"Geisha no furin" cz.1

Dobra, ankieta jeszcze się nie zakończyła, ale nie mogłam się powstrzymać, aby tego nie dodać ♥ Mam nadzieję, że wam się spodoba.

UWAGA PRZED CZYTANIEM!
TROCHĘ... TROCHĘ BARDZO ZNIEWIEŚCIŁAM (tak to się pisze?) HIRO, WIĘC WEŚCIE NA TO POPRAWKĘ I ODEJMIJCIE MU W WYOBRAŹNI TROCHĘ MIĘŚNI XP

Swoją drogą znacie jakieś ficki po polsku z Sakuraim (póki co mam dość angielskich) albo jakieś opowiadania z gwiazdami jrocka ale takie nie-yaoi? Zachciało mi się czegoś innego...

Tytuł: "Geisha no furin" (芸者と不倫)
Tytuł alternatywny: pol. "Romans z gejszą"
Paring: Hiro (Nocturnal Bloodlust) x Sakurai Atsushi (BUCK-TICK), Hiro (Nocturnal Bloodlust) x Takanori Nishikawa (T.M.Revolution)
Gatunek: historyczne xD (widział ktoś historyczne yaoi? ;p)
Beta: -

PROLOG

Epoka Edo, ok. roku 1787

Z początkiem XVIII wieku Japonia zaczęła się dynamicznie rozwijać, mimo prowadzonej przez państwo polityki izolacji. Nippon utrzymywał kontakty handlowe jedynie z Holandią, które w późniejszym czasie i tak zostały mocno ograniczone; niemniej stale pożądanym przez Japończyków towarem z Europy były książki, głównie dotyczące medycyny i nauki.
W rozwoju kraju przeszkodziły dwa potężne trzęsienia ziemi, z czego jedno miało miejsce w 1703, a drugie niecałe pięćdziesiąt lat później. Owe katastrofy doprowadziły do klęsk urodzajów, a w rezultacie także do klęski głodu. Ceny ryżu gwałtownie wzrosły, czemu buntowało się społeczeństwo. Największe i najbardziej znane powstanie miało miejsce w 1787 roku i zostało ochrzczone mianem „buntu ryżowego”. Strajkujący wówczas rozkradali magazyny i domy handlowe bogatych kupców, rozdając żywność najuboższym. Kraj pogrążył się w kryzysie; nie dotknęło to jednak wszystkich. W Kraju Kwitnącej Wiśni znajdywało się bowiem kilka takich miejsc, odgrodzonych od reszty świata wysokimi murami, gdzie życie płynęło zupełnie inaczej, według specyficznych zasad ustalonych przez wąską grupę ludzi, którzy przebywali w nich stale. Każde z nich było nieco odmienne od poprzedniego, ale łączył je wspólny cel – miały dawać rozkosz, a życie w nich barwione było może nie różowym, a wręcz czerwonym kolorem.

