"Closer to Ideal" cz.12

No muszę przyznać, że trochę ciężko nazwać mi ten tekst faktycznie kolejną częścią. Właściwie chyba bliżej mu do epilogu, gdyż jest dość... nietypowy =.='' Niemniej, długo myślałam nad tym, jak zakończyć tę serię, aż w końcu stwierdziłam, że zwykłe zakończenie, coś w stylu: "(..) i odjechali w stronę zachodzącego słońca, młodzi, piękni, bogaci, utalentowani, zakochani i szczęśliwi" serio pasuje tej serii jak świni siodło C'': Z tej racji postanowiłam napisać coś, co nie byłoby tylko takim dosłownym opisem zachowania bohaterów, czyli gdzie kto poszedł i dlaczego. Nie wiem, co z tego wyszło, ale ostatecznie zdecydowałam się zostawić to tak jak jest, gdyż stwierdziłam, że nic lepszego i tak nie wymyślę (miliardowe próby mi to uświadomiły (/.-)'' ). No niestety, w rozpoczynaniu nowych opowiadań to ja raczej jestem dobra, gorzej z pisaniem zakończeń T^T U mnie wszystkie opowiadania mogłyby trwać w nieskończoność x''D

A tak z innej beczki to pozwolę sobie wyznać, że ostatnio odkryłam, że wciąż mogę ubierać się na dziale dziecięcym, mieszkam w Anglii, pochodzę z Polski, uczę się japońskiego i w ostatnim czasie zaczęłam czytać i pisać fanficki po rosyjski xp Swoją drogą to uwielbiam rosyjski humor i jak wyobrażam sobie, że japońscy muzycy mieliby mówić po rosyjsku to ryje jak głupia ^^'' A tak swoją drogą to chyba kiedyś muszę przedstawić wam taki fonetyczny zapis takiej rozmowy... mnie aż przepona ze śmiechu boli xD

        Хммм...

Небольшое лирическое отступление. Хотел бы я узнать.... Кто-нибудь это читает? (Эээ, ты там жив, читатель?) Дай автору знать о твоём существовании, и ты, возможно, получишь то, что хотел хд

Получишь продолжение.

A tu bezkarnie żebrzę sobie o komentarze, których ostatnio trochę mało jest... ;_; (proszę nie sugerować się samą liczbą, bo jest ona niejako podwojona przez moje odpowiedzi) Dobra, nie przedłużając już:


„Closer to Ideal” cz.10

Ile wymiarów może mieć obsesja?
Przynajmniej dwa – ten widoczny i ten, o który nikt by cię nie posądzał.
Jak głęboko można w niej zabrnąć?
Nie wiem. Wszak nie dobrnąłem do jej końca. Na całe szczęście Michi mnie zastopował. Wiedziałem tylko, że wpadłem w nią po uszy, zabrnąłem stanowczo za daleko, ale jednocześnie wciąż nie znalazłem się wystarczająco blisko jej drugiego końca, żeby móc rozprawiać o jej istocie.
Życie jest takie krótkie, a ja zmarnowałem tak wiele czasu na gonienie za durnymi mrzonkami, udawanie kogoś innego i trzymanie teatralnej maski, aby ta nie spadła mi z twarzy.
Życie jest jak drabina. Niezmiennie musisz piąć się wyżej, aby sięgnąć celu. Jeśli zatrzymasz się lub zaczniesz się cofać, nie dojdziesz na szczyt. Im wyżej się pniesz, tym bardziej drabina zaczyna się chwiać i kołysać. Ale takie jest ryzyko, które musi podjąć każdy z nas. Za młodu należy piąć się jak najwyżej, jak tylko się da, wchodzić na rozchwianą drabinę, póki można.
A można; być może.
Potem już jest za późno. Na starość podziurawione osteoporozą kości i trzeszczące za sprawą hondromelacji stawy nie ułatwiają tego zadania. Wszyscy mamy jakoś ograniczony zapas czasu.
Och, w te różne takie barwy nicości i wszystkie wymiary pospolitości, na te ulice puste i światło ślepe… tak bardzo chciałem spojrzeć na niego, mimo iż nigdy zapewne nie miałem dowiedzieć się, co też zrobiłby na moim niewygodnym miejscu.
Chcę na niego spojrzeć… więc patrzę.
Teraz już mogłem to zrobić. Teraz w końcu jest przy mnie. Wreszcie dopuściłem go do siebie. Miałem go przy sobie i mogłem patrzeć w jego stronę za każdym razem, kiedy nie wiedziałem, co zrobić, gdyż mogłem być pewny, że nigdy więcej nie zostanę ze swoimi problemami sam. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć, że ten poradzi mi, kiedy będę potrzebował jego wsparcia.
- Jak ci niewygodnie, to się przesiądź – rzucił Zero znad talerzyka z ciastem.  
Uniosłem jedną brew w geście niedowierzania, na co chłopak jedynie wzruszył ramionami i znów skupił całą swoją uwagę na oglądanym serialu. Poczułem jak moja dolna szczęka samoistnie drgnęła. Zaraz potem roześmiałem się w głos.
Co za ignorant! Co za cholerny ignorant!... którego przecież tak kochałem. Przeklęty ignorant… który jakimś cudem potrafił się mną zainteresować i otoczyć mnie taką opieką, o jakiej nigdy nawet mi się nie śniło.
W rozdwojonej wyobraźni rozlega się krzyk twoich nowonarodzonych emocji. Zbieram doświadczenia specjalnie dla ciebie, aby wręczyć ci szary, zdeptany bukiet.
Wciąż jeszcze się uczę. Na własne życzenie wiele pominąłem we własnym życiu, co musiałem teraz nadrabiać. Doprawdy… dobrana z nas para, co? Emocjonalna kaleka, niedorozwój i mistrz maszyn klimatyzujących, który potrafi wszystko obrócić w siłę spokoju, zdystansowanie i chłodne opanowanie. Serio, kto pisał ten scenariusz?
- Mogłeś poczekać z tym ciastem do momentu, aż twoja matka przyjdzie – zauważyłem.
- Daj spokój – prychnął, rozrzucając okruszki dookoła. – Ja goniłem po to ciasto do sklepu, więc ja mam prawo spróbować go jako pierwszy – uniósł widelczyk w geście, który jakby sugerował, iż podkreśla coś bardzo ważnego w swojej wypowiedzi. – Poza tym moja matka i tak jest wiecznie na diecie… - mruknął.
- To może zamiast ciasta było jej kupić jakąś sałatę i pomidora czy ogórka… wiesz, tak, żeby i ona mogła z tego wszystkiego skorzystać – rzuciłem pomysł.
- No co ty? – Shimizu spojrzał na mnie jak na idiotę. – Nie znasz mnie czy jak? – fuknął, na co ja zaśmiałem się pod nosem.
Tak, posiadanie takiego potwora jako dziecka musiało być prawdziwą traumą…
- Ej, a tak swoją drogą, to twoja matka wie, że jesteś gejem? – upewniłem się.
- Inaczej bym jej tutaj nie zapraszał, nie? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
Ledwo zdążył skończyć mówić, wtem odezwał się dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Wojskowa punktualność. Już chciałem podnieść się z siedzenia, jednak szatyn uprzedził mnie i gestem ręki nakazał mi zostać na miejscu. Sam otworzył drzwi.
- Michi, jak ja cię dawno nie widziałam! – usłyszałem kobiecy głos od progu. – Och, ale spójrz na siebie, kochanie, chyba przytyłeś…
- Ty też – głos Zero był jak zwykle chłodny, wyrachowany i nie zdradzał żadnych emocji. – Ale mimo to nie tak źle znów cię wiedzieć – rzucił, wprawiając mnie w osłupienie. Byłem zdziwiony, że do matki zwracał się w identyczny sposób jak do wszystkich innych.
- Kiedy powiedziałeś, że chcesz mi przedstawić swoją ukochaną osobę byłam w prawdziwym szoku. Nigdy bym nie pomyślała, że mój syn może jeszcze znaleźć sobie kogoś z takim paskudnym charakterem! I to w dodatku w tym wieku! No, bo jeśli chodzi o miłostki to ty pierwszej wiosny już nie przeżywasz, co? – rzuciła nieco zaczepnie, a ja w tym momencie niemal zbierałem szczękę w podłogi.
To się nazywa wdać się w rodzica. Shimizu i jego matka byli wręcz identyczni, jeśli chodziło o sposób wyrażania się. Niemniej, najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że ani jedno, ani drugie wcale nie próbowało urazić tej drugiej osoby. Ot po prostu prowadzili spontaniczną dyskusję.
- Chodź, przedstawię ci kogoś – zaproponował właściciel mieszkania i wprowadził matkę do jadalni, gdzie już czekałem. – To jest Yoshida Hiroshi – przedstawił mnie. – Yoshi, poznaj moją matkę – wskazał na kobietę, która nagle zamarła w pół ruchu.
Po jej minie wyrażającej bezbrzeżne zdziwienie szybko zrozumiałem, co poszło nie tak. Ja tu byłem tym czynnikiem „nie tak”. Więc Michi jednak nie powiedział jej, że jest gejem. Świetnie. Po prostu świetnie. Cudownie wręcz.
Po zapewnieniu Zero spodziewałem się, że ten już wcześniej przyznał się do odmiennej orientacji seksualnej przed rodzicielką. Mój szok i zmieszanie były powodem pytającego uniesienia brwi szatyna, który posyłał mi nieme pytanie: „No co?”. No w sumie nic… Jak mogłem spodziewać się czegoś innego? W końcu to był wciąż ten sam basista, który w przeszłości niemal codziennie doprowadzał mnie do białej gorączki i szewskiej pasji. Jak mogłem pomyśleć, że życie u jego boku będzie proste, łatwe i przyjemne?
- A więc… - zaczęła niepewnie matka gospodarza. - …twoją ukochaną osobą jest… mężczyzna? – upewniła się.
- No jak widać, nie? – szatyn rozłożył ręce i ponownie zasiadł do stołu, nakładając sobie kolejny kawałek ciasta. – Ciasteczko? – zaproponował uprzejmie. Kobieta zdołała jedynie przecząco pokręcić głową. – Widzisz, mówiłem ci – odezwał się do mnie. – To ciasto to tak w gruncie rzeczy bardziej dla nas – uśmiechnął się pod nosem.
W tym momencie już nawet nie słuchałem głupot, które z taką lubością tam sobie brzęczał. Czułem narastającą gulę strachu i stresu w gardle. Matka mojego chłopaka była w tak samo niekomfortowej sytuacji jak ja. Obawiałem się, że zaraz całe spotkanie skończy się na tym, ze ta zwyzywa mnie od najgorszych i wyjdzie z trzaskiem drzwi. Na całe moje szczęście ta jednak postanowiła się przełamać. Powoli, niepewnie, jakby zbliżała się do jakiegoś niebezpiecznego zwierzęcia, ruszyła w stronę stołu i wyciągnęła drżącą, spoconą dłoń, którą podała mi przez całą jego szerokość. Uścisnąłem ją lekko i skinąłem jej głową, cały czas nie spuszczając z niej spojrzenia, kiedy ta zasiadała na krześle. Ona również nie spuszczała ze mnie wzroku zupełnie jakby w obawie, że gdy tylko odwróci ode mnie spojrzenie, ja rzucę się jej do gardła… albo gorzej, rzucę się na jej syna choć w tym wypadku już może nieco z innymi, mniej krwawymi zamiarami…
Kopnąłem szatyna pod stołem, na co ten oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na mnie gniewnie.
- Au! – syknął. – Czego chcesz? – zapytał z „miłością”.
- Zgadnij – burknąłem. – Skoro zaangażowałeś już całe to spotkanie to może przynajmniej zechciałbyś wziąć w nim czynny udział, co? – skarciłem go. – Poza tym to powtórka – stwierdziłem, rozpoznając sceny, które widziałem już wcześniej, - Oglądałeś to już jakieś trzy razy… - wypomniałem mu, przewracając oczyma.
- Ale lubię ten odcinek – Shimizu wzruszył ramionami.
- A ja lubię, kiedy skupiasz się nie na tym, na czym powinieneś – rzuciłem sarkastycznie, na co chłopak jedynie prychnął.
- Widzę, że nic się nie zmieniłeś – wcięła się matka właściciela mieszkania. – Zawsze taki był – zwróciła się do mnie. – Nie mogłam go tego oduczyć. Widzę, że nie masz z nim lekko… - zająknęła się. - …Yoshi, tak? Mogę cię tak nazywać? – zapytała kurtuazyjnie.
- Oczywiście – zgodziłem się. – Może napiłaby się pani wina skoro ciasto nie jest w pani guście? – zaproponowałem.
- Z chęcią – przytaknęła. – Jak to miło, że ktoś tu potrafi poprawnie przyjmować gości. Mój syn nigdy by mnie o to nie zapytał – pokręciła z dezaprobatą głową.
- A ty mnie kiedyś zapytałaś czy napiłbym się wina, kiedy wracałem do domu? – Zero przewrócił oczyma.
Sięgnąłem po butelkę czerwonego wina, która stała na barku i odkorkowałem ją. Atmosfera powoli zaczynała się rozluźniać. Cóż, może nie będzie aż tak źle, jak się tego spodziewałem?...

