"Geisha no Furin" cz.5

Jak dostanę lacza ze sprawdzianu z matmy, to będzie wasza wina, bo pisałam zamiast się uczyć xD Nie no, żartuję, ale teraz serio muszę iść się uczyć ;_;



Macie tu coś na pobudzenie wyobraźni xD Jest to oczywiście Yuuki z Lycaon, ale przecież też się nada, nie? Gosh, jakiż on uroczy.... @.@

„Geisha no Furin” cz.5

W końcu Hiro znalazł dla mnie dłuższą chwilę (dłuższą niż piętnaście sekund), którą, rzecz jasna, zamierzaliśmy spożytkować na treningi. Dzisiejszego ranka brunet był bardziej przytomny niż wczoraj, jednak nie mogę powiedzieć, żeby wszystko wróciło do normy. Na jego twarzy malowało się już nie tyle niezdecydowanie co obawa – to znaczyło, że coś przede mną zataił; pojawiła się jakaś nowa troska, którą się ze mną nie podzielił.
Szarpnąłem struny, które wydały z siebie niski, wibrujący dźwięk. Stało się to między nami swoistym, umownym znakiem, którym dawałem mężczyźnie do zrozumienia, że przede mną już nic nie uda mu się ukryć. Położyłem płasko dłoń na stronach, wyciszając je i wbiłem przeszywające spojrzenie w mojego nauczyciela, oczekując wyjaśnień.
- O co chodzi? – zapytałem ostro.
Hiro już otwierał usta, aby, zapewne jak zwykle, zbyć mnie jakimś błahym zapewnieniem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, kiedy niespodziewanie drzwi rozsunęły się z hukiem i do pokoju wpadł Daan, a zaraz za nim przerażona Suzume.
- Tutaj nie wolno wchodzić! – piszczała dziewczyna.
- Do diaska, ucisz się, kobieto! – ryknął wściekle Holender. – Hiro, w końcu cię znalazłem! – odetchnął z ulgą.
- Co się dzieje, Daan? – brunet zacisnął szczęki, co było u niego objawem stresu.
- Yongyǎn oszalał! – wykrzyknął przerażony. – Rozpoczął działania zbrojeniowe, wzywając rodaków do powiększania terytorium swojego kraju! Zmobilizował już armię i zajął Władywostok i Chabarowsk (są to obecne nazwy miast rosyjskich – nie mogłam dojść do nazw używanych w XVIIIw., więc wybaczcie, ale nie jestem pewna czy te miasta tak były nazywane od aut.) i szykuje się do przejęcia Sichote Alin! Zaszył się w twierdzy w Changchun i ani myśli przerwać działań wojennych!
- Wypowiedział wojnę Rosji? – mężczyzna w czerwonym hanfu zbladł.
- Nieoficjalnie – Jassen westchnął ciężko. – Nota dyplomatyczna o wszczęciu wojny została wysłana z Petersburga dopiero wczoraj; Ruìdì zaatakował z zaskoczenia!
- Przeprowadził atak nie wypowiadając wcześniej wojny Rosji? Toż to czysty absurd! – Hiro zacisnął palce na własnym kolanie, siedząc w siadzie skrzyżnym. – Przecież Katarzyna… (chodzi o Katarzynę II Wielką, carycę Rosji w tamtych czasach od aut.)
- Też mnie to zdziwiło – przyznał blondyn. Widząc moją zdezorientowaną minę pospieszył z wyjaśnieniami. - Ruìdì swego czasu jeździł do Rosji. Na carskim dworze poznał Katarzynę, nim ta jeszcze została mianowana obecnym władcą. No i cóż… Jakby to ładnie ująć? Hiro? – spojrzał wymownie na bruneta, który został zmuszony do kontynuowania tej opowieści.
- Yongyǎn miał romans z Katarzyną…
- Ale potem wrócił do ojczyzny i poznał właśnie Hiro – ponownie wciął się de Vries. – No i dalej historię już znasz. Katarzyna została dotkliwie zraniona przez obecnego cesarza Chin, ale nie mogła wywołać wojny z powodu zawiedzionych uczuć, nawet kiedy już objęła władzę w Rosji, dlatego utrzymywała dość chłodne stosunki z Chinami. Poza tym po rozstaniu z Ruìdì ‘m nieco…
- …zdziwaczała – wtrącił się brunet.
- Dokładnie – przytaknął Fryzyjczyk. – Znana jest w Europie ze swoich… ekscentrycznych upodobań seksualnych… a przynajmniej tak głoszą plotki – rozłożył bezradnie ręce.
- Suzume! Przynieś alkohol! – Hiro krzyknął do zdjętej strachem maiko, która jak słup soli nadal stała w progu drzwi. – Zapowiada się długi wieczór…

