"Nowy Świat" cz.4


Napisane dawno temu, gdzieś w epoce dinozaurów, ale nie wstawiałam, bo... no właśnie, dobre pytanie. Mam już nawet 5 i 6 część, ale co do nich nie jestem pewna i możliwe, że jeszcze absolutnie je zmienię. Co do tego rozdziału to zaszalałam, bo ma on aż 13 stron :D 

„Nowy świat” cz.4

- Alex, zaczekaj! Obiecuję ci, że tym razem będzie inaczej! – wołał zza drzwi Saitou.
- Nie ma nawet takiej opcji! Nic już wam nie zawierzę; a tym bardziej mojej kariery zawodowej! – odkrzyknąłem wciąż uparcie blokując drzwi własnym ciałem.
Nie zamierzałem więcej zdawać się na Ito, gdyż zdawało się, że (a przyznaję to z bólem i trudem) Daisuke miał rację, co do tego dzieciaka. On wiecznie ładował się w kłopoty, a ja po przygodzie ze studiem filmów erotycznych, z której notabene ledwo się wygrzebałem, nie miałem ochoty na kolejne. W zasadzie to do tej pory dyrektor tegoż studia wciąż do mnie wydzwaniał, gdyż o ja głupi podałem swój numer telefonu nie wiedząc, w co się pakuję. Nieraz też dostawałem wiadomości z jakże „kuszącymi” ofertami, a nawet niemalże błaganiami, gdyż ponoć o drugiego takiego jak ja bardzo trudno (nie żeby mi to schlebiało czy coś…).
W końcu po kolejnym telefonie wyznałem, że jestem gejem, mając nadzieję, że dzięki temu kierownik da mi spokój, jednak na całe moje nieszczęście okazało się, że jego studio zajmuje się również kręceniem filmów pornograficznych dla homoseksualistów. Wtedy dopiero zaczęło się piekło! Od tamtej pory mój telefon praktycznie nie przestaje dzwonić, dlatego wyciszyłem go, gdyż mimo iż lubię piosenkę, którą miałem ustawioną jako dzwonek, to na litość boską, po tylekrotnym wysłuchaniu mam jej serdecznie dość. Nawet teraz komórka zagrzebana gdzieś w pościeli wibrowała, a dźwięk owych wibracji irytował mnie do granic możliwości. Dyrektor stał się jeszcze bardziej nachalny z tej racji, iż miałem być jego „żyłą złota”, jak to określił, gdyż mężczyźni oglądający porno dla homoseksualistów (i dziewczyny o dziwnych upodobaniach, które to kręci) zakochaliby się we mnie od pierwszego wejrzenia.
Ta, zakochaliby się w widoku mojego gołego tyłka od pierwszego wejrzenia…
W każdym razie sprawa ta dała mi się we znaki, a jej skutki wciąż mnie na nowo dopadały; nie tylko w postaci wydzwaniających telefonów, których nie odbierałem już od dłuższego czasu, ale także żartów Ochidy. Owe żarty bawiły tylko jego, co jednak nie oznaczało, że szczędził ich sobie; wręcz przeciwnie.
Nie wybaczyłem Saitou jeszcze tej zniewagi, jaką musiałem przez niego znosić.
- Won, do cholery! – wydarłem się. – Nie chcę was widzieć! – darłem się wciąż uparcie trzymając drzwi.
Tak jak możecie się domyślić, zabarykadowałem się w swoim pokoju nie chcąc mieć do czynienia ani z Daisuke, ani z Ito, ani jego genialnym koleżką, od którego to właśnie wyszła propozycja przyjęcia pracy bez uprzedniego nawet sprawdzenia, co to za robota. O ile Dai w końcu dał mi spokój i o dziwo drugi raz jak do tej pory nie porwał się na grzebanie w moich rzeczach, o tyle nastolatkowie nie byli na tyle dobroduszni. Koczowali pod moimi drzwiami recytując zawzięcie formalne przeprosiny, kilka razy nawet słyszałem jak to jeden, to drugi padał na kolana, ale byłem nieugięty. To nie tak, że wciąż byłem na nich wściekły; w końcu rozumiałem, że oni sami nie byli świadomi, gdzie mnie wysyłają i poniekąd byłem im wdzięczny za to, że chcieli być pomocni i znaleźć mi pracę; nie wysłali mnie do tego studia celowo, aby mną pogardzić czy wyciąć mi świński numer, jednak ja nie mogłem pogodzić się ze świadomością, że w ogóle ktoś obracający się w takich sferach, żyjący z rozpowszechniania pornografii tak uparcie pragnie, abym dla niego pracował. Czy ja wyglądam na dziwkę? No dobra, wiem, jestem zniewieściały, a chłopcy przebrani za dziewczynki robią furorę. Charakteryzując mnie na płeć piękną nie trzeba byłoby nawet dużego nakładu pracy wizażystki, ale bez przesady… żeby aż tak się o mnie upominać? Fakt ten godził w moją godność osobistą i drażnił mnie niczym drzazga w palcu; małe, niby nic nieznaczące, da się z tym żyć, a jednak wkurwiające do granic możliwości. Musiałem przełknąć swoją dumę i pogodzić się z rzeczywistością oraz wykazać się ogromem cierpliwości i najzwyczajniej w świecie poczekać, aż sprawa sama ucichnie, jednak do tego potrzebowałem teraz ciszy i spokoju, a przede wszystkim samotności. Ochida zdawał się to rozumieć, jednak blondyn i jego kolega nie – to właśnie dlatego od kilku dni dobijają się do mojego pokoju, a jeśli tylko wyściubię nos na korytarz w celu udania się do kuchni lub łazienki napadają na mnie tak, jakby co najmniej chcieli mnie zgwałcić. Przez te ich wyskakiwanie zza rogu i naskakiwanie na mnie nabiłem już sobie kilka bolesnych siniaków.
Stawiałem opór i usiłowałem utrzymać obecny stan rzeczy – to znaczy, żeby drzwi pozostały zamknięte, dlatego przytrzymywałem je plecami – jednak z każdą chwilą słabłem, a poza tym walczyłem sam przeciw im dwóm. Tak, przyjaciel Saitou, Akihito, o ile dobrze pamiętam, również próbował sforsować drzwi do mojego sacrum. Moje bose stopy ślizgały się na drewnianych panelach, przez co nie mogłem znaleźć w niczym oparcia, a połączone siły nastolatków zdawały się wciąż rosnąć. Cholera, na czym ich wychowano? Co im matki do płatków dosypywały? Szpinak Papaja czy jak?!
W końcu przegrałem. Drzwi otworzyły się z hukiem, a ja (znowu) wylądowałem na podłodze. W jednej chwili chłopcy doskoczyli do mnie i zaczęli trajkotać jeden przez drugiego, jakże to im przykro i jak bardzo mnie przepraszają. Kakofonia powstała ze splecionych ich głosów ogłupiła mnie, dlatego jedynie przenosiłem zdziwione spojrzenie to na blondyna, to znów na jego kruczowłosego przyjaciela.
- Zamknąć paszcze! – zdenerwowany wokalista wszedł do pokoju szybkim krokiem rycząc przy tym niczym lew na sawannie. Akihito i Saitou momentalnie ucichli.
Daisuke przesunął twardym i zimnym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek po sylwetkach obu nastolatków, po czym podszedł do mnie i wyciągnął dłoń w pomocnym geście. Nieco niepewnie złapałem ją, jak się okazało, za lekko, przez co kiedy brunet szarpnął mną, chcąc podnieść mnie z podłogi, jego ręka wyślizgnęła się spomiędzy moich palców. Z pewnością kolejny raz trzasnąłbym porządnie tyłkiem, gdyby nie zręczność Ochidy, który w jednej chwili podsunął drugą rękę pod moje plecy i złapał mnie. Zastygliśmy w dość dziwnej pozycji, która zawsze kojarzyła mi się ze starymi melodramatami, albowiem Dai pochylał się nade mną, a jego twarz jak zwykle była kamienną, zimną maską. Jego oczy wraz z tym charakterystycznym drapieżnym błyskiem utkwiły spojrzenie w mojej twarzy. W tej chwili zdawał mi się wręcz niebezpieczny. Ja odchylony do tyłu wręcz leżałem, opierając się całym ciężarem ciała na jego przedramieniu i wpatrywałem się w niego oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia czy może szoku, który zawsze towarzyszy podczas świadomości, że niedługo spadnę. Jednak tym, co było najbardziej nie na miejscu to to, że nasze twarze dzieliła odległość nie większa niż trzy centymetry. Wyglądało to tak jak filmie – wiecie, okrutny łamacz serc, który w istocie okazuje się dobry (jednak dopiero na końcu filmu) ratuje przed upadkiem swoją wybrankę serca, obowiązkowo strachliwą dziewicę. On taki silny, groźny, męski, stanowczy, ja taki delikatny, bezbronny… No, wiecie o co mi chodzi, nie?
Na całe szczęście znajdowaliśmy się w takiej pozycji tylko przez chwilę, gdyż zaraz Daisuke pomógł mi wywindować się do pozycji stojącej. Złapał mnie za nadgarstek i podniósł moją rękę na wysokość swoich oczu (a wyższy był ode mnie o pół głowy).
- Takie to chuderlawe, to co się dziwić… - mruknął rozbawiony do siebie.
- Ej! Wypraszam sobie! – oburzyłem się, przerywając mu.
Uśmiech z jego ust momentalnie spełzł. Ponownie obrzucił mnie twardym spojrzeniem. Mimo iż spędziliśmy już razem trochę czasu ze względu na to, że wokalista wciąż nie chciał wrócić do swojego mieszkania i wymigiwał się wymówką, że „musi mnie jeszcze trochę poobserwować, żeby być pewnym”, mieszkaliśmy pod jednym dachem, nie wydawało mi się, aby ten przyzwyczaił się do mojej obecności.
- Jest już jedenasta, a ty wciąż nieubrany – zauważył. Miał rację; wciąż paradowałem jedynie w czarnych bokserkach i za dużej koszulce z nadrukowaną liczbą sześćdziesiąt dziewięć. – Długo jeszcze zamierzasz się tak wylegiwać?
- Broniłem się przed nimi – wskazałem za siebie na chłopców, którzy jak do tej pory nie drgnęli nawet o milimetr. – Nie miałem możliwości, aby się ubrać.
- Teraz ją masz, więc ją wykorzystaj – w końcu puścił moją rękę. Mój nadgarstek znaczył teraz czerwony ślad po jego zaciśniętych palcach. Stalowy uścisk… - Za piętnaście minut wychodzę i masz być gotowy do wyjścia. Idziesz ze mną. Teraz ja ci załatwię pracę – zakomunikował lodowatym tonem głosu, aż mnie ciarki przeszły.