***

- Dokładnie, masz rację, Yoshi-chan! – zawołała kobieta.
- Dobra, idź już, bo taksówka czeka… - mruknął niezadowolony basista, popychając rodzicielkę w stronę windy. – Tylko się koncertowo nie wyłóż na chodniku podczas wychodzenia z bloku – dodał zgryźliwie.
- A żebyś wiedział, że się nie wyłożę! Nawet się, cholera, nie potknę! – zakrzyknęła buńczucznie i w końcu weszła do windy, czepiając się mocno barierki. Drzwi zasunęły się, a my znów zostaliśmy sami.
- Ale ty jesteś okropnym synem… - syknąłem, kiedy chłopak ujął mnie pod ramię, prowadząc z powrotem do mieszkania.
- A ty to co? Lepszy jesteś? – fuknął. Zmieszałem się.
- No nie… - przyznałem szczerze.
- No właśnie, więc nie komentuj z łaski swojej, co? – usadził mnie na fotelu w salonie, a sam wziął się za sprzątanie. Zaczął wynosić puste butelki po winie i brudne talerzyki po cieście. – Ale koniec końców cieszę się, że tak się zaprzyjaźniłeś z moją matką – skwitował.
- Zaprośmy ją jeszcze raz! – zawołałem.
- Dobra, ale następnym razem zróbcie sobie imprezę, jak mnie nie będzie, co? – uśmiechnął się krzywo pod nosem. – Jesteś pijany. Idź spać – polecił.
- Nie jestem pijany – zaoponowałem – tylko…
- Tylko? – dociekał.
- Może co najwyżej lekko wcięty – broniłem się.
- Jeżeli po pięciu butelkach wina można być „lekko wciętym” to ja chyba nie chcę cię widzieć w stanie, kiedy będziesz już pijany – zaśmiał się.
- Nie narzekaj. Przecież i tak jestem grzeczny – założyłem ręce na piersi.
- Przecież nie neguję tego – wzruszył ramionami i wziął się za zmywanie.

