"Nowy Świat" cz.3 - z dedykacją dla Marii Hosu

       Na początku chciałam podziękować Marii Hosu za tak motywujący komentarz. Wybacz, że te podziękowania pojawiają się dopiero tak późno, jednak starałam się napisać jakąś notkę specjalną dla Ciebie - niestety, nie wyszło... Zrodziło się kilka dziwnych tworów, jednak wątpię, żeby którykolwiek kiedykolwiek został przeze mnie dokończony, gdyż nie jestem z nich zadowolona. Wszystko, co napisałaś jest prawdą. Czytam każdy komentarz pojawiający się pod każdą notką; nawet pod tymi najstarszymi i każdy z nich jest dla mnie motywacją, nawet te, które zawierają samą krytykę (uzasadnioną, oczywiście), bo w końcu nie o to chodzi, żeby tylko słodzić i chwalić, kiedy tak naprawdę nie ma za co. Twoje słowa trafiły do mnie w stu procentach, gdyż są odwzorowaniem moich myśli; całkowicie się z tobą zgadzam i dziękuję jeszcze raz za takie wsparcie mojego kapryśnego Wena. Co prawda Wen jest płodny jak zawsze, jednak ostatnio ukierunkował się na jakieś makabryczne historie, rozlew krwi i apokalipsę, dlatego pisanie yaoi idzie mi jak krew z nosa (zawsze mam tak, kiedy przychodzi lato). Poza tym pisanie w okresie wakacji idzie mi słabo, bo w końcu ładna pogoda skłania raczej do wyjścia ze znajomymi niż do siedzenia w czterech ścianach z komputerem (niestety pisać ręcznie nie lubię, bo piszę za dużo i za wolno, przez co wiele myśli mi ucieka. Poza tym nie lubię przepisywać gotowej pracy na komputer, bo i tak wtedy zmieniam fabułę opowiadania, przez co moja praca wygląda zupełnie inaczej). Jakby tego wszystkiego jeszcze było mało to mam urwanie głowy ze szkołami, bo rekrutacja do szkół średnich w Polsce jest absurdalna i przyprawia mnie o ból głowy. Niemniej nie zapomniałam o Tobie, dlatego teraz dedykuję Ci tę właśnie część mojego opowiadania autorskiego, która, mam nadzieję, poprawi Ci trochę humor :)
       Bez dalszych wstępów - Endżoj!


„Nowy świat” cz. 3
Przez długi czas jeszcze wpatrywałem się w tłum, w którym tak niedawno zniknął Hiro. Nie mogłem powstrzymać delikatnego uśmiechu, który cisnął mi się na usta. Wokalista Nocturnal Bloodlust wydał mi się być nieco roztrzepany, zakręcony… jednak bardzo pozytywny. Był przyjemną odmianą po niezmiennym widoku wiecznie nadąsanego Daisuke.
Co to ja miałem… a! Miałem szukać mieszkania! – przypomniałem sobie z trudem. – Za łatwo daję się rozproszyć… Jeśli za każdym razem będę się ślinić na widok przystojnego, umięśnionego Japończyka i zapominać przy nim o bożym świecie niedługo skończę pod mostem! Nawet Saitou straci w końcu do mnie cierpliwość, kiedy przestanę płacić swoją część czynszu…
Jedno z biur nieruchomości mieściło się właśnie na Takeshita-dori, więc nie musiałem daleko szukać. Zafrasowany stanąłem przed pokaźną witryną i zacząłem czytać przyklejone do szyby oferty. Mimo iż byłem w niedogodnej sytuacji, żeby nie powiedzieć za sprawą, w moim mniemaniu, nieco niestabilnego emocjonalnie Daiego, podbramkową, byłem dość wybredny. Owszem, zgadzam się z tym, że tradycyjne japońskie domy ze „ścianami” (tak, „ścianami”, a nie ścianami, gdyż w gruncie rzeczy przecież jest ona rzeczą, którą bez problemu można zamienić na drzwi, przestawić lub całkowicie usunąć) z papieru są świetne; ale tylko na zdjęciach. Nie widziało mi się, żeby mieszkać w miejscu, w którym słyszałbym, co ogląda za ścianą mój sąsiad. A jak będzie oglądał jakieś porno? Albo, o zgrozo, coś w rodzaju familiady? I będzie miał dekoder z nagrywarką?! Ludzie, wyobrażacie to sobie?! Japońska familiada oglądana przez szanownego sąsiada o drugiej w nocy, czyli w chwili, kiedy ja chcę spać – a żeby już całkowicie zniszczyć mój umysł będzie oglądał po dwadzieścia razy ten sam odcinek… O mój ty smutku i niekończący się żalu! Nigdy w życiu!
No dobra, mam nadzieję, że odpowiednio podkreśliłem fakt, że ściany te w żadnym razie nie zagłuszają odgłosów, co jest dość niekomfortowe. Może trochę przesadziłem z wyolbrzymianiem tego problemu (jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że będę miał normalnych sąsiadów), jednak pozostaje problem nawet takich zwykłych czynności. Nasypywanie kawy. Przytoczony przykład wydaje się być absurdalny? Przyzwyczajajcie się; Japonia jest ich pełna! Ale dobra, wracając do głównego wątku: a co jeśli mój sąsiad tudzież sąsiadka będzie pracować w… dajmy na to, Yokohamie (bo przecież co za problem pojechać do pracy pociągiem? Tu są najszybsze koleje świata, dzięki czemu ludzie dojeżdżają na studia do Tokio spod Osaki i jeszcze tego samego dnia wracają do swojego miejsca zamieszkania!) i będzie wstawać godzinę wcześniej ode mnie? Cichutko wstaje, ubiera się, myje i… nasypuje kawy do kubka, bo w końcu czynność ta jest najnormalniejsza w świecie i za to nie zamyka się ludzi w pierdlu. Tylko problem w tym, że sypiam, przysłowiowo, jak mysz pod miotłą, a więc jeśli nie będę miał kaca giganta lub na kącie nieprzespanych z rzędu czterdziestu ośmiu godzin, to mnie obudzi. I będę z nim/nią codziennie wstawał. O piątej.
Takiego wała!
Więc apato (czyli właśnie ten tradycyjny japoński dom; słowo pochodzące od angielskiego apartament) odpada. Chcę mieszkać w mansionie (murowany budynek) i kropka. Pomijając problem ścian z papieru mansion ma jeszcze tę dogodność, że posiada łazienkę. Własną.
Dziwi was, dlaczego aż tak bardzo podkreśliłem słowo WŁASNĄ? Otóż dlatego, że jest to luksus. W apato najczęściej znajduje się jedynie toaleta choć bywa i tak, że nawet jej nie ma w mieszkaniu i jest jedna wspólna na kilka mieszkań. Powiało nieco PRL’em, co? To nie koniec. Jakby tego było mało, to jedynie toaleta jest wyposażeniem obowiązkowym (już pal licho czy wspólna, czy prywatna). Dobrze, więc co z prysznicem? No tu zaczynają się schody. Najczęściej z tych schodów właśnie trzeba zejść, żeby wyjść ze stacji, w której wynajmuje się lokum i udać się do natrysków publicznych. Nie, nie mam na myśli łaźni. Łaźnia to zupełnie co innego. Natryski publiczne pełnią rolę podobną do toalet publicznych. Nie! No nie chodziło mi o to, że idzie się tam, aby wykonać potrzebę fizjologiczną! Litości, nie to miałem na myśli! Chodzi o to, że może skorzystać z nich każdy. Wyglądają one zazwyczaj tak, że są to najzwyczajniej w świecie rzędem ustawione kabiny zamykane od wewnątrz. Mają tam półeczkę, gdzie można zostawić swoje rzeczy no i… właściwie to już wsio. Koniec rewelacji. Wrzucasz drobne do maszyny i zaczyna lecieć woda.
Co do wielkości mieszkania nie miałem wymogów. Wierzyłem, że gdybym się postarał, to mógłbym zmieścić się nawet na jednej macie (1,6m2), choć z tego co zdążyłem się już rozeznać to takich małych mieszkań nikt nie oferował. Właściwie to dobrze. Wiadomo, że im większe mieszkanie tym lepiej, ale pozostawała jeszcze kwestia tego, abym mógł się za nie wypłacić. Najmniejsze miało 4,5 maty (7,4m2), jednak problem polegał na tym, że mieściło się na dalekich peryferiach miasta. Wolałbym coś w centrum – może dzięki temu przynajmniej nie gubiłbym się za każdym razem podczas dojazdu i powrotu z pracy…
No i najważniejsze – czynsz. Owe mieszkanko na peryferiach miasta kosztowałoby mnie miesięcznie… chwila, aż trzydzieści dziewięć tysięcy jenów (ok. 1170zł licząc według obecnego kursu jena od aut.)?! Za takie małe mieszkanie i to w dodatku tak daleko od centrum?! Ktoś może powiedziałby, że nie jest to tragedią, jednak jeśli wliczyć w to reikin (bezzwrotna opłata – nikt właściwie nie wie za co, ale jest), tu akurat wynosząca wysokość dwóch czynszów, shikikin (opłata w wysokości czynszu pobierana na „drobne naprawy” w razie uszkodzenia mieszkania. Zazwyczaj oddawana jest podczas wyprowadzki, jednak niecała, gdyż właściciel zawsze potrąca co nie co. Najgorzej, jeśli zachce mu się wymieniać tatami, gdyż są one bardzo drogie… zazwyczaj w takiej sytuacji trzeba jeszcze dopłacić na odchodnym…) oraz prowizję dla agenta nieruchomości, czyli opłatę która nigdy nie jest uwzględniona w takich ofertach; liczmy, że wyniesie ona kwotę blisko jednego czynszu… Czyli gdybym chciał się tu wprowadzić od ręki potrzebowałbym… chwila, z matmy zawsze byłem słaby… jeden czynsz, dwa, jeszcze jeden i agent… Potrzebowałbym stu dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy jenów (5850zł)! Za siedem i pół metra kwadratowego?! Kogoś tu chyba zdrowo porypało…
Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało to zostawały tzw. „wymagania specjalne”, które ja zwykle zwałem wołać „fetyszami”. Dlaczego? Ot dlatego, że nie każdy je miał. Przy jednych ofertach wymagań była cała lista, przy innych nie było ich wcale. Przy mieszkaniu,  na które akurat zwróciłem uwagę były dwa: lokatorem najlepiej żeby był student, a do tego Japończyk. No tak, niechęć do gadzinów znów się ujawniła… Z niezadowoleniem uświadomiłem sobie, że nie jestem ani studentem, ani, tym bardziej, Japończykiem, więc nawet gdybym był tak rozrzutny i głupi, żeby wydać tyle pieniędzy na tak małe mieszkanko (a uwzględnić trzeba, że jeszcze musiałbym zainwestować w metro! Rzecz jasna wątpię, żebym znalazł mieszkanie, z którego do pracy miałbym kilka metrów i mógłbym chodzić piechotą, jednak zawsze to taniej jechać np. z Ikebukuro do Ueno niż niemalże z Nizy [Niza – miejscowość pod Tokio od aut.]). Z prychnięciem pogardy skupiłem się na innych ofertach i… musze przyznać, że szczęka mi opadła. Ceny były coraz wyższe (co prawda mieszkania proporcjonalnie również stawały się coraz większe, jednak co mi po tym, kiedy nie miałem na nie pieniędzy?!). Teraz już rozumiem, dlaczego Ito chciał sobie znaleźć współlokatora…
O wilku mowa – w momencie, kiedy pomyślałem o chłopaku, rozdzwonił się mój telefon.