ROZDZIAŁ I

Głód.
Już dawno go nie czułem. Od pewnego czasu po prostu chyba zaakceptowałem go jako nieodłączną cząstkę swojego życia, którego nie sposób się pozbyć. Wyssał ze mnie wszelkie siły witalne, przez co od kilku, zdawało mi się, lat siedziałem uwalony pod ścianą jednego z rozpadających się budynków i wpatrywałem się w nicość. Z początku próbowałem śledzić spojrzeniem mroczki migające mi przed oczyma, ale w konsekwencji poddałem się, gdyż nie miałem siły nawet na to.
W Edo (dzisiejszym Tokio – w tych czasach nie było ono jeszcze stolicą od aut.) było pełno podobnych mi ludzi. Wszyscy wyzuci z chęci do życia, oczekujący śmierci jako zbawienia. We mnie ta iskra życia wciąż dogorywała; jeszcze nie zgasła. Owszem, przyłapywałem się czasem na myśleniu, że przyjemnie byłoby w końcu przestać odczuwać ból, że to desperackie chwytanie się ulatującego ze mnie życia to jakiś dziwny, masochistyczny odruch, którego powinienem się oduczyć, jednak coś nie pozwalało mi się w sobie pogrążyć całkowicie. Jakaś delikatna siła popychała mnie do przodu, a przynajmniej próbowała, nawet jeśli w obecnej chwili nie miałem siły się ruszyć. Moje ciało skręcało się z bólu. Krzyczałbym, gdybym tylko mógł otworzyć jeszcze usta.
I nagle pojawili się oni. Buntownicy, którzy rozkradli ryż z magazynów i domów handlowych. Wciskali garść ugotowanego ziarna w ręce takim jak ja i odchodzili, zadowoleni ze spełnienia dobrego uczynku. Śmiali się i skakali, krzyczeli i byli tak radośni, iż w tamtej chwili wydało mi się to być irracjonalne. Spojrzałem na rozgotowaną papkę w mojej dłoni i uśmiechnąłem się do siebie pod nosem.
Żałosne.
Garstka ryżu miała kogoś uratować przed śmiercią głodową? Dobre sobie. Była to zbyt mała porcja, aby nakarmić kogoś takiego jak ja, nie wspominając już o tym, że osobie, która nie jadła niczego od nie wiadomo jak długiego czasu, nie można po prostu wepchnąć pożywienia w rękę i cieszyć się z tego, że nie pozostało się biernym obserwatorem tego horroru rozgrywającego się na ulicach swojego rodzinnego miasta. Taką osobę trzeba karmić powoli, często, a małymi porcjami, metodycznie, żeby oswoiła się z powrotem z przyjmowaniem stałych pokarmów, żeby od razu wszystkiego nie zwróciła – ale kto by przejmował się czymś takim?
Nawet dla tych, którzy byli jeszcze w mniej zaawansowanym stadium choroby głodowej niż ja ta garstka ryżu nie była zbytnim pocieszeniem. Kiedy doskwiera ci tak silny głód, iż masz wrażenie, że twój żołądek trawi resztę wnętrzności, taka ilość pożywienia zdaje się być niczym i dodatkowo zaostrza apetyt, sprawiając, iż ból staje się bardziej dotkliwy – ale tak jak już powiedziałem, kto by się tym przejmował?
Nie wiem jak to się stało, że wykrzesałem z siebie tyle energii, by włożyć tę białą papkę do ust i powoli, łykając niemalże pojedyncze ziarenka, zmusić się do przełknięcia jej. To było okropne. Mój żołądek buntował się, wielokrotnie próbując zwrócić to, co do niego siłą wcisnąłem, ale nie pozwoliłem sobie na to. Wiedziałem, że jeśli chcę przeżyć, nie mogę siedzieć bezczynnie.
Mój przełyk był popalony przez soki trawienne, kiedy raz za razem torturowany był refluksem i zgagą. Czułem się, jakbym połknął kamień sporych rozmiarów, który miażdży mi resztę wnętrzności. Toczyłem walkę z własnym ciałem, usilnie próbując przekonać sam siebie, że właśnie wstąpiłem na drogę ku lepszemu – że pokarm jest mi potrzebny, żeby wyrwać się z tej błotnistej alejki, której, na dobrą sprawę, stałem się niemal stałym rekwizytem.
Długo to wszystko trwało, ale w końcu się udało – mój żołądek uspokoił się nieco. Podejrzewałem, że to głównie zasługa mojego optymistycznego myślenia, więc dzięki wszystkim bożkom shinto, że jeszcze nie pogodziłem się z wizją własnej śmierci.
Drugą porcję ukradłem staruszkowi, który ślęczał pod ścianą niedaleko mnie. Może wciąż umierał, a może już umarł; właściwie to ciężko było stwierdzić, gdyż odór zgnilizny i śmierci był wszechobecny, poza tym starałem się działać szybko. Nie miałem wyrzutów sumienia. Byłem samolubny. Teraz liczyło się tylko to, abym to ja odzyskał swoje życie.
Powtórka z rozrywki po wmuszeniu w siebie kleistej papki była wycieńczająca dla mojego organizmu. Czułem się tak fatalnie, iż upadłem na grząską ziemię i leżałem tak bez ruchu kolejne kilka lat, nim zdołałem zebrać w sobie na tyle sił, by się dźwignąć. W każdym razie, kiedy ponownie się podniosłem niebo było już ciemne. Porywając się na nadludzki wysiłek, wywindowałem się nawet do pozycji stojącej i ruszyłem przed siebie chwiejnym krokiem.
Głodny.
Miałem wrażenie, jakbym cofnął się do wcześniejszego stadium choroby. Już nie było mi wszystko jedno, co, gdzie, jak, kiedy… Nagle „tu i teraz” stało się centrum wszechświata, o który należało zawalczyć. Głód w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób motywował mnie do działania, pchał do przodu, kazał mi wlec nogę za nogą w poszukiwaniu kolejnych porcji jedzenia. Miałem wrażenie jakby moje wnętrzności związały się w supeł. Bolało. Jak cholernie bolało! – ale nie mogłem się poddać. Nie teraz, nie tutaj; jakbym podświadomie czuł, że jest jeszcze coś, co muszę zrobić zanim oddam się śmierci.
Niestety, jak widać, więcej było takich wygłodniałych złodziejaszków jak ja, toteż większość tych, którzy wyglądali, jakby nie tknęli swojej racji żywnościowej, zostali z niej ograbieni. Niektórym hojni ofiarodawcy nakładali porcje z takim rozmachem, że ta wylatywała im z drżących dłoni i lądowała w kałuży błota lub końskiego łajna, co dyskwalifikowało ją jako rzecz nadającą się do zjedzenia. Cóż za brak pomyślunku i marnotractwo.
Krążyłem po wąskich uliczkach długi czas, ale niczego nie znalazłem, za co zostałem ukarany przez własne wnętrzności ich jeszcze mocniejszym zaciśnięciem. Byłem tak zdesperowany, iż w tej chwili sam byłem gotów porwać się na obrabowanie jakiegoś magazynu, mimo iż, z tego jak już zdążyłem się zorientować, przy każdym jednym została postawiona straż, która bynajmniej nie wyglądała na cherlawą i niedożywioną. Nie miałem szans.
Wtem nagle poczułem się jakbym dostał objawienia; wpadłem na genialny pomysł, prawdopodobnie najlepszy w moim życiu! Przecież są takie miejsca, w których wszystkiego jest zawsze pod dostatkiem, niezależnie od panujących warunków w kraju – mało tego, jedno z nich znajduje się bardzo blisko!
Zakradłem się do niewielkiej, tylnej bramy mieszczącej się w wysokim murze ogradzającym dzielnicę Yoshiwara. Z tego, co słyszałem to właśnie tędy do środka dostawały się wozy zaopatrzeniowe wypełnione żywnością, rozmaitymi napitkami czy pięknie zdobionymi ubraniami i kunsztownymi ozdobami do włosów. Klienci wchodzili zupełnie inną, piękną i zdobioną bramą, która jednocześnie była początkiem szerokiej alejki, z której można było bezpośrednio wejść do najbardziej ekskluzywnych, a co za tym idzie, najdroższych domów gejsz. Między dachami ganków budynków porozwieszane były czerwone lampiony, które lśniły nawet w dzień, sprawiając, że to miejsce rozświetlone było czerwoną łuną niezależnie od pory dnia czy roku. Było tu duszno ze względu na wysokie ściany, które uniemożliwiały cyrkulację powietrza, a samo powietrze przesycone było mocnym zapachem drewna i kadzidła. Od strony, od której zakradłem się, Yoshiwara nie była tak okazała. Znalazłem się na tyłach jednego z mniejszych geisho-ya (geisho-ya jest to określenie dla domu gejsz używane w Edo; w Kioto mówiło się okiya. Ja będę używała tych wyrazów zamiennie, aby uniknąć powtórzeń od aut.), który nie różnił się właściwie niczym od zwykłych domostw, jakich pełno w całym Edo. Już chciałem doskoczyć do drzwi i wkraść się do środka, jednak spłoszyłem się, kiedy w oknie na piętrze nagle rozbłysnęło światło świecy. Przesuwając się wzdłuż muru, ukryty w jego cieniu uciekłem. Serce waliło mi jak szalone. Jeszcze w życiu nie byłem tak zestresowany. Wiedziałem, że jeśli ktoś mnie przyłapie na kradzieży, nie uniknę kary – w najlepszym razie skończy się na utracie jakiejś kończyny, w najgorszym na ścięciu; a przecież przyszedłem tu, żeby przeżyć, a nie żeby umierać!
Zdezorientowany zacząłem kluczyć między kolejnymi budynkami, zlewając się z tłumem. Minąłem kilku mężczyzna w towarzystwie gejsz, które zabawiały ich błyskotliwymi spostrzeżeniami odnośnie nauki, z co poniektórych domostw dochodziły mnie charakterystyczne dźwięki towarzyszące miłosnemu uniesieniu. Byłem skrępowany i najchętniej uciekłbym stąd, jednak ból przypominał mi, po co tu przyszedłem i nie pozwalał mi zrezygnować z zamierzonego celu.
Instynktownie starałem się wybierać uliczki, w których znajdywało się mniej ludzi. Kiedy ktoś pojawiał się na horyzoncie, starałem się zejść mu z drogi, a najlepiej gdzieś ukryć, aby nie zostać zauważonym. Wszędzie tylko widziałem wejścia stosowne dla klientów i gejsze siedzące na gankach z shakuhachi lub shamisenami na kolanach, które wygrywały na swoich instrumentach jakieś tęskne melodie. Zdawało mi się, że obserwują mnie uważnie, zupełnie tak jakby wiedziały o moich niecnych zamiarach, choć przecież oczywistym było, że nie mogły się tego domyśleć, a długimi i zalotnymi spojrzeniami starały się mnie jedynie zwabić jako potencjalnego klienta.
W końcu natrafiłem na dwóch żołnierzy. Wystraszyłem się nie na żarty. Co prawda byli zalani w trupa, ale to nie zmieniało faktu, że lepiej było z nimi nie zaczynać. Skryłem się w niewielkiej szczelinie między dwoma okiya i przecisnąłem się nią na drugą stronę, aby uniknąć wojskowych. Myślałem, że wydostanę się dzięki temu na drugą, równoległą uliczkę, ale jak się okazało znalazłem się na tyłach domostwa. Mieściło się tu niewielkie oczko wodne, w którym pływały pomarańczowe ryby koi. Zbiornik wodny został dookoła wyłożony kamieniami. Kamienna ścieżka prowadziła przez malutki skrawek zielonej trawy, który był odgrodzony od posesji innego domostwa za pomocą wysokiego, drewnianego płotu. Obok niego stały dwa słupy, z przymocowanymi do nich linkami, na których z kolei suszyło się pranie. Niedaleko ganka mieściła się studnia, z której wystawało ramię prostego, może nawet nieco prymitywnego, jakby naprędce skleconego żurawia. Rozejrzałem się przezornie, upewniając się, że nikogo nie widać w pobliżu. Światła w oknach były pogaszone, co zmotywowało mnie do działania. Wszedłem po drewnianych schodkach na ganek i zbliżyłem się do wejścia. Wziąłem głęboki oddech i po cichutku rozsunąłem papierowe drzwi, wchodząc do środka. W ciemnościach mało co widziałem. Starałem poruszać się powoli, ostrożnie, aby niczego nie potrącić, jednak i tak się nie udało. Trąciłem, jak mi się zdawało, szuflę do wygrzebywania popiołu z paleniska, która wydała z siebie przeraźliwie głośny dźwięk, kiedy metal zabrzęczał o kamienną posadzkę – a przynajmniej tak donośny ów dźwięk wydawał się w tej absolutnej ciszy, która napawała mnie pewnego rodzaju niepokojem.
Nic się jednak nie stało.
Moje oczy już jako tako przyzwyczaiły się do panującej wokół ciemności, toteż, i tak kierując się głownie na oślep, udało mi się znaleźć spiżarnię, która w istocie była wnęką w jednej ze ścian. Macałem ręką przedmioty stojące na półce. Nie zadając sobie trudu dociekania, co jest w środku, zwinąłem kilka niewielkich płóciennych worków. Już zamierzałem wycofać się ze swoją zdobyczą, kiedy nagle poczułem zaciskającą się na moim ramieniu silną, kościstą dłoń.
- Kim jesteś? – zabrzmiał melodyjny, choć stanowczy i nieznoszący sprzeciwu głos.
- Ja… a… - zająknąłem się, minimalnie obracając się w miejscu.
Zostałem przyłapany… ale to nic. W końcu to tylko delikatna kobieta, a nie jakiś wyszkolony żołdak. Dam sobie radę. W ciemności widziałem tylko zarys postaci, z czego w oczy szczególnie rzuciły mi się długie, rozpuszczone włosy. Kobieta. Nic strasznego. Poczułem jak adrenalina uderza mi do głowy, co tym bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że może udać mi się wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Nic nie może pójść źle.
Niespodziewanie szarpnąłem się. Udało mi się wyrwać z uścisku. Biegiem ruszyłem w kierunku wyjścia, jednak nim zdążyłem zeskoczyć z podestu na trawę, ktoś podciął mi nogi, a następnie złapał mnie za rękę, wykręcając ją i przerzucając mnie przez własne plecy, przez co w gruncie rzeczy i tak wylądowałem na trawie, jednak z tą drobną różnicą, że na twarzy.
Co jest do cholery?! To jakieś gejsze-komandoski czy jak?!
Ledwo zdążyłem się pozbierać, a na schodkach prowadzących do domostwa już pojawił się mój napastnik. Owszem, miał długie, czarne włosy, które sięgały niemal pasa i opadały na jego ramiona i plecy kaskadami falowanych pasm, ale w żadnym razie nie był kobietą. Był to wysoki mężczyzna o niespotykanej, egzotycznej urodzie. Miał nieduże oczy, ale za to ich spojrzenie było bardzo niepokojące. W tym świetle wydawały się być całkowicie czarne i tak wielkie, iż białka zdawały się być maleńkim skrawkiem, który równie dobrze mógł być odbiciem światła księżyca. Miał wysokie kości policzkowe i ostre rysy twarzy, jednak trzeba było przyznać, że był bardzo urodziwy. Dolna warga jego nie wąskich, ale także nie pełnych ust była pomalowana na czerwono (tak miały w zwyczaju mieszkanki/mieszkańcy dzielnic przyjemności od aut.), co zdradzało, że przynależał do tego miejsca. Ubrany był w piękne, krwistoczerwone hanfu przyozdobione motywem złotych kwiatów, które ciągnęło się za nim niczym złożony ogon pawia. Zmierzył mnie ciekawskim spojrzeniem.
- Zapytam jeszcze raz; kim jesteś i co tu robisz? – odezwał się w ten sam sposób.
- Kradnę, nie widać? – prychnąłem, gdyż nagle zebrało mi się na odwagę.
Mężczyzna wyciągnął z obszernego rękawa wachlarz i rozsunął go, zasłaniając sobie większą część twarzy. Spojrzał pod własne nogi, a potem w tył, jakby śledząc wzrokiem drogę, którą przebyłem do spiżarni i cmoknął niezadowolony.
- Nie nauczono cię, że wchodząc do czyjegoś domu należy ściągnąć buty? – pokręcił głową. – Doprawdy… będę musiał kogoś zawołać, żeby posprzątał te ślady z błota…
Spojrzałem na niego jak na idiotę. Przyszedłem okraść jego dom, a on prawi mi kazanie na temat tego, że nie ściągnąłem butów? Gdzie tu logika?
- Kpisz sobie ze mnie? – wywindowałem się do siadu, wciąż desperacko przyciskając do piersi swoją zdobycz.
- Ależ skądże znowu – wywrócił oczyma. – Jedynie udzielam lekcji dobrego wychowania.
- Co zamierzasz ze mną zrobić? – przełknąłem nerwowo ślinę.
- To zależy od tego, co ty zamierzasz – wsunął na stopy geta, które stały elegancko ustawione obok stopni i podszedł do mnie. Nachylił się nade mną, uważnie mnie lustrując.
- Jak to, co ja zamierzam? – byłem totalnie zdezorientowany. – Uciec? – zapytałem retorycznie. Właściwie to dlaczego dałem wciągnąć się w tę gadkę?
- W takim razie nie powinienem ci na to pozwolić – westchnął. – Rozumiem, że w kraju panuje klęska głodu, jednak jeśli wyda się, że pozwoliłem, abyś okradł mój dom, będę miał kłopoty; rozumiesz, prawda?
- A mam jakieś inne wyjście? – spojrzałem na niego z politowaniem. – Cóż, jesteśmy wrogami…
- Myślę, że mógłbym zaproponować pewnego rodzaju ugodę – wysunął propozycję.
- Jaką? – zapytałem z czystej ciekawości.
Mężczyzna poderwał mnie na równe nogi, po czym pociągnął w stronę do studni. Chwycił mnie za kark i zmusił mnie, abym się nad nią pochylił. Wyciągnął wiadro z wodą, po czym chlusnął jego zawartością na mnie. Lodowata woda zmoczyła mnie całego. Krzyknąłem wystraszony.
- Co ty robisz?! – ryknąłem wściekły.
Księżyc świecił dziś wyjątkowo intensywnie. Na tyłach geisha-ya nie było czerwonych latarni, toteż oblewało nas jedynie białe światło księżyca. Mężczyzna przypatrywał mi się uważnie przez chwilę, po czym trzepnął mnie wachlarzem w ramię.
- Wyprostuj się – zażądał. – Cóż… Myślę, że mógłby być z ciebie jakiś pożytek… - mruknął pod nosem. – Co ty na to, abym nie wyciągał konsekwencji dla twojego czynu, jeśli zgodziłbyś się tu zostać?
- Zostać? – powtórzyłem zszokowany. – Ale… niby jako kto? I że tu? W tym domu? – dopytywałem.
- Tak, w tym domu – przytaknął. – Jako gejsza oczywiście. Widzisz, Yoshiwara przeżywa „napływ” onna-geisha (kobiet gejsz od aut.), których osobiście nie znoszę. Kobiety nie nadają się do pełnienia tej funkcji. Mogą sobie zostać oiran, ale z pewnością nie gejszami (przypominam, że niegdyś gejszami byli mężczyźni od aut.). Nie mają klasy, wolniej się uczą, popełniają takie banalne błędy… Są bezużyteczne – wzruszył ramionami. – Gdybyś został, miałbyś zapewniony dach nad głową oraz pożywienie. W zamian musiałbyś dać z siebie wszystko, aby mama (w Japonii takim określeniem nazywane są właścicielki różnych przybytków np. restauracji czy barów od aut.) pozwoliła ci tutaj zostać. Urody ci nie brak, choć jesteś wychudzony i brudny – stwierdził. – Nad charyzmą i urokiem moglibyśmy popracować… Zacząłbyś od statusu jorō, więc nie masz się, o co obawiać; nie zdeklasyfikuję cię do komise-jorō czy yakko, o to możesz być spokojny (jorō to taka „zwykła” klasa, która nie cieszy się żadnymi specjalnymi przywilejami, ale nie miała też najgorzej. Yakko były to kobiety, które zostały zsyłane do dzielnic przyjemności w ramach kary za przewinienia np. zdradę męża, a ich wyroki wahały się o 3 do 10 lat. Komise-jorō to najniższa klasa, która nie była szanowana wcale. Jej przedstawicielki nie były wykształcone, a wynająć je można było już za cenę około 100-200 senów, podczas gdy tsubane-jorō, czyli oiran „najwyższej elegancji” można było wykupić dopiero za około 17 jenów i 50 senów od aut.).
- Chwila, chwila… Mam uprawiać seks z mężczyznami?!
- Nie – pacnął mnie wachlarzem po głowie. – Masz tańczyć, śpiewać i grać na instrumentach, rozmawiać i parzyć herbatę, nalewać sake, układać kwiaty… masz zabawiać gościa, dopóki nie przyjdzie oiran – wyjaśnił.
- Aa… - mruknąłem. – Hm… Nie, dzięki – odpowiedziałem szybko. Chciałem się od niego odsunąć, ale nim zdążyłem zrobić krok w tył, z powrotem leżałem na ziemi jak długi. – Do cholery, czy ty jesteś jakimś komandosem?!
- Tylko gejszą – uśmiech rozjaśnił jego piękną twarz.
Cóż, był naprawdę przystojny i tego nie można było mu odmówić. Z pewnością takie „zabawianie” gościa w jego wykonaniu musiało być czymś przyjemnym, jednak nie widziałem siebie w tej roli. Poza tym coraz rzadziej widywało się mężczyzn, którzy byli gejszami. No i coś mi w nim nie pasowało… Dlaczego tak nagle wypalił z tą propozycją?
- Nie ufam ci – syknąłem. – Pewnie chcesz mnie wrobić w coś o wiele gorszego.
- Mylisz się – zaprzeczył.
- A więc mam rozumieć, że składasz podobne propozycje wszystkim mężczyznom na swojej drodze? – zadrwiłem.
- Ależ oczywiście, że nie! – oburzył się. – Ale skoro już sam tutaj przyszedłeś… - rozłożył ręce. – Poza tym to byłoby dla ciebie korzystne. Twój wygląd i występek, jakiego się dopuściłeś, nakierowały mnie na myśl, że nie masz gdzie się podziać. Poza tym jestem jedynym mężczyzną w tym domu, a tak jak mówiłem, nie znoszę kobiet w roli gejsz. Denerwują mnie – skrzywił się. – Chciałbym znów przywrócić świetność temu zawodowi – wytłumaczył.
- I tak podziękuję…
- A jeśli powiem ci, że to, co ukradłeś to same przyprawy? – zaśmiał się pod nosem. – Nie najesz się zbytnio – zasłonił usta wachlarzem.
Zamurowało mnie. Siedziałem jak wryty w ziemię i spoglądałem na niego z niedowierzaniem. Cholera!...
- Czemu tu tak pusto? – zapytałem burkliwie, zmieniając temat.
- Większość gejsz z mojego domu zostało zaproszone do jakiejś posiadłości pod miastem jako duża grupa taneczna. Te, które zostały, trenują swoje talenty w swoich pokojach. Podczas nieobecności mamy sprawuję nad nimi pieczę. Właśnie przechadzałem się między ich pokojami, kiedy usłyszałem hałas dochodzący z kuchni i natknąłem się na ciebie.
- Skoro ty też jesteś gejszą, to dlaczego też nie poszedłeś do tej posiadłości? – zainteresowałem się.
- Jestem tsubane-jorō, a ponad to tayū (tayū to najbardziej uprzywilejowana klasa; mówiono, że jest ona odpowiednia dla daimyō, czyli wysoko postawionego pana feudalnego od aut.) – przyznał z nieukrywanym zadowoleniem. – Nie wybieram się na takie podrzędne spotkania – prychnął, zarzucając włosami. – Sam wybieram sobie klientów.
- No to moje gratulacje – mruknąłem bez entuzjazmu, co starło uśmiech z jego twarzy.
- Więc jaka jest twoja ostateczna decyzja? – zapytał w końcu. Zawahałem się. – Jest już późno, więc nie zaproponuję ci jakiegoś wspaniałego posiłku, ale myślę, że coś się ostało z obiadu – mruknął, wachlując się i spoglądając gdzieś w bok.
Moje wnętrzności ponownie zacisnęły się boleśnie.
Cholera!...
- Aa… - zająknąłem się. – Dużo macie tego jedzenia?
- Wystarczająco, abyś najadł się do syta – posłał mi piękny uśmiech.
Ostrożnie podniosłem się z ziemi i oddałem mu worki z przyprawami, kłaniając się jednocześnie w geście przeprosin. Wpatrywałem się usilnie w swoje stopy.
- Masz jakieś imię? – zapytał, wracając do środka.
- Takanori Nishikawa – mruknąłem.
- Świetnie – obdarzył mnie jeszcze jednym zniewalającym uśmiechem. – Więc najpierw zjesz, a potem porządnie się wyszorujesz, Takanori – zarządził.
- A ty, jak masz na imię?