***

Zasłuchany w muzykę lecącą z radia wpatrywałem się w obraz przesuwający się z dużą prędkością za oknem samochodu. Zastanawiałem się nad propozycją, którą niedawno dostałem…
- Myślisz, że mógłbyś się zgodzić? – zapytał Shimizu, bezbłędnie odgadując, co tak zaprząta mi umysł.
- Nie wiem… - mruknąłem, podpierając głowę na ręku. – Serio nie wiem… - westchnąłem ciężko.
- Wciąż chyba sam wolałbyś wrócić na scenę niżby zajmować się samym patronatem, co? – bardziej oznajmił niż spytał.
- Nie o to chodzi – pokręciłem głową. – Zresztą, przecież wiesz, że nie mogę wrócić na scenę ze względu na moje problemy zdrowotne – rozłożyłem bezradnie ręce. – W jakiś sposób powoli oswajam się z tą myślą i możliwe, że w jakiejś części nawet uda mi się ją kiedyś zaakceptować – przeczesałem palcami włosy w bezradnym geście. – To nie jest rzecz, z którą mogę walczyć, na którą mam wpływ, więc nie warto rozwodzić się na ten temat. Niemniej, pomimo tego chyba już nawet nie jestem pewien czy byłbym w stanie ponownie stanąć na scenie. Wiesz… W gruncie rzeczy obawiałbym się trochę, że sława znów namąciłaby mi w głowie i znów wróciłbym do tego swojego, poprzedniego, pokręconego „ja” – skrzywiłem się z niesmakiem.
- Mogę ci zagwarantować, że nigdy nic podobnego się nie stanie – szatyn uśmiechnął się ciepło i chciał mnie chwycić za rękę, jednak w tej samej chwili zmieniły się światła, dlatego szybko chwycił drążek zmiany biegów zamiast moją dłoń, przez co wyszło na to, iż bardziej strzelił mnie po łapach niżby dodał mi otuchy miłym gestem. – Wybacz… - rzucił mi szybkie, przepraszające spojrzenie.
- Nie masz za co przepraszać – zaśmiałem się. – Ale wracając do tematu… Koniec końców zaangażowałem się w ten projekt „Umbrella” i dobrze mi z tym. Już przyzwyczaiłem się do tego, jak wygląda nasze codzienne życie i nie chciałbym tego zmieniać. Bałbym się, że zmiany mogłoby przynieść dużo złego – wyznałem otwarcie jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro – mój chłopak wzruszył ramionami. – Ale skoro nie chodzi tu o ciebie, to… o co? Czemu nie chcesz się zgodzić? Przecież już raz zajmowałeś się patronowaniem jakiegoś zespołu, o ile sobie dobrze przypominam – zauważył.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Nazywali się „RedRum”, ale nic z tego nie wyszło. Chłopaki pożarli się między sobą i tyle, co ich widziałem – pokręciłem z dezaprobatą głową. – Nie, nie obwiniam się za to – uprzedziłem jego pytanie. – To była ich decyzja. Ja byłem tylko osobą zewnętrzną, która bardziej zajmowała się sprawami technicznymi czy ekonomicznymi niżby ich prywatnym psychoterapeutą i bliskim przyjacielem – przyznałem. – Jasne, z drugiej strony właściwie nie zrobiłem nic, żeby zapobiec ich rozpadowi, ale… wiesz, jakimś cudem nie przepłakiwałem z tego powodu długich nocy – zachichotałem pod nosem, na co Michi uśmiechnął się krzywo. – Bardziej martwi mnie to, że… Wiesz, ja się chyba już nie nadaję do współczesnej muzyki… - westchnąłem.
- O czym ty pleciesz, Yoshida? – basista wytrzeszczył na mnie oczy. – Przez czternaście lat grałeś w zespole, żeby teraz wciskać mi kity, że się do tego nie nadajesz? – prychnął, przewracając oczyma. – Znasz się na tej branży jak mało kto. Niewielu może poszczycić się tak długim stażem w tej dziedzinie zawodowej – próbował mnie podbudować.
- Ale tu chodzi o coś więcej niż robotę samą w sobie – zamachałem rękami w powietrzu na znak protestu. – No przecież wiesz! Tu trzeba… trochę uczucia… - odezwałem się ciszej. – Zabrzmi to może banalnie, ale w naszych czasach to my byliśmy „tymi od mocnych brzmień”, pamiętasz? – wypomniałem mu, na co chłopak pokiwał głową. – Podczas gdy teraz przypominamy raczej grupkę wyszczerbionych szczurów przy wachcie głodnych, rozjuszonych wilków, którymi są młodzi muzycy – uśmiechnąłem się półgębkiem na własne porównanie, jednocześnie przyglądając się swojemu sarkastycznemu odbiciu w lusterku bocznym. – Zanim zaczniesz oponować, że przecież wciąż jesteśmy młodzi i piękni – znów go uprzedziłem, kiedy już otwierał usta, aby coś powiedzieć – to przyznam ci rację, że wciąż nie jesteśmy emerytowanymi wyjadaczami, ale musisz przyznać, że są po prostu młodsi od nas. Nie robi to z nas dziadków czy rencistów, ale nie widzisz tej dzielącej nas przepaści? Mówiąc „nas” mam na myśli choćby i nas dwojga i tego nowego pokolenia muzyków – sprostowałem. – Ich muzyka jest taka agresywna, pełna bólu, nienawiści i całej reszty uczuć, które skrywają w swoich sercach, o których nigdy nikomu nie mówią – zacząłem głośno myśleć. – Jakoś nie mogę się w tym odnaleźć… Może to przejaw tchórzostwa z mojej strony, ale naprawdę nie chciałbym mieć do czynienia z taką ogromną ilością negatywnych emocji, jakim dają ci młodzi ludzie ujście w postaci muzyki na co dzień. Za bardzo się zmieniłem, żeby to teraz zaakceptować… Może gdybym dostał podobną propozycję jeszcze kilka miesięcy temu, zgodziłbym się bez zastanowienia, ale teraz…? Za bardzo mnie zmieniłeś, żebym podjął się czegoś podobnego – uśmiechnąłem się. – Wniosłeś do mojego życia dużo dobrego, nauczyłeś mnie mówić o swoich problemach i uczuciach, pokazałeś jak zrzucić z siebie ten ogromny ciężar, jak słuchać i jak się śmiać… - ponownie ściszyłem głos. – Kiedy myślę o tym wszystkim i stawiam to naprzeciw tej całej agresji i złości tych młodych muzyków… boję się, że mógłbym utracić to, co mi dałeś i to, czego mnie nauczyłeś poprzez ponowne otaczanie się takimi negatywnymi emocjami… - przyznałem się. – Nie ukrywam, iż zdaję sobie sprawę, że jestem podatny na sugestie…
- Niepotrzebnie przejmujesz się takimi sprawami – uspokoił mnie. – Choć sam fakt, iż się martwisz i boisz oznacza, że zależy ci na mnie i na związku, który razem zbudowaliśmy – uśmiechnął się głęboko. – A to bardzo dobry znak – tym razem udało mu się chwycić mnie za rękę. Ścisnąłem jego palce. – Koniec końców zrobisz to, co będziesz uważał za słuszne. Nie będę ci mówił czy powinieneś podjąć się tego zadania, czy nie. To twoja decyzja i tylko ty będziesz o tym sądził – pozostawił mi wolną rękę.
- No tak… - mruknąłem. – Ale Michi, serio, nie przeraża cię czasem myśl o tych młodych ludziach? Nie zauważyłeś tego wcześniej? Nie zastanawiałeś się, dlaczego oni tacy właśnie są? – ta sprawa jakoś nie dawała mi spokoju.
- Pewnie, że zauważyłem – przytaknął. – A przyczyna ich zachowania jest prosta. Powinieneś ją rozszyfrować, bo sam kiedyś zachowywałeś się identycznie. W dobie komputeryzacji, kiedy przesył informacji nie powinien stanowić większego problemu, my, ludzie, zamiast integrować się na szeroką salę, zamykamy się. Otwarty rynek generuje produkcję taśmową marionetek, które potem zawzięcie walczą o miejsce pracy w niemalże jednakowych korporacjach, aby w końcu, po całym dniu pracy upić się, na chwilę odlecieć, przypomnieć sobie swoje stare marzenia i nadzieje, zgnuśnieć i wrócić do rodziny czekającej na chlebodawcę. W ludziach narasta niezadowolenie, uczucie bezsilności w starciu z obowiązującymi zasadami i regułami biznesowymi, społecznościowym, gospodarczymi… Z czasem zanika też u nas zdolność mówienia. Nie potrafimy cenić relacji łączących nas z innymi ludźmi. W dzisiejszych czasach za pomocą kilku kliknięć możesz znaleźć rzesze internetowych przyjaciół, ale suma summarum i tak pozostajesz samotny. To właśnie samotność i poczucie odizolowania jest tym najbardziej wyniszczającym czynnikiem. Niby przechadzasz się w tłumie, a wszyscy cię ignorują… Niby jesteś ze wszystkimi, a zarazem sam. Niewypowiedziany ból i skrywane emocje narastają, aż w końcu nie jesteś w stanie już wyrazić nic wprost, więc znajdujesz sobie pośrednią drogę przekazu, która w jakiś sposób pozwala ci się wyładować. Oni, ci młodzi, nad którymi tak się rozwlekasz, już nawet nie potrafią mówić. Oni już jedynie krzyczą w swoich utworach o tym, co ich dotyka. Prawdopodobnie są jeszcze bardziej przeżarci samotnością niż ty i ja, a więc jeszcze bardziej cierpią. Poza tym, jakby nie patrzeć, my mieliśmy to ogromne szczęście spotkać się i dogadać – zauważył. – Jasne, musieliśmy przejść przez trudne chwile dla każdego z nas, obaj popełnialiśmy błędy, ale ostatecznie potrafiliśmy je sobie wybaczyć i obopólnie doszliśmy do wniosku, że chcemy coś stworzyć, że inicjatywa wychodzi z obu stron na raz, a nie tylko z jednej – był całkowicie poważny. – Oni są dokładnie tacy, jak ty wcześniej tylko zranieni jeszcze dwa razy mocniej bez nadziei na to, że spotkają kiedyś kogoś, kto dostrzeże ich ból, zainteresuje się nimi i otoczy opieką. Bo w gruncie rzeczy ludzie w dzisiejszych czasach jak jeden mąż czekają, aż to ta druga osoba wyjdzie z inicjatywą. Zawsze chcą, żeby ten pierwszy, najtrudniejszy krok zrobił ktoś inny, a nie właśnie oni. Z tej racji ich brak wiary jest właściwie bardzo na miejscu – chciałem się wtrącić, ale Zero kontynuował. – Chcą, żeby zmienił ich ktoś inny, żeby zmienił ich całe dotychczasowe życie, zerwał malowane maski, za którymi się kryją… ale zapominają, że życie nie działa w jedną stronę. Żeby ktoś coś ci ofiarował, sam najpierw musisz trochę z siebie dać. Sam musisz zmienić się chociaż trochę. Pierwsze, najtrudniejsze kroki zawsze należą do ciebie. Dopiero przy pokonywaniu następnych przeszkód możesz zacząć co najwyżej śnić o tym, że ktoś wyciągnie do ciebie pomocną dłoń – zakończył ostro.
Zamknąłem usta. Z początku nie do końca się z nim zgadzałem, jednak kiedy wróciłem pamięcią do wspomnień, do tego, jak sam się zachowywałem, co myślałem, czego oczekiwałem od innych i jak się z tym wszystkim czułem… Wtedy zrozumiałem, że szatyn miał rację. Dokładnie uchwycił to, co trapiło mnie w przeszłości i z czym sam nie potrafiłem sobie poradzić. W tej chwili właśnie dobitnie uświadomiłem sobie, jakie ogromne szczęście mnie spotkało, iż na mojej drodze pojawił się ktoś tak nieustępliwy w walce o nasze wspólne szczęście jak Shimizu. Jeżeli głupi ma zawsze szczęście, to ja w tym wypadku byłem skończonym idiotą…
Nagle drgnąłem. Wtem doznałem olśnienia, w końcu to do mnie trafiło. Zero. Właśnie, Zero. Nic więcej, nic mniej. Zero.
Jaka jest szansa na to, że spotkasz w rzeczywistości takiego księcia z bajki, jakim był Michi?
Zero.
Zerowa szansa.
Nie ma jej.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś zainteresuje się tobą i będzie o ciebie bezustannie walczył, kiedy ty nie okażesz nawet śladowego zainteresowania w zamian?
Zero.
Zerowe prawdopodobieństwo.
Nie ma go.
Nie ma.
Nie ma i już.
Zero, no właśnie… Zero…


THE END

Krótka historia obrazkowa o pizzie, kebabie i kremówkach

Tak, witaj kochany PMS, trybie "odkurzacza" (odnoszącego się do wciąganych przeze mnie ilości jedzenia) oraz głupie pomysły ^^'' Ja się czasem zastanawiam, czym te chomiki i małpa kapucynka z talerzami, które siedzą w mojej głowie muszą się odurzać, bo zdaje się, że nawet ja sama tego nie ogarniam C'':

Zdjęcia zostały wykonane podczas koncertu Nocturnal Bloodlust w Moskwie 26 sierpnia 2016. Jeśli ktoś jest zainteresowany oryginalnymi zdjęciami w większej ilości to może je obejrzeć w tym albumie : klik

Niemniej, endżoj x''D







Z początku chciałam zamiast na kremówkach skupić się na bezach, ale w końcu wszyscy lubimy kremówki, nie? xD "Znasz kogoś, kto jak powiesz: "Ej, chodźmy na kremówki!", to mówi: "Nie, stary, nie lubię kremówek..."? Kremówki są pycha!" x''p 
Poza tym, jeśli chodzi o bezy to musiałabym chyba przytoczyć dłuższą historię i pewną personę, która jest kluczową postacią w moim życiu C'': (szczególnie jeśli chodzi o jedzenie - bo niby kto z nas nie lubi zagryzać babki ziemniaczanej na zimno bezami popijając na przemian piwem i tanią whisky z sokiem pomarańczowym około godziny 3 w nocy? ^^'') Niemniej, chyba kiedyś porwę się na opowiedzenie wam o tej osobie i możliwe, że nawet ciekawszych rzeczach, które działy się po koncercie, bo tym chyba nawet warto się podzielić xp Ale to przy jakiejś innej okazji :''D

Tymczasem podzielę się z wami jeszcze vlogiem z koncertu w Londynie, na którym właśnie byłam - klik - Oczywiście nie ja go kręciłam i przyznam szczerze, że sama jeszcze jakoś go uważnie nie oglądałam, ale wydaje mi się, że raczej nigdzie się tam nie przewijam xD Poza tym to nawet nie widziałam tych gości, którzy to kręcili... =.='' A to trochę dziwne, bo w Underworld jakiś tłumów nie było (może także dlatego, że i tam by się nie zmieściły), a ponad to dużo osób, które już tam były to znałam lub przynajmniej kojarzyłam z widoku lub facebooka C'': Ci panowie jednak są mi obcy (/.-)'' No nic, mam nadzieję mieć okazję zaznajomić się z nimi przy następnym koncercie C:

E, dobra, poprawka chwilę po publikacji (ogarnięta ja =.='') - jak zaczęłam chociażby wybiórczo skakać po kadrach i wiedziałam czego szukać to nawet udało mi się zauważyć kilka razy na filmie mój czerwony łeb xDDD Często ucinana osoba stojąca zaraz przed Cazquim w pierwszym rzędzie i lejąca go włosami po nogach to ja xp Z jakiś niewyjaśnionych powodów zawsze mnie to śmieszy, kiedy mogę zauważyć sama siebie na różnych zdjęciach czy filmikach z koncertu x''D

Dobra, a teraz już się żegnam i idę do lodówki. Tak. Znowu ;_; Ale za to jutro na siłownię T^T

"Nowy Świat" cz.15

„Nowy Świat cz.15”