- Słuchaj, Alex! Mam rewelacyjne wieści! – wykrzyknął nawet się nie witając.
- Daisuke stał się normalny? W końcu zaczął brać psychotropy? – zapytałem z nadzieją.
- Nie – odpowiedział nieco burkliwie. – Daj spokój, nie jest taki zły – wywróciłem oczyma. Przeszło mi przez myśl, że może dla niego w rzeczywistości może nie był najgorszy, bo w końcu to nie jemu kazał się rozbierać ani naprzemiennie nie traktuje go jak intruza, by zaraz potem przygarnąć do serca niczym miłosierny Jezus… - Wiem, że go niezbyt trawisz, bo…
- Do rzeczy – warknąłem. Naprawdę nie lubiłem rozwlekać się na temat Ochidy.
- Dobra, dobra, już! Najpierw pytanie kontrolne; stoisz czy siedzisz?
- Stoję, bo co? – burknąłem.
- To lepiej usiać, bo zaraz się przewrócisz! – zrobił teatralną przerwę. – Znalazłem ci robotę!
- Serio? – zdziwiłem się. – A… Ale jak? Gdzie? – dopytywałem.
- Właściwie to nie ja tylko mój kolega. Oferował mnie tę pracę, ale jak zwykle Daisuke się nie zgodził. Wtedy wpadłem na pomysł, żebyś to ty zajął to miejsce zamiast mnie; co ty na to?
- Ale co to w ogóle za robota? – dociekałem. – Saitou, jeżeli to jest coś, do czego nie mam predyspozycji to nie zostanę przyjęty. Pamiętaj, że ja mam wykształcenie informatyczne, więc nie każ mi tańczyć w balecie…
- No… Właściwie to ja nie wiem, co to za robota – przyznał zakłopotany.
- Jak to nie wiesz? – ściągnąłem brwi w niezrozumieniu.
- No bo jak ten kolega do mnie zadzwonił to ja miałem lekcje i nie mogłem gadać… Udawałem, że mi się w głowie kręci, więc zostałem wysłany do pielęgniarki, ale zamiast to jej gabinetu poszedłem do łazienki i zadzwoniłem do Daiego. On jak tylko usłyszał o jakiejkolwiek robocie to się wściekł i powiedział, że mam się skupić na szkole i zacząć poprawiać oceny, bo inaczej skończę marnie… - mruknął z przekąsem. – W każdym razie to on mi zaproponował, żeby zadzwonić do ciebie z tą propozycją. Widzisz, Daisuke nie jest taki zły, jak myślisz! – próbował go wybielić w moich oczach. Nie ukrywam, zdziwiłem się tym aktem niemalże troski ze strony Ochidy i byłem wdzięczny, że pomyślał o mnie zanim kazał odrzucić Ito propozycję pracy…
- A nie możesz pogadać jeszcze raz z tym twoim kolegą i wywiedzieć się, o co chodzi dokładnie albo dać mi na niego namiary? – zaproponowałem.
- Nie odbiera. Już próbowałem się do niego dodzwonić. Ale problem jest w tym, że to jest robota na już! – wykrzyknął. – Rozmowę kwalifikacyjną masz za… czterdzieści minut.
- Co?! – wrzasnąłem zszokowany, aż kilka osób stojących obok mnie popatrzyło w moją stronę nieprzychylnie.
- No wiem, że to trochę takie nie teges…
- Jakie nie „teges”? – warknąłem, po czym westchnąłem. – Saitou, czy ty w ogóle byłeś kiedyś na rozmowie kwalifikacyjnej? Do tego trzeba się przygotować i to solidnie! Poza tym ja nawet nie złożyłem swojego CV… ci ludzie w ogóle nie wiedzą o moim istnieniu! Myślisz, że co? Wejdę sobie od tak do gabinetu jakiegoś prezesa, przedstawię się i powiem, że byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś łaskawie mnie tu zatrudnił? – zapytałem sarkastycznie.
- Możesz powiedzieć, że przyszedłeś zamiast mnie. Powiedz, że jesteś od Ito i tyle; powinni wiedzieć, o co chodzi. Wytłumacz, że CV doniesiesz później albo co… – brnął dalej.
- No, już to widzę… - prychnąłem.
- To twój wybór. Zrobisz jak chcesz; pójdziesz albo nie. Co ci szkodzi spróbować? Wyślę ci adres sms’em – obiecał i rozłączył się.
Przez moment w napięciu wpatrywałem się w ekran telefonu. Po chwili rzeczywiście przyszedł sms. Zostało mi trzydzieści sześć minut. Zagryzłem wargi. Cholera! Albo zrobię z siebie idiotę, albo mi się uda!
Pędem ruszyłem do najbliższej stacji metra. Dzięki mieszczącej się tam mapie zorientowałem się, że na szczęście nie jestem daleko od celu. Musiałem pokonać jedynie dwa przystanki kolejką nadziemną JR, a następnie jeden przystanek metrem. Szczęście mi dopisywało. Gorzej nieco było, kiedy już wyszedłem prawie u celu i nie wiedziałem, co dalej. Nie wziąłem ze sobą mapy z domu, a i tak wątpiłem, żeby pomogła mi ona w czymś, bo potrzebowałem znaleźć konkretny numer budynku. Tak, niestety budynki w Japonii nie są numerowane z logiczną zasadą pasażu (po jednej stronie po kolei budynki z liczbą parzystą, po drugiej z nieparzystą) czy zasadą prawo-lweo (po jednej stronie budynek numer jeden, a naprzeciw budynek numer dwa ect.), a zgodnie z datą ich powstania, co znaczy, że budynek z numerem jeden jest najstarszy, drugi cieszy się drugim najstarszym wiekiem i tak dalej… problem w tym, że budynek numer jeden mógł mieścić się na jednym końcu ulicy, a drugi na drugim końcu. Obecnie wiedziałem, że mam szukać gdzieś w pobliżu Yakusuni-dori, ale w gruncie rzeczy mało mi to mówiło. W akcie desperacji doskoczyłem do dozorcy, który pieczołowicie mokrą szczotą czyścił chodnik. Starszy pan spojrzał na mnie wystraszony i w pierwszym odruchu na widok gaijina chciał się wycofać, ale kiedy wytłumaczyłem mu, o co chodzi, uspokoił się. Wyciągnął z kieszeni szczegółowy plan tego obszaru i zaczęło się poszukiwanie nieszczęsnego numerka 226. Trwało to długo, ale w końcu udało się – a kiedy już się udało to niemalże padliśmy sobie w objęcia, ściskając się i obcałowując (jestem gejem, ale w tym momencie bez podtekstów proszę) oraz składając sobie wieczyste przysięgi, że nadamy swoim wnukom nawzajem nasze imiona w wyrazie nieskończonych podziękować (czy musicie się czepiać? Tak jestem gejem i prawdopodobnie [jeśli znów nie zmienię orientacji lub nie adoptuję dziecka] to nie będę miał wnuków, ale czy nie można by tego przemilczeć?). Budynek, którego szukałem mieścił się za zakrętem. Wpadłem tam jak burza. Z zadowoleniem stwierdziłem, że zostało mi jeszcze siedem minut.
Złożyłem dość nieskładne wyjaśnienia recepcjonistce, aby nie wyszło jak w istocie tragicznie maluje się ta sprawa, a ja przyszedłem tu „z marszu”, kompletnie nieprzygotowany. Kobieta bez zbędnych komentarzy skinęła głową i uśmiechając się zachęcająco zaprowadziła mnie do gabinetu dyrektora. Zostałem usadzony na skórzanej kanapie naprzeciw masywnego biurka, za którym siedział siwiejący już mężczyzna o wesołym spojrzeniu. Przyjrzał mi się uważnie, po czym pokiwał głową, jakby z uznaniem, co, nie powiem, wpędziło mnie nieco w zakłopotanie. Niby powinno mnie podbudować, jednak dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak jestem zestresowany.
- Saitou Ito, tak? Jou rzeczywiście zawsze dobrze wybiera… - mruknął do siebie drugie zdanie znacznie ciszej.
- Z całym szacunkiem – odezwałem się drżącym głosem – ale jestem w zastępstwie za Saitou. On… nie może przyjąć tej pracy ze względu na swojego opiekuna – wyjaśniłem.
- Ach, rozumiem… - znów pokiwał głową. – Wiem, że to dość kontrowersyjne zajęcie, więc opiekun Ito mógł się niezgodzie. W końcu dzieciak nie był nawet pełnoletni… - znów zaczął mnie uważnie lustrować. – No nic; nie będziemy za nim płakać – zaśmiał się. – Dobrze, że ty jesteś. Właśnie, jak się nazywasz?
- Alexander Wright.
