jego ust. Uświadomiłem sobie, że wcześniej w pokoju również tego chciałem; chciałem żeby mnie pocałował, ale w ten czas wciąż jeszcze byłem pełen obaw. Teraz, widząc ten spokój wymalowany na jego obliczu, wszystkie niepewności zniknęły jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Blondyn, widząc co chcę zrobić, pochylił się nade mną i już niemal musnął moje wargi, kiedy znów pocałunek nie dopełnił się.
- Akira Suzuki? – rozległ się donośny głos za nami. Obaj obróciliśmy się. Za nami stał policjant w pełnym umundurowaniu i niezwiastującą niczego dobrego miną.
- Tak – odpowiedział chłopak.
- Pojedziesz ze mną na komisariat, twój kolega także – zawyrokował.


[Uruha]

Wychodziłem właśnie z publicznej biblioteki. Oddałem książki, które ostatnio przeczytałem i teraz kierowałem się do auta. Musiałem jedynie przejść przez park. Był już wieczór, właściwie to prawie noc i było tu pusto i cicho. Nie lubiłem, kiedy panował tu taki spokój; w horrorach właśnie w takich momentach, kiedy piękna dziewczyna jest zupełnie sama i bezbronna, zza drzewa wyskakuje jakiś czub z piłą mechaniczną albo tasakiem i ją zabija… Brr… Wzdrygnąłem się.
Została mi ostatnia alejka do przejścia. Z daleka już widziałem bramę. Obok niej dostrzegłem również jakiś czarny zarys. Przez chwilę wydawało mi się, że to tylko cień rzucany przez drzewo, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek. Nie jakiś pijak, czy żebrak… nie. Jakaś młoda osoba. Przyspieszyłem kroku, zastanawiając się czy przypadkiem tej osobie nic się nie stało. Kiedy do niej doszedłem zorientowałem się, że to… Aoi!
- Co ty tu, u diabła, robisz? – zdziwiłem się.
Chłopak nie odpowiedział. Siedział skulony, trzymając głowę między kolanami. Wyglądał mizernie, jego ubranie było podarte i brudne. Miał bluzkę z krótkim rękawem, a bluzę trzymał na kolanach. Wiał przeszywający wiatr. Zacząłem zastanawiać się czy nie jest mu zimno… Drżał. Przykucnąłem przy nim i położyłem mu rękę na ramieniu. Wiem, że powinienem nadal być na niego wściekły i najlepiej zostawić go tu w takim stanie, jednak… co ja poradzę, że mam miękkie serce i zaraz robi mi się wszystkiego żal? Jak tak dalej pójdzie, to zacznę zbawiać świat…
- Coś się stało? – zapytałem niepewnie.
Brunet podniósł głowę. Z jego włosów spadło kilka małych listków. Oczy miał zaczerwienione i szkliste, wyglądał, jakby powstrzymywał się od wybuchnięcia płaczem. Lewe oko miał podbite, wargę w pobliżu kolczyka pękniętą, na policzku rysowała się długa, czerwona pręga, która zaczynała się tuż pod nosem, a kończyła dopiero na skroni.
- Kto cię pobił?
- Nieważne… - wyszeptał, spuszczając wzrok na trawę, na której siedział.
Wyciągnąłem rękę w jego stronę, którą on w jednej chwili złapał. Uwięził mój nadgarstek w stalowym uścisku, po czym znów spojrzał na mnie. Widząc, że nie chcę zrobić mu krzywdy, puścił moją rękę. Przeczesałem palcami jego włosy, wyplątując z nich listki. Były zadbane i jedwabiste w dotyku.
- Kto ci to zrobił? – powtórzyłem pytanie.
- To… nieważne – pokręcił głową. – Niedługo codziennie będę tak wyglądał…
- Co? O czym ty mówisz? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
Yuu opowiedział mi w skrócie historię z braćmi SS i streścił przebieg spotkania z grupą uczniów z naszej szkoły, która dokończyła dzieło Sakiego i Sugi. Chłopak nie miał żądnych szans na wygraną; co prawda na początku był tylko szatyn i ciemnowłosy, ale Saki potrafił się bić jak mało kto, może poziomem nawet dorównywał Reicie czy Kyo. Grupka nastolatków, na którą się natknął na pewno nie była jakimiś wyszkolonymi bokserami, ale było ich siedmiu… a Aoi był sam i w dodatku już po jednej bójce. Kiedy zrozumiałem, że uczniowie zaatakowali go ze względu na plotki, jakie dzisiaj rozpuściłem w szkole, zrobiło mi się głupio. W sumie… dostał od Sugi i Sakiego to, na co już zasłużył, więc ta druga walka mogła zostać pominięta… ale nie została. I to była moja wina, o czym oczywiście mu nie powiedziałem.
- Dlaczego nie pójdziesz do domu? Mogę cię odwieść, jeśli chcesz – zaoferowałem się, czując wyrzuty sumienia.
- I co mi to da, że wrócę do domu? Matka jeszcze na mnie naskoczy, a ojciec wyrzuci z domu za to, że znów się biłem… - powiedział cicho. – I jeszcze każą mi iść jutro do szkoły, na co nie mam najmniejszej ochoty…
- Zamierzasz ukrywać się przed nimi? Szlajać po mieście, dopóki plotki nie ucichną?
- Na przykład… - zgodził się.
- To bez sensu! – wyrzuciłem ręce w powietrze. – Musisz to przemyśleć i…
- Przemyślałem i doszedłem do wniosku, że nie chcę wracać ani do domu, ani do szkoły – powiedział twardo, a ja westchnąłem i wstałem. – Uruha?
- Tak? – spojrzałem na niego i wyciągnąłem rękę w jego stronę, w geście pomocy. Wstał.
- Dziękuję – szepnął.
- Za co? – zdziwiłem się.
- Za to, że w ogóle się mną zainteresowałeś. I przepraszam za… wszystko. Za całą akcję z Rukim, Sugą i Sakim… Dostałem już za swoje… - spuścił głowę w pokorze. – Ja… Nigdy nie miałem na celu obrażenia ciebie. I nigdy nie uważałem cię za głupiego…
- Taa… - mruknąłem, niezbyt przekonany.
- Naprawdę! – postąpił krok w moją stronę i spojrzał na mnie. Jego oczy lśniły.
- No tak… Wierzę ci – chciałem mu wierzyć, ale jakoś nie mogłem się przemóc. – Co zamierzasz teraz zrobić?
- Nie wiem… Przejdę się albo… no nie wiem… Nie mam tu żadnych przyjaciół, u których mógłbym się zatrzymać…
- Chodź – pociągnąłem go za rękę i poprowadziłem w stronę samochodu.
- Dokąd?
- Pokażę ci pewne miejsce za miastem, które lubię odwiedzać, kiedy nie mam się, gdzie podziać. Może tobie również się spodoba. Jakoś łatwiej mi się tam myśli nad sprawami, które pozornie wydają się beznadziejne… Może doznasz tam jakiegoś olśnienia, co robić dalej – uśmiechnąłem się do niego pocieszająco.
Obaj wsiedliśmy. Włączyłem silnik i wyjechałem z parkingu, po czym skręciłem na wylotówkę z miasta. Jechaliśmy w ciszy. Brunet wyglądał przez okno. Był zmęczony, ledwo powstrzymywał ziewnięcia. Wyglądał jak płochliwe, małe zwierzątko, które może uciec przy każdym twoim podejrzanym ruchu. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Zawsze roześmiany, odważny i pewny siebie, a teraz… cichy, zagubiony, bezbronny…
Droga nie była daleka. Zaraz za miastem odbiłem w lewo i znaleźliśmy się zamiast na autostradzie na dość wąskiej, jednopasmowej ulicy. Po jakiś dziesięciu minutach zatrzymałem się przed szlabanem i wjazdem do lasu. Wysiedliśmy. Chłopak był totalnie zagubiony, nie wiedział, jak ma się zachować, ani czego może się spodziewać. Ponownie ująłem jego nadgarstek i pociągnąłem go za rękę. Yuu szedł za mną, a ja cały czas go trzymałem. Jakoś tak… nie mogłem go puścić… Zresztą, wydawało mi się, że on teraz potrzebuje choćby tego głupiego uścisku dłoni.
- Uruha?
- Tak?
- Jesteś jeszcze na mnie zły? Bo w tym centrum handlowym… byłeś na mnie wściekły… - zapytał cicho.
- Byłem zły, ale… już mi przeszło – palnąłem.
Chciałem powiedzieć: „Byłem zły, ale widzę, że skrzywdziłem cię równie mocno jak ty mnie, więc chyba mamy wyrównane rachunki. Poza tym wyglądasz tak słodko, kiedy okazujesz skruchę, że nie mogę się na ciebie napatrzeć” – jednak w porę powstrzymałem się, zanim zdążyłem wygadać zbyt dużo.
- Jesteś bardzo wyrozumiały… Mimo to… Jeszcze raz bardzo przepraszam.
- Zapomnijmy o tym, okej? – zaproponowałem. Ciemnowłosy spojrzał na mnie zdziwiony.
- Dobrze – uśmiechnął się słabo. W jego oczach nadal czaiły się łzy.
Doszliśmy do wielkiej, prostokątnej polany w środku lasu. Polana tak naprawdę była niezalesioną częścią skarpy, na której zasadzony został las. Z czasem, zamiast mchów, których szczerze nienawidziłem ze względu na obrzydliwe robale, które w nich żyły, polanka stałą się łąką. Usiedliśmy mniej więcej na jej środku, blisko siebie. Spojrzałem w ciemne niebo, na którym radośnie migotały gwiazdy.
- Kouyou? – drgnąłem, kiedy wypowiedział moje imię, a nie przezwisko. – Nie jest ci chłodno? Masz zimne dłonie… - dopiero teraz zauważyłem, że Aoi trzyma mnie za rękę.
- No… Zrobiło się już zimno – przyznałem. Chłopak podał mi bluzę, którą cały czas miał przewieszoną przez rękę. – Dzięki – uśmiechnąłem się i ubrałem ją. Ponownie ujął moją dłoń, przysuwając się jeszcze bliżej.
- Wiem, że to głupie, ale… Ech… Nieważne – machnął ręką i odsunął się ode mnie.
- Co nieważne? Nie ma takiej sprawy, która byłaby nieważna! O co chodzi, Shiro?
- Ja… Em… Nigdy nie przejmowałem się ludźmi, ani ich opinią… Zadawałem się jedynie z tymi, którzy mogli mi coś dać… coś materialnego… Nie rozumiałem, dlaczego ludzie przyjaźnią się… ot tak sobie. Teraz rozumiem, że to nie było żadne „ot tak sobie”. Oni, kiedy potrzebowali wsparcia, dostawali je od przyjaciół, a ja… Potrzebuję dzisiaj kogoś takiego. Kogoś, na kim mógłbym się wesprzeć. Czyjejś bliskości i… - przerwałem mu, widząc jak się męczy.
- Chodź tu – poleciłem.
Na powrót przysunął się do mnie i oparł czoło na moim barku. Ułożyłem brodę na jego głowie. Po chwili poczułem, jak ukrywa w twarz w zagłębieniu mojej szyi i… jego łzy spływają po mojej skórze, pod koszulkę, wsiąkając w jej materiał. Objąłem go ciasno ramionami i szeptałem uspakajające słowa.
- Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy… - powiedział cicho.
- Wiem. Dokładnie tyle, ile dla mnie – uśmiechnąłem się ciepło i położyłem rękę na jego torsie, po czym pchnąłem go do tyłu. Chłopak położył się na trawie, a ja ułożyłem się na nim. Objąłem go za szyję, a on mnie na wysokości żeber. Przymknąłem powieki. Przez chwilę trwaliśmy w ciszy. Oblizałem spierzchnięte usta, przy czym przez przypadek musnąłem koniuszkiem języka jego szyję. Kiedy otworzyłem oczy i zamrugałem kilkakrotnie, łaskocząc go rzęsami, zadrżał. Reagował na każdy mój najmniejszy ruch. Przesunął ręką po moich plecach.
- Wiesz… Czasami mam wrażenie, że patrzyłem nie tam, gdzie trzeba.
- To znaczy? – nie zrozumiałem go.
- Chyba byłem zbyt zapatrzony w Takanoriego, żeby… - podniosłem głowę, aby spojrzeć mu w oczy. - … żeby dostrzec ciebie – szepnął i pocałował mnie czule w usta.
W pierwszym momencie byłem zaskoczony, do tego stopnia, iż zapomniałem, jak się oddycha. Chłopak odsunął się ode mnie, nie widząc żadnej inicjatywy z mojej strony i już chciał zacząć przepraszać, kiedy ja uśmiechnąłem się promiennie i pocałowałem go mocno. Zaczęliśmy się turlać po trawie i obsypywać pocałunkami. W pewnym momencie, kolano Yuu jakimś dziwnym trafem wylądowało między moimi nogami, przez co jęknąłem. Brunet wykorzystał tę chwilę słabości i przewrócił mnie na plecy, siadając na mnie okrakiem. Następnie pochylił się nade mną i zaczął całować. Oddawałem wszystkie pocałunki. Zaplotłem ręce na jego szyi, podczas gdy on trzymał dłonie na moich biodrach. Polizał moją dolną wargę, a ja uchyliłem usta. Chętnie z tego skorzystał i wsunął język do moich ust. Jęknąłem zadowolony, obejmując go mocniej.
Kto spodziewałby się, że…


