Świąteczna historia obrazkowa oraz życzenia ♥

Świąteczna historia obrazkowa

Święta to czas radości...

...zakupów...

...corocznej rewii mody oraz godzin spędzanych na szykowaniu outlook'u...

... oraz, rzecz jasna, prezentów.

Niektórym z początku pomyliły się święta, jednak...

...ostatecznie wszystkich udało się sprowadzić na odpowiednie tory (po uprzednim wytłumaczeniu, czym się różni Wielkanoc od Bożego Narodzenia).

Spadł śnieg (gdzieś na pewno...)

Dzieci ulepiły bałwana.

Wszystkim udzielił się zimowy nastrój.


Gimnastyka przed trudnym zadaniem, jakim były świąteczne zakupy została wykonana.

Ostatnie przygotowania świąteczne zostały już poczynione.

...toteż wszyscy szykowali się już do radosnego świętowania.

Wszyscy także niecierpliwie wyczekiwali nadejścia Świętego Mikołaja, nie mogąc doczekać się już prezentów.

Niestety jednak w tym roku tak dobrze nam znany i kochany Mikołaj... *cisza budująca napięcie*

...ZASTRAJKOWAŁ~! 

Ta wiadomość wstrząsnęła światem. Co wrażliwsi znieśli to naprawdę źle. Znów nie obyło się bez interwencji niezastąpionego doktora Setsu (odsyłam od ostatniej historii obrazkowej, jeśli ktoś nie wie, o co chodzi xD od aut.).

Biedne dzieciaczki przepłakały długie noce z tego powodu (nie dając przy tym spać swoim równie biednym rodzicom).

Nastroje podupadły.

Całe szczęście nie wszyscy popadli w rozpacz. Znaleźli się i tacy, którzy chcieli ratować święta. Niestety nie wszystkie propozycje na postać, która mogłaby zastąpić w tym roku Świętego Mikołaja były trafne... niektóre z nich były nawet na tyle przerażające, iż sprawiały, że dzieci po prostu uciekały w popłochu.

Propozycji nowych "składów" świątecznych było wiele. 

Ostatecznie jednak niektórzy zrezygnowali, zrozumiawszy, iż praca Świętego Mikołaja nie była łatwym kawałkiem chleba i wymagała wielu poświęceń. Przeciskanie się przez komin raz za razem było dla niektórych kandydatów zbyt dużym wyzwaniem.

Jednak byli i tacy, którzy koniecznie chcieli się tym zająć, niestrudzenie i nieustannie walcząc o tytuł Świętego.

Pewne życzenia były jednak bardzo trudne do spełnienia...

Niemniej pomimo pewnych przeszkód wszyscy szczęśliwie zasiedli do Wigilijnego stołu. Nie jednak wspomnę już o bójce, która rozpętała się przy nim...

Walka była zażarta, ale nagroda warta była poświęceń - ową nagrodą były, oczywiście, pierogi.

Po kolacji przyszedł czas na prezenty. Wszyscy wstrzymali oddech, obawiając się czy nowy Mikołaj (którego tożsamość wciąż pozostawała nieznana) podołał zadaniu.

Niektórzy byli zadowoleni z prezentów...

...inni niekoniecznie...

...a dla jeszcze innych były to najbardziej udane Święta Bożego Narodzenia w życiu za sprawą wspaniałego prezentu (nawet jeśli nie o to prosili, pisząc list do Mikołaja xD).

Nie wszyscy jednak byli grzeczni...

...ale szybko znaleźli rozwiązanie dla tego problemu (if ju noł łot aj min xD od aut.)

Po rozpakowaniu prezentów wszyscy wrócili do stołu, aby napić się czegoś mocniejszego. Od tej pory zaczęło się robić ciekawie...

Niemniej "ciekawie" nie oznaczało jednak "wesoło" dla każdego.

Nie obyło się bez kilku sprzeczek...

...ale koniec końców wszystko zakończyło się dobrze, a radosny charakter tego spotkania został utrzymany. Całe szczęście więcej poszkodowanych już nie było.

Natomiast rano... cóż... niektórzy musieli się solidnie wytłumaczyć z pewnych rzeczy, które miały miejsce w nocy.

Dla niektórych też poranek świąteczny okazał się być czasem wielkiego zdziwienia.

A wszystko to skończyło się szczęśliwie tylko i wyłącznie za sprawą nowego Mikołaja, którego miejsce zająć mogła tylko jedna godna osoba (xD).


I Z TEGO POWODU KITA-PON ŻYCZY WESOŁYCH ŚWIĄT SWOIM ROBACZKOM~! ♥
Życzę wam, abyście mogły spotkać naszego nowego, seksownego Mikołaja! Tylko nie przetrzymujcie go za długo - pamiętajcie, że wszystkie chciałybyśmy się nim nacieszyć, toteż grzecznie ustawiamy się w kolejce xD

Nie jestem zbyt dobra w składaniu życzeń, więc mam nadzieję, że tym się zadowolicie ^^'' ♥

"Closer to Ideal" cz.11

CZTERECH OBSERWATORÓW ZNIKŁO~! ♥ ZGŁASZAM ICH JAKO ZAGINIONYCH! GDZIE MOJE ZŁOTE RYBKI WCIĘŁO?! ;_;

Dobra, a teraz szybciutko, bo z netem słabo - widać, że "Horror a'la Hizumi" (15 komentarzy) chyba robi na blogu jeszcze większą furorę niż "Książę z bajki" (3 komentarza). Chyba powinnam częściej zastanawiać się nad Hizu rodem z horroru....
A tak swoją drogą, Kita-pon przeprowadziła się po raz kolejny, więc nie mieszka już w"chlewiku" (jak tamto mieszkanie ochrzcił mój tata), niestety w nowym jest problem z internetem... (/.-)'' Będę z tym walczyć, ale nie mogę wam niestety zagwarantować, że to ja wyjdę z tej bójki zwycięsko =.='' Mam nadzieję jednak, że to nie wpłynie jakoś znacznie na częstotliwość dodawania przeze mnie notek oraz ich jakości (bo tak świetnie się pisze, kiedy próbujesz dodać 50 raz ten sam post i kurwica cię strzyka ^^). No i ponad to wszystko zachorowałam na syndrom "zrobiłabym coś, ale mi się nie chce", więc... na zapas proszę już o wyrozumiałość C'':