***

- Hiro, ktoś o tobie wie w pałacu cesarskim w Japonii… - blondyn czknął pijacko. – Słyszałem jak ktoś wymienił twoje imię, kiedy przyjmowano chińskich dyplomatów… Ruìdì chce zająć Sachalin, Kamczatkę i Kuryle, ale obiecał nie naruszać terytorium Japonii. Cesarz podpisał pakt o nieagresji z Chinami – mówił już nieco bełkotliwie. – Musisz się stąd wynosić! I to najlepiej zaraz! Musisz uciec gdzieś daleko! Jak najdalej! – uderzył pięścią w stolik, przy którym siedział, a właściwie półleżał. – Mogę zabrać cię do Holandii…
Spojrzałem na bruneta, który uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Był całkowicie zrezygnowany. Nie miał już na nic sił. Cienie na jego twarzy pogłębiły się, przez co wyglądał na dużo starszego niż w rzeczywistości był. Wciąż był blady, mizerny – możliwe, że nawet jeszcze całkiem nie wydobrzał po ostatniej chorobie, która niemal zwaliła go z nóg. W ostatnim czasie praktycznie nie ruszał posiłków. Jego dłonie nieustannie niekontrolowanie drżały, zdradzając jego zdenerwowanie. Jego włosy straciły blask; w ostatnim czasie nawet upinał je niezbyt starannie, zdarzało mu się nawet krzywo zapiąć hanfu, które coraz częściej sznurował w proste supły, gdyż zapewne nie mógł wykonać żadnego z ośmiu tradycyjnych, skomplikowanych wiązań rozdygotanymi palcami. Na ten widok aż serce ściskało mi się w obręczy żeber.
- Nie… - pokręcił głową. – Już dość tego uciekania… - westchnął niemal bezgłośnie. – Nie twierdzę, że cesarz Chin wszczął wojnę z mojego powodu, ale jeśli moja śmierć przyniesie choć chwilowe ukojenie jego wypaczonemu sercu…
- CO TY, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY, WYGADUJESZ! – wrzasnąłem oburzony. – Chcesz zrobić z siebie męczennika?! – sapnąłem wściekle. – Naprawdę myślisz, że to coś zmieni?! Yongyǎn’owi nie chodzi o ciebie! Pewnie już dawno o tobie zapomniał! On jest zwyczajnie obłąkany! – zaprotestowałem.
- Wątpię – wtrącił Fryzyjczyk. – Jeśli chodzi o pamięć Yongyǎn’a, rzecz jasna, nie o jego domniemaną chorobę, o którą też go podejrzewam – sprostował. - O takich rzeczach się nie zapomina… - mruknął pod nosem.
- A więc go popierasz?! – wskazałem oskarżycielsko palcem w stronę bruneta. – Pozwolisz mu się zabić?!
Zadziwiająco sprawnie jak na swój stan de Vries nagle chwycił mnie za gardło i przyciągnął do siebie. Jego zielone oczy błyszczały dziko między pasmami jasnych włosów, które teraz skrywały większą część jego przystojnej twarzy w cieniu. Trzasnął mną o podłogę niczym szmacianą lalką i spojrzał na mnie groźnie z góry.
- Tego nie powiedziałem, dzieciaku – warknął, puszczając mnie. Odkaszlnąłem, łapiąc ponownie powietrza w płuca; w tym samym czasie Hiro dostał w twarz od przyjaciela. Jako że brałem w tej chwili głębszy oddech, aż zachłysnąłem się powietrzem z wrażenia. Brunet wydawał się być niemniej zdziwiony niż ja. – Jeszcze raz wypowiedz tak kretyńskie słowa na głos, a przekonasz się, że to nie Yongyǎn, a ja stanę się twoim najgorszym zmartwieniem! – wrzasnął. – Ani mi się waż, do cholery, umierać! – zmierzył przyjaciela miażdżącym spojrzeniem i jednym łykiem opróżnił całą buteleczkę sake, nie bawiąc się w nalewanie alkoholu do czarki. Hiro w tym czasie z niedowierzaniem dotykał opuszkami palców zaczerwienionego policzka.
- Wybaczcie… - szepnął po chwili brunet, uśmiechając się pod nosem. – Chyba rzeczywiście nieco mnie poniosło…
- Hiro – Daan odezwał się ostro, przykuwając jego uwagę – wiem, że jesteś zmęczony… to ciągnie się już tak długo… - jego głos nabrał łagodniejszego tonu. – Ale na litość Buddy, wszystkich bożków shinto i czego tam sobie jeszcze wymyślisz, nigdy więcej nie myśl w ten sposób! – prychnął. – Nie bądź samolubny – skarcił go. – Może dla ciebie to byłby koniec wszelkich problemów, ale pomyśl o tym, jaki zostawiłbyś po sobie chaos – wymownie spojrzał na mnie. – Poza tym nie myślę, aby ścięcie cię przyniosło pozytywne zmiany w charakterze Ruìdì’ego; wręcz przeciwnie. Gdybyś teraz mu się poddał, poczułby się niczym władca wszechświata, któremu należą się wszyscy i wszystko. Ogłupiałby do reszty – wyciągnął w moim kierunku dłoń, do której wcisnąłem mu kolejne naczynie z alkoholem. – Teraz przynajmniej ma poczucie, że jest chociaż jedna rzecz, jedna osoba, która jest poza jego posiadaniem i której nijak nie może zdobyć.
- Pewnie masz rację – brunet skinął głową i uśmiechnął się delikatnie, jednak nie wyglądał na zbyt przekonanego. Uparty był z niego typ; pewnie i tak wiedział swoje. Poza tym zdawało się, że nadal bił się z własnymi myślami. Wyglądało na to, że zaczął popadać w prawdziwą depresję… z drugiej strony nie było to znowu niczym dziwnym, skoro od dłuższego czasu nieprzerwanie towarzyszyło mu śmiertelne niebezpieczeństwo i stres, który go wykańczał; odbijało się to nie tylko na jego zdrowiu fizycznym, ale także psychicznym.
Kiedy popadłem w letarg, ktoś znów z hałasem wpadł do pokoju, drąc się od progu. Była to Suzume. Na dźwięk jej piskliwego głosu aż podskoczyłem w miejscu, jednak nie zdziwił mnie zbytnio jej widok – zupełnie tak jakbym podświadomie spodziewał się, że, tak jak zapowiedział to Hiro, ten wieczór będzie naprawdę długi, co więc oznaczało, że to nie koniec ekscesów na dziś.
- Hiro-sama! Mama cię woła! – zdyszana oparła się o framugę drzwi. – Ponoć do naszego geisha-ya ma dziś przyjechać sam daimyō!
Brunet jęknął żałośnie, co nie zdarzało mu się często. Z westchnięciem podniósł się z podłogi.
- Nie miał kiedy przyjechać, nie? – mruknął pod nosem niezadowolony, trącając mnie wachlarzem w ramię. – Wybacz Daan, ale, jak widzisz, muszę cię już opuścić razem z moim uczniem. Suzume dotrzyma ci towarzystwa – skłonił się w głębokim ukłonie pełnym sztywnej kurtuazji. – Życzę udanego wieczoru i przepraszam za kłopot – skłonił się raz jeszcze, a ja poszedłem w jego ślady.
Maiko niepewnie podeszła do blondyna i zajęła miejsce koło niego, kiedy my wyszliśmy z pokoju, zasuwając za sobą drzwi. Ruszyliśmy ciemnym korytarzem w stronę pokoju mamy.
- Dlaczego wziąłeś mnie ze sobą? – zapytałem.
- Pomożesz mi się ubrać – wyjaśnił; słysząc to z trudem przełknąłem ślinę. – Proszę wybaczyć najście – odezwał się kurtuazyjnie, wchodząc do pokoju mamy.
Niska kobieta w podeszłym już wieku siedziała na wielkiej skrzyni na środku swojego lokum. Jej proste kimono i włosy w nieładzie świadczyły o tym, że niezbyt dobrze zniosła wiadomość o przybyciu tak wysoko postawionego gościa.
- Wreszcie – kobieta sapnęła, odzywając się skrzekliwym głosem, jednocześnie posyłając skrzynię kopniakiem w naszą stronę. – Hiro – zaczęła groźnie – wszystko w twoich rękach. Cała reputacja mojego okiya spoczywa teraz na twoich barkach! – huknęła. – Jak coś spieprzysz, to osobiście przerobię cię na surimi! – wycelowała w niego długą fajką, którą nieprzerwanie ćmiła, wypuszczając z ust szary obłok dymu.
- To dla mnie zaszczyt – brunet skłonił się raz jeszcze.
- Daj już spokój – podeszła i trzepnęła go w ramię. Zmrużyła oczy, przyglądając się twarzy podopiecznego. Przesunęła dłonią po jego wciąż zaczerwienionym policzku. – Znowu Daan przywracał cię do rzeczywistości? – pokręciła głową z dezaprobatą. – Nie będę cię nawet pouczać. Przecież wiesz, co masz robić dużo lepiej niż ja – machnęła na nas ręką, dając nam znak, że możemy odejść.
Wynieśliśmy skrzynię, zanosząc ją do pokoju Hiro. Z ciekawości we mnie aż wrzało, więc pozwoliłem sobie uchylić wieko, aby sprawdzić zawartość skrzyni. W środku znajdowało się najpiękniejsze i najkunsztowniejsze kimono jakie kiedykolwiek widziałem.
- O dobry Buddo… - jęknąłem zachwycony.
- Pomórz mi to założyć.
Odwróciłem się w stronę mężczyzny, który właśnie zsuwał z siebie najbardziej wierzchnią warstwę hanfu. Delikatny materiał miękko upadł na podłogę, otaczając jego stopy niczym krwawa kałuża. Jego włosy były już rozpuszczone, a srebrna szpila tkwiła zaplątana gdzieś w połach zrzuconego ubrania. Stał przede mną w samej naga-juban (coś w rodzaju bielizny – taka długa, bawełniana halka noszona pod kimonem właściwym, takie jakby „krótsze kimono”, że tak to nazwę, które było wykonane najczęściej z cieńszego [lub na zimę grubszego] materiału, nierzadko również z gorszej jakościowo tkaniny; przypominam, że kiedyś mężczyźni nie nosili bokserek xD od aut.), a ja wpatrywałem się w niego jak zahipnotyzowany i nie mogłem się ruszyć. Był tak piękny…
Nawet żadne sprośności nie zagościły w mojej głowie – po prostu potrafiłem jedynie tam stać i wpatrywać się w niego, zachwycać się jego idealnym widokiem, który dobitnie wyrył się w moich wspomnieniach i zapewne będzie mi towarzyszył jeszcze podczas wielu bezsennych nocy.
- Takanori… - dopiero, kiedy po raz wtóry powtórzył moje imię, a ja przestałem się skupiać jedynie na ruchu jego warg, ale w końcu skupiłem się także na znaczeniu słów, które do mnie wypowiadał, ocknąłem się. Drgnąłem, przytomniejąc.
- Wybacz… - speszyłem się.
Ostrożnie sięgnąłem po kimono, którego kolejne warstwy pomagałem mu założyć. Przesuwałem dłońmi po jego ciele osłoniętym jedynie cienką warstwą materiału. Krążyłem wokół niego, oplatając jego talię pasem obi, przyglądając się przy tym jego ciału wręcz z nabożną czcią. Poprawiałem ciężki materiał kolejnych warstw ubrania, które wręcz wymownie i zachęcająco zsuwało się z jego ramion, muskając przy tym jego delikatną, gorącą skórę. Czułem jak moje serce zaczyna bić coraz szybciej. Zaschło mi w ustach. Nerwowo zagryzałem wargi z rosnącego podniecenia.
W końcu Hiro wsunął ręce w rękawy furisode (najbardziej eleganckie kimono dla panien, które charakteryzuje się bardzo długimi rękawami [od 100 do 107 cm] i wzorami, które zdobią cały materiał. Tak, ubrałam Hiro w kimono dla kobiet… ale skoro już zrobiłam z niego gejszę to chyba się nie obrazi, nie? xp od aut.). Biały materiał przetykany srebrną, połyskującą nicią kojarzył się z mieniącym się w słońcu, skrzącym śniegiem. Ubranie zostało przyozdobione wyszytym motywem błękitnych kwiatów oraz motyli w różnych odcieniach fioletu i granatu. Jego hebanowe włosy ostro kontrastowały z bielą stroju, jednak wyglądało to dobrze; nadawało mu swoistego uroku i sprawiało, że obserwator uważnie przyglądał się nawet najdrobniejszym ozdobom w jego ubiorze.