[Ruki]

Policjant zawiózł nas na komisariat radiowozem. Wrzucili nas do jakiejś małej klitki, gdzie stał stół z dwoma krzesłami i mieściło się jedno okno. „Full service” – pomyślałem sarkastycznie. Usiedliśmy z Reitą pod ścianą naprzeciwko drzwi, gdyż nie byliśmy pewni czy krzesła wytrzymają pod naszym ciężarem. Byłem cholernie zdenerwowany – do tego stopnia, że trzęsły mi się ręce tak, jakbym był na Syberii w samych bokserkach.
- Spokojnie – Akira złapał mnie za rękę. – Wszystko, co może się wydarzyć, z pewnością będzie dotyczyć mnie. Nie bój się. Nic ci się nie stanie – mówił łagodnym tonem.
- Ale ja boję się o ciebie… - szepnąłem, a blondyn spojrzał na mnie… z czułością?
Nachylił się nade mną i w końcu udało nam się pocałować, tym razem nikt ani nic nam nie przeszkodziło. Od razu rozchyliłem wargi, czując ciepłe i miękkie usta chłopaka na swoich. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Objąłem go za szyję, a on mnie w pasie. Aki posadził mnie sobie na kolanach. Jedną rękę zsunąłem na jego tors, a później na brzuch i zacząłem go dotykać. Kręciło mi się w głowie i czułem, że zaraz odlecę, jednak wypełniało mnie od środka tak wspaniałe uczucie, że nie mogłem tego przerwać… Ja nie mogłem, ale ktoś inny już tak.
- Akira! – usłyszeliśmy za sobą krzyk i jak oparzeni odkleiliśmy się od siebie. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że w drzwiach stoi matka Reity…


Monsters cz.2

Co prawda nie ma jeszcze 10 komentarzy i nie powinnam dodwać kolejnej notki, ale coż... to była pierwsza, wprowadzająca, nuda część więc i tak jestem wmiarę zadowolona z wyniku 7 komci... Zresztą ten tekst dotyczy Despów, o których tak mało osób czyta ;_; Nie wiedzą co dobre! xD No nic...
Mam nadzieję, że ta część bardziej przypadnie wam do gusty :)


