mini-seria „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.2 Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)



Tytuł: „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.2
Paring: Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)
Gatunek: obyczajowe romansidło, mam nadzieję, że nie wyjdzie smutne
Typ: mini-seria cz.2/3
Beta: -


Delacroix                                                 CelL 

Mitsuki – wokalista                                   KON – wokalista
Saya – gitarzysta                                       NAO - gitarzysta
Rei – basista                                               SIN - gitarzysta
Tomo – perkusista                                    YUKI- basista
(perkusista jako tako nie należy do zespołu; nie widnieje nawet na zdjęciach grupowych, dlatego go pomijam)

Przez długi czas sprawa z Kon (dziwnie to brzmiało, kiedy odmieniałam ten pseudonim przez przypadki np. „Przez długi czas sprawa z Konem (…)”, dlatego zdecydowałam pominąć naszą kochaną, ojczystą deklinację od aut.) nie dawała mi spokoju. Punktem zaczepienia były dla mnie jego słowa: „Zawsze cię podziwiałem, nawet w szkole”. Pytanie tylko, jakiej? Co prawda nie zmieniałem szkół wraz z kolejnymi semestrami, ale powiedział, że nasze spotkanie było już tak dawno… Więc kiedy mogliśmy się spotkać? W szkole podstawowej? Gimnazjum? Liceum? Studiach?, tak, tak wyobraźcie sobie, że byłem na studiach. Caluśkie dwa semestry; potem udało nam się wybić i zostałem muzykiem „pełnoetatowym”, że tak powiem…
Po przeprowadzeniu eliminacji drogą dedukcji postawiłem na dwie szkoły – gimnazjum bądź liceum. Studia za późno; podstawówka za wcześnie –  właśnie tak proste było moje myślenie.
Wyciągnąłem stare albumy, które kurzyły się na dnie jednej z szaf w mojej sypialni. Sam zdumiałem się, ile radości przyniosło mi oglądanie zdjęć i przez chwilę zastanawiałem się czy dla poprawy nastroju nie zrobić sobie takiej wystawki, jak w mieszkaniu u Kon na parapecie, ale jako żem jest leniwy cieć malinowy (teksty menagera wymiatają) [haha, nie menagera, bo moje xD od aut.] to nie chciało mi się tego robić; za dużo zachodu. W każdym razie odnalazłem w końcu fotografie, które  mnie interesowały – zdjęcia klasowe. Chyba nikt w szkole ich nie lubi, jednak teraz były naprawdę pomocne. Przyglądałem się uważnie każdej z twarzy na zdjęciu z trzech lat gimnazjum i liceum, liczyłem uczniów aby upewnić się czy na pewno wszyscy byli obecni podczas zdjęć, jednak wszystko się zgadzało, a żaden z nich nie przypominał czerwonowłosego. Chociaż w sumie… Ciężko było mi wyobrazić sobie, jak wokalista mógł wyglądać w latach szkolnych, gdyż podczas tego niedługiego czasu, kiedy miałem okazję przyjrzeć mu się, miał wykonany pełen makijaż, kolorowe soczewki i farbowane włosy – w szkole żadna z tych rzeczy nie była dopuszczalna, więc mógł się zmienić, jednak… czy aby na pewno? Wciąż dręczyło mnie to, że ten chłopak może być zwykłym oszustem. Już nie raz wielu próbowało mnie sobie zjednać, aby zyskać jakieś chody w wytwórni, jednak ja byłem nieugięty. Nie działały na mnie prośby, słodkie słówka, płacze, groźby czy przekupstwo – no, na zapłatę w naturze kilka razy dałem się nabrać, ale skończyło się tylko na szybkim numerku w toalecie. Nikomu nigdy nie udostępniłem drogi do sławy „na skróty” czy „po znajomości”. Raziło i gorszyło mnie coś podobnego…
Zazwyczaj łatwo było dostrzec, że ktoś zwyczajnie próbuje mnie podejść, gdyż kłamstwa i obietnice, którymi się posługiwali początkujący muzycy były łatwe do przejrzenia; ich motywy były banalne. A co jeśli Kon posunął się nieco dalej? Przypadkiem na siebie wpadliśmy, rozpoznał mnie i postanowił wykorzystać sytuację – widział dokąd pobiegłem, mieszkał w pobliżu, znał okolicę – wyprzedził mnie i pomógł w ucieczce przed fanami, a potem na szybko sklecił historyjkę o tym, że się znamy, ale ja go nie pamiętam, zrobił smutną minkę i na koniec postawił wisienkę na torcie; żebym poczuł się dobity, pokazał bliznę. Może ta blizna nie miała nic wspólnego ze mną; może kiedyś ktoś go napadł albo jakoś nieszczęśliwie upadł po pijaku… kto go tam wie?
Najgorsza w tym wszystkim była niepewność, bo jeśli w rzeczywistości był oszustem, to okazałby się świetnym aktorem – ja... naprawdę poczułem się w jakiś niewytłumaczalny sposób związany z tym chłopakiem... a może to jakaś sztuczka? Uległem jakiejś sugestii?
Nie podał mi swojego prawdziwego imienia, więc, prawdę mówiąc, byłem bezradny. Gdybym dysponował choćby jego nazwiskiem mógłbym przecież zadzwonić do szkoły, do której uczęszczałem i zapytać się czy kiedykolwiek ktoś taki chodził tam w tym samym przedziale czasowym, co ja; a tak, co mogłem zrobić? Nic…
Wciąż pogrążony we własnych myślach poszedłem na próbę. Miałem szczęście, gdyż dzisiaj Saya się spóźniał, a więc zyskałem chwilę na uporządkowanie myśli. Przez czas, w którym Rei stroił gitarę, Tomo rozstawiał bębny, a ostatni z muzyków wciąż pozostawał nieobecny, poszukiwałem informacji na temat Kon w internecie. Byłem pewien, że miał zespół, jednak nic o nim nie znalazłem. Nie wiedziałem nawet jaką nazwę nosi się jego grupa – wiedziałem tylko, jak wyglądają i jak teoretycznie nazywa się ich wokalista. Żebym chociaż tytuł jakiejś piosenki znał!... Ech…
- Mitsuki, znów się obijasz? – zawisł nade mną menager.
Nasz menager to Soichiro Koruba – wysoki mężczyzna o postawie kija od miotły oraz kościstych dłoniach, ale za to bardzo boleśnie bijących niewinnych wokalistów, takich jak ja. Soichiro był już po czterdziestce i często zwykł mówić, że to przez nas tak szybko siwieje – w istocie, tuż przy skroniach oraz nad czołem z czasem pojawiało się coraz więcej włosów przyprószonych siwizną. Mimo to nie wyglądał staro. Jego twarz nie była poznaczona głębokimi zmarszczkami, a spojrzenie było drapieżne niczym u młodego człowieka, który chce zdobywać świat, więc nie wyglądał źle. Jego oblicze zazwyczaj miało dość surowy wyraz, choć Koruba sam w sobie nie był jakim gburem; jedynie cenił dokładność i punktualność, a jako że nie posiadałem nadmiaru tych cech, to właśnie z tego powodu byłem tak często ganiony.
Menager poprawił kwadratowe okulary w czarnych oprawkach na nosie i usiadł koło mnie na kanapie. Rzucił okiem na hasło, które wpisałem w wyszukiwarce i wyniki poniżej.
- Ja się nigdy nie obijam – prychnąłem.
- Teraz też pracujesz? – zaśmiał się pod nosem.
- No ba! Szukam takiego jednego zespołu, ale nie wiem, jak on się nazywa…
- A wiesz o nim cokolwiek innego? Jakieś single, członkowie zespołu albo coś? – dopytywał.
- Wokalistą jest Kon. Singli nie znam, ale wiem, że mieli taki krwisty image. Wiesz, cali ubrani na biało i jakby zakrwawieni – próbowałem jak najkrócej i najbardziej zrozumiale streścić ubiór zespołu chłopaka. – O! I wszyscy mieli taki sam kolor włosów; czerwone! To jakiś początkujący zespół…
- Niech będzie, że poszukam ich dla ciebie, ale w zamian ty musisz w końcu wziąć się do roboty – ponownie wstał i spojrzał na mnie z góry.
- A co ja mam niby robić, skoro Sayi nie ma? – spojrzałem na niego jak na idiotę.
- Napisz coś w końcu – rzucił mi notatnik i długopis ze stołu, który znajdował się przed sofą. – Myślisz, że cały czas będziecie mogli opierać się na sukcesie singla „Mugen Kairou” (swoją drogą fantastyczna piosenka! od aut.)?
W odpowiedzi jedynie prychnąłem. Przez aferę z czerwonowłosym nie miałem weny. Nie mogłem myśleć o niczym innym, jak o nim…
***
- O dobry Buddo… - jęknąłem. – Nareszcie koniec… - mruknąłem do siebie wychodząc z sali.
- Coś ty taki dzisiaj rozkojarzony, co Mitsuki? – zapytał Saya.
- Skończylibyśmy wcześniej, gdybyśmy nie musieli powtarzać za każdym razem, kiedy ty myliłeś tekst albo za późno wszedłeś w rytm – Rei spojrzał na mnie karcąco.
- Dobra, macie racje; moja wina – przyłożyłem rękę do serca w akcie skruchy. – Możecie mnie zlinczować.
- Jakoś nie mam ochoty – odparł beznamiętnie perkusista.
- Moje szczęście? – bardziej zapytałem niż stwierdziłem.
- Nie, ręce mnie bolą od całodziennego nawalania po perkusji – minął mnie w drzwiach. – To na razie! Muszę trochę odpocząć, jeśli następna próba ma wyglądać tak samo przez Mitsukiego…
- No ej, przecież przeprosiłem! – zbulwersowałem się.
- Przyznaj się, co ci tak zaprzątnęło głowę, co? – dociekał gitarzysta z diabelskim uśmieszkiem.
- Jest taka pewna sprawa, która nie daje mi spokoju… i muszę ją rozwiązać sam – zreflektowałem się szybko zanim zdążyłem powiedzieć o słowo za dużo, widząc, że gitarzysta już szykuje się do „pomocy”.
- Mitsuki! – z korytarza dobiegł mnie głos menagera. – Znalazłem ten zespół, który cię interesował – w tym momencie byłem pewien, że oczy zaświeciły mi się niczym dwie małe pochodnie. W trybie natychmiastowym dopadłem Soichiro, by pociągnąć go w stronę jego gabinetu. Mężczyzna odwrócił ekran komputera w moją stronę. Na monitorze widniało zdjęcie zespołu. Od razu rozpoznałem Kon, który stał na środku w wyzywającej pozie. – Zespół nazywa się CelL i, rzeczywiście, działa od niedawna.
- To on… - mruknąłem do siebie. – Masz o nich więcej informacji?
- Jedynie imiona pozostałych muzyków i tytuły singli. Nie ma żadnych informacji odnoście członków zespołu; kompletnie nic.
- Szlag! – krzyknąłem poirytowany.
- Chciałeś dowiedzieć się czegoś konkretnego?
- Chcę znać jego tożsamość – wymierzyłem palcem w wokalistę, który patrzył na mnie wciąż w ten sam wyzywając sposób, jednak teraz wydawało mi się, że odnajdywałem w nim pewną dozę drwiny… - Chwila… - nagle mnie olśniło. – Chwila! A wiesz może, gdzie mają mieć następny występ?
Koruba wzruszył ramionami, po czym zasiadł za biurkiem. Przez moment stukał w klawiaturę, przeglądał strony, aż w końcu znalazł to, o co go prosiłem.
- Następny piątek. Klub „Noroi” (jap. klątwa – jakże mrocznie xD wiem od aut.) w Tomigaya niedaleko Uniwersytetu Tōkai – rzucił. – Wejściówka 1500¥ (45zł w obecnym kursie walut, ale bierzcie poprawkę na to, że obecnie kurs jena podskoczył o 50% od aut.). Zarezerwować ci bilet? – uśmiechnął się drapieżnie.
- Nie.
- Zamierzasz wbić się tam jako gość specjalny? – popatrzył na mnie z powątpiewaniem. – Wielki Mitsuki promuje nieznany nikomu zespół? To byłaby dla nich dobra reklama – jego spojrzenie stało się jadowite. - Jeśli to zrobisz, urwę ci jaja i…
- Nie, mam inny plan – zdusiłem jego tyradę w zalążku. – Nie chcę w ogóle iść na koncert. Chcę tylko zamienić parę słów z muzykami – oświadczyłem spokojnie. – Dzięki za pomoc, Koruba-san – uśmiechnąłem się do niego promiennie. – Jestem twoim dłużnikiem – gdyby był młodszy i nie miał żony oraz dwójki dzieci prawdopodobnie cmoknąłbym go w policzek. – Jak w ogóle ich znalazłeś dysponując tak małym zasobem informacji? – zaciekawiłem się.
- Mitsuki, siedzę w tej branży prawie trzydzieści lat – zaśmiał się. – Umiem szukać i mam swoje znajomości – uśmiechnął się przebiegle.
- To znaczy, że niedługo stuknie ci pięćdziesiątka?! – wykrzyknąłem.
- Zdziwiony?
- Kurna, trzeba ci jakieś urodziny zorganizować… - mruknąłem.
- Dzięki, że mnie uprzedzasz – ponownie się zaśmiał.
- Cii… - syknąłem na niego i posłałem mu spojrzenie z jasnym przekazem: „Ty o niczym, kurwa, nie wiesz, czaisz?”.