- Hiro – przedstawił się i wszedł do ciemnej kuchni, poruszając się w mroku z gracją i wprawą, nie potrącając przy okazji niczego, zupełnie tak jakby dobrze widział, gdzie idzie. – Chodź – przywołał mnie. – Zlecę komuś, aby przygotował ci pokój.

Trochę pomieszałam tu z klasami oiran i gejsz, ale później wszystko wyprostuję, więc spokojnie.

Miniaturka "Filiżanka" Hizumi x Zero (D'espairsRay)

Cóż… długo nie pisałam, gdyż jak się okazało zmiana szkoły niekoniecznie dobrze wpłynęła na rezerwy mojego wolnego czasu. Szczerze powiedziawszy zamierzałam zakończyć działalność bloga, gdyż w ostatnim czasie (jakieś ostatnie siedem miesięcy) nie miałam nie tylko czasu, ale także weny, a poza tym komentarze, w których zawarta jest krytyka nie moich prac, a mojej prywatnej osoby również niezbyt mnie motywowała. Nie dbam o bloga? Olewam go? Cóż… muszę wyznać, że Doki iri no Sekai kiedyś było moim oczkiem w głowie, jednak teraz pojawiło się wiele ważniejszych spraw – już kit ze szkołą, ale choćby to, że wyprowadzam się w te wakacje z Polski… Nie sądzę jednak, żebym musiała się tłumaczyć, no ale cóż…
Coś dużo „cóż” w tej mojej przemowie…

Ech… No dobra, no to jak koniec końców to czemu piszę i to w dodatku kolejnego ficka? Ano dlatego, że znów popadłam w depresję, a nie ma nic lepszego na deprechę niż pisanie „Closer to Ideal”, gdzie Hizumi jest perfekcyjnym odwzorowaniem mojej osoby i mojego myślenia. Naprawdę chciałam skończyć z blogiem, ale po chwili zastanowienia doszłam jednak do wniosku, że chyba nie poradziłabym sobie bez rozładowywania swoich własnych problemów na fikcyjnych opowiastkach… Mój spaczony umysł musi mieć jakiejś ujście… Także na dziś miniaturka, a następnym wpisem zapewne będzie "Closer to Ideal". Nie, następna nie pojawi się za kilka miesięcy, uprzedzę już hejterów; mam już właściwie napisaną kolejną część, ale muszę jeszcze nad nią popracować, bo wydaje mi się "mdła".