„Closer to Ideal” cz.11

Leżałem w łóżku nie mogąc spać. Michi wciąż nie wrócił, co niezmiernie mnie martwiło. Nie mogłem się do niego dodzwonić z tej racji, iż jego telefon leżał na kuchennym blacie. Nie mając innego wyjścia chwyciłem za komórkę, wybierając inne numery. Obdzwoniłem wszystkich naszych wspólnych przyjaciół. Rozmawiałem nawet z kilkoma zupełnie nieznanymi osobami, których numery dostałem od znajomych, abym sprawdził czy Zero nie zaszył się u kogoś, kto może być mi obcy. Prosiłem, błagałem, niemal szlochałem w słuchawkę, jednak nikt nie umiał mi pomóc. Shimizu jakby zapadł się pod ziemię, nikomu nic przy tym nie mówiąc.
Chciałem pójść go poszukać. Miałem ogromną, nieodpartą chęć wybiec na ulicę i drzeć się w niebogłosy w poszukiwaniu basisty, jednak zdawałem sobie sprawę, że byłoby to bezcelowe. Z pewnością nie przesiadywał w żadnym barze w pobliżu domu; mogłem się założyć, że wybrał jakieś bardziej odległe miejsce. Poza tym szansa na to, abym znalazł go w jednej z niezliczonych, wąskich tokijskich uliczek była bliska zeru… ale nie temu Zeru, co powinna. Co więcej, gdybym wyszedł z mieszkania, moglibyśmy się minąć. Możliwe, że on dopiero co by wrócił, kiedy ja wyszedłbym na jego poszukiwania. Niestety, jak mniemam, gdyby zastał puste mieszkanie, mogłoby to tylko pogorszyć sytuację – mógłby to źle odebrać, pomyśleć, że uciekam… a przecież tak nie było. Nie mogłem dopuścić do tego, żeby kolejne nieporozumienia wkradły się w nasze relacje.
A więc czekałem.
Czekałem, nawet jeśli dostawałem przy tym napadów nerwicy i miałem wrażenie, że zaczynam już siwieć. Czas niemiłosiernie się dłużył, a szatyn nie wracał. Zżerały mnie wyrzuty sumienia… Cholera, Michi wróć!
Jeśli kiedykolwiek miałbym opisać, jak w moim mniemaniu wygląda człowiek, który właśnie odchodzi od zmysłów, to byłem w obecnej chwili idealnym tego przykładem. Moje nerwy były zszargane. Tyle różnych, czarnych scenariuszy, jeden gorszy od drugiego, zdążyło przebiec mi przez myśl, iż ledwo powstrzymywałem się przed zadzwonieniem na policję – niemniej nawet gdybym to zrobił, nic by mi to nie dało. Policja nie pomogłaby mi. W końcu Zero nie było dopiero zaledwie od kilku godzin, a to dla nich nie był żaden powód do wszczynania poszukiwań. A może gdyby tak powiedzieć, że nie ma go już dłużej…?
W każdym razie, dzięki wszelakim bogom i bożkom, którzy użyczyli mi na tę chwilę swojej mądrości, nie porwałem się na żadną głupotę. W końcu położyłem się do łóżka, gdyż, jakby nie było, zastała mnie już ciemna noc. Byłem wycieńczony psychicznie. Nie marzyłem o niczym innym jak błogim śnie, jednak ten nie przychodził. Głowa pękała mi w szwach. Miałem wrażenie, że z mojego mózgu została tylko niekształtna papka, a szare komórki zostały od siebie odseparowane na tak ogromne odległości, które można było już mierzyć w latach świetlnych; synapsy zerwane. Sen z powiek skutecznie spędzały mi niemal spazmatyczne drgawki, w jakich drżało niekontrolowanie moje ciało podczas histerii, w którą popadłem. Kiedy tylko przyłożyłem głowę do poduszki nagle z moich oczu zaczęły wypływać potoki łez. Cała złość, stres i strach zmieniły się w rozpacz najczystszej wody. Łkanie przerywane było jedynie od czasu do czasu rozdzierającym ziewnięciem, zdradzającego moje wycieńczenie.
Płakałem.
Właściwie histeryzowałem.
Myśl o tym, że Shimizu nagle mógłby zdecydować o odsunięciu mnie, o zniknięciu z mojego życia, stała się dla mnie scenariuszem z najbardziej przerażającego horroru, który, co gorsza, rozgrywał się na żywo, którego nie dało się wyłączyć ani przewinąć, zmienić kanału. Musiałem wytrwać w nim do końca.
Z początku próbowałem się powstrzymywać, uspokoić, jednak zauważyłem, że to przynosiło odwrotne efekty. Im bardziej starałem się przestać płakać, tym więcej łez spływało po moich policzkach. W mojej głowie panował absolutny chaos, z którego systematycznie, co i rusz wyłaniała się jedna, klarowna, dziecięca myśl: „Chcę do domu”.
Bynajmniej nie miałem na myśli tutaj czterech ścian, do których wraca się po dniu ciężkiej pracy, aby wziąć prysznic i przespać się chwilę. Chodziło o coś głębszego… O coś więcej niż budynek, kawałek podłogi, który przynależał do mnie. O coś… o coś, co ciężko zdefiniować – szczególnie mnie, jednej z najbardziej nieporadnych w kwestiach uczuciowych i emocjonalnych osobie na całym globie.
Czym był dom? Czy kiedyś go miałem? Sięgając pamięcią do wspomnień, które w jakimkolwiek stopniu pasowały do wyszukiwanego hasła „dom”, nie natrafiłem na nic, co mogłoby spełniać choćby części z tych niejasnych uwarunkowań, abym rzeczywiście mógł powiedzieć, że miałem kiedyś owy dom. Ktoś w tym momencie mógłby mi zarzucić, że nigdy nie znajdę tego, czego szukam, jeśli nie potrafię dokładnie zdefiniować, czego tak właściwie szukam, ale… to po prostu trudne do opisania. To tak jakby… mieć przeczucie. Nie umiesz tego racjonalnie wytłumaczyć, logicznie wypowiedzieć się na ten temat ani podać żadnych niepodważalnych dowodów; po prostu podświadomie wiesz – i jest to tak silne uczucie, że nie możesz mu się przeciwstawić, poddawać je wątpliwościom. Po prostu wiesz. Taka jakby „prawda objawiona”; nie rozmyślasz nad tym, po prostu wierzysz, że to przeczucie jest słuszne i kierujesz się nim.
Kierując się dalej tym owym przeczuciem, moje myśli zostały nakierowane na kolejne, może nieco dziwaczne tory. Sam dziwiłem się, jakim cudem trwając jednocześnie w takiej histerii, potrafiłem w tym chaosie skupić się na przemyśleniach.
Niemniej doszedłem do nieco zaskakującego wniosku. Ten dziecięcy głosik, który skłonił mnie do poszukiwania istoty „domu”… może to właśnie był Yoshida. Może przez te wszystkie lata, podczas których dusiłem go, przywdziewając maskę Hizumiego, w jakiś sposób zastopowałem jego rozwój. Może w pewnym sensie Hiroshi wciąż był dzieckiem… jeśli w istocie miało tak być, wiele by to wyjaśniało. Czasem naprawdę czułem się jak dzieciak, który dopiero poznaje świat, próbuje zrozumieć, co znaczy być człowiekiem, na jakich zasadach funkcjonują ludzkie wspólnoty, co oznaczają uczucia i emocje, kogo i jak nimi obdarzać, jak je identyfikować i radzić sobie z nimi… To wszystko było dla mnie trudne; nie tak oczywiste jak dla innych, którzy przyswoili tę wiedzę w odpowiednim dla siebie wieku. Ja sam zrobiłem z siebie emocjonalnego kalekę. Byłem opóźniony, jeśli chodziło o tę kwestię.
Zapowiadało się na to, że to będzie długa noc…

***

Przez całą noc nie zmrużyłem oka. W końcu jednak przestałem się trząść, gdyż zdawało się, że nawet na to już zabrakło mi sił. Aż do wschodu słońca leżałem bez ruchu w łóżku z przymkniętymi powiekami, próbując mimo wszystko trochę odpocząć i w jakiś sposób zrewitalizować siły.
W końcu nadszedł poranek, o czym poinformował mnie budzik. Z trudem dźwignąłem się z materaca. Bolało mnie dosłownie wszystko – każdy najmniejszy mięsień i chrząstka. Czułem się, jakbym przebiegł maraton, a potem przejechał mnie walec… i pogryzł aligator – o tym też nie wolno zapomnieć.
Chwiejnym krokiem udało mi się dotrzeć do kuchni. Zero udało się wytrenować u mnie zwyczaj jadania przynajmniej trzech posiłków dziennie, toteż w ostatnim czasie już nie tak chętnie omijałem śniadanie. Byłem cholernie głodny. Burczało mi w brzuchu, a żołądek zdawał się zwinąć w kulkę niewiększą niż moja pięść, przez co z trudem utrzymywałem pozycję stojącą. Niemniej, kiedy tylko otworzyłem lodówkę, zemdliło mnie. Co prawda byłem głodny, jednak w tym samym czasie gardło miałem wciąż tak ściśnięte, iż z trudem przełykałem nawet ślinę. Bez namysłu rzuciłem się w stronę kuchennego zlewu, będąc pewnym, że nie uda mi się powstrzymać torsji. Drzwiczki lodówki plasnęły głośno. Oparłem się dłońmi na kamiennym blacie, zwieszając głowę między ramionami i oddychając ciężko. Drugi raz postanowiłem nie ryzykować. Z tego powodu postanowiłem wrócić do starego nawyku żywienia się wyłącznie kawą, której, swoją drogą, musiałem wlać w siebie całkiem sporo, aby jako-tako postawić się na nogi. W końcu bądź, co bądź miałem dziś spotkać się z klientem…

***

Kiedy przekraczałem próg wynajętego biura, nawet recepcjonistka zwróciła mi uwagę, że nie wyglądam najlepiej – biorąc pod uwagę, że jej praca głównie ograniczała się do bycia uprzejmym dla gości, musiałem wyglądać naprawdę okropnie, skoro mi to wypomniała.
Klient, a właściwie to mój zleceniodawca, był młodym, uśmiechniętym mężczyzną. Naprawdę chciałem skupić się na tym, co do mnie mówił, jednak wszystko to jakby mi umykało. Nie potrafiłem nawet zapamiętać jego nazwiska!; co za nietakt z mojej strony…
Mężczyzna zdawał się być naprawdę przyjazną osobą. W normalniej sytuacji z pewnością ucieszyłbym się, że przyszło mi pracować właśnie dla niego. Chwalił mój dorobek, a jak się później okazało, słuchał nawet mojego poprzedniego zespołu. Chciałem coś z siebie dać, wykazać się zainteresowaniem, jednak cała moja silna wola została pochłonięta przez tak prozaiczne rzeczy, jak utrzymanie pionowej postawy czy nawet przytomności. Głowa opadała mi na pierś ze zmęczenia. Oczy same się zamykały. Chciałem spać… właściwie to nawet może zemdleć. Może wtedy trochę ulżyłoby mi. Byłem słaby, czułem się fatalnie… o dobry Buddo, kiedy ten dzień się skończy?
Co dziwne wszystko poszło gładko. Dobiliśmy targu, a ja zobowiązałem się do wykonania projektu. Dziwne… spodziewałem się pasma nieszczęść tego dnia, a tu proszę – jaka miła niespodzianka! Normalnie ucieszyłbym się, gdybym tylko miał na to jeszcze siłę…
Wróciłem do naszego wspólnego mieszkania. Oczywiście nie prowadziłem w takim stanie, tylko skorzystałem z udogodnienia komunikacji miejskiej. Kiedy stanąłem przed drzwiami wejściowymi coś ścisnęło mnie w żołądku jeszcze bardziej; do tego stopnia, iż zawyłem pod nosem z bólu, kuląc się w sobie.
Ile bym dał, żebyś już wrócił?
Przekręciłem klucz w zamku. Bez słowa stanąłem w przedpokoju, zdjąłem płaszcz oraz buty. Zamierzałem skierować się do sypialni, kiedy nagle z kuchni doszedł mnie brzdęk metalowych akcesoriów kuchennych oraz porcelany. Wytrzeszczyłem oczy, zastanawiając się czy mam już jakieś omamy słuchowe, czy też…
Aby sprawdzić, co jest prawdą, wpadłem do kuchni. On naprawdę tam był! Shimizu urzędował przy kuchence, podnosząc właśnie pokrywkę z garnka, z którego gorąca, pachnąca para buchnęła mu właśnie w twarz.
- Wreszcie jesteś – mruknął bez entuzjazmu. – Siadaj. Zaraz podam obiad – sięgnął do szafki po dwa talerze. – Po brudnych kubkach w zlewie wnioskuję, że wystarczy moja krótka nieobecność, żebyś wrócił do niezdrowych nawyków żywieniowych, prawda? – spojrzał na mnie z przyganą. – Znów zacząłeś swoją „kawową dietę”? – zmarszczył gniewnie brwi.
W tym momencie jednak nie obchodziło mnie, że znów się na mnie gniewa. Grunt, że tu był; że wrócił! Znów miałem go przed sobą – całego i zdrowego, żywego i tylko mojego! Miałem ochotę rzucić się na niego i wyściskać go z radości.
- Michi… - zdążyłem tylko wydusić, gdyż zaraz potem świat zawirował.
Jedyne co jeszcze zdążyłem zauważyć, to upadająca na podłogę łyżka do odcedzania makaronu, którego kilka nitek zaplątało się w jej wypustki oraz wyciągnięta w moim kierunku ręka chłopaka. Potem było już ciemno…