***
Klub „Noroi” nie był jakiś okazały ani w środku, ani na zewnątrz. Przyjechałem przedwcześnie, aż półtorej godziny, gdyż chciałem mieć pewność, że zdążę przed muzykami; niemniej, siedzenie na schodkach prowadzących do tylnego wejścia dla personelu było cholernie nudne. W trakcie zdążyłem szybko skoczyć po drinka, żeby umilić sobie czekanie, jednak okazało się to złym pomysłem – zamówiłem shota, który nosił dumną nazwę „blue revolution”, przez co rzeczywiście miałem wrażenie, że w moim żołądku rozgrywa się jakaś rewolucja… Obawiałem się, że mogło to się skończyć tak jak za dawnych czasów, a więc kolorowym pawiem na asfalcie, jednak teraz przecież mi nie wypadało. W końcu byłem sławny – jeśli miałem już rzygać to pod jakimś drogim klubem i w towarzystwie sławnych znajomych, a nie pod podrzędną knajpą i w dodatku sam, skrzętnie ukrywający swoją tożsamość. Nie daj Buddo jeszcze trafię na jakiegoś paparazzi…
W chwili, kiedy miałem wrażenie, że mój tyłek zaczyna już zespalać się z betonowym schodkiem w jednolitą całość, doszły mnie odgłosy nadchodzącej grupy chłopców. Szczęście mi najwyraźniej sprzyjało, gdyż szło ich jedynie trzech, a w dodatku wśród nich nie zauważyłem wokalisty. Zwolnili kroku, kiedy tylko mnie spostrzegli i przybrali niepewne miny. Wstałem, otrzepałem tyłek z niewidzialnego kurzu i podszedłem do trzy czwarte CelL.
- Cześć – przywitałem się luźno. – Wybaczcie, że przeszkadzam w przygotowaniach do występu, ale mam jedno bardzo ważne pytanie – muzycy popatrzyli po sobie nietęgo. Możliwe, że w panującym półmroku nie poznali mnie. – Interesuje mnie prawdziwe nazwisko waszego wokalisty.
- Jeśli będzie chciał, to sam ci powie, jak się nazywa – odparł najwyższy z grupy.
- Problem w tym, że nieco się… pokłóciliśmy… - westchnąłem.
- Po co ci jego nazwisko? – zapytał szorstko najniższy. – Chcesz w coś wrobić Kon? – łypnął na mnie złowrogo.
- W nic nie chcę go wrabiać – wywróciłem oczyma. – Chcę jedynie sprawdzić czy uczęszczał do tej samej szkoły, co ja, jednak do tego potrzebuję jego prawdziwego nazwiska – wyznałem prawdę.
- Nie, Kon nie chodził do szkoły dla ćwierćinteligentów, jeśli o to pytasz – burknął ten najbardziej gburowaty.
- Słabe kłamstewko – wzruszył ramionami najwyższy. – Mógłbyś się choćby postarać trochę bardziej, żebyśmy zechcieli ci uwierzyć.
Bez słowa pożegnania minęli mnie i weszli po schodkach prowadzących do tylnego wejścia. Jeden z nich już sięgał klamki, kiedy rozległo się wołanie:
- Nao! Sin! Yuki! – zza zakrętu wyleciał zdyszany wokalista.
Momentalnie odskoczyłem w tył kryjąc się w najgęstszych cieniach, aby mnie nie dostrzegł; pomińmy ten małoistotny fakt, że znalazłem się między workami ze śmieciami okalającymi kontener, do którego te się już nie mieściły. Skryłem się za śmietnikiem. Za ten nieziemski smród i odruch wymiotny oraz dodatkowe pobudzenie rewolucji w moim żołądu zamierzałem policzyć się z czerwonowłosym później. – Sorry za spóźnienie – dopadł pozostałych członków grupy. – Nie mogłem wcześniej wyjść z pracy – wydyszał.
- Wcale się nie spóźniłeś – uspokoił go wysoki.
- Sami dopiero przyjechaliśmy – dodał gbur.
- Jakiś gość o ciebie wypytywał.
- Co? Niby kto? – zdziwił się wokalista.
- Nie wiem. Ciemno było, a ten w dodatku zakapturzony jak jakiś asasyn czy coś no i nosił maseczkę – wzruszył bezradnie ramionami średniego wzrostu chłopak.
Weszli do środka. Nie poznali mnie, wiec jest dobrze. Gdyby mnie rozpoznali i donieśli o pojawieniu się nadmiernie ciekawskiego Mitsukiego z Delacroix Kon, mój plan ległby w gruzach. Nie chciałem, żeby chłopak wiedział o tym, że próbuję dowiedzieć się czegoś na jego temat. Jeśli jest oszustem, mógłby jakoś wykorzystać moje zainteresowanie jego osobą na swoją korzyść; choćby donosząc o tym gazetom lub ciągnąc swoją farsę z „zapomnianym przyjacielem” dalej, widząc, że połknąłem haczyk.
Wylazłem ze śmieci. Odetchnąłem głębiej świeżym powietrzem. Poczułem kwas w gardle, jednak udało mi się stłumić odruch wymiotny i nie zwrócić mojej wątpliwej treści żołądkowej. Poczekałem jeszcze kilka chwil, dopóki z budynku nie rozległy się odgłosy przytłumionej muzyki. Wtedy byłem już pewien, że zajęli się koncertem lub przynajmniej próbą generalną do niego. Niezauważony wślizgnąłem się do budynku i przemknąłem do miejsca, w którym muzycy zostawili swoje prywatne rzeczy – nie musiałem szukać długo, gdyż zaplecze składało się tylko z jednego, choć dość obszernego pomieszczenia. Znajdowała się tutaj rozpadająca się sofa przykryta kocem w kolorową kratkę podziurawionym przez żar niedopałków papierosów, obdrapany stolik oraz kilka prostych szafek BHP z odpadającą turkusową farbą. Przez wywietrzniki w górnej części drzwiczek mogłem zorientować się w których szafkach znajdują się ubrania, a w których nie. Otworzyłem pierwszą z nich, która była zajęta – oczywiście była zamknięta, jednak miałem doświadczenie w walkach z takimi szafkami. Sam nieraz zostawiałem rzeczy w takowych i doskonale wiedziałem, że ich zamki miały to do siebie, że lubiły się zacinać; w takim wypadku, aby otworzyć metalowego złośnika należało odgiąć górną krawędź drzwiczek, a dolną docisnąć nogą i mocno szarpnąć (sprawdzony sposób z gimbazy xD od aut.). Rozległ się szczęk metalu, jednak nikogo to nie skłoniło do odwiedzenia zaplecza. Skoro CelL nie miało jeszcze podpisanego kontraktu z żadną z wytwórni, to z pewnością nie mieli jeszcze sztabu fryzjerów i wizażystów oraz ekipy technicznej, a więc właściwie nie miał, kto tu przyjść. Pospiesznie zacząłem przeglądać prywatne rzeczy jednego z muzyków. W końcu trafiłem na indeks z uczelni ze zdjęciem; szlag! To nie ten! To ten gbur! Zabrałem się za drugą szafkę w ten sam sposób. Znów rozległ się jęk metalu, jednak tym razem nie przejąłem się tym zbytnio. Przeszukałem torbę drugiego z muzyków, aż w końcu znalazłem portfel, a w nim dowód osobisty.
- Shirai Takano… (jest to oczywiście zmyślone imię; w rzeczywistości personalia KON’a nie są ujawnione od aut.) - mruknąłem do siebie, po czym usatysfakcjonowany zwycięstwem czym prędzej opuściłem klub „Noroi”.
***

- Dzień dobry – przywitałem się grzecznościowo. - Czy dodzwoniłem się do sekretariatu Liceum nr 3 w Imaichi (Imaichi to miasto położone na północ od Tokio o 164 kilometry od aut.)?
- Tak – przytaknęła kobieta po drugiej stronie linii.
- Przepraszam, że dzwonię z tak nietypową sprawą, jednak muszę zdobyć pewne potwierdzenie. Widzi pani, jestem byłym uczniem tej szkoły i chciałbym się dowiedzieć czy w latach, w których do niej uczęszczałem chodził do tej palcówki także niejaki Shirai Takano. Czy jest taka możliwość, abym uzyskał taką informację?
- Shirai Takano, zgadza się? – upewniła się sekretarka.
- Tak – przytaknąłem.
- Pana godność?
- Mitsuki Tsukada (nazwisko Mitsukiego również jest zmyślone ze względu na to, że jego personalia również nie zostały ujawnione od aut.) – przedstawiłem się.
- W jakich latach uczęszczał pan do tej szkoły?
- 2005-2008 (akcja opowiadania toczy się w roku dzisiejszym, a więc 2014. Skoro Mitsuki skończył liceum w 2008 to wychodzi na to, że od tego czasu minęło sześć lat, więc wszystkie jego dane są wciąż przechowywane w szkole. Jednocześnie świadczy to o tym, że w chwili obecnej Mitsuki ma dwadzieścia cztery lata – jest to wiek zmyślony przeze mnie. Jego wiek również nie został ujawniony od aut.).
- Zobaczę, co da się zrobić w tej sprawie i z pewnością jeszcze dziś otrzyma pan informację zwrotną – obiecała.
- Dziękuję bardzo. Do usłyszenia – rozłączyłem się.
Podobną rozmowę odbyłem raz jeszcze podczas rozmowy z sekretarką z gimnazjum, do którego uczęszczałem. Tak jak kobiety obiecały, odpowiedzi dostałem jeszcze tego samego dnia – i były one negatywne w obu przypadkach. Nikt o takim nazwisku nie uczył się w tych samych latach, co ja w tych samych szkołach. Dlaczego więc powiedział, że podziwiał mnie już w szkole? Kłamał… Był oszustem.
Ale czy aby na pewno?

mini-seria "Long, long time ago" - official yaoi diary cz.1 Mitsuki (Delcaroix) x KON (CelL)

Ło masz, jaki długi tytuł... Chyba najdłuższy jak do tej pory na tym blogu.. ^^''

Tak, tak wiem, miały być "Monstersy" i co? I żopa, że tak zabłysnę znajomością języków obcych. Czy to się na mnie jakoś uwzięło? ;_; Nie mogę napisać tej piętnastej części, bo wszystko wydaj mi się być takie infantylne i trywialne...
Ale macie coś innego na pocieszenie :) Oczywiście zespołów nie znacie, ale polecam poszukać - są to dopiero początkujące grupy (Delacroix wydali tydzień temu dopiero swój pierwszy album, a CelL funkcjonują dopiero od czerwca 2012 roku), ale naprawdę warto. Szczególnie Delacroix, które mnie urzekło :D

Co do samego opka - jest mocno przerysowane, szczególnie jeśli chodzi o popularność muzyków, a już w szczególności szczególności sławy Mitsukiego, ale to wszystko na potrzeby ficzka.