Z każdym kolejnym dniem w nowej pracy wdrażałem się coraz bardziej. Z pewnością wciąż byłem „świeżakiem”, co nie umknęłoby oku osoby postronnej, jednak robiłem, co mogłem i czułem się z tym zaskakująco dobrze. Z pewnością było mi nieco łatwiej z racji, iż znałem już kilka osób w tej branży. Z tego powodu nie bałem się (jakoś przesadnie) otworzyć do kogokolwiek ust, aby chociażby chwilę pogadać i umilić sobie pracę. Dzięki temu czas mijał mi zaskakująco szybko – gnał wręcz jak szalony w porównaniu do niemalże absurdalnie nudnych, nocnych zmian na recepcji, podczas których tylko siedziałem za kontuarem i nie robiłem nic. Coraz bardziej zaczynałem utwierdzać się w przekonaniu, iż dokonałem prawidłowego wyboru.
- Więc ty się jednak podkochujesz nie w Aryu, tylko w Hiro! – Yuuki wytrzeszczył na mnie oczy. – Aryu będzie z tego powodu smutno… - mruknął pod nosem, na co w odpowiedzi posłałem mu jedynie miażdżące spojrzenie.
Właśnie czekałem na wokalistę Noctrunal Bloodlust w kawiarence, która mieściła się w budynku studia. Umówiliśmy się na spotkanie podczas naszej wspólnej przerwy, jednak mnie udało się przyjść przed czasem. Zająłem miejsce przy jednym ze stolików i postanowiłem poczekać na mojego rozmówcę, kiedy wtem dosiadł się do mnie chłopak, który w ostatnim czasie z moją pomocą zmienił kolor włosów, przez co znów stał się szatynem. Musiałem mu przyznać, że w tym kolorze było mu bardziej do twarzy…
Niemniej, podczas krótkiej rozmowy, która wywiązała się między nami, zdążyłem mu wygadać się o całej sprawie z drugim muzykiem. Wyznałem, iż zaaranżowałem tą całą rozmowę po to, aby sprostować nasze relacje, gdyż obawiałem się, że brunet mógł wystawić mi niezbyt przychylną opinię po tym wszystkim, co miało miejsce. Nie chciałem, żeby nasza znajomość na tym ucierpiała. Z jakiś względów bardzo zależało mi na tym, aby poznać jego opinię na mój temat i choćby spróbować podjąć się jakiś napraw, gdyby ta takowych wymagała. Z nieznanych mi powodów zwierzyłem mu się z dość prywatnego problemu, mimo iż nie znaliśmy się długo. W jakiś sposób fakt, iż Yuuki był przyjacielem Karmy, którego z kolei ja sam uważałem za przyjaciela, sprawiał, iż zapatrywałem się na niego jak na osobę bliską, godną zaufania.
- Co? O czym ty znowu bredzisz? – fuknąłem.
- No co? Zależy ci na nim, nie? – wokalista Lycaon wzruszył ramionami. – A to chyba dowodzi tylko jednego – upił łyk swojej mrożonej kawy, spoglądając na mnie jednoznacznie znad wysokiej szklanki. – Chcesz mu się przypodobać.
- Nie chcę mu się przypodobać. Chcę po prostu… - zająknąłem się. - …sprostować kilka spraw – wyjaśniłem.
- Żeby mu się przypodobać – uśmiechnął się półgębkiem. – To przynajmniej daj mi dyskretnie przekazać tę informację Aryu, żeby nie robił sobie złudnych nadziei – odstawił szklankę na blat z brzdękiem. – Wyglądał na zainteresowanego… - mruknął.
- Daj spokój – przewróciłem oczyma.
- Nie, Alex, nie „daj spokój” - szatyn zirytował się. – Wiem, że jesteś w Japonii stosunkowo niedługo, więc szukasz sobie przyjaciół i znajomych, może kogoś więcej, ale nie możesz obnosić się z takim podejściem – zganił mnie. – Trochę cię poobserwowałem. Nie jesteś złą osobą, ale jesteś zbyt lekkomyślny – wypomniał mi. – Starasz się utrzymywać dobre stosunki z dużą ilością osób, ale jednocześnie pozwalasz im za bardzo zbliżyć się do siebie, przez co potem lądujesz w takiej sytuacji jak teraz – zmrużył oczy. – Musisz się tłumaczyć jednej osobie z relacji łączących cię z innymi. To wszystko dlatego, że najpierw dajesz komuś szansę, okazujesz swoje pozorne zainteresowanie, ale jak przychodzi co do czego to machasz ręką, uciekasz i mówisz „daj spokój” – teraz to on z kolei przewrócił oczyma. – Jeśli nie chcesz, żeby podobne sytuacje miał miejsce w przyszłości, to tam ci jedną radę – wycelował we mnie palcem wskazującym. – Wybierz sobie jedną osobę, którą chcesz uczynić sobie bliską i skup się na niej. Wtedy twoje relacje z innymi same się sklarują – wstał ze swojego siedziska. – Przemyśl to sobie – polecił. Już chciałem go zatrzymać, gdyż myślałem, że go zdenerwowałem, jednak ten szybko uspokoił mnie gestem dłoni i wskazał palcem za mnie. – Hiro już tu jest – poinformował mnie. – Nie będę wam przeszkadzał. Na razie – pożegnał się dość szorstko.
Odwróciłem się przez ramię, żeby zauważyć bruneta zmierzającego w moją stronę. Nie odpowiedziałem nawet Yuukiemu na pożegnanie, gdyż ten zdążył już odejść od mojego stolika. W takim wypadku nie pozostawało mi nic innego jak rozmówić się z wokalistą Nokubury.
- Cześć – muzyk dosiadł się z uśmiechem na ustach. – Dobrze, że przyjąłeś tę pracę – pogłębił uśmiech. – Teraz przynajmniej mamy możliwość, żeby częściej się widywać – próbował spojrzeć mi w oczy, jednak ja uparcie unikałem kontaktu wzrokowego. – Coś się stało? – zapytał z troską. – O czym chciałeś porozmawiać? – dopytywał.
Wziąłem głębszy oddech i jeszcze raz zlustrowałem postać wokalisty, mając w pamięci słowa Yuukiego. Cóż, chyba miał rację…
Dlaczego pozostawałem na to ślepy? Moje zachowanie w ostatnim czasie faktycznie pozostawiało wiele do życzenia. Zachowywałem się jakoś irracjonalnie i lekkomyślnie. Robiłem za żywą zabawkę, która była przekazywana z rąk do rąk. Możliwe, że w jakimś stopniu przemawiała przeze mnie chęć znalezienia sobie kogoś bliskiego, jednak szatyn w istocie trafnie zauważył, że pozwoliłem zbliżyć się do siebie zbyt wielu osobom na raz, przez co w moim życiu powstał mały chaos… który w zastraszającym tempie nabierał rozpędu i rozlewał się na coraz to większą skalę.
Pierwszy namieszał w moim życiu Crena i chyba przez te jego nieszablonowe podejście straciłem nieco na jasności myślenia. Nie mogłem go jednak obwiniać za własne błędy. Każdy normalny człowiek uciekłby od nieznajomego spotkanego w parku, który bezpardonowo całuje cię i ni z tego, ni z owego wyznaje, że chętnie zaciągnąłby cię do łóżka, ale przed tym chciałby się jeszcze w tobie zakochać. No i ma dziewczynę. Jest biseksualny. Zostawił ukochaną w swoim rodzinnym mieście, a w Tokio, które odwiedzał często, jednak na dość krótko, szukał jedynie rozrywki. Bo jak to inaczej wytłumaczyć? Musiał mieć ze mnie niezły ubaw, kiedy ja, jak ten skończony idiota, dawałem sobą pokierować, będąc ciekawym, jaka lub czy w ogóle jakakolwiek metoda kryje się w tym szaleństwie. Byłem zauroczony jego pewnością siebie i bezpośredniością. Przez to wszystko zapomniałem o zdroworozsądkowym myśleniu, które wręcz wrzeszczało, żeby dać sobie z nim spokój. Przecież jego nawet tutaj nie było. Co teraz robił? Czy był teraz w Fukanace i zapewniał swoją dziewczynę o tym, jak bardzo ją kocha? Czy może zdążył już pojechać do innego miasta, gdzie czekała na niego kolejna zabawka mojego pokroju? Aż dziw, że jeszcze nie wpędził mnie w jakieś problemy finansowe, niczego nie żądał… przynajmniej jak na razie.
Potem przez pewien czas byłem zauroczony Ochidą. Sam nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego. Daisuke zawsze był dla mnie wredny, sprawiał mi kłopoty, a w ostateczności nawet wcisnął mnie w objęcia swojego kolegi, który szukał opiekunki do dziecka i zabawki erotycznej w jednym. Ponad to był dużo ode mnie starszy i nigdy nie przejawił chociażby najmniejszego przejawu uczucia względem mojej osoby. Dogadywanie się szło nam opornie. Całe szczęście moje uczucia przygasły, kiedy ten wyrzucił mnie z mieszkania… Zdawało się, iż otrzeźwiałem w tamtym momencie, dlatego też postanowiłem jedynie tolerować jego egzystencję na tym świecie w takim stopniu, w jakim byłem zmuszony to robić. Nie zamierzałem się z nim bratać ani nie liczyłem na ckliwe pojednania. W pewien sposób już go skreśliłem i odgrodziłem się od niego, mimo iż z natury byłem człowiekiem, który chciał kochać cały świat… Niestety świat nie zawsze radośnie odpowiadał na moje wyznania i czasami zamiast entuzjastycznie przytulić mnie do piersi, wolał sprzedać mi kopa w dupę.