***

Kiedy ponownie się ocknąłem, dookoła panował już mrok. Zorientowałem się, że znów znajduję się w sypialni, toteż odniosłem nieprzyjemne deja vu. Chciałem poderwać się z miejsca, aby następnie ruszyć w głąb mieszkania, żeby sprawdzić czy to wszystko nie okazało się pięknym snem, czy muzyk rzeczywiście wrócił, jednak kiedy tylko wykonałem gwałtowny ruch głową, zamroczyło mnie. Wszystkie moje mięśnie spięły się, a następnie momentalnie rozluźniły, przez co czułem się jak sparaliżowany, niezdolny do najmniejszego ruchu.
- Leż spokojnie – ku mojej uldze w drzwiach pojawił się szatyn. – Kiedy zemdlałeś, uderzyłeś się kłową o kant blatu – wyjaśnił.
Badawczo podniosłem dłoń do głowy. Przesuwałem palcami wśród włosów w poszukiwaniu rany aż w końcu natknąłem się na opatrunek tuż przy prawym uchu. Westchnąłem ciężko. W tym samym czasie chłopak podszedł do mnie i usiadł na skraju łóżka, gładząc mnie ciepłą dłonią po policzku, w którą wtuliłem się niczym kot.
- Co ty byś beze mnie zrobił? – mruknął niezadowolony.
- Bałem się, że nie wrócisz… - wyznałem szczerze przytłumionym głosem.
- Idioto – pstryknął mnie w czoło, na co syknąłem z bólu – jak mógłbym cię zostawić? – pokręcił z politowaniem głową, szykując się do ponownego podniesienia się z łóżka. Widząc to i ja kolejny raz spróbowałem się dźwignąć, ale znów poległem; tym razem jednak za sprawą Zero, który położył dłoń na moim torsie, przyszpilając mnie do materaca. – Leż – powtórzył. – Nie podnoś się jeszcze.
- Ale… - zacisnąłem palce na jego przegubie.
- Leż – westchnął cierpiętniczo. – Wiem, o co ci chodzi – przysunął się do mnie. Zawisł nade mną, garbiąc się mocno i opierając jedną ręką na wysokości mojego barku. – Zostanę z tobą, jeśli ci tak na tym zależy – rzucił beznamiętnie. – To znaczy… to nie tak! – zareagował szybko, widząc moją minę. – To nie tak, że zamierzałem cię zostawić! Nie w tym sensie! Znaczy… po prostu dotrzymam ci towarzystwa, jeśli chcesz – wydusił z siebie burkliwie.
- Michi… ja… przepraszam – wydukałem. – To wszystko moja wina! Proszę cię…
- To nie twoja wina – przerwał mi. – Znaczy… przynajmniej nie w całości – sapnął. – Wina zawsze leży po obu stronach, więc nie obwiniaj się za wszystko – pouczył mnie.
- Um… - udało mi się tylko mruknąć.
- Co? – zdziwił się szatyn.
- No… cóż… Właściwie to przerwałeś mój monolog w zalążku i… no i teraz zapomniałem, co chciałem powiedzieć – rozłożyłem bezradnie ręce.
- Ty!... – ledwo powstrzymał się, żeby nie dokończyć tego zdania, które z pewnością miało mieć obraźliwy wydźwięk. – Jesteś beznadziejny… - prychnął i wrócił do normalnej pozycji siedzącej.
- Wiem – w końcu udało mi się wywindować do tej samej pozycji. Przylgnąłem do jego placów, ukrywając twarz za kurtyną jego włosów. Zaciągnąłem się jego zapachem. – Ale i tak mnie kochasz, nie? – basista drgnął na to pytanie. Ja również się spiąłem. Czyżby zamierzał zaprzeczyć? – Coś nie tak? – upewniłem się, zaglądając mu przez ramię, aby móc przypatrzeć się jego zdegustowanemu wyrazowi twarzy.
- Nie… ja tylko… - zaciął się. – Po prostu nigdy wcześniej nie słyszałem podobnego pytania z twojej strony – obrócił twarz w moją stronę. – Do tej pory nigdy nie używałeś słowa „kochać” – zauważył. – Nie prosiłeś, abym utwierdzał cię w uczuciu, jakie do ciebie żywię i sam też nie robiłeś tego w stosunku do mnie – spojrzał na mnie zdziwiony.
- Ale żywisz wciąż do mnie jakieś uczucia, tak? – próbowałem uzyskać jakąś konkretną odpowiedź.
- Jak babcię kocham, Yoshi… - jęknął żałośnie. – Do miłosnych wyznań to ty się nie nadajesz – prychnął. – Kiedy teraz cię tak słucham, to serio zastanawiam się czy sam napisałeś te wszystkie piosenki, czy może zlecałeś komuś to zadanie… - skrzywił się kwaśno.
- A czego ty oczekiwałeś? – podniosłem nonszalancko jedną brew. – Tekstów rodem z dram dla rozemocjonowanych nastolatek? – sarknąłem.
- Sam nie jesteś od nich lepszy – wytknął mi.
- No już mi nie ubliżaj! – odsunąłem się od niego, zakładając ręce na piersi. Michi odwrócił się do mnie przodem. – Nie przeżywam drugiej burzy hormonów! Jestem na to za stary, gdybyś chciał wiedzieć – przewróciłem oczyma.
- Och, doprawdy? – zaśmiał się szyderczo.
- Doprawdy – fuknąłem. – A zresztą, co ty możesz o tym wiedzieć, małolacie!
- „Małolacie”? – spojrzał na mnie zszokowany. – Naprawdę? Yoshida, gorzej ci? – posłał mi spojrzenie, jakim taksuje się osobę z problemami natury psychicznej.
- Nie – pokręciłem głową. – Po prostu widocznie znam się lepiej na matematyce niż ty – wzruszyłem ramionami. – Bo kto tu niby jest młodszy o rok cztery miesiące i pięć dni? – wypomniałem mu.
- Różnicę między naszymi godzinami narodzin też mi podasz? – fuknął.
- Nie – zaprzeczyłem, co uspokoiło chłopaka. – Bo nie wiem, o której godzinie się urodziłem – dodałem, na co szatyn uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- A wiesz, o której ja się urodziłem? – zapytał zszokowany do granic możliwości.
- No w sumie też nie… - odetchnął z ulgą. – W takim razie może zadzwonimy do twojej matki? – zaproponowałem całkowicie poważnie.
- Hiroshi – posłał mi miażdżące spojrzenie – ty serio mocno oberwałeś w głowę, nie? Może zawiozę cię do szpitala? Tak chociażby kontrolnie, żeby sprawdzili czy wszystko z tobą w porządku – posłał mi jadowity uśmiech. Już oburzony nabrałem tchu, aby mu odpowiedzieć, jednak w tym samym momencie Shimizu przewalił mnie, kładąc się na mnie. – Oj, zamknij się już – zaśmiał się, po czym pocałował mnie namiętnie.
Przeszły mnie dreszcze. Objąłem go za szyję, mocniej przyciągając do siebie. Przyjemnie było znów czuć jego gorące wargi na swoich własnych. Co prawda przecież nie minęło zbyt wiele czasu, odkąd ostatnio całowaliśmy się; wszystko to zamykało się zaledwie w okresie kilkudziesięciu godzin, przez które się nie widzieliśmy, a jednak ja już zdążyłem się za tym porządnie stęsknić. Myślę, że to wszystko przez to, że tak bardzo bałem się, że go stracę; niemniej jest to tylko dowód na to, jak wiele dla mnie znaczył i jak bardzo uzależniłem się od niego. Śmiem twierdzić, że i on doszedł do podobnych wniosków.
Z nieukrywaną przyjemnością rozchyliłem wargi, kiedy mój ukochany przesunął po nich językiem. Ekscytowałem się, a przecież to tylko pocałunek. Mruczałem zadowolony, kiedy zassał moją dolną wargę, podgryzając ją delikatnie.
- Widzę, że dzisiaj jesteś całkiem głośny – zachichotał pod nosem, odrywając się od moich ust, kiedy zabrakło nam tchu.
Pocałował mnie jeszcze raz, tym razem znacznie krócej. Następnie odchylił moją głowę do tyłu, przytrzymując mój podbródek dwoma palcami. Zsunął się z pocałunkami niżej, obsypując nimi moją szyję. Od razu skupił się na moim słabym punkcie tuż poniżej szczęki, przy uchu. Jęknąłem, kiedy tylko jego wargi musnęły to miejsce, co wywołało u Zero triumfalny uśmiech.
Leżał na mnie, przygniatając mnie całym ciężarem swojego ciała, jednak nie było to nic nieprzyjemnego – wręcz przeciwnie. Miło było czuć ciepło jego rozgrzanego ciała, jego serce bijące w szybkim rytmie, do jakiego, jak się zdawało, dostosowało się także moje. Objąłem go mocniej, przymykając powieki i oddając się słodkiej pieszczocie.
- Michi… - mruknąłem po chwili. – Michi, ja nie chcę, żeby między nami pojawiły się znów jakieś niedopowiedzenia… ja… naprawdę cię przepraszam – szatyn oderwał się od zajmującej go czynności i podniósł się, aby spojrzeć mi w twarz. – Naprawdę mi przykro. Nie chcę się z tobą więcej kłócić – mój głos stawał się coraz bardziej drżący. – Zbyt dużo dla mnie znaczysz, żebym mógł ryzykować tym, że cię stracę… - do moich oczu znów napłynęły łzy.
- Wiem, Yoshi, wiem… - uśmiechnął się pięknie, po czym znów złożył krótki pocałunek na moich ustach. – Ja ciebie też przepraszam – podniósł się, siadając na mnie okrakiem. – Powinienem cię wspierać w tych trudnych dla ciebie chwilach, a nie wymagać od ciebie nie wiadomo czego – pokręcił głową z politowaniem dla samego siebie. – Powinienem ci czasem odpuścić, zamiast wciąż wytykać ci najdrobniejsze potknięcia i…
- Przestań – przerwałem mu, również podnosząc się do siadu i starając się zrównać z nim twarz. – Jeśli wciąż będziesz mi pobłażał w końcu stanę się rozkapryszonym bachorem; a tego przecież obaj nie chcemy, prawda? Musisz ode mnie czegoś wymagać – uśmiechnąłem się nieco zakłopotany.
- Spokojnie, będę; ale wszystko w swoim czasie – ponownie złączył nasze usta.
- A więc? – upewniłem się.
- Nie gniewam się na ciebie – przyznał otwarcie. – A ty? Wybaczysz mi? – spojrzał na mnie z nadzieją.
- Głupie pytanie – zaśmiałem się, po czym pociągnąłem go za przód koszulki, samemu odchylając się do tyłu. Tym razem to ja zainicjowałem pocałunek.
- Ale nie myśl sobie, że to już koniec – powiedział między kolejnymi pocałunkami.
- Co proszę? – zdziwiłem się.
Chłopak sięgnął do moich spodni, rozpinając ich guzik i wsuwając opuszki palców pod ich linię. Na jego twarzy zagościł szarlatański uśmiech.
- Dzisiejszej nocy będziesz mój – szepnął mi na ucho uwodzicielskim tonem głosu.
- Zawsze jestem twój – zaśmiałem się, odpowiadając na jego zaczepkę kolejnym pocałunkiem.