Dla zapoznania z twórczością, szczególnie Delacroix, polecam piosenkę Mugen Kairou ♥ Zakochałam się w niej :*

Kita-pon mistrz photoshopa xD Jest to oryginalny baner z bloga Mitsukiego, ale jak to zobaczyłam, to po prostu nie mogłam się powstrzymać xp Musiałam to przerobić C:
Tytuł: „Long, long time ago” - Official yaoi diary cz.1
Paring: Mitsuki (Delacroix) x KON (CelL)
Gatunek: obyczajowe romansidło, mam nadzieję, że nie wyjdzie smutne
Typ: mini-seria cz.1/3 – napisałam wszystkie trzy części jednego dnia :D Już dawno nie miałam takiego wena C: Tak w ogóle to zdecydowałam się jedynie na mini-serię, ponieważ mam tak wiele niedokończonych serii, że sama już się w tym nieco gubię =.='' No i jestem pewna, że to opko przeczyta naprawdę mało osób, o ile ktokolwiek porwie się na czytanie o zespołach, o których nigdy wcześniej nie słyszał
Beta: -


Delacroix                                              CelL 
Mitsuki – wokalista                              KON – wokalista
Saya – gitarzysta                                   NAO - gitarzysta
Rei – basista                                           SIN - gitarzysta
Tomo – perkusista                                YUKI- basista
(perkusista jako tako nie należy do zespołu; nie widnieje nawet na zdjęciach grupowych, dlatego go pomijam)
Zawsze zastanawiałem się, jak to się dzieje, że w życiu niektórych muzyków nadchodzi taki moment, w którym, zdawałoby się, w jednej chwili stają się kimś zupełnie innym, obcym. Zastanawiałem się, jak to się stało ze mną…
W poprzednich dwóch zespołach, w których grałem zanim dołączyłem do Delacroix, wciąż niezmiennie dawałem z siebie wszystko, podobnie jak moi zmieniający się towarzysze, dlatego nie potrafię określić, co tak naprawdę przyniosło nam sławę. Nasze zaangażowanie wciąż było na takim samym wysokim poziomie; staraliśmy się jak umieliśmy. Może z czasem po prostu doszlifowaliśmy swoje umiejętności? Może… Jednak to nie powinno zmieniać tego, kim byliśmy… a zmieniło.
Patrząc na to z dystansu czasu naprawdę mam wrażenie, jakbyśmy się stali sławni w jeden dzień. Tyle wrażeń, sprzecznych emocji, radości oraz niepewności, czasem nawet strachu… to wszystko stanowiło gęstą, nieprzebytą mgłę, która osiadła na moich wspomnieniach; nie mogłem się przez nią przebić. Jedna z wytwórni przyjęła nasze demo, dostrzegła w nas potencjał, a potem wszystko jakby samoistnie poszło do przodu. Pstryknięcie palcami i z nieznanego nikomu muzykowi zmieniającego zespoły, przysłowiowo, jak rękawiczki, stałem się Mitsukim z Delacroix – sławnym wokalistą, do którego zdjęć fanki wzdychają i uśmiechają się błogo, o którego autograf fani niemalże się biją, o którym piszą opowiadania erotyczne w internecie… W jednej chwili zniknęło wszystko, co „niepotrzebne”. Stałem się niedostępny dla starych znajomych, z którymi, wydawałoby się, że jeszcze tak niedawno chodziłem na imprezy lub po prostu odwiedzaliśmy się nawzajem, żeby pogadać i utrzymać znajomość. Ci ludzie zniknęli. Sława, pieniądze, nowy telefon, nowy numer telefonu, nowy komputer, nowy e-mail, nowe miasto, nowe mieszkanie… wszystko nowe. Ale czy nowe zawsze oznacza lepsze? Już nie byłem ich znajomym. Byłem sławnym muzykiem, na którego mogli jedynie popatrzeć na plakatach. Stałem się dla nich kimś nieosiągalnym.
Często zastanawiałem się, jak moi starzy znajomi o mnie teraz myślą; czy uważają mnie za snoba, skoro potrafiłem poświęcić naszą znajomość dla kariery? Odwróciłem się od nich, by zamknąć w szczelnym towarzystwie sław, do którego przecież tak ciężko się wbić. Pamiętam jak dziś, kiedy po raz pierwszy zostaliśmy zaproszeni jako zespół na wernisaż organizowany przez naszą wytwórnię. Byłem zszokowany ilością sławnych muzyków na jednym metrze kwadratowym. Byłem zachwycony, niemalże ogłupiały. Chciałem poznać każdego. Z każdym wymienić uścisk dłoni.
Niestety, mój zachwyt nie trwał długo. Po pewnym czasie, kiedy ja również zostałem już „na stałe” wyniesiony do rangi sław, a obecność na takich przyjęciach stała się raczej nudnym obowiązkiem niż dobrą zabawą, przejrzałem na oczy. Nowych zespołów czy też solistów szybko przybywało. Na każdym ze spotkań widziałem rozemocjonowanych, na dobrą sprawę, wciąż nastolatków, którzy zachłysnęli się wodą sodową własnego sukcesu. Nie mogłem uwierzyć, że jeszcze niedawno też się tak zachowywałem. Teraz to mnie proszono o uścisk dłoni. Wzdychałem ciężko z politowaniem dla własnej głupoty i głupoty tych, którzy jeszcze przyjdą, aby się ze mną przywitać.
Z czasem dostrzegałem coraz więcej minusów bycia sławnym i rozpoznawalnym; irytowało mnie to, że nie mogłem wyjść nawet do sklepu osiedlowego z odsłoniętą twarzą. Byłem rozpoznawany nawet bez tony gładzi szpachlowej na twarzy, wyzywającej miny, opinających, połyskujących ubrań stroju scenicznego i z maseczką na twarzy. Fani ganiali mnie po całej stolicy w tę i z powrotem. Chcieli robić sobie ze mną zdjęcia, chcieli, abym rozdawał autografy; podpisywał się nie tylko na kartkach, bluzkach, ale także nagich ciałach… A ja przecież tylko chciałem kupić mleko do kawy! Czasem mam wrażenie, że dopadł mnie "ludowstręt"… Uwielbiam moich fanów i jestem im wdzięczny, ale czasem tak bardzo utrudniają mi życie w nawet tak błahych kwestiach jak wyjście do sklepu, że budziły się we mnie rzeźnickie zapędy.
Czasami mam ochotę rzucić to wszystko i iść w pizdu szukać chujów na pałkach.
...
Nie wiem, gdzie to jest ani czego mam dokładnie szukać, ale nasz menager zawsze mówi, kiedy się wścieknie. W każdym razie zwinę kompas, wezmę atlas geograficzny oraz atlas roślin czy grzybów i jestem gotowy; idę w pizdu szukać tych chujów na pałkach. Mam nadzieję, że zbyt dużo ludzi po drodze nie spotkam – nawet jeśli, to niech przynajmniej oni mnie nie rozpoznają…
Odkąd stałem się sławny stałem się kimś w rodzaju… „nadczłowieka”?... To chyba dobre określenie. Wiele rzeczy mi nie wypadało – jak na przykład publicznie zademonstrować skutki libacji alkoholowej, a więc puścić tęczowego pawia na środku chodnika; kiedyś mogłem to zrobić, teraz nie… No dobra, nie rzygałem nigdy na środku chodnika. Byłem kulturalny i wolałem rzygać pod ścianą – głównie dlatego, że przy okazji mogłem się wtedy wesprzeć na owej ścianie, ale to nieważne. Sam fakt, że byłem ograniczony w jakiś sposób, powodował u mnie wrażenie, jakbym się dusił.
Ale to nie wszystko; nie mogłem robić także innych, wydawałoby się, tak spontanicznych i prostych rzeczy, jak choćby spotkać się zawsze z tym, kim chciałem i gdzie chciałem; moje życie głównie kręciło się wokół wcześniej umówionych spotkań, wywiadów, nagrań i sesji zdjęciowych. Musiałem uważać na paparazzi, żeby nie wywołać skandalu… Nie wypadało mi jadać w przydrożnych kramach tylko w renomowanych restauracjach. Nie wypadało mi także kupować ubrań w małych butikach, które niegdyś tak ukochałem za oryginalność sprzedawanych tam strojów, a jedynie w markowych sklepach, w których na pierwszy rzut oka wszystkie ubrania wydawały mi się takie same i bez wyrazu. Nie wypadało mi jeździć starą, rozklekotaną toyotą corrolą, którą jeszcze nie tak dawno temu nazywaliśmy „autem zespołowym”. Wcześniej nikogo z nas nie było stać na to, aby samodzielnie utrzymać samochód, dlatego dzieliliśmy wydatki na ubezpieczenie, paliwo oraz naprawy na pięcioro, co się mniej więcej równało temu, że auto miało w gruncie rzeczy pięciu właścicieli na raz. Było wspólne, trzeba było wcześniej uprzedzić członków z zespołu, kiedy chciało się gdzieś jechać samemu, co chwila trzeba było je naprawiać… ale miało swój urok i za to, ile z nami przeżyło traktowałem je niczym własne dziecko, dlatego niemalże ze łzami w oczach zamieniłem je na nowego lexusa, którego dostałem jako zapłatę za wystąpienie w reklamie tejże marki.
Wiele rzeczy mi nie wypadało, a jeszcze więcej po prostu nie było wolno. Czułem się przez to ograniczony, skrępowany… ale tylko ja jeden. Reszta zespołu nie miała takich problemów. Muzycy upajali się luksusami i najwyraźniej byli zadowoleni, podczas gdy ja tęskniłem do mojego starego, anonimowego życia… za czasami, kiedy naprawdę czułem, że żyję.