Do napisania tej miniaturki zainspirowała mnie filiżanka mojej mamy.

Tytuł: „Filiżanka”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Typ: miniaturka
Gatunek: dramat (?)
Beta: -

Twoja ulubiona filiżanka była… dość niemęska, jeśli mogę się tak wyrazić… i o ile na naszym pięknym świecie istnieje coś takiego jak „męska filiżanka”.
Była biała.
I dość obszerna.
Na jej bokach zostały namalowane po dwie wiśnie z towarzyszącymi im również dwoma liśćmi, a na jej froncie, po przeciwnej stronie do tej, gdzie mieściło się kanciaste ucho, które ponoć bardzo wygodnie trzymało ci się w palcach, namalowany został pojedynczy na wpół rozwinięty pąk kwiatu wiśni z towarzyszącym mu tylko jednym liściem.
Jej brzeg był wywinięty, przez co, jak twierdziłeś, jest właśnie Twoją ulubioną, gdyż dzięki temu idealnie dopasowywała się do Twoich warg.
Czasem zazdrościłem temu kawałkowi porcelany… Tak często mógł dotykać Twoich ust… Zdawało mi się, że nawet częściej niż ja. Ach, tak rzadko pozwalałeś mi się całować!…
Wolałbym zamienić się w część składową zastawy byleby tylko częściej dotykać Twoich warg – czy to nie szalone? Ale tak właśnie Cię kocham – do szaleństwa.
Pod wywiniętym brzegiem ciągnął się jasnozielony pasek grubości około jednego centymetra, a zaraz u jego dolnej krawędzi jeszcze jeden, choć cieńszy, bladożółty. Zielony przyozdobiony był delikatnym, brązowym motywem roślinnym przywodzącym na myśl liście winorośli.
Jak tak teraz o tym myślę… to całkiem ładna była ta filiżanka.
Do kompletu był też spodek, ale zbił się podczas Naszej pierwszej poważnej kłótni w 2011 roku, kiedy rozwiązywaliśmy zespół.
Nie pamiętam już jak on wyglądał… spodek, rzecz jasna.

Zawsze denerwowało mnie to, że ta filiżanka „chodziła” za Tobą, a więc ciągnąłeś ją za sobą do każdego pomieszczenia, w którym przebywałeś; nawet do łazienki. Chociaż… może po głębszym zastanowieniu nie irytowało mnie to, że ją wszędzie ze sobą nosisz, a raczej stan, do którego ją doprowadziłeś. Niestety, jako że „wpoiłeś” jej „syndrom chodzącej filiżanki” to wciąż zmuszony byłem ją oglądać.
Była wiecznie brudna.
Ty, pedant absolutny, „zahodowałeś” prawdopodobnie najbrudniejszą filiżankę świata. Gdyby nie fakt, że regularnie zalewałeś ją wrzątkiem, zapewne doczekałbyś się tam pojawienia się Twojego własnego, prywatnego mini-ekosystemu ze szczególnie dobrze rozwiniętą florą… bakteryjną.
Od zewnątrz widać było na niej brązowe zacieki po pojedynczych kroplach, których nie zdążyłeś spić, przez co wyglądało jakby wiśnie i pąk ich kwiatu zroszone były brudnym deszczem.
We wnętrzu z kolei widniała niezliczona ilość kręgów, które znaczyły poziom, do jakiego sięgał napój, nim ocknąłeś się z letargu, zanurzony we własnych rozmyślaniach lub oderwałeś się od wiru pracy związanego z prowadzeniem projektu „Umbrella” i upiłeś kolejny łyk, by zaraz potem znów wrócić do przerwanej czynności. Owe kręgi tworzyły misterny, niepowtarzalny geometryczny wzór – ale dobrze wiesz, że nigdy nie byłem fanem ani sztuki nowoczesnej, ani współczesnej, więc niekoniecznie przywiązałem się do niego, niekoniecznie także przypadł mi do gustu.
Na dnie zawsze spoczywała bladobrązowa resztka zimnej kawy, która, mówiąc delikatnie, nie wyglądała zbyt apetycznie.
W ciągu dnia potrafiłeś wypić nawet pięć czy sześć kaw, toteż nigdy nie pozwalałeś mi jej umyć, uparcie powtarzając burkliwym głosem: „Zostaw, zaraz i tak będę z niej pił.”.

Tak, teraz też wpatrywałem się w tę samą nieszczęsną filiżankę, jakby to ona była wszystkiemu winna.
Stała na blacie już sam nie wiem jak długo, ale nie zamierzałem jej stamtąd ruszać.
Miała odłamane ucho, a w miejscu, w którym całe wieki temu znajdował się malowany pąk, zionęła dziura ukazująca zbrązowiałe wnętrze tej skorupy, noszące ślady po ostatniej kawie, jaką z niej upiłeś. Pękła w skutek upadku.
Wiśnie po obu stronach przeszywała drobna siateczka pęknięć i właściwie to teraz tylko czekały na to, aż je tknę, aby dać im powód do zapadnięcia się w sobie.
Filiżanka znajdywała się w takim opłakanym stanie od naszej drugiej poważnej kłótni… i prawdopodobnie ostatniej, bo wyprowadziłeś się, a ja nawet nie wiem gdzie. Zabrałeś w pośpiechu kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wyszedłeś z mojego życia z trzaskiem drzwi.
Twoje ubrania, kosmetyki, notatki, niedokończone projekty i szkice… niczego nie ruszałem. Wszystko wciąż leży na swoim miejscu, tak jak to zostawiłeś. Wciąż beznadziejnie łudzę się, że wrócisz choćby po kilka kolejnych rzeczy, dzięki czemu choć przez chwilę mógłbym jeszcze na Ciebie spojrzeć, mimo iż wiem, że jest to nierealne; mimo iż wiem, że później przyniosłoby mi to tylko jeszcze więcej bólu.

Nie zmieniłem zamków; przecież wiesz.
Masz klucze.
Masz, prawda?
Może wziąłeś je odruchowo, a może zostawiłeś sobie w ten sposób pewnego rodzaju drogę powrotną, żebyś mógł wrócić, gdyby było naprawdę źle…

A z jakiego powodu to wszystko?
Bo powiedziałem, że nie zgadzam się na reaktywację D’espairsRay – jako jedyny.
Jako wymówkę podałem, że chcę się skupić na tym, co jest teraz, na obecnym zespole; dotknęło Cię to? Nie, niemożliwe… Przecież wiesz, że prawdziwy powód, którym się kierowałem był zupełnie inny.
Wiem, Skarbie, że ten zespół był dla Ciebie wszystkim, podobnie jak i dla mnie, jednak nie pozwolę Ci w imię tego stracić głosu. Czy to dziwne, że nad dobro zespołu przedkładam Twoje zdrowie?
Nie chcę, żebyś więcej śpiewał, mimo iż uwielbiam Twój głos – ale to właśnie dlatego pragnę, abyś zachował go aż do końca.
Tyle paradoksów w tak prostym powodzie – zespół był dla mnie wszystkim, a nie chcę jego reaktywacji; uwielbiam Twój głos, ale nie chcę go słuchać… przynajmniej nie ze sceny.

A więc odszedłeś.

Tsukasa i Karyu ponoś znaleźli kogoś na moje miejsce, ale Ty nie chciałeś z nim grać, a więc reaktywacja jednak nie doszła do skutku i wszystko zostało po staremu – wciąż zajmujesz się projektanctwem, a ja nadal uważnie śledzę Twoje prace, choć już tylko przez Internet; nie mogę przecież już zajrzeć Ci przez ramię. Matsumura nadal gra w Angelo, a ja i Tsu w The Micro Head 4N’S, choć Kenji nie odzywa się do mnie i od dłuższego czasu utrzymuje się między nami atmosfera pod zdechłym Azorkiem.
Nie, jednak zmieniło się całkiem sporo…
„Nasze” mieszkanie jest „moje” – puste.
Nie ma Cię.
Odszedłeś.
…choć może fakt, że nie zaakceptowałeś innego basisty świadczy o tym, że wciąż o mnie pamiętasz. Czy czujesz wciąż coś do mnie, tak jak i ja do Ciebie?
…no i masz klucze. Nie życzę Ci źle, dlatego nie każę Ci wracać, ale jeśli już odchodzisz, to mógłbyś zrobić to porządnie i zabrać ze sobą wszystko. Otoczony zewsząd Twoimi rzeczami czuję się, jakbym prawie Cię miał – jednak to „prawie” robi ogromną różnicę; jakbym trzymał Cię za rękaw, niezdolny dosięgnąć Twojej dłoni. Czuję się, jakbym ślęczał w pięknym pałacu, trwał w pustej sali tronowej… ale co komu po takim zamku, na którym nie ma króla? Co z tego, że to wszystko, co mnie otacza jest prawdziwe i tak do złudzenia przypomina mi Ciebie, że nawet w tafli lustra w miejscu, w którym napisałeś mi listę zakupów, żebym ją zauważył, widzę Twoją twarz, kiedy ostatecznie nie mam Cię przy sobie. Te wszystkie rzeczy tracą wartość, kiedy nie ma najważniejszego punktu, który nadawał im ją – Ciebie. Taki szampon czy koszulę mógł kupić każdy… znaczenie to miało tylko wtedy, kiedy te przedmioty należały do Ciebie.
Ale porzuciłeś je.
Tak jak i mnie.

Filiżanka jest potłuczona.
Mam nadzieję, że znajdziesz sobie nową, którą ukochasz równie mocno…

miniaturka "Lód stopniał" Hizumi x Zero (D'espairsRay)

Może trochę późno jeśli chodzi o lód, ale cóż... mówiłam, że będę starać się powrócić do mojego ukochanego paringu H x Z, pomimo jego wrednej Zerowatości...