W ekspresowym tempie dopadłem szafy, wyciągnąłem z niej czyste ubrania i pognałem do łazienki, gdzie ubrałem się, uczesałem i umyłem zęby. Zdążyłem jeszcze nałożyć podkład, jednak silne pukanie do drzwi uświadomiło mi, że mój czas się skończył. Wyleciałem za brunetem, który zakładał już buty w przedpokoju i w rzeczywistości nie wyglądał, jakby chciał na mnie czekać. Makijaż oraz wiązanie butów dokończyłem już w samochodzie. Oczywiście, znając moje zakichane szczęście, wiążąc sznurówki musiałem tradycyjnie zrobić sobie krzywdę, tym razem uderzając się głową o schowek. Jak tak dalej pójdzie to będę cały poobijany! Jeszcze ktoś gotów byłby pomyśleć, że się nade mną znęcają!...
Przeglądałem się właśnie w lusterku wstecznym rozcierając dokładnie podkład i malując rzęsy, kiedy nagle usłyszałem tłumiony śmiech Ochidy. Spojrzałem na niego naburmuszony.
- Z czego niby się śmiejesz? – prychnąłem zakładając ręce na piersi.
- Jesteś komiczny… - pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Właściwie, dokąd jedziemy? – zapytałem zaciekawiony, zmieniając temat.
- Zobaczysz, jak dojedziemy na miejsce – odparł nic mi nie wyjaśniając.
Fuknąłem niczym obrażony kot. Jak zwykle nikt nie jest na tyle łaskaw, aby jasno powiedzieć mi, o co chodzi. Bo niby po co, nie? Najlepszy jest ubaw z Alexa, kiedy ten nie wie, co się wokół niego dzieje, prawda? Wywróciłem oczyma. Nie wiedziałem, dokąd jedziemy ani czego mogę się spodziewać po Daisuke, jednak wolałem mu się jakoś otwarcie nie sprzeciwiać, bo jeszcze gotów był zostawić mnie na środku autostrady albo co… W końcu już przy pierwszym naszym spotkaniu groził, że mnie wyrzuci przez okno… Mimo wszystko nie podejrzewałem, żeby przyszykował dla mnie coś gorszego od studia filmów erotycznych; może nie przepadał za mną i był w stosunku do mnie wredny, ale raczej nie uważałem, żeby miał jakiekolwiek podstawy czy motywy do próby ośmieszenia mnie… ewentualnie próby dokonania morderstwa na mojej skromnej osobie…
Jechaliśmy przez jakieś piętnaście minut w ciszy. Właściwie to nie mieliśmy, o czym rozmawiać. Nie lubiłem milczeć, gdyż z natury byłem gadułą, jednak akurat teraz nie czułem potrzeby nawiązania konwersacji z kierowcą. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż nieważne, jaki temat zacznę wokalista i tak obróci go na moją niekorzyść i znajdzie pretekst do naśmiewania się ze mnie – taki typ człowieka, powiedziałbym. Naśmiewał się nie tylko ze mnie, ale także ze swojego podopiecznego, jego przyjaciela, swoich znajomych po fachu – słowem, wszystkich, byleby tylko nie obmawiać jego, gdyż to mogłoby skończyć się poważnym uszczerbkiem na zdrowiu.
Spodziewałem się, że zawiezie mnie do jakiejś firmy, biura, pośrednictwa pracy… coś w tym rodzaju, ale nigdy nie pomyślałbym, że zatrzymamy się na najzwyklejszym osiedlu. Dobra, poprawka; nie było to znowu takie zwyczajne blokowisko, od razu rzucało się w oczy, że mieszkali tutaj ludzie zamożni (głównie przez zaparkowane na krawężnikach drogie auta), ale nie zmieniało to faktu, że wciąż było to osiedle. Blokowisko i nic więcej. Czy Ochida chciał, żebym sprzedawał w jakimś osiedlowym sklepiku? Nie no, nie chciało mi się w to wierzyć…
Gdzie niby miałbym znaleźć pracę w takim miejscu? A może on zwyczajnie chce się mnie pozbyć i pokazać mi jakieś mieszkanie, które mógłbym kupić?… Stop, nie. Oczywiście, że nie. W końcu, tak jak powiedziałem, od razu rzucało się w oczy, że mieszkania w tej okolicy do tanich nie należą, a więc nawet nie chciałem zgadywać, ile mogą kosztować skoro jakiś malutki pokoik na obrzeżach Tokio kosztował ilość pieniędzy, która dla mnie równała się z pojęciem słowa „fortuna”. Zresztą chciał, żebym został… Próbował mnie przekonać do zamieszkania na stałe z Ito… Czyżby coś mu się odwidziało? Dai nie wyglądał mi raczej na człowieka, który szybko zmieniał zdanie, dlatego coś mu tu nie pasowało…
- Wysiadaj – rozkazał sucho.
Wykonałem polecenie. Skierowaliśmy się do najbliższego bloku, co jeszcze bardziej mnie zdziwiło. Czy on się bawił w jakieś odwiedziny u rodziny? Co jest?! Może mi jeszcze jego babcia opowie historię jego życia, w której zawrze wyjaśnienie, dlaczego brunet zachowuje się tak, a nie inaczej, dzięki czemu zrozumiem go i… ta, takie rzeczy tylko w dramach i mojej głowie. Ostatnio wszystko porównuję do filmów… Chyba za dużo oglądam telewizji… albo to przez to nieszczęsne studio filmów erotycznych…
W każdym razie wjechaliśmy windą na odpowiednie piętro i skierowaliśmy się pod jedne z drzwi prowadzące do prywatnego mieszkania. Daisuke bez skrępowania czy chociażby pukania wszedł jak do siebie i ściągnął buty w przedpokoju. Poszedłem w jego ślady. Czyżby to było jego mieszkanie? W końcu wszedł do bloku używając kodu policyjnego, nie dzwonił domofonem, teraz nawet nie zapukał… Nie. Przecież mówił, że mieszka w Tsukiji, (dzielnicy nad samą Zatoką Tokijską) a my jesteśmy w centrum, zdawało mi się, że gdzieś w Akasace (nie, to nie jest literówka, wcale nie chodziło mi o Asakusę tylko o Asakasę od aut.); tyle bynajmniej udało mi się wywnioskować z mijanych po drodze znaków ulicznych.
Po chwili do przedpokoju wszedł niewysoki, starszy o kilka lat od Ochidy mężczyzna. Miał kasztanowe włosy sięgające ramion, wysokie kości policzkowe, ładnie wykrojone usta, drobny, lekko zadarty nos, no i te oczy… Można było się w nich po prostu utopić! Bajeczne tęczówki w kolorze gorącej czekolady, w które mógłbym wpatrywać się godzinami… W ogóle oczy miał piękne, zupełnie inne niż brunet, bo lekko zmrużone, jednak to dzięki niewymuszonemu, delikatnemu uśmiechowi, który gościł na jego pełnych ustach. Jego spojrzenie było zupełnie inne niż wokalisty Kageoru; ciepłe, przyjazne.
- Daisuke, nareszcie jesteś! – pogłębił uśmiech i przywitał się z mężczyzną ściskając jego dłoń. – Widzę, że przyprowadziłeś tego chłopca, o którym mówiłeś… - i do mnie wyciągnął rękę w geście powitalnym.
- Dzień dobry – przywitałem się dość sztywno. Dziwnie się poczułem na wydźwięk słowa „chłopiec”. Może i mam dziecinną twarz, ale bez przesady, w końcu mam dwadzieścia jeden lat!
- Alexander, zgadza się? – upewnił się, a ja skinąłem potwierdzająco głową. – Mogę do ciebie mówić zdrobniale, Alex-kun?
- Oczywiście – przytaknąłem.
- Ja nazywam się Hideto Takarai* i jestem…
- Wiem, kim pan jest. Znam pana – przerwałem mu.
- Tak? To dobrze. Darujemy sobie te wstępy i powitalne przemowy – uśmiechnął się ciepło, objął mnie po przyjacielsku za ramiona i poprowadził w stronę jednego z pokoi. Dai szedł za nami.
Znaleźliśmy się w ładnie urządzonym, jasnym salonie. Na kremowej narożnej kanapie siedziała elegancka kobieta ubrana w czarny garnitur (kobiecy, rzecz jasna). Miała długie, czarne włosy, które spływały kaskadami po jej ramionach oraz plecach i kończyły się dopiero tuż nad brzuchem. Jej oczy były również ciemne, jednak nie tak wesołe jak u Hyde. Jej twarz, mimo iż ładna, to jednak miała dość smętny wyraz.
Po lewej stronie kobiety znajdywały się duże owalne drzwi balkonowe, przez które wpadało do pomieszczenia ciepłe światło wiosennego słońca, otulając swym złocistym blaskiem dwójkę maluchów bawiących się na białym dywanie o długim włosiu. Przed kanapą znajdywał się stolik do kawy wykonany z ciemnego drewna. Jego blat zaścielony był różnorakimi zabawkami. Mały chłopiec jeździł po nim miniaturką bolidu wyścigowego imitując przy tym odgłosy silnika. Na samym dywanie również znajdowało się mnóstwo zabawek, podobnie jak i na jasnych panelach, którymi wyłożona była podłoga. Tam znajdowało się królestwo nieco starszej dziewczynki, która bawiła się lalkami; aktualnie wsadziła głowę jednej z wielu z jej kolekcji Barbie w paszczę smoka i dodawała dramatyzmu tej scenie udając krzyk pożeranej żywcem lalki.
- To moja żona, Megumi – wokalista Larc~en~Ciel przedstawił mi kobietę siedzącą na sofie – a to nasze dzieci. Seiji – wskazał na chłopca, który niechętnie oderwał wzrok od plastelinowej kulki, którą właśnie rozjeżdżał zabawką – oraz Nanami – dziewczyna również na mnie spojrzała przerywając tą, na całe szczęście, bezkrwawą rzeź. – Dzieci to jest Alex-kun, o którym już wcześniej wam opowiadałem. Będzie się wami opiekował.
Serio, Ochida zrobił ze mnie niańkę?! Rzuciłem mu mordercze spojrzenie.
- Czy ja choć raz w życiu mogę zostać o czymś wcześniej poinformowany? – warknąłem. Brunet odpowiedział mi jedynie wzruszeniem ramion i beznamiętnym spojrzeniem.
- Nie powiedział ci? – Hideto zdziwił się, a zaraz potem roześmiał. – To nic. Zaraz ci wszystko wyjaśnię.
Zapowiada się bardzo ciekawie… Ja i opieka nad dziećmi; o dobry Buddo, miej te niewinne dzieci w swej opiece i dopomóż mi, bo coś czuję, że będzie z tego niezły kanał…