"Monsters" cz.2

Droga do domu Tsukasy minęła nam na rozmowie. Chłopak niby wydawał się być ciekawą osobą, jednak nadal byłem sceptyczny. Zachowywał się dość specyficznie, a po dłuższym czasie jego towarzystwo zaczęło mnie męczyć. Nie łatwo jest wytrzymać z takim narcyzem, jakim był ten chłopak.
Zatrzymaliśmy się pod średniej wielkości blokiem. Żeby do niego dojść, trzeba było przejść przez parking, na który ciemnowłosy spojrzał z nieodgadnioną miną. Ruszyłem w stronę budynku, sądząc, że zapewne tutaj mieszka, skoro mnie tu przyprowadził, jednak Tsu nadal stał na krawężniku i z zaciśniętymi ustami wpatrywał się w parking, jakby to było jezioro magmy, czy jakaś inna przeszkoda, której nie mógł pokonać.
- Coś się stało? – zapytałem zatrzymując się.
- Tak. Stało się… i to coś bardzo niedobrego – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- A konkretnie to, co się stało? – oprałem się o samochód, przy którym akurat się zatrzymałem. Jego wzrok na ułamek sekundy zwrócił się na mnie, a następnie przeniósł się na auto obok mnie. – Jakiś nieproszony gość? – zgadywałem.
- Bardzo, bardzo niedobrze… - pokręcił głową i szybkim krokiem skierował się w stronę bloku.
Tym razem narzucił takie tempo, że musiałem za nim niemalże biec. Wbiegliśmy po schodach na czwarte piętro, przez co poczułem ostre kłucie w boku i zacząłem dyszeć ze zmęczenia, kiedy tylko stanąłem na korytarzu. Tsu zdawał się nie być w ogóle zmęczony wysiłkiem, jaki przed chwilą wykonał i wpadł jak burza do jednego z mieszkań, drąc się od progu:
- Karyu! Wypierdalaj z mojego domu! – wydarł się tak głośnio, że mimo iż nadal stałem na korytarzu, zaświszczało mi w uszach. Skrzywiłem się i ruszyłem za moim „przewodnikiem”.
- Tak, też się cieszę, że cię widzę, Tsu – odezwał się nieznajomy.
Razem z właścicielem mieszkania ruszyłem do salonu, gdzie rozwalony na czarnym, skórzanym fotelu półleżał chłopak, który przypominał mi tyczkę – był tak samo długi i chudy. Wyglądał niemalże groteskowo. Jedną z długich rąk opierał na podłokietniku i podtrzymywał nią głowę z rudo-blond włosami i wydatnym nosem. Trzymał na niesamowicie chudych udach jakiś magazyn i przeglądał go, nie przejmując się furią i żądzą mordu wymalowaną na twarzy Tsukasy, który ostatkiem sił powstrzymywał się przed dokonania morderstwa.
– Nie masz nic przeciwko żebym pomieszkał u ciebie kilka dni?... Ewentualnie tygodni, czy wprowadził się na stałe? Świetnie! – wykrzyknął „uradowany”, nie czekając na odpowiedź ciemnowłosego i nie odrywając wzroku od lektury. – Enya wyrzucił mnie z domu… Jestem za wywaleniem go z zespołu!
- Karyu, litości, to już drugi wokalista w ciągu trzech miesięcy! Od tego czasu nie stworzyliśmy żadnej dobrej piosenki! – westchnął cierpiętniczo. – Zresztą… Czy ja mam napisane na czole „Caritas”?! Moje mieszkanie to nie przytułek! – zbulwersował się.
- Przecież tylko ja miałbym u ciebie zamieszkać, a nie cały batalion żołnierz… - podniósł wzrok na kolegę, przy czym zobaczył również i mnie. Zaciął się, nie kończąc zdania i uśmiechnął się wrednie, taksując mnie spojrzeniem, od którego mało mnie nie zemdliło. – Rozumiem… Przytułek, powiadasz – zaśmiał się krótko i niedźwięcznie. – Nowy „kolega”? – zapytał z kpiną. – Przecież on nawet nie jest przystojny! – klasnął w dłonie. – Ej! Czy ty w ogóle zrozumiałeś jakiekolwiek słowo z tego, co mówiłem? – zapytał już po angielsku.
- Tak – przyznałem. Szczerze, to w miarę szło mi z japońskim; dużo rozumiałem ze słuchu, byłem w miarę osłuchany, z racji tego, że słuchałem japońskiej muzyki, jednak znacznie gorzej było u mnie z pisaniem, czytaniem i mówieniem. – A co do tego, że nie jestem przystojny… Hm… Może jakoś specjalnie urodą nie grzeszę, ale cieszę się, że w tym towarzystwie jest osoba, która wygląda znacznie gorzej ode mnie – uśmiechnąłem się jadowicie.
Ciemnowłosy, który stał krok przede mną, odwrócił się do mnie przodem i rzucił mi zdziwione spojrzenie, po czym uśmiechnął się pokrzepiająco, jakby chciał powiedzieć „Oby tak dalej, a zapunktujesz u mnie!”. Odpowiedziałem chłopakowi tym samym, po czym obaj roześmialiśmy się głośno. Karyu, najwyraźniej obrażony, podszedł do mnie szybko i dźgnął palcem w tors.
- Jeszcze tego pożałujesz… - syknął. – Nie będzie za mnie kpił jakiś przygłupi Amerykaniec! – spojrzałem na niego zaskoczony.
- Jeśli już, to Amerykanin – poprawiłem go. – A tak na marginesie, skąd wiesz, że pochodzę z Ameryki? Tylko nie mów, że ty też byłeś przewodnikiem wycieczek turystycznych, bo w to akurat nie uwierzę… Wszyscy by pouciekali – dodałem ciszej.
- Nie, nie byłem żadnym przewodnikiem turystycznym, ale w przeciwieństwie do ciebie umiem czytać – pokazał mi telefon z wiadomością sms, gdzie widziałem same „krzaczki”, z których nic nie zrozumiałem. – Ta wysunięta szczęka, jak u neandertalczyka – chwycił mnie za podbródek – sugeruje, na jakim poziomie intelektualnym jesteś – prychnął. – Będę tak łaskaw i przetłumaczę ci, co tu jest napisane. Otóż mój miły kolega Tsu, którego miałeś już nieprzyjemność poznać, napisał mi w tym sms’ie, że spotkał Japończyka, który nie jest Japończykiem, pochodzi z Ameryki i kompletnie nie radzi sobie, począwszy od tego, że nie umie czytać, a jego japoński rani mu uszy, a kończąc na tym, że nie potrafi sobie znaleźć lokum – syknął. Cofnąłem się i spojrzałem w bok, gdzie przed chwilą stał Tsukasa, chcąc zapytać, co miał znaczyć ten sms, jednak już go tam nie było.
„Dlaczego napisał o mnie w sms’ie do tego całego Karyu? I kiedy, do cholery, go napisał? Przecież przez całą drogę rozmawialiśmy… nie widziałem, żeby wyciągał telefon…” – przeszło mi przez myśl.
– Ale nie raczył mi wspomnieć, że zamierza cię gościć u siebie… - odwrócił się ode mnie i na powrót zasiadł na swoim poprzednim miejscu. – Ech… Gdybym wiedział, pojechałbym do Zero… - westchnął.
Rudzielec znów zaczął czytać gazetę, ignorując mnie. Już miałem zapytać, kim jest ten cały Zero, kiedy do salonu ponownie wszedł właściciel mieszkania z trzema butelkami piwa w rękach. Bez słowa podał mi jedno, tak samo jak Tyczce – tak nazwałem w myślach Karyu. Usiadłem z Tsu na białej, narożnej kanapie, obok której mieścił się fotel zajmowany przez chudzielca.
- Jutro próba, prawda? – zagadnął Karyu, chcąc przerwać ciszę. Tsukasa nachylił się nad szklanym stolikiem mieszczącym się przed sofą i zgarnął z niej pilota, po czym włączył telewizor, przełączając na jakąś stację muzyczną.
- Nie, jutro nie ma próby.
- Jak to? – zdziwił się chłopak.
- No tak to. Zero powiedział, że nie może jutro przyjść.
- A to niby dlaczego nie może przyjść? – zmarszczył groźnie brwi, przenosząc wzrok na kolegę.
- Nie wiem – ciemnowłosy wzruszył ramionami. – Wiesz, jaki jest Zero… Nigdy nic nie mówi, tylko rzuca jakieś lakoniczne odpowiedzi, a to i tak od święta. Ostatnio bardzo polubił „ruski argument”, to znaczy „nie, bo nie” i „tak, bo tak” – wywrócił oczyma.
- Zamorduję go kiedyś… - wyszeptał rudy. – Miała być próba! Jak zarządzam próbę, to ma się ona odbyć! – skrzyżował ręce na piersi.
- Karyu… Przestań. I tak nic by z tego nie wyszło – westchnął właściciel domu. – Pomyśl: spotkałbyś się z Enyą, zaczęlibyście się kłócić, wypominać potknięcia i taki byłby tego finał – wzruszył ramionami.
- Nie moja wina, że jest chujowym wokalistą! Śpiewać ledwo co umie, ale obrażać się i gadać na mnie to już tak! Musimy znaleźć nowego wokalistę!
- Karyu… - Tsukasa spojrzał ostrzegawczo na kolegę.
- Sorry, że się wtrącę, ale… ty jesteś liderem zespołu? – zapytałem.
- Tak – potwierdził rudzielec nadal będąc nadąsanym; jednak nie wiem, czy na tego całego Zero, że nie zamierzał przyjść na próbę, na Enyę, że go wyrzucił z domu i podobno był złym wokalistą, czy może wciąż na mnie, że go obraziłem?
- A jak nazywa się wasz zespół?
- „Monsters”.
- Och… Jak oryginalnie – przewróciłem oczyma.
- Nie podnoś mi ciśnienia jeszcze bardziej, neandertalczyku jeden! – warknął, po czym rozmasował obolałe skronie. – Musimy zrobić tę próbę i postawić naszemu wokaliście jasne warunki. Albo się zmieni i do nas dostosuje, albo wypierdolę go na zbity pysk! Mam już dość jego humorków! A, no i niech w końcu napisze jakiś tekst i zacznie śpiewać, bo przez niego nic nowego nie gramy!
- A jak chcesz zrobić próbę bez basisty? Z samą gitarą prowadzącą i perkusją sobie nie poradzimy! – zauważył Tsu.
- Który z was jest perkusistą, a który gitarzystą? – znów się wciąłem.
- Karyu to gitarzysta i lider, a ja jestem perkusistą – wyjaśnił ściszonym głosem ciemnowłosy, kiedy Tyczka zaczęła się drzeć:
- Nie obchodzi mnie to! Jakoś musimy sobie poradzić i doprowadzić Enyę do porządku, bo ja już dłużej z nim nie wytrzymam!
- Ten Zero to basista, tak? – domyśliłem się.
- Tak – odpowiedzieli obaj muzycy na raz.
- Wiecie… Ja nie chcę się narzucać, czy coś, ale byłem basistą w zespole Le’vell i jakby co… to tak jednorazowo mogę zastąpić waszego basistę – podsunąłem nieśmiało.
Tsukasa spojrzał na mnie przez ramię i już chciał coś powiedzieć, ale został wyprzedzony przez rudego.
- Chłopczyku! – krzyknął. – My gramy j-rocka! To się zupełnie różni od tego twojego prostackiego american rock! Jesteśmy grupą Visual-kei, choć zgaduję, że nawet nie wiesz co to znaczy! Gramy ostrego rocka z tak szybkimi partiami gitarowymi, że nie nadążysz za nimi, choćbyś nie wiem jak się starał! – zawołał, choć w jego głosie bardziej dominowała rozpacz, niż chęć poniżenia mnie.
- Czekaj, czekaj… - odezwał się perkusista. – Le’vell, powiadasz… Kiedy byłem w Ameryce na wschodnim wybrzeżu, z którego, jak już wcześniej ustaliliśmy, pochodzisz, byłem na koncercie, a raczej na konkursie początkujących zespołów stylizowanych na Visual-kei z Ameryki… Czy przypadkiem twój zespół tam nie występował?
- Tak! – uśmiechnąłem się. – Zajęliśmy wtedy trzecie miejsce, bo nasz gitarzysta rytmiczny był chory i nie występował…
- Słuchasz jrocka? – zdziwił się gitarzysta.
- No tak – kiwnąłem głową i uśmiechnąłem się do niego, choć jeszcze parę chwil temu byłem pewien, że nigdy tego nie zrobię. – I od dziewiątego roku życia gram na gitarze – pogłębiłem uśmiech, ukazując zęby. – Myślę, że poradzę sobie z waszymi piosenkami.
Muzycy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym Tsu odezwał się:
- A ja myślę, że dobrze byłoby dać ci szansę, skoro możesz się na coś przydać – podsumował. Karyu nie wyglądał na przekonanego, jednak w końcu westchnął i kiwnął głową.
- Niech będzie… Tsu, daj mu nuty i niech poćwiczy. Sprawdź przy okazji czy coś potrafi, czy tylko udaje jak Enya– podniósł się z fotela. Wyglądał jakby był strasznie zmęczony. Jego twarz nagle poszarzała. – Ja idę się przejść po mieście. Może zajdę do Zero i spróbuję z nim pogadać…