Tytuł: „Lód stopniał”
Paring: Hizumi x Zero (D’espairsRay)
Gatunek: ?
Typ: miniaturka
Beta: -

Mróz. Biały obłok mojego oddechu unosił się w powietrzu, zawisł w nim niczym materialny, namacalny przedmiot. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, zagrzebując się jeszcze bardziej w szaliku, który pachniał jego perfumami; zasłoniłem się tak, iż widać mi było niemalże same oczy.
- I czego się cieszysz? – burknął Zero.
Michi był uważnym obserwatorem. Zawsze dostrzegał najdrobniejsze zmiany w moim wyglądzie czy zachowaniu i potrafił wyciągnąć z nich trafne wnioski, dlatego też teraz  umiał stwierdzić, że się uśmiecham, obserwując jedynie moje oczy, które lekko się zmrużyły. Choćbym nie wiem jak się starał, nigdy nie potrafiłem ukryć przed nim swoich prawdziwych uczuć… więc od pewnego czasu po prostu przestałem się kryć. Zrozumiałem, że to i tak bezcelowe – on i tak już o wszystkim wie, wszystkiego się domyślił.
- Bo pada śnieg – chwyciłem go mocniej pod ramię, kiedy wspólnie przekraczaliśmy bramę uniwersytetu, kierując się w stronę stacji metra.
- To nie jest powód do radości – prychnął. – Zacznie się teraz… - westchnął. – Korki, skrobanie aut…
- Przecież ty nawet nie masz samochodu! – roześmiałem się, na co szatyn jedynie wywrócił oczyma i mruknął coś do siebie pod nosem.
Właściwie to nie wiem, dlaczego padło akurat na Shimizu. Byłem od niego starszy o rok, a więc kontynuowałem już mój szósty semestr na uczelni, podczas gdy szatyn dopiero czwarty. Chodziliśmy na różne kierunki, nigdy nie mieliśmy wspólnych wykładów, więc teoretycznie szansa na nasze spotkanie w szkole była zerowa, żeby nie powiedzieć ujemna. Uniwersytet Tokijski to olbrzymia kondygnacja budynków, ogrom masy ludzkiej lawirującej wśród siebie nawzajem, co najmniej kilkaset rwących potoków bezimiennych, nieznajomych sobie ludzi ciągnących w różne strony – a jednak stało się.
Niemożliwe czasem bywa możliwe.
Właściwie to wszystko zaczęło się od tego, że zainteresowałem się plotką o chłopaku, który ponoć potrafi zabijać wzrokiem, dlatego zapewne jest seryjnym mordercą, ale jako że nauka jeszcze nie udowodniła, iż można pozbawić życia za pomocą spojrzenia, a on skrzętnie ukrywa zwłoki w swojej szafie, policja wciąż go nie złapała. Wciąż słyszałem, że od niego lepiej trzymać się z daleka. Wszyscy dookoła z uporem maniaka powtarzali, że jestem masochistą albo nawet samobójcą, skoro zamierzam się do niego zbliżyć, co niezmiernie mnie irytowało.
„Dlaczego?”
To pytanie wciąż pobrzmiewało w mojej głowie, kiedy wspinałem się po schodach prowadzących do najwyższej loży ławek w sali wykładowej numer sto trzy. Pamiętam to jak dziś. Serce waliło mi jak młotem. Ekscytowałem się i denerwowałem jednocześnie – choć do tej pory nawet nie potrafię powiedzieć dokładnie dlaczego.
Pchała mnie ciekawość. Chciałem sprawdzić na własnej skórze czy ten chłopak o anielskiej twarzyczce, choć wiecznie skrzywionej w brzydkim grymasie, jest naprawdę taki zły. Ciekawiło mnie, dlaczego jest taki oschły, dlaczego próbuje odseparować się od innych, dlaczego jest taki nieprzyjazny… W zasadzie na większość tych pytań wciąż nie dostałem odpowiedzi.
Życie to nie telenowela czy harlequin, dlatego kiedy tylko się przysiadłem, zostałem obrzucony miażdżącym spojrzeniem, którym do dziś Zero lubi mnie traktować. Michi nie zmienił się w księcia z bajki. To również nie jest anime czy też manga, toteż Shimizu w istocie okazał się najbardziej opryskliwym typem, z jakim do tej pory miałem do czynienia i nic nie wskazywało na to, jakoby miał się zmienić choćby odrobinę. Nie przeszedł rewelacyjnej metamorfozy, dzięki której miałby być we mnie szaleńczo zakochany w zamian za to, że się nim zainteresowałem w „normalny” sposób w przeciwieństwie do reszty studentów, być mi oddanym czy choćby miłym, a dla reszty świata wciąż niezmiennie ostrzyć swoje kolce niczym piękna róża.
Zero nie był różą.
Zero kłuł jak oset.
Wszystko i wszystkich.
Miałem wrażenie, że kłuje mnie nawet teraz, ale w zasadzie nie przeszkadzało mi to. Może w istocie jestem w jakimś stopniu masochistą? W każdym razie przylgnąłem do niego niczym rzep. Właściwie to fascynowało mnie to, jak bardzo jest inny od reszty – z tego samego powodu wiele osób go unikało, stroniło od niego, ale ja widziałem w nim coś, co mnie przyciągało. Sprawiało, że chodziłem za nim niemalże krok w krok niczym stalker. Uzależniłem się. Zawsze szukałem go wzrokiem w tłumie, często też do niego podchodziłem, próbowałem się zbliżyć, mimo iż on wciąż mnie od siebie odpychał – ale ja po prostu nie mogłem inaczej. Musiałem go chociaż zobaczyć raz dziennie; inaczej dostawałem jakichś dziwnych tików nerwowych, byłem rozeźlony, rozkojarzony.
Rzep i oset – dobrana para, prawda?
W końcu jednak Michi dał za wygraną. Pozwolił mi stać przy swoim boku. Zaakceptował irytującą świadomość mojego istnienia dryfującą w bezładzie rzeczywistości tak blisko swojego żywota – jak to sam powiedział. Zaśmiałem się cicho na to wspomnienie.
- Śnieg jest piękny – stwierdziłem, przyglądając się jak drobne płatki białego puchu leniwie spadają na ziemię.
- Widziałem piękniejsze rzeczy… - mruknął, a ja oparłem głowę o jego ramię.
- Nie wydziwiaj – przymknąłem powieki, pozwalając prowadzić się szatynowi. – Jest już grudzień, a to dopiero pierwszy śnieg, więc to chyba nic dziwnego, że się nim cieszę, prawda?
- Nie, to jest dziwne – zaprzeczył ostro. – Dla mnie nie jest ważnym, kiedy on spadnie; najlepiej, żeby nie padał w ogóle. Nie lubię śniegu… A ty cieszysz się z takich irracjonalnych rzeczy jak głupi, wiesz? – fuknął.
- Oj tam – machnąłem ręką. – Po prostu kiedy nie ma śniegu, nie czuję tej magii świąt.
- Yoshida, możesz mi wytłumaczyć od kiedy zostałeś Chrześcijaninem? – spojrzał na mnie jak na osobę niespełna rozumu. – Albo chociaż amatorem Bożego Narodzenia?
- Zwyczajnie lubię, kiedy reklamy Coca-Coli w jakimś stopniu pokrywają się z rzeczywistością – zaśmiałem się. Shimizu znów wywrócił oczyma i sapnął ciężko. Zeszliśmy do podziemia. Chłopak odruchowo spojrzał w stronę przeciwnego peronu, gdyż mieszkał w innej części miasta. – Jedziemy do mnie?
- Niech ci będzie – zgodził się.
- Dziękuję – stanąłem na palcach i cmoknąłem go w policzek, na co chłopak nie zareagował w żaden sposób.

***

- Zeeroo… - jęknąłem żałośnie.
- Nie drzyj się – warknął szatyn. – Leżę koło ciebie, gdybyś nie zauważył – poinformował mnie zachrypniętym głosem.
Niechętnie podniosłem się na łokciach i z trudem uniosłem głowę. Otworzyłem zapuchnięte, podrażnione i zaropiałe oczy, aby zweryfikować czy mówi prawdę. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że nie żartował. Shimizu leżał na boku odwrócony do mnie plecami. Przykryty był kołdrą mniej więcej do wysokości żeber, dzięki czemu mogłem podziwiać jego nagie plecy. Jego skóra wydawała się być taka gładka i aksamitna… ledwo powstrzymałem się, aby nie przesunąć po niej dłonią.
- Punkt dla ciebie za spostrzegawczość – mruknąłem niewyraźnie.
- Chciałeś ode mnie coś konkretnego czy po prostu postanowiłeś mnie torturować swoim gadulstwem, kiedy mam migrenę stulecia? – zapytał nieprzyjaźnie.
- Migrenę to ma królowa Bon; ciebie po prostu łeb napierdala – zaśmiałem się, po czym ponownie padłem na poduszki, gdyż nie miałem zbytnio siły utrzymywać się dłużej w pozycji półleżącej. – Tak właściwie to mam do ciebie prośbę… - mruknąłem znacznie ciszej.
- Co, mam ci niby skoczyć po tabletki przeciwbólowe i najlepiej jeszcze coś do picia, tak? – odwrócił się w moją stronę. Nie wyglądał lepiej niż ja; podkrążone, zapuchnięte oczy, blada, przesuszona cera, spierzchnięte usta poznaczone ranami od zagryzania ich. – Tyle mam ci do powiedzenia – pokazał mi środkowy palec i z powrotem ułożył się w tej samej pozycji, co wcześniej.
- A myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi… - próbowałem wziąć go na litość.
- Daj mi spokój – burknął. – Jak taki z ciebie przyjaciel, to sam przynieś te cholerne tabletki i wodę, a ja poczekam.
- Wiesz… W tą stronę to to raczej nie przejdzie…
Michi w odpowiedzi burknął coś pod nosem i szczelniej przykrył się kołdrą. Mimo jego wrednych odzywek niezrażony przysunąłem się do niego i objąłem go od tyłu. Moja dłoń spoczęła na jego brzuchu.
- Co ty robisz? – mruknął.
- Wiesz, co jest najlepsze na ból głowy? – uśmiechnąłem się perwersyjnie.
- Studencki obiad stulecia; koktajl bananowy i kanapka z tłustym boczkiem?
- Nie – zaśmiałem się. – Seks.
- Mało ci w nocy było? – uniósł jedną brew i odwrócił się do mnie przodem. Przesunął dłonią po mojej szyi, zatrzymał ją na klatce piersiowej, a następnie delikatnie popchnął mnie do tyłu. Położyłem się pod nom. Chłopak oparł się po obu stronach mojej głowy i zawisł nade mną. Jak zwykle uważnie mnie lustrował, jakby zastanawiając się nad moją propozycją. – Później nie będziesz mógł chodzić – cmoknął mnie w czoło i odsunął się z powrotem.
Usiadł, a następnie podciągnął się nieco wyżej i odsłonił zasłony. Zmrużyłem oczy, kiedy do sypialni wpadł snop oślepiającego światła. Zero wyjrzał za okno.
- Śnieg stopniał – oświadczył.
- Co? Niee… - jęknąłem niezadowolony i przysunąłem się do niego, aby zajrzeć mu przez ramię i przekonać się czy szatyn nie kłamie. – To niedobrze…
- Dobrze – zaprzeczył Shizmizu.
- Niedobrze – nie ustępowałem.
Zero zmierzył mnie przeszywającym spojrzeniem, po czym rzucił się na mnie. Ponownie mnie przewalił, jedynak tym razem znacząco zmniejszył dystans między nami. Pocałował mnie w usta – krótko, lecz czule. To był pierwszy raz, kiedy chłopak z własnej woli mnie pocałował; zawsze to ja inicjowałem pocałunki, które i tak były bardzo rzadką przyjemnością, na jaką mogłem sobie pozwolić.
- Lód stopniał – uśmiechnął się pięknie, przez co w tej chwili naprawdę wyglądał niczym sam anioł. – To dobrze.
- Lód… stopniał… - wydukałem. – Aa! – wykrzyknąłem, zrozumiawszy, o co mu chodzi. – Lód stopniał!