Szedłem szybkim, energicznym krokiem przez kolejne wąskie uliczki. Kaptur nasunięty miałem na same oczy, a głowę spuszczoną, tak, że widziałem tylko czubki swoich butów. Dla pewności założyłem również maseczkę, bez której nie ruszałem się ostatnio z domu. Znów wybierałem się po to przeklęte mleko – tak, od trzech dni nie udało mi się dotrzeć do sklepu, gdyż po drodze zawsze ktoś mnie rozpoznawał i zaczynał się istny maraton z przeszkodami, pościg za uciekającym idolem. Niestety, nie mogłem obyć się bez tego cholernego mleka, gdyż nie znosiłem czarnej kawy. Była dla mnie za mocna. Mleko. Mleko i do domu. Obecnie tylko tyle było mi potrzebne do szczęścia.
Szedłem przed siebie głównie na oślep, kierując się pamięcią, dlatego nie zauważyłem nawet, kiedy wpadłem na kogoś z impetem. Obaj wylądowaliśmy na chodniku, przy czym ja jeszcze porządnie grzmotnąłem głową o beton, aż mi przed oczyma pociemniało; pech chciał, że przy tym kaptur zsunął mi się z głowy. Trzymając się za obolałą potylicę ostrożnie wywindowałem się do siadu, aby spojrzeć na osobę, na którą wpadłem.
- Przepraszam… - wydusiłem z siebie.
Podniosłem wzrok na chłopaka, który siedział przede mną. Miał długie czerwone włosy, które spływały pofalowanymi kaskadami po jego drobne ramiona okryte materiałem czarnej bluzki z nadrukiem logo mojego zespołu. Patrzył na mnie jak zahipnotyzowany. Miał duże, migdałowe oczy, których prawdziwy kolor skrywały soczewki w kolorze pomiędzy fluorescencyjną zielenią a jaskrawą żółcią. Delikatny makijaż podkreślał jego urodę. Ciemne cienie sprawiały wrażenie, jakby jego oczy były jeszcze większe. Długa grzywka zakrywała jego prawą stronę twarzy, podczas gdy lewy bok miał wygolony.
- Mi… Mitsuki…? – wydukał.
Ledwo zdążył wypowiedzieć moje imię, a dookoła zbiegło się stado gapiów. Mimo iż wciąż miałem na sobie maseczkę, momentalnie zostałem rozpoznany. Rozległy się ogłuszające piski fanek, które były dla mnie niczym alarm lub wystrzał ogłaszający rozpoczęcie biegu. W jednej chwili zerwałem się na nogi i ruszyłem przed siebie. Ból głowy był nieznośny i sprawiał, że od czasu do czasu świat kołysał mi się przed oczyma, ale nie mogłem sobie pozwolić na odpoczynek. Im dalej biegłem tym więcej ludzi dołączało się do pościgu. Kluczyłem między coraz ciaśniejszymi uliczkami. Miałem nadzieję, że zbita grupa podzieli się na kilka „oddziałów”, z czego przynajmniej parę z nich uda mi się zgubić, jednak nic z tego. Odwróciłem się, aby spostrzec, że dystans między mną a fanami w zastraszającym tempie wciąż maleje. W tym samym momencie ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął do najbliższego zaułka. Byłem zaskoczony, z pewnością krzyknąłbym ze zdumienia, gdyby nie szczupła dłoń o długich palcach zakończonych również długimi paznokciami pomalowanymi naprzemiennie na czarno i czerwono nie zakryła mi ust. Było to jak scena z filmów, która zawsze wydawała mi się być infantylna i nierealna – główny bohater został wciągnięty w boczną uliczkę, podczas gdy tabun ludzi biegnie w pościgu za nim dalej.
- Nie bój się – usłyszałem cichy szept tuż przy uchu. – Nie zrobię ci krzywdy.
Opierałem się plecami o klatkę piersiową mojego wybawiciela. Kiedy ten mnie puścił, obróciłem się, aby spojrzeć mu w twarz, jednak ten odwrócił się do mnie tyłem i zaczął iść w kierunku muru, który kończył ślepy zaułek.
- To ty… - mruknąłem, poznając te długie czerwone włosy.
- To ja – odwrócił się i uśmiechnął przyjaźnie, po czym wskoczył na śmietnik, by następnie podskoczyć i zatrzymać się w kucki na szczytowej krawędzi muru. – Chodź. Zaraz się kapną, że zwiałeś gdzieś indziej – przywołał mnie gestem ręki, po czym zeskoczył po drugiej stronie.
Niechętnie poszedłem w jego ślady. Skacząc czułem się jeszcze gorzej. Krew uderzała mi do głowy i głucho dudniła w skroniach niemalże rozsadzając je od środka. O ile czerwonowłosy zwinnie zeskoczył z muru po drugiej stronie, o tyle ja spadłem z niego niemalże bezwładnie. Ciężko dyszałem próbując uspokoić dziko tłukące się serce w klatce piersiowej niczym ptak w klatce. Chłopak widzą to podszedł do mnie i pomógł mi wstać. Następnie przełożył sobie moją rękę przez barki i objął mnie w pasie.
- Co ci jest? – zapytał nieco zlękniony.
- Uderzyłem się w głowę przy naszym zderzeniu – wyznałem.
- Może…
- Nic mi nie jest – zaoponowałem nim zdążył dokończyć zdanie. Domyślałem się, że zapewne chciał mi zaproponować wizytę w szpitalu, jednak wolałem nie ryzykować; jeszcze jedno zwolnienie lekarskie i możliwe, że menager kopniakiem pośle mnie w pizdu… gdziekolwiek ono by się nie znajdowało… - Gdzie idziemy? – zapytałem.
- Mieszkam niedaleko.
W istocie, dom czerwonowosego nie był daleko. Doszliśmy pod żółto-niebieski blok, przed którym znajdował się idealnie utrzymany mały ogródek z miniaturową fontanną. Niski żywopłot, który sięgał mi jedynie do połowy łydki obsypany był białymi kwiatami. Czerwona kostka brukowa, którą była wyłożona krótka dróżka prowadząca od furty z domofonem do drzwi budynku była dokładnie zamieciona i czystsza, zdawałoby się, niż podłoga w moim mieszkaniu.
Mój wybawiciel mieszkał na siódmym piętrze. Jego mieszkanie było niewielkie, obecnie rzekłbym, że miniaturowe, mimo iż niegdyś sam mieszkałem w niewiele większym. Do korytarza wchodziło się bezpośrednio przed drzwi frontowe. Nie wiem, jakiego koloru były ściany w owym korytarzu, gdyż najzwyczajniej w świecie nie było ich widać – wszystkie były zasłonięte przed długi rząd drewnianych szaf z przesuwanymi drzwiami o jednolitym odcieniu jasnego brązu. Dalej zauważyłem, że szafy ustępują równie wysokim od sufitu do podłogi regałom, których wszystkie półki były zastawione opasłymi tomiszczami książek bądź pokaźnymi kolekcjami płyt ułożonymi, co mnie zdziwiło, alfabetycznie. Mimo iż znajdował się tu ogrom rzeczy upchnięty na zaskakująco małej powierzchni, wyglądało na to, że z łatwością można było odszukać w tym artystycznym nieładzie potrzebne w danej chwili przedmioty, gdyż w tym szaleństwie była jakaś metoda. Płyty powciskane były między kolejne książki, jednak w tym pozornym nieładzie wyglądało na to, że wszystko ma swoje wytyczone, określone miejsce i nie ma prawa go opuścić, póki właściciel mieszkania tak nie zdecyduje.
Po prawej stronie mieściły się drzwi prowadzące do sypialni, jednak tej nie dane było mi zobaczyć. W szparze między niedomkniętymi drzwiami a framugą dostrzegłem jedynie część dużego, dwuosobowego łóżka, a dalej zostałem już poprowadzony do innego pomieszczenia. Naprzeciw sypialni mieściło się wejście do salonu, który był bezpośrednio połączony z niewielką kuchnią. W kuchni dominowały metaliczne kolory, a to ze względu na metalowy blat, srebrną lodówkę, zmywarkę, okap oraz piekarnik, czyli wszystko to, co zajmowało najwięcej miejsca. Przed blatem mieścił się wysoki murowany barek, który wyglądał jakby został pomalowany wapnem; dziwne, ale oryginalne. Przed nim zostały ustawione trzy wysokie krzesła wykonane z ciemnego drewna, które komponowały się kolorystycznie z podłoga wyłożoną kafelkami w kolorze espresso. Dalej był salon; jasny i przytulny. Niewielka narożna kanapa w mlecznym kolorze stała na białym dywanie o długim włosiu. Przed nią niski stolik do kawy, również wykonany z ciemnego drewna. Pod przeciwną ścianą do tej, pod którą znajdywała się sofa, mieściła się niska, ale za to długa szafka, nad którą wisiał płaski telewizor. Na blacie leżały stosy filmów DVD. Mimo wszystko tym, co najbardziej przykuło moją uwagę były parapety – zaścielone kolorowymi ramkami, w które były oprawione zdjęcia.
Chłopak usadził mnie na kanapie i wrócił do kuchni. Wykorzystując jego chwilową nieobecność odwróciłem się i przyjrzałem zdjęciom stojącym w pierwszym rzędzie. Przedstawiały one nieznane mi osoby; zapewne rodzinę bądź przyjaciół mojego wybawcy. W kolejnych rzędach stały zdjęcia z koncertów. Czerwonowłosy stał tam razem z trzema innymi chłopcami, który mieli identyczny kolor włosów jak on. Cała czwóra ubrana była w białe, asymetryczne, jakby porwane stroje ubrudzone czerwoną substancją, która miała imitować krew. Na dalszych zdjęciach ubiory te powtarzały się, przez co doszedłem do wniosku, że musi to być jakiś swego rodzaju image… Najbardziej zainteresowała mnie fotografia, na której chłopak na tle różnokolorowych świateł siedział na wysokim stołku przy statywie z mikrofonem i najwyraźniej śpiewał. Znajdował się na scenie, a za nim rozpoznałem rozmazane nieco sylwetki tych samych trzech chłopców, co na poprzednich zdjęciach. Był muzykiem? Miał zespół? W dodatku był wokalistą?... O masz, teraz normalnie, co drugi to muzyk…
- Proszę – położył mi dłoń na ramieniu, czym oderwał mnie od oglądania zdjęć. Przyjąłem od niego kieliszek, który do połowy został wypełniony wodą oraz dwie białe tabletki, na które spojrzałem nieco podejrzliwie. – To przeciwbólowe – wyjaśnił widząc moją nietęgą minę. Bądź co bądź nie znałem go i kto wie, co zamierzał mi wcisnąć?
Mimo wszystko nie gderałem długo. Połknąłem tabletki, gdyż ból głowy nie pozwalał mi myśleć, a co za tym idzie, moje obawy zostały przyćmione przez tępy, pulsujący ból, który rozsadzał mi czaszkę.
- Dziękuję – oddałem mu puste naczynie, które czerwonowłosy poszedł napełnić jeszcze raz. Kiedy wrócił i ponownie podał mi kieliszek z wodą ująłem jego dłoń. – Naprawdę dziękuję… za to, że mi pomogłeś – z trudem wymuszałem z siebie kolejne słowa.
Matko, jak ja już dawno za nic nikomu nie musiałem dziękować… Nie powiem, przyszło mi to z trudem. Czyżbym stał się arogancki? Możliwe… Mimo wszystko w tej chwili poczułem się, jakbym powoli wracał do świata, w którym żyje się naprawdę – w świecie, w którym bez zbędnych ustaleń terminów możesz wpaść do przyjaciela, który pomoże ci w każdym problemie; nawet jeśli miałby przy tym uciekać razem z tobą przed tabunem fanów.
- Nie ma za co – uśmiechnął się przyjaźnie i przysiadł obok mnie. – Jak się czujesz?
- Jakby ktoś mi przypierdzielił patelnią w łeb – wyznałem i zaśmiałem się niewesoło pod nosem.
- Widzę, że twoje życie jest niebezpieczne – zachichotał pod nosem.
- Można tak powiedzieć… - mruknąłem z przekąsem. – Ja widzę z kolei, że ty też próbujesz sił w muzyce – wskazałem za siebie na parapet zasłany zdjęciami.
- Zgadza się – przytaknął. – To dzięki tobie.
- Dzięki mnie? – zdziwiłem się. – Nie rozumiem… Widzę też, że jesteś moim fanem, ale… - wskazałem na jego bluzkę.
- Jasne – uśmiechnął się. – Jestem fanem. Jak zawsze – zaśmiał się perliście, a ja coraz mniej rozumiałem z tego, co do mnie mówił.
- „Jak zawsze’? – zacytowałem jego słowa i spojrzałem na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- No tak – kiwnął głową. – Zawsze cię podziwiałem, nawet w szkole. To przez ciebie zacząłem interesować się muzyką, a przede wszystkim rockiem, którego nigdy wcześniej nie słuchałem – miał minę jakby mówił o najoczywistszej rzeczy na świecie, a ja wciąż go nie rozumiałem.
- Chwila, chwila… - podniosłem ręce jakby w obronnym geście. – Zacznijmy od początku. W ogóle to… jak się nazywasz? – zapytałem i właśnie w tym momencie uśmiech z ust czerwonowłosego zniknął. Uniósł rękę do góry i wskazał na zdjęcia, jakby dawał mi do zrozumienia, że tam mam szukać odpowiedzi, jednak zaraz z powrotem zacisnął palce i pokręcił głową.
- Myślałem, że jeśli oglądałeś te zdjęcia to… - zaciął się. – Ech, nieważne… - westchnął ciężko.
- To co? – dociekałem. – Wytłumacz mi, bo nie rozumiem ani słowa – mój wybawca zwiesił głowę i uśmiechnął się do siebie smutno, po czym ponownie na mnie spojrzał, jakby nieśmiało.
- Nie pamiętasz mnie, prawda? – pociągnął za materiał bluzki odsłaniając brzydką okrągłą, jednak jakby poszarpaną bliznę tuż nad prawym obojczykiem.
- Wybacz, nic mi to nie mówi – rozłożyłem bezradnie ręce.
- Nie, to ja przepraszam – utkwił wzrok w tapicerce kanapy, którą nerwowo drapał niczym kot. – Byłem głupi myśląc, że po tylu latach wciąż będziesz mnie pamiętał… W końcu nie byłem dla ciebie nikim ważnym – wzruszył ramionami. – Mocno przerysowałem sobie tę sytuację…
- Poczekaj – położyłem dłoń na jego kolanie. – Opowiedz mi o sobie. Może przypomni mi się… Wiesz, ostatnio tak dużo nowych ludzi poznaję, że ciężko mi spamiętać imiona i twarze – próbowałem jakoś się wytłumaczyć. – Jak się nazywasz? – ponowiłem pytanie.
- Teraz mówią na mnie Kon – przedstawił się i spojrzał na mnie znów w ten sam sposób, z tym samym przyjaznym uśmiechem, jednak nie umknęło mi, że tym razem był on wymuszony.
- A wcześniej? – dopytywałem.
- To nieistotne – pokręcił głową. – Skoro mnie nie pamiętasz, to trudno – wzruszył ramionami i chyba chciał wyjść na obojętnego, jednak widziałem, że to go dotknęło. – Między nami zaistniał tylko jeden incydent… - podniosłem znacząco jedną brew, na co Kon zaśmiał się nerwowo. – Nie, nie mam na myśli seksu – pokręcił głową.
- Więc co? Powiedz mi, wyjaśnij. Chcę wiedzieć.
- Wiesz… Zawsze miałem skłonności do snucia jakiś historii typu „przyjechał książę na białym rumaku”… – zachichotał nerwowo. – Jak zwykle wszystko przerysowałem. To nie ma znaczenia. Wystąpiłem w twoim życiu tylko raz i nie odegrałem żadnej ważnej roli w nim, więc nie musisz się mną przejmować. To normalne, że nieznaczące osoby zapomina się z czasem… - wziął głębszy oddech.
- Kon…
- Spokojnie. Niczego od ciebie nie chcę – uśmiechnął się nieszczerze. – Możesz dalej żyć tak, jakbym nie istniał na tym świecie.
Jego słowa tak mnie zdumiały, że na moment, aż zapomniałem oddychać. Poczułem się dziwnie. Jakby w jakiś niewytłumaczalny sposób tymi słowami wydarł cząstkę mnie, którą kiedyś mi ofiarował, a ja jak ten ostatni ignorant zapomniałem o nim. Tak mnie zmieniła sława? Czy może zawsze taki byłem? A może on tylko udaje? Chce coś ugrać na mojej litości? Wkręcić się do tego towarzystwa sław za moim pośrednictwem, co miałbym dla niego zrobić w ramach zadośćuczynienia za zapomnienie go? Dlaczego nie chce tak otwarcie ze mną porozmawiać? Co to był niby za incydent, podczas którego się poznaliśmy i co ma wspólnego z tym jego blizna?
Tak wiele pytań, a żadnych odpowiedzi z jego strony…