- Och, obcokrajowiec… - mruknął. Czyżbym już znalazł się na straconej pozycji? – Proszę chwilę poczekać – poprosił. Zmrużył oczy i ostatni raz rzucił mi badające spojrzenie. Chyba stracił już sokoli wzrok, skoro z tej odległości nie mógł dostrzec, że nie przypominam Azjaty. W każdym razie dyrektor… tak na dobrą sprawę, sam nie wiem jeszcze czego, podniósł słuchawkę telefonu i wybrał jakiś numer. – Przyślij Fumi, potrzebuję tłumacza – i z powrotem odłożył ją na miejsce.
- Z całym szacunkiem, ale znam japoński – ośmieliłem się podkreślić… jakby jeszcze nie zauważył.
- Proszę chwilę poczekać – powtórzył, ignorując moje słowa. Pokiwał przy tym głową, jakby chciał przyznać mi w ten sposób rację, jednak mimo wszystko wezwał tłumacza, bo… bo tak. Najwyraźniej był zacietrzewiony w przekonaniu, że on wie lepiej; no i w zasadzie można było powiedzieć, że miał rację, bo szefowie zawsze mają rację… ponoć… a bynajmniej wypada się zgodzić, żeby nie stracić stanowiska…
Po chwili rozległo się ciche pukanie, a zaraz potem do gabinetu weszła… owa Fumi. Spodziewałem się kobiety w jakiejś garsonce, żakiecie… Taką elegancką panią tłumacz, (gdyż taki obraz w mojej głowie o tłumaczkach wykreowały amerykańskie filmy) podczas gdy w rzeczywistości do pokoju weszła dziewczyna o tlenionych, niemalże białych włosach, opiętej bluzce z głębokim dekoltem, idealnie okrągłym, sztucznym biustem oraz czymś na biodrach, co graniczyło pomiędzy szerokim skórzanym pasem a mini-spódniczką. Do tego białe kozaki na obcasach (ludzie, przecież jest lato)… Na pierwszy rzut oka wyglądała, jak… kurtyzana.
Fumi usiadła obok mnie i wlepiła we mnie spojrzenie wielkich oczu o długich, ciężkich od tuszu rzęsach. Uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła dłoń, by następnie pociągnąć za jedno z pasm moich włosów. Zakręciła je sobie na palcu.
- Natural? – zdziwiła się. – Kawaii! – pisnęła. – I want play with you in your first film! – krzyknęła entuzjastycznie.
Film? – to słowo odbiło mi się w głowie. To znaczy, że jestem w studiu filmowym? Nie mogłem w to uwierzyć… Gdzie ten Saitou mnie posłał?
- Rozumiem po japońsku – powtórzyłem.
- O – przekrzywiła głowę. – To jeszcze lepiej! – uśmiechnęła się szeroko. – Papa! – zawołała do dyrektora, który właśnie szukał czegoś w komputerze. To jej ojciec? Nie, niemożliwe… są zupełnie do siebie niepodobni. Więc niby dlaczego tak poufale, niemalże pieszczotliwie nazwała swojego pracodawcę? – Mogę z nim zagrać?
- Zobaczymy – mruknął mężczyzna kończąc stukanie w klawiaturę. – Formalnie jeszcze tutaj nie pracuje. Ale zacznijmy od podstaw… pełnoletni?
- Tak – odpowiedziałem.
- Jakieś doświadczenie w tej branży?
- Ee… - zająknąłem się.
- To nic – machnęła ręką dziewczyna. – W końcu to jest naturalne! Nie ma osoby, która by tego nie potrafiła robić!
- Od kiedy mógłbyś zacząć?
- Od… zaraz – wzruszyłem ramionami.
- Maru! – blondynka przesunęła dłoń po moim udzie. Spojrzałem na nią zdziwiony. – Jaki chętny! – zaniemówiłem.
- To świetnie! – ucieszył się dyrektor. – Właśnie zostałem poinformowany, że Akihito nie może wystąpić. Jest chory; przyniósł zwolnienie od lekarza – zacmokał niezadowolony. Wydrukował dwie strony, po czym podał je mnie. – Tu masz scenariusz. Najprostszy z najprostszych; parę zdań powiesz na początku, a reszta to już wiadomo co… - machnął ręką. – Zastąpisz go. Nagrywamy jutro; w tym budynku.
- Chwileczkę… - ściągnąłem brwi, przesuwając wzrokiem po kolejnych wersach naprawdę ubogich kwestii. – Co to ma być? Film erotyczny?! – byłem zszokowany do granic możliwości.

***

- Saitou! – wydarłem się od progu.
- I jak poszła rozmowa? – zaciekawiony nastolatek wychylił się zza drzwi lodówki.
- Szykuj się na śmierć!… - zgrzytnąłem zębami ze złości. Jednym skokiem pokonałem dzielącą nas odległość. Skręcona kostka już dawno przestała mi dokuczać; byłem tak wściekły, że aż przestałem odczuwać ból. Chwyciłem go za gardło i przyszpiliłem do kuchennego blatu. Sam nie wiem, skąd wzięło się we mnie tyle siły. – Zatłukę cię!
- C-Co się stało? – wydusił z siebie chłopak, próbując odsunąć moją zaciskającą się dłoń od swojego gardła. Zaciekawiony Daisuke, który siedział w salonie (który z kolei bezpośrednio połączony był z kuchnią) rzucił nam spojrzenie znad czytanej gazety.
- Czy ty w ogóle wiesz, gdzie mnie wysłałeś?! – darłem się dalej.
- Nie… - przyznał cicho.
- Do studia filmowego!
- O! – w końcu udało mu się uwolnić. Stanął w bezpiecznej odległości ode mnie. – Będziesz grać w dramach? – aż zabłyszczały mu oczy.
- Do studia filmów erotycznych! – z mojego gardła wydobyło się coś na skraju wrzasku i żałosnego jęku.
Zapadła niezręczna cisza, podczas której ja ciężko dyszałem próbując się uspokoić i nie popełnić morderstwa. Saitou wpatrywał się we mnie jak w kosmitę, a Dai… Ochida najbezczelniej w świecie roześmiał się. Śmiał się głośno i długo; aż się zgiął w pół i nie mógł złapać oddechu.
- S… Serio? – wychrypiał, ocierając łzy śmiechu, które spłynęły po jego twarzy. – Nieźle cię urządził! – śmiał się dalej. Zmierzyłem go nienawistnym spojrzeniem. – Może przynajmniej nauczysz się nie ufać więcej temu bęcwałowi – prychnął. Ito zmierzył go zbolałym spojrzeniem.
- Ponoć to był twój pomysł, abym poszedł na tę rozmowę kwalifikacyjną w ciemno! – aż kipiałem ze złości.
- Mój? – wskazał na siebie. – Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby cię tam wysłać! – pokręcił z niedowierzaniem głową. Przeniosłem morderczy wzrok z powrotem na Saitou. Okłamał mnie, skurczybyk… - Nieważne, co by ci oferował – wskazał brodą na swojego podopiecznego – nigdy się na to nie zgadzaj, bo to zawsze skończy się to dla ciebie nieszczęściem albo upokorzeniem… albo jednym i drugim – wzruszył ramionami. Ito zrobił kwaśną minę.
Prychnąłem rozruszony, po czym skierowałem się do swojego pokoju. Trzasnąłem drzwiami i opadłem na łóżko. Z salonu wciąż dobiegał mnie śmiech Daisuke.
- Nie musiałeś go jeszcze dobijać… - burknął blondyn siadając na fotelu naprzeciw Ochidy.
- Ma nauczkę – odparł beztrosko brunet. – Był głupi, skoro postanowił bezgranicznie ci zaufać i wpakować się w takie gówno na ślepo – wrócił go czytania gazety. – Ty masz talent do pakowania się w kłopoty; ile razy powtarzałem ci, żebyś przestał wciągać w nie też innych?
- Chciałem mu pomóc!
- Chcesz po prostu, żeby tu został – odparł spokojnie muzyk. Nastolatek podniósł się z siedzenia i już miał się skierować w stronę pokoju nowego współlokatora, jednak zatrzymał go głos Daiego. – Daj mu spokój. Niech opadnie w nim złość – pouczył podopiecznego. Młodszy zatrząsł się z hamowanej furii, ledwo nad sobą panując.
- Ty też mógłbyś chociaż spróbować jakoś mu pomóc! – warknął. – Przecież go polubiłeś; widzę to!
- W istocie… Nie jest taki zły… - mruknął wymijająco. – Pomogę mu w swoim czasie i swoim zakresie.
- On jest z wykształcenia informatykiem… - odezwał się już spokojniej Saitou.
- Wiem.
- Niby skąd?
- Grzebałem w jego rzeczach – odparł bezwstydnie brunet.
- Co?
- Znalazłem w jego laptopie CV, życiorys i inne ciekawe pliki… - uśmiechnął się pod nosem szatańsko. – Taki niby z niego informatyk, a nawet hasła nie ma…
- No nie… - nastolatkowi opadły ręce. – Proszę cię, powiedz, że chociaż zrobiłeś to w dyskretny sposób, tak, że nie widać, że cokolwiek zostało ruszone ze swojego miejsca…
- Absolutnie – zapewnił muzyk uśmiechając się przy tym niczym sam szatan. W tym właśnie momencie drzwi z powrotem z hukiem, tym razem, otworzyły się.
- Daisuke! – w stronę wokalisty poleciała jedna z kul. Ochida zręcznie się uchylił, przez co kula z hukiem wylądowała na podłodze. – Jeszcze raz dotkniesz się do moich rzeczy, a posiekam cię na drobny banan!

"Nowy świat" cz.2


Nowy świat cz.2

Siedziałem właśnie w jednej z najbardziej uroczych Maid Café (kawiarnie, w których kelnerki przebrane są za „francuskie pokojówki” od aut.), a wokoło stolika, przy którym zasiadłem razem z moim sposną (japoński obywatel opiekujący się gaijinem od aut.) kręciły się kelnerki w pięknych, koronkowych sukienkach, przy czym przy każdym ich bardziej energicznym ruchu towarzyszył im furkot spódnic i halek. Obok mnie o krzesło opierały się dwie kule, które rano przyniósł mi Daisuke. Nie wiem, skąd je wytrzasnął i chyba raczej wolę o to nie pytać… Przede mną stał ogromny talerz z crêpe (słodkawy naleśnik, w który mogą być zawinięte zarówno słodkie jak i słone smakołyki od aut.). Jako że nie jadłem śniadania normalnie zapewne rzuciłbym się na jedzenie niczym wygłodniałe zwierzę, jednak teraz było inaczej – a tę odmienną sytuację zawdzięczałem właśnie mojemu sponsie.