***

- Nie wierzę! – wykrzyknąłem, odlepiając spojrzenie od monitora laptopa. – Naprawdę powiedziałeś publicznie, że twoim wymarzonym typem partnera jest taki, który pozwalałby ci się gwałcić?! (tak naprawdę to Zero użył takiego określenia, co do wymarzonego typu kobiety od aut.) – wrzasnąłem zszokowany. Shimizu, który właśnie szykował nam wspólne śniadanie, zachichotał złowieszczo pod nosem.
- Oj, no co ja ci zrobię, że targają mną takie niezaspokojone rządze? – zaśmiał się i przechodząc obok mnie, klepnął mnie w tyłek, by następnie przylgnąć do moich pleców i zapleść dłonie na moim podbrzuszu. – Jeśli myślisz, że następnym razem zakończymy na czymś takim… - cmoknął mnie w skroń. – To wiedz, że się GRUBO mylisz – przesunął nosem po mojej szyi.
- Czekam na spełnienie twojej obietnicy – otarłem się o jego krocze, uśmiechając przy tym jednoznacznie. Szatyn pocałował mnie krótko w odpowiedzi.
- Cóż, jeśli dalej będziesz zachowywał się tak prowokacyjnie, to śmiem twierdzić, że nie będzie musiał długo czekać – zaśmiał się. – Ale odbiegając od tego przyjemnego tematu… - otaksował mnie palącym spojrzeniem. – Idź się ubierz, a nie paradujesz mi tu w samej bieliźnie… w dodatku nie swojej – parsknął śmiechem.
- Po co mam się ubierać? – odwróciłem się do niego przodem, zaplatając mu ręce na karku i wtulając się w niego. – Więcej potem do ściągania, więcej roboty… - zachichotałem, pocierając nosem o jego policzek.
- Kusząca propozycja, ale i tak wolałbym, żebyś się ubrał – wyplątał się z moich objęć. – No chyba, że zamierzasz poznać się z moją matką właśnie w takim stroju – posłał mi rozbawione spojrzenie.
- Twoją matką? – zdziwiłem się.
- Owszem – przytaknął. – Przecież sam zaproponowałeś, żeby nawiązać z nią bliższy kontakt – wzruszył ramionami. – Uznałem to za sygnał z twojej strony, iż bardzo niecierpliwie wyczekujesz momentu, kiedy w końcu będziesz mógł stanąć z nią twarzą w twarz – uśmiechnął się jadowicie.
- Ja cię zamorduję kiedyś! – sapnąłem poirytowany. – Nie mogłeś mi powiedzieć o tym wcześniej?! – krzyknąłem, kierując się czym prędzej do sypialni.

- Nie – odparł niezrażony. – Inaczej nie miałbym takiego ubawu z widoku twojej wściekłej miny – roześmiał się w głos.

"Książę z bajki" cz.6 + wyniki głosowania

Jej, jej, jej~! Jestem taka zaskoczona~! 14 komentarzy pod postem - chciałoby się powiedzieć, jak za dawnych lat xD
Dobra, ale wstęp i tak będzie długi, więc nie rozwodząc się nad rzeczami nieistotnymi w tej chwili, przejdźmy do rzeczy istotnych xp ; zatem wyniki głosowania uplasowały się ostatecznie tak:
a) "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia" - 7 głosów = 17%
b) "Nawet śmierć nas nie rozłączy" - ... szczegółowe informacje poniżej*
c) "Co by było gdyby..." - 2 głosy = 5%
d) "Le Ciel" - ...szczegółowe informacje poniżej*
e) "Vampire depression" - 1 głosów = 3%
f) "Geisha no Furin" - 3 głosy - 7%
g) "Dorośnij!" - 4 głosy = 10%
h) "Hayakki-yoko" - 5 głosów = 12%
i) "Książę z bajki" - 8 głosów 21%
j) "Closer to Ideal" - 6 głosów = 13%
k) "Nowy Świat" - 5 głosów = 12%
*Szczegółowe informacje do "Nawet śmierć nas nie rozłączy" oraz "Le Ciel" - szczerze powiedziawszy to wpisałam na listę te opowiadania tylko ze względu na to, iż były niedokończone. Niestety, kiedy przypomniałam sobie, jak zostały napisane to... O matko i córko! Serio, to jest tak beznadziejne, iż gdyby ktoś przeprowadzał teraz jakiś konkurs na największą żenadę opublikowaną w internecie, to coś czuję, że mogłabym zostać nominowana po złote maliny ^^'' Szczerze powiedziawszy to przydałoby się te dwa opowiadania napisać od nowa, bo nie widzę żadnego innego rozwiązania dla nich. Może kiedyś wezmę się za ich gruntowną odnowę, reaktywację czy jakkolwiek inaczej by tego nie nazwać, ale na obecną chwilę stronię od nich, będąc porażoną moją własną głupotą C'':