Kolejny przerywnik "artystyczny" do "Nowego Świata"



Wiem, wiem, obiecałam "Monsters", a się opieprzam... Ale prawda jest taka, że z tą 15 częścią zawsze miałam problem i idzie mi to jak krew z nosa, bo mam nieodparte wrażenie, że ten rozdział będzie naprawdę infantylny... Co najwyżej tą częścią zrąbię wszystko - cóż, mówi się trudno; pozostały w końcu też inne opowiadania, nie?
Tak trochę bardziej na temat to powiem, że piszę już 6. część "Nowego Świata" oraz "Ficzka o niczym" Tsuzuku (Mejibray) x Ryoga (BORN), ale nie wiem czy to nadaje się do publikacji, bo sama trochę tego nie ogarniam... Mam też niedokończone oneshoty z następującymi paringami:
- Zero x Hizumi (D'espairsRay)
- Koichi x Meto (Mejibray)
- Tsuzuku x MiA (Mejibray) - ale tego też do końca nie ogarniam i zapewne to wyląduje w koszu...
No i piszę od kilku tygodni "Vampire depression"... Kurde, przez tą moją infantylność sama popadnę w jakąś deprechę ;_; Nic, co napiszę mi się nie podoba =.=''
Dobra, żeby przerwać tę depresyjną aurę to pokażę wam moje bohomazy. Wiem, obiecałam, że pokażę się dopiero za dwadzieścia cztery lata, kiedy to już ogarnę wszystko, co związane z rysowaniem na tablecie, jednak udało mi się nieco szybciej... No dobra, może nie do końca udało... (/.-)'' Ale się staram!... No prawie... Mimo wszystko i tak wolę ołówek i kartkę, mimo iż, powinnam zacząć od tego, że moje rysunki naprawdę pozostawiają wiele do życzenia...



Niestety macie tylko screena, bo ściągnęłam inny program, który zapisuje obrazki w postaci pliku, który może otworzyć tylko właśnie ten program, a nie w formacie .jpg, jak Studio Manga, jednak z kolei ten studio mangi to po prostu totalna porażka, mało funkcji ect.
No okej, ale parę słów wyjaśnień - miał być to Alex, miały być bańki, ale nie wyszło; nieważne, cii... Myślę, że za te dwadzieścia cztery lata dojdę już do jako takiej wprawy. Poza tym laptop mi nawala i mam ochotę wypieprzyć go za okno, więc nie wiem, kiedy cokolwiek coś wstawię - uwzględniając, że dodatkowo zostaję wysłana na "przymusowy urlop" - ani więcej moich "rysunków" czy cokolwiek do czytania. Myślałam, że wyrobię z "Monstersami" się szybciej, jednak niczego nie mogę wciąż obiecać.

Słaba jestem w wymyślaniu spotów reklamowych...


Wiem, że ostatnio nie piszę nic na temat, ale cóż... Tak jakoś samo wychodzi. Wakacje, pustka w głowie, a w dodatku komentarzy tyle, co kot napłakał - nie, wcale znów nie marudzę! Ja tylko stwierdzam fakty! W każdym razie powinnam czekać, aż do pojawienia się pod każdym postem dziesięciu komentarzy, a ja co; litościwa (czy może raczej niekoniecznie...) ja cały czas coś wstawia w odróżnieniu od innych, co sobie jakieś wakacje urządzili ^^''
                          
COŚ WAŻNEGO (a bynajmniej tak mi się zdaje):
Dobra, ale ja jak zwykle nie to, co chciałam - może zanim jeszcze przejdę do części właściwej tego wpisu to powiem, że od 11.07 mnie nie ma. Do kiedy mnie nie będzie? Nie mam bladego pojęcia, w każdym razie jak już wrócę do cywilizacji,to się odezwę. Może przerwa od desperackiego szukania pomysłów znów natchnie mnie na tyle, żeby wciąż pisać tak jak kiedyś; to znaczy, żeby nie wyrabiać na zakrętach z ilością pomysłów, nie nadrabiać pisaniem za myśleniem...

CZĘŚĆ WŁAŚCIWA:
TA-DAM, REKLAMA!
A co, mój blog to se mogę robić reklamy, nie? xD Dzisiaj chciałam pokazać wam przemiłego pana o pseudonimie artystycznym Crena - ma fantastyczny głos! Uwielbiam jak growluje! Niestety, jak widać poprzestał na razie na rozpowszechnianiu swojego talentu na youtube, nie ma podpisanego kontraktu z żadną z wytwórni, buli za wszystko z własnej kieszeni, nie koncertuje... (a szkoda, bo poszłabym na jego koncert ♥). Jako że uważam to za niesprawiedliwość, że taki talent się marnuje, a jakieś tam amerykańskie gwiazdki, które górnego "c" nie potrafią wyciągnąć mają te cholerne kontrakty i się sławią tym na cały świat. Nie od dziś wiadomo, że ten świat jest niesprawiedliwy...
Tak, tak wiem, taka reklama na jakimś blogu to żadna reklama, ale zawsze coś - wystarczy, że zainteresują się nim dwie-trzy osoby, a już będzie to jakiś sukces.
Dobra, uprzedzam też lojalnie, że w coverach Crena słychać nieco remiksu, a nawet oryginalnych głosów wokalistów, ale proszę, nie zajeżdżajcie go z tego powodu!... może głównie dlatego, że żadna z nas by tak nie zaśpiewała, a i trzeba docenić jego cywilną odwagę za to, że pokazał się w internecie, wystawił na krytykę, hejty ect. Trochę popracowałabym też na jego miejscu nad wysokimi dźwiękami, ale już się zamykam, bo ja śpiewać nie umiem i nie będę pouczać lepszych ode mnie, bo to w końcu mija się z celem.
Żeby nie być gołosłownym, macie kilka jego wykonań:

fantastycznie tutaj wygląda ♥.♥

 Oj tu też wygląda ślicznie... ~(^-^)~


(sorry, że linki, ale coś się blogger zbuntował i nie mogłam tego znaleźć w liście wyszukiwania w youtube)
No wiadomo, może jeszcze to mistrzostwo świata nie jest, ale ma dobre zadatki na to. Popełnia jakieś tam drobne błędy, ale kto z nas nie? Moim zdaniem i tak jest rewelacyjny i za to należą mu się oklaski. Urzekł mnie - absolutnie mnie urzekł, bo nie tylko potrafi czarować głosem, ale także podoba mi się jego postać; te tatuaże, makijaż... w ogóle przystojniak jak dla mnie C:
NA KONIEC ZNÓW KILKA WAŻNYCH SŁÓW:
Ostrzegam zawczasu. Crena bardzo mi się spodobał, tak bardzo, że... utkwił mi w głowie już od dłuższego czasu. Z tegoż też powodu może napiszę z nim jakiegoś ficzka? A co mi tam! Nikt pewnie tego nie przeczyta, bo ja nie wiem, co robi te 106 obserwatorów, ale przynajmniej ja będę usatysfakcjonowana! Zresztą same gwiazdy sceny visual-kei przyznają, że mierzą swą popularność w ilości fanficków, jak np. Royz, którzy wręcz prowokują fanki zdjęciami do pisania o nich yaoi.
Crena widziałabym w paringu z Hiro z Nocturnal Bloodlust z tej racji, że uwielbiam ten zespół, znalazłam o nich tylko jednego shota (mojego, notabene) i zdaje się, że Crena wykonał najwięcej coverów właśnie zespołu Hiro. Widziałam jak wykonywał jakieś piosenki zespołów, których nie znałam, jakąś Mansona, The GazettE... a Nokuruby piosenki ma na koncie aż trzy! O czym to świadczy? O tym, że Kita-pon ma zryty mózg... :D
I tą sensacyjną wiadomością kończymy na dziś.
Ha, żartowałam. Zapomniałam o jeszcze jednym: w poszukiwaniu weny do ficzka Crena x Hiro może zlecieć mi troszkę czasu, niewykluczone, że pojawi się on dopiero po moim powrocie do cywilizacji z "urlopu". Kolejnym wpisem będzie... *buduję napięcie* "Monsters"! Tak część piętnasta! W końcu wskrzeszę to opowiadanie... Nie będę teraz przepraszać za jego porzucenie, bo zrobiłam to już na wstępie do opowiadania. Ale jest jeden warunek, bo inaczej zrobię bunt, foch z przytupem i półobrotem ext.: pod "Monsters" naprawdę życzę sobie dziesięciu komentarzy. Kropka. Nie zlituję się nawet nad dziewięcioma. Będę nieugięta... chociaż wy już znacie to moje nieugięcie, huh... =.='' Ale tym razem nie żartuję. Serio, to już ostatnia część "Monstersów", więc pożegnacie ciepło Hizu i Zero za to, że tak długo z wami wytrzymali, a wy z nimi; oni wam podziękują ładnymi scenkami, obiecuję :)

Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia cz.4

Napisałam to już dawno temu, ale myślałam, że mi Word wszystko zjadł i się obraziłam. Powiedziałam, że nie będę drugi raz tego samego pisać, a okazało się, że głupia ja zapisała to w innym folderze... Oj... Muszę poubolewać nad moją głupotą (/-)'' Wybaczcie za zwłokę ;_;

Bóg chcąc nas ukarać, spełnia nasze marzenia cz.4

Denerwowałem się. Pierwszy raz w życiu denerwowałem się spotkaniem z Rukim. To dziwne, gdyż Takanori nieraz widział mnie już w „rozsypce”, to znaczy, kiedy lepiej było na mnie patrzeć od tyłu niż od przodu; często towarzyszył mi w chorobie, na kacu, a nawet stał nade mną przytrzymując mi włosy, kiedy rzygałem po zbyt dużej ilości kolorowych drinków. Pojechaliśmy kiedyś wspólnie w góry do onsenu, więc widział mnie nawet nago, a mimo to teraz bałem się spojrzeć mu w twarz – teraz kiedy miałem wykonany makijaż i byłem w pełni ubrany.
Usiadłem na łóżku i omiotłem spojrzeniem pokój. Mówi się, że tylko przed przyjściem prawdziwego przyjaciela się nie sprząta, dlaczego więc teraz ja porwałem się na gruntowne odgruzowywanie mojego pokoju? Powycierałem kurze, odkurzyłem, pozbierałem ubrania z podłogi oraz foteli; czyste schowałem do szafy, brudne dałem do prania, wyrzuciłem śmieci, zmieniłem pościel, ba!, nawet umyłem okna! Z zadowoleniem omiotłem spojrzeniem moje efekty pracy, by zaraz z niezadowoleniem spojrzeć na moje zniszczone i kruche paznokcie. Niestety, detergenty i kilkugodzinne moczenie dłoni w brudnej wodzie nie wpływało dobrze na paznokcie. Może powinienem je pomalować, żeby nie było widać jak bardzo są zniszczone?...
Co ja gadam?! Dlaczego tak staram się dla Matsumoto?
…Czy to o czymś świadczy?
Usiadłem przy biurku i chwyciłem fioletowy lakier. Zacząłem malować paznokcie. Wiedziałem, że blondyn lubił ten kolor, dlatego miałem nadzieję, że mu się spodoba. Dla odmiany paznokcie serdecznych palców pomalowałem na żółto, aby ładnie kontrastowały z resztą fioletowych.
Wykonałem ostatnie pociągnięcie pędzelkiem, nakładając drugą już warstwę lakieru na mały palec prawej ręki, kiedy do pokoju bez pardonu czy choćby pukania wszedł Ruki. Był inaczej ubrany niż w szkole – miał na sobie ciemne, dość szerokie jeansy, których materiał fałdami marszczył się wokół jego szczupłych nóg. Do szlufek obowiązkowo przyczepione nosił łańcuszki. Czarny t-shirt na ramiączkach opinał jego drobne ciało i tworzył ładną kompozycję z białą, luźną koszulą, którą miał jedynie zarzuconą na ramiona. Na jego szyi zawieszony został krótki naszyjnik z ciężkim wisiorkiem, który bujał się na wysokości jego obojczyków. Tym, co zdziwiło mnie w jego wyglądzie najbardziej było to, że nie miał makijażu. Nawet czarne „szramy”, które zawsze zdobiły jego szyję, teraz zostały zmyte. Mimo iż nie miał podkładu, jego cera wciąż miała ładny, jednolity kolor. Oczy, choć nie zostały podkreślone czarną kredką, to nadal wydawały się być bardzo duże przez gęsty wachlarz rzęs, który je okalał. Nie miał także kolorowych soczewek, dlatego mogłem podziwiać jego naturalny kolor oczu – czekoladowe tęczówki były o wiele cieplejsze, a ich spojrzenie dużo łagodniejsze niż tych sztucznych lodowato-niebieskich. Jego włosy również nie zostały jakoś misternie ułożone; od tak po prostu przeczesane szczotką, jednak, można by powiedzieć, że samoistnie ułożyły się tak, iż nadawały swojemu właścicielowi wyglądu niewymuszonej elegancji.
- Cześć – przywitał się.
- Cześć! – poderwałem się momentalnie z miejsca, jakby mnie prąd popieścił. Zauważyłem też, że powitanie to brzmiało bardzo sztywnie i wypowiedziane zostało stanowczo za szybko.
- Coś…?
- Nie, nic się nie stało – uśmiechnąłem się sztucznie, przerywając mu. – Aa… - zająknąłem się. – Taka-kun…?
- Tak? – chłopak podszedł do mnie bliżej.
Dzieliła nas teraz odległość zaledwie kilku centymetrów. Uderzył we mnie zapach jego perfum, który niby tak dobrze znałem, jednak teraz wydawał mi się być zupełnie inny… niemalże oszałamiający…
Co dziwne Matsumoto się nie uśmiechał. Przez większość swojego życia przeszedł z uśmiechem na ustach, zawsze żartował, dlatego teraz jego poważna mina i półprzymknięte oczy, które mimo iż traktowały mnie łagodnym spojrzeniem, to wciąż napawały strachem. Czyżby był wściekły?
- Ja… Przepraszam za tą scenę w stołówce… Zachowałam się okropnie… - spuściłem głowę i wbiłem wzrok w wykładzinę pokrywającą podłogę. Ze zdumieniem zauważyłem, że zacząłem kierować ku sobie stopy, co często robiły dziewczyny, gdyż gest ten uważany był za słodki.
- W sumie to ja też muszę cię przeprosić. Palnąłem totalną głupotę. Byłem chamski; wybacz – skinął głową. – Mimo wszystko zapowiedziałem, że będę się mścił, prawda? – w końcu na jego ustach zagościł delikatny uśmiech. – Pomalowałaś właśnie paznokcie, tak? – upewnił się.
- Tak – przytaknąłem niepewnie.
Takanori uśmiechnął się diabolicznie i sięgnął do moich włosów. Wyjął z nich wsuwkę, jaką spiąłem przydługą grzywkę, która wpadała mi do oczu. Złapał mnie za nadgarstek lewej ręki i zmusił, abym położył płasko dłoń na blacie biurka. Zdziwiony obserwowałem jego poczynania. Chłopak zaczynając od małego paznokcia wyrył we wciąż świeżym lakierze swoje przezwisko, umieszczając na każdym z palców jedną literę, a kciuk ozdobił serduszkiem. Z drugą ręką postąpił identycznie.
- Nie waż się tego zmywać – zaśmiał się. – To twoja pokuta – wystawił mi język, po czym bezceremonialnie rzucił się na łóżko i wtulił twarz w poduszkę. – Fadnie pechnia fi pociel – wybełkotał.
- Co? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- Ładnie pachnie ci pościel – podniósł na chwilę głowę. – Wybacz, ale jestem zmęczony – ponownie ułożył się wygodnie.
- Jasne, rozumiem… - mruknąłem i niepewnie usiadłem na skraju łóżka przy nim.
Czułem się dość skrępowany, jednak mimo to pozwoliłem sobie na ten ruch, który wykonałem niemalże instynktownie. Wyciągnąłem dłoń i zanurzyłem ją w miękkich włosach przyjaciela. Zacząłem go gładzić po głowie. Obserwowałem własne dłonie, place, między którymi przesuwały się jasne pasma i paznokcie ozdobione napisem „Ruki”. Taka otworzył oczy i przyglądał mi się, jednak nie protestował. Nie ruszył się ani o milimetr i pozwalał mi się głaskać. Przesunąłem palcami po jego karku.
- Masz zimne dłonie… - zakomunikował; odezwał się tak niespodziewanie, że momentalnie zabrałem rękę, jakbym się oparzył.
- Uch… Wybacz – znów się speszyłem. Dopiero teraz jakby trafiło do mnie, co przed chwilą zrobiłem. Byłem pewny, że na mojej twarzy pojawił się zdradziecki rumieniec.
- Nie mówiłem przecież, że to źle – uśmiechnął się kącikami ust. – Pogłaszcz mnie jeszcze prze chwilę. To przyjemne.
Jeszcze przez pewien czas sztywno siedziałem na krawędzi własnego łóżka i naprzemiennie wplątywałem i wyplątywałem palce z włosów przyjaciela. Ten znów przymknął oczy i odpoczywał… właściwie to nawet nie wiem, po czym. Drogą do mojego domu z pewnością się nie zmęczył, gdyż mieszkaliśmy od siebie zaledwie dwie ulice dalej, a spacer powolnym krokiem nie mógł mu zająć dłużej niż dziesięć minut. Z dziwnym uczuciem, którego nie umiałem do końca rozpoznać ani opisać, spojrzałem na wyryte w lakierze litery układające się w jego przezwisko. Sentyment?... coś w ten deseń, a jednak zupełnie inne uczucie…
Wsłuchiwałem się w jego miarowy i rytmiczny oddech, który z czasem stawał się coraz głębszy i spokojniejszy. Nagle poczułem, jakby ktoś wbił mi lodowatą szpilkę pod żebra torturując przy tym przy okazji płuco. Ponownie zebrałem w sobie odwagę, aby spojrzeć na blondyna, który, tak jak zakładał mój czarny scenariusz, zasnął. Spanikowany zesztywniałem nie wiedząc, co mam robić. Co prawda Ruki często u mnie sypiał, a ja u niego, jednak… teraz to nie było dla mnie tak oczywiste. Przecież, kiedy chłopak śpi u dziewczyny to jest takie… wymowne. Na myśl same nasuwają się jakieś domniemania o zaistniałych scenach „+18” między takową dwójką… Ech, dlaczego świat kobiet jest tak skomplikowany?! Nawet taka prosta rzecz jak nocowanie u przyjaciela staje się poważnym dylematem, istnie trudną rozgrywką, nad którą trzeba dłużej się zastanowić i ułożyć zmyślny plan, który pozwoliłby na ukrycie pewnych detali przed rodzicami oraz plotkującymi koleżankami. Doszedłem do dość smutnego wniosku, że kobiety muszą być świetnymi strategami, żeby zachować dobre imię, nie zostać zbluzganą przez inne przedstawicielki płci pięknej, a przy tym uniknąć umoralniającego ględzenia rodziców, później męża… Niestety, ja taktykiem byłem miernym, a w dodatku spanikowanym. Co robić?!
Było po dwudziestej, więc zarówno mama jak i tata byli już w domu, toteż potajemne wyprowadzenie Takanoriego nie wchodziło w grę; z pewnością ktoś by mnie nakrył, a zresztą nie wiem nawet  czy siostry, których pokoje musiałbym minąć po drodze, aby dojść do schodów, byłyby tak łaskawe, aby trzymać gębę na kłódkę – możliwe, że miałby niezły ubaw, gdyby mogły nakablować na najmłodszą z siebie… Kiedy byłem chłopakiem też zawsze były na tyle uprzejme, żeby donieść rodzicom za każdym razem, kiedy przyszła do mnie jakaś dziewczyna (najczęściej po to, aby wykonać jakąś pracę w grupach, jednak im to wyjaśnienie nie pasowało), więc dlaczego teraz miałby być inne? W końcu tylko ja się zmieniłem, inni ludzie pozostali tacy sami… Zresztą, jakoś nie miałem serca go budzić. W mojej głowie pojawiło się przeświadczenie, że gdybym to zrobił, poczułbym, jakbym sam wymierzył sobie w twarz. Nie mogłem… i już.
Inny plan zakładał, że mógłbym bezpardonowo wyrzucić Matsumoto przez okno, ale wątpiłem czy dałby się udobruchać zwykłym „przepraszam” za wrzucenie go z pierwszego piętra… nie wspominając o tym, że mogłoby mu się coś stać albo, gdyby źle upadł, mógłby się zabić… Potrząsnąłem głową. Co za głupie pomysły przychodzą mi do głowy! Dlaczego chciałem potraktować mojego najlepszego przyjaciela jak worek ziemniaków (czy może raczej ryżu od aut.)?
Westchnąłem ciężko i wstałem z łóżka. Wyciągnąłem z szafy czystą piżamę i skierowałem się do łazienki. Może zimne strugi wody pomogą mi odzyskać racjonale myślenie?...
Na całe moje nieszczęście nie miałem okazji prześlizgnąć się niezauważonym po korytarzu, gdyż moja mama właśnie skończyła rozwieszać pranie na suszarce mieszczącej się na końcu korytarza i posłała mi badawcze spojrzenie, jakby już się domyślała, że jest coś nie tak. Przystanęła z ręką na poręczy schodów i najwyraźniej czekała, aż zacznę mówić. Przez moją głowę przebiegło stado kłamstw, którymi mógłbym załagodzić sytuację, aby nie brzmiała tak wymownie, jednak w rzeczywistości zdołałem z siebie wydusić jedynie:
- Takanori będzie u nas nocował, dobrze? – palnąłem otwarcie, po czym momentalnie schowałem się w łazience nie dając nawet czasu na odpowiedź rodzicielce. Miałem tylko cichą nadzieję, że nie będzie czatować na mnie pod drzwiami, czkając aż skończę się myć.
Zrzuciłem ubrania i wszedłem do kabiny prysznicowej. Lodowata woda była dla mojego rozgrzanego ciała takim szokiem, że ledwo powstrzymałem się od pisku, jednak nie zamierzałem zmieniać jej temperatury. Oparłem się czołem o ścianę i ponownie westchnąłem.
Przeszło mi przez myśl, że może niepotrzebnie się bałem… W końcu mimo iż niespodziewanie zmieniłem płeć to fakt, że Ruki był moim przyjacielem, nie zmienił się. Przychodził do mnie często, codziennie razem jeździliśmy do szkoły… więc może to, że u mnie nocował nie było niczym niezwykłym dla mojej matki? W końcu skoro Taka mógł spać Kouyou to niby dlaczego nie u Kiyoko?
Może…
Mam nadzieję…
Wykąpany i pachnący wróciłem do swojego pokoju, gdzie Matsumoto leżał w tej samej pozycji, w której go zostawiłem. Przełknąłem głośno ślinę, a gardło mi się zacisnęło na myśl, że będę musiał spać z nim w jednym łóżku. Co prawda wcześniej też sypialiśmy razem (bez podtekstów, proszę), bo w końcu komu niby chciałoby się tachać dodatkowy materac albo futon – tym bardziej, że ten drugi był nieznośnie niewygodny w szczególności na twardej podłodze, która została wykonana w typowo „zachodnim” stylu, a więc nie została pokryta matami tatami czy choćby klepką (maty tatami są miękkie, dlatego kiedy położy się na nich cienki materac futonu wcale nie jest tak źle. Mimo wszystko na tatami nie wolno stawiać normalnego łóżka z ramą, gdyż to mogłoby je zniszczyć; jeżeli jakiś Japończyk chce mieć typowo „zachodnie” łóżko musi mieć wyłożoną podłogę tzw. klepką, czyli tworem nieco zbliżonym do tatami, jednak wytrzymalszym i dużo droższym. W futonie rozłożonym na klepce już się niewygodnie śpi, a co dopiero mówić o takiej naszej pospolitej betonowej podłodze wyłożonej panelami czy wykładziną – jeżeli chcecie sprawdzić to na własnej skórze to wystarczy, że rozłożycie z cztery koce na podłodze i się położycie; wygodnie? Oczywiście, że nie… od aut.) tylko panelami podłogowymi. Kiedy dziewczyna spała w jednym łóżku z chłopakiem znów nabierało to takiego… jednoznacznego wydźwięku. Krępowałem się, ale w końcu sam również musiałem się wyspać, a nie mogłem wycofać się do salonu i spać na kanapie – w końcu wyglądałoby to co najmniej dziwnie…
Zgasiłem światło i starając się stąpać jak najciszej, kierując się pamięcią, gdyż przed oczami miałem jedynie niezmąconą niczym ciemność, dotarłem do łóżka. Bezszelestnie wsunąłem się pod kołdrę i ułożyłem głowę na poduszce. Mnie, w piżamie składającej się z krótkich spodenek i bluzki na ramiączkach, było dość zimno, dlatego przykryłem się po samą szyję. W akcie, możliwe, że nawet litości chciałem przykryć również chłopaka, który leżał odwrócony do mnie plecami. Żeby to zrobić musiałem najpierw wyciągnąć spod niego kołdrę, gdyż Taka zasnął na pościeli, co było trudnym zadaniem, szczególnie, że starałem się nim nie szamotać za mocno, aby go nie obudzić. Kiedy w końcu udało mi się to zrobić, przykryłem go. W tym samym momencie Ruki odwrócił się w moją stronę. Spojrzał na mnie zaspanymi, błyszczącymi oczami, które zdradzały, że ich właściciel jeszcze nie do końca kontaktuje z otoczeniem. Matsumoto z ciężkim westchnieniem podniósł się do siadu i zdjął z siebie koszulę, odrzucając ją gdzieś na podłogę. Ułożył się ponownie obok mnie, tym razem przodem do mnie i objął mnie jedną ręką w talii, którą jako kobieta przecież miałem. Spojrzałem na niego zdziwiony, jednak blondyn zamknął oczy i ponownie szykował się do snu. Zostałem przyciśnięty do jego torsu, a od jego gorącej skóry oddzielał mnie jedynie cienki materiał jego czarnego podkoszulka. Czułem jego rytmicznie i spokojnie uderzające serce; aż się zarumieniłem – znów czułem jak policzki zaczęły mnie piec!
W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że… Takanori jest ode mnie wyższy; i to dużo wyższy! Ten knypek?! Przecież, kiedy byłem chłopakiem nieraz śmiałem się, że mogłem mu napluć na głowę, kiedy teraz okazało się, że mnie przerósł. Nasze stopy znajdowały się na tym samym poziomie, a ja sięgałem mu zaledwie do wysokości obojczyków. Czyżbym przy przemianie w kobietę również stracił na wzroście? Jak dotąd nigdy nie rzuciło mi się w oczy, żeby Ruki był ode mnie wyższy aż o głowę…