Objąłem go za szyję, kiedy ponownie mnie pocałował – tym razem naprawdę gorąco i namiętnie, ponieważ wraz ze śniegiem stopniały wszystkie lody; naprawdę wszystkie.

"Monsters" cz.15


OBOWIĄZKOWO PRZECZYTAJ PRZED ROZPOCZĘCIEM CZĘŚCI WŁAŚCIWEJ:
Boże, hańba mi! Spalić mnie na stosie, skazać na łamanie kości kołem… Jak ja tak mogłam? Jak?! Tyle czasu od ostatniej części „Monsters”! Faktem jest, że przez ten czas zastanawiałam się od czasu do czasu nad tą serią, jednak nie miałam żadnego konkretnego pomysłu, a wolałam nie pisać z przymusu, bo wtedy rozdział wyszedłby pożal-się-boże… Nie, wcale się nie tłumaczę, nie! Chciałam jedynie sama przeprosić za ten karygodny czyn, którego się dopuściłam – bo zawsze karcę autorów, którzy wstawiają części opowiadań raz na kilka miesięcy, bo potem czytelnicy nic nie pamiętają.
Aby odświeżyć sobie pamięć przeczytałam część czternastą i szczerze powiedziawszy nie wiem dlaczego, ale pod koniec zaczęłam płakać i to chyba to zmusiło mnie do napisania takiego długiego wywodu. Czuję się potwornie, że na tak długi czas uśmierciłam tę historię, jednak wskrzeszę ją! Obiecuję!
KONIEC CZĘŚCI OBOWIĄZKOWEJ.

„Monsters” cz.15



Moje ciało stopniowo robiło się coraz cięższe, jednak wciąż miałem dobry nastrój. Ostatni raz zaciągnąłem się zapachem ukochanego i z uśmiechem na ustach zdawałoby się, że zamknąłem oczy tylko na chwilkę…

            Kiedy otworzyłem oczy… cóż, nie było zbyt wielkiej różnicy niż wtedy, kiedy miałem je zamknięte. Przez moment leżałem i próbowałem zrozumieć, co się stało i dlaczego tak słabo widzę. Ponad to nie rozpoznawałem miejsca, w którym się znajdowałem. Pamiętam spotkanie z Aimer, ale wtedy spotkaliśmy się niemal nad samą zatoką, a potem przyszedł Zero i… właśnie Zero!
Poczułem ciepły oddech na karku i w tej chwili wszystko jakby nabrało sensu. Najwidoczniej musiałem stracić przytomność. Obudziłem się dopiero w środku nocy, o czym uświadomił mnie cyfrowy zegarek stojący na szafce nocnej. Obróciłem się delikatnie w objęciach kochanka i spojrzałem na jego śliczną twarz. W miękkim, nikłym świetle dochodzącym jedynie spomiędzy wąskiej szpary między zasłonami wyglądał tak spokojnie… Przesunąłem kciukiem po jego policzku, po czym złożyłem na nim delikatny pocałunek i wyswobodziłem się z jego objęć. Chłopak mruknął coś przez sen. Ściągnął brwi, przez co miałem wrażenie, iż jej niezadowolony z tego, że go opuściłem. Uśmiechnąłem się pod nosem na tę myśl i przeczesałem palcami jego włosy w czułym geście. Szatyn natychmiast uspokoił się, odetchnął głęboko, a jego mina znów zdradzała jedynie stoicki spokój.
Wstałem dość chwiejnie i wyszedłem z sypialni, cicho zamykając za sobą drzwi.


Zazwyczaj słowo „pobudka” kojarzy się z czymś nieprzyjemnym, jednak jeśli to błogie uczucie bezpieczeństwa, ciepła i rozleniwienia ma towarzyszyć mi podczas każdego przebudzenia, to mogę się nawet porwać się na tak masochistyczny krok, jakim jest zezwolenie na kilkunastokrotne budzenie mnie w środku nocy tylko po to, aby poczuć się właśnie tak jak w tej chwili; w tej wspaniałej chwili.
Przeciągnąłem się, mając wciąż zamknięte oczy i mruknąłem sennie pod nosem. Światło dzienne usilnie próbowało wedrzeć się pod moje powieki i choć wiedziałem, że widok, jaki zastanę po ich rozchyleniu będzie cudowny, to słodkie lenistwo było silniejsze i kazało mi jeszcze chwilkę poleżeć.
- Dzień dobry, śpiący królewiczu – usłyszałem nad sobą miękki głos ukochanego.
Rozanielony mruknąłem raz jeszcze, po czym instynktownie zadarłem głowę do góry. Oczekiwałem pocałunku, który został złożony na moich ustach chwilę później. Niestety, nie był to jakiś długi, pasjonujący pocałunek, a jedynie zwykły całus, niemniej, przyjemny. Oblizałem dolną wargę, po czym ją zagryzłem i uśmiechnąłem się do siebie, by dopiero po tym w końcu otworzyć oczy. Początkowo mrużyłem je, gdyż panująca w sypialni jasność oślepiła mnie, jednak od razu rozpoznałem tuż przed sobą ten delikatny uśmieszek, za którym Zero zawsze skrywał swoje prawdziwe uczucia.
- Dzień dobry – odpowiedziałem zachrypniętym od snu głosem, po czym za karę uszczypnąłem go w policzek tak mocno, aż został na nim czerwony ślad, a chłopak jęknął żałośnie.
- Za co to?! – naburmuszył się.
- Za ten uśmiech… Nie znoszę go…
- Nie lubisz, kiedy się uśmiecham? – zdziwił się.
- Nie w ten sposób – w ramach rekompensaty pogładziłem go po policzku, który przed chwilą zmaltretowałem. – Znów się martwisz, a ja nie rozumiem dlaczego. Przecież jestem z tobą, nigdzie ci nie ucieknę, mamy zespół, jako-tako ustabilizowaną sytuację finansową, mieszkanie… czego ty byś jeszcze chciał?  - spojrzałem na niego wyzywająco.
- Żebyś przestał mi mdleć w ramionach – spojrzał na mnie ganiąco. – To już nie pierwszy raz, Yoshi-chan – znów uśmiechnął się w ten sposób, za co ponownie go uszczypnąłem. – Au! – zawył.
- Nic mi nie jest – wywindowałem się do siadu. – Biorąc pod uwagę, w jak krótkim czasie moje życie zostało wywrócone do góry nogami to i tak musisz przyznać, że trzymałem się całkiem nieźle… pod względem fizycznym… - dodałem znacząco.
- Taa… - mruknął. – Mam nadzieję, że więcej takich stanów depresyjnych i desperackich zachowań nie będę miał nieprzyjemności doświadczyć z twojej strony – znów chciał się uśmiechnąć, jednak zaraz przybrał neutralny wyraz twarzy, kiedy tylko zauważył, że podnoszę dłoń do jego twarzy.
- Ech… - westchnąłem ciężko. Usiadłem do Shimizu plecami w siadzie skrzyżnym, podczas gdy on leżąc na boku i podpierając głowę na ręku wbijał nieprzyjemne spojrzenie w mój kark, co czułem jako lodowate dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. – Czy ty zawsze musisz wszystko skopać? – spojrzałem na niego z wyrzutem. – Taki ładny, romantyczny poranek… a ty? A ty jak zawsze od rana tylko marudzisz… - wywróciłem oczyma.
- Martwię się o ciebie – również podniósł się do siadu i objął mnie od tyłu. – Czy to źle, że chcę dla ciebie jak najlepiej? – ułożył głowę na moim ramieniu.
- Oczywiście, że dobrze – odchyliłem głowę na jego bark. – Ale czy musimy dbając o siebie być wiecznie smutni? Po tych wszystkich łzach i wrzaskach chyba przyszedł w końcu czas na uśmiech, co? – próbowałem dostrzec jego twarz, jednak skutecznie skrywał się za zasłoną z włosów. – Ale taki… normalny… Wiesz, w sensie nie ten twój wymuszony… - zaznaczyłem. Michi podniósł głowę i spojrzał mi w oczy.
- W takim razie postaram się, aby mój uśmiech już nigdy nie wydawał ci się złamany* – w głębokim uśmiechu wyszczerzył zęby.
- No nie! – zmierzyłem go ostrym spojrzeniem i przybrałem obrażoną minę. – Czytałeś moje teksty! – odpowiedział mi jedynie wzruszeniem ramion, po czym jeszcze raz sięgnął moich ust.
- Było nie wychodzić w środku nocy i nie gryzmolić albo przynajmniej nie zostawiać notatek na środku stołu – wytknął mi język.
Basista usadził mnie między swoimi nogami. Oparłem się o jego tors, a głowę odchyliłem na jego bark. Całowaliśmy się niespiesznie. Szatyn jedną ręką odszukał w pościeli moją dłoń, na której ją zaciskałem. Drugą gładził moją wyciągniętą szyję, co sprawiało, że od czasu do czasu z mojego gardła wydobywały się głębokie mruknięcia aprobaty. Ja natomiast drugą wolną dłoń położyłem na jego udzie i powoli nią przesuwałem, co chłopakowi widocznie odpowiadało, bo uśmiechał się nawet podczas pocałunków.
Rozkoszując się ustami ukochanego zatracałem się w ich smaku i przestawałem myśleć racjonalnie. Obróciłem się w objęciach Zero przodem do niego, aby następnie popchnąć go na poduszki i zawisnąć nad nim. Opierałem dłonie na wysokości jego skroni po obu stronach jego głowy i mierzyłem go spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek. Delikatny uśmiech figurował na moich ustach, co nadawało mojej minie cwaniackiego wyrazu. Powoli ugiąłem ręce w łokciach, kładąc się na nim. Ułożyłem się na szatynie, przygniatając go własnym ciężarem. Shimizu nie protestował, co bardzo mnie cieszyło, bo przyjemnie było poczuć, że między naszymi niemalże nagimi ciałami, osłoniętymi jedynie bielizną (Michi musiał mnie najwyraźniej rozebrać do snu), nie było żadnej wolnej przestrzeni. Jego gorąca, delikatna skóra przyjemnie pieściła moją samym swoim dotykiem, świadomością, że bezpośrednio przylega do mojej. Ująłem jego twarz w dłonie i ponownie złączyłem nasze wargi. Basista zaplótł dłonie na moich lędźwiach, jednak nie pozostały tam długo, gdyż zaraz zsunęły się w dół. Szatyn zaczął ugniatać moje pośladki, a ja mruknąłem wprost w jego rozchylone usta, okazując w ten sposób moje zadowolenie. Delikatnie pociągnąłem zębami za jego dolną wargę, by zaraz potem pozwolić mu przejąć kontrolę nad pocałunkiem i spleść nasze języki w erotycznym tańcu. Shimizu przesunął palcem (wciąż przez materiał bokserek) po mojej kości ogonowej, przez co przeszły mnie przyjemne dreszcze. Wygiąłem się niczym kot, na co mój ukochany zachichotał.