***

Pracę rozpocząłem już następnego dnia. Całe szczęście, że mimo wszystko wokalista Kagerou był na tyle miły, aby podwieźć mnie pod blok Hyde. Za cholerę byłem niewyspany, gdyż, muszę przyznać, że przez ten czas, w którym, nazwijmy to po imieniu, nie robiłem absolutnie nic, zdążyłem szybko przyzwyczaić się do chodzenia spać około piątej nad ranem i wstawania po dwunastej, a nawet bliżej godziny trzynastej – a tu proszę, brutalny powrót do rzeczywistości ludzi pracujących, bo zerwać się z łóżka musiałem już o piątej trzydzieści, gdyż w mieszkaniu państwa Takarai stawić się musiałem już o siódmej.
Przybyłem na czas i zostałem, prawdę mówiąc, zostawiony sam sobie. Megumi minęła mnie w drzwiach nawet nie odpowiadając na moje przywitanie i wybiegła niczym oparzona. Całe szczęście, że Hideto pokazał mi wczoraj mieszkanie, więc nie musiałem przynajmniej zaglądać do każdego pomieszczenia po kolei tylko od razu skierowałem się do pokoju dzieci. Maluchy już się przebudzały. Ziewając rozdzierająco umyłem oraz ubrałem tą dwójkę, a następnie zaprowadziłem do kuchni, gdzie usadziłem je przy stole. Zdawałem sobie sprawę, że musiałem zrobić im śniadanie, bo przecież nie mogłem pozwolić na to, aby dzieci chodziły głodne. Niestety tego, gdzie są naczynia ani produkty spożywcze nikt mi już nie pokazał, więc nie obyło się bez przetrząsania wszystkich szafek i szuflad po kolei. Maluchy nieco mi pomogły, choć niedużo, bo wskazały mi jedynie gdzie jest lodówka (choć tyle to sam wiedziałem) i gdzie trzymane są słodycze. Ku ich niezadowoleniu śniadanie nie składało się z cukierków i batoników, jednak nie kręciły nosem i zjadły wszystko, co dostały.
Na lodówce znalazłem kartkę z rozpiską. Włączyłem dzieciom bajki, a sam zapoznawałem się z moim nowym harmonogramem. Na ósmą miałem zaprowadzić pięcioletnią Nanami do przedszkola i odebrać ją o godzinie trzynastej. Około godziny jedenastej utulić do snu trzyletniego Seijiego, który jeszcze nie uczęszczał do przedszkola. Obiad, który ponoć gotowy stał w lodówce, wystarczyło odgrzać i podać najpóźniej o szesnastej. Nie dawać słodyczy po siedemnastej. Pani Takarai miała wrócić około godziny dziewiętnastej, a do tej pory dzieci miały być już wykąpane, przebrane w piżamy, a najlepiej, żeby już szykowały się do snu.
Nie dawać Seijiemu mleka, bo jest uczulony.
Ta, trochę do zrobienia jest…
Nim się obejrzałem zbliżała się wielkimi krokami godzina ósma, dlatego ubrałem oboje dzieci i posługując się mini-mapką dołączoną do rozpiski oraz zdając się nieco na wiedzę pięciolatki ruszyłem z nimi w drogę do przedszkola. Uprzednio zamknąłem także drzwi do mieszkania kluczem, który został dorobiony specjalnie dla mnie i jaki znalazłem na kuchennym blacie.
Do placówki był spory kawałek, dlatego trzylatek w drodze powrotnej był już zmęczony, przez co ostatnie kilkadziesiąt metrów musiałem nieść go na rękach. Całe szczęście nie był ciężki, więc nie dostanę przepukliny ani zakwasów, co mogłoby mi utrudnić pracę z dziećmi…
Lepszym zajęciem od bawienia się zabawkami czy oglądaniem bajek dla Seijiego okazało się ciąganie mnie za włosy. Nie wyrywał mi ich, choć przyznam, że trochę bolało, jednak poświęciłem się dla dziecka, które było rozradowane z tego powodu. Maluch polubił mnie i chodził za mną krok w krok, nie spuszczając mnie z oka. Zabawnie było słuchać jak próbował układać coraz to dłuższe zdania, nierzadko jeszcze posługując się swoimi wymyślonymi lub poprzekręcanymi słówkami. Obejrzał bajkę, potem nieco mu poczytałem, pobawiliśmy się samochodzikami, pokolorowaliśmy kolorowanki, mały zjadł jeszcze batonika, a potem kazał wziąć się na ręce. Przytulił się do mnie i objął mnie za szyję wciąż lepkimi od czekolady łapkami, a chwilę później… zasnął. Było wpół do jedenastej, więc można powiedzieć, że trzymałem się sztywno harmonogramu. Zaśmiałem się pod nosem. Przyznam się bez bicia, że spodobało mi się. Zapomniałem, jakie małe dzieci potrafią być rozkoszne i pocieszne.
Kiedy byłem pewien, że trzylatek śpi już mocno delikatnie położyłem go do jego łóżeczka i przykryłem kołdrą. Zostawiłem uchylone drzwi, aby w razie czego słyszeć, gdyby mały obudził się i zaczął płakać. Wróciłem do salonu, gdzie zacząłem zbierać zabawki, kiedy niespodziewanie usłyszałem kroki. Chwilę później do pokoju wszedł zaspany Hideto. Miał na sobie szaty t-shirt oraz czarne dresy. Rozwichrzone włosy wskazywały na to, że naprawdę dopiero, co wstał z łóżka, jednak nie wyglądał niechlujnie, a wręcz przeciwnie, powiedziałby, że w pewien niezrozumiały dla mnie sposób… pociągająco? Tak naturalnie, a jednocześnie dobrze, może nawet… nawet nieco seksownie? Spojrzał na mnie przyjaźnie i uśmiechnął się.
- Cześć – przywitał się.
- Dzień dobry – odpowiedziałem. – Byłem pewien, że jest pan w pracy… - mruknąłem.
- Wiesz, praca muzyka nie jest określona sztywnymi ramami przedziału czasowego. Raz zaczynam o ósmej, raz o dwunastej, raz mam wolne, a raz wyjeżdżam w trasę na pół roku… - rozłożył bezradnie ręce. – Dziś akurat mam wolne. Chciałem niby ci pomóc, ale widzę, że dajesz sobie radę beze mnie – zaśmiał się pod nosem. – Przepraszam, ale byłem zmęczony i zaspałem…
- Nie musi się pan przede mną tłumaczyć – odparłem niezrażony.
- Jasne… - mruknął. – Wszystko tutaj jest do twojej dyspozycji. Jakby nie patrzeć siedzisz tu cały dzień, więc lodówka jest dla ciebie otwarta, gdybyś był głody, możesz też oglądać telewizję, kiedy dzieciaki śpią – przeczesał palcami włosy.
- D-dziękuję… - zająknąłem się, nie do końca wiedząc, co mam odpowiedzieć. Bądź co bądź byłem w pracy, a on pozwalał mi czuć się jak u siebie w domu.
- Jak pierwsze wrażenie? – usiadł na kanapie i stłumił ziewnięcie.
- Bardzo dobre – przyznałem szczerze. – Obawiałem się nieco, że nie podołam zadaniu, ale jest dobrze. Dzieci są miłe, grzeczne… Z rana może wciąż trochę nie były co do mnie przekonane, bo w końcu jestem dla nich kimś obcym. Chyba mój widok zaraz po przebudzeniu był dla nich lekkim szokiem, ale potem poszło już jak z płatka.
- Cieszę się – uśmiechnął się. Odstawiłem pudło z zabawkami pod ścianę. – Właściwie to miałeś tylko opiekować się dziećmi, a tu proszę, full service! – zaśmiał się. – Gotuje, sprząta, odprowadza dzieci do przedszkola…
- Takie dostałem dyspozycje…
- Właśnie widzę – wskazał palcem na kartkę, którą zostawiłem na stoliku do kawy. – Ech, Megumi wysługuje się tobą… – westchnął ciężko.
- Co proszę? – zdziwiłem się.
- Jak zwykle zresztą, każdą taką osobą jak ty… - pokręcił głową. – To ona miała ubierać dzieci, przygotować im śniadanie i odprowadzić Nanami do przedszkola – skrzywił się nieco.
- Uważa pan, że… jest leniwa? – uniosłem brwi.
- Kiepska z niej matka – wyznał z przekąsem. – Poza tym, proszę cię, nie tytułuj mnie per „pan”, dobrze? – ciepły uśmiech ponownie zagościł na jego ustach. – Zwracaj się do mnie po prostu Hideto.
- Dobrze – skinąłem głową i również odpowiedziałem uśmiechem.
Takarai odchylił głowę kładąc ją na oparciu mebla i przymknął na chwilę oczy. Wziął głęboki oddech, po czym ponownie się podniósł. Podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu, by zaraz przesunąć dłoń z mojego barku aż do nadgarstka, na którym zacisnęły się delikatnie jego palce.
- Chodź ze mną – polecił. – Pokażę ci, dlaczego zapewne Daisuke nie powiedział ci nic o tej pracy.
Zaciekawiony dałem poprowadzić się ciemnym korytarzem do najbardziej oddalonego pomieszczenia od pokoju dzieci. Hyde zamknął za nami drzwi. Rozejrzałem się po pokoju i ze zdumieniem stwierdziłem, że znajdujemy się w jego prywatnej sypialni. Co jak co, ale uważałem, że raczej do tego pomieszczenia nie będę miał wstępu; w końcu znajdują się tutaj jego jak i jego żony prywatne rzeczy.
Sypialnia była utrzymana w kolorach jasnego brązu i beżów. Ściany miały kawowy kolor, wykładzina na podłodze była o odcień jaśniejsza. Karmelowe meble, na które składała się duża szafa, biurko, dwie szafki nocne oraz ogromne, dwuosobowe łóżko idealnie wpasowywały się w kolorystykę tego pomieszczenia. Zaraz przy oknie, które mieściło się w ścianie po mojej prawej, znajdywała się szafa, a koło niej biblioteczka, której półki, ku mojemu zdziwieniu, okazały się być zapełnione nie książkami, a albumami ze zdjęciami. Dalej, pod tą samą ścianą mieściło się owe biurko zasypane przyborami do pisania i stosem makulatury, głównie w pięciolinie, co nakierowało moje myśli na tor, że było to stanowisko pracy muzyka. Naprzeciw biurka mieściło się łóżko, które było jakby centrum całego pokoju, gdyż zajmowało najwięcej miejsca i znajdowało się na jego środku. Było po prostu olbrzymie! Czekoladowa pościel, którym zostało nienagannie zasłane również wpasowywała się w kolorystykę pomieszczenia. Przed nim stał, najprawdopodobniej, ręcznie zdobiony, drewniany kuferek, na którego wieko został zarzucony atłasowy, krwistoczerwony szlafrok, który z pewnością należał do pani Takarai.
Odruchowo wyciągnąłem dłoń w kierunku klamki, chcąc otworzyć drzwi, jednak wokalista powstrzymał mnie gestem ręki.
- A co jeśli Seiji zacznie płakać? – zmartwiłem się.
- Nie bój się – wskazał palcem na jedną z szafek nocnych stojącą po lewej stronie łóżka.
Na jej blacie stało urządzenie przypominające woki-toki. To się chyba nazywało „elektryczna niania” czy coś w ten deseń, jeśli dobrze pamiętam… Jedno z takich urządzeń mieściło się w pokoju dzieci, przez co rodzice mogli usłyszeć, kiedy dziecko się obudziło.
Hideto zbliżył się do mnie i nim zdążyłem zaprotestować objął mnie w pasie. Jedna z jego dłoni zsunęła się na mój tyłek. Poczułem jego zaciskające się palce. Odruchowo wygiąłem się w jego objęciach. Położyłem dłonie na jego torsie, próbując się od niego odepchnąć, jednak muzyk był silniejszy ode mnie i nie pozwolił mi się wyrwać. Kiedy próbowałem się od niego odsunąć jego dłoń jeszcze bardziej się zaciskała, przez co w końcu aż podskoczyłem i pisnąłem z bólu.
- Au! – jęknąłem, na co Hyde jedynie się zaśmiał. – Co… Co ty robisz? – wydukałem.
- Zgadnij dlaczego nowa „niańka” miała być ładnym, młodym homo- lub biseksualnym chłopcem? – wciąż ugniatał moje pośladki, przez co czułem się niekomfortowo. – Wierzę, że Daisuke domyślał się dlaczego. A ty już wiesz? – uniósł jedną brew i uśmiechnął się.