***

Przez cały wieczór i pół nocy ćwiczyłem kilka piosenek, których nuty dał mi perkusista. Użyczył mi gitary Karyu, w związku z tym, że nie zabrałem ze sobą swojego basu. Nie myślałem, że jadąc na wycieczkę krajoznawczą do swojej ojczyzny, będę miał okazję grać w zespole jrockowym…
Tę noc spędziłem w łóżku z Tsukasą. Znaczy… nie w tym sensie! Po prostu spałem z nim w jednym łóżku i tyle. Karyu nocował na kanapie w salonie. Kenji przez pewien czas, kiedy ćwiczyłem, przysłuchiwał się i od czasu do czasu mnie chwalił, a potem, kiedy był już zmęczony, zasnął otulony spokojną melodią ballady, jaką właśnie grałem. Muszę przyznać, że ich piosenki, nawet mi się spodobały. Kiedy już skończyłem, ułożyłem się na brzegu łóżka, obok chłopaka i równie szybko jak on, zasnąłem.
W końcu nadszedł świt, a wraz z nim zamieszanie. Tyczka przyniósł nam kilka słodyczy w ramach śniadania, które pochłonęliśmy z ciemnowłosym w locie i czym prędzej cała nasza trójka ubrała się i doprowadziła do porządku. Następnie lider niemal wypchnął mnie i perkusistę z mieszkania, i wcisnął do swojego samochodu (rozklekotane, srebrne subaru impreza, zawsze spoko), którego widok wczoraj tak zdenerwował Tsukasę. Mimo, iż byli znajomymi, grali w jednym zespole, a Karyu nawet wprosił się do mieszkania ciemnowłosego, miałem dziwne wrażenie, że się nie lubią. Zresztą rudzielec mnie również nie lubił… basistę planował zamordować… i z tego, co zrozumiałem, to do ich obecnego wokalisty także nie żywił jakiś ciepłych uczuć… Czy istniała chociaż jedna osoba, którą on lubił?
Dojechaliśmy pod wąski, wysoki, oszklony budynek jakiegoś klubu. Nad wejściem zamieszczone były wielkie „krzaczki-neony”, które teraz były wyłączone. Z pewnością była to nazwa klubu, jednak nie potrafiłem jej odczytać. Tyczka podszedł do dwuskrzydłowych drzwi i wyjął z kieszeni pęk kluczy. Odnalazł ten właściwy i otworzył nam drzwi. Weszliśmy do środka. Klub był tak naprawdę wielką halą z dużą sceną po lewej stronie i dwoma długimi, przeciwległymi do siebie barami po prawej. Szafki z alkoholami były zasłonięte metalowymi, antywłamaniowymi zasłonami. Przed blatami barów stało po kilkanaście, ustawionych w rządku, wysokich stołków z czerwonymi siedziskami.
Podeszliśmy do sceny i zatrzymaliśmy się naprzeciw drzwi, ukrytych wprost w scenie. Drzwi były wykonane z takiego samego, jasnego drewna jak scena, przez co łatwo było je przeoczyć. Jedyną rzeczą, jaka zwracała na siebie uwagę to srebrna klamka. Lider znów odszukał właściwy klucz i otworzył kolejne drzwi. Weszliśmy za nim.
- To pomieszczenie dla muzyków. Tutaj przebieramy się w stroje sceniczne i zostawiamy nasze prywatne ciuchy oraz instrumenty – wyjaśnił Tsu, widząc jak rozglądam się po pomieszczeniu.
Po bokach mieściły się toaletki z lustrami, które zostały okolone przez nagie żarówki, jarzące się miękkim, żółtym światłem – ten widok przypomniał mi kilka tandetnych filmów, które obejrzałem z moją dziewczyną o pseudo gwiazdkach muzyki, czy teatru, których kariery w końcu zaczęły rozkwitać, aż w końcu dostawały się do Hollywood, czy Broadway.
Tak, miałem dziewczynę.
- Nad nami jest scena? – zapytałem.
- Tak – odpowiedział Karyu, biorąc jedną z wielu gitar ze stojaka. Wziął również inną, większą i podał mi ją. – To bas Zero. Nie zniszcz go.
- Musi tu być strasznie głośno, kiedy na scenie ktoś występuje, prawda? – nie zwróciłem uwagi na dopowiedzenie rudego. W końcu nie jestem dzieckiem i umiem się obchodzić z basem!
- Prawda – uśmiechnął się Tsukasa. – Dlatego my zawsze występujemy pierwsi i się zmywamy, zanim ktoś narobi hałasu – zaśmiał się i podszedł do jednej z toaletek, wysunął szufladę i wyjął z niej pałeczki do perkusji.
- Każdy ma tutaj swoje miejsce? – wskazałem na toaletki.
- Tylko ci, którzy, jak my, grają tutaj, że tak powiem, stale – mruknął rudzielec. – Reszta „przechodnich” muzyków nawet nie jest tutaj wpuszczana.
Przeszliśmy przez całą długość tej dziwnej przebieralni i dotarliśmy do jej końca, gdzie mieściły się betonowe schody. Wspięliśmy się po nich i znaleźliśmy się „na powierzchni” sceny. Byliśmy za kulisami, gdzie ukryta była perkusja, za którą usiadł ciemnowłosy, obracając pałeczki między palcami.
- Nie wychodzimy na scenę? – zdziwiłem się.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. To tylko próba, a nie występ. Poza tym, nie chce mi się ponownie ustawiać perkusji – wyjaśnił perkusista.
- Mhm… - mruknąłem i usiadłem na podłodze w siadzie skrzyżnym. Chciałem nastroić gitarę, ale okazało się, że nie muszę tego robić. Była w idealnym stanie. Wyjąłem z tylnej kieszeni złożone na czworo kartki i rozłożyłem je przed sobą, postanowiwszy, że dobrze by było jeszcze raz przećwiczyć piosenki zespołu „Monsters”.
Każdy zajął się sobą. Ja ćwiczyłem, Tsukasa od czasu do czasu wygrywał jakiś rytm na perkusji, ale w większości bawił się telefonem. Karyu natomiast usiadł za biurkiem, które się tutaj mieściło i zajął jakimiś papierami. Nie wiem czy były to jakieś dokumenty, czy tylko sobie rysował, ale jakoś mnie to nie obchodziło. Po dłuższym czasie, kiedy chyba dwudziesty raz skończyłem grać piosenkę „Furachi na toiki to amai uso” i zaczęło mi się to już nudzić, ktoś niespiesznie wszedł po schodach i rzucił wszystkim obecnym znudzone spojrzenie – dość wysoki chłopak o czarnych włosach, które w świetle zyskiwały dziwny granatowy blask. Był szczupły i może nawet mógłby być przystojny, gdyby nie to, że jego urodę przyćmiewał wyraz nonszalancji wyraźnie wypisany na jego twarzy i wielki, garbaty nos, który przypominał mi dziób tukana. Kiedy go zobaczyłem, ledwo powstrzymałem się od wybuchnięcia śmiechem.
- No, jestem – odezwał się wysokim głosikiem, a ja podniosłem jedną brew obrzuciwszy go spojrzeniem jeszcze raz, chcąc się upewnić, czy jest prawdziwy, czy moja wyobraźnia robi sobie ze mnie jaja. – No, jestem – powtórzył.
- I co? Chcesz, żeby ci zdjęcie zrobić? – palnąłem, nie wiedząc, na co czeka. Myślał, że mu brawa zaczniemy bić, a może od razu owacje na stojąco?
Kiedy się odezwałem, chłopak zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem, a lider i perkusista wybuchli gromkim śmiechem.
„Oj, chyba obraziłem jego książęcą mość” – pomyślałem, widząc minę nowoprzybyłego. Jego gesty wręcz ociekały arogancją; a myślałem, że to Tsukasa jest największym narcyzem, jakiego spotkałem w życiu…