Brunet usiadł na podłodze, a ja zaraz za nim, mając przy sobie szkatułkę pełną misterne zdobionych kanzashi (spinek do włosów od aut.), grzebieni i szpil. Dokładnie czesałem każde pasmo, rozkoszując się wręcz aksamitną fakturą jego włosów. W końcu nie wytrzymałem i położyłem mu dłoń na karku, która szybko zsunęła się na jego bark, a następnie tors, wsuwając się między kolejne warstwy kimona.
- Co ty ro…? – urwał, kiedy naprałem na jego klatkę piersiową i zmusiłem go, aby odchylił się w tył, opierając plecami o moją klatkę piersiową. Był zdziwiony, zdezorientowany. Uniósł głowę, spoglądając na mnie szeroko otwartymi oczyma. Pogładziłem go po wciąż zaczerwienionym policzku; najwyraźniej Daan nie szczędził siły, kiedy wymierzył mu ten cios.
Nachyliłem się nad nim i pocałowałem czule.
- Daj sobie czasem pomóc – szepnąłem mu do ucha i uśmiechnąłem się pod nosem.
Mężczyzna poruszył ustami, jakby szykował się, żeby coś powiedzieć, jednak ostatecznie zamilkł. Wyciągnął szyję, wyginając się w moją stronę, żeby sięgnąć moich ust raz jeszcze, czym zainicjował salwę gorących pocałunków, którymi najpierw obdarowywałem jego usta, a następnie szyję. Jak już zdążyłem się zorientować, jego słaby punkt mieścił się tuż przy uchu, przy końcu żuchwy. Kiedy całowałem go w tym miejscu, pojękiwał cicho.
- Takanori… - westchnął, obejmując mnie mocniej za szyję, kiedy leżał już pode mną, a ja miałem tę przyjemność wsłuchiwać się w te urwane westchnięcia i jęki. – Nie powinniśmy… - wydusił z siebie.
- Wiem – przytaknąłem, nie przerywając pieszczot. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że potrzebna mu była taka chwila zapomnienia.
Nie mogliśmy niestety poświęcić sobie zbyt wiele czasu, gdyż oczekiwany gość z pewnością niedługo już się zjawi, dlatego też kiedy zabrakło nam tchu, oderwaliśmy się od siebie i wróciliśmy do przerwanych czynności. Hiro wywindował się do siadu i pozwolił mi zająć się swoimi włosami bez słowa. Między nami panowała cisza, jednak nie ona była uciążliwa – miała swoisty intymny, może nawet nieco urokliwy charakter, przez co nawet ona zdawała się smakować niczym zakazany owoc. Tak, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że to co robimy w ogólnym pojęciu jest złe. Miłość w Yoshiwarze – w dodatku jakby tego było mało między dwoma gejszami; między niedoścignioną tayū i zwykłą jorō… tej samej płci; gdyby ktoś się o tym dowiedział, z pewnością nie uniknęlibyśmy srogiej kary… ale kto by teraz myślał o konsekwencjach? Nigdy nie byłem lekkoduchem, dlatego nigdy też nie rozumiałem jak dla niektórych ludzi może liczyć się tylko „tu i teraz” – w tym momencie jednak to „tu i teraz” było dla mnie centrum wszechświata. Nie istniało nic innego. Byłem wręcz otumaniony, moje zmysły jakby stępiały przez niesamowity zapach bruneta. Jego lśniące, długie włosy przesypywały się między moimi palcami niczym delikatne nicie jedwabiu. Z zachwytem rozkoszowałem się ich aksamitną fakturą wplatając w nie palce i rozczesując je grzebieniem, jednocześnie od czasu do czasu składając krótki pocałunek na jego karku, to na ramieniu, które odsłaniałem z kunsztownego ubrania, a które on na przekór co chwila poprawiał.
W końcu jednak z pomocą kilku grzebieni, szpil i kanzashi upiąłem jego włosy w fryzurę ofuku (jest to jedna z fryzur noszonych przez gejsze – odpowiednie uczesanie zdradzało jej „etap” nauki. Ofuku jest zarezerwowane właściwie dla starszych maiko, ale wybrałam tę fryzurę głównie dlatego, że najbardziej mi się podoba i występowała we wszystkich hagamachi [dzielnicach gejsz]. Prawdę mówiąc jest jeszcze mnóstwo innych uczesań jak wareshinobu, osomemage, oshiyun, yuiwata ect., ale pozwolicie, że już pominę ich opisy. W każdym razie niektóre są niemal identyczne, ale nazywają się inaczej, bo występowały w innych hagamachi. Rozważałam jeszcze tylko maremage, gdyż jest to fryzura dla geiko powyżej trzydziestego roku życia, ale potem stwierdziłam, że nie zrobię Hiro takiego „starego” – pamiętajcie, że jesteśmy wciąż w XVIIIw., gdzie jednak wiek trzydziestu lat nie był uznawany już za taką znowu młodość od aut.). Następnie mężczyzna przeszedł do makijażu shironuri (czyli ten charakterystyczny dla gejsz biały makijaż mający początek w epoce Heian od aut.). Szczególnie uważnie przypatrywałem się jego ruchom, kiedy malował usta, które całe zostały starannie pomalowane na czerwono, co zdradzało jego doświadczenie (młode maiko mogły malować jedynie część dolnej wargi; starsze maiko część dolnej i górnej wargi, młode geiko prawie cały wykrój ust, natomiast doświadczone geiko całe usta – małe usta w Japonii uchodziły niegdyś za atrybut piękna. Ponad to małe usta gejszy miały być obrazem tego, że owa gejsza nie zdradzi powierzonych jej sekretów od aut.), czego jednak wcześniej nie robił. Kiedy pierwszy raz go spotkałem miał pomalowaną jedynie dolną wargę, zupełnie tak jakby specjalnie chciał ukryć się ze swoim doświadczeniem. Mało tego, dotarło to do mnie dopiero teraz, że Hiro na co dzień zazwyczaj nie wykonuje makijażu.
- Jesteś w końcu jikata czy tachikata gejszą (jikata to gejsze, które się nie malują, nie noszą zdobnych strojów; zajmują się głównie grą na instrumentach i śpiewem, ale zazwyczaj nie zabawiają gość, gdyż brak im z nimi obycia. Z kolei tachikata to gejsze artystki, które zaczynają swą karierę dużo szybciej; zostają maiko już w wieku kilku lat. Od tachikaty wymaga się, żeby potrafiła tańczyć oraz grać na instrumencie innym niż shamisen. Musi być także bardzo piękna. Tachikata, która nie wyrośnie na zdolną tancerkę stara się zostać mistrzynią swojego instrumentu od aut.)? – zapytałem w końcu, przerywając ciszę.
- Hm? – brunet odłożył niewielkie lusterko, w którym się przeglądał i spojrzał na mnie zdziwiony. – Co to za pytanie?
- Jesteś mistrzem tańca, gry i śpiewu, jesteś artystą, ale zazwyczaj nie nosisz makijażu ani nawet odpowiedniej fryzury (przypominam, że nigdzie wcześniej nie pisałam jakoby Hiro chodził w tradycyjnym uczesaniu tylko raczej jakiejś „własnej wariacji” byle tylko mu włosy nie leciały do oczu xD ; na ogół nosił jednak bardzo proste fryzury, do których upięcia służyły mu jedynie szpile do włosów od aut.). No i oszukujesz trochę z ustami… - mruknąłem znacznie ciszej.
- Ach, a więc o to ci chodzi – zaśmiał się. – Trochę się odmładzam – zachichotał pod nosem.
- Co? – zdziwiłem się. – To ile ty masz lat? – mój rozmówca nie odpowiedział. Uśmiechając się złośliwie, wrócił do poprawiania makijażu. – A mogę przynajmniej wiedzieć dlaczego nie nosisz zazwyczaj makijażu?
- Bo nie lubię go wykonywać – wyznał. – Poza tym jest dość uciążliwy i rzucam się przez niego w oczy… wolę tego raczej unikać, jak wiesz – posłał mi słaby uśmiech.
- Ach tak… - mruknąłem.
- Nie zamartwiaj się tak – szturchnął mnie w bok. – Idź już. Będziesz musiał przywitać gościa wraz z resztą gejsz z naszego okiya. Niedługo do was dołączę – popchnął mnie w kierunku wyjścia.
- D-dobrze… - odezwałem się niepewnie. Miałem dziwnie, niepokojące przeświadczenie, że stanie się coś złego, dlatego nie chciałem opuszczać Hiro, ale wiedziałem, że sprzeciwianie się mu to czysta głupota. Poza tym wciąż nie wiedziałem, co miało pójść źle; nie miałem żadnych konkretnych podejrzeń…
Zszedłem po schodach, znajdując się w pobliżu wewnętrznego dziedzińca domostwa. Minąłem go i przeszedłem wąskim korytarzem do przedsionka, gdzie swoje stałe miejsce zazwyczaj zajmowały dwie geiko wabiące nowych klientów, podczas gdy teraz stali tu wszyscy mieszkańcy naszego geisha-ya… no oprócz Hiro. Wbiłem się w mały tłumek witający właśnie przybyłego daimyō.
- Cóż tak znamienity gość robi w moich skromnych progach? – zaskrzeczała mama, gnąc się w ukłonach. Wszyscy poszli w jej ślady i również się skłonili.
- Wracając z dworu Ienariego Tokugawy (ówczesny shōgun od aut.) postanowiłem w końcu zobaczyć te osławione gejsze z Yoshiwary – usłyszałem zimny, wyrachowany głos, jednak nie mogłem zobaczyć jego właściciela, gdyż znajdowałem się na końcu „tłumku” gapiów.
- Ah tak, mamy tu wiele uzdolnionych gejsz…
- Nie obchodzą mnie te tanie kurtyzany – właściciel ziemski ostro przerwał mamie, obrażając przy tym zbiorowisko. – Chcę zobaczyć gejszę odpowiednią dla mojego stanu – powiedział twardo.
Skoro był u shōguna, to znaczy, że miesza się do polityki, co jest rzeczą oczywistą, jednak bardziej martwiło mnie samo miejsce jego pobytu niż fakt, że miał coś wspólnego z shōgunatem. Fakt, że tak wysoko postawiona szlachcic, który osiągnął tytuł daimyō przyjeżdża do Edo a nie do Kitoto daje do myślenia – może świadczyć o tym, że Tokugawie w istocie udało się przenieść życie polityczne na swój dwór, co nie jest dobrą informacją ani dla mnie, ani tym bardziej dla bruneta. Co więcej martwiło mnie jego zachowanie. Tak bardzo naciskał na spotkanie z Hiro… a co jeśli ma jakieś powiązania z Chińczykami? Obawiałem się, że to spotkanie mogło się okazać dla mojego nauczyciela felerne…
Moje czarne myśli zostały przerwane przez ten charakterystyczny dźwięk towarzyszący rozsuwaniu drzwi. W progu przejścia prowadzącego do głównej sali stał Hiro zgięty w głębokim ukłonie.
- Wybacz, daimyō-sama, że musiałeś na mnie czekać – gestem ręki zaprosił go do środka.
Gość ruszył w kierunku bruneta. Kiedy odchodził, mogłem dostrzec jedynie jego wysoką, smukłą sylwetkę okrytą prostym, czarnym kimonem oraz niemniej czarne, długie, rozpuszczone włosy, które sięgały niemal do lędźwi właściciela. Jakby wyczuwając na sobie moje ostre spojrzenie wbijające się w jego plecy, odwrócił się na moment w moją stronę, dzięki czemu mogłem dostrzec jego twarz. Jego cera była wręcz chorobliwie blada, jednak bystre, czujne, a przede wszystkim lodowate spojrzenie jego czarnych, bezdennych oczu nie zdradzało, jakoby trawiła go choroba. Przy jego spojrzeniu nawet wzrok Hiro wydawał się być ciepły i przychylny. Coś nie pasowało mi w tym szlachcicu… Wzbudzał we mnie strach.