- Ale… Ale… - zająknąłem się. – Przecież ty masz dzieci! I żonę! – próbowałem się wyrwać, jednak i tym razem skończyło się to jedynie piskiem bólu z mojej strony i niczym więcej.
- A co to ma do rzeczy? – spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. – Dzieci nie widzą, a Megumi… Ech, prawda jest taka, że nigdy jej nie kochałem tak szczerze. Byłem zauroczony, ale to minęło. Ona jednak nie chciała mnie tak szybko odpuścić ze względu na pieniądze. Nanami nawet nie jest moją córką. Jestem jedynie jej ojczymem – westchnął. – Szczerze powiedziawszy to, aby uniknąć ciągłego nasyłania przez nią „armii” jej prawników zgodziłem się na ten nieszczęsny ślub myśląc, że „łatwo przyjdzie, łatwo pójdzie”. Gwiazdy muzyki często się rozchodzą i schodzą! Spójrz choćby na tego Aoiego z The GazettE (wzmianka o nim na życzenie Marii Hosu od aut.); ma trójkę dzieci i ile razy się już rozwodził? Ech, nieważne… Pewnie nawet o tym nie wiedziałeś – zrobił bezradną minę. – Myślałem, że szybko ją zniechęcę i sama odejdzie, że da mi spokój… Zawsze uważałem się za biseksualnego, jednak mocniej ciągnie mnie do chłopców – znów poczułem, jak jego palce wbijają się w moje pośladki. Drgnąłem. – A co najśmieszniejsze ona wie, że ją zdradzam. Z ostatnią „niańką” nakryła mnie w łóżku i co? – zaśmiał się. – I nic. Słowem się o tym nie odezwała. W ogóle się do mnie nie odzywa; zresztą, co tam do mnie! Do dzieci też nic nie mówi! Uśmiecha się tylko, kiedy coś jej kupię; w innych sytuacjach jesteśmy dla siebie jak obcy ludzie. Mijamy się i nie rozmawiamy, nie wspominając już o wspólnym spędzaniu czasu. Gdyby fizycznie nie ograniczała ją wielkość mieszkania z pewnością nawet sypialnie mielibyśmy oddzielne! – prychnął.
Zaniemówiłem. Zszokowany wpatrywałem się w szatyna, który jedną rękę przesunął na mój tors i rozpiął czarną bluzę, którą dziś na siebie narzuciłem. Zsunął ją z moich ramion. Materiał miękko upadł na podłogę. Poczułem się zdezorientowany. Nawet nie zauważyłem, kiedy pociągnął mnie w stronę łóżka i popchnął na nie, a chwilę później usiadł na moich biodrach. Przez moją głowę przelewała się ogromna ilość myśli, z którymi nie mogłem sobie poradzić. Mężczyzna dwoma palcami chwycił mój podbródek i odchylił moją głowę do tyłu, aby ułatwić sobie dostęp do mojej szyi, do której przywarł ustami. Poczułem gorące wargi przesuwające się po mojej skórze, co tylko jeszcze bardziej utrudniło mi myślenie. W mojej głowie powstał prawdziwy chaos. Jedna część mnie chciała myśleć racjonalnie, zastanowić się nad sytuacją Hideto, pomóc temu nieszczęśliwemu małżeństwu, podczas gdy druga pragnęła absolutnie zaprzestać myślenia o czymkolwiek i skupić się jedynie na przyjemnych odczuciach, jakie fundował mi muzyk. Jego dłoń wsunęła się pod moją bluzkę, jednak zatrzymała się jedynie na biodrze. Uszczypnął mnie, a ja drgnąłem.
- Tak jak myślałem… - odsunął się na moment ode mnie, aby spojrzeć mi w twarz. – Odruch dziewiczy. Nie uprawiałeś jeszcze seksu? – uśmiechnął się w ten sam delikatny sposób, którym przy naszym pierwszym spotkaniu urzekł mnie.
- Ja… Co?!... Nie… Tak!... – wydusiłem z siebie kilka nieskładnych słów. W jednej chwili poczułem, jak policzki zaczynają mnie piec, więc domyśliłem się, że musiałem się obficie zarumienić, gdyż to pytanie mocno mnie speszyło.
Tak, tak, możecie zacząć się śmiać – znalazła się niepokalana dziewica, cnotka… Wiem, sam jeszcze sobie wypominałem, ile mam lat… Ale co zrobić? Chciałem przeżyć swój pierwszy raz z mężczyzną i to naprawdę. Wiele razy miałem erotyczne sny nawet o moich znajomych, którzy po prostu byli przystojni i podobali mi się, jednak – przygotujcie się na ględzenie dziewicy – nie sztuką jest oddać się pierwszemu lepszemu. Pragnąłem nie pieprzyć się z kimś w obskurnej, dyskotekowej toalecie, a kochać się z kimś, na kim zależałoby mi. Sęk w tym, że wszyscy faceci, z którymi dotychczasowo byłem… nie mieli w sobie tego czegoś. Zauroczenie mijało, z czasem na światło dzienne wychodziło coraz więcej wad tej drugiej osoby i… puf! Nagle cała ta magiczna aura pryskała niczym bańka mydlana i nie zostawało nam nic innego jak się rozejść.
Chwila…
Chwila!
W tej właśnie jednej chwili trafiło do mnie, iż całkiem możliwe, że coś takiego przytrafiło się Takaraiemu. Zauroczył się, nie zakochał. Ta kobieta nie potrafiła go w sobie rozkochać; możliwe, że ona również przestała się nim interesować i popadli w swoistą apatię względem siebie. Ich problem polegał na tym, że nie mogli się rozejść, bo w końcu byli już małżeństwem i posiadali dzieci. Możliwe, że decyzja o ich ślubie została podjęta zbyt pochopnie i okazała się, mówiąc przysłowiowo, wyprawą z motyką na księżyc. Nikt nie daje rozwodu z dnia na dzień, no i trzeba pamiętać, że rozwód bardzo silnie odbija się na dzieciach, a mimo tej biernej postawy Megumi i tych wszystkich zdrad, których dopuszczał się Hyde żadne z nich nie chciało skrzywdzić dzieci – właśnie dlatego utknęli ze sobą w tym błędnym kole.
- Słodki jesteś – zaśmiał się uroczo. – Spokojnie, do niczego nie będę cię zmuszał – uśmiechnął się. – Jeśli chcesz możemy dojść do etapu seksu powoli, stopniowo. Oswoję cię z tym i wszystkiego nauczę, obiecuję – pocałował mnie w czubek nosa. – Może nawet spróbuję cię w sobie rozkochać? – kiedy śmiał się wyglądał niczym sam anioł… szkoda jednak, że to tylko iluzja, bo po wysłuchaniu go cienki głosik podświadomości gdzieś w głowie podpowiadał mi, że w rzeczywistości Hideto był nieszczęśliwy; możliwe, że nawet bardziej niż jego żona.
Wokalista Larc~en~Ciel na chwilę wywindował mnie do pozycji siedzącej, by zdjąć ze mnie koszulkę. Szybko i sprawnie pozbawił mnie jej i odrzucił gdzieś na podłogę. Popchnął mnie i z powrotem wylądowałem miękko na poduszkach. Szatyn znów przyssał się do mojej szyi. Tym razem całował mnie nieco agresywniej. Już nie muskał jedynie mojej skóry, a drażnił ją językiem, miejscami nawet przygryzał zębami. Jedną dłonią opierał się na wysokości mojej głowy, a drugą ulokował na moim podbrzuszu. Zamknąłem oczy. Przechodziły mnie elektryzujące dreszcze, kiedy Takarai raz mocniej, to znów delikatniej sunął po moim ciele. Jego dotyk był gorący; miałem wrażenie, jakby zostawiał na mojej skórze ślady, które mimo iż dłonie muzyka już się przesunęły, to wciąż emanowały ciepłem jego długich, smukłych palców.
Szczególną uwagą otoczył miejsce nad moim prawym obojczykiem, gdzie zrobił mi malinkę. Nie mogłem się już dłużej powstrzymywać. Zacząłem cichutko wzdychać i pojękiwać, kiedy jego ręce przesuwały się z podbrzusza na wewnętrzne strony ud, to znów wracały na swoje poprzednie miejsce. Jego usta nieprzerwanie pieściły moje ciało.
Całował mnie wzdłuż mostka. Moje ręce wsunęły się pod jego t-shirt; działałem zupełnie instynktownie! Dotknąłem jego rozgrzanej skóry. Pod palcami wyczuwałem zarysowane mięśnie. Pod moimi powiekami rysował się obraz jego brzucha oraz torsu. Delikatnie drapałem go po żebrach i wyginałem się w jego stronę, kiedy jego ręka znalazła się zbyt blisko mojego krocza. Uchyliłem na moment powieki, by ujrzeć na jego „zapracowanych” składaniem pocałunków ust uśmiech. Był zadowolony z tego, do jakiego stanu mnie doprowadzał.
Założyłem jedną nogę na jego biodro. Hyde chwycił mnie pod kolanem i od tego miejsca sunął dłonią w dół po moim udzie, aż dotarł do pośladka, na którym znów zacisnęły się jego palce. Całował mnie po brzuchu. Wsunął język do pępka, delikatnie mnie ugryzł. Westchnąłem. Robiło mi się coraz goręcej, jednak… jednak z tego, co czytałem i zdążyłem usłyszeć to ciepło towarzyszące takim pieszczotom miało być przyjemne, jednak od pewnego czasu mnie zaczęło wręcz parzyć. Im niżej czułem na sobie mokre pocałunki mężczyzny, tym dziwniej się czułem. Byłem w rozdarciu. Ciało i umysł toczyły ze sobą walkę. Ciało odbierało zabiegi Hideto jako przyjemne, jednak mózg zamieniał te bodźce na nieprzyjemne; działo się tak za sprawą gryzącego mnie sumienia. W końcu on ma żonę; nawet jeśli jej nie kocha, to do cholery, nie zmienia to faktu, że wciąż ją ma!
Dotarł do podbrzusza. Zębami rozpiął guzik moich spodni. Jęknąłem przeciągle. Wiedziałem, że dłużej już nie wytrzymam. Bolało. Coś w mojej głowie pękło powodując nieznośny ból. W moich oczach zebrały się łzy. Nie mogłem, do cholery! Nie mogłem tego znieść! Sumienie nie dawało mi spokoju!
Drżącymi dłońmi odsunąłem od siebie muzyka. Ten oderwał się od mojego ciała z uśmiechem wymalowanym na twarzy, jednak kiedy spojrzał w moją, uśmiech spełzł z jego ust.
- Spokojnie – pogładził mnie po twarzy wierzchem dłoni. – Mówiłem, że nie będę cię do niczego zmuszał, pamiętasz? Alex, nie bój się – uspokajał mnie. – Nie zrobię ci krzywdy. Pozostaniemy tylko przy pocałunkach; podobało ci się to, prawda?
- Nie – pokręciłem głową. Odepchnąłem go na taką odległość, żeby móc usiąść. – Hideto, ja… tak nie mogę… - spuściłem wzrok. Nie potrafiłem spojrzeć mu w twarz. Zacisnąłem pięści na pościeli. – Zrozum, ja tak po prostu nie mogę… - wziąłem głębszy oddech. Żadna z łez nie popłynęła po mojej twarzy. Próbowałem się opanować. – Ja… Znaczy… Nie daje mi spokoju to, co powiedziałeś wcześniej… O tym, co dzieje się między tobą i twoją żoną – wyznałem szczerze. – Ja… myślałem nad tym. Czy… Czy ty nie uważasz, że możliwym jest, że ona toleruje te twoje wszystkie zdrady, nie zażądała rozwodu, bo… bo cię kocha, mimo że ty ją wciąż ranisz? Wiesz, niektórym niewiele potrzebne jest do szczęścia; wystarczy jedynie czyjaś obecność, ale ty ją krzywdzisz… Może… Może źle zrozumiałeś jej postawę. Może ta pozorna bierność jest po prostu formą ukrywanej frustracji? Może ona boi się, że jeśli ta jej kamienna maska spadnie, to jej wszystkie uczucia wyjdą na jaw; ten cały żal, smutek, rozgoryczenie…? – w końcu odważyłem się spojrzeć na niego. W tym momencie spodziewałem się niemal wszystkiego; nie zdziwiłbym się nawet, gdyby uderzył mnie w twarz. W końcu to nie moja sprawa. Nie powinienem się w to pchać… Hideto spoglądał na mnie oczami okrągłymi ze zdziwienia. – Czasami, kiedy przestajemy sobie radzić z własnymi problemami, należy sięgnąć po pomoc osoby trzeciej…