Następnie w moim życiu pojawił się Karma, jednak z nim moje relacje były raczej jasne. Byliśmy ze sobą blisko, jednak pozostawaliśmy jedynie przyjaciółmi. To, co skutecznie odwiodło mnie od głupiego pomysłu romansowania z wokalistą AvelCain był fakt, iż w nim z kolei podkochiwał się Yuuki… a właściwie to nawet nie tyle co podkochiwał, co był w nim zakochany po uszy, ale najwidoczniej był zbyt nieśmiały, żeby dać to do zrozumienia brunetowi w jasny sposób. Bo niestety, jeśli chodziło o ludzkie uczucia i emocje, to do Karmy trzeba było mówić wielkimi literami.
Jako następny na mojej drodze pojawił się Aryu – chłopak o dwóch twarzach. Z jednej strony przyjazny i aż niemożliwie pomocny gość, a z drugiej perwersyjny manipulant. Coś czułem, że za jego specyficznym zachowaniem stała jakaś przyczyna… Ponad to nie można było zapomnieć, iż wokalista Morrigan od lat znał się z Ryūdōinem oraz Karmą, więc spokojnie mogłem zakwalifikować go do tych nieco „dziwniejszych” person, z którymi przyszło mi się zmierzyć w życiu. Niemniej, przez jego drugie, bardziej perwersyjne oblicze odnosiłem wrażenie, iż blondyn był podobnie niepoważny jak i Ketsueki. Z jednej strony mogłem znaleźć między nimi całkiem sporo podobieństw, jednak z drugiej ciężko było też nie dostrzec różnic, które oddzielały ich od siebie niczym kilometrowe przepaście. Wydawało mi się, że on również poszukiwał jedynie rozrywki niżby stałego związku, w który mógłby się zaangażować… chociaż mogłem się mylić. Ze wszystkich poznanych dotąd muzyków jego znałem najkrócej, więc ciężko mi było wydawać o nim jakieś pewne osądy. Poza tym pozostawał jeszcze ten niewygodny fakt jego „dwulicowości”. A co jeśli skreślę go, zapatrując się wyłącznie na tę jego „gorszą” stronę? Co z jego wszystkimi zaletami? I która z prezentowanych przez niego twarzy była tą prawdziwą?
No i oczywiście nie można było zapomnieć również o Hiro, który właśnie siedział naprzeciw mnie i wpatrywał się we mnie z autentycznym zmartwieniem. Szybko zorientowałem się, iż był to miły chłopak. Poznałem się z nim przypadkiem, na deptaku Takeshita-dori, kiedy to wyratował mnie z objęć czarnoskórego naganiacza. Od samego początku służył mi pomocą. Za każdym razem przepraszał, kiedy ja miałem kaprys się z nim spotkać, jednak ten był zajęty. Nigdy nawet na mnie nie warknął, nie spojrzał krzywo. Zawsze był ciepły i przyjazny. Ponad to podarował mi kosztowny prezent, którym był ciążący mi na palcu serdecznym pierścień. W chwilę po tym, jak Daisuke wyrzucił mnie z mieszkania, ten zaproponował mi, abym zatrzymał się u niego, mimo iż nie znaliśmy się wtedy zbyt dobrze. Czuł się w jakiś sposób winny temu, co się stało i z miejsca chciał odpokutować, mimo iż przecież w niczym nie zawinił. To nie przez niego Ochida był cholerykiem, który z nieznanych mi powodów raz pałał do mnie pełnym zrozumieniem, a raz czystą nienawiścią. Właściwie… to jakby nie patrzeć to my wiąż nie znaliśmy się zbyt dobrze. Odpychałem go od siebie pozostawiając go gdzieś w tyle, lgnąc do dziwnych i nieco podejrzanych person jakimi byli Crena czy Aryu. Tylko właściwie dlaczego? Zraniłem go, nie dawałem mu nawet cienia szansy, a ten wciąż siedział przede mną i raczej nic nie zdradzało, jakby zamierzał ze mnie rezygnować. Wciąż uśmiechał się do mnie ciepło… no chyba, że akurat zepsułem mu dobry humor tak jak teraz… W ogólnym rozliczeniu jednak wychodziło na to, że to właśnie brunet pałał do mnie „najzdrowszym” zainteresowaniem. Może to właśnie na nie powinienem odpowiedzieć?
Poza tym nie oszukujmy się, była pewna kwestia, dzięki której wokalista Nocturnal Bloodlust mógł przejąć przewagę nad wszystkimi innymi. Mowa oczywiście o jego wyglądzie. Cóż, trzeba przyznać, że nieczęsto można spotkać na ulicy osobę, która wygląda jak ożywiony bóg grecki z tympanonu wiekowej świątyni, nie?
- Właściwie to chciałem wyjaśnić pewną rzecz… - zacząłem w końcu. – Pamiętasz, jak Ochida wspomniał o moich rzekomych „seks-przyjaciołach”, jak to określił? – muzyk powoli skinął mi głową, krzywiąc się nieco na powracające, nieprzyjemne wspomnienia. – Wiesz, że żadnych takowych nie ma? – upewniłem się. Brunet przez chwilę wpatrywał się we mnie bez wyrazu, po czym parsknął śmiechem.
- Zdaję sobie z tego sprawę – zapewnił. – Martwiłeś się, że pomyślałem sobie coś nieprzyzwoitego na twój temat? – prychnął. – Wiem, że Daisuke jest dość specyficzną osobą mającą w zwyczaju nazywać wszystko według własnego słownika i kreować własne terminy, które przez innych mogą zostać opacznie zrozumiane – widocznie rozluźnił się. – Znam się z nim tylko pobieżnie, ale mam tego świadomość – zaśmiał się pod nosem.
- To dobrze… - mruknąłem nieco zażenowany. Mogłem trochę roztropniej dobrać słowa…
- To był powód, dla którego chciałeś się ze mną spotkać? – zapytał. Jego usta wciąż były rozciągnięte w delikatnym uśmiechu, jednak na dnie jego oczu mogłem dostrzec cień zawiedzenia. Liczył chyba na coś głębszego niż krótka pogadanka o wytworach wybuchowego umysłu wokalisty Kagerou…
- Nie – zaprzeczyłem szybko. – Właściwie… - zająknąłem się. Przełknąłem z trudem ślinę. – Właściwie to chciałem cię przeprosić za to, co się stało… Zachowałem się wobec ciebie nie tak, jak powinienem – ubiegłem go, nie pozwalając mu wciąć mi się w słowo. – Wiesz, ta cała afera z Ochidą, spotkania, do których ostatecznie nie dochodziło… - westchnąłem. – Jeżeli jeszcze raz spróbujesz mnie przeprosić za to, że nie mogliśmy się spotkać, twierdząc, że to wszystko twoja wina i że byłeś zapracowany, to jak babcię kocham, zaraz wyjdę z trzaskiem drzwi! – ostrzegłem, domyślając się, co zamierza powiedzieć. Chłopak spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. – Chodzi mi o to, że wina nigdy nie leży po jednej stronie, a ja… no cóż, nieco cię zbywałem, za co niezmiernie teraz przepraszam – pochyliłem głowę w pokorze. – Chciałbym to teraz jakoś naprawić… - dodałem.
- Co przez to rozumiesz? – zdziwił się. Całe szczęście zrozumiał, iż argumentowanie, że nie mam za co przepraszać było bezcelowe i mogło tylko faktycznie doprowadzić mnie do przewracania oczyma i cierpiętniczego wzdychania.
- Chciałbym spędzać z tobą więcej czasu – powiedziałem otwarcie. – Tym samym chciałbym cię prosić, abyś ty również poświęcił mi trochę swojej uwagi – uśmiechnąłem się niemrawo. – Cóż, spotkania dwóch osób zawsze są angażujące dla obu stron, prawda? – z niezrozumiałych mi powodów strasznie się stresowałem, co, jak zgadywałem, nie było trudne do zauważenia. Czy fakt ten dowodził tego, że zależało mi na nim?
- Przecież to żaden problem – rozłożył ręce, uśmiechając się rozbrajająco. – Tym bardziej teraz, kiedy pracujemy w jednym miejscu…
- Nie o to mi chodzi – przerwałem mu. – Chciałbym się z tobą umawiać – postawiłem sprawę jasno.
Serce zabiło mi mocniej. Nerwowo wbijałem paznokcie w wewnętrzne strony dłoni. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę za radą Yuukiego… No, może nie do końca właśnie to doradził mi szatyn, jednak w istocie postanowiłem zrezygnować z tłumaczenia Hiro relacji, które łączyły mnie ze wszystkimi innymi mężczyznami. Postanowiłem wybrać jego, jako bliską mi osobę, licząc, że reszta rozwiąże się już sama.