Jeśli ktoś ma wzrok gorszy niż Hiro, to jest naprawdę źle…

"Nowy Świat" cz.10

Wybaczcie, że tak długo nie dodawałam tego opowiadania, ale najzwyczajniej w świecie zajęłam się "Geisha no Furin" tak bardzo, że... troszkę mi się o nim zapomniało... Poza tym ze względu na utraconego pendrive straciłam aż trzy części "Nowego Świata", a jak już wiecie nienawidzę pisać dwa razy tego samego, więc...
A zresztą co się będę żalić - grunt, że jest nowa część i tyle :) Na specjalne życzenie anonima...

„Nowy Świat” cz.10
Długie przypomnienie:
Nadawca nie podpisał się, jednak nie ulegało wątpliwościom, że tylko jedna osoba mogła zaadresować do mnie podobny list – Crena. (…)

Przesunąłem palcem wskazującym po pierścieniu, który wsunąłem na palec serdeczny drugiej ręki. (…) Cóż, skoro Ochida chciał nie dopuścić do mojego spotkania z Creną, będzie musiał za to zapłacić. Nie chciał, żebym się z nim spotykał? – no to teraz w dodatku będzie go znosił we własnym domu. (…)

Stałem osłupiały w drzwiach własnego mieszkania i nie mogłem uwierzyć w to, kto stoi po drugiej stronie ich progu.
- A więc ten prezent był od ciebie, Hiro? – wydusiłem z siebie niepewnie, spoglądając na wokalistę Nocturnal Bloodlust, jakby był z innej planety.
- Spodziewałeś się kogoś innego? – próbował się uśmiechnąć, choć i tak łatwo dało się zauważyć, że poczuł się niezręcznie. (…)

- Nie zamykasz oczu podczas pocałunku? – [Hiro] zapytał szeptem, uśmiechając się delikatnie.
- Zamykam… - odpowiedziałem równie cicho i pozwoliłem sobie przymknąć powieki. (…)

Daisuke odpowiedział mi złowieszczym uśmiechem; sam diabeł w tej chwili mógłby się go przestraszyć, ale nie ja. To wszystko zabrnęło już znacznie za daleko.
- W takim razie… – wzmocnił uścisk na mojej koszulce, jednocześni łapiąc za ubranie także drugiego muzyka, który jak do tej pory skołowany jedynie przyglądał się naszej kłótni. Używając nadludzkiej siły, której dostał w napadzie furii, wywlekł nas z pokoju, a następnie z mieszkania - …to ja cię pożegnam – na odchodnym uśmiechnął się przesłodko, by chwilę potem trzasnąć mi drzwiami tuż przed nosem, tak mocno, aż futryna zadrżała. Usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Cholera… a ja akurat tych pieprzonych kluczy przy sobie nie miałem… (…)

Wszedłem do już tak dobrze mi znanego obszernego hallu urządzonego w kiczowatym stylu. Szklane drzwi kłapnęły za mną głośno. Na ten dźwięk Genshō wychylił się zza zielonkawego kontuaru. Spojrzał na mnie ciekawsko.
- Nie, nie, ja nie do pracy – pokręciłem głową, podchodząc do niego. – Właściwie to mam do ciebie pewną prośbę – blondyn spojrzał na mnie wyczekująco, jak zwykle milcząc uparcie. (…) – Czy możesz sprawdzić, w którym pokoju zatrzymał się niejaki Crena Ketsueki? I czy już się zameldował? (…)
- Dwadzieścia trzy – mruknął cicho.
- Dzięki – posłałem mu słaby uśmiech. – Jestem twoim dłużnikiem. (…)

- Wiem, że to może nie jest najodpowiedniejszy moment, ale pamiętasz o tym, co mi obiecałeś? – [Crena] uśmiechnął się delikatnie.
Skinąłem głową. Wyprany z wszelkich emocji przysunąłem się do niego jeszcze bliżej i nachyliłem się nad nim, by złożyć na jego ustach delikatny pocałunek. Brunet pozostawał bierny, czekając, aż zrobię coś więcej. Z czasem zaczynałem całować go coraz namiętniej, łączyłem nasze wargi w coraz dłuższych pocałunkach, które stawały się również coraz bardziej pewne. W końcu przesunąłem językiem po jego ustach, na co chłopak uchylił je w zapraszającym geście. Nasze języki splotły się na pograniczu naszych ust, a mnie zalała dziwna fala ulgi i rozkoszy, którą przyniosła ze sobą świadomość, że Crena w końcu się zaangażował. To było naprawdę trudne całować kogoś, kiedy ten zdaje się cię ignorować… Jest to bardziej bolesne niż to, gdyby odtrącił mnie w otwarty sposób… (…)

[Daisuke]
- Lubiłem go? - odezwałem się w końcu, kiedy blondyn był już na korytarzu. – Tak, masz rację… I chyba to przeraziło mnie najbardziej… - uśmiechnąłem się do siebie niewesoło.


- Jesteś moim dłużnikiem, tak? – odezwał się Genshō w ten charakterystyczny dla siebie, nieprzyjemny sposób. – Sam tak powiedziałeś.
- Prawda, przecież nie przeczę, jednak… - zająknąłem się. – Nie wiem czy dobrze się zrozumieliśmy… Owszem, jestem ci wdzięczny za to, że powiedziałeś mi, w którym pokoju zatrzymał się Crena, mimo iż jest to w praktyce informacja poufna, jednak…
- Jednak? – naciskał.
- …jednak nie myślę, żebyś ze względu na to mógł wymagać ode mnie czegoś takiego – dokończyłem niepewnie.
Ryūdōin usiadł na blacie szafki naprzeciw mnie i wbił we mnie miażdżące spojrzenie błękitnych oczu o czarnych białkach. Wpatrywał się we mnie tak uporczywie, przy czym miałem nieprzyjemne wrażenie, że w jakiś niewyjaśniony sposób molestuje moją duszę…
Sprawa miała się tak – Daisuke wyrzucił mnie z domu tak jak stałem, więc nie miałem przy sobie właściwie nic. Hiro proponował mi, abym zatrzymał się u niego, ale… zwyczajnie nie mogłem. Nie obwiniałem go o to, że to przez niego Ochida mnie wyrzucił To nie była jego wina. Dai jest po prostu niezrównoważony – po dłuższym zastanowieniu doszedłem nawet do wniosku, że może to i lepiej, że nasze drogi się rozeszły. Nie wiadomo na co jeszcze „wspaniałomyślnie” ten choleryk mógłby wpaść, a ja wolałem raczej zachować pełnię zdrowia fizycznego jak i zarówno psychicznego, co przy nim mogłoby się okazać zadaniem niemożliwym do wykonania. Kiedy spoglądałem w te smutne oczy wokalisty Nocturnal Bloodlust ściskało mnie za serce; źle się czułem… Zawiodłem go już na samym początku, kiedy tylko się zjawił, gdyż uznałem, że adresatem anonimowego listu wraz z podarunkiem, którym był pierścień z topazem, jest Crena, co niestety łatwo było wywnioskować po moich zachowaniu. Brunet pewnie teraz obwiniał się za to, co się stało… Mało tego nawet nie chcę zgadywać, co sobie o mnie pomyślał, gdyż kiedy mnie całował tuż nad prawym obojczykiem zauważył malinkę, którą zostawił mi Hideto Takarai (Hyde), u którego pracowałem „aż” cały jeden dzień jako prywatna niańka do dzieci… i erotyczna zabawka… No i jeszcze to, kiedy Daisuke wspomniał o tych moich rzekomych „seks-przyjaciołach”… Boję się, że Hiro naprawdę mógł pomyśleć, że jestem łatwy…
Ostatnią noc spędziłem u Creny, który zatrzymał się w hotelu, w którym pracowałem. Chłopak pozwolił mi zostać u siebie tak długo, jak długo zamierzał zostać w Tokio – jednak było to tylko półtora tygodnia. Na półtora tygodnia miałem zapewniony dach nad głową; ale co dalej? Co miałem zrobić po upływie tego czasu? Ketsueki proponował mi, żebym wyjechał razem z nim do Fukanaki, jednak ja nie chciałem opuszczać stolicy. Niby nic mnie tu nie trzymało, a jednak…
No i w tym właśnie oto momencie pojawia się Genshō, mój przerażający współpracownik i zmiennik na recepcji, ze swoją wspaniałą propozycją. Rano zszedłem do recepcji, gdzie zająłem swoje stałe miejsce za kontuarem, gdyż mimo iż znów byłem bezdomny, to wciąż miałem pracę, której nie mogłem porzucić (dobrze, że chociaż uniform zostawiłem na zapleczu, więc mogłem się przebrać). Wtem blondyn wyskoczył niczym diabeł z pudełka nakłaniając mnie, a właściwie wyrażając swoją despotyczną chęć przyjęcia mnie pod swój dach. Twierdził, że mieszka z dwoma współlokatorami, jednak jeden z nich postanowił wrócić do domu i zostawił pozostałych dwóch na lodzie, przez co chłopcy szukają ponownie trzeciego towarzysza, który mógłby płacić swoją część czynszu i rachunków. Jakby nie patrzeć, można by powiedzieć, że Ryūdōin ze swoją propozycją przyszedł mi niczym zbawienie, jednak… mieszkanie z Genshō… Na samą myśl aż się wzdrygnąłem. Ten chłopak był naprawdę specyficzny, dziwaczny, nawet przerażający momentami… a ja miałbym go znosić siedem dni w tygodniu i to w dodatku non stop? – nie dość, że w pracy, to także w domu? To chyba lekkie przegięcie… W dodatku skłamałbym, gdybym powiedział, że nie obawiałem się także tegoż drugiego współlokatora. Cóż, zapewne musiał być podobnie szurnięty, skoro znosił blondyna i  w dodatku z nim mieszkał. Co prawda nie usłyszałem o nim jeszcze ani słowa, ale opierając się na prostej dedukcji mogłem wywnioskować, że pod wpływem chwili i nierozważnie wypowiedzianych kilku słów mogłem zapisać się na własne życzenie do domu wariatów, co mogło się skończyć dla mnie niekoniecznie optymistycznie…
Life is brutal…
- Genshō, proszę, daj mi się jeszcze nad tym zastanowić, dobrze? – spojrzałem na niego błagalnie.
- Nie. Chcę wiedzieć teraz -  wycharczał.
- Genshō… - jęknąłem, jednak nie ośmieliłem się kontynuować pod naciskiem jego miażdżącego spojrzenia, które zdawało się wbijać mnie w obrotowy fotel. Wpatrywał się tak we mnie niemal bez mrugnięcia okiem. Nie wiem dlaczego, ale w tej chwili aż do złudzenia przypominał mi drapieżnika czatującego na swoją ofiarę… Przełknąłem głośno ślinę.
Westchnąłem ciężko.