***

Gorąca woda jakiś czas temu przyjemnie rozluźniała moje mięśnie, jednak myślami wciąż byłem gdzieś daleko. Z samego faktu, iż woda zdążyła już wystygnąć, przez co musiałem dolewać gorącej już dwa razy, wnioskowałem, że siedziałem w wannie naprawdę długo, jednak potrzebowałem tego. Można by powiedzieć, że chciałem zmyć z siebie palący dotyk ust i dłoni Takaraiego. Czułem się paskudnie z powodu, że pozwoliłem mu na tak wiele.
Poprawiłem wysokiego kucyka, w którego spiąłem włosy, żeby ich nie zamoczyć. Spojrzałem na moje pomarszczone opuszki palców i westchnąłem.
- Miłość nie jest łatwa… - mruknąłem do siebie.
- Powiedz mi lepiej, co w życiu jest łatwe – usłyszałem prychnięcie, a chwilę potem do łazienki bezceremonialnie wszedł Daisuke.
W ręku trzymał śrubokręt, co znaczyło, że otworzył sobie drzwi od zewnątrz. Jego obecność skrępowała mnie, dlatego momentalnie przyciągnąłem nogi pod brodę, aby się zakryć. Ochida podszedł do umywalki.
- Można wiedzieć, co ty wyprawiasz?! – huknąłem na niego.
- Siedzisz w tej łazience godzinami, ileż można czekać? – posłał mi spojrzenie z reprymendą. – Nie jest ona jedynie do twojej dyspozycji, wiesz? – sięgnął po szczoteczkę i pastę do zębów.
- Mogłeś zapukać do drzwi i powiedzieć, że też chciałbyś wziąć prysznic; tyle by wystarczyło – fuknąłem.
- I mam uwierzyć, że grzecznie wyszedłbyś z wanny i mnie puścił? – zaśmiał się.
- Wyobraź sobie – syknąłem. – Nie wszyscy są tacy jak ty – objąłem kolana rękoma. Brunet splunął do umywali, otarł kąciki ust z piany i przysiadł na brzegu wanny. Wycelował we mnie szczoteczką.
- Tacy jak ja; to znaczy jacy? – posłał mi miażdżące spojrzenie, jednak tym razem nie zamierzałem się przed nim cofnąć. Miałem podły nastrój, a on mnie jedynie irytował.
- To znaczy, że nie wszyscy wysyłają lokatorów swojego podopiecznego do swoich zboczonych kolegów, wmawiając im, że jest to oferta pracy – warknąłem.
- Aa… To za to się gniewasz – zaśmiał się. – Daj spokój…
- „Daj spokój”?! – wrzasnąłem. – Mało nie zostałem zgwałcony!
- Hideto twierdzi, że i tak by do niczego nie doszło, a zresztą szybko go zastopowałeś – wzruszył ramionami. – Jak zwykle dramatyzujesz. Poza tym, aż tak obawiasz się o swoje dziewictwo? – posłał mi wredny uśmieszek, a ja zachłysnąłem się powietrzem, po czym ponownie zarumieniłem się. Wokalista zaśmiał się. – Ale mówiąc tak poważnie… - utkwił wzrok w pierścieniach na swoich palcach. – Przepraszam cię. Prawda jest taka, że cię wykorzystałem. Podstawiłem cię celowo. Już od jakiegoś czasu planowałem coś podobnego – wyznał.
- Co?! – wrzasnąłem.
- Znam Hideto od dawna i wiem, że jest dobrym ojcem. Często nie ma go w domu ze względu na swoją pracę, ale kiedy już jest… nie, on nawet na odległość stara się jak tylko może. Niestety zawsze miał trochę nie po kolei w głowie… - westchnął. – Cały czas imprezy, koncerty... Wszystko szybko, na chwilę… Takie było jego życie; przyzwyczaił się do tego, dlatego tak ciężko jest mu zaakceptować tę stałość małżeństwa. Myślę, że… Myślę, że on może nawet i kocha Megumi, ale gdzieś się pogubił, a niedopowiedzenia, kłamstwa i cisza zaczęły mnożyć się i rosnąć, i tak oto doszli razem do takiej patowej sytuacji. Wielokrotnie powtarzałem mu, że przecież mogą szukać pomocy u kogoś innego, sąprzeróżne terapie małżeńskie; jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, to jednak one pomagają ludziom… ale on mnie nie słuchał. Zawsze jedynie machnął ręką i zmieniał temat rozmowy. To, że ty wytknąłeś mu błędy i pokazałeś, że da się to wszystko jeszcze odkręcić; wystarczy chcieć i spojrzeć na tę sytuację z innej perspektywy; otworzyło mu oczy. Do mojego ględzenia z czasem się przyzwyczaił, ale ty przecież jesteś niezależną osobą trzecią. Dopiero co ich zobaczyłeś, a już wyciągnąłeś takie wnioski… Właściwie to zdumiało mnie to, że tak szybko do tego doszedłeś. Myślałem, że to będzie ciągnąć się nawet przez kilka miesięcy, a ty już po pierwszym dniu… - uśmiechnął się do siebie. – No i nie ukrywam, że to był twój kolejny test.
- Jaki znowu test?!
- Chciałem sprawdzić czy… może inaczej, chciałem się przekonać jaki jesteś…
- Przyznaj się, chciałeś powiedzieć: „Chciałem sprawdzić czy masz kurewską naturę” – warknąłem. Dai zaśmiał się.
- Możliwe – wzruszył ramionami.
- Nie jestem jakąś cholerną dziwką! – naburmuszyłem się. – Czy to moja wina, że dwójka nastolatków wysłała mnie do studia filmów erotycznych? – prychnąłem.
- Cieszę się, że nie jesteś – pogłaskał mnie po głowie, co było zadziwiająco miły gestem z jego strony. Byłem tak zaskoczony, że aż na chwilę zapomniałem się złościć. Zdziwiony spojrzałem na bruneta, który uśmiechał się do mnie delikatnie. – Dowiodłeś mi, że jesteś moralnym człowiekiem, który nie robi jakichś skoków w bok i na którym można polegać. Dobrze, że posiadasz tak silne sumienie.
Przez długą chwilę intensywnie myślałem. Muzyk wrócił do mycia zębów.
- Chwila, chwila! – odwróciłem głowę w jego stronę. – Czy ty przypadkiem mnie tak nie sprawdzasz, bo… Ty chcesz mnie spiknąć z Saitou?! – wytrzeszczyłem oczy.
- O czym ty mówisz?! – ściągnął groźnie brwi. – Od Saitou wara mi! Po prostu chcę mieć pewność, że jesteś normalny! Ja ci dobrze radzę, nie zbliżaj się do niego bardziej niż jest to konieczne!
- Grozisz mi? – byłem zaskoczony. To… to w końcu Dai jest zakochany w Ito? Trochę się zagmatwałem… - Jesteś zazdrosny?
- Alex!... O Buddo, trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! – sapnął. – Saitou jest tylko moim podopiecznym i kropka. Nie doszukuj się między nami jakiś związków, jasne?! Jakbym się postarał to mógłbym być jego ojcem! – w tym momencie zrzędła mi mina. No tak, ta różnica wieku chyba była odpowiednim argumentem, aby wykluczyć ich domniemane uczucia względem siebie. – Padło ci dzisiaj na mózg czy jak? Za dużo wrażeń jak na jeden dzień? – przewrócił oczyma. – Mówię, żebyś go sobie odpuścił, bo chyba nie chcesz powtórki z przygodą ze studiem filmów erotycznych, nie? Jeśli byś się z nim związał, to miałbyś podobne rzeczy na porządku dziennym! O dobry Buddo i wszyscy bożkowie Shinto, miejcie w opiece tego nieszczęśnika, który kiedykolwiek zakocha się w tym chłopaku!
- W sumie to dobrze powiedziane… - mruknąłem. Przez chwilę się zastanawiałem. – Hej, Dai – znów obróciłem się w jego stronę. – Skoro powiedziałeś, że mógłbyś być ojcem Saitou, gdybyś się postarał, to ile ty tak właściwie masz lat? – zapytałem z ciekawości.
- Tficieścitfy – odparł niewyraźnie, po czym wypłukał usta.
- Trzydzieści trzy? – zdziwiłem się. – Serio, taki stary już jesteś? – palnąłem. Daisuke zamarł w połowie wykonywania czynności i zmierzył mnie morderczym spojrzeniem. – Znaczy… Chodzi mi o to, że nigdy bym nie pomyślał, że możesz mieć tyle lat. Wyglądasz młodziej – między nimi była różnica szesnastu lat… Czyli w istocie Ochida mógłby mieć syna w wieku Ito.
- Nie podlizuj się, młody – warknął. – I wyjdź w końcu z tej wanny, co? Rozpuścisz się tu! – ponownie do mnie podszedł i usiadł na skraju wanny. Zanurzył rękę w wodzie. – Zaczyna robić się zimna…
- Wyjdź z łazienki, to ja wyjdę z wanny.
- W zasadzie to… zaczekaj jeszcze moment… - sięgnął ręką po małą buteleczkę stojącą pod ścianą. Wylał sobie na dłonie trochę żelu, a następnie zaczął nimi sunąć po moich plecach. – Należy ci się coś po tym, co dzisiaj przeszedłeś, nie uważasz? – uśmiechnął się samymi kącikami ust.
- Co… Co ty robisz? – wydusiłem z siebie.
- Masuję cię. No i przy okazji myję ci plecy – mocniej oparłem się o własne nogi, czując jak jego palce wbijają się w moje barki, jednak w tak umiejętny sposób, że nie sprawiało mi to bólu, a przyjemność. – Źle ci?
- Nie… Dobrze… - mruknąłem, a chwilę potem nawet jęknąłem, kiedy przesunął dwoma palcami wzdłuż mojego kręgosłupa.
Z mojego gardła co jakiś czas wydostawały się pomruki pełne aprobaty dla działań Daiego lub westchnięcia, czasem cichutkie jęki. Najgłośniej zachowywałem się, kiedy zanurzył ręce w wodzie i masował moje lędźwie. Muszę przyznać, że robił to z wyczuciem – nie za mocno, ale też nie za lekko; wręcz idealnie. Musiał mieć w tym jakąś wprawę… Jęknąłem głośniej, kiedy dotarł aż po samą kość ogonową.
- Co… Co wy… tu…? – nagle te miłe chwile zostały przerwane przez Saitou, który stanął w progu uchylonych drzwiach. – Alex? Daisuke? – spojrzał na nas nieco przestraszony, niemniej, rządny wyjaśnień. – Dlaczego jesteście razem w łazience… w dodatku, kiedy ty, Alex, jesteś nagi?
Ochida przerzucił moje związane włosy przez moje ramię, żeby mu nie przeszkadzały i powrócił do masowania mojego karku.
- Masuję go, nie widzisz? – odparł niezrażony brunet. – Alex miał dzisiaj ciężki dzień.
- Aż się boję pomyśleć, co przyniesie następny – wydusiłem z siebie, gdyż ciężko było mi mówić pomiędzy kolejnymi westchnięciami.
- Byłbyś głupi, gdybyś się nie bał – odparł beznamiętnie i uśmiechnął się złowieszczo.
- Może masz rację - również odpowiedziałem mu uśmiechem i rozkoszowałem się jego kojącym wszelkie bóle dotykiem.
Swoją drogą, ciekawe, co przyniesie następny dzień…


*Hyde – HidetoTakarai – wokalista L'arc~en~Ciel oraz VAMPS

Oneshoot Ryoga (BORN) x Tsuzuku (Mejibray)

przy BORN - "Devilish of the Punk"

"Ficzek o niczym"

Tytuł: ?
Paring: Ryoga (BORN) x Tsuzuku (Mejibray)
Typ: oneshot
Gatunek: ?
Beta: -
Ostrzeżenia: tekst jest… jakby to ująć? Skomplikowany… Myślę, że niewiele osób to zrozumie, bo sama zastanawiam się nad tym, co brałam, kiedy to pisałam. W każdym razie obiecuję, że następnym razem wezmę pół…