Pan Takarashi był wykładowcą literatury pięknej i posługiwał się odmianą języka japońskiego, której tak barbarzyńskiemu gadzinowi nigdy nie było dane poznać. Jego mowa była kwiecista, a sam jego ton przywodził na myśl aktora odgrywającego swą rolę na deskach teatru. Nie za wiele zrozumiałem z jego monologu, który zapewne miał być przywitaniem, co próbowałem mu zasygnalizować kilkakrotnie, jednak zdawało się, że siwiejący mężczyzna ma to w głębokim poszanowaniu. Zorientowałem się, że po angielsku nie mówił wcale, a i nie zamierzał zacząć posługiwać się japońszczyzną, która byłaby dla mnie zrozumiała. Z tego, co zdążyłem zaobserwować po reakcjach obsługi i siedzących niedaleko klientach, którzy rzucali dziwne spojrzenie ma mojego rozmówcę, oni również nie spotkali się wcześniej z takim ewenementem. Jedna z kelnerek-pokojówek wyjaśniła mi, że pan Takarashi posługiwał się starojapońskim.
Oto miałem przed sobą swojego sponsę, który dumnie wyprostowany siedział na krześle i popijał od czasu do czasu swoją wcześniej zamówioną mocną kawę. Jego usta były rozciągnięte w szerokim uśmiechu, z czego wnioskowałem, że wyraz mojej twarzy przedstawiający czarną rozpacz nijak nie dawał mu do myślenia. Zdawało się, jakby był zadowolony z tego, że nic nie mogę zrozumieć…
W tym momencie pytanie podstawowe brzmiało: jak niby ten człowiek ma mi w jakikolwiek sposób pomóc, skoro nie rozumiem, co on do mnie mówi? No i pytanie poboczne: po co zgodził się zająć miejsce sponsy, skoro nie zna angielskiego choćby w minimalnym stopniu, nie wspominając już o tym, że nie był tak łaskaw, żeby odezwać się do mnie w prosty i zrozumiały sposób?
Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem. Przeszło mi przez myśl, że przy takim obrocie spraw możliwość, iż zagoszczę u Saitou na dłużej niżbym sobie tego życzył robiła się coraz bardziej prawdopodobna. Ponadto jak na razie jedyną pełnoletnią osobą, którą tutaj znałem, jaka mogłaby mi pomóc i posługiwała się językiem, jaki byłem w stanie rozszyfrować był Daisuke, a to, mówiąc szczerze, nie uśmiechało mi się zbytnio… Ostatkami sił walczyłem z przemożną chęcią zespolenia mojego czoła z tym pięknie wyglądającym i wciąż nietkniętym crêpe z dużą ilością bitej śmietany i polanym sosem czekoladowym.
Po kilkunastu minutach, podczas których uporczywie wpatrywałem się w Japończyka siedzącego naprzeciw mnie, ten zmieszał się i w ekspresowym tempie dokończył swój napój, po czym odezwał się łamaną angielszczyzną:
- I haven’t more time for you – jako że miał bardzo wyrazisty akcent, ciężko było go zrozumieć, jednak jakoś udało mi się „rozsupłać” słowa, które do mnie skierował.
Patrzyłem, jak zahipnotyzowany na szybko oddalającą się postać mężczyzny. Zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w niezłym bagnie… Szczerze powiedziawszy, myślałem, że pan Takarashi będzie dla mnie ogromnym wsparciem, który pomoże mi stanąć na własne nogi i poczynić tych kilka pierwszych, chwiejnych kroków wśród japońskiego społeczeństwa. Jak widać, przeliczyłem się…
Na poprawę humoru napchałem się przepysznym, przesłodzonym naleśnikiem – niestety nie pomogło to w takim stopniu, w jakim sobie tego życzyłem, jednak muszę przyznać, iż fakt, że w końcu mój żołądek przestał kategorycznie domagać się pożywienia był dużą zmianą na plus.
Po uregulowaniu rachunku wyszedłem z kawiarni, a następnie z jednej z wielu nienazwanych, wąskich uliczek, które okalały zewsząd deptak Takeshita-dori, jedną z najbardziej rozpoznawalnych ulic Akihabary. Można tu było zaopatrzyć się w ubrania charakterystyczne dla fanów visual-kei, lolit, gothic lolit, gankuro, decory, punku oraz cosplay’u – czyli wszędobylskie koronki. Poza tym sklepy mieszczące się tutaj słynęły także z tego, że można tu było znaleźć (nie wszędzie, jednak było to poniekąd możliwe) ubrania w rozmiarze odpowiednim dla gajdzina; to znaczy, że znalazło się tu coś większego niż rozmiar 36. Dla mnie akurat nie była to żadna ważna informacja, gdyż mieściłem się w japońskich rozmiarówkach, jednak uważam, że warto podkreślić tak niespotykany fakt.
Oprócz tego nieraz słyszałem, że gdzieś w pobliżu Takeshita-dori w jednej z okalających jej uliczek mieści się znana wytwórnia płytowa (informacja zaciągnięta z książki „Japonia oczami fana” – the book 01 autorstwa Pawła „MrJedi” Musiałowskiego od aut.), a same gwiazdy j-rocka zaopatrują się właśnie w tym miejscu w swoje oryginalne stroje.
W normalnie sytuacji, czyli jeszcze jakieś półgodziny temu, ruszyłbym na poszukiwania tej wytwórni i bardzo prawdopodobnym byłoby to, że czatowałbym przy wejściu oczekując na wyjście lub wejście kogoś sławnego, jednak aktualnie nie miałem na to ochoty. Moja głowa była zaprzątnięta moją niezbyt różową sytuacją. Musiałem sam sobie ze wszystkim poradzić – znaleźć pracę, mieszkanie; i to szybko! – opierając się jedynie na wiedzy teoretycznej, którą zaczerpnąłem z książek. Szczególnie przerażała mnie myśl o rozmowie kwalifikacyjnej, która miałaby zadecydować o przyjęciu mnie do pracy; obawiałem się, że moim „grubiańskim”, gajdzinowskim zachowaniem mógłbym nieumyślnie urazić mojego potencjalnego pracodawcę lub zrobić bądź powiedzieć coś, co w japońskim świecie jest tematem „tabu” jak np. love hotele (co w japońskiej wymowie brzmi: rabu hoteru).
Zastanawiałem się czy mógłbym poprosić o pomoc Saitou… chociaż patrząc na to z drugiej strony, to jeszcze uczniak i zbyt wiele zapewne o tym nie wie. Większą wiedzę na ten temat zapewne miałby Daisuke, który dodatkowo obraca się wśród ludzi z wyższych sfer hierarchii japońskiego społeczeństwa – a to właśnie tacy ludzie są pracodawcami w Japonii. Problem polegał na tym, że oni egzystowali na innym „poziomie”. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że do osoby, w tym wypadku dodatkowo szefa czy starszego współpracownika, należy odnosić się z szacunkiem i stosować się do reguł „innej” kultury, którą codziennie przejawia się względem współlokatora, znajomych czy rodziny. Pytanie tylko, co dokładnie oznaczało to określenie „innej”; co się za tym kryło?
W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że sam Ochida, jako sławny i ceniony muzyk, znajduje się na wierzchołku piramidy tej cholernej hierarchii, której działania i zależności ponoć jeszcze żadnej gadzin nie pojął. Czy w ogóle wypada, żebym pytał go o takie rzeczy? I jak niby miałbym to zrobić? Rzucić coś w rodzaju: „Hej, mógłbyś mi powiedzieć, co mam zrobić, żeby dostać pracę?” albo „Czy wiesz może, co należy zrobić, aby podlizać się umiejętnie szefowi w taki sposób, żeby patrzył na mnie przychylnie pomimo tego, że jestem gajdzinem?”.
Właśnie; pozostaje jeszcze kwestia uprzedzenia Japończyków do obcokrajowców. Oczywiście nie objawiało się to na każdym kroku (przykładem jest pojawienie się w niektórych sklepach rozmiarów, w których zmieścić się mogli nawet Amerykanie), jednak jeśli chodziło o rynek pracy nagle zjawisko to stawało się bardzo widoczne – dlaczego? Otóż dlatego, że z założenia gadzin nie jest tak pracowity jak Japończyk, który jest przyzwyczajony do pracowania od rana do nocy, nie jest tak sumienny i oddany… i jest to prawdą. W szczególności Europejczycy (którym w końcu sam jestem) przywykli do systemu „osiem godzin i do domu” – osiem godzin w szkole lub pracy i wracam do domu; nie więcej, inaczej żądam dodatkowego wynagrodzenia za nadgodziny, podczas gdy mieszkaniec Kraju Ryczącej Godzilli (czy też Gadzilli, jak kto woli) jest utwierdzony w poczuciu, że on jedynie wykonuje swoje obowiązki. Zatrudnianie gadzinów jest dla pracodawcy zwyczajnie nieopłacalne.
Byłem pogrążony we własnych rozmyślaniach do tego stopnia, że nie zauważyłem niemalże dwumetrowego murzyna, który zastąpił mi właśnie drogę. Wpadłem na niego, przez co „na własne życzenie” stałem się jego ofiarą. Nie, nie chciał mnie okraść – nic z tych rzeczy! Pamiętajcie, jesteśmy w Japonii; w kraju, w którym nikt nie kradnie, a jedynie pożycza! Ale o tym może później…
W każdym razie rosły Afroamerykanin, jeden z, na oko, pięciu-sześciu, którzy kręcili się po całej ulicy chwycił mnie za ramiona i z szerokim uśmiechem zaczął zachwalać sushi z pobliskiego baru. Był jednym z tak zwanych „naganiaczy” – osób zatrudnionych przez sklepy/bary/kawiarnie, które zachwalały towar sprzedawany w tych właśnie przybytkach. Praca ich polegała na spacerowaniu po głównych ulicach i krzyczeniu. Szczerze powiedziawszy to nie mam bladego pojęcia, dlaczego zatrudniano do tego zajęcia z takim upodobaniem ludzi czarnoskórych, skoro w okolicy znajdzie się jakiś dwudziestu Japończyków, którzy mieli poniżej metra pięćdziesięciu, a potrafili wrzeszczeć dwa razy głośniej.