Tak, jak nam pokazują statystyki, wygrał "Książę z bajki". Prawdę mówiąc to zdziwiło mnie trochę, iż pesymistyczny Hiro ma tyle fanów xD Z tej właśnie racji zdecydowałam się na kontynuowanie tej serii oraz (werbel proszę)... "Hayakki-yoko" i "Nowy Świat"~!
Wiem, że teoretycznie, idąc zgodnie ze statystykami na pierwszy rzut (czemu chciałam napisać miot? xp) powinnam kontynuować "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", ale... szczerze powiedziawszy chcę was potrzymać trochę w niepewności xD Cieszę się, że przejawiłyście zainteresowanie tym opowiadaniem, pomimo tego jak długo już go nie kontynuowałam - z tej racji także mam nadzieję, że kolejna, drobna obsuwa w czasie was nie zdenerwuje ^^'' Piszę sobie powoli to opowiadanko, ale póki co nie będę go publikować. Chcę, abyście nawet po zakończeniu tych najbardziej interesujących (na tę chwilę) serii wciąż tutaj wracały i miały ku temu powód - mam nadzieję, że takim powodem może stać się przynajmniej to opowiadanie C:
A co do "Closer to Ideal" - wszystkie trzy ostatnie pozycje miały identyczny wynik, więc decydując się na jedną z nich, powinnam kontynuować wszystkie (przynajmniej tak zakładają moje prawa logiki), ale po prostu uznałam, że chcę się teraz trochę mocniej skupić na tym, co robię, dlatego większa ilość kontynuowanych serii mogłaby mnie rozpraszać i mylić. Z tego też powodu "Closer to Ideal" wrzuciłam do "drugiej trójki" do kontynuowania.
A więc podsumowując: pierwszymi trzema seriami, które będę kontynuować są: "Książę z bajki", "Hayakki-yoko" oraz "Nowy Świat". Następne w kolejce są "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", "Closer to Ideal" oraz "Dorośnij!" - reszta planów będzie ustalana na bieżąco xD

Ach, no i w końcu postanowiłam zmienić nazwę dla "Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia", bo jest ona niewyobrażalnie długa. Akai Haruki zaproponowała "Uważaj, o co prosisz" oraz "Kara boska", inną propozycją było także "Dziewczyną być". Po pewnym czasie również ja włączyłam proces myślenia, w wyniku którego wymyśliłam "Zważ na to, czego pragniesz" (nie, wcale nie brzmi po staropolsku xp), ale ostatecznie zdecydowałam się na "Uważaj, czego pragniesz". To będzie nowy tytuł dla tej serii, podczas gdy stary stanie się tytułem alternatywnym. Co o tym sądzicie? Podoba wam się nowa nazwa?

Dobra, nie przedłużając już więcej, serwuję nowy odcinek z najbardziej lubianej serii na moim blogu ♥

„Książę z bajki” cz.6

Siedziałem na skórzanej, czarnej kanapie studyjnej i bez większego zainteresowania wpatrywałem się w drzwi. Nie czekałem na to, aż ktoś wyjdzie ani przyjdzie. Ot po prostu był to przedmiot, w którym utkwiłem spojrzenie. Na moim kolanie stał styropianowy kubek z wodą, na którym rytmicznie, zgodnie z biciem mojego serca, zaciskałem i rozluźniałem palce, znacząc go śladami po wbijanych w nań paznokciach.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytał szeptem Crena, na co Caz jedynie wzruszył ramionami.
Zdawało się, że moja obecność nie przeszkadzała im w plotkowaniu o mnie albo zwyczajnie uznali, iż odpłynąłem myślami tak daleko, że już nic do mnie nie docierało – ale to nieprawda. Byłem aż zaskakująco przytomny i zachowywałem trzeźwy umysł, mimo iż naprawdę usilnie próbowałem zmienić ten stan rzeczy. Chciałem, aby jakaś głęboka zaduma albo chociażby napoje wysokoprocentowe pozwoliły oderwać mi się od rzeczywistości.
Wpatrywałem się w te drzwi, niczego nie wyczekując, ale jednocześnie spodziewając się wszystkiego. W tej chwili nawet gdyby triceratops wparował do naszej sali, nie drgnęłaby mi nawet powieka; serio. Niemniej bardziej niż dinozaura z rodziny ceratopsów spodziewałbym się tej kobiety. Teoretycznie nie mogła wejść do studia, gdyż w końcu nie była do tego upoważniona, ale po mojej matce można było spodziewać się wszystkiego - dosłownie wszystkiego.
- Chyba trochę przesadziliśmy z kalibrem działa, jakie wytoczyliśmy przeciwko niemu… Wiesz, Hiro to też człowiek – odezwał się w końcu gitarzysta.
Mówi się, jaka mać taka nać – a co jeśli ta mać nie ma córki tylko syna? Co jeśli to syn jest tak podobny do rodzicielki? Jaka mać taka pietruszka…? Ale pietruszka to też rodzaj żeński… może w takim razie koperek?...