- Przyjemnie było, prawda? – Michi spojrzał na mnie znacząco.
Chciałem od razu mu odpowiedzieć, ale nie pozwolił mi na to mój wciąż przyspieszony oddech, nad którym nie mogłem zapanować. Ciężko dyszałem, uparcie próbując zapanować nad sobą. Muzyk również oddychał ciężko, jednak nie aż tak jak ja. Uśmiechał się szeroko; widocznie był z siebie zadowolony.
Przyjemnie? Też mi coś!… Szczerze to ledwo czułem nogi… No i kręgosłup mnie napieprzał…
- Ja… - wziąłem głęboki wdech. – Ja cię… zamorduję… - syknąłem. – Tylko zaśnij… Tylko zaśnij… - warknąłem ciszej do siebie.
- Oj daj spokój, Hizu – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
- Ruchu? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – Toć przecież ty urządziłeś mi maraton z przeszkodami! – odgarnąłem z czoła mokre od potu włosy.
Wreszcie udało mi się zsunąć buty. Kopnięciem posłałem je pod ścianę, uprzednio jeszcze mierząc je nienawistnym spojrzeniem, zupełnie tak, jakby to one były źródłem wszelkiego zła, a nie Michi. Tak, mój kochany chłopak w ramach troski o moje samopoczucie postanowił zadbać o moje zdrowie, a więc od dziś miałem się zdrowo i regularnie odżywiać oraz zacząć się ruszać, bo obiecał mi, że jeśli następnym razem zemdleję, to nie będzie tachał mnie taki kawał drogi do domu (nawet jeśli by się to zdarzyło to i tak wiedziałem, że przyniósłby mnie choćby i paręnaście kilometrów, jeśli byłaby taka potrzeba, ale cii… Musiałem dać mu się wygadać i poudawać przez chwilę, jakiż to jestem przejęty jego okrucieństwem i bezdusznością względem mojej szanownej osoby).
- Piękny poranek, miło, przyjemnie… - mruczałem pod nosem. – Ty naprawdę potrafisz wszystko skopać, wiesz? – fuknąłem. – Czy ten dzień nie mógł być przyjemny, aż do samego wieczora? – spojrzałem na niego z wyrzutem. – Moglibyśmy przecież zostać w domu i… - podszedłem do niego i dotknąłem palcem wskazującym jego mostka, robiąc przy tym zalotną minę. - …i może zrobić przy okazji coś niecenzuralnego? – oblizałem lubieżnie usta. Shimizu złapał mnie za nadgarstek i odpowiedział mi podobnym uśmiechem.
- Teraz możemy zrobić coś niecenzuralnego – chciał mnie pocałować, jednak ja szybko się od niego odsunąłem, wyrywając rękę z jego uścisku.
- Ha, ha; nieśmieszne – burknąłem.
- Co znowu? – podniósł jedną brew. Na jego twarzy malowało się niezrozumienie.
- Teraz to sobie możesz pomarzyć – wytknąłem mu język.
- Obraziłeś się? – wywrócił oczyma.
- Jestem zmęczony – założyłem ręce na piersi. – A ja nie wyobrażam sobie, żeby… hm… jakby to nazwać?... nasz drugi pierwszy raz miał być szybkim numerkiem – spojrzałem na niego karcąco.
- „Drugi pierwszy raz”? – roześmiał się. – Fajna nazwa – oparł się ramieniem o ścianę. – Chociaż jakby nie patrzeć, cieszę się, że będę miał okazję drugi raz cię rozdziewiczyć – przesunął językiem po zębach w wulgarnym geście, a ja w tym momencie się speszyłem. Zarumieniłem się i wyminąłem go, kierując się do łazienki.
Szczerze powiedziawszy, to tą gadaniną jedynie chciałem mu… hm… narobić smaku na własną osobę i jednocześnie sprawić, że mógłby jedynie obejść się tym smakiem? Coś w ten deseń… Mam nadzieję, że jeśli jeszcze kiedykolwiek wpadnie na tak durny pomysł, aby wyciągnąć mnie na biegi, jogging czy jakimkolwiek innym, diabelskim słowem to określi, jeszcze jedno takie zagranie wystarczy. Najpierw trochę ułudy, obietnica seksu, a potem i tak wykręcę się stałą wymówką, że to on jest tym złym i niedobrym człowiekiem, który chciał mnie zmusić do uprawiania sportu, za co strzelę focha na pięć minut, Zero zrozumie, że z przyjemności nici i poprzestaniemy na pocałunkach. Taa… plan spanikowanej dziewicy, która jednocześnie chce stracić swoje dziewictwo, ale się boi. Zresztą… ze mną to już w ogóle była zakręcona sprawa, bo przecież „dziewicą” byłem jedynie w sensie psychicznym, gdyż w sensie fizycznym już dawno temu kochaliśmy się z Michim… jednak ja przez amnezję nie pamiętam tego – a od tamtej pory nie oddawałem się nikomu… Kuźwa, o czym ja w ogóle myślę? Zresztą… mniejsza o to…
Zrzuciłem z siebie przepocone ubrania. Zimne kafelki przyjemnie chłodziły moje stopy; dodatkowym luksusem stała się lodowata woda, którą odkręciłem, kiedy już wszedłem pod prysznic. Oparłem się plecami o ścianę i pozwoliłem, aby woda spływała po mojej rozgrzanej twarzy i dalej po niemniej gorącym ciele. Zamknąłem oczy i ledwo powstrzymałem się od westchnienia ulgi. Ta, biegi naprawdę nie są moją dziedziną sportu…
Ogłuszony szumem wody, która oprócz oczu zalewała mi także uszy, nie usłyszałem, kiedy drzwi do łazienki zostały otwarte. Zorientowałem się, że Shimizu wszedł dopiero, kiedy odczułem, że woda przyjmuje jeszcze niższą temperaturę, tym razem zbyt niską jak dla mnie. Zakręciłem wodę i przez mleczne szkło kabiny prysznicowej dostrzegłem rozmazaną postać basisty, który paradował bez koszulki w samych dresach, nachylającą się nad umywalką. Przez to, że odkręcił wodę, ta, w której ja się kąpałem stała się zbyt zimna, jednak nie to zmartwiło mnie najbardziej.
- Michi? – odezwałem się łagodnie. – Mogę się dowiedzieć, co ty robisz, kochanie?
- Myję twarz – odparł, nie rozumiejąc mojego pytania właściwego.
- A mogę się dowiedzieć, dlaczego właśnie teraz?
- A ileż można czekać, aż skończysz się kąpać? – byłem pewny, że przewrócił oczyma. Westchnąłem.
- Rzuć mi ręcznik – poprosiłem.
- Sam go sobie weź – odpowiedział niewzruszony. – Co ja służący jestem, czy jak?
- Michi… - westchnąłem tym razem łagodniej.
Chłopak zastygł w bezruchu. Byłem pewien, że wpatruje się we mnie przez nieprzezroczyste szkło, a jego nachalne spojrzenie, które jakby chciało mnie siłą wyciągnąć zza dzielącej nas przeszkody, peszyło mnie.
- Aa… - mruknął. – Rozumiem.
- Co „rozumiesz”? – zapytałem, sięgając jedocześnie po ręcznik, który przerzucił przez górną krawędź drzwi kabiny prysznicowej.
- Rozumiem, że moja cnotka nic się nie zmieniła – zachichotał. – Szczerze powiedziawszy, to zastanawiałem się, skąd nagle u ciebie tyle wulgarności… Teraz rozumiem; obiecywałeś mi gruszki na wierzbie! Tymi kuszącymi gadkami chciałeś mnie odciągnąć od pomysłu treningów, zrobić nadzieję na chwilę przyjemności, a potem jakoś zgrabnie się od tego wywinąć, prawda? – uśmiechnął się cwaniacko pod nosem.
Bez słowa owinąłem się ręcznikiem w pasie i wyszedłem spod prysznica. Zero taksował mnie rozbawionym spojrzeniem, podczas gdy ja, choć wściekle próbowałem temu zaprzeczyć, czułem, że się rumienię. Kiedy chciałem po prostu koło niego szybko przemknąć, ten objął mnie w pasie i mocno do siebie przyciągnął, więżąc w swoich objęciach. Spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się ciepło, niewymuszenie; w ten sposób, który kochałem najbardziej i który, niemniej, teraz mnie peszył.
- Jesteś słodki, wiesz? – cmoknął mnie w policzek. – Ale pamiętaj, że przede mną nie musisz się niczego wstydzić – przeczesał palcami moje mokre włosy.
- Wiem… - mruknąłem cicho pod nosem.
Shimizu znów chciał coś powiedzieć, ale zagłuszył go dzwonek jego własnego telefonu, który zaczął dziko wibrować w stojącej wodzie na umywalce. Ekran rozświetlił się, ukazując zdjęcie rudzielca w głupiej pozycji z jeszcze głupszą miną, kiedy ewidentnie nie był w stanie trzeźwości, a nad nim widniały duże białe znaki układające się w jego przezwisko: „Karyu”. Tego, czego zawsze odmawiałem Matsumurze było wyczucie czasu, gdyż chłopak miał tę wkurzającą tendencję do pojawiania się lub dzwonienia w najbardziej nieodpowiednim momencie – teraz niemniej rzewnie mu dziękowałem i układałem pieśni pochwalne pod jego adresem w duchu za to, że nie dał się dłużej pastwić Zero nade mną.
- Jeśli nie masz dobrego powodu by dzwoni… - zaczął groźnie szatyn, jednak nagle urwał w połowie słowa. – Co? Teraz?! – uniósł wysoko brwi. – Zaraz będziemy! – wykrzyknął i rozłączył się. – Hizu, no co tak stoisz! Ubieraj się! Jedziemy w tej chwili do studia! – ponaglał mnie.