***

- I „wyślij”… - mruczałem pod nosem, wypełniając kolejny formularz.
Cóż, postanowiłem na wszelki wypadek zablokować swoje karty płatnicze i kredytowe oraz czekać na wydanie nowych niż pozostawić je na pastwę Ochidy. Może to już lekka przesada, gdyż sam wątpiłem, żeby muzyk znał piny do moich kart, ale… ale nigdy nic nie wiadomo. To jest Daisuke – po nim nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać, więc lepiej się zabezpieczyć. Tak, wiem, zabrzmiało to nieco dwuznacznie… ale co, czy odnośnie spraw seksualnych nie jest podobnie? Nawet w związku homoseksualnym lepiej się zabezpieczyć; tak żeby mieć pewność…
Tak, troszkę odbiegłem od tematu…
A więc zastrzegłem karty, a teraz właśnie zabrałem się za wypełnianie zgłoszenia, na podstawie którego mieliby mi wydać nowe dokumenty, kiedy nagle usłyszałem to charakterystyczne, głośne kłapnięcie szklanych drzwi i szybkie kroki. Wychyliłem się zza zielonkawego kontuaru recepcji, aby powitać gościa, kiedy wtem zorientowałem się, kim był nowoprzybyły.
- Saitou? – zdziwiłem się. – Co ty tu robisz?
- Alex! – krzyknął płaczliwie, podbiegając do mnie. Gdyby nie kamienny blat, który nas dzielił, z pewnością rzuciłby się na mnie. – Bałem się, że cię tu nie znajdę! – odetchnął z ulgą, kładąc na kontuarze sportową torbę. – To twoje rzeczy, które udało mi się zabrać – wyjaśnił. – Ładowarki, laptop, dokumenty, pieniądze, parę ubrań, które były w suszarce i których Dai nie zdążył jeszcze wyrzucić… - znacząco ściszył głos. – Wiem, że to stosunkowo niewiele, ale…
- Dziękuję – przerwałem mu, uśmiechając się promiennie. – Naprawdę dziękuję – zgarnąłem torbę, jednocześnie zamykając stronę z nieukończonym formularzem. – Nawet nie wiesz jak mi to w tej chwili pomogło – nachyliłem się nad blatem, chcąc go objąć po przyjacielsku, ale ten się odsunął. Przebierał nerwowo w miejscu, co chwila rzucając niepewne spojrzenie w stronę wejścia.
- Ja… - zająknął się. – Ja tak bardzo cię przepraszam! – wykrzyknął, kłaniając się głęboko. – Tak mi przykro! Nawet nie umiem wyrazić tego, jak bardzo mi cię teraz szkoda! – ciągał płaczliwie nosem. – Wybacz mi za to, że nawet nie potrafię cię godnie przeprosić, ale muszę się spieszyć – ciągnął pospiesznie. – Daisuke co wieczór kręci się w tych okolicach i jak mnie złapie… - jęknął. – Zabronił mi się z tobą spotykać, ale przecież nie mogłem cię tak bez niczego zostawić!
- Uspokój się, Saitou, przecież to nie twoja wina. To nie od ciebie oczekuję przeprosin – wtrąciłem.
- Ale… - zagryzł wargi. Widać było, że ledwo powstrzymuje się przed wybuchnięciem płaczem. – Masz chociaż gdzie się podziać?
- Znajomy zaproponował mi, żebym się u niego zatrzymał – mruknąłem niechętnie. – Nie martw się o mnie. Jakoś sobie poradzę… - zmusiłem się do uśmiechu, jednak po minie nastolatka wnioskowałem, że nie dał się na to nabrać i nie wierzył w moje słowa tak samo jak i ja sam.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy… Wybaczysz mi kiedyś? – jęknął żałośnie.
- Nie jestem na ciebie zły – pacnąłem go po głowie. – Nie na ciebie – zaśmiałem się pod nosem. – Lubię cię, Saitou – wyznałem. – Też mam nadzieję, że jeszcze będziemy się widywać. Blondyn znów obrócił się w stronę drzwi.
- Ulżyło mi, słysząc te słowa z twoich ust – jego kąciki ust delikatnie uniosły się w bladym półuśmiechu. – Muszę już iść. Nie chcę natknąć się na Daisuke – spojrzał na mnie badawczo.
Skinąłem głową, pozwalając mu odejść. Doskonale rozumiałem jego sytuację i strach. Ochida pewnie w ostatnim czasie zachowuje się niczym burza gradowa, którą nieszczęsny Ito musi przeczekać. Byłem mu bardzo wdzięczny za to, że przyniósł mi moje rzeczy, przy czym przecież i tak wystarczająco ryzykował na narażenie się na gniew tego cholernego tetryka – przynajmniej dzięki temu zaoszczędzę na wydatkach i będę mógł jako-tako normalnie znów funkcjonować.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Naprawdę dobry był z niego dzieciak… Szkoda, że trafił mu się taki paskudny opiekun.
Niemniej bardzo zainteresowało, a właściwie zaniepokoiło mnie to, co powiedział Saitou o wokaliście Kagerou – to, że kręci się wieczorami w pobliżu mojego miejsca pracy. Czyżby specjalnie szukał zwady? Krążył po okolicy, szukając mnie, aby następnie udać, że to jedynie „niefortunny przypadek”, iż się spotkaliśmy i rozpocząć nową kłótnię? Czy ten człowiek naprawdę nie potrafi żyć w spokoju; wiecznie musi siać chaos, terror i niezgodę? Jakieś dziwne hobby czy jak?
Nim zdążyłem znaleźć odpowiedzi na te pytania, drzwi otworzyły się raz jeszcze, a chwilę potem w hallu pojawił się władca ciemności, a teraz także mój nowy współlokator. Genshō w swoim czarnym, gotyckim płaszczu i ciemnych okularach przeciwsłoneczny, które wciąż figurowały na jego nosie, pomimo późnej już pory, wyglądał niczym kiepski aktor grający wampira w niskobudżetowym filmie, jednak prawdziwie mroczna aura, którą rozsiewał wokół siebie i ostre spojrzenie jego przenikliwych oczu zza przyciemnianych szkieł powstrzymywało mnie od wyśmiania go, gdyż domniemałem, że mogłoby się to dla mnie skończyć niefortunnie… na przykład utratą głowy, do której, jakby nie patrzeć, jestem przywiązany i jednak chciałbym, aby została na swoim aktualnym miejscu.
Ryūdōin spojrzał na mnie wymownie, jak zwykle unikając rozmowy, kiedy tylko jest to możliwe. Z trudem podniosłem się z wysłużonego fotela obrotowego i chwyciłem torbę przyniesioną przez nastolatka.
- Daj mi chwilę. Tylko się przebiorę – mruknąłem, kierując się w stronę zaplecza. Blondyn skinął głową, równie wymownie wskazując na swój zegarek na przegubie. Czy on mi wyznaczał jakiś deadline, czy jak?
Przebrałem się z uniformu w swoje zwyczajne ubrania i podszedłem do mojego współpracownika, równając z nim krok.
- Więc gdzie jedziemy? Właściwie to jeszcze nic mi nie powiedziałeś o tym mieszkaniu… - zauważyłem.
- Uchi-Kanda – rzucił zwięźle i tyle było naszej rozmowy.
Czasem to, że się nie odzywał było istnym zbawieniem, jednak o wiele częściej było to zwyczajnie irytujące. Zdawało mi się nieraz, że Genshō robi to specjalnie, żeby mnie zdenerwować – co nie powiem, wychodziło mu perfekcyjnie.
Na tym świecie nie ma dobrych Samarytan. Właśnie jechałem z władcą Mordoru do jego „siedziby zła”, jak określałem jego mieszkanie w myślach, właściwie nie wiedząc nawet, czego się spodziewać. Nie miałem, gdzie się podziać. Byłem pod kreską, o czym mój nowy współlokator doskonale wiedział i zdawał się to po mistrzowsku wykorzystywać. Na własne życzenie jechałem teraz do domu wariatów. Spekulowałem, że Ryūdōin doskonale wiedział, że nigdy nie zgodziłbym się z nim zamieszkać, gdybym nie był do tego zmuszony. Cóż, mogłem z nim pracować, mogłem go tolerować, ale tym, co zawsze mnie pocieszało, kiedy wkurzał mnie już do granic możliwości było to, że zaraz wrócę do domu i nie będę musiał go oglądać – tym razem zostałem pozbawiony tej pociesznej myśli. Odnosiłem dziwne wrażenie, że blondyn znęca się nade mną psychicznie podobnie jak i Daisuke, jednak robił to w bardziej dyskretny, wysublimowany sposób, jeśli mogę się tak wyrazić.
Podpisałem cyrograf z diabłem, za co z pewnością przyjdzie mi srogo zapłacić – ach, przewrotny losie, nic mnie nie oszczędzasz! Jak tak dalej pójdzie to wywiozą mnie w białym kaftanie stąd…
…gdziekolwiek to „stąd” miałoby się mieścić…
Oprócz ogólnej lokalizacji, którą rzucił mi chłopak dopiero przed chwilą, nie wiedziałem o jego „siedzibie zła” nic konkretnego. Ile ma pokoi? Czy będę musiał z kimś dzielić sypialnię? Jaki jest ten drugi współlokator? To, że nie jest normalny, to już wywnioskowałem, ale co dalej? Jakie są jego odchyły od normy? Czy w ogóle został poinformowany o tym, że będę z nimi mieszkał? A nawet jeśli już o tym wiedział, to jak był do tego ustosunkowany?
Całą drogę spędziłem na podobnych rozmyślaniach, taszcząc na jednym ramieniu mój znacznie uszczuplony dobytek. Dodam, że droga była naprawdę długa i obejmowała wiele przesiadek, co było już dla mnie dużym uniedogodnieniem, ale wolałem o tym nie wspominać chłopakowi. Przezorny, zawsze ubezpieczony… Im mniej się skarżysz, tym lepiej ludzie cię postrzegają.
W końcu dotarliśmy do dość dużego blokowiska, które nie wyróżniało się od wszystkich innym osiedli niczym nadzwyczajnym. Weszliśmy na klatkę schodową, przy czym Genshō podyktował mi kod policyjny do domofonu i zaprowadził pod odpowiednie drzwi.
Spodziewałem się zobaczyć wszystko – od zwłok zalegających w przedpokoju po wielki kocioł wiszący nad paleniskiem w kuchni, z którego wyglądałaby na mnie dziwna mieszanina rodem z opisu z „Makbeta” – tu jakieś skrzydełko nietoperza, tam udko żabki, oko tarantuli… Ale ku mojemu zdziwieniu niczego podobnego nie zastałem. Ot po prostu weszliśmy do wąskiego korytarza, w którym mieścił się jedynie wieszak na kurtki i półki na buty. Blondyn oprowadził mi po swojej „siedzibie zła”, która wcale w żaden sposób „siedziby zła” nie przypominała. Nie była to ciasna klitka z jednym małym okienkiem niczym szczelina strzelnicza w bunkrze, ale za to ładne, dość sporych rozmiarów mieszkanie. Wszędzie było jasno i czysto, nawet nie dało się nic wyczuć aury „mroku”. Mało tego, Ryūdōin w jednej chwili przestał wydawać się tak straszny i mroczny w tym przyjaznym otoczeniu.
Jak się okazało, na całe szczęście, znów dostałem własną sypialnię. Był to nieco mniejszy pokój niż ten, który zajmowałem u Daisuke, ale wciąż nie mogłem powiedzieć, żeby był ciasny. Mieściło się tu proste, dwuosobowe łóżko z jasną, kremową pościelą, która ładnie komponowała się z jasnożółtymi ścianami. Pod dużym, kwadratowym oknem, które stanowiło większą część ściany naprzeciw wejścia stało biurko wykonane z jasnego drewna, a do kompletu tuż obok pusty regał, komoda i szafa. Na podłodze wyłożonej również jasnymi panelami podłogowymi leżał mały, jasnozielony dywan, a na nim z kolei biały, puszysty kociak. Wszystko tu było jasne, wręcz słoneczne. Ten pokój był dużo jaśniejszy od tego, który został mi przydzielony ostatnio.
- Och… - wyrwało mi się, kiedy rozglądałem się po pokoju z zachwytem. Było tu tak jakoś… ciepło? Ale nie w sensie takowym, że panowała tu wysoka temperatura; było tu po prostu… przytulnie. Choć po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że nawet samą „siedzibę zła” mógłbym nazwać przytulnym miejscem, o ile nie będzie tam Ochidy. – Naprawdę tu ładnie – skwitowałem z uśmiechem, odkładając torbę na łóżko i zgarniając z podłogi kota, który spojrzał na mnie nienawistnie zaspanymi ślepiami.
- Cieszę się, że ci się tu podoba – chłopak podszedł do mnie i odebrał mi zwierzę. – To kot naszego byłego lokatora. Wabi się Noroi – wyjaśnił. – Szczególnie upodobał sobie ten pokój, więc pewnie często będzie tu przesiadywał. Nie przeszkadza ci to? Nie jesteś uczulony na koty? – upewnił się.
- Nie, nie jestem – pogłaskałem kota raz jeszcze. – Ale… dlaczego Noroi (jap. klątwa od aut.)? – wydawało mi się być to trochę dziwne imię dla pupila…
- Nie wiem – wzruszył ramionami. – Nie ja wybierałem mu imię – wypuścił kota na korytarz. – Rozpakuj się w spokoju i… czuj się jak u siebie – rozłożył ręce. – W końcu od dzisiaj jesteś u siebie.
Uśmiechnąłem się pod nosem słysząc te słowa. W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób, podbudowały mnie, mimo iż w istocie były jedynie stwierdzeniem oczywistego faktu.
- Dziękuję – uśmiechnąłem się szerzej. Chłopak skierował się do wyjścia. – A, Genshō? – blondyn raz jeszcze spojrzał w moim kierunku. – Co z tym drugim lokatorem? – zapytałem dość niepewnie.
- Z Karmą? – wydawało się, jakby całkiem o nim zapomniał. – Nie przejmuj się nim. Karma jeszcze nie wrócił, więc poznacie się dopiero później.
- Ach… - odetchnąłem z ulgą. – Um… Genshō…?
- Tak? – sapnął, widocznie poirytowany ciągnięciem tak długiej dla niego rozmowy.
- Dlaczego zaproponowałeś właśnie mi, abym się tutaj wprowadził? To ładne mieszkanie, ładna okolica… pewnie byłoby dużo chętnych… - Ryūdōin spoglądał na mnie zdziwiony przez dłuższą chwilę. Zamrugał kilkakrotnie, jakby ocknął się z letargu i spuścił wzrok na podłogę, po czym nie odpowiadając mi w żaden werbalny ani niewerbalny sposób po prostu wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi. – Dziwne… - mruknąłem do siebie. Z tego wszystkiego wydawało mi się, że to pytanie będzie dla niego najłatwiejsze…