***

Był już późny wieczór, właściwie noc, a ja siedziałem w jednej z mniejszych knajpek izakaya z moim starym znajomym Martinem. Poznałem się z nim podczas mojego wyjazdu do USA. Mój amerykański znajomy był miłośnikiem Nipponu, toteż co jakiś czas tutaj przybywał, zagłębiając się w coraz to węższe, nienazwane uliczki tokijskie – dziś zwiedzałem je razem z nim. Niestety, jako że zwiedzanie to męcząca czynność, musieliśmy nieco odpocząć w barze, przy czym dla rozluźnienia nie żałowaliśmy sobie wina ryżowego.
Zapytacie teraz z pewnością, jak udało mi się wyrwać z domu podczas obecności mojej matki? Właściwie to wywinąłem się jednym z klasycznych i oklepanych tekstów z seriali – oświadczyłem wszem i wobec, że idę po papierosy, kiedy tak naprawę nie wracałem już od kilku dobrych godzin.
Przechylając kolejną czarkę, obrzuciłem zmęczonym spojrzeniem anomalię, która rozgrywała się po przeciwnej stronie blatu. Siedział tam bez wątpienia buddyjski mnich zażerający się yakitori. No, to by było tyle w sprawie wegetarianizmu. Jeśli takie rzeczy dzieją się na sali, to co mogło czekać mnie w toalecie? Właściwie chyba nie byłem tego ciekaw… nie chciałem przekonywać się o tym na własnej skórze.
Ten lokal od początku wydawał mi się być szemrany, ale Martin upierał się, że z moimi problemami nie poradzę sobie na trzeźwo. Niemal siłą mnie tu zaciągnął, wysłuchawszy uprzednio pobieżnej historii o tym, co wykręcili mi Cazqui i Ketsueki.
Bar czynny był dwadzieścia sześć godzin na dobę, a więc zamykany był o drugiej w nocy; co z kolei oznaczało, że – jak wspaniale obliczyłem – jeśli został otwarty w piątek, to jego zamknięcie powinno odbyć się w szóstek. Tak, nocne Tokio i sake w temperaturze nie wyższej niż otaczający nas skwar pory letniej zawsze stymulowały u mnie kreatywne myślenie.
- Ej – odezwał się nieco burkliwie mój towarzysz, który już dość mocno przesadził z napojami zawierającymi procenty. – Dlaczego azjaci, kiedy piją, robią się czerwoni na twarzy? – zapytał, całkowicie poważnie patrząc mi w oczy.
- Bo mają mniejszą tolerancję alkoholową; to chciałeś usłyszeć? – przewróciłem oczyma.
- A więc to prawda?! – nagle poderwał się znad blatu, na którym prawie już się kładł. – Chwila, chwila… Ale ty tak nie masz… Jakiś udawany, nieprawdziwy jesteś! – zarzucił mi.
- Co? – podniosłem jedną brew, próbując zrozumieć coś z jego bełkotliwego wywodu.
- Nie jesteś azjatą, bo nie robisz się czerwony, jak pijesz! – wycelował we mnie paluchem, niemal wsadzając mi go do nosa. – Oszukałeś mnie!
- Jasne – pokiwałem głową, przyznając mu rację. Nie miałem ochoty kłócić się z nim w takim stanie. – Może odprowadzę cię już do… no nie wiem, jakiegoś hotelu kapsułowego, żebyś tam zaczął swoją terapię trzeźwiącą? – zaproponowałem ostrożnie.
- Nie – zaprzeczył ostro. – Nie sypiam w hotelach kapsułkowych – pokręcił głową. – W razie koszmarów czy nagłej potrzeby skorzystania z toalety w środku nocy sufit jest tam za nisko. Zresztą… nawet jeśli chodzi o trzeźwienie to przybytek ten jest do kitu. Wstajesz na kacu, nie wiesz, co się dzieje, chcesz się wyprostować i na „dzień dobry” dostajesz w łeb od przedmiotu nieożywionego… no i wracasz do stanu początkowego – westchnął ciężko. – Upokarzające…
- Oh… - mruknąłem z uznaniem dla klarowności myślenia, jaką w pewnym stopniu udało mu się zachować, co w tym stanie naprawdę graniczyło z cudem. – Nie ma problemu – rozłożyłem ręce. – Znajdziemy ci coś z wyższym sufitem – obiecałem. – Ale musisz trzymać się mnie – zastrzegłem. – Jeśli dalej będziesz chciał się szwendać po mieście, zgarnie cię policja i wylądujesz na wytrzeźwiałce – ostrzegłem.
- Nie boję się – odparł dumnie wypinając pierś do przodu. – Powiem im, że regularnie bywamy u siebie z cesarzem i na pewno mnie puszczą – spojrzałem na niego z politowaniem. – Znaczy ja u siebie, a on u siebie, ale oni już o tym wiedzieć nie muszą – uśmiechnął się chytrze, podczas gdy ja sam miałem ochotę w tej chwili walić głową o blat.
Zapadła między nami cisza. Martin chyba kontemplował swoje pijackie halucynacje, podczas gdy ja wpatrywałem się tępo w czarkę z alkoholem, który w takim nastroju nie smakował mi. W ostatnim czasie zbyt wiele rzeczy poszło nie tak, żebym mógł po prostu utopić wszystkie smutki w jednej małej czarce…
Wtem moje smutne rozmyślania przerwał odgłos obdzieranego ze skóry genetycznie zmutowanego kota, który próbował wyciągnąć zachrypłym głosem wysokie C w jednym z haiku Bashō. Drgnąłem. Przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze. Skrzywiłem się pod nosem, rozglądając się w poszukiwania źródła tego okropnego dźwięku.
- Co to było? – wybełkotał mój znajomy.
- Rozłożyli sprzęt do karaoke – oświadczyłem. – Spadamy stąd – zarządziłem.
Szybko uregulowałem rachunek i wyciągnąłem towarzysza znajdującego się już w lekkim stanie nieważkości z przybytku, w którym operowe skowyty rozjeżdżanej hieny stawały się coraz głośniejsze. Mój sfrustrowany kolega spoglądał na mnie z takim wyrazem gęby, iż przez chwilę zastanawiałem się czy nie padł ofiarą martwicy mózgu.
- Odprowadzę cię do domu – zaproponowałem.
Niestety, plan dobry w założeniu nie wypalił w rzeczywistości. Zdążyliśmy przejść zaledwie kilka metrów, kiedy Martina zemdliło i siłą rzeczy musieliśmy odwiedzić toaletę publiczną. Opierałem się właśnie o drzwi jednej z kabin, gdzie po drugiej stronie mój towarzysz przeprowadzał wylewne (dosłownie) rozmowy z wielkim uchem, w zaistniałym układzie wyposażonym w gorący natrysk przeczyszczający gardło rozmówcy, potocznie zwany bidetem. Ach, te japońskie toalety – pamiętam, jak przy pierwszej wizycie w Tokio mój znajomy nie mógł wyjść z podziwu dla poziomu ich zaawansowania.
Wtem ktoś wszedł. Średnio zainteresowany pojawieniem się nowego osobnika, obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem… po czym szczęka opadła mi do samej podłogi, wbijając się w posadzkę na dobre kilka centymetrów.
- C… Co ty tu robisz? – wydukałem z trudem, nie mogąc uwierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności. – No teraz to już jestem pewny, że mnie śledzisz! – ściągnąłem groźnie brwi, spoglądając na bruneta.
- Ja? – zdziwił się. – Wcale cię nie śledzę! – zaoponował. – Po prostu kiedy przechodziłem obok… um… Usłyszałem dziwne odgłosy i… chciałem sprawdzić czy wszystko w porządku… - zakłopotany podrapał się po karku, wbijając spojrzenie w wykafelkowaną podłogę.
- O dobry Buddo, miej mnie w swojej opiece… - westchnąłem rozżalony, spoglądając na Crenę z politowaniem. Samarytanin wielki się znalazł, psiamać…
Kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, że coś rzeczywiście jest nie tak, gdyż Martin od pewnego czasu się nie odzywał, uchyliłem drzwi kabiny. Żywiłem cichą nadzieję na to, że chłopak nie zasnął na desce klozetowej, ululany przyjemnym uczuciem wywoływanym przez fakt, iż była ona podgrzewana – niestety, jak się okazało, było znacznie gorzej.
- Mam kontrolę nad statkiem! – wydarł się Amerykanin, kiedy tylko zorientował się, że jest obserwowany. Jego palce zwinnie tańczyły nad panelem sterującym umieszczonym po prawej stronie toalety. – I unik! Cholera, wyślijcie przeciw nim kilka torped fotonowych! Działko laserowe, gdzie jest działko?! – darł się. W końcu znalazł odpowiedni przycisk, przez co woda wystrzeliła z wmontowanego bidetu i zmoczyła mu twarz. – Wszystkie strzały sięgnęły celu! – cieszył się, jakby miał z czego. – Nie opuszczać mostku bez wyraźnego rozkazu! – uderzył pięścią w deskę. – Pierwszy! Cała naprzód! – rzucił władczym tonem.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytał niepewnie Ketsueki.
Chciałem potwierdzić, aby go spławić, jednak w tej chwili sam nie byłem o tym do końca przekonany.
Nagle Martin wstał i odpychając mnie od drzwi, zaczął je naprzemiennie zamykać i otwierać, trzaskając przy tym głośno.
- Co ty wyprawiasz, idioto?! – wrzasnąłem na niego, otrząsnąwszy się w końcu z szoku.
- To za Hiroszimę! A to za zbombardowanie Tokio! – wrzeszczał niczym opętany, trzaskając drzwiami.
- Opanuj się! – ryknąłem na niego, wyrywając mu klamkę z dłoni.
- Spokojnie, wiem, co robię – uśmiechnął się pijacko. – Rano nie będę nic pamiętał, sądząc, że to ty odwaliłeś taki show. Wrócę do Ameryki, naopowiadam, jakie to chamstwo i buractwo szerzy się w Japonii, ludzie to łykną, wybuchnie konflikt dyplomatyczny, w wyniku którego spadną ceny ryżu i będziemy mogli jeść tańsze sushi! – klasną uradowany w dłonie.
Nie miałem na to już odpowiedzi. Potrafiłem jedynie stać i wpatrywać się w niego z uchylonymi ze zdziwienia ustami, próbując zrozumieć, co mu też odwaliło. Cholera, od początku wiedziałem, że ten lokal był jakiś podejrzany… Dobrze, że przynajmniej ja nie wypiłem aż tyle tego ścierwa w barze…

***

Ze względu na stan chłopaka nie mogliśmy samopas zostawić go w hotelu, toteż zdecydowaliśmy się przenocować go u początkującego wokalisty. Możliwe, że do mnie byłoby nawet bliżej, jednak z racji tego, że w moim mieszkaniu przebywała moja matka, nie mogliśmy go tam umieścić. No i tak właśnie wylądowałem u Creny po raz drugi.
- Wychodzę! – darł się Martin, mając jakieś nieuzasadnione uprzedzenia przed zostaniem u bruneta na noc.
Ketsueki po drodze wspaniałomyślnie wstąpił do sklepu po piwo, aby spić Amerykanina jeszcze bardziej. Optymistycznie (jak zwykle) zakładał, że uda nam się go doprowadzić do niemal pełnego stanu nieświadomości i ubezwłasnowolnienia, dzięki czemu moglibyśmy po prostu rzucić go na podłogę i pozwolić mu spać do popołudnia, jednak ten po kolejnym zastrzyku procentów stał się jeszcze bardziej agresywny. Co prawd musieliśmy niemal już go nieść, jednak to nie zmieniało tego, że darł się nieprzeciętnie. Jedynym plusem tego wszystkiego był fakt, że nogi odmawiały mu już na tyle posłuszeństwa, że sam nie mógł chodzić, będąc totalnie zdanym na naszą łaskę lub jej brak.
- Wstaję! – oświadczył z mocą. Dźwignął się na kolana, po czym znowu z hukiem wylądował na podłodze. – Nie wstaję! – sprostował, poddając się i układając na podłodze w przedpokoju.
- O dobra Kannon, czym ty go nafaszerowałeś? – szepnął zdziwiony muzyk.
- Ja? – prychnąłem. – To on chciał mnie tym nafaszerować! – broniłem się.
Jedyną odpowiedzią ze strony Creny było niepewne spojrzenie, którym mnie potraktował oraz ciche westchnienie wydane podczas kręcenia głową z dezaprobatą. Bez słowa odwrócił się i ruszył w głąb mieszkania.