Wielki murzyn z t-shiertem z jakimś rosyjskim napisem w cyrylicy zachwalający sushi. Nie miałem pewności czy sam pochodził z Rosji, czy może jego pracodawcy byli Rosjanami, czy też to, że akurat założył taką, a nie inną bluzkę było przypadkiem, ale poczułem się niczym przeniesiony do świata „Durarary!”. Otępiały wpatrywałem się w „naganiacza”, który zdążył już wyłożyć mi cały wykład, dlaczego to warto stołować się w tym, a nie innym barze. Od czasu do czasu potrząsał mną, przez co kłębek skotłowanych myśli odbijał się w mojej głowie od kości czaszki. Patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczami, w których malowało się bezbrzeżne zdziwienie. Zapewne stałbym tak przy nim jeszcze długi czas, gdyż nie zanosiło się, żeby mój nowy czarnoskóry przyjaciel zamierzał niedługo zakończyć swój wywód, jednak z odsieczą przyszedł mi pewien przechodzień.
- I was looking for you! – zadbana dłoń wylądowała na moim ramieniu, wyrywając mnie z „objęć” „naganiacza”. – Come on! We have to buy a gift for Naoto! – zostałem szarpnięty do tyłu, a następnie poprowadzony w tłum ludzi.
- Thanks – wydusiłem z siebie, kiedy wraz z moim wybawcą z opresji odeszliśmy od nachalnego Afroamerykanina.
- You're welcome – padła odpowiedź; bardzo wyraźna i bez akcentu. Spojrzałem na mojego „bohatera” i… ze zdziwieniem stwierdziłem, że to Japończyk! – What happended? – zapytał, widząc, że nagle zatrzymałem się w miejscu.
- Nic, nic – podniosłem ręce w obronnym geście, jednocześnie przechodząc na japoński. – Tak świetnie mówisz po angielsku, że w pierwszej chwili myślałem, że jesteś gajdzinem – wytłumaczyłem się.
- Cóż… Dziękuję za komplement – uśmiechnął się. – Rozmowa w tym języku nie jest dla ciebie problemem? – upewnił się.
- Nie.
Mój rozmówca miał długie, czarne włosy sięgające nieco za łopatki. Długa grzywka opadała mu na lewe oko zasłaniając je. Mój „jednooki” towarzysz nosił fioletowe szkła kontaktowe i miał podkreślone oczy czarną kredką. Miał jasną, zadbaną cerę, wąskie usta o bladoróżowym kolorze oraz kolczyk pod wargą po lewej stronie (nie wiedziałam jak to ująć =.=’’ wiecie, o co chodzi, nie? W sensie, że przy wardze, a nie w wardze… od aut.), a także w nosie. W uszach miał łącznie kilkanaście kolczyków oraz tunele. Ubrany był w czarną koszulę z nadrukiem oraz również tego samego koloru spodnie, przy których szlufkach doczepiony miał gruby łańcuch, który brzęczał, kiedy jego właściciel się poruszał. Na jego szyi wisiał jeden drobny naszyjnik oraz drugi dłuższy, sięgający torsu, na którym został zawieszony ciężki wisiorek. Muszę przyznać, że był naprawdę przystojny i atrakcyjny – szczególnie dla mnie, gdyż podobali mi się tacy „źli” i zbuntowani chłopcy. Poza tym spod krótkich rękawów t-shirtu widać było umięśnione ręce. Barki, choć już zakryte, łatwo dało się poznać, że również były rozbudowane i szerokie – jednym słowem: przystojniak! W jednej chwili moje problemy osobiste… wyszły gdzieś na spacer.
- Jeszcze raz stokrotne dzięki za pomoc – odezwałem się tylko po to, aby podtrzymać niezobowiązującą rozmowę.
- Naprawdę nie ma za co – uśmiechnął się. – Stałeś tam taki przestraszony, że aż mi się ciebie żal zrobiło – zachichotał.
- No wiesz… Nie codziennie nachodzą mnie tacy goście i z uporem maniaka namawiają do spróbowania sushi z tego konkretnego baru… - mruknąłem.
- Przyzwyczajaj się; taki klimat tego miejsca – wzruszył ramionami. – Zgaduję, że niedawno przyjechałeś, co?
- Tak. Przyleciałem tu wczoraj – odparłem zgodnie z prawdą.
- O! To jeszcze wiele rzeczy cię tu zdziwi – zaśmiał się serdecznie. – Na jak długo tu przyjechałeś; tydzień? Dwa? – dociekał.
- Na stałe – teraz to ja się zaśmiałem; nerwowo.
- Na stałe? – powtórzył, po czym zagwizdał. – No to skok na głęboką wodę! Jesteś tu pierwszy raz, prawda?
- Tak.
- Oj, twoja podróż może być naprawdę ciekawa… - popatrzył na mnie z powątpiewaniem.
- Znaczy, ja… Wiesz… Wiedziałem niby, że tacy „naganiacze” chodzą po Takarashi-dori, ale co innego czytać o tym w książce, a spotkać ich w rzeczywistości… - bąknąłem.
- Fakt – przytaknął. – Dlatego mówię, że twoja podróż może być ciekawa… W ogóle to jak się nazywasz?
- Alex Wright. A ty masz na imię Hiro, prawda? – upewniłem się.
- Tak – zdziwił się. – Skąd wiedziałeś? Jakiś jasnowidz czy co?
- Nie – zaśmiałem się. – Wiem, że gdzieś w okolicy znajduje się wytwórnia płytowa i słyszałem, że czasem można tu spotkać kogoś ze świata muzyki. Połączyłem twoją bardzo dobą znajomość języka angielskiego razem z twoim wyglądem… no i vòila! – klasnąłem w dłonie. – Hiro z Nocturnal Bloodlust gotowy – dodałem ciszej, żeby osoby postronne nie usłyszały i uśmiechnąłem się zwycięsko.
- O masz ci los… Fani na każdym kroku – zaśmiał się. – Dobrze, że przynajmniej nie piszczysz i nie próbujesz mnie zgwałcić!
- Fan próbował cię zgwałcić? – zdziwiłem się.
- Fanka – sprostował. –Zdarzyło się raz, że zakradła się pod drzwi mojego pokoju hotelowego, ale ochroniarz ją odciągnął. Usłyszałem jakieś wrzaski z korytarza, więc wyjrzałem zza drzwi, a ona wtedy zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, że znajdzie jakiś inny sposób, żeby się do mnie dostać i…
- …zgwałcić cię? – dokończyłem za niego.
- Dokładnie – kiwnął głową z wyrazem twarzy przepełnionym politowaniem. – A tak właściwie, to gdzie się wybierasz? – zainteresował się. – Na zakupy?
- Nie. Przed chwilą spotkałem się z moim sponsą, który mówi po starojapońsku i nie chce zacząć wysławiać się w sposób dla mnie zrozumiały – westchnąłem ciężko. Wokalista Nokuruby (Nokuruba – japońska wersja oryginalnej nazwy Nocturnal Bloodlust zmieniona przez to, że mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni niekoniecznie poprawnie potrafią ją wymówić od aut.) popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Mówiłem, że spotka cię tu dużo ciekawych przygód – rozłożył bezradnie ręce. - Więc, gdzie się wybierasz?
- Skoro już mam za sobą to beznadziejne spotkanie, to muszę znaleźć jakieś biuro nieruchomości i rozejrzeć się za jakimś mieszkaniem… - przyznałem niechętnie.
- Wiesz, mój kolega po fachu szuka jakiegoś współlokatora… Znaczy, nie on sam, ale kogoś dla jego dzieciaka czy dzieciaka, którym się opiekuje… Jakoś tak… Nie jestem pewien, bo tak naprawdę znamy się z widzenia, jednak…
- Masz na myśli Daisuke Ochidę? – przerwałem mu.
- Tak…
- Chwilowo przystąpiłem na jego propozycję, gdyż zostałem przyparty do muru. Hotel, w którym zarezerwowałem pokój już nie istnieje… - westchnąłem ciężko.
- Skoro masz, gdzie mieszkać, to po co ci drugie mieszkanie? – zdziwił się.
- Wiesz, jednak co własne mieszkanie to własne… – odparłem niechętnie.
- W sumie tak… A przeszedłeś tę „rozbieraną próbę”?
- Jaką „rozbieraną próbę”? – zdziwiłem się. Co jeszcze Daisuke zamierza mi zgotować?!
- Słyszałem plotki, że Ochida sprawdza ewentualnych współlokatorów, którzy chcieliby mieszkać z tym dzieciakiem. Ponoć szuka na całym ciele nakłuć po igłach, które miałyby dowodzić na to, że delikwent ćpa. To prawda?
- Taa… - sapnąłem, przypominając sobie te upokarzające chwile...
- Niezbyt go lubisz? – zgadywał.
- Możemy pomówić o czymś lub kimś innym niż Daisuke? – jęknąłem błagalnie. – Niekoniecznie się z nim dogaduję, jeśli cię to interesuje…
- Jasne – odparł lekko. – Wracając do tematu samego mieszkania; myślę, że mogę ci w tym pomóc w razie co; jakbyś „pogryzł” się z Daisuke możesz wpaść do mnie – zaoferował. Spojrzałem na niego zdziwiony. – No co?
- No to, że znamy się jakieś piętnaście minut, a ty oferujesz, że mogę u ciebie nocować, jakbyśmy byli starymi znajomymi – westchnąłem. – Jare, jare… (w języku polskim nie znalazłam jakiegoś dobrego odpowiednika tego zwrotu, więc… po prostu będzie po japońsku ^^’’ od aut.) Czy w Tokio wszyscy tak chętnie oferują nocleg nowopoznanym gajdzinom?