***

Ziewnąłem kolejny raz i przetarłem oczy tym razem nie obawiając się, że rozetrę sobie makijaż, gdyż najzwyczajniej w świecie nie zdążyłem go wykonać. Tak jak możecie się domyślić, nazajutrz po nocy, którą spędziłem z Taką (bez podtekstów!), musieliśmy iść do szkoły. Nie, mój budzik zadzwonił i to wcale nie ja chciałem trochę dłużej poleżeć w objęciach przyjaciela – to on mnie przytrzymywał w stalowym uścisku, uparcie mamrocząc pod nosem: „jeszcze tylko chwilka…”. Przez te jego „chwilki” omal nie spóźniliśmy się na zajęcia, nie zdążyliśmy zjeść śniadania ani wykonać makijażu. Ja jeszcze kończyłem zapinać guziki mundurka w metrze, a czesałem się biegnąc w stronę  klasy od języka japońskiego, gdzie miała odbyć się moja pierwsza lekcja. Takanori pobiegł ze mną, nawet nie zawracając się do domu po mundurek, przez co został wezwany do dyrektora. Pewnie dostał naganę; możliwe, że nawet jego rodzice zostali o tym poinformowani, gdyż w końcu brak odpowiedniego stroju był traktowany jako brak kultury i szacunku, a on sam karnie odesłany do domu… może nawet został zawieszony? Mam nadzieję, że nie…
- Coś ty taka niewyspana? – z rozmyślań o blondynie wyrwał mnie szept Yui.
- Mało spałam… - odparłem zgodnie z prawdą, gdyż przez większość nocy jedynie wpatrywałem się w anielską twarzyczkę Taki i rozmyślałem o tym, jak zmieniły się nasze stosunki od tego feralnego dnia, w którym również i moja płeć postanowiła ulec zmianie.
Mimo iż niezaprzeczalnie stałem się kobietą, to wychodziło na to, że Ruki tak naprawdę nie widział tego. Traktował mnie wciąż tak samo jak dawniej – nie krępował się, że pewne zachowania względem mnie mogą zostać odebrane przez postronne osoby jako zalotne. Właściwie to miał nawet problem do przyzwyczajenia się, aby zwracać się do mnie w rodzaju żeńskim. Zdawało się, że pomimo tego, co się stało, on wciąż patrzył na mnie tak samo; w tym ciele nastolatki dostrzegał swojego starego przyjaciela, a przede wszystkim, chłopaka. Zastanawiałem się czy to nie skreśla mnie w jego oczach jako kogoś, kim mógłby się zainteresować, zakochać… No i przede wszystkim zastanawiałem się, dlaczego zastanawiam się nad takimi rzeczami?!
Kuzynka Shiroyamy widząc, że odpłynąłem myślami gdzieś daleko nawet nie próbowała mnie zagadywać, snując błędne domysły o tym, kto tak zaprzątnął mi umysł.