- Dalej nie mogę w to uwierzyć… - powtarzał z uporem Yoshitaka, pochylając się nad swoim kuflem z piwem i wpatrując się w nie tak intensywnie, jakby zaraz miał w nim znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania.
- Powtarzasz to już siedemdziesiąty drugi raz podczas tej godziny – mruknąłem jakoś dziwnie wyprany z wszelkich emocji.
- Serio?! Liczyłeś to?! – odezwał się Tsu „nieco” za głośno tuż przy moich uchu, przez co mało nie dostałem zawału, a mój słuch został trwale przytępiony. Nasz perkusista „nieco” już za dużo wypił, dlatego miał „nieco” problemów z intonacją… „nieco”…
- Tak, serio – wywróciłem oczyma i odepchnąłem Tsukasę od siebie, zrzucając go na ramię gitarzysty. – Zero… - jęknąłem. – Odezwij się, proszę – przysunąłem się do niego bliżej i ująłem pod rękę. – Odkąd wyszliśmy ze studia słowem się nie odezwałeś… - spojrzałem na niego nieco zmartwiony.
Michi wyglądał jakby był w ciężkim szoku. Basista wciąż trzymał wysoko uniesione brwi i miał szeroko otwarte oczy, jakby jego twarz zastygła w wiecznym wyrazie bezbrzeżnego zdziwienia. Od dłuższego czasu stukał paznokciami w ściankę pustej już szklanki, na której dnie pozostała jedynie kolorowa „kałuża” po drinku, którego w siebie wlał.
- Yoshi… - odezwał się drżącym głosem. – Ja też wciąż nie mogę uwierzyć, że podpisaliśmy kontrakt z Delicious Deli Records… Wiesz… zdaje mi się, że jesteś w najlepszym stanie z naszej czwórki, toteż mam do ciebie prośbę, skarbie… - spojrzał na mnie prosząco. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zwitek pieniędzy. – Proszę, pójdź do baru i weź nam coś mocnego… albo nie. Weź od razu całą butelkę whisky. Najlepszą i najdroższą jaką mają. Cena teraz nie gra roli. Nieważne, że zapłacimy dużo więcej niż w sklepie – uprzedził, zanim zdążyłem się odezwać i wtrącić, że to zbędne marnowanie pieniędzy. – Trzeba to oblać czymś dobrym… Ale cholera… Za nic to wciąż nie może do mnie dotrzeć… - mruknął ciszej do siebie.
Spojrzałem na ukochanego niepewnie, ale przyjąłem pieniądze i spełniłem jego prośbę – bo cóż innego mogłem zrobić?

kilka lat później

- Pamiętacie, jak podpisaliśmy nasz pierwszy kontrakt? – zagadnął rudzielec.
- To było dziwne… - mruknął Zero.
- Racja – przytaknąłem. – Z początku nasze oblewanie tego wyglądało jak stypa – zaśmiałem się na to wspomnienie. – Dopiero po kilku głębszych poszliśmy w „tango” – zaśmiałem się głośniej i klepnąłem basistę w ramię.
- To nasze „tango” trochę później nas kosztowało – przypomniał Karyu. – Trochę nas… poniosło z tej radości – próbował stłumić uśmiech.
Wypominaliśmy jeden drugiemu, co w ten wieczór odwaliliśmy śmiejąc się z siebie nawzajem i docinając. Jedynym, który milczał niczym zaklęty był Kenji, który jedynie uśmiechał się nikle pod nosem i przenosił zdezorientowane spojrzenie po wszystkich muzykach po kolei, co oczywiście nie umknęło mojej uwadze.
- Tsuśku – zagadnąłem – nic z tego nie pamiętasz?
- Noo… - przeciągnął. – Tak jakby… - przyznał z oporem, na co Matsumura wybuchnął gromkim śmiechem.
- Boś zaczął świętować wcześniej niż nasza trójka – spojrzał z politowaniem na kochanka. – Kilka lat temu to myśmy cię holowali pijanego do łóżka, to teraz w ramach rekompensaty my się spijemy, a ty będziesz się nami zajmował! – klasnął w dłonie i zaśmiał się jeszcze głośniej.
- Co?! – oczy perkusisty zrobiły się wielkie niczym spodki od filiżanek. – To nie fair! Trzech na jednego?! – wydawał się być przerażony myślą sprawowania opieki nad trzema nachlanymi facetami.
- Sprawiedliwości musi stać się zadość! – zawołał entuzjastycznie Shimizu i uniósł szklankę z alkoholem w górę, a ja z Yoshitaką zawtórowaliśmy mu.
- Nie ma mowy! Ej no, chłopaki… - jęknął Oota, którego sprzeciw został ostentacyjnie zignorowany.
- Pomyślelibyście, że kiedyś zdobędziemy taką sławę? Sword Records to już nasza trzecia wytwórnia… - odezwałem się na wpół rozmarzony, na wpół zanurzony we wspomnieniach.
- Tyle wytwórni… a ile to już kontraktów? – zaśmiał się Matsumura.
- Kto by to liczył? – szatyn wzruszył ramionami. Przysunął się do mnie i cmoknął mnie w policzek. – Grunt, że mamy siebie i nasze D’espairsRay! – zakrzyknął.
- Za D’espairsRay! – wznieśliśmy wspólnie toast.

*dokładnie to chodziło mi o fragment: „Twój uśmiech wydawał się złamany… To to, co zobaczyłem pierwsze…”, który pochodzi z piosenki „Yami ni furu kiseki”.

(po tak długim oczekiwaniu na ostatnią część)
THE END


KOLEJNA LEKTURA OBOWIĄZKOWA:
To teraz jeszcze walne PS.’a:
;_;
Tak, płakusiam sobie, bo D’espów już nie ma; no właściwie to niby są, ale tylko w sercach fanów, Hizumiego, Karyu i Tsuśka, a Zero-zdrajca opowiedział się za TMH4N’S, za co ma wpierdol. Uwielbiałam Zero, dlatego kiedy przeczytałam, że na pytanie czy jest za reaktywacją D’espairsRay odpowiedział, iż jest tak „niekoniecznie”, gdyż woli skupić się na obecnym zespole, miałam ochotę iść z buta do Tokio, znaleźć go (nie wiem jakim cudem, tego mój genialny plan już nie przewidywał) i spalić mu mieszkanie, a najlepiej od razu zaszantażować go, ale cóż… mogę sobie o tym tylko pisać, myśleć, ewentualnie pogadać o tym ze ścianą (tak, rozmawiam z przedmiotami nieożywionymi) no i przede wszystkim mieć nadzieję, że kiedyś może zrobią jakąś reaktywację, chociażby na jeden występ… Długo się zastanawiałam nad tą „blokadą”, która mnie dopadła jeśli chodzi o to opowiadanie, ale w końcu doszłam do wniosku, że to chyba wina tej wypowiedzi Zero. Strasznie się wtedy do niego uprzedziłam, a jak łatwo się domyślić ciężko jest pisać o kimś, kto jest jednym z głównych bohaterów, a jednocześnie patrzy się na niego nieco krzywo. Z tegoż samego powodu, jak pewnie zauważyłyście, od dłuższego czasu nie pisałam już nic z D’espami, ale to jeszcze może się zmienić, gdyż D’espairsRay to mój ukochany zespół (jeśli chodzi o yaoi też).
Idę płakusiać dalej.
Skończyłam „Monstersy”… Moje życie straciło sens ;_;
Idę pociąć się masłem… (/.-)’’

KONIEC KOŃCÓW.

OSTATNIE POŻEGNANIE Z „MONSTERS”.