***

Pierwsza noc spędzona w nowym miejscu nigdy nie należała dla mnie do łatwych. Czułem się nieswojo i jakoś nie na miejscu, mimo iż łóżko było wygodne, a zapach drewna, unoszący się w powietrzu za sprawą wciąż nowych mebli, należał do jednych z tych przyjemniejszych. Nawet Noroi ułożył się w tak odpowiedni sposób, że swoim drobnym ciałkiem grzał moje zmarznięte stopy.
Nie mogłem zasnąć, mimo iż byłem już naprawdę zmęczony. Leżałem więc i wpatrywałem się w światła reflektorów samochodowych, które ślizgały się po ścianach mojego nowego pokoju, wpadając do niego przez niedokładnie zaciągnięte zasłony. Czas dłużył mi się niemiłosiernie, a kiedy już w końcu zdawało mi się, że zaczynam zapadać w sen, czemu towarzyszyło błogie odrętwienie i spokój, po mieszkaniu rozległ się nieprzyjemny, głośny dźwięk. Brzmiało to tak, jakby ktoś ciągnął łańcuchy po ziemi… Drgnąłem na tę myśl, zdjęty nieprzyjemnym, elektryzującym dreszczem.
Nie to, żebym naprawdę podejrzewał mojego współpracownika czy jego znajomego o jakieś niemoralne czyny rodem z horroru, jednak ten przenikliwy dźwięk roznoszący się w środku nocy był po prostu na tyle sam w sobie nieprzyjemny, że moją skórę pokrył gęsia skórka. Z początku próbowałem to zignorować, jednak było to trudne, szczególnie ze względu na to, że dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy, co wiązało się z tym, że jego źródło zbliżało się do drzwi mojego pokoju. Poczułem się niczym jak w filmie – zdjęta strachem dziewica czekająca w łóżku na seryjnego mordercę – nie, to wcale nie jest śmieszne; w tamtym momencie naprawdę nie było mi ani trochę do śmiechu!
Owe źródło tegoż dźwięku zatrzymało się na chwilę przed moimi drzwiami, a następnie znów ruszyło korytarzem, oddalając się. Przełknąłem głośno ślinę, biorąc głębszy oddech.
Leżałem tak kolejną długą chwilę, nim w końcu odważyłem się wstać i sprawdzić, co wydawało z siebie ten okropny dźwięk. Kiedy się podnosiłem ponownie zostałem obrzucony spojrzeniem pełnym dezaprobaty ze strony kota, którego obudziłem, zabierając mu poduszkę w postaci moich własnych stóp. Niepewnie ruszyłem w kierunku drzwi, a następnie salonu, z którego dochodził blask światła. Zajrzałem do pomieszczenia, jednak było ono puste.
- Obudziłem cię? – nagle doszedł mnie głos zza moich pleców. Drgnąłem wystraszony, momentalnie się obracając. – Wybacz, że cię wystraszyłem – za mną stał niski chłopak o czarnych, asymetrycznie ściętych włosach. Miał mocny makijaż wokół jednego oka, w którym znajdowała się kolorowa soczewka o różowej tęczówce. Drugie oko przysłonięte miał przepaską. Ubrany był w typowo visualowy strój pełen pasków, sprzączek, koronek i dodatkowych materiałów, które wyglądały jakby zostały porwane. W ręku trzymał szklankę z wodą. – Jestem Karma – przedstawił się.
- Alex – wyciągnąłem rękę w jego stronę. – Miło mi cię poznać – przeczesałem palcami włosy w nerwowym geście.
- Więc to ty jesteś tym nowym współlokatorem… - mruknął niskim, nieco nosowym głosem. – Miło, że zgodziłeś się z nami zamieszkać – skinął mi głową i wyminął mnie, kierując się w stronę kanapy. – Wybacz, że cię obudziłem. Zapewniam, że nie zrobiłem tego celowo. Mam za długie nogawki spodni – wskazał na własne spodnie, których końce w istocie przydeptywał. Zwieńczone były metalowymi łańcuszkami i klamrami – dlatego kiedy chodzę, jestem dość głośny.
- Właściwie to… dlaczego jeszcze nie śpisz? Jest już bardzo późno – zauważyłem.
- Cierpię na bezsenność – wyznał. – Nocami podkradam Genshō tomy poezji i czytam książki.
- Genshō… i tomy poezji? – zdziwiłem się.
- Nie wiedziałeś? Genshō bardzo lubuje się w haiku – wyjaśnił. – Też lubię je czytać. Czasem się nimi wzoruję.
- Jesteś poetą? – dociekałem, dosiadając się do niego.
- Nie, muzykiem – sprostował.
- Grasz w zespole?
- Owszem.
- Jak się nazywa twój zespół?
- AvelCain.
- Um… Wybacz, nie słyszałem nigdy tej nazwy… - spojrzałem na niego niepewnie.
- Nie musisz mnie za to przepraszać – odparł niewzruszony.
Zgarnął ze stolika lekturę i ponownie zaczął wodzić wzrokiem po tekście. Ja w tym samym czasie zwróciłem uwagę na lalkę, która zajmowała miejsce obok niego. Była dość zniszczona, jednak nie wyglądała, jakby mogła być zabawką kota…
- Co to jest? – wskazałem na interesujący mnie przedmiot.
- Seiko – odparł zwięźle.
- Seiko? To jej imię? – chłopak skinął głową. Nie wiem nawet dlaczego, ale coś mi podpowiadało, żeby tego tematu nie kontynuować. Wyraz twarzy Karmy nie zmienił się ani odrobinę, jednak jakiś wewnętrzny głos rozsądku wrzeszczał gdzieś w mojej głowie, żeby skończyć to, kiedy jest ku temu jeszcze okazja. Tym razem postanowiłem nie ryzykować i go posłuchać. Najwyżej następnym razem zapytam blondyna o co chodzi z tą lalką… - W zasadzie to ja też nie mogłem dziś zasnąć. Nie będzie ci przeszkadzać, jeśli tu z tobą posiedzę?
- Jeśli i tak nie zamierzasz iść już spać, to miło byłoby się poznać – uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, jednak jego oczy pozostały wciąż tak samo niewzruszone. Odpowiedziałem mu tym samym gestem.
- Więc, Karma, powiedz mi…

I tak właśnie poznałem kolejną tajemniczą osobistość podczas mojej przygody w Kraju Kwitnącej Wiśni…

Oneshoot/seria kontynuowana na życzenie "Człowiek, którego nie znam" Hizumi x Zero (D'espairsRay)


Błagam, nie bijcie! Miała być piąta część "Geisha no Furin", ale... ale zwyczajnie nie wyszło...

Matko, jaki długi tytuł...

Obiecałam, że będę dodawać jedną notkę tygodniowo, jeśli będą komentarze, więc chcę być słowna. Problem polega na tym, że pendrive, na którym miałam m.in. kolejną część "Closer to Ideal" i oneshoot Koichi x Tsuzuku przestał ze mną współpracować - chyba się przepalił, bo nie mogłam go otworzyć, ale nie mogę też odzyskać z niego plików, bo mój kochany laptop automatycznie przeprowadził czyszczenie dysku przenośnego (mimo to i tak nie mogę otworzyć pendrive, ale to już mniejszy problem...). Straciłam mnóstwo unikalnych zdjęć (z fanservice) i inne opowiadania, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego - niby nie miały być do wglądu, ale i tak cierpię z powodu ich utraty, bo straciłam m.in. opko, które miało blisko 400 stron (a do końca zostało jeszcze naprawdę dużo) i była to, moim zdaniem, moja najlepsza praca, którą napisałam kiedykolwiek - żadna inna fabuła nie była tak przemyślana i rozbudowana... Co prawda samą fabułę nadal pamiętam, ale wątpię, żebym wzięła się za odtworzenie tego, bo nienawidzę pisać czegoś dwa razy...