***

Rano, kiedy wróciłem do domu, poczułem się jak dzieciak. Miałem wrażenie, jakbym wrócił do nastoletnich czasów, kiedy wymykałem się na imprezę pod pretekstem całonocnego zakuwania. Wjeżdżając już na odpowiednie piętro, przeglądałem się w lustrze w windzie, poprawiając rozczochrane włosy i pogniecione ubranie. Spryskiwałem się obficie dezodorantem, a następnie perfumami, które nosiłem w swojej torbie szkolnej właśnie na takie okazje. Do ust wciskałem kolejne pastylki gumy do żucia, aż w końcu w pewnym momencie orientowałem się, że policzki mam już wypchane jak chomik, żując niemal pół opakowania owej gumy na raz. Jednocześnie próbowałem przy tym także zachować obojętny wyraz twarzy, jakby było to rzeczną normalną, na porządku dziennym. Nieważne, że przez owy zabieg z trudem udawało mi się wyartykułować pojedyncze słowa, gdyż reszta zdania przemieniała się w jakiś niezrozumiały bełkot. Właściwie… z punktu widzenia czasu to nawet dobrze. Jako nastolatek nie miałem głowy do picia, toteż nad ranem udawało mi się wracać wciąż w stanie lekkiego upojenia alkoholowego lub na kacu; w tamtym wypadku i tak wychodziło to jednak na to samo, gdyż na kacu potrafiłem tak samo bezsensownie bełkotać jak i w czasie, kiedy byłem po prostu pijany.
Dziś historia zatoczyła koło. Wykonałem te same wszystkie czynności, aby w końcu przekroczyć próg własnego mieszkania. Dobra, czas na jakąś tanią wymówkę. Tym razem nie mogłem wykręcić się nauką do testów. Moje szare komórki wciąż jeszcze nie do końca się obudziły, toteż przystanąłem na chwilę przed drzwiami, aby dać sobie czas do namysłu. Miałem wrażenie, że moje synapsy w mózgu zostały zerwane, obumarły. Szare komórki dzieliły odległości tak gigantyczne jak te, które rozciągają się między kolejnymi galaktykami. Oczami wyobraźni już widziałem te spiralnie skręcone obłoki gwiezdnego pyłu, które  emanowały wszystkimi kolorami tęczy. Takie piękne…
Skupiłem się na mapie nieba, która nagle pojawiła się przed moimi oczyma tak mocno, iż nawet nie zorientowałem się, kiedy moja ręka nacisnęła klamkę. W każdym razie drzwi w końcu ustąpiły, a ja musiałem zmierzyć się ponownie z własną rodzicielką. Kobieta wychyliła się z kuchni zwabiona odgłosem dobiegającym z przedpokoju i trzymając kubek z wciąż parującą kawą, wbiła we mnie ponaglające spojrzenie.
Chyba sama Amaterasu powstrzymała mnie od wydania z siebie zdradzieckiego, a zarazem jakże inteligentnego: „Yyy…”, które mogłoby mnie tylko pogrążyć. Gdyby coś podobnego wydało się spomiędzy moich warg, byłoby to jawnym przyznaniem się nie tylko do tego, że piłem, ale także do tego, że jestem w takim stanie, w którym w mojej głowie rozciąga się jedynie bezbrzeżna pustka, w której ku mojemu nieszczęściu, nie pojawił się żaden pomysł na wymówkę.
I nagle stało się! Przyszło niczym olśnienie! Dwie galaktyki z prędkością ponaddźwiękową wpadły na siebie – Andromeda spotkała się z Drogą Mleczną! Ku mojej radości nie była to jednak zapowiedź absolutnego kataklizmu i zniszczenia, ale prawdziwe wybawienie! Wpadłem na pomysł!
Ta opowieść była dłuższa. Zacząłem opowiadać, jak to Natsu zadzwonił do mnie, podczas gdy byłem w drodze do kiosku po papierosy i bezzwłocznie kazał mi przyjechać do studia. A jako żem człek pracowity, pognałem tam, co sił w nogach. Spędziłem w studiu długie godziny, ciężko pracując, aż w końcu w środku nocy zasnąłem na stole, pisząc kolejną piosenkę, toteż z tego powodu mogę wyglądać… odrobinę nieświeżo, delikatnie rzecz ujmując.
Matka skinęła głową, spoglądając na mnie z politowaniem i krzywym wyrazem twarzy. Nie uwierzyła – zresztą jak zwykle. Wymówka była tylko proformą. Można powiedzieć, że w ten sposób moja rodzicielka zmuszała mnie do kreatywności. Uch, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało, gdybym ośmielił się nie podać żadnego, nawet najbardziej naciąganego wyjaśnienia mojej nocnej nieobecności. Zapewne zginąłbym śmiercią tragiczną…
Potem miałem chwilę dla siebie. Prysznic, czyste ciuchy, garść tabletek przeciwbólowych na śniadanie i piwo na kaca. Rozsiadłem się na kanapie w salonie z przyjemnie chłodną butelką, którą przykładałem do czoła niczym kompres. Niestety, kobieta nie zamierzała być na tyle miła, aby dać mi cierpieć w spokoju.
Zaczęła narzekać. Ze zgrozą odnotowałem, że w rękach trzymała mój zeszyt, który służył mi jako brudnopis. W owym zeszycie powstawały pierwowzory moich tekstów piosenek. Na nic zdały się tłumaczenia, że to tylko luźne notki, które w późniejszym czasie zamierzałem rozwinąć, nadać im głębszego sensu, o nie. Co gorsza okazało się, że moja matka śledziła działalność mojego zespołu, toteż była na bieżąco. Zarzucała mi brak pomysłowości, głębszych rozmyślań, nie wspominając już o moim prostackim języku i formie, która z grubsza nie wyrażała nic. Porównywała mnie do gwiazd z zeszłego stulecia, które ona sama ukochała, powtarzając przy tym jak najęta zdanie: „Kiedyś to była muzyka!”. Czasem serio zastanawiałem się, jakim cudem ojciec wybrał właśnie TĘ kobietę na towarzyszkę swojego życia…
Wpatrywałem się niczym zahipnotyzowany w tabletkę, która rozpuszczała się na powierzchni wody w kubku. Żeń-szeń pomagał na kaca, ale nie uciszał tyrad głoszonych przez niedoszłych dyktatorów ani nie powodował głuchoty – a szkoda. Tak poza tym to moja matka chciała kiedyś zostać politykiem, ale akurat wtedy zaszła w ciążę i po siedmiu miesiącach męki tak oto przyszedłem na ten padół łez. Tak, po siedmiu miesiącach, gdyż byłem wcześniakiem; i był to powód, którym moja rodzicielka usprawiedliwiała większość moich potknięć i błędów życiowych. Teraz, kiedy tak o tym rozmyślałem, to doszedłem do wniosku, że to musiał być jakiś znak od sił wyższych. Pewnie wszyscy zgodnie tam na górze doszli do wniosku, że ta kobieta nie może położyć swoich łapsk na polityce – w przeciwnym razie w Japonii mielibyśmy dzisiaj jeszcze gorszy reżim niż w Korei Północnej.
Ale wracając do tabletki… Obserwowałem jak powoli znikała, barwiąc przy tym wodę. Musowała, sycząc przy tym cicho. Na powierzchni wody tworzyły się drobne bąbelki… Ten widok niemal wpędził mnie w rozmyślania o ulotności i kruchości życia. No proszę… dawni arystokraci japońscy potrzebowali kwitnących sakur, żeby wpaść na coś podobnego, podczas gdy mnie wystarczyła jedynie tabletka musująca. Cholera, i matka zarzucała mi brak głębokich przemyśleń czy braki w kreatywności? Przecież ze mnie to niemal poeta!
Ale jednak to „niemal” bardzo dużo zmieniało…
- Idę zapalić – oświadczyłem w końcu, przerywając jej w pół słowa i wychodząc na balkon, nie przejmując się morderczym spojrzeniem, jakim zostałem potraktowany.