Wokalista nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, przez co zestresowałem się jeszcze mocniej. Miałem ściśnięte gardło, przez co przełykanie stało się dla mnie wręcz wyzwaniem. Przygryzałem wewnętrzną stronę policzka, po cichu modląc się, żebym nie zrobił z siebie w jego oczach skończonego idioty.
- Em… - mruknął w końcu. – Na chwilę obecną może to być trochę trudne zadanie, bo nagrywanie płyty nie jest moim jedynym problemem. W niedługim czasie jedziemy z zespołem w trasę po Europie, a zaraz po powrocie do Japonii znów koncertujemy, więc nie będzie mnie na miejscu dobrych kilka miesięcy… - wyznał.
No tak, zapomniałem, że praca muzyka nie była zwykłą pracą etatową, która ograniczała się do codziennego odbębnienia ośmiu godzin pracy. Zupełnie wyleciało mi to ze łba…
- Och… - wyrwało mi się. – W takim razie wybacz, że zawracałem ci głowę… - zamierzałem przeprosić za wyjechanie mu z tak bezpośrednim wyznaniem i jak najszybciej zwiać, uciekając od tej niezręcznej sytuacji, jednak brunet nie pozwolił mi na to. Złapał mnie za rękę przez długość stołu, nie pozwalając ruszyć mi się z miejsca.
- Zaczekaj! – zaoponował szybko. – Nawet nie wiesz, jak bardzo ucieszyło mnie to, co powiedziałeś, ale wybrałeś trochę mało odpowiedni moment, bo w obecnej chwili ja właściwie już kończę pakować walizki – westchnął ciężko, uciekając gdzieś spojrzeniem.
- Rozumiem… - mruknąłem.
- Nie, nie rozumiesz – zaprzeczył. – Ja ci nie odmawiam – zdziwiony podniosłem wzrok. Delikatny uśmiech rozjaśniał jego twarz. – Z wielką przyjemnością umówiłbym się z tobą, jednak jeśli naprawdę chcesz to zrobić już, teraz i natychmiast, to musiałbyś pojechać z moim zespołem w trasę – wyjaśnił. – To dla ciebie skok na głęboką wodę… W sumie nie znamy się zbyt długo, więc gdybyś się zgodził, mógłbyś utknąć na kilka miesięcy z osobą, która okazałaby się dla ciebie nieodpowiednia… - nieco ściszył głos. – To nie tak, że próbuję cię od tego pomysłu odwodzić! – uniósł dłonie w obronnym geście. – Oczywiście postarałbym się, żeby do podobnej sytuacji nie doszło, jednak… Nie mogę ci zagwarantować niczego z całą pewnością – rozłożył bezradnie ręce. – Z drugiej strony jednak, kiedy już będzie po trasie… no cóż… - urwał.
Potem już będzie musztarda po obiedzie. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. On już naczekał się swoje. Kiedy on chciał się umawiać ze mną, ja nie wykazałem się zbytnią inicjatywą ani zainteresowaniem. Raczej pozostałem bierny i ograniczałem się jedynie do sporadycznych rozmów telefonicznych z wokalistą. Nie zaprezentowałem sobą postawy, z której mógłbym być teraz dumny…
Poza tym czy ja sam chciałem tyle czekać? W ciągu tych kliku miesięcy tyle mogło się zmienić… Hiro mógł znaleźć sobie kogoś innego, kogoś, kto odpowiadałby na jego uczucia, ja mogłem znów stracić głowę i zacząć zachowywać się jak kretyn… To był zbyt długi okres czasu. Decyzję trzeba było podjąć teraz. Albo wybierałem Hiro i decydowałem się na zrobienie z niego bliskiej mi osoby, a resztę odsuwałem w tył albo to jego odsuwałem i wracałem do mojego chaosu w nieco już pomniejszonym składzie.
- Nie każę ci decydować teraz – odezwał się ponownie. – Przygotowania wciąż trwają, ale ostateczna wersja planu już się klaruje, więc w niedługim czasie zapewne będę mógł podać ci dokładne informacje, co, gdzie i kiedy – zapewnił. – Wiem, że tu nie chodzi tylko o nasze relacje, bo taka trasa to dużo podróżowania, zachodu i tak dalej… dość uciążliwa sprawa – zaśmiał się niewesoło. – Zrozumiem, jeśli powiesz, że jednak nie piszesz się na…
- Nie spisuj mnie od razu na straty – zganiłem go, jednak szybko się rozchmurzyłem. – Poczekam na oficjalny plan trasy – oświadczyłem. Chłopak skinął głową. – Mam nadzieję jednak, że nie będziesz zwlekał zbyt długo z przekazaniem mi informacji, żebym i ja zdążył się spakować – zaśmiałem się. – No co? – wzruszyłem ramionami. – Przecież powiedziałeś, że ty już właściwie kończysz pakować walizkę! – wypomniałem mu.
- Racja… - przytaknął i uśmiechnął się łagodnie. Jego uśmiech dodatkowo przybrał na błogim wyrazie, kiedy teraz to ja sięgnąłem przez stół i złapałem go za rękę, tym samym niemo zapewniając go, iż nastawiałem się na wyjazd razem z nim.
- Masz jeszcze chwilę? – zapytałem, rzucając okiem na zegarek na wyświetlaczu mojego telefonu. – Moja przerwa już się kończy… - zauważyłem.
- Odprowadzę cię – zaproponował.
Razem wyszliśmy z kafeterii. Brunet z początku jedynie szedł koło mnie, jednak po chwili zdecydował się nieśmiało objąć mnie w pasie. Uśmiechnąłem się na ten gest i wtuliłem w jego bok, również oplatając go ręką.
Mając świadomość, iż wybrałem osobę, z którą chciałem się zbliżyć, czułem się jakoś spokojniej i raźniej. Mętlik w mojej głowie przycichł. Czułem, że wokalista Nocturnal Bloodlust chciał zaangażować się w związek podobnie jak i ja. Stojąc u jego boku przeszło mi przez myśl, że jedyne na czym teraz muszę się skupić to brunet i nasz rozkwitający związek. Resztę niewyjaśnionych spraw mogłem zostawić same sobie. Nie musiałem już zamartwiać się każdym z osobna muzykiem, tłumaczyć się i prosić o przebaczenie. Teraz najważniejsza dla mnie powinna być opinia Hiro. Reszta już sama wyjdzie w praniu. Ten, kto postanowi uznać mnie za znajomego, będzie moim znajomym, ten, kto będzie chciał być moim przyjacielem, będzie przyjacielem, a ten, kto będzie chciał zakończyć naszą znajomość lub obrazić się, zrobi to, na co będzie miał ochotę… Musiałem przyznać, że Yuuki sprzedał mi prawdziwą, złotą radę. Musiałem mu za to podziękować. Znacznie łatwiej było troszczyć się i martwić o jedną osobę niżby o całą grupę. Kiedy tak nad tym rozmyślałem, zastanawiałem się czy wokalista Lycaon nie wyciągnął tej rady z własnego bagażu doświadczeń. Może on również znajdywał się kiedyś w podobnej sytuacji do mnie; kiedyś, zanim jeszcze wybrał Karmę na swój obiekt westchnień?
- Spotkamy się po pracy? – zapytałem, kiedy stanęliśmy już pod salą, w której głównie pracowałem.
- Późno dziś kończę… - wyznał zafrasowany muzyk, drapiąc się bezradnie po karku.
- Mogę poczekać – zaoferowałem.
- Naprawdę? – zdziwił się. – W takim razie później mogę odwieźć cię do domu – zaproponował z uśmiechem. Po jego markotnej minie sprzed chwili nie było ani śladu. Brunet zdawał się być człowiekiem, którego można było uszczęśliwić małymi rzeczami.
- Byłoby miło – odpowiedziałem uśmiechem na uśmiech.
- W takim razie do zobaczenia – wypuścił mnie z objęć. – Napisz do mnie, kiedy będziesz miał już wolny czas. Może zabiorę cię na nagrania – wyszczerzył się.
- Liczę na to! – wykrzyknąłem entuzjastycznie. – Zaczekaj – zastopowałem go, zanim zdążył odejść. Przysunąłem się do chłopaka i stanąłem na palcach, oplatając jego szyję ramionami. Pocałowałem go krótko w usta. – Ostatnim razem to ty mnie pocałowałeś, więc musiałem ci się zrewanżować – uśmiechnąłem się. Hiro odpowiedział mi tym samym, po czym tym razem to on musnął moje wargi.
- Przypominają mi się szkolne czasy, chowanie się przed nauczycielami i całowanie się po kątach… - usłyszeliśmy za sobą rozmarzony głos jednej z wizażystek, z którą pracowałem. – Kiedy uświadomię sobie, jak dawno temu to było, czuję się stara – mruknęła już kwaśno.
Muzyk zaśmiał się na to stwierdzenie, a ja obdarzyłem kobietę morderczym spojrzeniem.
- Dzięki za wcinanie się – burknąłem. – Twoja interwencja była tu wręcz niezbędna – fuknąłem, zakładając ręce na piersi, jednak szybko się rozchmurzyłem, kiedy na odchodne wokalista cmoknął mnie w skroń.