      - Ej, Tsuzuku - zagadnąłem przyjaciela siedzącego obok mnie. Brunet wyjął z ust słomkę, przez którą sączył swoje mohito i spojrzał na mnie pytająco. - Nie uważasz, że niebo dzisiaj jest bardziej błękitne niż kiedykolwiek wcześniej? - zapytałem poważnie. Wokalista spojrzał przelotnie na nieboskłon w swoich dużych, zakrywających niemalże połowę twarzy okularach przeciwsłonecznych, po czym znów wbił wzrok we mnie; tym razem obdarował mnie spojrzeniem pełnym politowania.
      - Ryoga, czego ty tam sobie dolałeś do tej puszeczki? - wskazał na puszkę coli w moich rękach. Ja, w przeciwieństwie do Tsuzuku, nie mogłem sobie pozwolić dziś na raczenie się alkoholem, gdyż przyjechałem samochodem i zamierzałem jeszcze dzisiaj wrócić nim do domu.
      Znajdowaliśmy się w ogrodzie muzyka - nienagannie utrzymanym ogrodzie z równymi rabatami kolorystycznie komponujących się ze sobą kwiatów oraz symetrycznie przyciętymi drzewami - jednak sam fakt, że ten kawałek ziemi prawnie należał do niego, nie był jednoznaczny z tym, że wokalista Mejibray zakasał rękawy i sam zabrał się do roboty. Wręcz przeciwnie, miał do tej brudnej roboty zatrudnionego ogrodnika.
      - Nic - odparłem niezrażony.
      Siedzieliśmy koło siebie na ogrodowej huśtawce - on w siadzie skrzyżnym ze szklanką między nogami, ja z jedną nogą podciągniętą pod brodę, a drugą płasko opartą na ziemi. Od czasu do czasu bujałem nas, aby huśtawka nie zatrzymała się.
      A propos ogrodnika... Ogrodnik - młody, nawet niebrzydki chłopak - właśnie pojawił się w naszym widnokręgu; ukłonił się głęboko w geście pożegnania. Ja odpowiedziałem mu skinieniem głowy, podczas gdy Tsuzu go zignorował. Chłopak wyszedł tylną furtą ogrodu na rzadko uczęszczaną przez samochody piaskową drogę, zapewne kierując się do domu. Zadziwiające, że w stolicy Japonii jest gdzieś choćby jedna niewyasfaltowana droga? No, gdyby ktoś mi tak powiedział, to też bym się zdziwił. Zgadywałem, że właściwie to nie ma takich dróg ani w Tokio, ani w jego pobliżu - ale ja dodam znacząco, że nie byliśmy w pobliżu Tokio. Są wakacje, każdy potrzebuje odpoczynku i właśnie z tej racji brunet zaszył się w swoim niewielkim domku położonym na wsi. W tym roku zaprosił mnie do siebie, jednak ja nie zamierzałem długo tu zabawić...
      - Już? - zapytałem po chwili.
      - Co "już"? - spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
      - Przeleciałeś go już? - sprostowałem. Muzyk uśmiechnął się drapieżnie. - Oj daj spokój, przecież nie od dziś wiem, że takie zagrywki są bardzo w twoim stylu - wywróciłem oczyma. - A... No i jak w ogóle było z tą panienką wynajętą, rzekomo, do sprzątania?
      - Zaczęła płakać i prosić, żebym nie robił jej krzywdy - prychnął.
      - Usłuchałeś jej?
      - Ryoga! - zganił mnie spojrzeniem. - Aż takim erotomanem to nie jestem! - oburzył się i spojrzał na mnie z urazą, zakładając ręce na piersi. - Nic jej nie zrobiłem - dodał dobitnie.
      - Aha... - mruknąłem beznamiętnie. - A co z nim?
      - Jest zaręczony.
      - To jakiś problem?
      - Ryoga, dobrze się dzisiaj czujesz? - spojrzał na mnie podejrzliwie. - Gdzie podział się ten nieskalany blondas, który zawsze ganił mnie za to, że jestem, cytuję, "bezdusznym, szowinistycznym seksoholikiem bez krzty moralności i sumienia"? - zaśmiał się pod nosem.
      - Przefarbowałem włosy, gdybyś nie zauważył - wskazałem na moje, obecnie, niebieskie kosmyki, które w bezładzie tańczyły po mojej twarzy do rytmu świszczącego między gałęziami wiatru, łaskocząc mnie.
      - Ach, i to pozwala ci być teraz bezlitosnym skurwielem, który na wszystko ma wywalone? - fuknął.
      - Mniej więcej - wzruszyłem ramionami. - Więc jak z tym ogrodnikiem? - dopytywałem.
      - Nijak. Niedługo bierze ślub... a bynajmniej tak twierdzi... Zresztą nieważne, nie będę przecież tego sprawdzać. To nie moja sprawa - wzruszył ramionami. - W każdym razie w akcie miłosierdzia stwierdziłem, że dam mu się nacieszyć wiernością małżeńską, bla, bla, bla... i tak dalej, i tak dalej... - uśmiechnął się z przekąsem.
      - Musiał albo nie słyszeć, że zatrudniasz ludzi nie tylko jako pomoc domową, ale także jako przelotnych kochanków, albo był bardzo zdesperowany i szybko potrzebował gotówki - mruknąłem kwaśno.
      - Nie wiem - wzruszył ramionami. - Nie pytałem go o motywy czy powody, ale zapewne masz rację - upił łyk napoju.
      Wiatr wzmógł się. Ciepłymi, niemalże aksamitnymi podmuchami muskał moją twarz i wbijał w nozdrza dusząco słodki zapach, od którego kręciło się w głowie. Kwiecie szumiało cicho, uspakajająco. Miejsce to w tym momencie wydało mi się być naprawdę bliskie odwzorowaniu znaczenia słowa "raj" i przestało mnie dziwić, że Tsuzuku - zwierzę imprezowe, seksoholik, sadysta - zaszywał się tu, kiedy tylko miał ku temu okazję. Czasami przyjemnie było odciąć się od świata zewnętrznego; choćby pozornie i na chwilę.
      - Co cię ugryzło? - szturchnął mnie w ramię. - Wydaje mi się, że dzisiaj jakoś dręczy cię fakt, że jesteśmy tak różni... – nie doczekawszy się odpowiedzi z mojej strony postanowił kontynuować. Wziął głębszy oddech. - Pamiętasz jak się poznaliśmy? - nieznacznie skinąłem głową, dziwiąc się, że zebrało mu się na wspominki. - Ty, kłębek szczęścia i ja, desperat-melancholik - zaśmiał się, jednak nie był to zbyt wesoły śmiech. - Już przy naszym pierwszym spotkaniu powiedziałem ci, że nigdy nie znajdziemy wspólnego języka, dlatego byłem zdziwiony, kiedy z dnia na dzień okazywało się, że mamy ze sobą coraz lepszy kontakt. Właściwie to w pewnym momencie nawet mnie to przeraziło... - uśmiechnął się do siebie, wpatrując się w soczysto zielone źdźbła trawy. - Ale było dobrze... dobrze, prawda? - spojrzał na mnie wyczekująco, jednak ja wciąż uparcie i wymownie milczałem. - Też tak myślałem... - westchnął i wtedy to ja na niego spojrzałem; zaskoczony. - Już dawno temu w mojej głowie pojawiła się myśl, że tym, co tak naprawdę nas łączy i podtrzymuje naszą przyjaźń, jesteś ty i twoja dobra wola. Gdybyś tak desperacko nie próbował wciąż utrzymywać ze mną kontaktu, zapewne dzisiaj bylibyśmy dla siebie obcymi ludźmi; dzięki twoim staraniom mogę powiedzieć, że mam "przyjaciela"... Jednak teraz nie widzę w tobie tej chęci. Jesteś przygaszony, zrezygnowany. Nigdy wcześniej nie widziałem cię w takim stanie. Może i się denerwowałeś, irytowałeś na mnie, ale... nigdy jeszcze nie widziałem cię w takim stanie, w którym wyglądałbyś tak jak teraz - jakbyś chciał zrezygnować ze mnie.
      - O czym ty mówisz? - spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami ze zdumienia.
      - Nie chciałeś tutaj przyjeżdżać, prawda? - zadał kolejne pytanie, nie odpowiadając na moje. Niepewnie skinąłem. - Dlaczego? Co się we mnie zmieniło, aż tak bardzo, że odepchnęło nawet ciebie?
      - Jestem po prostu zmęczony - przetarłem rękoma twarz. - Tsuzuku, nie oszukujmy się, twój dom jest daleko od Tokio, a ja chciałbym jeszcze dziś wrócić do siebie i odpocząć.
      - Dlaczego nie możesz odpocząć ze mną?
      Odchyliłem głowę do tyłu i znów utkwiłem spojrzenie w błękicie nade mną. Obserwowałem jak porwane strzępy chmur szybko mkną po niebie. Niewielki czarny ptak przefrunął z gałęzi na gałąź.
      - Ptaszek... - mruknąłem, a brunet zaśmiał się. - O Buddo, a ty jak zwykle o jednym... - wywróciłem oczyma, jednak nie powstrzymałem się od mimowolnego uśmiechu, który sam pchał mi się na usta.
      - Jak do tej pory to "umoralnianie" mnie bawiło cię... a bynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Śmiałeś się z tego, jaki jestem płytki. Czasem się denerwowałeś, kiedy przeginałem, jednak zawsze myślałem, że ten kontrast, jaki tworzymy względem siebie, bawi cię, a teraz... teraz odnoszę wrażenie, jakbym cię męczył; jakbyś miał mnie dość... - przyglądał mi się uważnie. Przymknąłem powieki.
      - To nie tak... - mruknąłem.
      - Więc jak?
   - Zastanawiałem się… Zastanawiam się nad tym... ile jeszcze czasu nam zostało – wydukałem.
      - Nie rozumiem... - pokręcił głową.
   - W sensie... - zaciąłem się. - Jak długo jeszcze będziemy przyjaciółmi... kiedy mnie potraktujesz tak jak innych; tak jak tego ogrodnika i resztę... - zrobiłem kwaśną minę. - Bo... Tsuzuku, ja, owszem, bawiłem się dobrze przy twoim boku, ale nigdy nie śmiałem się z ciebie. Po prostu bawiłem się z tobą; nigdy twoim kosztem - otworzyłem oczy, aby ujrzeć go tuż nad sobą. Pochylał się nade mną, nasze twarze dzieliła naprawdę niewielka odległość. Czułem jego gorący oddech na policzku. - Bo... Bo przecież ty wiesz, że to nie zabawa trzymała mnie przy tobie... ja... - zająknąłem się.
      - Nie wiem - odparł szybko. - Mogę się jedynie domyślać - odsunął się na swoje poprzednie miejsce. Teraz to on wyglądał na strapionego.
      - Uraziłem cię? - położyłem dłoń na jego ramieniu.
   - Nie - uśmiechnął się słabo. - Ale... Zrozumiałem, że, zresztą jak zawsze, masz rację. Ciekawe, ile czasu nam zostało... nam jako przyjaciołom... - zaciskał mocno szczęki, jakby hamował złość lub łzy... lub jedno i drugie.

***

      - Szybciej! - wrzasnąłem. – AAAACH~! Nnn! OCH~! Właśnie tu! - wbijałem paznokcie w jego plecy. Przyciągałem go do siebie, aby poczuć jego obecność jeszcze dobitniej. - Tsuzuku, zabiję cię, jeśli teraz przestaniesz! - krzyknąłem, wiedząc, że chłopak lubił bawić się w maksymalnie długie opóźnianie orgazmu kochanka.
      - Nie zamierzam... - wysapał owiewając moją szyję gorącym oddechem, po czym znów przylgnął do niej ustami, znacząc ją czerwonymi śladami.
       Jęczałem i wiłem się pod nim z rozkoszy. Jeszcze nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. Ledwo potrafiłem nabrać tchu spękanymi, zeschniętymi ustami. Gardło miałem zdarte od całonocnych wrzasków, a płuca paliły mnie wręcz żywym ogniem, jednak było mi dobrze. Cholernie dobrze. Brunet przyspieszył we mnie ruchy, przez co wyciągałem coraz wyższe dźwięki. Tej nocy doszedłem już dwa razy i naprawdę niewiele brakowało mi do osiągnięcia po raz trzeci spełnienia. Jego dłoń na moim członku poruszała się zgodnie z jego mocnymi pchnięciami we mnie. Raz za razem uderzał w mój czuły punkt. Wrzasnąłem jeszcze głośniej, kiedy pozwolił mi kolejny raz dojść - pobrudziłem przy tym nasze brzuchy. Muzyk również osiągnął spełnienie; nie wytrzymał i doszedł we mnie.
      - Przepraszam... - wydyszał, opadając na miejsce obok mnie.
   - Nie przepraszaj - przysunąłem się do niego. - Byłeś wspaniały - pocałowałem go namiętnie.
      - Ty... również... - wydusił z siebie między kolejnymi pocałunkami.

***

Leżałem z głową ułożoną na kolanach Tsuzuku, który siedział wyprostowany na ogrodowej huśtawce i od czasu do czasu nas bujał. Obaj wpatrzeni byliśmy w niebo, na którym pięknie zachodziło słońce barwiąc nieboskłon na pomarańczowo i żółto. Niebo nad nami przypominało nieco płynne złoto. Brunet gładził mnie opuszkami palców po szyi, co było bardzo przyjemne. Mimo wspaniałych okoliczności przyrodniczych oraz niewinnej przyjemności, którą sprawiał mi mój kochanek, wcale nie czułem się dobrze.
- Jaki dzisiaj kolor ma niebo, Ryoga? – wokalista Mejibray odezwał się niespodziewanie. – Czy dzisiaj też ma jakiś wyjątkowy kolor?
- Tak.
- Jaki? – dopytywał.
- Chujowy – wypaliłem grubiańsko.
Tsuzu jedynie westchnął i nie odpowiedział już, jednak chwilę potem zrobił to za niego jego telefon. Urządzenie odezwało się piskliwą melodyjką, przy czym mało mnie nie ogłuszyło, gdyż muzyk trzymał je w kieszeni spodni, a więc tuż przy moim uchu. Zerwałem się jak oparzony do siadu. Tsuzuku spojrzał na mnie przepraszająco, po czym skierował się w stronę domu, aby móc spokojnie porozmawiać. Tym razem to ja westchnąłem - ciężko.
- Przepraszam, że przeszkadzam… - dobiegł mnie nieśmiały głos zza moich pleców. Odwróciłem się, żeby spojrzeć na ogrodnika, który najwidoczniej nie do końca wiedział, jak ma się zachować. – Może to nie moja sprawa, ale… ale mam jedno pytanie…
- Wal.
- Bo ja… Ja myślałem, że pan i pan Tsuzuku jesteście przyjaciółmi, a teraz wydaje mi się, że wasze relacje… znaczy mnie nic do tego! – podniósł ręce w obronnym geście. – Nie mam nic do tego!
- Po prostu mnie przerżnął i tyle – wzruszyłem ramionami. – Radzę ci zmienić pracę, jeśli nie chcesz, aby ciebie także przeleciał w niedługim czasie – powiedziałem beznamiętnie. Chłopak spojrzał na mnie przestraszony i czym prędzej zniknął wśród zarośli, kiedy dojrzał, że Tsuzu znów kieruje się w moją stronę.
Bez słowa usiadł, a ja znów ułożyłem głowę na jego kolanach. Tym razem głaskał mnie po głowie, czule wplatając palce w moje włosy i bawiąc się nimi.