***

Popołudniu z powrotem pojechałem do Creny, aby odebrać Martina. Wnioskowałem, że coś musiało pójść nie tak, gdyż kiedy tylko chłopak otworzył mi drzwi, otaksował mnie krzywym spojrzeniem. Miałem nadzieję, że przez te kilka godzin mój amerykański znajomy nie wywinął czegoś głupiego… przynajmniej nie nazbyt głupiego.
- Gdzie Martin? – zapytałem od progu.
- Tam, gdzie go wczoraj zostawiliśmy – oświadczył zimno. – Obudził się dopiero przed chwilą.
- Dopiero? – zdziwiłem się. No to nieźle go trzymało…
Ketsueki przewrócił oczyma i wszedł do sypialni – a więc do pomieszczenia mieszczącego się naprzeciw salonu, w którym dogorywał obcokrajowiec. Widać, jednak coś musiało zajść między nimi…
- Bardzo ci przeszkadzał? – zapytałem, stojąc w progu pomieszczenia. – Mam nadzieję, że niczego nie zniszczył…
- On? – brunet obrócił się w moją stronę na krześle biurowym. – On nie – spojrzał na mnie wymownie. Niestety nie zrozumiałem jego aluzji. Byłem pewien, że na mojej twarzy malowało się jedynie niezrozumienie. Młody muzyk poirytowany moim wciąż spowolnionym procesem myślenia, westchnął cierpiętniczo. – Raczej ty mi bardziej przeszkadzałeś – powiedział otwarcie.
- Ja? – uniosłem brwi w wyrazie zaskoczenia.
- Tak, ty – fuknął. – Przez to, że zostawiłeś u mnie swojego nawalonego kumpla, musiałem odwołać spotkanie z agentem z wytwórni płytowej, wiesz? – warknął. – Nie mogłem przecież zostawić go nieprzytomnego na podłodze w salonie i od tak sobie wyjść! – dodał, widząc, że nie bardzo umiałem połączyć rzeczy, o których mówił.
- Ja bym tak zrobił… - mruknąłem pod nosem.
- Jasne, że byś tak zrobił! – zdenerwowany poderwał się z krzesła. – Ale wyobraź sobie, że nie jestem tobą; a więc zdarza mi się martwić o ludzi, nawet jeśli ci są mi zupełnie obcy! – prychnął.
- O co ci chodzi? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – A co, ja się o niego nie martwiłem? Gdyby tak nie było, zostawiłbym go w barze samego sobie – zauważyłem.
- Aha, a więc odholowanie pijanego znajomego do czyjegoś mieszkania rozumiesz jako przejaw troski? – fuknął. – Zostawiłeś go nieprzytomnego w obcym mieszkaniu z obcym facetem! – wytknął mi. – Tym samym stawiając również mnie w patowej sytuacji! – założył ręce na piersi. – Rano wyszedłeś bez słowa, przez co nie wiedziałem, co zrobić. Nie byłem nawet pewny czy w ogóle po niego wrócisz! – ruszył w moim kierunku. – Zostawiłeś mnie z pijanym do nieprzytomności gościem, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy, tym samym uziemiając mnie w domu! – już chciałem mu przerwać, jednak nim tylko zdążyłem otworzyć usta, wokalista uprzedził mnie. – Jak niby miałem wyjść? Nie znam go, więc nie wiem czy jest jakimś złodziejem, czy psychopatą… nie wiem czy nie zarzyga mi podłogi w salonie, dławiąc się przy tym własnymi wymiocinami. Niemniej mniemam jednak, że nawet gdyby coś podobnego się stało, nie za bardzo garnąłbyś się do sprzątania, prawda? Mam na myśli sprzątania zarówno wymiocin jak i zwłok – sprostował, po czym puknął mnie palcem wskazującym w mostek. – Może nie wyglądam, ale ja też mam trochę oleju w głowie. Nie wyjdę z mieszkania, zostawiając je na pastwę nieznajomej osoby – sapnął. – Gdybyś tak naprawdę troszczył się o któregokolwiek z nas, zapytałbyś mnie czy nie muszę może rano gdzieś wyjść, czy nie mam może umówionego jakiegoś długo wyczekiwanego spotkania, a jeśli miałbym już jakieś plany, sam zostałbyś z nim – wymownie wskazał w stronę bezowocnie próbujących wywindować się do pozycji siedzącej zwłok amerykańskiego turysty. – Już prędzej zostawiłbym mieszkanie pod twoją opieką… choć jak teraz na to patrzę, to nie jestem pewien czy byłby to najlepszy pomysł – skrzywił się malowniczo. – Skoro tak dbasz o ludzi, o PRZYJACIÓŁ – podkreślił – to aż boję się pomyśleć, jak opiekujesz się przedmiotami nieożywionymi…
- Cóż… - westchnąłem, drapiąc się nerwowo po karku. Z pobliskiego pokoju doszył nas jakieś niewyraźne jęki i sapnięcia. Nie mogłem nic znaleźć na własną obronę.
- Przez ciebie straciłem wielką szansę – spojrzał na mnie z urazą. – Możliwe, że nigdy więcej już takiej nie dostanę… - był tak zrezygnowany, iż wydawało się, że nie miał już nawet siły na mnie krzyczeć. – Reszta mojego zespołu jest na mnie wściekła. Nie wiem czy po takim numerze, jaki im wyciąłem, będą jeszcze chcieli mieć ze mną cokolwiek wspólnego… - spuścił wzrok na podłogę.
Widziałem, że silił się na to, aby być spokojnym, ale w oczach miał łzy. Crena nie wyglądał raczej na chłopaka, którego można było łatwo wzruszyć, więc… nie ukrywam, poczułem się niekoniecznie usatysfakcjonowany z tego, co zrobiłem.
Przestrzegałem go przed tym, aby nie pakował się w to wielkie bagno, jakim była sława, ale widać było, że on tego naprawdę chciał. Mogłem teraz wyskoczyć z jakimś wielce umoralniającym tekstem, że w gruncie rzeczy wyjdzie mu to jeszcze na zdrowie i zapewne podziękuje mi za to w przyszłości, ale… to nie była prawda. Mogłem bawić się z nim w przemądrzałego rodzica i urażone dziecko, ale to nie miało sensu. To tak, jakbym kazał mojemu dziecku (nie żebym jakieś miał) zostać lekarzem, kiedy ono bardzo chciałoby zostać mangaką. Nieważne, że to dziecko nie ma ku temu żadnych predyspozycji, że nikt nie będzie chciał wydać jego pracy ze względu na jej niski standard, słabe wykonanie, brak fabuły… że tylko się ośmieszy i zostanie wyśmiany. Nieważne, że zawód, który ja mu wybrałem był lepiej płatny, bardziej stabilny i możliwe, że nawet w jakimś zadawalającym stopniu to dziecko radziło sobie z realizacją przedmiotów, które były potrzebne, aby w rezultacie zostać w przyszłości lekarzem. To wszystko nie miało znaczenia, ponieważ nawet gdyby to dziecko zostało najlepiej opłacanym, najsławniejszym lekarzem na świecie, w gruncie rzeczy i tak żywiłoby do mnie urazę za to, że nie pozwoliłem mu spełnić swoich marzeń, ograniczając je. Zostałby tym lekarzem z przymusu, przez co wykonywanie pracy w tym zawodzie byłoby dla niego katorgą. W istocie pewnie wciąż rozmyślałoby o tym, jak wspaniale byłoby wydawać swoje mangi. Niemniej, kiedy zostawiłbym wolną rękę takiemu dziecku, pozwalając mu się sparzyć, ono samo szybko wróciłoby do mnie z pokornie spuszczoną głową. Przyznałoby mi rację, obiecując posłuszeństwo następnym razem i w końcu samowolnie wybrałoby drogę, którą ja pierwotnie dla niego zaplanowałem.
Niestety jednak Crena nie był takim dzieckiem.
Co więcej to nie tak, że on urwał się z księżyca i nie miał żadnych predyspozycji do wykonywania zawodu wokalisty.
Miał te cholerne predyspozycje. Nie tylko dobrze śpiewał jak na początkującego, ale miał też zapał, był wytrwały, szybko nawiązywał znajomości z ludźmi z branży, co w przyszłości mogłoby mu przynieść jakieś profity…
Nieważne, iż ja uważałem, że to, co próbował zrobić brunet było głupie – teraz liczyło się tylko to, że on tego pragnął, to było jego marzeniem, które ja zrujnowałem w tak głupi i banalny sposób. Z tego też powodu chłopak prawdopodobnie będzie mnie przeklinał już do końca swoich dni… Nie to, żeby był pierwszą taką osobą, ale nawet pomimo mojego osobistego „uroku” i wrodzonej „dobroduszności” wiedziałem, że lepiej byłoby utrzymać liczbę osób, które z chęcią złożyłby mnie w ofierze na czarnej mszy ku czci pradawnych, straszliwych mocy jak najbliższą zeru.
- Wiesz, jaki jest twój główny problem? – zacisnął zęby, opanowując się. Na jego twarzy znów odmalował się grymas złości. – O nikogo nie dbasz – warknął, nie czekając na moją odpowiedź. – Wszystko zwalasz na sławę i innych ludzi, ale tak naprawdę powodem, dla którego wszyscy zaczęli być wobec ciebie obojętni jest to, że jesteś grubiańskim snobem – wytknął mi.
- Ach tak? – prychnąłem. Nagle z niezrozumiałego nawet dla mnie powodu rozbawiły mnie jego słowa.
- Przepraszam… Wiem, że to najbardziej nieodpowiedni moment… - zielonkawy już na twarzy Martin wciął się słabym głosem. Nim obcokrajowiec zdążył choćby dokończyć zdanie, brunet otworzył mu drzwi do łazienki, na co ten rzucił się w powrotem w objęcia muszli klozetowej.
Interwencja Amerykanina nie zmieniła nic pomiędzy mną a Ketsuekim. Cały czas mierzyliśmy się nieprzychylnymi spojrzeniami. On spoglądał na mnie surowo z kamiennym wyrazem twarzy, podczas gdy ja uśmiechałem się obrzydliwie pod nosem.
Ta, chciał zbawiać świat, a tu proszę… wyszło, jak zawsze, można powiedzieć. W końcu i on sklasyfikował mnie podobnie jak i wszyscy inni. Ludzie już po prostu tacy są, że z czasem odchodzą. Można stwierdzić, że w naszej naturze nie leży wytrwałość…
Ale w sumie czy ja się spodziewałem czegoś innego?
No właśnie…
Chciałbym powiedzieć, że nie, ale jakaś nikła iskierka nadziei została kiedyś przez niego we mnie rozpalona, przez co teraz to trochę zabolało. To nie tak, że zadurzyłem się w tym małolacie czy miałem nadzieję, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Po prostu chciałem wierzyć, że on jest trochę inny od całej reszty… Przyjemnie się na niego spoglądało z tą myślą – niemniej ostatecznie okazał się pasować do nich jak ulał, zupełnie jakby ktoś wyciął całą ludzkość z wyjątkiem mnie jedną foremką.
No, cholera, czemu mnie nie?! Moje życie byłoby dużo łatwiejsze, gdybym potrafił być taki jak oni…
Obróciłem się na pięcie i wyszedłem z trzaskiem drzwi.
Doprawdy, uwielbiałem ten stereotyp ucieleśnienia zła, który zawsze był do mnie przypisywany. To działało na mnie, jak płachta na byka! Cholera, choć raz w życiu tak po prostu dla odmiany chciałbym usłyszeć, że to nie ja jestem tym złym i niedobrym…