- Cóż… Wydaje mi się, że nie, jednak jeśli Ochida pozwolił ci zamieszkać z tym dzieciakiem to musisz być naprawdę święty – zaśmiał się. – On jest lepszy niż policja!
- Mówiłeś, że go praktycznie nie znasz… - zauważyłem.
- Słucham plotek – uśmiechnął się cwaniacko i puścił mi oczko.
- Jasne… - mruknąłem. – A ja myślałem, że Japończycy są tacy płochliwi… - nadałem mojemu głosowi teatralny ton. – Znaczy… - zreflektowałem się. – To nie jest jakaś obraza czy…
- Spokojnie, rozumiem, o co ci chodzi. Zdaję sobie sprawę z tego, że obcokrajowcy postrzegają nas jako ludzi nieśmiałych – odpowiedział z uśmiechem. – Ale poniekąd to prawda… Tylko ja jestem inny! – zaśmiał się, po czym sięgnął do kieszeni i wcisnął mi w dłoń wizytówkę. – Muszę już z powrotem wracać do pracy. Właściwie to miałem tylko iść po kawę i coś do jedzenia… Zadzwoń do mnie wieczorem! – obrócił się na pięcie, pomachał mi ostatni raz, po czym odszedł, a następnie zniknął mi z pola widzenia zasłonięty przez żywą kurtynę, którą tworzyli ludzie.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Może  ta wyprawa do Akiby (skrót używany przez Japończyków do określania Akihabary od aut.) nie była aż taka zła?

Oneshoot Daichi x Hiro (Nocturnal Bloodlust)

Zbierałam się za pisanie tego shota już trzy razy, ale w końcu się udało ~(^-^)~ Podkreślę, że każda z tych trzech wersji była zupełnie inna X''D



Daichi - czyż on nie jest słodki? *ślinotok*


Postanowiłam napisać coś z Nocturnal Bloodlust, gdyż nie znalazłam o nich żadnego fanficka! Nawet po angielsku *foch*! Trzeba nadrobić zaległości!

Tytuł: ? (tytułu nie ma, bo nie przychodziło mi do głowy nic ambitnego (/.-)''
Paring: Daichi x Hiro (Nocturnal Bloodlust)
Typ: oneshoot
Gatunek: yaoi, komedia (?)

Nocturnal Bloodlust:
Hiro – wokalista
Daichi – gitarzysta
Cazqui – gitarzysta
Masa – basista
Natsu - perkusista
- Hiro, kochanie – w słuchawce usłyszałem śpiewny głos Daichiego – gdzie ty, do ciężkiej cholery, jesteś? – warknął już rozeźlony.
- Utknąłem w korku – westchnąłem.
Nie było w tym kłamstwa. W rzeczywistości utknąłem w sznurze samochodów, który poruszał się tempem galopującego żółwia, a więc od jakichś dwudziestu minut posunąłem się do przodu może niecały metr. Stałem w tym przeklętym korku już niemal półtorej godziny, przez które noga zdążyła mi zdrętwieć, a mięśnie niekontrolowanie drgać od dociskania sprzęgła. Zachciało mi się auta z manualną skrzynią biegów do miasta…
- Och… - jęknął rozżalony blondyn. Jego ton głosu zmieniał się z każdym zdaniem, jednak po dwuletnim związku zdążyłem się już do tego przyzwyczaić… a może nawet pokochać? – Szkoda… Wciąż jesteś daleko od domu?
- Jestem mniej więcej w połowie drogi… tak bardziej mniej niż więcej… - wyznałem zrezygnowany.
- Mhm… Rozumiem – mruknął zawiedziony. – Wiesz, właściwie to pomyślałem sobie, że gdyby w końcu udało ci się dotrzeć do naszego mieszkania to może miałbyś ochotę na loda? – wypalił bezceremonialnie, a mnie zatkało, przez co przegapiłem moment, w którym powinienem posunąć się do przodu o te zniewalające dwadzieścia centymetrów, za co zostałem solidnie obtrąbiony. – Moglibyśmy sobie umilić jakoś ten wieczór, nie uważasz?
- Ee… - zaciąłem się. – Co…? Ale ty tak… Jak? – dukałem będąc zszokowanym do granic możliwości.
Gitarzysta nigdy nie lubił mówić o naszym współżyciu seksualnym tak dosłownie, dokładnie; zazwyczaj, kiedy chciał mi coś zasugerować oblewał się soczystymi rumieńcami i peszył się, mimo iż byliśmy już ze sobą dość długo. Zawsze podkreślał, że nie wstydzi się mnie, jednak jakoś ciężko mówić mu o tym, co chce, abym mu zrobił… Aż przeszły mnie dreszcze podniecenia. W łóżku Dai był bardziej odważny, niekiedy pozwalał mi na różne fantazje i urozmaicenia, lubił się bawić i pieścić, dlatego też nasze stosunki bardzo rozciągały się w czasie; nawet do kilku godzin. Nie znosił „szybkich numerków”, które jego zdaniem były pozbawione tej magicznej otoczki uczuć i traktowaniem drugiej osoby przedmiotowo – poniekąd zgadzałem się z nim, zresztą nigdy nie byłem amatorem uprawiania seksu w miejscach publicznych lub jakkolwiek niestosownych do tego, dlatego kiedy już się do siebie dobieraliśmy obaj woleliśmy przedłużać swoje słodkie tortury, podkreślić, że nie jest to jedynie zabawa, ale jedną z form wyrażania uczuć.
W każdym razie blondyn nigdy nie był skory do rozmowy o naszym życiu intymnym. Nieraz próbowałem przełamać jego opór drocząc się z nim, że jeśli nie powie, czego chce to się nim nie zajmę, jednak to przyniosło słabe rezultaty. Bardziej od słów wolał czyny, dlatego teraz tak bardzo zdziwiła mnie jego bezpośredniość. Czyżby nastąpił w końcu jakiś przełom?
- Nie chcesz? – zdziwił się.
- Skarbie, ależ oczywiście, że chcę! – szybko opanowałem się. – Tylko… zdziwiła mnie twoja propozycja – tłumaczyłem się.
- Dlaczego? – roześmiał się. – Przecież już nie raz to robiliśmy…
- Masz rację – przytaknąłem. – Jednak…
- Jest jakieś „jednak”? – niemalże usłyszałem, jak podniósł jedną brew i wydął nieco usta, co zazwyczaj robił w takich sytuacjach.
- Ten korek zdaje się nie mieć końca! – sapnąłem poirytowany. – Nie wiem, o której wrócę…
- Spokojnie, poczekam na ciebie – uspokajał mnie. – Mimo to postaraj się nie wrócić zbyt późno, gdyż przyznam szczerze, jestem nieco zmęczony. Pa, kochanie! – pożegnał się i rozłączył.
Niby wszystko pięknie, ładnie… Jednak doskonale wyczuwałem w jego wypowiedzi drugie dno, które brzmiało: „Poczekam na ciebie, jednak nie myśl, że będę tu ślęczeć w nieskończoność – twój czas jest ograniczony!”. Może niekoniecznie była to znowu groźba, tak jak to sobie w tamtej chwili wyobraziłem, a jedynie informacja, że jeśli przyjadę w środku nocy – a było już po dwudziestej drugiej, a mnie wciąż pozostała jeszcze długa droga powrotna - to moja szansa na upojne chwile z ukochanym przepadnie, gdyż ten będzie o tej porze zapewne już spać; do tego czasu może przejść mu ochota na pieszczoty.
Zagryzłem wargi. Kochałem Daichiego i uwielbiałem także się z nim kochać; był wspaniałym kochankiem, który potrafił doprowadzić mnie do tak cudownego uniesienia, jakiego nie przeżyłem nigdy z żadnym z wcześniejszych partnerów lub partnerek. Dodatkowo fakt, że niedawno zakończyliśmy trasę koncertową, podczas której siłą rzeczy nie mogliśmy sobie pozwolić na chwile namiętności, dawał mi się we znaki. Reszta zespołu wiedziała o naszym związku od długiego czasu i nie przeszkadzało im to, jednak po całonocnym koncertowaniu ciężko jest wykrzesać jeszcze z siebie energię, aby zaspokoić ukochanego; tym bardziej, że nie było ku temu zbyt wielu miejsc, w których moglibyśmy się kochać. Większość czasu spędzaliśmy w naszym zespołowym busie (a mimo iż muzycy nas tolerują i gratulują udanego związku to jednak nie myślę, żeby byli zadowoleni, gdyby musieli wysłuchiwać naszych jęków i krzyków) lub w hotelach, w których ściany miały grubość kartki papieru, przez co słychać było nawet jak za ścianą sąsiad ogląda telewizję, a co dopiero jakbyśmy mieli uprawiać seks. Nie powiem, targnęło mną wielkie pożądanie, ale co mogłem zrobić w takiej patowej sytuacji? Z wielką chęcią wyszedłbym z siebie i stanął obok, zostawiając jednego siebie w tym nieszczęsnym aucie, a drugiego posłałbym na stację metra, skąd dojechać miałby do domu, a następnie przeżyć naprawdę przyjemne momenty… Niestety, takie rzeczy tylko w anime i mangach.