"Geisha no Furin" nie straciłam, gdyż zapisane było na innym dysku, ale piąta część wyszła nie tak jakbym chciała. Nie miałam w ostatnim tygodniu czasu, żeby pisać, dlatego dopisywałam po 2-3 linijki tekstu i wyszło zdźebka niespójnie i "bezuczuciowo", że tak powiem, dlatego nie jestem z tego zadowolona, muszę jeszcze nad tym solidnie przysiąść i popracować (na co liczę, że znajdę czas w święta). 
Ostrzegam też już na zapas, że nie wiem jak sytuacja będzie się miewała w kwietniu i maju. Kwiecień zapowiada się w mojej szkole bardzo "sprawdzianowo", a w maju już rozpoczyna się moja misja "przeprowadzka", przez co moi rodzice wylatują już do Anglii, a ja będę musiała zająć się wysyłką i młodszą siostrą aż do początku lipca, przy czym będę też musiała kontynuować naukę - więc ten okres będzie dla mnie naprawdę ciężki, więc naprawdę błagam, nie linczujcie mnie w tym czasie, bo się w sobie zamknę i pójdę płakusiać... ;_; Przeprowadzka i aklimatyzacja może nie należeć do najłatwiejszych rzeczy, ale myślę, że lipiec, sierpień czy wrzesień (szczególnie wrzesień) mogą być okresami, w których powrócę "do starej świetności bloga", gdzie notki będą pojawiały się bardzo często, gdyż pisanie opowiadań (nie tylko yaoi) jest dla mnie odskocznią od rzeczywistości, która zastępuje mi spotkania z terapeutą (serio - nie przesadzam. Ja w tych moich wypocinach prowadzę drugie życie).
Zapewne będę o tym jeszcze wielokrotnie aż do znudzenia pisać i przypominać, więc za to też mnie nie bijcie...

A teraz tak z innej beczki - oto macie przed sobą dziwny twór, który wygrzebałam z czeluści innego, zapomnianego pendrive. W pierwotnym zamyśle miała to być seria, ale jak doskonale pamiętam napisałam tylko jedną część i nie wiedziałam jak ją kontynuować, dlatego nigdy jej nie opublikowałam - tak jest i do teraz. Nie wiem, jak ją kontynuować, więc możecie potraktować to jako oneshoot lub na wyraźną chęć kontynuowania serii (w komentarzach) mogę wysilić te swoje dwie ostatnie szare komórki i zastanowić się nad tym, gdybyście naprawdę chciały.

A teraz znowóż z jeszcze innej beczki - ma ktoś pomysł na stronę internetową? Znowu muszę zrobić na zaliczenie z informatyki, ale nie mam bladego pojęcia o czym. Coś o Japonii, muzyce... ale nie znowu o D'espach ani o Mejibray, bo o tym już robiłam... A jeśli już o muzyce to o jakim zespole? 
Błagam, piszcie, pomóżcie~! 

Tytuł: „Człowiek, którego nie znam”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Gatunek: kryminalne (?)
Beta: -

Siedząc na belce nośnej podwieszanego sufitu, przez szparę delikatnie uniesionej jednej z płyt obserwowałem Hizumiego. Chłopak w blond peruce mistrzowsko ułożonej tak, że nawet ja, mimo iż wiedziałem, że te włosy są sztuczne, czasem zastanawiałem się czy po prostu nie przefarbował się. Oprócz peruki miał zielone szkła kontaktowe i lateksową maskę, która idealnie dopasowywała się do jego twarzy. Ów maska miała nieco jaśniejszy odcień niż jego prawdziwa skóra i była piegowata – z takim kamuflażem pięknie wpasowywał się w tłum europejskich i amerykańskich turystów. Nawet zachowywał się jak oni; nie zwracał zbytnio uwagi na eksponaty, opuścił nieco spodnie, przez co było mu widać czarne bokserki, chodził przesadnie szeroko, a w jednej z dłoni trzymał papierowy kubek z logo Coca-Cola’i i pił gazowany napój przez słomkę, siorbiąc. Taak, typowy obcokrajowiec…
Grupa wycieczkowa odeszła od gabloty, gdzie eksponowana była kosztowna, złota bransoleta wysadzana rubinami i szmaragdami. Dziś to właśnie ją postanowiliśmy ukraść. Hizu chodził w tą i z powrotem, udając, że coś czyta na tablicach informacyjnych zawieszonych na ścianach, oglądając inne wystawy. W końcu podszedł do tej, która nas interesowała. Uśmiechnął się pod nosem, obserwując kątem oka dwóch strażników, którzy właśnie go minęli. Mój wspólnik odsunął się od gabloty z bransoletą, aby nie wyglądać na podejrzanego i skierował się niby w stronę kolejnej galerii. Nagle zatrzymał się w połowie drogi, gdyż „przypadkiem” wypadł mu papierowy kubek z rąk. Przykucnął, podnosząc przedmiot. Niepostrzeżenie, zasłaniając się od natrętnych wzroków własnymi plecami, szybko i zręcznie otworzył pokrywkę i wyjął z napoju małą kulkę, która pod wpływem powietrza zaczęła brunatnieć. W tym momencie podniosłem mocniej płytę sufitu i rzuciłem trzy race dymne, których czerwonawy dym wypełnił całe pomieszczenie. To był moment Hizumiego – kulka już zaczęła się utleniać. Chłopak wyjął ze swojej torby, którą miał zawieszoną na ramieniu maskę gazową; poszedłem w jego ślady. Rzucił kulkę, która nie dość, że wydzielała toksyczną anilinę* to także szary, gęsty gaz, który uniemożliwiał zobaczenie czegoś w tak zadymionym miejscu. Na szczęście Hizu wiedział, gdzie się kierować. Podszedł do gabloty i zbił szybę, zabierając bransoletę. Rozległ się alarm. Do pomieszczenia wpadli kolejni strażnicy (a przynajmniej tak mniemałem po stukocie ich butów, gdyż ja również nic nie widziałem i musiałem kierować się słuchem), jednak było już za późno. Zamiast nas łapać zaczęli ewakuować ludzi – w sumie też dobry wybór; nie widzieli sprawcy, nie wiedzieli, kogo łapać, więc przynajmniej wyprowadzali ludzi tych, których mogli zobaczyć w promieniu dwudziestu centymetrów.
Nadeszła moja kolej. Całkowicie odsunąłem płytę sufitową i ostatni raz upewniając się, że wyciągarka jest dobrze zamontowana spuściłem się w dół, w trujący gaz. Byłem na tyle blisko wspólnika, że zobaczyłem go bez trudu. Złapałem go pod pachami i wciągnąłem ze sobą do góry. Obaj usiedliśmy na belce nośnej. Odłożyłem ponownie płytę na swoje miejsce, tak, aby nikt niczego się nie domyślił. Następnie wziąłem plecak Hizumiego i wyjąłem z niego bandaż, którym starannie obwiązałem mu przedramię. Wyciągnąłem z torby także stabilizator, dzięki czemu po założeniu go mój wspólnik wyglądał jakby miał złapaną rękę – a pod bandażem tak naprawdę miał dobrze ukrytą bransoletę. Na czworaka  przeszliśmy po belce nośnej aż do ściany. Chłopak szedł przede mną pięknie się wypinając. Aż uśmiechnąłem się pod nosem i klepnąłem go w tyłek, kiedy ponownie się zatrzymaliśmy.
- Dziś będziesz mój – szepnąłem, przyciągając go do siebie.
- Zawsze jestem twój – zaśmiał się i wyjął płytę podwieszanego sufitu, która została wcześniej przez nas zaznaczona czerwonym „iksem”. Zeskoczyliśmy w dół. Znaleźliśmy się w łazience. Wszedłem do pierwszej lepszej kabiny i ściągnąłem z siebie czarny, przylegający strój. Ściągnąłem bluzę i rękawiczki. Rzuciłem ubrania Hizu, który na siłę upchał to w swoim plecaku. Wyprostowałem pogniecioną koszulę, spodnie pozostawiłem te same. Poprawiłem włosy i wyszedłem. Mój wspólnik zacmokał zadowolony, po czym obaj ściągnęliśmy maski i wyszliśmy z toalety, udając zwykłych turystów. Jakiś strażnik popchnął nas do wyjścia, a my udając zdziwionych i zdezorientowanych, udaliśmy się do niego tak, jak nam kazał. Wskazał wyjście złodziejom, idiota…
Na placu przed galerią gnieździło się masę osób. Przewróciłem oczyma; nie lubiłem takich tłumów. Przecisnęliśmy się do głównej bramy, gdzie kręciło się masę policjantów i stało kilkanaście radiowozów. Moje serce zabiło mocniej, jak zwykle w takich momentach. Zamierzaliśmy wyjść jak zwykli turyści, ale jeden z funkcjonariuszy zatrzymał nas.
- Proszę zaczekać! Nie możecie panowie opuścić terenu placówki!
Wspólnik spojrzał na mnie udając, że nie zrozumiał tego, co powiedział policjant. No tak, wciąż wyglądał jak obcokrajowiec, dlatego postanowiliśmy pokazać mu naszą tradycyjną grę.
- Przepraszam, ale muszę jechać z przyjacielem do szpitala. Jak pan widzi ma złamaną rękę, jednak kość chyba nie została dobrze usztywniona, gdyż mówi, że strasznie go boli… Muszę zrobić mu prześwietlenie – odezwałem się kurtuazyjnie.
- Jest pan lekarzem?
- Tak – skinąłem głową i wyjąłem z kieszonki koszuli wizytówkę. – Shimizu Michi, ortopeda – przedstawiłem się.
- Poproszę dokumenty – wycedził, przyglądając się wizytówce. – A pana towarzysz to kto? I… czy mi się zdaje, czy on nic nie rozumie? – spojrzał na Hizumiego, który zrobił naprawdę mało inteligentną minę.
- Słabo zna japoński – odparłem. – To mój przyjaciel z Polski. Przyjechał mnie odwiedzić. Zamierzałem pokazać mu kilka ciekawych miejsc w Tokio, jednak, jak widać, mamy pecha – wskazałem za siebie na zadymiony budynek.
- Z Polski? – zdziwił się.
- Tak. Z kraju na wschód od Niemiec – wyjaśniłem, widząc, że nie rozmawiam z geografem.
- Również poproszę dokumenty – jego głos stawał się coraz mniej przyjemny. Chyba zbyt ostentacyjnie pokazałem, że uważam go za ćwierćinteligenta.
- Janek, gdzie masz dokumenty? – zapytałem po polsku, mimo iż znałem odpowiedź.
- W plecaku – odparł również łamanym polskim.
Ta pozorna wymiana zdań po polsku była tylko szopką, aby policjant uwierzył, że Hizumi jest obcokrajowcem. Tak naprawdę nasza znajomość polskiego ograniczała się do: „Nazywam się <tu wstaw odpowiednie imię i nazwisko>”, „Jestem z Polski”, „Gdzie masz dokumenty?”, „W plecaku”. Wybór kraju, z którego rzekomo miał pochodzić Hizu nie był wcale taki prosty, jak pozornie mogłoby się wydawać. Nie mogliśmy wybrać ani Stanów Zjednoczonych, ani Wielkiej Brytanii, ani Australii, gdyż prawie wszyscy znają obecnie angielski i z łatwością nawet taki japoński pachołek z policji poznałby, że „obcokrajowiec” ma japoński akcent. Niemieckiego również uczy się coraz więcej osób, o czym świadczy choćby to, że mój siostrzeniec właśnie rozpoczął naukę tegoż języka w szkole – więc kolejno odpadały Niemcy, Austria i Szwajcaria. Odpadała także cała Azja i Afryka, gdyż mój przyjaciel był rasy białej; a przynajmniej tak kazała myśleć jego maska. Wybraliśmy więc Polskę i zawsze używając innego, podrobionego paszportu, bez względu na to czy Hizumi przybierał dziś imię Janka Kowalskiego czy Krzysztofa Malinowskiego, uparcie powtarzaliśmy, że jest z Polski. Dlaczego? A bo każdy (oprócz tego debila z policji przed nami, który najwyraźniej nie słuchał nauczyciela historii, kiedy ten mówił o II wojnie światowej) wie, gdzie jest Polska, ale nikt nie zna języka. Idealnie.
- Niech się go pan zapyta czy wciąż boli go ta ręka, bo nie wygląda, jakby coś mu się stało…
- Nie wygląda? A to? – oburzyłem się, wskazując na stabilizator. – To chyba potwierdza, że ma złamaną rękę, prawda? – prychnąłem, ale wymruczałem do Hizumiego kilka nieskładnych słówek po polsku, które nie miały żadnego logicznego znaczenia, udając, że wiem o czym mówię.
Wspólnik jedynie pokiwał głową i również zaczął kaleczyć rodowity język Polaków. Nasze zdania tym razem wyglądały mniej więcej tak: „Bo i jak dom, pies, nie, tak, dokumenty, plecak, się Polska nazywać”; w każdym razie coś w ten deseń. To właśnie na takie chwile wybraliśmy ze wszystkich krajów Polskę; polonia w Japonii była mała, a język polski nie był popularny w naszym kraju, więc nikt nawet nie domyślał się, że po prostu bełkoczemy do siebie niezrozumiale, a zrozumienie, jakie mamy wypisane na twarzach, to zwykła gra aktorska. Nikt nie mógł też zarzucić, że Hizumi nie ma polskiego akcentu, gdyż Japończycy po prostu nie byli osłuchani z tym językiem i nie wiedzieli, jak poprawnie powinno się go intonować w przeciwieństwie choćby do angielskiego, niemieckiego czy francuskiego.
- Powiedział, że ręka boli go, za przeproszeniem, jak cholera, ale nie robi z siebie ofiary losu i nie użala się nad sobą, zaciskając zęby – spojrzałem mało przychylnie na funkcjonariusza, który niepotrzebnie przeciągał to przedstawienie.
- Proszę chwilę tu poczekać – powiedział i oddalił się.
Po chwili wrócił, oddał nam dokumenty i zapakował do radiowozu. Zapytał, do którego szpitala nas zawieźć, a ja podałem adres placówki, w której naprawdę pracowałem jako ortopeda. W recepcji odebrałem klucz do swojego gabinetu i na pytanie o kartę pacjenta, które zadała mi miła pielęgniarka Yuki, odpowiedziałem, że mam ją u siebie. Skierowaliśmy się do mojego miejsca pracy. Otworzyłem drzwi i wpuściłem przodem wspólnika, zagradzając wejście policjantowi.
- Nie może być pan na sali podczas prześwietlenia. Zresztą pacjent ma prawo do prywatności i jedynie z nakazem może pan mu towarzyszyć podczas wizyty u lekarza – zastrzegłem i zamknąłem mu drzwi przed nosem.
Westchnąłem cierpiętniczo i podszedłem do Hizu, który usiadł na kozetce. Uwolniłem mu rękę i odwinąłem ją z bandaża. Wyprostował ją, rozruszając stawy. Spojrzał z uśmiechem na bransoletę na swoim przedramieniu.
- Pasuje mi, nie? – uśmiechnął się, szepcząc mi na ucho.
- Oczywiście – pocałowałem go w policzek. Hizumi lubił błyskotki, a w szczególności drogie błyskotki. Kiedy przestał zachwycać się naszą zdobyczą, pochyliłem się nad nim i namiętnie pocałowałem, ujmując jego twarz w dłonie. Chłopak odwzajemnił pieszczotę. – Kocham cię, wiesz? – przesunąłem językiem po jego wargach.
- Wiem. Ja ciebie też – objął mnie za szyję, a następnie wtulił się we mnie. Opadł na mnie wykończony. Hizumi był zawodowcem, jednak to większa część odpowiedzialności podczas naszych napadów spoczywała na nim, przez co borykał się z większym stresem, który go wykańczał. Zacząłem delikatnie masować jego spięte barki.
- W domu ci to wynagrodzę – obiecałem.
- No ja myślę – zachichotał.
Odebrałem od niego bransoletę, którą następnie schowałem do swojej lekarskiej walizki. Dla niepoznaki założyłem biały kitel i okulary. Kazałem położyć się Hizumiemu na kozetce i ponownie zawinąłem mu rękę. Wyszedłem przed gabinet, gdzie policjant siedział na krześle w poczekalni. Spojrzał na mnie nieufnie.
- Okazało się, że nie trzeba było nawet robić prześwietlenia; ostentacyjnie było widać, że kość się przesunęła. Zaaplikowałem Jankowi znieczulenie i już nastawiłem mu rękę. To wszystko. Może pan chyba już odjechać, prawda?