- Co to jest? – wskazał na mnie. – I gdzie jest ta niedorozwinięta forma życia Zero? – zapytał, a ja zacząłem się zastanawiać, jak Karyu mógł z nim mieszkać.
- Zero dzisiaj nie mógł przyjść, a to jest nasz zastępczy basista – odpowiedziała Tyczka, wstając zza biurka. – Rozpoczniemy w końcu próbę, czy masz jeszcze coś do powiedzenia, Enya? – zapytał rudzielec głosem wypranym z jakichkolwiek uczuć.
- Nie. Możemy zaczynać – zmierzył mnie wzrokiem i powiedział coś, ale nie zrozumiałem, co.
- Możesz przełożyć na angielski? Mój japoński jest… hm… kiepski, delikatnie rzecz ujmując – poprosiłem.
- Nie. Jeśli jesteś na tyle tępy, żeby mnie nie rozumieć, to znak, że nie musisz wiedzieć, o czym mówię – odpowiedział nadal po japońsku, a ja zgrzytnąłem zębami.
- To akurat zrozumiałem – syknąłem. Dobra, może i nie jestem jakiś piękny i do tego Karyu mógł się przyczepić, ale z pewnością nie dam wyzywać się od głupków!
- Świetnie. To miałeś zrozumieć – podszedł do mikrofonu i usiadł na wysokim stołku, takim samym, jakie stały przy barach. Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie, ale on mnie zignorował i zakładając nogę na nogę, spojrzał wyczekująco na lidera. – Zaczynamy?
- Tak – potwierdził. – Zaczniemy od „MONOKURO ni natta saigo no hi” – zarządził. – Hizumi, masz nuty?
Skinąłem głową i wstałem. Przez chwilę zastanawiałem się skąd zna moje przezwisko, ale zaraz doszedłem do wniosku, że z pewnością powiedział mu Tsukasa. Jeszcze przed rozpoczęciem piosenki, Tyczka podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu, po czym wskazał spojrzeniem wokalistę i pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć coś na kształt: „Nie przejmuj się”. Potem zaczęliśmy grać. Piosenka była melancholijna, ale przyjemnie się ją grało – można było wyczuć wszelkie uczucia, jakie towarzyszyły autorowi podczas jej tworzenia, które zostały zamknięte w akordach i pasażach. Niektóre chwyty znałem już na pamięć, ale wolałem jednak patrzeć w kartkę z nutami, żeby się nie pomylić. Przygrywka się skończyła i wszedł, nieco spóźniony wokal. Głos chłopaka był nosowy i bardzo mi się nie podobał. Za wysoki i za skrzekliwy do tej piosenki, jak i, w ogólnym pojęciu, do muzyki rockowej. Nie wyobrażałem sobie, jakby on miał growlować! Ogólnie, to nie był znów aż taki tragiczny, ale to był poziom, jak to ująłem, dobrego, wiejskiego wesela, a nie poziom j-rockowego zespołu, który gra w klubach! Oderwałem wzrok od nut i spojrzałem na znudzonego wokalistę, który przyglądał się swoim paznokciom. Boże, przecież on się nawet nie stara! Przestałem grać. Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Nie chcę się wtrącać, zwłaszcza, że jestem tutaj jednorazowo, ale czy mógłbyś chociaż udawać, że interesuje cię ta piosenka? – zapytałem grzecznie, hamując złość. Wyobraziłem sobie jak podchodzę do Enyi i wymierzam mu siarczystego policzka; na tę myśl aż się uśmiechnąłem.
- Nie będziesz mi mówić, co mam robić! – oburzył się.
- I życia ustawiać… - mruknąłem, przewracając oczyma. – Taak, za dużo amerykańskich seriali oglądasz…
- Karyu, ucisz go!
- Z wielką chęcią, ale on ma rację, Enya – rudy stanął po mojej stronie. – Musimy sobie wyjaśnić klika rzeczy – jego ton był złowieszczy. Zdjął gitarę, której pasek przełożony miał przez ramię i oparł ją o biurko, po czym sam usiadł na jego blacie.
Zaczęło się istne pandemonium. Tsukasa i Karyu oskarżali wokalistę o to, że nie zależy mu na zespole i jest główną przyczyną jego niepowodzeń, a chłopak bronił się rękami i nogami, twierdząc, że to dzięki niemu „Monsters” nadal istnieje, bo Tyczka nie potrafi przewodzić grupie i jego nowym hobby stało się zwalnianie wokalistów. W jego ocenie Tsu był zapatrzony jedynie w siebie (co było prawdą) i to jego nie interesuje zespół. Enya przedstawiał się jako ucieleśnienie wszelkich zalet i pozytywów, twierdząc, że całe dobro na świecie to jego zasługa. Żaden z nich nie miał czystego sumienia; Karyu był po prostu wredny i odstraszający, Tsukasa był narcyzem, a Enya przewartościowaną księżniczką na ziarnku grochu – jednak wszyscy potrafili jedynie wytykać sobie błędy, tak jak przewidywał perkusista, zamiast dojść do jakiegoś porozumienia. Wtedy zrozumiałem nazwę zespołu; „Monsters” – potwory o okropnej osobowości i jeszcze gorszym usposobieniu. Zastanawiałem się, jaki może być nieobecny basista? Jeszcze gorszy?
Nie wiem dlaczego, ale kiedy doszedłem do tego wniosku przypomniała mi się piosenka Girugamesh „Kowarete iku Sekai”…
Nie udzielałem się. Nie znałem wokalisty i nie należałem do tego zespołu, dlatego usunąłem się w cień i siadając pod ścianą obserwowałem wszystko z bezpiecznej odległości, na wypadek gdyby miało dojść do rękoczynów.
- I właśnie straciliście kolejnego wokalistę! Odchodzę! Teraz jesteście zadowoleni?! – ryknął Enya, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając po kolei wszystkimi drzwiami, przez które przechodził.
- No i świetnie kurwa! – krzyknął gitarzysta, kopiąc z wściekłością biurko.
Usłyszałem za sobą cichy chichot. Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą kolejnego chłopaka. Miał półdługie, brązowe włosy, sięgające do ramion, ładne oczy podkreślone eyelinerem i wydatne usta. Ogólnie… był cholernie przystojny! Miał na sobie jedynie białą bokserkę i długi naszyjnik w kształcie pionka szachowego. Na podkoszulek miał narzuconą cienką, brązową kurtkę, w której kieszeniach trzymał ręce. Uśmiechnął się do mnie ciepło. Reszta zdawała się go nie zauważyć.
- Długo tutaj stoisz? – zapytałem, a on odpowiedział mi skinieniem głowy. – Wszystko słyszałeś? – potwierdził. – Kim jesteś? – nie odpowiedział. Wyciągnął rękę po bas, który trzymałem na kolanach. – Basista, tak? Zero, mam rację? – kiwnął głową.
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie chce mi odpowiedzieć.
„Wiesz, jaki jest Zero… Nigdy nic nie mówi, tylko rzuca jakieś lakoniczne odpowiedzi, a to i tak od święta. Ostatnio bardzo polubił „ruski argument”, to znaczy „nie, bo nie” i „tak, bo tak” – przypomniały mi się słowa Tsu. Czyli po prostu nie był zbyt rozmowny? Zero usiadł na stołku wokalisty i zaczął grać coś szybkiego. Lider i perkusista spojrzeli na niego.
- Straciliśmy wokalistę – mruknął rudy. Basista pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć „Wiem”.
- I co teraz zrobicie? – zaciekawiłem się.