***

- Hej – usłyszałem głos dochodzący z progu drzwi, na co podskoczyłem jak oparzony, upuszczając przy tym kosmetyki, które układałem na swoich miejscach. W drzwiach stał Daisuke.
- Co ty tu robisz? – zapytałem dość szorstko.
- Nic – wzruszył ramionami. Jego oczy błyszczały jakoś podejrzanie. – Podwieźć cię do domu? – zaproponował.
- Nie, dzięki – odparłem chłodno wracając do przerwanej czynności. – Ktoś inny obiecał mi już podwózkę – odparłem.
-Hiro, tak? – dociekał. Spojrzałem na niego zaskoczony i zaniepokojony jednocześnie. Skąd o tym wiedział ? Ale co ważniejsze, co go to obchodziło, z kim zabierałem się do domu? – Nie patrz tak na mnie – uniósł ręce w obronnym geście. – Nie zamierzam wam przeszkadzać – zapewnił.
- Tym razem, co? – prychnąłem, przewracając oczyma.
- Już rozmawialiśmy na ten temat – jego ton stał się bardziej pochmurny. – Nie będę przepraszał cię w kółko. Nie dam ci tej satysfakcji – wyszczerzył się wrednie. – Powiedziałem to raz i wystarczy – założył ręce na piersi, opierając się ramieniem o framugę drzwi.
- Nawet na to nie liczyłem – wzruszyłem ramionami. – Już cię trochę znam i mniej więcej wiem, czego mogę się po tobie spodziewać – dodałem obojętnie.
- Lubisz go? – zapytał bezpośrednio, na co znów zamarłem w pół ruchu.
- Lubię… - odpowiedziałem powoli, kiwając przy tym głową i spoglądając nieufnie na Ochidę.
- Hm… To dobrze – wzruszył ramionami. – To znaczy, że wtedy jak was nakryłem…
- Najpierw sam uciekasz od tego tematu, a potem do niego wracasz – fuknąłem. – Tak, wyobraź sobie, że już wtedy go lubiłem, ale ty ubzdurałeś sobie, że mam jakiś „seks-przyjaciół” i że przyprowadzam ci do mieszkania nie wiadomo kogo, więc był to powód do… - urwałem zanim rozkręciłem się na dobre. Mój ton głosu wskazywał na to, że denerwowałem się coraz bardziej z każdym wypowiadanym słowem. Nie było sensu tego kontynuować. Lepiej było to przemilczeć. Nie chciałem wszczynać kolejnej kłótni, kiedy oficjalnie przypieczętowaliśmy zawieszenie broni. – Nieważne – burknąłem, skupiając się na przecieraniu białego blatu.
- Faktycznie, wydałem ci wtedy złą opinię – o dziwo przyznał się do błędu. – Ale wiesz… Najpierw widziałem cię z tym chłopakiem na klatce schodowej, a zaraz potem z Hiro w twojej sypialni… - próbował się tłumaczyć.
- Tamten chłopak był dziwny! – argumentowałem, postanawiając niesprawiedliwie zrzucić całe zło i winę na Crenę. W końcu jego i tak tutaj nie było, więc nie mogło mu się oberwać, nie? Ponad to po analizie tego wszystkiego, co już zdążyło się wydarzyć chyba już wolałem trzymać się od niego z daleka… Miałem co do niego zbyt wiele wątpliwości… - Poza tym to on pocałował mnie, a nie ja jego! – skłamałem, gdyż w końcu odpowiedziałem na jego pocałunek. Wokalista Kagerou nie musiał jednak o tym wiedzieć. – Ale dobra… Skończmy ten temat, co? – rzuciłem.
- Jak sobie życzysz – przytaknął. – Cieszę się, że ci się układa – odezwał się jakimś dziwnie tęsknym tonem.
Zdziwiony spojrzałem na bruneta, który wpatrywał się we mnie z jakimś bólem i dystansem – jak na utraconą własność, po którą nie mógł już sięgnąć. Spoglądał na mnie tak przez dość długą chwilę, po czym bez słowa odwrócił się na pięcie i ruszył ciemnym korytarzem w stronę wyjścia z budynku. Nie zachowywał się dzisiaj jak „typowy” Daisuke Ochida. Coś ewidentnie było na rzeczy…
Nie, ja nie zamierzałem się w to bawić. Nawet jeśli wokalista Kagerou miał jakieś problemy, to były to jego problemy. Ja miałem się skupić na Hiro. Obecnie była to jedyna osoba, o której chciałem myśleć…
Kiedy skończyłem porządkować swoje miejsce pracy, zamknąłem pomieszczenie i ślimaczym tempem ruszyłem pod salę, w której powinien znajdować się niejako mój nowy chłopak… chociaż czy tak naprawdę miałem podstawy, żeby go tak nazywać? Jakby nie patrzeć póki co obaj wyznaliśmy sobie, że jesteśmy jedynie zainteresowani tą drugą osobą – byliśmy zainteresowani, ale od tego jeszcze daleko do bycia zakochanym, prawda? Wciąż dość słabo się znaliśmy… Naprawdę chciałem zakochać się w brunecie i poznać go lepiej, jednak to wszystko wymagało czasu. Póki co byliśmy… no właśnie, właściwie kim byliśmy dla siebie? Kimś więcej niż znajomymi. Mniej niż przyjaciółmi, gdyż wciąż stosunkowo niewiele wiedzieliśmy o sobie nawzajem, a jednocześnie więcej, gdyż przecież obaj zgodnie stwierdziliśmy, iż chcemy, żeby nasze relacje pogłębiły się. Nie można było nazwać nas jeszcze parą… W sumie kochankami też nie byliśmy, bo przecież ze sobą nie sypialiśmy…
Rozmyślając nad nazewnictwem relacji łączących mnie z muzykiem, odpłynąłem gdzieś daleko myślami. Kurde… Z drugiej strony jednak nazwa chyba nie była znowu aż taka ważna, co? Nasze stosunki nie były jakąś rośliną czy zwierzęciem, które należało sklasyfikować i obdarzyć dwuczłonową, łacińską nazwą, której wymówienie graniczyło z cudem i powodowało ryzyko połamania języka. Nazwa to tylko słowo. A od słów ważniejsze są czyny.
…prawda?
Z powrotem do rzeczywistości sprowadził mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyciągnąłem telefon z kieszeni, będąc pewnym, że nadawcą był wokalista Nocturnal Bloodlust, jednak pomyliłem się. Zdziwiony wpatrywałem się w pojedyncze zdanie wysłane przez Saitou.
„Masz czas zadzwonić?”
Ito już z dobre półtora tygodnia temu wsiąkł jak kamień w wodę. Ochida z tego powodu panikował, jednak obecnie zdawał się starać trzymać swoje emocje w ryzach i nie wyżywać się na innych. Zdawałem sobie sprawę, że tym samym tylko pogarszał swoją sytuację i z pewnością czuł się jeszcze bardziej sfrustrowany przez fakt, iż nawet nie miał, z kim omówić jakiegoś na szybko skleconego planu działania, komu przedstawić swoich obaw i od kogo usłyszeć kilka pocieszających słów, obietnicę pomocy… Chociaż jakby nie patrzeć ja się zgłosiłem do pomocy… Jak zwykle pchając się jak ostatni idiota pod topór kata… Ech, czy ja się kiedyś nauczę postępować logicznie? Ale z drugiej strony tutaj przecież chodziło o Ito. Chłopak ten załatwił mi mieszkanie zaraz po tym jak przyjechałem do Japonii i właściwie żyło mi się z nim całkiem dobrze, pomijając już osobę Daisuke. Blondyn był ekscentryczny i narwany, pchał mnie i siebie w różne kłopoty i niezręczne sytuacje, ale przy tym był dobrym dzieciakiem. Był opiekuńczy, lojalny i potrafił myśleć o innych ludziach. Nie mogłem po prostu zapomnieć o tym wszystkim, co dla mnie zrobił i co nas łączyło tylko ze względu na moją niechęć do wokalisty Kagerou.
Bez namysłu wybrałem jego numer. Odczekałem kilka dłużących się w nieskończoność, głuchych sygnałów, aż w końcu w słuchawce rozbrzmiał głos nastolatka:
- Alex…
- GDZIE TY SIĘ, DO JASNEJ CHOLERY, PODZIEWASZ?! – wrzasnąłem na „dzień dobry”, przez co pracownicy kierujący się tym samym korytarzem do wyjścia spojrzeli na mnie z przestrachem. – Ochida przewraca całe Tokio do góry nogami, żeby cię znaleźć! Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby wynajął już prywatnego detektywa… - sapnąłem wściekle.
- Alex, uspokój się – Saitou przemawiał dziwnym, wypranym z wszelkich emocji tonem głosu, który nijak do niego nie pasował. – Nic mi nie jest – zapewnił. – Daisuke też już nie będzie mnie szukał – stwierdził beznamiętnie.
- Co? – wydusiłem z siebie z trudem.
- Jestem w domu – wyznał.
- Więc wróciłeś już do domu, tak? – upewniłem się. – Daisuke wciąż mieszka z tobą czy wrócił do swojego mieszkania na Tsukiji? Jeżeli nie mieszka z tobą, to na litość boską, powiedz mu, że już wróciłeś, bo on jakoś nie wygląda na takiego, co to wie, że jego podopieczny jest już cały i zdrowy w domu! – zdenerwowałem się. – Widziałem go przed chwilą i on cały czas się martwi! – urwałem na moment. – Poza tym mam nadzieję, że jesteś cały i zdrowy… Nic ci nie jest, nie? – dopytywałem.
- Wszystko w porządku – zbył mnie. – Ale ja nie wróciłem do Daisuke. Wróciłem do domu do rodziców – wyjaśnił, a mnie momentalnie aż zrobiło się słabo. – Trochę zwlekałem z poinformowaniem o tym Daisuke, ale ostatecznie mój ojciec dał mu znać, gdzie jestem – wytłumaczył.
- Dlaczego wróciłeś do domu? – nie mogłem pojąć jego decyzji. – Przecież mówiłeś, że nie chcesz już tam wracać… - przypomniałem sobie jak podczas naszego pierwszego spotkania opowiadał mi co nieco o swojej sytuacji w domu i dlaczego zdecydował się na przejście pod opiekę przyjaciela jego ojca. Chłopak westchnął ciężko.
- Miałem już dość Daisuke… - wyznał niechętnie. – Wiem, że to zawsze ja byłem tym, który próbował wybielić jego obraz w twoich oczach, że wypominałem ci, żebyś nie wyliczał jego wad, bo to w sumie nie taki zły gość… ale ja już miałem zwyczajnie tego dosyć – wziął głębszy oddech. – Wiesz… To nie tak, że teraz z miejsca zacząłem go nienawidzić. Jestem mu wdzięczny za wszystko, co robił dla mnie przez wiele lat i wiem, że zachowałem się względem niego okropnie, ale… w pewien sposób on też sobie na to zasłużył – byłem zdziwiony chłodem w jego głosie. – W gruncie rzeczy Ochida to bardzo opiekuńczy facet… może aż za bardzo, bo w pewnym momencie zaczął przesadzać. Byłem już zmęczony tą niekończącą się farsą ze współlokatorami, których w pewnym momencie ni z tego, ni z owego wyrzucał na bruk. Dla niego pewnie nawet sam anioł nie byłby wystarczająco dobry, żeby dzielić ze mną mieszkanie – sapnął. – Wiem, że robił to wszystko z troski, ale on też musi w końcu zrozumieć, że nadmiar troski nie jest wskazany tak samo jak i niej niedomiar. Zarówno tym jak i tym można zrazić i zranić ludzi dookoła siebie – urwał na moment. – On już serio zaczął przesadzać. Kiedy wyrzucił cię z mieszkania miarka się przebrała, bo nie dość, że byłeś wręcz idealnym lokatorem, to w dodatku on cię polubił, ale mimo to… - westchnął. – Wiesz, chyba zaczęło mu już odbijać…
- Mniejsza o to – uciąłem temat, nie chcąc rozwodzić się nad tym, co było i co Dai zrobił źle. W obecnej chwili ani ja, ani on nie potrzebowaliśmy przypominać sobie jego wad. – Ale co teraz będzie z tobą? Co ze szkołą? Akihito też się bardzo martwił twoim zniknięciem… - próbowałem zagrać na nim nieco emocjonalnie, aby chociażby znów zaczął rozważać ewentualną możliwość powrotu do Tokio.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś wyjaśnił mu całą tę sytuację – rzucił oschle, zupełnie nie przejmując się przyjacielem, który faktycznie przecież bał się o Ito.
- I to tyle? – uniosłem brwi w geście bezbrzeżnego zdziwienia.