***

- Aach~! Mocniej! – wrzeszczałem, kiedy kochanek raz za razem wchodził we mnie, zdawałoby się, coraz głębiej. – Nnn! Tsuzuku! – jęczałem wyciągając coraz wyższe tonacje.
- Nie chcę zrobić ci krzywdy… - szepnął mi na ucho, po czym przygryzł je.
- Rżnij mnie! – zażądałem.
- Wedle życzenia… - uśmiechnął się sadystycznie. Jego pchnięcia były jeszcze mocniejsze i szybsze. Czułem ból, a przy tym również nieopisaną przyjemność. – Tak dobrze? – upewnił się.
- Taa…ak!… - wydusiłem z siebie między kolejnymi krzykami.

***

Miałem wrócić do domu już po pierwszym dniu, jednak jakoś tak wyszło, że zostałem u, obecnie, mojego kochanka na dziesięć dni. W zasadzie sam nie wiem dlaczego – może spodobały mi się to conocne orgie?
Nosiłem ubrania Tsuzuku; były na mnie dobre z tej racji, że nosiliśmy ten sam rozmiar. Aktualnie leżałem na ogrodowej huśtawce w krótkich jeansowych spodenkach, które nie sięgały mi nawet połowy uda oraz białej bokserce i flanelowej koszuli w kratkę. Owszem, chciałem nieco skusić wokalistę, odsłaniając moje najatrakcyjniejsze partie ciała, to znaczy nogami; w końcu nie wiadomo, jak długo będę go jeszcze pociągał…
Dziś całą huśtawkę miałem dla siebie. Leżałem z założonymi rękami pod głową i bujałem się jedną nogą. Pogoda nie sprzyjała. Niebo zasnuło się popielatymi, ciężkimi chmurami i nie wyglądało na to, żeby miało się rozpogodzić. Wiał przeszywający wiatr, który wzbijał w powietrze co słabsze płatki kwiatów i zmuszał delikatne gałązki krzewów do ukorzenia się przed jego potęgą. Jak zwykle przyglądałem się maratonowi chmur. Mimo zimna, które doskwierało mi już od dłuższego czasu, nie zamierzałem się stąd ruszać.
Dlaczego?
Dobre pytanie…
Byłem naprawdę zdziwiony, kiedy przyszedł Tsuzu; w dodatku z grubym kocem i kubkiem zielonej herbaty, którą wcisnął w moje zmarznięte dłonie. Przykrył mnie szczelnie, a sam przykucnął przy huśtawce opierając jedynie dłonie na jej krawędzi.
- Może wrócisz do domu? – zaproponował.
- Nie – odpowiedziałem twardo.
- Zaraz będzie padać.
- Trudno.
- Rozchorujesz się.
- Trudno.
Brunet westchnął – od pewnego czasu robił to coraz częściej… i ciężej.
- Kochasz mnie, prawda? – zapytał otwarcie.
- Zamknij się – burknąłem i odwróciłem się do niego plecami.
- To dlatego tyle ze mną wytrzymałeś; dlatego tak uparcie chciałeś się do mnie zbliżyć i utrzymać naszą przyjaźń, która, gdyby nie twoje karkołomne starania, w warunkach naturalnych nigdy nie miałaby prawa istnieć – uśmiechnął się samymi kącikami ust. – To dlatego, że mnie kochasz, prawda?
- Jak Buddę kocham, zaraz ci strzelę… - warknąłem.
- Powiedz to – zażądał.
- Nie!
- Powiedz to!
Uderzyłem go w twarz. Na jego prawym policzku odcisnęło się pięć moich palców.
- Kochasz mnie, ale nie potrafisz przyjąć do wiadomości, że ja nie umiem odwzajemnić twojego uczucia, mimo iż bardzo się staram. Rozkochałeś mnie w sobie, Ryoga… problem leży we mnie. Już dawno temu powinieneś był dać sobie ze mną spokój i być szczęśliwy z kimś innym.
Między nami zapanowała cisza, którą po długiej chwili dopiero grzmot nadchodzącej gdzieś z oddali burzy odważył się przerwać.
- A ty mnie kochasz? – zapytałem cicho.
- Ryoga… - westchnął. – Ja… Ja nie umiem… Moje życie emocjonalne praktycznie nie istnieje, więc… - zająknął się. - Przecież wiesz, jak bardzo bym tego chciał…
- Więc nie pokazuj mi się na oczy, dopóki mnie nie pokochasz – nasze spojrzenia skrzyżowały się na krótką chwilę. Podniosłem się do siadu, po czym zająłem się piciem herbaty i absolutnie go zignorowałem.
Tsuzuku przysiadł na krawędzi huśtawki. Przez długi czas siedzieliśmy razem w ciszy, wpatrując się w niebo. W końcu zaczęło mrzeć, a potem rozpętała się prawdziwa burza; jednak my, wciąż niezmienni i statyczni, trwaliśmy na swoich miejscach. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Nawałnica była bardzo gwałtowna; deszcz zacinał tak mocno, że krople, które rozbijały się na mojej skórze sprawiały mi ból.
Miałem wrażenie, że mijają wieki.
Cała wieczność.
Aż dziw, że jeszcze tego dożyłem; że moje ciało nie rozsypało się w drobny pył.
Aż wreszcie…
Poczułem lodowatą dłoń bruneta zamykającą się na mojej.
Niemożliwe? Naprawdę?!
Ze zdziwieniem spojrzałem na niego, a on uśmiechnął się delikatnie. Rozszerzyłem oczy w bezbrzeżnym zdumieniu i przez chwilę nie wiedziałem, co mam zrobić. Tyle uczuć i emocji przelewało się we mnie, tworząc w moim umyśle mieszanki, których nie potrafiłem nazwać, których, byłem pewien, nie czułem nigdy wcześniej. Tak szybko jak się pojawiały, tak szybko także spływały wraz z pierwszym w tym sezonie tak ulewnym, letnim deszczem. W końcu rzuciłem się na niego i mocno przytuliłem.
W jednej chwili burza ustała.
Czas zamarzł i pękł niczym delikatne i kruche szkło.
Zegary znów zaczęły cicho tykać.
Chmury szybko rozwiewał wiatr, robiąc miejsce dla bezkresnego błękitu.
- Nie uważasz, że niebo dzisiaj jest bardziej błękitne niż kiedykolwiek wcześniej? – zapytał Tsuzu, a ja zacząłem się śmiać.

Po policzkach popłynęły mi łzy radości. 

mini-seria „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.3 Mitsuki (Delacxroix) x KON (CelL) z dedykacją dla Kizu



Z dedykacją dla Kizu, która jest chyba największą fanką tego opowiadania :D
Szczerze to jestem zdziwiona,. że ktoś to przeczytał, a nawet skomentował; ale rzecz jasna pozytywnie! 
Mam nadzieję, że wyjaśnienia się nie domyślałyście xD


Tytuł: „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.3 dla Kizu
Paring: Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)
Gatunek: obyczajowe romansidło, mam nadzieję, że nie wyjdzie smutne
Typ: mini-seria cz.3/3 END
Beta: -

Delacroix                                                 CelL 
Mitsuki – wokalista                             KON – wokalista
Saya – gitarzysta                                       NAO - gitarzysta
Rei – basista                                               SIN - gitarzysta
Tomo – perkusista                                    YUKI- basista
(perkusista jako tako nie należy do                                         zespołu; nie widnieje nawet na zdjęciach grupowych, dlatego go pomijam)