***

- Hej! – przy wyjściu ze szkoły złapał mnie Aoi. – Masz chwilę czasu?
- O, cześć… - mruknąłem. – Słuchaj, Yuu… Wiem, że obiecałam ci, że gdzieś razem wyjdziemy, ale dzisiaj jestem nie do życia…
- Jesteś chora? – zmartwił się.
- Nie, po prostu się nie wyspałam… - pokręciłem głową. – Wybacz, że z takiego błahego powodu odwołuję nasze spotkanie; możemy wyjść razem kiedy indziej? Serio, czuję się jakby mnie walec przejechał… - westchnąłem. Zawahałem się. – No chyba, że nie będziesz miał kiedy indziej czasu, to możemy wyjść dzisiaj, ale, proszę, nie miej mi za złe, jeśli zasnę przy najbliższej okazji… - lojalnie go uprzedziłem.
- Nie zamierzam cię do niczego zmuszać – uniósł ręce w obronnym geście. – Właściwie to ja też chciałem cię prosić o zmianę terminu naszego spotkania… Mam dzisiaj trening, a szykujemy się do zawodów, więc sama rozumiesz, nie chcę przegapić żadnej okazji do ćwiczeń, żeby nie zawieźć drużyny – uśmiechnął się przepraszająco.
- Jasne, rozumiem – odpowiedziałem mu tym samym gestem. Za naszymi plecami rozległy się nawoływania. Wśród krzyków udało mi się zrozumieć, że koszykarze wołają swojego kapitana.
- Muszę już iść – nachylił się nade mną i cmoknął mnie w policzek. – Makijaż wcale nie jest ci potrzebny – szepnął mi na ucho, po czym wyprostował się i dodał: - Do zobaczenia – pożegnał się i odszedł w swoją stronę. Przyłożyłem dłoń do policzka, w który mnie pocałował. Czułem, że się rumienię.
- Do zobaczenia… - odpowiedziałem cicho.
Czułem się źle myśląc o tym, że Shiro zakochał się w dziewczynie, która w istocie nie istnieje. Wciąż w jakimś stopniu byłem chłopakiem, przez co miałem nieustanne wrażenie, że go okłamuję. Czy w pewnym sensie byłem jakąś pokraczną wersją transwestyty, którym stałem się bez udziału własnej woli? Czy może raczej oyama* – tak, do tego chyba mi bliżej…
Co się stanie jeśli kiedykolwiek mój sekret wyjdzie na jaw? Czy Yuu wciąż wtedy będzie pamiętać o Kiyoko, czy może wszyscy zapomną ją tak jak Kouyou, kiedy zmieniłem płeć? Wtem dotarło do mnie, iż możliwe, że ze względu na te wszystkie pytania, na które nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi, wszystkie niepewności dotyczące osoby Shiroyamy, staram się utrzymać między nami pewien dystans; możemy być znajomymi, ale jeśli chodzi o coś więcej to wtedy najeżałem się niczym ryba fugu zawzięcie się przed tym broniąc – z tego samego powodu czy możliwym jest, że ze względu na fakt, iż Ruki wiedział, że w istocie jestem mężczyzną, znał prawdę i go to nie odrzucało, czułem do niego ten niewyjaśniony pociąg? Może dlatego, że gdybym znów z dnia na dzień stał się chłopakiem dla Takanoriego nie byłby to szok (bo w końcu gdyby odważył się związać ze mną musiałby liczyć się z takim ryzykiem), czułem się w jego obecności pewniej; czułem, że mogę mu zaufać bezgranicznie, jeszcze silniej niż kiedykolwiek – wiem, że tylko on znał mój sekret, przed którym cały świat zamykał oczy.

***

- Kiyoko, chodź do salonu, proszę – usłyszałem surowy głos matki, kiedy tylko przekroczyłem próg domu i nawet nie zdążyłem zakomunikować, że wróciłem.
Bez słowa ściągnąłem buty i udałem się do pomieszczenia, skąd nawoływała mnie rodzicielka. Nikogo oprócz nas nie było jeszcze w domu – tata wracał z pracy pod wieczór, a siostry kończyły później ode mnie zajęcia.
Mama siedziała na kanapie – sztywno, z rękami na kolanach i ściągniętą twarzą. Nie powiem, zaniepokoiłem się. Chyba to nocowanie Rukiego jednak nie pozostanie tak bez odzewu…
- Dziecko, wiesz, że zawsze chcę dla ciebie dobrze, prawda? – odezwała się ostro. Niepewnie spojrzałem jej w twarz siadając naprzeciw niej w fotelu; przyznam, że obawiałem się nieco, iż jeśli targnie nią złość, to mogę oberwać po łbie, dlatego wolałem znaleźć się poza zasięgiem jej ramion, a co za tym się wiąże, poza obszarem domniemanej strefy rażenia.
- Tak… - przytaknąłem niepewnie badając grunt, na którym przyszło mi stanąć.
- Cieszę się – skinęła głową, jakby do siebie. – Skoro o tym wiesz, to weź to – na niskim stoliku do kawy przede mną znalazło się nagle pewne opakowanie. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało ono podejrzanie, jednak kiedy pod nazwą wypisaną kolorowymi znakami drobniejszym druczkiem zauważyłem napis: „antykoncepcja hormonalna” przeraziłem się.
- Ma… Mamo! – krzyknąłem piskliwym głosem.
- Żadne „mamo”! – rodzicielka ściągnęła brwi. – Ja wiem, że jesteś już w wieku, w którym buzują w tobie hormony i oglądasz się za chłopcami… Moim zdaniem nie powinnaś się jeszcze z tym tak spieszyć, jednak wiem również, że pewnych błędów młodości nie da się uniknąć. Uważam, że lepiej, żebym dała ci to teraz niż gdybyś miała przyjść do domu w ciąży! Wyobrażasz to sobie, co powiedzieliby o nas sąsiedzi?! – wyrzuciła ręce w powietrze.
Ta, nie ma to jak przejmować się sąsiadami… Ta sytuacja jest jedynie potwierdzeniem moich domniemań na temat, że kobiety są po prostu urodzonymi intrygantami. Planują wszystko po to, aby wyjść z twarzą z każdej sytuacji…
- Mamo… - udało mi się jedynie wydusić z siebie jedno słowo. Byłem zszokowany!
- Kiyoko, proszę cię… Znacie się z Takanorim od lat, my znamy się z jego rodzicami; to dobry chłopak i wierzę, że nie zawiedzie naszych oczekiwań, które miałby spełniać twój przyszły mąż… – wypaliła.
- Mamo, ale przecież między mną a Takanorim do niczego wczoraj nie doszło! Jesteśmy tylko przyjaciółmi! – próbowałem się bronić. – A zresztą… jaki mąż?! Mamo, czy ciebie ociupinkę nie poniosło? Przecież on tylko tutaj nocował… tak jak zwykle – dodałem
- „Tak jak zwykle”? – oczy matki zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Czyli to nie był pierwszy raz?... – zbladła.
Szlag, czyli Takanori mógł sypiać jedynie u Kouyou, u Kiyoko – nie.
- Mamo, daj spokój! Przecież mówię ci, że do niczego nie doszło! Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele! – spanikowany zacząłem krzyczeć.
- Długo wczoraj na ten temat rozmawialiśmy z twoim ojcem… Myśleliśmy, że wy… że wy od niedawna jesteście razem; pozwoliliście sobie na coś takiego ze względu na to, że się długo znacie, nie potrzebowaliście dodatkowego czasu na poznanie się… próbowaliśmy znaleźć jakieś wytłumaczenie, dla tego, co zrobiliście, ale wy… O mój Boże, Kiyoko! I to tak bez odpowiednich zabezpieczeń?! Od jak dawna jesteście razem?!
- Nie jesteśmy parą!
- To znaczy, że wy tak… tak bez uczucia? – moja matka spojrzała na mnie jak na kosmitę. – Chcieliście jedynie zaspokoić swoje… popędy?
- Mamo, Takanori po prostu zasnął wczoraj u mnie na łóżku, bo był zmęczony, a ja nie miałam serca go budzić! No jakoś tak… - sam słyszałem, że moja wymówka (prawdziwa przecież) brzmiała co najmniej cienko.
- Tego nie można tak zostawić! – przerwała mi. - Myślałam, że ta rozmowa ostudzi twój temperament, fakt, iż twoi rodzice domyślili się tego, co robiłaś z tym chłopakiem zniechęci cię, zastopuje, a te tabletki będą tylko przypominały ci o tym wstydzie, a ty…! Tu trzeba zasięgnąć pomocy specjalisty! Skoro tak późno zainterweniowaliśmy, spóźniliśmy się ze zniechęceniem cię do współżycia w tak młodym wieku, to przynajmniej musimy zadbać, abyś nie zaszła przedwcześnie w ciążę! Lekarz musi wypisać odpowiednią dla ciebie antykoncepcję hormonalną i nie tylko! Taki wstyd!... – jęknęła żałośnie.

***

- Kiyoko-chan…
- Zamilcz… – przerwałem ostro matce, kuląc się w sobie na tylnym siedzeniu samochodowym. Uparcie wpatrywałem się w okno.
- Córeczko…
- Milcz! – warknąłem.
Ginekolog orzekł, że w tu procentach jestem dziewicą, więc między mną a Takanorim nie doszło do stosunku. Moja pierwsza wizyta u tego lekarza bardzo źle zapadła mi w pamięci, gdyż matka zagroziła mi, że jeśli z nią nie pojadę, to wyrzuci mnie z domu. Widząc jej surową minę w tamtym momencie byłem pewien, że w rzeczywistości jest gotowa zrobić to swojej córce, która przyniosła jej taką „hańbę”. Dla Kouyou takie ultimatum było niczym – zwyczajnie spakowałbym kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wyniósł się do Rukiego na kilka dni, jednak Kyioko… Kyioko nie miała się gdzie podziać. Jako dziewczyna nie mogłem tak ni z tego, ni z owego poinformować państwo Matsumoto, że zamierzam gościć u nich na czas „nieokreślony” (czyt. aż matce przejdzie chęć zamordowania mnie). Nie mogłem także wprosić się do Yui, gdyż najzwyczajniej w świecie nie wiedziałem, gdzie ona mieszka…
Coś czułem, że Taka też dostanie za to, co się stało, gdyż w końcu to wszystko jego wina. Czułem się okropnie z tego powodu, że własna matka mi nie wierzyła – nawet jeśli prawda brzmiała kiepsko, a wszystkie dowody świadczyły przeciwko mnie, to nigdy jej nie zawiodłem, dlatego bolało mnie teraz, że nie potrafiła obdarzyć mnie zaufaniem.
- Jeśli jest coś, co mogę zrobić, abyś…
- Cofnąć czas – syknąłem domyślając się, co chce powiedzieć.
Rozmowa urwała się. Całe szczęście. Nie miałem ochoty jej kontynuować. Czułem się… Czułem się niemalże zbrukany… W oczach miałem łzy, jednak tym, co obecnie zajmowało mój umysł było pytanie czy… czy jeśli w rzeczywistości jestem fizycznie kobietą to… to mógłbym uprawiać seks z Takanorim? Najgorsze było w tym, że odpowiedź sama mi się nasuwała i była twierdząca; to mnie przerażało…
Z dziwnym uczuciem, którego wciąż nie potrafiłem nazwać wpatrywałem się w paznokcie, na których został wyryty napis „Ruki

*oyama – aktor w teatrze kabuki, który odgrywa damskie role. Ponoć kiedyś chłopców o wątłej posturze i delikatnej urodzie specjalnie wychowywano jak dziewczynki, aby potem na scenie zachowywali się bardziej kobieco i naturalnie. Czasami naprawdę ciężko było odróżnić oyama od prawdziwej kobiety.