Nerwowo przebierałem palcami po kierownicy, aż w końcu stwierdziłem, że innej opcji po prostu nie ma – nie będę naiwnie liczył na uśmiech przewrotnego losu, któremu możliwe, że nagle zachciałoby się rozładować ten korek, o nie. Trzeba wziąć się do działania; jak? Po piracku! Miałem niewiele miejsca do manewru, aby skierować samochód na równoległy pas, który w odległości jakichś stu metrów zmieniał się w prawoskręt. Jakby tego było mało moje auto ma pole skrętu równe polu powierzchni księżyca, jednak mimo to, po kolejnej salwie klaksonów, jaką zostałem obdarzony, udało się. Znalazłem się w zupełnie innej dzielnicy niż powinienem i zdawałem sobie z tego doskonale sprawę, jednak właśnie o to chodziło. Autostrada była zablokowana, jednak nie wszystko stracone – wciąż pozostawały wąskie uliczki między osiedlami i między blokami, którymi mogłem poruszać się… w ogóle jakkolwiek się poruszać i nie stać w martwym punkcie. Zdziwiłem się, że wcześniej nie wpadłem na to, aby wybrać tą okrężną, ale znacznie szybszą drogę…
Jeśli uważacie, że przeżyliście już ekstremalną przejażdżkę w swoim życiu, to ja Was zapewniam, że się mylicie. Która z Was, Drogie Czytelniczki, miała okazję przejechać się po wąskich tokijskich uliczkach ze wskazówką prędkościomierza na 12o, podczas gdy ściany budynków od lusterek samochodu dzieliło zaledwie kilka centymetrów? To i tak nic, jeśli weźmie się pod uwagę, że nieomal przejechałem dwie babcie oraz kilka kotków i piesków. Może źle to zabrzmi, ale nie pałam miłością do zwierząt, dlatego nie ubolewałbym nad rozjechanym jednym czy drugim zwierzakiem, jednak podejrzewałem, że auto mogłoby stracić przyczepność na flaczkach, co z kolei mogłoby się skończyć dla mnie zatrzymaniem w cudzym żywopłocie, ogródku, oknie lub słupie wysokiego napięcia.
A propos flaczków… Żołądek za każdym razem podjeżdżał mi do gardła, kiedy ze stanowczo zbyt dużą prędkością pokonywałem kolejne progi zwalniające. Nieco przed nimi zwalniałem, jednak nie mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek zdjął stopę z pedału gazu. Kiedy przednie koła pokonywały przeszkodę zdarzyło się kilka razy, że moja kość ciemieniowa bliżej poznała się z dachem samochodowym, a z kolei kiedy tylne koła przez nią przejeżdżały za każdym razem obawiałem się czy aby na pewno nie urwę tylnej osi napędowej…
Mimo tej pirackiej przejażdżki, która przyprawiła mnie o kilka mocniejszych wrażeń, udało mi się dotrzeć wreszcie do celu. Czym prędzej zająłem miejsce na podziemnym parkingu (pomińmy to, że nie moje; mam nadzieję, że sąsiad się nie pogniewa i zrozumie – siła wyższa!) i biegiem ruszyłem w stronę wind. Wjechałem na odpowiednie piętro i wpadłem do mieszkania niczym burza będąc wciąż roztrzęsionym po wyczynowej jeździe. Zrzuciłem z siebie kurtkę i ruszyłem w stronę salonu, skąd dochodziły mnie odgłosy z telewizora. Stanąłem w progu pokoju opierając się o ścianę i przyglądając ukochanemu. Dai półleżał w ponętnej pozycji na kanapie z rozsuniętymi nieco nogami, z których jedna była ugięta w kolanie. Ubrany był jedynie w kimono niedbale przewiązane na wysokości bioder. Jego tors i brzuch w większej mierze były odsłonięte, zgrabne nogi zostały wyeksponowane… Krocze tyle, o ile było zasłonięte przez materiał, jednak mimo to mogłem dostrzec skraj odrobinę rozsuniętych pośladków. Jego długie blond włosy sięgające niemalże pasa spływały kaskadami po jego smukłym ciele. Wyglądał niczym wcielenie jednego z greckich bogów; obstawiałbym Apolla (bóg odpowiadający za wyobraźnię, wróżby, sztukę, muzykę oraz poezję, a przy tym najpiękniejszy z bogów od aut.).
Przeszedł mnie elektryzujący dreszcz.
- Hiro? – blondyn spojrzał na mnie zdziwiony. – Już jesteś? Przecież mówiłeś, że… - usiadł, złączając nogi, a chwilę potem wstał i podszedł do mnie. – Drżą ci dłonie. Coś się stało? – zapytał z troską.
- Nie, nic – uśmiechnąłem się. Ponad jego ramieniem dostrzegłem stojącą na stoliku do kawy butelkę czerwonego półwytrawnego wina oraz dwa, wciąż nienapełnione kieliszki. – Wszystko w jak najlepszym porządku – pogłębiłem uśmiech. Sięgnąłem po jego dłonie i splotłem nasze palce. Byłem od niego wyższy, dlatego mogłem przyglądać mu się z góry, co zresztą bardzo lubiłem robić. Przez moment lustrowałem jego anielską twarzyczkę, po czym nachyliłem się nad nim i złożyłem na jego ustach gorący pocałunek.
Przyciągnąłem go do siebie i objąłem w pasie. Chłopak nie pozostawał mi dłużny i objął mnie za szyję, jednocześnie jedną nogę zakładając na moje biodro. Przesunąłem dłonią po jego udzie, aż do pośladka. Gitarzysta zachichotał.
- Mogłeś zadzwonić, że już jedziesz. Nie zdążyłem nic przygotować…
- Nic nie musisz przygotowywać – przerwałem mu.
Daichi uśmiechnął się pięknie i ponownie złączył nasze usta. Przesunąłem językiem po jego wargach, a on uchylił je w zapraszającym geście, z czego skorzystałem z wielką chęcią. Kochanek nie walczył ze mną o dominację; od razu poddał mi się. Pozwalał mi pieścić swoje podniebienie z pasją. Naprzemiennie zaciskałem i rozluźniałem dłoń na jego pośladku, przez co ukochany chichotał w krótkich przerwach między pocałunkami. Kiedy w końcu się od siebie odsunęliśmy nasze usta połączyła nasza zmieszana ślina, którą muzyk zlizał z wprawą i uśmiechem.
- No proszę… - zaśmiał się i wplótł palce w moje włosy. – A więc to dlatego tak się pospieszyłeś?
- Zatęskniłem… - pocałowałem go w czubek nosa.
- Więc rozumiem, że umilamy sobie dzisiaj wieczór? – spojrzał na mnie błyszczącymi oczami.
- Oczywiście – przytaknąłem.
Dai przytulił się do mnie mocno na moment, by zaraz odskoczyć i skierować swoje kroki… do kuchni. Zdziwiony jego zachowaniem podążyłem za nim. Myślałem, że albo przejdziemy do salonu, aby najpierw wypić wino i zacząć naszą zabawę od subtelniejszych pieszczot, albo od razu rzucimy się do sypialni, a tu… proszę, coś nowego.
Blondyn podszedł do zamrażarki i otworzył ją, by zaraz… wyjąć z niej litrowe opakowanie lodów.
- Aa… - zająknąłem się. – To… Ach, tobie chodziło o takie lody? – wydusiłem z siebie.
- No tak – gitarzysta spojrzał na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy. – Myślałem, że po pracy będziesz miał ochotę spędzić ze mną wspólnie czas przy jakimś dobrym filmie i winie. Uznałem, że lody też będą niezłym pomysłem, więc… a właściwie to niby o co innego mogłoby chodzić? – odwrócił się w moją stronę. Po mojej minie zorientował się, o czym pomyślałem, dlatego zaraz zarumienił się i utkwił spojrzenie w podłodze. – H-Hiro… No… No wiesz… - wydusił z siebie zażenowany.
Dobra, więc w tej kwestii jednak nic się nie zmieniło.
Podszedłem do niego i położyłem dłoń na jego biodrze. Muzyk był nieco sztywny, tak jak zwykle, kiedy zaczynaliśmy w jakikolwiek sposób rozmawiać na tematy związane z przyjemnościami cielesnymi. Drugą ręką sięgnąłem jego podbródka i ująłem go w dwa palce, zmuszając go tym samym, aby na mnie spojrzał.
- Jasne, twój pomysł był bardzo dobry… - nachyliłem się nad nim. – Jednak przyznasz, że mój też nie należy do najgorszych, prawda? – szepnąłem uwodzicielsko i pociągnąłem za pas, którym przewiązane było kimono, a ten z łatwością rozwiązał się.
Zsunąłem materiał z ramion chłopaka. Delikatne ubranie bezwładnie upadło na ziemię, a Daichi stanął przede mną całkiem nagi. Znów utkwił spojrzenie w podłodze. Muszę przyznać, że ta jego początkowa nieśmiałość pociągała i podniecała mnie.
Przesunąłem po jego biodrze, aby następnie skierować dłoń na jego krocze. Musnąłem opuszkami palców jego penisa, przez co przeszły go dreszcze podniecenia. Z jego ust wyrwało się ciche westchnienie. Niepewnie podniósł głowę i spojrzał na mnie wciąż oblany rumieńcami. Przysunąłem się do niego jeszcze bardziej i złączyłem nasze wargi w namiętnym pocałunku, jednocześnie biorąc w dłoń całe jego przyrodzenie. Zacząłem przesuwać nią, miarowo przyspieszając ruchy. W pewnym momencie muzyk nie był już w stanie oddawać moich pocałunków i jedynie pojękiwał głośno, wyginając się w moją stronę rozkosznie. Dłońmi chwycił się kuchennego blatu i wypchnął biodra w moją stronę. Z uśmiechem na ustach wsłuchiwałem się w kolejne słodkie odgłosy, które wydobywały się niekontrolowanie z jego gardła.
- Och, Hiro! Proszę cię… Ach! Prze… Przestań… Ja zaraz…! – udało mu się wydusić między kolejnymi jęknięciami.
Czując, że w rzeczywistości niewiele mu już potrzeba, aby osiągnąć spełnienie zaprzestałem wykonywanej czynności. Uklęknąłem naprzeciw niego i opierając dłonie na jego biodrach, wziąłem go do ust. Zacząłem ssać i lizać, nadając jego ulubione tempo. Z czasem zacząłem także delikatnie go gryźć, co przelało czarę rozkoszy i zakończyło się słonawą, białą cieczą w moich ustach. Przełknąłem wszystko i oblizałem się wulgarnie, ponownie windując do pozycji stojącej.
- Więc jak? Umilimy sobie ten wieczór? – zapytałem zadziornie z błyskiem w oku.
- Tak… proszę – westchnął i objął mnie za szyję, przylegając do mnie całym ciałem.