- Poszukamy następnego… ale najpierw pójdziemy się napić – powiedział ciemnowłosy i ruszył schodami w dół. Wszyscy poszliśmy za jego przykładem.

Monsters cz.1

Tak, tak jestem wielka i dodaję dwa posty jeden po drugim w ciągu kilku minut! Yeach!

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEirChUvrDMkH6NQkcRX4J_uRf0foIwRsE_yt0SqJ0FArv7hWn5LtwqHmb5uO0LfFaYUYMe8ZQ1wOcIj1_QOCe9GtrDVUT9zLfpj-dFSsYdy-3X3wF9jUO45Kwc0NuTWiIjN_wkSfNHnvV3O/s1600/15995_original.png

MONSTERS CZ. 1

Tytuł: „Monsters”
Paring: Zero x Hizumi (D’espairsRay)
Typ: dłuższe opowiadanie
Gatunek: obyczajowe
Beta: Hoshii

            Odebrałem swój bagaż, a następnie przeszedłem na główną halę tokijskiego lotniska. Kiedy się tam znalazłem, uderzył we mnie tłum ludzi i kakofonia zniekształconych rozmów, które nawet same w sobie brzmiały dziwnie, ze względu na to, w jakim języku były prowadzone. Rozejrzałem się zdezorientowany, szukając wzrokiem jakiejś tablicy informacyjnej, która pomogłaby mi skierować się w stronę wyjścia, jednak wszędzie zamiast dobrze znanych mi liter z alfabetu łacińskiego widziałem „krzaczki”, z których nic nie mogłem zrozumieć.
            Spojrzałem w górę i zobaczyłem nad sobą, oprócz kilku japońskich znaków, jedno zdanie, które mogłem zrozumieć: „Welcome to Japan!”. Skrzywiłem się. Chyba jednak przyjazd tutaj nie był dobrym pomysłem… Że też zachciało mi się poznać własną ojczyznę…
            Oprócz napisu powitalnego zobaczyłem w oddali drzwi, na których wisiała tabliczka „toilet”. Westchnąłem i skierowałem się tam. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem się o nie plecami, biorąc głębszy oddech. W łazience było o wiele ciszej i nie przewijały się tu takie stada ludzi… w sumie to nie było tu nikogo oprócz mnie, co wydawało mi się ździebko podejrzane, jednak zignorowałem to. Usiadłem na blacie obok umywalki, stawiając nogi na własnej walizce. Wygrzebałem z kieszeni paczkę pomiętych papierosów i wsunąłem jednego między wargi, odpalając go i przymykając oczy. Zaciągnąłem się dymem, pozwalając używce drażnić swoje płuca. Nagle usłyszałem dźwięk spuszczanej wody, ale nie zareagowałem. Próbowałem uspokoić myśli i nie nastawiać się „anty”, nie żałować tego, że opuściłem swoje małe, przyjazne Albany i ruszyłem do betonowej dżungli, zwanej Tokio, z którą podobno miałem coś wspólnego.
            - Tu nie wolno palić – do moich uszu dobiegł miękki, męski głos, a następnie szum odkręcanej wody.
            Otworzyłem oczy i spojrzałem na chłopaka, który właśnie mył ręce. Był mniej więcej mojego wzrostu, czyli niezbyt wysoki i miał burzę gęstych, brązowych włosów. Jego wielkie, czekoladowe oczy taksowały nieprzyjemnie odbicie ich właściciela, który w pospiesznym geście wytarł mokre dłonie o czarne jeansy i zaczął poprawiać swoją fryzurę, która jak na mój gust, nie potrzebowała tego.
            - Taa… - mruknąłem, nie przejmując się jego uwagą.
            Chłopak był młody – oceniłem go na dwadzieścia, dwadzieścia kilka lat. Jak już wspomniałem miał duże, ciemne oczy, a do tego pięknie wykrojone, pełne usta, których aż chciało się zasmakować; szybko skarciłem się za podobne myślenie. „Facet, weź się ogarnij!” – krzyknąłem na siebie w myślach, używając najpopularniejszego tekstu z mojej szkoły, którą notabene nie tak dawno temu skończyłem.
            - Dlaczego mi się tak przyglądasz? – zapytał, a ja poczułem, że się rumienię. Chciałem jakoś zgrabnie wyjść z niezręcznej sytuacji i sprowadzić rozmowę na właściwy tor, kiedy zorientowałem się, że my przecież… rozmawiamy po angielsku!
            - Czemu do mnie zagadałeś? I tak w ogóle, skąd wiedziałeś, że nie znam japońskiego? – zdziwiłem się. Ciemnowłosy odwrócił się do mnie przodem, gdyż jak dotąd mogłem jedynie podziwiać jego profil, i zmarszczył śmiesznie nos. Widząc jego grymas parsknąłem śmiechem, który momentalnie starałem się opanować, przez co odgłos, jaki z siebie wydałem, przypominał coś w rodzaju dławienia się.
            - Ach… - westchnął. – Zapomniałem, że wy, Amerykanie, jesteście tacy… bezpośredni – powiedział, choć dałbym sobie rękę uciąć, że chciał powiedzieć „Zapomniałem, że wy, Amerykanie, jesteście tacy prości i posługujący się językiem, którego żaden Japończyk nie użyłby nawet do zwrócenia się do krowy na pastwisku”. Czy wyczułem w jego głosie wyższość?
            - Skąd wiesz, że jestem z Ameryki? – niemalże przeraziłem się. „A ten co? Jakieś medium, czy jak?”…
            - Hm… Sam nie wiem. Może poznałem to po twojej zagubionej minie? Tak, z pewnością jesteś tu pierwszy raz i nie znasz zbyt dobrze języka japońskiego, albo nie potrafisz go w ogóle – ukazał idealnie białe i proste zęby, jak z reklamy Colgate, w perfekcyjnym uśmiechu. – Nie patrz tak na mnie – wzruszył ramionami. – Pracowałem dorywczo jako przewodnik turystyczny, więc umiem odczytywać takie rzeczy. Zresztą… Twój wygląd, sposób jestestwa i mowa mówią same za siebie – stwierdził, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
            - Mój sposób bycia? Mowy? A co jest w tym takiego charakterystycznego? Po czym poznałeś, że jestem Amerykaninem, a nie Anglikiem, czy Australijczykiem?
            - Po pierwsze masz inny akcent. Po drugie… jakby to ładnie ująć? – zafrasował się. – Strasznie podkreślasz kolokwializm swojej postaci – zmarszczyłem brwi w niezrozumieniu, a chłopak westchnął. – Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale spróbuję wytłumaczyć na przykładzie. Weźmy choćby to jak siedzisz na tym blacie; rozsiadłeś się jakbyś był u siebie, a tak przecież nie jest. W ogóle sam fakt, że tu siedzisz jest wskazówką. Niektórzy mówią, że jest to oznaka braku szacunku ze strony twoich rodaków, ale ja raczej ująłbym to w inny sposób. Według mnie jest to raczej takie… przywłaszczenie. Amerykanie wszędzie czują się jak w domu i tak też się zachowują, ale czasami przecież trzeba zachować choćby jakieś szczątki etykiety, nieprawdaż?
            - Zwróciłeś mi dyskretną uwagę, żebym się tak nie rozsiadał, prawda? – zgasiłem niedopałek w umywalce i wrzuciłem go do odpływu. Ciemnowłosy tego nie skomentował, jednak widać było, że co do tego również miał zastrzeżenia. „Jaka z niego guwernerka…” – zaśmiałem się w myślach.
            - Czytaj między wierszami, a szybciej odnajdziesz się w Japonii – uśmiechnął się delikatnie i usiadł koło mnie, kiedy zrobiłem mu miejsce. – A co do mowy… Zwróciłeś się do mnie na „ty”, co ogólnie w naszej kulturze jest uznawane za prawie obraźliwe. Nie miałeś również zastrzeżeń, kiedy i ja nie tytułowałem cię per pan, co mi nawet zasugerowało, że pochodzisz ze wschodniego wybrzeża, mam rację? – skinąłem głową. – Ludzie z zachodniego wybrzeża wymagają form grzecznościowych, choć sami nie zawsze o nich pamiętają… ale to taka dygresja – założył nogę na nogę.
            - A w momencie, kiedy zwróciłeś mi uwagę, żebym nie palił, dlaczego odezwałeś się po angielsku, a nie na przykład po hiszpańsku? Zresztą… Mój wygląd raczej sugeruje, że pochodzę z Azji, więc mogłeś również posłużyć się językiem chińskim…
            Chłopak przez chwilę milczał, po czym wzruszył ramionami.
            - Jakoś nie przyszło mi to do głowy. Poza tym angielski to język międzynarodowy, więc używanie właśnie tego języka daje największe prawdopodobieństwo dogadania się z obcokrajowcem, czyż nie? – przytaknąłem. Miał rację; to było takie oczywiste. Odniosłem wrażenie, że wyszedłem na głupka… - A właśnie, twój wygląd – podjął ponownie. – Jak sam powiedziałeś, twój wygląd sugeruje, że jesteś Japończykiem, więc lepiej miej się na baczności i staraj się być kulturalnym aż do bólu, bo obcokrajowcom wiele się wybacza, ale ty nie wyglądasz na jednego z nich. Jak na przykład ta sytuacja, kiedy nie zwróciłeś się do mnie „pan”. Ja się nie obraziłem, ale już ktoś inny może odnieść wrażenie, że nie masz dla niego należytego szacunku – pouczył mnie.
            - Dzięki… za wskazówkę – mruknąłem, zastanawiając się, czy na pewno jakoś uda mi się przeżyć te trzy tygodnie w tym kraju.
            - Ależ proszę – skinął mi głową.
Jego wyraz twarzy, mimo iż był przyjazny, zdawał mi się być w pewien sposób zimny i nieprawdziwy, choć nawet z taką miną był cholernie przystojny. Był szczupły i wydawało mi się, że nawet dobrze umięśniony. Te oczy, te usta, nawet ten nos i podbródek… wszystko to sprawiało, że nie mogło się od niego oderwać wzroku czy choćby przejść obojętnie obok.
            - Jak masz na imię? – zapytałem.
            - Oota Kenji, ale wolałbym żebyś zwracał się do mnie Tsukasa, jeśli już. A ty?
            - Yoshida Hiroshi, choć wszyscy mówią na mnie Hizumi.
            - No proszę – zaśmiał się krótko i niemal bezgłośnie. – Nawet japońskie nazwisko… Ale z Japończyka, oprócz wyglądu, to ty nic nie masz – uśmiechnął się… złośliwie? Albo mi się tylko wydawało… Ciężko było wyczytać coś z jego zachowania, gdyż wysyłał dwuznaczne, wzajemnie przeczące sobie sygnały.
            - A kto w ogóle powiedział, że ja chcę stać się albo chociaż upodobnić do jakiegokolwiek Japończyka? Nawet nie znam tutejszej kultury! – prychnąłem.
            - Sam twój przyjazd tutaj jest wymowny i wskazuje na to, że jednak chciałeś się czegoś dowiedzieć o kraju, z którego, jak mniemam, pochodzisz, prawda?
            - Nieprawda. Przyjechałem tutaj do kolegi – skłamałem.
            - Och… - uśmiech zniknął z jego twarzy. – Jak widać i ja nie jestem nieomylny – posłał mi spojrzenie spod półprzymkniętych powiek i wyszedł z łazienki.
            - Taa… dziękuję za takiego przewodnika... Z pewnością duża część turystów, z którą przebywał się na niego skarżyła, a tą drugą zapewne zdemotywował do jakiegokolwiek wyjazdu - szepnąłem sam do siebie zsuwając się z blatu. Chwyciłem swoją walizkę i ruszyłem na poszukiwania wyjścia, a następnie taksówki.