***

Zadowoleni wróciliśmy do naszego apartamentu i zjedliśmy wspólnie obiad, jakby nigdy nic.
Kradliśmy by się wzbogacić, mimo iż obaj mieliśmy pracę. Ja byłem ortopedą, jednak to była tylko jedna z moich profesji. Na czarno robiłem także jako chirurg – spojrzałem na niewielką bliznę na ręce mojego wspólnika, który po skończonym posiłku wkładał naczynia do zmywarki. Został postrzelony podczas jednej z naszych kradzieży – w polowych warunkach, zachowując jedynie względne zasady czystości, bez znieczulenia wyjąłem kulę z jego ręki i zaszyłem. Skończyło się małą blizną, a mogło zatruciem ołowiem (gdyż mieliśmy to nieszczęście swego czasu naciąć się na oddział uzbrojony w bronie palne, w których wykorzystywali obecnie zakazane pociski ołowiowe) lub zakażeniem, gangreną i amputacją ręki. Wiele razem przeszliśmy, ale to chyba dlatego nasza miłość była tak wytrwała i zahartowana.
Hizumi z wykształcenia był chemikiem i kiedyś pracował w zawodzie, jednak został zwolniony za niebezpieczne eksperymenty, których obecnie używaliśmy w napadach. Choćby ta kulka, którą wyjął z papierowego kubka z napojem – anilina w normalnym stanie jest bezbarwną cieczą, jaka w kontakcie z powietrzem brunatnieje. Reaguje ona z kwasami, więc powinna połączyć się z colą, która była w kubku, jednak mój kochanek dodał do niej substancje dymiące oraz masę innych (między innymi stabilizatorów i zagęstników), dzięki którym stała się ciałem stałym i nie rozpuściła się w kwasie, a tak naprawdę ten kwas ją zakonserwował. Nie wiem tak naprawdę, jak on to zrobił, gdyż nigdy mi o tym nie mówił, a zresztą byłem pewien, że nawet gdyby mi to powiedział, mało zrozumiałbym z tego chemicznego żargonu. Co prawda byłem po bio-chem’ie, ale w końcu ukończyłem studia medyczne, a nie chemiczne (tak w gwoli ścisłości – droga na studia lekarskie wygląda mniej więcej tak: trzy lata biologii i chemii w liceum, a potem studia, na których, żeby było śmieszniej zajmujesz się głównie matematyką i fizyką od aut.). Owszem, obcowałem z chemią na co dzień i na bieżąco wykorzystywałem moją wiedzę z tego zakresu, jednak nie da się ukryć, że lekarz chemikowi nierówny; szczególnie jeśli chodzi o mojego ukochanego, który był prawdziwym geniuszem.
Hizu był wynalazcą; stworzył wiele substancji, które może nie były jakimś przełomem, ale za to syntetycznymi zamiennikami szkodliwych dla środowiska produktów. Wynajdywał nowe zastosowania dla teoretycznie trujących związków, jak choćby anilina, jednak kiedy został zwolniony jego duma została urażona. Za lata ciężkich badań, przy których sam truł się toksycznymi oparami, przed jakimi nie zawsze udało mu się uchronić, dostał podziękowania w postaci wypowiedzenia pracy i zerwania kontraktu. Od tamtej pory tryb „super bohatera” nieodwracalnie się u niego wyłączył, a może nawet został zniszczony. Mój wspólnik nie chciał działać już dla dobra ogółu, a jedynie dbał o własne interesy. Przestało go obchodzić, że w tamtej galerii były kobiet w ciąży, dzieci, osoby chore, które mogą bardzo źle odebrać działanie tej trucizny; on po prostu chciał zdobyć bransoletę, którą później spieniężymy. Obecnie pracował, jako chemik na nasze własne potrzeby; za skradzione przedmioty, które sprzedawaliśmy, jeden z pokoi naszego apartamentu specjalnie dla niego zamieniłem w laboratorium chemiczne, czy raczej jego odpowiednik. Oprócz tego, aktualnie Hizumi pracował jako instruktor pilotażu samolotów i helikopterów.
- Co się tak zamyśliłeś? – kochanek szturchnął mnie w ramię, uśmiechając się.
- A… tak jakoś – mruknąłem, również uśmiechając się.
- Mam do ciebie prośbę – cmoknął mnie w usta. – Wystawisz mi zaświadczenie, że jestem zdrowy, panie ortopedo? Potrzebuję twojej pieczątki i potwierdzenia, że jestem zdolny do wykonywania dalszej pracy jako pilot na badaniach okresowych…
- Jasne – potwierdziłem, wstając.
Hizumi zaprowadził mnie do sypialni. Podsunął mi pod nos papiery, które przejrzałem.
- Rozbieraj się – zarządziłem.
- No wiesz co…? – prychnął, posyłając mi cwaniacki uśmiech. – Chętnie się rozbiorę, ale przyjemności po obowiązkach. Oddam ci się, jak mi to wypełnisz, bo później zapomnisz i ty, i ja, a potrzebuję tego na jutro –ściągnął perukę, przeczesując dłonią swoje prawdziwe, piękne włosy. Zaśmiałem się.
- A ty tylko o seksie… - wywróciłem oczyma. – Muszę cię zbadać.
- No przecież proszę właśnie ciebie, żebyś mi to wystawił, żeby uniknąć badań! – odkrzyknął z łazienki, gdzie zdejmował kolorowe soczewki. Zakropił oczy, a następnie zdjął również maskę. – Cholera, ale w tym gorąco… - westchnął i przemył zimną wodą zarumienioną od gorąca twarz.
- W końcu to lateks – wzruszyłem ramionami. – Muszę skontrolować cię choćby dla mojej informacji czy nic ci nie jest – uśmiechnąłem się, kiedy zobaczyłem jego prawdziwe oblicze.
- Jakby mi coś było, to by mnie bolało – wyciągnął z plecaka moje ubrania, w których byłem na akcji i wrzucił je do prania. Wyciągnął także papierowy kubek z pokrywką i słomką, i znów zaczął pić colę, jednak tym razem tak, jak przystało na normalnego człowieka, bez siorbania ani innych dziwnych czynności, które leżą w naturze obcokrajowców. – A jakby mnie coś bolało, to bym ci powiedział – władował mi się na kolana i oblizał lubieżnie słomkę, po której spłynęła pojedyncza kropla, dając mi do zrozumienia, co może i co zapewne zrobi ze mną.
- Hizu-chan… – ściągnąłem okulary, spoglądając na niego jednoznacznie.
- Ech, ależ ty jesteś uparty – wywrócił oczyma, odstawił napój na biurko i zdjął koszulkę.
- Po prostu martwię się o ciebie. Czy to źle? – stanąłem za nim i napierając na jego plecy, kazałem wykonać mu skłon. Chłopak bez problemu dotknął całymi dłońmi podłogi. Przesunąłem palcami po jego kręgosłupie. – Muszę napisać to co zwykle… Lekkie skrzywienie boczne kręgosłupa i wał mięśniowy po jego lewej stronie – westchnąłem.
- Czyli to, co zawsze – wzruszył ramionami, prostując się. Oparł się plecami o mój tors, zakładając mi ręce na szyję. Chwyciłem jego dłonie. – Mówiłem, że nic mi nie jest. Jestem wygimnastykowany.
- Doskonale o tym wiem – zachichotałem, a chłopak jakby na potwierdzenie rozsunął nogi, a w następnej chwili zrobił szpagat. Pociągnąłem go delikatnie za ręce do góry, pomagając mu w ten sam sposób podnieść się.
- No to, panie lekarzu, przypieczętuj tam ten cyrograf – machnął ręką na dokumenty – i zajmij się mną wreszcie – uśmiechnął się figlarnie. Napisałem to, co napisać musiałem pomijając resztę badań, postawiłem pieczątkę i parafkę. Następnie odchyliłem się na krześle i rozmasowałem nasadę nosa, która bolała mnie od okularów. – Czekam na ciebie – szepnął, stając za mną i kładąc mi dłonie na ramionach. Uśmiechnąłem się.
Wstałem i popchnąłem go na łóżko. Następnie usiadłem na nim okrakiem i nachyliłem się, by go pocałować. Hizumi objął mnie ciasno, podobnie jak ja jego. Przewalaliśmy się nawzajem, przez chwilę walcząc o dominację, jednak ostatecznie on i tak mi uległ. Wsunąłem język między jego rozchylone wargi. Moja dłoń zawędrowała na jego krocze, które ścisnąłem. Chłopak jęknął wprost w moje usta. Powtórzyłem tę czynność jeszcze kilka razy, po czym w końcu zacząłem rozpinać jego rozporek. Zdjął ze mnie koszulę, dotykając mojego torsu i drażniąc sutki. Uniósł delikatnie biodra ułatwiając mi ściągniecie z niego spodni wraz z bokserkami. Był już podniecony, a to dopiero początek. Ponownie złączyłem nasze usta w soczystym pocałunku. Wargi Hizu były miękkie, ciepłe i wilgotne – gryzłem je i delikatnie ciągnąłem za nie zębami, na co chłopak jedynie chichotał i pobudzał mnie, wsuwając rękę w moje spodnie. Złapał w dłoń mojego członka i zaczął mnie onanizować. Jęknąłem, czując jak przechodzą mnie przyjemne dreszcze.
- Dawno się nie kochaliśmy… - szepnąłem, liżąc go po szyi i rozpinając sobie spodnie, aby ułatwić mu do siebie dostęp.
- Mam wrażenie, jakbyśmy nie robili tego od wieków – zaśmiał się i pocałował mnie.
Po chwili zdjął ze mnie spodnie, a zaraz potem również i bieliznę. Przyssałem się do jego delikatnej skóry. Zrobiłem mu kilka malinek w okolicach lewego obojczyka. Następnie zsunąłem się nieco niżej i zacząłem drażnić językiem jego sutek. Hizumi pojękiwał cichutko, mocno przyciągając mnie do siebie. Drugi sutek podszczypywałem dłonią. Kiedy już znudziło mi się to, wznowiłem salwę pocałunków, jaką obsypałem jego brzuch i podbrzusze. Jednocześnie podstawiłem mu palce pod usta, które on dokładnie oblizał, pozostawiając na nich grubą warstwę śliny. Rozłożył przede mną nogi, którymi następnie objął mnie w pasie. Rozsunąłem jego pośladki i zacząłem napierać pierwszym z palców na jego wejście. Westchnął, kiedy zacząłem powoli wsuwać w niego palec. Przeszły go dreszcze podniecenia. Jego twarz uroczo zarumieniła się. Uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem drażnić językiem żołądź jego penisa. Oblizałem się i wziąłem go do ust, wkładając palec do końca. Jęknął głośno, a jego oddech znacznie przyspieszył. Powoli zacząłem poruszać w nim palcem, przygotowując go. Hizu jęczał, wzdychał i prężył się pode mną, domagając się więcej pieszczot. Drugą dłonią ugniatałem jego pośladki. Powoli przesuwałem językiem po jego przyrodzeniu; kiedy dodałem drugi palec zacząłem go lizać i ssać naprzemiennie, przyspieszając ruchy głowy. Rozciągałem go, jednocześnie próbując zrekompensować mu wszelki ból, jaki mu sprawiałem.
Kiedy uznałem, że jest wystarczająco dobrze przygotowany sięgnąłem do szuflady szafki nocnej i wyjąłem z niej lubrykant. Wylałem trochę żelu na dłoń i nawilżyłem swoją męskość, aby sprawić mu mniej bólu, kiedy będę w niego wchodził. Ułożyłem się na powrót między jego nogami, opierając się rękoma po obu stronach jego głowy. Zacząłem na niego napierać. Hizu zacisnął oczy i zagryzł wargi. Odwrócił głowę.
- Spokojnie… - szepnąłem mu do ucha, przeczesując palcami jego włosy. – Rozluźnij się…
- Aaa… Mi-Michi… Boli! – załkał.
Mocno go objąłem, uciszając go moimi własnymi ustami. Całowałem go zachłannie i zacząłem pieścić go ręką, aby przestał myśleć o bólu. Powoli wszedłem w niego do końca, a kiedy chłopak otworzył załzawione oczy i zaczął się pode mną poruszać, uśmiechnąłem się.
- Kocham cię… - pocałowałem go.
- Ja ciebie… Ach! …też…! – jęczał, kiedy zacząłem się w nim poruszać.
Na początku krzywił się i zaciskał dłonie na moich barkach, drapiąc mnie, jednak kiedy już się przyzwyczaił zaczął wychodzić naprzeciw moim pchnięciom. Pospieszał mnie i błagał, abym wchodził w niego mocniej, a ja robiłem wszystko, aby go zaspokoić, jednocześnie wciąż nie przestając całować jego drobnego ciała. Spełniałem każdą jego zachciankę, przez co chłopak szybko doszedł na skraj wytrzymałości. Krzyczał i wyginał się w moją stronę. Wchodziłem w niego pod różnymi kątami, aż w końcu znalazłem jego czuły punkt, co chłopak obwieścił mi jeszcze donośniejszym wrzaskiem.
- AACH! Właśnie tu! Nnn!
- Trzeba zapamiętać to miejsce – zaśmiałem się, uderzając w jego prostatę raz za razem.
Obaj doszliśmy w tym samym momencie, co nieczęsto nam się zdarzało. Wspólny orgazm był cudowny… Hizumi doszedł na moim brzuchu, a ja rozlałem się w jego ciasnym wnętrzu. Delikatnie wyszedłem z niego i położyłem się obok, przygarniając go do siebie.
- Byłeś boski… - wychrypiał, przesuwając palcami między swoimi pośladkami, następnie przyglądając się, jak białe „nitki” mojej spermy połączyły jego opuszki.
- Ty także – odpowiedziałem i objąłem go.
Brunet wtulił się w mój tors i chwilę później zasnął. Ze mną nie było tak dobrze – zawsze miałem problemy ze snem; nieważne, ile wziąłem tabletek nasennych czy jak bardzo byłem zmęczony… Sen nigdy nie przychodził „od tak”.
Odgarnąłem włosy ze spoconego czoła ukochanego i pocałowałem go w skroń. Naprawdę go kochałem, jednak… od czasu do czasu dopadały mnie pewne wątpliwości. Nigdy nawet nie pomyślałem, że Hizumi mógłby nie odwzajemniać mojego uczucia. „Hizumi”, co znaczy dosłownie „zniekształcenie” to jedynie jego przezwisko. Naprawdę nazywał się Kanda Yuu**, a przynajmniej tak mi powiedział. Nie wiedziałem skąd, ale kojarzyłem to imię… a może jedynie mi się wydawało?… Mimo wszystko nigdy nie widziałem jego prawdziwych dokumentów, a nawet jeśli prosił mnie już o wypełnienie jakiś medycznych papierów, tak jak przed stosunkiem, to podawał mi jedynie kartę, którą miał wypełnić lekarz – rozpoznanie schorzenia ect. Nigdy nie dostałem karty z jego imieniem i nazwiskiem; no chyba, że fałszywym, jakim posługiwał się podczas kradzieży. Nie wiedziałem w jakim laboratorium pracował wcześniej, nie wiedziałem, gdzie uczył pilotażu… Nie wiedziałem nawet, ile ma lat. Kiedyś, w sumie tylko przez przypadek wygadał, że ma urodziny drugiego marca, jednak nie zdradził mi roku, w którym się urodził. Na oko wyglądało, że byliśmy mniej więcej w tym samym wieku, więc Hizu też musiał być koło trzydziestki… Zresztą, mimo iż znałem jego imię, to chłopak i tak wolał, żebym zwracał się do niego pseudonimem. Ot, taki kaprys? Jakoś nie chciało mi się wierzyć… Zaskakujące, że zaczęło mi to przeszkadzać dopiero teraz. Uświadomiłem sobie, że nie wiem o nim nic… Imię, które mi podał również mogło (nie musiało, ale mogło) być fałszywe… Dlaczego ukrywał przede mną informacje o sobie? Czy mógł mnie jedynie wykorzystywać do kradzieży? Mógł mnie nie kochać? Nie chciałem w to wierzyć… Spojrzałem na bruneta, który spokojnie spał wtulony we mnie. Miał delikatnie uchylone usta, przez które oddychał – wyglądał jak aniołek; aniołek z różkami? Był świetnym aktorem, w czym utwierdzał mnie prawie podczas każdego napadu. Mówił kiedyś, że jeszcze kiedy był w liceum grywał czasem jakieś pomniejsze rólki w teatrze… Czy mógłby być aż tak dobrym aktorem, aby oszukać mnie? Czy byłby zdolny zmuszać się do mieszkania, całowania i uprawiania seksu z facetem, którego nie kocha? Wyniszczałby się tak? Ale w takim razie… po co? Przecież mogliśmy zostać tylko partnerami w kradzieży, nie musieliśmy zacząć ze sobą sypiać… Chyba, że on znalazł w tym jakąś korzyść dla siebie – tylko jaką?
Pierwszy raz odkąd byliśmy parą dopadła mnie tak silna niepewność. Nigdy wcześniej taki układ między nami mi nie przeszkadzał. On wiedział o mnie wszystko – znał moje imię i nazwisko ze względu na to, że na drzwiach gabinetu niestety nie mogłem wygrawerować sobie fałszywego imienia. Zresztą… zawsze przedstawiałem się prawdziwym nazwiskiem, ze względu na to, że, jak to Hizu kiedyś powiedział, lekarze wzbudzają zaufanie; i to był fakt. Nikt nigdy mnie o nic nie podejrzewał, a poza tym wiadomo, że najciemniej pod latarnią. Kto posądziłby o kradzież szanowanego lekarza, który przedstawia się policjantom imieniem i nazwiskiem, czym tak naprawdę podaje im się na srebrnej tacy? Dla śledczych to nielogiczne – jak przestępca to musi mieć pseudonimy i nie podawać swojego prawdziwego imienia; tak jak Hizumi…
Hizu znając moje imię i nazwisko zaraz wszystkiego się wywiedział. Jak? Nie mam bladego pojęcia. Domniemam, że ma jakiś informatorów, choć w życiu żadnego nie widziałem… W każdym razie wystarczyło mu moje nazwisko, a zaraz znał mój życiorys począwszy od liceum…
A może dramatyzuję? Może za dużo myślę? Wiadomo, że jak ma się czas wolny i zaczyna się za dużo myśleć to zawsze znajduje się dziurę w całym… Może to imię, które podał mi brunet jest prawdziwe, a ja posądzam go o jakieś konspiracje i nie wiadomo, co jeszcze?
Może…
„Jednak to nie zmienia faktu, że nic o tobie nie wiem, Hizumi.”
Spróbowałem delikatnie odsunąć się od chłopaka, jednak ten nawet przez sen zaraz się do mnie przysunął. Mruknął coś sennie pod nosem i po prostu się na mnie położył, uniemożliwiając mi ucieczkę w jakikolwiek sposób.
„Kochasz mnie czy tylko udajesz?
Okłamywałeś czy mówiłeś prawdę?
Wariuję czy jednak masz coś na sumieniu?”
Mimo iż nic o nim nie wiedziałem, wciąż nie przestawałem go kochać. Spojrzałem z czułością na tą śliczną twarzyczkę, przylegającą do mojego torsu. Kochałem go i to w sumie chyba właśnie dlatego zamierzałem się czegoś o nim dowiedzieć – aby rozwiać wątpliwości i po prostu utwierdzić się w tym, że Hizumi mnie kocha; nie mogłem sobie nawet wyobrazić innej możliwości. Czy to dziwne, że chłopak chce coś wiedzieć o ukochanym? Nie wydaje mi się…
„Więc, Hizumi, jakie tajemnice przede mną skrywasz?”
Zgarnąłem z szafki nocnej książkę Hizumiego. Otworzyłem na stronie, na której chłopak ostatnio skończył czytać i w oczy od razu rzucił mi się zaznaczony cytat: „Gdzie niewiedza jest rozkoszą, szaleństwem jest być mądrym.”*** – wymowne, prawda?


*anilina to bezbarwna ciecz, która w kontakcie z powietrzem brunatnieje. Jest toksyczna (uszkadza przede wszystkim drogi oddechowe i krew, przez co występują omdlenia, drgawki, senność oraz sinica u człowieka, który nawdychał lub połknął aniliny) i ma charakterystyczny zapach zepsutych ryb.
**wiem, wiem, dla tego kto oglądał „D.gray-man” to może być trochę dziwne, jednak spokojnie. W kolejnych częściach wszystko się wyjaśni.

***cytat z „Świat nawiedzany przez demony” Thomasa Graya