Nikt o takim nazwisku nie uczył się w tych samych latach co ja w tych samych szkołach. Dlaczego więc powiedział, że podziwiał mnie już w szkole? Kłamał… Był oszustem.
Ale czy aby na pewno?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem rozczarowany. Może naprawdę uległem sugestii? Kiedy w swoim mieszkaniu odsłonił przede mną tą bliznę, spojrzał na mnie tym smutnym wzrokiem… czułem się naprawdę, jakby wyrwał z mojego serca bardzo ważną część, którą niegdyś mi ofiarował – ale on był tylko zwykłym kłamcą. Dobrym aktorem, ale nic poza tym. Tak jak inni po prostu chciał mnie wykorzystać; to właśnie dlatego sławni muszą trzymać się ze sławnymi – takie niepisane prawo – żeby unikać ciągłego i nieustannego wykorzystywania przez ludzi, którzy jak zwykle szukają drogi „na skróty”, chcą załatwiać wszystko „po znajomości”…
Sam nie wiem dlaczego, ale wpisałem jego imię w wyszukiwarce internetowej; może dlatego, że nie miałem, co robić i z nudów surfowałem po internecie, a może dlatego, że notebook po prostu leżał w zasięgu mojej ręki…
„Shirai Takano” – powtarzałem w myślach jak mantrę.
Enter.
Oprócz kilku sławnych osób noszących to samo nazwisko lub imię oraz linków do kilkunastu profilów na facebooka w wynikach wyszukiwania wyświetlił mi się link do archiwalnego artykułu z gazety. Nie myśląc wiele kliknąłem właśnie na niego. Przeczytałem krótką notatkę:
2. maj 2008r.
Tragiczny wypadek w Zespole Szkół nr 3 w Imaichi (gimnazjum oraz liceum). Uczeń klasy 3-1 (to po naszemu jakby oznacza klasa IIIa. W Japonii raczej używa się systemu „numerowania” klas tego samego rocznika niż nadawanie im poszczególnych liter z alfabetu od aut.)  gimnazjum został ranny podczas rutynowego treningu klubu łuczniczego. Shirai Takano był na tyle zdolny, że pozwolono mu ćwiczyć z bardziej zaawansowaną grupą z liceum. Jako najmłodszy został, aby posprzątać po skończonych zajęciach, kiedy wszyscy już wyszli (zawsze tak jest, że pierwszoroczniaki w Japonii sprzątają po zajęciach dodatkowych od aut.), gdy niespodziewanie został trafiony strzałą. Został ugodzony w szyję; grot minął aortę jedynie o kilka milimetrów – mimo to chłopiec z pewnością wykrwawiłby się, gdyby nie bohaterska postawa jego starszego o trzy lata kolegi, Mitsukiego Tsukady, z klasy 3-3 z liceum, który na całe szczęście wrócił się do sali treningowej i wezwał pomoc. Sprawca nie został ujęty.”
Ze zdziwienia, aż otworzyłem usta i przez długą chwilę otępiały wpatrywałem się w monitor. Ja… ja tego zupełnie nie pamiętałem… A może zwyczajnie nie chciałem? Wyparłem te wspomnienia?
To dlatego Kon pamiętał o mnie przez te wszystkie lata? Bez chwili zastanowienia poznał mnie na ulicy, obserwował jak rozwija się mój zespół… pomógł mi w potrzebie… Byłem dla niego tak ważny, ponieważ uratowałem mu życie?...
Przełknąłem głośno ślinę i opadłem ciężko na kanapę. Odchyliłem głowę na oparcie i zamknąłem oczy. Teraz wszystko się zgadzało. Obie sekretarki odpowiedziały na moje pytanie przecząco – ponieważ z tej racji, że byłem od niego starszy o trzy lata on chodził wciąż do szkoły podstawowej, kiedy ja już uczęszczałem do gimnazjum i tak samo było liceum – kiedy ja skończyłem ostatnią klasę on dopiero rozpoczął w nim naukę.
Wziąłem głębszy oddech.
2008 rok.
Drugi maj.
Zajęcia klubu łuczniczego.
Dzień jak co dzień.
Wróciłem się do sali treningowej po skończonych zajęciach.
Po co?
No tak… zapomniałem mojej yotsugake (rękawica okrywająca cztery palce wykorzystywana w łucznictwie od aut.).
Cichy jęk; jakby ktoś nie mógł nabrać tchu.
Odwracam się w stronę, z której dochodzi.
Pierwsze, co wiedzę to krew.
Duża plama jasnoczerwonej krwi, a w niej skąpane tego samego koloru włosy chłopaka.
Shirai zawsze był buntownikiem. Nie stosował się do regulaminu. Farbował włosy.
Załzawione oczy zdradzające przerażenie.
Rozchylone nieco spierzchnięte usta wykrzywione jakby w niemym krzyku.
Pojedyncza łza spływająca po jego policzku.
Wyciąga w moją stronę otwartą dłoń, jakby chciał błagać mnie o ratunek.
Strzała.
Ten okropny widok strzały utkwionej w jego szyi…
Otworzyłem oczy i łapczywie zaczerpnąłem tchu, jakbym wstrzymywał oddech od bardzo dawna. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że płaczę… Ogłupiony własną reakcją powoli podniosłem rękę do mokrych policzków, aby otrzeć je wierzchem dłoni. Przełykając ślinę miałem wrażenie, że w istocie przełykam kamień sporych rozmiarów. Moje serce biło wolno; zbyt wolno…
Momentalnie zerwałem się z miejsca i wybiegłem z domu nawet nie zamykając za sobą drzwi. Wypadłem na ulicę tym razem nie próbując się ukryć. Nie myślałem o tym, że ktoś może mnie rozpoznać. Po prostu gnałem na złamanie karku kierowany pamięcią. Nie wiedziałem jak dotrzeć do osiedla Kon „tradycyjną” drogą, dlatego też musiałem ponownie kluczyć między wąskimi, nienazwanymi uliczkami, a następnie pokonać mur w ślepym zaułku. Tym razem poszło mi nadzwyczaj sprawnie. Dopadłem do furty i ją również przeskoczyłem nie bawiąc się w dzwonienie domofonem, tym bardziej, że nie wiedziałem, jaki numer ma mieszkanie czerwonowłosego. Szczęście mi sprzyjało, gdyż w momencie, w którym dopadłem drzwi do budynku wychodziła z niego właśnie starsza pani z pieskiem. Zdążyłem je złapać, nim te się zatrzasnęły i wpadłem do windy niczym zawodnik do mety; w wielkim stylu, z poślizgiem. Siódme piętro. Ostatnie mieszkanie w korytarzu po lewej. Stanąłem przed drewnianymi drzwiami z połyskującym w ciemności złotym numerkiem i wziąłem głęboki oddech. Mocno zapukałem. Minęła chwila nim usłyszałem niespieszne kroki, dźwięk odsuwanej zasuwy i w końcu drzwi stanęły przede mną otworem.
- Mitsuki? – Kon zdawał się być zdziwiony do granic możliwości.
Chciałem wykrzyczeć w tym momencie wszystkie swoje skotłowane myśli, jednak odebrało mi mowę, kiedy go w końcu zobaczyłem. Czarne dresy i obcisła, również czarna bokserka – niby tak prosty ubiór, a wyglądał w tym tak dobrze. Wciąż wilgotne włosy i ręcznik przerzucony przez ramiona wskazywały na to, że niedawno wziął kąpiel. Nie miał wykonanego makijażu ani założonych soczewek, przez co mogłem dostrzec jego prawdziwe tęczówki, które były niemalże czarne i ciężko było je odróżnić od nienaturalnie rozszerzonych w zdziwieniu źrenic. Długą grzywkę, która wcześniej zasłaniała mu połowę twarzy, spiął spinką.
- Shirai… - zacząłem niepewnie. Mój głos załamał się. Czerwonowłosy odsunął się z przejścia i wpuścił mnie do środka. – Shirai… - powtórzyłem. – Tak… Tak bardzo cię przepraszam… - czułem, że do oczu znów napływają mi łzy. – Teraz wszystko już rozumiem… Byłem takim imbecylem! Tchórzem! Arogantem! Tak wiele razy próbowałeś się do mnie zbliżyć, a ja… a ja cię odtrącałem, ignorowałem cię, bo… bo się bałem… Bałem się tych wspomnień, które w końcu zrzuciłem do podświadomości i wyparłem się ich… Mimo wszystko ty wciąż… wciąż mnie podziwiałeś, obserwowałeś, choćby z daleka… A ja cię tylko raniłem… - nie myśląc wiele przytuliłem go do siebie z impetem. Ukryłem twarz w jego pachnących włosach. – Tak bardzo cię przepraszam… - szepnąłem mu do ucha.
Poczułem jak chłopak również mnie obejmuje i kładzie głowę na moim ramieniu.
- Jak mogę być na ciebie zły? Przecież uratowałeś mi życie – wplątał dłoń w moje włosy i delikatnie gładził mnie po karku. Byłem pewien, że uśmiecha się. – Tak bardzo próbowałem się do ciebie upodobnić… Chciałem, abyś zwrócił na mnie uwagę, chciałem ci się przypodobać, ale nigdy nie chciałem wzbudzić w tobie poczucia winy. Nie zrobiłeś nic źle.
- Jak to nie? Shirai… - odsunął się ode mnie i przyłożył mi palec do ust kręcąc głową, czym dał mi znak, że mam się nie odzywać.
Poprowadził mnie do salonu i tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu usadził na kanapie. Sięgnął po jedno ze zdjęć z parapetu, które stało najbliżej okna i podał mi je.
Przedstawiało ono całą naszą grupę łuczniczą. Fotografia została zrobiona tuż po rozpoczęciu nowego roku szkolnego, mojego ostatniego roku w liceum, a więc zarazem miesiąc przed wypadkiem Takano (przypominam, że rok szkolny w Japonii rozpoczyna się w kwietniu od aut.). Staliśmy obok siebie. Obaj uśmiechnięci i wpatrzeni w obiektyw. Niewymuszeni. Szczęśliwi. Żyjący naprawdę.
- Myślałem, że kiedy zobaczyłeś to zdjęcie, to zrozumiałeś, kim jestem… - odezwał się.
- Nie zauważyłem tego zdjęcia – wyznałem. – A może nawet nie chciałem? Byłem takim egoistą… - chciałem ponownie zacząć go przepraszać, ale on uciszył mnie delikatnym uśmiechem. – Wybaczysz mi kiedyś?
- Nie jestem zły.
- A powinieneś.
- Nie powinienem – pogłębił uśmiech. – Kocham cię – szepnął, przysuwając się do mnie. – Zawsze cię kochałem. To dlatego nie mogę się na ciebie wściekać – chciał wstać, jednak nie pozwoliłem mu na to.
- Przecież minęło tyle czasu… a ty… wciąż o mnie pamiętałeś, nie przestałeś się mną interesować… - nie mogłem w to uwierzyć.
- Nie przestaje się kochać, jeśli robi się to dobrze – uśmiechnął się do mnie ciepło.
Złapałem go za rękę i zmusiłem, aby z powrotem usiadł; tym razem znacznie bliżej mnie. Nasze uda się stykały, podobnie jak nasze ramiona. Tylko nasze twarze znajdowały się w minimalnej odległości od siebie. Spoglądałem w jego bezdenne oczy i upajałem się ich ciepłym spojrzeniem. Położyłem dłoń na jego kolanie, by następnie przesunąć ją w górę na biodro chłopaka. Nachyliłem się nad nim i niechętnie zacząłem przymykać powieki. Nie chciałem tracić widoku jego pięknej twarzy sprzed oczu, jednak nie potrafiłem całować się z otwartymi.
Na początku jedynie musnąłem jego usta. Złożyłem na nich kilka motylich pocałunków. Nie czując oporów z jego strony zacząłem całować go nieco bardziej zdecydowanie. Nasze wargi spotykały się w krótkich, lecz czułych całusach. Kon objął mnie za szyję, ciągnąc w swoją stronę. Złapałem go w pasie i podniosłem, sadzając na swoich kolanach, aby nam obu było wygodniej. Jego usta były słodkie i gorące; idealne. W końcu polizałem jego dolną wargę, a on w odpowiedzi rozchylił je zapraszająco. Skorzystałem z chęcią i wsunąłem język do jego ust. Czerwonowłosego przeszły dreszcze podniecenia. Jego jęk zatonął w moich ustach. Całowaliśmy się gorąco i namiętnie. Przesuwałem dłońmi po jego plecach, kiedy niespodziewanie Shirai sam zsunął moje ręce na swój tyłek. Uśmiechnąłem się nie przestając go całować. Odsunęliśmy się od siebie dopiero w momencie, kiedy zabrakło nam tchu.
- Kocham cię – szepnął jeszcze raz.
- Ja ciebie też – odpowiedziałem, po czym złapałem jego dolną wargę zębami i delikatnie za nią pociągnąłem. – Jesteś ode mnie o trzy lata młodszy, prawda? – upewniłem się.
- Tak – przytaknął. – Przeszkadza ci to? – zmartwił się.
- Nie – zaśmiałem się. – Oczywiście, że nie.
- Więc o co chodzi? – dopytywał.
- Masz skończone dwadzieścia jeden lat, tak?
- Tak. Ale o co ci cho…
- Teraz przynajmniej mam pewność, że skoro jesteś już pełnoletni, to nikt nie zarzuci mi pedofilii – zaśmiałem się, po czym położyłem go na kanapie, a sam zawisłem nad nim.
- No wiesz co… - uśmiechnął się wyzywająco.
Przylgnąłem ustami do jego szyi. Całowałem ją dokładnie, nie pomijając najmniejszego skrawa skóry. Pieściłem go wargami, językiem oraz od czasu do czasu zębami, o czym świadczyły drobne czerwone ślady. Wokalista mruczał z przyjemności i przeczesywał palcami moje włosy. Odchylał głowę do tyłu eksponując szyję jeszcze bardziej i ułatwiając mi do siebie dostęp.
Kiedy doszedłem do blizny spiął się nieco. Jego palce zacisnęły się na moim karku, jednak nie sprawił mi tym bólu. Zatoczyłem językiem koło wokół wrażliwego miejsca, po czym czule je ucałowałem. Kon rozluźnił się na powrót i znów zaczął mruczeć z aprobatą. Potarłem nosem o jego szyję, przesuwając po całej jej długości, przy czym zaciągałem się jego zapachem. Powróciłem do jego ust, które gorąco ucałowałem.
- Uratuj mnie… - szepnąłem mu na ucho, po czym polizałem jego krawędź.
- To przecież ty uratowałeś mnie… Nie rozumiem – spojrzał na mnie niemo prosząc, abym rozwinął tę myśl.
- Naucz mnie znów żyć, dobrze? – posłałem mu proszące spojrzenie.
Czerwonowłosy zamrugał kilkakrotnie dalej nie rozumiejąc dokładnie, o co mi chodzi. Był dopiero początkującym muzykiem, nie był jeszcze zepsuty przez to sławne towarzystwo, więc logicznym było, że nie rozumiał…
- Zrobię, co tylko zechcesz – uśmiechnął się i ponownie złączył nasze usta.
Całowaliśmy się jeszcze przez długą chwilę, po czym podciągnąłem jego bluzkę i odsłoniłem jego płaski brzuch oraz tors. Skupiłem się na jego prawym sutku. Zatoczyłem wokół niego koło, by zaraz potem zacząć go drażnić. Takano wydał z siebie cichy jęk i wziął głęboki oddech. Prężył się pode mną i pomrukiwał coraz głośniej. Chłopak delikatnie masował moje barki.
- Shirai… - oderwałem się na moment od jego ciała. – A co… co się stało z tym, kto wtedy do ciebie strzelił? – zadałem pytanie, które zaczęło mnie dręczyć od dłuższego czasu.
- Co? – czerwonowłosy wydawał się jakby wyrwany z amoku. Był niezadowolony z tego, że przerwałem pieszczotę. – Ach… Nie wiem. Nigdy go nie złapano, mimo iż sprawę prowadziła policja. W zasadzie nigdy nie interesowało mnie to, kto to zrobił ani dlaczego. Ja wyjaśniłem to sobie tak, że to był po prostu przypadek… Może Kupidyn nie trafił albo co…? – wzruszył ramionami. Zdziwiło mnie to, jak łatwo o tym mówił. – Wolałem skupić się na tobie niż na sprawcy – wyznał.
Odpowiedziałem mu ciepłym uśmiechem, po czym musnąłem jego usta i ponownie wróciłem do pieszczenia jego ciała, które w końcu czekało na mnie przez sześć długich lat…