            ***

            Wszedłem do szóstego z rzędu hotelu i skierowałem się do recepcji, gdzie za wysokim biurkiem z kamiennym blatem siedziała pulchna dziewczyna z obgryzionymi paznokciami i źle pofarbowanymi włosami, przez co bardziej wyglądała jak zebra ze zdartymi kopytami – na litość boską, kto w dzisiejszych czasach doczepia sobie białe pasemka do czarnych włosów? Przecież to wygląda jakby miała kilkanaście siwych kosmyków, dlatego wyglądała jak babcia, która próbowała się odmłodzić… ale jej nie wyszło…
            - Dzień dobry – przywitałem się po japońsku, starając się przy tym nie opluć sobie brody albo nie napluć jej w oko.
            - Dobry wieczór – odpowiedziała i skinęła mi głową. – Czy chciałby pan wynająć pokój? – zapytała po angielsku, a ja zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście to, co powiedział Zero nie miało przypadkiem większego sensu...
            - Tak – odpowiedziałem nieco zniesmaczony.
            - Najmocniej przepraszam, ale nie ma już wolnych pokoi – powiedziała, a ja ledwo powstrzymałem się, że nie pacnąć się otwartą dłonią w czoło.
            - W takim razie dziękuję. Dowidzenia – mruknąłem, próbując raz jeszcze swojej łamanej japońszczyzny. Odwróciłem się od niej, kierując w stronę wyjścia.
            - Proszę bardzo. Dowidzenia – krzyknęła za mną w swoim ojczystym języku z uśmiechem. Widocznie bawiło ją to, w jaki sposób kalałem jej narodowy język.
            Wyszeptawszy kilka siarczystych przeklęć pod nosem, wyszedłem z kolejnego hotelu. Czy tu nie ma choćby jednego wolnego pokoju? W całym tym cholernym Tokio wszystko musi być zajęte?! Ech… W sumie to mogłem pomyśleć o miejscu zatrzymania, zanim tutaj przyjechałem i zarezerwować coś przez internet, ale oczywiście postanowiłem iść „na żywioł”.
„Ja i moja świetna organizacja… Tu, w Japonii, wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku; mój koniec jest bliski…” – pomyślałem, załamując ręce.
            Wyszedłem na ulicę, a następnie skręciłem w jakąś boczną uliczkę, gdzie usiadłem na niskim murku otaczającym długi, wąski pas zieleni oddzielający parking od budynku mieszkalnego. Westchnąłem i wyciągnąłem kolejnego papierosa.
„Jak widać, pierwszą noc w „ojczyźnie” spędzę pod gołym niebem, jeśli tak dalej pójdzie…” – pomyślałem kwaśno.
           Zaciągnąłem się dymem i ziewnąłem. Byłem zmęczony po długim locie i jedyne, o czym teraz marzyłem to długa, gorąca kąpiel i łóżko, ale widocznie moje wymagania były zbyt wielkie w porównaniu do tego, co mogłem aktualnie dostać. Odgarnąłem włosy, które wpadały mi do oczu, niecierpliwym, ale i zarazem bardzo ociężałym i zmęczonym gestem, powstrzymując następnie rozdzierające ziewnięcie.
            - Jeśli masz takie podejście, to na pewno nie znajdziesz tutaj żadnego noclegu – usłyszałem za sobą znajomy głos. – Musisz się dopytywać i być upierdliwym – pouczył mnie ciemnowłosy, zasiadając obok mnie tak samo jak w lotniskowej toalecie.
            - Mhm… - mruknąłem, lekceważąc jego słowa.
            - Boże, ty prawie śpisz! – zaśmiał się i dźgnął mnie w żebra, na co ja zmarszczyłem brwi i odepchnąłem jego rękę od siebie, nie mogąc powstrzymać mimowolnego uśmiechu, który wcisnął mi się na usta. – Im szybciej coś znajdziesz tym lepiej…
            - Powiedz mi coś, czego nie wiem – wywróciłem oczyma.
            - Powiedziałem. Na początku. Że masz być upierdliwy, to wtedy znajdą dla ciebie jakieś miejsce – wzruszył ramionami i znów mnie dźgnął w żebra. – No idź tam i się kłóć! – krzyknął, popychając mnie, przez co wylądowałem na ziemi.
            - A ty nie masz jakiś innych, ciekawszych zajęć niż maltretowanie mnie? – zapytałem ironicznie, podnosząc się i otrzepując tyłek.
            - No wiesz co! – oburzył się, krzyżując ręce na piersi, zakładając nogę na nogę i odwracając głowę w bok, by na mnie nie patrzeć. – Próbuję ci pomóc! – fuknął. – Normalny Japończyk obraziłby się na ciebie za takie traktowanie…
            - A ty nie jesteś normalny? – uśmiechnąłem się złośliwie, myśląc, że złapałem go na błędzie.
            - Pewnie, że nie! Widzisz, żeby ktoś jeszcze zaczepiał ludzi na ulicy, tak jak ja? Normalnie nikt by się tobą nie zainteresował, więc powinieneś mi podziękować! – mimo iż zaprzeczył temu, że się obraził, zdawało mi się, że moje zachowanie go ubodło.
            - No… Ee… Sorry – wybełkotałem, trąc kark w nerwowym geście, jednak chłopak ani drgnął. – Przepraszam – powiedziałem głośno i wyraźnie. – Nie chciałem cię w jakiś sposób urazić…
            - No… Powiedzmy, że przyjmuję przeprosiny – spojrzał na mnie nieprzyjemnie. – Spędziłem tyle lat za granicą, że zdążyłem się już przyzwyczaić, że na lepsze przeprosiny nie mam co liczyć… - wymamrotał pod nosem.
            - A czegoś ty się spodziewał? Że ci z rękawa bukiet róż wyczaruję? – skrzywiłem się, na co on w rewanżu rzucił mi spojrzenie z przyganą. Pod wpływem tego spojrzenia uniosłem ręce w obronnym geście, dając do zrozumienia, że się poddaję i już nie będę się odzywał.
            - No… - mruknął ukontentowany wygraną bitwą… „ale nie wojną” – dodałem w myślach. – Dobra, a teraz to przećwiczymy. Udawaj, że jestem tą babą z recepcji z tamtego hotelu, choć jestem od niej ładniejszy, szczuplejszy i mam bardziej zadbane paznokcie... – westchnął. - Masz mi wiercić dziurę w brzuchu, dopóty nie powiem ci, że znajdę dla ciebie jakieś miejsce, jasne? – kiwnąłem głową. – Pan zapewne przyszedł zapytać o wolne pokoje? – powiedział przesłodzonym głosikiem.
            - Tak. Czy są jakieś dostępne? – zapytałem bez większego zainteresowania.
            - Skup się na mnie – rozkazał. – Niestety nie ma żadnych wolnych pokoi w chwili obecnej.
            - Czy aby na pewno wszystkie są zajęte?
            - Tak.
            - W takim razie kiedy jakiś się zwolni?