- A spodziewałeś się czegoś więcej? – prychnął. – Wybacz – zreflektował się zaraz. – Wiedziałem, że ty z pewnością będziesz się martwił i że będziesz o wszystkim wiedział, gdyż zapewne byłeś pierwszą osobą, na którą naskoczył Daisuke po moim „zniknięciu” – westchnął. – Chciałem ci tylko to wszystko wyjaśnić i przeprosić… i może jeszcze przy okazji ostrzec.
- Ostrzec? – zdziwiłem się. – Niby przed czym?
- Przed Daisuke oczywiście – odpowiedział jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Tak jak powiedziałem, jest opiekuńczą osobą z pewną manią na tym punkcie… więc teraz, kiedy ja wróciłem do domu, pewnie będzie szukał sobie osoby, którą będzie mógł wziąć pod swój „patronat” – wyjaśnił. – Z pewnych względów myślę, że możesz ponownie paść jego ofiarą…
- Co?... Znaczy… niby coś tam wspomniał, że się o mnie martwił, mimo iż nie jestem jego podopiecznym, ale… Nie no, poza tym ja i tak staram się teraz trzymać go na dystans, więc raczej nie będzie miał okazji nawet za bardzo się do mnie zbliżyć – argumentowałem.
- To nieważne – zaprzeczył. – Ty możesz próbować go od siebie odsunąć, ale jeśli on się uprze to i tak znów będzie próbował cię ograniczyć. To właśnie na tym polega cały problem; na tym, że jego troska i opieka jest wiążąca. Daisuke w pewien sposób… staje się zachłanny i zaborczy… Nie daje ci robić tego, na co masz ochotę, jakby stara się zatrzymać cię tylko i wyłącznie dla siebie… - mruknął. – Grunt, żebyś teraz w miarę możliwości go unikał i nie zgadzał się na nic, co ci proponuje. Jeżeli on wyczuje, że w jakiś sposób już mu przebaczyłeś lub dajesz mu szansę na zrehabilitowanie się, uzna to za tożsame z możliwością otoczenia cię opieką – sprostował. – Myślę, że najbardziej skutecznym posunięciem na twoim obecnym miejscu byłoby znalezienie sobie kogoś innego, kto mógłby cię obdarzyć uwagą… jeśli wiesz, co mam na myśli – odezwał się nieco ciszej.
- No właśnie jakoś tak wyszło, że chyba jestem na dobrej drodze, żeby sobie kogoś znaleźć… - mruknąłem.
- Naprawdę? – Saitou ożywił się. – To bardzo dobrze. Ochida o tym wie?
- Zdaje się, że tak – przytaknąłem. – Dzisiaj nawet upewniał się czy to nie są tylko plotki… Nie wyglądał na pocieszonego tym faktem…
- Nie lituj się nad nim – warknął. – To dorosły mężczyzna. Musi w końcu zdać sobie sprawę z błędów, które nagminnie popełnia, jeśli naprawdę nie chce zostać sam. Nie możesz teraz do niego iść, przytulić, pogłaskać po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, bo on się wtedy nie zmieni. Uzna, że wszystko jest okej, póki wciąż jest chociażby jedna osoba, która go akceptuje takim, jakim jest. Jeśli teraz przez pewien czas zazna samotności to zrozumie, że musi się zmienić, przestać ranić ludzi dookoła siebie i narzucać im swoją wolę, jeśli chce, żeby ktoś przy nim został – wyjaśnił swój tok myślenia.
- Może i tak – przytaknąłem niepewnie. – Ale nie myślisz, że to dość ryzykowne posunięcie? A co jeśli on się nie zmieni tylko jeszcze bardziej zamknie w sobie, czując się odrzuconym? – zauważyłem. – Wiesz, niejako troszczył i martwił się o ciebie, a w zamian za to dostał… - urwałem.
- Mówię ci tylko to, co myślę – byłem pewny, że Ito obojętnie wzruszył ramionami. – Możesz robić, co chcesz. Możesz nawet wrócić do niego i ponownie z nim zamieszkać, żyjąc na walizkach i czekając w nieustannym napięciu na to, aż znów zachce mu się cię wyrzucić za drzwi – syknął. – Piszesz się na to? – cisza z mojej strony była wystarczająco wymowną odpowiedzią. – No właśnie, Alex. On już grubo przesadził. Wiem, że masz dobre serce, ale zrozum, że czasem trzeba sięgnąć po radykalne środki i kogoś zranić, żeby ten zrozumiał, co zrobił źle i dlaczego.
- Mimo wszystko… - mruknąłem cicho. – Nie bądź dla niego zbyt surowy, dobrze? – poprosiłem. – On naprawdę zdaje się cierpieć… - westchnąłem. – Wrócisz do Tokio za jakiś czas?
- Szczerze powiedziawszy, wątpię – zaprzeczył, a mnie z tego powodu zrobiło się naprawdę przykro. – I tak dostałem już opieprz za to, że tak sobie „skaczę” z Tokio do domu i z powrotem, że jestem niezdecydowany, stwarzam kłopoty i w ogóle… - byłem pewien, że przewrócił oczyma. – Jeśli uda mi się poprawić oceny i dostać na jakiś uniwersytet to może wtedy wrócę do Tokio, ale nawet przy takim obrocie spraw pewnie będę mieszkał w jakimś akademiku albo bursie, a nie u Daisuke…
- A co z twoim przyrodnim rodzeństwem? – dopytywałem.
- Wiesz, dużo się nie zmieniło, odkąd wyjechałem – prychnął. – Można powiedzieć, że wróciłem do punktu wyjścia.
- Nie żałujesz teraz tej decyzji? Nie uważasz, że trochę się pośpieszyłeś z tą wyprowadzką bez słowa od Ochidy?
- Niekoniecznie – w jego głosie faktycznie nie słyszałem ani tęsknoty, ani skruchy. – Do usłyszenia – uciął rozmowę, rozłączając się. Pewnie przewidywał, że teraz mogłem mu już tylko robić wyrzuty i namawiać do ponownego powrotu do stolicy.
Emocje wciąż nie opadły w Ito. Nastolatek był wściekły na wokalistę Kagerou za to, co ten zrobił, więc nie było sensu już teraz naciskać na niego zbyt mocno. Niemniej, nie mogłem zostawić tej sprawy tak jak jest. Dai wyglądał jak swój własny cień i zachowywał się co najmniej dziwnie, a Saitou nie był już roześmianym dzieciakiem, takim jakiego go zapamiętałem, ale smutnym chłopcem, który zachowywał się zdecydowanie zbyt poważnie jak na swój wiek. Nie trzeba było wiele, żeby zorientować się, że blondyn był nieszczęśliwy w swoim rodzinnym domu. Był dużo radośniejszy, kiedy mieszkał z Ochidą, jednak teraz ranił sam siebie, żeby również zranić i jego. To było wręcz nierealne… Jeśli taki porządek rzeczy utrzyma się zbyt długo, to obaj się wykończą… Musiałem coś z tym zrobić…
Wtem nagle na kogoś wpadłem. Zamyślony wpatrywałem się w podłogę pod własnymi stopami i nawet nie zauważyłem drugiej osoby, która zmierzała w przeciwnym kierunku. Szybko uniosłem głowę oraz ręce w obronnym geście i odskoczyłem na bezpieczną odległość.
- Przepraszam!... – wydusiłem z siebie. – Och, Hiro… - uśmiechnąłem się delikatnie na widok chłopaka. Brunet w odpowiedzi jedynie rozłożył ramiona, na co przysunąłem się do niego i wtuliłem w jego tors. Muzyk pocałował mnie w czoło.
- Coś się stało? – zapytał troskliwie.
- Nic takiego – skłamałem. Wokalista rzucił mi badawcze spojrzenie, jednak ostatecznie tylko mruknął przeciągle i nie kontynuował tematu, widząc, że nie bardzo chciałem go rozwijać.
- Zbieramy się? – zaproponował.
- Jasne – skinąłem mu głową i stanąłem u jego boku, wciąż obejmując go jedną ręką w pasie. Jego ręka zatrzymała się na moich ramionach.
Siedząc już w samochodzie chłopaka zastanawiałem się nad różnicą między troską Daisuke a Hiro. Wokalista Nokubury otaczał mnie po prostu uwagą, zauważał zmiany w mojej postawie i zachowaniu, interesował się, zadawał pytania, ale nie naciskał. Nie drążył na siłę, gdyż zdawał sobie sprawę, że mógł poruszyć temat, który mógł okazać się dla mnie bolesny lub niewygodny. Czekanie w napięciu na to, aż sam się w sobie zbiorę i powiem mu o wszystkim było dla niego z pewnością również niemniej niewygodne, jednak… chyba tak właśnie wyglądała troska o drugą osobę, prawda? Pozwalał mi załatwiać rzeczy po swojemu. Troszczył się, ale nie ingerował zbyt mocno, nie narzucał mi swojej woli, nie kazał mi się kategorycznie do siebie dostosowywać, znosił moje wady i złe humory… Ochida z kolei nie dawał mi takiego wachlarza możliwości. Jego troska polegała na zakazywaniu rzeczy, które mogły okazać się krzywdzące i nakazywaniu rozwiązań, które w jego prywatnym odczuciu były najtrafniejsze. To też był jakiś przejaw troski, ale… tak despotyczny i niewygodny dla osoby objętej nią, że aż chciało się z miejsca uciec – zupełnie inaczej było z towarzyszącym mi brunetem, którego nie miałem ochoty odstępować na krok.
- Hiro… - odezwałem się, kiedy chłopak zaparkował już pod moim blokiem. W odpowiedzi rzucił mi pytające spojrzenie. – Przepraszam za wszystkie kłopoty, których ci przysporzyłem… - mruknąłem czując się nagle niesamowicie głupio z powodu, że tak długo go od siebie odrzucałem. Teraz, kiedy uświadomiłem sobie, jaką był wspaniałą osobą, czułem się jak prawdziwy niewdzięcznik…
- Przecież mówiłem ci, że nie masz za co przep… - przerwałem mu krótkim pocałunkiem, nie chcąc znów wysłuchiwać tych miłych, ale nieszczerych słów.
Tylko on tak naprawdę wiedział, jak bardzo go zraniłem. Powtarzał to zdanie z uporem maniaka, ale szedłem o zakład, że sam dobrze wiedział, iż te przeprosiny należały mu się. Możliwe, że wciąż trzymał się nieco tych kurtuazyjnych odpowiedzi tylko dlatego, że nie znaliśmy się jakoś niesamowicie długo, więc wciąż nieco obawiał się odsłonić przede mną swoją prawdziwą twarz.
- Chyba naprawdę cię kocham… - szepnąłem wprost w jego wargi.
Brunet uśmiechnął się szeroko i przysunął mnie do siebie, obejmując jedną ręką na wysokości talii, a drugą gładząc moją szyję. Kciukiem zahaczał o mój policzek. Tym razem to on złączył nasze usta w dłuższym pocałunku. Jeszcze chwilę po tym po prostu siedzieliśmy w ciszy w minimalnej odległości, jaką wymuszała na nas budowa samochodu. Nasze czoła stykały się ze sobą. Czułem jego ciepły oddech na swoich wargach i szyi. Przymknąłem na moment oczy. Czułem się niesamowicie spokojny i zrelaksowany. Chyba właśnie znalazłem swój azyl…
- Dobranoc – mruknąłem w końcu, stwierdzając, że trzeba się zbierać, nawet jeśli dla mnie ta piękna chwila mogłaby trwać wiecznie.
- Dobranoc – odpowiedział mi tym samym i posłał mi piękny, niewymuszony uśmiech od którego aż zrobiło mi się cieplej na sercu. – Do zobaczenia – cmoknął mnie jeszcze przelotnie na pożegnanie.
Wysiadłem w końcu z auta i niespiesznie skierowałem się w stronę bloku. Będąc już za szklanymi drzwiami klatki schodowej obejrzałem się, oglądając jak mój ukochany odjeżdża. Oparłem się plecami o ścianę, oddychając głęboko. Poczułem w nogach jakąś dziwną słabość.
Kiedy przekroczyłem próg mieszkania z salonu powitał mnie Karma, który jak zwykle przesiadywał po nocach i czytał tomy poezji. Spojrzał na mnie nieco urażony, kiedy przysiadłem się do niego.
- Co tak długo? – burknął. – Nie lubię, kiedy nie ma cię tak długo w domu… - mruknął.
- Tyle się zdarzyło! – wyrzuciłem ręce w powietrze. – Musisz mi pomóc! Mam ci mnóstwo do opowiedzenia! – uwiesiłem się na jego ramieniu. Brunet odłożył tonik na stół i wbił we mnie swoje firmowe spojrzenie, które z grubsza nie wyrażało nic.

- Zatem słucham – rozłożył ręce.