Chwyciłem go za pośladki, a następnie podniosłem, by zanieść do sypialni. Rzuciłem go na łóżko, a następnie zawisłem nad nim, całując; tym razem bardziej agresywnie. Blondyn wsunął dłonie pod moją bluzkę, podwijając ją i dotykając mojego brzucha oraz podbrzusza. Pomogłem mu pozbawić mnie tej zbędnej części garderoby. Usiadłem na jego biodrach i zacząłem się o niego ocierać, a gitarzysta wciąż błądził dłońmi po moim brzuchu. Przesuwał długimi, smukłymi palcami wzdłuż widocznie zarysowanych mięśni (Hiro ma kaloryferek ^^ od aut.). Ponownie przylgnąłem ustami do kochanka, tym razem jednak skupiłem się na jego szyi. Obsypywałem pocałunkami jego delikatną skórę, a tuż nad prawym obojczykiem potraktowałem ją zębami, zostawiając na niej dużych rozmiarów malinkę. W tym czasie Dai nie próżnował i dobrał się do moich spodni. Rozpiął rozporek i dotykał mojego krocza przez materiał bokserek, w których aktualnie miałem o wiele za mało miejsca.
Przesunąłem językiem po jego mostku. Zająłem się lewym sutkiem, którego objąłem ustami i drażniłem językiem, a drugi podszczypywałem dłonią. Mój ukochany pojękiwał rozkosznie i stymulował mnie coraz mocniej. Czułem, jak jego męskość ociera się o moje podbrzusze, co dodatkowo mnie pobudzało.
W końcu chłopak pozbawił mnie spodni, a ja w „podziękowaniu” na moment przeniosłem usta na jego prawy sutek, który lekko podgryzałem. Kiedy już znudziła mi się ta zabawa, zsunąłem się niżej, całując jego brzuch. Wsunąłem język do jego pępka, celowo zahaczając o kolczyk i delikatnie za niego ciągnąc. Daichi wsunął dłoń pod materiał bielizny i robił co tylko mógł, aby odwdzięczyć mi się, co szło mu wyśmienicie. Od czasu do czasu, kiedy również z mojego gardła wydał się jakiś nieartykułowany dźwięk owiewałem jego skórę gorącym oddechem.
W pewnym momencie kochanek zamienił nas miejscami. Teraz to ja znajdywałem się na dole. Zdjął ze mnie ostatnią część garderoby, po czym spojrzał z zadowoleniem na efekty swojej pracy. Odgarnął długie włosy na plecy i patrząc mi wyzywająco w oczy nachylił się nad moim penisem, aby wciąż go do ust. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, kiedy poczułem język na mojej męskości. Dai przesuwał nim po całej długości prącia ze szczególną uwagą skupiając się na żołędziu, aby doprowadzić mnie na skraj wytrzymałości. Ssał, lizał, gryzł… Wiedział doskonale, co sprawia mi najwięcej przyjemności. Dodatkowo stymulował moje jądra dłonią, dzięki czemu szybciej osiągnąłem spełnienie. Jęknąłem głośno, odrzucając głowę do tyłu w nieopisanej rozkoszy. Chłopak nie przełknął od razu wszystkiego tylko wsunął palec do ust, zanurzając go w mojej spermie. Przesunął nim przez całą swoją klatkę piersiową oraz brzuch kończąc na własnym przyrodzeniu. Jego ciało znaczyła teraz długa, nierówna linia. Dopiero teraz połknął resztę mojego nasienia i uśmiechnął się uroczo. Zagryzł wargę, a ja zrozumiałem o co mu chodziło. Ponownie zamieniliśmy się miejscami. Znów zawisłem nad nim i przesuwałem językiem po jego ciele, zlizując z niego własną spermę. Pamiętam, że początkowo, kiedy dopiero zaczęliśmy uprawiać seks i nie znaliśmy jeszcze swoich gustów aż tak dobrze, miałem, co do tego pewne opory, jednak z czasem, kiedy zorientowałem się, że blondyna bardzo podnieca to, kiedy zlizuję własne nasienie, przyzwyczaiłem się do tego. Miał taki nieco dziwny fetysz…
Zadowolony blondyn wplótł palce w moje włosy i znów zaczął pojękiwać głośniej, kiedy zbliżałem się do jego podbrzusza. Niekontrolowanie zaczął poruszać biodrami, co znaczyło, że był bardzo napalony. Zaśmiałem się pod nosem i dokończyłem „pracę”, którą mi „zadał”, a dopiero potem przeszedłem do nagradzania go kolejnymi pieszczotami.
Uniosłem jego nogi i rozsunąłem je. Nachyliłem się nad jego pośladkami i polizałem je. Uwielbiał to. Przez dłuższą chwilę droczyłem się z nim, jednak w końcu postanowiłem mu dać to, czego chciał – wsunąłem w niego język. Daichi krzyknął donośnie:
- OH, HIRO! TAAAK!...
Pieściłem go w ten sposób do czasu, kiedy zorientowałem się, że ukochany znów jest na skraju wytrzymałości. Tym razem jednak postanowiłem nie dać mu tej przyjemności i nie pozwolić mu dojść od razu. Odsunąłem się, na co on jęknął nieco zawiedziony.
- Kocham cię… - szepnąłem, podgryzając jego ucho.
- Ja ciebie… AH!... też… Nnn! – mruknął, kiedy zacząłem ocierać się o niego. Następnie zsunąłem się nieco i zacząłem delikatnie napierać erekcją na jego wejście. Muzyk prężył się, wzdychał i jęczał, wił się z rozkoszy i skomlał cicho, błagając o więcej… Doprawdy, rozkoszny widok.
W końcu postanowiłem się nad nim zlitować, gdyż sam już traciłem nad sobą kontrolę. Sięgnąłem do szafki nocnej, w której szufladzie znajdował się lubrykant. Wziąłem buteleczkę z pachnącym żelem, a następnie wylałem jego odpowiednią ilość na palce. Rozprowadziłem na nich lepką substancję, po czym zacząłem drażnić blondyna jednym z nawilżonych palców. Spiął się nieco, jednak moje usta zamykające się na jednym z jego sutków ponownie pomogły mu się rozluźnić. Powoli wsuwałem w niego palec. Dai wydawał z siebie urywane westchnięcia i rozkładał przede mną szerzej nogi, jakby to mogło sprawić, że mógłbym sięgnąć w nim głębiej. Zacząłem poruszać palcem naprzemiennie w przód i tył, przygotowując go. Po pewnym czasie dodałem także drugi palec, przy czym kochanek zaczął ponownie pojękiwać, a przy trzecim skomlał błagalnie odchylając głowę do tyłu oraz poruszał biodrami. Objął mnie rękami za szyję i nogami w pasie. Od czasu do czasu czułem, jak wbija paznokcie w moją skórę, jednak nie robił mi przy tym krzywdy.
Kiedy uznałem, że jest wystarczająco przygotowany nawilżyłem także swoją męskość i powoli zacząłem w niego wchodzić. Ukochany zamknął oczy i ściągnął nieznacznie brwi oraz zagryzł spierzchnięte usta. Mimo iż już nie raz się kochaliśmy zawsze starałem się być dla niego delikatny na początku, gdyż zdawałem sobie sprawę, że wiąże się to z pewną dozą bólu. Gdy wszedłem w niego do końca, chłopaka przeszły dreszcze rozkoszy. Wydał z siebie głośny jęk, po czym przyciągnął mnie do siebie mocno i złączył nasze usta w gorącym pocałunku. Zacząłem wykonywać w nim pierwsze, powolne ruchy. Nasze języki splotły się w erotycznym tańcu, podobnie jak nasze ciała; mimo to sypialnię wciąż wypełniały nasze urywane odgłosy przyjemności. Z czasem moje pchnięcia zyskiwały na sile oraz szybkości, co nieubłaganie przybliżało oboje z nas do kolejnego orgazmu tej nocy. Nasze ciała były rozgrzane do granic możliwości; ukrop był nie do wytrzymania, jednak rozkosz, która przy tym nam towarzyszyła oraz nieopisane, fantastyczne uczucie zbliżającego się spełnienia nie pozwalało nam przestać. Dai krzyczał coraz głośniej popędzając mnie, to znów prosząc, abym wszedł w niego mocniej, głębiej – starannie wypełniałem każde z jego życzeń.
Pierwszy doszedł on, brudząc przy tym nasze brzuchy. Ja osiągnąłem spełnienie chwilę później, rozlewając się w jego gorącym i ciasnym wnętrzu. Z ociąganiem wyszedłem z niego i opadłem na miejsce obok ukochanego. Przez moment leżeliśmy regulując oddechy i zawrotnie szybko bijące serca, których ogłuszające łomotanie odbijało się echem gdzieś w naszych czaszkach – po tym blondyn przysunął się do mnie i ułożył głowę na moim torsie. Jego gorący oddech torturował moją rozpaloną skórę. W końcu gitarzysta podniósł się na łokciach i sięgnął moich ust, całując je krótko.
- Tak… - mruknął. – Miałeś naprawdę dobry pomysł z tymi „lodami” – zaśmiał się i umościł się na moich biodrach. – Naprawdę dobry… - oblizał seksownie wargi.
- Pozwolisz, że na razie twój plan odłożymy na później – uśmiechnąłem się.
- Przecież nie protestuję – odpowiedział mi tym samym gestem. – Tym, o czym ja myślałem możemy zająć się rano, a teraz… - zaczął ocierać się o mnie, aby ponownie mnie pobudzić; na efekty nie trzeba było długo czekać. – Chyba nie myślałeś, że to już koniec? – uśmiechnął się figlarnie.
- Ależ oczywiście, że nie – odparłem rozbawiony.
Tak jak już wspomniałem wcześniej nasze stosunki potrafiły w porywach trwać do kilku godzin, więc nie było nawet mowy o tym, aby muzyk zadowolił się tak krótką zabawą. Z zadowoleniem obserwowałem, jak chłopak wsuwa w siebie mojego penisa, a następnie zaczyna unosić biodra w górę i w dół przynosząc tym samym sobie oraz mnie rozkosz. Lubiłem, kiedy budziła się w nim ta perwersyjna strona… jednak lubiłem także tą jego wręcz chorobliwą nieśmiałość… lubiłem także to, że potrafił niemalże z prędkością światła zmieniać humory – lubiłem w nim to wszystko, gdyż to właśnie to sprawiało, że był sobą; tą słodką i niezastąpioną osobą, którą kochałem.
…kochałem ponad życie.