            - Nie – pokręcił głową. – Źle. A jak ona odpowie ci, że za dwa lata, to co wtedy? Drąż ten temat, czy aby na pewno nie ma nic wolnego. Jeszcze raz. Zadaj inne pytanie.
            - Em… No dobra – zamyśliłem się. – W takim razie, czy mogłaby pani sprawdzić w komputerze, czy ABY NA PEWNO wszystkie pokoje są zajęte?
            - Sądzi pan, że jestem niekompetentna? Skoro mówię, że są zajęte wszystkie, to są zajęte wszystkie – syknął.
            - Ona z pewnością by tak nie powiedziała… - zauważyłem.
            - Cicho. Właśnie tak powiedziała. Musisz być przygotowany na każdą ewentualną sytuację. Przyjmij, że natknąłeś się na strasznie wredną recepcjonistkę z moim urokiem i wdziękiem – zarzucił włosami. – Pozory mylą… Nie wszyscy piękni i przystojni są mili – wyszczerzył się wrednie, na co ja wywróciłem oczyma.
            - No dobra… Nie sądzę, że pani jest niekompetentna, jednak nikt nie jest nieomylny – wzruszyłem ramionami. – Czy mogłaby pani wykonać moją prośbę?
            - Oczywiście, że nie. Doskonale wiem, że nie ma wolnych miejsc. Kwestionuje pan moją wiedzę na temat własnego miejsca pracy? Pracuję tu od dwunastu lat i nikt nigdy nie złożył na mnie żadnej skargi, więc…
            - Może czas przejść na emeryturę? – zdenerwował mnie jego nonszalancki ton. – Zresztą… Skoro nikt jak dotąd nie złożył na panią żadnego zażalenia, to może czas najwyższy na ten pierwszy raz?
            - Niby pod jakim zarzutem napisze pan to pismo? – również zaczął tracić cierpliwość. Chłopak zgrzytnął zębami.
            - Pod takim, że nie wykonuje pani mojej uprzejmej prośby, a od tego właśnie pani tutaj jest…
            - Od spełniania pańskich zachcianek to są kurtyzany – odgryzł się nieprzyjemnie.
            - One są od rozkazów, a ja jak na razie jestem miły i tylko proszę – uśmiechnąłem się perfidnie.
            - W takim razie ja bardzo uprzejmie pana proszę o opuszczenie tego budynku – zmrużył groźnie oczy.
            - A niby to dlaczego? – prychnąłem.
            - Pan mnie napastuje! – spojrzałem na niego z politowaniem, a on wykonał obrót dłonią, dając mi znać żebym kontynuował.
            - Puszczę tą uwagę mimo uszu… Ponawiam pytanie: Nie ma ŻADNYCH wolnych pokoi?
            - Żadnych.
            - Żadnego pomieszczenia?
            - Żadnego.
            - Nawet składzik na miotły jest zajęty? – podniosłem jedną brew, a ciemnooki zaśmiał się i klasnął w dłonie. Cały gniew, który nie wiadomo dlaczego wezbrał w nas podczas tej rozmowy, która przecież była tylko grą, uleciał jak powietrze z przebitego balonu.
            - Myślę, że sobie poradzisz – uśmiechnął się cwaniacko. – Jakby co, to ci pomogę – razem ruszyliśmy ponownie w stronę hotelu i recepcji, przy której ponownie spotkałem papuśną dziewczynę.
            Zastosowałem się do wszystkich rad chłopaka. Byłem upierdliwy i nieustępliwy, jednak miejsca jak nie było, tak nie ma. W końcu do akcji włączył się Tsukasa, jednak i jego interwencje nic nie dały. Kenji mało nie zaczął wydrapywać sobie pazurami oczu z recepcjonistką, gdyż zaczęli się już kłócić na dobre, dlatego wyciągnąłem go z budynku niemalże siłą.
            - Widocznie naprawdę nie ma miejsc – wzruszyłem ramionami, choć trochę było mi głupio. Musieliśmy wyjść w oczach dziewczyny na debili… a przynajmniej ja. Za pierwszym razem sobie nie poradziłem, dlatego przyszedłem z kumplem-obrońcą, który również nic nie wskórał…
            - Możliwe… Ale mi się wydaje, że suka źle zareagowała na mój widok – syknął.
            - Zaczęła zazdrościć ci urody? – zaśmiałem się.
            - Czego rżysz? – zganił mnie i uderzył otwartą dłonią w potylicę. – Wiesz, ile dziewczyn mi zazdrości?
            - Niech zgadnę… dlatego żadnej nie masz? – spojrzałem na niego beznamiętnie.
            - Taa… To również jest jeden z powodów, ale główną przyczyną jest to, że płeć przeciwna mnie nie interesuje – wyznał. Powiedział to lekko, tak jakby rozwodził się na temat dzisiejszej pogody czy zeszłorocznego śniegu.
            - Jesteś gejem? – zdziwiłem się.
            - Tak. A co w tym takiego niezwykłego? – spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
            - Nie no… Nic – zdziwiła mnie moja własna postawa. Przecież mój najlepszy przyjaciel ze szkoły również był homoseksualistą i często macał mnie po tyłku, do czego, przyznam się, zdążyłem się już przyzwyczaić. – Chyba zdziwiło mnie to jak otwarcie o tym powiedziałeś…
            - A dlaczego niby miałbym się z tym kryć? Jest demokracja… podobno – dodał ciszej.
            - Właśnie. Podobno – mruknąłem. – Nie boisz się braku akceptacji?
            - Z twojej strony? – zaśmiał się. – Jakoś nie widzę szczególnie odznaczającego się obrzydzenia w twojej postawie, więc myślę, że jakoś to zniesiesz – wzruszył ramionami. – Wolę żebyś wiedział, w co się pakujesz – uśmiechnął się szelmowsko. – Chodź – pociągnął mnie za rękę.
            - Gdzie idziemy?
            - Do mnie. Użyczę ci kanapy w salonie.
            Spojrzałem na niego zdziwiony. Z tego, co wyczytałem w internecie i książkach, Japończycy byli bardzo cisi i spokojni, i jakoś nie słyszałem o tym, żeby mieli jakieś zapędy, żeby zapraszać do własnego domu ludzi, których nie znali nawet jednego dnia. Chociaż z drugiej strony… Zero wspomniał, że wiele lat spędził za granicą… Tam nauczył się być takim otwartym? Mimo wszystko to było podejrzane. Nawet ja, jako Amerykanin, nie zapraszam do siebie ludzi prosto z ulicy czy lotniska. Może jeszcze zaraz się dowiem, że pali papierosy od tyłu?
            - Dlaczego mi pomagasz? – zapytałem.
            - Szczerze? – zapytał, a ja skinąłem głową. – Bo masz fajną dupę – wyszczerzył się i klepnął mnie po tyłku, po czym ujął mój nadgarstek i zaczął prowadzić jakimiś wąskimi uliczkami.

           „Oj?” – przeszło mi przez myśl.